Dziennik mojego zniknięcia

Dziennik mojego zniknięcia

Autorzy: Camilla Grebe

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.80 zł

Mroczna i niezwykle emocjonująca opowieść o powtarzanych raz po raz kłamstwach, w które z czasem decydujemy się wierzyć.

Brutalne morderstwo w małej sörmlandzkiej wsi Ormberg doprowadza do spotkania trzech osób: Malin, młodej policjantki, która starannie zaplanowała swoje życie, Hanne, psycholog sądowej, której egzystencji grozi załamanie, i Jake’a – chłopca, który nosi w sobie niewypowiedzianą tajemnicę.

Pościg za zabójcą jest nie tylko niebezpieczny, ale także zmienia losy całej trójki. Prawda zaś jak zwykle ma wysoką cenę.

 

„Camilla Grebe jest coraz lepsza. Dziennik mojego zniknięcia to mocna i żarliwa opowieść o niezwykłej energii”. Arne Dahl

„Wciągająca historia, która jest zarówno wnikliwym portretem naszego społeczeństwa, jak i umiejętnie skonstruowaną trzymającą w napięciu powieścią”. Aftonbladet

„W tej świetnie skonstruowanej historii o nierozwikłanej sprawie morderstwa w opuszczonym mieście niesamowicie zręcznie splatają się różne perspektywy”. Tara

 

Książka została uhonorowana Szklanym Kluczem, nagrodą przyznawaną co roku pisarzowi z kraju nordyckiego za najlepszą powieść kryminalną.

Tytuł oryginału:

Husdjuret

Copyright © Camilla Grebe 2017

Published by agreement with Ahlander Agency

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autorki na okładce: © Viktor Fremling

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-717-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Ormberg, październik 2009

Malin

Ormberg. Osiem lat później – 2017

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Malin

Jake

Hanne

Jake

Malin

Hanne

Jake

Hanne

Malin

Hanne

Malin

Jake

Malin

Malin. Tydzień później

Jake. Cztery miesiące później

O książce

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Åsy i Matsa za udowodnienie, że istnieje wyjście

nawet z najczarniejszych ciemności

ORMBERG

Kto sieje wiatr, zbiera burzę

Malin

Idąc przez ciemny las, mocno trzymałam Kenny’ego za rękę. Oczywiście nie dlatego, że bałam się duchów. W coś takiego wierzą tylko idioci. Tacy jak mama Kenny’ego, która godzinami przesiaduje przed telewizorem i ogląda żałosne programy, gdzie tak zwane medium przeczesuje stare domy w poszukiwaniu nieistniejących duchów.

Mimo to.

Faktem jest, że niemal każdy, kogo znam, słyszał przy kopcu z kamieni płaczące niemowlę – to jego przeciągłe, smutne zawodzenie. Nazywano je upiorkiem i chociaż nie dawałam wiary tego rodzaju bzdurom, wolałam nie ryzykować i nigdy nie chodziłam tamtędy po ciemku sama.

Spojrzałam w górę na spiczaste wierzchołki choinek. Drzewa były tak wysokie, że niemal przesłaniały niebo i okrągły mlecznobiały księżyc.

Kenny pociągnął mnie za rękę. Butelki z piwem brzęknęły w foliowej reklamówce, a dym z jego papierosa zmieszał się z zapachem wilgotnej ziemi i butwiejących liści. Kilka metrów za nami Anders człapał przez krzaki borówek, gwiżdżąc pod nosem piosenkę, którą znałam z listy przebojów.

– Malin, do diabła!

Kenny potrząsnął moją dłonią.

– Co?

– Idziesz wolniej od mojej mamy. Upiłaś się już czy co?

To niesprawiedliwe porównanie – matka Kenny’ego ważyła ze dwieście kilogramów i nigdy nie widziałam, żeby przeszła dłuższy odcinek niż kilka kroków dzielących kanapę przed telewizorem od toalety. I nawet wtedy dostawała zadyszki.

– Zamknij się! – rzuciłam, licząc na to, że Kenny pozna po moim tonie, iż żartuję. Zrozumie, że w tej ordynarnej odzywce kryje się swego rodzaju szacunek pełen miłości.

Byliśmy ze sobą zaledwie od dwóch tygodni. Poza obowiązkowym nieporadnym obściskiwaniem się w jego łóżku, które cuchnęło psem, poświęcaliśmy czas na próbne wejście w role. On: dominujący, dowcipny (czasami moim kosztem) i chwilami ulegający przedwczesnej, skupionej na sobie melancholii. Ja: podziwiająca, kompromisowa (najczęściej własnym kosztem) i wielkodusznie wspierająca, kiedy dostawał doła.

Moja miłość do Kenny’ego była tak intensywna i bezwarunkowa, że niekiedy wyczerpywała mnie całkowicie także fizycznie. Mimo to nie chciałam być z dala od niego nawet przez sekundę, jakbym się bała, że okaże się snem, słodkim wytworem wyobraźni stworzonym przez mój ospały mózg nastolatki.

Świerki wokół nas wyglądały na bardzo stare. Między korzeniami rozciągały się miękkie poduchy mchu, a grube pnie porastały przy samej ziemi szare brody porostów.

Gdzieś z niedaleka dobiegł odgłos pękającej gałęzi.

– Co to było? – spytałam, być może trochę za głośno.

– To upiorek – powiedział Anders teatralnym tonem tuż za mną. – Idę po ciebieee – zawył.

– Kurczę, nie strasz jej! – syknął Kenny, jakby nagle uległ niespodziewanemu instynktowi opiekuńczemu.

Prychnęłam i potknąwszy się o jakiś wystający korzeń, omal nie straciłam równowagi, na szczęście nie zabrakło mocnej dłoni Kenny’ego w ciemności. Butelki w torbie zadzwoniły głucho, gdy ratując mnie, przeniósł ciężar własnego ciała z jednej nogi na drugą.

Jego serdeczny gest przepełnił mnie ciepłem.

Las się przerzedził, jakby świerki rozsunęły się na boki, by zrobić miejsce dla niewielkiej polany. Kopiec z kamieni wyglądał w blasku słońca niczym wyrzucony na brzeg gigantyczny wieloryb, porośnięty gęstym mchem i niskimi paprociami, które kołysały się w słabym wietrze.

Za polaną rysowała się na tle nocnego nieba ciemna sylwetka góry Ormberget.

– Kurczę, nie moglibyśmy pojechać do kogoś do domu i napić się piwa? Naprawdę musimy siedzieć w tym lesie? Jest kurewsko zimno.

– Ogrzeję cię – powiedział Kenny i zachichotał.

Przyciągnął mnie do siebie tak blisko, że aż poczułam odór piwa i snusu w jego oddechu. Z jednej strony miałam ochotę odwrócić twarz, zmusiłam się jednak i stałam spokojnie, patrząc mu w oczy, ponieważ właśnie tego ode mnie oczekiwano.

Anders zagwizdał, po czym osunął się ciężko na jeden z dużych okrągłych kamieni i sięgnął po piwo. Po chwili zapalił papierosa i powiedział:

– Myślałem, że chcesz usłyszeć upiorka.

– Nie ma żadnych upiorków ani żadnych duchów – odparłam, siadając na mniejszym kamieniu. – Tylko idioci wierzą w takie rzeczy.

– Pół Ormbergu wierzy w upiorka – zaprotestował Anders, następnie otworzył piwo i pociągnął łyk.

– No właśnie – dodałam.

Anders roześmiał się z mojego komentarza, Kenny zaś sprawiał wrażenie, jakby nie słuchał. Często wyglądał tak, jakby nie słuchał, co mówię. Usiadł przy mnie, położył dłoń na moim pośladku i wsunął lodowato zimny palec za pasek spodni. Potem przytknął mi do ust swojego papierosa. Posłusznie zaciągnęłam się głęboko, odchyliłam głowę i wydychając dym, spojrzałam na księżyc w pełni.

W panującej ciszy wszystkie odgłosy lasu wydawały się szczególnie wyraźne: szum słabego wiatru kołyszącego paprociami, przytłumione trzeszczenie i pstrykanie tysiąca niewidzialnych palców pełzających po ziemi, upiorne pohukiwanie jakiegoś ptaka gdzieś daleko.

Kenny podał mi piwo.

Pociągnęłam łyk gorzkiego zimnego napoju i wpatrzyłam się w ciemność między drzewami. Jeśli ktoś ukrywał się gdzieś w głębi, przyciskał do pnia, nie mieliśmy najmniejszej szansy go dojrzeć. Niewyobrażalnie łatwo było podkraść się do nas, równie łatwo jak zastrzelić dzikie zwierzę w zagrodzie albo wyłowić złote rybki z akwarium.

Tylko dlaczego ktoś miałby robić coś takiego tu, w Ormbergu?

Tutaj nigdy nic się nie działo. Pewnie z tego powodu ludzie musieli wymyślać historie o duchach – żeby nie umrzeć z nudów.

Kenny zdławił beknięcie i otworzył kolejne piwo. Potem odwrócił się w moją stronę i mnie pocałował. Jego język był zimny i smakował piwem.

– Get a room! – powiedział Anders i także beknął. Głośno, jakby beknięcie było pytaniem, na które spodziewał się naszej odpowiedzi.

Wyglądało na to, że komentarz pobudził Kenny’ego, bo ten nagle włożył dłoń za połę mojej kurtki, wsunął ją pod sweter i mocno ścisnął mi pierś.

Usiadłam tak, aby było mu wygodniej, i powiodłam językiem po jego ostrych górnych zębach.

Anders znienacka wstał. Delikatnie odepchnęłam Kenny’ego od siebie i spytałam:

– Co?

– Słyszałem coś. To brzmiało jak… jakby ktoś płakał albo zawodził.

Anders wydał z siebie przeciągły dźwięk skargi.

– Pogięło cię? – powiedziałam. – Idę się wysikać. A wy możecie tu sobie siedzieć i wypatrywać duchów.

Podniosłam się, okrążyłam kopiec i oddaliłam się o kilka metrów. Odwróciłam się i stwierdziwszy, że Kenny i Anders mnie nie widzą, rozpięłam dżinsy i przykucnęłam.

Mech albo jakaś inna roślina łaskotała mnie po tyłku, kiedy sikałam. Zimno wpełzło mi wokół nóg aż pod kurtkę.

Wzdrygnęłam się.

To faktycznie genialny pomysł, żeby przyjechać aż tutaj napić się piwa. Po prostu super! Ale dlaczego nie odmówiłam, kiedy Kenny rzucił taką propozycję?

Dlaczego nigdy nie odmawiałam, kiedy Kenny coś proponował?

Ciemność była nieprzenikniona, wyjęłam więc z kieszeni kurtki zapalniczkę. Nacisnęłam kciukiem małe kółko i słabym płomieniem powiodłam po ziemi: po brązowych jesiennych liściach, aksamitnym mchu i dużych szarych kamieniach. W szczelinie między dwoma kamieniami tuż obok nagle zajaśniało coś białego i płaskiego, wyglądającego jak kapelusz dużej pieczarki.

Kenny i Anders mówili dalej o duchach, rozbawieni i lekko podchmieleni. Słowa padały szybko, potykały się jedno o drugie, raz po raz przerywane śmiechem.

Może to przez ciekawość, a może nieszczególnie miałam ochotę od razu do nich wrócić, w każdym razie coś kazało mi przyjrzeć się tej pieczarce dokładniej.

Swoją drogą, czy o tej porze roku w środku lasu rosną pieczarki? Jedyne grzyby, jakie kiedykolwiek tutaj zbierałam, to kurki.

Przysunęłam zapalniczkę do szczeliny między kamieniami, aby lepiej oświetlić ten przedmiot. Odsunęłam parę liści i wyrwałam niewielką paproć z korzeniami.

Nie ulegało wątpliwości, że coś tam było. Coś, co…

Wciąż siedząc w kucki, z opuszczonymi spodniami, wyciągnęłam rękę i nieśmiało dotknęłam palcem białej gładkiej powierzchni. Wydała się twarda, jak kamień albo porcelana. Może to jakieś stare naczynie? W każdym razie to na pewno nie była pieczarka.

Wyprostowałam się odrobinę i odepchnęłam kamień leżący na wierzchu. Był mniejszy od innych i niezbyt ciężki, mimo to wylądował w mchu obok mnie z głuchym odgłosem.

Teraz ta biała rzecz, miska albo coś w tym rodzaju, leżała cała odsłonięta. Była wielkości grejpfruta, z jednej strony pęknięta i lekko porośnięta czymś w rodzaju włókien brązowego mchu.

Wyciągnęłam rękę i dotknęłam cienkich ciemnych nitek. Roztarłam je między kciukiem a palcem wskazującym, zanim mózg zdążył złożyć wszystkie puzzle w całość i zanim zdałam sobie sprawę, na co patrzę.

Upuściłam zapalniczkę, wstałam i zrobiwszy kilka chwiejnych kroków po omacku w ciemność, zaczęłam krzyczeć. Krzyk dobywał mi się z samych trzewi i zdawał się nie mieć końca. Jakby przerażenie wyciskało przez płuca każdy atom tlenu znajdujący się w moim ciele.

Kiedy Kenny i Anders przybiegli mi na ratunek, wciąż miałam spodnie opuszczone do kostek, a płuca wzmacniały krzyk kolejnymi zasobami tlenu.

Miska nie była miską. Mech nie był mchem.

To była czaszka z długimi ciemnymi włosami.

Jake

Mam na imię Jake. Należy wymawiać je z angielska – Dżejk, ponieważ moi rodzice nadali mi je po Jake’u Gyllenhaalu, jednym z najlepszych aktorów na świecie. W szkole prawie wszyscy z premedytacją mówią błędnie: Ja-ke, żeby od biedy rymowało się z paka albo z draka, albo jeszcze gorzej: sraka. Jasne, że wolałbym nazywać się inaczej, ale nic już nie da się zrobić. Jestem, jaki jestem. I nazywam się, jak się nazywam. Mama strasznie chciała, żebym miał na imię Jake, a tata zawsze robił to, co podobało się mamie, może dlatego, że kochał ją najbardziej na świecie.

Nawet teraz, kiedy mama nie żyje, wydaje się, że w pewien sposób nadal jest z nami. Czasami się zdarza, że tata nakrywa dla niej do stołu, a kiedy go o coś spytam, często długo zwleka z odpowiedzią, jakby się zastanawiał, co pomyślałaby mama. A potem pada odpowiedź: „Jasne, pożycz stówkę” lub „Okej, jedź do Sagi i obejrzyj film, ale bądź w domu na siódmą”.

Tata prawie nigdy nie mówi „nie” i niczego mi nie zabrania, mimo że ostatnio, od kiedy TrikåKungen, stara fabryka tekstylna, znowu stała się siedzibą azylantów, zrobił się trochę surowszy.

Wolę wierzyć, że wynika to z jego życzliwości, lecz Melinda, moja starsza siostra, uważa, że jest zbyt tępy i leniwy, żeby zdobyć się na protest. Kiedy tak mówi, zwykle zerka znacząco na stojące na podłodze w kuchni puste puszki po piwie, uśmiecha się krzywo i wydmuchuje idealnie okrągłe kółka dymu, które powoli unoszą się pod sufit.

Moim zdaniem Melinda jest niewdzięczna. No bo przecież wolno jej nawet palić w domu, na co mama nigdy by jej nie pozwoliła, i zamiast się z tego cieszyć, mówi takie rzeczy. To niewdzięczne, niesprawiedliwe i przede wszystkim ani trochę miłe.

Kiedy jeszcze żyła babcia, mawiała czasami, że tata może nie jest „najostrzejszym nożem w szufladzie”, ale że ostatecznie mieszkam w najładniejszym domu w Ormbergu, a to już nie byle co. Pewnie myślała, że nie rozumiem, co to jest „najostrzejszy nóż”, ale ja rozumiałem. Tak czy inaczej, wyglądało na to, że jeśli ma się ładny dom, bycie tępym nożem jest w porządku.

Najśliczniejszy dom w Ormbergu leży pięćset metrów od autostrady, pośrodku iglastego lasu, nad rzeką, która płynie do samego Vingåker. Są dwa powody, dla których nasz dom jest taki ładny: po pierwsze, tata jest cieślą, a po drugie, rzadko miewa jakąkolwiek pracę. Na szczęście, bo dzięki temu może dłubać przy nim prawie bez przerwy.

Tata wyciął wkoło domu zarośla i zbudował ogromny taras. Jest tak wielki, że można na nim grać w koszykówkę albo jeździć na rowerze. Gdyby wziąć porządny rozbieg i gdyby nie było żadnej balustrady, od krótszej strony tarasu dałoby się wskoczyć prosto do rzeki. Nie żeby ktoś dorosły chciał coś takiego zrobić – woda jest lodowato zimna, nawet w środku lata, a dno pełne mułu, wodorostów i obrzydliwych obślizgłych robaków. Czasami w wakacje Melinda i ja nadmuchujemy stare gumowe materace i płyniemy z prądem aż do starego tartaku. Korony drzew tworzą zielone sklepienie, które przypomina koronkowe obrusy w dziurkowane wzory robione przez mamę szydełkiem. Słychać wtedy jedynie ptaki, gumowaty chrzęst materaców, kiedy się na nich ruszamy, i szum niedużego strumienia, który wpada do zbiornika przy starym tartaku.

Po dotarciu do strumienia musimy wstać, wziąć materace w ręce i przejść przez płytką, bystrą wodę aż do tamy pełnej lilii wodnych i wodorostów.

Kiedy dziadek, którego nigdy nie poznałem, był młody, pracował w tartaku, ale zamknięto go na długo przed narodzinami mojego ojca. Skinheadzi z Katrineholmu podpalili zrujnowany budynek, gdy tata miał tyle lat co ja – czyli czternaście – ale jego zwęglone pozostałości stoją do dzisiaj. Z odległości wyglądają jak kły sterczące wśród zarośli.

Tata mówi, że dawniej wszyscy w Ormbergu mieli pracę: albo uprawiali ziemię, albo pracowali w tartaku, w Brogrens Mekaniska lub w fabryce TrikåKungen.

Teraz tylko chłopi mają zajęcie, bo cały przemysł zlikwidowano i robota przeniosła się do Chin. Brogrens Mekaniska stoi martwa i opuszczona, szkielet z zardzewiałej blachy na równinie, a przypominający zamek ceglany budynek TrikåKungen został przekształcony w schronisko dla azylantów.

Nie wolno tam chodzić ani mnie, ani Melindzie, mimo że tata pozwala nam prawie na wszystko. W tym przypadku najwyraźniej nie musi się zastanawiać, co by powiedziała mama, bo kiedy go o to pytamy, odpowiada błyskawicznie. Mówi, że chodzi o nasze „bezpieczeństwo”. Czego dokładnie się boi, nie wiadomo, ale Melinda zawsze, kiedy to słyszy, wywraca oczami, a on wtedy robi się zły i zaczyna mówić o kalifacie, burkach i gwałtach.

Wiem, co to burka i gwałt, ale nie kalifat. Zapisałem sobie to słowo, żeby je wygooglować – często tak robię ze słowami, których nie znam, bo lubię słowa, a zwłaszcza te trudne.

Można powiedzieć, że je zbieram.

I jeszcze jedna tajemnica, o której nikomu nie mogę powiedzieć. W Ormbergu obrywa się za znacznie drobniejsze rzeczy niż słuchanie niewłaściwej muzyki czy czytanie książek. A niektórzy – na przykład ja – obrywają bardziej niż inni.

Wychodzę na taras, opieram się o barierkę i spoglądam na rzekę. Ciężkie chmury na niepogodę trochę się rozpłynęły i odsłoniły wąską smugę niebieskiego nieba, a także intensywnie pomarańczowe słońce tuż nad horyzontem. Szron, przez który deski tarasu wyglądają na chropowate, skrzy się w ostatnich promieniach słońca, a ciemna woda w rzece płynie ospale przed siebie.

Rzeka nigdy nie zamarza – ponieważ jest wciąż w ruchu. Można by się w niej kąpać przez całą zimę, ale rzecz jasna nikt tego nie robi.

Podłoga jest pełna gałęzi naniesionych w czasie nocnej wichury. Może powinienem je pozbierać i rzucić na kompostownik, ale jestem jak zahipnotyzowany słońcem, które wystaje jak pomarańcza spod krawędzi chmur.

– Jake, wracaj do środka, do cholery – woła tata z pokoju. – Zamarznie ci tyłek.

Puszczam barierkę, patrzę na idealnie odciśnięte w szronie wilgotne ślady po moich dłoniach i idę do domu.

– Zamknij drzwi – mówi tata ze swojego fotela masującego, który stoi przed dużym telewizorem z płaskim ekranem.

Pilotem przycisza głos i patrzy na mnie. Między jego gęstymi brwiami pojawia się pionowa zmarszczka. Głaszcze łysą czaszkę piegowatą dłonią, a potem odruchowo przenosi ją na przyciski regulacyjne fotela, które już dawno przestały działać.

– Co tam robiłeś na dworze?

– Patrzyłem na rzekę.

– Patrzyłeś na rzekę?

Zmarszczka między brwiami robi się głębsza, jakbym powiedział jedno z trudnych słów, których nie zna, ale po chwili chyba postanawia nie zawracać sobie tym głowy.

– Zaraz wybieram się do Ollego – mówi, rozpinając guzik w dżinsach, żeby brzuch miał więcej miejsca. – Melinda zrobiła coś do jedzenia. Stoi w lodówce. Nie czekajcie na mnie.

– Okej.

– Obiecała, że wróci na dziesiątą.

Kiwam głową i ruszam do kuchni, biorę sobie colę, a potem idę na górę do swojego pokoju. Czuję mrowienie w żołądku.

Będę miał co najmniej dwie godziny dla siebie.

Jest już ciemno, kiedy tata wychodzi. Drzwi trzasnęły tak mocno, że aż zadrżała szyba w moim oknie. Po krótkiej chwili rozlega się odgłos silnika i samochód odjeżdża. Odczekuję kilka minut, żeby się upewnić, że tata nie wróci, i wchodzę do pokoju rodziców.

Podwójne łóżko nie jest zaścielone po stronie taty. Na połowie mamy narzuta jest starannie naciągnięta i wygładzona, a nastroszone poduszki opierają się o ścianę. Na szafce nocnej leży książka, mama czytała ją, zanim umarła; opowiada o młodej dziewczynie, która jest z jakimś bogatym gościem o imieniu Grey. On jest sadystą i nie potrafi się zakochać, ale dziewczyna mimo wszystko go kocha, bo dziewczyny lubią, kiedy je boli. W każdym razie tak mówi Vincent. Jakoś nie mogę uwierzyć, żeby tak było, no bo kto lubi obrywać? Ja na pewno nie. Powiedziałbym raczej, że ta dziewczyna lubi pieniądze Greya, bo wszyscy kochają pieniądze i prawie każdy zrobiłby, co tylko możliwe, byle być bogatym.

Na przykład zgodziłby się dostać baty albo zrobić loda ohydnemu sadyście.

Idę do garderoby mamy i odsuwam na bok lustrzane drzwi. Trochę się zacinają, więc muszę je lekko popchnąć. Potem przeciągam dłonią po ubraniach: gładki jedwab, sukienki wyszywane cekinami, miękki aksamit, surowy i szorstki dżins, pognieciona bawełna.

Zamykam oczy i przełykam ślinę.

Jakie to piękne, jakie doskonałe. Gdybym był bogaty, równie bogaty jak Grey, sprawiłbym sobie walking closet czy jak to się tam nazywa. Miałbym torebki na różne okazje i na różne pory roku, wisiałyby na specjalnych wieszakach w garderobie, a buty stałyby w oddzielnej szafie z oświetleniem.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że to niemożliwe. Nie tylko z powodu masy pieniędzy, których na to by trzeba, ale przede wszystkim dlatego, że jestem chłopcem. Sprawienie sobie dziewczyńskich ciuchów byłoby kompletnym kretynizmem. Gdybym zrobił coś takiego, udowodniłbym, że rzeczywiście jestem dziwolągiem i odmieńcem. Że jestem o wiele bardziej posrany niż ten cały Grey – bo bicie i pętanie kobiet jest okej, ale przebieranie się za nie już nie.

W każdym razie nie w Ormbergu.

Wyjmuję złotą cekinową sukienkę, tę z wąskimi ramiączkami i z błyszczącą, trochę śliską podszewką. Mama ubierała się w nią na sylwestra i wzięła ją, kiedy popłynęła z koleżankami na wycieczkę do Finlandii.

Przykładam ją do siebie i cofam się kilka kroków, żeby móc obejrzeć się w lustrze. Jestem chudy, a brązowe włosy sterczą mi wokół bladej twarzy jak pióropusz. Potem ostrożnie kładę sukienkę na łóżku i podchodzę do komody. Wysuwam najwyższą szufladę i wybieram czarny stanik z koronkowymi wstawkami. Następnie ściągam dżinsy i bluzę i wkładam biustonosz.

Oczywiście wygląda to trochę cudacznie, bo w miejscu, gdzie powinny znajdować się piersi, jest tylko płaska mlecznobiała klatka piersiowa ze śmiesznie małymi brodawkami. Miseczki sterczą zabawnie, wpycham więc w każdą zwiniętą skarpetę, po czym wciągam sukienkę przez głowę. Zawsze kiedy się w nią ubieram, nie mogę się nadziwić, jaka jest ciężka – ciężka i zimna w zetknięciu ze skórą.

Przyglądam się swojemu odbiciu w lustrze i nagle czuję się nieswojo – wolałbym korzystać z ubrań kogoś innego niż mamy, ale przecież nie mam żadnych dziewczyńskich fatałaszków, bo Melinda najbardziej lubi nosić dżinsy i topy. Ona nigdy nie włożyłaby na siebie czegoś tak ładnego.

Zastanawiam się, które buty będą najlepiej pasować do tej sukienki. Może czarne z różowymi kamykami na wierzchu? Albo sandały z niebieskich i czerwonych pasków? Decyduję się na czarne – prawie zawsze wybieram właśnie je – ponieważ uwielbiam te lśniące różowe kamyki. Kojarzą mi się z drogimi ozdobami, takimi, jakie mają dziewczyny z filmików na YouTubie oglądanych przez Melindę.

Cofam się znowu o kilka kroków i przypatruję się sobie uważnie. Gdyby nie krótkie włosy, wyglądałbym na sto procent jak prawdziwa dziewczyna. Może powinienem je trochę zapuścić, przynajmniej na tyle, żeby dały się upiąć.

Myśl jest kusząca.

Kiedy idę do pokoju Melindy, na grubej wykładzinie dywanowej zostają ślady. Wszędzie oprócz kuchni tata położył wykładzinę, ponieważ tak miło się po niej chodzi. Lubię tę miękkość pod butami na wysokich obcasach, bo czuję się wtedy, jakbym szedł po trawie, jakbym był na dworze.

Kosmetyczka Melindy jest duża i nie ma w niej żadnego porządku. Zerkam na zegarek – muszę się pospieszyć. Robię sobie grube kreski wokół oczu, identyczne jak ma ta piosenkarka Adele, maluję sobie usta czerwoną szminką. Kiedy widzę siebie w lustrze, po moim wnętrzu rozchodzi się ciepło.

Naprawdę ładnie wyglądam.

Jestem sobą, ale jednak nie, bo wyglądam atrakcyjniej i perfekcyjniej i jestem jakby bliższy sobie niż wcześniej.

W przedpokoju wkładam jeden ze swetrów Melindy – na dworze jest około zera i nawet gdybym chciał, nie mogę wyjść w samej sukience. Od czarnego wełnianego swetra poodpadały guziki, więc nie da się go zapiąć. Zimne powietrze szczypie mnie w łydki, kiedy zamknąwszy drzwi wejściowe, wsuwam klucz pod pustą pękniętą doniczkę i ruszam w stronę drogi. Żwir trzeszczy pod moim ciężarem, idę w skupieniu, aby zachować równowagę na wysokich obcasach.

Noc jest ciemna, bezbarwna i pachnie wilgotną ziemią.

Zaczął padać rzadki deszcz ze śniegiem. Kiedy idę, sukienka trochę jakby szeleści. Świerki stoją w ciszy wzdłuż drogi, zastanawiam się, czy mnie widzą, a jeśli tak – to co myślą. Nie sądzę jednak, żeby miały coś przeciwko mojemu strojowi. To tylko drzewa.

Skręcam w wąską ścieżkę.

Mniej więcej sto metrów ode mnie biegnie szosa. Mogę pójść jeszcze kawałek, ale nie dalej, bo mógłby mnie ktoś zobaczyć, a to byłoby najgorsze, co mogłoby się zdarzyć. Gorsze niż śmierć.

Uwielbiam chodzić sam po lesie. Zwłaszcza w ubraniach mamy. Udaję, że jestem w mieście, w Katrineholmie, i idę sobie do baru albo do restauracji.

To oczywiście nigdy się nie zdarzy.

Kilka metrów przed szosą przystaję. Zamykam oczy i staram się sycić tą chwilą najmocniej, jak to tylko możliwe, ponieważ wiem, że zaraz będę musiał wrócić. Do najładniejszego domu w Ormbergu, do dużego telewizora z płaskim ekranem i fotela masującego, i do mojego pokoju z plakatami filmowymi. Do lodówki wypełnionej gotowymi półproduktami i z automatem do lodu, który działa tylko wtedy, gdy kilkakrotnie mocno uderzy się w niego pięścią.

Z powrotem do Jake’a bez sukienki, stanika i butów na szpilkach.

Zimne krople deszczu spadają mi na głowę, spływają po karku i toczą się między łopatkami.

Wstrząsam się, chociaż pogoda właściwie nie jest taka zła. Przynajmniej w porównaniu z wczoraj, kiedy wiało tak potężnie, że bałem się, żeby nie odfrunął nam dach.

Słychać jakiś chrupot, może to sarna – w okolicy nie brakuje dzikich zwierząt. Kiedyś tata przyniósł do domu całą sarnę, którą ustrzelił Olle. Wisiała w garażu głową do dołu przez wiele dni, zanim tata ją oprawił i poćwiartował.

Kolejne odgłosy.

Słychać trzask łamanych gałęzi i coś jeszcze, zdławione pojękiwanie, jakby rannego zwierzaka. Zamieram i wpatruję się w ciemność.

Coś porusza się między świerkami, zbliża się do mnie.

Wilk?

Nie wiem, skąd przychodzi mi to do głowy, bo przecież zdaję sobie sprawę, że u nas nie ma wilków. Tylko łosie, sarny, lisy i zające. Najniebezpieczniejszym zwierzęciem w Ormbergu jest człowiek, tak mówi nawet tata.

Obracam się, żeby puścić się biegiem do domu, ale ponieważ jedna szpilka utknęła mi w ziemi, padam jak długi do tyłu. Ostry kamień wrzyna mi się w dłoń i czuję przenikliwy ból w okolicy kości ogonowej.

Kilka sekund później z lasu wyłania się jakaś kobieta.

Jest stara. Włosy w wilgotnych kosmykach oblepiają jej twarz, a cienka bluzka i dżinsy są przemoczone i porwane. Nie ma kurtki ani butów, a na przedramionach widoczne są smugi brudu i krwi.

– Pomóż mi – odzywa się głosem tak słabym, że ledwie mogę rozróżnić poszczególne słowa.

Cofam się po ziemi jak najdalej od niej, nagle ogarnięty śmiertelnym strachem, ponieważ do złudzenia przypomina czarownice albo opętane obłędem morderczynie w horrorach, które oglądamy razem z Sagą.

Deszcz przybrał na sile i wokół mnie utworzyła się duża kałuża. Podnoszę się z ziemi i przykucam, zsuwam buty z nóg i biorę je do ręki.

– Pomóż mi – mamrocze znowu, zbliżając się do mnie.

Rzecz jasna widzę, że nie jest żadną czarownicą, ale może jest obłąkana. I niebezpieczna. Kilka lat temu policja złapała w Ormbergu chorego psychicznie kolesia. Uciekł ze szpitala w Katrineholmie i ukrywał się prawie przez miesiąc w pustych letnich domkach.

– Kim jesteś? – pytam i jeszcze bardziej odsuwam się do tyłu, a stopy zapadają mi się w mokrym mchu.

Kobieta przystaje. Wygląda na zdziwioną, jakby nie wiedziała, jak ma odpowiedzieć na to pytanie. Potem patrzy na swoje ręce, odsuwa na bok gałąź i wtedy widzę, że w jednej dłoni coś trzyma, książkę albo może notes.

– Mam na imię Hanne – mówi po kilku sekundach.

Jej głos brzmi teraz mocniej, a kiedy spotyka moje spojrzenie, stara się nawet zmusić do uśmiechu.

– Nie musisz się mnie bać – odzywa się znowu. – Nic ci nie zrobię.

Deszcz zacina mi w policzki, kiedy patrzę na nią.

Teraz wygląda inaczej, już nie jak czarownica, tylko bardziej jak stara ciotka. Niegroźna stara ciotka, która porwała sobie ubranie i przewróciła się w lesie. Może zabłądziła i nie umie trafić do domu.

– Coś się stało? – pytam.

Kobieta o imieniu Hanne przygląda się swoim porwanym rzeczom, a potem podnosi wzrok na mnie. Dostrzegam w jej oczach przerażenie.

– Nie pamiętam – bąka.

W tej samej sekundzie dobiega nas odgłos nadjeżdżającego samochodu. Kobieta chyba też go słyszy, bo robi kilka kroków w stronę szosy i zaczyna wymachiwać rękami. Idę za nią aż do pobocza i wpatruję się w ciemność w kierunku zbliżającego się pojazdu. W blasku reflektorów widzę, że bose stopy Hanne są pokryte krwią, jakby poraniła je sobie o ostre gałęzie i kamienie.

Ale widzę też coś jeszcze, widzę, jak cekiny na mojej sukience iskrzą się i błyszczą w świetle niczym gwiazdy na niebie w jasną noc.

W nadjeżdżającym samochodzie może być ktokolwiek – sąsiad albo kolega czy obłąkaniec zza kościoła – jednak prawdopodobieństwo, że to ktoś, kogo znam, jest duże.

Ogarnia mnie strach, wypełnia mi wnętrze, oplata wnętrzności i ściska za serce.

Tylko jedna rzecz może być gorsza od czarownic, chorych z psychiatryka i obłąkanych morderczyń – to, że mógłbym zostać zdemaskowany. Że ktoś mógłby zobaczyć mnie w cekinowej sukience ze zwiniętymi w kłębek skarpetkami wciśniętymi w stary biustonosz mamy. Gdyby to rozeszło się po Ormbergu, równie dobrze mógłbym się od razu zastrzelić.

Cofam się w las i przykucam za krzakami.

Kierowca raczej mnie zobaczył, ale być może nie rozpoznał. Jest ciemno, pada, a ja jestem przebrany za kogo innego.

Auto się zatrzymuje i szyba opuszcza się z pomrukiem. Z okna wylewa się muzyka. Słyszę, że kobieta coś mówi do kierowcy, ale nie rozpoznaję ani jego, ani samochodu. Po chwili otwiera tylne drzwi i wsiada do środka. Auto znika w ciemności.

Wstaję i podchodzę do szosy, która biegnie przez las jak czarny lśniący wąż. Słychać jedynie szum deszczu.

Kobieta o imieniu Hanne odjechała, ale na ziemi coś leży – brązowa książka.

Malin

Kuląc się na parkingu przed wiatrem, patrzę na błyszczący czarny asfalt i myślę o pytaniu, które mama zadała mi tuż przed rozmową.

„Dlaczego właściwie zostałaś policjantką, Malin?”

Kiedy je słyszę, zwykle wybucham śmiechem i wznoszę oczy do nieba. A potem prawdopodobnie mówię coś w rodzaju, że w żadnym razie nie z powodu pensji, służbowego samochodu czy fantastycznych godzin pracy. Tak czy inaczej, bagatelizuję to pytanie. Nie chcę traktować go poważnie, medytować nad sobą i swoimi motywami. Gdybym mimo wszystko podjęła jednak taką próbę, powiedziałabym, że jedną z przyczyn takiego wyboru była chęć pomocy ludziom, część mnie naprawdę wierzy w to, że mogę przyczynić się do udoskonalenia społeczeństwa. Może mam poza tym swego rodzaju skłonność do zaprowadzania porządku i naprawiania wszystkiego, podobnie jak sprząta się w domu czy usuwa chwasty z ogródka.

Studia w wyższej szkole policyjnej w Sörentorp, na północ od Sztokholmu, były dla mnie także wygodnym sposobem, żeby wyjechać. Darmowym biletem z Ormbergu i świetnym pretekstem, by nie musieć wracać tam nawet w weekendy czy święta.

Czy szkielet, który ja, Kenny i Anders znaleźliśmy w lesie osiem lat wcześniej, przyczynił się do mojego wyboru zawodu?

Tak naprawdę nie wiem.

Oczywiście wtedy wydawało mi się ogromnie ekscytujące, że znalazłam się w centrum śledztwa skupiającego uwagę wszystkich. Mimo że nie dało się ani zidentyfikować ofiary, którą była mała dziewczynka, ani ująć sprawcy.

Chyba nigdy nie sądziłam, że pewnego dnia przyjdzie mi zająć się właśnie tym przypadkiem.

Zimny wiatr porwał pustą foliową torbę oraz garść liści i cisnął nimi o niski brązowy budynek szpitalny. Z recepcji wyszedł samotny mężczyzna i stanąwszy tyłem do wiatru, zapalił papierosa.

Manfred Olsson, mój przypadkowy kolega, zadzwonił niecałą godzinę temu.

Myślę o zdziwionej minie mamy, kiedy odezwał się telefon. O jej spojrzeniu, gorączkowo wędrującym między mną a zegarem, kiedy zrozumiała, że stało się coś poważnego i że muszę jechać, chociaż jest pierwsza niedziela adwentu i niedzielna pieczeń stoi w piecyku.

Kiedy odebrałam, Manfred brzmiał na zasapanego, jakby właśnie przebiegł trzykilometrowy tor przy kościele. Ale jednocześnie dyszał całkiem równomiernie, czyli pewnie ciążyło mu po prostu dobre pięćdziesiąt kilogramów nadwagi. Tak czy inaczej, byłam zupełnie nieprzygotowana na to, co usłyszałam: Hanne Lagerlind-Schön została wczoraj znaleziona w lesie, sama, wyziębiona i zupełnie zdezorientowana. Czy mogłabym przyjechać do szpitala i się z nią zobaczyć?

Lokalnej policji najwyraźniej zajęło całą dobę ustalenie jej stałego miejsca pobytu i skontaktowanie się z Manfredem. Trudno się dziwić – ostatecznie w Ormbergu nie ma posterunku policji. Najbliższy jest w Vingåker, a z nim nie mamy wiele wspólnego. Hanne nie pamiętała, co robiła w lesie, nawet nie zdawała sobie sprawy, że była w Ormbergu.

Ze wszystkich osób, z którymi pracowałam, akurat po Hanne najmniej bym się spodziewała, że przytrafi jej się coś podobnego. Sympatyczna, cicha i chorobliwie dokładna behawiorystka po sześćdziesiątce, ze Sztokholmu, nigdy nie spóźniała się na spotkania i starannie zapisywała sobie wszystko w brązowym notesiku.

Jak może dojść do czegoś takiego? Jak można zapomnieć, gdzie się jest i jak nazywają się koledzy z pracy?

I gdzie, do cholery, podziewa się Peter Lindgren? Przecież nie ruszy się nawet metr bez Hanne.

Hanne i Peter wchodzą w skład pięcioosobowej grupy badającej na nowo morderstwo dziewczynki z kamiennego kopca. Od chwili nastania nowego szefa policji wprowadzono całą masę inicjatyw: działania wobec marginesu społecznego mają być bezwzględniejsze, odsetek wyjaśnionych do końca ciężkich przestępstw z użyciem przemocy powinien wzrosnąć. Specjalne zespoły mają skupić się na zwalczaniu przestępczości zorganizowanej w wyznaczonych rejonach podmiejskich. Specjalną uwagę i dedykowane działania poświęcono także tak zwanym cold cases dotyczącym przemocy ze skutkiem śmiertelnym, ponieważ od kiedy w 2010 roku uchylono okres przedawnienia w odniesieniu do zabójstw, w całym kraju wyrosły stosy nierozwiązanych spraw.

Zabójstwo dziewczynki w Ormbergu jest właśnie jednym z takich niewyjaśnionych przypadków, które wygrzebano z zakamarków archiwów, aby przeanalizować je od początku. Przez dobry tydzień pracowaliśmy nad nim razem z dochodzeniówką. Hanne i Peter są z NOA, narodowego wydziału operacyjnego policji. O ile dobrze się orientuję, są parą także prywatnie – dosyć nietypową, ponieważ Hanne jest co najmniej dziesięć lat starsza od niego. Manfred też jest z NOA i wcześniej długo pracował z Peterem. Oprócz nich do grupy należy także Andreas Borg, policjant po trzydziestce, na co dzień pracujący w Örebro.

No i ja, Malin.

To, że będę zajmować się sprawą zabójstwa dziewczynki z kamiennego kopca, było dla mnie – mówiąc najłagodniej – zaskakujące. Nie tylko dlatego, że to ja znalazłam ją w tamten jesienny wieczór osiem lat temu, ale także z tego powodu, że po skończeniu wyższej szkoły policyjnej pracowałam w policji porządkowej w Katrineholmie. Lecz w tym wszystkim jest jakaś logika: zostałam wysłana do Ormbergu, ponieważ tam dorastałam i spodziewano się, że moja znajomość okolicy może okazać się przydatna. Przypuszczam, że chyba rzeczywiście jestem jedyną osobą w policji w całym Sörmlandzie, która pochodzi akurat z Ormbergu.

To, że znalazłam zwłoki, nie miało raczej nic do rzeczy, kiedy moi przełożeni podejmowali decyzję. Chodziło im jedynie o to, aby mieć na miejscu kogoś, kto orientuje się w wielkich lasach otaczających wioskę i potrafi dogadać się z ludźmi mieszkającymi w rozsianych po okolicy domach.

Był w tym jakiś sens.

Ormberg nie jest bowiem specjalnie przychylny wobec obcych, a ja znam na pamięć wszystkich jego mieszkańców. To znaczy tych, którzy tam jeszcze są. Bo kiedy zamknięto TrikåKungen i Brogrens Mekaniska, większość się wyniosła. Zostali jedynie cholerni wczasowicze, starcy i bezrobotni, którym nie chce się nigdzie stąd ruszyć.

No i uchodźcy oczywiście.

Swoją drogą jestem ciekawa, kto wpadł na taki wspaniały pomysł, żeby setki starających się o azyl ludzi umieścić w wyludnionej miejscowości pośrodku Sörmlandu. I to bynajmniej nie pierwszy raz; kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych przyjechali uchodźcy z Bałkanów, wtedy też TrikåKungen funkcjonowała jako obóz dla uchodźców.

Gdy widzę, że na parking wjeżdża duży niemiecki SUV Manfreda, wychodzę mu naprzeciw.

Auto zatrzymuje się i po chwili pochylona potężna postać człapie ciężko w moją stronę. Wiatr podnosi jego rudawe włosy i rozwiewa je do tyłu – wyglądają wokół jego głowy jak aureola.

Jest jak zawsze elegancko ubrany, ma na sobie drogi płaszcz i czerwony szal z cienkiej, trochę pomarszczonej wełny, który z zamierzoną nonszalancją owinął sobie kilka razy wokół szyi. Trzymając pod lewym ramieniem teczkę z rdzawej skóry, przyspiesza kroku.

– Cześć – mówię i dołączam do niego, starając się nadążyć.

Ledwie zauważalnie kiwa mi głową; kierujemy się do wejścia.

– Andreas też będzie? – pytam.

– Nie – odpowiada i odgarnia dłonią rudawe włosy, usiłując zmusić je do pozostania na miejscu. – Wygląda na to, że jest u swojej matki w Örebro. Będziemy musieli jutro go zbriefować.

– A Peter? Odzywał się?

Manfred odpowiada dopiero po chwili.

– Nie. Chyba ma wyłączoną komórkę. A Hanne nic nie pamięta. Zarządziłem poszukiwania. Policja i wojsko jutro z samego rana zaczną przeczesywać las.

Nie wiem, czy Peter i Manfred się przyjaźnią, ale przez wiele lat pracowali razem. W każdym razie zwykle myśleli podobnie i raczej nie musieli dużo mówić, żeby się porozumieć. Wystarczyło im jedno spojrzenie lub krótkie skinięcie głową, nie potrzebowali nic więcej.

Manfred na pewno się denerwował.

Od przedwczoraj Peter nie dawał znaku życia. Od kiedy razem z Hanne opuścił o wpół do piątej nasze prowizoryczne biuro w Ormbergu.

Jestem chyba ostatnią osobą, która ich widziała.

Kiedy wychodzili, wydawali się wręcz na swój sposób radośni, jakby wybierali się na coś fajnego. Spytałam, co zamierzają robić, a oni odpowiedzieli, że zastanawiają się, czy nie pojechać do Katrineholmu na porządną kolację, bo są już zmęczeni fastfoodowym jedzeniem smakującym jak papier. Albo coś w tym stylu.

Potem nie było już żadnego sygnału ani od Hanne, ani od Petera – ale nikt z nas się go też nie spodziewał, ponieważ nastał weekend i postanowiliśmy odpocząć przez dwa dni.

Po wejściu do holu podchodzimy do recepcji, gdzie poinformowano nas, jak trafić na oddział. Ostre światło szpitalnych jarzeniówek odbija się w lśniącym linoleum na korytarzu. Manfred wygląda na zmęczonego, ma zaczerwienione oczy i spierzchnięte blade wargi. Ale on często tak wygląda. Przypuszczam, że życie pracującego na pełny etat pięćdziesięcioletniego ojca małych dzieci ma swoją cenę.

Hanne siedzi na brzegu łóżka. Jest w szpitalnym stroju, a na ramionach ma narzucony jak peleryna pomarańczowy koc. Włosy opadają jej na barki w mokrych kosmykach, jakby niedawno wzięła prysznic. Dłonie ma pokryte drobnymi ranami, a stopy obandażowane. Na podłodze stoi stelaż z kroplówką, a od niej biegnie przewód do ręki Hanne. Jej spojrzenie jest szklane i pozbawione wyrazu.

Manfred podchodzi bliżej i obejmuje ją nieporadnie.

– Manfred – bąka Hanne z wyraźną chrypą w głosie.

Potem podnosi na mnie wzrok, nieco przekrzywia głowę i patrzy pytająco.

Dopiero po kilku sekundach uzmysławiam sobie, że mnie nie poznaje, mimo że ponad tydzień pracowałyśmy razem.

Świadomość tego niemal ścina mnie z nóg.

– Cześć, Hanne – zwracam się do niej, delikatnie dotykając jej ramienia, jakbym się bała, że pod wpływem dotyku może rozsypać się na kawałki niczym papierowa lalka, wygląda bowiem na przeraźliwie kruchą i bezbronną. – To ja, Malin, koleżanka z pracy – wyjaśniam, starając się zapanować nad drżeniem głosu. – Poznajesz?

Hanne mruga powiekami i wpatruje się we mnie. Jej oczy są wodniste i zaczerwienione.

– Tak, oczywiście – odpowiada, jestem jednak pewna, że kłamie, ponieważ ma tak skupioną i napiętą twarz, jakby usiłowała rozwiązać skomplikowane równanie.

Przysuwam sobie taboret i siadam naprzeciw niej. Manfred przysiada na łóżku i otacza ją ramieniem.

Hanne wygląda przy nim na osobliwie małą i drobną, niemal jak dziecko.

Manfred odchrząka głośno.

– Pamiętasz, co stało się w lesie? – pyta.

Na jej czole pojawiają się zmarszczki.

– Nie pamiętam – odpowiada, kręcąc głową. Po chwili chowa twarz w dłoniach.

Przez chwilę mam wrażenie, że się wstydzi, jakby chciała odepchnąć od siebie całą tę sytuację.

Manfred spotyka moje spojrzenie.

– Nic nie szkodzi – mówi, ściska jej ramię, a potem kontynuuje spokojnym tonem: – Byłaś w lesie, na południe od Ormbergu, wczoraj wieczorem.

Hanne prostuje plecy i kładzie dłonie na kolanach.

– Przypominasz sobie? – wtrącam.

Kręci przecząco głową i mechanicznie skubie plaster, którym przymocowany jest wenflon. Pod połamanymi paznokciami widać czarny brud.

– Znalazła cię kobieta przejeżdżająca samochodem – mówi Manfred. – Podobno była z tobą jakaś dziewczyna. Ubrana w sweter i błyszczącą sukienkę. Pamiętasz?

– Nie, przepraszam. Bardzo mi przykro, ale…

Głos jej się załamuje, a po policzkach zaczynają płynąć łzy.

– Nic nie szkodzi – uspokaja ją Manfred. – Nic nie szkodzi, Hanne. Ustalimy, co się stało. A pamiętasz, czy Peter był z tobą w lesie?

Hanne znowu chowa twarz w dłoniach.

– Nie. Przepraszam!

Manfred wygląda na zmartwionego. Rzuca w moją stronę błagalne spojrzenie.

– A co pamiętasz jako ostatnie? – próbuję się dowiedzieć.

W pierwszej chwili wydaje mi się, że nie odpowie. Jej ramiona unoszą się gwałtownie i zaraz opadają, oddech ma krótki i urywany.

– Ilulissat – mówi po chwili, wciąż z twarzą ukrytą w dłoniach.

Manfred spogląda na mnie i mówi bezgłośnie: „Grenlandia”.

Hanne i Peter przyjechali bezpośrednio z Grenlandii, aby wziąć udział w dochodzeniu. Przebywali tam dwa miesiące – była to ich podróż marzeń, którą udało im się zrealizować po intensywnej pracy nad bardzo skomplikowanym przypadkiem morderstwa.

– Okej – mówię. – A potem przyjechaliście do Ormbergu, żeby wyjaśnić sprawę szkieletu znalezionego przy kamiennym kopcu. Pamiętasz?

Hanne zdecydowanie kręci głową i szlocha.

– Nic nie pamiętasz z Ormbergu? – pyta cicho Manfred.

– Nic – odpowiada Hanne. – Zupełnie nic.

Manfred ujmuje jej chudą rękę i zaczyna się nad czymś zastanawiać. Nagle nieruchomieje, obraca dłoń Hanne grzebietem do dołu i przygląda się jej z dużym zaciekawieniem.

W pierwszej chwili nie rozumiem, o co mu chodzi, ale potem je zauważam: na bladej skórze widnieją wypisane tuszem koślawe cyfry, tu i ówdzie przerywane drobnymi rankami. Odczytuję „363”, ale dalszy ciąg jest niewyraźny, jakby został zeskrobany razem z brudem z lasu.

– Co to jest? – pyta Manfred. – Co znaczą te cyfry?

Hanne patrzy zdezorientowana na swoją dłoń, jakby nigdy wcześniej jej nie widziała. Jakby to było jakieś dziwne zwierzę, które zakradło się do szpitalnej sali i ułożyło wygodnie na jej kolanach.

– Nie wiem – odpowiada. – Nie mam pojęcia.

Siedzimy w kuchni z lekarką. Ma na imię Maja i chyba jest w moim wieku. Jej długie jasne włosy opadają miękkimi falami na biały fartuch. Przypomina mi trochę jedną z tych dziewczyn, do których w młodości bardzo chciałam być podobna: nieduża, kształtna i przesłodka, innymi słowy: moje całkowite przeciwieństwo. Jest ubrana w dżinsy i różowy T-shirt wystający spod kitla. Na piersi ma niebieską plakietkę z napisem „Lekarz”, a z kieszonki wystaje kilka długopisów.

Kuchnia jest nieduża, wyposażona w dwie lodówki, zmywarkę, okrągły stolik i cztery taborety z brzozowego drewna. Na środku stołu stoi gwiazda betlejemska w plastikowej doniczce. Między liśćmi tkwi karteczka z napisanymi drżącą ręką podziękowaniami.

Dwie pielęgniarki wchodzą do środka, wyjmują coś z lodówki i znowu znikają bezgłośnie na korytarzu.

– Kiedy ją tu przywieziono, była mocno wychłodzona i odwodniona – zaczyna lekarka, wlewając sobie do kawy trochę mleka. – Nic dziwnego: miała na sobie tylko cienką bluzkę i spodnie, mimo że temperatura wynosiła około zera.

– I żadnej kurtki? – spytał Manfred.

Maja kręci głową.

– Ani kurtki, ani butów.

– Wspomniała może, co się stało? – próbuję się dowiedzieć.

Lekarka zbiera długie jasne włosy i wiąże je w węzeł na karku. Lekko wydyma idealnie uformowane usta, po czym wzdycha i znowu kręci głową.

– Nie pamiętała prawie nic. To jest tak zwana anterograde amnesia: człowiek nie przypomina sobie niczego od pewnego momentu. Początkowo sądziliśmy, że być może doznała jakiegoś urazu czaszki. Nic jednak na to nie wskazuje. Na głowie nie stwierdziliśmy żadnych obrażeń, a zdjęcie rentgenowskie też nie wykazało krwiaków wewnętrznych czy obrzęków. Ale oczywiście to jeszcze o niczym nie świadczy, ponieważ w pełni wiarygodne są tylko zdjęcia wykonane w ciągu sześciu godzin bezpośrednio po ewentualnym urazie, a przecież nie wiemy, jak długo pacientka przebywała w lesie.

– A czy to możliwe, że przeżyła coś tak przerażającego, że to wyparła? – pytam.

Maja wzrusza ramionami i upija łyk kawy. Potem wykrzywia usta w grymasie i z rozmachem odstawia kubek.

– Sorry! Co za gówniana kawa. Ma pani na myśli traumę psychiczną, której konsekwencją jest utrata pamięci? Niewykluczone. Ale to nie jest moja dziedzina. Zaczynamy skłaniać się ku przypuszczeniu, że w tym przypadku mamy do czynienia z pewną formą demencji. Być może stan Hanne uległ nagłemu pogorszeniu wskutek wydarzeń, w których uczestniczyła. Jej pamięć krótkotrwała jest znacząco ograniczona, ale wszystko, co wydarzyło się przed miesiącem, pacjentka dokładnie pamięta.

– Czy nie można tego sprawdzić w jej dokumentacji medycznej? – pytam.

– Chodzi pani o wcześniejszą dokumentację medyczną? Nie możemy jej sprowadzić bez zgody pacjentki, tak mówi prawo. Co prawda Hanne wyraziła na to zgodę, ale aby wszcząć całą procedurę, musimy wiedzieć, gdzie była leczona, a tego nie pamięta.

Manfred odchrząkuje, przeciąga dłonią po brodzie i po chwili wahania mówi zniżonym głosem:

– Hanne miała problemy z pamięcią.

– Co? – pytam. – Nigdy nic nie mówiłeś.

Manfred wygląda na zakłopotanego.

– Nie sądziłem, że to coś poważnego. Peter wspomniał o tym kiedyś, ale uważałem, że była co najwyżej trochę roztargniona i chaotyczna i że to nic z tych rzeczy… Że to nie ma nic wspólnego z demencją w sensie klinicznym.

Milknie i zaczyna manipulować przy swoim drogim szwajcarskim zegarku.

Jego wyznanie wprawia mnie w zdumienie. Czy on naprawdę uważa, że Hanne wolno było brać udział w dochodzeniu w sprawie zabójstwa mimo choroby? Że osobie mającej objawy otępienia można powierzyć kwestie dotyczące życia i śmierci?

– Wciąż nie wiemy, dlaczego jej pamięć krótkotrwała jest tak zła – wtrąca dyplomatycznie Maja. – Powodem może być demencja, ale nie da się też wykluczyć, że pacjentka przeżyła jakiś rodzaj traumy, fizycznej lub psychicznej.

– Co z nią teraz będzie? – pyta Manfred.

– Nie wiem – odpowiada lekarka. – Prawdopodobnie opieka społeczna spróbuje gdzieś ją na razie umieścić, bo nasz oddział geriatryczny jest przepełniony. Zresztą nie jest na tyle chora, aby musiała przebywać w szpitalu. W każdym razie według mnie. Ma kłopoty z pamięcią krótkotrwałą, ale poza tym funkcjonuje całkiem dobrze.

– Czy może odzyskać pamięć? – pytam. – Czy to problem przejściowy?

Maja uśmiecha się smutno i lekko przekrzywiwszy głowę, kładzie obie drobne dłonie na stole i je zaciska.

– Kto wie. Zdarzały się jeszcze dziwniejsze rzeczy.

Jake

W drodze do domu siadam w szkolnym autobusie obok Sagi. Nikt inny nie chce z nią siedzieć, ale ja robię to chętnie.

Lubię Sagę.

Wygląda inaczej i rzeczywiście jest inna, to znaczy w środku. Jakby była z całkiem innego materiału niż wszyscy. Z twardszego i miększego jednocześnie.

– Hej – mówi do mnie i odgarnia z twarzy kosmyk różowych włosów. Kółko w jej nosie błyszczy w słabym świetle zmroku.

Za oknem widać same pola. Kilometr za kilometrem zaorane czarne pola, wciskające się w ziemię w oczekiwaniu na zimę. Tu i ówdzie jakiś zagajnik. Niedługo miniemy stację benzynową przy zjeździe na autostradę, a potem zacznie się las i im bliżej Ormbergu, tym stanie się gęstszy.

Ormberg to las. I góra Ormberget z pozostałościami po epoce kamiennej. Zwiedzaliśmy je razem ze szkołą, ale właściwie niewiele było do oglądania, parę dużych kamieni ułożonych w okręgu na jakimś występie na samym czubku. Pamiętam, że czułem się zawiedziony, bo spodziewałem się, że zobaczę kamienie runiczne albo ozdoby z brązu czy coś w tym rodzaju.

Saga chwyta mnie za nadgarstek. Jej dotyk przeszywa moje ciało prądem, palą mnie policzki.

– Pokaż – mówi i odwraca mi rękę, odsłaniając wypisane po wewnętrznej stronie dłoni słowa: „Dezyderat”, „Baza do sosu”, „Interpunkcja”.

Uzbierałem je dzisiaj na lekcji wiedzy o społeczeństwie, na zajęciach praktycznych i na szwedzkim.

– Potem sprawdzę je w Google – wyjaśniam.

– Sweet – mówi Saga i zamyka oczy, jakby o czymś marzyła.

Wtedy zauważam, że na powiekach ma błyszczące różowe cienie. Wyglądają jak ostrożnie rozprowadzone pędzelkiem po jej powiekach drobniutko pokruszone kamienie szlachetne. Mam ochotę coś powiedzieć, skomentować te cienie. Albo przeciągnąć po nich palcem.

Ale rzecz jasna tego nie robię.

Zamiast tego wstrzymuję oddech, kiedy Vincent Hahn rzuca mi się na kolana. Pomieszany zapach dymu papierosowego i miętowej gumy do żucia uderza mnie w nozdrza. Jego twarz jest tuż-tuż; widzę rzadkie kłaki jego zarostu i nastroszone wąsy. Jabłko Adama sterczy pośrodku szyi, wygląda, jakby przed chwilą połknął całe jajko. Spojrzenie ma pełne nienawiści – nienawiści, która bierze się nie wiadomo skąd.

Nigdy nic mu nie zrobiłem, ale uwielbia mnie nienawidzić. Myślę, że to jedna z rzeczy, które kocha najbardziej na świecie.

Jestem jego ulubionym znienawidzonym człowiekiem.

– No, do kurwy nędzy, zaraz zobaczymy, co ta ciota tutaj sobie napisała! – krzyczy. – Inter… Interpunkcja. Co to, do cholery, znaczy? Tak się nazywa dymanie w tyłek?

Vincent udaje posuwanie i rechocze. Z tyłu w autobusie gdzieniegdzie rozlega się pojedynczy śmiech. Nie odzywam się, bo to najlepsza strategia. Wcześniej czy później przestanie.

Vincent puszcza mój nadgarstek i staje tuż obok; chwyta mnie za kark i powoli wali moją głową o siedzenie z przodu.

Łup. Łup. Łup.

Boli mnie czoło, a na karku skóra szczypie od jego uścisku.

Są dwa wyjścia: albo mu się sprzykrzy i wróci do swoich kumpli na tył autobusu, albo będzie jeszcze gorzej. Dużo gorzej.

– Zostaw go w spokoju, ty świrze – odzywa się Saga.

Vincent sztywnieje.

– Coś mówiłaś, dziwko?

Jego głos jest ostry i agresywny, ale uścisk na moim karku słabnie i walenie głową o siedzenie ustaje.

– Powiedziałam, żebyś zostawił go w spokoju. Masz coś ze słuchem? To potwornie kiepskie, żeby wyżywać się na kimś słabszym.

Vincent cofa rękę z mojego karku, a ja, z pochyloną głową, zerkam na Sagę. Oboje dobrze wiemy, że świadomie mnie dyskredytuje, byle tylko się odczepił.

Nie mam z tym problemu.

Przywykłem do tego, że sam się dyskredytuję. Robię się tak mały, nieciekawy i uległy, że wyśmiewanie się, bicie czy wyżywanie się na mnie przestaje być fajne.

Jestem w tym chorobliwie dobry.

Po kilku sekundach Vincent traci zainteresowanie i wraca na swoje miejsce. Skóra na karku piecze mnie, jakby ktoś przypalił ją ogniem.

– Olej go – mówi Saga. – Jest totalnie pojebany. Wszystko okej?

Pocieram dłonią skórę na karku, próbuję rozmasować ból.

Saga otwiera szeroko oczy i pochyla się w moją stronę.

– Następnym razem, kiedy zrobi coś takiego, wyobraź go sobie, jak siedzi w klopie i wali kupę.

– Co?

Saga chichocze i wygląda na zadowoloną z siebie.

– Moja mama zawsze tak mówi. Że jak ktoś jest upierdliwy w pracy albo ma się za cholernego ważniaka, wtedy trzeba wyobrazić sobie kogoś takiego, jak sra. Bo wtedy człowiek od razu przestaje się bać.

Zastanawiam się przez chwilę.

– Masz rację – mówię potem. – To faktycznie działa.

Saga uśmiecha się i ściskanie w żołądku powraca.

– Widzimy się wieczorem? – rzuca. – Ściągnęłam parę nowych horrorów.

– Może – odpowiadam. – Najpierw muszę coś zrobić.

Kiedy idę do domu, naokoło panuje cisza. Słychać jedynie odgłosy lasu: słaby szum drzew, drobne trzaski i poskrzypywanie konarów oraz pohukiwanie zwierząt czyhających w ciemności. Powietrze jest ciężkie od zapachów: świerków, gnijących liści i wilgotnego węgla na grillu przed domem.

Stare granatowe volvo taty stoi zaparkowane krzywo na podjeździe, jakby bardzo się spieszył, kiedy przyjechał.

Otwieram drzwi do domu i wchodzę do środka. Ciskam szkolny plecak pod wieszak i zaczynam się rozbierać.

Z dużego pokoju pada migoczące światło: telewizor jest włączony, ale bez dźwięku. Tata leży na kanapie i śpi. Głośno chrapie, a jego jedna noga opiera się na podłodze, jakby zasnął dokładnie w momencie, kiedy już miał wstać. Na ławie stoi kilka pustych puszek po piwie.

Ostrożnie unoszę mu nogę i kładę ją na kanapie, a potem nakrywam go starym kocem w kratkę. Mamrocze coś pod nosem i zmienia pozycję – przekręca się na bok, twarzą do oparcia.

Wyłączam telewizor i wychodzę do przedpokoju. Idę na palcach po schodach na górę i delikatnie zamykam za sobą drzwi swojego pokoju. Potem unoszę materac na łóżku i wyjmuję brązową książkę. Siadam na podłodze, opierając się plecami o łóżko.

Wiem, kim ona jest – ta kobieta, którą spotkałem w lesie, o imieniu Hanne. Przeczytałem o niej w internetowym wydaniu lokalnej gazety. Pisano, że kiedy została znaleziona przez przypadkowego kierowcę samochodu, „nic nie pamiętała” i że towarzyszyła jej „młoda kobieta”. Policja poszukuje kontaktu z tą młodą kobietą, dodano. Zamieszczono nawet numer telefonu, pod który można zadzwonić. „Każda informacja może okazać się bezcenna”, stwierdzono na koniec, poinformowano też, że kolega znalezionej kobiety, policjant ze Sztokholmu o imieniu Peter, nadal jest zaginiony. Podano rysopis Petera i uzupełniono, że „przed zniknięciem był ubrany we flanelową koszulę w czerwono-białą kratę i niebieską pikowaną kurtkę marki Sail Racing”.

Kiedy to przeczytałem, zastanawiałem się nawet, czy nie zadzwonić pod ten numer. Ale gdybym to zrobił, od razu by zrozumieli, że to ja tam stałem, ubrany w stanik, sukienkę i szpilki. Czyli to wykluczone. Niemożliwe, po prostu, kurczę, niemożliwe. Przeszło mi też przez głowę, żeby zanieść na policję ten dziennik, ale posterunek policji jest w Vingåker i jest otwarty tylko jeden dzień w tygodniu.

Poza tym: jak miałbym wyjaśnić, skąd go mam?

Mnóstwo o tym myślałem i doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli przejrzę te koślawe notatki i sprawdzę, czy nie ma w nich czegoś ważnego, czegoś, co mogłoby pomóc temu zaginionemu policjantowi.

I właśnie dokładnie to robię. Otwieram zeszyt, którego kartki pofałdowały się od wilgoci. Na pierwszej stronie jest tytuł Dziennik, napisany staroświeckimi, pochylonymi literami. A tuż pod nim: „Czytać rano + wieczorem”.

Dziwne.

Po co pisać, żeby czytać dziennik rano i wieczorem, jakby to było jakieś lekarstwo na receptę? Oprócz tego: jedyną osobą, która czyta dziennik, jest chyba prawie zawsze ten, kto go pisze.

Czyli Hanne adresowała to do siebie?

„Czytać rano + wieczorem”.

To jakieś porąbane.

Przewracam kilka pustych kartek i dochodzę do czegoś w rodzaju długiej alfabetycznej listy. Zajmuje dwie całe strony. Po każdym wyrazie albo nazwisku następują cyfry.

Przesuwam palcem po tekście, zatrzymuję się przy literze M i czytam:

M

Malin Brundin, policjantka: 5, 6, 8, 12, 20

Modus: 12, 23, 25

Metalowa płytka, w szkielecie: 12, 23

Dopiero po chwili dociera do mnie, że to coś w rodzaju spisu treści z numerami stron.

Przechodzę do kolejnej części, i do jeszcze jednej. W prawym dolnym rogu każdej strony Hanne umieściła jej numer.

Tylko po co?

Przecież to dziennik, pamiętnik, a nie żadna pieprzona książka kucharska.

Nie przychodzi mi do głowy żadne sensowne wyjaśnienie, darowuję więc sobie resztę spisu treści i zaczynam czytać.

Ilulissat, 19 listopada

Jestem dokładnie w tym miejscu, w którym zawsze chciałam być. I jestem tutaj z mężczyzną, którego kocham.

Dziś rano dostałam śniadanie do łóżka od P. Poszedł do wsi i kupił tutejszy chleb z ziarnami na wierzchu, który bardzo lubię. To niby żadna wielka rzecz, iść do sklepu i kupić chleb. Ale sam wyraz troski przepełnił mnie ciepłem.

Długo leżeliśmy w łóżku. Kochaliśmy się. Czytaliśmy gazety. Zamówiliśmy więcej kawy do pokoju.

Potem: długi spacer i lunch w słońcu, zanim około drugiej zaczęło zmierzchać.

Pogoda wciąż jest ładna, ale zrobiło się już znacznie zimniej niż jeszcze parę tygodni temu. Dni są krótkie, trwają ze trzy godziny.

Za dziesięć dni będzie ciemno przez całą okrągłą dobę. Dopiero w styczniu znowu wróci słońce.

P uważa, że to creepy, ale ja bardzo chciałabym tutaj zostać.

Niczego mi tu nie brakuje! Po raz pierwszy w życiu wszystko wydaje mi się idealne. Chociaż z pamięcią u mnie coraz gorzej i gorzej, nic nie jest w stanie przebić mojej grenlandzkiej bańki szczęścia.

No cóż, czyli jednak można być tutaj szczęśliwym.

Ale tylko na krótką chwilę, podejrzewam.

Ilulissat, 20 listopada

Ostatni dzień na Grenlandii.

Promienna pogoda, kiedy słońce zdołało się już wzbić wyżej. Woda jak lustro. Góry lodowe podskakują w zatoce, niektóre gigantyczne, te bliższe – długie na kilometr. Inne małe, jak waciki kosmetyczne na powierzchni. Kolory: od najbielszej bieli do umiarkowanego turkusu.

Będzie mi brakować gór lodowych. Ich i starej osady, Sermermiut. Dziś znowu ją zwiedziliśmy.

Położyłam dłonie na skałach, których w ciągu milionów lat nie zdołał wygładzić lodowiec, i próbowałam sobie wyobrazić dawne życie w dolinie: jak niezliczone pokolenia Inuitów żyły tutaj, nie pozostawiwszy po sobie śladu – w przeciwieństwie do nas, nowoczesnych ludzi, którzy gdziekolwiek się pojawimy, pozostawiamy spustoszenie na ziemi.

Jutro wracamy do Szwecji.

Kocham to miejsce i gdybym mogła wybierać, zostałabym tutaj. Przetrwałabym długą, ciemną zimę w blasku otwartego kominka.

Ale nie mogę wybierać.

Musimy do domu. Wakacje się skończyły, dwa tygodnie wcześniej, niż planowaliśmy. Mamy pracować nad jakimś cold case w małej sörmlandziej wiosce o nazwie Ormberg. Osiem lat temu znaleziono w niej szkielet pięcioletniej dziewczynki. Śledztwo zostało wznowione. Jedziemy tam zaraz po powrocie.

Życie: zawsze jest jakieś miejsce, do którego trzeba jechać, zawsze jest ktoś, kto potrzebuje drugiego.

W tym przypadku: martwa dziewczynka na kamiennym kopcu.

Podnoszę wzrok znad koślawych notatek i zaczynam się zastanawiać. Hanne pisze o dziewczynce znalezionej na kopcu przed ośmioma laty. Miałem wtedy dopiero sześć lat, dlatego nie pamiętam dobrze, co się stało, ale tata opowiadał, jak Malin i jej kumple wybrali się na kopiec, żeby pochillować i wypatrzyć upiorka, ale akurat nasikali na trupią główkę.

Próbuję sobie wyobrazić, jakie to mogło być uczucie – stać tam w samym środku nocy, w blasku księżyca i nagle odkryć umarlaka – ale mi się nie udaje. To zbyt porąbane. Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach albo gdzieś indziej, na przykład w Sztokholmie.

Ale nie w Ormbergu.

Czytam dalej.

Nie miałam ochoty wyjeżdżać z Grenlandii wcześniej, niż planowaliśmy.

Kłóciliśmy się o to. Właściwie to ja się kłóciłam, a P się dąsał.

Spytałam, czy tamta martwa dziewczynka potrzebuje go bardziej niż ja.

Powiedział, że jestem okropnie dziecinna jak na swoje sześćdziesiąt lat. Że spodziewał się po mnie większego zrozumienia.

Wiek, no tak.

P mówi, że jestem piękna. Ale ja nie widzę nic ładnego w zmarszczkach i w obwisłym ciele. Z drugiej strony: są gorsze rzeczy niż degradacja ciała.

Na przykład pamięć.

Z każdym dniem jest gorzej i gorzej. Może powinnam zadzwonić do lekarza ze specjalistycznej przychodni, ale nie chcę. Przecież i tak nic nie da się zrobić. Biorę wszystkie możliwe lekarstwa hamujące proces. Nie ma innej pomocy.

Wczoraj wieczorem siedziałam na łóżku i usiłowałam sobie przypomnieć, co robiliśmy w ciągu dnia. Nic z tego! Zupełnie jakby wszystkie minione godziny zostały wytarte z pamięci, usunięte jakimś silnym rozpuszczalnikiem.

Ale lekarze mówią, że mam „zadziwiająco dobrze zachowane zdolności poznawcze”.

Mała pociecha, ale zawsze coś.

Jestem POZNAWCZO SPRAWNA, mimo zmarszczek, siwych włosów i demencji.

Nie jest to raczej coś, co można by napisać w ogłoszeniu na portalu randkowym: „Poznawczo sprawna sześćdziesięciolatka pozna wysportowanego pana do towarzystwa podczas miłych wieczorów przy kominku i długich spacerów po lesie”.

Wczoraj: P oczywiście zauważył, że coś jest nie tak, ale nie powiedziałam mu, kiedy o to spytał. Jest ostatnią osobą, której przyznam się do tego z własnej woli – z całkiem egoistycznej przyczyny. Nie chcę z niego zrezygnować, z mężczyzny, którego kocham, z ciała, którego pożądam.

Chociaż wiem, jak to się skończy. Ze mną będzie coraz gorzej. P nie będzie umiał albo nie będzie chciał być ze mną.

Wtedy będę musiała zrezygnować.

Nie, P nie może się dowiedzieć.

Keflavík, Islandia, 21 listopada

Na lotnisku. Czekamy na samolot do Sztokholmu. Wcześnie rano wylecieliśmy z Ilulissat do Nuuk, a stamtąd na Islandię.

P jest zadowolony, pełen oczekiwań. Zawsze tak z nim jest, kiedy pojawia się nowe, ekscytujące śledztwo w sprawie morderstwa. Swoją drogą to osobliwe, że czyjaś śmierć, śmierć współbliźniego może wywoływać takie podniecenie!

Jeśli mam być szczera, podejrzewam, że kiedy przyszło zapytanie o śledztwo, według P byliśmy na Grenlandii już wystarczająco długo. Bo sama sprawa nie jest przecież jakaś specjalnie podniecająca. Jest nie tylko zimna, ale wręcz lodowato zimna, jak pokryte śniegiem grenlandzkie lodowce.

Ale to był dobry pretekst, żeby uniknąć dwóch ostatnich tygodni naszego zaplanowanego pobytu.

W gruncie rzeczy nie mam z tym większego problemu. Może zobaczenie Ormbergu okaże się interesującym urozmaiceniem.

P przegląda w laptopie protokół dochodzenia wstępnego. Ja jem czekoladę. Patrzę na podróżnych. Zastanawiam się, czy jeszcze kiedykolwiek będę siedziała przy wyjściu do samolotu po nadaniu bagażu i odprawieniu się w jakieś odległe miejsce.

Muszę kończyć. Zaczynają wpuszczać na pokład.

Noc.

Lot z Islandii był burzliwy. Stewardesa rozlała P kawę na kolana. Strasznie go przepraszała i próbowała wytrzeć mu spodnie. P tylko się uśmiechał, zapewniając, że nic się nie stało.

W tym momencie…

Zobaczyłam, jak na nią łypał. Jego spojrzenie wędrowało po jej ciele, jakby to była jakaś obca ziemia. Nowy, fascynujący kontynent, na który zamierzał wyemigrować.

Miałam ochotę krzyknąć do niego: „Przecież siedzę obok – popatrz na mnie! Może nie jestem taka młoda i ładna, ale wciąż POZNAWCZO SPRAWNA!”.

Oczywiście nic nie powiedziałam. Niech sobie myśli, że jestem nie tylko otępiała, ale i głupia.

Jutro jedziemy do Ormbergu.

P i Manfred powiedzieli, że mogę wesprzeć ich w dochodzeniu. Nie sądzę, żeby rzeczywiście potrzebowali pomocy. Przypuszczam, że to tylko uprzejmość z ich strony. (Ale rzeczywiście chętnie spotkam się z Manfredem).

Tak czy inaczej, myślę, że P chce mieć na mnie oko i dlatego woli, żebym była w pobliżu.

Niewątpliwie mnie kocha, ale chyba mi nie ufa.

Nie mogę mieć mu tego za złe.

Bo sama już sobie nie ufam.

Ormberg, 22 listopada

Ormberg jest bardzo mały. Trudno go nazwać nawet osadą. Dwie żwirowe drogi przecinające się pośrodku niczego. Kilka zrujnowanych domów. Największy – piętrowy, otynkowany na żółtobrązowo – był kiedyś sklepem.

Manfred urządził w nim prowizoryczne biuro. Nazwał go Chateau Ormberg. Dobry żart, bo „zamek” to ostatnie określenie, jakie mogłoby się skojarzyć z tym budynkiem. Obok: dawny urząd pocztowy. Oczywiście dzisiaj poczty już nie ma, jej miejsce zajęła najpierw internetowa firma handlowa sprzedająca w sieci ubrania i legowiska dla psów, a w końcu zamienił się w budynek mieszkalny. Drzwi i okna zabite deskami, fasada wysmarowana graffiti.

Dookoła budynków: pola porośnięte wysoką trawą i chaszczami.

Kilkaset metrów dalej, po drugiej stronie zarośniętego pola: kościół. Już nieużywany. Ewidentnie wymagający remontu. Odpada z niego tynk.

Za kościołem: las, las i jeszcze raz las. Tu i ówdzie nieduże urokliwe czerwone domki letnie – większość położona nad rzeką i niedaleko kościoła.

W Ormbergu i okolicy jest około stu stałych mieszkańców. Jest to więc mała wieś, nawet w porównaniu z wieloma innymi wyludnionymi miejscowościami.

Manfred przedstawił nas Malin Brundin – świeżo upieczonej policjantce, na co dzień pracującej w Katrineholmie. Malin pochodzi z Ormbergu. Zna tu każdą „dziurę” i orientuje się w okolicznych lasach.

Ma nie więcej niż dwadzieścia pięć lat, długie ciemnobrązowe włosy. Jest chuda, wysportowana i ładna na trochę oczywisty sposób, właściwy młodym dziewczynom, które nawet się o to nie starają i nie zdają sobie z sprawy z własnej urody.

Dopóki nie dopadną ich życie i upływ czasu.

Malin zbriefowała nas szybko. Wyjęła mapę, pokazała miejsce, gdzie 20 października 2009 roku znaleziono ciało.

Malin, wówczas piętnastolatka, była jedną z trojga nastolatków, którzy dokonali tego odkrycia.

Osobliwy zbieg okoliczności, ale jak powiedziała Malin: Ormberg jest tak mały, że takie nieprawdopodobne zbiegi okoliczności z naturalnej przyczyny są tu prawdopodobne.

Spojrzeliśmy na zdjęcie szkieletu. Na czaszce wciąż były widoczne długie pasma włosów.

Śmierć nastąpiła prawdopodobnie wskutek brutalnej przemocy.

Malin pokazała więcej zdjęć: zbliżenia pękniętej czaszki, odpryski kości potylicznej ułożone obok linijki. Kilka zębów znalezionych obok. Połamane małe żebra przypominające wyblakłe patyczki wyrzucone na pustą plażę.

Śmierć rzadko jest ładna, ale na widok martwych dzieci dostaję zawrotów głowy i robi mi się niedobrze. Musiałam chwycić się stołu, żeby się nie zachwiać.

Dzieci nie powinny padać ofiarami czegoś takiego. Dzieci powinny się bawić, bić się ze sobą i być utrapieniem. I wyrosnąć na całkiem normalnych ludzi, mających potem własne dzieci, które się bawią, biją się ze sobą i są utrapieniem.

W żadnym razie nie powinny umierać.

Zdaje się, że P też był poruszony, ale nie aż tak wstrząśnięty jak ja. Przywykł – przez ponad dwadzieścia lat pracy jako śledczy widział już niejedno. Oprócz tego jest mężczyzną. (Może jestem heteronormatywna, lecz uważam, że mężczyźni są inni).

Dziewczynki nigdy nie zidentyfikowano, mimo ustalenia DNA na podstawie materiału z kości udowej i mimo że trąbiły o tym wszystkie gazety i kanały telewizyjne. Media szybko ochrzciły ją „dziewczynką z Ormbergu”.

To czyni tę historię jeszcze smutniejszą: dziecko umiera i nikt go nie opłakuje ani nie szuka.

Potem dołączył do nas jeszcze jeden kolega – Andreas Borg, całkiem szykowny trzydziestolatek. Reprezentuje w zespole dochodzeniowym lokalną policję, na co dzień pracuje w Örebro.

Zauważyłam reakcję Malin. Znieruchomiała na widok Andreasa. Nie potrafiłam stwierdzić, czy się jej spodobał, czy wręcz przeciwnie, czy po prostu tak zareagowała na jego spóźnienie, ale w pomieszczeniu, w którym byliśmy, energia uległa zakłóceniu.

Nie sądzę, aby P to dostrzegł. (Tak, moim zdaniem to dlatego, że jest mężczyzną).

Musieliśmy skończyć. Pora na lunch.

Zamykam oczy i myślę o kopcu, wyobrażam sobie jego kontury w świetle księżyca i świerki stojące wokół niego. Niemal czuję wysokie paprocie łaskoczące mnie w łydki i miękki mech pod podeszwami.

„Dziewczynka z Ormbergu”.

Ludzie w okolicy wciąż mówią o niej, w taki sam sposób, jak mówią o wszystkim innym, co już nie istnieje, jak młyn, TrikåKungen i Brogrens Mekaniska.

Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem, ale wiele rozmów prowadzonych w Ormbergu dotyczy przeszłości.

Dzwonek telefonu przerywa mi rozmyślania.

To Saga.

Spoglądam na wnętrze dłoni.

„Poznawczo sprawna”.

„Inuita”.

„Heteronormatywna”.

Muszę sprawdzić to później w Google.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dziennik mojego zniknięcia Uśpiony szpieg Stąpając po cienkim lodzie Maestro z Sankt Petersburga 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer