Poetka i książę

Poetka i książę

Autorzy: Manuela Gretkowska

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.09 zł

Ona – dopiero wchodząca w życie, spontaniczna i radosna poetka.

On – starszy o trzydzieści lat, intelektualista o smutnych oczach, książę emigracji.

Połączy ich uczucie – tajemnicze i skomplikowane.

 

***

 

W 1957 roku Agnieszka Osiecka jedzie do Paryża. W walizce przemyca opowiadanie narzeczonego, Marka Hłaski, by przekazać je szefowi paryskiej „Kultury”. Jerzy Giedroyc jest olśniony – jednak nie tylko talentem młodego pisarza, ale przede wszystkim zjawiskową poetką. Jedzie za nią nawet do Londynu, choć nikt od dawna nie widział go poza Paryżem. Wszystko po to, by wręczyć jej fiołki.

Agnieszka także czuje coś, czego nie doświadczyła nigdy wcześniej. Ale nawet ona – ekspertka od miłości – nie potrafi nazwać tego, co ich łączy.

W opartej na faktach powieści Manuela Gretkowska mistrzowsko opowiada historię miłości niemożliwej, o której Osiecka milczała całe życie.

 

Osiecką kochamy i widzimy w niej ikonę słodkiej poetessy z warkoczem. A ona była pełna sprzeczności. Miała jak każdy swoje mroczne strony, być może mroczniejsze, na pewno bardziej niszczące. 

Manuela Gretkowska

Nikt nie patrzył na scenę. Spektaklem była siedząca w loży autorka sztuki. Normalna kobieta tak nie wygląda ani nie pisze. Twarz pomalowana złotem, cycki na wierzchu, sutki umazane jaskrawoczerwoną farbą. Biegali za nią po Londynie, krzycząc: „Wariatka!”.

Uciekała, sądząc, że tańczy. W kapeluszu z piórami strusia, tiulowych szalach.

Księżna Newcastle. Prapoetka, moja prakobieta – Agnieszka zobaczyła portret sprzed trzystu lat. „Margaret Cavendish, księżna Newcastle”, przeczytała podpis w londyńskiej galerii.

Pisząca pod własnym nazwiskiem własne myśli budziła sensację kilka wieków temu. Ona, Agnieszka Osiecka, też była dziwem, dziwadłem. Na szczęście nie teraz, w roku 1957, nie tu, w Londynie, gdzie nikt jej nie znał. Nikt nie kochał.

Właściwie każdy, kto ją poznał, musiał pokochać.

Adam poznał Ewę biblijnie. Nie w łóżku, nie było rajskiego łoża. Dopadł ją gdzieś pod drzewem dobrego i złego. Opierała się o nie, jak dzikie kobiety z dżungli. Praojciec, pióropusz i kość w nosie, wbijał w nią kość członka. Obejmowała, krzyżowana, drzewo.

Adam był ojcem Ewy. Pochodziła z jego ciała. Był też jej mężem. Miała mężoojca, nikogo innego, wbrew naturze. Bóg był tylko głosem z tuby Nieba.

Co może głos? Co mogą słowa, jej własny protest: „Nie!”? Nie sprzeciwiała się ojcu. Poetka wyrwała kartki o nim ze swoich pisanych od dzieciństwa dzienników. Samej siebie nie mogła mu wyrwać.

Albo to było w szatni na basenie Legii? Miała dziesięć, dwanaście lat? Któryś ze starszych kolegów, trener? Przepłynął przez jej ciało. Zdarł skórę, do krwi. Jej zostały słowa. Nie lubiła seksu. Oddawała nim daninę, bo mężczyźni tego chcieli. Jej nagiej. Ubierał ją ojciec. Powoli zakładał majtki, koszulkę, dobierał spódnicę. Mówił, co pasuje. Sama, bez niego nie umiała wybrać bluzek, swetrów. Też były częścią ciała, a więc ktoś jednak zdarł z niej ubranie. Najpierw niepokalanie białą bluzkę, kostium pływacki?

– Księżna Sapieżyna podarowała ci płaszcz! – oznajmiła londyńska ciotka Agnieszki, siostra ojca, arystokratka niższej rangi. W porównaniu z pedigree angielskiej arystokracji była emigrancką kundlicą. Przyjęła pod swój dach ubogą siostrzenicę. Dla niej nada się płaszczyk wyleniały, podszewka przepocona. Znosiła go sama księżna.

Gdzie teraz pracuje jaśnie pani? W okienku na poczcie? – zgadywała Agnieszka.

Przed polskim kościołem co niedziela uchylali sobie kapelusza dawni ministrowie, pułkownicy: „Och, witam panią rejentową”. W lepszych paltach przychodzili szoferzy, palacze z kotłowni. Ich żony też miały damulkowe woalki, rozciągnięte na twarzach ludu, płaskich jak mazowieckie krajobrazy.

Dom ciotki i jej męża, wojskowego – colonela, żeby było bardziej angielsko – stał się domem przejściowym dla powojennych polskich sierotek. Miejscem tranzytu z sierocińców do przyklasztornych przechowalni. Colonel też bywał w domu tranzytem. Rano gazeta, woskowanie wąsów i wypad na miasto. Powrót do rodzinnych koszar wieczorem.

Agnieszka dostała pokój biurowy, w kącie składane łóżko. Przy stole ciotka zajmowała się papierkową robotą. Listy, podziękowania za datki na sierotki. Po domu plątały się dzieciaki. Młodsze od Agnieszki siedem, osiem lat. Ona, jedynaczka z Saskiej Kępy, kilka języków, tenis, narty, gosposia. One… Niezgułowata Czesia w opadających wełnianych rajstopach, ukradła ciotce jednego funta, tuż przed klasztorną zsyłką. Wyperfumowała się wodą kolońską z butelki owiniętej wikliną. Nazywała ją „perfumą”. Polewała nią piekącą, czerwoną od emocji dłoń, by pozbyć się mysiego zapachu sutereny. Otoczyć obronnym zapachem kobiecości.

Agnieszka w półmroku lamp przykrytych abażurem, innych w tym cholernym domu nie było, dostrzegła szminkę na ustach Czesi. Dziewczynka miała skrofuły w nosie albo zawalone gardło, z rozchylonych karminowych ust świstało.

Nocą, pod nieobecność ciotki, sierotki dorwały się do telefonu. Agnieszka owinięta kocem czytała.

– Jak mogłaś?! Jak mogłaś im pozwolić?! – Ciotka wyrwała jej książkę.

Nieosłonięta kartkami Agnieszka poczuła się naga, gwałcona krzykiem.

– Ciociu…

– To ja cię trzymam za darmo pod swoim dachem, a ty…

– Nie wiedziałam, że im nie wolno…

– Wiedzieć nie chciałaś… Ile mnie kosztujesz, też nie wiesz?! Nie twoje, to darmo. Tego się nauczyłaś od sowieckiej swołoczy w kraju, tak?!

Najwyższe tony podrażniły oczy ciotki, lecą z nich łzy. Agnieszka też płacze. Skulona w dzieciństwo, rozpaczliwie osamotniona mimo swoich dwudziestu jeden lat, jesieni, zim. Sierotki straciły rodziców raz. Ona przy każdej awanturze matki i ojca traciła barierę ochronną na wrzask.

Ciotce zrobiło się gorąco. Otworzyła okno, wystawiła głowę. Wdycha jesienne, przegniłe powietrze. Angielskie okno, podsuwane do góry. Gdyby z rozpędem spadło, a framuga była ostra – ścięcie gilotyną. Trzask kości karku. Głowa spadłaby między uschnięte jabłka i trawę. Śmierć godna arystokratki w niedopiętym futrze. Ciotka wachluje się dłonią, zostawia Agnieszkę „na przemyślenie”.

Zamknięta w tym pokoju gościnno-niegościnnym, obwieszonym obrazami w złotych ramach. Pluszowe zasłony, palma w doniczce, nadęte komody i brezent na rozciągniętych sprężynach polowego łóżka. W dzień składanego pod ścianę. Przy biurku ciotki odgarnięty z papierów kawałek miejsca dla niej. Ciemnawa, spękana politura układająca się fantastycznymi konturami nieistniejących, złuszczonych kontynentów imperium brytyjskiego. Agnieszka, pisząc swoje myśli, przytrzymuje je stalówką. Widzi wtedy, co czuje. „Tato, piszę przez łzy. Tak, płaczę przez ciotkę i ledwo widzę, zaciskam oczy, żeby nie krzyczeć. Co ja tu robię?! Wracam. Jadę do Paryża. Kazałeś mi ją polubić. Lubiłeś ją? Dlaczego za ciebie mam nadrabiać zawalone sprawy. Nie moja wina, że nie wziąłeś austriackiego obywatelstwa. Węgierskie, serbskie po babci… Mogłeś wziąć księżycowe, znikałoby, ale i rosło w pełnię. Wysłałeś mnie do niej, żebym miała gdzie zostać w razie czego. Nie zostanę, nigdy. Już się pakuję i tego nie da się naprawić. Spalona meta. Miałam pilnować sierotek? Papier toaletowy im wydzielać? Najadły się, nagadały na jej koszt. Tato, nikt nie krzyczał oprócz ciebie. Winiłeś mamę, krzyczałeś na nas obie. Nie musisz przepraszać. Ja też nie, nikogo, wyjeżdżam”. Zakleiła kopertę. Pewnie wyfiokowana Pellegrini, flama ojca, już ten list przepowiedziała. Agnieszka zajmuje się układaniem słów. Tresowaniem ich w zwrotki, a ona, śpiewaczka Pellegrini, zna je wcześniej, przewiduje, co się pojawi w blond główce córeczki Wiktora Osieckiego. Ludzie jej płacą za karciane wróżby, jędza nie wróżka: „Drogi Wiktorze, wieczorową porą list do Ciebie nadchodzi. Z daleka, od blondynki, młodej… bliskiej twemu sercu. No, no…”. „A to pewnie od Aguni, z Anglii”, powie ojciec. „Biedne dziecko, tak daleko musiała uciekać od matki wariatki”.

I jeszcze jeden list napisze. Agnieszka przysunęła abażurową lampę. Nie cierpiała tych lampeczek pod czerwonymi kloszami we frędzlach. Szarpnęła wtyczkę. Dziwacznie angielską, trzybolcową. Płynął nią prąd z czasów rewolucji przemysłowej. Wtyczka podłączała do epoki Dickensa. Biednych krewnych, żebrzących sierot i Olivera Twista.

„Madame et Monsieur Hertz”, zaadresowała kopertę. Zosia Hertz pouczyła ją, żeby nie pisać „Madame Zofia Hertz”, madame nie ma we Francji imienia. Wtapia się w nazwisko męża, jego rodzinę bez śladu. Małżeństwo, zbrodnia doskonała. O tak, Francuzi wyrazili to formą, konwenansem, po swojemu. W małżeństwie jej rodziców nie było już form. Ojciec dobijał matkę niewiernością i kłótniami. Młotkował od dawna, zadając powolną śmierć.

„Zosiu, Zygmuncie, strasznie za wami tęsknię. Chyba skrócę londyński pobyt, nie wiem, czy mnie na to stać…” Nie kończy. Prawie zasypia. Bije się w twarz. Policzkuje, aż boli. Nie pomaga, nadal boli bardziej to, co pod spodem napływa rumieńcem wspomnień.

Rano ciotka przyszła do pokoju Agnieszki.

– Wiersz – upozowała się między palmą a oknem – Ślepiec i dziewczyna. – Recytowała, odrzucając dramatycznie głowę do tyłu.

Może sama jej odpadnie – Agnieszce wydawało się, że nadal śni i wszystko jest możliwe. Wyrośnie nowa głowa, od razu ufryzowana, przedwojennej aktorki. Ulepek ust w serduszko, oczy obrysowane dramatyczną czernią. Przed wojną nie było dobrego oświetlenia. Kobiety wieczorem malowały się w półmroku, inaczej nie da rady wytłumaczyć ich makijażu klauna. Panie do towarzystwa, sznury korali. Koraliki przy sukienkach potrząsane fokstrotem, charlestonem robiły z nich grzechotki dla mężczyzn. Kobiece figurki przesadnie umalowane, zabawki podpisane na twarzy, żeby ich nie pomylić.

Ciotka jeszcze nieuczesana, z przyklapniętymi loczkami. Uniosła dłoń, przysłaniając oczy przed niewidzialnym światłem natchnienia.

Wątpiła o swej urodzie.

W uczucia wierzyć nie chciała,

Kiedym jej miłość wyznawał,

Tylko się śmiała.

– To była młodość. – Recytując, przekonana o swej scenicznej wielkości, niechcący parodiowała gwiazdy kina niemego. Mlasnęła w finale językiem przy aktorskim „ł” wymawianym jak „l”. Przysiadła się do Agnieszki na polowym łóżku. – To była młodość, uniesienia, moderna. Potem cud się stał, przeżyłam. Bomba spadła tuż koło mnie, dwie pielęgniarki zabiło. Opatrywałyśmy żołnierzy z frontu cesarskiego, zabiło, a mnie nie. Nawróciłam się. – Ogarnęła ręką wnętrze ciemnawego pokoju, jak swoją duszę. – Emigracja, filantropia.

Agnieszka należała do tego domu i nawrócenia.

– Tak, ciociu.

– Nie pocałujesz mnie? – Przyciągnęła ją do siebie. – Ty piszesz wierszyki, ja też pisałam. Kiedyś ci powiem, przy okazji. Przyjdzie Simpon, razem pojedziecie w dobroczynnych celach.

Tokowanie ciotki przerwał telefon. Zasiadła do biurka, do swojej karocy zdobionej rzeźbionymi kolumienkami.

– Och, jak miło. – Podgrzana wdzięcznością dla darczyńcy, rozpędzała się, terkocząc: – Och, jak miło, och, jak miło, och, jak.

Z okna łazienki Agnieszka widzi Czesię. Stoi przy swojej kartonowej walizce przed domem. Zaraz przyjedzie po nią taksówka. Według ciotki wykorzystując gościnę, „zgrzeszyła podwójnie”. Przybiega, w ostatniej chwili, w ostatniej, by Czesi wybaczyć. Obejmuje, cmoka. Wpycha do taksówki i szalem dotyka oczu, udając wzruszenie. Powiewa nim za odjeżdżającą, jakby przesyłała całusa spojrzeniem. Podjeżdża drugi czarny wóz z szoferem. Wysiada zapowiedziana Simpon, polska dama, zamężna angielsko. Ufutrowana białym kołnierzem, urękawiczniona po łokcie. Praca będzie ciężka.

– Wy macie szczęście, ćwoki jedne, że kobiety muszą kogoś kochać. Inaczej byście poginęli – mówi Zosia Hertz. – Wy, mężczyźni, obaj – dodaje.

Wiadomo, o kogo chodzi. O Jerzego, Redaktora „Kultury”, z szacunku przez duże „R”, i Zygmunta, męża Zofii. Obaj ubrani niemal wizytowo, ogoleni, w podobnym wieku – pod pięćdziesiątkę. Giedroyć wyższy, uwodzący melancholią zatroskanych szarych oczu. Zygmunt szyderczy i dobrotliwy zarazem, zależy, kto mu podejdzie „pod dowcip”.

– Bałaganiarze. Przy rąbaniu drzew na Syberii łatwiej było. – Zosia przerzuciła redakcyjne papiery. – Nie ma, no, nie ma tej koperty. – Zawahała się, czy założyć odsłonięte spod sterty listów okulary w zadartych kocich oprawkach.

Zapisał je lekarz ze względu na wiek. „Podeszły wymaga szkieł”. Nie wymaga, bardziej przeszkadzają. Zygmunt znalazł jeden plus.

– Z naszych żydowskich nosów się nie zsuwają, Zosiu.

Jerzy, pochłonięty czytaniem ostatniej korekty, dodał wtedy coś, ni w pięć, ni w dziewięć:

– Żyd, kurwa, i książę zawsze mają szczęście.

Zosia o mało nie upuściła paczki przenoszonych książek.

– Nasz sierżant tak powiedział. – Jerzy nadal podkreślał piórem poprawki.

Nigdy nie klął, najwyżej wiernie cytował. Przed chwilą sierżanta Zatorskiego, który dostał listę wybranych do wyjazdu z linii frontu. Wyczytał Giedroycia i kogoś o żydowskim nazwisku, reszta została w okopach.

– Wiem, wiem. – Zosia popatrzyła rozbawiona na męża, niosącego wypełnioną po brzegi szklankę herbaty z kuchni. – Ale nigdy tak dokładnie nie powtórzyłeś.

Zygmunt nie ulał na spodeczek ani kropli.

– Afryka dzika. – Stuknął łyżeczką.

– To nie było pod Tobrukiem. – Jerzy z korektorskim namaszczeniem poprawiał tekst i Zygmunta. – Musiało być rok, dwa później, gdy się już spotkaliśmy.

– W Iranie. Przynajmniej owoce były dobre – westchnęła Zofia.

– Nie narzekaj – przerwał jej mąż. – Nasza morwa jest pierwsza klasa.

– Z ziemi nie jem.

– Mam ci z nieba zrywać? Z ziemi najlepsze, dojrzałe. Dupont robi nalewkę.

– Z naszej morwy?! – oburzyła się Zosia.

– Gałęzie ma po swojej stronie.

– To mógłby chociaż poczęstować. Musi, takie jest prawo, nasza gałąź w jego ogrodzie podpada pod… dzierżawę. – Ściszyła głos. Bezwiednie, jak modlitwę, przytaczała paragrafy: – Dzierżawienie własności wymaga obopólnej umowy… – Jednocześnie czytała korespondencję z Polski, Ameryki, wkładając listy w przegródki: „pilne”, „wpłaty”, „Kultura”.

Przywoływanie prawnych formułek uspokajało ją, rozdzielało myśli od nerwów. Jej znajomość prawa była mniej przydatna niż łacina. Martwego języka używano jeszcze do opisywania aptekarskich nalepek i podczas egzaminów uniwersyteckich. Prawo, jakiego się uczyła, zginęło bezpowrotnie, jak kraj, w którym je stosowano. Przepis na potrawę bez składników. „Weź dwa kilo mąki pytlowej”. Kto pamięta, co to pytel? Może w Londynie Polki patriotki przechowują relikwię pytlowej mąki, na wypadek gdyby wybuchła trzecia wojna światowa i po niej Polska się odrodziła, z dworkami, ułanami i parafią. A chamy w błocie czapkować będą państwu.

Zygmunta wzruszała mina Zosi prymuski. Nie zmieniła się od lat, wielkie czarne oczy, piękne usta i niesforne włosy wkładane za ucho. Kiedy się poznali, miała lok albo kok, według przedwojennej mody. I sukienkę w groszki. Wyskoczyła z tramwaju na Piotrkowskiej. Znajomy powiedział, że ją zna.

– Skąd? Z dancingu? – Zygmunt zakochał się w jej nogach, nie pamiętał butów Zosi. Mógłby wtedy, w tysiąc dziewięćset trzydziestym szóstym, przysiąc, że widział jej nagie stopy.

– Dancingu? – zdziwił się znajomy. – Pani notariusz nie tańczy.

– Mężatka?

– Nie notariuszowa, notariusz. Pracuje w kancelarii u Kłopotowskiego. Przychodzą ją oglądać, najnowszy model, drugiej takiej w Łodzi nie ma. Nie ma bab notariuszy, tylko ona.

Zygmunt oświadczył się jej tak, żeby nie miała wątpliwości:

– Zosiu, czy wyjdziesz za mnie? – Poczekał, aż skinie głową i potwierdzi wzruszona. – Czy wyjdziesz za mnie za każdym razem, kiedy cię poproszę?

– Hertz, co ty pleciesz? – Odsunęła się od niego, podejrzewając zgrywę.

– Zwykła kobieta jest warta ślubu, ale ty jesteś warta sto ślubów i jeżeli ktoś by ci proponował nowy, pamiętaj, że ja się z tobą będę zawsze żenić, za każdym razem, kiedy będziesz chciała, panno Neuding.

Oświadczyny jej nie rozbawiły. Nie takie. Nie było paragrafów na romantyzm Hertza, niespełna trzydziestoletniego podporucznika, absolwenta akademii ekonomicznej w Manchesterze, a na dodatek wspólnika rodzinnej spółki kupieckiej pracującej dla wielkiej firmy Solvay. Zosię interesowało, co teraz, konkretnie. Konkretne oświadczyny, niemnożone przez sto w przyszłości. Po trzydziestym dziewiątym nie wybiegała myślami donikąd, w umeblowaną strachem niepewność. Dlatego tak dzielnie zniosła we Lwowie aresztowanie przez Sowietów, zsyłkę, włóczęgę z Armią Andersa. W nieszczęściu, w nieszczęściu historii mieli z Zygmuntem największe szczęście bycia razem. Może to ich uratowało. Giedroyć przeszedł podobną drogę, z armii do Francji, ale sam. Nie miał oparcia. Rzetelność i duma, przedwojenne cnoty dobre są w sztambuchu pensjonarki. Brak kobiety w życiu mężczyzny wypełnia smutek. Jerzy zatrudnił swój smutek do pracy. Niewolniczej, dzień w dzień od rana. Zastępowała mu życie. Stąd zamieszanie z przyjazdem Agnieszki miesiąc temu. Nagle…

– Może by kupić drabinę? – Jerzy wbrew swoim zwyczajom przerwał redakcyjne czytanie, by wrócić do rozmowy o rzeczach, które mogły poczekać na omówienie przy kolacji.

– Po co? – Zosia przeliczyła w głowie rachunki i koszt zakupu.

– Odciąć Duponta. Dobre te morwy, wczoraj spróbowałem.

– Liści już prawie nie ma, co dopiero owoce, Jerzy.

– Na czubku zostały. Kot wszedł i go ściągałem.

– Obciąć gałąź, Kocik nie wejdzie i Dupont nie będzie z nas pił. – Zygmunt znalazł rozwiązanie. – Dużo zerwałeś?

– Trochę, ale ptaki dziobią.

Zosię pochyloną nad papierami nie obchodziła bzdurna rozmowa.

– A ty gdzie? – Dopiero szurnięcie krzesłem Zygmunta oderwało ją od pracy.

– Przyniosę ci prosto z drzewa.

– Znam cię, z ziemi pozbierasz i wyczyścisz.

– To chodź ze mną.

– Po co? Siadaj. – Nie lubiła przerw.

Nawet Black, najbardziej nieznośny ze spanieli, był tak ułożony, żeby nie prosić o spacer, kiedy pracowali w redakcyjnym.

– Idźcie, sprawdzisz, ile zabiera nam Dupont. I może Zygmunt ma rację, obciąć tę gałąź, drzewo się wzmocni. – Jerzy otworzył nową paczkę papierosów.

Black pobiegł za nimi. Czarnymi uszami majtał w drodze do morwy przy płocie. Jerzy wyjął z kieszeni otwartą kopertę adresowaną do Hertzów. Rozłożył kartkę zapełnioną pismem, jak jego pochylonym w tę samą, lewą, stronę. Pisał mniej czytelnie niż Agnieszka. W jej literach była pewna staranność, jeszcze dziecinnie zaokrąglona, domagająca się zrozumienia. Na pewno opieki, była taka młoda i wpakowała się w londyńskie bagno. Nie ostrzegał jej przed wyjazdem. Nie wypadało, jechała do rodziny. Rodzina, nie rodzina, dziewczyna wyraźnie napisała, że ucieknie… Ci ludzie wstydu nie mają, prymitywne hrabianki spod strzechy, krzyczeć na to dziecko! Miłosz dał sobie radę w Londynie, ale on niejedno przeszedł. Miesiąc temu zaprosił go Klub Polski. Nie zdążył przeczytać wiersza, a pół sali, starej gwardii, wyszło, sycząc: „zdrajca”. Pisali w swoich gazetkach: „Po występie Miłosza trzeba było wykadzić, bo sama jego obecność obraziła sztandary spod Monte Casino”. Jerzy pamiętał słowo w słowo, redaktorska wprawa. Nie potrzebował wycinać nożyczkami fragmentów. Jego pamięć była najlepszym archiwum. Zapamiętał też każde zdanie listu Agnieszki.

Podłożył go z powrotem między korespondencję przeglądaną przez Zosię. Wywabił ją i Zygmunta na morwy, żeby przeczytać list, zanim go zabiorą. Nie odważyłby się pytać, co napisała. Zosia ją sobie zawłaszczyła, laleczkę do ubierania i wożenia po Paryżu.

Agnieszka w milczeniu szła za Simpon od jednego londyńskiego biura do drugiego. Wszystkie polskie, w każdym szare garnitury, sekretarki tłuką w klawisze maszyn i wszędzie radzą: „Proszę przyjść później, pryncypała nie ma”.

Skąd ja to znam? Z Lalki, przypomniała sobie. Wąsiki subiektów muskające rękawiczkę znudzonej Simpon. Ale coś „robić trzeba”. Ją ciotka wysłała dla ozdoby. Pszenicznowłosa panienka miała wzruszać, Simpon – zbierać fundusze. Nic nie zebrała. Obietnice.

– Londyn widzę przez Dickensa, ten cyrk przez Lalkę – opowiadała sobie samej Agnieszka, z braku słuchaczy, kumpli z warszawskiego STS-u albo łódzkiej filmówki. – Czy ja wszystko muszę przez litery i papier? W mięsnym pakują w gazetę. Inaczej się tego nie da wziąć. Cieknącego ochłapu.

– Całuję rączki mamusi. – Kolejny fircyk buch Simponową w mankiet, ślini po rękawiczkach.

Skąd oni te teksty biorą? Sprzed wojny? „Kwesta” – tego słowa szukała. Archeologia słów.

Z wujkiem, do którego znajomi mówili dla angielskiego szyku „colonel”, zwiedzała muzea. Wujek się trzyma, proste plecy, woskowany wąs, postawa wojskowa. Odzywki krótkie, dosadne:

– Moja droga Agnieszko – komentował miliony lat w Muzeum Historii Naturalnej. – Co ten Darwin z tymi czaszkami? Pierduty i duby smalone. Ja mogę w każdej chwili pokazać ci na ulicy takiego człowieka jak ten tu, jak mu tam? Neandertalczyk. I co tu wywodzić zaraz o jakiejś, prawda, ewolucji…

Obiadek z wujciem w restauracji, gazetka, podwieczorek i jego domowa drzemka przed wieczornym kinem. Musztra dnia, bez odstępstw ze względu na pogodę.

Na to czekałam? – zastanawiała się, siedząc przy Simponowej w aucie objeżdżającym biura przy City. Anglia miała być wybawieniem. Cały rok marzyła o Londynie. Londyn zmieni wszystko, ustawi proporcje, będzie zbieżnym punktem perspektywy, bez którego linie się nie połączą. Punktem na horyzoncie łączącym marzec w Kazimierzu, lato w Burgundii i tych kilka jesiennych dni w podparyskim Maisons-Laffitte u Hertzów i Jerzego.

Wczoraj wujek colonel przedefilował przez Muzeum Historii Naturalnej. Prosto do najnowszych osiągnięć cywilizacji: kawiarni dymiącej cygarami, kawą. Kości zwierząt i ludzi poległych na polu ewolucji pochowano w gablotach. Uwagę Agnieszki przyciągały szkielety dinozaurów, dłużej stała przy zrekonstruowanej ręce neandertalczyka. Brakowało kawałka dłoni.

Suche, przesiąknięte odwiecznym kurzem powietrze muzeum nie miało w sobie nic z wilgotnej, śmierdzącej poczekalni pogotowia na Wołoskiej. Markowi nie goił się złamany palec. Bandaż przesiąkł mieszanką krwi i gipsu. Przyjechali od niej, z Saskiej Kępy. Nazwisko Hłasko, jego knajacki styl nie zrobiły wrażenia. Pielęgniarka kazała czekać. Lekarz był, ale wyszedł. Marek gorączkował, popijał z kranu. Nie dało się go dokręcić. Ciurkał zagłuszany przez głośne tykanie zegara. Obok kobieta trzymająca na kolanach głowę nieprzytomnego mężczyzny. Nie mógł stać się bardziej nieprzytomny. Przyjęli więc najpierw cierpiącego Marka. Potrzymali go pięć minut.

– Będą mi łamać palec od nowa. – Wrócił blady. – Źle się zrósł, a mi ręce potrzebne. Ma pani ołówek? – zaczepił pielęgniarkę.

Spektakl z ołówkiem – pisarz nie może zagiąć na nim palców.

– Wie pan co, ja już trzeci dzień w dyżurnym, nie takie cyrki widziałam.

Powlókł się do sali zabiegowej. Zegar, kran, żadnego jęku. Twardziel, wrzeszczał przy innych okazjach. Wtedy, gdy całe pokolenie milczało, przywykłe, ogłupiałe. On darł mordę i klął. Nikt przed nim nie rzucał „kurwami”. Wziął je z Pragi, lewej strony Wisły i prawdziwej robotniczej duszy. Inteligenciki karmione mleczkiem tylko buzie rozdziawiały o więcej. Chłopcy bez manier, podciągali się na mięśniach awansu. Marek nie musiał. Awansował pisaniem, był pierwszy.

Żałowała, że nie wzięła ze sobą książki. To i lepiej… czeka na swojego mężczyznę. Nie wypadało mieszczańsko zabawiać się lekturą. I to taką, przełożoną prezerwatywą. Marek ją tam włożył, zużytą u niej w domu.

– To jest życie – powiedział Agnieszce – nie literatura.

Gumowa zakładka, najpierw w niej. Ona też była literaturą. Jej teksty przy jego były cieniami prawdziwego życia. Wydrukowane na białych kartkach czasopism, czarno-białe fotografie uczuć. I ta prezerwatywa reklamowana: „Prędzej serce ci pęknie”.

Serce Agnieszki było z mocnej gumy. Dwa przedsionki, dwie komory. A czy ktoś w przedsionku wycierał chociaż buty, żeby wejść?

Marek zużytą prezerwatywę trzymał jak zdobycz. Zające, kuropatwy wieszane za oknem, dziczyzna, żeby skruszała. A trochę na pokaz, upolowane. Ile wysiłku kosztowało.

„Jesteś oziębła”, mówili do niej po wszystkim.

Markowi nie zależało. Od tego miał inne. Ona nadawała się na żonę. Nie potrzebowała ślubu. Tylko tego błysku w oku, że gdyby coś, to tylko z nią. On był panną młodą w jasnym, długim i włochatym kożuchu góralskim. Niepokalany baranek ścierający brud Polski codziennej. Kożuch nasiąkł znieczulicą, głupotą, łojem biedy. Zostawił go na krześle w poczekalni pogotowia. Lekarz znowu nie przyjmował chorych.

– Pije herbatę, nie? – pytała zabiedzona kobieta z głową mężczyzny na kolanach.

Ze swojej zdjęła wełnianą chustkę i czekała, patrząc przed siebie. Pytając o lekarza, też patrzyła gdzieś przed siebie, nie na pielęgniarkę w okienku recepcji, nie na drzwi dyżurki. Mówiła z pustki w pustkę, żeby potwierdzić tępe trwanie.

Pieta socjalizmu – Agnieszka jej współczuła. Bieda odkadzana spirytusem.

Chodzenie z Markiem nie na serio, bardziej dla hecy. Chociaż ich matki były tym zachwycone. Ojciec przeciw. Słyszeć nie chciał, zawodowy muzyk obdarzony słuchem absolutnym.

– To nie jest poważny człowiek – powiedział córce poważny człowiek, żyjący na dwa domy.

Pisała słowa piosenek, nie muzykę. Jeśli ojciec słyszał fałsz, Agnieszka go zagłuszała.

Mówiła, mówiła do Marka całą drogę w pociągu Warszawa – Puławy, potem autobusem, przystanek Kazimierz. Mówiła, gdy otwierali drzwi pokoju numer 43 w Domu Architekta. Nie ich domu, nie ich łóżka i nie ich ciał. Wymyślali, że się kochają. Marzec, łachy śniegu na kazimierskim rynku, jak brudne zacieki wżarte w kożuch Marka.

Przed Domem Architekta targ, konie, kapusta. Ludzie skostniałymi palcami wydają resztę za dwa pęta kiełbasy. Piwo ze sklepu, z orderem kapsla. Niżej, za skarpą rwie spękana krą Wisła. Kto na targu myśli o niesprzedajnej rzece? O kopach wzgórz? Wspięli się z Markiem na Górę Trzech Krzyży, wyślizganą czaszkę – tak było ślisko, ziemia zamarznięta na kość. Stamtąd widok, jakby ktoś rozrzutnie się zamachnął: rynek, zamek w Janowie po drugiej stronie brzegu, lasy, wzgórza, horyzont opinający kulistość Ziemi. Marek miał w kieszeni koguta z piekarni. Jeszcze ciepłego, smakującego chałką i mlekiem. Szarpał kawałki, za okruchami leciały wrony. Mówił z pełnymi ustami.

– Wiesz, że Golgota to Wzgórze Czaszki? – Zgrzany wspinaczką rozpiął kożuch.

– Nie. – Nacisnęła migawkę.

– Pojadę tam kiedyś. – Nie lubił patrzeć w obiektyw.

– Jasne.

– Albo świat do mnie przyjedzie. – Spojrzał w dół. – Biegniemy?

– Po co się męczyć? Lepiej skoczyć. – Policzyła, że to wysokość dwudziestego piętra Pałacu Kultury.

– Musisz tyle gadać? – Przyciągnął ją, ale nie pocałował. – Ty masz, Aga, zwężenie na mózgu i rozszerzenie na dziobie. – Zatkał ją kogucią bułą.

Wieczorem pili w pokoju. Patrzyli przez okno. Śnieg sypał prawie przezroczystymi płatkami.

– Jakby z żarówki leciał łupież. – Dotknęła łuski, mętnego światła na jego szerokich, robociarskich ramionach.

– Dom Architekta. Dlaczego by nie nasz dom, kiedyś? – zapytał.

Wiedział, komu jakie słowa podsypać. Chłopak z Pragi musiał dopasować się do świata pięścią i unikami.

U ciotki telefon. Drynda londyńsko, w Paryżu mają inny dzwonek.

– Agnieszka, do ciebie!

Biegnie z łazienki odebrać. Przeskakuje czarny sznur plączący się między biurkiem a ścianą wytapetowaną żółtymi różami na bordowym tle. Tak przeskakiwała „klasy”. Wyrysowane kredą albo kredowym kamieniem chodnikowe zabawy. Na jednej nodze, żeby nie skusić. Klasy prawdziwe, szkolne, też przeskoczyła. Ojciec za nią zdecydował, po co Agusia ma się marnować z idiotami? Umiała więcej, zapamiętywała szybciej. Kto by się przejmował, że zostawiała przyjaciół. Wyrywano ją jak ząb spośród ludzi, których znała. Liczyła się przyszłość, kariera. Ojciec zaplanował dla niej, gwiazdy, co najlepsze. Ludzie są kiepscy.

– Halo? Słucham? – Niemal dygnęła przy słuchawce, słysząc Zosię.

Jednak znalazła przyjaciół. Hertzowie dostali list, natychmiast oddzwaniają.

– Agnieszko kochana, na podróż masz? – basuje Zygmunt.

– Możemy przekazać przez znajomych w Londynie, Lewińskich. – Zosia mówi

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Źródła cytatów

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Copyright © by Manuela Gretkowska

Projekt okładki

Magda Kuc

Fotografia na okładce

Fundacja „Okularnicy“

Grafika na okładce

Vecteezy.com

Redakcja

Sylwia Bartkowska

Opieka redakcyjna

Monika Kucab

Agata Pieniążek

Korekta

Małgorzata Kuśnierz

Magdalena Matyja-Pietrzyk

ISBN 978-83-240-5621-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Poetka i książę Na linii świata Kosmitka Miłość klasy średniej Europejka Marysiu, jak myślisz? 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie