Ja także żyłam! Korespondencja

Ja także żyłam! Korespondencja

Autorzy: Astrid Lindgren Louise Hartung

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 27.93 zł

„Ta książka opowiada o dwóch kobietach, które spotkały się w powojennej Europie, zaprzyjaźniły i przez jedenaście lat prowadziły rozmowę w ponad sześciuset listach. Rzadko mówiły tylko o sobie, zawsze były ciekawe aktualnej sytuacji i życia intelektualnego tej drugiej”.

z „Przedmowy” Jensa Andersena i Jette Glargaard

W korespondencji Astrid Lindgren i Louise Hartung toczy się nieustająca rozmowa o życiu codziennym, pracy, marzeniach, literaturze, polityce, sztuce przyjaźni, a także o granicach miłości. Listy te są cennym dokumentem i portretem dwóch mądrych, samodzielnych i odważnych kobiet.

Książka została wzbogacona o blisko 30 unikatowych zdjęć.

Astrid Lindgren (1907–2002) – najbardziej znana na świecie autorka książek dla dzieci.

Wymyślanie historii dla najmłodszych zaczęła w wieku 34 lat, kiedy jej chora córeczka poprosiła o opowiedzenie jej czegoś. Tak powstała postać Pippi Pończoszanki, dziewczynki przełamującej konwencje świata dorosłych. Maszynopis nie został jednak zaakceptowany przez wydawnictwo. Pierwszą książką Astrid Lindgren przyjętą do publikacji została powieść dla dziewcząt „Zwierzenia Britt-Mari”. I tak w 1944 roku rozpoczęła się seria sukcesów szwedzkiej pisarki.

Napisała kilkadziesiąt książek, stała się jedną z najbardziej wpływowych osób w Szwecji. Książki słynnej Szwedki sprzedano do tej pory w ponad 100 milionach egzemplarzy i przetłumaczono na blisko 100 języków, często były także ekranizowane. Została uhonorowana dziesiątkami nagród szwedzkich i międzynarodowych, m.in. medalem Hansa Christiana Andersena (1958), International Book Award UNESCO (1993), Orderem Uśmiechu, a także nagrodą Right Livelihood Award w 1994 roku. 2 maja 1989 roku Uniwersytet Warszawski przyznał jej tytuł doktora honoris causa.

Louise Hartung (1905–1965) przyszła na świat w Münster jako najmłodsze z ośmiorga dzieci.

Będąc śpiewaczką, od połowy lat dwudziestych XX w. mieszkała w Berlinie, gdzie spotykała się z takimi artystami jak Kandinsky, Chagall i Paul Klee. Poznała też Bertolda Brechta i współpracowała z nim w 1928 r. przy prapremierze „Opery za trzy grosze”. Po zakończeniu II wojny światowej była zatrudniona w Hauptjugendamt (Głównym Urzędzie do Spraw Młodzieży) w Berlinie, gdzie zajmowała się między innymi propagowaniem czytelnictwa. Szczególnie zależało jej na wprowadzeniu książek Astrid Lindgren na rynek niemiecki.

Ja także żyłam! Fragment

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

PRZEDMOWA

SŁOWO OD TŁUMACZEK

1953

1954

1955

1956

1957

1958

1959

1960

1961

1962

1963

1964

Notka o Astrid Lindgren i Louise Hartung

Reklamy innych książek

Strona redakcyjna

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

PRZEDMOWA

Ta książka opowiada o dwóch kobietach, które spotkały się w powojennej Europie, zaprzyjaźniły i przez jedenaście lat prowadziły rozmowę w ponad sześciuset listach. Naprawdę ROZMAWIAŁY ze sobą na papierze, co miesiąc, czasami co tydzień, a także podczas wspólnych podróży, w końcu również przez telefon.

Czytając ich listy – Louise Hartung po niemiecku, Astrid Lindgren po szwedzku – człowiek ma uczucie, jakby siedział przy kawie gdzieś w Europie Środkowej w latach 50. XX wieku i słyszał ożywioną rozmowę dwóch żądnych wiedzy kobiet, ich dochodzące z sąsiedniego stolika to podniesione, to ściszone głosy. W listach obie rzadko mówiły tylko o sobie, zawsze były ciekawe aktualnej sytuacji i życia intelektualnego tej drugiej. Pytania i odpowiedzi dotyczyły dnia codziennego, pracy, marzeń, korzyści z literatury, przyjaźni, a przede wszystkim miłości. Tak jak w styczniu 1957 roku Louise napisała do Astrid:

Ty się dziwisz i jest dla Ciebie zagadką, dlaczego ludzie Cię kochają. A ja się dziwię i jest dla mnie zagadką, jak Ty możesz nie kochać tak cudownego człowieka jak ja! Zgadzamy się tylko w zdziwieniu…

Astrid Lindgren była nie tylko niezmordowana w pracy pisarskiej, lecz także jako autorka listów, która przez całe życie odczuwała potrzebę pisemnego kontaktu z rodziną, przyjaciółmi, kolegami. Dla ceniącego samotność człowieka, jakim była, korespondencja stanowiła możliwość bliższego związku z innymi ludźmi. Prawdę mówiąc, utrzymywanego chętniej na odległość. W wydawnictwie Rabén & Sjögren, gdzie Astrid Lindgren jako redaktorka książek dla dzieci odgrywała znaczącą rolę, przede wszystkim właśnie listy były środkiem komunikowania się z innymi. W latach 1946–1970 wysłała mnóstwo listów do autorów w Szwecji i wydawców na całym świecie.

W latach 50., wraz z rosnącym międzynarodowym zainteresowaniem jej osobowością pisarską, Astrid Lindgren zaczyna mieć jednak coraz bardziej ambiwalentny stosunek do korespondencji, która często jest dla niej po prostu męcząca. Te siedemdziesiąt pięć tysięcy listów od wielbicieli w ogromnym archiwum autorki w Bibliotece Królewskiej w Sztokholmie mówi samo za siebie, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że Lindgren przez całe życie uważała, że zarówno dzieciom, jak i dorosłym, którzy do niej pisali, należy się odpowiedź.

Przez osiemdziesiąt lat prowadziła ożywioną korespondencję. Formy tej używała również jako chwytu kompozycyjnego w swoich książkach lub jako materiału dokumentującego. Trzonem powieści „Zwierzenia Britt-Mari”, która była jej debiutem w 1944 roku, jest korespondencja między dwiema nastolatkami. W biograficznym opowiadaniu z 1975 roku, „Samuel August z Sevedstorp i Hanna z Hult”, sięga Lindgren do listów miłosnych swoich rodziców sprzed osiemdziesięciu laty, które odgrywają rolę dokumentu oraz stanowią ramę i tło smalandzkich korzeni jej rodziny.

Dla Astrid Lindgren listy i zapiski innych ludzi były też zajmującą lekturą, której chętnie się oddawała w czasie wolnym od pracy. Można się o tym przekonać, korzystając z portalu Biblioteki Królewskiej1 i przeglądając półki z książkami w jej mieszkaniu przy Dalagatan i w domu letniskowym na Furusund. Jest tam długi rząd tytułów z korespondencją i dziennikami wielkich artystów. Od Goethego, Flauberta, George Sand, Dostojewskiego, Hamsuna, Strindberga i Harriet Löwenhjelm po Helene Schjerfbeck, Katherine Mansfield, Pera Wästberga i Liv Ullmann. I innych.

Zainteresowanie tą częścią historii życia ludzkiego, która skrywa się w korespondencji i dziennikach, szczególnie rozbudziło się po tym, jak Astrid Lindgren w 1953 roku poznała Louise Hartung. Obie kobiety często dyskutowały w listach na temat dawnej i współczesnej literatury, wzajemnie rekomendowały sobie lektury czy utwory muzyczne. Pod wpływem oczytanej Louise, która w jednym z listów do Astrid nazywa siebie „siostrą Goethego”, jedenastoletnia przyjaźń stała się także kształcącą podróżą przez klasyczną niemiecką literaturę, muzykę i historię idei. Jak to przytłoczona pracą Astrid wyraziła w liście do Louise w 1964 roku: „Kiedy człowiek zdecyduje, żeby przestawać tylko z bratem Goethem i bratem Beethovenem, w duszy robi się tak nieziemsko, że nie da się tego opisać”.

Powracające w listach obu ich autorek zainteresowania literackie dotyczą słynnych korespondencji, na przykład między Goethem i Charlotte von Stein, Gustawem Flaubertem i George Sand. Ale także książkowe wydania nieznanych prywatnych notatek budziły w obu kobietach żywe zainteresowanie. W lutym 1963 roku Louise w Berlinie spytała Astrid w Sztokholmie, co też ona obecnie czyta. Odpowiedź brzmiała:

Czytam takie dziwne rzeczy; „Dziennik gospodyni z Årsta”, co oczywiście nic Ci nie mówi. Była to żona właściciela posiadłości Årsta, gdzieś na przełomie XVIII i XIX wieku. […] Przez całe życie pisała dziennik, właściwie tylko kilka linijek dziennie. Pewnie była z niej niezła jędza, ale za to jaka dzielna. Z jej krótkich, suchych zapisków wyłania się całe życie.

Louise odpowiada, że dobre dzienniki i korespondencje czasami mogą w istocie być historią rozwoju psychicznego i często odzwierciedlają życie autentyczniej niż powieść, „dlatego że prawdziwe życie nie musi dbać o to, czy wygląda na prawdę”.

W roku 1964 zainteresowanie Astrid Lindgren dawną korespondencją wydaną drukiem przybiera na sile. Autorka książek dla dzieci pisząca z myślą „o tym dziecku, które w niej zostało”, tworzy nagle długi esej o pozycji dla dorosłych, którą rok wcześniej przysłała jej Louise Hartung. Jej tytuł niejako dotyczył ich obu i zarówno Louise, jak i Astrid musiały to dostrzec – Ich war wohl klug, dass ich dich fand2.

Książka zawierała prowadzoną dwieście lat wcześniej korespondencję Luise Justine Mejer z Heinrichem Christianem Boie'em, których romans skończył się równie szybko i smutno jak potem przyjaźń Astrid Lindgren z Louise Hartung w 1965 roku. O tym jednak obie kobiety nic nie wiedziały, kiedy wiosną 1964 roku Astrid dzieliła się swoimi przemyśleniami w eseju o korespondencji z czasów romantyzmu niemieckiego:

Czasami naprawdę mi smutno, że tak wielu ludzi, tak nieskończenie wielu, żyło na ziemi i umarło, nie zostawiwszy po sobie żadnego śladu, niczego, co mogłoby obwieścić nam, którzy żyjemy teraz: Ja także żyłam!.

Taką osobą, która także żyła, ale z wyjątkiem listów do Astrid Lindgren nie pozostawiła żadnych śladów, nigdy nie założyła rodziny, żywiła głęboką niechęć do fotografowania się i stale przypominała swoim przyjaciołom, aby zwrócili jej zdjęcia i spalili listy, była Louise Franziska Hartung.

Przyszła na świat 6 stycznia 1905 roku w Münster w dramatycznych okolicznościach – jej matka zmarła przy porodzie. Louise była najmłodszą z gromadki ośmiorga dzieci i w miarę możliwości zajmowali się nią ojciec i starsze rodzeństwo. W dzieciństwie Louise dużo czasu spędzała samotnie, to wtedy ujawnił się jej talent muzyczny i zdolności intelektualne. W jednym z pierwszych listów do Astrid opowiada o tym, że zanim nauczyła się mówić, potrafiła zagwizdać wszystkie kawałki, które ojciec zwykle grywał dla niej na waltorni lub skrzypcach. Na długo przed pierwszym dniem w szkole im. Barona von Steina w Münster dziewczynka nauczyła się czytać na rodzinnej grubej Biblii, którą stale ze sobą taszczyła. Louise marzyła, żeby zostać ogrodniczką, ale była drobna i chuda (w jednym z listów do Astrid nazywa siebie „prawie pigmejem”), w młodości zdecydowała się więc skupić na swoim talencie muzycznym. W latach 20. doskonaliła piękny głos śpiewaczki, najpierw w klasycznym repertuarze opery włoskiej, potem we współczesnym kabarecie i pieśniach romantyzmu niemieckiego podczas pobytów studyjnych w Paryżu, Mediolanie, Berlinie, między innymi jako uczennica wielkiej ówczesnej diwy madame Charles Cahier.

Na przełomie roku 1925 i 1926 Louise Hartung przeprowadza się po raz pierwszy do Berlina i w tym artystycznym tyglu Europy końca lat 20. poznaje wielu wiodących artystów i intelektualistów. Staje się częstym gościem Nell Walden, szwedzkiej malarki, kolekcjonerki sztuki, kuratorki wystaw i dziennikarki, w jej małym szwedzkim domu letniskowym z idyllicznym ogrodem nad jeziorem Glienicker, który później przejmuje, oraz zaznajamia się z awangardową myślą grupy artystycznej skupionej wokół czasopisma „Der Sturm”. Nell Walden i jej ówczesny mąż Herwarth Walden zainicjowali powstanie tej grupy, w której skład wchodzili malarze awangardowi: Kandinsky, Kokoschka, Chagall, Franz Marc czy Paul Klee.

W tym samym okresie Louise przestaje z takimi autorami, muzykami i scenografami jak Bertolt Brecht, Kurt Weill i Lotte Lenya. Współpracuje także przy kilku pierwszych inscenizacjach „Opery za trzy grosze” Brechta i Weilla w 1928 roku, gdzie Lotte Lenya jest wielką gwiazdą – występuje w roli kobiety pirata, Jenny. Wtedy też Louise Hartung nagrywa mnóstwo płyt oraz otrzymuje angaż zagraniczny, między innymi w Savoy Theatre w Londynie w 1933 roku.

Kiedy wraca do Niemiec, okazuje się, że nastąpiły w nich wielkie zmiany – nie ma już wolności twórczej, a życiu awangardowych artystów zagraża niebezpieczeństwo. Jak wielu jej kolegów i przyjaciół, Louise styka się z brutalną polityką kulturalną, zostaje wykluczona z zespołu teatru i ma wieloletni zakaz występowania w Berlinie. Mimo to nie wyjeżdża i utrzymuje się z różnych prac jako wolny strzelec, przez dłuższy czas jest asystentką reżysera i fotografką u wielkiej gwiazdy filmu niemego, ówczesnej dyrektorki Państwowej Szkoły Aktorskiej Lucie Höflich.

Podczas wojny Louise wraz z innymi przyjaciółmi, wśród których jest Maria Schreker, zostaje zmuszona do uczestniczenia w organizowanych przez Wehrmacht koncertach na froncie, w Związku Radzieckim i we Francji, gdzie śpiewają dla rannych żołnierzy. W 1944 roku znów jest w Berlinie i próbuje utrzymać resztki dawnej sławy, między innymi śpiewając w Berliner Rundfunk i na tzw. wieczorach muzycznych razem z pianistką Herthą Klust. Jednocześnie Louise, jak wielu innych Niemców, działa aktywnie przeciwko nazizmowi; w swoim niewielkim domu w Poczdamie ukrywa żydowskich przyjaciół. Latem 1945 roku jest jedną z niezliczonych kobiet w zwyciężonej i zbombardowanej stolicy narażonych na brutalną wielokrotną przemoc seksualną, kiedy Armia Czerwona wkracza do Berlina i wielu rosyjskich żołnierzy uznaje, że może mścić się na ludności cywilnej. Akurat ten rozdział swego życia Louise zbyt trudno było opisać w listach do Astrid, wolała opowiedzieć o nim w bezpośredniej rozmowie, kiedy obie kobiety spotykały się Sztokholmie, Berlinie czy w czasie wspólnych podróży.

Po wojnie przez pewien czas Louise Hartung jest bezrobotna. W 1947 roku zostaje zatrudniona w magistracie „Wielkiego Berlina”. Jednocześnie zaczyna zajmować się polityką. Kandydując z ramienia SPD3, wygrywa wybory na radną w okręgu wyborczym Wilmersdorf, gdzie ma mieszkanie. Będzie to jej adres do końca życia. Przez następne pięć lat stopniowo bierze coraz większą odpowiedzialność za odbudowę artystycznego życia wśród ocalałej w zrujnowanym mieście ludności. Na początku koncentruje się na kulturze muzycznej Berlina, za szczególnie ważną uznaje muzykę klasyczną. Jako doświadczona prelegentka i ekspert współdziała w organizowaniu orkiestry kameralnej, nowego chóru i ustanowieniu nagrody muzycznej miasta Berlina. Jednocześnie aranżuje festiwal muzyczny, dni muzyki i serię koncertów z myślą o młodych muzycznych talentach.

Wszystkim tym wyzwaniom Louise Hartung sprostała tak znakomicie, że w 1949 roku awansuje w hierarchii administracji miejskiej. Z jej akt w Landesarchiv Berlin wynika, że w tym samym roku została kierowniczką Amt für Musik (Urzędu ds. Muzyki), co w praktyce oznaczało, że teraz na jej barkach spoczywały zarówno finanse, jak i program wszystkich wielkich orkiestr przy berlińskim konserwatorium i – jak zapisano – była „odpowiedzialna za odbudowę i promocję życia muzycznego w Berlinie”. Nic mniej. W tych latach Louise Hartung, z typowym dla niej autoironicznym błyskiem w oku, okazuje się tak kompetentna, efektywna i wizjonerska, jak obwieszcza tabliczka na ścianie w jej biurze: NIEMOŻLIWE ZAŁATWIAMY OD RĘKI! CUDA WYMAGAJĄ TROCHĘ WIĘCEJ CZASU.

W 1951 roku cała lokalna administracja ulega przekształceniu na skutek socjaldemokratycznego „oczyszczania” kadr z wielu komunistów, którymi alianci obsadzili stanowiska w Berlinie. Wszyscy zatrudnieni mają teraz od nowa ubiegać się o dawną pracę w magistracie. W następstwie tych roszad Louise Hartung kandyduje na wysoki urząd Senator für Volksbildung (senator ds. edukacji narodowej), w zakres jej obowiązków wchodzi zarządzanie wszystkimi placówkami kulturalnymi i sportowymi na terenie miasta.

Louise nie dostaje jednak posady dyrektora urzędu, ale przez następne lata coraz bardziej wiąże się z Hauptjugendamt (Głównym Urzędem ds. Młodzieży), którego szefową jest energiczna i wpływowa Ella Kay – polityk SPD. „Znak nowych czasów” to propagandowe hasło Kay dotyczące polityki społecznej, nadrzędnym celem polityki Urzędu jest wytyczenie kierunku zgodnego z nowym tolerancyjnym i pełnym szacunku podejściem do dzieci, młodzieży i ich wychowania: „Urząd, który respektuje prawa dzieci”.

Powojenne lata 1945–1960 są na niemieckiej ziemi czasem odbudowy, ale także okresem przejściowym, pełnym nieuchronnych eksperymentów nastawionych na przyszłość, a jednocześnie pełnym rozrachunków z przeszłością. Również w Hauptjugendamt, który realizował zarówno wiele nowych inicjatyw dotyczących wychowania dzieci i młodzieży, jak też stawiał sobie wyraźne cele w sferze moralności. W pierwszych dziesięciu latach po wojnie jednym z ważniejszych wyzwań w pracy z powojenną młodzieżą w Berlinie Zachodnim była, tak jak w całych Niemczech, denazyfikacja. Ale jak denazyfikować pokolenie, które wzrastało z Adolfem Hitlerem jako ojcem narodu i które w domu i w szkole było wychowywane w duchu nazistowskiego spojrzenia na człowieka?

W jednym z listów do Astrid w 1954 roku Louise opisuje główne założenia pracy z dziećmi i młodzieżą powojenną. Przede wszystkim chodziło o to, by stworzyć warunki do demokratycznego rozwoju Niemiec, co oznaczało między innymi, że trzeba twardo i zdecydowanie przeciwstawiać się zalewowi kolorowych komiksów sławiących wojnę, takich jak „Der Landser”, który wraz z rzeką komiksów amerykańskich stawał się coraz bardziej znaczącą częścią niemieckiego rynku wydawniczego w latach 50.

Uznając wagę kultury w wychowaniu młodzieży, cały czas musimy myśleć o tym, że mamy do czynienia z dziećmi wychowanymi za Hitlera. Dlatego nieustannie trzeba pracować nad tym, aby w pierwszym rzędzie przezwyciężać nacjonalizm i dyskryminację rasową. Wszystko to dotychczas wpajano dzieciom i wcześniej czy później ten zasiew wyda owoce, jeśli nie będziemy niezmordowanie zasadzać czegoś innego.

Przede wszystkim dlatego Louise w styczniu 1954 roku została zatrudniona na stałe w Hauptjugendamt: aby krzewić wśród dzieci i młodzieży dobrą, zdrową literaturę. W tym samym roku główne zadanie określiła słowami: „Przez popularyzowanie dobrych książek pomóżmy dzieciom czas wolny wypełnić treścią i nadać mu sens”.

Jeszcze przed otrzymaniem tej posady Louise rozpoczęła eksperyment, który nazwała Poniedziałkowe Kółka Czytelnicze. W ten dzień tygodnia wszystkie dzieci z Berlina Zachodniego mogły spotkać się w wybranym domu młodzieży albo w bibliotece i siedząc kręgiem wokół osoby dorosłej, słuchać czytanej głośno książki dla dzieci rekomendowanej przez Louise. Bardzo często były to książki Astrid Lindgren, bo od kiedy w latach 1952–1953 Louise natrafiła na fenomen – „Pippi Pończoszankę” – była przekonana, że to „najlepsza książka świata”. Głośnemu czytaniu towarzyszyły rozmowy z dziećmi, a ich relacje i komentarze przesyłano Louise Hartung. Stanowiły one ważny materiał empiryczny w pracy z całą generacją okaleczoną przez wojnę. Tego rodzaju działalność mającą na celu odbudowę człowieczeństwa prowadzono w całych Niemczech Zachodnich. Na łamach miesięcznika „Rundbriefe” omawiano eksperymenty i dzielono się doświadczeniami.

Z inicjatywy Louise w roku 1953 powstało dwanaście Poniedziałkowych Kółek Czytelniczych, ale cztery lata później w samym Berlinie Zachodnim było ich już dwadzieścia siedem i ta działalność stała się inspiracją dla podobnych projektów czytelniczych w całych Niemczech.

W 1955 roku Hauptjugendamt rozszerzył zakres swoich zainteresowań i objął zarządzanie sportem w Berlinie, zmieniając nazwę na Senat für Jugend und Sport, jednak w listach do Astrid Louise używa nazwy Jugendamt lub das Amt. Przez jedenaście lat, podczas których korespondowała z Astrid, Louise Hartung pracowała właśnie tu. Była niezwykle ceniona i pełniła funkcję zastępcy Elli Kay w czasie rządów różnych burmistrzów Berlina, od Ernsta Reutera po Willy’ego Brandta.

Współpraca Louise z szefową nie obywała się bez tarć i „die Kay” była powracającym obiektem żartobliwych i cierpkich komentarzy w korespondencji, ponieważ Astrid podczas swej pierwszej wizyty w Berlinie, w październiku 1953 roku, spotkała dominującą szefową Louise. To Louise Hartung była często tą osobą, która podsuwała twórcze pomysły stanowiące inspirację dla innych ośrodków młodzieżowych w całych Niemczech, a senator Kay sprytnie zbierała owoce pracy swojej zastępczyni, jeśli wierzyć Louise.

Mimo to Louise Hartung cieszyła się w tych latach takim prestiżem i autorytetem, że powierzano jej inne ważne stanowiska związane z krzewieniem kultury wśród dzieci i młodzieży. W latach 50. obok pełnego etatu w Jugendamt była recenzentem filmowym w FSK (Freiwillige Selbstkontrolle der Filmwirtschaft – Dobrowolna Samokontrola Produkcji Filmowej) i decydowała, które filmy mają być dopuszczone, a które zakazane dla niemieckich dzieci i młodzieży. Louise Hartung wchodziła również w skład jury rządu federalnego przyznającego nagrody za filmy dla dzieci i młodzieży. Posiedzenia obu tych instytucji odbywały się w pałacu Biebrich w Wiesbaden, 600 kilometrów od Berlina Zachodniego, dlatego w wielu listach do Astrid Louise pisze o uciążliwych i czasami niebezpiecznych podróżach w bardzo różną pogodę, po złych i nieoświetlonych drogach jasnoniebieskim volkswagenem karmann ghia, pieszczotliwie nazwanym Poganinkiem. Był to wóz sportowy, z którego Astrid i Louise korzystały również podczas kilku wspólnych wyjazdów na urlopy w południowych Niemczech i w Jugosławii pod koniec lat 50. – z opuszczonym dachem i wiatrem we włosach…

Stale ciężko pracująca Louise przez lata zmagała się ze słabym zdrowiem i tak jak jej nie mniej ciężko pracująca przyjaciółka w Szwecji, cierpiała na skutek tego, co dziś nazywamy stresem. Odpowiadała więc odmownie na wiele propozycji dotyczących międzynarodowych inicjatyw, między innymi przy ONZ, które wysunęło jej kandydaturę do prowadzenia większych przedsięwzięć związanych z dziećmi i młodzieżą. Zamiast tego zdecydowała się skoncentrować na głównych zadaniach w ramach pracy w Jugendamt i – w nie mniejszym stopniu – na propagowaniu książek Astrid Lindgren w Niemczech.

Ze swą wiedzą, wykształceniem, zdolnościami oratorskimi, pomysłowością i politycznym instynktem Louise Hartung stała się wielką podporą dla władz miejskich Berlina w ich próbach rozwiązania problemu, jakim były osierocone, po traumatycznych przejściach czy z kryminalną przeszłością dzieci i młodzież, a także niekompetentni i staroświeccy rodzice, którzy sami byli ofiarami czarnej pedagogiki.

Jednym z powtarzających się projektów Louise Hartung, który Astrid określiła jako „genialny”, było organizowanie różnych wystaw zabawek. Polegały one na prezentowaniu dobrych zabawek i zabaw, co miało inspirować i uczyć rodziców, jak powinni bawić się ze swoimi dziećmi. „A w niedzielę bawi się cała rodzina” – brzmiało jedno z haseł Louise na wystawie zabawek. Było to ważne zadanie w kraju, gdzie także instytucja rodziny legła po wojnie w gruzach i zarówno emocjonalnie, jak i społecznie musiała zostać odbudowana od podstaw. Louise Hartung uważała, że spotkanie dzieci i dorosłych z zabawą i sztuką jako głównym punktem programu to klucz do przyszłych pokojowych Niemiec.

W październiku roku 1953, rok po nagłej śmierci Sturego, Astrid spotkała Louise po raz pierwszy. W drodze powrotnej z międzynarodowego kongresu na temat literatury dziecięcej w Zurychu, gdzie zebrali się pisarze, wydawcy i bibliotekarze z dwudziestu siedmiu krajów i utworzyli IBBY (International Board of Books for Young People), organizację zajmującą się promowaniem literatury dziecięcej i młodzieżowej, Astrid została zaproszona do Berlina, aby opowiedzieć o sobie i swojej twórczości na spotkaniu z bibliotekarzami i księgarzami. Zaproszenie przyszło w sierpniu i 3 września Astrid odpowiada w niemal doskonałym niemieckim:

Droga Pani Hartung,

bardzo dziękuję za Pani miły list i za zaproszenie. Chętnie przyjadę do Berlina (na Berlin?). Bardzo się z tego powodu ucieszyłam, tylko trochę się obawiam, że oczekuje Pani ode mnie długich przemówień po niemiecku. A tego przecież nie potrafię.

9 października, wracając z Zurychu do Berlina, Astrid zatrzymała się w Hamburgu i Bremie. Chciała wziąć udział w dwóch spotkaniach z dziećmi, na których czytano książki na głos, a także spotkać się ze swoim niemieckim wydawcą, Friedrichem Oetingerem, który w 1949 roku kupił prawa do niemieckiego wydania książek o Pippi, po tym jak kilka dużych wydawnictw w Niemczech uprzejmie, ale stanowczo odmówiło. Następnego dnia miała się udać do Berlina, gdzie została oficjalnie zaproszona przez Hauptjugendamt, aby opowiedzieć o swoich książkach i swoim pisarstwie w Domu Młodzieży w Dahlem:

Siedzieliśmy na trawniku w blasku słońca i było bardzo miło. Czytałam krótkie opowiadanie z jednej z moich książek, a Ursula Herking, jedna z najznakomitszych artystek kabaretowych Niemiec, czytała fragmenty „Pippi Pończoszanki”, „Dzielnej Kajsy” i „Kati we Włoszech”. Wszyscy księgarze byli słodziutcy i życzliwi jak nie wiem co. Ale przecież księgarze zawsze tacy są, czyż nie? A potem energiczne panie z Hauptjugendamt zaapelowały do księgarzy, aby pomogli popularyzować książki wśród dzieci.4

Wcześniej Louise przywitała Astrid na lotnisku Tempelhof i zaproponowała jej nocleg w swoim niedużym mieszkaniu przy Rudolstädterstrasse w dzielnicy Wilmersdorf. Następnego dnia szwedzka autorka wraz z senator Ellą Kay, która okazała się niezmordowanym gidem, odwiedzała berlińskie szkoły, domy młodzieży i domy opieki dla niepełnosprawnych dzieci. Louise Hartung towarzyszyła im przez cały dzień. W późniejszych czasach obie, Astrid i Louise, wspominały, jak to spotykały się ich spojrzenia, kiedy szefowa Hauptjugendamt budziła ich irytację. W styczniu 1964 roku Astrid pisze w jednym z listów: „Nigdy nie zapomnę Twojej miny – nie znałyśmy się przecież, ale pamiętam, że to przebiegało jak prąd, te niewypowiedziane komentarze między nami”.

Wieczorem Louise Hartung spełniła prośbę swego nordyckiego gościa, by zobaczyć Berlin Wschodni. Było to niezapomniane i wstrząsające przeżycie, ów przejazd samochodem przez opustoszałe miasto. Obydwie zachowały je głęboko w pamięci i wielokrotnie powracały do niego w swej jedenastoletniej korespondencji. Przy zachodzącym słońcu odbijającym się w lusterku wstecznym przejechały przez jeszcze niezbyt silnie strzeżoną granicę między Berlinem Wschodnim a Zachodnim i wielokrotnie zatrzymywały się w zbombardowanych dzielnicach wschodniego sektora, gdzie coraz bardziej zrozpaczona Louise Hartung pokazywała wszystkie miejsca, w których jako młoda utalentowana śpiewaczka dawała koncerty i nagrywała płyty, uczyła się fotografować i rozkoszowała wolnością Berlina lat 20. Po powrocie do Sztokholmu Astrid w liście do swoich rodziców próbowała oddać wrażenia, jakie wywarła na niej cała podróż, przede wszystkim jazda samochodem Louise przez żałosne resztki Berlina.

Nigdy nie widziałam czegoś bardziej ponurego. Oglądałam miejsce, gdzie był bunkier Hitlera, została z niego kupa gruzów, gruzy wzdłuż ulic, gruzy, gruzy, wszędzie gruzy. To było jakby znaleźć się na innej planecie. Na tych nielicznych budynkach, które pozostały, Rosjanie wywiesili ogromne czerwone flagi i namazali głupkowate malunki. Biedna Louise Hartung chodziła, płacząc, to była kiedyś najelegantsza część Berlina; szła tamtędy i zupełnie nie mogła się odnaleźć, musiała czytać nazwy ulic, żeby zorientować się, gdzie jesteśmy.

Ta jazda samochodem przez miejsca i ulice, gdzie Louise kiedyś żyła jako młoda kobieta i gdzie radzieckie czołgi i radzieccy żołnierze kilka miesięcy przed przyjazdem Astrid stłumili pierwsze powstanie w NRD, stała się początkiem długiej zażyłej przyjaźni. Karin Nyman, córka Astrid Lindgren, miała wtedy dziewiętnaście lat i do dziś pamięta, jakie wrażenie wywarło na jej matce spotkanie z Louise Hartung.

Pamiętam, że Astrid wróciła w 1953 i była zafascynowana tą Niemką, która przeżyła wojnę z tak bliska i która w tajemnicy wzięła ją na wycieczkę do Berlina Wschodniego, opowiedziała o sytuacji dzieci w powojennych Niemczech, o grupach przestępczych składających się z nastolatków, którzy według Louise widzieli, jak gwałcono ich matki.

Poza portretami dwóch ciężko pracujących, stale w coś zaangażowanych współczesnych intelektualistek i ich życiem, przemyśleniami, marzeniami i uczuciami w latach 1953–1965 korespondencja ta daje także wgląd w burzliwy powojenny czas, kiedy to życie w neutralnej Szwecji jaskrawo kontrastuje z życiem w podzielonym Berlinie, który stanowił centrum konfliktów wielkiej polityki w zimnej wojnie między Wschodem a Zachodem.

Niemcy po wojnie podzielone zostały na cztery strefy, a Berlin na cztery sektory. Egzystencja w strefach naznaczona była piętnem poszczególnych mocarstw okupacyjnych. W latach 50. stawało się coraz bardziej widoczne, że warunki życia na Wschodzie radykalnie różnią się od tych na Zachodzie, zarówno pod względem politycznym, ekonomicznym, jak i społecznym. A stale wzbierający strumień uciekinierów ze strefy wschodniej do zachodniej sprawiał, że stosunki między Związkiem Radzieckim a władzami alianckimi stawały się coraz bardziej napięte.

Także ze starych protokołów Hauptjugendamt wynikało, że w Berlinie Zachodnim, poza „zwykłymi” problemami z dziećmi z rozbitych rodzin, poważną kwestią było rozlokowanie młodzieży, która uciekała ze Wschodu na Zachód w nadziei na lepsze życie. Domów dziecka i rodzin zastępczych brakowało, dyskutowano więc o różnych możliwościach, aby przynajmniej młodsze dzieci odsyłać na Wschód.

Premier Związku Radzieckiego Chruszczow w końcu lat 50. uważał, że cały Berlin – ze względu na położenie geograficzne we wschodniej strefie – powinien należeć do Związku Radzieckiego i przy każdej okazji żądał, aby zachodnie mocarstwa wycofały swoje wojska z Berlina Zachodniego. Było to ultimatum, z powodu którego wiele razy mało brakowało, aby zimna wojna przerodziła się w coś znacznie groźniejszego. Zmartwiona Astrid uważnie śledziła te zmiany w szwedzkich mediach i komentowała je w listach do Louise z tym samym humanistycznym zaangażowaniem i obawą o ludzki los, jakiemu dawała wyraz w czasie drugiej wojny światowej w swoich dziennikach, w których opis sytuacji w Berlinie również zajmował wiele miejsca. Dlatego na wieść o budowie Muru Berlińskiego w sierpniu 1961 roku chwyta za pióro, by wyrazić swój pesymizm na temat dróg, jakimi podąża ludzkość.

O, moja przyjaciółeczko, w głębi serca tak bardzo, bardzo mam nadzieję, że żadna eiserner Vorhang5 nie opadnie na Berlin, ale człowiek staje się pesymistą i cieszę się, że masz Ibizę6. Słusznie twierdzisz, że w tym życiu trzeba umieć pomóc samemu sobie – jest wielu ludzi, którzy tego nie rozumieją, wierzą, że życie jest tak urządzone, że ktoś przecież musi się włączyć i pomóc, gdy bliźni jest w najwyższej potrzebie – ale życie nie jest tak urządzone. Ostatecznie każdy człowiek jest małym samotnym stworzeniem, które nie ma na kim się oprzeć.7

13 sierpnia 1961 roku przywództwo partii Niemiec Wschodnich i radzieckie wojsko rozpoczęło oddzielanie Berlina Zachodniego zasiekami z drutu kolczastego i murem, co miało zatrzymać stale wzbierający strumień uciekinierów, który powoli pozbawiał NRD wysoko wykształconej siły roboczej. Mur i wzmocniona granica naraziły tysiące ludzi na poważny stres i z listów Louise na początku lat 60. wynika wyraźnie, że ona, podobnie jak Astrid, nie żywi nadziei na demokratyczny i wolny Berlin Zachodni w najbliższej przyszłości.

Niemniej przez wszystkie te lata, kiedy Astrid i Louise pisywały do siebie, Niemcy Zachodnie pod względem ekonomicznym rozkwitały. Tam, gdzie po wojnie wszystko było w punkcie zerowym (Stunde Null), zbombardowane miasta, rozbite rodziny, których ojcowie polegli lub znaleźli się w obozach jenieckich, miliony wypędzonych z poprzednio wschodnich terenów Niemiec, wszechobecna nędza i głód, w latach 50. pod względem ekonomicznym i społecznym nastąpiła poprawa granicząca z cudem. Na sukces ten, często nazywany Wirtschaftswunder8, złożyły się, poza niezaprzeczalnym wkładem wszystkich grup społecznych w Niemczech, również ekonomiczna pomoc Stanów Zjednoczonych dla zniszczonej wojną Europy, tak zwany plan Marshalla.

Ponadto zachodni alianci w 1948 roku przeprowadzili w Niemczech Zachodnich reformę walutową, co pozwoliło na poprawę standardu życia, a ponieważ zachodnioniemieckie środki produkcji nie były całkowicie zdewastowane, relatywnie szybko odbudowano przemysł. I chociaż w pierwszych latach po wojnie w zbombardowanych Niemczech Zachodnich było 13 milionów uciekinierów i przesiedleńców, przezwyciężono zarówno klęskę głodu, jak i katastrofalny brak mieszkań. W latach 1950–1963 produkcja przemysłowa zwiększyła się o całe 185 procent i z kraju o bezrobociu sięgającym dwóch milionów ludzi w 1950 roku dziesięć lat później Niemcy Zachodnie stały się krajem o „pełnym zatrudnieniu”. Tym samym program ministra gospodarki Ludwiga Erharda Wohlstand für alle9 został zrealizowany.

Przed śmiercią w lutym 1965 roku Louise Hartung pozostawiła małe pudło wypełnione listami. Na wierzchniej stronie kartonu, który zachował się do dziś, napisała: Nach meinen Tode ungeöffnet senden an: Frau Astrid Lindgren, Dalagatan 46, Stockholm, Schweden10. Życzenie to spełniła jej wierna przyjaciółka przez wszystkie te lata, Gertraud Lemke.

Na Dalagatan listy leżały wiele lat na pawlaczu, tuż obok listów Louise. Wszystkie 236 listów Astrid pozostało w rodzinie, a 315 listów Louise złożono w Bibliotece Królewskiej w Sztokholmie, gdzie znajduje się archiwum Astrid Lindgren. Jesienią 2015 roku w szafce na Dalagatan znaleziono jeszcze 49 listów Louise, co oznacza, że listów, pocztówek i telegramów łącznie jest 620.

Jedenastoletnia wymiana korespondencji odbywała się bez większych przerw, rzadko mijały ponad dwa, trzy tygodnie, kiedy to autorki listów nie miały ze sobą kontaktu. Gdzie akurat Astrid lub Louise się znajdowały, czy to na urlopie, czy w podróży służbowej, zawsze pilnowały, aby odpowiednio wcześniej podać sobie adresy w odwiedzanych miejscowościach, żeby nie przerywać rozmowy i żeby można było na odległość towarzyszyć sobie w myślach.

Częściej pisywała Louise i zwykle były to dłuższe listy, ale Astrid nie pozostawała za nią daleko w tyle, jeśli weźmie się pod uwagę niesłychaną liczbę listów, które pisała jako osoba prywatna, autorka i redaktor wydawnictwa. Pierwsze listy do „Louisechen Berlinchen” były po niemiecku, potem kilka po angielsku, a od kwietnia 1954 roku, kiedy odkryła, że Louise (która zawsze pisała po niemiecku) potrafiła czytać Strindberga w oryginale, Astrid pisała wyłącznie po szwedzku.

Louise Hartung nie zawsze była dokładna w datowaniu swoich listów, a poszczególne stronice nie są numerowane. Skutkiem tego listy nie były ułożone chronologicznie, co stanowiło dla nas wyzwanie, by je uporządkować. Brakujące daty, co dotyczy zarówno listów Astrid, jak i Louise, oznaczono powtarzającym się „bez daty”. Próbowaliśmy je ustalić, pisząc datę przybliżoną, jak na przykład „koniec stycznia 1956” lub „początek czerwca 1960”.

Aby przygotować pod każdym względem obszerną i wielostronicową korespondencję dostępną w formie książki, niezbędne było pominięcie niektórych listów lub ich skrócenie. Dłuższe ustępy, które pominięto, zaznaczono znakiem: […].

Praca nad korespondencją była długim i mozolnym procesem. Musieliśmy na bieżąco oceniać wagę materiału i zajmować stanowisko, czy poszczególne listy w naszym wyborze najtrafniej oddają charakter tej korespondencji.

Staraliśmy się też jak najwierniej przekazać ducha, temperament, ton listów i wszystkie te tematy, o których dyskutowały autorki tej korespondencji w trwającej jedenaście lat rozmowie na papierze. List po liście, które – słowami Astrid Lindgren z 1964 roku – mówią do nas dzisiaj: „Ja także żyłam!”.

Jens Andersen i Jette Glargaard

Kopenhaga, kwiecień 2016

SŁOWO OD TŁUMACZEK

Po zakończeniu pracy nad przekładem listów obu Autorek uznałyśmy, że Czytelnikowi należy się kilka słów wyjaśnienia.

Korespondencja prowadzona była w dwóch językach. Louise Hartung pisała po niemiecku, Astrid Lindgren – po szwedzku (z wyjątkiem kilku listów po angielsku na początku).

Astrid Lindgren, znana ze słowotwórczej inwencji, której niezliczone przykłady znaleźć można w jej książkach dla dzieci, również w korespondencji stosuje swoiste wyrażenia, które stanowią wyzwanie dla tłumacza. Czasem są to słowa wymyślone, czasem żarty słowne, a czasem zbitki słowa szwedzkiego i niemieckiego. W takich przypadkach starałyśmy się wyjaśnić je w przypisach. Pozostała jednak bardzo specyficzna forma zwracania się do Louise Hartung. Astrid Lindgren do imienia Louise dodaje zakończenie -chen, która w języku niemieckim oznacza zdrobnienie. Końcówkę tę dodaje też do innych słów. Czytelnik znajdzie więc tu nie tylko Louisechen, lecz także Hartungchen, Berlinchen, meinchen itp. Zdarza się też, że i Louise Hartung używa słów wymyślonych, i te także wyjaśniamy w przypisach. Chcąc zachować swoisty charakter tych zwrotów, postanowiłyśmy zostawić w takiej formie jak w oryginale.

Tłumaczenie wszystkich pozostałych wtrętów w języku niemieckim podajemy w przypisach, podobnie jak słów i zwrotów szwedzkich w listach Louise Hartung. Wtrąconych w listy słów w języku angielskim nie tłumaczymy, wychodząc z założenia, że dla dzisiejszego czytelnika nie jest to konieczne.

Osobny problem stanowił w przekładzie wyraz gullpudra. Astrid Lindgren czasami określa tak Louise Hartung. Gullpudra to po szwedzku ziele o żółtych kwiatach (Chrysosplenium alternifolium), które po niemiecku nazywa się: Goldpuder. W obu językach nazwy w dosłownym tłumaczeniu oznaczają „złoty puder”; użycie tych słów wobec kogoś wnosi miły i pieszczotliwy odcień. W języku polskim jednak nazwa tego kwiatu to… śledziennica skrętolistna.

Istnieje jednak jeszcze inna, ludowa nazwa tej rośliny: wiosenne złoto, przywołująca nacechowanie i skojarzenia zbliżone do tych, o jakie chodzi Autorkom korespondencji, przede wszystkim Astrid Lindgren, dla której jest to jeden z ulubionych kwiatów polnych. Używamy zatem nazwy ludowej.

Ze względu na to, że wymieniony kwiat ma tu szczególne znaczenie i przez Autorki listów zostaje przywołany między innymi w związku z konkretną bajką Augusta Strindberga, w której pełni ważną rolę, wyjaśniamy to w przypisie na str. 62.

Elżbieta Kaźmierczak

Anna Węgleńska

1953

10–12 października 1953 roku Astrid Lindgren była z oficjalną wizytą w Berlinie, zaproszona przez Louise Hartung i Hauptjugendamt. Czterdziestopięcioletnia autorka książek dla dzieci czuła niepokój na myśl o spotkaniu. Jak to będzie: mówić, a – szczególnie – czytać na głos po niemiecku? Ale Louise Hartung zorganizowała to w ten sposób, że fragmenty książek „Pippi Pończoszanki”, „Dzielnej Kajsy” i „Kati we Włoszech” czytała znana niemiecka aktorka i pieśniarka Ursula Herking. Na czas trwającej dwie doby wizyty Astrid zatrzymała się u trzy lata starszej od siebie organizatorki spotkań w jej mieszkaniu przy Rudolstädterstrasse w Wilmersdorf i entuzjastycznie uczestniczyła we wszystkich zaaranżowanych przez nią spotkaniach i wydarzeniach zarówno w ciągu dnia, jak i wieczorami. Dwa tygodnie po wizycie, już z domu w Sztokholmie Astrid wysłała podziękowanie – po niemiecku.

Sztokholm, 28.10.1953

Kochana, droga, przemiła Pani Hartung!

Naprawdę jest Pani przeżyciem dla otoczenia! Nie wiem, od czego zacząć, ale ruszam. A więc – wielkie, wielkie dzięki! Za WSZYSTKO! Gdyby tylko Pani wiedziała, jaką przyjemność sprawiła mi ta wizyta, nie, nie może Pani tego pojąć, mimo że jest Pani bardzo mądrym i inteligentnym człowiekiem. Ale powiem Pani, że jestem tak niesamowicie wdzięczna, że w ogóle nie umiem tego wyrazić i wcale tego nie próbuję.

Zmęczyłam Panią, nie miała Pani chwili spokoju, nie mogła Pani spać – ale nie przejmuję się tym. JA bawiłam się po królewsku. Ale mam nadzieję, że teraz może się Pani porządnie wyspać i nie pracuje zbyt wiele, i jest Pani bardzo szczęśliwa, i często spotyka się Pani ze swoimi dobrymi przyjaciółkami. Polubiłam je bardzo, panią doktor Lemke (jakże jest mądra!) i panią Herking, i panią Obrig11. Błędnie napisałam jej nazwisko w jednej z książek o Kati12 (Obrich). Mam nadzieję, że dostały Panie wszystkie książki, które wysłałam. Przepraszam, że zaadresowałam je do Pani, ale nie znam przecież innych adresów. Poniewczasie przyszło mi na myśl, że dzieci pani Herking nie nazywają się pewnie Herking, ale było już za późno.

Poprosiłam pana Oetingera, by wysłał Pani tłumaczenie sztuki „Pippi Pończoszanka” i prawdopodobnie za kilka dni Pani ją dostanie. Później wyślę także sztukę „Detektyw Blomkvist”.

Kiedy folder o literaturze Schund- und Schmutz13 będzie gotowy, niech Pani będzie tak miła i przyśle mi egzemplarz. Chciałabym napisać wiele więcej, ale Pani wie, jak to jest z moją znajomością niemieckiego. Można oszaleć. Człowiek staje się kimś innym, kiedy nie może używać swojego własnego języka. I uważam, że ten ktoś inny jest nieciekawy ze swoim ubogim słownictwem.

I na koniec jeszcze raz –

Pani była przeżyciem.

Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami

Astrid Lindgren

1954

Sztokholm, 3.2.1954

Liebste Frau Hartung!

Czy miałaby Pani coś przeciwko temu, abym pisała do Pani po angielsku? Tak byłoby mi nieco łatwiej niż po niemiecku, który to język kocham, lecz mówię w nim i piszę tak słabo.

Otrzymałam od Pani dwa niezwykle urocze listy, które sprawiły mi wielką radość. Wiele o Pani myślałam od naszego spotkania w Berlinie. Tych kilka krótkich dni z Panią w Berlinie tak wiele dla mnie znaczyło, że mogłabym od ręki napisać esej do „Reader’s Digest”: „Najbardziej niezwykła osoba, jaką spotkałam w życiu”, czy jak oni tam to zwykli ujmować. Proszę nie wspominać nic o Versäumnisse14 – była Pani dla mnie po prostu cudowna, wiem, że było Pani żal swojego przyjaciela Reutera15, ale nikt tego nie dostrzegł, była Pani taka spokojna, była Pani wspaniałą panią domu, i nie mam słów, by wyrazić, jak znakomicie się czułam, goszcząc u Pani. I uważam, że to niezwykle miłe z Pani strony, że zaproponowała mi Pani wspólny wyjazd na wakacje. Bardzo bym tego chciała. Ale nie mogę! Obiecałam moim dzieciom (córce, synowi i synowej), że latem pojadę z nimi do Anglii. W chwili obecnej w ogóle nie mam ochoty na podróże. NIGDY nie miałam problemów ze zdrowiem, ale teraz nie czuję się najlepiej. Już blisko miesiąc jestem chora i piszę ten list, siedząc w łóżku z wielką wełnianą chustą na głowie. Dokuczają mi dotkliwe bóle reumatyczne w karku i wygląda na to, że złapałam jakąś infekcję. Naprawdę dał mi się we znaki ten stan i szczerze ufam, że niebawem wreszcie wydobrzeję.

O mnóstwie spraw chciałabym Pani napisać, ale jestem teraz na to zbyt zmęczona. Napiszę zatem jedynie, że mam nadzieję – i wiem to – że jeszcze się ponownie spotkamy. Doprawdy, nie ma na świecie zbyt wielu ludzi, z którymi chciałoby się przyjaźnić, i jestem szczęśliwa, że z Pani słów mogę wnioskować, że czujemy to samo, myśląc o przyjaźni między nami. To wszystko wyraziłabym daleko lepiej, gdybym mogła napisać do Pani po szwedzku… Cóż, to znowu cała ja…

Dziękuję Pani bardzo za Ferdynanda! Widziałam tę książkę kilka lat temu, gdy po raz pierwszy wydano ją w Szwecji, ale teraz odkryłam ją na nowo, i jestem nią zachwycona. Dziękuję! Jak tylko podniosę się wreszcie z łóżka, wyślę Pani egzemplarz Pippi z najlepszego szwedzkiego wydania.

Proszę nie zapominać o mnie. Ja nigdy Pani nie zapomnę.

Astrid Lindgren

(chora i zmęczona)

Berlin, bez daty, początek lutego 1954

Droga, bardzo droga Pani

Trzy uczucia naraz: radość z listu, ulga, ponieważ był po angielsku, i smutek, że jest Pani chora – zawsze potrafi Pani poruszyć równocześnie wiele strun… […]

Muszę nawiązać do Pani ostatniego listu, na który tak długo nie odpowiadałam, ponieważ sprawił, że poczułam się naprawdę bardzo nieszczęśliwa. Uświadomił mi granicę. Granicę przez barierę językową, co dla kogoś żyjącego z języka i w języku, tak jak Pani, musi być męczące; bo człowiek, zamiast być bogatym, rozrzutnym i szczodrym, staje się kimś ubogim, oszczędnym i skąpym. Wiele lat temu nagle i bez namysłu wyjechałam z Paryża, ponieważ nie radziłam sobie w trudnych rozmowach o sztukach plastycznych, malarstwie i muzyce, nie potrafiłam bowiem wypowiedzieć się dokładnie w obcym języku, miłość i przyjaźń nie zdołały mi wynagrodzić tego, że ubożałam duchowo. […]

Niech się Pani, proszę, nie stara wyrażać myśli w tym uciążliwym języku niemieckim, bo przecież wolę, jak pisze Pani po angielsku, jeśli w ogóle Pani pisze. Ale jeszcze lepiej by było, gdyby pozostała Pani przy szwedzkim. Bo chociaż mówię w tym języku bardzo niedoskonale, to jednak dość dobrze go rozumiem i jestem gotowa poświęcić mu więcej uwagi, niż było to dotychczas konieczne. Wszyscy nasi szwedzcy przyjaciele, którzy tutaj mieszkali, mówili znakomicie po berlińsku! W 1929 roku uczyłam się u sławnej amerykańskiej śpiewaczki, madame Charles Cahier, które to nazwisko miała po swoim szwedzkim mężu. Kupiła mu w Szwecji zamek (Helgerum Slott), a potem go tam samiuteńkiego zostawiła i uciekła do Berlina. Śpiewu uczyła, używając mieszaniny amerykańskiego angielskiego i szwedzkiego. […]

Bardzo się cieszę, że myśli Pani o naszym ponownym spotkaniu. Wszystko jedno, kiedy i gdzie by to miało być. Gdy przyjechałam po Panią na lotnisko, wiedziałam już, że to spotkanie będzie czymś o wiele ważniejszym niż oficjalną wizytą szwedzkiej autorki książek dla dzieci w Hauptjugendamt. […]

Pytałam Panią, czy miałaby Pani jeszcze jakieś życzenie, które mogłabym spełnić, a Pani chciała jedynie, żebym przez całą noc opowiadała Pani o sobie. Wiedziałam, że niczego, ale to niczego nie będę przed Panią ukrywać, jako że zaufanie jest albo tylko bezgraniczne, albo nie ma go wcale. Niczego bardziej bym sobie nie życzyła, jak wykonywania zajęcia Szeherezady. Lecz wtedy musiałabym mieć przed sobą właśnie 1001 nocy, a nie tylko jedną. Obawiałam się śluz, które łatwo otworzyć, ale trudno zamknąć. A strach jest przecież uczuciem, które w ogóle do mnie nie pasuje, i można go wyjaśnić jedynie tym, co przeżyłam w minionym roku. Potrzebujemy na świecie o wiele więcej „ryzykantów przygody”, w przeciwnym razie zaduszą nas interesy i biurokracja.

Dopuszczałam też do siebie myśl, że zaplanowała już sobie Pani lato, nikt przecież nie żyje w próżni. Potem jednak będzie Pani musiała przyjechać i tak do Berlina, gdzie ma Pani jeszcze tyle do zrobienia… Nigdy nie zapomnę wieczoru w pobliżu Potsdamer Platz… i myślę, że sama Pani wie, że nie można pobyć w Berlinie dwa dni i wyjechać, by nigdy więcej tu nie powrócić.

Mieszka Pani w najpiękniejszym mieście świata, otoczona spokojnymi, przypuszczalnie życzliwymi osobami; a to rozdarte, rozbite, samo w sobie brzydkie miasto pełne sprzeczności, z ludźmi jak oswojone drapieżniki, musi przecież mieć dla Pani większą siłę przyciągania niż dla zwykłego podróżnika. Widzi Pani, czym Panią wabię, tym, co w żadnym bedekerze nie otrzymałoby trzech gwiazdek, a mimo to odważam się polecać to miejsce. Nie byłaby Pani pisarką, jeśli zostawiałaby za sobą Berlin jak znoszony but. Niech to długo nie potrwa. Ale niezależnie od tego, czy potrwa długo, czy też nie, możliwość zobaczenia się z Panią jest najważniejszym moim pragnieniem spośród tych wszystkich, których spełnienia sobie życzę lub które planuję urzeczywistnić.

Pani

Louise Hartung

Sztokholm, 22.2.1954

Liebe süsse16, dziś po raz pierwszy od wielu dni wstałam i rozglądam się po świecie jak noworodek. Świeci słońce i nie jest już tak dojmująco zimno. Wszystko byłoby dobrze – z wyjątkiem tego, że wstyd mi, że tak długo do Pani nie pisałam. Ale widzi Pani – PANI pisze takie długie, miłe i uduchowione listy, i mam szaloną ambicję, by nie odpowiadać na nie zbyt nudno i każdego dnia mówiłam sobie: „Dzisiaj odpiszę – długi list do tej dynamicznej, pełnej entuzjazmu i energii süsser Mensch z Berlina”, i zaczynałam pisać, siedząc w łóżku z maszyną do pisania na kolanach, ale i moje ciało, i duch mówiły: „Nie, jestem zbyt zmęczona”, i rezultaty wysiłków okazywały się zbyt nudne, aby wysłać je do tak inteligentnej kobiety jak Pani. Ale teraz odsuwam swoje ambicje na bok i piszę do Pani nudny list, który musi Pani z cierpliwością przeczytać.

Przyjazd do Berlina – to brzmi cudownie. Chciałabym przyjechać i przyjadę, ale obawiam się, że nie będzie to możliwe tej wiosny. To przeklęte Nieren-inflammation17 i tak już zabrało mi zbyt wiele czasu, powinnam zająć się teraz moją nową książką, a nawet jeszcze jej nie zaczęłam. Mam masę innych spraw na głowie, a mój lekarz powiedział dziś, że nie powinnam wracać do pracy przed połową marca. To oznacza, że będę w najbliższych miesiącach zajęta bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Znajomi zaprosili mnie na wspólny wyjazd do Włoch w maju, i oczywiście musiałam odmówić. O wiele bardziej wolałabym pojechać do Berlina zamiast do Włoch, ale z żalem muszę… odrzucić obie te propozycje, obie jakże atrakcyjne. […]

Es freut mich zu hören dass Sie waren draussen an der Havel. Nigdy nie zapomnę tego wieczoru und auch nicht das Abendrot und diese specielle Stimmung da. Ich verstand mit einem Mal was fűr ein ungewohnlicher Mensch Sie waren. Kein anderer hätte daran gedacht mir so einen ersten Eindruck zu geben18.

I nawet jeśli jest Pani szalonym kierowcą (ha, ha), zawsze będę podziwiać Panią za to, co Pani zrobiła – za obwiezienie mnie po tym dawnym Berlinie, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam. Pamiętam, jak wieczorem w maju 1948 roku przyjechałam do Nowego Jorku, myślałam, że to metropolia, i zrobił na mnie wielkie wrażenie, ale Berlin stał się dla mnie daleko głębszym przeżyciem, nieporównywalnym z niczym innym. A Pani była tą osobą, która rozumiała, że właśnie tego chciałam. Ten wieczór w sektorze wschodnim – jego także nie zapomnę, tak trudno mi wyrazić, jak się czułam, patrząc na to zrujnowane miasto i na Pani łzy. Ostatnio, gdy odbywała się ta nieszczęsna konferencja Big Four, dużo myślałam o Pani i o Berlinie. Czyż to nie beznadziejne, gdy tyle się mówi, a nie ma żadnych rezultatów, beznadzieja, beznadzieja. […]

Jest tyle tematów, które chciałabym z Panią poruszyć, ale obawiam się, że muszę z nimi poczekać, teraz już bolą mnie plecy – dłuższe siedzenie jeszcze mnie męczy.

Dziękuję Pani, Liebe süsse Frau Hartung, za te wszystkie ciekawe materiały, które mi Pani przysłała, i za Pani życzliwe działanie na rzecz moich książek. A najbardziej dziękuję Pani za to, że jest Pani dla mnie taka kochana, i za te cudowne listy, które Pani do mnie pisze.

Astrid Lindgren

Berlin, bez daty, koniec lutego 1954

Najdroższa Pani Lindgren, udało mi się wreszcie pogodzić z przekonaniem, że lepiej nie pisać do Pani, gdy nabrawszy sił, rzuca się Pani w wir pracy, aby pozbyć się presji listów, które trzeba przeczytać, i przytłaczającego poczucia braku czasu na pisanie odpowiedzi. Ale coś w Pani ostatnim liście mówi mi, że POWINNAM pisać, jeśli chcę, by sprawy, które tu w tempie kroniki filmowej przesuwają się przed Pani oczami, potrafiła Pani odpowiednio uporządkować przynajmniej pod względem emocjonalnym. Przypomina Pani o wieczorze w sektorze wschodnim, który w widoczny sposób był dla mnie trudny do zniesienia. Nie były to ruiny i opustoszały księżycowy krajobraz wieczoru w sektorze wschodnim – zniszczone domy, do których z czasem przywykłam, nie są już w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Lecz dwudziestoletnie powiązanie indywidualnego losu z władzą, wydarzeniami, właśnie z tamtymi miejscami, i świadomość absolutnego i nieuniknionego zagrożenia mnie samej, na które lekkomyślnie się naraziłam, wszystko to doprowadziło mnie do kresu wytrzymałości nerwowej.

Tego wieczoru poprosiłam dr Lemke, żeby przyszła i opowiedziała Pani o historii Berlina. No tak, nie mówiła o tym, co Pani chciała usłyszeć, lecz wirtuozersko prześlizgiwała się nad wszystkimi najważniejszymi punktami, w których losy stawały się osobiste. Tę wirtuozerię wypracowali sobie wszyscy berlińczycy, dlatego każdemu obcemu z trudem przychodzi – sądzę, że to prawie niemożliwe – choćby w przybliżeniu wyobrazić sobie, co przeżywają ludzie w chwili, gdy to przeżywają. I to wypieranie stwarza ową niespokojną, nieco niezdrową atmosferę tego miasta.

Powracając do wieczoru z 10 października (nigdy nie zapomnę tej daty!) – oczekiwałam na Panią z niewytłumaczalnym nerwowym napięciem, które szybko ustąpiło, gdy zapytałam Panią, na co miałaby Pani największą ochotę. Pojawił się głęboki wewnętrzny spokój. Jugendhauptamt, księgarze, zebranie, wszystko mi nagle zobojętniało, najchętniej pojechałabym z Panią daleko w głąb pięknej Marchii Brandenburskiej z jej urzekającymi cichymi jeziorami, gdybym nie wiedziała, że wszędzie po 20 km nieubłaganie pojawi się rosyjski szlaban. Nigdy jeszcze nie spotkałam człowieka tak bezpośredniego i o tak gorącym sercu, gotowego do współuczestnictwa, który by te właściwości łączył z chłodno rejestrującym darem obserwacji i refleksyjnym podejściem. Nawet będąc przedmiotem tej oczywistej obserwacji, można się dobrze czuć i cieszyć, co też było i moim udziałem.

Z wszystkimi najlepszymi

myślami i pozdrowieniami

Pani

Louise Hartung

Berlin, bez daty, połowa marca 1954

Najmilsza Pani Lindgren, jedno jedyne Pani zdanie („Tu mieszkam”19) może wywoływać nieprzewidziane skutki.

Zaraz się Pani przekona, do czego Pani doprowadziła. Nagle stało się dla mnie jasne, jak mało o Pani wiem: gdzie Pani mieszka, jak Pani żyje, w jakiej części Szwecji przyszła Pani na świat, gdzie się Pani wychowywała, czy na wsi, czy w mieście, czy też w Sztokholmie, jak wygląda ten krajobraz, w którym Pani żyje, ludzie, z którymi Pani się spotyka etc. – krótko mówiąc, co mi właściwie zostaje, co wydaje mi się znajome? Pani sposób myślenia, Pani zdolność odczuwania i doświadczenia życiowe, które można wyczytać z Pani twarzy. (Niestety znalazłam tam też ślady gorzkich rozczarowań).

Tak więc, gdy z takim wysiłkiem musiałam rozmyślać nad jednym jedynym zdaniem, postanowiłam zamiast do Hiszpanii jechać raczej do Szwecji i Finlandii. Tyle że to trochę bez sensu, że akurat w roku, w którym jest Pani w Anglii, staram się o wizę do Szwecji. Lecz gdy ten nieznany kraj na północy nagle jawi mi się w sposób tak pociągający, nie chcę przesuwać tego planu o kolejny rok. Kto wie, co może się zdarzyć do tego czasu. Długie lata życia ze świadomością, że codziennie można je stracić, dokładnie rzecz biorąc, przyzwyczajanie się do śmierci jako wydarzenia, do którego może dojść każdego dnia, nauczyło mnie nie odkładać ani nie zaniedbywać niczego, z czego z jakiegokolwiek powodu nie chciałabym w życiu rezygnować. A przecież i u nas nie wiadomo, kiedy granice państwowe ponownie zostaną zamknięte na dłuższy czas…

Niesłychanie mnie ciekawi, jak się będzie Pani podobało w Anglii – a może Pani już ją dobrze zna? Czy jedzie Pani też do Irlandii? W najbliższych dniach poślę Pani małą książeczkę – „Listy z Anglii” Čapka, obecnie nie do dostania, ale zapewne nie ma szwedzkiego przekładu, tak że musi się Pani zadowolić niemieckim. Dwadzieścia lat temu byłam w Londynie zaangażowana przez jeden season w Savoy Theatre – kraj prezentuje się zupełnie inaczej komuś, kto mieszka w nim od urodzenia, a inaczej jak przebywa się tam tylko przez jakiś czas. […]

W Anglii pracowałam w okresie nazizmu, współpracowałam między innymi przy kilku przedsięwzięciach mojego przyjaciela Kurta Weilla (kompozytora „Opery za trzy grosze”), ale ten angaż pociągnął za sobą zakaz wykonywania zawodu w Niemczech. Ponieważ długoletnie obcowanie z emigrantami z Rosji przekonało mnie, że nigdy, przenigdy jako emigrantka nie chciałabym wyłącznie z zewnątrz uczestniczyć w losach mojego kraju, odrzuciłam obiecującą ofertę z Ameryki i zajmowałam się, czym tylko można, nawet nielegalnie, w Niemczech – aż w wyniku splotu szczęśliwych okoliczności, do których między innymi należała angielska bomba rzucona na archiwum Izby Teatralnej Rzeszy, pojawiła się możliwość wykonywania zawodu, bo spaliły się tam wszystkie papiery. Lecz w tym czasie na koncertach i w teatrach mogli występować wyłącznie zadeklarowani naziści, inni artyści musieli się zobowiązać do śpiewania dla wojska przynajmniej raz w roku przez trzy miesiące. Tak więc zgłosiłam się do szpitali polowych na najdalej wysuniętym froncie w Rosji. […] Te lazarety znajdowały się w Polsce, Estonii, na Łotwie – najbardziej na północ 2 kilometry od Leningradu – a potem na Ukrainie, nad Morzem Czarnym, Morzem Azowskim – na zmianę było 41 stopni mrozu i pięćdziesięciostopniowy upał. To nieludzkie życie na rosyjskich bagnach i w lasach podczas zimowych mrozów i owe niemal tak samo trudne do zniesienia temperatury na rozległych rosyjskich stepach, rosyjskie niebo i „rosyjska dusza”, całonocne rozmowy, mimo zakazu, z rosyjską ludnością w zapchlonych lepiankach i serdeczna dobroć, z jaką my – i oni z nami – dzieliliśmy się ostatnią kromką chleba, ludzie, którzy nas wysadzali w powietrze jako partyzanci, a jako przyjaciele ostrzegali przed przerwaniem frontu – nigdy nie zrezygnowałabym z doświadczeń owego czasu.

Minęło już prawie pół roku, odkąd Pani tu była, nigdy nie przypuszczałam, że w ogóle tak długo można wytrzymać tę nieznośną tęsknotę, ale człowiek jest widocznie tak skonstruowany, że zdoła wytrzymać wszystko. Nawet wieczne spory rozsądku z sercem, te nieustanne dyskusje między nimi. Rozsądek mówi: Ty głupie serce, co ty sobie właściwie myślisz, kto oddaje serce człowiekowi, który mieszka w Sztokholmie i tam też zostanie na zawsze, co to za brewerie… a głupie serce tylko chichocze przy tym po cichutku… a tymczasem jest Pani w Dalarnie! I spaceruje nad jeziorem Siljan. Ach, szwedzkie pisarki dbają o to, by przy każdej nazwie budziły się dziecinne tęsknoty – i wszystkie życzenia, by z dzikimi gęśmi lecieć do Laponii20.

„Od wczoraj – powiedział premier Finlandii – nie jesteśmy już w stanie wojny z Niemcami”. Do wczoraj w ogóle nie wiedziałam, że prowadziliśmy wojnę z Finlandią! Tak więc mogę spokojnie wybrać się do Laponii. Tym samym pozdrawiam Panią z całego serca.

Pani Li. Hg.

Sztokholm, 26.3.1954

Liebste süsseste Frau Hartung! Jak mogę wyrazić swoją wdzięczność za wszystko, co od Pani dostałam, kwiaty, cudowną książkę o Ernście Reuterze (jest naprawdę cudowna) i Seltsames England, której jeszcze nie byłam w stanie przeczytać poza kilkoma bardzo poruszającymi fragmentami. DZIĘKUJĘ i przede wszystkim – dziękuję za Pani długie, interesujące i bardzo, bardzo serdeczne listy. Powiedziała mi Pani tak wiele o sobie i swoich przemyśleniach i widzę, jak bardzo niezwykłe jest Pani życie. Nie zdawałam sobie za bardzo sprawy, czym była nasza wyprawa do Ostsektor21 tamtego wieczoru, ale już potem, zwłaszcza kiedy opowiedziała mi Pani to wszystko, rozumiem to o wiele lepiej. Niech Bóg ma Panią w swojej opiece, jest Pani więcej niż odważna – jest Pani nieustraszona.

Twierdzi Pani, że nic Pani o mnie nie wie, cóż, nie ma zbyt wiele tego, co warto o mnie wiedzieć. Sądzę, że większość moich przeżyć to doznania wewnętrzne. Gdyby chciała się Pani dowiedzieć czegoś o moim dzieciństwie w Bauernhof22 w Smalandii, mogę wysłać Pani kilka moich książeczek Die Kinder in Bullerby. Nie były jeszcze tłumaczone na niemiecki, jest ich trzy, i Oetinger dostarczy Pani pierwszą z nich tej jesieni. Ale są napisane bardzo prostym językiem i łatwe do czytania i gdyby chciała Pani poczytać szwedzkie książki, to myślę, że mogłaby Pani zacząć właśnie od nich. (Ale och, kiedy znajdzie Pani czas na lekturę, biedna przepracowana dziewczyno). W każdym razie te właśnie moje książki lubię am besten, bardziej niż Pippi i Blomkvista, i Kati. Nie jestem pewna, czy podzieli Pani moją opinię. Ale są one odpowiednie dla każdego małego dziecka, które właśnie zaczyna czytać. Proszę, niech Pani spróbuje być takim dzieckiem!

Mieszkałam w Smalandii do osiemnastego roku życia, uczęszczałam do szkoły w pobliskim małym miasteczku (to właśnie miasteczko z książek o Blomkviście). Potem przeniosłam się do Sztokholmu, nauczyłam się pisania na maszynie oraz stenografii i zostałam kontoristin23 (byłam szczególnie dobra w stenografii, co okazało się później niezwykle przydatne – bo wszystko piszę, stenografując, nawet moje książki). Wcześnie wyszłam za mąż, mój mąż z czasem został dyrektorem w Szwedzkim Związku Motorowym, urodziłam dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę, w czasie wojny przez pięć lat pracowałam w cenzurze korespondencji, do roku 1944. Zaczęłam pisać. W 1952 mój mąż zmarł nagle i choć przez wiele lat miał problemy ze zdrowiem, jego śmierć nadeszła niespodziewanie i była dotkliwym ciosem. Mój syn ożenił się i mam małego wnuczka, teraz ma trzy lata. Moja córka, obecnie 20-latka, mieszka ze mną i studiuje romanistykę w Högskola w Sztokholmie. Mam mieszkanie w centrum Sztokholmu i mały letni dom nad morzem. Kilka godzin dziennie pracuję jako redaktorka w dziale dziecięcym w wydawnictwie, które wydaje moje książki. Mam mnóstwo znajomych – tak jak i Pani – i strasznie dużo na głowie – tak jak i Pani. Jak Pani widzi, moje życie nie kręci się wokół jakichś wielkich spraw, jest tak zwyczajne, że aż trudno w to uwierzyć. Nic zatem dziwnego, że Panią tak nagabywałam, by opowiedziała mi Pani o sobie, kiedy się poznałyśmy. Pani życie to gotowy materiał na powieść. DLACZEGO nie zaśpiewała mi Pani choćby jednej pieśni???? Gdy spotkamy się następnym razem, musi mi Pani coś zaśpiewać. Naprawdę wybiera się Pani do Szwecji? Jeśli to prawda, mam nadzieję, że będziemy miały okazję się spotkać. Bardzo bym była rozczarowana, gdybym była w Anglii podczas Pani pobytu tutaj, nie sądzi Pani?

Wysyłam Pani wycinek z największej szwedzkiej gazety, żeby mogła Pani zobaczyć, co my tutaj także wiemy o Herking24. Ach, chciałabym być w Berlinie, żebyśmy mogły razem obejrzeć ten kabaret!

Mam nadzieję, że wie Pani, jak głęboko jestem wdzięczna za Pani serdeczność oraz za wszystkie upominki!

Tillgivna25 Astrid Lindgren

Berlin, 29.3.1954

Kochana, niech będzie Pani tak miła i przyśle mi the Bullerbüs! Myślę, że bez trudu da się je zrozumieć – dwadzieścia lat temu zaczęłam czytać „Syna służącej”26. (Bo go kochałam, tego wielkiego skandalistę).

A więc wyobrażam sobie, że jestem małym, małym dzieckiem, zaczynającym czytać… i widzę przed sobą czterolatkę, o wiele za małą istotkę, która wszędzie, gdzie tylko się da, taszczy ze sobą grubą, grubą księgę. „To jest MOJA książka” – mówi z dumą, gdy się ją pyta: „Co ty się tak stale plączesz pod nogami z tą książką?”. Ta strasznie ciężka i nieporęczna wielka księga to Biblia przetłumaczona przez Lutra, bardzo stare wydanie. I nikt nie wiedział, że ta czterolatka przez cały dzień czytała (CZYTAŁA) Biblię i swoje ukochane opowieści od dawna znała na pamięć. Bo nie było tam mamy, która zatroszczyłaby się o to małe stworzenie, a liczni starsi bracia, którzy powinni byli bawić się z tym maleństwem, ułatwiali sobie życie – nauczyli żądnego wiedzy malucha czytać i od tej pory mieli spokój. To stworzenie czytało i robi to do tej pory. Nie ma dnia, który by nie miał swojej książki, a Pani zapewne się dziwi, jak bardzo tkwię w przeszłości. Nawet u Pani, jak widać, jej szukam!

„Kati w Paryżu” z wielu różnych powodów sprawiła mi radość. Tysiąckrotne dzięki. Ale najbardziej poruszające dla mnie było coś zupełnie nienależącego do rzeczy. Jak, na miłość boską, wymyśliła Pani Chevreuse? Ljuvliga Chevreusedalen!27 Chevreuse to światopogląd…

Paryż pod Chevreuse, tak nazywaliśmy małe miasteczko nad Sekwaną, gdy o szóstej rano szliśmy przez wilgotne łany zbóż do wczesnego pociągu do Paryża. […] Może Pani oczywiście zapytać, skąd się wzięłam w Chevreuse, Seine-et-Oise, i co w tym szczególnego. Ale to historia wymagająca więcej czasu, Chevreuse bowiem pojawia się dokładnie między Münster w Westfalii a Berlinem, dokładnie rzecz biorąc, na końcu rozmarzonej młodości i na początku powagi życia! Czy nie ma już Pani dość moich stories? Nigdy się nie skończą, przecież żyję już o wiele za długo i do końca życia mogłabym opowiadać, co było dawniej.

Münster, przecież Pani się tego uczyła w szkole, miało zaszczyt zakończyć wojnę trzydziestoletnią, a ponadto wątpliwą przyjemność wydania mnie na świat. Poza tym jest to najpiękniejsze średniowieczne miasteczko w Niemczech, mimo Würzburga i Rothenburga, i Lubeki itd. I pewnego dnia zostawiłam w nim moje dzieciństwo, nie przypuszczając, że nigdy więcej nie zobaczę tego miasta. Gdy ponownie tam przyjechałam, w 1951 roku, dokładnie dwadzieścia pięć lat później, odnalazłam tylko pusty teren, chaotyczne pole nie do poznania, z górami kamieni, zarośnięte brzozami i pokrzywami. […]

Ale w roku 1926, gdy to wszystko w Münster jeszcze stało, byłam głęboko nieszczęśliwa, tak bardzo, jak się jest tylko raz w życiu, gdy po raz pierwszy cierpi się z miłości, i postanowiłam wyjechać z tego miasta, które oglądało moje nieszczęście. Tyle że jeszcze nie wiedziałam dokąd. No i spotykam na ulicy przyjaciela, takiego kochanego, starszego przyjaciela, wypłakuję przed nim moje cierpienie, a on mówi: „Jesteś przecież pacyfistką, jedź ze mną do Paryża”, to znaczy najpierw na wędrówkę przez północną Francję (oczywiście przez pola bitew, tak się wtedy jeździło z pacyfistami z Francji). „Spotkamy się w przyszłym tygodniu na granicy”. To dobra propozycja dla mojego zranionego serca. Wprawdzie nie byłam pacyfistką, ale na pewno chciałam pokoju, z moich starszych braci czterech poległo na wojnie, nie mogłam w ogóle myśleć inaczej niż tylko „pokój”.

I wkrótce potem wędrowałam wzdłuż Mozy, a Francuzi bardzo mi się spodobali. Przede wszystkim jeden, z Normandii, mądry i piękny, i w ogóle nie francuski, potem, tak mi się wydaje, został przywódcą wszystkich francuskich pacyfistów albo kimś w tym rodzaju […] on też uważał mnie za mądrą i piękną, i w ogóle nie niemiecką i jako najwyższą pochwałę wygłaszał zawsze: O, jak moja żona się ucieszy, gdy cię przyprowadzę do Chevreuse! […] Potem spędziłam tam całe lato, studiowałam w Paryżu, jeździłam w to miejsce trzy razy w tygodniu i pilnie pracowałam lub wręcz mieszkałam w Luwrze. Ale Francuzi jeszcze częściej „zabierali mnie z sobą”. Słyszałam to zdanie zawsze, gdy tylko kogoś poznawałam, po krótkim czasie padały słowa: O, muszę cię zabrać do Maillola28. Lub: O, il faut te voir Romain Rolland29. I tak też to było. Trudno sobie wyobrazić, jakimi ludożercami są ci Francuzi, zwłaszcza jeśli chodzi o dziewczynę, która ma 20 lat i wszystkim się zachwyca.

Lecz na dłużą metę wszelkie znajomości wiązały ze sobą tylko nas, więc postanowiłam wyruszyć w świat, w którym panuje chłodna, trzeźwa atmosfera. W ten sposób znalazłam się w Berlinie. Lecz Joy i Jacques pozostali moimi najmilszymi przyjaciółmi i gdy w 1933 ten straszny Hitler zapanował nad nami i byłam całkiem zrozpaczona wszystkim, co się może wydarzyć, powinnam była ponownie pojechać do Chevreuse. Jednak wybrałam Londyn. A w 1942 r. udało mi się mimo koszmarnych trudności przenieść do Paryża, ponieważ wiedziałam, że wojna przeszła też przez Chevreuse, dom został sprzedany, mieszkanie w Paryżu opuszczone – tak ta przeklęta wojna mści się na pacyfistach: człowiek nie wie, czy przyjaciele żyją, nie wie gdzie i jak, i nagle ktoś w Sztokholmie pisze o Chevreuse, niedużo, ale wystarczająco, by ożywić przeszłość.

Jasne, że jadę do Szwecji i do Finlandii. Zwróciłam się do automobilklubu o przysłanie mi biletów i tras. Tylko 5000 kilometrów. Niestety tutaj odradzono mi skorzystanie z promu z Travemünde do Trelleborga, co byłoby bardzo wygodne. Podobno pływa nieregularnie i jest byle jaki itp. A więc przypuszczalnie przez całą Danię i z Frederikshavn do Göteborga. Strasznie się cieszę na komary w Laponii i jeszcze bardziej na ruch lewostronny30. To główna przyczyna, dla której ludzie nie chcą jeździć do Szwecji, gdy prowadzą samochód, jeszcze do tego tak jak ja, prawie przez sen. […]

A jak się zastanowić, to powinna Pani znaleźć więcej czasu i przyjechać do Berlina. Kiedy tylko Pani zechce i na jak długo, bardzo Panią proszę, by jako mój drogi i kochany gość pobyła Pani przez jakiś czas z berlińczykami. Może Pani poznać, kogo tylko Pani zechce, kogokolwiek bądź, ale przede wszystkim tutaj mogłaby Pani pracować w całkowitym spokoju, przynajmniej osiem godzin dziennie, przez następne osiem jestem gotowa wszędzie Panią obwozić, pod koniec tego wypadu będzie Pani doskonale mówiła po niemiecku. A jeśli nie potrafi Pani pracować w mieszkaniu, w którym przebywa ktoś inny, jestem gotowa na ten czas wyprowadzić się do mojego malutkiego domku w jeszcze mniejszym ogrodzie, oddalonego stąd o pięć minut drogi, pomieszkuję tam czasami, gdy nie chcę, żeby ktoś mnie złapał telefonicznie albo w jakiś inny sposób. I tak mogłaby Pani rozmyślać do woli. Wprawdzie nie mogę przyrzec, że będę Panią nosiła na rękach, ale mogę złożyć inne obietnice, które mogłyby tę ofertę uczynić kuszącą. Na przykład mogę się zobowiązać, że nigdy, PRZENIGDY nie zobaczy Pani niemiłego wyrazu twarzy, a tym bardziej nigdy nie usłyszy żadnego niemiłego słowa. O ile będzie to tylko w mojej mocy – przynajmniej raz dziennie pójdę z Panią do sektora wschodniego. […]

Teraz powinna Pani jedynie zapowiedzieć swój przyjazd i wszystko zostanie załatwione. Oczywiście jestem też gotowa przyjechać po Panią małym volkswagenem, tyle że to by trwało o wiele dłużej, ale odbiorę Panią tak samo chętnie z Dalagatan jak z lotniska w Berlinie. […]

Proszę przyjąć serdeczne podziękowania za artykuł z „Dagens Nyheter” i nadal być tak kochaną.

Pani

Louise Hartung

Berlin, 2.4.1954

Najdroższa Pani Lindgren, czy potrafi Pani sobie wyobrazić z tak daleka, ile radości mogą sprawić trzy małe książki dla dzieci? […] Wczoraj wieczorem czytałam „Dzieci z Bullerbyn”31, a dzisiaj, jako że umyślnie nie poszłam do Amt, ponieważ na jutro mam przygotować artykuł do „Soziale Arbeit” na temat ustawy o tandecie i brudach, nie napisałam ani słowa, bo wolałam czytać „Wesoło”32. Trzecia książka jeszcze czeka. Całe szczęście, że nie napisała Pani setek książek, bo bardzo czarno widziałabym swoją pracę! […]

Gdybym tylko umiała znaleźć słowa, które potrafiłyby przekazać Pani moją niewypowiedzianą radość. Z Pani książek, z Pani, ze wszystkiego. Nie potrafię robić nic innego, jak tylko czekać, żeby Oetinger wydał je w naszym skomplikowanym języku i zadbał o to, by każde dziecko w Berlinie czytało Pani książki. Po głębokim zastanowieniu z użyciem upartej westfalskiej głowy wystartowałam w tym celu z szeroko zakrojonymi przedsięwzięciami, które za parę lat przyniosą efekty, jednak nie będę Pani o tym opowiadała. Nie lubię, gdy Pani dziękuje za coś, co jest dla mnie zrozumiałe samo przez się i gdy może Pani poczuć się choćby w najmniejszym stopniu zobowiązana, podczas gdy ja nie robię nic innego, jak tylko wypełniam swoje obowiązki. […]

Zaczęło się od tego, że ku własnemu zdumieniu sprowokowałam awanturę z panią Kay, gdy ta po przeczytaniu Pippi nagle przestała mieć ochotę na zaproszenie Pani do nas i żebyśmy jako Hauptjugendamt zalecili tę książkę jako lekturę dla dzieci. Byłam bardzo zdecydowana poprosić Reutera, który wówczas był jeszcze szefem Hauptjugendamt, o przeniesienie ze względu na moje przekonania.

W obliczu tak zdecydowanej postawy pani Kay oczywiście ustąpiła i potem tego nie żałowała. Przeciwnie. Sama Pani tego doświadczyła. Później tak się to potoczyło, jakby wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu ma związek z Panią, wymagało mojej decyzji. Ilse Obrig, czytając w radiu „Pelle przeprowadza się do Wygódki”33, zmieniła w tekście parę miejsc. Nie były to żadne istotne zmiany, ale ponieważ mam wprost niezawodną pamięć, natychmiast zauważyłam, że Pelle nie powiedział jednego ze swoich czarująco pięknych zdań. Kazałam jej się tłumaczyć, dlaczego uzurpuje sobie prawo do zmieniania doskonałych opowieści na własną rękę, bez zgody autora czy też wydawcy. […]

Później doszło do kilku gwałtownych napaści ze strony katolickiej na ochronę młodzieży i kabaret młodzieżowy, „Petrusblatt”34 (!) uznał, że spożytkowałam pieniądze publiczne na „bluźnienie przeciwko Bogu”, no a gdy skończyła się ta bitwa, ponownie umieściłam w programie film „Detektyw Blomkvist”, nie przypuszczając, że wyniknie z tego dyskusja. Nie uważałam, by ten film miał wielkie znaczenie, ale był czymś radosnym, co bez zastrzeżeń i z całkowitym poparciem wszędzie moglibyśmy polecać. Tyle że owi „eksperci od spraw dzieci” uznali ponownie scenę z przestraszonymi dziećmi w lochu za coś zbyt przerażającego dla serduszek małych czytelników i dodatkowo, że dzieci wspólnie z policją ścigają przestępców, co się wiąże ze strzelaniem. Zapytałam, jakie niebezpieczeństwo z tego wynika, czy mamy się obawiać, że dzieci będą zatrzymywały każdy wóz policyjny i prosiły: „Wujku, zabierz mnie ze sobą na pościg za przestępcą”, i czy z życia najmłodszych chcą wygnać słowo „strach” i uczucie strachu. Następnie znów nawiązali do ustawy o ochronie młodzieży i że wiek, w którym młodociani mogą oglądać wszystkie filmy, powinien być podwyższony do lat 18. […] W końcu poszłam do domu i myślę, że wtedy oni doszli do porozumienia. Ale zadumałam się i rozmyślając o tym wszystkim, uznałam, że ta znienawidzona przeze mnie ustawa, której wprowadzenie zlecił mi Reuter, zdążyła już naruszyć moje własne jestestwo […] Wyciągnęłam z tego wnioski i poprosiłam senatora do spraw personalnych, by uwzględnił mnie przy okazji najbliższego czekającego na obsadzenie stanowiska u senatora do spraw kultury i pozwolił mi odejść z Jugendamt. W odpowiedzi usłyszałam, żebym przez cztery tygodnie przemyślała, co zamierzam robić, ale sądzę, że nie wytrzymam po wieczne czasy presji zlecanej mi pracy, nikt nie jest wiekuiście silniejszy niż jego otoczenie.

Ten i wiele innych wewnętrznych sporów wywołany został po części przez opis w „Kati w Ameryce”35 (kwestia Murzynów)36, który przypomniał mi moje własne stanowisko wobec tego problemu, a później i kwestię Żydów. Z tym że wszystkie te sprawy można omówić tylko ustnie, wspominam o nich, by Pani na małym przykładzie zademonstrować potęgę ducha, skutki, jakie mogą wywierać Pani książki. Powracając do tego, dlaczego spotkanie z Panią, z Pani twórczością, uważam za tak wielkie szczęście: ponieważ to wszystko przywiodło mnie z powrotem do mnie samej i zmusiło do rozprawy z samą sobą.

Proszę powiedzieć, jeśli wyznania tego rodzaju to za dużo dla Pani, potrafię sobie wyobrazić, że mogą one stanowić ciężar, a tego bym sobie nie życzyła, byłaby to niewdzięczność wobec Pani. Być może brzmi to tak, jak jest napisane, trochę przesadnie, ponieważ jedno nakłada się na drugie. Lecz wokół tego toczy się również całe życie z wieloma dziwnymi i radosnymi wydarzeniami. Sama Pani wie, że jestem człowiekiem o bardzo pogodnym usposobieniu, który nie denerwuje otoczenia swoimi „wewnętrznymi kłopotami”. I dlatego tu zakończę i zabiorę się do czytania „Więcej o dzieciach z Bullerbyn”37.

Najserdeczniej

Louise Hartung

Sztokholm, bez daty, Wielki Czwartek 1954

Kochana, droga, miła, teraz zamierzam pisać po szwedzku. Dlaczego mam pisać po angielsku do kogoś, kto potrafi czytać „Syna służącej” w oryginale? Ale w jakimkolwiek języku bym pisała, nie potrafię w wystarczającym stopniu wyrazić mojej wdzięczności za wszystkie dary, którymi mnie Pani obsypuje. Listy dostałam, długie, bogate w treści i zachwycające, kwiaty dostałam, cudowne białe goździki i jeszcze cudowniejsze herbaciane róże, i śliczne wiosenne kwiatki z Pani ogrodu, i perfumy dostałam, takie wspaniałe, droga, kochana, to absolutnie za wiele. Pani jest rzeczywiście aktywna we wszystkim, co Pani robi, nadzwyczajna pod każdym względem. Chciałabym znać Panią, kiedy miała Pani cztery lata i wszędzie taszczyła ze sobą tę Biblię. Tysiączne dzięki za cudowny opis Chevreuse i dzięki za liścik, który leżał w środku, a który, podejrzewam, jest do zwrotu.

Jak to się stało, że napisałam o dolinie Chevreuse? Kiedy byłam we Francji w 1950 roku, jak żenił się mój syn, weselny obiad jedliśmy dokładnie tak, jak jest w Kati, w małej restauracji w dolinie Chevreuse, i zanim przygotowano obiad, spacerowaliśmy po niezwykle pięknej kwitnącej łące, której nigdy nie zapomnę. Ciekawa jestem, czy to jest dokładnie to samo miejsce, gdzie Pani była w Chevreuse. I czy kiedyś dowie się Pani, gdzie są teraz Joy i Jacques? Pani stanowczo powinna pisać pamiętniki, pisze Pani tak dobrze, tak żywo i ma Pani tyle do opowiedzenia. Pani oceny są tak trafne i potrafi Pani wyrazić dokładnie to, co Pani ma na myśli. Rozumiem, że Pani jest „solą ziemi” w Hauptjugendamt i gdyby Pani odeszła stamtąd na inną posadę, to moim zdaniem trzeba by litować się nad berlińską młodzieżą – bo znalazłaby się pod opieką jedynie pani Kay, a więc nie byłoby biedakom pewnie zbyt wesoło. […]

Jak się cieszę, że podobają się Pani „Dzieci z Bullerbyn”. Bardzo lubię, gdy dzieli się Pani ze mną swoimi spostrzeżeniami, bo Pani zawsze mówi wprost, co uważa za dobre i za mniej dobre. Dlatego odważam się wierzyć w to, co Pani mówi – szczególnie dlatego, że w tak rozumny sposób potrafi Pani wszystko wyłożyć. Boże, jakież zdania ja piszę, jak źle sformułowane!

Czy jest Pani nadal zdrowa i czynna? Ja czuję się wyjątkowo zmęczona tej tzw. wiosny, nie kończę zaczętych prac, nie próbuję niczego planować, nie odpowiadam na listy, nie mam siły kupować żadnych ubrań. Nie jestem chora i nie jestem zdrowa.

Proszę mi opowiedzieć więcej stories z Pani życia! Dla mnie są fascynujące, moim zdaniem przeżyła Pani tak dużo w tak wielu różnych środowiskach, a ja żyłam tu, w Szwecji, tak potulnie i przeżyłam tak mało. Ten wycinek znalazłam przed kilkoma dniami w „Dagens Nyheter” i posyłam go z nadzieją, że usłyszę jakąś nową historię.

Jutro Wielkanoc, a pogoda tu okropna, ani śladu wiosny. Mimo to biorę dzieci i wnuki i jadę z nimi na Furusund na trochę…

Zapomniałam podziękować za elegancki plan Berlina, mam nadzieję, że nadarzy mi się okazja, bym mogła z niego czasem skorzystać, a może kiedyś dostanę nowy – bez granic stref.

No tak, znów wracam do punktu wyjścia – jak mogłabym Pani podziękować? Róże od Pani stoją tu i są zachwycające. Za godzinę wychodzę na kolację – owiana lekkim obłokiem Arpège38. Tak, Pani naprawdę jest rozrzutna, zarówno jeśli chodzi o siebie samą, jak i o dary. Powinna Pani być trochę bardziej oszczędna, ja nie jestem warta tego wszystkiego.

Mam głęboką nadzieję, że jeśli przyjedzie Pani latem do Szwecji, będziemy mogły się spotkać, przynajmniej na trochę. Z różnych przyczyn moje plany na lato jeszcze nie są dokładnie ustalone, mam na myśli daty i tym podobne. W pewnym stopniu zależą od mojej pracy w wydawnictwie. Zwykle jestem wolna całe lato, ale w tym roku trochę spraw koliduje ze sobą. Życzę Pani wszystkiego dobrego! Na początek wesołych Świąt Wielkanocnych i PIĘKNEJ POGODY!

Jeszcze raz dziękuję!

Oddana

Astrid Lindgren

Berlin, bez daty, kwiecień 1954

Od lodu już wolne rzeki, strumienie,

Wiosny obudził ożywczy je wzrok

W dolinach się szczęścia nadzieja zieleni,

A stara zima, już czując zmęczenie,

Na górski, nagi schroniła się stok.39

Te wersy jako data, z czego od razu widać, że jest Wielkanoc i że ja niczym dobra Niemka wyciągam z tornistra „mojego Fausta”, gdyż nadeszła na niego pora! Ale proszę się nie obawiać, że stale będę cytowała Goethego, od dawna mam go we krwi, niemiecki bez jego języka jest dla mnie w ogóle nie do pomyślenia. Dawniej mawiałam, że gdybym nie potrafiła czytać po niemiecku, tobym się tego nauczyła, choćby tylko po to, by móc poczuć jego język, bo cała moja miłość to „Tasso”, „Zmyślenie i prawda”, „Podróż włoska” i jego wiersze.

W międzyczasie do Fausta doszła Pippi, sądzę, że dobrze do siebie pasują! I teraz nie ma rady. Zrozumiałam, że sama pozbawiłabym się największej przyjemności, gdybym jak najszybciej nie nauczyła się tego tak po mistrzowsku przez Panią opanowanego i tak nieomylnie używanego szwedzkiego języka! Przecież zupełnie wykluczone jest oddanie w tłumaczeniu Pani językowych perełek (jak näktergalning40! i tych słodkich powtórzeń, opuszczanych przez każdego tłumacza). Przekonanie bowiem, że „po niemiecku tak się nie mówi”, jest dość rozpowszechnione, lecz mimo wszystko głupie, jako że wiele z tego, co Pani pisze, też nie istnieje w szwedzkim, ponieważ Pani tworzy język do swoich pomysłów. […]

W tej chwili są tu dwaj przyjaciele z Nowego Jorku, kompozytor, którego prawykonanie oratorium chcę podsunąć jesienią Hauptjugendamt, i jego żona, pianistka, która 29 kwietnia zagra dla nas koncert Ravela. Są to Niemcy, którzy w 1933 roku musieli emigrować, stali się przez ten czas Amerykanami i byli tutaj jesienią, ponieważ Ingrid Heller, tak nazywa się ta pianistka, miała zagrać Debussy’ego w amerykańskim centrum kultury. […] Wczoraj więc przez cały dzień na zmianę muzykowaliśmy i wzajemnie się podziwialiśmy, serdecznie się przy tym śmiejąc. Podobnie jak ja, są zaprzyjaźnieni z wdową po kompozytorze Schrekerze.

Maria Schreker podczas wojny towarzyszyła mi w jednym z tych śmiertelnie niebezpiecznych objazdów po Rosji z godną podziwu odwagą. Dla tak filigranowego człowieka to nieprawdopodobny wyczyn. Gdy nocą po ośmiodniowej nieprzerwanej podróży przyjechałyśmy z Rosji do Berlina, znalazłam się przed całkowicie zbombardowanym moim mieszkaniem, Marii Schreker zbombardowane było częściowo, lecz miałyśmy jeszcze dach nad głową, choć nie było już okien i drzwi. Ale gaz jeszcze działał. Po ośmiu dniach chciałyśmy się napić po raz pierwszy czegoś ciepłego i zaparzyć sobie herbatę. Gdy była już gotowa, zaczął się nalot. Wzięłam więc tacę z niebieskimi filiżankami na dół, usiadłam przed domem na ulicy i stwierdziłam, że teraz czas na herbatę, niech sobie bomby lecą, jak chcą, nic mnie to nie obchodzi. A potem, po nalocie, łopatą zgarnęłyśmy porozrzucane bomby zapalające i zabiłyśmy kilka okien, wstawiłam ponownie drzwi, by przynajmniej nie dokuczał nam ten obrzydliwy przeciąg, i od tej pory musiałam tam mieszkać. Następnego dnia przyjęłyśmy jeszcze jedną koleżankę, która nocą straciła mieszkanie, przytuliłyśmy również jej służącą, tyle że najpierw musiałyśmy skądś wziąć dodatkowe łóżko, co mi się jednak udało – i później mieszkałyśmy tam, na Kaiserallee, do 1 maja 1945, kiedy to stałyśmy na ulicy, przyglądając się, jak Rosjanie ocalałą część mieszkania na czwartym piętrze niszczą pojedynczymi celnymi strzałami, aż wreszcie z czwartego piętra spadł też steinway, i ostatecznie zrozumiałyśmy, że wojna się skończyła i że nasz dom był ostatnim domem w Berlinie, o który toczyły się walki. […]

Cóż za miły list Pani napisała. Jest jak jedna wielka pieszczota. Dlaczego nie pisze Pani już po szwedzku, uświadamiam sobie, jak ubogi jest niemiecki, jeśli pomyślę, że mamy tylko jedno jedyne słowo lieb, i jak rozrzutnie potrafi je Pani stosować. Chciałabym, żeby wreszcie miała Pani wiosnę, by skończył się ten deprymujący nastrój. Chciałabym umieć Panią rozweselić; gdyby Pani tu była. Lub ja u Pani. Ale wówczas już bym nic więcej nie opowiadała, tylko pogodnie milczała.

Jednak znalazłam jedno zdjęcie z Chevreuse. Wszystko, co Pani posyłam, może Pani zachować lub wyrzucić – dostaje Pani wszystko bez żadnych warunków.

Z miłymi myślami

Louise Hartung

Sztokholm, wieczór przed nocą Walpurgii, 30.4.1954

Der alte Winter, in seiner Schwäche zog sich in rauhe Berge zurück41 – gdyby jednak tak było! Teraz, dzisiejszego wieczoru, kiedy wiosenne ognie płoną w całej Szwecji (czy w Niemczech także płoną 30 kwietnia?), powinna być wiosna, ale jest ZIMNO i żadnej, żadnej wiosny – mimo cudownych kwiatów, które dostałam jako wiosenne pozdrowienie z pewnego ogrodu w Berlinie. Tulipany z Himalajów, tak, es könnte nichts anders sein42, kiedy to Louise Hartung je hoduje. Nie Mont Blanc czy Kilimandżaro, tylko ausgerechnet43 z Himalajów, najwyższych gór świata. Były zachwycające, pozostałe kwiaty także. Znów muszę powiedzieć: dziękuję – jak zwykle! Tym sposobem tak mnie Pani rozpuści, że woda sodowa uderzy mi do głowy. Dziękuję również za Cocteau, którego z dzikim zachwytem natychmiast porwała moja córka, tak że ledwie zdążyłam rzucić na niego okiem. Pani ofiarowuje mi o wiele za dużo, a ode mnie w ogóle nic nie dostaje. Ach, przypomniałam sobie, że nie wysłałam do Pani „Nilsa Paluszka”, ale on przyjdzie, przyjdzie.

Następnego dnia po tym, jak dostałam Pani list, znalazłam w „Dagens Nyheter” krótki wers o modraszku, czy to nie zabawne? Strindberg ładnie opisał go w baśni „Modraszek znajduje wiosenne złoto”44. I niech Pani zgadnie, gdzie ta baśń się rozgrywa. Na Furusund wśród sztokholmskich szkierów, gdzie mam swój letni dom i gdzie Strindberg wielokrotnie mieszkał w czasie lata. W małym niskim czerwonym domku, który nadal istnieje. Wszelako wiosenne złoto jest także w Bullerbyn i nie wiąże się ze Strindbergiem tylko z tym, że rosło właśnie w jednym rowie niedaleko domu, gdzie wiele lat temu razem z moją siostrą przesiedziałam cały długi niezapomniany wiosenny dzień. Zawsze bardzo lubiłam wiosenne złoto. […]

Pani pisze tak długie i interesujące listy, prawdziwe krótkie eseje, a ja coraz bardziej i bardziej rozumiem, jak utalentowanym i ciekawym jest Pani człowiekiem. Pani jest tak all round, zna się Pani na muzyce, literaturze, w ogóle na wszystkim, co nazywa się kulturą, a przy tym jest Pani tak praktyczna i kompetentna, i energiczna, to rzeczywiście niezwykła mieszanka. Wszystko, co Pani pisze o swoim dzieciństwie, bardzo mnie interesuje, było oryginalne tak jak Pani sama albo może należałoby powiedzieć, stała się Pani tak oryginalną i bogatą osobowością właśnie dlatego, że miała Pani „oryginalne” dzieciństwo. Być jak inni – tak, tego się pragnie, kiedy jest się dzieckiem i kiedy jest się młodym. Dla Pani bardzo wcześnie musiało być jasne, że ci inni są całkowicie inni. Ale ja, prawdę mówiąc, nigdy nie wyróżniałam się wśród innych, przynajmniej nigdy tak nie sądziłam i nie myślałam, i nadal uważam, że jestem jak najbardziej zwyczajna, dość normalna i zrównoważona, jeśli nawet trochę melancholijna, czego moje otoczenie przypuszczalnie w ogóle nie zauważa. Chyba nigdy nie przepełniała mnie radość życia, choć potrafię być wesoła, kiedy przebywam wśród ludzi. Tę lekką melancholię ciągnę ze sobą od młodości. Naprawdę radosna byłam tylko jako dziecko, może to dlatego lubię pisać takie książki, w których mogę przywołać tamte pogodne przeżycia. Mam troje rodzeństwa, jednego brata i dwie siostry, łączy nas silna więź. Moi rodzice mieli zawsze tyle do roboty (byli chłopami, jak Pani wie), ale nam, rodzeństwu, nigdy nie brakowało ich towarzystwa, byliśmy całkowicie pochłonięci naszymi zabawami i sobą wzajemnie. Oboje moi rodzice żyją i mieszkają w tym samym domu, w którym się urodziłam. Jutro jadę do nich na parę dni. I tak miło będzie zobaczyć znów Smalandię – chociaż życzyłabym sobie, żeby wiosna zdążyła przyjść trochę wcześniej. Dwa lata temu właśnie w tym czasie byłam kilka dni w domu, wiosna była w pełni i wieczorem siedziałam na pagórku, słońce świeciło, ptaki świergotały, a my śpiewaliśmy (choć ja oczywiście ani trochę nie umiem śpiewać): „Może nigdy więcej się nie zdarzy, że życie zaprosi cię do tańca”. Potem wróciłam do Sztokholmu, a mój mąż zachorował i niedługo potem zmarł. Myślę o tym wszystkim, kiedy nastaje wieczór przed nocą Walpurgii.

Piszę teraz jak szalona, może już o tym opowiadałam? Właściwie nie robię nic innego, tylko piszę (i codziennie kilka godzin jestem w wydawnictwie). Miło będzie wysłać Pani tę książkę45, jak już będzie gotowa, i dowiedzieć się, co Pani o niej sądzi. Ale to oczywiście jeszcze trochę potrwa.

Jak właściwie jest skonstruowany Pani mózg, że mieści się w nim tak wiele różnych rzeczy? Botanika też. Ja jestem namiętną miłośniczką przyrody… ale jak nazywają się kwiaty, trawy i zioła, nie bardzo wiem, niestety.

Jest Pani wzruszająco miła, przysyłając mi tak długie zachwycające listy, mimo że ma Pani niesłychanie dużo zajęć. Nie wiem, jak się Pani udaje poświęcać mi tyle czasu. Mam wyrzuty sumienia, ponieważ sama piszę w pośpiechu byle jak, zamiast spokojnie przekazywać przemyślaną treść. Niech Pani to nie zmęczy, proszę. Moich „wolnych chwil” jest tak mało i są takie krótkie. Ale kiedy to piszę, wiem, że takie same są PANI, a pisze Pani, jak gdyby mogła Pani poświęcić na to cały czas świata.

Jutro rano o godz. 7 będę w samochodzie w drodze do Smalandii. Dobranoc!

Dziękuję jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze!

Oddana

Astrid Lindgren

Berlin, 8.5.54

Tak bardzo kochana, przyszedł „Nils Paluszek”46 i zachwycił już samym wyglądem – książki przez sam sposób, w jaki się prezentują, potrafią pozyskiwać miłośników. Oczywiście nie tylko książki. Nie musi Pani pisać, jeśli Pani myśli, że należy podziękować, lecz tylko wtedy, kiedy ma Pani na to ochotę. W przeciwnym razie przestanę zachowywać się spontanicznie i będę miała tyle samo obiekcji co Pani. Jeśli wolno mi to powiedzieć, nie obrażając Pani, listy od Pani nie są pozbawione treści, w każdym razie nie dla mnie, przecież jeszcze niezupełnie wyrosłam z magicznego wieku i potrafię czytać nawet w myślach, których nie przelała Pani na papier, proszę mi wierzyć, że dobrze rozumiem każde Pani wyrażenie, ponieważ przyjmuję je sercem pełnym miłości.

Dzisiaj mam dzień ogrodowy, wzięłam wolne w Amt i przycinałam żywopłot, podwiązywałam róże i zajmowałam się podobnymi sprawami. Czy przy Pani letnim domu jest coś w rodzaju ogrodu, czy też obmywa go słona woda? Jeśli tak, to co w nim rośnie? Ale gdy Pani myśli, że uprawiam botanikę, to niestety muszę zniweczyć to pochlebne wrażenie. Jestem dyletantem nie tyle naukowym, co namiętnym – sadzę kwiaty i krzewy i dbam o nie, ponieważ je kocham albo z powodu ich urody czy też dlatego, że są białe albo niebieskie, albo żółte, albo że upajająco pachną, albo że pachną bardzo, bardzo delikatnie lub swoim zapachem przypominają coś, co kiedyś się zdarzyło, lub, jak na przykład Asphodeline lutea47, bo się pięknie nazywają i u starożytnych Greków rosły przy wejściu do świata podziemnego, swoim wyglądem budząc tęsknotę zmarłych dusz. […] Kiedyś śpiewałam na koncercie poświęconym prawie wyłącznie miłości i wiośnie (dołączam stary program) i potem ludzie pisali listy, jakie zwykle pisze się do śpiewaczek, lecz pewien pan napisał, że w Akademii Śpiewu pachniało fiołkami i narcyzami, i polami dojrzałych zbóż, nad którymi śpiewały skowronki. Niesłychanie mnie to wtedy ucieszyło, bo przecież szalała wówczas wojna i Berlin był już częściowo zniszczony. Przekazywanie takich iluzji biednym, znękanym ludziom stanowiło wdzięczne zadanie. Ale jak się teraz zastanowię, to przez całe życie nie robiłam nic innego, tylko śpiewałam pieśni miłosne – co za nieużyteczna egzystencja!

Oczywiście znam baśnie Strindberga. Wprawdzie obecnie już nie szuka się w ten sposób wody, lecz wygląda na to, że wiosenne złoto jeszcze nie utraciło swojej mocy wykrywania podziemnych źródeł.

Od dłuższego czasu z różnych względów i w różnych celach rozwijam szeroko zakrojoną akcję promującą Pippi. Po pierwsze, we WSZYSTKICH kółkach czytelniczych, które utworzyłam w Jugendschutz, gdzie głośno czyta się dzieciom (z różnych środowisk). Tutaj z biegiem czasu wytrzebiliśmy zaangażowane początkowo bibliotekarki, zastępując je młodymi aktorkami i studentami uniwersytetu (moim zdaniem bibliotekarki nie miały dobrego kontaktu z dziećmi), obecnie czyta się tam „Pippi” w każdy poniedziałek.

Oczywiście między innymi. Potem będziemy spisywać wszystkie wypowiedzi dzieci, w najrozmaitszych miejscach. Oprócz tego warunki domowe, o ile są znane. Po rodzaju wypowiedzi mogę na ślepo powiedzieć, jakie jest środowisko domowe dziecka. Po drugie, nasze domy, w których przebywają dzieci z rozbitych rodzin. Po trzecie, zamek Glienicke, gdzie dzieci, które potrzebują wypoczynku, spędzają sześć tygodni, i znów dzieci przeciętne, jeśli nawet ogólnie z nieco gorzej sytuowanych środowisk. Po czwarte, przejściowe domy dla dziewcząt, zarówno uciekinierek ze strefy wschodniej, jak i zaniedbanych. Po piąte, rozmaite szkoły, których kierowników lub pojedynczych nauczycieli znam osobiście i z którymi w istotnych punktach dzielę nastawienie do młodych ludzi. Tak więc w jednej z klas wprowadzona została lekcja o Pippi, która odbywa się co czternaście dni i na której dzieci opisują i malują to, co zrobiło na nich największe wrażenie. Tutaj byłam na większości lekcji. W tej klasie jest 30 dzieci, z czego 15 nie ma ojca. Dzieci z najwyższej warstwy (nazwiska takie jak Bismarck, Pückler-Muskau i inni potomkowie książęcych rodów pojawiają się wśród nazwisk znanych intelektualistów), tak że pod koniec tego przedsięwzięcia zgromadzimy doświadczenia pod wieloma względami interesujące i warte oceny. W innej szkole dyrektorka zaleciła książki o Kati jako materiał w przypadku zastępstw, dzieci zawsze lubiły wypadające lekcje, ale kiedy czyta się Kati, radość dziewczynek jest ze zrozumiałych względów ogromna. […]

Obawiam się, że Pani tak samo dobrze, jeśli nie lepiej, zauważa wszystko i drobne reakcje, gesty, ton głosu w odpowiedzi nie umykają Pani uwadze. W Berlinie kiedyś zapytała Pani mimochodem: Czy wybierze się Pani kiedyś do Szwecji? Z przerażeniem zaprzeczyłam, a zrobiłam to z wielu, wielu powodów. Przyczyna tkwi w tym, że mnie zawsze interesują obce kraje, obcy ludzie. Ale niczego nie lękam się bardziej niż pobytu w innym kraju lub innym mieście, jeśli muszę tam zaliczyć zamek królewski lub skansen i co tam jeszcze wiąże się z tym miastem. Po prostu tego nie potrafię. I także nie chcę. […]

A ponieważ Pani tak niezmordowanie chciała oglądać jakieś rzeczy, które ja z ogromnym zapałem chętnie Pani pokazywałam, ale tylko dlatego, że Pani chciała, i musiałam wierzyć, że Pani chce, to obawiałam się, że teraz w dowód wdzięczności mam obejrzeć higieniczną Szwecję. To długie wyjaśnienie muszę przedstawić jako karę za jedną z moich spontanicznych reakcji – ach, gdybym była lepiej wychowana, powiedziałabym natychmiast: Ach tak, zawsze chciałam wybrać się do Szwecji, właściwie niczego bardziej nie pragnęłam, ale do tej pory to mi się niestety nie udało. A to nie miałoby nic wspólnego z prawdą, ale byłoby o wiele bardziej uprzejme. A teraz przesyłam jeszcze pozdrowienia płynące z głębi serca.

Pani

Louise Hartung

Sztokholm, 26.5.1954

Liebe Louise Hartungchen!

Jak dobrze mieć do czynienia z ludźmi, o których się wie, że wybaczą człowiekowi, choć zachowuje się niewybaczalnie. Nie odzywałam się tak długo, ale spokojnie zakładam, że mimo to Pani nie jest rozgoryczona.

Zanim napiszę coś więcej, chcę (choć Pani zapewnia, że to zbyteczne) podziękować za kwiaty. Czy Pani wie, że kwiaty są dla mnie czymś absolutnie niezbędnym? A Pani przysyła mi całe naręcza. Jedną przesyłkę zaniosłam do wydawnictwa. Właśnie przeprowadziłam się do nowego pokoju, w którym kwiaty stały na biurku i rozświetlały cały pokój, a wszyscy, którzy do niego wchodzili, wpadali w zachwyt. Następną przesyłkę wzięłam ze sobą do mojego letniego domu, ponieważ nadeszła tuż przed moim wyjazdem. Wstawiłam je do ogromnej wazy i był to cudny widok. Teraz, przed chwilą, nadeszła trzecia przesyłka, co za bzy! Pani ogród musi być prawdziwym rajem. Jaki świat byłby pusty bez kwiatów. Kwiaty i drzewa, ja tak bardzo je lubię. (Tylko proszę nie przysyłać mi teraz drzewa – myślę, że byłaby Pani zdolna ściąć lipę na Unter den Linden48, jeśli na Unter den Linden została jeszcze jakaś lipa). Ale pomimo to. Kwiaty i drzewa – jak pusty byłby bez nich świat.

Teraz usłyszy Pani co nieco, dlaczego ja tak długo się nie odzywałam. 1) Pracowałam jak niewolnik, po części z powodu różnych audycji radiowych, po części w wydawnictwie, po części z powodu mojej książki49, którą już skończyłam. (Maszynopis wysyłam do Oetingera. Kiedy za jakiś czas zostanie przetłumaczona, będę bardzo wdzięczna, jeśli Pani, szczególnie dla mnie łaskawa, sprawdzi tłumaczenie i porówna je ze szwedzkim oryginałem, ponieważ w tej książce, bardziej niż w innych, wiele zależy od melodii zdania). 2) Troszkę chorowałam i ustalono, że ja mam kamienie żółciowe. Wprawdzie rentgen tego nie potwierdził, ale symptomy się zgadzają. Nie miałam jakichś nieznośnych bólów, ale świdrujący ból, nawet mały, sprawia, że wtedy nie pisze się listów. 3) Mam jechać do Włoch. Ta decyzja zapadła ni stąd, ni zowąd. SAS (Scandinavian Airlines System) zaoferował mi lot do Rzymu, no i uległam pokusie, zabieram z sobą córkę i jedziemy na trzy tygodnie. Ponieważ wszystko to spadło tak nagle, oznacza, że przedtem trzeba załatwić tysiąc milionów spraw. Ale ja myślę, że nic nie może przynieść więcej spokoju niż wyjazd gdzieś, gdzie człowiek nie jest osiągalny przez telefon i gdzie nie ma żadnych ludzi, których się zna. Jestem dość zmęczona i bardzo tęsknię do tego, by móc odpocząć. Moją podróż do Anglii będę musiała więc trochę przesunąć, ale ja przyrzekłam dzieciom, że się odbędzie, i muszę dotrzymać słowa. Ciekawa jestem, kiedy Pani planuje urlop. Gdyby tak nieszczęśliwie się złożyło, że w Szwecji nie będzie mnie wcześniej niż pod koniec sierpnia, dostanie Pani jeszcze kilka dni wolnego? Chyba nie zaharuje się Pani na śmierć, zanim nadejdzie urlop? Niemal widzę, jak Pani pędzi z Westfalii do Berlina i pracuje, pracuje, pracuje na okrągło.

Mój Boże, jak tu pięknie teraz. Wiosna i ciepło nastały na dobre. Ta jasna zieleń jest czymś najpiękniejszym na świecie i człowieka ogarnia taka melancholia na widok tego całego piękna, które powraca każdej wiosny, i wiadomo, że powróci znów i znów, i znów, nawet kiedy samemu nie będzie się już na tym świecie.

Czy nie mogłaby Pani napisać do mnie kilku słów do Włoch? Np. na adres Hotel Quirinale, Via Nazionale 7, Rzym, przed 3 lipca. Albo Hotel Syrene, Sorrento, przed 15 czerwca, albo na Park Hotel, Locarno, przed 21 czerwca. (Kiedy będę mijać Asconę, posłucham, czy niesie się jakieś echo Pani sliberne Stimme50). […]

Dziękuję i niechaj będzie Pani zdrowa, nie zapracuje się na śmierć i napisze do mnie wkrótce.

Oddana

Astrid Lindgren

Och, jak ten list jest pełen „ja”.

Berlin, 30.5.1954

Kochana, teraz już Pani leci nad Niemcami! Tak się cieszę, że podróżuje Pani obecnie do Włoch. […] Gdy tylko sobie wyobrażę, że mogłaby Pani mieć ostry atak woreczka żółciowego, to już się denerwuję, a co będzie, jeśli się Pani naprawdę rozchoruje? Teraz nie chcę o tym myśleć, lecz sądzę, że tego bym nie wytrzymała. Musi Pani zachować zdrowie, choćby ze względu na innych.

Jak dobrze, że skończyła Pani książkę, kiedy Pani ją pisała, nigdy nie pytałam, jaki ma mieć tytuł, o co w niej chodzi, nie pytałam o nic, co mnie niesłychanie interesowało, ponieważ wiem, jak niechętnie się rozmawia o rzeczach jeszcze niezupełnie gotowych. Lecz zbyt łatwo Pani nie wybaczę, że nadal Pani tak milczy. Pewnie nie istnieje nic, czego bym chętnie dla Pani nie zrobiła, a na pewno już nic, co robiłabym chętniej niż czytanie Pani książki i porównywanie jej z tłumaczeniem. Ale nie dlatego, bym była „szczególnie łaskawa” – jeśli zaczyna Pani używać języka chińskich mandarynów, bo ja też to potrafię – wtedy niech Bóg ma Panią w opiece! Wówczas ten niegodny Pani sługa, którego Pani miłościwie, choć niezmiernie przecenia, wytęży swoje skromne siły, by okazać się godnym niezasłużonej łaskawości i spróbować zrozumieć Pani natchnione wersy ze spuszczonym wzrokiem.

Sądzę, że dość dobrze wiem, jak bardzo kocha Pani kwiaty. Tak więc Fleurop51 byłby prostszym rozwiązaniem, ale to nie byłyby kwiaty, które ja kocham. Dokładnie pamiętam wszystko, o czym Pani myślała, gdy w Berlinie w pewnym domu dziecka dostała Pani okropny bukiet głupio połączonych kwiatów jako dowód szczególnego uznania, do chwili, gdy Panią od nich uwolniłam. Posiada Pani zadziwiający dar głośnego myślenia, i bardzo łatwo rozmawiało mi się z Pani myślami, nie wypowiadając ani jednego słowa. Co za dziwna gra! I nigdy nie zapomnę wieczoru w Schlosspark-Theater. Och, jakże byłam skonfundowana! Chciałam kupować bilety do teatru w kinie, a przecież znam ten teatr na pamięć z własnych występów! Przez cały wieczór czułam się, jakbym była z Panią zupełnie sama na całym świecie, było to jak spotkanie z człowiekiem, którego znam od wielu, wielu lat, i nic, ale to nic nie było mi obce, każda cecha osobowości była mi znana, a wszystkie tak samo ujmujące. Całą sobą czułam się obecna w kręgu promieniowania osoby, która jawiła mi się nade wszystko godna miłości. Jawi się! Wciąż! Wciąż od nowa!

Proszę napisać, że jest Pani już zupełnie zdrowa!

Serdecznie

Louise Hartung

Sztokholm, 28.6.1954

Moja droga przyjaciółko, jest Pani dla mnie tak miła i cudowna, jakkolwiek zachowuję się bezwstydnie, nie pisząc, kiedy powinnam, i w ogóle! Pani naprawdę nie jest ani odrobinę małostkowa, tylko zawsze tak samo wielkoduszna. Nie wyobraża sobie Pani, jak ucieszył mnie ten list, który czekał na mnie, kiedy wróciłam do domu – jeśli podoba się Pani „Mio”, to ośmielę się sama w to uwierzyć.

I wyraża się Pani tak entuzjastycznie, jak wspaniale jest mieć do czynienia z takimi ludźmi. Tak się cieszę, cieszę, CIESZĘ, że podoba się Pani „Mio”! I tak się cieszę, że znów się spotkamy. Pani pewnie uważa, że jestem śmieszna, nie podając żadnych informacji, przepraszam! Powodem jest to, że moje własne plany wakacyjne są i były tak płynne, że za każdym razem muszę ułożyć puzzle, żeby było kilka „wolnych” dni, ponieważ wydaje się, że jest cała masa ludzi, którzy ciągną mnie tu i tam, mówiąc „Chodź tu” lub „Zrób to”, lub „Jedź tam”. Tymczasem podróż do Anglii odłożyłam do następnego lata, przede wszystkim dlatego, że moja synowa, która też miała jechać, dostała swoją pierwszą pracę i nie może się teraz stąd ruszyć. A poza tym odczuwam potrzebę, żeby po podróży do Włoch pobyć trochę w spokoju. Będę w moim letnim domu na Furusund, 90 kilometrów od Sztokholmu, przez sierpień, przynajmniej częściowo, z przerwami na krótkie konferencje i podróże po Smalandii. Teraz przejrzałam swój kalendarz i pytam Panią, Louisechen Hartungchen, czy Pani zechciałaby przyjechać na Furusund i pobyć tu 4, 5 i 6 sierpnia. Mam gości, którzy wyjeżdżają 3, i następnych gości, którzy przyjeżdżają 7 – stąd to precyzowanie czasu, choć najchętniej powiedziałabym: Any time any place! Ale przez trzy dni pewnie zdążymy trochę porozmawiać, nie sądzi Pani? Za jakiś czas przyślę małą mapkę, żeby Pani trafiła.

Cieszę się, że Pani jest tak samo uzależniona od maszyny jak ja. Nie ma Pani pojęcia, jak trudno mi pisać ręcznie. List do Pani zaczęłam w Locarno, ale nie zdążyłam go skończyć, przepraszam za to! […]

Mam nadzieję, że niedługo znów się Pani odezwie, listy są mi przesyłane z Dalagatan. MIŁO będzie zobaczyć się znów.

Astrid Lindgren

Näs Vimmerby = Bullerbyn, 14.7.1954

Louisechen, Louisechen, dzięki za list, który przyszedł już DAWNO temu, z załączonym listem do Oetingera. Pani naprawdę jest żywiołem o niezrównanej intensywności. Jest tak wiele rzeczy, które chciałabym z Panią przedyskutować, i dziko cieszę się, że już niedługo porozmawiamy osobiście. Żeby tylko nie było jakichś zmian w Pani planach, chyba nie będzie? Jest Pani bezgranicznie, niesamowicie zmęczona po roku pracy? Ale nawet ZMĘCZONA Louise jest bardziej żywotna niż dziesięciu wypoczętych zwyczajnych ludzi. JA ani razu nie zauważyłam, żeby Pani była zmęczona, kiedy spotkałyśmy się w październiku, ach, jakże Panią umęczyłam!

Picasso! Pani rzeczywiście idzie na całego. Naprawdę wierzy Pani, że Picasso marzy o tym, aby zilustrować książkę dla dzieci? Wprawdzie ja wiem, że Pani potrafi prawie wszystko, cokolwiek Pani pomyśli, ale by zwabić Picassa, musiałaby go Pani mieć w nieco bliższym zasięgu, nie sądzi Pani? Możliwe, że Picasso jest właśnie tym, który kongenialnie mógłby nadać kształt przeżyciom Mio, ale zastanawiam się, czy zrobiłby to tak, że dzieci by zrozumiały. A przecież całe moje pisanie i działalność, której się podejmuję, podyktowana jest wyłącznie myślą o dzieciach. Jeśli dorośli rzeczywiście mogliby coś zyskać na lekturze „Mio”, to im tego nie żałuję, ale książka jest napisana dla dzieci i ich wymagania to jedyna rzecz, która naprawdę mnie obchodzi. O wszystkim tym możemy porozmawiać więcej, jeśli Pani przyjedzie do mnie, Louisechen Hartungchen.

Wysyłam Pani mapę, na której narysowana jest NAJLEPSZA droga do Furusund. Ta, która biegnie najbliżej brzegu, jest mniej więcej dziesięć kilometrów krótsza, ale dość wąska i kręta. Wyjazd ze Sztokholmu przez Roslagsgatan-Roslagstull (jeśli będzie Pani kogoś pytać o drogę). Może Pani zadzwoni do mnie ze Sztokholmu, mój telefon to Furusund 97. […]

Proszę napisać KRÓTKO, kilka słów (tak, chętnie DŁUGO, oczywiście, ale tego nie mogę wymagać, bo sama piszę takie krótkie, nijakie listy), ale proszę przysłać mimo wszystko parę słów, żebym wiedziała, że Pani nie zapracowała się na śmierć, tylko stoi w blokach startowych, aby ruszyć do Szwecji. Jak to będzie cudownie mieć Panią na chwilę w Furusund. Witam, witam, witam!

Oddana

Astrid

Berlin, 16.7.1954

Czarodziejko! Jak to jeden jedyny list potrafi sprawić człowiekowi tyle radości! Dopiero dziś zrozumiałam, że chyba Pani nie ma zamiaru zmieniać swoich planów, i raptownie ta tłumiona radość tak nagle, jasno i promiennie wybuchła, że nie mogę pojąć, jak myśl o innym człowieku może dać tak wiele czystego szczęścia. Muzyka i kwiaty, tak, ale ludziom rzadko się udaje zgotować innym tak niezmąconą radość. Mimo to poruszam się w czystym C-dur! I poza tą nieposkromioną radością wypełnia mnie jeszcze podniecająca ciekawość. Wiem przecież bardzo dobrze, że wyobraźnia, myśli, życzenia potrafią tak długo kształtować wewnętrzny obraz drugiego człowieka, aż powstaje zupełnie bajkowa istota, a mimo to te twory fantazji często są bliższe rzeczywistości wewnętrznego istnienia niż realność zewnętrznych pozorów. I teraz jestem ciekawa tego pierwszego człowieka!

Możliwe, że jedno miejsce w moim liście do Oetingera źle Pani zrozumiała, więc krótko do tego nawiążę. Gdy pisałam, że powinien „Mio” wydać staranniej, a nie w stylu tanich książeczek dla dzieci, myślałam nie o wydaniu jak dla dorosłych, lecz o dobrym opracowaniu, jakie mnie się wydaje stosowne dla tak wyjątkowej książki. W Hamburgu powiedział, że nie chciał jej ilustrować, a ja się z tym zupełnie nie zgodziłam.

Tym bardziej że jego wątpliwości dotyczące znalezienia dobrego malarza albo grafika uznałam za pretekst. Nie wiem czemu. Nie dawał po temu najmniejszego powodu, lecz niestety mam ten nieprzyjemny dar czytania niewypowiedzianych myśli. I dlatego zaraz zaproponowałam najlepszego malarza, przy czym w takim przypadku sceptycyzm co do ceny zdaje się iluzoryczny. Na pewno ma Pani rację, pisząc, że Picasso w ogóle nie dopuszcza do siebie myśli o ilustrowaniu książek dla dzieci, w każdym razie jeszcze nie w tej chwili. Ale dlaczego nie można by wypełniać treścią ludzkich marzeń? (W Hauptjugendamt wisi u mnie na ścianie mały szyldzik: „Niemożliwe załatwiamy od ręki! Cuda wymagają trochę więcej czasu!”).

Jeśli w przypadku „Mio” jest to krzyk rozczarowanego stworzenia, to zawiera w sobie jednak ziarenko prawdy. Cuda wymagają właśnie czasu. Lecz gdy pomyślę, że mogę to wszystko z Panią osobiście omówić, nie mam najmniejszej ochoty na podejmowanie teraz prób lepszego tłumaczenia swoich racji.

Tysiąckrotne dzięki za mapę. Jechałabym oczywiście wzdłuż wybrzeża, o czym chyba jeszcze teraz myślę. W każdym razie 24 czerwca jestem w Travemünde. Przez Danię pojadę w drodze powrotnej, jak będę bardziej wypoczęta. Prom do Trelleborga zamówiłam na 29 i myślę, że 3 będę w Sztokholmie. […]

Gdy po sześciu tygodniach wrócę, niechybnie okaże się, że wszyscy, którzy bili się o opiekę nad moim ogródkiem, mimo gorących próśb, by nic nie robili, nie pielili, nic nie zmieniali, tylko pozrywali wiśnie i brzoskwinie, pewnie „zrobili porządek” i drutami i łykiem poprzywiązywali rośliny do tyczek, bo u mnie wszystko, ale to wszystko może rosnąć, jak mu się żywnie podoba. I pierwsze, co zrobię, to nożyczkami porozcinam łyka, powyciągam tyczki i z miłością powiem zachęcająco: „Tak, teraz możecie robić, co chcecie. Rośnijcie, gdzie chcecie, na prawo, na lewo, na drogę – nikt wam nie będzie przeszkadzał”. Przedziwne jest to nieodłączne przekonanie, że chwasty są wrogami tylko dlatego, że nie ma z nich żadnego pożytku. A przecież jest, tyle że ludzie o tym nie wiedzą. Ach tak. A za cztery tygodnie będę w Laponii. Dziwny pomysł. I to, że przedtem ponownie Panią zobaczę, muszę szybko w myślach pominąć, radość jest po prostu nie do zniesienia.

Louise

W dniach 4–6 sierpnia Louise była w odwiedzinach u Astrid na Furusund. Nową drogą prowadzącą z lądu stałego do Furusund, mostami – Idöbron, Svartnöbron, Furusundbron – Louise dojechała do czerwonego domu Astrid, Stenhällen, i wyładowała z samochodu wszystkie cebulki kwiatowe i sadzonki, które przywiozła z Berlina. Nastały trzy miłe dni wypełnione rozmowami po niemiecku i po szwedzku, śpiewami, zbieraniem grzybów, spacerami do Nordkap – skał w północnej części wyspy z miejscem do kąpieli – i fotografowaniem, podczas którego Astrid pozowała Louise. 7 sierpnia Louise ruszyła dalej, w swoją półtoramiesięczną podróż samochodem do Laponii.

Rovaniemi52, bez daty, 8–12.8.1954

Te trzy dni to jak odległy sen i gdy zamykam oczy, widzę tylko długi wąski most – Astrid, kochana, kochana, kochana, i za sto lat nie zapomnę tego mostu53. Jak ktoś może być tak miły jak Ty, jak cudownie jest być u Ciebie. Nigdy nie wierzyłam, że szczęściem może napełniać widok zmywania naczyń w małej kuchni, ach, Twoje piękne dłonie…

Jesteś mi niewymownie droga, nie potrafię wyrazić, jak bardzo. Kiedy jestem przy Tobie, myślę, że Ci to napiszę, a kiedy zasiadam do pisania, sądzę, że to by można powiedzieć, ale nie potrafię ani jednego, ani drugiego, wiem tylko, że umieram z tęsknoty za Tobą. Teraz jestem 1200 km na północ od Ciebie, zamiast jak zwykle na południu – ale zawsze te straszliwe km między nami. Pozostanę tu jeszcze kilka dni, żeby wypocząć, droga była bardzo wyczerpująca. Potem jadę dalej, do północnej Laponii. […]

Gdzie jesteś 1 września? Czy mogłabym Cię gdzieś złapać? 4 września to ostatni dzień, kiedy mogę być w Szwecji, potem muszę nieodwołalnie wracać. Proszę, proszę, przemyśl jeszcze raz swoje plany, może znajdzie się jeszcze nieco miejsca dla jednego niedużego człowieczka. Wiem przecież, że przy tym wszystkim, co masz do zrobienia, wykroiłaś dla mnie trzy dni i podarowałaś mi je od rana do wieczora, oszczędzę sobie podziękowań i trochę je odłożę, ale nie da się już zmienić tego, że chcę Cię ponowie zobaczyć, i stale, i wciąż Cię widywać.

Poświęć, proszę, nieco swojego czasu, możesz jeszcze bardziej wyśrubować warunki, spełnię wszystkie, które postawisz – trzy pieśni na dzień! Jakby dla mnie istniała jakaś większa radość niż śpiewanie dla Ciebie – lecz zrób coś, żebym mogła Cię znów zobaczyć, i to niedługo.

Louise

Furusund, 16.8.1954

Louisechen, to NIEMOŻLIWE! 1 września jestem w Smalandii i zdaję, jak Bóg pozwoli, egzamin na prawo jazdy. Termin trzeba zamawiać dużo wcześniej, ponieważ w tej małej mieścinie egzaminy odbywają się tylko raz w tygodniu i właśnie 1 września jest moja kolej. I tego samego popołudnia razem z moimi rodzicami jadę samochodem (ale nie ja będę szoferem) do ich starych przyjaciół i ta podróż skończy się w Enköping 5 września, po czym cwałem wracam do Sztokholmu na ważne zebranie 6 września, a moi rodzice pobędą u mnie trochę. Tak więc widzisz, że nie ma najmniejszej luki. Czasami zastanawiam się, czy całe nasze życie jest tak bez reszty rozplanowane… na to wygląda. I chociaż wszystko się planuje i ciężko się pracuje, i tak nie da się zrobić tysiąca rzeczy czekających, aż się człowiek do nich zabierze. Pomyśl tylko: a jak się kiedyś umrze, kto wtedy to wszystko zrobi?

Louisechen, Louisechen, wcale nie jestem tak cudowna, jak myślisz, i nie poświęcaj się tak drugiemu człowiekowi, nie mnie i nikomu innemu, bo staniesz się bezbronna i będziesz zdana na czyjeś widzimisię. Tak bardzo Cię lubię i zostaniemy dobrymi przyjaciółkami na całe życie, ale nie możesz mnie idealizować i z mojego powodu zaniedbywać wszystkich innych, którzy, jak rozumiem, potrzebują Cię jako źródła siły i „kojącego plastra”. Jeśli siedzisz w Berlinie i myślisz tylko o die schmale Brücke54, to jest Ci pewnie smutno, moja mała Louisechen. Nie rób tego, proszę. Ale myśl o mnie CZĘSTO i pisz do mnie CZĘSTO, i bądź radosna i zdrowa, i śpiewaj bardzo piękne pieśni, nawet jeśli mnie tam nie ma i ich nie słyszę. Nie piszesz ani słowa o stanie Twojego zdrowia podczas tej wyczerpującej podróży, mam nadzieję, że nie przemęczyłaś się ponad siły. Piękną pogodę mogłam zorganizować tylko na te trzy dni, kiedy tu byłaś, potem głównie padało i podejrzewam, że widziałaś szwedzkie krajobrazy przez ponure deszczowe chmury. Czuję się osobiście odpowiedzialna za to, żeby Szwecja zachowywała się, jak należy, kiedy Louise Hartung do niej przybywa, a obawiam się, że nie zachowywała się tak, jak powinna. Ale w każdym razie słońce świeciło w Furusund, przyznaj! A Ty byłaś tak urzekająca i nie okazywałaś znużenia, kiedy mi coś opowiadałaś, dziękuję, kochana Szeherezado! […]

Dziękuję, Louisechen, za Twoje odwiedziny i za niedźwiadka55, i za całą Twoją serdeczność i oddanie. Mam nadzieję, że nie potrwa zbyt długo, a znów się zobaczymy i będę mogła usłyszeć drei Lieder pro Tag56.

Astrid

Rovaniemi, 24.8.1954

Kochana, jak dobrze to wyczułaś, że wysłałaś telegram. Przyszedł akurat tuż przed moim wyjazdem w Pallastunturi57. Nagle zrobiło się tak swojsko, gdy usłyszałam szwedzką mowę w tym fińskojęzycznym kraju. Chyba będę musiała nauczyć się tego języka. A gdy dzisiaj wróciłam, okazało się, że wreszcie nadeszła wiadomość od Ciebie. Tysiąckrotne dzięki. Zakładasz chyba, że wciąż siedzę w Rovaniemi, ale w tej Laponii wszystkie drogi prowadzą do Rovaniemi zamiast do Rzymu. Główne trasy rozchodzą się stąd promieniście, a połączenia poprzeczne są prawie nieprzejezdne. Rzadko miałam tak burzliwe wakacje jak tu, na tak zwanej bezludnej dalekiej północy. Mogę teraz spokojnie napisać książkę „Życie rodzinne pod kołem podbiegunowym”. Z wolna dochodzę do przekonania, że my w Berlinie wiedziemy spokojne, wiejskie, sielankowe życie. Wiele radości sprawiłoby mi opisanie wszystkiego, co się tutaj i po drodze wydarzyło, ale zapełniłoby to wiele, wiele stron i trwałoby całe dnie, a to niestety nie jest możliwe. […]

Obecnie jesienią obchodzimy 10. rocznicę zawarcia pokoju, tak więc Annika Setälä-Sundqvist, szefowa programu lapońskiego radia, musi znaleźć Lapończyków i Finów, którzy mogliby opowiedzieć o ówczesnych przeżyciach, ewakuacjach do Szwecji i tym podobnych sprawach: wyszukujemy ich w najodleglejszych zakątkach kraju. Jest to niewiarygodnie interesujące, choć wymaga również niepomiernego wysiłku, najmniejsza odległość wynosi mniej więcej 500 km. Zawsze wiedziałam, że Finowie lubią Niemców, ale to, co tutaj przeżywam, przewyższa wszystko, co mogłam sobie kiedykolwiek wyobrazić. Nawet kiedy idę do nożownika, bo chcę jakiemuś małemu chłopcu podarować nóż, to ten rzemieślnik od razu daje mi nóż za darmo, gdy słyszy Saksalainen58, i mówi, że powinnam go stale nosić w kieszeni i myśleć przy tym, że Finowie nigdy nie przestaną dziękować Niemcom59. I tak w tym stylu. Jestem zupełnie pozbawiona tego rodzaju narodowego myślenia, w przeciwnym razie to wszystko uderzyłoby mi do głowy. […]

Masz rację. Z Twojego powodu pomijam innych ludzi, ale właściwie dlaczego nie miałabym tego robić? Znaczysz dla mnie więcej niż ktokolwiek inny, nie ma tutaj w ogóle żadnej skali porównawczej. W żywym, pięknym i prawdziwym związku jedno przecież zależy od drugiego, jedno bardziej, drugie mniej. Pojęcie wolności i niezależności jest bardzo względne. Staje się to interesujące dopiero wtedy, kiedy wie się nie tylko, od czego jest się wolnym, ale też do czego. Jestem zbyt przyzwyczajona do zdawania sobie sprawy ze wszystkich rzeczy, i nie potykam się na ślepo i głucho w swoim nieszczęściu! W każdym razie chciałabym korzystać ze swojej wolności i wedle swojej woli kierować się uczuciem. Myślę, że to wielkie szczęście, że znam Ciebie, w tym celu wcale nie muszę Cię stawiać na piedestale i podziwiać inskrypcji ku Twojej czci! Lecz widzę Twoje zaniepokojenie. Nie zapominaj, że mam spore doświadczenie życiowe i jestem bardzo zdyscyplinowana. W żadnym razie to, co do Ciebie czuję, nie powinno być dla Ciebie ciężarem – nie będziemy już o tym mówić. Ode mnie już nic na ten temat nie usłyszysz.

Najserdeczniej

Louise

Sztokholm, 10.9.1954

Louisechen, Louisechen, wie geht es dir60 i czy szczęśliwie dotarłaś do swojego domu i swojej ojczyzny? Tak wiele o Tobie myślałam, dzięki za długi list. Ile trudów wytrzymujesz… NAPRAWDĘ musisz mieć żelazny organizm, tak samo mocny, jak mocna jest Twoja dusza. Napisz mi wkrótce o swoich przeżyciach i wszystkim, co myślisz i robisz!

Przed dwoma dniami wróciłam do wydawnictwa, żeby ponownie podjąć swoją pracę, i oj, oj, oj, jak to z początku było męczące i nudne. Teraz zaczynam się powoli przyzwyczajać. Dni w Tylösand były pracowite, ale mimo to piękne, z plażą i wydmami w blasku słońca. Słuchaj, nie DOSTAŁAM prawa jazdy 1 września, bo nie umiałam pojechać do tyłu za róg ulicy. A więc nadal nie mam prawa jazdy (nie mogłabyś ze swojej niezwykłej sprawności jako kierowcy wyczarować troszkę dla mnie?), ale spróbuję zdać ten egzamin tu, w Sztokholmie, jeśli zdążę z całą tą diabelną pracą, do której muszę się zabrać, po tym jak pozwoliłam sobie nic nie robić przez trzy miesiące. Moi rodzice goszczą teraz u mnie i zostaną do początku przyszłego tygodnia. Są dosyć starzy i zmęczeni, ale mimo to pogodni i żwawi. Mówią, że po raz ostatni przyjechali do Sztokholmu, i słysząc to, człowiekowi robi się smutno. Staram się, jak tylko mogę, być dobrą córką, kiedy są tutaj (kiedy indziej także, rzecz jasna, ale mam na myśli to, że wysilam się, żeby jakoś umilić im pobyt), a to pochłania sporo drogocennego czasu i czuję, że zaczynam się niepokoić, jak zdążę ze słuchowiskiem radiowym, którego oczekują ode mnie 2 października, a przynajmniej początkowej części.

Karin jest tak zakochana, tak zakochana, tak zakochana w jednym młodym chłopcu, który także studiuje francuski, że na razie absolutnie nie chce jechać do Genewy ani nigdzie indziej. Tak błyskawicznie może się wszystko odmienić.

Pojutrze pojadę samochodem z rodzicami na krótkie odwiedziny na Furusund. Pomyślę o Tobie, kiedy będziemy mijać die schmale Brücke.

Mam nadzieję, że wkrótce dostanę od Ciebie sygnał, że cała i zdrowa jesteś z powrotem w Berlinie.

Bardzo oddana

Astrid

Sztokholm, 21.9.1954

Kochana Louise, jakie wstrząsające wiadomości! Jesteś nadal chora i wyglądasz jak małe opalone dziecko, tak, to ostatnie nie jest takie wstrząsające, bo wyglądałaś tak również na Furusund, ale zatem… ciągle jesteś chora i dalej jeździsz do upadłego po szwedzkich drogach, niech je piekło pochłonie! To przecież czysty cud, że ciągle jest jeszcze w Tobie trochę życia. Mam również uczucie, że nie bierzesz swojej choroby poważnie i nie dbasz o siebie tak, jak powinnaś. Możesz spróbować zadbać o siebie przynajmniej na trochę? Naturalnie, nie dla Ciebie była ta droga, którą gnałaś aż do Oceanu Arktycznego i tylko taki człowiek jak Ty mógłby dokonać czegoś takiego. […]

W niedzielę byłam na Furusund i ciągle jeszcze trwało lato, zatoki lśniące jak lustro. Siedziałam na balkonie bez ubrania i opalałam się cztery godziny. Ostróżki, niedobre, nie chciały u mnie zakwitnąć, im się podoba tylko, kiedy Louise tu jest i z nimi rozmawia. Ale może następnego lata się pokażą?

Piszę cykl słuchowisk o Rasmusie61 na sobotnie wieczory i będę się tym zajmować do Bożego Narodzenia, co jest dość męczące, ponieważ jednocześnie dzieje się szalenie dużo innych rzeczy. Jesień, książkowa jesień, to czas wielu wydawnictw, a ja siedzę przy telefonie całe dnie, jak mi się wydaje, i mówię tylko nie i nie, i nie na wszystkie propozycje, żebym pojechała tam i tam, i tam i robiła rzeczy, których w ogóle nie umiem.

O, jak szkoda naszych pięknych fotografii, w które włożyłyśmy tak wiele wysiłku, tu masz zamiast tego inną, poznajesz?62

Właśnie teraz dostałam awizo o ekspresowej przesyłce z Berlina, jaka jesteś miła! Twoje róże były zachwycające i stały wiele dni.

Zastrzel ode mnie Kay! I powiedz jej, że ma Ci dać spokój. I said so.

Napisz wkrótce kilka słów i daj znać, że masz się LEPIEJ, nawet jeśli dalej wyglądasz jak opalone dziecko.

Do widzenia, Szeherezado

Astrid

Berlin, 23.9.1954

Tak, tak, aż za dobrze sobie TO przypominam – także oba najważniejsze nastroje, tę stałą huśtawkę między smutkiem i wielkim smutkiem. Ach, Astrid, bardzo dobrze wiem, że chory człowiek potrzebuje nie wysiłku, lecz spokoju. Jednak nie ma żadnego sposobu uwolnienia bezczynnego człowieka od jego myśli i uczuć. A ja, ta głupia, wyobrażałam sobie, że ogrom nowych wrażeń, nowych ludzi, nigdy niewidzianych krajobrazów mógłby uodpornić mnie nieco na przesłaniający wszystko obraz jednej jedynej tak bardzo kochanej osoby i na wpływ, jaki ona nieprzerwanie na mnie wywiera. Co za szaleństwo!

Twoje uczucie Cię zwodzi – traktuję swój stan tak poważnie, jak to właściwie do mnie w ogóle nie pasuje. […] Jestem bardzo, bardzo ostrożna i dobra dla siebie, każdego dnia w południe idę na godzinę do domu i od razu się odprężam, i kładę do łóżka, i przeważnie już o piątej leżę na nim z powrotem, nie popełniam błędów dietetycznych, wydaję majątek na cielęcinę i żywe ryby, i soki, i tabletki, i zastrzyki i tylko sobie marzę o porządnym irish stew lub gulaszu z papryką. Ale nie mogę teraz odejść z Amt. Ze względu na pracę jest to niemożliwe, jakoś trzeba to pogodzić. A w przyszłym tygodniu przypada rocznica śmierci Reutera, co oznacza ogrom przygotowań i podziału żałobnych uroczystości na część oficjalną i partyjną. […]

Jednak nigdy nie przestanę Cię kochać i pragnąć, i marzyć o tym, by być Twoją i należeć tylko do Ciebie i do nikogo innego, i nie czuję się przy tym wcale, ale to wcale zniewolona. […] Nie chodzi o pośpieszne, przelotne uczucia i skłonności, lecz o podsumowanie całego minionego życia. „Wielka miłość jest córą głębokiego zrozumienia” – tak sądził Leonardo da Vinci, a ja uważam, że nie mogę do tego dodać nic, co by lepiej wyrażało moje myśli.

I cały czas myślę o Tobie.

Louise

Sztokholm, 12.10.1954

Louisechen Hartungchen, Berlinchen, ach, jakie Ty piękne listy piszesz, takie ciepłe i tak dużo, i jakie piękne białe goździki przysyłasz, i piękne fotografie (z których zwędziłam trzy z prześlicznych kolorowych, lilię, drzewo z jeziorem w tle i jedno ze Smalandii, dzięki), a urodziny mam 14 list., ale tego dnia będę w Skellefteå (czy do Laponii jechałaś przez Skellefteå?), a moja żółć się całkiem uspokoiła, czy to nie dziwne? Ale może znów się obudzi – na razie jednak zapomniałam o niej. Za to Ty nie jesteś zdrowa, biedna Louisechen! Czy nie byłoby jednak najlepiej, żebyś dała się zoperować? Czy można mieć takie bóle, być tak drobną i szczupłą i nie zadziałać na to radykalnie? Tak, tak, Ty jesteś mądra i rozsądna (nie, nie rozsądna, ale mądra), więc sama możesz na pewno zdecydować, co jest najlepsze. Jedyne, co ja mogę zrobić, to życzyć Ci, żebyś szybko znów była zdrowa i nie miała bólów i żeby ta cholerna Kay nie wyciskała z Ciebie siódmych potów swoimi małymi durnymi karteluszkami i telefonami. Zdrowiej szybko, droga Louisechen! […]

Akurat teraz przerwała mi jedna przedszkolanka, która pytała, czy nie zechciałabym przyjść i przemówić na zebraniu rodziców. Odpowiedź: Nie, nie mogę PRZEMÓWIĆ, ach, gdybym w jednej dziesiątej była tak elokwentna jak Ty i miała Twoją umiejętność trafnego wyrażania się, nie byłoby tak trudno za każdym razem, kiedy muszę wypowiedzieć się oficjalnie.

Przez trzy dni odbywał się tu kurs dla personelu księgarń i poproszono mnie, żebym opowiedziała o książkach, które czytałam w dzieciństwie. Jednymi z moich absolutnie ukochanych książek, kiedy miałam dziesięć lat, były „Człowiek o stalowych pięściach” i „Król wojowników”, a w sześciu grubych tomach same morderstwa, tortury i potoki krwi, ale oprócz tego także diabelnie piękna i zła kobieta, która uwodziła mężczyzn taśmowo, aż jeden śmiały młodzieniec pewnego wieczoru włamał się do jej sypialni i okaleczył jej twarz brzytwą. Nie sądzę, żeby to zostawiło jakieś blizny na mojej duszy, tak że nie wiem, jakie druki mogą być zaliczone do jugendgefährdende63 czy jak to się tam nazywa. Możliwe, że amerykańskie crime comics, które rzeczywiście są zbyt paskudne. Nie zapomnij opisać mi wszystkiego, Twoich nowych doświadczeń, kiedy będziesz próbowała czuwać nad przestrzeganiem tego przepisu.

Teraz poćwiczę czytanie baśni, którą jutro rano będzie nadawać radio, nie jest to coś, co sama napisałam, dlatego najlepiej przeczytać ją wcześniej. Lisa Tetzner była tu w Sztokholmie przez kilka dni i uczestniczyłam w kolacji wydanej z okazji jej przyjazdu, na której opowiadała baśnie, ależ ona potrafi opowiadać! Ale Ty, kochana Szeherezado, też posiadłaś tę sztukę. Byłam na Furusund i zamknęłam sezon. Wyjechaliśmy w sobotę po południu przy zachodzącym słońcu i było szaleńczo pięknie, te wszystkie jesienne barwy, przejrzyste powietrze i błękitna woda. Ach, teraz nastanie mroczna, mroczna jesień i staniemy się bardzo zmęczeni i wyczerpani!

Adieu, Louisechen Hartungchen, Berlinchen, mam nadzieję, że pięknie jest teraz w Twoim Gartenchen64 i że ciągle jeszcze wiele, wiele w nim Blümelein65.

Myślę, że Picasso musiałby zetknąć się z Twoją dynamiczną osobowością, jeśli miałoby się go nakłaniać do zilustrowania „Mio”. Czytałam pewien artykuł w gazecie, gdzie napisano o kilku jego portretach, cena jednego wynosiła 300 000 koron. Jeśli jego ilustracje kosztują proporcjonalnie, to myślę, że Oetinger by zemdlał. Nawiasem mówiąc, przesyłam Ci pierwsze niemieckie Bullerbyn. Jeśli znajdziesz kiedyś trochę czasu, bądź tak miła i zerknij na tłumaczenie.

Nie zapominaj o mnie.

Astrid

Berlin, 4.11.1954

Astrid, biedna, umęczona, kochana, niechętnie pisząca listy. Nie myślisz, że byłoby lepiej, gdybym rzadziej do Ciebie pisała? Wtedy mniej listów dopominałoby się o odpowiedź.

Używasz tak wielkich słów jak „obsypywać”66, gdy chodzi o dwie małe gruszki z małego ogrodu i kilka goździków, jak możesz być tak niewymagająca i skromna, przecież zasługujesz na obsypywanie co dzień darami miłości. Niestety jesteś o wiele za daleko. Ale mimo wszystko ucieszyło mnie, że goździki dłużej się trzymały, sprawiło mi radość wysłanie Ci berlińskich kolorów, czerwieni i bieli, czego oczywiście nie mogłaś wiedzieć.

W Münster u przyjaciół znalazłam swoje zdjęcie, które sądząc po fryzurze, musi pochodzić z 1924 roku, uczyłam się wtedy tańca w tamtejszym teatrze, a naszą największą przyjemnością w lecie było pływanie na wyścigi w Ems, małej rzeczce pod Münster. Można tam było płynąć pięć godzin bez przerwy, a piechotą droga ta zabierała tylko pół godziny, tak ta rzeczka się wtedy wiła i kręciła. Dzisiaj jest oczywiście uregulowana, jak wszystko, co było piękne. I jeszcze kilka zdjęć, świadczących o ostatnich liliach i czerwonych słonecznikach w ogrodzie. Dzięki kolorowym fotografiom ponownie mi się zachciało wypróbować wszystkie kombinacje, fotografowanie bowiem całkowicie mi zbrzydło, kiedy 21 lat temu MUSIAŁAM je uprawiać. Dlaczego, o tym pokrótce. […]

Tak więc przed 1933 r. po amatorsku zawsze robiłam zdjęcia swoim przyjaciołom, którzy mieli interesujące twarze, i jak wróciłam z Anglii, z zakazem wykonywania zawodu w kieszeni, i musiałam stale liczyć się z niebezpieczeństwem denuncjacji, komunistyczni przyjaciele, którym pomogłam (dawniej), poradzili mi postarać się o jakąś nazistowską legitymację prasową, a potem załatwili mi dorywcze zlecenia dla gazety Göringa67 polegające na pisaniu reportaży i fotografowaniu aktorów Teatru Państwowego, których sobie bezpośrednio podporządkował. Na to potrzebowałam oczywiście przede wszystkim jakiejś legitymacji. Gdy już ją miałam, założyłam Atelier Fotograficzne Hartung, składające się z pieczątki i ciemni. Tak, i wtedy zaczęłam przeprowadzać wywiady z nowo mianowanymi aktorami. Wielkie nieba, co przy tym wychodziło na jaw! Praktykowałam to dokładnie przez 14 dni, a potem zrobiło mi się niedobrze. Wówczas pani Sonnemann, ówczesna kochanka Göringa, jego późniejsza żona, zażyczyła sobie obdarowania Państwowej Szkoły Aktorskiej, kierowanej przez Lucie Höflich, większą serią zdjęć. I wtedy trzeba było robić zdjęcia podczas lekcji i Lucie Höflich cicho przeklinała to beznadziejne fotografowanie nieopierzonych młodziaków. I nagle usłyszałam, jak całkiem wyraźnie powiedziała: „I ten drań nie wiadomo skąd, ten Göring, co nic nie rozumie ze sztuki…”. Potem już nic nie powiedziała, bo przypadkowo stałam za nią i natychmiast zasłoniłam jej usta. A gdy z oburzeniem się odwróciła, wyjaśniłam bardzo ostro: „Proszę pani, byłoby lepiej, gdybyśmy teraz robiły zdjęcia przy oknie, gdzie jest więcej światła”, i popatrzyłam na nią jak treser na swoje dzikie koty – o dziwo, bez słowa wstała i podeszła do okna. Tam ją zapytałam, czy zupełnie zwariowała, że w obecności asystentki nazywa Göringa draniem, czyżby nie wiedziała, że ta damulka od trzech lat mieszka z Sonnemann i każde słowo natychmiast może dotrzeć do domu Göringa. Nie, tego nie wiedziała, ale ta rozmowa była bardzo interesująca i miałyśmy zamiar kontynuować ją za godzinę u niej w domu. Co też zrobiłyśmy, kontynuowanie trwało dokładnie siedem lat. Ze zdjęć, które wówczas zrobiłam, wybieram kilka dla Ciebie, możesz je wszystkie wrzucić do pieca, są ich jeszcze całe stosy. […]

No to już wiesz, dlaczego teraz najchętniej fotografuję kwiaty, ludzkie twarze trochę mi zbrzydły przez ten okres w 1933 roku, takich spraw po prostu nie da się zapomnieć. Te liczne zawody i zajęcia, których się podejmowałam, pokazywały mi życie od coraz to innej strony, i gdy tak patrzę wstecz, to rzeczywiście było jak na mnie o wiele za dużo. Wcale mnie nie dziwi, że teraz jestem tak zupełnie oklapnięta, takiej rabunkowej gospodarki nie można bezkarnie uprawiać przez całe życie. By Cię uspokoić: nie ważę już 99 funtów, lecz ponownie 111 funtów, a to znaczy, że coś musiałam jeść!

Serdeczności, Louise

Odpisz wkrótce – nawet jeśli jesteś bardzo zmęczona, Twój list przyniesie mi radość!

Berlin, bez daty, połowa października 1954

Kochana Ty, szaleję na punkcie tej książki68 – jak można wpaść na pomysł czegoś tak pięknego, wyjątkowego? Przypadła Ci w udziale niesłychanie błyskotliwa wyobraźnia – i każda linijka jest piękna, a kilka jeszcze piękniejszych, a inne znów natychmiast zagnieżdżają się w sercu i tam się wygłupiają – a jeszcze inne sprawiają ból swym pięknem. I tak nie znajduję słów, by powiedzieć, jak bardzo, BARDZO się cieszę. Astrid, czy nie ma czegoś, czym mogłabym Ci sprawić radość? Nie wypada przecież, byś stale tylko Ty dawała i dawała i nic do Ciebie nie wracało. Chciałabym, byś kiedyś wyraziła jakieś życzenie, żebyś kiedyś czegoś zechciała, co można by dla Ciebie zrobić. Przecież Ty nie wiesz, jak bardzo potrafisz uszczęśliwić. Twój język jest tak bezpośredni i tak doskonały w swej prostocie i zawsze bardzo prawdziwy. Ach, Astrid, te dzieci, które grają na flecie dla gwiazd!69 To przypomina CIEBIE.

Co pisały „Dagens Nyheter”: „nieodparte ciepło serca”70? Astrid, co Ty tu mówisz o Marakeszu – na świecie istnieje tylko jedno jedyne naprawdę ciepłe miejsce, i jest ono u Twego serca.

Louise

Sztokholm, 24.11.1954

Louisechen, najmilsza dziewczyno w Europie Północnej, jak możesz powiedzieć, że ja tylko daję i niczego nigdy nie otrzymuję – przecież cały czas to Ty dajesz, interesujesz się moimi książkami i zadajesz sobie trud, żeby o wszystkim mi napisać. DZIĘKUJĘ po pierwsze, za wszystkie piękne słowa, które piszesz o „Mio”, po drugie, za Twoją interesującą analizę tłumaczenia książek o Bullerbyn71, po trzecie, za wszystkie Twoje długie listy i życzenia na moje urodziny, po czwarte, za Twój uroczy i wariacki pomysł i chęć przysłania mi biletu lotniczego do Berlina. Voj, voj (mówią w Finlandii), jasne, że byłoby cudownie znów pojechać do Berlina, ale zaraz opiszę Ci moje obecne życie, a wtedy zrozumiesz, że to niemożliwe.

Moja mama leży ciężko chora z zakrzepem w mózgu i z wielkim trudem wyrwałam się stąd, żeby pojechać do Smalandii na jeden marny dzień, chociaż najchętniej zostałabym tam z miesiąc. Co tydzień mam audycję radiową, którą zarówno piszę, jak i reżyseruję. O tej porze roku zwalają się całe masy „dni książki” i tysiące innych przedziwnych pomysłów, z którymi człowiek próbuje sobie poradzić, jak umie najlepiej, ale to udaje się tylko mniej więcej w 75%, pozostałych 25% wystarcza, żeby wypełnić czas na wiele tygodni z góry. Moja kochana, rozrzutna, dobra Louisechen, NIE MOGĘ teraz przyjechać do Berlina.

Piszę tak rzadko, ale musisz przyjąć za dowód, że moje życie jest dokładnie takim kołowrotem, jak opisałam. Jesteś jedną z niewielu, do których piszę (poza koniecznymi listami biznesowymi), ale to nie jest coś, czym można by Ci imponować, Tobie, która wedle Twoich własnych słów nigdy nie pisze listów, a mimo to do mnie piszesz tak wiele, tak dowcipnych i błyskotliwych. I jeszcze raz – jak możesz mówić, że ja jestem tą, co daje; ja nie daję prawie nic, to Ty jesteś hojna. […]

Chcesz wiedzieć, co będę robić jutro i w najbliższych dniach?

Przed południem pisać audycję radiową, jeść lunch z dwoma chłopakami z radia, jechać do wydawnictwa na naradę, mieć nagranie w radiu, potem muszę wskoczyć do samochodu, pojechać do domu, przebrać się, wskoczyć do innego samochodu i wyjechać, żeby zjeść kolację diablo daleko od miasta, do domu wrócę późno, pragnąc znaleźć się na bezludnej wyspie.

W piątek rano będę pisać audycję radiową, gnać do wydawnictwa, uwijać się tak, żebym mogła nie przychodzić tam przez pół tygodnia, o godz. 5 mieć nagranie w radiu, jechać do domu, jechać na kolację.

W sobotę muszę wstać bladym świtem, jechać samochodem do Värnamo, żeby uczestniczyć w jakimś spotkaniu o historii książki dla dzieci (choć błagałam na klęczkach, żebym nie musiała tego robić), w niedzielę dalej, do Växjö, żeby wziąć udział w spotkaniu księgarzy, do czego zmusza mnie wydawnictwo, w poniedziałek wstać bladym świtem, pędzić samochodem do Vimmerby i na dwa dni zluzować moją biedną wyczerpaną szwagierkę przy łóżku mojej matki, wrócić w środę do Sztokholmu o czwartej, chwilę porozmawiać z Karin, udać się na kolację (którą urządza wydawnictwo, więc nie mogę się z tego wykręcić), w czwartek przed południem pisać kolejną audycję radiową, jechać do domu i zjeść kolację (wreszcie!), po czym ruszyć do księgarni, by czytać tam na głos, potem SPAĆ, zbudzić się, w piątek rano napisać audycję radiową na następny tydzień, zjeść lunch z dwoma facetami z filmu, iść do wydawnictwa, mieć spóźnioną kolację urodzinową w domu, a po niej iść do teatru, w sobotę przed południem być w wydawnictwie, potem MIEĆ WOLNE KILKA GODZIN, o, niebiańska rozkosz, a potem będę jeść kolację u mojego syna, który tego dnia ma urodziny, w niedzielę bladym świtem wyskoczyć z łóżka i pojechać do Göteborga, być tam w księgarni, nocnym pociągiem wrócić do Sztokholmu.

W poniedziałek nie wiem jeszcze, co będę robić, poza tym, że muszę napisać nową audycję radiową i być w wydawnictwie, ale w czwartek jadę do Norrköping na tamtejszy dzień książki. Boże, zmiłuj się, jak się cieszę, że nie jestem Elżbietą, królową Anglii! Ona ma przypuszczalnie program na wiele lat z góry, nie rozumiem, jak daje radę żyć.

Już nie będę więcej narzekać, moja droga Louisechen. Wybacz, kiedy milczę.

Chociaż wiem, że masz tak samo dużo roboty jak ja, Ty piszesz mimo to, dziękuję Ci za to!

Oddana

Astrid

Berlin, 3.12.1954

Astrid, kochana, biedna komiwojażerko dóbr kultury, co za błogosławieństwo, że nie jesteś królową angielską, a jedynie bezsporną królową autorów książek dla dzieci. O co chodzi z tymi głupotami… ale sama jesteś za nie odpowiedzialna, ponieważ wykonujesz podwójną funkcję, autora i wydawcy. Dawniej ludzie chodzili na jarmarki, jak im się zachciało sensacji, i zadowalali się odchyleniami od normy: dwie głowy, troje ramion i tym podobne, dziś domagają się subtelnych, możliwie niezłomnych pisarzy… Wysublimowanego sposobu visa sig för pengar72. Te idiotyczne dni książki, tygodnie książki, tygodnie książki dla młodzieży, międzynarodowe dni książki, międzynarodowe dni książki dla dzieci, światowe dni książki dla młodzieży. […]

Niech będzie, że Twoje wydawnictwo stale lata na dinners, to nowoczesna forma kontaktów służbowych, wszyscy musimy to robić. Oczywiście dla wydawnictwa jest to bardzo ważne, ale dla Ciebie przedsiębiorstwo Niemcy byłoby o wiele, wiele ważniejsze. Już choćby z powodu licznych osób, które możesz spotkać, ale pewnie też i z innych przyczyn. Myślę tu na przykład o bardzo miłym koledze z Hanoweru, dyrektorze tamtejszego wydziału kultury. Podobnie jak ja uważa on, że Pippi jest mniej więcej tak samo niezbędna jak powietrze. W Bonn zwykle bierzemy udział w tych samych posiedzeniach, mamy więc okazję rozmawiać o tym, czego się podejmujemy i w jaki sposób możemy się wspierać w landach. Od ubiegłego roku wygłosił 34 pogadanki o Pippi Pończoszance nauczycielom, bibliotekarzom i kierownikom bibliotek ludowych, poza Hanowerem w całej Dolnej Saksonii (liczy dwa razy więcej mieszkańców niż Szwecja), chcę przez to powiedzieć, że jedno jedyne przyjacielskie prywatne spotkanie z jednym jedynym wpływowym człowiekiem sprawi, iż wiele z tych spraw potoczy się samoistnie, czyli że zostanie więcej czasu na pracę produktywną. […]

Piszesz: „Jag kan inte komma till Berlin nu”73. Taki człowiek jak ja wyczytuje z tego nie tyle „inte”, co „nu”. Tak więc myślę, że bilet na samolot, który niestety jest ważny tylko rok, mógłby przetrwać to „nu” (teraz). Dziwne, zawsze, kiedy myślę, że wreszcie robię coś rozsądnego i sensownego, Ty uznajesz to za głupie. Że też przy tym w ogóle potrafimy się porozumieć! Z całego serca życzę Ci, żeby Twoja mama wróciła do zdrowia. Wygląda to trochę na udar. Ale często w takim przypadku jest możliwa poprawa. Biedna Ty, jakim ciężarem musi być dla Ciebie to wszystko.

Z bardzo kochającymi myślami,

Twoja Louise

Bez daty, połowa grudnia 1954

Astrid, zamilkłaś. Tak przecież nie można. Naprawdę nie można, wierz mi. Wszystko ma swoje granice. Tęsknota i miłość, cierpienie i nadzieja, wszystko gdzieś ma swoje granice, a najłatwiej zranić zdolność do kochania. Nie ma tak dużo pracy na świecie, żeby się nie dało napisać jednej linijki. Jeśli się chce. Myślałam o tym, jak by Cię skłonić do mówienia (oczywiście tylko wtedy, jeśli chcesz, bo jeśli nie chcesz, to pewnie łatwiej by mi było zmiękczyć kamień), i dlatego napisałam dla Ciebie małą historyjkę, ale ponieważ zrobiłam to ręcznie (byłam w Hanowerze na posiedzeniu, w hotelu nie mieli maszyny), jeszcze raz Ci ją piszę, proszę, zniszcz ją. Co najwyżej możesz, jeśli zechcesz, pozostawić przy życiu rękopis, nikt tego przecież nie odczyta, przypuszczalnie nawet Ty, mimo Twojej umiejętności odcyfrowywania.

Louise

Ostryga i jaszczurka

Była sobie raz mała jaszczurka, która bawiła się na słońcu i cieszyła życiem. „Nie biegaj tak daleko – mówiła mama jaszczurka – jesteś jeszcze taka mała i nie znasz świata”. Tak, była mała, bez wątpienia, ale świat, nieznany, ten świat chciała poznać. A ponieważ życie było takie piękne i promienie słońca tak ciepłe, jaszczurka wyruszyła w drogę. Nie odbiegła daleko, gdy znalazła się nad wielką wodą. Nie dostrzegła za nią żadnej drogi. Było to morze, ale tego mała jaszczurka nie mogła przecież wiedzieć. Woda stała spokojnie i przyjaźnie i połyskiwała w słońcu. Wielki kamień na środku wody był rozgrzany słońcem i po kilku mniejszych kamieniach jaszczurka dostała się do niego. Ciekawie patrzyła w wodę i ku swojemu zdumieniu zobaczyła inną małą jaszczurkę, tak samo małą jak ona, na dole, głęboko w wodzie. „Och, tak bym chciała być też tak głęboko w wodzie jak ty” – zawołała z tęsknotą w głosie. Wtedy dobiegł ją roześmiany cichy głos z głębi wody: „Głupia mała jaszczureczko, zazdrościsz swojemu odbiciu?” – przestraszona jaszczurka obejrzała się. Nie zobaczyła nikogo, do kogo by należał ten głos. Wreszcie mała jaszczurka dostrzegła głęboko w morzu ostrygę. Teraz wiedziała, do kogo należał ten głos. Ogarnęło ją wielkie podniecenie. Właśnie poznawała świat. „Co ty tam robisz tak głęboko w wodzie? Wyjdź stamtąd na ten kamień i pobaw się ze mną”. „Niestety to niemożliwe, jaszczureczko, muszę tu zostać, jestem przyrośnięta”. Na to mała jaszczurka posmutniała. „Przyrośnięta? Mocno przyrośnięta? Nigdy, nigdy się nie oderwiesz? Nigdy nie będziesz mogła zobaczyć niczego na świecie?”. „Nie bądź taka smutna” – odpowiedziała uspokajająco ostryga – gdy ja tu sobie leżę tak bez ruchu, życie przepływa obok mnie, a kiedy tak przepływa, mam czas bez pośpiechu o nim rozmyślać. Tak więc o świecie wiem więcej niż ty. Ty zawsze musisz biegać i biegać i na świecie widzisz tylko to, po czym biegasz swoimi łapkami”. „Jesteś taka mądra i tyle wiesz – stwierdziła mała jaszczurka z podziwem. – Opowiedz mi wszystko o tym życiu, które przed tobą przepłynęło, i wszystko, co sobie o tym pomyślałaś”. Wówczas mądra ostryga zaczęła opowieść, a mała jaszczurka z uwagą słuchała aż do zachodu słońca i do czasu, kiedy musiała wracać do domu. „Jutro znów przyjdę, musisz mi jeszcze więcej opowiedzieć, chcę dowiedzieć się o wszystkim, wszystkim, co obok ciebie przepłynęło, i o wszystkim, co wtedy o tym myślałaś”. Następnego ranka mała jaszczurka nie mogła się doczekać wyjścia z domu, bo wolno jej było wybiegać dopiero wtedy, kiedy słońce grzało. Szybko, szybko biegła nad morze, najszybciej, jak mogła, by tylko nie tracić czasu. „Wreszcie jesteś – zawołała do niej ostryga. – Myślałam już, że nigdy nie przyjdziesz”. „Jak możesz tak myśleć, przez całą noc nie zmrużyłam oka, bo nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu nadejdzie ranek, bym mogła iść do ciebie”. Ucieszyła się na to ostryga, bo polubiła małą ciekawską jaszczurkę, i opowiedziała jej o wszystkim, co przyniosło jej morze i co sobie o tym myślała. Dzień minął w mig i słońce dla obu zaszło o wiele za szybko. I tak mądra ostryga i mała jaszczurka spędziły wiele, wiele dni, ciesząc się sobą. Lecz nagle pogoda się zmieniła. Zrobiło się zimno i zaczął padać deszcz, padał bez przerwy i małej jaszczurce nie wolno było wychodzić z domu. Deszcze padały przez trzy dni, przez trzy dni mała jaszczurka tęskniła za ostrygą i jej miękkim, zacinającym się głosem. Wreszcie – czwartego dnia – pojawiło się ponownie słońce. Cały świat się zmienił i kiedy wszystko wyschło, mała jaszczurka mogła ponownie pobiec nad morze. Och, jak się bała, że ostrygi tam już nie będzie. Wprawdzie była przyrośnięta, ale przez trzy dni wiele mogło się wydarzyć. Jednak na szczęście ostryga tam jeszcze była i było tam jeszcze morze, i był tam jeszcze kamień, i małą jaszczurkę przepełniła cicha radość. „Jak to dobrze, że te trzy dni minęły, dłużej bym już nie wytrzymała”. „Tak, tego jeszcze pewnie musisz się nauczyć, moja mała jaszczureczko – że wszystko da się wytrzymać”. Ale o tym jaszczurka nie chciała słuchać. Nie dopuszczała do siebie żadnej smutnej myśli. Czuła się taka zadowolona, taka szczęśliwa, że ostryga jeszcze tam była i przetrwała rozłąkę, a ona sama ponownie leżała na kamieniu, i znów mogła przysłuchiwać się swojej ukochanej ostrydze. Lecz słońce ponownie zaczynało już zachodzić, ponownie zbyt wcześnie, ciężko zrobiło się na sercu małej jaszczurce. „Kochana, kochana ostrygo, jesteś taka mądra, czy nie ma w ogóle żadnej możliwości, żebym na zawsze, na zawsze z tobą została, czy zawsze, ale to zawsze muszę się z tobą rozstawać?”. Wtedy ostryga na długo się zamyśliła. „Byłoby jedno wyjście – powiedziała w końcu cichym, cichym głosem. – Ale to bardzo trudne dla ciebie, tego w ogóle nie możesz chcieć”. „Proszę, powiedz mi, czego nie mogę chcieć, zrobię wszystko, żebym tylko mogła zostać z tobą”. „Mała kochana jaszczureczko, dobrze się nad tym zastanów, bo potem już nie będziesz mogła bawić się w słońcu i wylegiwać na kamieniu, i patrzeć na swoje odbicie, i nigdy, nigdy nie wrócisz, i zrobisz się zupełnie mała, malutka…”. „Mnie to w ogóle nie obchodzi, jeśli tylko mogę zostać przy tobie, nie mogę żyć bez ciebie”. Ostryga wciąż się wahała. Wreszcie powiedziała: „Przyjdź dzisiaj w nocy i poczekaj, aż wzejdzie księżyc w pełni. I w chwili, gdy zacznie wznosić się nad morzem, musisz sobie tego zażyczyć. Lecz musisz wypowiedzieć odpowiednie słowa”. „Co to za odpowiednie słowa?”. „Tego nie wiem, mała jaszczurko, wiem tylko tyle, że musisz znaleźć te odpowiednie słowa, by spełniło się twoje życzenie”. Wówczas jaszczurka postanowiła w ogóle nie wracać do domu, lecz zaczekać na kamieniu, aż nadejdzie noc. Gdy się już ściemni, księżyc musi wznieść się nad morzem. I do tego czasu chciała myśleć o odpowiednich słowach. Nadeszła noc, a mała jaszczurka myślała i myślała, i nie przychodziło jej do głowy żadne słowo, które mogłoby spełnić tak wielkie życzenie. I tak mała jaszczurka nie zauważyła, że na morze padł blask światła i że zrobiło się jaśniej i jaśniej i wreszcie wzeszedł księżyc. W tym momencie spojrzała w morze. I zobaczyła coś tak pięknego, czego jeszcze w całym swoim życiu nie widziała – z zachwytu serce przestało jej bić: ostryga się otwarła. „Pozwól mi być twoją” – zdążyła jeszcze powiedzieć mała jaszczurka i poczuła, że zaczęła się zmieniać. Wszystko, wszystko znalazło się w samym sercu, stawała się mniejsza, coraz mniejsza, a potem zdarzyło się coś niepojętego i niewiarygodnie pięknego. Mała jaszczurka nie była już sama na kamieniu, czuła się ze wszystkich stron miękko otulona. „Teraz jesteś moja – powiedział łagodny głos. – Znalazłaś odpowiednie słowo, nikt nas już nie rozdzieli. Dopiero kiedy umrę, można mi będzie cię odebrać”. Na myśl o tym mała jaszczurka bardzo się zasmuciła. Płakała i płakała, i płakała, i wszystkie łzy spływały po niej. „Twoje łzy zupełnie cię zmieniły, teraz jesteś koloru blasku księżyca odbitego w morzu, stałaś się prawdziwą perłą i na zawsze, na zawsze jesteś moja, nigdy nikomu cię nie oddam, może myślisz, że tak?”. Lecz mała jaszczurka nic nie odpowiedziała. Oniemiała ze szczęścia.

1955

Berlin, 11.1.1955

[…] Miła, droga, kochana Astrid. Wybij to sobie z głowy. Nad Szprewą nie ma ostryg! A taka mała jaszczurka nie łowi przecież ostryg. No i myślę sobie, że żadna woda nie jest za głęboka i żadna droga za daleka. Nie dla kochającego serca.

Moja głupia drobna historyjka zmusiła Cię do mówienia, pod koniec listu podam Ci jeszcze klucz. Gdybym go od razu dołączyła, Twoją jedyną reakcją byłoby przypuszczalnie: „Jaką Ty jesteś przedziwną małą Louisechen”.

Piszesz, że będziemy przyjaciółkami, i tłumaczysz to po trochu tak, jakby do tego nie trzeba było nic więcej, tylko od czasu do czasu dawać sobie jakiś znak życia, świadczący o swoim istnieniu. Astrid, co to ma znaczyć? Czemu ma to służyć? Utrzymywanie przyjaźni jest chyba czymś najtrudniejszym na świecie, wymaga troskliwej uwagi, w przeciwnym razie cały blask zanika, całe ciepło niknie i pozostaje tylko pamięć. W najlepszym razie. Nawet ona może zblaknąć. Poza tym mam wrażenie, że dokonujesz podziału stosunków między ludźmi na uczucia przyjaźni i miłości. Zakładam, że Cię dobrze zrozumiałam. I że czujesz się przytłoczona uczuciami, których nie możesz odwzajemnić. […] Moje dawne życie zawiera aż tyle tak zwanych historii miłosnych, że już od dawna nie życzę sobie dzielenia z kimś tego rodzaju przeżyć, chyba że dzięki duchowej i uczuciowej wspólnocie dojdzie również do wspólnoty cielesnej, choć niekoniecznie musi do niej dojść.

Jak Cię zobaczyłam, Astrid, od razu wiedziałam, gdy jechałyśmy w czerwień zachodu, z absolutną pewnością, że nie chciałabym Cię nigdy, przenigdy utracić, że każdy rodzaj związku z Tobą będzie mi odpowiadał, jeśli doprowadzi do tego, że już nie znikniesz z mojego życia. Może brzmi to przesadnie, lecz czułam się tak, jakbym stanęła na absolutnym rozstaju dróg mojego losu. A rok, który potem się zaczął, pokazał mi, z jakim przekonaniem moje uczucie podjęło decyzję w tamtym momencie. Tak więc cieszę się, że nie przeoczyłam tej wskazówki przeznaczenia. Astrid, nie jestem dobrym człowiekiem, ale udało Ci się obudzić we mnie najbardziej skryte dobre cechy, i choćby tylko dlatego muszę Cię kochać. „Tylko Ty i ja” to sposób myślenia całkowicie mi obcy, każdy człowiek budzi przecież w drugim człowieku inne uśpione właściwości, każdy porusza inne struny, nigdy nic się nie powtarza, a „tylko Ty i ja” wydaje mi się czymś jałowym.

To, że udało Ci się mimochodem tak całkowicie wypełnić moje życie uczuciowe, wiąże się chyba tylko z tym, że przy całej odmienności istnieje między nami głębokie pokrewieństwo, jakiego jeszcze nigdy w takim stopniu nie czułam, i stąd też wzięło się owo niemal niewytłumaczalne zaufanie.

A teraz powrócę do pierwszego wieczoru. Jakżeż lekkomyślna byłaś, wyrażając życzenie, bym przez całą noc opowiadała Ci o sobie! Jesteś tak pełnym życia człowiekiem, ja koniec końców też, że nie mam wielkich wątpliwości, iż obce otoczenie, chęć przedsięwzięcia czegoś, niezwykła sytuacja, moje gorące życzenie wsparte doświadczeniem doprowadziłyby do tego, że wzięłabyś w ramiona swoje smagłe dziecko. I byłam nieomal pewna, że tym samym narażam na niebezpieczeństwo przyjaźń mającą trwać całe życie. […] Tak więc przyrzekłam sobie nigdy, ani wówczas, ani kiedykolwiek, nie wywierać na Ciebie presji moimi życzeniami i chronić ten dar niebios, jak chroni się tylko coś cennego. Nie chciałam, by stało się to, czego ja chcę, lecz to, czego chcesz Ty. I tak powinno zostać.

Ta drobna historyjka o ostrydze ma podwójne dno. Jedno z nich zinterpretowałaś. Drugie jest czystą symboliką z metafizycznym zakończeniem. „Ostryga i jaszczurka” ucieleśnia dwie zasady, z jednej strony żywą, skrzętną, komunikatywną, skierowaną od wewnątrz na zewnątrz ekstrawersję, i w przeciwieństwie do tego głęboki, nieporuszony, kontemplacyjny świat ducha i twórczej fantazji, z zewnątrz do wewnątrz idącej introwersji. Woda nie ma funkcji dzielącej, lecz płynną i łączącą, wschodzący księżyc, umożliwiający przemianę, jest spełnieniem kobiecości, macierzyństwa i tak dalej, i tak dalej. „Pozwól mi należeć do ciebie”, to zaklęcie związane ze zmianą istnienia stanowi życzenie, by jaszczurkę otulił chroniący świat ducha (tyle że ucieleśniony w postaci tej ostrygi) i by nie podlegała szkodliwym wpływom wrogiego otoczenia, oznacza pozbycie się wszystkiego, co wiąże się z ruchliwością jaszczurki, a wycofanie się do samej istoty egzystencji, która staje się perłą, związane jest z ostrygą, jak uczy historia przyrody! A to duchowe zespolenie można rozerwać jedynie przy użyciu siły.

Droga, ukochana Astrid, to nie miał być czas na zgadywanki, po prostu sprawiło mi radość nadanie tegorocznemu przeżyciu zwięzłej formy, aby ci powiedzieć, jak bardzo Cię kocham. Można to zrobić oczywiście o wiele jaśniej, ale jako że nie mam wprawy w pisaniu listów miłosnych, nie powinnaś mi mieć za złe tej ucieczki w symbolikę.

Mogłabym dzisiaj napisać jeszcze dużo więcej, mam nawet na to ochotę, ale niestety jestem znów tak wyczerpana, że leżę w łóżku jak zdechła mucha. Od Bożego Narodzenia, sylwestra, Nowego Roku, Trzech Króli wygląda tu tak, jakbym miała nie dwupokojowe mieszkanie, ale dom uciech. 6 stycznia musiałam obchodzić moje 50. urodziny, musiałam, mówię tak rozmyślnie. Chciałam wziąć kilka dni urlopu, ale Kay była temu tak przeciwna, że się nie udało. 5 grudnia wygraliśmy wybory74, z wielkim trudem, po licznych uzgodnieniach Jugendamt został wyłączony spod kurateli urzędującego burmistrza i będzie podlegać ministerstwu, dostanie do tego jeszcze cały sport. Kay zostanie senatorem ds. młodzieży i sportu. No tak, i w wyniku tego stwierdziła, że ma zamiar moje 50. urodziny wykorzystać jako okazję, nie wiem jak wielką, do wyróżnienia mnie i świętowania. Wyglądało to więc tak: 5. wieczorem byłam z Hertą Klust w operze („Moc przeznaczenia”75). Śpiewał zupełnie wspaniały gość z Wiednia i nasz przyjaciel, kameralny śpiewak Greindl. Potem świętowaliśmy jeszcze po północy, dokładnie rzecz biorąc, do wpół do czwartej. Następnego dnia jedna delegacja za drugą, czułam się strasznie, i tak do popołudnia, zaproszono cały Amt, wieczorem przyjaciele w domu, w piątek ludzie z polityki, a w sobotę w południe wszystkie kobiety z polityki pracujące na kierowniczych stanowiskach, zajmujące się sprawami młodzieży. Zapraszała Kay. Nie miałam nic do roboty, musiałam tylko tam być. Potem życzyli sobie z okazji moich urodzin, żebym zaśpiewała Schuberta, a ponieważ już nie śpiewam publicznie, nie mogłam po prostu odmówić. I teraz leżę na deskach, knock out. No bo nie spełniło się jedyne moje życzenie – żeby znów Cię zobaczyć.

Louise

Sztokholm, 18.1.1955

[…] Dzięki za Twój szczery list i dzięki za całą Liebe76. Zupełnie nie mogę pojąć, co takiego jest we mnie, co może wzbudzić tak gwałtowne uczucie. Musisz mieć szczególnie dużą zdolność do miłości i ze względu na Ciebie to wielka szkoda, że nie wybrałaś innego obiektu („wybrałaś” to głupie określenie, przecież się nie „wybiera”).

Byłaś wszakże w swoim liście całkowicie szczera i ja chcę być tak samo szczera wobec Ciebie.

Masz rację, dla mnie między przyjaźnią a miłością jest zdecydowana różnica. Ja mogę Ci dać przyjaźń, Louisechen – miłość z towarzyszącą jej körperliche Gemeinsamkeit77 mogę dać tylko mężczyźnie. Nie mam żadnych uprzedzeń i rozumiem, że po wielu przeżyciach, a szczególnie w dniach klęski Berlina, możesz mieć abolutnie dość całej płci męskiej. Ale w tym punkcie różnimy się, Louisechen. Masz także rację w tym, że jestem leidenschaftlich78, ale moja chłopska krew reaguje całkiem staroświecko tylko wobec płci przeciwnej. Jakkolwiek leidenschaftlich bym była, nie ciągnęło mnie do tylu miłosnych stosunków, żebym nie mogła ich łatwo zliczyć na nie wszystkich palcach jednej ręki. Stosunków, które bazowałyby jedynie na körperliche Gemeinsamkeit wystrzegałam się i mam wyraźnie zdolność, żeby powiedzieć „nie”. Mówisz – jeśli chodzi o pierwszy wieczór w Berlinie – że nie wątpisz, że fremde Umgebung, ungewöhnliche Situation, leidenschaftlicher Wunsch von dir unterstützt durch Erfahrung79 z pewnością skłoniłyby mnie, bym uległa, gdybyś doprowadziła do zbliżenia. Ale w tym całkowicie się mylisz i cieszę się, że żadnej próby takiego zbliżenia nie było. Und so soll es bleiben80 – piszesz, Ty mała, mądra – i to dobrze. Tylko że to trochę trudne tak wyważyć unsere Beziehungen81, kiedy to, co ja czuję do Ciebie, jest oddaniem i przyjaźnią, a Ty czujesz do mnie coś innego. […]

Ten list powinnaś otrzymać naturalnie już dawno temu. Ale napisać taki list naprawdę nie było łatwo i dlatego tak to poszło. O mnie samej mogę zameldować, co następuje:

– Wreszcie zrobiłam prawo jazdy (dwa dni przed Bożym Narodzeniem).

– Muszę zacząć pisać, ale nie piszę, ponieważ myśli zajęte mam czym innym.

– Jestem melancholijna – często.

– Dostałam niemieckie tłumaczenie „Mio, mój Mio”. Chwilami wydaje mi się bardzo dobre, ale czasami są słowa czy zwroty nie tak proste, jak bym sobie życzyła. Prosiłam Oetingera, żeby dał Ci sprawdzić tłumaczenie (choć pewnie nie masz ani czasu, ani ochoty?) i w ogóle nie wiem, czy Oetinger uznał, że czas na to pozwoli, zanim książka pójdzie do składu.

Bądź pewna mojej przyjaźni.

Astrid

Berlin, 23.1.1955

Ach, Astrid, Ty kochane uosobienie delikatności, proszę, proszę, nie trenuj teraz aktu równowagi! Niech nie dojdzie do tego, żebym musiała Cię pocieszać, ponieważ nie potrafisz nic innego do mnie czuć jak tylko to, co zazwyczaj mieści się w trochę skostniałych granicach konwencjonalności. Przeszkadza mi właśnie to, że jest Ci tak trudno do mnie pisać. Masz bardzo mało zaufania, a to jedyna rzecz, której sobie życzę w nieograniczonej ilości, bez tego obcowanie ze mną jest w ogóle niemożliwe. Moje serdeczne, być może zbyt wylewne, ale też pod tym względem absolutnie prawdziwe wyrazy uczucia sprawiały, że coraz bardziej zamykałaś się w sobie, przypuszczalnie dlatego, że nie potrafiłaś choćby w przybliżeniu poczuć czegoś podobnego. Lecz ja nigdy tego od Ciebie nie wymagałam ani nie oczekiwałam, ani też nigdy nie wyraziłam ze swojej strony takiego życzenia. Niemal zaczyna mnie nudzić powtarzanie stale i wciąż tego samego, ale to mój błąd, jeśli dotychczas nie było to wystarczająco wyraźne i zrozumiałe. Zawsze podkreślałam, że dla mnie każda, ale to każda forma związku z Tobą jest upragniona, ale całkowicie i bez reszty pozostawiam do Twojej decyzji, ile z tego, co Ci proponuję, przyjmiesz, więcej czy mniej. […]

Astrid, jestem nie tylko kilka, lecz kilkaset lat starsza od Ciebie. Tak często Ci pisałam, że możesz polegać na mojej znajomości ludzi. Sama mówiłaś, że nie rozumiesz, co w Tobie warte jest takiej miłości. Tak, nic nie byłoby dla mnie łatwiejsze, niż dokładne wyjaśnienie Ci tego, co do joty. Ale nie zamierzam pozbawiać Cię Twojej swobody i Twojej czarującej naiwności, za bardzo Cię kocham. Oddałabym Ci niedźwiedzią przysługę, gdybym troskliwie nie chroniła Twoich najpiękniejszych cech. Jednakowoż doprowadziłaś mnie do niepohamowanego śmiechu, kiedy powołałaś się na swoją „chłopską” krew, która może wyjaśnić pewną pierwotność lub dokładniej rzecz biorąc, zdrową normalność.

Jeśli sądzisz, że jesteś pozbawiona uprzedzeń, to jest to wyjaśnienie wyłącznie racjonalne, Twoje reakcje uczuciowe są dokładnie takie, jak je wykształciły pochodzenie i przyzwyczajenie. Jesteś po prostu zbyt mądra, żeby zadowolić się tak wyświechtanymi banałami jak „chłopska” krew. To całkowicie zrozumiałe, że potrzebujesz płci przeciwnej; bez przeciwności nie może pojawić się napięcie. Powstaje tylko pytanie, czy komuś chodzi przeważnie lub wyłącznie o akt seksualny czy też to napięcie wywołują krańcowo odmienne właściwości. Jedynie zupełnie ekstremalni, całkowicie jednostronni ludzie są wyłącznie męscy lub kobiecy. Im bardziej zróżnicowany jest człowiek, tym wyraźniejsze pomieszanie w pojedynczych jednostkach, niezależnie od ich płci, cech męskich i kobiecych. […]

Ach, marzy mi się, żebyś mogła się przemóc i być tak swobodną i serdeczną, i spontaniczną, jak odpowiada to Twojej naturze, nie snuć błędnych wyobrażeń o tym, co ja sądzę o niezaspokojonym pożądaniu. W każdym razie chciałabym Cię jeszcze raz zapewnić, i mam nadzieję, że teraz naprawdę po raz ostatni, że nigdy nie będę na Ciebie naciskać, nigdy nie dojdzie do tego, że będę błagać o miłość, ani płaczem, ani na kolanach, ani też nie wiadomo jak. […]

Chciałabym jeszcze sprostować jedno nieporozumienie, ponieważ sądzę, że mylnie wyobrażasz sobie, że nie chcę mieć nic wspólnego z żadnym mężczyzną. Och, jak bardzo jesteś w błędzie! Moja niechęć do spotkań miłosnych dotyczyła każdego ich rodzaju, po prostu dlatego, że praca i moje zadania tak mnie absorbowały, że nie byłam zdolna do niczego innego, i w ogóle nie mogłam spełnić żadnego z tych wszystkich życzeń otaczających mnie ludzi, ponieważ, by móc pracować, potrzebowałam przynajmniej nocą samotności i wypoczynku. Akurat Ty, która aż przesadnie stawiasz obowiązek przed przyjemnością, naprowadziłaś mnie na myśl, że stosunki międzyludzkie powinny jednak mieć większą wartość niż zajęcia i czynności, którym człowiek się oddaje i przy których sam siebie uważa za kogoś niezastąpionego. Tak, i tę zdolność mówienia „nie” bez oporów, kiedy nie mam na coś ochoty, wykorzystuję w wystarczającym stopniu. I dlatego słyszałam już, że jestem tak zimna jak posadzka w łazience. Dawniej też nie pozwalałam, żeby mnie pytano, czy powiem tak czy nie, lecz sama z siebie wybierałam dokładnie to, czego potrzebowałam. Nie masz pojęcia, jak słoneczne, zrównoważone miałam usposobienie, nigdy mi się nie zdarzyło, żeby nie spełniły się moje życzenia. Kiedy mówisz o specjalnym uzdolnieniu do miłości, to masz trochę racji. […]

Tak, jeśli mowa o gwałtach pod koniec wojny, to jest to osobny rozdział, na ten temat wszystkie wypowiedzi na piśmie będą zawsze wypowiedziami fałszywymi. Kobiety cechuje to, że nie potrafią opisywać najprostszych odruchów, a jeśli potrafią, to nie chcą się do tego przyznać. […] Tyle że ja od tego też się uwolniłam, nie ulegam psychologii mas i nie godzę się na żadne uogólnienia: niemiecką kobietę gwałci brutalny zwycięzca. Zapewne będziesz się dziwić, że tak wrażliwy człowiek jak ja okazuje się w tej kwestii tak niewrażliwy, ale o tym można by długo rozmawiać, a nie pisać. Mówisz, że powinnam zażyczyć sobie czegoś, co możesz spełnić – proszę, przyjedź do Berlina…

Louise

Berlin, 13.2.1955

Kochana moja, jak głupio z mojej strony, że pisałam do Ciebie z Kolonii – oczywiście było to nieprzemyślane, w przeciwnym razie napisałabym dopiero po przyjeździe do domu, po tych szczęśliwie zakończonych przygodach. Ta podróż była tak okropna, że dobrowolnie nigdy więcej nie podejmę się takiego wysiłku. […] Wieczorem o ósmej musiałam zrezygnować, ponieważ padał tak gęsty śnieg, że prawie nic nie było widać, a przejechałam dopiero 200 km, a więc następnego dnia pozostało mi jeszcze 400 km. I to przy gołoledzi! O dziwo, w Westfalii w małych górach – Las Teutoburski i Wiehengebirge – jechało się jeszcze względnie dobrze, ponieważ było tam wyśmienicie posypane i wszyscy kierowcy starali się nie jechać zbyt blisko siebie, by w razie poślizgu dla każdego starczyło miejsca. […] Najbardziej niesamowitym widokiem dla mnie był samochód za samochodem, głównie ciężarówki, przewrócone na skraju drogi. Te cuda techniki stają się czymś tak nędznym, kiedy leżą bezradnie do góry kołami.

Dwa razy udało mi się zapanować nad samochodem przy poślizgu, za trzecim razem musiałam wjechać na środkowy pas dzielący szosę, żeby móc zahamować, bo za mną jechał inny samochód. Tam jednak zdawało mi się, że przewrócę się na lewy bok, ponieważ ziemia była zbyt miękka. Wtedy zdecydowałam się dodać gazu i wjechać na dwóch kołach na przeciwny pusty pas jezdni i przeciąć go, by wykorzystać do zahamowania płytki rów przydrożny. I to mi się udało, tylko przednie koła znalazły się w rowie, sama się wydostałam i powróciłam przy pustej jezdni na środkowy pas dzielący. Zamknęłam kochane autko i weszłam do zasypanego śniegiem lasu, by rozprostować nogi i odpocząć. Gdy pół godziny później wróciłam, przy moim samochodzie stało dwóch z drogówki i poszukiwało zwłok.

Przejeżdżający kierowcy, którzy przecież nie mogli się wszyscy zatrzymywać, zatelefonowali z najbliższej stacji benzynowej. Obaj mężczyźni byli dość zdziwieni, że wyszłam z lasu w dobrym humorze i nie potrzebowałam pomocy, nie byłam ranna, samochód bez ich pomocy zapalił, i że chciałam jeszcze jechać do Berlina.

Odtąd jechałam już tak ostrożnie, że na ostatni odcinek potrzebowałam dodatkowo czterech godzin, ale do Berlina dojechałam przed zmrokiem. Tutaj czekało na mnie zaproszenie na jakieś rządowe przyjęcie, na które jednak tego wieczoru już nie chciało mi się iść. Pomogły mi gorąca kąpiel i łóżko. Wtedy zadzwoniła zrozpaczona dr Lemke, wiedziała, że planowałam wrócić koło południa, i co pół godziny sprawdzała, czy wreszcie udało mi się dotoczyć. […]

W Rovaniemi pewnego wieczoru musieliśmy jeść kolację z dwoma amerykańskimi profesorami, jednym mężczyzną i jedną kobietą, chyba z Ohio. Wtedy ten przedziwny ciekawy człowiek zapytał mnie, czy Niemcy nienawidzą Amerykanów. Odparłam: „Nie”. On: „Jak to możliwe, przyjechałem tu właśnie z Niemiec. My, Amerykanie, zniszczyliśmy wszystkie wasze piękne miasta, przecież musicie nas nienawidzić, chyba że jesteście ludźmi bez honoru”. Zapytałam go, czy sądzi, że mogłabym zabić Żyda. On: „Nie”. Następnie zapytałam go, czy mógłby zlinczować Murzyna82? On: „Nie”. „No tak, ale Niemcy wymordowali miliony Żydów, a Amerykanie linczują Murzynów i zniszczyli niemieckie miasta i kobiety, i dzieci spalili żywcem fosforem”, powiedziałam, „a mimo to siedzimy tutaj przy jednym stole i wzajemnie się zapewniamy, że to nie byliśmy my. Coś przecież musi być z naszą kulturą nie tak, jeśli dochodzi do czegoś takiego”. Na to on, że w Europie są tylko dwa mądre narody, Niemcy i Hiszpanie, inne są nic nie warte. Wówczas zapytałam, czy czytał Hemingwaya. Tak, lubi Hemingwaya. Ja: I am so sorry that I am not Hemingway, then I would say to you: „Damned fool!”. Na co roześmiał się w głos i stwierdził, że była to rozmowa w jego guście, i skończyła się, jak wszystko z tym miłym narodem, na have a drink. Jesteś pewnie przerażona, że tak bezpardonowo postąpiłam z profesorem z Ohio, jednak w przeciwnym razie pękłabym ze złości.

A teraz pytanie do Ciebie: dlaczego tak obrzydliwie skąpisz mi swoich wytworów, a nawet wiadomości o nich? Lakonicznie wspominasz mimochodem o jakiejś nowelce83, jakbyś codziennie i od dziesiątków lat nie robiła nic innego, jak tylko pisała nowelki. Dla kogo? Do gazety? Zbiór nowel? Maleńka książeczka z nowelką za koronę? Do przeczytania w radiu? Nie pisałabyś przecież czegoś głupiego, gdyby to nie miało dla Ciebie żadnego znaczenia.

Dzisiaj i tutaj świeci słońce, ale nad grubą warstwą śniegu w ogrodzie kwitną przeobficie oczary jak żółte pochodnie. Chciałam Ci posłać kilka gałązek, ale wtedy odezwał się głos: „Czy ty nigdy nie zmądrzejesz? Opanuj się trochę i zachowuj jak normalny człowiek, przecież to potrafisz”. Tak, potrafię, ale to cholernie nudne.

Serdeczności, Louise

Sztokholm, 22.2.1955

Louisechen meinchen, mądrze zrobiłaś, że przestałaś jeździć samochodem w zimowe noce, to niebezpieczne nawet dla tak sprawnego kierowcy jak Ty. Pokaż tylko, że wytrwasz w tym zamiarze. Sama wjechałam w zaspę w niedzielę (pewnie Ci mówiłam, że w końcu dostałam prawo jazdy?). Powinnam wybrać jedną z dwóch dróg, ale w ostatniej sekundzie zdecydowałam się wjechać pomiędzy nie, prosto w zaspę śniegu. Nic się nie stało poza tym, że nie mogłam wyjechać (było stromo pod górę), ale nadeszli dwaj mili mężczyźni, wypchnęli mnie i zadowolona pojechałam dalej.

Twoja Gespräch84 z profesorem z Ohio bardzo mnie rozbawiła i bynajmniej nie byłam entsetzt85 sposobem, w jaki go potraktowałaś. Profesor z Ohio powinien usłyszeć jasny i logiczny wywód.

Wycinek o Dreźnie sprawił, że całą noc nie spałam, ale czasem lepiej jest nie spać i myśleć niż spać i nie myśleć.86

Kilka dni temu dostałam Probenummer o nazwie „Neue Deutsche Literatur”87 i do tego pięknie kolorową pocztówkę „Deutsche Demokratische Republik im Aufbau”88 – kto, na Boga, mi to przysłał, jak myślisz? Chyba nie Ty?

Teraz dowiesz się o noweli, ponieważ o nią pytasz. Wejdzie ona w skład antologii nowel dla młodzieży89 i pisałam ją niechętnie. Ale zleceniodawca był mimo to zadowolony – będziesz mogła ją niebawem przeczytać. Obecnie szczególnie niepokoi mnie, że powinnam zacząć na poważnie pisać, ale jakoś mi się nie chce, a ludzie też robią wszystko, co mogą, żeby mnie powstrzymać. […]

Oetinger napisał mi, że najwyższy czas wysłać maszynopis Mio do składu, tak więc nie zdąży dać Ci go do przejrzenia. To wielka szkoda, bo jestem pewna, że znajdziesz później wiele byków, których nie powinno być.

W ostatnim liście nie ma słowa o Twoim stanie zdrowia, czy to oznacza, że Ci się polepszyło i że już nie wyglądasz jak ein kleines braunes Kind90? Opalona raczej nie możesz być o tej porze roku. Czy możesz? Wszyscy narzekają, że są zmęczeni i źle się czują. Ja nie jestem ani trochę zmęczona, fizycznie mam się świetnie, tylko dolega mi melancholia, w którą popadam co jakiś czas, ale na to, obawiam się, nie ma rady. Czasami zastanawiam się, dlaczego żyję, w ogóle dlaczego ludzie żyją. Ale o tym mówię tylko Tobie – nie chodzę ze zwieszoną głową, żeby ktoś to zauważył.

Jeśli wiesz, dlaczego ludzie żyją, to mi o tym napisz.

Astrid

W sobotę po południu (26) biorę udział w audycji radiowej dla młodzieży, to się chyba nazywa „Tji i tri”, ale nie jestem pewna.

Berlin, 25.2.1955

Gdyby nie błogosławieństwo mojego nieopisanie dobrodusznego temperamentu, wyskoczyłabym teraz ze skóry! – Astrid, w takim samym stopniu, w jakim Tobie obojętne jest to, co robisz, mnie to interesuje, no co ja na to poradzę… A więc 26 masz audycję w radiu i nie podajesz godziny! Proszę, nie wyobrażaj sobie, że tutaj kiedykolwiek podawało się nazwiska lub tytuły ze szwedzkiego programu radiowego. Wygląda to więc tak: wykład (może być o książkach dla dzieci lub cokolwiek innego) lub „kolorowe płyty”, lub „koncert kameralny”. Może to być śpiew lub gra na skrzypcach, coś nowoczesnego lub dawnego, krótko mówiąc, wychodzi się z założenia, że nikt się tym nie interesuje. Tutaj oczywiście nie ma szwedzkich gazet z programem radiowym, bo nie ma też Szwedów. No, zobaczymy.

Reklamy z Niemieckiej Republiki Demokratycznej dostajesz przecież nie ode mnie! Do diabła z nimi! To, co ja posyłam, masz ze mną jako nadawcą, a poza tym z wydawnictwa Kompass91.

Sama teraz jeździsz po śniegu, a właśnie temu chciałam zapobiec moim wyczerpującym opisem niebezpieczeństw czyhających na drogach! I jeszcze chcesz tak lekkomyślnego człowieka jak ja nakłonić do zastanawiania się nad sensem życia, choć przecież do tej pory nikt tego nie zgłębił! I swoją biedną córkę tym zaraziłaś, bo melancholijnie rozmyśla nad sensem studiów! Może żyjemy po to, by sprawiać sobie wzajemnie radość, ale tego nie wiemy i w związku z tym tego nie robimy!

Trochę powspominałam, zastanawiając się, na czym spędziłam własne życie, czy może znajdę w tym jakiś sens… Sporządziłam w tym celu następujące chłodne wyliczenie: wykonywałam 16 rozmaitych zawodów, jeden po drugim, i jak się trafiało. Przez 23 lata coś studiowałam, myślisz pewnie, że zwariowałam. Na to złożyły się dwa lata nauki tańca i gimnastyki, osiem lat muzyki (śpiew i kompozycja), trzy lata aktorstwa i reżyserii przy Deutsches Theater, rok włoskiego, rok rosyjskiego, rok szwedzkiego, trzy lata psychologii (Jung), trzy lata prawa, trzy lata zarządzania. Jak to teraz ponownie przeliczyłam, to wyszło w sumie 25 lat! I wszystko, czemu się poświęcałam, niesłychanie mnie interesowało, a przecież jest jeszcze wiele rzeczy, którymi bym się chętnie zajęła, gdyby tylko dnie były trochę dłuższe. I to wszystko bez sensu i celu, z czystej radości.

W tej chwili rozwijam swoje zdolności, niechętna muzom, w wyższych sferach nauki o zarządzaniu.

Właśnie dzisiaj na seminarium z prawa na Akademii Administracyjnej wygłosiłam swój roczny wykład, nadzwyczaj dobrze przyjęty, i tym samym zakończyłam najtrudniejsze zajęcia. Reuter domaga się, aby ludzie na najwyższych stanowiskach zarówno sami się dokształcali, jak i prowadzili wykłady. […] Robię to już od trzech lat, teraz zdecydowałam się przedłużyć studia o kolejny rok i zakończyć egzaminem, by potem uczestniczyć w sporządzaniu nowego planu nauczania. Tak, jak będę miała za sobą całe te studia administracyjne, to będę przerażająco mądra! […]

Lecz jeśli Ty teraz nie wiesz, po co się w ogóle żyje, oznacza to, że doszłaś do kresu swoich sił psychicznych. Kiedyś jednak musi pojawić się coś z zewnątrz, co doda Ci nowych sił, albo też zrobisz sobie przerwę, tak pięknie nazywaną „przerwą twórczą”, podczas której od wewnątrz zacznie narastać coś nowego. […]

A teraz o zupełnie innych sprawach. W tych dniach przeżyłam wielką radość, a było to tak: latem przeczytałam w Sztokholmie o kolekcji niemieckich i międzynarodowych ekspresjonistów podróżującej po Szwecji, wymieniano też obrazy. Od razu wiedziałam, ponieważ znam te obrazy, o jaką kolekcję chodzi, i niesłusznie pomyślałam, że jej właścicielka już nie żyje, ponieważ za życia nigdy nie chciała się z nimi rozstawać. […] Na urodziny Dresslerka92 sprezentowała mi nową książkę o ekspresjonistach, właśnie z tej kolekcji, nie mając pojęcia, jak bardzo bliskie są mi te obrazy. Natychmiast napisałam do wydawnictwa, bo książka została wydana przez ową malarkę i posiadaczkę obrazów93, o której myślałam, że już nie żyje, tę malarkę, o której Ci już kiedyś opowiadałam, z którą w 1932 r. pojechałam do Ascony, zawód, angaż, przyjaciele, krótko mówiąc: zostawiłam wszystko. Z planowanego małżeństwa już wcześniej zrezygnowałam, lecz to, że odrzuciłam angaż w operze miejskiej i wolałam wyjechać, poruszyło wówczas wszystkich moich przyjaciół. Mme Cahier i Weill, i Lenja, i Klemperer, i cała reszta robili wszystko co w ich mocy, w najlepszej wierze, by uwolnić mnie od tej „szwedzkiej trucizny”. I wyobraź sobie, że nigdy w życiu ani przez chwilę nie żałowałam, że to zrobiłam. Porzuciłam wtedy ogromną karierę jako śpiewaczka operowa tylko dlatego, że nic nieznacząca szwedzka malarka uznała, że stworzona jestem do śpiewania pieśni… Miała absolutnie i pod każdym względem całkowitą rację, ale nikt nie uważał, że postąpiłam słusznie, oczywiście poza mną samą. Jasne, że moje życie potoczyło się inaczej, niż przewidywałam i planowałam, ale kto wie, czy nasze planowanie jest zawsze słuszne.

Całe jej życie jest o wiele bardziej fantastyczne niż moje i prawie nie do pojęcia: mała szwedzka dziewczynka – na dodatek ze wsi – wyjeżdża do Lundu, by studiować muzykę. Stamtąd do Berlina, by jakoś to wykorzystać. Na Kurfürstendamm spotyka człowieka, który ją zafascynował, wychodzi za niego za mąż94. Ani jedno, ani drugie nie ma nic. Jedynie niezwykłą miłość do sztuki i entuzjazm do nowoczesnego malarstwa. Ponieważ oboje są biedni jak myszy kościelne, zakładają czasopismo o nowoczesnej sztuce (z niczym!). Potem galerię, by wystawiać nowoczesnych malarzy (ponownie z niczym!). A malarze też nic nie mają i wybucha pierwsza wojna światowa. A oni malują i malują cały ten chaos na świecie. I młoda Szwedka też maluje i pisze do gazet, żeby mieć za co żyć. Bo przecież żaden rozsądny człowiek nie kupował wówczas obrazów Franza Marca albo Chagalla. Czy też Klee, czy jak się ci wszyscy biedni malarze nazywali. A ponieważ, jak zawsze podczas wojny, nie było tu żadnych Szwedów, ta jedna tak niezwykła osoba pisała do wszystkich szwedzkich gazet i pisała, i pisała, i odkupywała od głodujących malarzy ich obrazy, których nikt nie chciał, tylko po to, by mieli z czego żyć. (Ta kolekcja obecnie na aukcji w Stuttgarcie przyniosła milion marek). A ludzie mówią, że życie to nie bajka.

Udało Ci się odcyfrować mój list z Kolonii? Codziennie jeździsz do wydawnictwa czy jesteś na razie tylko niedzielnym kierowcą? Jeśli już się jeździ, to powinno się stale jeździć, nawet jeśli serce pęka mi ze strachu!

Louise

Sztokholm, 8.3.1955

Louisechen kleinchen, nie ma nikogo, kto by pisał tak interesujące listy jak Ty. Zawsze odnoszę wrażenie czegoś musującego, ta obfitość myśli, odczuć, punktów widzenia, wszystko serwowane w absolutnie perfekcyjnym języku, który nigdy się nie waha, tylko zawsze dobiera niezwykle trafne słowa. Mam głęboką nadzieję, że Ciebie samą cieszy to, o czym piszesz, że samo pisanie sprawia ci przyjemność, bo to, co otrzymujesz ode mnie, jest mizerne.

Ale jeśli przy tym wiesz, że czytanie Twoich listów niesłychanie mnie bawi, mam nadzieję, że nie trudzisz się za bardzo, tylko nadal ciągniesz swoje opowieści Szeherezady, mimo moich krótkich i nędznych listów w odpowiedzi. To niesamowite, jak wiele zdążyłaś zrobić w swoim życiu, co widziałaś, czytałaś, myślałaś i zaobserwowałaś, i robisz to nadal, nie czując znużenia. Jak jesteśmy różne pod tym względem – ja mam uczucie, że nigdy świadomie niczego nie obserwuję ani nie dociekam, wszystko, co się dzieje ze mną, dzieje się pod powierzchnią, gdzie mnie samej nie ma. Moje świadome ja po prostu płynie i daje się nieść bez najmniejszego sprzeciwu, żyję bezrefleksyjnie i nie mam żadnego celu, nie czuję się właściwie niczym poruszona i właściwie nic nie wiem o sobie samej. Kiedy czasami mówisz „jesteś taka i taka”, dziwię się i ciekawi mnie, czy rzeczywiście tak jest albo czy nie jest tak, że to tylko Ty sobie to wmawiasz… sama absolutnie nie mogę tego rozstrzygnąć. Ale ponieważ zauważyłam, jakie Ty masz bystre spojrzenie w większości przypadków, to może Ty wiesz o mnie więcej niż ja o sobie. Nic o sobie nie wiem, to jedyne, co wiem.

Tak, uważam, że bardzo dobrze nadajesz się do tego, żeby objąć Neuaufbau der Akademie der Künste95… przypuszczam, że musieliby szukać po całych Niemczech, żeby znaleźć kogoś o tak specjalistycznych kwalifikacjach, jakie masz Ty. Ale Kay rozleci się na drobne kawałki, jeśli zostawisz Hauptjugendamt, jak, na Boga, ona sobie poradzi bez Ciebie, która potrafisz błyskawicznie dostrzec, co trzeba by zrobić, a co można zrobić. Napisz o wszystkim, co zamierzasz w tej sprawie – to mnie interesuje w najwyższym stopniu.

Pomyśl, że słyszałaś mnie w radiu… to typowe dla mnie, że nie napisałam i nie wiedziałam dokładnie, o której audycja będzie nadawana, i w ogóle nie przyszło mi do głowy, że Ty w Berlinie mogłabyś jej słuchać.

Nareszcie zaczęłam pisać – książkę, która ma wyjść na jesieni, ale moje dni są tak poszatkowane, że nie będzie wiele spokoju do pracy. Dziś zupełnie nieoczekiwanie pojawił się tu Oetinger z pierwszym egzemplarzem niemieckiego Mio. Jak tylko dostanę następne egzemplarze, wyślę Ci najszybciej, jak się da. Uważam, że zrobili książkę z wyglądu bardzo ładną. Potem zobaczymy, co sądzisz o tłumaczeniu, mądra Louisechen.

Nie, nie jeżdżę samochodem codziennie. Z mojego domu do wydawnictwa jest tak blisko, że nie opłacałoby się jechać autem, a poza tym potrzebuję tej krztyny ruchu, który mam, idąc pieszo. Jak dotąd jeżdżę samochodem tylko w soboty i niedziele nad wyraz ostrożnie, nie pędzę tak jak pewna dama w Berlinie. Ale też nie potrafię prowadzić samochodu tak dobrze jak ona. […]

Napisz wkrótce więcej, Szeherezado, bitte96.

Astrid

Berlin, 12.3.1955

Kochana Astrid, tak bardzo ucieszyło mnie zdjęcie, że aż nie potrafię tego wyrazić słowami! Często myślę, że można by napisać brzemienny w myśli artykuł „Czy Astrid Lindgren rzeczywiście żyła?”. W każdym razie bardzo często przychodzi mi do głowy, że chyba padłam ofiarą jakiegoś pomieszania zmysłów, ale przecież halucynacji nie da się sfotografować! Ale, proszę, nie myśl sobie, że znam Cię już na wylot. Kiedy tak pogaduję, że jesteś taka albo taka, to chodzi o czyste wytwory mojej wyobraźni, medytacje na nieskończony temat. 1000 km odległości może wyczarować fatamorganę jak najgorętsza pustynia. To wszystko. […]

Pewnie na serio uważasz, że piszę chętnie i beztrosko, z czystej radości przyglądania się sobie samej, długie i głupie listy… Tak jak w klasycznym dramacie bohater wygłasza swoje monologi. Astrid, mnie monologi nudzą! Z łatwością Ci uwierzę, że tak sobie żyjesz w stanie nieświadomej półjawy, ale nigdy nie spotkałam nikogo z tak ostrym, niemal bezlitosnym darem obserwacji. Jak można pogodzić ze sobą tak bardzo wykluczające się cechy charakteru? Tobie się to w każdym razie udaje.

Gdy niespodzianie pojawił się Oetinger, przypomniał mi się automatyczny opiekacz do grzanek97, który chciałam mu dać do Sztokholmu. Tyle że oczywiście z tego zrezygnowałam, ale nie tylko dlatego, że za kompletny brak wychowania uważam stwarzanie nieprzyjemnej sytuacji, w której ktoś musi coś wziąć, na co zupełnie nie ma ochoty. Pardon, pardon. Był jeszcze jeden powód: „Punch” zamieścił śmieszny obrazek szczęśliwego małżeństwa siedzącego przy śniadaniu przy automatic, nagle wszystko wokół spowija dym i dwie zwęglone czarne grzanki automatycznie wyskakują w powietrze. Nie dawało mi to spokoju. Chociaż ten tak wspaniale błyszczący wytwór – wyglądał jak chromowany mały neseser – był cudownie zapakowany, musiałam go wypróbować, żeby dowiedzieć się, o co chodziło w tym dowcipie z „Puncha”. No i patrzcie państwo: nagle cała kuchnia wypełnia się dymem, lecz te dwa czarne jak węgiel okazy wcale nie wyskakują w górę, nie, zostają w środku, i tylko z pogardą dla śmierci i parząc sobie palce, można je wygrzebać. Na co natychmiast odniosłam potwora do sklepu i powiedziałam: „Nie, tego to ja nie chcę!”.

Louise

Sztokholm, 1.4.1955

Louisechen meinchen, warum bist du so ferne?98 Teraz akurat późnym wieczorem siedzę i piszę do Ciebie otoczona silnym swądem frytek. Otóż na parterze naszego domu otwarto restaurację i odór smażonego oleju przewodami wentylacyjnymi dochodzi aż do nas. Wkrótce pewnie zejdę na dół i wywalę całe te frytki na podłogę, bo człowiek staje się niegrzeczny, kiedy żyje w swądzie spalonego oleju zamiast w woni Arpège.

Przedwczoraj wróciłam ze Smalandii. Moja mama nadal jest w ciężkim stanie po wylewie, być może to się cofnie także tym razem. Ale raczej to już nie potrwa długo. Pomyśl, Ty nie masz w ogóle żadnych wspomnień o swojej mamie, tylko o tacie, który grał na waltorni! Myślisz czasem o swojej matce i zastanawiasz się, jaka była? Zawsze kochałam bardziej ojca niż matkę, ale podziwiałam ją za roztropność i duże zdolności, a teraz, kiedy jest chora, stara, bezradna i często płacze, tak mi jej żal i tak bym chciała, żeby znów była silna i sprawna.

Dzisiaj kupiłam nowy samochód, nazywa się Volvo, szwedzki, jeśli znasz tę markę. A przed kilkoma dniami kupiłam bardzo piękny dywan tkany starą szwedzką techniką, który leży w jadalni i cieszy oczy, kiedy budzę się rankiem. Oj, to brzmi jak slogan „Kupuj szwedzkie towary”.

Wymyślam teraz scenariusz do filmu, robię to przedpołudniami w łóżku, ale nie idzie mi, bo telefon dzwoni bez przerwy. Piszę też niedużą książkę, która nosi tytuł „Braciszek i Karlsson z Dachu”, to znaczy napisałam wszystkiego jeden rozdział i Bóg wie, czy będzie więcej. Chyba niedługo pójdę na emeryturę i przestanę pisać książki i myśleć o jakichś filmach, tylko całymi dniami będę pleść wianki z kwiatów. […]

Nie sądzisz, że akurat teraz mówię dużo o sobie? Myślę, że powinnyśmy raczej porozmawiać o Tobie. Co właściwie robisz? Rozpostarłaś skrzydła i odfrunęłaś już z Hauptjugendamt? Zajmujesz się sztuką i muzyką i innymi pięknymi rzeczami? Jesteś chuda, biedna i chora czy zdrowa, radosna i troszkę okrąglejsza? Dzwoni Kay Tag und Nacht?99 i chce, żebyś zajęła stanowisko w sprawie wszystkich toalet we wszystkich domach dla młodzieży w Berlinie? Odrzucasz wszystkie wnioski jeden po drugim i jak nadążasz z tym wszystkim? Liebe Scheherezade, napisz mi o tym. Życzę Ci miłej Wielkanocy i gorliwego grzebania w ziemi w Twoim ogrodzie, czy co tam sobie wynajdziesz, żeby się rozerwać. Jutro wysyłam Ci „Mio, mój Mio”. Przynajmniej pięknie WYGLĄDA. Zaraz umyję głowę, a włosy ułożę w piękne esy-floresy. To teraz wiesz o mnie wszystko.

Astrid

Berlin, 4.4.1955

Jesteś taka kochana… nie masz pojęcia, Astrid, jaką mi sprawiłaś radość, jakie z niczym nieporównywalne szczęście! Czy to nie było właśnie wtedy, w Hamburgu, o wczesnej porannej godzinie, że niepołączone ze sobą kartki zapisane na maszynie spowodowały to błogosławione nieszczęście? A teraz te czarodziejskie przybory zostały już uporządkowane i uładzone, i wypucowane, ach, Astrid, ja już nie chcę czytać po niemiecku! W czarujący sposób bez zastanowienia stosujesz środki stylistyczne, jakżeż konsekwentna jesteś w ich używaniu, z jaką lekkością wykorzystujesz rytm języka, jak uszczęśliwiające są Twoje pomysły, ach, one chyba nie pochodzą z tego świata. Twoja dusza unosi się jak motyl pod gwiaździstym niebem… Dla starożytnych Greków motyl był symbolem nieśmiertelnej duszy. A teraz wymagasz ode mnie, bym przejrzała tłumaczenie, chociaż sama znasz tak dobrze niemiecki i chyba wiesz bardzo dokładnie, jak usilnie starano się zamienić dumną rusałkę żałobnika w bielinka kapustnika. To się jednak nie powiodło, materia kpi ze starań, ale wyszedł przynajmniej czarujący kwietniowy cytrynek.

A teraz o szczegółach – gdybyś wiedziała, jak trudno mi to przychodzi, o wiele chętniej powiedziałabym, że jestem zadowolona z przekładu – sprawa istotna, rytm języka, w setkach szwedzkich książek, natychmiast rozpoznałabym Twoją melodię zdania, to wymaga poety, Astrid, tłumacz tego chyba nie potrafi, w każdym razie nie ten. Chociaż z grubsza rzecz biorąc, wykonał staranną pracę. Nie wie, czym jest kadencja zdania, uważa to pewnie za tyradę. W każdym razie nie lubi spójnika „i” jako połączenia wielu następujących po sobie myśli. […] Bardzo też mi się podoba, że zrezygnowano z ilustracji na str. 98 i 129. Kowal kujący miecz wygląda jak typ z domu starców, podobnie wygłodzony staruch – nieco lepiej, ale i tak! Wybacz, wybacz, jeśli Ci się podobają. Bardzo jednak żałuję, że natychmiast nie przesłałaś mi tłumaczenia, usunięcie najgorszych błędów zajęłoby mi tylko jeden dzień.

Na Wielkanoc będą cztery wolne dni, z niewykorzystanym urlopem sześć, w czasie których mam zamiar całkowicie zgłupieć. Najwyżej pomalować stołki ogrodowe. Wyjątkowo nie będę czytać żadnej książki, przyjmować gości, obowiązkowo iść do teatru, nic, nic, czym musiałby się zająć mój zdezelowany mózg. Czasami myślę, że chciałabym już przejść na emeryturę, by tyle się wokół mnie nie działo, lecz potem niestety dociera do mnie, że cierpię z powodu swoich własnych błędów.

Nie chciałabym popsuć Ci tym listem humoru, ale po prostu nie mogę niczego upiększać, w przeciwnym razie zamilknę, ale czybyś to wolała? Lecz coś we mnie nie uważa za słuszne odwdzięczania się za tyle radości, którą sprawiasz listą mało znaczących drobiazgów. Ach, nie wiem, jak powinno się postępować, wiem tylko, że chciałabym uniknąć wszystkiego, ale to wszystkiego, co by Cię mogło zasmucić.

Louise

Berlin, 5.4.1955

Kochana, bardzo kochana Astrid, dzisiaj wyraźnie dotarło do mej świadomości, jak niedoskonale jest urządzony ten świat. Dlaczego nie jestem właścicielką jakiegoś majątku średniej wielkości? Nie musiałoby być tego zbyt wiele, tylko tyle, by można było kupić sklep z frytkami. Oczywiście natychmiast urządziłabym tam księgarnię, która nie sprzedawałaby nic innego, jak tylko Twoje książki. Albo czy nie mogłabyś doprowadzić do objęcia Twojego domu ochroną zabytków? Ach, wiem, co znaczy zapach smażonego oleju. W moich wspomnieniach pojawia się cała Rosja, wyłącznie bezkresne pola słoneczników, wzdłuż których całymi dniami, całymi dniami jedzie się koleją, i tylko te słoneczniki na prawo i na lewo. I Rosjanie, którzy stale, stale pogryzają ziarna słonecznika, żują je jak Amerykanie gumę do żucia, tyle że wypluwają człowiekowi pod nogi łupinki. I w każdym domu ten zapach, długowieczny, zastały, zatęchły, niezmieszany z powietrzem, również zapach świeżo wyciśniętego oleju słonecznikowego przypominający nieco tran, to wszystko można tam znaleźć, ale nigdy nie można od tego uciec! Tak więc cierpię razem z Tobą, bo brzydkie zapachy to chyba coś najgorszego, co może się przydarzyć. Może nie każdemu, ale mnie tak. Tak więc chyba będziesz musiała zmienić mieszkanie, ale tego pewnie też nie da się zrobić? […]

Nie znam samochodu, który nazywa się Volvo. Jedynie z ogłoszeń reklamowych. Ile benzyny pali na 100 km? Od tego zaczyna się przecież utrzymanie każdego auta. I jaką osiąga szybkość? Myślę o teoretycznie możliwej, nie Twojej, bo mam nadzieję, że nigdy tego nie będziesz sprawdzać.

Tak mi przykro, że stale się martwisz o mamę. Rozumiem Twoje uczucie, chociaż nie mam przecież najmniejszych wspomnień, nawet nie mogę ich mieć. Czy Ci już pisałam, że moja mama zmarła, jak się urodziłam? Nigdy też, przenigdy nie zastanawiałam się nad tym, jaka ona była. Pamiętam tylko pewien dzień, gdy przyszła z Berlina paczka od babci. W paczce była sukienka i para butów dla mnie. Miałam cztery lata. Sukienka była czerwona w białe kropki. Na około siedmioletnie dziecko. Buty były również dużo za duże i z boku miały guziki. Tylko że ja niczego bardziej nie nienawidziłam niż czerwonych ubrań, a buty zapinane na guziki od dawna wyszły już z mody nawet w Münster. Jednak musiałam włożyć na siebie ten paskudny przyodziewek i zostałam zaciągnięta do fotografa, postawiona na stołku, a zdjęcie posłano babci. No to ona potem napisała, że jestem cała, ale to cała mama i że ona jest z tego powodu bardzo szczęśliwa itd. Więc to okropne zdjęcie w babcinym przebraniu jest jedyną fotografią pozostałą z mojego dzieciństwa! O Boże, ale smutne było to dziecko! Gdy na nie patrzę, przypominam sobie, jakim nieszczęściem mogą być buty zapinane na guziki. Tyle że teraz nie muszę się przecież zastanawiać, jaka ona była!

A moja najstarsza siostra zawsze mówiła, że jestem cały tata. O tym chyba też nie muszę myśleć. Tyle że wiem już nieco więcej. Pewnego dnia moja siostra powiedziała, żebym opróżniła dużą szafę pełną nut. Wybrała wszystko, co chciałabym zatrzymać, a całą resztę należało podarować komuś, komu by się to przydało. Było bardzo dużo nut na waltornię. Miałam wtedy chyba z 15 lat. I jak już opróżniłam całą szafę, znalazłam paczuszkę listów i nie podejrzewając niczego, zaczęłam je czytać, bo przecież sprzątałam. I były to listy mojego taty do mamy, która je troskliwie przechowała, ostatnie listy, jakie od niego otrzymała, pisał do Lippspringe, gdzie była na kuracji jeszcze przed moim urodzeniem. Nie miałam poczucia, że czytając je, robię coś niewłaściwego, w każdym razie nie od razu, a potem nie mogłam już przestać, w końcu spaliłam całą paczuszkę i nikomu z rodzeństwa nigdy nie powiedziałam o tym ani słowa. Przez całe życie nie słyszałam i nie czytałam nic podobnego, wtedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie, czym może być miłość. Myślałam o tym, że owe listy zostały napisane po 20-letnim małżeństwie, a ta gorąca namiętność odnosząca się do mojej śmiertelnie chorej mamy była dla mnie oczywista i wcale mi nieobca, ani chwili nie żałowałam, że dowiedziałam się o tym głębokim uczuciu, jakie łączyło moich rodziców, nie musiałam już zastanawiać się nad tym, jacy też oni byli, po prostu wiedziałam. Lecz sama postanowiłam nigdy nie pisać listów! I trzymałam się tego postanowienia przez wiele, wiele lat. […]

Tyle teraz naopowiadałam tylko o sobie, że chyba możesz porzucić myśl, że Ty o sobie za dużo opowiadasz. Jest to chyba jedyna rzecz, której nigdy mi nie za dużo, której pewnie nigdy mi nie wystarczy. Ta przeklęta tęsknota…

Louise

Sztokholm, bez daty, połowa kwietnia 1955

Moja kochana, droga Louisechen, podziwiam Cię tak, że to aż niemądre, i jestem Ci tak bezgranicznie wdzięczna, kiedy czytam Twoją wnikliwą analizę stylu niemieckiego Mio, a gdy zastanawiam się, jak dużo masz roboty, jestem do głębi poruszona, że poświęcasz na to czas. Nie wiem, jak Ci dziękować. Och, gdybym była teraz spokojna i opanowana, a nie tak zrozpaczona i nieszczęśliwa, to napisałabym Ci albo próbowałabym napisać długi, wyczerpujący list o bogatej treści, a przynajmniej odpowiedziałabym na Twoje pytania. Piszesz tak miło: ich weiß nur dass ich alles vermeiden möchte, was Dich betrübt100, i skoro to wiem, nie powinnam wylewać przed Tobą swoich smutków. Ale muszę, żebyś przynajmniej zrozumiała, dlaczego nigdy nie dostajesz ode mnie rozsądnych słów. Jestem tak do gruntu przygnębiona, że już bardziej nie można. Zmartwienie z powodu mojej mamy wytrzymuję, choć udręczyło mnie ogromnie, ale zostało jakby zepchnięte przez nowe nieszczęście, którym los postanowił walnąć mnie w głowę. Jakoś tydzień temu mój syn przyszedł i powiedział, że zamierza się rozwieść101. Swoje własne smutki można jakoś znieść, ale widzieć któreś z dzieci z pobladłą twarzą, zrozpaczone, wykracza ponad moje siły. To na razie tajemnica: mówię tylko Tobie, ponieważ muszę wyrzucić to z siebie. I chcę, abyś zrozumiała, dlaczego jestem tak rozbita. Napiszę więcej, kiedy wynurzę się znów na powierzchnię. Najbliższy tydzień jestem w podróży. Potem znów napiszę. Nie miej żalu, droga Louisechen.

Astrid

Berlin, 6.5.1955

Kochana, jak wielka musi być Twoja rozpacz, skoro wygrzebujesz tego głupiego starego Marka Aureliusza102, na co Ci ten stoik, którego zabobonną wiarą jest rozum? Bo któż by na serio twierdził, że rozum to sens życia, sens stworzenia? Ty słodka, głupia kochana myślicielko, zostawże w szafie te zakurzone rozważania starego bitewnego wodza, przeczytaj raczej piękny erotyk, w którym jest więcej harmonii niż w tych żmudnych ćwiczeniach równowagi. Jak biedna przy tym jesteś, powoli ogarnia mnie rozpacz, że nasze drogi życia biegną tak daleko od siebie, w tym na pewno nie da się znaleźć ani rozumu, ani większego sensu. Prosta rzeczywistość, z którą należy się pogodzić, aby nie dać się jej zniszczyć. Gdybym tylko mogła uwolnić Cię od tych kłopotów, których sobie sama niepotrzebnie przysparzasz. […]

Ach, Astrid, nie mam nieczułego usposobienia, lecz życie z drugim człowiekiem jest niezwykle trudne, wymaga nie tylko dobrej woli i wzajemnej życzliwości, także bardzo, bardzo dużo wprawy i doświadczenia. A Ty musisz pozwolić dzieciom zdobywać je na własną rękę, nawet jeśli bardzo trudno jest się temu tylko przyglądać. Nie możesz przecież kierować życiem swoich dzieci, muszą się nauczyć same dawać sobie z nim radę, najwyższy już czas przeciąć pępowinę. […]

List pisany ręcznie opowiada oczywiście całą historię, obnaża charakter, ujmuje, odpycha, krótko mówiąc, jest wyrazem istoty danego człowieka. Dlatego też kocham Twój charakter pisma, bardziej niż te sztuki złota, które zamykam w nieistniejącym skarbcu. Możesz sobie pomyśleć, że taki czarodziej, który czyta w myślach, jeszcze łatwiej wyczytuje charakter z rękopisu. Lecz by z góry pozbawić Cię nadziei, że mogłabyś sobie oszczędzić pisania, ponieważ i tak twierdzę, że znam Twoje myśli: to funkcjonuje jedynie w kontaktach osobistych! Czasem zadaję sobie pytanie, jaką to sekretną właściwość posiadasz, która przyciąga niczym czarna magia.

I jeszcze słówko o tej przeklętej wdzięczności – dopiero jak przestaniesz o tym mówić, uwierzę, że nie jestem tak bardzo, bardzo daleko od Ciebie. Wewnętrznie. Astrid, jeśli Twoje książki – wszystkie Twoje książki! – przeglądam, w na ile to możliwe przyśpieszonym tempie, czynię to przecież nie dla Ciebie. Dla Ciebie byłabym gotowa zrobić o wiele więcej, myślę, że mogłabyś żądać wszystkiego, co Ci tylko przyjdzie do głowy, nigdy nie docierając do granicy. Wcale nie mylę Twoich książek z Tobą! Są dla mnie dziełami sztuki, najświętszymi, cudownymi… ale Ty, Ty jesteś człowiekiem ze wszystkimi wadami i potrzebami, i słabościami, lecz za to najukochańszym człowiekiem, i chciałabym, żeby na zawsze tak zostało.

Louise

Sztokholm, 22.5.1955

Ach, Louisechen, wszystkie te zachwycające kwiaty, którymi mnie obsypujesz, nie masz pojęcia, jakie były cudowne i jak mnie ucieszyły. Teraz pytanie: Czy został przynajmniej jeden jedyny tulipan w Twoim ogrodzie, czy przysłałaś mi wszyściutkie? Chyba były ich setki.

I bardzo mi się podobał Twój ostatni list. To, co mi napisałaś – że chyba nie chciałabym, aby właśnie mojemu synowi zostały oszczędzone wszelkie cierpienia, to było to, czego potrzebowałam. Wiem o tym bardzo dobrze, zawsze sama nad tym rozmyślałam, ale akurat w danym momencie, kiedy widzi się, jak własne dziecko cierpi, wtedy to jakoś nie pomaga. Powoli i ostrożnie zaczynam tymczasem wygrzebywać się z depresji i Lasse też. […]

Wczoraj Karin skończyła dwadzieścia jeden lat i dom wypełnił się młodzieżą, były tańce i głośne rozmowy. Ale kiedy znalazłam cichy kąt, trafiłam na dwie najlepsze przyjaciółki Karin, jej rówieśnice, miny miały ponure i filozoficzne. Uważały, że życie jest „parszywe” i nie ma nikogo, komu można by zaufać, a mężczyźni to oszuści. Karin za to nie uważa, że życie jest „parszywe” akurat teraz… a to tylko dlatego, że Carl Olof jest tak cudowny, rzecz jasna!

Dziś rano, nim samochód ruszył, widziałam ich stojących na ulicy pod moim oknem. Karin i C.O. patrzyli na siebie jak para tonących, jak gdyby rozstanie na trzy tygodnie było niczym śmierć.

W domu jest pusto, ale mimo to cieszę się, że dzieci wyjechały, tak że wreszcie będę miała trochę spokoju do pracy. Jestem mniej więcej dwa miesiące spóźniona z powodu wszystkich tych kłopotów. Teraz chodzi tylko o to, żeby pracować pełną parą. […]

Zaraz napiszę list do zaprzyjaźnionej osoby, która wkrótce umrze na raka i zostawi troje dzieci bez matki. Nawet jeśli życie nie jest tak „parszywe”, to w każdym razie jest trudne. Jak myślisz?

Astrid

Berlin, 7.6.1955

Proszę, nie gniewaj się, Astrid, kochana, kochana, może jestem człowiekiem, którego łatwo polubić, z kilkoma dość miłymi cechami… ale wrażliwym, wrażliwym, och jak strasznie wrażliwym!

Tutaj obecnie wszystko się kotłuje, prawdziwy meeting przyjaciół, ponadto Annikki Setälä-Sundqvist, która u mnie mieszka i dla której stale muszę bardzo szybko klecić wykłady, ponieważ niestety sama tego chciałam: Finlandia – światło i obraz, fińska książka dla dzieci, Lapończycy, koło podbiegunowe, Boże, czego też ci ciekawscy Niemcy chcieliby się dowiedzieć! W poniedziałek, 13.6., ona wyrusza do PEN Clubu do Wiednia, a ja muszę się wybrać do Hanoweru, potem przyjeżdża tu Annemarie Mevissen, zamieszka u mnie, też będzie miała wykład za wykładem, potem jadę do Kolonii, potem do Bonn, potem zrobi się już lipiec, i jest jeszcze jedno posiedzenie pod koniec lipca, wracam 22.7., założywszy, że wszystko tak się odbędzie, potem spokój w sierpniu, bo wakacje, ja biorę urlop 27 sierpnia. Tak wygląda najbliższa przyszłość – po co w ogóle ta mrówcza praca? Ja wolę raczej robić dokładnie i wytrwale coś, co z czasem stanie się czymś namacalnym, ale stale żąda się ode mnie raczej pozorów niż wytworów, raczej symulacji niż realizacji, tak że sprawy trwałe, mądre czy piękne mogę załatwiać tylko po kryjomu i mimochodem.

Wczoraj zwołałam 20 kierowników prowadzących moje grupy czytelnicze, z bałaganiarskiej improwizującej gromadki stworzyłam coś w rodzaju społecznie powiązanych grup, które obecnie wzajemnie sobie doradzają i dzielą się doświadczeniami związanymi z dziećmi i książkami, i sytuacjami. Lecz na początku musiałam naciskać i wymagać cotygodniowych sprawozdań o wszystkim, o wieku dzieci, książkach, dlaczego czytają, dlaczego nie, dlaczego przestały itd. Dołączam sprawozdanie z jednej dzielnicy, które przypadkowo mam pod ręką, coś takiego dostaję na bieżąco ze wszystkich 20 kółek czytelniczych. […]

Dzieci komentują w stylu: „Moja mama powiedziała, że jak wam akurat czytają jakąś ładną książkę, to możesz spokojnie wracać do domu dopiero o dziewiątej, nie musicie przecież przerywać w połowie”. Tak więc obecnie wreszcie i do rodziców w zauważalny dla nas sposób dotarło, że książki mogą także wywierać wpływ na dzieci.

Pewna mała dziewczynka w ciągu 14 dni przeczytała „Mio” trzy razy z rzędu! Przy głośnym czytaniu wielkie oburzenie chłopców, że głupi Mio odrzuca swój miecz! A przecież nie wie, czy jeszcze nie będzie go potrzebował! I w ogóle, jak można odrzucić coś tak pięknego! (Surowo zabroniłam przyczepiania do tego moralizującej pedagogiki, wszystkie te pomysły nie powinny być rozdeptywane tak jak w szkole, lecz jedynie działać nieświadomie, tak albo tak). Dziwne, przy głośnym czytaniu „Mio” kończą o jedną stronę wcześniej, ostatnie słowa to „Mio, mój Mio, powiedział mój tato, król”. I to wszystko. Nie czytają dalej, bo dzieci nie lubią końca. Wcale mnie to nie dziwi, ponieważ ze mną było tak samo, tyle że moje doświadczenie intelektualne i poczucie formy po prostu wyparły tę niechęć, a teraz dzieci przychodzą i mówią: Nie, to już nie jest ładne, tego nie chcemy! Widzisz, zostałam taka dziecinna lub taka infantylna, jeśli brzmi to lepiej, jak te małe robotnicze dzieci, to samo powiem Ci na Furusund i traktuj mnie teraz tak jak dziesięciolatkę!

Louise

Furusund, 7.7.1955

Louisechen meinchen, nie, nie umarłam, choć może na to wygląda. Chora byłam, pracować pracowałam, złote wesele świętowałam (moich rodziców), listów nie pisałam, Twoje irysy posadziłam, myśleć myślałam, pisać nie pisałam, szaleńczo w wydawnictwie pracowałam, na Furusund pojechałam, dzień i noc „Karlssona z Dachu” pisałam, listów nie pisałam. Tego w ogóle nie można nazwać listem, jedynie znakiem życia. W tym miesiącu zamierzałam 21 jechać do Anglii, ale czy zdążę, nie wiem. Ale jeśli zdążę i jeśli Ty jesteś w Berlinie we wtorek 2 sierpnia, to mogłabym skoczyć do Ciebie i lecieć do Sztokholmu 5, a Ty cały czas będziesz dla mnie śpiewać, tak? Nie zamierzam mieć żadnych występów w wydawnictwie, więc to, że jestem w Niemczech, muszę utrzymać w tajemnicy przed Oetingerem, w przeciwnym razie wprawi w ruch całą wielką machinę, a tego nie chcę. Zachowaj więc wszystko w tajemnicy! Napisz dwa słowa i powiedz, czy chcesz, żebym przyjechała, czy masz tysiąc konferencji, na których musisz być.

Jeśli o mnie chodzi: jak powiedziałam, mocuję się z czymś, co nazywa się „Karlsson z Dachu”, i jeśli będzie się buntował, to może się zdarzyć, że będę musiała odwołać podróż (ponieważ dałam słowo honoru, że zanim wyjadę z kraju, skończę książkę), ale jestem dobrej myśli.

Astrid

W dniach 2–5 sierpnia Astrid była w Berlinie. Wiele czasu spędziła w jednym z dwóch należących do Louise berlińskich ogrodów, który znajdował się przy Kudowastrasse. Louise śpiewała tam Astrid i czytała głośno fragmenty z książek Goethego. Po wyjeździe Astrid Louise posłała jej bawełniane rękawiczki, sznur pereł i książki o Berlinie. W połowie sierpnia Astrid podziękowała za wszystko. „To staje się trochę monotonne, całe te dziękczynienia. Tymczasem ja muszę Ci podziękować za wszystkie te miłe chwile w Twoim ogrodzie i za wszystkie pieśni, które śpiewałaś. DZIĘKI!”.

Sztokholm, 5.10.1955

Louisechen, w ten październikowy wieczór w Sztokholmie pada, a ja myślę o deszczu w Twoim ogrodzie w sierpniu – to było najpiękniejsze, co pokazałaś mi w Berlinie, bo wtedy nie widziałam deszczu od trzech miesięcy. Nie jestem równie zachwycona deszczem dziś wieczór, ale to odpowiedni akompaniament do pisania listu.

O, kochana mała, jak uradował mnie Twój list… czy to rzeczywiście prawda, że podobał Ci się Karlsson? Jak miło z Twojej strony, że napisałaś od razu! W połowie tego miesiąca wyjdzie pewnie książka, tak że będę mogła Ci wysłać.

Teraz znów wróciłaś do kieratu i rozumiem, że zarzucili Cię pracą. Ale wydaje się, że miałaś przyjemny urlop na Sardynii. Po tym, jak rozmawiałyśmy ostatnio, byłam tydzień w Wiedniu. Mój brat, który na stare lata zaczął uprawiać malarstwo, miał wystawę103 i chciał, żebym przyjechała. Jednocześnie odbywał się tam międzynarodowy kongres książki dziecięcej, więc uznałam, że miałam dodatkowy powód. Ale, Boże, zmiłuj się, jak te kongresy są głupie, powinnaś tam się zjawić i przemówić im do rozumu. W końcu zaproponowano, żeby podjąć rezolucję, która głównie polegała na tym, aby wydawcom zalecić wydawanie dobrych książek obrazkowych… to było wszystko, co wynikło z trzech dni zagorzałej dyskusji. […]

Właśnie weszła do domu Karin, ciągnąc swojego ukochanego, i siedzą tu teraz i rozmawiają, przeszkadzając mi w moim zajęciu. „Przez cały czas, jak tu rozmawiamy, piszesz do Louise Hartung?” – chciała wiedzieć Karin, a ja jej odpowiedziałam: „Nie, już nie piszę, bo nie jestem w stanie usłyszeć własnych myśli”.

Ale innego dnia usłyszę pewnie lepiej, wtedy znów napiszę. Do tej pory niech Ci się żyje dobrze, droga, miła Louisechen.

Astrid

Berlin, 9.10.1955

Na biurku leży małe zielone jabłuszko, leży od dwóch miesięcy! Nie, nie, nie dotykam go, nie chcę wiedzieć, co dobre, a co złe. Obok stoi zegar, cicho, od dwóch miesięcy nie tyka, zatrzymał się o 6, gdy wyszłaś z pokoju, i teraz już nigdy nie pokaże innej godziny, jeśli Ty sama go nie nakręcisz. Astrid, czy on ma więcej serca niż ja? Czułam się tak, jakby zatrzymało się moje własne serce.

Wczoraj byłam w ogrodzie, do którego od sześciu tygodni nikt nie wchodził – wszystko rozpleniło się i rozrosło, i rozkwitło, nawet mały, maleńki trawniczek zazielenił się spokojnie koło hibiskusa, który ma jeszcze pięć kwiatów. Tak chętnie posłałabym Ci białe róże, teraz one tutaj przekwitają, ale w całym mieszkaniu nie mogę znaleźć ani skrawka papieru do pakowania, tak dokładnie posprzątała pani Lehmann104, i ponieważ dziś jest niedziela, sama muszę oglądać te róże. Co za kara! Dołączam kilka zdjęć, z wiosny i z 6 i 7 sierpnia – odeślij proszę te, które Ci się nie podobają. „A jutro zakwitną tam dwie lilie”, powiedziałaś, no i zakwitły.

Z Sardynii przywiozłam wyłącznie białe kwiaty, to znaczy ich cebulki. […] Boże, co za nerwy na niemieckim cle. Niemcy nie pozwalają wwieźć absolutnie żadnej roślinki, nie pomagają pieniądze i prośby – a więc wszystkie poupychałam, by przynajmniej którąś z nich przemycić do ogródka. […]

Cło z innego jeszcze powodu było bardzo denerwujące. Na Sardynii kupiłam stary dywanik, antyczny, antyczny, antyczny. Niewiarygodnie piękna rzecz, z absolutnie archaicznym wzorem, nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałam. Było to tak: w Sàssari – to miasto na Sardynii z około 80 000 mieszkańców, nazwy do tej pory nigdy jeszcze nie słyszałam – była wystawa starej sardyńskiej sztuki, rękodzieło, ceramika itd. Przypadkowo, gdy włóczyłyśmy się po uliczkach105, odkryłyśmy tę wystawę. Niektóre z wystawionych rzeczy były niebywale piękne, ale oczywiście nie wszystkie na sprzedaż. Nagle odkryłam pod wielkim stosem spiętrzonych tkanin lewą stronę, wiązanie dywanu, niewiele więcej niż 20 cm, i poprosiłam, żeby mi go pokazano. Wystawca niezbyt chętnie wyciągnął go spod stosu i pokazał mały rożek. Ale nie dawałam za wygraną i chciałam zobaczyć całość, od razu się zorientowałam, że jest to stara robota. Tak więc niechętnie i nieporządnie rozłożył ten dywan. Gdy zapytałam o cenę, Oh, è molto caro, è antico106, a potem ponownie go złożył i zamierzał wsunąć pod ten stos. […] Wpłaciłam 40 000 lirów zaliczki, bo to było wszystko, co akurat ze sobą miałam, i zatelegrafowałam do berlińskiego banku z prośbą o telegraficzne przekazanie mi pieniędzy. Po kilku dniach mogłam więc ponownie pojechać do Sàssari. I wówczas zaczęła się walka trwająca prawie godzinę, bo pokazano mi nie ten dywan, lecz zaproponowano dwie inne, też stare, ba, nawet trzy inne makaty ścienne, kapy folklorystyczne na łóżko i nie wiadomo co jeszcze, co mogłabym dostać za tę cenę, tylko o tym, czego chciałam, najpierw w ogóle nie było mowy. Wreszcie wpadłam na pomysł, żeby okazać zainteresowanie czymś innym, wyjaśniłam jednak, że nie mogę się zdecydować, co jest ładniejsze bez możliwości porównania kolorów. Wtedy w końcu wydobyto tamtą sztukę z kufra, abym mogła wszystko sobie porównać, pokazano mi lewą stronę, która jest już molto cencioso107, krótko mówiąc, nie szczędzono zabiegów, by obrzydzić mi ten już kupiony dywanik, byłam jednak całkowicie nieporuszona, na wszystko mówiłam si, si, si, zapłaciłam szybko i zdecydowanie resztę i kazałam zapakować „ten złachany dywan”. […]

Bardzo chętnie posłałabym Ci któryś z tych obrazów, które widziałaś u mnie, ale przecież nie udało mi się dowiedzieć, który Ci się najbardziej spodobał, ponieważ stwierdziłaś po prostu, że wszystkie Ci się podobają. Czy nie mogłabyś mi nieco ułatwić życia i pomyśleć, że wkrótce Twoje urodziny… tak by mi było miło, gdybyś w Sztokholmie miała cokolwiek z Berlina lub z Rudolstädterstrasse. Oczywiście z czystego egoizmu, nie chcę, żebyś mnie zapomniała.

O samym Wiedniu nic nie piszesz i nic o wystawie obrazów, co byłoby przecież tak bardzo interesujące. Ten głupi kongres, szkoda trzech dni Twojego czasu, można by go o wiele lepiej wykorzystać. […]

Ty, bardzo kochana, nie zapominaj, że wszystko, wszystko, co Ciebie dotyczy, interesuje mnie w najwyższym stopniu.

Louise

Sztokholm, 21.10.1955

Louisechen, jaka melancholia ogarnęła mnie dziś wieczór, Boże, zmiłuj się, w jakiej czarnej melancholii jestem! Dlatego chcę się głośno poskarżyć Tobie… choć nie wiem, na co mam się skarżyć. Tak czy owak, powodzi mi się dobrze, mam ubrań, żywności, domów w nadmiarze, pracę, którą lubię, dzieci, które kocham, wiernych przyjaciół, dobrych sąsiadów (z wyłączeniem tego, co wypuszcza swąd smażonych frytek), a jednak dręczy mnie melancholia. […]

Ależ Ty umiesz pisać! Twoja opowieść o tym, jak zdobyłaś ten antyczny dywan na Sardynii, jest, moim zdaniem, tak interesująca jak najlepsza nowela, kiedy to opisujesz, człowiek jest przekonany, że rzeczywiście ten dywan jest niebywale piękny. Piękniejszy jednak niż Twoje kwiaty z ogrodu nie może być… starannie wybrałam pięć cudownych zdjęć, a resztę odsyłam, żebyś też mogła popatrzeć na trochę piękna, kiedy nadejdzie zima. À propos odsyłania, zatrzymaj na razie te pieniądze, ni stąd, ni zowąd napiszę do Ciebie i poproszę, byś mi coś za nie przysłała. O, jak świetne są zresztą moje torby podróżne. Tę małą z perlonu zabieram na krótkie szybkie podróże, w które teraz jesienią muszę wyjeżdżać tak często, i mieści się w niej dużo więcej, niż można by przypuścić. Nie wysłałam Ci niczego, co powinnam, ale kupiłam kilka drobiazgów, których, jak zechcesz, możesz użyć w Boże Narodzenie. Niebawem wezmę się w garść i wyślę je. Mnie się podobały wszystkie Twoje obrazy, ale nie możesz z tego powodu zdjąć któregoś ze ściany i mi przysłać… nie dawaj podarunków jak indyjski nabab, niemądra dziewczyno, spróbuj być trochę bardziej umiarkowana.

Ach, więc pan Spitta108 to Twój znajomy! Jeśli znajdę, to przyślę Ci jego odczyt, ale nie jest pewne, czy mi się uda. Jego tłumaczenia komiksów psychologią głębi wydają mi się dość niewiarygodne, on widzi symbole płci dosłownie we wszystkim, w grotach, pistoletach und Kampf und Abstoss109, każdy komiks potrafi tłumaczyć mniej lub bardziej jako stosunek płciowy. Wprawdzie jestem przekonana, że małe dzieci są naładowane seksualnością, ale w to, żeby rozumiały komiksy tak, jak pan Spitta je rozumie, jednak nie wierzę.

Widziałam „Dziką kaczkę”110 i było to dobre przedstawienie. Wyjechałam na trzy dni w podróż. Przez głęboki parów wspięłam się do gęstego lasu, gdzie nie było żywej duszy, i wtedy poweselałam i nie odczuwałam melancholii.

Dość biadolenia na dziś! Nowe lamenty przypłyną stopniowo.

Astrid

Berlin, 27.10.1955

Czym byś Ty była bez melancholii – Astrid – czym bez smutnych oczu? Jasne, coś niezwykłego pewnie by jeszcze zostało, ale ta melancholia wiąże się z Tobą chyba tak jak deszcz z przyrodą. I co bym dała, żebym natychmiast, natychmiast mogła „być dla Ciebie jak matka” – w swoim liście wyliczasz tyle rzeczy, których masz aż za dużo, lecz brakuje Ci kogoś, kto by Cię otoczył miłością jak małe dziecko. […]

Nie ma przecież prostej i bezpośredniej drogi do szczęścia. A poza życiem, które człowiek przeżywa, istnieje jeszcze wiele egzystencji, których się nie przeżywa, a które można by też przeżyć i które zawierałyby w sobie lub nie zawierały tyle samo szczęścia lub nieszczęścia co to życie, na które się człowiek po prostu kiedyś tam zdecydował. Nie martw się tak synem. Każde przeżycie, nawet najtrudniejsze, jest lepsze niż brak jakiegokolwiek przeżycia. Równie dobrze można by od razu umrzeć. Astrid, to dla mnie wielka udręka, że jest w Tobie tak mało radości, tyle że aż za dobrze potrafię zrozumieć Twoje zmartwione serce. Trzeba mieć tylko nieco wyobraźni, by pomyśleć, co musiałaś przejść, jak urodziłaś swoje pierwsze dziecko. I gdyby w ogóle było możliwe kochać Cię jeszcze bardziej, niż Cię kocham, to w sierpniu potrzebowałabym na to drugiego serca, bo jedno nie potrafiłoby więcej pomieścić i byłoby po prostu pełne po brzegi.

Że też podobała Ci się moja historyjka o kupowaniu dywanika, Tobie, mistrzyni stylu i języka, interesujących opowieści! Tak więc sfotografowałam dla Ciebie ten dywanik, tylko nie w kolorze, tyle bowiem kolorów naraz kolorowy film nie potrafi oddać nawet w przybliżeniu. Słowo „cudowny” chyba zupełnie tu nie pasuje, jest on bowiem barbarzyński i drażniący kolorystycznie, i zarazem dziki i surowy w ornamentyce. A ten przemiły hotel Elfaro, jeszcze niezupełnie gotowy i nieotwarty, sfotografowałam zarówno od frontu, jak i od tyłu. Był to nieporządny, zaśmiecony plac budowy, ale człowiek się chętnie na to godzi, jeśli codziennie może jeść świeże homary, kosztujące tylko 2 marki więcej niż normalne menu, i dostawać do tego wspaniałe wino (litr za 200 lirów, to jest 1,30 DM). Bez radia, bez dancingu, czarujący właściciele hotelu i do tego jeszcze morze tuż za progiem. Astrid, proszę, nie opowiadaj nikomu o Sardynii, nawet w Jugendamt nie powiedziałam, gdzie byłam, zostawiłam tam tylko adres do Szwajcarii. Na Sardynii faktycznie jest jeszcze nietknięta przyroda, nie widać ludzi i wygląda na to, że mnie to tak samo uszczęśliwia jak Ciebie.

Gdyby dr Spitta usłyszał, Astrid, że radość sprawia Ci wąwóz bez żywej duszy! Jak myślisz, co by z tego wykoncypował? Głośno się śmiałam, na miłość boską, nie przysyłaj mi wykładu, chciałam poznać tylko Twoje zdanie, a piszesz, że jest to już dawno nieaktualne słownictwo z najstarszego kufra freudowskich rupieci, nierozumianych tak jednostronnie nawet przez niego. Zawsze się śmiejemy z tej prostej symboliki: jaskinia – pistolet, i zamiast tego bez odrobiny poszanowania używamy określenia piekarnik – parasol. Stosując z upodobaniem takie uproszczenia, niebezpiecznie dyskredytuje się psychologię głębi. Posyłam Ci ostatnie lilie, w dniu wyjazdu na Sardynię rozwinęły się równocześnie trzy.

Nie zapomnij!

Louise

Sztokholm, 19.11.1955

Louisechen, czy wolno mi pisać po tak długim milczeniu? Tak wiele listów piszę do Ciebie w głowie, ale na papierze ukazują się rzadko.

Niech Cię Bóg wynagrodzi za Twój ogród. Gdybyś wiedziała, jak piękne są Twoje małe chryzantemy, które stoją w moim wazonie. Napełniają mnie radością za każdym razem, gdy na nie spojrzę. Tak, tak, te wszystkie dary, którymi mnie zasypujesz! Szal w prezencie urodzinowym jest piękny, piękny, piękny, i mam suknię, do której pasuje, bardzo Ci dziękuję. Galaretka była dobra, bardzo, bardzo dobra. Ty sama jesteś dobra, choć nie jesteś galaretką…

Widziałam prapremierę filmu, do którego scenariusz i dialogi pisałam zimą. No tak, no tak, film „Detektyw Blomkvist” był chyba lepszy. Kiedy widzi się coś w świetle reflektorów we własnej wyobraźni, to człowiek jest trochę zawiedziony, jeśli w efekcie końcowym ten blask już nie jest taki wyraźny. Dla Rädda Barnen111 napisałam krótką śmieszną bożonarodzeniową jednoaktówkę o Pippi Pończoszance, którą wykorzystają jako tekst do grywania po szkołach przez uczniów i wyżebrania przez nich trochę pieniędzy na swoją chwalebną działalność. Pippi jest oczywiście bardzo szlachetna i praktycznie rzecz biorąc, wszystkie swoje złote monety daje na głodujące dzieci. Ach tak! Teraz właśnie czytam też Pippi do nagrania na taśmę dla niewidomych dzieci. Ponadto jest jeszcze Tydzień Książki, więc trochę jeździłam i gadałam o Karlssonie z Dachu. Książka jeszcze nie została zrecenzowana, ale wydrukowano już 85 000 egz. Nadal jestem niezmiernie zadowolona, że Ci się spodobał. Z Radia Hamburg przyszła prośba, żeby mogli z niego czytać jakieś 5–6 minut, które Nordwestfunk chce nadawać w Wigilię, zobaczymy, zobaczymy, jak to z tym będzie. […]

Teraz dzwonią dzwony kościelne, to jest dźwięk, którego całym sercem nie znoszę. Z wyjątkiem tych szybkich lekkich dzwonków kościelnych na południu.

Wkrótce przyjdą dzieci, a wtedy zjemy gotowanego kurczaka w curry z ryżem i będziemy pili czerwone wino. Za moim oknem, które wychodzi na Vasaparken, niebo jest w tej chwili całkiem cytrynowożółte, a nagie czarne gałęzie drzew sterczą tak smutno. Myślę, że zjem sporo kurczaka i ryżu, żebym tylko mogła zapomnieć, że to jesień i potem będzie zima i że to długo potrwa, zanim przyjdzie wiosna. A potem idę do Dramatycznego zobaczyć „Wujaszka Wanię”112, ich freue mich darauf113. W ubiegłym tygodniu byłam w Göteborgu na Dniu Książki, obejrzałam tam znakomite przedstawienie Tennessee Williamsa „Kotka na gorącym blaszanym dachu”. Teatr to jasny punkt życia, nie uważasz? Ale dla Ciebie chyba ważniejsza jest muzyka?

Miej się dobrze tam na południu w Berlinie i nie zapominaj o mnie.

Astrid

Berlin, 11.12.1955

O, Astrid, Ty kochane przeznaczenie, co za radość! Już mi się nie chce nic innego czytać jak tylko to, co Ty napisałaś albo co napisano o Tobie. To ostatnie dlatego, że tak bardzo mało piszesz nowych książek – a może macie jakąś komisję, która Ci zapłaciła 3000 marek, żebyś tylko mniej pisała? Chętnie bym ją przelicytowała… […]

W wywiadzie114 mówisz, że poproszono Cię, abyś zrezygnowała z zakończenia „Mio”. Lecz kiedy Ci pisałam, że przy czytaniu naszym dzieciom opuszczamy koniec i że ja, o dziwo, początkowo też tak samo myślałam, nie łączyło się z tym żadne niewypowiedziane życzenie, żebyś to zmieniła, to była czysta relacja z naszych doświadczeń. Być może powinnam oprócz tego napisać Ci, dlaczego to robimy i dlaczego nasze dzieci tego chcą. Przy czym pomyśl teraz po przyjacielsku też o tym, że „nasze dzieci” nie znaczy „dzieci niemieckie”, lecz te szczególne dzieci, którymi z jakiegoś powodu opiekuje się Jugendamt lub które z własnej woli do nas przychodzą, bo poza tym nie mają co ze sobą zrobić. (Nie znaczy to, że nie mają rodziców!) Tym samym milcząco zakładam, że sytuacja niekochanego dziecka, które czuje się opuszczone na ławce w „Mio, mój Mio” znana jest naszym dzieciom. To ich sytuacja, ich własne, głęboko dotknięte, zranione uczucie. Tyle że u żadnego z naszych dzieci, choćby były tak niekochane, tak odrzucone, tak opuszczone, maltretowane lub poniżane, to uczucie opuszczenia czy odrzucenie nie dochodzi do negacji, a więc zaprzeczenia siebie samego. Nawet dzieci, które cierpiały w tak widoczny sposób, że każda myśląca istota dostrzegała, że rodzice ich nienawidzili, nawet te dzieci nie mogą po prostu uwierzyć, że nikt ich nie kocha, że po prostu dla nikogo nie istnieją, i to tak, że nikt nie zauważy, gdy znikną. „Bo może wcale nie zauważyli, że mnie nie ma” – takie zdanie może zrozumieć dziecko z normalnego otoczenia jako coś w rodzaju przekornego zachowania, nawet jeśli samo nie jest o tym głęboko przekonane. Ale dla dziecka, które uważa, że jest w podobnej sytuacji, oznacza to taką rozpacz, takie opuszczenie i taką rezygnację z własnej osobowości, tak totalnie słuszną konsekwencję artystycznego wyrazu, że dzieci, których umęczone serce znalazło jakieś wyjście razem z Mio, odmawiają rezygnacji z własnych marzeń z powodu nieubłaganej wartości artystycznej. […] Jednak to wszystko chyba przecież nie dotyczy dzieci szwedzkich i dzięki Bogu też nie wszystkich dzieci niemieckich.

Tak, a potem mówisz jeszcze coś o Pippi, co zupełnie się nie zgadza z naszymi doświadczeniami – że Cię być może interesuje, jak Pippi od razu inaczej się zachowuje po przekroczeniu granicy niemieckiej. O Boże, swoje przemiłe stworzenie nazywasz aspołecznym, a ono ma wręcz wspaniałe poczucie wspólnoty i niesamowite wyczucie sprawiedliwości. Twój rozmówca nazywa tę niesłychanie delikatną duszę „nieporuszoną”, a ona jest wstrząśnięta do głębi przy martwym ptaszku i wstydzi się swoich łez. Mówisz, że dzieci nie obchodzi, że Pippi nie ma rodziców, lecz są szczęśliwe, bo wreszcie mogą robić to, na co mają ochotę. Następnie one identyfikują się nie z Pippi, lecz z grzecznymi dziećmi, ponieważ te „oswojone” istoty, jak to pięknie określają psychologowie, są im bliższe. Jeśli tę opinię wyczytałaś z listów, to w tym punkcie ona z niczym absolutnie się nie zgadza, co obecnie po dwóch latach mogę stwierdzić. Nigdy Ci nie pisałam, co teraz dzieci mówią i robią, ponieważ zakładałam, że „Pippi” dawno Cię już opuściła i sama jesteś zadowolona, jeśli się o niej stale nie przypomina. Akurat w tych dniach myślałam o początku tego zainteresowania „Pippi” w Amt i wśród małych czytelników. O tych ośmiu dniach przed Twoją bytnością w Berlinie, gdy Kay nagle powiedziała: „Więc przeczytałam tę głupkowatą książkę, absolutnie wykluczone, żebyśmy się o nią postarali, przecież nie będę się ośmieszać. Odwołujemy spotkanie”. A ja na to: „Dobrze, odwołam spotkanie, ale wówczas chyba będzie mi wolno poprosić o przeniesienie, ponieważ będąc zupełnie innego zdania, nie byłabym dla Ciebie dobrym doradcą”. Kay: „Chyba zwariowałaś”. „Nie, mówię serio. Uważam »Pippi« za najlepszą książkę na świecie. Albo więc pani Lindgren przyjedzie i spotkanie się odbędzie, albo ja jestem już za długo w Hauptjugendamt”. Kay: „Któraś z nas zwariowała. Z powodu jednej książeczki dla dzieci robisz takie przedstawienie. Więc zastanów się do jutra i daj mi odpowiedź”. No to spotkanie się odbyło, ale rysa, która wówczas powstała w naszej współpracy, nigdy się nie zasklepiła. […]

Louise

Berlin, 21.12.1955

Kochana Astrid, dzisiaj po raz dwudziesty pierwszy świętowaliśmy z dziećmi z kółek czytelniczych Boże Narodzenie, jeszcze raz je obchodzimy jutro i w piątek, a potem w końcu przychodzi Gwiazdka. Tym razem sama sobie sprawiłam przy okazji największą przyjemność. Zaczęło się od tego, że policzyłam dzieci czytające w poniedziałek, a było ich pod naszą opieką 1000, wszelakiej maści i rodzaju. Potem zakupiłam sto książek dla wszystkich grup wiekowych – dziwne, ale tylko jednej autorki (!) – i rozdysponowałam je czytającym do rozlosowania ostatniego „czytającego” dnia przed Bożym Narodzeniem. Gdy więc Kay kilka dni temu obchodziła swoje sześćdziesiąte urodziny, w ciągu długiego dnia gratulacji, kiedy musieliśmy odciążyć ją od pewnej liczby gości, do głosu doszedł też ten bożonarodzeniowy miesiąc „chrześcijańskiego szantażu”. Na marginesie wspomniałam o czytających dzieciach. Nagle sobie przypomniała – co przy liczącej kilka milionów marek całkowitej sumie bożonarodzeniowych wydatków stanowi nie lada osiągnięcie – że nie złożyłam żadnego zamówienia na pieniądze na świętowanie. „Nie, nie mam ochoty na żadną kolejkę po rozwodnione kakao, dzieciaki chętnie czytają i o wiele bardziej wolą książki”. „Tak, ale powinnaś im podać przynajmniej talerz z kolorowymi słodyczami, mamy jeszcze do rozdania zyski z loterii, niech ci przydzielą na każde dziecko sumę, jakiej potrzebujesz”. Tym samym kilka dni zeszło na rozdawaniu i udzielaniu wskazówek. Wieczorem spotykam panią Dressler na posiedzeniu komisji. „Co robią pani dzieci? Pilnie czytają?”. „Tak, tak, bardzo pilnie, w tej chwili dostają w nagrodę orzechy i pomarańcze, i losy na loterię książkową”. „Dlaczego losują książki? Nie może pani podarować każdemu dziecku przynajmniej jednej książki?”. „Nie mogę, tyle ich przybyło. Przecenia pani jak zawsze dochody państwowych pracowników, ponieważ wlicza pani dochody wydawców”. „Ojejej, może pani pozwoli, bym z tej kapitalistycznej wartości dodanej u wyzyskiwaczy wydzieliła pani dzieciom mały datek, a może uważa to pani za przekupstwo?”. „Nie uważam. Kiedy mam się spodziewać tego datku?”. „Jutro rano”.

No więc następnego dnia samochód dostawczy Dressler przywiózł 1000 książek i zaczęłyśmy dzielić i wysyłać, i zalecać, i telefonować. Co w przypadku książek jest bardziej wymagające niż przy pomarańczach, bo dzieci mają od sześciu do piętnastu lat, w każdym kółku czytelniczym są w różnym wieku. Ale zapomina się o tym całym nakładzie pracy, gdy widzi się szczęście i radość, i zachwyt dzieci. Tym razem okazało się, że książki wywołały dużo większe zainteresowanie niż kupa słodyczy, znak, że najgorszy okres biedy już chyba za nami.

No tak, autorka książek witanych przez dzieci najgłośniejszymi okrzykami nie powinna właściwie obyć się smakiem – i tak zapewne w najbliższych dniach mały pakiecik z Zurychu przybędzie do Sztokholmu, ma osłodzić Ci mokkę i być skromnym podziękowaniem za całą tę radość, jaką berlińskie dzieci zawdzięczają Tobie.

Najserdeczniej, Louise

Sztokholm, bez daty,

wtorek przed Bożym Narodzeniem,1955

Louisechen meinchen, za parę dni jest Boże Narodzenie, zdążysz to jeszcze dostać? Żebyś wiedziała, że życzę Ci radosnych świąt.

Stoi tu w wazonie kilka pączków róży, nie rozwijają się, ale też nie więdną. Ostatnie letnie róże z ogrodu Louise. Dzięki za nie! I za tego przepięknego oprawnego w skórę Szekspira! I za wszystkie listy, i całą przyjaźń, i ciepło, które strumieniem wlewa się przez moją skrzynkę na listy.

Co robisz w czasie świąt, z kim je spędzasz? Z doktor Lemke czy irgend einige andere Menschen115? Jedno wiem – że na pewno nie z Kay. Choć rozumiem, że Kay powiedziała: einer von uns ist verrückt116, kiedy postawiłaś jej ultimatum w sprawie Pippi.

To miasto teraz od jakiegoś czasu świętuje Nagrodę Nobla, szczególnie moje wydawnictwo, które wprowadziło na rynek Laxnessa. Kilka dni temu byłam na świątecznej kolacji z nim, niewysokim, skromnym i miłym panem w tweedowej marynarce wśród wszystkich innych na czarno ubranych szwedzkich mężczyzn. […]

Odbyła się tu premiera mojego filmu „Rasmus i włóczęga” i został aż za dobrze oceniony, o wiele lepiej, niż na to zasługuje. […]

To, co piszesz o Mio i stosunku dzieci do niego, jest słuszne – tak jak wszystko, co piszesz.

Nie uważasz, że jedno święto Bożego Narodzenia od następnego dzieli taki krótki, ach, jak króciutki czas? Kiedy rok mija z tak zawrotną szybkością, kiedy dni i godziny pędzą tak, jak to się dzieje, wtedy życie człowieka jest naprawdę marnym odcinkiem czasu. Często myślę o tym wszystkim, co przeczytam, wszystkim, co zrobię, kiedy będę stara (albo starsza, może powinnam powiedzieć), ale może nigdy nie będzie na to czasu.

Tutaj panuje sroga zima. Wielkie zaspy na ulicach, pociągi poodwoływane, wszędzie strasznie zimno. To niepojęte, że kilka róż w Twoim ogrodzie wypuściło pędy zaledwie parę tygodni temu.

Jeśli będziesz mnie słuchać w radiu w Wigilię i usłyszysz, jak kończę tak: Ich wünsche euch allen einen guten Weihnachten117, czy co to tam powiedziałam, to pamiętaj, że that means you.

Astrid

1956

Tällberg, 15.2.1956

Louischen, wo bist du?118

Ja jestem w Dalarnie119, żeby się pozbierać i pojeździć na nartach. Miałam tyle zmartwień, o których pisałam Ci ostatnio, stałam się nerwowa i rozbita, ale kiedy jadę samotnie na nartach wąską leśną trasą, to czuję, jak dusza mi zdrowieje.

Czy kiedykolwiek w Twoim miejscu pracy nagle atmosfera zrobiła się zatruta od podejrzeń, nienawiści i intryg? Tak działo się u mnie przez ostatni miesiąc, i to jest więcej, niż jestem w stanie wytrzymać. Ja sama stałam jak gdyby z boku tego wszystkiego, ale wszyscy ludzie rzucili się na mnie, dzwonili dniami i nocami i przedstawiali nowe opinie o sytuacji. W końcu uznałam, że muszę wyjechać i oderwać się od tego wszystkiego. […]

Zaczęłam pisać nową książkę. A co Ty zaczęłaś robić? Leżę w łóżku i do Ciebie piszę, dlatego jest tak krzywo. Możesz to odczytać?

W śniegu

Astrid

Berlin, 27.3.1956

Astrid, kochana, umordowana, utalentowana, podziwiana, ach tak, „stawiam Twój obraz w mej świątyni i zachwycam się Tobą”120. […] Dwa lata temu dokładnie w tym czasie cierpiałaś na bóle reumatyczne, jeśli nie jest to więc całkowita skleroza, co nie wydaje się wiarygodne, to może być poważny brak witamin lub bóle w kończynach, ponieważ pisząc, leżysz w łóżku, i z powodu ciągłych pomysłów nie zauważasz, że wykręcasz sobie kark. I niezależnie od przyczyny, martwi mnie to, a ja nie chcę się martwić, dlatego proszę, sięgnij po leki! Dzisiaj posyłam Ci potrzebne witaminy na cały tydzień, także lecytynę, ponieważ pewnie bardzo wysilasz mózg, by tworzyć tak wspaniałe opowieści. Ale irgapirynę masz brać tylko przy bólach reumatycznych. Witaminy, proszę, 4–6 dziennie. Lecytynę najlepiej rano i w południe, wieczorem nieco ożywia, ponieważ pobudza mózg! Nie udałoby mi się przetrwać tych tygodni straszliwego wysiłku mojego biednego, głupiego mózgu, gdybym się nie faszerowała tymi pigułami. Już po kilku dniach powinnaś się wyraźnie lepiej poczuć i być bardziej wypoczęta. Bądź, proszę, tak dobra i pochłaniaj te środki, choć nie jest to chokladkaka121. […]

Strasznie się czuję, gdy pomyślę, że nie masz dla siebie żadnego kąta, gdzie mogłabyś w ciszy pisać, dlaczego tak jest? To pewnie zależy też od Ciebie. Chyba w tym malutkim domku w Glienicke zamontuję olejowe ogrzewanie, automatyczne, i jak nie będziesz wiedziała, gdzie szukać spokojnego miejsca, w którym bez telefonu i hałasu da się bez przeszkód pisać, to sama sobie będziesz winna. Ach, byłam mądra i nikomu nie wspomniałam, że powrócił122 ten maleńki raj nad jeziorem, więc nikt nie wpadł na pomysł, żeby się tam wykąpać. Masz jeszcze plan Berlina, który Ci kiedyś posłałam? Jeśli masz i wiesz gdzie, to otwórz, proszę, na pierwszej stronie, tam, całkiem na lewo – A6 – jest Groß Glienicke, a niżej Glienicker See i nad jeziorem nadbrzeżna promenada. Kiedy wreszcie przyjdzie Ci do głowy pisanie sztuki teatralnej, na co już od dawna czekam, to będziesz mogła spokojnie robić to tam.

W moim małym ogrodzie okrutna zima narobiła sporo szkód. Biedne róże. Krzew białej róży z wyschniętymi, przemarzniętymi gałązkami wygląda tak, jakby nie przeżył zimy. Aż serce boli. Od czasu tamtych nieustannych nalotów bombowych, wymiatających wszystkie szyby z okien, dachówki i kwiatki z balkonów na ulice, nie potrafię się odzwyczaić od zbierania wszystkich połamanych roślinek i gałązek i wsadzania ich do ziemi, by dać im szansę na dalsze życie. Ta biała róża była pierwszą roślinką tego rodzaju, którą zasadziłam w ogródku. Akurat podpisałam umowę, 23.12. osiem lat temu123, wyszłam z tego nędznego małego zakątka niemieszczącego nic prócz dwóch starych bud, dzikiej czereśni, starych głąbów kapuścianych i dużo, dużo nawłoci i chwastów, dookoła tego zaniedbany żywopłot z dzikimi różami, i zobaczyłam za rogiem na posesji z ruinami pod wielkim kawałem gruzu pęd róży, powiedziałam wtedy do Lemke: Patrz, ta biedna Królowa Śniegu nie chce umierać pod gruzami! […]

Poszłyśmy do sklepu, kupiłyśmy łopatę i wykopałyśmy to zmaltretowane stworzenie spod gruzów, ziemia była już nieco zamarznięta, wszystko trwało ze trzy godziny, zupełnie opadłyśmy z sił, gdy ta biedna zielona roślinka ponownie znalazła się w ziemi. I z tej uratowanej Królowej Śniegu zawsze dostawałaś róże, okazując wdzięczność, kwitnie ona przez cały rok. Kwitła… […]

Podobnie roślina, której nazwy nie znam. Leżała na starym opuszczonym cmentarzu w Alghero – Sardynia – na drodze. Ułamana gałązka z jakiegoś krzewu, którego nigdy wcześniej nie widziałam, wsadziłam ją do bocznej kieszeni w samochodzie i zapomniałam. W Berlinie znalazłam ją po czterech tygodniach i bardzo się wstydziłam, że byłam taka niedobra i zapominalska, a teraz ona mimo wszystko ma korzonki i listki, wprawdzie nie jest jeszcze okazała, ale przynajmniej żywa. W drodze powrotnej z Sardynii zatrzymałam się w Pallanzie, a ponieważ było tak pięknie, sezon się już skończył, plaża opustoszała i nikogo już tam nie było, jedynie kilku kelnerów, zostałam tam jeden dzień. Właściwie dzieliło mnie już tylko pół godziny drogi od Lugano, gdzie miałam z Heldem i Tetzner124 coś do omówienia, ale pomyślałam sobie: Ach, co mnie tam obchodzą głupie książki dla młodzieży. Tak pomyślałam! Zostałam więc nad morzem i rozkoszowałam się nim, zapominając o obowiązkach – uznałam ten dzień za dar niebios. A na tej posprzątanej plaży przy pawilonie muzycznym zapomniano o małej pelargonii, i tak zrobiło mi się jej żal, że ją wzięłam, a ponieważ była za mała, żeby przetrwać zimę bez podlewania, więc ją cały czas podkarmiałam i teraz ma świeże zielone listki. Właściwie to nie lubię pelargonii, według mnie szpecą!

I tak wygląda mój parapet, nic, tylko roślinki, których bym sama sobie nie wyszukała, wszystko mizeroty skądś tam. Lecz mają tę zaletę, że nie gadają, tak jak Twoje! I nie telefonują!

I takie to głupie historyjki Ci opowiadam, nie mając w ogóle pojęcia, czy chcesz ich wysłuchiwać. W końcu, ściśle rzecz biorąc, nie można tego wymagać. Znam Cię dokładnie sześć dni, jakby je wszystkie podliczyć. Kiedyś ktoś tam w ciągu sześciu dni sklecił cały świat, tyle że potem on stał się też taki…

Louise

Tällberg, Wielki Piątek,

bez daty, początek kwietnia 1956

Louisechen!

Pytasz, czy mówię sama do siebie. O tak, jasne, że mówię sama do siebie, głośno i wyraźnie, i zawsze otrzymuję mądre odpowiedzi. „Pewnego razu umrzesz”, słyszę nagle siebie informującą mnie samą, a potem odpowiadam: „Tak, tak, nie ględź, wiem o tym”.

Tällberg nazywa się ta mała miejscowość nad Siljan, gdzie świętuję Wielkanoc (w Långbersgården), zostanę tu do 7 kwietnia i przyjmę Twój list z wdzięcznością. Twoje ostatnie wiadomości przesłano mi ze Sztokholmu.

W tym tygodniu mam tu zarówno dzieci, jak i wnuki. Wczoraj jechaliśmy najgorszą i najbardziej zniszczoną mrozami drogą świata wysoko w góry i jeździliśmy na nartach w oślepiającym słońcu. Ale zazwyczaj wolę jeździć po wąskich cichych leśnych trasach tutaj, w Tällbergu. Choć akurat teraz nie ma dobrych warunków do jazdy na nartach, śnieg się topi.

Tego internationale Kuratorium125 mam powyżej uszu – byłam na ich Tagungen126 w Zurychu i Wiedniu i mam dosyć. Nie sądzę, żeby to mogło przynieść jakąś konkretną korzyść. Nie zamierzam więcej jeździć na żadne kongresy (co, oczywiście, nie będzie dla nich śmiertelnym ciosem, ale mimo to!).

Za moim oknem poranne słońce właśnie oświetla moją białą brzozę i kiedy tak siedzę na łóżku i piszę, mogę zobaczyć jezioro, a w tle błękitne grzbiety gór.

Teraz będę pisać scenariusz do filmu i jednocześnie pić moją poranną herbatę.

Wesołych Świąt Wielkanocnych (mam nadzieję, że takie były, kiedy dostaniesz ten list).

Astrid

Berlin, 3.4.1956

Astrid, Astrid, gdyby tylko nie było tego cholernego radia! Tutaj panowała taka wspaniała pogoda, leżałam nieludzko zmęczona i zadowolona w wiosennym słońcu w czwartek i w piątek, a w sobotę usłyszałam o ogromnej katastrofie kolejowej, 250 km na północ od Sztokholmu, która wydarzyła się podobno w czwartek, i nie wiem dokładnie gdzie, a szwedzkie gazety są tutaj sprzed trzech dni, krótko mówiąc, wyobraziłam sobie, że wyjechałaś w czwartek, i nie wiedziałam, czy samochodem, czy pociągiem, i już było po świętach! Nie pomagał rozsądek, nic nie pomagało, przypominałam sobie, że u Was nie ma wcale tak wielu możliwości jazdy na północ, chyba nie muszę Ci tłumaczyć, z jaką ulgą dzisiaj popatrzyłam na Twój list. No, jak się nie ma kłopotów, to się je sobie stwarza!

Przedziwne, nazwa Siljan zawiera w sobie jakiś czar – można by pomyśleć: jezioro to jezioro, ale każde jest całkiem inne. Zazwyczaj, kiedy tylko miałam zamiar jechać do Szwecji, to dwa miejsca, czy też dwie nazwy, pociągały mnie zupełnie magicznie i żadnego z nich nie zobaczyłam! Jedno to było jezioro Siljan, a drugie to Bohuslän. Zawsze chciałam obejrzeć rysunki naskalne127, wydawało mi się, że mogłabym odnaleźć tam jakieś odniesienia, które bezpowrotnie utraciliśmy. […]

Dziś posyłam Ci trzy małe historyjki trojga dzieci z kółka czytelniczego, dwóch jedenastoletnich chłopców, jednego dziewięcioletniego (inny jedenastoletni chłopiec je zilustrował), które mi dali z życzeniami wielkanocnymi. Tej jednej historyjce o bobrze dość wyraźnie patronował Kipling. Ale to przecież wielka przyjemność, gdy się widzi, jaki wpływ na formę wyrazu ma czytanie, nie mówiąc już o pobudzaniu wyobraźni. […] Często sobie myślę, że obchodzi to tylko dzieci i mnie, a tajemnice są po to, by je zachowywać.

Co to za dziwny świat, że Ty w tym samym czasie jeździsz na nartach, podczas gdy tutaj myśl o śniegu jest mi już zupełnie obca, w ogrodzie kwitną wszystkie krokusy, a ja nago leżę w słońcu i jestem tak opalona, jakbym była w Wengen, na wysokości 3000 m albo coś koło tego. Trudno jest tylko znieść, że po opalaniu oczy stają się bardziej niebieskie, niż są w rzeczywistości, a ten idiotyczny błękit przypomina najpiękniejsze oczy świata, które chętnie bym kiedyś zapomniała choćby na godzinę… tak, gdybym była tak dynamiczna, jak zawsze twierdzisz, ale niestety, wygląda na to, że hołduję raczej zasadzie statyczności, w każdym razie ten stan statycznego trwania wydaje mi się czymś takim jak „stabilizująca wysoka koniunktura”, o której akurat tyle napisałam – można to też wyrazić niemodnie, wówczas tak by to brzmiało: Om dagen vid mitt arbete är du uti mitt sinn, / om naften då jag sover, är du i drommen min. / Om morgon, då jag vaknar, vem saknar jag väl då? / Jak saknar Lilla vännen, som är långt harifrån.128

Tekst psalmu Liny Sandell-Berg z 1861.

Sztokholm, 21.4.1956

Louisechen du-chen, jestem wielką Schweinchen129, że tak długo nie pisałam. Pogrążona w pracy i melancholii, ale bez reumatyzmu. Jesteś najmilsza pod słońcem, dzięki za lekarstwa. Wiesz, nie wolno samemu odbierać leków przysłanych z zagranicy, trzeba udzielić pełnomocnictwa aptece, która je odbierze i dokładnie skontroluje, dlatego zaczęłam kurację dopiero przed kilkoma dniami i nie mogę rozstrzygnąć, czy jestem po nich wyraźnie zdrowsza, ale sądzę, że tak. Jeśli ta lecytyna dotrzymuje tego, co obiecuje, to jest to mniej więcej to, czego potrzebuję na nerwy i mózg. Będę Cię informować na bieżąco, w miarę jak mój umysł będzie się rozjaśniał.

W następną środę, na wyraźne życzenie Oetingera, który opłacił podróż, lecę do Mannheim przyjąć tę nagrodę130. Wracam już w piątek, nie mogę pozwolić sobie na dłuższy pobyt. Tak, byłoby lepiej, gdybyś rozdawała takie nagrody w Berlinie. Ale to pewnie Twoja zasługa, że w ogóle przyznaje się je cudzoziemcom.

Lubię Twoje śliczne opisy kwiatów w Twoim ogrodzie, tak samo jak pierwsze nieśmiałe kwiatki od Ciebie w małym pudełku.

Kiedy piszę, nie jestem melancholijna. To, co teraz piszę, jest opowieścią o chłopcu z domu dziecka tuż po przełomie wieków131; lubię cofnąć się w czasie do okresu sprzed pierwszej wojny światowej.

Chcesz usłyszeć wiersz Harry’ego Martinsona, który jest jak wzięty z mojego własnego dzieciństwa, do którego wracam w tej książce? Wiersz ma tytuł „Służące”.

Pamiętam służące z dzieciństwa;

jedne to dusze

o samotnych, zmysłowych oczach;

inne piersiaste o szerokich ciepłych udach,

monumenty z czasów kraju z samodziału.

Cięte repliki wykrzykiwane przy kośbie;

śpiewane wespół psalmy w oborze;

marzenia na klęczkach wśród rzepy;

zsiadłe mleko w kamionce na miedzy.

Niechętny mamrot o Oldze,

co wyjechała do Idaho.

Wiele tych dziewczyn siedziało ponurych

z ciężkim sercem;

lecz wiele było tam dumnych;

o niezwyczajnej miłości do dzieci

chropawym melodyjnym głosem

mruczących opowieści jak z mitów.

Były tam służące o dziewiczym mroku

z legendą w chuście

i trudnymi pytaniami w sarnich oczach.

Maria szła

z białym oddechem

nad zimnojesienną sceną świata. […]

Już więcej dziś nie napiszę. Dzięki za wszystko.

Astrid

Berlin, 29.4.1956

O Ty, potomkini elfów i wikingów, upierająca się przy swoim pochodzeniu z ciemnej chłopskiej chaty – z takim samym uzasadnieniem, jak dzieciątko Jezus szczyci się oślim żłobem… Przez ostatnie tygodnie nie robiłam nic innego, tylko rozmyślałam nad tym, jak takie małe, głupie, niewinne, rozmarzone chłopskie dziecko nietknięte jakąkolwiek kulturą rośnie na sianie, z kurami i pewnego dnia stwierdza: Tak, teraz jestem geniuszem! Przecież nie mogło być inaczej. I oto posyłasz mi wiersz, który zawiera co do joty wszystkie moje medytacje – więc dochodzę do wniosku, że chyba nie prowadzę samodzielnego życia, lecz trwam w półświadomości, choć całkowicie na jawie, jako medium w stałym transie przeżywam równocześnie z Tobą właśnie Twoje myśli.

A Ty byłaś w Mannheim i wysłuchiwałaś „szwabienia” Heussa. Tak, tak. […] Na Twoim miejscu napisałabym tej małej kochanej osobie w Berlinie: Przyjeżdżaj do Mannheim, a kiedy skończy się nudna część programu, pojedziemy na trzy dni do Odenwaldu, gdzie najczęściej powstają ody, albo do Schwarzwaldu, gdzie las jest najczarniejszy, i poszukamy wiosny w młodych pączkach, i poczujemy zapach leśnej ziemi, która tylko wiosną pachnie ziemią i ziołami, i pierwiosnkami, albo pojedziemy nad Jezioro Bodeńskie i najemy się siei prosto z jeziora, popijając nieopisanie dobrym winem, które można dostać tylko nad Jeziorem Bodeńskim. A więc to właśnie zrobiłabym na Twoim miejscu, nie znasz bowiem tych wszystkich cudownie pięknych i o tej porze jeszcze niezatłoczonych cichych zakątków, a ponieważ i tak we wtorek jest 1 maja, mogłabyś sobie po prostu podarować kilka dni, podczas których nie zamieniałabyś życia w atrament. Nawet jeśli jest to atrament genialny, co chętnie przyznaję, odważam się walczyć z Twoją melancholią. Tak, a zamiast tego napisałaś, że musiałaś zaraz wracać, bo nie masz czasu. Cóż więc na to poradzą Twoje mądre rozmowy z samą sobą. Człowiek, który naprawdę pojął, że kiedyś musi umrzeć, nie pędzi tak przez życie. […] To, że w ogóle nie przyszło Ci do głowy, żebyśmy spotkały się w Mannheim, skłoniło mnie do namysłu. Szczerze mówiąc, zupełnie nie pojmuję tego, że jestem Ci tak obojętna jak zeszłoroczny śnieg… Ponieważ przez całe życie nie zdarzyło mi się nic podobnego, muszę przy całkowitym braku doświadczenia dokładnie przestudiować charakter tego przedziwnego związku, podtrzymywanego wyłącznie z jednej strony. Może uda mi się to kiedyś zgłębić.

Jutro wyślę Ci recenzje „Pippi” i „Blomkvista”. Ja już nie omawiałam tych książek, ponieważ w Berlinie nie ma teraz ani jednego domu dziecka, ani biblioteki, w której by ich nie było, i wkrótce nie będzie też ani jednego dziecka, które by ich nie znało. Jednak ponieważ obie książki w „Jugendliteratur” bardzo po dyletancku zostały błędnie zaszeregowane z pedagogicznego punktu widzenia, wybrałam dla ich omówienia „Tip”132, który dostają wszystkie Jugendämter w Niemczech. Dlatego Braciszek dopiero w przyszłym miesiącu znajdzie tam miejsce. Gdy piszemy za długie omówienia, młodzież ich nie czyta.

Louise

Sztokholm, 4.5.1956

Liebe nachdenkliche Louisechen, dass ich einmal sterben muss, dass habe ich schon längst begriffen133 i dzisiaj, pierwszego tutaj wiosennego dnia, siedziałam w lesie pod krzakiem i myślałam o tym, i słuchałam, jak ptaszki o tym śpiewają. Nie, ja nie zamieniam swego życia na atrament (prawie nigdy nie piszę atramentem) i na to, żeby leżeć w łóżku i pisać książki, to jest moja największa radość, a nie praca. Ja nie pracuję gorączkowo, naprawdę.

Chętnie pojechałabym z Tobą do Odenwaldu. Ale… Właściwie człowiek powinien być naprawdę wdzięczny Bogu, że ma na świecie tak wielu przyjaciół, którzy się o niego troszczą, ale powiedz mi, proszę, jak rozwiązać taki problem: pojechać w podróż, urwać się i nie pogrzebać swego życia, kiedy 1) jeden człowiek siedzi we Włoszech i nie chce zrozumieć, że nie ma się czasu na kilkudniowy wypad z Mannheim, 2) drugi człowiek jest w Sztokholmie i liczy każdziutką godzinę, gdy jest się nieobecnym, i ogarnia go smutek, że po pobycie w Mannheim odmawia mu się parodniowej wspólnej podróży, 3) jest wydawca, który zaprasza do Mannheim, gdzie w zasadzie nie ma się ochoty jechać i ma się nadzieję, że w drodze powrotnej będzie można zrobić międzylądowanie w Hamburgu (czego się nie robi), 4) w domu, w Szwecji, jest szwagierka, która kończy 50 lat i nie przeżyje, jeśli się nie przybędzie na jej urodziny. Wtedy gna się per Eilboten134 tam i z powrotem. To ludzie, nie praca, są tym, co mnie powstrzymuje przed uleganiem impulsom, i wiem, że póki żyję, będzie mi towarzyszyć swego rodzaju uczucie niewystarczalności, że nie mogę spełnić wszystkich żądań, które szerokim strumieniem pędzą ku mnie, żądań ludzi, którzy z niepojętych powodów są do mnie tak przywiązani.

Ach tak, w Mannheim… byłoby zabawnie móc porozmawiać z Tobą o tym i owym. Uważam, że Heuss to miły starszy pan, a miasto Mannheim wpadło w taki zachwyt z jego powodu, że Jugendbuchpreis stała się sprawą o niewielkim lub żadnym znaczeniu. Stanowiła tylko jakby pretekst, żeby ściągnąć tam der Bundespresident. I rozumiem, że go kochają… […]

Tu masz wreszcie z powrotem Twoje krótkie niezwykłe bajki dziecięce, dzieci są niezwykłe. Ty jesteś niezwykła. Miej pięknie w swoim nowym ogrodzie w Glienicke. Czy też przesiadujesz najwięcej w tym starym?

Wiele dobrego życzę Ci

Ja

Sztokholm, 15.6.1956

Louisechen kleinchen, właśnie w tej minucie mijają cztery lata, jak zmarł mój mąż. To tak przy okazji.

Ponadto właśnie dzisiaj wygrzebałam się spod zwałów roboty, w której ugrzęzłam, pisząc 1 szt. książki i następnie 1 szt. scenariusza do filmu. Rozglądam się trochę oszołomiona i stwierdzam, że świat wygląda mniej więcej tak samo jak wtedy, kiedy się wycofałam, jest tylko trochę bardziej zielony.

Jaka jesteś miła – przysyłasz kwiaty z zapieczonym lekarstwem na mózg – skrzętnie je przyjmuję. A przed kilkoma dniami przyszły irysy z Berlina. I otrzymałam „Tip”. Dzięki za wszystko, Ty miła, mądra. Na dniach chcę wysłać Ci nową książkę i usłyszeć Twoje mądre słowa o niej.

Czy widziałaś wielu umierających ludzi? Ja widziałam tylko jednego i był nim mój mąż przed czterema laty. Ale Ty pewnie widziałaś dużo, dużo więcej.

Jutro jadę do Värmeland, ty piękna135, a na midsommar na Furusund, otoczona dziećmi i wnukami po czubek głowy. Ale teraz wybuduję nową chałupę na działce, żeby czasem pobyć trochę sama.

„Czy dzisiaj będzie twój pogrzeb?”, zapytał mnie wnuczek136 w niedzielę, kiedy zbierałam kwiaty i powiedziałam mu, że to na grób babci. Że chodzi o inną babcię niż ja, nie mógł pojąć. Nazrywał przylaszczek, podszedł, dał mi je i powiedział: „Te będziesz miała na swój grób”.

Co robisz? Tylko pracujesz czy masz urlop, i gdzie w takim razie?

Astrid

Berlin, 19.6.1956

Nie, Astrid, nie mam urlopu, jak mogłabym Ci posyłać irysy, gdyby mnie tu nie było? Jeszcze też nie myślałam, kiedy i czy w ogóle zrobię sobie wolne, na nic nie mam ochoty.

Przybyło mi pracy, przez 14 dni od rana do wieczora musiałam oglądać filmy i decydować, czy mają być dozwolone, czy zabronione dla młodzieży, a teraz zaczyna się festiwal filmowy w Berlinie i muszę oceniać zgłoszone na niego filmy.

Tak, tak to jest. Ktoś się zajmuje produkcją, a ktoś inny o tym gada, w gruncie rzeczy wszystko jest głupie.

Często myślę o tych licznych martwych ludziach, ale najgorsze jest przecież to, że całymi dniami leżeli na ulicy, a przechodnie mijali ich z nieczystym sumieniem i kupowali chleb albo sól, albo coś w tym rodzaju i myśleli: Ach, Boże, ten wciąż jeszcze tu leży, gdyby jego matka to wiedziała… a ona nigdy się o tym nie dowie.

Louise

Bez daty, koniec czerwca 1956

Astrid, żeby Twój wnuczek nie szukał już kwiatków na Twój grób, posyłam mały, malutki wazonik, który zamówiłam dla Ciebie u jednej z naszych najlepszych mistrzyń w ceramice (prawie w ogóle nie ma flakoników, które nadawałyby się na najmniejsze kwiatki i do tego jeszcze się nie wywracały, i co rusz nie zalewały stołu wodą). W każdym razie zmieści się w nim pewnie tyle łodyżek, ile może on objąć swoją małą łapką. Proszę, postaw je przy łóżku, a kiedy na nie popatrzysz, powinnaś… ha, ha, nie zgadłaś, nie myśleć o mnie, ale po prostu się nimi cieszyć! Przez co chcę powiedzieć tylko tyle, że wszystko, co ode mnie dostajesz, dostajesz bez potajemnych żądań, bez cichego oczekiwania na pozyskiwaną w ten sposób życzliwość.

Tak, masz rację, że oddawanie się aż po zatracenie siebie jest być może czymś rzadkim, lecz zapewne oznacza osiągnięcie stanu, w którym człowiek „ma siebie”, zanim bez zapewnienia sobie odwrotu na coś takiego się odważy, przy czym muszę Ci wyznać, że droga do tego była bardzo, bardzo trudna. Sama bym jej chyba nie przebyła, gdyby nie istniał ktoś, kto naprawdę jest „najmądrzejszy”, ten wielki szwajcarski lekarz i psychoterapeuta C.G. Jung. A tak na marginesie, czy kiedyś czytałaś cokolwiek jego autorstwa? Czy w ogóle jego książki są dostępne po szwedzku? Łatwiej by mi było posługiwać się jego sformułowaniami wyrażającymi dobitnie i jasno duchową rzeczywistość niż próbować własnych interpretacji, ale po pierwsze, nie wiem, czy Ty tego wszystkiego nie odrzucisz jako psychologicznej bzdury, a po drugie, nie wiem też, dlaczego miałabym rościć sobie prawo do przesadnego budzenia Twojego zainteresowania tymi sprawami; Twój sposób wyrażania się, w którym traktujesz siebie wyłącznie jako „przedmiot”, a więc jednostronnie jako „obiekt”, stanowi bardziej hermetyczną zaporę niż żelazna kurtyna.

A dokładnie trzy lata temu przekroczyłaś ją, przynajmniej samolotem…

Louise

Furusund, 14.8.1956

Louisechen, wieki temu dostałam krótki smutny list od Ciebie, który sprawił, że poczułam się winna. Przyszło mi do głowy, że może to przeze mnie byłaś tak smutna i chciałaś zakopać się w pracy, i pomyślałam sobie, że byłoby lepiej dla Ciebie, gdybyś całkowicie o mnie zapomniała. Tak bardzo chcę, żebyś była radosna i zadowolona z życia. Czy to jest tak, że jestem w tym przeszkodą, Louise? Myślałam o Tobie często i z całego serca życzyłam, żeby Ci było dobrze. Tę króciutką linijkę Wo bist du?137 dostałam dopiero dwa dni temu – list błąkał się z Furusund, po Smalandii i wszędzie. Hier bin ich138 – na Furusund. Kiedy minęło lato, podczas którego dużo pracowałam (myślałaś, że co innego?) w różny sposób, pisałam, zmywałam naczynia i dookoła miałam dzieci, i byłam w Smalandii, żeby pomóc moim rodzicom, i świętowałam 50. urodziny mojego brata, i miałam bóle woreczka żółciowego, i siedziałam na balkonie, i patrzyłam na morze.

A Ty co robiłaś? Przebywałaś w swoich obydwu ogrodach czy mimo wszystko wyjechałaś na urlop, czy tylko pracowałaś? Napisz i pozwól mi się dowiedzieć, jak to jest być Louise, chcę, aby to było dobre uczucie.

Astrid

Berlin, 19.8.1956

Hur det är att vara Louise?139 Dlaczego od razu nie domagasz się relacji z piekła? Na pewno nie może tam być dużo gorzej. Myślisz, że lepiej byłoby dla mnie zupełnie i bez reszty Cię zapomnieć – tak samo mogłabym zapomnieć o życiu i gdybym wiedziała, jak to zrobić, zrobiłabym bardzo chętnie. Lecz chcę odpowiedzieć na Twoje pytania, dlaczego masz nie wiedzieć dokładnie tego, co chcesz wiedzieć? Tyle że nie powinno Ci to ciążyć, właśnie tego bym nie chciała – zawsze i stale, i bez przerwy ukochana Astrid, czy nie potrafisz zrozumieć, że moim zdaniem wystarczy, gdy jedna z nas jest smutna, i że wtedy próbuję sama się z tym uporać?

Nie wzięłam urlopu, lecz zajmowałam się pracą, jest bardzo wiele do zrobienia, ciągle tego przybywa i wciąż towarzyszy temu coraz mniej sukcesów, tak że wolałam schować głowę w piasek, w tym wypadku więc w robotę. Dwukrotnie bez powodzenia próbowałam przechytrzyć swoje myśli i fantazje wrażeniami z bardzo odległych okolic, lecz ani Laponia, ani Sardynia nie uporały się z Tobą, nie mogę przecież wybrać się do Australii czy Ameryki Południowej, przecież i tu, i tam umieram z tęsknoty. Nie byłam też w „ogrodach” z tego samego powodu. Ogród, który znasz, całkowicie zdziczał, a nad chwastami kwitną floksy o wielkich różowych baldachach, ale nie mogę tego znieść, tego całego ogrodu. Nietrudno Ci zgadnąć dlaczego.

A w Glienicke stoi chata ze szwedzkiego sosnowego drewna, już nieco zniszczona przez pogodę i kiedy od czasu do czasu tam przyjeżdżałam, by odrobiną farby przywrócić ją nieco do porządku, to sąsiedzi, i kupiec, i przewoźnik mówili: „Jak to dobrze, że znów pani doprowadza szwedzki domek do porządku”, albo coś w tym rodzaju, i to określenie tak się przyjęło, że nie ma na to rady. A ja jestem teraz bardzo wyczulona na wszystko, co szwedzkie. I jak w Wiesbaden jadę na kontrolę filmów (czy dopuścić do wyświetlania dla młodzieży, czy zabronić), to mieszkam w miłym małym hoteliku bezpośrednio nad Renem, i zawsze mam pokój z widokiem na Ren, i cichy szum wody oraz parowce przypominają mi Furusund, chociaż ani Ren, ani parowce nie mogą się z nim w najmniejszym stopniu kojarzyć. I z tego wszystkiego wysnuwam wniosek, że chyba cierpię na melancholię.

Tak, już nie pisałam, po długich rozmyślaniach doszłam bowiem do przekonania, że moje listy mogą być dla Ciebie uciążliwe. W jednym ze swoich ostatnich uskarżasz się na to, że ktoś stale czegoś od Ciebie wymaga i że ciągle masz dręczące poczucie niewystarczalności, ponieważ nie spełniasz życzeń ludzi, którzy chcą się z Tobą komunikować, wobec czego po prostu nie chciałam jeszcze wydłużać listy natrętów. Lecz nie zmienia to moich uczuć i myśli. Astrid, słusznie mogłabyś powiedzieć, że człowiek mądry i rozsądny wyciąga konsekwencje ze zrozumienia sytuacji i próbuje urządzić się inaczej. Ale w związku z tym muszę Ci odpowiedzieć na pytanie, które postawiłaś już w ubiegłym roku, mianowicie jak mogłabym się uporać z tym chronicznym niedomaganiem żołądka. I powiem Ci po krótkiej samoanalizie to, co Ci się wydawało niewiarygodne. A jednak tak było. […] Dokładnie obserwując początek choroby, doszłam do wniosku, że owe objawy strajku ze strony żołądka – i jelit – w ogóle cały ten bałagan wegetatywnego układu nerwowego, rozpoczął się po Twoim liście po pierwszym Twoim pobycie tutaj w październiku 1953 r., gdy postanowiłam nie odpisywać i zapomnieć o spotkaniu z Tobą, które tak zwaliło mnie z nóg, oraz nie wdawać się w taką duchową przygodę. Była to reakcja i postępowanie „rozsądnego” człowieka, jasno zdającego sobie sprawę z beznadziei i możliwych powikłań takiego związku oraz wyjątkowości i powagi uczucia. Zgodnie z wystarczającym doświadczeniem życiowym wiedziałam, że uczucie można zdławić tylko w zarodku i „wybrałam wolność”. Myślałam i wierzyłam. […] I oto wynik: choroba żołądka. Diagnoza brzmiała: wrzody żołądka. Trwało to od października do lutego, cały kwartał, aż wciąż jeszcze leżąc chora w łóżku, nagle się zdecydowałam, ponieważ tylko, tylko, tylko o Tobie myślałam, napisać do Ciebie, a Ty mi odpisałaś. Wtedy wstałam i wróciłam do pracy, a wrzód żołądka zniknął bez śladu. Tego wszystkiego wówczas jeszcze nie wiedziałam, ale jak zaczęłam analizować, zbadałam całość i wszystko się zgadzało z datami, to nie miałam już żadnych wątpliwości. Gdy odkryłam przyczynę nerwicy – opór podświadomości przed idiotycznym, „rozsądnym” postanowieniem, błędną decyzją życiową intelektu – zbliżyłam się nieco do mojej choroby i znalazłam też powrotną drogę do zdrowia: bezwzględne pogodzenie się z układem, który dla mojej nieświadomej istoty jest zupełnie nie do przyjęcia. Przy swoich tak wielkich wysiłkach doprowadzenia mnie do „rozsądku” potrafisz sobie bez trudu wyobrazić, że nie chciałam Ci tego opowiadać.

Tak, to by było na tyle, w związku z tym miałam jedynie wybór między chorobą ciała a beznadziejnym smutkiem. Nie muszę Ci mówić, że po tych doświadczeniach i trudnych do wytrzymania bólach wolałam te ostatnie. To wszystko oznacza poddanie się losowi. W każdym razie wiem, że śmierć z powodu nieszczęśliwej miłości jest absolutnie możliwa, dawniej uważałam to za lekką przesadę.

Louise

Berlin, 9.9.1956

Astrid, droga, kochana, dobra, ach, taka głupia wielka przyjaciółko, poważnie myślisz, że potrzeba mi kuracji odwykowej? Jak komuś uzależnionemu od alkoholu? Należę do osób absolutnie niedających się wychować, a poza tym takie przestarzałe metody wychowawcze i tak nie pomagają. Sprawiają tylko cierpienie. Może potrafię to wyrazić w języku zrozumiałym dla Ciebie: Wiesz, że Braciszek kocha Karlssona, chociaż ten niszczy mu wszystkie zabawki. Wiesz, że Karlsson nie jest żadnym wyobrażeniem; wiesz tak dużo! Dlaczego więc nie wiesz, że mały piesek nigdy nie byłby dla mnie pocieszeniem?

Ale przecież to nie Twoja wina, że spotkanie z Tobą było jak początek reakcji łańcuchowej, podobnie jak swoim zachowaniem nie możesz zmienić naturalnego jej przebiegu. Spróbuj zgasić Etnę konewką. Ach, możesz robić, co chcesz, i zaniechać, co chcesz, ale niezależnie od tego, co zrobisz: nigdy nie spowodujesz utraty mojej wiary w Ciebie. Tylko raz w życiu ktoś może dostąpić spotkania z człowiekiem, na którego jest całą swą istotą nastrojony, tak jak struna na instrument.

Astrid, kiedyś mi przyrzekłaś przyjaźń na całe życie. Jeśli jednak resztę mego życia musiałabym spędzić z dala od Ciebie, a Ty byś nie robiła nic, żebyśmy się mogły zobaczyć, jeślibyś raczej wolała unikać jakiegokolwiek kontaktu i nie pisała nawet swoich „nędznych, małych liścików”, które stanowią przecież całą radość mojego życia, to musiałoby chyba dojść do czegoś lepiej uzasadnionego. Rezygnacja nie jest wyjściem, tylko postawą sprzeczną z naturą. Wolałabym rzucić ten cały tutejszy młyn i poszukać sobie pracy jako opiekunka do dzieci w Sztokholmie, mieście tak szalejącym za głupimi niemieckimi niańkami. Zapewne byłabym cudowna w tej roli. Czy nie lepiej byłoby pomóc choćby jednemu dzieciakowi przeżyć szczęśliwe dzieciństwo, a więc robić wiele głupich rzeczy dla dzieci, o których się nie wie, czy w ogóle są dla nich dobre? Wyobrażam sobie to tak, jakby jakiś siewca stale siał, rok w rok, ale nigdy nie zobaczył ani jednego źdźbła. Mogłabym też wcześniej przejść na emeryturę, jestem wystarczająco chora, po złożeniu takiego wniosku czeka się mniej więcej rok, po nim odzyskałabym swoją wolność, mogłabym znów przychodzić i odchodzić, dokąd i skąd bym chciała. Sama geografia nie powinna przecież decydować o szczęściu lub nieszczęściu. […]

Louise

Sztokholm, 18.9.1956

Louisechen, gdzieś daleko w świecie!

Mit einer Gießkanne den Ätna auszulöschen140, piszesz. Tak, naprawdę, uważam, że Ty jesteś jak Etna, jesteś wielkim, niezwykłym zjawiskiem… być tak wierną, tak oddaną pomimo wszystko, na taką odległość i tak długo, to wymaga bardzo szczególnych cech i uzdolnień, z czego Ty właściwie jesteś zrobiona? Nie mogę przestać zadziwiać się Tobą i jednocześnie życzyć, aby Etna sama siebie nie spaliła do szczętu. I w dodatku przyczyną tego wulkanicznego ognia nie jest nikt w najmniejszym stopniu nadzwyczajny, tylko naprawdę głupia kobieta.

Ale żółte róże są piękne na tle szarej pluszowej sofy, właśnie na nie patrzę. To jest w nawiasie.

Dziś, 18 sier. wydobyłam się na powierzchnię i złapałam oddech. Chyba koło Nowego Roku zatopiłam się w pracy. Od tamtej pory napisałam „Rasmusa i włóczęgę” (teraz wreszcie wyślę Ci korektę, bardzo chcę wiedzieć, co powiesz o nim, du allerklugste141), scenariusz do filmu, cykl audycji radiowych i jeszcze inne rzeczy. Uważasz pewnie, że sama sobie jestem winna, bo stawiam sobie zbyt pracochłonne zadania, i masz rację. Wiem o tym, ale to nie pomaga.

No i odbywał się w Sztokholmie Tagung, a ja dostałam świadectwo, że „Mio, mój Mio” makes a valuable contribution to contemporary Children’s Literature. […]

Jadę na Furusund i zostanę tam przez tydzień zupełnie sama, o, jak to będzie wspaniale, akurat teraz nie chcę nikogo widzieć, nie mam na to siły.

Mój wnuczek myśli, że lada dzień będzie mój pogrzeb, ale na razie jeszcze na to się nie zanosi. Jego ojciec i matka sprawiają wrażenie, jakby chcieli zostać ze sobą. Moja córka Karin pewnie w przyszłym roku wyjdzie za mąż, tak myślę. Obchodzi Cię, czy ja tak myślę, czy nie?

Ach, Ty przedziwna Louisechen, siedzę tu, kręcę głową zamyślona nad Tobą i jestem pełna podziwu i zadziwienia.

Astrid

Sztokholm, 17.10.1956

Mądralinko moja, jaki masz zmysł artystyczny! Ten mały wazonik jest tak śliczny, że nie można wzroku oderwać, patrzę na niego z przyjemnością. I róże – tak. Nie da się opisać, jak są piękne. Lilie także, naprawdę, ale róże tym razem są przecudne. Jaka jesteś miła, zarzucasz mnie taką masą piękna. Wazonik stoi na stole akurat przede mną, są w nim cztery fiołki alpejskie. Ten wazonik jest rzeczywiście perfekt, ma piękny kształt i kolor i przyjemnie wziąć go do ręki.

Ach, tak, Junga czytamy także w Szwecji, chyba tak się robi we wszystkich cywilizowanych krajach na całym świecie. Nawet ja go czytałam, kiedy byłam młoda i miałam czas na czytanie. Och, jak dużo czytałam w tamtym czasie i jak mało czytam teraz. Ale słuchaj, parę dni temu miałam w ręku cudowną niemiecką książkę „Der Kran”142, wydaną przez Cecilie Dressler. Chcę, żebyśmy wydali ją także. Czytałaś ją?

Życie to okrutna machina, stwierdziłam. Szczególnie w ostatnich dniach. Ludzie zapadają na nieuleczalne choroby i tracą swoje dzieci, same katastrofy. Mój dobry przyjaciel w sobotę utonął w okropnym wypadku. Miał robić reportaż dla radia i w kombinezonie nurka zszedł do zatopionego wraku, sygnalizował, że potrzebuje pomocy, ale lina, która miała go wyciągnąć, pękła i został tam w dole, potem w panice zerwał maskę z twarzy. A przed kilkoma minutami dowiedziałam się, że inny mój przyjaciel stracił dziś swego jedynego syna, który zginął po zderzeniu z samochodem pancernym. Ci, co zmarli, mają spokój i piękno, rzecz jasna, ale zawsze przecież jacyś inni pozostają w bezbrzeżnej rozpaczy.

Dziś rano wróciłam z Furusund, Boże drogi, jak pięknie jest tam właśnie teraz, kiedy wszystkie drzewa są żółte i czerwone, a woda błękitna. O tej porze roku chciałabym być na łonie natury właściwie każdego dnia.

Gardone, pomyśleć, że to tam byłaś! Kiedy słyszę nazwę „Gardone”, widzę siebie, jak idę główną ulicą miasta na wysokich obcasach z obolałymi nogami i szukam samochodu z moim mężem, z którym miałam jechać do Trento. Myślałam, że będę zmuszona dojść aż tam, ale w końcu znalazłam zaginionego, jak oglądał wyścigi łodzi motorowych na Lago di Garda. Dla mnie więc Gardone oznacza diabelny hałas, ogromny ruch samochodowy i ból nóg. Mam nadzieję, że Tobie Gardone pokazało się z przyjemniejszej strony.

Niech Ci będzie dobrze we wszystkie dni.

Z uściskiem

od

Astrid

Berlin, 24.10.1956

Astrid!!!!!!! Twoja książka po prostu rozgrzewa serce! Wielkie nieba, jak daleko na północy trzeba mieszkać, żeby własnymi siłami podwyższać temperaturę? Tak, tak, przy „Braciszku” mówili: „Ale ta książka jest niebezpieczna, małe dzieci zaczną wychodzić na dach”. A teraz wyruszą na włóczęgę. Albo same sobie poszukają rodziców. Coraz większe niebezpieczeństwa!

Tak, pewnie chcesz wiedzieć, co ja o tym myślę? Dokładnie rzecz biorąc, czuję się tak, jakbyś pisała na moje sekretne zamówienie, jak bowiem mogłoby być inaczej, skoro zawsze dostaję książki, które chciałabym mieć? Ja ostrożnie zataczam kręgi wokół myśli i przeżyć, stale jeden krąg wokół drugiego, a Ty zawsze trafiasz dokładnie w samo serce. […]

To mocne podkreślanie życia uczuciowego, honoru i tęsknoty za miłością i ciepłem, łagodnie otulone nieprawdopodobnym napięciem i coraz to nowe emocje – owa głęboka prawda motywów czyni książkę tak wartościową, po prostu niezbędną! Ach tak, wreszcie mam książkę o wędrowcu, jakiej sobie życzyłam. Pieśń nad pieśniami o biednym stworzeniu… Ach, Astrid, ile sama musiałaś przejść, by tak się litować nad ludzkością. Nie można fantazjować na pustym tle, także własne człowieczeństwo musi przecież nieco pobudzać wyobraźnię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł oryginału szwedzkiego: Jag har också levat! En brevväxling mellan Astrid Lindgren och Louise Hartung

© Text: Astrid Lindgren/The Astrid Lindgren Company

© Text: Louise Hartung

Photos: The Astrid Lindgren Company

© Cover design: Sabine Wimmer, Berlin

First published in 2016 by Astrid Lindgren Text, Sweden

Texts edited by Jens Andersen and Jette Glargaard

Foreward by Jens Andersen and Jette Glargaard

For more information about Astrid Lindgren,

see www.astridlindgren.com

All foreign rights are handled by The Astrid Lindgren Company, Lidingö, Sweden.

For more information, please contact

info@astridlindgren.se

Polish edition © copyright by Wydawnictwo

„Nasza Księgarnia”, Warszawa 2018

Polish translation © copyright by Anna Węgleńska,

Elżbieta Kaźmierczak, 2018

Z angielskiego i niemieckiego

przełożyła Elżbieta Kaźmierczak.

Ze szwedzkiego przełożyła

Anna Węgleńska.

Redaktor prowadzący Anna Garbal

Opieka redakcyjna Joanna Kończak

Korekta Magdalena Szroeder, Jolanta Gomółka

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13443-1

Plik wyprodukowany na podstawie Ja także żyłam,

Warszawa 2018

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Konwersję wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Szwedzka biblioteka narodowa założona w 1661. [wróć]

Ich war wohl klug… (niem.) – Byłam tak mądra, że cię znalazłam. [wróć]

SPD – Sozialdemokratische Partei Deutschlands – Socjaldemokratyczna Partia Niemiec. [wróć]

Artykuł Astrid Lindgren w piśmie „Svensk Bokhandel” (Szwedzki Rynek Książki). [wróć]

Eiserner Vorhang (niem.) – żelazna kurtyna. [wróć]

Louise Hartung w tym samym roku kupiła dom na Ibizie. [wróć]

8 września 1961 roku. [wróć]

Wirtschaftswunder (niem.) – cud gospodarczy. [wróć]

Wohlstand für alle (niem.) – dobrobyt dla wszystkich. [wróć]

Nach meinen Tode… (niem.) – Po mojej śmierci nieotwarte przesłać do: Pani Astrid Lindgren, Dalagatan 46, Sztokholm, Szwecja. [wróć]

Niemiecka dziennikarka radiowa i telewizyjna. [wróć]

Trzy książki Astrid Lindgren o Kati ukazały się w Niemczech w latach 1952–1954. [wróć]

Schund- und Schmutzrecht (niem.) – Prawo o gorszącej i brudnej literaturze dotyczyło ochrony dzieci i młodzieży przed szkodliwą literaturą. [wróć]

Versäumnisse (niem.) – zaniedbania. [wróć]

Ernst Reuter (1889–1953) – w latach 1948–1953 burmistrz Berlina. [wróć]

Liebe süsse (niem.) – kochana urocza. [wróć]

Nieren-inflammation (niem.-szw.) – zapalenie nerek. [wróć]

Es freut mich… (niem.) – Cieszę się, że była Pani nad Hawelą. Nigdy nie zapomnę tego wieczoru i tej wieczornej czerwieni, i owego niezwykłego nastroju. Nagle zrozumiałam, jakim pani jest niezwykłym człowiekiem. Nikt inny nie wpadłby na to, żebym na samym początku odniosła takie wrażenie. [wróć]

Na widokówce (8.3.1954) z motywem Långbersgården w Tällbergu Astrid Lindgren nakreśliła krzyżyk i napisała: „Mieszkam tutaj!”. [wróć]

Por. Selma Lagerlöf, „Cudowna podróż”. [wróć]

Ostsektor (niem.) – sektor wschodni. [wróć]

Bauernhof (niem.) – chłopska zagroda. [wróć]

Kontoristin (niem.) – pracownica biurowa. [wróć]

Ursula Herking – niemiecka aktorka i kabarecistka. [wróć]

Tillgivna (szw.) – oddana. [wróć]

Powieść Augusta Strindberga. [wróć]

Den ljuvliga Chevreusedalen (szw.) – łagodna dolina Chevreuse („Kati w Paryżu”). [wróć]

Aristide Maillol (1861–1944) – francuski rzeźbiarz, malarz i grafik. [wróć]

O, il faut te voir Romain Rolland (fr.) – Musisz poznać Romaina Rollanda. [wróć]

Do roku 1967 obowiązywał w Szwecji ruch lewostronny. [wróć]

„Dzieci z Bullerbyn” cz.1. [wróć]

„Wesoło” – „Dzieci z Bullerbyn” cz. 2. [wróć]

„Pelle przeprowadza się do Wygódki” – opowiadanie w zbiorze „Dzielna Kajsa”. [wróć]

Katolicka gazeta kościelna. [wróć]

Trzy książki Astrid Lindgren o Kati ukazały się po niemiecku w latach 1952–1954. W tomie pierwszym – „Kati w Ameryce” – Kati wyraża swoje oburzenie społecznym upośledzeniem Afroamerykanów. [wróć]

Rasistowskie określenie „Murzyn” odpowiada użyciu języka w latach 50. w Szwecji. W niemieckich wydaniach książek Astrid Lindgren pojęcie to od 2009 roku nie jest już używane. Ponieważ w przypadku tej korespondencji nie chodzi o fikcję, lecz o dokument czasu, pozostawiono formę oryginalną. [wróć]

„Więcej o nas…” – „Dzieci z Bullerbyn” cz. 3. [wróć]

Arpège – klasyczne perfumy francuskie wykreowane w roku 1927 przez Jeanne Lanvin; powtarzający się prezent od Louise dla Astrid. [wróć]

Johann Wolfgang von Goethe, „Faust. Część pierwsza tragedii”, wiersz 903 nn. (tłum. Krzysztof Lipiński). [wróć]

Näktergal (szw.) – słowik, galning (szw.) – wariat; gra słów, mniej więcej „zwariowany ptak”. [wróć]

A stara zima, już czując zmęczenie / Na górski, nagi schroniła się stok – cytat z „Fausta” Goethego (patrz. przyp. 39.). [wróć]

Es könnte… (niem.) – nie mogło być inaczej. [wróć]

Ausgerechnet (niem.) – akurat. [wróć]

Baśń opowiada o bogaczu, który oczarowany pięknem pewnej biednej wyspy postanowił się na niej osiedlić. Zbudował wspaniały dom i miał wszystko oprócz słodkiej wody. Ale żyła też w tej wsi maleńka dziewczynka o imieniu Modraszek (od nazwy motyla o błękitnych skrzydłach). Była dobrym dzieckiem, nigdy nikogo nie skrzywdziła, ani zwierząt ani roślin. Dlatego stary ogrodnik pomógł jej znaleźć magiczne miejsce, gdzie rosło ziele gullpudra (wiosenne złoto), które według dawnych legend zawsze wyrastało tam, gdzie było źródło. [wróć]

„Mio, mój Mio” ukazał się jesienią 1954 roku. [wróć]

„Nils Paluszek” – ukazał się w 1949 roku. [wróć]

Złotnica. [wróć]

Unter den Linden – Aleja pod Lipami w Berlinie. [wróć]

„Mio, mój Mio”. [wróć]

Silberne Stimme (niem.) – srebrzysty głos. [wróć]

Fleurop – firma dostarczająca kwiaty. [wróć]

Stolica i centrum handlowe w fińskiej Laponii. [wróć]

Ostatni z trzech mostów w drodze do Furusund. [wróć]

Die schmale Brücke (niem.) – wąski mostek. [wróć]

Prawdopodobnie souvenir: niedźwiedź – symbol Berlina. [wróć]

Drei Lieder pro Tag (niem.) – trzy pieśni dziennie. [wróć]

Pasmo górskie z siedmioma szczytami w fińskiej części Laponii. [wróć]

Saksalainen (fiń.) – Niemcy. [wróć]

Plan Hitlera zajęcia Związku Radzieckiego (Operacja Barbarossa, 1941–1942) był korzystny dla Finlandii, ponieważ ograniczył zdobycze Stalina i Finlandia mogła zachować niezależność za oddanie części swojego terytorium. [wróć]

Wie geht es dir (niem.) – Co u ciebie? [wróć]

„Rasmus, rycerz Białej Róży”, przerobiony na słuchowisko radiowe. [wróć]

Widokówka z die schmale Brücke, most na Furusund. [wróć]

Jugendgefährdende (niem.) – nieodpowiednie dla dzieci. [wróć]

Gartenchen (niem.) – ogródek. [wróć]

Blümelein (niem.) – kwiatuszki. [wróć]

1.11.1954 roku Astrid napisała w liście: „Nie powinnaś mnie obsypywać tak wieloma podarunkami!”. [wróć]

Chodzi o „Nationalzeitung”, która była nazistowską tubą Göringa. [wróć]

Mowa o „Mio, mój Mio”. [wróć]

Mio, Jum-Jum i Nonno w rozdziale „Czy gwiazdy zwracają uwagę na muzykę, jaką dla nich gramy?”. [wróć]

Z recenzji Ollego Holmberga w „Dagens Nyheter”, jesień 1954. [wróć]

W liście od Louise z 14.11.1954. [wróć]

Visa sig for pengar (szw.) – dosł.: pokazywać się dla pieniędzy, tu: sprzedawać się. [wróć]

Jag kan inte komma till Berlin nu (szw.) – Nie mogę przyjechać do Berlina teraz. [wróć]

Chodzi o wybory komunalne w Berlinie Zachodnim, które z dużą przewagą wygrała SPD. Ze względu na napiętą sytuację polityczną w Berlinie partia ta zawarła jednak koalicję z CDU. [wróć]

Opera Giuseppe Verdiego. [wróć]

Liebe (niem.) – miłość. [wróć]

Körperliche Gemeinsamkeit (niem.) – cielesna wspólnota. [wróć]

Leidenschaftlich (niem.) – namiętna. [wróć]

Fremde Umgebung… (niem.) – obce otoczenie, odkrywcza radość, niezwykła sytuacja, moje namiętne pragnienie poparte doświadczeniem. [wróć]

Und so soll es bleiben (niem.) – I tak powinno pozostać. [wróć]

Unsere Beziehungen (niem.) – nasz stosunek. [wróć]

W związku z użyciem słowa „Murzyn” por. odsyłacz 36. [wróć]

W liście z 8 lutego 1955 roku Astrid Lindgren pisze: „Akurat muszę napisać zakończenie do takiej dość głupiej nowelki, którą mam oddać jutro”, ale nie dodaje nic na temat samego tekstu. [wróć]

Gespräch (niem.) – rozmowa. [wróć]

Entsetzt (niem.) – poruszona. [wróć]

Z powodu dziesiątej rocznicy upamiętniającej nalot dywanowy na Drezno w lutym 1945 roku. [wróć]

Numer próbny „Nowej Literatury Niemieckiej”. [wróć]

Deutsche Demokratische Republik im Aufbau (niem.) – Niemiecka Republika Demokratyczna w odbudowie. [wróć]

Prawdopodobnie chodzi o opowiadanie Mammas lilla Nickon (szw.) –

(Mamina Laleczka). [wróć]

Ein kleines braunes Kind (niem.) – małe opalone dziecko. [wróć]

Wydawnictwo publikujące literaturę podróżniczą oraz plany miast i mapy dróg, a także szlaków wędrownych. [wróć]

Cecilie Dressler – właścicielka dużego wydawnictwa książek dla dzieci i młodzieży. [wróć]

Nell Walden. [wróć]

Nell i Herwarth Waldenowie spotkali się w 1911 roku w Berlinie, po roku się pobrali i zaczęli pracować w czasopiśmie „Der Sturm”. [wróć]

25 lutego 1955 roku Louise pisze, że poprosiła swoją szefową Ellen Kay o rekomendację, ponieważ zamierza starać się o objęcie kierowniczego stanowiska w Akademii Sztuki w Berlinie. [wróć]

Bitte (niem.) – proszę. [wróć]

Prezent gwiazdkowy dla Astrid Lindgren, przy którego wysyłaniu Louise Hartung miała kłopoty na cle. [wróć]

Aluzja do pieśni romantycznej skomponowanej przez Adolfa Eduarda Marschnera: Warum bist du so ferne?. (Dlaczego jesteś tak daleko), z refrenem: Gute Nacht, mein süsses Lieb! (Dobranoc, moje najmilsze kochanie). [wróć]

Tag und Nacht (niem.) – dzień i noc. [wróć]

Ich weiß nur… (niem.) – Wiem tylko, że chcę uniknąć wszystkiego, co by Cię mogło zasmucić. [wróć]

Lasse i Inger (z domu: Wingren) pobrali się w 1950 roku. [wróć]

Astrid Lindgren w liście z 4 maja 1955 roku pisze, że właśnie czyta aforyzmy Marka Aureliusza. [wróć]

Jesienią 1955 roku Gunnar Ericsson, starszy brat Astrid Lindgren, wystawiał swoje obrazy w pewnej galerii w Wiedniu. [wróć]

Sprzątaczka Louise Hartung. [wróć]

Louise Hartung podróżowała ze swoją dawną przyjaciółką Nell Walden. [wróć]

Oh, è molto caro, è antico (wł.) – O, ten jest bardzo drogi, to antyk. [wróć]

Molto cencioso (wł.) – bardzo zniszczony. [wróć]

Dr Theodor Spitta, o którym Louise wspomina w liście z 12 października, miał ilustrowany przezroczami odczyt o symbolice psychologii głębi we współczesnych komiksach. Astrid Lindgren słyszała go na konferencji „Książka i obraz” w Wiedniu we wrześniu 1955 roku. [wróć]

Und Kampf und Abstoss (niem.) – i walkę, i odrazę. [wróć]

Dramat Henrika Ibsena. [wróć]

Organizacja, której celem jest pomoc dzieciom poszkodowanym w wyniku różnych zdarzeń losowych. [wróć]

Dramat Antona Czechowa. [wróć]

Ich freue mich darauf (niem.) – cieszę się na to. [wróć]

Wywiad w szwedzkim dzienniku, źródło nieznane. [wróć]

Irgend einige andere Menschen (niem.) – z jakimiś innymi ludźmi. [wróć]

Einer von uns ist verrückt (niem.) – któraś z nas zwariowała. [wróć]

Ich wünsche… (niem.) – Z okazji świąt Bożego Narodzenia życzę wam wszystkiego dobrego. [wróć]

Wo bist du? (niem.) – Gdzie jesteś? [wróć]

W latach 50. i 60. Astrid spędzała zimowe lub wielkanocne urlopy zazwyczaj w Långbersgården nad jeziorem Siljan albo sama, albo z dziećmi i wnukami. [wróć]

Cytat z egipskiego faraona Tutmozisa III, około 1440 p.n.e. [wróć]

Chokladkaka (szw.) – ciasto czekoladowe. Astrid Lindgren dziękowała Louise Hartung w liście 5.1.1956 roku za berlińskie ciasto czekoladowe, jeden z licznych prezentów gwiazdkowych. [wróć]

Po wytyczeniu granicy między strefami w Berlinie Louise Hartung straciła swój ogród nad jeziorem Glienicke, później go jednak odzyskała. [wróć]

Louise Hartung pracowała od grudnia 1948 roku w Hauptjugendamt. [wróć]

Lisa Tetzner – znana niemiecka autorka baśni i książek dla dzieci; Kurt Held (właść. Kurt Kläber) – polityk i pisarz, mąż Lisy Tetzner. [wróć]

Chodzi o konferencję IBBY. [wróć]

Tagungen (niem.) – konferencje. [wróć]

Rysunki naskalne w Tanum. [wróć]

Om dagen vid mitt arbete (szw.) – W dzień przy pracy nie myślę o tobie / lecz nocą w marzeniach przybywasz do mnie. / A rankiem, kiedy się budzę, to kogo mi brak? / Tej małej przyjaciółki, co daleko jest tak”. [wróć]

Schweinchen (niem.) – świnka. [wróć]

Deutscher Jugendbuchpreis Sonderpreis (Niemiecka Nagroda Specjalna w dziedzinie literatury młodzieżowej), którą Astrid otrzymała w roku 1956 za „Mio, mój Mio”. [wróć]

„Rasmus i włóczęga”. [wróć]

Mały zeszyt z programem, wydawany mniej więcej raz w miesiącu przez Senat ds. Młodzieży i Sportu. Zawierał zapowiedzi wszystkich imprez kulturalnych dla dzieci i młodzieży w Berlinie oraz krótkie recenzje książek i filmów. [wróć]

Liebe nachdenkliche Louisechen… (niem.) – Kochana, refleksyjna Louise, że kiedyś umrę, uświadomiłam sobie już dawno temu. [wróć]

Per Eilboten (niem.) – dosł.: przez posłańca, tu: pędem/ekspresowo. [wróć]

Astrid przytacza pierwsze słowa szwedzkiej pieśni z 1822 roku, bazującej na tradycyjnej melodii ludowej; tekst napisali Anders Fryxell i Fredrik August Dahlgren, pieśń weszła do skarbca pieśni narodowych. [wróć]

Mats – syn Lassego i Inger. [wróć]

Wo bist du? (niem.) – Gdzie jesteś. [wróć]

Hier bin ich (niem.) – Tu jestem. [wróć]

Hur det är… (szw.) – Jak to jest być Louise. [wróć]

Mit einer Gießkanne… (niem.) – konewką zgasić Etnę. [wróć]

Du allerklugste (niem.) – ty najmądrzejsza. [wróć]

Książka obrazkowa Reinera Zimmika z 1956 roku. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ja także żyłam! Korespondencja Dzienniki z lat wojny 1939-1945 Pippi Pończoszanka Pippi na Południowym Pacyfiku Pippi wchodzi na pokład Twoje listy chowam pod materacem. Korespondencja 1971-2002 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana