In Death. Echa i śmierć

In Death. Echa i śmierć

Autorzy: J.D. Robb

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 21.37 zł

Porucznik Eve Dallas z nowojorskiej policji wracała do domu razem ze swoim mężem, miliarderem Roarkiem, kiedy nagle tuż przed ich samochodem wbiegła na ulicę młoda kobieta – oszołomiona, naga, zakrwawiona. Roarke gwałtownie zahamował, a Eve przystąpiła do działania.

Daphne Strazza trafiła na ostry dyżur, ale dla jej męża, doktora Anthony’ego Strazzy, za późno na ratunek. Zdolny chirurg-ortopeda leżał martwy w swojej elegancko urządzonej miejskiej rezydencji. Opróżniono wszystkie trzy sejfy w domu. Daphne byłaby cennym świadkiem, ale kobieta doznała głębokiego szoku i jedynie powtarza, że napadł na nią diabeł.

W trakcie śledztwa okazuje się, że doktor Strazza był człowiekiem zimnym, władczym i powszechnie nielubianym, ale w tym wypadku dowody nie świadczą, by żona przyczyniła się do śmierci małżonka. Porucznik Eve Dallas i cały jej zespół czeka żmudne przesłuchanie wszystkich gości zaproszonych przez państwa Strazzów na kolację, personelu wypożyczalni mebli i firmy kateringowej, a także współpracowników doktora Strazzy, by znaleźć odpowiedź na kilka istotnych pytań:

Jak wygląda diabeł? I gdzie znów się pojawi?

Rob jest wirtuozem.

"Seattle Post-Intelligencer"

Trzymający w napięciu thrillery z odpowiednią dozą humoru…Fani gatunku będą zachwyceni.

"This Week"

Unikalna kombinacja thillera i romansu.

"The Romance Reader"

J.D. Robb to pseudonim Nory Roberts, autorki ponad dwustu powieści, które sprzedały się w łącznym nakładzie ponad pięciuset milionów egzemplarzy i regularnie trafiają na listę bestsellerów "New York Timesa".

Polecamy w serii

Dotyk śmierci

Sława i śmierć

Skarby przeszłości

Kwiat Nieśmiertelności

Śmiertelna ekstaza

Czarna ceremonia

Anioł śmierci

Święta ze śmiercią

Rozłączy ich śmierć

Wizje śmierci

O włos od śmierci

Naznaczone śmiercią

Śmierć o tobie pamięta

Zrodzone ze śmierci

Słodka śmierć

Pieśń śmierci

Śmierć o północy

Śmierć z obcej ręki

Śmierć w mroku

Śmierć cię zbawi

Obietnica śmierci

Śmierć cię pokocha

Śmiertelna fantazja

Fałszywa śmierć

Pociąg do śmierci

Zdrada i śmierć

Śmierć w Dallas

Celebryci i śmierć

Psychoza i śmierć

Niewdzięczność i śmierć

Wyrachowanie i śmierć

Ukryta śmierć

Święta i śmierć

Obsesja i śmierć

Pożądanie i śmierć

Bractwo śmierci

Uczeń i śmierć

Tytuł oryginału

ECHOES IN DEATH

Copyright © 2017 by Nora Roberts

All rights reserved

Projekt serii

Elżbieta Chojna

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcia na okładce

© Lyn Randle/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-917-2

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Na nieboskłonie, tam, gdzie rzeki świecą,

Gdzie wzgórza się szkarłacą wiosną,

Konają echa. Nasze echa lecą

Z serca do serca, ciągle rosną.

Alfred Tennyson,

przeł. Zygmunt Kubiak

Zimą najlepsza jest smutna opowieść.

William Szekspir,

przeł. Stanisław Barańczak

Rozdział 1

Czy umarła?

Czuła się jak duch, niczym nieskrępowana i niematerialna.

Czy się unosi?

Wszystko wkoło było zamazane, wyblakłe i bez znaczenia. Może to ona była zamazana, wyblakła i bez znaczenia, a wokół niej wirował świat pełen barw, których nie widziała, i dźwięków, których nie słyszała.

Jeśli tak, to śmierć niczym się nie różni od życia. Właściwie co je odróżnia? Chyba że… Czy śmierć może być rodzajem wolności?

Miała wrażenie, że coś próbuje się dostać do jej świadomości, jakby leciutko ją łaskotało. Uciekaj, ukryj się. Ale dlaczego? Dlaczego?

Jaki to wszystko ma sens? Przed czym śmierć miałaby się ukrywać? Zmarli mogą spać, prawda? Jedynie śpią, śpią i śpią.

A jednak czuła się, jakby właśnie się obudziła; wciąż jeszcze jest półprzytomna i nie bardzo wie, gdzie się znajduje.

Spróbowała zebrać myśli. Owszem, była zaintrygowana, lecz zarazem obojętna. Zastanawiała się, czy trafiła do raju, czy do piekła. Te wyblakłe kolory i niewyraźne kształty były dziwnie znajome. Kolory nagle stały się tak intensywne, że zabolały ją oczy, a kontury tak ostre, że mogłyby ciąć niczym skalpel.

Po chwili wszakże wszystko znów zrobiło się wyblakłe i rozmazane, co przyniosło jej ulgę. Dziwną ulgę.

Ale… Poczuła jakiś zapach. Tak, tak, intensywny zapach lilii. I krwi. Lilie i krew z pewnością oznaczają śmierć.

Powinna jedynie się położyć, położyć i usnąć. Połóż się i odpłyń. Z całą pewnością ktoś przyjdzie i powie jej, dokąd powinna się udać, co zrobić. Anioł. Albo diabeł.

Ponieważ obraz, który na mgnienie oka ujrzała w myślach, obraz łączący jednego i drugiego sprawił, że się wzdrygnęła, nie położyła się. Czy zmarli mogą się bać?

Doszła do drzwi i utkwiła w nich wzrok. Przystanęła. Co jest za nimi? Czy ma to znaczenie?

Ujrzała czyjąś dłoń, sięgającą do gałki. Czy to jej dłoń? Coś było nie tak z tą gałką. Krew i lilie. Coś było nie tak z gałką. Poruszała się w prawo, w lewo, w górę, w dół, jakby próbowała jej się wymknąć.

To jakaś gra, pomyślała i uśmiechnęła się lekko. Chętnie w nią zagra.

Sięgnęła do gałki, ale cofnęła dłoń. Znów ją wyciągnęła, przesunęła najpierw w prawo, potem w lewo. W końcu zacisnęła ją na przebiegłej gałce. Roześmiała się, a jej śmiech był cienki, brzękliwy i dobiegał jakby gdzieś z oddali.

Co jest za tymi drzwiami?

Drzwi się otworzyły i przeszła przez nie.

W świecie zmarłych panowały ciemności, rozdzierane ostrym światłem. Zrezygnowana wkroczyła w niego.

*

Ze wszystkich rzeczy, których można pragnąć, Eve najbardziej chciała uwolnić się od sukienki i pantofli na wysokich obcasach. Już się wywiązała ze swoich obowiązków i uważała, że zasłużyła sobie na duży, czerwony plus za to, że wystroiła się i umalowała na ten wieczór, podczas którego grała rolę żony boga interesów.

A tak w ogóle kto wymyślił zimowy bal dobroczynny? – zastanawiała się. Normalni ludzie wolą siedzieć w domu, w ciepłych, wygodnych ubiorach, kiedy luty pokazuje swoją ohydną, lodowatą twarz. Nawet ci nie do końca normalni w większości gdzieś przycupnęli o tej porze, czyli prawie o drugiej nad ranem w tę przejmująco zimną noc, i dlatego nie mogła się wykręcić od swoich obowiązków wzorowej żony.

Jeśli rozpatrywać jej życie zawodowe, rok dwa tysiące sześćdziesiąty pierwszy rozpoczął się wybuchowo – i to dosłownie – a potem prowadziła śledztwa w sprawach mniej czy bardziej bestialskich zabójstw.

Ale zabójcy jak gdyby mieli krótką przerwę, dzięki czemu ona mogła sobie pozwolić na trzy naprawdę cudowne dni na gorącej plaży na prywatnej wyspie Roarke’a i na jeszcze bardziej gorący seks. I jeśli później musiała iść na elegancki bal, na którym obowiązywały wytworne wieczorowe stroje, to cóż, właśnie ma to za sobą.

Od poniedziałku wszystko wraca do normy, znów będzie chodziła w wygodnych butach i praktycznych ubraniach. Z policyjną odznaką i bronią u boku.

Co nie znaczy, że teraz nie miała przy sobie obu tych rzeczy – upchnęła je w tej beznadziejnej, błyszczącej torebce. Porucznik Eve Dallas nigdy nie rozstawała się z policyjną odznaką i bronią.

W końcu zajęła miejsce w samochodzie – w którym już wcześniej zostało włączone ogrzewanie – i z ulgą popatrzyła w lusterko wsteczne, na elegancki hotel w East Side, wciąż mając świeżo w pamięci zimowy wystrój sali balowej i tłumy gości.

Roarke nachylił się, ujął ją pod brodę, przesunął palcem po płytkim dołeczku i pocałował swoją policjantkę.

– Dziękuję.

Eve popatrzyła w niesamowicie niebieskie oczy mężczyzny stworzonego przez bogów w chwili, gdy byli wyjątkowo hojni. Przez większą część wieczoru wewnętrznie była spięta.

To, doszła do wniosku, stanowiło naruszenie ducha, jeśli nie litery, regulaminu małżeńskiego.

– Nie było najgorzej.

Roześmiał się, znów ją pocałował, a potem odjechał od krawężnika.

– Nienawidziłaś dziewięciu z każdych dziesięciu minut tam spędzonych.

W głosie Roarke’a słychać było lekki irlandzki akcent i rozbawienie, idealny dodatek do urodziwej twarzy, otoczonej grzywą czarnych włosów.

Bogowie, doszła do wniosku, postanowili połączyć najlepsze cechy wojownika, poety i anioła – upadłego anioła, żeby dodać nieco pikanterii swemu dziełu – a potem uznali, że ma się zakochać w nietowarzyskiej, twardej policjantce od zabójstw.

I bądź tu mądry!

– Może siedem i pół na dziesięć. Miło było się spotkać z Charlesem i Louise, i z państwem Mira. Nie dałam plamy, prawda?

– Byłaś bez zarzutu.

– Bez zarzutu, akurat! – Prychnęła. – Chyba nie słyszałeś, jak mówiłam tamtej kobiecie z włosami przypominającymi wieżę z bitej śmietany… – Eve pokazała to, owijając palec na swoich krótkich, potarganych, brązowych włosach. – Oświadczyłam, że nie chcę przewodniczyć jej komitetowi, zajmującemu się ponownym włączaniem do społeczeństwa resocjalizowanych przestępców, ponieważ jestem zbyt zajęta wsadzaniem ich za kratki.

– Słyszałem, i kiedy zaczęła ci wyjaśniać, że policja za bardzo koncentruje się na karaniu zamiast na ponownym włączaniu przestępców do społeczeństwa, dziękowałem Bogu, że powstrzymałaś się przed zdzieleniem jej pięścią.

– Rozważałam to. Możesz być pewien, że gdyby jeden z owych podopiecznych, jak ich nazywa, podszedł nagle, przywalił w tę jej ufryzowaną główkę i uciekł z błyskotkami, którymi była obwieszona, nie prawiłaby mi kazania o tym, że sądy powinny kierować się sercem, okazywać współczucie i wybaczać.

– Nigdy w życiu nie stała nad trupem ani nie musiała mówić nikomu z rodziny, że nie żyje ktoś bliski. Więc nie ma pojęcia, ile serca i współczucia trzeba okazać, wykonując te zadania.

– No tak. Cóż, nie zdzieliłam jej ani nikogo innego. – Zadowolona z siebie rozsiadła się wygodniej. – Punkt dla mnie. Teraz możemy wrócić do domu i uwolnić się od tych fatałaszków.

– Z przyjemnością oglądałem cię w tych fatałaszkach. I z równą przyjemnością cię od nich uwolnię.

– I dłużej sobie pośpimy, prawda? Będziemy leniuchować jak para nierobów i…

Urwała, bo nagle dostrzegła coś, z przyzwyczajenia lustrując ulicę.

– Jezu! Stój!

Sam ją zobaczył na ułamek sekundy przedtem, nim ta kobieta weszła na jezdnię tuż przed samochodem.

Naga, zakrwawiona, z wielkimi i pustymi oczami, nie zatrzymała się na widok auta.

Eve wyskoczyła z wozu, zaczęła ściągać płaszcz, ale Roarke ją ubiegł i okrył kobietę swoim.

– Niemal zamarzła na śmierć – powiedział. – Już wszystko dobrze – zwrócił się do nieznajomej, która uniosła lodowatą dłoń i przycisnęła ją do jego twarzy.

– Czy jesteś aniołem? – spytała, po czym oczy stanęły jej w słup i osunęła się na ziemię.

– Zabierz ją do samochodu. Czy mamy koc?

– Jest w bagażniku. – Zaniósł kobietę do samochodu i położył na tylnym siedzeniu, a Eve otuliła ją kocem.

– Usiądę z nią z tyłu. Podaj mi tę beznadziejną torebkę. Najbliżej stąd jest szpital St. Andrew’s.

– Wiem. – Rzucił Eve torebkę, zajął miejsce za kierownicą i docisnął gaz do dechy.

Eve wyciągnęła telefon, zadzwoniła do szpitala.

– Mówi porucznik Dallas. – Podała numer swojej odznaki. – Wiozę do was kobietę, wiek dwadzieścia, dwadzieścia kilka lat. Nie wiem, jakie odniosła obrażenia, ale jest nieprzytomna, w szoku, prawdopodobnie bliska hipotermii. Będziemy za pięć minut. – Oceniła prędkość, z jaką jechał Roarke. – Może za trzy.

Zrobiła telefonem zdjęcie twarzy ofiary, a także śladów pętli na szyi, które dopiero teraz zauważyła.

– Ktoś jej coś dał, poddusił i istnieje duże prawdopodobieństwo, że ją zgwałcił. Widać rany cięte, dużo otarć, ale nie sądzę, że ma na sobie ślady tylko swojej krwi.

– Nie mogła w takim stanie zbyt długo się błąkać po ulicach. Nie tylko dlatego, że jest bardzo zimno, ale również dlatego, że ktoś by ją zobaczył.

– Krew we włosach – mruknęła Eve, dotykając głowy kobiety. – Otrzymała cios w tył głowy. – Żałując, że nie ma przy sobie zestawu podręcznego, obejrzała dłonie i paznokcie nieznajomej. Uniosła wzrok, kiedy Roarke skręcił do szpitalnej izby przyjęć.

Chociaż nie dali medykom dużo czasu, przed wejściem stało dwóch lekarzy albo pielęgniarzy – trudno powiedzieć – z noszami na kółkach. Eve otworzyła drzwi, zanim jeszcze Roarke zahamował.

– Jest na tylnym siedzeniu. Duszono ją, liną albo szalikiem, ma także ranę na głowie, najprawdopodobniej od jakiegoś tępego przedmiotu. Trzeba ustalić, czy została zgwałcona.

Mówiąc to, odsunęła się na bok, by nie przeszkadzać, gdy tamci kładli kobietę na noszach. Pobiegli, popychając je przed sobą, a ten, który wyglądał, jakby od niedawna miał prawo legalnie kupować piwo, wykrzykiwał polecenia.

– Trzymaj się. – Spojrzał na Eve i Roarke’a. – Proszę mi powiedzieć wszystko, co państwo wiedzą.

Wjechali pędem do izby przyjęć, gdzie czekało więcej personelu medycznego.

– Na trzy!

Na trzy przenieśli nieprzytomną kobietę na stół.

– Temperatura trzydzieści trzy stopnie – zawołał ktoś, przekrzykując resztę.

– Odstawię wóz na parking – mruknął Roarke do Eve. – I zaraz do ciebie wrócę.

Kroplówka, koce rozgrzewające, opukiwanie, osłuchiwanie.

Boże, nienawidziła szpitali.

– Proszę mi powiedzieć, co pani wie. – Lekarz, jak przypuszczała, rzucił jej krótkie spojrzenie, nie przestając badać kobietę.

Wyglądał na niewiele starszego od swojej pacjentki. Kręcone, brązowe włosy okalały jego ładną twarz, teraz pokrytą krótkim zarostem, niebieskie oczy miał podkrążone ze zmęczenia.

– Wyszła na jezdnię w Carnegie Hill. Tak jak ją widać. Szła, jakby za dużo wypiła, była w szoku, mówiła niewyraźnie. Nim zemdlała, spytała mojego męża, czy jest aniołem.

– Temperatura trzydzieści cztery stopnie i rośnie.

– Chciałabym, żeby zabezpieczył pan jej dłonie – powiedziała Eve. – Po tym, jak zdejmę odciski jej palców. Jest wymazana nie tylko swoją krwią.

– Proszę pozwolić, że najpierw skończę ratować jej życie.

Eve odsunęła się na bok, ale nie spuszczała wzroku z twarzy kobiety.

Młoda, atrakcyjna mimo siniaków. Rasy mieszanej – żółtej i czarnej. Drobnej budowy ciała, ważyła nie więcej niż pięćdziesiąt kilogramów przy wzroście niewiele ponad metr pięćdziesiąt. Paznokcie u rąk i nóg miała pomalowane jasnoróżowym lakierem. Uszy przekłute, ale nie było w nich kolczyków. Czarne włosy, mocno splątane, sięgały jej prawie do pasa. Nie dało się dostrzec żadnych tatuaży.

Eve wyszła na korytarz i zaczęła ustalać tożsamość ofiary na podstawie zdjęcia, które zrobiła jej w samochodzie. Wiedziała, że może jej się to nie udać z uwagi na obrażenia, jakich doznała kobieta.

Uniosła wzrok, kiedy podszedł do niej Roarke, niosąc jej zestaw podręczny.

– Pomyślałem sobie, że ci się przyda.

– Słusznie pomyślałeś. Dziękuję. Jeśli nie odzyska przytomności, nim skończą ją badać, muszę wziąć jej odciski palców, żeby ustalić jej tożsamość. Mieszka gdzieś w tamtej okolicy. Jej dłonie i cera świadczą, że ma dość pieniędzy, by o siebie dbać. Wykluczone, żeby przeszła więcej niż kilka przecznic. Czyli mieszka albo pracuje w okolicach Carnegie Hill, albo była tam, kiedy została napadnięta.

Obejrzała się na drzwi do izby przyjęć.

– Sądząc po śladach krwi, można uznać, że walczyła, ale nie widziałam żadnych ran obronnych. Brak krwi i naskórka pod paznokciami – przynajmniej nie zauważyłam podczas pobieżnych oględzin.

– Martwisz się, że ktoś jej towarzyszył i także został napadnięty.

– Nie mogę tego wykluczyć. Jeśli jej udało się uciec, ta druga osoba…

Urwała, bo drzwi się otworzyły i wyszedł przez nie lekarz.

– Jej stan jest stabilny, temperatura wzrosła prawie do trzydziestu sześciu stopni. Najpoważniejszy jest uraz głowy. Poza tym poszkodowana ma liczne stłuczenia i rany szarpane twarzy, stłuczenia tułowia, kilka ran ciętych, zadanych nożem. Doznała wstrząśnienia mózgu. Została zgwałcona – i to wielokrotnie, do tego brutalnie. Chwiejny chód i niewyraźna mowa zapewne są wynikiem hipotermii i szoku. Zleciliśmy badanie toksykologiczne, ale najbardziej prawdopodobną przyczyną jest hipotermia i szok.

– Muszę wziąć jej odciski palców. Ma na ciele ślady nie tylko swojej krwi – przypomniała Eve, nim zdołał zaprotestować. – Jeszcze ktoś może znajdować się w takim samym stanie jak ona. Jeśli ustalę jej tożsamość, może uda nam się tej nocy uratować życie temu komuś.

– Przepraszam, nie pomyślałem o tym. – Przetarł oczy. – Pracuję drugą zmianę z rzędu.

– To słychać.

– Jeszcze raz przepraszam. Prawdopodobnie uratowała jej pani życie, przywożąc ją tu tak szybko. A z całą pewnością uchroniła ją pani przed uszkodzeniem mózgu. Doktor Nobel. Del Nobel – przedstawił się.

Eve uścisnęła jego dłoń.

– Dallas. Porucznik Dallas. I Roarke.

– Tak, dotarło to do mnie jakieś dwie minuty temu. – Uścisnął dłoń miliardera. – Ładna sukienka – zwrócił się do Eve.

– Byliśmy na imprezie charytatywnej.

– Mam nadzieję, że uda się usunąć te plamy krwi. No więc ustalmy tożsamość naszej pacjentki. Przypuszczalnie ktoś się o nią martwi.

Wrócili do izby przyjęć.

– Chcę zrobić zdjęcia jej obrażeń – powiedziała Eve. Ale najpilniejsze było ustalenie tożsamości kobiety.

Podeszła do stołu, wyjęła z zestawu podręcznego skaner i delikatnie przycisnęła do niego palce kobiety.

– Gotowe. Daphne Strazza, lat dwadzieścia cztery. Mieszka dwie przecznice od miejsca, gdzie ją zobaczyliśmy. Żona niejakiego…

Urwała, gdy uniosła wzrok i zobaczyła minę lekarza.

– Zna ją pan?

– Nie, nigdy wcześniej jej nie widziałem. Ale znam jej męża. Wszyscy w tym szpitalu znają Anthony’ego Strazzę. Jezu, to żona Strazzy?

– Zachowajmy to w tajemnicy, póki… Budzi się.

Długie, ciemne rzęsy kobiety poruszyły się i po chwili Daphne Strazza otworzyła oczy – w kształcie migdałów, niesamowicie zielone. Spoglądała przed siebie, nic nie widząc.

Doktor Nobel uniósł dłoń, żeby Eve umilkła, i nachylił się nad pacjentką.

– Już wszystko dobrze, jest pani w szpitalu. Nic tu pani nie grozi. Jest pani bezpieczna.

Kobieta rozejrzała się wokoło. Kiedy jej oddech stał się szybki i urywany, Del wziął ją za rękę.

– Już wszystko dobrze – powtórzył. – Jestem lekarzem. Nic pani nie grozi. Dam pani środek przeciwbólowy.

– Nie, nie, nie.

– No dobrze, wstrzymamy się z tym – powiedział uspokajającym tonem.

I chociaż monitory pokazywały parametry stanu kobiety, Eve zauważyła, że przyłożył palce do przegubu ręki Daphne, w tradycyjny sposób mierząc jej puls. – Chcę, żeby pani się odprężyła – ciągnął. – Proszę oddychać powoli. Czy może nam pani powiedzieć, co się wydarzyło?

– Nie żyłam. Myślałam, że nie żyję.

Jej wzrok padł na Eve.

– Była tam pani?

Eve podeszła do niej.

– Co pani pamięta?

– Odpłynęłam. Albo świat odpłynął.

– A wcześniej? Pamięta pani, co było wcześniej?

– Kolacja. Kolacja na pięćdziesiąt osób o ósmej, koktajle zaczęto podawać o wpół do ósmej. Miałam na sobie suknię od Diora, obszytą perełkami. Do jedzenia podano medaliony z homara, sałatkę ze smażonych małży, zupę z dyni, żeberka i ziemniaczki pieczone z rozmarynem, do tego białe i zielone szparagi. Na deser były croquem­bouche i kawa. Do picia…

– No dobrze, a co się wydarzyło po kolacji?

– Goście wyszli o wpół do dwunastej. Gdybym lepiej wszystko zaplanowała, wyszliby o jedenastej. Mój mąż ma rano obchód. Jest bardzo zapracowany. Jest chirurgiem. Bardzo szanowanym, bardzo utalentowanym chirurgiem. Zwykle położylibyśmy się spać po tym, jak goście wyszli, a domowe droidy wszystko by posprzątały. Poszlibyśmy do łóżka i…

Jej oddech znów stał się urywany. Tym razem Eve wzięła Daphne za rękę, zanim lekarz zdołał w tym przeszkodzić.

– Jest pani bezpieczna, ale musi mi pani powiedzieć, co się stało, kiedy poszliście państwo do sypialni.

– Ktoś był w domu – oznajmiła szeptem, jakby zdradzała jakiś sekret. – Nie gość. Nie. Czekał na nas. Diabeł. To był diabeł! Miał twarz diabła. Mój mąż… Upadł. Upadł, a diabeł się roześmiał. Nic więcej nie wiem. Nie pamiętam.

Zaczęła łkać, próbowała się zwinąć w kłębek.

– Wystarczy – zwrócił się ostro do Eve doktor Nobel. – Potrzebny jej odpoczynek. Proszę jej dać trochę czasu.

– Sprawdzę, co ma pod paznokciami. Może znajdę tam naskórek sprawcy. Muszę to zrobić.

– Dobrze, ale proszę się pospieszyć.

Oględziny przez mikrogogle nic nie dały, ale Eve delikatnie przesunęła narzędziami pod paznokciami Daphne. Nic.

– Albo się nie broniła, albo nie miała okazji stawić oporu. – Przyjrzała się uważnie śladom od sznura na przegubach rąk kobiety. – Jeśli coś jeszcze panu powie, proszę natychmiast mi to przekazać. Wrócę tu za kilka godzin, przydzielę mundurowego, żeby jej pilnował.

Eve wyszła z izby przyjęć razem z Roarkiem.

– Przydzielisz jej funkcjonariusza, żeby nikt nie miał do niej dostępu czy żeby nie uciekła ze szpitala?

– Jeszcze nie wiem. – Kiedy szli do samochodu, wyciągnęła swój smartfon.

– Sprawdźmy, któż to taki ten Anthony Strazza.

Pomyślała sobie, że niezupełnie takie plany miała na ten wieczór, i podczas krótkiej jazdy zaczęła sprawdzać informacje o państwu Strazza.

Chirurg był ponad dwadzieścia lat starszy od swojej małżonki – drugiej żony, jak zauważyła Eve. Pierwsza, z którą rozwiódł się pięć lat temu, mieszkała obecnie w Australii. Nie wyszła ponownie za mąż.

Obecna, poślubiona trzy lata temu, była studentką i dorywczo pracowała jako organizatorka imprez (albo asystentka tejże), kiedy się pobrali. Brak było wzmianek, by później pracowała zawodowo.

Eve przypuszczała, że Daphne idealnie nadawała się na żonę trofeum. Młoda, ładna, prawdopodobnie idealna gospodyni, skoro zajmowała się kiedyś organizowaniem imprez.

Eve zastanowiła się, czy ktoś uważał ją za żonę trofeum, chociaż była pierwszą i jedyną żoną Roarke’a.

Spojrzała na niego, kiedy parkował przed kamienicą z czerwonej cegły, w której mieszkali państwo Strazza.

– Nie postarałeś się o godne siebie trofeum.

– Lubię trofea – odparł. – Dlaczego mi się jakieś nie dostało?

– Sam sobie jesteś winien. Jeśli chodzi o trofea, trafiłabym do tych nieefektownych i porysowanych.

– Nic podobnego. Zresztą nie jesteś żoną trofeum.

Wysiadła i ruszyła w swoich głupich, eleganckich szpilkach do drzwi eleganckiej kamienicy.

– Czy to miał być komplement?

– Stwierdzenie faktu. Gdybym chciał mieć żonę trofeum, tobym sobie taką znalazł, prawda? – Ujął jej dłoń, przesunął palcem po obrączce ślubnej. – Ale wolę swoją policjantkę. Myślisz o Daphne Strazzy i o tym, że mogłaby być córką swojego męża?

– Skąd wiesz? Nie miałeś czasu, żeby zebrać o nich informacje.

– To dość oczywiste, skoro Strazza jest chirurgiem cieszącym się doskonałą renomą. Jego nazwisko obiło mi się o uszy. Czyli musi być starszy od swojej żony o dwadzieścia lat albo i więcej.

– Dwadzieścia sześć lat. To jego druga żona. Z pierwszą, będącą mniej więcej w jego wieku, rozwiódł się po kilkunastu latach małżeństwa. Mieszka teraz w Australii na farmie, nastawionej na hodowlę owiec. To wielce się różni od życia w Nowym Jorku i przyjęć wydawanych w miejskiej rezydencji w Upper East.

Uważnie przyjrzała się budynkowi. Trzy kondygnacje tradycyjnej elegancji w nowojorskim stylu. Połączono dwie sąsiadujące ze sobą kamienice w jedną miejską rezydencję. Wejście zostało poszerzone, by móc w pełni zaprezentować podwójne rzeźbione drzwi. Wysokie, wąskie okna w futrynach z ciemnego drewna, z opuszczonymi na noc roletami przypominały pozbawione wyrazu oczy. Przeszklone drzwi na drugiej kondygnacji prowadziły na coś w rodzaju balkonu szekspirowskiej Julii, pośrodku balustrady znajdowała się stylizowana litera „S”.

Podobne balustrady znajdowały się po obu stronach trzech stopni, prowadzących z chodnika do drzwi wejściowych.

Uwagi Eve nie uszły pierwszorzędne zabezpieczenia, jakie zainstalowano w wejściu.

– Kamera, czytnik dłoni, domofon, podwójne zamki na kartę magnetyczną – wyliczała, kiedy się do nich zbliżyli. – Zapłacił za szacowny widok, ale zainstalował w drzwiach najlepsze zabezpieczenie antywłamaniowe. I czujniki dźwięku, obrazu oraz ruchu.

– W dawnych czasach obierałem sobie na cel właśnie takie domy w takiej lokalizacji. – Wspomnienie czasów, kiedy był królem włamywaczy, wywołało tęskny uśmiech na ustach Roarke’a. – Cicho tu i spokojnie, a w środku? Wszelkie dobra. Dzieła sztuki, biżuteria, a także pieniądze.

– Gdybyś się cofnął do tamtych czasów, ile zajęłoby ci pokonanie tych zabezpieczeń?

Roarke przechylił głowę, żeby przyjrzeć się uważnie zam­kom.

– Przy należytej staranności i wcześniejszym przygotowaniu? Przypuszczam, że dwie, trzy minuty. Raczej dwie.

– Dwie minuty?

– Zgadza się.

Wiedziała, że to nie przechwałki, tylko stwierdzenie faktu.

Nacisnęła guzik dzwonka. Spodziewała się, że usłyszy standardową, komputerowo generowaną formułkę, ale się pomyliła.

Znów zadzwoniła.

– Nazwałabym to uchybieniem w zachowaniu środków ostrożności. Żadnego ostrzeżenia, żadnej reakcji ze strony systemu, żadnej próby skanowania.

Kiedy tak czekali, Roarke wyjął swój palmtop, wykonał jakieś operacje.

– System jest wyłączony – stwierdził. – Nieaktywny, a drzwi nie są zamknięte na klucz, pani porucznik.

– Kurde. – Wyjęła z torebki odznakę i broń, rzuciła torebkę na ganek, przyczepiła odznakę do płaszcza. I wcale się nie zdziwiła, przypinając do płaszcza rekorder, kiedy Roarke wyjął broń z kabury na kostce.

– Zaczekaj. Włączone nagrywanie. Porucznik Eve Dallas i niezależny ekspert Roarke wchodzą do niezabezpieczonej rezydencji Anthony’ego Strazzy. Uprzednio dwa razy zadzwoniono do drzwi, ale brak jakiejkolwiek reakcji. Mam powód podejrzewać, że Strazza jest ranny bądź przetrzymywany wbrew własnej woli. Wyposażyłam niezależnego eksperta w broń.

Pchnęła drzwi i sprawdziła razem z Roarkiem, czy nikt się za nimi nie przyczaił.

Rozejrzała się po holu. W przyćmionym świetle srebrno-białego żyrandola, zwisającego z sufitu, ujrzała krople i smugi krwi na białej marmurowej posadzce.

– Jest krew… A na niej ślady stóp. Bosych stóp… Prawdopodobnie Daphne Strazzy.

Dała mu znak, żeby skierował się w jedną stronę, sama ruszyła w drugą. Kiedy sprawdzili pomieszczenie, obydwoje zawołali: „Nikogo tu nie ma!”.

I bez pomocy Roarke’a wiedziała, że ktoś stąd wyszedł z łupami. Dostrzegła dwie puste wnęki w ścianie i bałagan po przyjęciu, którego nie sprzątnęły domowe droidy.

Weszli na piętro, po czym znów się rozdzielili.

Eve poczuła charakterystyczny zapach i skierowała się w stronę pokoju na wysokości balkonu. Podwójne białe drzwi były otwarte.

Krew i śmierć… I kwiaty.

Wszystko to zobaczyła w przestronnym pomieszczeniu z szerokim łożem z wysokimi, błyszczącymi złotymi kolumnami. Na podłodze, a także na białej pościeli znajdowały się krople i smugi krwi. Pozłacane krzesło ze złamanym oparciem było przewrócone, a obok niego walała się zakrwawiona i porwana taśma klejąca. Zdeptane białe lilie leżały w kałuży krwi, ich pojedyncze płatki widać było tu i ówdzie na biało-złotym dywanie.

Duży, kryształowy wazon, w którym przedtem stały te kwiaty, leżał na podłodze, oblepiony krwią i fragmentami mózgu. Woda z wazonu wsiąkła w dywan.

Więcej krwi widać było na wezgłowiu łóżka, w miejscu, gdzie stykało się z kolumną. I rozmazane czerwone odciski dłoni na białym dywanie.

Wśród tej zakrzepłej krwi leżał niczym pokutnik przed ołtarzem Anthony Strazza, z wyciągniętymi nogami i rękami. Miał na sobie ciemnoszary garnitur i szarą koszulę, przy mankietach połyskiwały spinki. Jego twarz przypominała czerwonofioletową miazgę.

Krew i mózg, które wyciekły z głębokich ran z tyłu czaszki, widoczne były na jego blond włosach.

– Znalazłam trupa! – zawołała Eve.

Roarke podszedł do niej. Stali razem na progu pokoju.

– Nikt nie robi czegoś takiego, żeby okraść dom. Zwłaszcza że ten ktoś zostawił tyle przedmiotów, które z łatwością można wynieść.

– Może sytuacja wymknęła się spod kontroli – powiedziała Eve. – Musimy jeszcze sprawdzić trzecią kondygnację.

– Zrób to, bo oboje wiemy, że ten, kto to zrobił, już dawno się stąd ulotnił. A ja pójdę po twój zestaw podręczny.

Eve zgadzała się, że sprawca już dawno opuścił dom, ale zostały ustalone wytyczne postępowania w takich sytuacjach. Sprawdziła pomieszczenia na ostatnim piętrze: gabinet Strazzy, łazienkę, coś w rodzaju sali multimedialnej, urządzonej nowocześnie i w męskim stylu, lśniącą, w pełni zautomatyzowaną kuchnię, dobrze zaopatrzony barek, zapasową stację roboczą…

Był tam też otwarty sejf, wbudowany w małą szafkę.

Skierowała się na dół, kiedy wrócił Roarke.

– Prawie pusty sejf na drugim piętrze. Na pierwszy rzut oka nie wygląda na to, by się do niego włamano. Skłaniam się ku temu, że napastnik biciem zmusił Strazzę do podania szyfru, ale możesz sam sprawdzić.

Spojrzała na swoje pantofle – kilka błyszczących pasków na cieniutkich szpilkach. Zrezygnowana zdjęła je, spryskała gołe stopy i dłonie substancją zabezpieczającą, a potem podała Roarke’owi puszkę.

– Nie zaglądałam do garderób ani do głównej łazienki. Może mnie wyręczysz? Muszę formalnie ustalić tożsamość ofiary, wezwać posiłki.

– Rozumiem, że Peabody czeka wczesna pobudka.

– Dla gliniarza nie istnieje coś takiego jak za wczesna pora. Do cholery, potrzebne mi normalne ubranie.

– Zajmę się tym.

– Jak? – spytała, kiedy włożył puszkę z powrotem do jej zestawu.

– Zrywając wcześnie z łóżka Summerseta.

Pomyślała o majordomusie Roarke’a, którego uważała za wyjątkowo upierdliwego.

– Ale…

Roarke, rozbawiony jej reakcją, której zresztą się spodziewał, przesunął palcem po gołym ramieniu Eve, po czym udał się do sypialni.

– Sama zadecyduj, czy wolisz mieć na sobie coś wygodniejszego, czy też pracować w sukni balowej.

– Niech to diabli. Wolę coś normalnego. I wygodne buty. Płaszcz, który zwykle noszę. I…

– Będzie wiedział, co ci przywieźć. Jeszcze jeden sejf w garderobie… Jego garderobie. Otwarty i pusty.

Eve zrzuciła płaszcz, przeszła po poplamionym dywanie, przykucnęła w cienkiej, czerwono-srebrnej sukni. Suknia uszyta była z kilkunastu cieniutkich, zwiewnych kawałków tkaniny, które, gdy jej właścicielka szła, wirowały jak wstążki, ukazując jej długą, zgrabną nogę. Ramiączka, równie wąskie i błyszczące jak paski zdjętych przed chwilą szpilek, krzyżowały się na odsłoniętych plecach.

Przyłożyła palce denata do urządzenia identyfikacyjnego.

– Potwierdzam tożsamość ofiary. To Anthony Strazza, zameldowany pod tym adresem. – Wyciągnęła miernik. – Zgon nastąpił o godzinie zero dwadzieścia sześć. Przyczynę śmierci ustali lekarz sądowy, ale na podstawie oględzin można uznać, że najprawdopodobniej śmierć nastąpiła w wyniku uszkodzenia czaszki.

– To by było na tyle – powiedział Roarke, stając za jej plecami. – W garderobie żony nie ma sejfu. Przypuszczam, że sejf w garderobie Strazzy jest wystarczająco duży, żeby pomieścić biżuterię jej i jego, jeśli jakąś posiadał. Rzucę okiem na sejf na drugim piętrze.

– Może najpierw sprawdź zapisy systemu zabezpieczającego, dobrze? Najprawdopodobniej zostały wymazane, ale może uśmiechnie się do nas szczęście. Obejrzyj też drzwi i alarmy.

– Jako niezależny konsultant mogę już stwierdzić, że kradzież z włamaniem nie była głównym celem sprawcy.

– Nie, to tylko dodatek do gwałtu i zabójstwa. – Eve odruchowo sięgnęła po telefon. – Niech to diabli. Mój telefon jest w tej błyszczącej torebce.

– Nie, jest w twoim zestawie, a błyszcząca torebka, opróżniona, została w samochodzie.

– Rzeczywiście jest. Dzięki. Słuchaj, poproszę Peabody, żeby przyjechała z McNabem, bo mnóstwo tu sprzętu elektronicznego. A ty możesz jechać do domu trochę się przespać.

Kiedy jedynie uniósł brwi, wzruszyła ramionami.

– Jak chcesz.

– Zostanę tutaj. Mogę ci powiedzieć, że… Włamywacz zniszczył wszystko w centralce alarmu. Podobnie jak trzy domowe droidy.

– Lubi stosować przemoc wobec ludzi i przedmiotów. Może uda ci się coś ustalić.

– Spróbuję.

Kiedy została sama, spojrzała na zwłoki mężczyzny i pomyślała, co jeden człowiek zdolny jest zrobić drugiemu.

I zadzwoniła po wsparcie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

Rozdział 1

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

In Death. Echa i śmierć Uczeń i śmierć Ukryta śmierć Niewdzięczność i śmierć Wyrachowanie i śmierć 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer