Ludzie, ludzie... 2

Ludzie, ludzie... 2

Autorzy: Ewa Woydyłło

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Psychologia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 18.64 zł

Możesz jednocześnie lubić siebie i zmieniać się na lepsze!

W poprzedniej książce zatytułowanej Ludzie, ludzie… Ewa Woydyłło pokazywała nam lustro, w którym mogliśmy się przejrzeć – z uśmiechem, zawstydzeniem, satysfakcją lub złością. Ceniona terapeutka błyskotliwie i zwięźle przedstawiała portrety różnych typów ludzi w oparciu o jedną dominującą cechę, na przykład kłótliwych, perfekcjonistów czy malkontentów.

Po świetnym przyjęciu tej książki i wielu rozmowach z czytelnikami Ewa Woydyłło postanowiła kontynuować temat, opierając się na własnych obserwacjach i ogromnym doświadczeniu terapeutycznym. Znów możemy rozpoznawać siebie lub innych w trzynastu nowych opowieściach cenionej psycholog. W galerii Ewy Woydyłło tym razem pojawiają się między innymi nieśmiali, genialni, bałaganiarze i przesądni. Autorka skłania nas do jeszcze głębszej refleksji nad tym, kim jesteśmy. Przyjrzyjmy się sobie i zacznijmy dobre cechy pielęgnować, a złych powoli się wyzbywać.

Spis treści

Karta redakcyjna

Ludzie, ludzie...

Nieśmiali

Hipochondrycy

Złośnicy

Gadatliwi

Leniwi

Zazdrośnicy

Zaborczy

Zdradzacze czy seksoholicy?

Skąpiradła

Zawistni

Przesądni

Bałaganiarze

Genialni

Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: MAŁGORZATA WÓJCIK

Opracowanie graficzne: MAREK PAWŁOWSKI

Fotografie w tekście i na okładce: MAGDALENA CZAJKOWSKA

www.facebook.com/mnczajkowska

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Wydawnictwo Literackie 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06724-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Ludzie, ludzie...

.

Trudno sobie wyobrazić lepsze czasy dla samodoskonalenia. Nigdy nie było tylu poradników psychologicznych i tylu wydziałów psychologii, resocjalizacji, pedagogiki specjalnej i niespecjalnej ani tak wielu chętnych do udziału w niezliczonych seminariach, szkoleniach, warsztatach i treningach, kursach podyplomowych i zamiast-dyplomowych nastawionych na poprawianie swojego „ja”. A wszystko to w celu uczynienia owego „ja” doskonalszym niż było wczoraj, a jednocześnie z nadzieją, że wciąż mniej doskonałym niż będzie jutro.

A ile jest na ten temat utworów literackich oraz produkcji teatralnych, telewizyjnych i kinowych, pokazujących najrozmaitsze problemy i konflikty psychologiczne. Niektórzy twórcy umieszczają akcję wprost w gabinetach psychoterapeutów lub grupach wsparcia. Tam, jak na dłoni, widać pękające bariery oporu przed zmianą i jeszcze lepiej, pierwsze szczeliny, przez które docierają do ludzi „informacje zwrotne”, czyli to, co inni zawsze lepiej wiedzą o nas niż my sami. Czytelnicy i widzowie biorą w ten sposób udział w obrazowej gigalekcji terapeutyczno-wychowawczej. Dzięki niej zapoznajemy się bliżej z ludzkimi wadami, słabościami, uzależnieniami i wszelkimi innymi zaburzeniami. Z „ludzkimi”, więc z własnymi także, a może raczej przede wszystkim.

Jednakże nie wszyscy są zainteresowani w zmienianiu na lepsze samych siebie. Wielu wolałoby poprawiać innych, od członków rodziny począwszy, przez sąsiadów, kolegów z pracy, aż po resztę narodu, z przedstawicielami władzy na czele.

Marzenie może i piękne, lecz nierealne.

Na nerwy i frustracje powodowane przez nieznośnych bliźnich zostaje więc tylko jeden sposób: nauczyć się z nimi współżyć. Co wcale nie jest proste, zważywszy, że wydaje się, iż wielu z nich robi wszystko, żeby nam tego nie ułatwiać. Na przykład dzieci, którym w kółko powtarzamy „odrób lekcje, posprzątaj pokój, umyj zęby, siedź prosto, nie dłub w nosie”, a one jakby tego nie słyszały. Albo szef dyktator niedopuszczający słowa sprzeciwu czy mąż ożywiający się dopiero po kilku piwach, który na ogół jest gnuśnym leniwcem i mrukiem. Dlaczego tylko szef i mąż? Ależ proszę bardzo, równie dobrze może być szefowa siejąca postrach, czepialska i autorytarna, może być też żona manipulantka i narcyzka, którą w mężu interesuje głównie jego portfel. Moje „typy” odnoszą się w pewnym sensie do obu płci. Ale zawsze, gdy natrafię na dane statystyczne dotyczące występowania opisywanego akurat rysu charakterologicznego, powołuję się na odnośne badania. Zastrzegam jednak w imię obiektywizmu, że można również spotkać osoby mniej reprezentowane w statystykach, a należące do tej samej kategorii. Tak jest na przykład z zazdrośnikami – częściej bywają nimi panowie, ale zdarza się też od czasu do czasu Pani Otello. Albo na ogół za nieznośne gaduły uchodzą kobiety, a tu i ówdzie nagle zaskoczy nas Pan Gaduła. Od razu zaznaczę, że nawet gdy wprost tego nie podkreślam, to w domyśle wiadomo, że trudne charaktery, przywary, niedobre nawyki, dewiacje osobowościowe, czyli naprawdę przeogromne spektrum mniejszych i większych anomalii i psychopatologii losowo rozkłada się i odnosi do nas wszystkich, kobiet i mężczyzn w każdym wieku i w każdym zakątku świata. Mnie osobiście, a właściwie mojej profesjonalnej karierze, dobrze zrobiły lata praktyki zawodowej w różnych krajach. Nawet jeżeli nie we wszystkich, to nie szkodzi, bo w samej Kalifornii w ciągu paru lat poznawałam pacjentki i pacjentów pochodzących z obu Ameryk, Europy Zachodniej, Wschodniej, Północnej i Południowej oraz różnych części Azji i Afryki. Odbywając staże kliniczne – kiedyś w Niemczech, innym razem we Francji, współpracując z klinikami w Rosji i u innych naszych sąsiadów albo gościnnie prowadząc superwizję z psychologami w Anglii, Szwajcarii czy Irlandii – przekonywałam się za każdym razem o jednym: ludzie z najodleglejszych krańców świata tak naprawdę niczym się nie różnią, w każdym razie w sferze przeżywania bólu, cierpienia, poczucia krzywdy, wstydu, winy, żalu, strachu, rozpaczy.

Nie różnimy się my wszyscy także, gdy chodzi o miłość. Tak samo jej pragniemy i tak samo się jej boimy. I wszyscy musimy się jej od początku uczyć, jakby każdy był pierwszym człowiekiem na Ziemi. Z tego lęku, zamiast miłość chronić i pielęgnować, często – zanim nauczymy się wyciągać wnioski – sabotujemy ją i wystawiamy na próby, których sami często nie wytrzymujemy. Z miłością jest trochę jak z jazdą samochodem: sam kurs na prawo jazdy nie wystarczy, ani nawet najlepszy podręcznik z kasetą. Nauka przychodzi wraz z praktyką. I tu, i tu zdarzają się zarówno talenty, jak i antytalenty. Tym drugim, którzy czują się pechowcami „niemającymi szczęścia”, trudno nawet pomóc. Ponieważ to, co w miłości najważniejsze i co zresztą łączy wszystkich ludzi na świecie, jest zwykle schowane bardzo głęboko. Tak głęboko, że nieraz samemu trudno do tego znaleźć dostęp. To najgłębsze, święte miejsce nazywa się czasem duszą. W psychologicznym sensie właśnie dusza jest tym w nas, co „czuje miłość”. (Wiem, wiem, w rzeczywistości to mózg, neurony i hormony, ale zostawmy te prozaiczne szczegóły nauczycielom biologii).

Zmierzając do konkluzji, wygłoszę banał: z trudnymi charakterami trudno wytrzymać, a czasem wręcz nie da się w ogóle żyć. Wyzwalają w bliźnich niemiłe reakcje: złość, irytację, niecierpliwość, a także poczucie krzywdy lub winy. Te przykre, kąsające uczucia potrafią zagłuszyć miłość. Bo spośród wszystkich uczuć i emocji jest ona najdelikatniejsza i najbardziej wątła, wrażliwa, krucha i najmniej odporna. I nawet gdy jest uparta i chce trwać mimo zranienia, zlekceważenia czy niedocenienia, to może osłabnąć, zmarnować się i zużyć tak bardzo, że nie tylko już „gór nie przeniesie”, ale w końcu, zwiędła i zmarniała, umrze.

Dlatego chcąc kochać te „trudne charaktery”, trzeba nauczyć się je rozbrajać, gdy atakują, omijać, gdy niekoniecznie potrzebna jest konfrontacja, i nie bać się wyznaczać nieprzekraczalnych granic i linii demarkacyjnych. A poza tym, gdy tylko się da, wybaczalne wybaczać. Konflikty najlepiej rozwiązywać od razu, uraz nie chować, tylko spokojnie o nich mówić i wykorzystywać poczucie humoru. A nade wszystko negocjować i okazywać zrozumienie nawet wtedy, gdy jakiegoś zachowania normalny umysł nie jest w stanie pojąć. Porównałam miłość do jazdy samochodem. Błąd! Miłość można porównywać tylko ze sztuką. Gdy jest piękna, każdy się na niej pozna, gdy nie jest, też.

Podobnie jak w poprzedniej książce o trudnych ludziach, tutaj też zajmuję się trudnymi przypadkami. Nad wieloma przychodzi mi się czasem głowić razem z bliskimi tych osób, szukającymi sposobów na rozwiązywanie konfliktów w codziennym życiu. Jak już wspomniałam, obcowanie z takimi ludźmi nie jest łatwe; to zrozumiałe, że musi wzbudzać przykre odczucia i emocje. Wydawałoby się, że do najgorszych z nich można zaliczyć złość. Owszem, jest przykra, bywa też groźna, ale w ostatecznym rozrachunku jest zdrowa i na ogół adekwatna do faktycznych tarć i zgrzytów międzyludzkich. Za to naprawdę toksyczne i na dłuższą metę szkodliwe, także dla każdego związku, jest poczucie winy. I to po obydwu stronach.

Ten, kto zachowuje się dokuczliwie, pod wpływem zawstydzania, karcenia, wypominania i wpędzania w permanentne poczucie winy, automatycznie nabiera niechęci do czyniących uwagi, a wtedy nie spodziewajmy się współpracy i dążenia ku poprawie. Co innego, gdy się zwraca uwagę, ale wyrozumiale i wspaniałomyślnie, oferując wsparcie, pomoc, nawet terapię w trudniejszych problemach. Wtedy szanse na zmianę rosną, przyjaźń nie zostanie wystawiona na próbę, nieznośna osoba nie traci twarzy.

Poczucie winy drugiej strony, czyli tego, komu dokuczają czyjeś nieznośne zachowania, bierze się często z obwiniania przez tych nieznośnych, szukających w ten sposób usprawiedliwienia. A często jeszcze postronni ludzie w tym im sekundują. Na tej zasadzie nad mężem pijakiem potrafi litować się cała rodzina (i nie tylko), uważając, że jego nałóg to wina niewystarczająco dobrej żony. Za dzieci nieuki i łobuzy obarcza się odpowiedzialnością zrozpaczone matki. (Ciekawe, bo ojców prawie nigdy). I takie poczucie winy to już totalny absurd i dewastacja samooceny, a jeszcze, gdy się utrwali i przejdzie w nawykowe współuzależnienie, czyli cały syndrom utraty „siebie”, to można na zawsze stać się podnóżkiem i chłopcem do bicia, i ofiarą wszelkich nadużyć i niesprawiedliwości. Sprawę pogarsza fakt, iż w poczuciu winy kryje się szlachetny podtekst wynikający ze skojarzenia z sumieniem; że niby poczucie winy ulokowane jest w sumieniu, a ono, w swej istocie, ma świadczyć o wrażliwości moralnej osoby, plasując ją tym samym na górnej półce wartości. Sumienie to sumienie, a poczucie winy to poczucie winy. Sumienie mówi mi: „źle postąpiłaś”, a poczucie winy: „jesteś zła”. I to jest ta różnica, od której zależy ewentualna gotowość do zmiany.

Tak oto doszłam do punktu, w którym pozostaje mi już tylko zaprosić do lektury. Jeszcze poproszę, żeby zbyt serio nie podchodzić do moich analiz i charakterystyk poszczególnych typów ludzkich. Ludzie są zawsze bardziej skomplikowani i ciekawsi niż wszelkie próby rozkładania ich na czynniki pierwsze. Mam świadomość, że każdy sam o sobie z pewnością opowiedziałby inaczej. Ale mimo to może niejedna osoba skorzysta z lusterka, jakie tu ustawiam.

Ewa Woydyłło

Nieśmiali

.

Nieśmiali nie cieszą się w obecnych czasach dobrą sławą. Gdy są dziećmi, przysparzają strapienia rodzicom, obawiającym się ich niezasłużonych porażek w świecie zdominowanym przez przebojowych rywali. Lęki te udzielają się oczywiście nieśmiałkom, potęgując w nich jeszcze bardziej brak pewności siebie. Nawet w kręgu najbliższych, w rodzinie, a także wśród rówieśników, bywają często wycofani, cisi, jakby nieobecni. W przedszkolu i szkole odgrywają przeważnie drugo- i trzecioplanowe role, co sprawia, że uchodzą za osoby nie w pełni sprawne społecznie. Sami siebie też tak zaczynają postrzegać. U niektórych przeradza się to w zahamowania przed kontaktami grupowymi, wystąpieniami publicznymi, a nawet przed zapytaniem o drogę.

Psycholog amerykański Philip Zimbardo był jednym z pionierów w opisywaniu psychologicznych uwarunkowań nieśmiałości. Dostrzegł on pewien paradoks, a mianowicie, że mimo rozprzestrzeniania się w społeczeństwach nadmiernej pewności siebie wśród młodych ludzi przybywa w tej grupie również osób nieśmiałych. Z badań przeprowadzonych w różnych krajach wynika, że za nieśmiałych uważa się niemal połowa badanych.

Nieśmiali to w rzeczy samej ludzie nie-śmiali, co wcale nie oznacza, że są nie-odważni. Owszem, brak pewności siebie utrudnia im kontakty, ale niejeden nieśmiały potrafi wskoczyć do wody dla ratowania tonącego lub pomóc obcemu kierowcy zepchnąć popsuty samochód na pobocze. Wśród takich „nie pierwszoplanowych” osób wiele ma sporo do powiedzenia, tylko trudno się na nich poznać. Nie walczą na ogół o swoje racje, ustępują, gdy ktoś jest głośniejszy, i często sprawiają wrażenie nieprzystępnych. Innym ich ustępliwość specjalnie nie przeszkadza, a może wręcz wpływać na niezakłócone relacje. Sami nieśmiali natomiast są zestresowani i sfrustrowani. Obawiając się kompromitacji, śmieszności i odtrącenia, rezygnują z wielu aktywności i w konsekwencji stają się coraz bardziej niezadowoleni z siebie. Bezwiednie doszukują się krytyki lub drwin pod swoim adresem w gestach, mimice i intonacji głosu rozmówców. Sami odzywają się monosylabami lub zgoła milczą, co często jest odbierane jako arogancja, wyniosłość lub brak zainteresowania. Ludzie odsuwają się od nich, a wtedy nieśmiali uzyskują przewrotne potwierdzenie swego nieudacznictwa. Więc jeszcze bardziej skupiają się na tym, co inni o nich myślą i jak ich oceniają. Utrwalają się w ten sposób dwa równoczesne kompleksy: jeden wypływa z obawy, iż ich nikt nie zauważy, a drugi – również związany z obawą, ale odwrotną – że uwaga otoczenia koncentruje się wyłącznie na nich i wszyscy tylko czyhają na ich potknięcia.

Tę drugą formę obaw nazywamy tremą. Utrudnia ona występy solistom, aktorom, mówcom lub wykładowcom, i to nie tylko młodym czy niedoświadczonym. Trema bywa czasem tak paraliżująca, że wybitni wykonawcy rezygnują z kariery. Znany jest przykład kanadyjskiego wirtuoza fortepianu, Glenna Goulda, który w wieku trzydziestu paru lat poniechał publicznych koncertów, poświęcając się wyłącznie studyjnym nagraniom płytowym. Pewien rodzaj tremy zdarza się też niektórym politykom w zetknięciu z niezbyt przychylną publicznością. Możliwe, że z takiego powodu pewien poseł uciekał przez okno, a niektórzy wysocy urzędnicy czmychają chyłkiem przed dziennikarzami. Może jednak incydenty te nie mają nic wspólnego z tremą? Nie rozstrzygniemy tego. Wróćmy więc do naszego tematu.

Nieśmiałość czasem utożsamia się z osobowością introwertyczną. To jednak błąd. Lubiący samotność i nieskorzy do wynurzeń introwertycy wcale nie muszą być nieśmiali. Swoje relacje układają bez skrępowania, są tylko mało wylewni i od innych też nie oczekują zwierzeń. Nieśmiałym natomiast marzą się bliskie i częste kontakty z ludźmi, a jednocześnie bardzo się ich boją. W tym tkwi zasadniczy problem nieśmiałych. Niekiedy wręcz dramat. Tak pisze o tym Małgorzata Halber w książce pt. Najgorszy człowiek na świecie (2015): „Kiedy po całych dniach w swoim mieszkaniu nagle gdzieś wychodziłam wieczorem, okazywało się, że jestem kimś innym niż osoba, którą znam od środka. Zaczęłam wierzyć, że każdy z nas jest na zewnątrz negatywem tego, co ma w środku. Im bardziej jesteś podszyty poczuciem, że ktoś ci nadepnie na kapcie albo zabierze kubeczek i nikt nie ma ochoty cię słuchać, tym głośniej będziesz wrzeszczeć na zewnątrz” (s. 31). Zakrzykiwanie strachu przed ludźmi, sztuczna wesołość, hałaśliwość, a często także dodawanie sobie animuszu niepohamowanym pijaństwem, to desperacka strategia pozorowania, że się jest kimś wyluzowanym, kimś dokładnie takim jak inni. Udawanie kosztuje. A udawanie, że jest się duszą towarzystwa, gdy naprawdę jest się śmiertelnie wystraszonym zajączkiem, kosztuje najwięcej. Ceną są zszargane nerwy, zachwiane poczucie wartości, a nierzadko znajdowanie ulgi w nałogach dewastujących życie.

Uczony z Uniwersytetu Harvarda Jerome Kagan stwierdził na podstawie swoich badań, że u blisko jednej trzeciej nieśmiałych występują wrodzone predyspozycje genetyczne. Objął on badaniami czterysta kilkumiesięcznych niemowlaków, które poddawano kontaktom z nieznajomymi osobami, głośnymi dźwiękami lub ostrymi zapachami. Mniej więcej dwadzieścia procent maluchów reagowało na ostre bodźce w sposób znacznie bardziej lękliwy niż pozostałe dzieci. Z czasem – bowiem grupę tych dzieci obserwowano przez kilka następnych lat – okazywało się, że właśnie te dzieci były bardziej nieśmiałe od swoich rówieśników, a szczególnie mniej pewne siebie wśród obcych lub w sytuacjach wymagających mobilizacji psychicznej i intelektualnej. Do takich osób należy niewątpliwie córka mojej znajomej, która mówi: „Przed każdym egzaminem umieram. W domu mogę dosłownie recytować całe rozdziały z podręczników i notatek, a przed profesorem dostaję paraliżu i w głowie mam czarną pustkę. Gardło mam ściśnięte, oblewa mnie zimny pot, kolana dygocą, jedyna myśl to uciec na koniec świata, schować się do mysiej dziury, już nigdy nie musieć zdawać żadnego egzaminu”. Przez całą szkołę dziewczynie tej udawało się przechodzić z klasy do klasy z niezłymi stopniami głównie dzięki pracom pisemnym, i to nie tylko przynoszonym z domu. Z klasówkami, sprawdzianami, testami i pisemnymi egzaminami radziła sobie zawsze nie najgorzej. Tym, co ją przeraża i kompletnie demobilizuje, są „występy” przed publicznością, składającą się choćby z jednego tylko egzaminatora.

Czy zatem dzieci obciążone większą wrażliwością i mniejszą odpornością na frustrację muszą stać się patologicznie nieśmiałymi dorosłymi? Niekoniecznie. Psycholożka Doreen Arcus z Harvardu potwierdziła w swoich badaniach, że wszystko zależy od tego, jak hiperwrażliwe dzieci będą wychowywane. Jeżeli będą chronione przed kontaktami społecznymi, na przykład powstrzymywane przed obcowaniem z nieznajomymi, wyrosną na nieśmiałych odludków. Jeżeli od najwcześniejszych lat będą zachęcane i wspierane w próbach pokonywania lęku przed ludźmi, dostaną szansę oswojenia tego lęku i stopniowo nauczą się radzić sobie z wyrażaniem wobec innych swoich potrzeb, przekonań lub opinii, a z czasem także z zespołową pracą czy wystąpieniami publicznymi. Czy uda się to każdemu? Osobiście uważam, że tak, chociaż zapewne nie w jednakowym stopniu. Na podobnej zasadzie uczymy się przecież obcych języków. Dobre słowo „obcych”, przyswaja się je bowiem, jakby poznawało się nowych znajomych. I te nowo poznane języki, choć nigdy nie staną się mową ojczystą, to jednak wystarczą do porozumiewania się i w ogóle korzystania z nich w dowolny sposób. Analogia chyba przekonująca?

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ludzie, ludzie... 2 Ludzie, ludzie... My rodzice dorosłych dzieci Poprawka z matury Rak duszy. O alkoholizmie W zgodzie ze sobą 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Wybieraj wystarczająco dobrze Seks się liczy. Od seksu do nadświadomości To tylko dzieci