Polska może być lepsza

Polska może być lepsza

Autorzy: Radosław Sikorski

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.39 zł

Świat jeszcze przed chwilą patrzył na nas z podziwem. Liczono się z naszym zdaniem. Byliśmy wiodącym państwem Europy. Dziś spogląda się na nas ze zdumieniem. Stoimy z boku. Władza mówi, że dumnie, ale faktem jest, że samotnie.

 

Po co nam Unia Europejska? Czy zagraża nam Rosja? Na ile możemy polegać na USA? Jak wrócić do wielkiej gry?

 

Na takie pytania odpowiada Radosław Sikorski, wykładowca Harvardu, były minister obrony i spraw zagranicznych. Człowiek, który prowadził grę z największymi: Clinton, Ławrowem, Merkel czy Janukowyczem.

Wstęp

Fundamenty Zachodu drżą w posadach. Chiny wyprzedzają USA jako największa gospodarka świata, Unia Europejska chwieje się na nogach po mocnych ciosach zadanych przez kilka kryzysów jednocześnie, Rosja najeżdża sąsiedni kraj, morduje i straszy. A Polska, zamiast współprzewodzić Europie, rozpamiętuje stare krzywdy i sama stawia się pod pręgierzem.

Byłem najdłużej urzędującym ministrem spraw zagranicznych wolnej Polski od czasu płk. Józefa Becka. Dlatego uznałem, że moim obowiązkiem jest napisać książkę, która spróbuje przekazać porcję wiedzy i refleksji dotyczących tego, z jakimi wyzwaniami borykała się nasza polityka zagraniczna w latach 2007–2014 i jakie można z tego wyciągnąć wnioski na dziś.

Uważam, że w poważnym państwie kolejne ekipy rządzące nie mogą być jak nowicjusz, którego ciągle dziwią oczywistości. Uczenie się poprzez rządzenie jest kosztowną formą edukacji. Wbrew temu, co myślą polityczni entuzjaści, z większością dylematów, przed którymi stajemy obecnie, stawali już nasi przodkowie i poprzednicy. Warto wiedzieć, dlaczego dokonywali takich, a nie innych wyborów po to, aby nasze były lepsze. Przez ostatnie dekady Polska znajdowała się przecież w tym samym miejscu na mapie, miała swoje aspiracje i podobne ograniczenia w działaniu. Czasy nie zmieniają się tak bardzo, jak nam się wydaje.

Moi poprzednicy – Krzysztof Skubiszewski, Andrzej Olechowski, Dariusz Rosati, Bronisław Geremek, Władysław Bartoszewski i Włodzimierz Cimoszewicz – wykonali zadania, o których marzyły pokolenia Polaków: wyjście z Układu Warszawskiego i Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, wyprowadzenie z kraju wojsk sowieckich, przystąpienie do Rady Europy, Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej. Dzięki ich osiągnięciom byłem ministrem spraw zagranicznych, który nie przewodził już krajowi kandydatowi. Mieliśmy swoje miejsce w instytucjach Zachodu, a te dopiero zaczynały być testowane od zewnątrz przez wschodzące mocarstwa autorytarne, a od wewnątrz przez narodowe populizmy. Premier Donald Tusk dawał mi wolną rękę, a koniunktura międzynarodowa – mimo kryzysu finansowego i turbulencji w strefie euro – raczej nam sprzyjała. Historia dała mi szansę, aby realizować marzenie pokolenia „Solidarności”: nie tylko walczyć o polskie interesy, lecz także wpływać na losy całego kontynentu.

Polityka zagraniczna często decyduje o losach narodu, o tym, czy dojdzie do wojny, czy zapanuje pokój, czy kraj będzie niepodległy, czy trafi pod czyjeś jarzmo, czy będzie się rozwijał w wolności, czy też biedował w niewoli. Naiwnością byłoby sądzić, że można ją wyciągnąć poza nawias demokratycznego sporu. Stanie się więc przedmiotem oceny – zarówno życzliwej, jak i uprzedzonej. Jednego mi wszakże krytycy odmówić nie mogą, a mianowicie tego, że kierowany przeze mnie MSZ był prawdziwym centrum dowodzenia naszą polityką zagraniczną. Inne ośrodki również miały na nią swój wpływ, ale to do MSZ docierały informacje z całego świata, to MSZ kreował koncepcję i podejmował działania, które ją realizowały. Niby to oczywiste, ale jednak są okresy – tak jak w chwili, gdy piszę te słowa – że MSZ funkcjonuje jak biuro podróży albo nawet jak straż pożarna do gaszenia pożarów spowodowanych przez międzynarodowe kompromitacje.

W wykorzystywaniu naszej dobrej koniunktury wspierało mnie pokolenie dyplomatów wychowanych już w wolnej ojczyźnie, świetnie wykształconych, światowych i głodnych sukcesu. To dzięki nim udało się to, co się udało. Widząc, jak łatwo można zachwiać naszą pozycją międzynarodową, przechodzą dziś trudne chwile. Żyją nadzieją, że rządy się uczą i powrót do skutecznej polityki zagranicznej jest możliwy. To im, a także ich następcom dedykuję ten tom. Oby dane im było zobaczyć, jak Polska wraca na należne jej miejsce w hierarchii narodów.

Prolog

22 lutego 2014 roku po południu, po zakończeniu tłumnej konferencji prasowej przed gmachem administracji prezydenta Ukrainy, zszedłem wraz z całą polską delegacją na kijowski Majdan. Nad miastem unosił się jeszcze dym palonych opon, a w powietrzu wisiał swąd gazu łzawiącego. Dopiero teraz zobaczyliśmy jego skalę. Nie tylko plac Niepodległości, lecz także cały Chreszczatyk był jednym wielkim obozowiskiem. Turystyczne i wojskowe namioty, kuchnie polowe, konstrukcje z plakatami i manifestami, flagi, a wśród nich wymęczeni, wymarznięci, opatuleni ludzie. Strzyżone głowy, zawadiackie wąsy i hajdawery, jakby statyści urwali się z planu Ogniem i mieczem. Straż Majdanu uzbrojona w maczugi z nabitymi gwoździami podprowadziła nas do ołtarzyka Niebiańskiej Sotni – około stu obrońców Majdanu – gdzie przed fotografiami poległych paliły się znicze. Złożyliśmy przed nimi kwiaty i uczciliśmy ich pamięć minutą ciszy. Gdy tłum rozpoznał naszą delegację, rozległy się propolskie i proeuropejskie okrzyki. „Oby ta wyprawa kijowska skończyła się lepiej niż poprzednie” – pomyślałem.

Jeszcze wczoraj ginęli tu ludzie. Strzały ustały dopiero dzięki podpisanemu godzinę wcześniej porozumieniu pomiędzy prezydentem Wiktorem Janukowyczem a liderami opozycji oraz mediatorami i świadkami: ministrami spraw zagranicznych Polski, Niemiec i Francji. Oświadczenia z poparciem wydały Bruksela i Biały Dom. Akcję relacjonowały najważniejsze światowe media. Cały świat odetchnął z ulgą, że eskalacji masakry udało się zapobiec.

Porozumienie, które podpisaliśmy, zostało podważone jeszcze tego samego dnia. Jakiś oszołom krzyknął z trybuny na placu Niepodległości, że umowy zawierane z mordercą są nieważne. Uciekający Janukowycz odpowiedział, że w takim razie on nie ratyfikuje przywrócenia bardziej demokratycznej konstytucji. Porozumienie wprawdzie nie zostało zrealizowane, ale i tak zmieniło bieg historii Ukrainy, Rosji i Zachodu. W rezultacie ucieczki Janukowycza i agresji rosyjskiej na Krym i Donbas Ukraina straciła terytorium, ale zwróciła się w stronę Zachodu. Rosja spróbowała podbić połowę Ukrainy, ale poniosła porażkę. Nie tylko straciła wpływy w Kijowie, lecz także stała się pariasem Europy, a Unia Europejska i USA wprowadziły wobec niej sankcje finansowe, osobowe i technologiczne. Dopiero w rezultacie kryzysu ukraińskiego NATO zaczęło się dozbrajać i wreszcie ćwiczyć scenariusze obrony swojej wschodniej flanki.

Zwolennicy Unii Europejskiej na kijowskim Majdanie kilka tygodni przed podpisaniem porozumienia z Wiktorem Janukowyczem, 19.01.2014 r.

fot. Andrzej Lange/SE/East News

Do tego porozumienia – a więc może i do jego skutków – by nie doszło, gdybym trzy dni wcześniej nie skrzyknął kolegów ministrów na ryzykowną wyprawę do Kijowa. O jej przebiegu na dalszych stronach. Tu chciałbym tylko zaznaczyć, że to właśnie w momentach kryzysu objawia się użyteczność dyplomacji dla danego państwa, jej zdolność przewidywania i siła sprawcza. Kryzys powoduje, że widzimy, kto wygrywa, a kto przegrywa. Kto przewidywał i się przygotowywał, a kto marnował czas.

W chwili, gdy piszę te słowa, wiosną 2018 roku, taka interwencja dyplomatyczna Polski w palący kryzys europejski – na dobre czy na złe – nie byłaby możliwa, o skuteczności nie wspominając. Wobec Polski wszczęto procedury badania rządów prawa, a polscy ministrowie, zamiast wzbudzać zaufanie, powodują zakłopotanie i zdumienie. Ich propozycje – tym bardziej wiążące się z politycznym ryzykiem – nie tyle wzbudziłyby chęć uczestnictwa, ile zrodziły dystans.

I jak dziś polski minister nie skrzyknąłby w parę godzin misji europejskiej do Kijowa, tak Polska nie jest obecnie uważana ani za członka grupy trzymającej władzę w Unii Europejskiej, ani za przywódcę swojego regionu. Zamiast wygrywać głosowanie w wyborach na Przewodniczącego Rady Europejskiej stosunkiem 28:0, przegrywamy 1:27. Zamiast ze starej przyjaźni chronić Węgry przed skutkami ich skrętu ku autorytaryzmowi, Polska odwrotnie – liczy na to, że gdy przyjdzie do głosowań nad ewentualnymi sankcjami wobec Polski, ideologiczni pobratymcy w Budapeszcie się zlitują i nie zawiodą. Odmieniając przez wszystkie przypadki słowo „suwerenność”, nasz nacjonalistyczny rząd zmienia nowelizację ustawy o IPN pod dyktando Izraela i USA.

Nie jesteśmy krajem wiodącym ani w promowaniu wartości europejskich na Wschodzie, ani w umacnianiu granic i obronności europejskiej, ani w walce o niezależność energetyczną UE. Programy i instytucje, które powstawały z polskiej inicjatywy i służyły naszym interesom: Partnerstwo Wschodnie, Europejski Fundusz na rzecz Demokracji, Wspólnota Demokracji – jeśli działają nadal, to mimo sytuacji w Polsce, a nie dzięki niej. Kraje bałkańskie czy wschodnioeuropejskie, które do niedawna aspirowały do powtórzenia drogi wiodącej Polskę do Europy i do dobrobytu, dziś stronią od nas jak od zadżumionych. Polska dyskusja o polityce zagranicznej – zamiast tryskać pomysłami, jak przynosić rozwiązania dla całego kontynentu – skupia się na walce z przyjaciółmi o historię, „godność” i prawdziwe bądź urojone krzywdy. Niedawni sojusznicy: Szwecja i Niemcy – zachodzą w głowę, co nam nagle odbiło. Kraje generalnie nam życzliwe, ale trudne we współpracy: Francję, Izrael, Ukrainę – poobrażaliśmy. A dzisiejsi ideologiczni sojusznicy – Wielka Brytania i USA – gloryfikują narodowe samolubstwo, które z jakiegoś powodu miałoby nie dotyczyć Polski. Światowe media, które kiedyś nie mogły się nachwalić naszych sukcesów, dziś stawiają nas w jednym rzędzie z satrapiami.

Lepsza krytyka od poklepywania po plecach, powie nasz domorosły statysta. Skoro obcy nas krytykują, to znaczy, że rząd wreszcie nie kłania się zagranicy w pas, lecz twardo walczy o sprawy Ojczyzny. Logika to wątpliwa, bo generalnie tak w życiu osobistym, jak i narodowym lepiej jest mieć opinię dobrą niż złą. A jeśli już liczyć się z pogorszeniem reputacji, to wypadałoby wskazać jakieś korzyści, które się dzięki temu zdobywa. Rosja stała się celem krytyki i sankcji za Anschluss Krymu, ale przynajmniej powiększyła terytorium. Korea Północna jest w izolacji, ale uzyskała bombę atomową. Chiny są krytykowane za fortyfikowanie wysepek na Morzu Południowochińskim, ale zyskują przestrzeń strategiczną i dostęp do podwodnych zasobów. A jakie korzyści my osiągamy?

Skoro świat jest tak niezgłębiony i nieprzyjazny, to do czego nam właściwie potrzebna dyplomacja? Czy naprawdę musimy wydawać setki milionów złotych rocznie na zagraniczne pałacyki, zamorskie wojaże i gości we frakach pijących szampana i wcinających ośmiorniczki? Jakie ma korzyści i jakie ryzyko ponosi zwykły Polak z tego, że nas za granicą chwalą bądź krytykują? Czy świat zewnętrzny nie mógłby się od nas po prostu odczepić? Przecież odzyskaliśmy suwerenność, co oznacza: „Wolnoć, Tomku, w swoim domku”.

Niestety nie. Już Gaweł z wiersza Aleksandra Fredry odkrył, że jeśli on na dole może głośno polować, to Paweł na górze może łowić ryby, co prędzej czy później wpłynie i na jego standard życia. Jak w życiu między ludźmi obowiązuje zasada: „Jak ty komu, tak on tobie”, tak w dyplomacji uznaje się prawo do wzajemności. Polska nie znajduje się na innej planecie, wręcz przeciwnie, usytuowana jest w jednym z mniej stabilnych miejsc Europy. I w interakcjach z sąsiadami może uzyskiwać korzyści albo straty. Zagranica może przyczyniać się do naszego bezpieczeństwa albo nam zagrażać. Naszą suwerenność można umacniać albo ją stracić.

Nie jesteśmy ani supermocarstwem, które może coś dyktować innym, ani kraikiem zależnym, który swą politykę zagraniczną oddaje w cudze ręce. Na mniej więcej dwieście państw będących członkami Organizacji Narodów Zjednoczonych w większości kategorii jesteśmy na szczycie trzeciej dziesiątki, z potencjałem i ambicjami, aby wejść do drugiej dziesiątki najważniejszych krajów świata. Całkiem nieźle jak na państwo, którego sto lat temu nie było na mapie. Nasz wzrost lub spadek w rankingu państw nie zależy tylko od polityki zagranicznej, ale polityka zagraniczna może ten proces wspierać bądź go osłabiać.

Podsumujmy. Polityka zagraniczna to całość oddziaływania jednej wspólnoty na drugą. Dyplomacja to sposób komunikowania się wspólnot między sobą. Celem polityki zagranicznej, której głównym instrumentem pozostaje dyplomacja, jest wpływanie na to, aby inne wspólnoty zmieniały swoje zachowanie zgodnie z naszymi interesami i ambicjami. A więc dobra dyplomacja nie musi być ani miękka, ani twarda; ani głośna, ani cicha; ani pokazowa, ani zakulisowa – lecz po prostu skuteczna. A testem jej skuteczności jest to, czy dzięki jej działaniom Polska realizuje swoje cele narodowe, czy jest bezpieczniejsza, zamożniejsza i potężniejsza, krótko mówiąc, czy rośnie w hierarchii narodów, czy spada. Ta książka jest o tym, jak próbowałem prowadzić skuteczną politykę zagraniczną Polski w latach 2007–2014 i jakie z tego wynikają lekcje dla moich następców.

1. Misja do Kijowa

19 lutego 2014 roku byłem z rodziną na dorocznym urlopie narciarskim w Dolomitach, ciesząc się niemieckim przygotowaniem stoków i włoskim jedzeniem. Wiadomości już wtedy czerpałem głównie z serwisów społecznościowych, do których zerknąłem, gdy moi bliscy przebierali się w kombinezony. Przez noc zebrały się na Twitterze niepokojące informacje, jakoby na kijowskim Majdanie, po miesiącach przeważnie pokojowych demonstracji, polała się krew. Ktoś umieścił krótki film małej, niezależnej ukraińskiej telewizji obywatelskiej Hromadske. Obraz był nieostry i nieustabilizowany, ale odgłosy strzałów i krzyki przerażonych ludzi – wyraźne i przejmujące. Po największych prounijnych demonstracjach w historii kontynentu ukraińskie marzenie o Europie miało zostać utopione we krwi. Pokazałem filmik żonie i synom – widzieli to co ja i z góry mi wybaczyli. Kolejny zepsuty urlop, ale musiałem tam być.

Zamiast na stoki poszliśmy na spacer wzdłuż trasy biegowej. Pierwszy telefon do ministra Tomasza Arabskiego, czy ewentualnie byłby samolot rządowy, aby przerzucić mnie bezpośrednio do Kijowa. Drugi do premiera Donalda Tuska, z prośbą o zgodę na misję. Wiedział, że to będzie ryzykowne, ale mi zaufał. Trzeci do Catherine Ashton, wysokiej przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, z pytaniem, czy jeśli uda mi się do misji rozjemczej doprosić ministrów spraw zagranicznych Niemiec i Francji, to zgodzi się, aby nazwać ją misją całej Unii Europejskiej. Odpowiedź brzmiała, że jeśli sam ich przekonam, to ona nie ma nic przeciwko. Czwarty do Franka-Waltera Steinmeiera, który nie tylko od razu się zgodził, lecz także wziął na siebie doproszenie Laurenta Fabiusa. W czasie tego spaceru po lesie oczywiście zostałem w tyle i odpowiadałem rumieńcem na karcący wzrok napotkanych turystów, w tym moich rodaków, którzy oburzali się na głośne rozmowy przez telefon. Zanim skończyłem, moja oddana ekipa BOR już wiedziała, że do Kijowa wylecimy specem z Monachium. Do ministra spraw zagranicznych Ukrainy i do sekretarza generalnego NATO dodzwoniłem się już z samochodu. W tym czasie nasz ambasador w Kijowie Henryk Litwin i ambasador unijny – dzięki naszym zabiegom też Polak, Jan Tombiński – już ruszyli z przygotowaniami logistycznymi w Kijowie.

To, że misję, która w normalnych okolicznościach zajęłaby kilka tygodni wytężonej pracy, udało się zorganizować w kilka godzin, było oczywiście wynikiem dramatyzmu sytuacji, ale również następstwem zakumulowanego doświadczenia i wypracowanej pozycji. To, że miałem w swoim telefonie numery komórkowe do wszystkich istotnych uczestników kryzysu i ze wszystkimi byłem na ty, choć w nagłych sytuacjach i to ma znaczenie, tym razem by nie wystarczyło. Kluczowe było to, że decydenci znali mnie, nauczyli się poważnie traktować polskie propozycje i gotowi byli uznać, że polska inicjatywa może być częścią rozwiązania, a nie źródłem kłopotów. Wiedzieli, że w sytuacjach podbramkowych zagramy zespołowo, a nie indywidualnie, na wariata. I że jest szansa na sukces. Na taką pozycję pracuje się wiarygodną dyplomacją latami. Tę pozycję kładłem teraz na szali na rzecz Ukrainy. Dla ważnych historycznych i geostrategicznych powodów.

Już Winston Churchill stwierdził: „Nic tak nie dzieli Polaków i Ukraińców jak ich wspólna historia”. Dotyczy to zarówno historii dawniejszej, jak i najnowszej. Łączy nas jednak myśl o wspólnej przyszłości, ale na drodze do jej realizacji poruszamy się w bardzo różnym tempie. Gorzko komentuje je ukraiński żart rysunkowy, który widziałem w trakcie jednej z moich wizyt w tym kraju: dwóch Ukraińców rozmawia o sytuacji swojego kraju w latach 1990, 2005 (pomarańczowa rewolucja) i 2015 (po wydarzeniach na Majdanie). W roku 1990 jeden z nich mówi: „Już za 5 lat dogonimy Polskę”. W roku 2005 ten sam mówi: „Polskę dogonimy już za 10 lat”. W roku 2015 oznajmia: „Jeszcze tylko 20 lat i dogonimy Polskę”. Boję się, że ten żart zdążył w ostatnich latach wiele na swoim dowcipie stracić.

W niepodległość wkroczyliśmy razem z Ukraińcami z otwartymi głowami i z mniej więcej jednakowymi szansami. To, co wiele lat powtarzał nam Jerzy Giedroyc – że bez wolnej Ukrainy nie może być wolnej Polski – zrealizowało się bardzo dosłownie. To właśnie działania Ukraińców zadecydowały ostatecznie o upadku Związku Radzieckiego. Wielu – co wyraziło się w geście natychmiastowego uznania niepodległości Ukrainy przez Polskę – stwierdziło nawet, że być może nadchodzi czas realizacji marzeń Piłsudskiego o polsko-ukraińskim sojuszu. Ukraina wydawała się jednak krajem, który konsekwentnie postanowił nas rozczarowywać.

Jeśli ktoś, obserwując ukraińską scenę polityczną przez ostatnie lata, miał wrażenie, że to Polska bardziej chce, by Ukraina stała się normalnym zachodnim państwem, często bardziej niż ona sama, wiele się nie mylił. Badania opinii publicznej regularnie wykazywały, że Ukrainę jako członka Unii Europejskiej widział większy odsetek Polaków niż samych Ukraińców. W tej sprawie prowadzący polską politykę zagraniczną wykazali się równie wielką konsekwencją co Ukraińcy, a w szczególności ukraińscy politycy. Z tym że oni konsekwentnie swój proces integracji z zachodnim światem utrudniali.

Polityczne ryzyko i wysiłek podejmowane były przez właściwie wszystkich liderów naszej polityki zagranicznej – od Krzysztofa Skubiszewskiego po Grzegorza Schetynę, od Lecha Wałęsy po Bronisława Komorowskiego, a w szczególności przez Lecha Kaczyńskiego, który sprawami polsko-ukraińskimi zapisał najlepszą – w moim przekonaniu – kartę swojej prezydentury. Także i ja miałem niemiły obowiązek tonowania – słusznego przecież – oburzenia przeciwko sposobowi traktowania zbrodni wołyńskiej przez Ukraińców, aby nie wykorzystano jej do zaostrzenia stosunków polsko-ukraińskich. Takie zaostrzenie, nawet jeśli dochodziło do niego z uzasadnionych powodów, zawsze sprawiało, że Rosja dostawała do ręki wygrywające karty. Tak dziwnie się złożyło, że w lipcu 2013 roku wniosek o nową uchwałę sejmową w sprawie zbrodni wołyńskiej złożył pewien poseł PSL znany z sympatii do Rosji, i to mimo że Sejm przegłosował uchwałę w tej sprawie zaledwie rok wcześniej. Zgodnie ze stanowiskiem Instytutu Pamięci Narodowej nazwano w niej masakrę wołyńską „czystką etniczną o znamionach ludobójstwa”. A teraz nagle miało być użyte po prostu określenie „ludobójstwo”, czym zrównano by zbrodnię wołyńską ze zbrodniami hitlerowskimi, mimo że od tego czasu nie ujawniono żadnych nowych okoliczności. Jedyną nową okolicznością było to, że Ukraina aspirowała właśnie do umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. I nie trzeba było być nadmiernie przenikliwym ani podejrzliwym, aby odgadnąć, komu może zależeć na polsko-ukraińskiej awanturze o historię.

Polska była w tej rozgrywce o wprowadzenie Ukrainy do Europy kluczowa, bo przyjęła na siebie – z pragmatycznych, strategicznych względów – rolę ambasadora Ukrainy w Europie. Nikt nie mówił, włączając samych Ukraińców, że będzie to rola łatwa i przyjemna. Pytanie brzmi raczej: „Czy Polska mogłaby tej roli na siebie nie przyjąć?”. Moim zdaniem tylko jeśli chcielibyśmy realizować politykę, której symbolem stało się zajęcie Zaolzia – jedna z najgłupszych decyzji w naszej polityce zagranicznej, za którą przecież też stała historyczna krzywda. A więc nie, nie mogła. Zresztą powiedzmy szczerze – nie wynika to z miłości do Ukrainy czy Ukraińców, ale z własnego interesu. Polska powinna grać o Ukrainę z Rosją, bo rosyjska Ukraina to najprostsza droga do zagrożenia naszej suwerenności. Dziś widać to jak na dłoni: gdyby prezydent Władimir Putin nie musiał zabiegać o zdjęcie sankcji nałożonych po aneksji Krymu, gdyby nie musiał finansować swoich dywersantów we wschodniej Ukrainie, gdyby nie groziły mu rozprawy przed międzynarodowymi trybunałami za to, że jego żołnierze zestrzelili nad Ukrainą samolot cywilny, toby miał więcej środków i czasu na zajmowanie się państwami bałtyckimi albo przesmykiem suwalskim.

Kiedyś rywalizacja o Ukrainę oznaczała próby integracji albo kolonizacji, w dzisiejszych realiach zaś oznacza grę o europejskość Ukrainy. Właściwie to Polska uczuliła Zachód na fakt istnienia Ukrainy jako odrębnego państwa. Polska uświadomiła Zachodowi jej strategiczne położenie. Większość krajów zachodnich z łatwością by się zgodziła na jakąś formułę przynależności Kijowa do rosyjskiej strefy wpływów. Sama Ukraina miała okresy bardzo burzliwych stosunków i ze Stanami Zjednoczonymi, i z Unią Europejską.

Krnąbrności Ukrainy nie trzeba usprawiedliwiać, ale z całą pewnością trzeba rozumieć jej przyczyny. Jest to państwo wieloetniczne i stosunkowo duże. Oczywiście to zasługa polityki sowieckiej. Jej obecny kształt (czy raczej kształt sprzed aneksji Krymu i walk w Donbasie) jest de facto wynikiem próby pozyskania ukraińskich elit w zamian za przekazanie Ukrainie ziem, których ukraińskość była oceniana na wyrost. Najjaskrawszym tego przykładem był naturalnie Krym. Ukraina w kontaktach z nami miała więc zawsze poczucie bycia partnerem biedniejszym, ale większym. I niestety – nasze poparcie dla spraw ukraińskich nie zawsze spotykało się z wdzięcznością. Pamiętam, jak trudno było umówić spotkanie premierów Tuska i Julii Tymoszenko, jak zbywano nasze kolejne prośby o uczciwe traktowanie inwestorów polskich na Ukrainie. Orką na ugorze okazywały się zawsze sprawy bilateralne – a to wleczące się latami przekazanie domu we Lwowie na cele mniejszości polskiej, a to kwestie związane z dziełami sztuki, przemieszczaniem się zbiorów, zwrotami kościołów katolikom. Wszystkie te sprawy mimo oporów w końcu jednak zawsze udawało się posunąć naprzód.

W stosunkach polsko-ukraińskich wielkie wrażenie muszą też robić obserwacje stosunków łączących „elity” ukraińskie z ukraińskim społeczeństwem. Wydawało się, że po pomarańczowej rewolucji mobilizacja społeczna wepchnie Ukrainę na ścieżkę modernizacji, a tymczasem doszło jedynie do przetasowania wewnątrz oligarchii. Schematy korupcyjne pozostały niezmienne, a za Janukowycza jeszcze się nasiliły.

Ukraińska pokusa

Niektórzy z ukraińskich oligarchów zgłaszali chęć wsparcia integracji ich kraju z UE. Nie dlatego, jak zakładaliśmy, że zaczytali się w Robercie Schumanie, lecz dlatego, że po osiągnięciu pewnego statusu materialnego rządy prawa zaczynają być atrakcyjne jako kontekst dla utrzymania zdobytych aktywów. Przyjęcie europejskich standardów i wejście na zachodnie giełdy mogłoby zwielokrotnić wartość ich firm. Wraz z Carlem Bildtem, wówczas szefem szwedzkiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, postanowiliśmy rozpoznać to środowisko i postaraliśmy się o zaproszenie od książątka Donbasu, Rinata Achmetowa. Pretekstem był mecz Ligi Mistrzów Szachtar Donieck vs FC Porto w listopadzie 2011 roku. Temperatura spadła poniżej zera, ale na trybunach dla VIP-ów podano koce. Resztę trybun wypełnili kibice o twardych, mocnych rysach twarzy, ewidentnie ciężko pracujący, zapewne w większości górnicy. Wydawało mi się, że oglądałem właśnie demograficzny efekt dekad rusyfikacji i potomków zesłańców, którzy tak za czasów carskich, jak i sowieckich budowali przemysł regionu. Natomiast na zapleczu, w salonie, a raczej buduarze VIP-owskim, panował przepych, którego nie powstydziłby się któryś ze szwarccharakterów w filmach o Jamesie Bondzie. Bizantyjskie pomieszanie stylów, pompatyczne umeblowanie, złocona porcelana. To był ewidentnie przypadek królewiątka zapewniającego swoim klientom igrzyska. I tak wyjechaliśmy z zapewnieniami o proeuropejskości właściciela tego przybytku. Kilka lat później zdjęcia ruiny tego stadionu stały się jedną z ilustracji wojny rosyjsko-ukraińskiej.

Ukraina jest krajem trzy razy od Polski biedniejszym, a na dodatek to mniejsze bogactwo jest skoncentrowane w rękach ekstremalnie wąskiego grona osób. Kilku największych oligarchów kontroluje najważniejsze sektory ukraińskiej gospodarki, co czyni Ukrainę bardziej podobną do Rosji niż do Zachodu. Schematy korumpowania polityków związane z handlem gazem czy z rozmaitymi monopolami, wykorzystywane przez poszczególne ekipy, pozostawały niezmienne. Włącznie z używaniem tych samych spółek do prania pieniędzy. Co zaskakujące, od standardów europejskich odbiega to, że kolejni politycy ukraińscy po okresie sprawowania rządów zostają milionerami. Apogeum system ten osiągnął za prezydentury Janukowycza. Jego rządy to totalna kleptokracja, i to według jeszcze prostszego schematu: syn prezydenta – dentysta – zostaje szefem banku, po czym firmy i instytucje państwowe dekretem prezydenta zobowiązane są do przeniesienia swych kont do tego właśnie banku. A potem ciężarówka raz w tygodniu zawozi gotówkę do Moskwy. I to z tych ukraińskich pieniędzy potem częściowo finansowano rosyjską dywersję na wschodniej Ukrainie.

Ukraina była totalnie skorumpowana, ale w odróżnieniu od Rosji miała wolną prasę, co dawało nadzieję na korektę. W kwietniu 2013 roku, podczas jednej z wizyt u prezydenta Janukowycza, podczas których tłumaczył mi zawile, jak złą kobietą jest Julia Tymoszenko, stałem się bohaterem afery zegarkowej, też ilustrującej różnice między Polską a Ukrainą. Otóż podczas jednej z moich wizyt sfotografowano na moim przegubie zegarek, który dostałem lata wcześniej od żony. Tygodnik tyzdhen.ua zestawił go z zegarkami moich ukraińskich rozmówców:

Co za nędza! Przecież nasi chłopcy nie przymierzą nawet zegarka tańszego niż za kilka tysięcy dolarów. By błysnąć nim przed oczami kolegi z innego kraju. Zobaczcie tylko sami: – Minister ds. podatków Ołeksandr Kłymenko – Portuguese Vintage 1939 za 31 200 dolarów. Minister energetyki i górnictwa Eduard Stawicki – Journe Octa Sport – 30 000 dolarów. Minister sprawiedliwości Ołeksandr Ławrynowycz – Piaget Altiplano – 10 000 dolarów. Minister rozwoju ekonomicznego Ihor Prasołow – Vacheron Constantin – 36 500 dolarów. Minister infrastruktury Wołodymyr Kozak – Bovet Amadeo Fleurier – 48 000 dolarów.

Być może jest on poważanym i profesjonalnym politykiem, ale żebrakiem. Na ręce nosi bowiem japoński zegarek kwarcowy Bulova, który kosztuje zaledwie jakieś 165 dolarów. Czyżby Unia Europejska nie mogła mu się zrzucić na jakiś bardziej okazały zegarek, żeby nie wyglądał na Ukrainie jak jakieś kuriozum? Z takim zegarkiem nie można przecież pokazywać się na rozmowach z ukraińskimi urzędnikami. Oni nic nie zrozumieją. Nie da to żadnego efektu. No bo jak wyjaśnić ukraińskiemu ministrowi, że facet, który ma na ręku zegarek za ledwie 165 dolarów, jest człowiekiem poważnym i wpływowym?

„Kraj, w którym można się jeszcze nabijać z rządzących, nie jest stracony” – pomyślałem. Ale przejeżdżając podczas oficjalnych wizyt w tę i we w tę przed ukraińską Radą Najwyższą, nigdy nie mogłem się nadziwić, że range roverów i bentleyów stoi tam więcej niż przed brytyjską Izbą Lordów, o polskim Sejmie nie wspominając. Natomiast takie artykuły – i ich efekty polityczne, dawały mi nadzieję – że ukraińscy politycy prędzej czy później będą musieli zmienić postępowanie. Nie pomyliłem się. W 2016 roku ruszył na Ukrainie elektroniczny rejestr majątków osób publicznych, a w 2018 roku – specjalny sąd antykorupcyjny. W trzy lata po Majdanie Ukraina przeprowadziła więcej reform niż przez poprzednie trzydzieści. I w odróżnieniu od zmian u nas są to zmiany, które przybliżają ją ku Europie.

Mimo to, mam taką historyczną refleksję – historycy pewnie by się na nią żachnęli – że przynajmniej w odniesieniu do Ukrainy żyjemy jakby w XVI wieku. Polska jest zakotwiczona w Europie, ale płytko, a Ukraina – podzielona na królestwa, mniej terytorialne, bardziej branżowe. I że dziś połączenie się Polski z Ukrainą byłoby takim samym błędem, jakim było wtedy. Zgodnie z kopernikańską zasadą, że zły pieniądz wypiera lepszy, bardziej prawdopodobne jest, że to my zostalibyśmy zainfekowani tamtymi standardami życia publicznego, niż że oni przyjęliby nasze. Obawiam się, że nasi politycy nie oparliby się pokusie łatwych pieniędzy. Szczególnie że lata rządów PiS dowodzą, jak kruchy jest u nas porządek republikański i jak wielu naszych polityków ma mentalność bizantyjską. Podporządkowanie wymiaru sprawiedliwości, powolni sobie sędziowie, prokuratorzy. Dyspozycyjny aparat wykonawczy – policja, służby specjalne. Wszystko to możliwe ze względu na słabe charaktery w partii rządzącej i na szczytach instytucji, słaby opór społeczny i przyzwolenie dla rządzących w zamian za gwarancje nienaruszalności pewnych socjalnych przywilejów.

Dodam, że w pewnym sensie my te realia uznawaliśmy. Co prawda jednym z warunków zbliżenia do Unii Europejskiej było przyjęcie nowej ustawy o prokuraturze, ale nikt nie sądził, że sytuacja diametralnie się zmieni, i to z dnia na dzień. Kontakty z Achmetowem – uznawanym wtedy za prozachodniego oligarchę – pozwoliły nam zrozumieć, że i klasa oligarchów może stać się naszym sojusznikiem na drodze do europeizacji Ukrainy. Bo dla nich europeizacja oznaczała większe zabezpieczenie własnych aktywów przed kaprysami władzy. Zagrożenie widoczne w sąsiedniej Rosji.

Nasza ówczesna opozycja miała wizję stosunków polsko-ukraińskich, w której Ukraina z jednej strony permanentnie klęczy przed nami w ramach pokuty za zbrodnię wołyńską, a z drugiej Polska łaskawie dopuszcza ją do przedpokoju Unii Europejskiej; w której rząd grzmi na Ukrainę za nie dość skruchy w sprawach historycznych, a z drugiej strony jest rozliczany za niewystarczającą proukraińskość; w której skrycie pogardzamy ukraińskimi rezunami, ale mamy nadzieję użycia ich przeciwko Rosji, której boimy się bardziej. Wizja ambitna i miła naszej narodowej megalomanii, ale cokolwiek niespójna i rozmijająca się z realiami polityki zagranicznej.

Ukrainę odwiedzałem najczęściej ze wszystkich krajów i pilnowałem, aby spotykać się zarówno z aktualnie rządzącą ekipą, jak i z opozycją. Na przykład z Janukowyczem spotkałem się trzy razy w czasach, gdy był w głębokiej opozycji. Od kolejnych ekip otrzymałem najwyższe odznaczenia państwowe, co przytaczam nie po to, aby się chwalić błyskotkami, ale jako dowód, że Ukraińcy, w odróżnieniu od rodzimych komentatorów, doceniali nasze działania. Ukraińskich kolegów dopraszaliśmy na spotkania Grupy Wyszehradzkiej i Trójkąta Weimarskiego, aby oswajać naszych zachodnich kolegów z regionem, który oni traktowali jako „dziki wschód”. To z inicjatywy Polski odbywały się wspólne podróże z ministrem spraw zagranicznych Niemiec i Szwecji. Kolejni komisarze Unii do spraw rozszerzenia – na czele ze Štefanem Füle – zawsze mieli w nas wsparcie.

Najbardziej widocznym obrazem choroby toczącej to państwo było gadanie. Liczba wypowiadanych słów odwrotnie proporcjonalna do działania. Pamiętam rozmowę z premier Tymoszenko o państwowych dopłatach do gazu. Mówiłem: „Zróbcie coś z tym, przecież żaden kraj nie wytrzyma tego, że 6% budżetu idzie na dopłaty dla konsumentów gazu”. Jej odpowiedź: „Tak, oczywiście urynkowimy ceny gazu. Gdy tylko wygram następne wybory”. Jak mantrę powtarzali mi to kolejni ukraińscy politycy. Tak maskowali brak determinacji, by zrobić coś długoterminowo dobrego dla własnego kraju. I tani gaz dla indywidualnych konsumentów był jednym z czynników, który zrujnował ukraińską gospodarkę. Mieszkańcy latami pokrywali zaledwie 20% rynkowej ceny gazu, a jej biznesmeni i politycy tuczyli się na arbitrażu między ceną subsydiowaną a rynkową. Tylko niewielką przesadą jest powiedzieć, że Ukraina nieomalże straciła niepodległość na rzecz Rosji dlatego, że przez dwie dekady politycy tolerowali bądź korzystali na korupcji w tej branży. Tymczasem ze strony naszych biznesmenów słyszeliśmy horrendalne historie o przejmowaniu fabryk, wykradaniu aktywów. Gangsterskie opowieści o tym, jak można po tygodniu urlopu wrócić do swojej firmy i zastać ją przejętą przez wspólników ludzi władzy przy pomocy skorumpowanych sędziów i policjantów. Nierzadko z błogosławieństwem najwyższych władz, i to także tych, którym powszechnie przypisywano prozachodnie nastawienie.

Partnerstwo Wschodnie

Ponadto Ukraina miała swój własny kompleks bobasa, podobny do polskiego, tylko objawiający się jeszcze wyraźniej. Polega on na tym, że jeżeli jakieś państwo sprawia dużo kłopotów w systemie międzynarodowym, ale jest na tyle znaczące, że nie można go całkiem zlekceważyć, to państwa poważne pochylają się nad nim z troską i starają się pomóc. Trochę jak dorośli, którzy zajmują się wrzeszczącym bobasem, bo zależy im na tym, żeby przestał płakać. Bobasowi wydaje się, że skoro dorośli poświęcają mu dużo uwagi, to znaczy, że jest ważny. Prawdziwy szacunek zdobywa się jednak, gdy jest się wśród dorosłych, którzy pomagają innym. Ale trudno wymagać od bobasa, żeby to wiedział. Ukrainie wydawało się więc, że rozgrywa jakąś wielką geopolityczną stawkę pomiędzy Rosją, Unią Europejską, Chinami a Stanami Zjednoczonymi, i to zarówno co do swojej orientacji politycznej, jak i modelu gospodarczego. W rzeczywistości, nie przeprowadzając reform i nie opowiadając się za którąś ze ścieżek rozwoju, marnowała tylko czas i realizowała stare powiedzenie: „Trzecia droga to droga do Trzeciego Świata”.

Ukraińscy politycy łudzili się, że ich kraj gra w jednej lidze z takimi państwami jak Rosja i Niemcy, gdy w rzeczywistości miał w Europie jednego tylko stałego sojusznika – Polskę. I tylko poprzez powtórzenie polskiej drogi do Europy miał szansę powrócić na ścieżkę cywilizacyjnego postępu. Natomiast premier Tusk i ja byliśmy przekonani, że europeizacja Ukrainy to zadanie zbyt ambitne dla samej Polski, że droga Kijowa na Zachód nie prowadzi tylko przez Warszawę, ale przede wszystkim przez Brukselę i że my możemy odegrać rolę przewodnika i swata, ale nie starszego brata.

Pierwszym wyzwaniem było przekonanie Europy, że w przedsięwzięcie pod tytułem „Europejska Ukraina” w ogóle warto inwestować. Instynktowną reakcją na nasze starania na Wschodzie było klasyfikowanie ich jako czegoś w rodzaju sentymentu do byłej półkolonii. W pewnym sensie było to dla nas korzystne, bo dla większości Europejczyków informacja o tym, że Polska nie była wieczną ofiarą, lecz kiedyś coś znaczyła na mapie politycznej Europy Wschodniej, była zaskoczeniem. Taki szablon myślowy pozwalał też zaklasyfikować nasze wysiłki jako coś zrozumiałego – bo sentyment do byłych kolonii to w większości europejskich stolic coś normalnego. To, że można zabiegać o interes ważnego sąsiada po części z poczucia żalu za utracone historycznie okazje, a po części dla wspólnej obrony przed zakusami większego wspólnego sąsiada, było trudniejsze do wytłumaczenia. Natomiast kluczowe było uświadomienie partnerom, że wbrew opinii o Polakach jako geopolitycznych awanturnikach, jesteśmy realistami. Gdy w 2008 roku w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy rozmawiałem po raz pierwszy o Ukrainie z Frankiem-Walterem Steinmeierem, powiedziałem mu: „Słuchaj, my nie chcemy wciągać Ukrainy do UE jutro, ale myślimy o perspektywie członkostwa dla niej około roku 2020”. Wyraźnie się ucieszył i odparł: „Jeżeli tak, to to jest wykonalne i mogę to poprzeć”.

Nieformalne spotkanie ministrów spraw zagranicznych w Sopocie poświęcone Partnerstwu Wschodniemu, 24.05.2010 r.

fot. Adam Warżawa/PAP

Mimo wszystko wokół naszych wschodnich zainteresowań panowała atmosfera sporej nieufności. Pierwszy rząd PiS, węsząc niemiecki spisek, odrzucił bezwarunkowo propozycję niemieckiej prezydencji, która postulowała sojusz na rzecz europeizacji Wschodu. Była to polityka odrzucania ciastka, chociaż wygląda smakowicie, tylko dlatego, że skoro jest ono niemieckie, to z góry wiadomo, że zostało naszpikowane arszenikiem.

Pomysł Partnerstwa Wschodniego był wynikiem zainicjowanej przeze mnie osobiście pracy koncepcyjnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w której brali udział wiceministrowie Mikołaj Dowgielewicz, Andrzej Kremer i Grażyna Bernatowicz, ambasador Jarosław Starzyk i dyrektor Jarosław Bratkiewicz. Plan był następujący. Mieliśmy do czynienia z grupą krajów, które były z Unią Europejską w różnych stosunkach i na różnych etapach relacji. Każdy z nich miał indywidualny tok negocjacji, każdy negocjował różne elementy współpracy. Jedne z nich chciały zmienić tylko relacje wizowe czy wyjaśnić sprawy praktyczne, np. fitosanitarne, a inne miały wyraźnie europejskie aspiracje. Chodziło o to, żeby stworzyć forum, na którym te kraje mogłyby rozmawiać nie tylko z Unią Europejską zbiorowo, lecz także między sobą. Były przecież wśród nich kraje, takie jak Armenia i Azerbejdżan, które właściwie były ze sobą w stanie wojny. Rozmowa sama w sobie dawałaby jakąś wartość dodaną. Stworzenie marki, którą UE i jej państwa członkowskie uznałyby za swój cel i swój sukces. Świadomie kierowaliśmy się przykładem Grupy Wyszehradzkiej, która też pierwotnie miała przyspieszyć wejście Europy Środkowej do UE. Formalne negocjacje traktatowe i tak zawsze odbywają się pomiędzy Unią Europejską a aplikującym krajem. Ale formalności to jedno, a polityka to zupełnie co innego. Jak Grupa Wyszehradzka złagodziła rywalizację pomiędzy Węgrami, Czechami, Słowacją i Polską o tempo integracji i doprowadziła do tego, że wszyscy przystąpiliśmy do UE razem w 2004 roku, tak Partnerstwo Wschodnie, choć nie obiecywało członkostwa, dawało szansę na przekonanie starej Europy, że członkostwo krajów postsowieckich jest wyobrażalne i pożądane.

Drugim aspektem miała być wymiana doświadczeń w różnych aspektach zmian prawnych koniecznych do integracji czy po prostu rozwoju współpracy, wymiana doświadczeń pomiędzy ekspertami poszczególnych krajów i unijnymi urzędnikami, szczegółowe objaśnianie – często z zewnątrz niezrozumiałych – unijnych wymogów. Zależało nam też na tym, żeby pozwolić poszczególnym krajom błyszczeć – aby widziały, że ich los jest dla Europy ważny – stąd cykliczne szczyty, spotkania na najwyższym szczeblu. Chcieliśmy wytworzyć coś w rodzaju rywalizacji, żeby nie powiedzieć wyścigu, o palmę pierwszeństwa w procesie europeizowania się naszych wschodnich sąsiadów. I to się wspaniale udało. Przez długi czas takim prymusem była Mołdawia, najszybciej wdrażająca unijne prawodawstwo, najszybciej negocjująca i podpisująca umowę stowarzyszeniową. To były swoiste regaty.

Zanim jednak regaty miały się rozpocząć, musieliśmy (i ja, i premier Tusk) wykonać olbrzymią pracę polityczną. Najpierw trzeba było rozstrzygnąć kwestię sojuszników. W UE nic się nie osiągnie samemu. Logicznym wyborem byłoby zaangażowanie państw bałtyckich jako najbardziej zainteresowanych, ale problem stanowiło postrzeganie ich jako desperados nadmiernie uczulonych na Rosję. Mogliśmy zgłosić inicjatywę samodzielnie albo znaleźć wiarygodnego partnera. Decyzja, czy proponować Partnerstwo samodzielnie, zapadła w gabinecie premiera Tuska. Tusk powiedział, żebym zdecydował, czy robimy to sami, czy z kimś. Uznałem, że lepiej będzie podzielić się pomysłem i upewnić Europę, że będzie to poważne przedsięwzięcie, a nie samotna polska szarża.

Idealnym kandydatem okazali się Szwedzi. Po pierwsze, dlatego, że mają za sobą kilka stuleci zaangażowania w politykę krajów bałtyckich i szerzej: międzymorza. Po drugie, pamiętają, że gdy cała Eurazja jest zdominowana przez Rosję, to ich neutralność jest zagrożona. Po trzecie, jako kraj zamożny i bezpieczny oni naprawdę wierzą, że rozszerzenie strefy dobrobytu i demokracji służy ich interesom. Po czwarte, w ministrze spraw zagranicznych Carlu Bildcie, byłym konserwatywnym premierze, znalazłem stratega i sojusznika. Zresztą – stwierdziliśmy to dopiero po fakcie – partnerstwo polsko-szwedzkie jest naprawdę bardzo dobrze pomyślane. Szwecja jest zamożna, ale mała. Jest starszym członkiem Unii Europejskiej i ma reputację kraju przewidywalnego, do bólu pragmatycznego. Ale sama – mimo swojej renomy kraju idealnego – nie jest w stanie oddziaływać na całą politykę UE. Okazało się, że się nawzajem potrzebujemy: my ich ze względów polityczno-wizerunkowych, oni nas ze względu na większą wagę, populację i potencjał.

Projekt, jak na unijne realia, zmaterializował się błyskawicznie. Rok po zgłoszeniu pomysłu odbył się już jego pierwszy szczyt w Pradze. Nie przyjechali wtedy na szczyt ani premier Wielkiej Brytanii, ani prezydent Francji i bez kanclerz Angeli Merkel byłaby klapa. Na następnym szczycie, w Warszawie, brakowało tylko Brytyjczyków, a dwa lata później w Wilnie pojawili się już wszyscy. To był widoczny znak, że pomysł chwycił, rozwija się i zaczyna być postrzegany jako pełnoprawny składnik unijnej polityki. Początkowo udawało się jakoś powstrzymać destrukcyjne zapędy Rosji. Stworzyliśmy coś na kształt „grupy przyjaciół” Partnerstwa – forum, na którym unijni urzędnicy informowali inne zainteresowane regionem kraje, w tym Rosję, Stany Zjednoczone i Japonię, o wszystkich posunięciach z nim związanych.

Efekty właściwie też pojawiły się dość szybko. Jeśli porównamy Partnerstwo Wschodnie i Unię na rzecz regionu Morza Śródziemnego (czyli odpowiednik Partnerstwa na kierunku południowym), to pierwsza inicjatywa po pięciu latach ma trzy ratyfikowane umowy stowarzyszeniowe, a ta druga po 15 latach ani jednej. Doprowadziło to też do konsensusu, że jedna trzecia środków przeznaczonych na unijną politykę sąsiedztwa trafi na wschód. Wcześniej nie było to takie oczywiste, a zasada jest sprawiedliwa, bo mniej więcej odzwierciedla proporcje ludności. Dzięki temu kraje Europy Wschodniej mają dostęp do takich funduszy jak Polska w okresie przedakcesyjnym. Spore pieniądze idą na lepsze zarządzanie granicą, na efektywność energetyczną, na programy antykorupcyjne, małe i średnie przedsiębiorstwa, mikropożyczki. Otwarto program Erasmus dla studentów z krajów Partnerstwa Wschodniego.

Efekty tej inicjatywy należy oceniać jednoznacznie pozytywnie. W krajach, które podpisały umowy stowarzyszeniowe, są one wdrażane. Unia Europejska to imperium europejskiego prawa, a jego wprowadzenie oznacza dla wielu krajów wyjście z cywilizacji postsowieckiej i przejście do cywilizacji europejskiej. Jak trwałe będą to zmiany? Nie wiadomo. Nigdy nie można wykluczyć tego, że jakiś kraj nie podoła wymogom stawianym przez UE i zasłabnie w pół drogi. Sami wiemy, że nie ma nic nieodwracalnego. I paradoksalnie najbardziej niejednoznaczne są wyniki Partnerstwa Wschodniego w kraju, dla którego przede wszystkim zostało ono skonstruowane: na Ukrainie.

Zakażeni wolnością

Dopóki Rosja nie oponowała, dopóty Partnerstwo Wschodnie rozwijało się gładko. Rosjanie od wielu lat argumentowali, że szanują samostanowienie państw i nie mają nic przeciwko ich przystępowaniu do Unii Europejskiej; obiekcje zgłaszają jedynie wobec przybliżania się do swoich granic sojuszy wojskowych. Podczas spotkania z premierem Hiszpanii José Luisem Zapatero, 10 grudnia 2004 roku, w Moskwie, prezydent Putin utrzymywał, że ucieszy się, gdy Ukraina przystąpi do UE, zwłaszcza z uwagi na specjalne relacje i bliskie związki ekonomiczne, które będą mieć pozytywne skutki dla rosyjskiej gospodarki. Dopiero gdzieś w roku 2012 Rosjanie uznali, że Partnerstwo Wschodnie jest dla nich zagrożeniem. Jeszcze w roku 2011 potwierdzali, że sami chętnie podpiszą dogłębną umowę o partnerstwie i współpracy z Unią Europejską. Potem zmienili zdanie. Uznali, że będą tworzyć alternatywny biegun integracji. Integracji na modłę rosyjską. W związku z tym oczywiście nie chcą, by kraje ich najbliższego otoczenia integrowały się z UE. To, a nie działanie Zachodu jest źródłem dzisiejszego konfliktu.

Przyczyny takiego stanu rzeczy są dwojakie. Pierwsza z nich to chroniczne przecenianie własnych możliwości – nie pierwszemu postkolonialnemu państwu się to przydarza, ale w przypadku Rosji to zjawisko wyjątkowo silne. Ważniejszy jest jednak powód subiektywny, polityczny. Rosyjskie przywództwo uznało, że demokracja i sukces ekonomiczny Ukrainy byłyby zagrożeniem dla jego władzy w samej Rosji. Że cywilizacja prawa i praw człowieka to zagrożenie dla ich kleptokracji. I co więcej, mają rację. Chyba że miałoby się na tyle zdolności przewidywania, aby próbować swą pozycję społeczną, jakkolwiek zdobytą, ugruntować w rządach prawa i w międzynarodowym kontekście.

Władze rosyjskie nie mogą dopuścić do sukcesu Ukrainy jako wolnego państwa, jako liberalnej, dostatniej europejskiej demokracji, bo ostatecznie dowiodłoby to nieskuteczności despotycznego modelu zarządzania Rosją. Przypuszczam, że Rosjanie, a przynajmniej Kreml, widzą to też jako zagrożenie na jeszcze głębszym – niemal cywilizacyjnym – poziomie. Zwycięstwo Zachodu w zimnej wojnie było kolejną porażką rosyjskiej cywilizacji rozumianej jako byt samowystarczalny. Jednak zagrożeniem bezpośrednim, realnym, jest przede wszystkim kontrast w warunkach materialnych. Polacy powinni dobrze rozumieć ten mechanizm. Polskie społeczeństwo odrzuciło komunizm nie tylko dlatego, że był despotyczny, lecz także dlatego, a może przede wszystkim, że był tak nieskuteczny w zapewnianiu warunków życia porównywalnych z zachodnimi. Polacy jeździli na Zachód, odwiedzali przebywających tam krewnych i z roku na rok coraz wyraźniej dostrzegaliśmy, jak bardzo zostajemy w tyle. Ukraińcy doświadczyli podobnego zjawiska, podróżując do Polski. Obserwowaliśmy je także – w skali mikro – w entuzjazmie mieszkańców obwodu królewieckiego dla małego ruchu granicznego z Polską. Myślę, że rosyjskie władze przyjmują jego jednostronne i mało eleganckie zawieszenie przez Polskę z mieszanymi uczuciami, z jednej strony jako polską złośliwość, ale z drugiej strony jako dopust boży pozwalający im zminimalizować negatywne skutki polityczne, jakie mogłyby wyniknąć z dobrego kontaktu mieszkańców Królewca z Polską.

Dlatego Rosjanom tak odpowiadała korupcja i degrengolada ukraińskich władz. Dlatego dla Moskwy wymarzonym miejscem dla Ukrainy jest „strefa cienia”, wrzucenie tego państwa do jednego worka z innymi postsowieckimi republikami, niepewnego, czy drzwi do UE stoją przed nim otworem, czy też są szczelnie zamknięte. W tle toczy się też gra obliczona na rozbicie jedności Europy i sojuszu z USA. W jednym i drugim celu Rosjanie – co stwierdzam z nieukrywanym żalem – znajdują sporo sojuszników także i w Polsce. Sądzę jednak, że Rosja jest na odgrywanie roli lidera integracji po prostu zbyt słaba. Politycznie, kulturowo i gospodarczo. Jej największym atutem w obecnym czasie są złoża surowców, zrewitalizowana armia i broń jądrowa.

Jeśli jednak Zachód będzie miał strategię zwycięstwa, to w tej konfrontacji zwycięstwo odniesie. Zwłaszcza że prezydent Putin nie przewidział, jak mocno wpłynie na proces formowania się narodu na Ukrainie. Rosja może odniesie taktyczne sukcesy, ale strategicznie strzeliła sobie w stopę. Próbując zrealizować projekt Noworosji, prezydent Putin doprowadził do końca proces tworzenia się ukraińskiej świadomości narodowej, nawet wśród rosyjskojęzycznych jej obywateli. I jak przed Krymem patriotyzm ukraiński był podejrzliwy, zarówno wobec Rosji, jak i Polski, tak dziś jego ostrze skierowane jest głównie w Moskwę. Najlepszym tego przykładem jest sama stolica kraju, Kijów. Gdy zacząłem go odwiedzać, na początku lat 90., Kijów był miastem rosyjskojęzycznym. Słyszało się o jednym ukraińskim liceum gdzieś na peryferiach. Dziś jest centrum ukraińskiego patriotyzmu i coraz częściej mówi się tam po ukraińsku. Gdyby prezydent Putin pogodził się z europejskimi aspiracjami Ukraińców i Partnerstwem Wschodnim, Ukraina i Rosja mogłyby powoli, w różnym tempie, razem ewoluować w kierunku Europy, natomiast grając ostro, zyskał jeden półwysep i po jednej trzeciej dwóch zrujnowanych prowincji. O gigantycznych kosztach nie wspominając. Tym, którzy w każdym rosyjskim posunięciu dopatrują się demonicznej skuteczności, sugeruję, że to nie jest pozytywny bilans.

Gorące godziny

Chyba nigdy nie miałem poczucia, że jestem tak blisko historii jak w Kijowie w lutym 2014 roku. Wylądowałem wieczorem, w środę, 19 lutego, zanim przybyli Steinmeier i Fabius, i jeszcze w drodze z lotniska dotarły do mnie niepokojące informacje. Naczelny dowódca Sojuszu Północnoatlantyckiego zamieścił na swoim koncie na Twitterze bezprecedensowy apel do sił zbrojnych Ukrainy, aby nie dały się użyć do rozprawy z własnym narodem. Dopiero później dowiedziałem się, że miało to związek z próbą przeniesienia brygady wojska pod rozkazy ukraińskiego MSW, tak aby można jej było użyć do tłumienia demonstracji bez ogłaszania stanu wojennego.

Po przybyciu do hotelu odbyliśmy naradę z udziałem polskich i unijnych dyplomatów, podczas której ustaliliśmy, że przed spotkaniami ze stroną rządową zbierzemy się w ambasadzie Niemiec w kręgu Trójkąta Weimarskiego i że o wpół do dziewiątej pójdziemy na Majdan, aby zorientować się w nastrojach. Kilkadziesiąt minut po powzięciu tego postanowienia do szefa mojej ochrony zwrócił się szef ukraińskich ochroniarzy przydzielonych mi przez prezydenta Janukowycza z pismem, w którym deklarowałem, że na Majdan udam się na własną odpowiedzialność. Ponieważ strona rządowa faktycznie nie kontrolowała terenu okupowanego przez protestujących, wydawało się naturalne, że nie chce być za to odpowiedzialna. Podpisałem.

Następnego ranka rzecznik MSZ Marcin Wojciechowski wraz z kilkoma dyplomatami ruszyli na Majdan skoro świt i po powrocie uznali, że to pomysł zbyt ryzykowny. W ostatniej chwili zdecydowaliśmy, że zamiast na Majdan pojedziemy do soboru św. Michała Archanioła, gdzie urządzono szpital polowy, któremu będę mógł przekazać przywieziony z Polski przenośny sprzęt medyczny. I to w Soborze Michajłowskim, klucząc pomiędzy śpiącymi na podłodze pacjentami, dowiedziałem się od szefa ochrony Majdanu, Andrija Parubija, że na Chreszczatyku, punktualnie o wpół do dziewiątej, znowu zaczęto strzelać. Gdy dojechaliśmy do ambasady Niemiec, było już kilka ofiar śmiertelnych, a do czasu rozpoczęcia rozmów w budynku administracji prezydenta – kilkanaście. Zanim weszliśmy do środka, korzystając z tego, że jako VIP-owi nie śmiano mi przeszkodzić, zrobiłem zdjęcia kręcących się wokół niego snajperów i natychmiast zamieściłem je w sieci.

Tweet Radosława Sikorskiego sprzed budynku Urzędu Prezydenta Ukrainy w Kijowie

fot. Archiwum autora

Chociaż wiedziałem, że jest kryminalistą i złodziejem, miałem przez lata dobry kontakt z Janukowyczem, ale tym razem atmosfera była apokaliptyczna. Centrum miasta widoczne z okien spowite było dymem, słychać było petardy i strzały. Może 400 metrów od nas zabijano ludzi.

Ustaliliśmy z Frankiem-Walterem i Laurentem, że mamy obowiązek spróbować powstrzymać przelew krwi, skrócić kadencję prezydenta i zawrócić Ukrainę na bardziej demokratyczne tory. Wydawało nam się, że to będzie proces ewolucyjny. Było jasne, że Janukowycz traci autorytet, ale kryzys trwał już od miesięcy. Poprzednie miesiące bezowocnych negocjacji w sprawie uwolnienia Julii Tymoszenko nauczyły nas, że Janukowycz będzie robił dobrą minę do złej gry, nadrabiał gadaniem i kłamał w żywe oczy. Umówiliśmy się, że Frank-Walter mu wtedy przerwie i sprowadzi go na ziemię.

Gdy siedliśmy przy długim drewnianym stole, przy którym spędziłem już wiele godzin z kolejnymi prezydentami Ukrainy, Janukowycz próbował grać na czas według przewidzianego przez nas scenariusza. Ale tym razem obie strony wiedziały, że rosnącej o kilkaset metrów od nas liczby ofiar ukryć się nie da. Po kilkudziesięciu minutach uników Steinmeier wszedł Janukowyczowi w słowo i sformułował pierwsze warunki ewentualnego kompromisu. Po kolejnych zabrałem głos i powiedziałem: „Panie Prezydencie, musi pan rozważyć skrócenie swojej kadencji”, na co Janukowycz zbladł jak ściana. Zanim zdążył odpowiedzieć, wywołano go do „telefonu z zagranicy”. „Z Moskwy” – mrugnęli jego współpracownicy. Po trwającej dobre pół godziny nieobecności Janukowycz niespodziewanie oznajmił: „Dobrze, do końca roku”.

To kluczowe ustępstwo było czymś, co mogliśmy już przekazać opozycji jako podstawę do negocjacji całościowego porozumienia. Janukowycz zgodził się, abyśmy byli pośrednikami i świadkami takiego porozumienia. Po jednej z rozmów z „zagranicą” oznajmił, że dołączy do nas przedstawiciel Rosji, ambasador Władimir Łukin, ówcześnie ostatni liberał w orbicie Kremla. Odczytałem to jako dobry znak, przyznanie przez Moskwę, że rozwiązanie siłowe nie ma szans i należy spróbować negocjacji. Zanim dotarł, już pod wieczór, przenieśliśmy się do ambasady Unii Europejskiej, gdzie przybyli przywódcy opozycji: Arsenij Jaceniuk, Witalij Kliczko i Ołeh Tiahnybok.

Gdy zaczęli mówić, spisałem ich postulaty w formie punktów pierwszego szkicu porozumienia, które personel ambasady później przepisał na komputerze. Poczułem, że możemy odnieść sukces, gdy do liderów opozycji dołączył przywódca jednej z frakcji Partii Regionów, zaplecza parlamentarnego prezydenta Janukowycza. Rozlew krwi ma to do siebie, że zmusza ludzi – a tym bardziej polityków – do określenia się. Jest to punkt, w którym wiadomo, że sprawa nie rozejdzie się po kościach. Że ktoś odpowie za wydanie rozkazów, a rodziny i przyjaciele poległych będą dochodzić sprawiedliwości. Pojawienie się polityków Partii Regionów oznaczało, że zaplecze parlamentarne reżimu zaczęło się kruszyć. Że politycy, którzy latami żyrowali złodziejstwo, nie chcieli współodpowiadać za morderstwa. Spodziewali się, że dni władzy Janukowycza mogą być policzone, i niekoniecznie zamierzali tonąć razem z nim.

Tego wieczoru Laurent Fabius musiał kontynuować wcześniej zaplanowaną podróż do Chin, więc zadanie przedstawienia postulatów opozycji stronie prezydenckiej spadło na Franka-Waltera i na mnie. Co ciekawe, postulaty, które, jak sądziliśmy, będą najtrudniejsze do spełnienia, na przykład przywrócenie konstytucji sprzed ograniczających demokracje zmian czy konieczność osądzenia winnych masakry na Majdanie, Janukowycz przyjął bez dyskusji. A te, które wydawały nam się oczywiste – rozdzielenie sił bezpieczeństwa od protestujących – ugrzęzły w wielogodzinnych dyskusjach. Nie chodziło o technikę, tylko – jak często w polityce – o honor. Kto wycofa się pierwszy i zaryzykuje utratę twarzy wobec swoich.

W miarę upływających godzin krawaty się rozluźniały, garnitury i koszule mięły, a delegacje zaczęły przewalać się po pokojach poza wszelkim protokołem. W miarę jak wjeżdżały góry kanapek, a śmietniki napełniały się kartkami po kolejnych wersjach porozumienia, Pałac Prezydencki zaczynał przypominać bardziej obozowisko kozackie niż siedzibę głowy państwa. Jak zwykle w takich przypadkach dochodziły do nas informacje, plotki i spekulacje, których prawdziwość trudno było zweryfikować. A to, że we Lwowie policja przeszła na stronę demonstrantów, otworzyła swój arsenał i uzbrojone grupki już są w drodze do Kijowa. Albo że od wschodu już zbliżają się oddziały wojska wierne Janukowyczowi. Na pewno wiedzieliśmy jedynie to, że w tym samym czasie w Brukseli obradowała Rada Europejska na szczeblu ambasadorów i w porozumieniu z nami uchwaliła sankcje wobec polityków ukraińskich odpowiedzialnych za rozlew krwi. Ten ruch Catherine Ashton znacząco ułatwił nam negocjacje. Kluczowi ukraińscy politycy brali na stronę ambasadora UE, Jana Tombińskiego, zapewniając go, że nie mieli z represjami nic wspólnego. Podczas tych negocjacji uderzyło mnie to, że ludzie prezydenta i przedstawiciele opozycji bardzo dobrze się znali, wszyscy byli na ty. Gdyby u nas rząd właśnie masakrował demonstrantów, bariera towarzyska byłaby większa.

Impas związany ze sposobem rozdzielenia demonstrantów i Berkutu – ukraińskie ZOMO – pomógł przełamać ambasador Łukin. Zaproponował mianowicie, że zamiast mówić o opróżnianiu ulic, placów i budynków rządowych i ich ochrony, obie strony „udrożnią ruch” głównych arterii miasta, co zostało przez zainteresowanych przyjęte z ulgą. Wreszcie, o siódmej rano w piątek, po dobie negocjacji, przedstawiciele rządu i opozycji oznajmili, że zgadzają się na przedłożony tekst porozumienia. Parafowaliśmy bodaj pięćdziesiątą wersję: prezydent Janukowycz, przywódcy opozycji, Frank-Walter Steinmeier, ambasador Łukin i ja. Ustaliliśmy, że formalne podpisanie nastąpi w samo południe.

Wróciłem do hotelu, wziąłem prysznic i poinformowałem o wyniku rozmów premiera Tuska oraz Jacka Protasiewicza, który akurat zadzwonił. Po dwóch godzinach snu wróciłem do budynku administracji prezydenta, gdzie czekały na nas dobre i złe informacje. Z jednej strony nasze porozumienie poparła Catherine Ashton i – w specjalnym oświadczeniu – Biały Dom. Z drugiej Moskwa zabroniła ambasadorowi Łukinowi podpisywać porozumienia bez umieszczenia w nim klauzuli o federalizacji Ukrainy. Naradzaliśmy się, co z tym zrobić, gdy pojawił się Władimir Kliczko i oznajmił, że Rada Majdanu też uważa porozumienie za niekorzystne i nie zgadza się na jego podpisanie. Może byśmy spróbowali ją przekonać?

Obrady toczyły się w sali konferencyjnej jednego z hoteli. Prym, nie tylko estetyczny, wiodła znana piosenkarka Rusłana. Atmosfera napięta, wszak na Majdanie nadal ginęli ludzie. Nietrudno było formułować argumenty, że każde porozumienie z władzą, która stosuje takie metody, jest zdradą i złem. Z Frankiem-Walterem rozumieliśmy się już bez słów. Zaapelowałem do Ukraińców z pozycji polskich doświadczeń historycznych. Nie popełnijcie naszego błędu z grudnia 1981, kiedy to niektórym przywódcom „Solidarności” wydawało się, że władza ledwo zipie. Dopóki państwo dysponuje nagą siłą, rozwój sytuacji zależy głównie od stopnia determinacji rządzących do jej użycia. Akceptując kompromis, rozpoczniecie proces demokratyzacji i dekompozycji obozu dyktatury. Odrzucając go, dacie władzy argument, że z wami nie można się dogadać i alternatywą jest rozwiązanie siłowe. Dziś macie po swojej stronie sympatię Unii Europejskiej i całego demokratycznego świata. Jeśli je odrzucicie, świat spisze was na straty.

„Czy przysięga pan, że to jest najlepsze, co można było wynegocjować?” – zapytał jeden z uczestników.

„Tak, biorę Franka-Waltera i Witalija na świadków, że po morderczych negocjacjach to jest jedyne porozumienie, jakie jest możliwe, możecie je jedynie zaakceptować lub odrzucić i za tę decyzję wziąć całkowitą odpowiedzialność”.

„Czy jeśli je odrzucimy, jedność terytorialna Ukrainy będzie zagrożona?” – zapytał Borys Tarasiuk, mój stary przyjaciel, były minister spraw zagranicznych Ukrainy, który ewidentnie lepiej od innych rozumiał, o co toczy się gra.

„Ona i tak jest zagrożona, ale jeśli je odrzucicie, to będzie jeszcze bardziej”.

Frank-Walter mówił mniej emocjonalnie, lecz nie mniej stanowczo. Całym autorytetem Niemiec przekonywał, że jeśli Ukraina ma mieć szansę na zbliżenie z Europą, porozumienia nie wolno odrzucić.

Po naszych wystąpieniach Rada Majdanu zagłosowała, 35:2 za porozumieniem. Jeden z dwóch dysydentów zagadnął mnie na korytarzu, nadal niepogodzony z decyzją. „Jeśli nie podpiszecie, wszyscy zginiecie” – przestrzegłem go. Dziś wiemy, że plany utopienia Majdanu we krwi były gotowe. Odrzucenie porozumienia dałoby władzy idealny pretekst.

Po południu przed obiektywami kamer całego świata podpisaliśmy porozumienie. Bez udziału Rosji, ale z uściskiem dłoni pomiędzy przywódcami opozycji i prezydentem Janukowyczem. I wtedy stała się rzecz niespodziewana. Ledwie skończyłem udzielać wypowiedzi do prasy przed wejściem do budynku, gdy zobaczyliśmy Berkut pakujący się do autobusów i odjeżdżający w siną dal. Nie przewidywało tego porozumienie, wręcz przeciwnie, stanowiło, że Berkut wycofa się na pozycje ochrony budynków rządowych. Wkrótce doszły do nas informacje, że Berkut opuścił posterunki także wokół gmachu rządu i parlamentu, jakby ktoś zapraszał demonstrantów do opanowania niebronionych budynków. A może personel Berkutu poczuł się zdradzony klauzulą o ukaraniu winnych masakry na Majdanie i postanowił ewakuować się do swoich mateczników we wschodniej Ukrainie.

Moment podpisania porozumienia pomiędzy Wiktorem Janukowyczem a przedstawicielami ukraińskiej opozycji i delegacji Unii Europejskiej. Kijów, 21.02.2014 r.

fot. Tim Brakemeier/DPA/PAP/EPA

Przed wyjazdem na lotnisko poszedłem na Majdan, a potem – chociaż czas naglił – uparłem się, że złożymy jeszcze jedną wizytę. Na drugim końcu Chreszczatyku, na skwerze na końcu ulicy Tarasa Szewczenki, stał mały pomnik Lenina, który choć artystycznie nawet niezły, zawsze według mnie symbolizował postkomunizm Ukrainy. Dopytywałem o niego nawet Janukowycza, który wykręcił się tym, że to rzekomo zabytek. I otóż kilka tygodni wcześniej nieznani sprawcy przytaszczyli łomy i liny i zwalili Lenina na ziemię. Wiadomość, którą opublikowałem wtedy na Twiterze, „Jestem w szoku, szoku, szoku”, przeczytało kilka milionów ludzi i odczytało właściwie. Dopiero wtedy nacjonalistyczna Swoboda Tiahnyboka wzięła odpowiedzialność za obalenie pomnika. W kolejnych dniach i tygodniach zlikwidowano na całej Ukrainie kilkaset Leninów. Desowietyzacja przestrzeni publicznej kraju stała się nieodwracalna. Nie odmówiłem sobie triumfalnego zdjęcia przed pustym cokołem.

W samolocie rządowym przywiozłem do Warszawy kilkudziesięciu rannych, których rozlokowano po polskich szpitalach. Prosto z lotniska pojechałem do willi premiera Tuska przy ulicy Parkowej, aby zdać mu sprawozdanie, ale także przekazać prezent urodzinowy ministrowi Pawłowi Grasiowi. Do jego słynnej kolekcji pałek policyjnych z całego świata dołączyła maczuga Straży Majdanu.

Inna droga

Porozumienie pomiędzy Janukowyczem a opozycją zaczęło się rozpadać jeszcze tego samego wieczoru. Już w drodze do jednej ze stacji telewizyjnych w Warszawie zadzwonił do mnie Łeonid Kożara, minister spraw zagranicznych Ukrainy, poruszony informacją, że kolumna Janukowycza została ostrzelana. Rosyjska telewizja relacjonowała, że opuszczone gmachy rządowe są plądrowane, a nawet podpalane, co nie było prawdą. W rzeczywistości doszło do dwóch zdarzeń o których już wspomniałem. Jeden z radykałów wystąpił na scenie na Majdanie i potępił porozumienie jako zawarte z mordercą. Z kolei Janukowycz, już ze wschodniej Ukrainy, udzielił wywiadu, w którym powiedział, że przegłosowanej już przez parlament ustawy o przywróceniu poprzedniej, bardziej demokratycznej wersji konstytucji, nie podpisze. Jedno i drugie było złamaniem porozumienia, bardziej przez Janukowycza, bo był jego stroną. Zresztą sam jego wyjazd z Kijowa był katastrofalnym błędem, bo – mimo że wcześniej zaplanowany – wyglądał na ucieczkę.

Niedzielę, 23 lutego, moje urodziny, spędziłem w Mediolanie, rozmawiając z CNN z gmachu naszego konsulatu. Zamieszkaliśmy u przyjaciela, Beppe Severgniniego, znanego włoskiego publicysty, i to tam dosięgł mnie telefon Siergieja Ławrowa. Co Polska, Niemcy i Francja zamierzają zrobić, aby wdrożyć porozumienie, które wsparły swoim autorytetem? „Po pierwsze – odparłem – dziwi mnie powoływanie się przez Rosję na porozumienie, którego podpisania jej przedstawiciel odmówił. A po drugie, co mogą zrobić świadkowie umowy, gdy jego uczestnicy nie chcą jej wykonywać?” Rosja od tego czasu ma pretensje, zarówno do Polski, jak i do Niemiec, że nie wydaliśmy nawet komunikatu. Ale nasz komunikat niewiele by zmienił, Janukowycz i tak był już uciekinierem, a nam po ludzku było wstyd ujmować się za złodziejem i mordercą. Zresztą dzisiaj wiemy, że negocjując z nami, Janukowycz cały czas pakował ruchomości ze swojej nowobogackiej willi w miejscowości Meżyhiria, więc nie możemy być pewni, czy nie traktował całych negocjacji jako maskirowki swojej ucieczki.

Bilans

Pojawiają się dziś i wśród polskich polityków opinie, że proponując Partnerstwo Wschodnie i zbliżenie z UE, wprowadziliśmy Ukrainę na minę. Że może trzeba było skorzystać z sopockiej aluzji Putina, że przecież Lwów był polskim miastem, i podzielić się wpływami na Ukrainie, czerpać z porozumienia z Rosjanami korzyści i nie patrzeć im specjalnie na ręce. Pozwolić, żeby Ukraina stała się większą Białorusią z jakimiś gwarancjami polskich wpływów, na przykład w dziedzinie opieki nad mniejszościami. To przemawia do duszy polskiego endeka, który wzorem Dmowskiego nie wierzy w możliwość europeizacji Ukrainy, a cenę, jaką za takie próby płacimy w relacjach z Rosją, uważa za zbyt wysoką. Inny wariant tej krytyki pod naszym adresem mówił, że zachęcając Ukrainę do okcydentalizacji, narzuciliśmy temu krajowi tempo, którego nie mógł wytrzymać. Rywalizując o wpływy na Ukrainie z Rosją, sprowokowaliśmy tę ostatnią do działania i przyczyniliśmy się do zmian granic.

Spójne argumenty myślących inaczej zawsze warto rozważyć, ale niekoniecznie należy je akceptować. Po pierwsze: Rosja nie ma powodu, by robić jakieś koncesje na rzecz Polski, a nawet gdyby, to tego typu zaangażowanie – jak wspomniałem – byłoby wykorzystywane do psucia naszego kraju i rozgrywania wewnętrznej sceny politycznej w Polsce. Grając z Moskwą, moglibyśmy skompromitować się na Zachodzie i niczego nie osiągnąć na Wschodzie. Po drugie: mogliśmy zostawić Ukrainę samą sobie, co dawałoby szansę na bardziej pragmatyczne stosunki z Rosją, ale za cenę pogłębienia rosyjskich wpływów nad Dnieprem. Pamiętajmy, że częścią porozumienia Janukowycz–Putin była już wtedy budowa mostu przez Cieśninę Kerczeńską pomiędzy Rosją a Krymem, sprzedaż Rosji kluczowych ukraińskich przedsiębiorstw, a w perspektywie wejście do zdominowanej przez Rosję unii celnej i Unii Euroazjatyckiej. Wkraczając na tę trajektorię, Ukraina zapewne zachowałaby nominalną kontrolę nad całością terytorium, ale cała stałaby się bardziej postsowiecka. Pozytywną strategią Ukrainy byłby układ z Kremlem i doczekanie do zmiany władzy w Rosji, a dopiero wtedy podjęcie próby reform. Pamiętajmy jednak, że aspiracje europejskie Ukrainy nie były polską fanaberią, lecz dobitnie demonstrowaną aspiracją dużej części jej społeczeństwa. Strategię postsowieckiego dryfu realizował właśnie Janukowycz i to przeciw niemu oraz przeciw niej na Majdan wyszło 800 tysięcy ludzi. Wydarzenia na Ukrainie nie są wynikiem naszej i rosyjskiej rozgrywki, ale przede wszystkim wynikiem demokratycznych aspiracji samych Ukraińców.

Mierzalne rezultaty polskiej gry o Ukrainę są jak dotąd mieszane. W efekcie ucieczki Janukowycza i utraty wpływów Moskwy w Kijowie rosyjskie „zielone ludziki” przejęły Krym i Moskwa próbowała zrealizować projekt „Noworosji”, czyli oderwania połowy jej terytorium przy pomocy podobnych puczów w głównych miastach południowej i wschodniej Ukrainy. Plan się nie powiódł i separatyści utrzymali się z pomocą armii rosyjskiej tylko na dwóch skrawkach dwóch prowincji Ukrainy. Na 93% powierzchni kraju odbyły się demokratyczne wybory prezydenckie i parlamentarne. Prezydentem został popierający Majdan biznesmen Petro Poroszenko, a rządy Arsenija Jaceniuka i Wołodymyra Hrojsmana wreszcie zaczęły wdrażać reformy. Ukraina urynkowiła ceny gazu, zawarła ugodę z wierzycielami, zreformowała system bankowy, finansowanie samorządów i służby zdrowia, stworzyła urząd antykorupcyjny. Bodaj jako pierwszy kraj byłego ZSRR – z wyjątkiem państw bałtyckich – zmusiła swoich polityków do opublikowania w internecie spisów swoich majątków. Podpisała i wdrożyła umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, w tym umowę o pogłębionej i całościowej strefie wolnego handlu. Wszedł w życie ruch bezwizowy między Ukrainą a UE, co oznacza, że przy podróżach do Europy paszport ukraiński jest dziś pożyteczniejszy niż rosyjski. Odtworzona armia i bataliony ochotnicze obroniły wschód kraju przed dalszymi zaborami. I co na dłuższą metę może najbardziej znaczące, stworzyła nowy mit założycielski, etos wspólnoty i poczucie patriotyzmu. Ukraina jest dziś efektywnie trochę mniejsza, ale zdecydowanie bardziej europejska. Zrealizowaliśmy ideę Piłsudskiego i Giedroycia, lecz w wersji zaadaptowanej do okoliczności lepszych dla Polski niż kiedykolwiek przedtem. Dzięki zakotwiczeniu, wpływom i aktywności Polski w Unii Europejskiej użyliśmy do rywalizacji z Rosją o Ukrainę nie tylko skromnych środków naszego kraju, lecz także miękkiej siły całej Unii Europejskiej. Realizowaliśmy spuściznę Giedroycia czy, jak kto woli, ideę jagiellońską, na europejskim turbodoładowaniu.

Pracując na jej rzecz, zawsze miałem świadomość brzemienia historii, które ciąży nad stosunkami polsko-ukraińskimi, na dobre i na złe. Wielkim narodem nie jest ten, który uważa się za niepokalaną ofiarę historii, lecz ten, który pielęgnując własną historię, potrafi poczuwać się do odpowiedzialności, a więc także próbuje naprawić swoje błędy. A tych w naszej historii nie brakuje. Mamy prawo czcić ofiary zbrodni wołyńskiej i być podejrzliwi wobec kultu Bandery, pod warunkiem że będziemy pamiętać o wiekach kolonialnej w gruncie rzeczy szlacheckiej eksploatacji Ukrainy, niedocenianiu kozactwa, nieratyfikowaniu na czas ugody hadziackiej, niepełnej realizacji unii brzeskiej czy bliższym naszym czasom rozbiorze Ukrainy do spółki z Sowietami w 1920 roku.

Dziś Ukraińcy wreszcie mają własne państwo, ułomne i niespełniające jeszcze ich ambicji, ale jednak. Proces odtwarzania narodu stał się nieodwracalny. Ich młody nacjonalizm czasami przybiera formy, które rażą sąsiadów. Ale najważniejsze pytanie strategiczne brzmi: „Czy państwo to się ostanie i będzie dodawało energii Europie, czy też znowu stanie się zasobem imperium rosyjskiego?”. Dla dawnej metropolii z kolei najważniejszą okolicznością będzie to, jak długo Ukraińcy będą musieli walczyć – zarówno dosłownie, jak i w przenośni – i ile ofiar obie strony poniosą, zanim Rosjanie uznają ukraińską odrębność i jej prawo do samoistnienia. Niepodległa, europejska Ukraina to nie tylko bezpieczniejsza Polska, lecz także Rosja przezwyciężająca swą kolonialną przeszłość i – być może – kiedyś naśladująca polską i ukraińską drogę do Europy.

To wszystko miałem na myśli, mówiąc ukraińskim mediom na schodach gmachu administracji prezydenta w Kijowie po podpisaniu umowy pomiędzy Janukowyczem a opozycją: „Macie swoją kolejną szansę. Nie zmarnujcie jej. Polska czekała na was 350 lat. Nie chcemy czekać kolejnych 350”.

2. Minister

Dostępne w wersji pełnej

3. Sztuka słowa

Dostępne w wersji pełnej

4. Gra o Rosję

Dostępne w wersji pełnej

5. Nasz amerykański sen

Dostępne w wersji pełnej

6. Na Zachód przez Niemcy

Dostępne w wersji pełnej

7. Nasza Unia

Dostępne w wersji pełnej

8. Bliska zagranica

Dostępne w wersji pełnej

9. Polacy na świecie

Dostępne w wersji pełnej

10. Ambasadorowie i konsulowie

Dostępne w wersji pełnej

11. Polskę sławić

Dostępne w wersji pełnej

12. Polska w polityce globalnej

Dostępne w wersji pełnej

13. Nowoczesna Służba Zagraniczna

Dostępne w wersji pełnej

14. Polska może być lepsza

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Indeks osobowy

Dostępne w wersji pełnej

Indeks geograficzny

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

Fotografia na okładce

Krzysztof Dubiel

Redakcja

Maciej Gablankowski

Opieka redakcyjna

Krzysztof Chaba

Justyna Kukian

Wybór ilustracji

Ewelina Olaszek

Marta Hamera

Adiustacja

Witold Kowalczyk

Korekta

Agnieszka Mańko Aneta Iwan

Copyright © by Radosław Sikorski, 2018

© Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-4250-0

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Karol Ossowski

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Polska może być lepsza Prochy świętych 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze