Cuda za rogiem

Cuda za rogiem

Autorzy: Higashino Keigo

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.24 zł

Yūji Namiya przez wiele lat prowadził mały sklep osiedlowy. Ludzie przychodzili do niego nie tylko po to, żeby zrobić zakupy, ale też po radę w trudnych sytuacjach życiowych. Odbywało się to w dość nietypowy sposób. Listy z pytaniami wrzucali do sklepu przez otwór w rolecie, a odpowiedzi odbierali ze skrzynki na mleko. Po śmierci właściciela budynek opustoszał, a o panu Namiyi zapomniano.

 

Kilkadziesiąt lat później troje złodziei – Shōta, Atsuya i Kōhei – trafia do dawnego sklepu, szukając kryjówki. Kiedy zmęczeni i głodni przeszukują stare półki sklepowe, wydarza się coś niespodziewanego: ktoś wrzuca do sklepu list. Okazuje się, że młoda kobieta prosi w nim o poradę. Kiedy zaskoczeni rabusie próbują zrozumieć sytuację, odkrywają, że list przyszedł do nich z przeszłości…

 

 

Megabestseller, który poruszył serca 12 milionów czytelników na całym świecie!

I

Listy w skrzynce na mleko

1

– Spadamy! – zarządził Shōta. – Znam jedną wygodną norę.

– Nie ściemniaj. Jak nora może być wygodna?

Atsuya z pogardą spojrzał na Shōtę, który miał wygląd chuderlawego chłopca.

– Jak mówię wygodna, to znaczy, że wygodna. W każdym razie wystarczająco dobra na kryjówkę. Natknąłem się na nią przez przypadek. Nie sądziłem, że kiedyś z niej skorzystamy.

– Sorry, że tak wyszło. – Potężny Kōhei nieco się zgarbił. Z żalem patrzył na starą toyotę, koło której stali.

– Że też akurat teraz musiał paść akumulator. To się nie zdarza nawet w najgorszych snach – westchnął Atsuya.

– Zdechł i tyle, szkoda gadać.

– Ale co się stało? Nie zostawiliśmy go przecież z włączonymi światłami...

– Przebieg – rzucił obojętnie Shōta. – Widziałeś chyba na liczniku, nie? Przejechał ponad sto tysięcy kilometrów. Staruszek. Ledwie się trzymał, a kiedy tu dotarliśmy, padł na dobre. Dlatego mówiłem, że jeśli już musimy jakiś ukraść, to wybierzmy nówkę.

– Nowe samochody mają ochronę antywłamaniową – burknął Kōhei.

– Dobra, nieważne. – Atsuya machnął ręką. – Shōta, ta nora, o której mówiłeś, jest gdzieś blisko?

– Jakieś dwadzieścia minut szybkim krokiem.

– Nie ma na co czekać, prowadź.

– Dobra, ale co z samochodem? Tak po prostu go zostawimy?

Atsuya rozejrzał się uważnie. Znajdowali się na osiedlowym strzeżonym parkingu. Zauważyli wolne miejsce, więc zaparkowali. Właściciel tego miejsca z pewnością zawiadomi policję.

– To ryzykowne, ale samochód zdechł i zostaliśmy na lodzie. Nie dotykaliście niczego gołymi łapami, prawda? Dopóki nie zostawimy śladów, policja nas nie namierzy.

– Reszta w rękach niebios.

– Dokładnie. W tej sytuacji nic więcej nie możemy zrobić.

– Dajmy już temu spokój. Spadajmy stąd jak najszybciej.

Shōta poszedł pierwszy. Atsuya ruszył niemrawo w ślad za nim. Torba przewieszona przez prawe ramię wyraźnie mu przeszkadzała. Po chwili dołączył do nich Kōhei.

– Atsuya, a może byśmy złapali taryfę? Za chwilę dojdziemy do jakiejś większej ulicy. Na pewno coś podjedzie.

Atsuya prychnął.

– Jeśli trzech podejrzanych kolesi załaduje się do taksówki w takim miejscu i o tej porze, kierowca na pewno tego nie zapomni. Opublikują nasze portrety pamięciowe i już po nas.

– Taksówkarz ma się na nas gapić?

– A skąd wiesz, że nie? Zresztą nie musi się specjalnie gapić. Wystarczy, że spojrzy i akurat zapamięta. Co wtedy?

– Rzeczywiście, głupi pomysł – przyznał cicho Kōhei.

– Nieważne. – Atsuya zakończył dyskusję. – Dość gadania, idziemy.

Było już po pierwszej. Szli miarowym krokiem przez gęsto zabudowany teren na wzniesieniu. Identycznie wyglądające domki stały ciasno obok siebie, w większości okien nie paliło się światło. Mimo to musieli mieć się na baczności. Ktoś mógłby usłyszeć ich głosy, wyjrzeć, a potem donieść policji, że trzech podejrzanych typów włóczy się nocą po ulicy.

Atsuya chciał zmylić gliniarzy: powinni myśleć, że przestępcy uciekli samochodem. Oczywiście dobrze wiedział, że policjanci zorientują się, jak było, kiedy tylko znajdą na parkingu skradzioną toyotę.

Ulica najpierw lekko się wznosiła, potem biegła stromo pod górę i zabudowa stawała się rzadsza.

– Daleko jeszcze? – spytał zasapany Kōhei.

– Kawałeczek – mruknął Shōta i za moment zatrzymał się przed niepozornym drewnianym domkiem.

Najwyraźniej był tu kiedyś sklep. Wystawę i drzwi zasłaniała metalowa roleta. W rolecie zrobiono otwór – jak do wrzucania listów – ale nic nie było na niej napisane. Obok domku stała dość duża szopa, zapewne magazyn i garaż w jednym.

– To tutaj? – zapytał Atsuya.

– Chwila. – Shōta drapał się w głowę i rozglądał niepewnie. – Niby tutaj...

– Niby czy na pewno?

– No nie, tutaj. Tylko przedtem ten dom wydawał mi się nowszy.

– Poprzednio byłeś tutaj w południe. Może dlatego?

– Może.

Atsuya wyjął z torby latarkę i oświetlił roletę. Wtedy zobaczyli szyld z ledwie widocznym napisem: „Sklep wielobranżowy”. Nazwisko właściciela było zupełnie nieczytelne.

– Wielobranżowy? W takim miejscu? Ktoś tu przychodził? – zdziwił się Atsuya.

– Nikt nie przychodził, więc splajtowali – wyjaśnił Shōta.

– No tak. Gdzie drugie wejście?

– Z tyłu. Zamek jest zepsuty.

Shōta ruszył wąskim przejściem między domkiem a szopą. Atsuya i Kōhei podążyli za nim, patrząc przez chwilę w niebo. Księżyc właśnie wychylił się zza chmur dokładnie nad ich głowami.

Rzeczywiście w tylnej ścianie zobaczyli drzwi. Obok nich wisiała drewniana skrzynka.

– A to co? – wyszeptał Kōhei.

– Nie wiesz? Skrzynka na mleko. Dostawca je tu wkładał – wyjaśnił Atsuya.

– Ach tak! – Kōhei przyglądał się skrzynce uważnie, jakby nigdy takiej nie widział.

Otworzyli drzwi i poczuli mocny zapach kurzu. Atsuya znowu zapalił latarkę. W sieni o szerokości dwóch tatami[1] stała całkowicie zardzewiała pralka. Niedaleko niej leżał samotny sandał.

– Wchodzimy – zarządził Atsuya. – Pamiętajcie o rękawiczkach.

Ominęli pralkę i nie zdejmując butów, weszli do środka. Najpierw trafili do kuchni z podłogą z desek. Pod ścianą stała szafka ze zlewem, obok kuchenka gazowa i dwudrzwiowa lodówka, a na środku stół i cztery krzesła. Kōhei otworzył lodówkę.

– Zero żarcia – podsumował.

– Wiadomo. A jakby nawet coś było, to co? Poczęstowałbyś się? – zapytał uszczypliwie Shōta.

Drugie pomieszczenie to był pokój urządzony w tradycyjnym stylu. Zachował się w nim nawet ołtarzyk. Dostrzegli również szafkę oshiire[2], ale nie mieli ochoty do niej zaglądać. W rogu jeden na drugim leżały futony[3]. Z pokoju można było wejść do sklepiku. Atsuya omiótł jego ściany światłem latarki. Na półkach leżały nieliczne towary: materiały papiernicze, jakieś naczynia kuchenne, akcesoria do sprzątania.

– Mamy szczęście – powiedział Shōta, otwierając szufladę ołtarzyka. – Są świeczki.

Zapalił kilka świeczek zapalniczką i ustawił je w różnych miejscach. Atsuya zgasił latarkę.

– Uff – westchnął Kōhei i usiadł po turecku na tatami. – Teraz musimy tylko przeczekać do rana.

Atsuya wyjął telefon i sprawdził godzinę. Minęło wpół do drugiej.

– Znalazłem jeszcze to – powiedział Shōta, wyjmując z drugiej szuflady ołtarzyka jakieś czasopismo.

– Pokaż. – Atsuya wyciągnął rękę.

Na okładce uśmiechała się młoda dziewczyna. Atsuya miał wrażenie, że już gdzieś widział tę twarz. Wpatrywał się w nią przez chwilę i nagle go olśniło.

– To ta aktorka, która często występuje w serialach i gra role matek. Teraz jest pewnie po sześćdziesiątce. – W półmroku spróbował odczytać datę wydania pisma. – No tak, to numer sprzed czterdziestu lat.

– Niezłe. Ciekawe, co się działo w tamtym czasie – mruknął Shōta.

Atsuya przewrócił kilka stron. Na pierwszy rzut oka zawartość wyglądała znajomo. Niewiele się to różniło od dzisiejszych pism. Jego uwagę przykuł jeden tytuł i przeczytał go głośno.

– „Supermarkety ogołocone z papieru i środków czystości”.

– Zaraz, zaraz, coś o tym słyszałem... – ożywił się Shōta.

– Chodzi o kryzys naftowy.

Atsuya przerzucał strony, ale nie znalazł żadnych nagich zdjęć i odłożył czasopismo na miejsce.

– Jak myślicie, kiedy ostatnio ktoś tutaj mieszkał? – zapytał.

– Jest trochę towarów, lodówka, pralka... Jakby ktoś wyprowadził się w pośpiechu.

– Ucieczka pod osłoną nocy. Bez dwóch zdań. Klienci nie przychodzili, długi rosły. Pewnej nocy zabrali, co mogli, i po prostu czmychnęli – fantazjował Shōta.

– Niewykluczone...

– Głodny jestem – jęknął Kōhei. – Nie ma tu w pobliżu jakiegoś sklepu całodobowego?

– Nawet gdyby był, to nie pozwoliłbym ci tam pójść. – Atsuya popatrzył na niego z irytacją. – Dziś w nocy nigdzie się nie ruszamy, jasne? Idź spać. Jak się obudzisz, będzie nowy dzień.

– Z głodu nie zasnę. – Kōhei przycisnął głowę do kolan.

– Do tego te zakurzone tatami. Nie da się na nich spać – narzekał Shōta. – Gdybyśmy chociaż mieli coś, co można na nich rozłożyć...

– Poczekajcie.

Atsuya się podniósł, wziął latarkę i przeszedł do części sklepowej. Powoli oświetlał każdą półkę i wszystkie zakamarki. Wreszcie zobaczył cylindryczny pojemnik z papierem washi[4].

„Rozłożymy go na tatami. Jest sztywny, ale przynajmniej czysty”, pomyślał. W tym momencie usłyszał za plecami jakiś szelest.

Odwrócił się błyskawicznie. Kątem oka zauważył, że coś białego wpadło do kartonu ustawionego pod otworem w rolecie. Odczekał dłuższą chwilę, zanim podszedł i oświetlił wnętrze kartonu. Na dnie leżała koperta.

Zamarł ze strachu. Kto ją wrzucił? To niemożliwe, żeby w środku nocy dostarczano listy do opuszczonego domu. Ktoś musiał zauważyć, że oni tu są.

Zgasił latarkę i głęboko westchnął. Przyszło mu do głowy, że są otoczeni przez policję. Wyjrzał przez szparę między ścianą a roletą. Na zewnątrz panowała nieprzenikniona ciemność. I raczej na pewno nie było żywej duszy.

Uspokojony zapalił latarkę i wziął kopertę do ręki. Nie było na niej nazwiska ani adresu, na odwrocie napisano tylko: „Księżycowy Królik”.

Wrócił do pokoju i pokazał kopertę chłopakom.

– Co to ma być? – zapytał zdziwiony Shōta. – Po co ci ten stary śmieć?

– Żaden stary śmieć. Przed chwilą ktoś to wrzucił. Widziałem na własne oczy. Zresztą popatrz: całkiem nowa koperta. Ani śladu kurzu...

Kōhei się skulił.

– Policja? – zapytał.

– Też tak w pierwszej chwili pomyślałem, ale policja nie bawiłaby się z nami w kotka i myszkę.

– No właśnie – wyszeptał Shōta.

– I raczej by się nie podpisała „Księżycowy Królik”.

– No to kto? – Kōhei zmarszczył brwi. Jego czarne oczy wyrażały niepokój.

Atsuya wpatrywał się w wypchaną kopertę. Jeśli w środku jest list, to z pewnością długi.

– Co, do cholery, chciała nam przekazać osoba, która go tu wrzuciła?

– Przecież to nie jest list do nas.

– Jak to?

– Ruszcie głową. Jak długo tu jesteśmy? Napisanie takiego listu zajęłoby co najmniej pół godziny.

– Rzeczywiście. Dobrze kombinujesz – przytaknął Shōta.

– Tylko że to wcale nie musi być list.

– No właśnie.

Atsuya ponownie spojrzał na starannie zaklejoną kopertę i zaczął oddzierać jej brzeg.

– Co ty wyprawiasz?

– Otwieram. Zaraz się dowiemy, o co chodzi.

– Przecież nie jest do nas – zaprotestował Kōhei. – Nie możemy go tak po prostu otworzyć.

– Możemy. Nie ma adresata.

Atsuya rozerwał kopertę. Nie ściągnął przy tym rękawiczek, chociaż trochę mu przeszkadzały, po czym wyjął kilka starannie złożonych kartek. Pokrywały je wąskie kolumny znaków napisanych niebieskim atramentem.

List zaczynał się od słów: Zwracam się do Pana z prośbą o radę.

– Co to ma znaczyć? – Atsuya przetarł oczy ze zdumienia.

Kōhei i Shōta przysunęli się do niego. Zaglądając mu przez ramię, czytali w milczeniu.

Zwracam się do Pana z prośbą o radę. Nazywam się Księżycowy Królik i jestem kobietą.

Proszę mi wybaczyć, że nie zdradzę swojego prawdziwego imienia. Uprawiam sport – dyscypliny nie mogę podać. Nie powinnam się chwalić, ale osiągam bardzo dobre wyniki i właśnie startuję w eliminacjach do przyszłorocznych igrzysk olimpijskich. Jeśli więc zdradziłabym dyscyplinę, byłoby dość łatwo mnie zidentyfikować. Gdybym jednak nie napisała, że chodzi o udział w olimpiadzie, nie byłabym w stanie wytłumaczyć, na czym polega mój problem. Proszę zatem o wyrozumiałość.

Mam chłopaka, którego kocham. On rozumie mnie i wspiera jak nikt inny, jest moim najwierniejszym kibicem. Z całego serca pragnie, abym wystartowała w olimpiadzie. Poświęcił wszystko dla mnie i moich marzeń. Trudno zliczyć, ile razy mi pomógł w sprawach zarówno materialnych, jak i różnych innych. Tylko dlatego, że się tak dla mnie poświęcił, jestem teraz tym, kim jestem. Tylko dzięki niemu przetrwałam wszystkie mordercze treningi. Sądzę, że udział w olimpiadzie byłby formą spłaty długu wdzięczności, jaki mam wobec niego.

Tymczasem wydarzyła się rzecz jak ze złego snu. Mój chłopak nagle zachorował. Kiedy się dowiedziałam, jaka to choroba, omal nie zemdlałam. To rak. Wiem od lekarza, że mojemu chłopakowi zostało mniej więcej pół roku życia. Chociaż z nim samym na razie nikt wprost nie rozmawiał o rokowaniach, sądzę, że wie, jak poważny jest jego stan.

Staram się odwiedzać go codziennie w szpitalu. Prosi mnie, abym się o niego nie martwiła, tylko trenowała. Ten czas jest dla mnie decydujący: treningi na miejscu i wyjazdowe zgrupowania za granicą. Żeby się dostać do reprezentacji, muszę wytężyć wszystkie siły. Zdaję sobie z tego sprawę. Mój sportowy duch nakazuje mi walczyć, pracować, dać z siebie wszystko.

Tymczasem obudził się we mnie ktoś inny, ktoś, kto chce porzucić sport i być cały czas przy chorym. Ktoś, kto chce czuwać u jego boku, troszczyć się o niego. Kiedy mu powiedziałam, że zrezygnuję z olimpiady, zobaczyłam w jego oczach taki smutek, że na samo wspomnienie chce mi się płakać... Mój chłopak tłumaczy mi, że mój start w olimpiadzie to jego największe marzenie. Błaga, żebym pod żadnym pozorem z tego nie rezygnowała. Obiecuje, że nie umrze, dopóki nie wystartuję. Kazał mi obiecać, że dam z siebie wszystko. Nasi bliscy nie wiedzą, na co choruje. Po olimpiadzie zamierzamy się pobrać, choć jeszcze nie powiedzieliśmy o tym rodzicom.

Dni płyną, a ja nie wiem, co począć. Cierpię. Nawet jeśli intensywnie trenuję, nie mogę się skoncentrować, więc wyniki mam marne. Myślę czasem, że powinnam się wycofać, skoro tak to wygląda. Ale wiem, jak przykro byłoby wtedy mojemu chłopakowi, i nie mam odwagi podjąć takiej decyzji. Jestem zrozpaczona i bezradna.

Przez przypadek usłyszałam pogłoski na temat sklepu Namiya. Z promykiem nadziei w sercu zdecydowałam się napisać ten list. Może właśnie Pan podsunie mi jakiś pomysł? Załączam kopertę zwrotną. Uprzejmie proszę o pomoc.

[1] Tradycyjna mata japońska używana do pokrywania podłogi. Tatami ma standardowe wymiary 90 × 180 cm, dlatego jednocześnie jest jednostką miary powierzchni wnętrz. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2] Przymocowana do ściany szafka służąca do przechowywania złożonego posłania.

[3] Rodzaj japońskiego materaca.

[4] Wytwarzany ręcznie lub przemysłowo wytrzymały papier wysokiej jakości używany między innymi do oklejania przesuwanych ścian w tradycyjnych domach japońskich.

2

Skończyli czytać i spojrzeli po sobie skonsternowani.

– Co to wszystko znaczy? – Shōta odezwał się pierwszy. – Czemu wrzuciła tutaj ten list?

– Bo cierpi i jest bezradna – odpowiedział Kōhei. – Tak napisała.

– Przecież wiem. Tylko dlaczego wrzuciła list z takim wyznaniem do skrzynki w sklepie? W dodatku w sklepie, który od dawna jest zamknięty i mieści się w opuszczonym domu?

– Mnie nie pytaj, nie mam pojęcia.

– Przecież nie pytam, głąbie! Tylko się głośno zastanawiam.

Atsuya zignorował tę wymianę zdań i zajrzał do koperty. Dopiero teraz zauważył, że jest tam druga koperta, zaadresowana do Księżycowego Królika.

– Nie wydaje mi się, że to jakiś głupi żart – powiedział po namyśle. – Ona naprawdę prosi o radę. I ma poważne zmartwienie.

– Tu prosi o radę? Kogo? – zapytał Shōta. – Na pewno gdzieś niedaleko jest sklep, w którym udzielają porad, a ona zwyczajnie pomyliła adres.

– Sprawdzę.

Atsuya, oświetlając sobie drogę latarką, wyszedł tylnymi drzwiami i po chwili stanął przed sklepem. Skierował strumień światła na szyld. Wysilił wzrok. Farba prawie całkiem się złuszczyła, mimo to przed słowem „sklep” niewątpliwie widniało słowo „Namiya”.

Wrócił i poinformował kompanów:

– Pomyłka wykluczona. Ona wierzy, że w tej ruderze mieszka ktoś, kto odpowie na jej list. Kto jej coś doradzi.

Shōta wzruszył ramionami.

– Może gdzieś indziej jest sklep o tej samej nazwie i stąd to całe nieporozumienie – powiedział Kōhei.

– Niemożliwe. Musiała dokładnie wiedzieć, dokąd trafiła. A tak w ogóle – Atsuya wyciągnął pismo z szuflady w ołtarzyku – mam wrażenie, że już widziałem tę nazwę.

– Widziałeś?

– Gdzieś mi mignęła.

– Że co?

Atsuya przerzucał kartki i błądził po nich wzrokiem. W końcu znalazł to, czego szukał: Polecamy! Na problemy sklep Nayami!

– Mam! Co prawda nie Namiya, tylko Nayami – powiedział i zaczął czytać półgłosem.

Polecamy sklep wielobranżowy, dzięki któremu rozwiążecie wszystkie wasze problemy. To sklep Namiya w naszym mieście.

– Jeśli w nocy wrzucisz list do otworu w rolecie, następnego dnia znajdziesz odpowiedź w skrzynce na mleko z tyłu sklepu – opowiada, śmiejąc się, Yūji Namiya (lat 72), właściciel sklepu.

Wszystko zaczęło się od wybryków dzieci z sąsiedztwa, które przekręcały nazwę sklepu i wołały: Nayami, Nayami[5]. Ponieważ na wystawie napisano: „Czy możemy Ci jakoś pomóc?”, dzieci zapytały właściciela:

– Proszę pana, czy może nam pan pomóc? Mamy problem...

– Oczywiście, spróbuję – odpowiadał.

I naprawdę zaczęto do niego przychodzić z kłopotami. Ponieważ wzięło się to z żartów, na początku były to tylko dziecinne głupstwa w stylu: „Nie lubię się uczyć, ale chciałbym mieć same piątki. Co zrobić?”.

Właściciel nawet te głupstwa traktował poważnie i zawsze starał się coś doradzić, a to sprawiło, że wkrótce zaczęły się pojawiać poważne pytania: „Moi rodzice ciągle się kłócą. Boli mnie to. Jak ich pogodzić?”.

– Po pewnym czasie poprosiłem, aby listy z opisem problemu wrzucano przez otwór w sklepowej rolecie, a odpowiedzi odbierano ze skrzynki na mleko wiszącej przy tylnych drzwiach – wspomina pan Namiya. – To pozwalało autorom listów zachować anonimowość. Wkrótce zaczęły napływać listy od osób dorosłych. Co taki zwykły stary człowiek jak ja może im odpowiedzieć? Staram się pomóc na tyle, na ile jestem w stanie.

– Jakich problemów jest najwięcej?

– Miłosnych. Na nie najtrudniej mi coś poradzić. Sam mam podobne – wyznał pan Namiya.

Do artykułu dołączono małe zdjęcie drobnego staruszka, który stał w sklepie. Fotografia nie pozostawiała wątpliwości. To był właśnie ten sklep.

– Celowo zostawiono tutaj pismo z artykułem o właścicielu... Dziwne – powiedział zduszonym głosem Atsuya. – Sklep Namiya jako kącik porad... Czy ktoś dalej prowadzi tę działalność? Minęło przecież czterdzieści lat.

Shōta wziął do ręki list Księżycowego Królika.

– Dziewczyna pisze o pogłoskach na temat sklepu Namiya tak, jakby niedawno je usłyszała. A więc one wciąż krążą?

– Najwyraźniej. Chociaż to przecież mało prawdopodobne... – Atsuya skrzyżował ramiona.

– Może opowiedział jej to jakiś zdziwaczały staruszek, któremu wspomnienia pomieszały się z teraźniejszością? – powiedział Kōhei.

– Nawet jeśli, to wystarczy spojrzeć na sklep i od razu wiadomo, że od lat jest opuszczony.

– W takim razie Królik ma problemy z głową. Może przez te zmartwienia wszystko jej się pokręciło.

– Nie sądzę, aby ktoś szalony napisał taki list.

– Więc o co tu chodzi?

– Właśnie próbuję to ogarnąć.

– A może... – zastanawiał się głośno Shōta – może to wciąż działa?

– Co masz na myśli? – spytał Atsuya.

– Kącik porad w tym miejscu.

– W tym miejscu?

– Nikt tu nie mieszka, ale ktoś wciąż odbiera listy. Na przykład Yūji Namiya jeszcze żyje i od czasu do czasu przychodzi po pocztę. Później zostawia odpowiedzi w skrzynce na mleko. To miałoby sens.

– Gdyby żył, miałby ponad sto lat... To niemożliwe.

– Może ktoś to robi za niego?

– A widzisz czyjeś ślady w tej zapuszczonej dziurze?

– Nie musi wchodzić do środka, zwyczajnie podnosi roletę i wyjmuje listy.

Teoria Shōty była całkiem prawdopodobna, postanowili ją więc sprawdzić. Wyszli przed sklep i spróbowali podnieść roletę. Nic z tego. Była przytwierdzona od wewnątrz i ani drgnęła.

– Cholera! – zaklął cicho Shōta. – Co to wszystko znaczy?

Wrócili do domku. Atsuya ponownie przeczytał list Królika.

– To co robimy? – zwrócił się Shōta do Atsuyi.

– Chyba nie musimy się tym przejmować? Rano się stąd zmyjemy i po sprawie. – Atsuya wsunął list do koperty i położył go na podłodze.

Zapadła cisza. Przez szpary w ścianach wpadł do pokoju podmuch wiatru i płomyki świec zaczęły się chwiać.

– Ciekawe, co ona zrobi? – powiedział sam do siebie Kōhei.

– Z czym? – zapytał Atsuya.

– No z olimpiadą. Zrezygnuje?

– Cóż... Pewnie tak... – Atsuya westchnął cicho.

– Nie może tego zrobić! – zaprotestował Shōta. – Przecież on marzy o tym, by zobaczyć ją na olimpiadzie!

– Jej chłopak wkrótce umrze. To nie czas na treningi. Lepiej, żeby byli razem, jak długo się da. On w głębi serca na pewno też tego chce – powiedział zdecydowanie Kōhei.

– Niekoniecznie. On wolałby zobaczyć ją na podium. To mu pomaga w walce z chorobą. Jeśli ona zrezygnuje, on straci resztę energii.

– Przecież ona pisze, że jest kompletnie rozstrojona. Ma słabe wyniki. W takim stanie nie zakwalifikuje się do reprezentacji. Trenuje, ale ani jej, ani jego marzenia się nie spełnią.

– Dlatego nie powinna się zadręczać. Nie ma czasu na rozczulanie się nad sobą. Jedyne, co jej pozostaje, to trenować i dla chłopaka zdobyć medal na olimpiadzie.

– Dla mnie to byłoby niemożliwe – skrzywił się Kōhei.

– Przecież nie ty masz to zrobić, tylko Królik.

– Ja nie każę ludziom, żeby robili rzeczy, których sam nie potrafiłbym zrobić. A ty jak myślisz, Shōta? Gdyby chodziło o ciebie, dałbyś radę?

Pytanie Kōheia wprawiło Shōtę w zakłopotanie. Otworzył usta, zrobił dziwną minę i zamiast odpowiedzieć, zapytał o to samo Atsuyę. Ten popatrzył im prosto w oczy.

– O czym wy w ogóle gadacie? Nie nasz cyrk, nie nasze małpy.

– To co zrobisz z tym listem? – zapytał Kōhei.

– Co mam zrobić? Nic.

– Trzeba napisać odpowiedź. Nie można tego tak zostawić.

– Że co? – Atsuya uśmiechnął się z niedowierzaniem. – Chcesz pisać odpowiedź?

Kōhei kiwnął głową.

– Uważam, że powinniśmy. W końcu otworzyliśmy list.

– Co ty bredzisz? Jeżeli ktoś zostawia list w takim miejscu, to jego problem. Nie będziemy pisać żadnej odpowiedzi. Shōta, ty też tak uważasz, co nie?

– No skoro tak stawiasz sprawę... – Shōta podrapał się po podbródku.

– Zostawmy to. Tylko tracimy czas.

Atsuya poszedł do sklepu i przyniósł stamtąd rolkę papieru washi.

– Bierzcie to, rozłóżcie i śpimy. Zgaście świeczki.

Shōta i Kōhei z wdzięcznością przyjęli po sporym kawałku papieru.

Atsuya rozłożył swój papier na tatami, ostrożnie się na nim wyciągnął i od razu zamknął oczy. Po chwili otworzył je i uniósł głowę.

Shōta i Kōhei siedzieli po turecku, a przed nimi leżał list.

– Nie mogłaby go zabrać ze sobą? – zapytał Kōhei.

– Kogo?

– Swojego chłopaka. Gdyby pojechali razem na to zgrupowanie, mogłaby w spokoju trenować.

– Przecież to nierealne. On jest poważnie chory. Zostało mu pół roku życia.

– Nie jest powiedziane, że on nie chodzi. Albo może jeździ na wózku?

– Jeśliby tak było, nie prosiłaby o radę. Chłopak jest pewnie przykuty do łóżka.

– Tak myślisz?

– Ja...

– Długo jeszcze będziecie mielić ten temat?! – wrzasnął Atsuya. – Mówiłem, że odpuszczamy.

Zapadła cisza, którą dopiero po chwili przerwał Shōta.

– Rozumiem, o co ci chodzi, Atsuya. Tylko że nie potrafię tak po prostu odpuścić. Przecież ta panna Królik naprawdę cierpi. Aż chce się coś dla niej zrobić.

– Chce się coś dla niej zrobić? Nie rozśmieszaj mnie. Niby co? Nie mamy pieniędzy, wykształcenia ani znajomości. Potrafimy tylko włamywać się do czyichś domów. Zresztą nawet to nam nie do końca wychodzi. Kiedy wreszcie ukradliśmy coś cennego, wysiadł nam samochód, którym mieliśmy uciec. Teraz znowu utknęliśmy w tej zakurzonej ruderze. Jak możemy komuś doradzać, skoro mamy kupę własnych problemów? – rozkręcał się Atsuya.

Shōta się pochylił, jakby nagle zwiotczał mu kręgosłup.

– Chodźmy spać. – Głos Atsuyi złagodniał. – Rano, kiedy ludzie ruszą do pracy, wtopimy się w tłum i zwiejemy. Teraz zamierzam spać. Wam radzę to samo.

Shōta w zamyśleniu zaczął rozkładać swój kawałek washi.

– Ej! – Kōhei najwyraźniej się nie poddawał. – Może jednak coś napiszemy?

– Niby co? – zapytał Shōta.

– Odpowiedź. Naprawdę współczuję tej dziewczynie...

– Głupi jesteś?! – ofuknął go Atsuya. – Co z tego, że współczujesz?

– Królik dostanie odpowiedź. Będzie wdzięczna, że ktoś przynajmniej przeczytał o tym, co ją dręczy. Ona cierpi, bo nie ma nikogo, komu mogłaby się zwierzyć. Nawet jeśli nie damy jej konkretnej rady, przynajmniej podtrzymamy ją na duchu, gdy napiszemy coś w stylu: „Domyślam się, jak się z tym czujesz, daj z siebie wszystko”.

– Rób, jak sobie chcesz, bałwanie.

Shōta wstał.

– Nie ma tu czegoś do pisania?

Wziął latarkę i poszli z Kōheiem do sklepu. Chwilę myszkowali po półkach.

– Flamastry wyschły, długopisy są dobre. Znalazłem też jakieś kartki – powiedział uradowany Kōhei.

Ze swoim łupem przeszli do kuchni. O dziwo, zaraz zjawił się tam Atsuya.

– Więc co napiszemy? – Kōhei rozłożył kartki na stole.

– Przed chwilą powiedziałeś: „Domyślam się, jak się z tym czujesz, daj z siebie wszystko”. Chyba wystarczy? – odpowiedział Atsuya.

– To trochę lekceważące...

– To pisz sobie, co chcesz.

– A może napisać to, o czym mówiliśmy przed chwilą? Żeby go ze sobą zabrała? – zaproponował Shōta.

– Sam mówiłeś, że gdyby mogła to zrobić, nie prosiłaby o radę.

– Rzeczywiście tak mówiłem, ale zawsze lepiej się upewnić.

– To co piszemy? – Kōhei spojrzał wyczekująco na Atsuyę.

Ten pokręcił głową.

– Nie mam pojęcia.

Kōhei wziął długopis i spojrzał na pozostałych.

– Jak zacząć?

– Szanowna pani? – podsunął Shōta.

– Takie ceregiele nie są potrzebne. Przecież jej list jest zwyczajny. Wystarczy napisać, tak jak się pisze zwyczajnego maila, i już.

– Niech będzie. Przeczytałem twojego maila... Nie maila. Dobra: Prze-czy-ta-łem twój list...

– Pisz i nie gadaj.

Po chwili Kōhei pokazał im gotowy list.

– Brzydkie pismo – ocenił Shōta.

– Rzeczywiście marnie to wygląda – przytaknął Atsuya. – Piszesz samą hiraganą[6].

Mimo wyrażenia dezaprobaty odczytał półgłosem:

Przeczytałem Twoją wiadomość. Ciężka sytuacja. Domyślam się, jak źle musisz się z tym czuć. Wpadłem na taki pomysł: może zabierałabyś swojego chłopaka ze sobą na zgrupowania i obozy? Przepraszam, ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy.

– Co myślicie? – zapytał Kōhei.

– Chyba może być – odpowiedział Shōta. – Jak sądzisz, Atsuya?

– Jest mi to obojętne – odburknął Atsuya.

Kōhei złożył starannie kartkę i wsunął do koperty dołączonej przez Księżycowego Królika.

– Włóżmy ją teraz do skrzynki na mleko – powiedział i skierował się do tylnych drzwi.

Atsuya westchnął głośno.

– Co ty sobie wyobrażasz? Dajesz rady kompletnie obcej osobie? Na dodatek wciągnąłeś w to Shōtę.

– Nie mów tak. Od czasu do czasu można...

– Co niby można?

– Przecież zwykle nie dbamy o innych. Poza tym nikt nas nie prosi o radę. Może to jedyna taka okazja? Pierwsza i ostatnia. Chyba raz w życiu można się wysilić?

– Nie zapominaj, kim jesteś – parsknął Atsuya.

– Wieczko skrzynki z trudem się podnosi. Pewnie nie używano jej od długiego czasu – oznajmił Kōhei po powrocie.

– No przecież. Od dawna nikt nie rozwozi mleka.

Atsuya najwyraźniej nadal był zirytowany, bo po chwili niespodziewanie zapytał:

– Ej, Kōhei! Co zrobiłeś z rękawiczkami?

– Z rękawiczkami? Mam je. Leżą tu, na stole.

– Kiedy je zdjąłeś?

– Kiedy pisałem list. W rękawiczce trudno trzymać długopis.

– Ty kretynie! – Atsuya wstał. – Na kartce będą twoje odciski palców!

– Odciski palców? No i co z tego? – Na pucołowatej twarzy Kōheia odmalowało się zdumienie.

Atsuya miał ochotę go uderzyć.

– Jak to co? A jeśli ten list wpadnie w ręce policji? Od razu nas znajdą. Sprawdzą odciski palców i pozamiatane. Twoje odciski są przecież w bazie.

– Cholera, masz rację...

Atsuya kilka razy przemierzył kuchnię dużymi krokami, później wyszedł na dwór. Rzeczywiście musiał użyć siły, by unieść wieczko skrzynki na mleko. Oświetlił je latarką. Skrzynka była pusta. Szybko cofnął się do sieni i zawołał:

– Kōhei, gdzie go włożyłeś?!

Kōhei wyjrzał z kuchni.

– No wiadomo... Do skrzynki na mleko.

– Nie ma go tam.

– Musi być...

– Może spadł? – Atsuya poświecił latarką.

– Na pewno nie. Jestem pewien, że wrzuciłem go do skrzynki.

– To gdzie nagle przepadł?

– Nie mam pojęcia... – Kōhei wzruszył ramionami.

Szybko podszedł do nich najwyraźniej zdumiony czymś Shōta.

– Co się stało?

– Usłyszałem w sklepie jakiś dźwięk i kiedy poszedłem sprawdzić, co się stało, znalazłem to w kartonie pod otworem w rolecie. – W dłoni trzymał zaklejoną kopertę.

Atsuya wstrzymał oddech. Zgasił latarkę i przeszedł wolno wzdłuż ściany domku, starając się nie wydać żadnego odgłosu. Spojrzał ukradkiem na sklep od frontu.

– Przecież...

Przed sklepem nie zobaczył żywej duszy.

[5] Gra słów: nayami oznacza po japońsku zmartwienie, troskę.

[6] Jeden z dwóch japońskich systemów pisma sylabicznego kana. Służy przede wszystkim do zapisywania końcówek gramatycznych, partykuł i słów, które nie mają własnego zapisu znakami logograficznymi kanji.

3

Bardzo dziękuję za szybką odpowiedź. Po wrzuceniu listu do Pańskiej skrzynki cały następny dzień zastanawiałam się, czy aby nie sprawiłam Panu kłopotu. Otrzymana odpowiedź nieco mnie uspokoiła.

Pańska rada jest jak najbardziej słuszna. Gdybym tylko mogła, chętnie zabierałabym swojego chłopaka na treningi. Nie jest to jednak możliwe z powodu stanu jego zdrowia – musi leżeć w szpitalu i być pod stałą obserwacją lekarzy. Tylko dzięki temu choroba nie postępuje szybko.

Gdybym mogła, trenowałabym w pobliżu szpitala. Niestety, nie ma tam odpowiedniego miejsca. Poza tym, jak wspominałam, muszę wyjeżdżać. Kiedy jestem na miejscu, dzielę czas między treningi i wizyty w szpitalu.

Tymczasem zbliża się wyjazd na kolejny obóz. Dzisiaj widziałam się ze swoim chłopakiem. Kazał mi intensywnie trenować. Obiecałam mu to. Miałam ochotę powiedzieć, że nie chcę jechać, że wolę zostać przy nim, ale się powstrzymałam. Wiem, że sprawiłabym mu ból.

Gdyby można było widzieć się na odległość... Marzę, abyśmy mogli, tak jak to jest w komiksach, rozmawiać i jednocześnie widzieć się nawzajem na ekranie telefonu. Marząc, uciekam od smutnej rzeczywistości...

Dziękuję Panu za zaangażowanie się w moją sprawę. Trochę mi lżej na duszy, kiedy mogę przelać swoje uczucia na papier i wiem, że przeczyta to życzliwa osoba.

Myślę, że sama muszę znaleźć rozwiązanie, ale jeśli coś jeszcze przyszłoby Panu na myśl, proszę dać mi znać. A jeżeli nie może mi Pan poradzić nic więcej, proszę o tym napisać. Nie chcę Panu sprawiać kłopotu.

Jutro zajrzę do skrzynki na mleko.

Serdecznie dziękuję

Księżycowy Królik

Czytali list po kolei, Kōhei jako ostatni. Kiedy skończył, podniósł głowę i zamrugał.

– Co to ma znaczyć?

– Pojęcia nie mam – mruknął Atsuya. – Co tu się wyprawia?

– To odpowiedź od Królika.

– Tylko skąd się tutaj wzięła?! – zapytali jak na komendę Shōta i Atsuya.

– Jak to skąd? – Kōhei podrapał się po głowie.

– Włożyłeś list do skrzynki na mleko zaledwie pięć minut temu – wyjaśnił Atsuya. – Kiedy poszedłem sprawdzić, już go tam nie było. Nawet jeśli ta cała panna Królik miałaby przyjść i go odebrać, napisanie tak długiej odpowiedzi zajęłoby jej sporo czasu. Coś tu nie gra, kapujesz?

– Rzeczywiście to dziwne, ale odpowiedź jest od niej, prawda? Przecież wyraźnie odnosi się do mojej rady...

Atsuya nie mógł zaprzeczyć.

– Dawaj mi go! – Wyrwał Kōheiowi list z ręki i przeczytał ponownie. – Rzeczywiście, nie można było napisać tej odpowiedzi, jeśli się nie znało rady Kōheia – stwierdził.

– Niech to szlag! Ktoś sobie z nas jaja robi – rzucił rozgniewany Shōta.

– Właśnie! – Atsuya przyłożył mu palec do piersi. – Ktoś to podstępnie zaplanował.

Atsuya rzucił list na podłogę i otworzył szafkę oshiire. W środku zobaczyli tylko futon i kartonowe pudła.

– Co ty wyprawiasz? – zapytał Shōta.

– Sprawdzam, czy ktoś się tu nie ukrywa. Ten ktoś mógł podsłuchać naszą rozmowę, zanim Kōhei napisał list, i zawczasu ułożyć odpowiedź. A może zamontował podsłuch? Wy też się rozejrzyjcie!

– Czekaj! Po jakiego licha ktoś miałby coś takiego robić?

– Bo ja wiem? Dla jaj? Może ktoś ma takie hobby, że ukrywa się w opuszczonych domach i drwi z ludzi?

Atsuya oświetlił latarką ołtarzyk. Shōta i Kōhei stali nieruchomo.

– Co jest? Czemu nie szukacie?

– Nie wydaje mi się, żeby tu był ktoś oprócz nas – wyjaśnił Shōta.

– Zastanów się. Nie ma innego wyjaśnienia.

– Ach tak? – Shōta wciąż się nie ruszał. – A jak wytłumaczysz zniknięcie listu?

– To jakiś trik.

– Trik...

Kōhei podniósł głowę znad kartki.

– Z tą dziewczyną jest coś nie tak...

– Co takiego? – zaciekawił się Atsuya.

– Przecież napisała, że dobrze byłoby rozmawiać przez telefon i jednocześnie widzieć się nawzajem na ekranie. Ona nie ma opcji rozmów wideo na swojej komórce?

– Chodzi pewnie o to, że na terenie szpitala jest zakaz korzystania z telefonów – odpowiedział Shōta.

– Pisze o komiksach. Pewnie nie wie, że są komórki z możliwością rozmowy wideo.

– Niemożliwe. Na jakim świecie ona żyje?

– To musi być to. Wytłumaczmy jej. – Kōhei podszedł do stołu.

– Znowu napiszesz odpowiedź? Nie rozumiesz, że ktoś zabawia się naszym kosztem? – zawołał Atsuya.

– Tego jeszcze nie wiemy.

– Przecież to jasne, że ktoś nas robi w balona! Pewnie w tej chwili też nas podsłuchuje, więc natychmiast napisze odpowiedź. Czekaj! Coś przyszło mi do głowy. Dobra, odpisz jej.

– Co tym razem? – dopytywał się Shōta.

– Spokojnie, zaraz zobaczysz.

– Skończyłem. – Kōhei odłożył długopis.

Atsuya popatrzył na kartkę. Tak jak poprzednim razem pismo było brzydkie.

Przeczytałem Twój drugi list. Dam Ci radę. Są telefony, które umożliwiają rozmowy wideo. I jest wiele różnych apek do pobrania. Dowiedz się. W

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

4

Dostępne w wersji pełnej.

5

Dostępne w wersji pełnej.

6

Dostępne w wersji pełnej.

II

Dostępne w wersji pełnej.

1

Dostępne w wersji pełnej.

2

Dostępne w wersji pełnej.

3

Dostępne w wersji pełnej.

4

Dostępne w wersji pełnej.

5

Dostępne w wersji pełnej.

6.

Dostępne w wersji pełnej.

7

Dostępne w wersji pełnej.

8

Dostępne w wersji pełnej.

9

Dostępne w wersji pełnej.

10

Dostępne w wersji pełnej.

III

Dostępne w wersji pełnej.

1

Dostępne w wersji pełnej.

2

Dostępne w wersji pełnej.

3

Dostępne w wersji pełnej.

4.

Dostępne w wersji pełnej.

5

Dostępne w wersji pełnej.

6

Dostępne w wersji pełnej.

7.

Dostępne w wersji pełnej.

IV

Dostępne w wersji pełnej.

1

Dostępne w wersji pełnej.

2

Dostępne w wersji pełnej.

3

Dostępne w wersji pełnej.

4.

Dostępne w wersji pełnej.

5

Dostępne w wersji pełnej.

6

Dostępne w wersji pełnej.

7

Dostępne w wersji pełnej.

8

Dostępne w wersji pełnej.

9

Dostępne w wersji pełnej.

10

Dostępne w wersji pełnej.

V

Dostępne w wersji pełnej.

1

Dostępne w wersji pełnej.

2.

Dostępne w wersji pełnej.

3

Dostępne w wersji pełnej.

4

Dostępne w wersji pełnej.

5

Dostępne w wersji pełnej.

6.

Dostępne w wersji pełnej.

7

Dostępne w wersji pełnej.

8

Dostępne w wersji pełnej.

9

Dostępne w wersji pełnej.

10

Dostępne w wersji pełnej.

11

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Tytuł oryginału: Namiya zakkaten no kiseki

Copyright © Keigo Higashino 2012, 2014.

First published in Japan in 2012 by KADOKAWA CORPORATION, Tokyo.

Polish translation rights arranged with KADOKAWA CORPORATION, Tokyo through TUTTLE-MORI AGENCY, INC., Tokyo and CHANDLER CRAWFORD AGENCY INC., Massachusetts

Copyright © for the translation by Nikodem Karolak

Wydawca prowadzący: Olga Orzeł-Wargskog

Redaktor prowadzący: Anna Małocha

Redakcja tekstu: Krystyna Podhajska

Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak

Ozdobnik we wnętrzu książki: Nikola Hahn

Adiustacja: Anna Kopeć-Śledzikowska / Wydawnictwo JAK

Korekta: Maria Armata / Wydawnictwo JAK,

Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK

Projekt okładki: Nikola Hahn

ISBN 978-83-7515-609-6

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cuda za rogiem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę