Chrobot

Chrobot

Autorzy: Tomasz Michniewicz

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.49 zł

 Jak wspaniale jest – wśród tylu autorów chcących opisać tylko swój mały światek – odnaleźć od czasu do czasu takiego, który próbuje opisać świat w całości. Nawet jeśli to niemożliwe, jest to piękna próba.

Martín Caparrós

 

 

Siedem podróży w czasie. A ponieważ czas dany nam jest jako pamięć, będzie to siedem podróży przez siedem pamięci siedmiu zwykłych ludzi. Niby ten sam świat i te same czasy, ale widziane z różnych perspektyw – mieszkańca Ugandy, USA, Kolumbii, Indii, Finlandii, Zimbabwe i Japonii.

Siedem opowieści zwykłych ludzi o problemach, wyzwaniach, szansach i możliwościach. Ich zestawienie uświadamia, jak wiele zależy od tego, czy miało się szczęście urodzić się tu, a nie gdzieś indziej.

Siedem ludzkich historii i jedna próba odpowiedzi na pytanie, po co to wszystko.

 

Najnowsza książka nagradzanego reportażysty to niezwykłe połączenie zapisu osobistych historii i wnikliwego spojrzenia na globalne problemy współczesnego świata. Autor w niezwykle plastyczny i wiarygodny sposób pokazuje świat takim, jak widzą go bohaterowie, zmuszając do refleksji nad kondycją człowieczeństwa.

Wszystkim nam

Każda książka musi się gdzieś zacząć. Ta niech się zacznie w Finlandii. Noc, dom w lesie, wokół pustka. Za oknem tylko świerki, zorza polarna i śnieg. W środku chłopiec, lat sześć. Ma na imię Mika.

… i w Kolumbii. Tropikalna Buenaventura. Portowe zaułki, zgiełk, muzyka do rana i wszechobecne czary. Juanita kaszle. Ta ciągła wilgoć w powietrzu roznosi choroby.

… i w Japonii. Kanae właśnie kończy hoikuen. Żłobek, przedszkole, zerówka – wszystko w jednym. Za chwilę wejdzie w świat mundurków, krawatów i lekcji, podczas których uczeń nie ma prawa odezwać się ani słowem.

… i w Ugandzie.

… i w Kalkucie w Indiach.

… i w Springfield w stanie Missouri, w środkowych Stanach Zjednoczonych.

… i w zimbabwejskim buszu, gdzie przed domem biegają słonie, a noce spędza się pod gwiazdami, uważając, żeby zwabione zapachem jedzenia hieny nie podeszły zbyt blisko.

Siedmioro dzieci w podobnym wieku z siedmiu różnych miejsc. Będą dorastać w tym samym czasie, ale nigdy się nie spotkają.

Dziś są już dorośli. Zwykli ludzie. Tacy, jakich mijamy na ulicy.

Nic szczególnego.

Jeśli o kimkolwiek można powiedzieć, że jest zwykłym człowiekiem.

Każde z nich mogło urodzić się gdzieś indziej, pójść inną drogą. Jedno będzie się opiekować czworgiem dzieci, a inne na dzieci nie będzie mieć czasu. Któreś zostanie szefem międzynarodowej firmy, któreś poświęci się w imię miłości. Zrealizują marzenia albo nie, ruszą dalej lub będą trwać w tym samym miejscu. Zobaczymy.

Opowiedzą o swoim życiu tak, jak je zapamiętali. Pamięć czasem się myli, czasem przekrzywia. Pamięć nie opowiada historii. Raczej urwane strzępki, impresje, echa. Bywa, że nie dostrzega tego, co najważniejsze, albo dużo zostawia domysłom.

Zdarza się, że wierzymy we wspomnienia świata, który nigdy nie istniał.

A czasem mamy pewność, że istnieje, ale wolimy o nim nie pamiętać.

Wszystkie wydarzenia i postacie przedstawione

w tej książce są prawdziwe… o ile prawdą jest to,

co pamiętamy. Te historie zostały spisane tak,

jak opowiedzieli je ich bohaterowie

Papa Juan chciał mieć syna. Mężczyzna powinien mieć syna. Zwłaszcza w takich niespokojnych czasach.

Połowa lat osiemdziesiątych. Kolumbią wstrząsała brutalna wojna o wpływy i kokainę. Kartele z Cali i Medellín sterowały krajem, zastraszając, porywając i mordując wpływowych polityków oraz ich rodziny. Pablo Escobar wszedł do parlamentu, jedną ręką kierując olbrzymią organizacją przestępczą, a drugą budując szkoły i szpitale w biednych miastach zachodniej Kolumbii. Na ulicach wybuchały bomby. Zamaskowani sicarios na motocyklach strzelali do urzędników. W dżungli, w której nie ma żadnych dróg, wojskowe oddziały polowały na partyzantów. W lesie były również poukrywane laboratoria karteli.

Do USA co roku przemycano trzysta tysięcy ton kokainy o wartości dwudziestu pięciu miliardów dolarów. Stany Zjednoczone pompowały niebotyczne pieniądze w niszczenie upraw koki, które odrastały szybciej, niż znikały. Żyzna kolumbijska gleba i tropikalny klimat zamieniły cały kraj w fabrykę białego proszku.

Sporo mówiło się o powiązaniach między kartelami i lewacką partyzantką M-19. Rząd zajmował się układem ekstradycyjnym z USA. Planowano sądzić szefów karteli przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości. M-19 przypuściła szturm na Sąd Najwyższy, mordując sędziów i niszcząc dokumenty procesowe.

Bracia Ochoa, najbliżsi współpracownicy Escobara, odpowiedzialni za operacje międzynarodowe kartelu, zastraszali zamachami cały wymiar sprawiedliwości. Zapowiedzieli, że za każdego przemytnika poddanego ekstradycji zginie dziesięciu sędziów.

Jorge Ochoa został odnotowany na liście dwudziestu najbogatszych ludzi świata „Forbesa”, a niedługo później – aresztowany. Mimo mocnych dowodów ułaskawiono go i wypuszczono na wolność. Ministra sprawiedliwości zastrzelono w samochodzie, gdy zatrzymał się na światłach.

Najważniejszym hasłem kampanii kandydującego na prezydenta Luisa Carlosa Galána było rozprawienie się z kartelami narkotykowymi. Został zastrzelony, gdy wchodził na scenę, by wygłosić przemówienie przed dziesięcioma tysiącami ludzi.

Bomby wybuchały, a w klubach grano salsę. Kolumbia płakała i tańczyła.

Papa Juan chciał mieć syna. W rodzinie powinien być syn. Miałby na imię Juan, po ojcu. Urodziła się córeczka. Niech będzie Juanita. Juanita Peña.

Afrykańskie słońce pali wcześnie. Jeszcze na dobre nie wyjdzie, a upał już niemożliwy. W środku dnia wszystko chowa się pod akacje, w jamy i między skały. Byle jakoś uciec od spiekoty. Busz zamiera na kilka godzin.

Rok 1992. Reilly Travers, lat sześć. Rudawy blond, masa piegów na jasnej twarzy.

W tle afrykańska farma jak z filmu. Po jednej stronie drogi uprawy tytoniu i groszku cukrowego, maszyny, traktory i silosy zbożowe. Po drugiej rezerwat dzikiej przyrody. Prawie pięć tysięcy hektarów. Tysiąc pięćset dużych zwierząt i rzesza mniejszych. Antylopy, guźce, zebry, szakale. Lwy, bawoły i pawiany.

Gdy Reilly wychodził przed dom, widział słonie powalające drzewa. Przez okno do jego sypialni regularnie zaglądała żyrafa. Jego mama stale leczyła w domu dzikie zwierzęta. Hiena spała z nią w łóżku, a guziec – w bieliźniarce. Reilly na nosorożcu jeździł jak na kucyku, gepardy przeganiał, rzucając w nie patykami, a węże łapał za ogon i dla zgrywy wrzucał rodzicom do łóżka.

Takich rezerwatów dzikiej przyrody było wtedy w Zimbabwe mnóstwo, co najmniej trzysta. Najczęściej stanowiły część należących do białych prywatnych farm uprawnych. Poza granicami rezerwatów dzikich zwierząt nie widziano już od dawna.

Farma Traversów nosi nazwę Imire. W języku szona oznacza to „miejsce spotkań”.

Reilly jest najmłodszy z trojga rodzeństwa. Ma siostrę Kate i brata Bruce’a. Gdyby Bruce nie był jego bratem, byliby najlepszymi przyjaciółmi.

Chłopcy Traversów od świtu do zmroku biegali boso po buszu, w którym wszystko parzy, drapie i kłuje. Pobudka o piątej, zęby i śniadanie. A potem wędka, proca albo wiatrówka i wymarsz z domu. Nie mieli prawa pojawić się w nim do kolacji.

Życiem na południowoafrykańskiej farmie rządzą proste zasady. Jak wpadniesz w kłopoty, jesteś zdany na siebie. Nie wyciągaj skorpionów spod kamieni, bo mamy nie będzie obok, jeśli coś cię ukąsi. Biegaj szybko i naucz się wspinać na drzewa, bo za każdym krzakiem może siedzieć bawół albo hipopotam.

I nie płacz, gdy boli. Chłopcy Traversów nie płaczą.

Mówi się „Afryka”, jakby była jedna. A Afryka to pięćdziesiąt kilka państw, setki języków, klany, szczepy, królestwa. Wszystko różne.

Już lepiej byłoby powiedzieć, że są trzy Afryki. Na północy piaski pustyni. Potem pas zielonej dżungli. A na samym dole busz.

Ale ponad wszelką wątpliwość Afryki są przynajmniej dwie – biała i czarna.

Początek lat dziewięćdziesiątych. Runął mur berliński, padła żelazna kurtyna. Toczy się wojna w Zatoce Perskiej, powstaje Unia Europejska, ogłaszają pomysł na internet. Świat jest świadkiem przyspieszenia historii.

A w Ugandzie tylko jedno miasto, Kampala, obok którego Brytyjczycy zbudowali lotnisko. Zaraz obok Jezioro Wiktorii, podobno wielkie jak morze, gdzie rybacy łowią ryby, wrzucając do wody dynamit. Marggie nigdy jeszcze nie widziała ani samolotu, ani jeziora.

Kilka godzin na wschód od Kampali leżała wieś Nyize. Leży do dziś, tyle że dużo bliżej miasta. Bananowce i drzewa mango, jakiś figowiec, poletka kukurydzy, bezpańskie psy.

Chata z gliny przetykanej patykami, klepisko zamiast podłogi, dach ze słomy wiązanej w pęczki. Typowa zabudowa z tamtych lat. W miejsce ubikacji dziura w ziemi przy drzewku kawowym za chatą. Zamiast kąpieli – woda z kanistra.

Mama urodziła Marggie, mając trzydzieści sześć lat, jako dziewiąte dziecko. Ojcowie znikali, gdy tylko brzuch się zaokrąglał, i nigdy już nie wracali. Najstarsze dzieci dawno opuściły dom, niektórych Marggie nawet nie znała. Wszystkie matka wychowywała sama.

Matka miała tylko trzy klasy szkoły podstawowej. Ledwo czyta i pisze, ale całe życie pracowała, żeby wszystkie jej dzieci mogły skończyć szkołę. Wychodziła z chaty pierwsza, wracała ostatnia. Czasem udało jej się zarobić czterdzieści dolarów miesięcznie.

Dzieci miały się uczyć i nie kraść. Nie twoje, nie zrywaj, powtarzała matka. A jak któreś jednak zerwało mango czy banana, kara bolała przez tydzień. Porządny człowiek nie kradnie.

Ciężko było samej wychować dzieci na porządnych ludzi. Pomagały groźby i dyscyplina, czasem sąsiedzi, a czasem Biblia. Wszystkie dzieci w domu nosiły biblijne imiona.

Margret Kizza, zwana Marggie. Czarne kręcone włosy przystrzyżone niemal do gołej skóry. Okrągła twarz, której w mroku prawie nie widać. Dziewiąte z dwanaściorga dzieci matki.

Nyize, centralna Uganda, środek tej „czarnej” Afryki.

Springfield w stanie Missouri. Środkowy Zachód, obrzeża Biblijnego Pasa, gdzie Bóg i strzelba w sieni obronią przed każdym złym. Kukurydziany stan pełny rednecków żyjących w przyczepach kempingowych i domkach z gotowych komponentów stawianych na pustakach lub starych oponach. Ameryka najdalej jak się da od kabrioletów Los Angeles i romantycznych pocałunków na szczycie Empire State Building. Kraj solidnych, porządnych ludzi, próbujących zapłacić rachunki i przeżyć do pierwszego, a jak starczy, to naprawić zęby.

Równe rzędy domów przy ulicach rozłożonych na planie kratki. Przedmieścia. Ravenwood, sypialnia Springfield, które samo w sobie ma senny charakter. Niskie domy, przystrzyżone trawniki, kosz nad podjazdem, zgniłe liście w rynnach i odśnieżanie samochodów.

Casey za kieszonkowe kupił pierwszy komiks z Batmanem. Komiksy już zawsze będą jego wielką pasją. Jest skautem, bo ojciec kazał mu się czymś zająć. Gra w bejsbol, bo ojciec kazał mu zmężnieć. Ogląda kreskówki z superbohaterami i jeździ na rowerze po uliczkach, gdzie samochody turlają się kilka mil na godzinę. Ma kosić trawnik za domem i wynosić śmieci.

Na śniadanie jada placki z masłem orzechowym zwinięte w rulonik jak meksykańskie burrito. Złości się, gdy w domu zabraknie mleka albo słodkich płatków Cap’n Crunch. Nie je ryb, a mama wciska mu je przy obiedzie, udając, że to indyk.

Zbliżały się święta, a jak święta, to rodzinne zdjęcie. Casey nienawidził tego jeszcze bardziej niż gry w bejsbol. Na takie okazje w każdej rodzinie dzieci trzeba było wyciągać z łóżka siłą. Umyć włosy, ładnie się ubrać, włożyć wyprasowaną przez mamę koszulę, wsiąść do starego białego vana, pojechać do umówionego zakładu, gdzie pan fotograf rozwinie specjalne tło, włączy światła, ustawi wszystkich. Tata wyżej, mama niżej, dzieci na specjalnym podeście, żeby zachować proporcje. U mamy włosy prosto od fryzjera i sukienka w niebieskie kwiaty, z bufiastymi rękawami. Brat w koszuli z krawatem, Casey w dziecięcym garniturze z muchą.

Spojrzeć tu, uśmiech, błysk flesza. Jeszcze raz. I tak dwie godziny, w różnych konfiguracjach.

Sztuczne życie zamrożone w odświętnym kadrze studia fotograficznego. Szczęśliwa rodzina bez trosk i zmartwień. Wyślą to zdjęcie potem przyjaciołom w formie kartek świątecznych, a może powieszą na ścianie, wkleją do pamiątkowego albumu. Rodzina Kimbrelów – Ken i Karen, starszy brat Jason oraz Casey, lat sześć. Rok 1992.

Mika Puhakka, Finlandia. Dom w Kajaani, niewielkim mieście na rubieżach Europy, w środku lasu, przy granicy z Rosją. Mama, tata, młodszy brat Niko i mały rozwrzeszczany pies Nöpö, który w ogóle nie przypomina psa.

Na zamarzniętym stawie Mika gra z bratem w hokeja. Do szkoły jeździ rowerem lub na nartach, chociaż mógłby i na łyżwach. Zimą ścieżki rowerowe w Kajaani oblewane są wodą i pokrywają się lodem, tworząc łyżwostrady. Na specjalnych sankach dorośli wożą po nich do przedszkola dzieci, a potem wracają z zakupami. Przed domem co chwila przejeżdża ktoś na biegówkach, a ludzie maszerują okutani, że tylko oczy widać.

Spokojne osiedle, samochodów mało. Drzewa, jeziorko, rzędy podobnych domków tej samej wielkości. Mikroświat bezpiecznego dzieciństwa.

Mika przez kilka miesięcy w roku nie ogląda słońca. W trakcie zimy pojawia się tylko trochę szarości w środku dnia, a tak to ciemno całą dobę. Noc polarna i zorze, i śnieg na strzelistych świerkach. A potem polarne lato, gdy słońce nie zachodzi. Na dworze ciepło, ale nie bardzo można spać przy otwartych oknach. O północy jasno jak w dzień, a do tego głośno, bo całą noc wariują ptaki, komary tną, żaby rechocą.

Mika jest troszkę tłustawy. Często rywalizuje z Niko, który więcej zje. Na obiad i na kolację obaj napychają się po uszy, że czasem ledwo mogą się dowlec do łóżka. Mika może też trochę za bardzo lubi słodycze, zwłaszcza mleczną czekoladę Fazera i truskawkowe pianki w kształcie krokodylków. Tak czy owak, jest nieco okrągły, nie da się ukryć.

Wieczorami grają z Niko w planszówki, bawią się w bandytów i gliniarzy, ścigają się sterowanymi samochodami. Walczą chodzącymi robotami na baterie, a robot Miki jest większy niż robot Niko, więc zawsze z bratem wygrywa.

Jak każda fińska rodzina Puhakkowie mają domek w lesie, skuter i saunę w przybudówce, z której skacze się do jeziora. Woda nawet latem jest chłodna. Zimą bywa i minus czterdzieści, do tego dwa metry śniegu, a upalne miesiące krótkie. Jezioro rzadko zdąży się ogrzać.

W słoneczny dzień, gdy jest plus dziesięć, Mika wychodzi na dwór w podkoszulku i nie czuje zimna. Mama jednak powie „włóż czapkę” zawsze, przy każdej temperaturze. Co roku będzie w prezencie kupować Mice grube wełniane skarpety. Dostanie je nawet po trzydziestce. Mama Miki przez całe życie będzie bardzo się troszczyć o swoje dzieci.

W domu jest ciepło. Kominek. Piecyk. Kaloryfer. Jest już wideo i komputer, na którym Mika gra w Wolfensteina. Ma zegarek, tornister i bluzy z kapturem, własne rakiety śnieżne, narty i kask chroniący głowę. Na urodziny jest tort z truskawkami, a na Gwiazdkę z Laponii przyjeżdża Święty Mikołaj i przywozi prezenty. Mika ma własny rower i fajne kolorowe rękawice. Ma w gruncie rzeczy wszystko, o co poprosi.

Kanae miała psa, choć inne dzieci hodowały cykady lub jaszczurki. Takie słodkie te jaszczurki, i jeszcze ogon im odpada, a potem odrasta na nowo. Każdy chciałby mieć jaszczurkę.

Państwo Takasaki mieszkali w piętrowym domu w prefekturze Kanagawa pod Tokio. „Pod” albo „w”, trudno powiedzieć. Uznaje się, że w Tokio mieszka osiem milionów ludzi, choć formalnie to zlepek wielu miasteczek i prefektur. W centrum neony i wieżowce, a w Kanagawie spokojnie i zielono. Kilka ulic, niskie domki. Peryferia.

Kanae rodziców widywała rzadko, choć mieszkali razem. Tata był urzędnikiem w czarnym garniturze i z teczką. W pracy od świtu do nocy. Pięknie rysował i wymyślał bajki, które opowiadał Kanae na dobranoc. To były najczęściej jedyne chwile dnia, gdy go widziała.

Mama uczyła w liceum. Wychodziła o siódmej, wracała o osiemnastej albo i później. Wolne mieli tylko niedziele. Jeśli ktoś się Kanae opiekował, to dziadkowie.

Przed samym domem był park. Spędzała w tym parku dzieciństwo, na szyi nosząc klucz. Zresztą tego czasu w parku też nie było za wiele. Obiad w szkole, lekcje w szkole, wszystko w szkole.

Do domu Kanae wracała po siedemnastej. Miała siedem lat.

Życie Kanae, jak każdego Japończyka, było zaplanowane od urodzenia. Pierwsza tradycyjna ceremonia przywitania jej w społeczności odbyła się, gdy miała trzy lata. Potem następna, cztery lata później. Pamięta głównie ładne kimono i to, że pierwszy raz upięto jej włosy w tradycyjny kok. I że były specjalne podłużne cukierki. Cukierki najbardziej ją cieszyły.

Te ceremonie to jak odhaczanie kolejnych punktów planu na szczęśliwe życie. Będzie je odhaczać też później, spełniając następne oczekiwania.

Gdy dziecko zaczyna podstawówkę, już wtedy wymaga się od niego, by było jak najbardziej samodzielne. Czasem nawet kilkulatki chodzą same do szkoły. Są dla nich specjalnie przygotowane i oznaczone trasy, których mają się trzymać, ale często idą bez opieki.

Szkoła podstawowa to nie czas na zabawę. Trzeba ją skończyć z jak najlepszymi ocenami, żeby dostać się do dobrego gimnazjum, a potem do liceum, najlepiej prywatnego. Dobre liceum to dobre studia. A dobre studia to dobra praca.

W szkole Kanae miała się uczyć. To był jej jedyny obowiązek. Jedyny, bo zajmował dziesięć godzin dziennie. Oprócz lekcji w szkole są jeszcze zajęcia dodatkowe. W czwartej klasie każdy musi sobie wybrać pasję. Sztuka, sport, muzyka. Wybierasz raz i potem najczęściej idziesz tą ścieżką do końca.

W teorii te zajęcia dodatkowe nie są obowiązkowe, w praktyce – tak, przynajmniej w wielkim mieście, w szkołach dla typowej klasy średniej. Mogą być brane pod uwagę przy egzaminach do liceum, na studia. Nie można ich nie zaliczać, gdy wszyscy inni zaliczają. To jak na własne życzenie odpaść od peletonu.

Na studiach Japończyk przekracza próg dorosłości: dwadzieścia lat. Dwa lata wcześniej może już głosować w wyborach, ale tak naprawdę dopiero po dwudziestce zaczyna o sobie realnie decydować. Wtedy też pojawia się kolejny cel: znaleźć męża lub żonę. Mąż ma być dobrze sytuowany, wykształcony, zaradny, solidny. Ma zapewnić rodzinie bezpieczeństwo.

W tamtych latach powszechne było przekonanie, że absolutorium to ostatni dzwonek na ślub. W ostateczności – w trakcie pierwszego roku pracy. Pracę też trzeba znaleźć przed końcem studiów. Potem to będzie prawie niemożliwe.

Po studiach Kanae miała pracować przez jakiś czas, a potem urodzić dziecko. I wtedy wszystkie punkty od nowa – dla kolejnego pokolenia. Trzy, siedem lat, podstawówka, zajęcia dodatkowe, prywatne liceum, studia, mąż, praca.

To był taki piękny, bezpieczny plan. Gwarantował świetne życie.

Nieopodal zaczynała się Kalkuta, ale to tak, jakby zaczynał się inny świat. Głośno, tłoczno, pełno aut. W Baranagar zaś parterowe domki, każdy sobie. Koguty, studnia, chlewik, staw z rybami. Szumiące drzewa, palmy bananowe, muchy. Prowincjonalne Indie.

W Baranagar ludzie chodzili dobrze wyspani. Wielu spało nawet od zmierzchu do świtu. Po zmroku było ciemno, bo nie dociągnięto jeszcze prądu. Słońce gasło, ludzie szli spać.

Niektórzy zapalali świeczki, przed jakimś domem żarzyło się palenisko. Ktoś przeszedł po omacku, drogę znał na pamięć. Ktoś się roześmiał, gdzieś szczeknął pies. W ciemności słychać było tylko szepty. To sąsiedzi wychodzili przed dom, siadali na progu i rozmawiali, nie widząc się. Byle czas jakoś zleciał. Ale by było, gdybyśmy mieli prąd. Byłby wiatrak, telewizor. Lodówka. Można by pracować dłużej, ugotować na jutro. Mogła mnie matka lepiej wydać za mąż, w jakiejś okolicy, gdzie światło jest, a nie tak jak tu.

Czuć było palonym krowim łajnem. Nawet przyjemny zapach, słodkawy. Odgania komary, a z nimi dengę. Na dengę się umiera.

W nocy słychać było szakale. Nad ranem piały koguty, ptaki zaczynały wrzeszczeć w koronach drzew. Wszyscy zrywali się o brzasku, byle zrobić jak najwięcej przed zmrokiem.

Wydeptaną gruntową dróżką można było dojść do ulicy prowadzącej do większej drogi, a tą dojechać do Kalkuty. Ulicą raz na godzinę przejechał samochód, jeszcze rzadziej autobus. A tak to tylko dzwonki rowerowych riksz i snujący się bez celu sąsiedzi.

Kobiety w okolicy bardzo dbały o to, by bogini Kali była szczęśliwa. Codziennie składały ofiary z ryżu, bananów, niektóre nawet ze słodyczy. Poleżały te ofiary godzinę czy dwie, a potem je zabierano i jedzono z całą rodziną. Tak jakby bogini wystarczyło, że na słodycze popatrzy.

Ciocia wolała składać kwiaty, które więdną. Zupełnie jakby ich życie przechodziło na tamten świat. Kali krwawa, z długimi zębami, wężami we włosach, kilkoma parami rąk. Groźna, mściwa. Nie można jej przecież oszukiwać.

Madhuri nie znała zbyt dobrze swojej mamy. Mama była chora, mówią, nie mogła karmić piersią. Córkę oddała pod opiekę bratu. Madhuri mieszkała z wujkiem i ciocią, ale mówiła do nich „mamo” i „tato”. To są dla niej rodzice.

O prawdziwym ojcu słyszała niewiele, ciotka nie chciała o nim opowiadać. Raz tylko wspomniała, że to nie był dobry człowiek.

Madhuri wstała o świcie, jak co dzień. Pozamiata, przyniesie wodę i trochę suchego krowiego łajna na opał, a potem pójdzie się bawić. Będą strącać z drzewa mango i będą wyścigi. Kto pierwszy, ten lepszy. Kto złapie owoc, ten mistrz. Potem i tak się podzielą, nikt nie je sam. Będą skakać na skakance i grać w kitkit. Podskakiwać na jednej nodze i kopać nią kamyk do mety, aż ktoś się przewróci i będzie śmiesznie.

Pewnie spotka wracającego z pracy Santosha. Poczochra ją po włosach, uszczypnie, spyta jak dzień, a potem pójdzie do siebie.

Santosh będzie wkrótce mężem Madhuri. Ich rodziny uzgodniły to, gdy była jeszcze w brzuchu mamy.

Jeśli Reilly coś pamięta z czasów, gdy był dzieckiem, to głód. Wtedy w całym Zimbabwe brakowało jedzenia. Produkcja stanęła, farmy pustoszały. Nawet gdy ktoś miał pieniądze, nie było czego kupić.

Reilly jadał w domu śniadania, ale jeśli czegoś sobie nie upolował w ciągu dnia, chodził na głodniaka. No, chyba że podkradł coś cichaczem.

Najłatwiej było coś złowić u dziadków, bo codziennie szykowano u nich poczęstunek dla klientów przyjeżdżających na safari. Najczęściej Reilly podbierał dziadkom owoce z ogrodu, a gdy się udało, cichcem plądrował spiżarnię. Trzeba było sobie jakoś radzić.

Środek dnia to była pora na łowy. Wszystko zamierało i dziadkowie też zamierali. Po lunchu ucinali sobie półgodzinną drzemkę, spiżarnię zostawiając bez opieki, bo służba miała wtedy przerwę. Ich dom stał na samej krawędzi rezerwatu, ale warto było się tam tłuc.

Jak zawsze zostawili rowery gdzieś w krzakach za bramą, przeleźli przez płot i od drzewa do drzewa przemykali ku zabudowaniom z palonej cegły. Pierwszy szedł Angus. Najlepszy przyjaciel, sąsiad i współodkrywca, dwa lata starszy. Co wieczór rozkładali pułapki, a każdego ranka sprawdzali, co się udało złapać. Królik czy perlica szybko lądowały nad ogniskiem. Tego dnia wnyki były puste, więc i babcina spiżarnia nabrała dodatkowej wartości.

Do dziadków nie można było przyjść ot tak, po prostu, żeby coś zjeść. Nikomu się nie przelewało, więc nie było szans na dodatkowy posiłek z miłości. Kraść też nie było wolno. Przyjdź, poproś, jeśli czegoś potrzebujesz, ale nie kradnij. Ukradniesz, to dostaniesz kijem lub pasem, tak że nie usiądziesz przez tydzień.

Czyli przyjdź, poproś, a nic nie dostaniesz.

Ukradnij, to dostaniesz, ale lanie. Nie wolno.

A jeśli nie wolno, to Reilly pierwszy sprawdzi dlaczego.

Skradali się przez gęsty busz, krzakowisko i karłowate akacje. Dziadkowie trzymali lwy i lamparty, wszędzie pętały się guźce, przywałęsać się mógł eland albo nosorożec. To jak iść przez pole minowe. Zwierzęta biegały wolno, mogły być wszędzie. Niby udomowione, ale różnie z tym bywało. Jeden głupi ruch i coś cię wprasuje w ziemię. Dość wysoka cena za stygnące na oknie ciasto brzoskwiniowe.

Gęstym buszem można było podejść tylko na jakieś siedemdziesiąt metrów. Od krawędzi lasu do krytego strzechą domu z cegły już tylko otwarty teren, żadnej zasłony. Można najwyżej zamknąć oczy i pruć ile sił w płucach, modląc się, żeby nic nie wyskoczyło.

Plan był znany i przećwiczony wielokrotnie. Gus dopełzł do krawędzi buszu, rozejrzał się ostrożnie i wyrwał bez ostrzeżenia w stronę domu, a Reilly zaraz za nim. Dwa lata młodszy i o dwa lata wolniejszy pędził, aż paliły płuca, z wzrokiem wbitym w nierówną ziemię.

Poczuł uderzenie w plecy i padł z impetem na twarz. Coś go ugryzło w kark. Zaczął się niemiłosiernie drzeć. Gus stanął jak wryty, z domu wypadli dziadkowie. Krzyk, machanie rękami, dziadek świsnął patykiem. Młody lew odskoczył zdezorientowany. Przecież dzieciak uciekał, a jak ucieka, to znaczy, że się bawimy.

Chłopcy dostali profilaktycznie lanie, bo wiadomo było, że przyszli odwiedzić spiżarnię, a nie dziadków. To był typowy środek wychowawczy w Zimbabwe. Pozostaje nim zresztą do dzisiaj. Trudno natomiast znaleźć Zimbabwejczyka cierpiącego z tego powodu jakąś traumę. Lanie uczy szacunku do rodziców i do życia w ogóle, mówią. Jeśli jest sprawiedliwe, jeśli zasłużyłem, był powód – w czym problem? Krzywda mi się nie stała.

Poboli i przestanie. Reilly wolał to, niż siedzieć cztery godziny na gałęzi, bo nosorożec nie pozwala zejść, tak jak tydzień wcześniej.

Marggie też pamięta z dzieciństwa głód. W chacie było zimno, że strach. Najgorzej podczas deszczu.

Jedna izba z paleniskiem pośrodku. Spali na wspólnej macie z trzciny, przykrywając się starą sukienką. Gdy któreś się w nocy zmoczyło, lęgło się robactwo. Swędziało potem tygodniami.

Matka dzień w dzień pracowała w szkole, karmiąc cudze dzieci. Gotowała owsiankę dla siedmiu klas. Dzieci przezywały ją Pani Owsianka, Pani Posho, Mama Fasola. Po szkole matka szła na pola innych ludzi, pracowała za jedzenie, czasem za jakieś drobne. Do domu wracała często już po ciemku.

Jedli jeden posiłek dziennie. Mięso – rzadko. Bywało, że tylko na święta albo na Nowy Rok. Czasem częściej, czyli co parę miesięcy. Na co dzień była głównie fasola i kukurydziana papka. Albo dynia z liśćmi dyniowymi zamiast sosu. Marggie do dziś na dynię nie może patrzeć.

W Nyize nie było wtedy dostępu do wody. W Ugandzie w tych czasach zresztą mało gdzie woda była, zwłaszcza w takich wioskach z dala od miasta. Trzeba było ją taszczyć w plastikowych baniakach przez las. Do rzeki w dół. Z powrotem, z pełnymi kanistrami, do góry.

Woda w domu musiała być, zanim matka wróci. Musiało być zresztą zrobione o wiele więcej. Najmłodszy miał nazbierać w lesie dzikich owoców bochenkowych. Ci, co wrócili z wodą, szli od razu po opał. Ktoś zostawał w ogrodzie, żeby nakopać kassawy i posprzątać wokół chaty.

Gdy matka wejdzie do domu, palenisko ma dymić, a obiad ma być gotowy. Matka gotowała w szkole, w domu gotowały dzieci. Co dzień ta sama litania pytań. Ugotowane? Drewno jest? Woda jest? Czasem krzyczała już z drogi. Tak żeby wszyscy wokoło słyszeli.

Jak nie przynieśli drewna, kazała iść po opał nocą, a do lasu nikt nocą chodzić nie chciał. Mówili, że w lesie nocą są czarownicy, że lwy, nawet tygrysy, choć w Afryce nigdy nikt tygrysa na oczy nie widział. Marggie bała się tego lasu straszliwie, jej bracia i siostry też, nawet ci starsi. Matka krzyczała, wyganiała, a one się bały iść.

Wtedy matka łapała kij z płotu, gruby na dwa palce, albo jakąś wiązkę badyli, i zaczynała tym kijem tłumaczyć, że z matką się nie dyskutuje.

Mamo, przestań.

Błagali matkę, błagali pana Boga, ale nikt nie słuchał. Zaczynało się od tyłka, ale każdy się wił, odskakiwał, próbował chować. A kij spadał raz za razem, raz za razem, z suchym trzaskiem albo głuchym tłuknięciem, gdzie popadnie, więc po chwili wszystko puchło.

Mamo, proszę!

Z rozciętych sińców kapała krew, ale matka biła dalej, tak długo, aż kij pękł na pół. Dopiero wtedy czuła, że wykonała zadanie jak trzeba, że kara została należycie wymierzona.

„Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, kto kocha go – w porę go karci”. Każdy ksiądz i pastor w Ugandzie to powtarza.

Wyrzuć kij, rozpuścisz dziecko.

Te razy matki wyganiały dzieci do szkoły, utrzymywały w domu porządek, przynosiły wodę. Pięcioro dzieci samopas cały dzień. Różne głupie myśli się w głowie lęgną.

Marggie miała wtedy osiem lat. Później, już w dorosłym życiu, nigdy nie uderzy żadnego ze swoich dzieci.

Budzik. Za oknem ciemno i śnieg. W łóżku ciepło, a na dworze zima. Może być i minus czterdzieści, a do szkoły i tak trzeba iść. Przy minus piętnastu w fińskich szkołach co najwyżej nie gra się w hokeja na wuefie, tylko w sali gimnastycznej w siatkę.

Ojciec wszedł do pokoju, ściągnął z Miki kołdrę, odwiesił ją na krześle i wyszedł.

– Szkoła.

To był najcięższy środek wychowawczy w ich domu. Zazwyczaj wystarczyło, że rodzicie poprosili.

Caseya rodzice również nigdy nie bili, bez względu na to, co zbroił.

Miał wtedy sześć, może siedem lat. To musiała być jedna z tych zabaw, których dorośli nie rozumieją. Trochę berek, trochę zapasy, dużo wrzasku i machania rękami.

Kimbrelowie mieli w domu kota imieniem Max. Puchaty, trochę za gruby, biały z szarymi łatami. Casey spał z nim w łóżku, a podczas obiadu po kryjomu zrzucał mu na podłogę kilka kąsków, chociaż rodzice stale zabraniali.

Kot Max obserwował gonitwę w stosownym oddaleniu. W szale zabawy łatwo zarobić czyjąś nogą. Takie sceny oglądał niemal codziennie, dobrze wiedział jak to się skończy. Chłopcy zaraz się zmęczą i pobiegną do kuchni. Wtedy się pójdzie za nimi.

Max głodny nigdy nie chodził. Casey to kochany chłopak. Wystarczy trochę pomruczeć, czasem wskoczyć na kolana i już się przyjaźnimy na zabój.

Chłopcy biegali jak opętani po salonie. W kredensie drżały filiżanki i zastawa na specjalne okazje. W końcu Casey zahaczył o stojącą pod ścianą kanapę i wpadł z impetem na stół, odbił się od niego i wylądował jak długi na plecach.

Stół z wazonem przesunął się może o cal. Casey zdążył tylko podnieść się na łokciach, żeby zobaczyć, jak szklana kula balansuje na krawędzi równowagi, a potem ostatecznie ją traci i turla się niechybnie ku brzegowi stołu.

Wskazówka zegara z kukułką zamarła między pozycjami sekund. Filiżanki zawisły w powietrzu. Znieruchomiały w przerażeniu trzy pary oczu i jedna para wąsów. Szklany wazon toczy się ku krawędzi, chrobocząc jak po kamieniach.

Chrobot ucichł. Cisza absolutna.

Szkło pomknęło we wszystkie strony po lakierowanej podłodze. Max odruchowo nastroszył sierść, podniósł ogon, wrzasnął, pokazał kły oraz wskoczył na oparcie krzesła.

Sekundę później do pokoju wpadł ojciec. Casey zapomniał języka w gębie. Powoli tylko podniósł rękę i wskazał palcem na Maksa siedzącego nadal na oparciu krzesła, z oczami jak spodki i sierścią na sztorc.

– Max? – spytał ojciec.

Casey tylko pokiwał głową. Ojciec przewrócił oczami, kazał posprzątać i wrócił w swój niebyt. Spojrzenie, porozumiewawczy uśmiech. Tym razem się udało.

Następnego dnia rano Maksa już nie było. Kot zniknął i nigdy nie wrócił. Casey zamknął się w pokoju i starał się nie szlochać za głośno.

To był dzień, kiedy odkrył, jakie mogą być konsekwencje kłamstwa.

Pierwsza klasa. Kanae klęczała na podłodze i myła szkolną toaletę. W japońskich szkołach nie ma służby sprzątającej. Swoją szkołę sprzątają sami uczniowie.

Po przerwie na obiad i zabawę dzieci pobierały szczotki lub zmywaki i wyznaczano im zadania. Na zmianę sprzątały korytarze, sale lekcyjne i łazienki. Kanae musiała wyszorować porcelanową muszlę.

Nie dostawały gumowych rękawiczek, nawet do mycia klozetów. Choćby któreś przyniosło rękawiczki z domu, nie mogłoby ich użyć. Bo nie. Sprzątamy bez rękawiczek. Rūru wa rūru desu. Takie są zasady.

Gdy Casey wychodził do szkoły, każdego dnia mama wręczała mu torebkę z drugim śniadaniem. Kanapka, małe chipsy, sok w kartoniku, ciastko. Niektóre dzieci miały specjalne pudełka śniadaniowe z naklejkami bohaterów z kreskówek. Jego mama wolała torebki.

Casey wychodził z domu, szedł kawałek ulicą na odpowiedni przystanek, gdzie po chwili podjeżdżał żółty szkolny autobus zbierający dzieci z całego osiedla. Wróci też nim do domu po lekcjach.

Szkolny autobus w amerykańskim stylu wiózł dzieci do domów. Juanita chrupała ulubione pieczone banany z odrobiną miodu, które mama spakowała jej do plastikowego pudełka. Uwielbiała te banany. Tata nazywał ją nawet czasemFritica, Smażeninka, tyle ich jadła.

Autobus sunie w korku, dzieci gadają, harmider, silnik warczy. Nagle z przodu poruszenie. Wszyscy z pierwszych rzędów rzucają się do okna z prawej. Nauczycielka w panice każe zasłonić firanki, odwrócić głowy, broń Boże nie patrzeć. No, teraz to już każdy spojrzy.

Juanita też spojrzała. Nad przydrożnym rowem pełno gapiów. W rowie rozpruty plastikowy worek, a w worku odrąbane ludzkie nogi.

Koledzy z klasy byli zachwyceni. Czuli się, jakby właśnie zagrali w filmie.

Juanita do dziś nie wzięła do ust pieczonych bananów z miodem.

Szkoła to był budynek z dziurawym dachem. Pięćdziesięcioro dzieci w klasie i pisanie patykiem na ziemi zamiast tablicy. Państwowa szkoła też kosztuje – trzeba opłacić czesne, kupić mundurek, zeszyty, podręczniki. Nie wszyscy chodzili do szkoły podstawowej, bo nie wszystkich rodziców było na nią stać.

Rok edukacji kosztował wtedy w Ugandzie sześćdziesiąt tysięcy szylingów, piętnaście dolarów.

Jak we wszystkich fińskich szkołach przedmioty były poukładane w blokach po dwie godziny. Badania wykazały, że w ten sposób nauka jest przyjemniejsza i bardziej efektywna.

W całej szkole raptem pięćdziesięciu uczniów, przytulne klasy, plac zabaw, budynek zaraz obok przedszkola, żeby dzieciom było łatwiej przyzwyczaić się do nowego miejsca.

Za dwa lata, w trzeciej klasie, Mika zacznie się uczyć angielskiego. W piątej – niemieckiego. Hiszpański zacznie w liceum.

Szkoła to był największy strach w życiu Reilly’ego, nienawidził jej całym sercem. Całe dnie spędzał w buszu, wśród słoni, zebr i antylop. Od zawsze to mama uczyła go wszystkiego, co potrzebne. Żeglarstwa, jazdy konnej i orientacji w terenie. Uczył się też sam. Mama nie niepokoiła się nawet, gdy nie wracał na noc. Na śmierć przecież nie zamarznie, z głodu nie umrze. Prześpi się gdzieś w buszu. Co mu się niby ma stać?

W Imire dzieci zawsze były i będą wychowywane tak, żeby sobie radzić same. Oprócz farmy Traversowie mieli jeszcze dom w górach Nyanga, cztery godziny drogi od Imire. Jeździli tam całą rodziną przynajmniej raz na miesiąc. Rodzice w kabinie. Dzieci i psy na otwartej pace. Okrakiem na namiotach, materacach lub belach siana.

Kilka kilometrów od domu w górach płynie rzeka. Tryska ze skał i spływa wartkim nurtem między piętnastometrowymi klifami. Gdy Reilly miał sześć lat, a jego brat i siostra niewiele więcej, rodzice kazali im skakać z tych klifów do lodowatej wody. Jeśli któreś zestrachało się i nie skoczyło, wracało do domu przez busz piechotą. Mama skakała pierwsza.

Reilly jako kilkulatek potrafił rozpalić ogień w każdych warunkach i nawigować w każdym terenie. Biegał z nożem i maczetą, chwytał pytony, spał z bratem pod gołym niebem i polował z procy na ptaki. Busz był domem Reilly’ego, wszystkim, co znał.

Ale w buszu nie ma szkoły. Farma na końcu świata, do cywilizacji daleko. Najbliższa wiejska szkoła stała wprawdzie kilka kilometrów dalej, ale porządna szkoła dla białych mieściła się pięćdziesiąt kilometrów od Imire, dwie godziny jazdy. Dla wszystkich białych dzieci w takiej sytuacji jak Reilly szkoła oznaczała internat.

Pięć dni w tygodniu z dala od rodziców, z obcymi ludźmi. Jak w więzieniu. Na farmę Reilly przyjeżdżał w weekendy, na dziewięć tygodni wakacji i w święta. Za każdym razem już od progu wołał, że do szkoły nie wróci. Czasem łzy napływały mu do oczu, ale je powstrzymywał. Chłopcy Traversów nie płaczą.

W szkole trzeba było nosić mundurek z krawatem, wypastowane buty i podkolanówki, a on całe życie biegał boso. W szkole były toalety, których wcześniej rzadko używał. Trzeba było siedzieć w ławce godzinami, choć wcześniej nie przesiedział w miejscu nawet dwóch kwadransów. W betonowym zamknięciu szkoły nie było wiatru niosącego zapachy. W szkole było cicho i poważnie, był srogi nauczyciel i bicie linijką po rękach, gdy ktoś przeszkadzał na lekcji.

W niedzielę wieczorem Reilly znikał w buszu, żeby nie można go było znaleźć i odwieźć do internatu. Rodzice się wściekali. Czasem wychodził ze strachu, a czasem nie i spał w krzakach albo między skałami. Dużo bardziej niż lania bał się jechać do szkoły.

Reilly, jak wszystkie dzieci z okolicznych farm, do internatu został odwieziony, gdy miał pięć lat. Widok pięcioletniego dziecka z małą walizeczką opuszczającego dom to najgorsze wspomnienie jego mamy.

Do szkoły Kanae przychodziła na ósmą, wychodziła o siedemnastej. Lekcje kończyły się o drugiej trzydzieści, ale codziennie miała jeszcze obowiązkowe zajęcia pozalekcyjne. Chodziła na rysunek, kaligrafię, pływanie, pianino i skrzypce. Pięć dni w tygodniu. Mając dziesięć lat, będzie grać już Marsz turecki i mazurki Chopina.

Muzyki Kanae uczy się od szóstego roku życia. Jej mama również grała na pianinie, więc mieli je w domu. Rodzicom zawsze bardzo zależało na rozwoju talentów córki. Wykształcony człowiek powinien rozumieć muzykę.

Do kółek muzycznych należy szkolna elita. Dzieci nie uczą się utworów japońskich kompozytorów. Wyłącznie europejskiej klasyki.

Cały świat Madhuri stanowił kwadratowy wycinek dzielnicy zwany mahallą. W środku domy, dookoła kilka ulic. Przy ulicach czekający rikszarze i sklecone z desek maleńkie sklepiki ze wszystkim, co zmieściło się na półkach. Handlarze owoców guajawy i panifola. Sprzedawcy indyjskiej herbaty z mlekiem na szklaneczki. Bezpańskie psy i upstrzone girlandami krowy przy drodze.

Na środku mahalli stoi studnia. Przez cały dzień łańcuch chrobocze po cembrowinie.

Wiadro mozolnie jedzie w górę. Cisza, ktoś przelewa wodę do baniaka. Plusk wiadra spadającego z powrotem do wody.

Chrobot. Cisza. Plusk.

Chrobot.

Do tej studni stoi kolejka. Rusza się wolno, więc czasem czeka się i godzinę, dwie. Woda jest potrzebna. Do prania, gotowania, mycia. Ludzie stoją w kolejce, a komary tną jak wściekłe. Lubią takie zacienione, wilgotne miejsca. Odejść nie można, bo straci się swoje miejsce, trzeba będzie dłużej czekać.

Przy studni ludzie również się myją. Przy wszystkich, na widoku. Mężczyźni w przepaskach na biodrach, w kucki. Kobiety owinięte sari. Mydliny płyną po ziemi, wysychają w słońcu. Obok ktoś wymurował mały urynał. Śmierdzi z niego cały dzień. Mało komu chce się ciągnąć wiadro, żeby go przemyć.

Studnia stoi przed domem Madhuri. Gdy gotuje na ziemi, przy drzwiach, obok siedzą ludzie z kolejki, rozmawiają. W mahalli nie ma tajemnic.

Kiedy się kończy dzieciństwo? Gdy masz sześć, siedem lat? Dziesięć? Gdy pierwszy raz wychodzisz sam z domu? Gdy choćby przez chwilę jesteś zdany tylko na siebie?

– Śpij, córeczko, śpij…

Tropikalna gorączka nie chciała ustąpić. Buenaventura pełna była malarii, komarów i portowego życia. Duszne, lepkie miasto. Nawet plaże szare, jakby zmurszałe. Na ścianach wilgoć malowała plamy, domy gniły od wewnątrz. Wieczorami po ulicach niosły się przytłumione dźwięki currulao, afrykańskie rytmy płynęły po wodzie zatoki. Między latarniami przemykały cienie. Mówili, że to złe duchy. Juanita w kącie widziała jakąś postać. Może to bruja, wiedźma, może coś innego.

– Anyż, ruta, nagietek. Wypij, kochanie.

Dym oczyści ze zła. Czerwona nić ochroni. Madre Selva nieokiełznana, szanuj ją, dziecko, a będzie cię bronić. Matka Dżungli nie zapomina. Wystąpisz przeciwko niej, zemści się okrutnie.

Bywali czasem u jakiejś kobiety na peryferiach miasta. Miała w domu pełno słoików i buteleczek, jakieś napary, zioła, nawiązy. Trzymała też pancernika, który chodził po tapczanie. Juanita bawiła się z tym pancernikiem, gdy mama szeptała o czymś, pytała, słuchała odpowiedzi. Ktoś dotykał jej głowy otwartymi dłońmi, były płonące świece. Do Nowego Świata przez ocean dotarło dużo więcej niż tylko niewolnicy.

Juanita magii nie bała się nigdy, ale rekinów boi się do dziś. Jej ojciec jest biologiem morskim. Przy nim nie można było spokojnie zjeść obiadu. Za każdym razem gdy na talerzu lądowała parująca ryba, ojciec przypominał sobie wszystko, co o niej wiedział, szczegóły wskazując widelcem na okazie obiadowym. Zanim skończył o skrzelach, migracjach i płetwach grzbietowych, wszystko dawno zimne.

Gdy tylko zanurzała stopę w oceanie, ojciec od razu opowiadał, co tam może na nią czekać. Nasłuchała się o gatunkach rekinów, atakach na ludzi, śmiertelnych pogryzieniach.

Juanita nigdy w życiu nie widziała rekina, ale się ich boi. W Kolumbii wiele osób boi się tak jakby z przyzwyczajenia. Ludzie na przykład nie trąbią, gdy ktoś zajedzie im drogę. Większość dlatego, żeby nie prowokować konfliktów, po prostu z uprzejmości. Ale fama idzie, że to ze strachu, bo nigdy nie wiesz, kto siedzi za kierownicą.

Juanita wychowywała się w porcie, w którym pracował jej ojciec. Dusza towarzystwa, znał kilka słów w każdym języku. Wszyscy go lubili. Miała na pęczki „wujków” z całego świata, którzy przywozili egzotyczne prezenty. Wujek z Korei przywiózł kraba, z którym chciała się bawić. Krab uszczypnął ją boleśnie. Wujek natychmiast odłamał mu szczypce.

Tata bardzo dużo podróżował. Wysoki, przystojny, dobrze zbudowany. Do tego elegancki, szarmancki, z błyskiem w oku. Typ światowca, miał dziewczynę w każdym porcie. Zanim poznał mamę, oczywiście. Opowiadał o tych podbojach z dumą, pokazywał zdjęcia. Wszystkie kobiety piękne, interesujące, jak nie tancerka, to aktorka albo śpiewaczka. Mama tylko przewracała oczami. To dawne czasy, ustatkował się po ślubie. Usidliła go w odpowiednim wieku, już po czterdziestce.

Juanita też była zawsze pierwsza do ludzi. Pamięta pierwszy dzień bez rodziców, gdy mama odprowadziła ją do przedszkola. Weszły do środka, gdzie trwały właśnie wycinanki. Juanita rzuciła się po kredki i nożyczki. Mama stała jeszcze chwilę, żeby się upewnić, że córeczka się nie przestraszy, nie będzie płakać. Juanita odwróciła się po minucie, zobaczyła ją stojącą w drzwiach.

– Mamo, zostaw mnie już, wracaj do domu!

Z przedszkola z płaczem wyszła mama.

Wujek zabraniał oddalać się od mahalli. Zabiorą cię albo się zgubisz, mówił. Nie wolno, bo jak ja cię potem znajdę? Bawić się można było w domu i wokół domu.

Wujek codziennie wyjeżdżał do pracy daleko, nawet do Kalkuty. Wracał przed zmierzchem. Czasem przywiózł Madhuri jakiś nowy owoc albo gumę do żucia. Po co masz wychodzić dalej. Przecież niczego ci tu nie brakuje.

Madhuri nigdy nie złamała tego zakazu. Bała się, że wujek odeśle ją z domu albo przestanie kochać.

– Pamiętaj, że gdy rozmawiasz ze starszym, nie wywyższasz się, nie stawiasz go w niewygodnej sytuacji…

– Pamiętaj, że przed wejściem zdejmuje się buty…

– Pamiętaj, że nie odchodzi się od stołu, jeśli nie zjesz wszystkiego na talerzu…

– Pamiętaj, że niegrzecznie jest kichać przy innych…

– Pamiętaj, że porządna dziewczyna nosi…

– Pamiętaj, że…

– Pierwsza lekcja samodzielności? Miałem siedem lat.

To były niespokojne czasy. W Zimbabwe ludzie znowu zaczynali widzieć świat czarno-biało. Nawet na prowincji dało się wyczuć narastające napięcie.

Niedziela, piknik pod górą Wedza z widokiem na całą okolicę. Szesnasta, dwie godziny do zmierzchu. Pora wracać. Dzieci na odkrytej pace pick-upa, rodzicie w kabinie.

– Przestańcie dokuczać siostrze.

Akacje i czerwona ziemia. W okolicy pustka.

– Ostatni raz powtarzam.

Kolczaste krzaki, dziury w ziemi, wyboje po horyzont. Samochód zahamował ostro, wciskając troje dzieci w budę kabiny.

– Dość tego.

Mama Reilly’ego otworzyła drzwi i wychyliła się, nie wysiadając.

– Wy dwaj, zabierać proce i wyłazić z auta.

– Ale dlaczego?

– Bo tak mówię. Wracacie pieszo.

Reilly miał wtedy siedem, a Bruce dziesięć lat. Myśleli, że to żart.

– Trzeba było nie dokuczać siostrze.

– Daj im kilka dolarów.

– Macie tu kilka dolarów. Zawsze płaćcie za pomoc i jedzenie. Jakoś traficie do domu.

Samochód ruszył, opony podniosły piach z drogi. Chłopcy stali na poboczu i patrzyli, jak biały pick-up maleje i w końcu znika. Obaj stali boso, w szortach i podkoszulkach, z procami w rękach i banknotem pięciu dolarów zimbabwejskich w kieszeni. Do zmierzchu zostały dwie godziny. Do domu czterdzieści kilometrów na przełaj przez busz.

Stali jeszcze chwilę bez słowa. Reilly otarł nos i ruszył wzdłuż drogi.

– Poczekaj, przecież nie mówili poważnie. Zaraz wrócą.

Usiedli przy drodze. Muchy brzęczały nad głowami. Reilly wydłubywał z nogi kolec. Bruce żuł kawałek zeschniętej trawy. Oprócz góry Wedza za plecami i prostej drogi wokoło nic.

– Na pewno wrócą.

Nie wrócili.

Chłopcy wiedzieli, gdzie są. Mniej więcej. Może raczej mniej niż więcej. Wiedzieli, że gdzieś na północ od tego miejsca leżało miasteczko. Prowadziła do niego droga. Lepiej celować w północny wschód, żeby jej nie ominąć. Z miasteczka do domu jedzie się ze czterdzieści minut, idzie pół dnia.

Starszy brat mówi: „Idziemy”. Reilly wolał rozpalić ognisko i przespać do rana, a ruszyć o świcie. Zamiast trzymać się drogi Bruce postanowił iść na przełaj, żeby zaoszczędzić czas. Szacowali, że do szosy mają dziesięć, może piętnaście kilometrów. Żadna odległość. W Imire pokonywali takie dystanse codziennie, często kilka razy.

Reilly był wściekły. Jak rodzice mogli im to zrobić. Kiepski kawał. Szedł w milczeniu i strzelał z procy do ptaków. Nie trafił ani razu, wszystkie były za daleko. Bruce szedł podekscytowany. Uważał, że to całkiem niezła przygoda.

Trochę po piątej, zmierzch się już powoli zbierał. Zza horyzontu wyłonił się dom. W środku niczego, sam jeden, jak kołek w płocie. Żadnej drogi ani sąsiadów. Tak po prostu, dom w środku buszu.

Obeszli go dookoła. Porządne ogrodzenie, porządny dach, przez okno widać telewizor. Reilly zapukał do drzwi. Uchyliła je czarna kobieta. Popatrzyła przez szparę.

– Wynoście się z mojego domu.

– Ale proszę pani, my już dzisiaj…

Bruce odciągnął brata za rękę, drzwi się zatrzasnęły, zgrzytnął zamek. Takie czasy.

Znaleźli ślady kół, a te zawsze dokądś prowadzą. Tak jak strumień wpada w końcu do rzeki, tak ślady kół muszą się zmienić w drogę. Zmierzch zapadł, ciemno, ale tę wyjeżdżoną oponami ziemię jakoś widać. Trochę chłodno, zwłaszcza na bosaka.

– To idź szybciej, rozgrzejesz się.

Ślady kół zgęstniały, stworzyły coś na kształt drogi, a potem dotarły do asfaltowej szosy. Ruszyli wzdłuż niej na północ, w stronę miasteczka.

„Miasteczko” to za duże słowo, ale innego brak. Nie wieś, nie miasto. Niskie budynki po obu stronach ulicy. Wulkanizator, skup ziarna, sklep blaszany, skład cementu. Stacja benzynowa, dwa bary, fryzjer, kilka domów. W okolicy luźna zabudowa, razem może tysiąc mieszkańców.

W nocy głośno. Wzdłuż drogi gęsto od kierowców ciężarówek i obnośnych sprzedawców, z barów huczy muzyka. Światła mało, jakby je skąpo wydzielano dla pojedynczych lamp. Reilly chował się za starszym bratem. Szli niepewnie poboczem, omijając dziury. Miejsce, którego nocą nigdy nie widzieli, bo nikt by im nie pozwolił.

– U nas na wsi białego widziałam raz. Przyjechał z jakimś urzędnikiem. Wszyscy patrzyli z zazdrością. Miał garnitur, buty. Jak biały, to bogaty.

Czarne twarze trudno dojrzeć w mroku. Pojawiały się znienacka i znikały. Im bliżej świateł głównej części miasteczka, tym ludzi więcej. Ktoś syknął, ktoś ich lekko popchnął. Ktoś kopnął w metalową beczkę, żeby dzieciaki nastraszyć.

Z lewej długi parterowy budynek z dziesięcioma pokojami otwartymi do ulicy. W niektórych drzwiach stały kobiety z papierosami w rękach, oblane zimnym światłem jarzeniówek. Któraś się śmiała, klepiąc się po udach. Inna wołała, machała ręką.

– Murungu, weye kunu! Weye kunu! Chodźcie, białaski.

Bruce nawet nie zwolnił.

– Patrz

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Chrobot Świat równoległy Samsara. Na drogach. których nie ma Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów Swoją drogą 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze