Patrioci

Patrioci

Autorzy: Pascal Engman

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 26.75 zł

Grupa szwedzkich „Patriotów” próbuje rozprawić się z muzułmanami, którzy „okupują” ich ojczyznę. Oskarża polityków i dziennikarzy o zakłamanie i oddanie kraju w ręce tych „brudnych świń”. Carl Cederhielm, który poprzysiągł za wszelką cenę chronić swój kraj przed wrogami, sporządza listę dziesięciu czołowych dziennikarzy nawołujących do współczucia wobec przybyszy. Postanawia działać w imieniu narodu, który nie ma odwagi stanąć do walki.

Gdy zamordowana zostaje sztokholmska dziennikarka, w branży wybucha panika. Wielu pracowników już wcześniej otrzymywało pogróżki, ale dopiero teraz naprawdę boją się o swoje życie. Jedyną niewzruszoną pozostaje młoda dziennikarka „Nyhetsbladet”,Madeleine Winther, która doskonale wie, jak skierować swoją karierę na właściwe tory – wystarczy zająć się najgorętszą sprawą ostatnich dni.

W pewnym odległym kraju mężczyzna tęskni za ojczyzną. Mieszkańcy miasteczka się go boją, ponieważ pracuje jako ochroniarz rosyjskiego przemytnika broni i narkotyków.

Wkrótce jego losy połączą się z Madeleine, a Szwecja obudzi się w nowej, przerażającej rzeczywistości. Według Cederhielma plan nie został przecież jeszcze wykonany. Już pora, by wyeliminować kolejną osobę z listy.

Tytuł oryginału:

Patrioterna

Copyright © 2017 by Pascal Engman

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora na okładce: © Anna-Lena Ahlström

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-734-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Epilog

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Tobie, dziadku. Bardzo mi Ciebie brakuje.

Łobuziak

„Wszystko, co musisz zrobić, to powiedzieć im, że ktoś ich atakuje, oskarżyć pacyfistów o brak patriotyzmu i narażanie państwa na niebezpieczeństwo.

Działa to tak samo w każdym kraju”.

Hermann Göring podczas procesów norymberskich,

18 kwietnia 1946 r.

Prolog

Hannah Löwenström siedziała przy biurku w swoim mieszkaniu w dzielnicy Hägerstensåsen i czytała komentarze do artykułu, który napisała dla największego szwedzkiego dziennika – „Sveriges Allehanda”.

Wzbudził on wielkie zainteresowanie. Na Twitterze zawrzało. Jej skrzynka poczty elektronicznej wypełniła się wściekłymi mejlami. Wypowiedzi na Facebooku były jeszcze surowsze. Ludzie szydzili z jej wyglądu, pisali, że jest tłustą świnią, i pytali, dlaczego lubi obciągać Arabom.

„Ty pizdo!!! Mam nadzieję, że zgwałci cię banda czarnuchów”, napisał jakiś Olof Jansson.

Weszła na jego profil. Zobaczyła zdjęcia. Olof Jansson miał żonę i dwójkę dzieci – syna i córkę. Mieszkał w Bengtfors, interesował się starymi samochodami i pracował w hurtowni.

Przejrzała jego fotografie – wakacje na Wyspach Kanaryjskich, impreza grillowa w ogródku, Olof przed samochodem. Pod zdjęciami widniały przyjazne komentarze od rodziny i znajomych.

Olof Jansson był zwykłym człowiekiem z zupełnie zwykłym życiem.

Hannah w ogóle tego nie pojmowała: Skąd ta cała nienawiść?

Pogróżki – o tym, że zostanie zgwałcona, wyruchana w usta tak, że nie będzie mogła mówić, że potną jej cipę nożem, że ją uduszą, że się spuszczą w każdą jej dziurę – nigdy się nie kończyły. Najbardziej kreatywni bawili się w fotomontaże, doklejając jej twarz do wizerunków martwych nagich kobiet. Inni fotografowali swoje narządy płciowe obok jej zdjęcia z artykułu albo tych, które znaleźli w sieci.

Właściwie to przestała się tym przejmować. Nieszczególnie się bała. Pogróżki od wielu lat stanowiły część jej życia i pracy jako dziennikarki w dziale kultury. Wiedziała, że dotyczy to wszystkich kobiet, które pojawiają się w gazetach i telewizji.

Ukazanie się tego artykułu zaowocowało dwudziestoma dwoma pogróżkami. Przeniosła je mechanicznie do folderu „Zgłosić na policję”. Nic więcej nie dało się zrobić.

Wyszła do kuchni, nalała sobie kieliszek czerwonego wina i zaczęła je sączyć.

Hannah Löwenström tęskniła za swoim synem, Albinem, który w tym tygodniu mieszkał z tatą. Ma go odebrać z przedszkola w poniedziałek. Zostały jeszcze cztery dni. Do tej pory miała zamiar doprowadzić mieszkanie do porządku. Rozpakować wszystkie kartony. Pomalować pokój Albina. Od dnia przeprowadzki spał w jej łóżku.

W salonie zabrzęczał jej iPhone – włączył się alarm sygnalizujący, że pranie się skończyło.

Hannah westchnęła, odstawiła kieliszek na biurko i rozejrzała się za pilotem antynapadowym, który zawsze miała ze sobą, gdy wychodziła z mieszkania. Nie znalazła go.

Nie chciała się bać, nie mogła pozwolić, aby pogróżki ją ograniczały.

Właściwie nigdzie nie wychodzę, zostaję w budynku, pomyślała. Jak zwykle zanim wyszła na klatkę schodową, wyjrzała najpierw przez judasza. Było pusto.

Opuściła mieszkanie, zeszła po schodach, otworzyła metalowe drzwi, które prowadziły do piwnicy, i włączyła światło.

Suszarka nadal pracowała. Została minuta. Hannah usiadła na chwiejącym się plastikowym krześle, żeby zaczekać, aż urządzenie skończy pracę. Wydawało jej się, że ktoś pociągnął za klamkę. Wstrzymała oddech i nasłuchiwała, starając się ignorować dźwięk wirującej suszarki. Nic. Prawdopodobnie coś jej się tylko wydawało.

Wirowanie się skończyło. Drzwiczki kliknęły i automatycznie się otworzyły. Hannah wyciągnęła pranie, włożyła je do niebieskiej torby z Ikei, oczyściła filtr suszarki i wychodząc, zgasiła światło.

Wzięła głęboki oddech, zanim ostrożnie otworzyła drzwi i wyjrzała na klatkę schodową. Była pusta. Hannah pokiwała głową, weszła na schody wiodące w kierunku jej mieszkania.

Kiedy włożyła klucz do zamka, usłyszała kogoś idącego do góry tuż za nią. Odwróciła się i zobaczyła wysokiego bruneta w ciemnym płaszczu, dżinsach i czarnych rękawiczkach. Uśmiechnął się i przywitał. Hannah mu odpowiedziała i otworzyła drzwi. Kiedy miała je zamknąć, mężczyzna chwycił je i pociągnął. Nie zdołała go powstrzymać. Uciekła do mieszkania. Gorączkowo szukała pilota antynapadowego, wołając o pomoc.

Napastnik zamknął za sobą drzwi. Dopadł ją w salonie. Położył jej rękę na ustach i mocno ją przytrzymał. Popchnął ją na ścianę. Lewą rękę trzymał na jej szyi, prawą sięgnął do kieszeni płaszcza. Hannah nawet nie zobaczyła noża.

Ostrze przebiło mięśnie brzucha i dotarło do wątroby.

Mężczyzna pokręcił nożem w prawo, potem w lewo. Następnie pociągnął klingę w górę brzucha.

Hannah próbowała krzyczeć, ale nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego dźwięku poza charczeniem.

Kiedy nóż dotarł do żeber, mężczyzna wyciągnął go z jej ciała.

Hannah osunęła się na podłogę. Upadając, uderzyła się w tył głowy i wylądowała na boku. Przyciskała ręce do brzucha, palcami czuła ranę.

Kilka minut później Hannah Löwenström nie żyła.

Rozdział 1

– Nigdy ci nie przeszkadza, jak na ciebie patrzą? – zapytała Valeria Guevara, spoglądając na niego.

August Novak odwrócił się ze zdziwieniem za grupą szkolnych dzieci, które szły ulicą. Ich mundurki wskazywały, że są z Colegio Ambrosio O’Higgins, jedynej prywatnej szkoły w Vallenar.

Kilka z nich obróciło się jednocześnie za Valerią i Augustem.

– Nie tylko dzieci – kontynuowała Valeria. – Całe miasto. Wszyscy na ciebie patrzą. Już się przyzwyczaiłam, że mężczyźni się na mnie gapią i gwiżdżą. Ale kiedy idę z tobą, nawet nie rzucą spojrzeniem w moim kierunku.

August uśmiechnął się i ścisnął jej rękę.

– Tu, w północnym Chile, nie ma zbyt wielu Europejczyków. Jest nas zaledwie piątka w całym Vallenar. Jestem egzotyczny. Nie uważasz, że jestem egzotyczny? – zapytał.

Valeria zatrzymała się, wspięła się na palce i pocałowała go.

– Jasne, jesteś całkiem egzotyczny, mi amor. Szczególnie kiedy się upierasz, żeby iść w słońcu. Spójrz na nas, chyba tylko my idziemy tą stroną ulicy.

– My, Szwedzi, zawsze korzystamy ze słońca, jak tylko jest okazja.

Zaczęto już zamykać sklepy, zaraz rozpoczynała się sjesta. Avenida Prat, główny deptak w Vallenar, była pełna ludzi idących do domu, żeby zjeść lancz, a potem pospać przez godzinę, zanim nadejdzie pora, żeby wrócić do pracy.

Większość mieszkańców miasta szła drugą stroną ulicy, żeby chronić się przed gorącym słońcem. Było ponad trzydzieści stopni, niezwykle ciepło jak na listopad. Już się mówiło, że temperatury nadchodzącego lata pobiją wszystkie wcześniejsze rekordy.

Skręcili w prawo w avenida Faez, boczną uliczkę, gdzie znajdował się sklep sportowy Deportes Orlando. Właściciel don Orlando właś­nie zapalił silnik w samochodzie, żeby pojechać do domu. Planował wrócić o piątej, aby ponownie otworzyć sklep. Kiedy zobaczył Valerię i Augusta, wyskoczył z auta i ruszył w ich kierunku.

– Don Augusto, miło pana widzieć. I panią również, señorita. Szukali mnie państwo?

August uścisnął mu dłoń.

– Tak, ale jeśli chciał pan już jechać do domu, to nie ma sprawy. Wrócimy po sjeście.

– Ależ skąd, to żaden problem. Nie muszą państwo czekać – zapewnił, szukając w kieszeni klucza, żeby otworzyć kratę.

Dwa bezpańskie psy, które chowały się przed słońcem w cieniu, oddaliły się powoli.

– Czego państwo potrzebują?

– Maty do jogi. Pies pogryzł tę, którą kupiłam – powiedziała Valeria.

– Znowu? – zaśmiał się don Orlando.

– Ach, ci gringo… August upiera się, żeby wpuszczać psy do domu – stwierdziła Valeria, rozkładając ramiona.

W sklepie szła przed nimi.

August zatrzymał się przy gablocie, przypatrując się sprzętowi do łowienia ryb. Don Orlando stanął obok niego.

– Nówka – powiedział, wskazując na harpun. – Przywieźli go w zeszłym tygodniu. Zasięg dziewięć metrów. Ten pana, jeśli się nie mylę, ma zasięg sześciu metrów?

– Naprawdę? Dziewięć metrów? – zapytał z niedowierzaniem August.

– Dziewięć metrów, don Augusto. I pięć grotów. Ale ten pański też można do nich dopasować. Jeśli się panu nie uda, proszę go przywieźć, sam to zrobię.

August kiwnął głową.

– Biorę go.

Valeria stanęła za nim. Pod pachą trzymała jasnoniebieską matę do jogi. Potrząsnęła głową, kiedy don Orlando otworzył szklaną gablotę i wyciągnął harpun.

– Świeża ryba – powiedział August, biorąc go do ręki.

Przejechali obok kolorowych namiotów na przedmieściach, gdzie mieszkali Romowie, obok komisariatu przy autostradzie i skierowali się na wybrzeże. Po prawej stronie krajobraz się obniżał, kończąc się zieloną doliną. Za nią wyrastały góry.

– Muszę wrócić do miasta po sjeście – powiedział August.

– Dzisiaj wraca? – zapytała Valeria, wzdychając.

– Tak. Ląduje dzisiaj wieczorem.

– Bez niego to był dobry tydzień. Chciałabym, żeby zawsze tak było – stwierdziła Valeria.

– I tak będzie. Za pięć lat – oznajmił August.

– Za pięć lat. Będę miała trzydzieści lat, a ty trzydzieści sześć. Naprawdę nie możemy wcześniej wyjechać do Europy?

– Wiesz, że nie.

Zwolnił w Maitencillo, małej wiosce dwa kilometry od ich domu. Chwilę później skręcili w dolinę na żwirową drogę otoczoną plantacjami awokado. Przejechali przez tory kolejowe i dotarli do bramy.

Señora Maria, ich pomoc domowa, czekała na nich na podwórku. Od strony plantacji z drzewkami oliwnymi przybiegły dwa rott­weilery, Salwador i Aragon.

Zjedli lancz na tarasie przed dwupiętrowym białym domem z widokiem na dolinę i góry. Kilka dzikich koni przedostało się przez ogrodzenie na dole przy rzece i pasło się wśród drzewek oliwnych. Don Julio, ogrodnik, właśnie oczyścił basen i utykając, szedł w ich kierunku.

Miał siedemdziesiąt pięć lat i mieszkał sam w pobliskim domu. Tego dnia wydawał się w miarę trzeźwy. Kiedy do nich dotarł, zdjął kapelusz, osuszył pot z czoła i usiadł obok Valerii.

Podniosła się, żeby mu przynieść szklankę.

– Właśnie rozmawiałem z moim bratankiem – oznajmił. – Zanosi się na zamieszki w tym tygodniu.

– Z powodu fabryki?

Don Julio przytaknął.

– Problem w tym, że znajdziemy się w samym środku tego całego bałaganu – powiedział. – Pewnie zamkną drogi w Maitencillo. Nie przepuszczą nikogo.

– Nawet mieszkańców? – zapytał August.

– Ściągnęli tu szumowiny z południowego Chile. Komunistów i awanturników z Valdivii. We wsi znają państwa, wiedzą, kim państwo są. Ale ci ludzie, którzy tu jadą, to ekstremiści. Ich liderem jest Alfonso Paredes, słyszeli państwo o nim?

Valeria wróciła ze szklanką. August sięgnął po lemoniadę, która stała na stole, i podał ją don Juliowi.

– Idę do basenu – powiedziała.

August kiwnął głową i zwrócił się do don Julia:

– Wiem, kim on jest. Czytałem o blokadzie tego hotelu w Pucón.

– To hijo de puta, który udaje, że jest po stronie biednych, ale tak naprawdę to lubi się awanturować. Problem w tym, że młodzi, tacy jak mój bratanek, wierzą w jego gadaninę.

– Władimir wraca w tym tygodniu, więc często mnie nie będzie. Sądzi pan, że mógłby tu zostać, żeby Valeria nie była sama?

– Nie ma problemu. Proszę się nie martwić. La señorita jest ze mną bezpieczna.

– Dziękuję. Może pan nocować jak zwykle w pokoju gościnnym. A jak pana noga? Co powiedział lekarz?

– Że mam odpoczywać.

– W takim razie proszę odpoczywać.

– Czternaście hektarów samo się nie obrobi – powiedział don Julio, wskazując na dolinę.

– Proszę zatrudnić więcej osób. Przynajmniej dopóki nie wyleczy pan nogi. Może pan to zrobić, wie pan o tym?

– Jak pan sobie życzy, señor.

Don Julio podniósł się i poszedł do domu.

August zaśmiał się i potrząsnął głową. Starszy mężczyzna był alkoholikiem, w niektóre dni w ogóle się nie pojawiał. Większość ludzi uważała, że August powinien go zwolnić, ale on ciągle go trzymał.

Siedział, patrząc na drzewa oliwne.

Jeszcze pięć lat, myślał August. To tylko połowa czasu, jaki minął, odkąd wyjechałem. Pieniędzy wystarczy, żeby zabrać ze sobą Valerię i zacząć nowe życie w Szwecji.

Kiedy señora Maria zaczęła zbierać naczynia ze stołu, ruszył do domu. Wspiął się po schodach do sypialni na górze.

Na szafie leżała jego képi blanc z Legii Cudzoziemskiej. Białą czapkę dostaje się po czterech latach służby, po teście, który składa się z trzydniowej wędrówki po Pirenejach. Minęło prawie dziesięć lat, odkąd ją dostał.

Czapka to jedyna rzecz, jaka mu została po pięciu latach w Legii Cudzoziemskiej. Otworzył szafę i wyjął swój czarny rewolwer Smith & Wesson Combat, mechanicznie sprawdził, czy jest załadowany, przypiął do pasa kaburę i włożył granatową marynarkę. Spojrzał na siebie w lustrze.

W ostatnich miesiącach pozwolił rosnąć swoim brązowym włosom. Wkrótce będą takie długie jak wtedy, kiedy wyjeżdżał ze Szwecji.

Pomyślał o tym, co wcześniej powiedziała Valeria, że ludzie na niego patrzą, kiedy idzie ulicą. Nie chodziło tylko o to, że jest obcokrajowcem, ma jasne oczy i sto osiemdziesiąt dziewięć centymetrów wzrostu. Prawdziwa przyczyna była taka, że większość mieszkańców się go bała. Wiedzieli, że pracuje jako ochroniarz dla Władimira Iwanowa.

Wszyscy w miasteczku myśleli, że August jest gringo, Amerykaninem.

Tak mówił, gdy ktoś pytał, i w ostatnich latach używał podrobionego amerykańskiego paszportu. Widniało w nim, że nazywa się Michael Johnson i urodził się w Iowa.

Valeria leżała skulona na leżaku ze słuchawkami w uszach.

– No to jadę – powiedział August.

Zdjęła słuchawki.

– Nie jest ci za ciepło? – zapytała.

August położył porozumiewawczo rękę na boku, gdzie skrywał rewolwer.

– Aha. Kiedy wrócisz?

– Nie za późno. Don Julio zostanie na czas mojej nieobecności.

– Kochanie, nie mogłabym pojechać z tobą? Mogę zaczekać w mieście, sklepy są otwarte do dziesiątej.

– Dobrze, ale musisz się pospieszyć, już jestem spóźniony.

Kiedy przejeżdżali przez wioskę, na ulicach było więcej ludzi niż zwykle. Około dziesięciu mężczyzn ścinało suche drzewa i układało je przy drodze. August zwolnił, żeby zobaczyć, co się dzieje.

– Myślisz, że zaczną protestować już dzisiaj wieczorem? – zapytała Valeria.

– Może. Chyba dobrze się stało, że pojechałaś ze mną – powiedział, wciskając mocniej gaz.

– Dlaczego nie chcą tutaj fabryki? W tej części kraju raczej nie jest łatwo o pracę.

– Firma, która postawiła zakład, zatrudniła Peruwiańczyków i płaci im dwa razy mniej niż miejscowym. Chodzi o sto pięćdziesiąt miejsc pracy.

– No to już rozumiem, dlaczego się wkurzyli – stwierdziła Valeria.

– Ja też – zgodził się August.

Podróż do Vallenar zabrała im niecałe dwadzieścia minut. Na drogach było spokojnie. Większość samochodów stanowiły czerwone pick-upy należące do zagranicznych spółek górniczych. August wysadził Valerię przy rynku i skręcił w avenida Prat. Przy stoliku w El Minero czekał Ilja Fiodorowicz. Z zewnątrz klub wyglądał jak zwykły bar, ale wszyscy w Vallenar wiedzieli, że to burdel, którego właścicielem jest szef Augusta.

Ilja miał na sobie turkusową koszulę hawajską, białe szorty i adidasy. Jego włosy były krótsze niż podczas ich ostatniego spotkania w zeszłym tygodniu. Zarostu jednak nie zgolił.

Przywitali się, August usiadł przy stoliku.

Kelnerka przyniosła mu piwo.

– No to po urlopie – powiedział Ilja, podnosząc kufel z piwem Cristal w kierunku nowo przybyłego.

August odwzajemnił gest.

– Kiedy ląduje Władimir? – zapytał.

– O ósmej, dzisiaj wieczorem. Chce się spotkać z nami jutro rano.

– W porządku – odrzekł smutno August, zdejmując okulary słoneczne. – Co wiesz o kupcu, z którym mamy się spotkać?

– Mówi o sobie Charlie. Ma dostać broń z naszego syryjskiego magazynu. Nic nadzwyczajnego. Pięć kałasznikowów i kilka makarowów. Musimy mu tylko podać czas i miejsce dostawy.

– Gdzie mają być dostarczone?

– Do portu w Tallinie. Taka sama procedura jak zwykle.

– Skąd on jest, ten Charlie?

Ilja pokręcił głową.

– Nie wiem.

– Jakaś organizacja?

Rosjanin rozłożył ramiona.

– Sam wiesz, że Władimir mówi tylko to, co absolutnie niezbędne. Jak chcesz się dowiedzieć czegoś więcej, musisz się umówić z gościem na randkę.

Dziesięć minut później wszedł facet, który mówił o sobie Charlie. Wysoki, około czterdziestki, w dżinsach i zielonym T-shircie. Jego jasne włosy były przystrzyżone. August pomyślał, że wygląda na Szweda, i z jakiegoś powodu go to zdenerwowało. Sam nie mówił po szwedzku od wielu lat, teraz też nie zamierzał. Nie chciał, żeby mężczyzna, który przyszedł, domyślił się, że jest jego rodakiem.

Przywitali się. Ilja podawał szczegóły dotyczące transakcji. August obserwował Charliego, nic nie mówiąc. Kiedy tamten zaczął opowiadać po angielsku, wątpliwości Augusta się rozwiały – facet był Szwedem. Ale po co Szwedowi tego typu broń?

To niezwykłe, że Władimir Iwanow robi interesy z Europejczykami. Trasa przerzutowa z Bliskiego Wschodu przez Turcję była rzadko używana. Najczęściej rosyjską broń szmuglowano drogą morską do Ameryki Łacińskiej, gdzie była chodliwym towarem dla gangów ulicznych walczących w niekończącej się wojnie kokainowej. Może Charlie należał do jakiegoś gangu motocyklowego? Nie, szwedzkie kluby mają własnych sprzedawców. Akcja szwedzkiej policji przeciwko rosyjskim gangsterom w Ameryce Południowej – to też wykluczone. Prawdopodobnie nawet byłaby nielegalna. Im dłużej August się nad tym zastanawiał, tym bardziej czuł się zdezorientowany.

Ilja rzucił na stół kartkę.

– Data i numer rejestracyjny pojazdu. Personel w porcie zostanie poinformowany. Możesz wrócić samochodem jakimkolwiek promem do Sztokholmu, Helsinek albo Rygi. Nikt nie będzie zadawał pytań.

Charlie skinął, zwinął kartkę i włożył ją do kieszeni dżinsów.

– Okej – powiedział, pochylając się do przodu.

– Gdzie się zatrzymałeś? – zapytał Ilja.

– W hotelu Atacama. Tuż za rogiem – odpowiedział Charlie. – Tak w ogóle to dziwne miejsce. Nieszczególnie witają tam obcokrajowców. Gapią się jak na zwierzęta w zoo.

Ilja się zaśmiał.

– Właściwie miasto założył Europejczyk. Irlandczyk Ambrosio O’Higgins. Nazwa nawiązuje do jego rodzinnego Ballynary. Lokalny wariant to Vallenar – dodał August.

Po raz pierwszy w czasie spotkania otworzył usta.

– Fascynujące. Jesteś Amerykaninem?

– Yes, sir. A pan? – zapytał August. Starał się, żeby tamten odniósł wrażenie, że lubi sobie pogadać.

– To nie ma znaczenia – odpowiedział.

Charlie wstał i wyciągnął rękę na pożegnanie. Potem opuścił bar. Ilja i August obserwowali go w milczeniu.

– Wyczuwam glinę.

Ilja otworzył szeroko oczy i parsknął.

– Idiota. Rozpoznam glinę z odległości dwóch kilometrów. Władimir potrafi wyczuć kuzyna gliniarza z dziesięciu kilometrów. Wyluzuj. Napijmy się. Co robi twoja czarująca Portorykanka? Przyjechała z tobą do miasta?

– Tak.

– Zadzwoń do niej, napijemy się.

– Tutaj? Już jej się nie podoba, że spotykamy się w burdelach Władimira. Nie wiem, co by pomyślała, gdybym ją zaprosił do jednego z nich.

Ilja się zaśmiał.

– Masz rację. Powiedz jej, żeby spotkała się z nami w El Club Social. Jeśli jest z jakąś przyjaciółką, niech ją też zaprosi.

– Okej – odparł August. – Ale musisz sam załatwić sobie towarzystwo.

Było kilka minut po jedenastej wieczorem, kiedy August i Valeria wsiedli do samochodu, żeby wrócić do domu. Już trzy kilometry przed Maitencillo wyczuli zapach dymu. Kiedy podjechali bliżej wioski, zobaczyli ogień na drodze. Grupa dwudziestu mężczyzn stała obok palących się pni ściętych drzew i patrzyła na drogę.

Rzucili kłody w poprzek jezdni na obydwu pasach. Nie dało się ich minąć. August zwolnił, jednocześnie wyjął rewolwer i położył go dyskretnie na siedzeniu obok uda Valerii.

Spojrzała na rewolwer, ale nic nie powiedziała.

Jakiś nieznajomy mężczyzna stanął przed samochodem, dając do zrozumienia, że mają się zatrzymać. August zahamował i wysiadł.

Oczy zaczęły mu łzawić z dymu. Po służbie w Afganistanie i Iraku niewiele rzeczy kojarzył ze śmiercią tak jak dym. Powietrze wydawało się gęste. Kiedy podchodził do mężczyzny, pozostali siedzący wokół wstali i ruszyli w jego kierunku. Rozpoznał kilku z nich. To byli mieszkańcy Maitencillo.

Wśród nich dostrzegł Manuela Contrerasa, bratanka don Julia.

– Czego chcesz, gringo? – zapytał jeden z nieznajomych.

August uśmiechnął się do niego i natychmiast go rozpoznał ze zdjęć w gazecie. To był Alfonso Paredes. Za jego plecami August zobaczył, że mieszkańcy wioski spoglądają na niego z niepokojem.

Manuel zapalił papierosa i stanął bliżej nich, żeby słyszeć, co mówią.

– Mieszkam tu, amigo. Byliśmy z moją dziewczyną w Vallenar wychylić kilka drinków. Chcemy pojechać do domu i się położyć.

Alfonso Paredes miał ciemną brodę i był prawie tak wysoki jak August, co nietypowe u Chilijczyka. Dwaj mężczyźni stanęli za nim, patrzyli wrogo na Augusta.

– Lexus? – zapytał Alfonso, wskazując na samochód.

– Słuchaj, nie szukam kłopotów. Chcę pojechać do domu i pójść spać. Moja dziewczyna jest zmęczona. Ja też.

– Dlaczego miałbym pozwolić ci przejechać, gringo? Wszyscy musieli zawrócić. Nie przepuszczamy nikogo dzisiaj wieczorem. Jeśli liczysz, że lepiej cię potraktujemy, bo masz niebieskie oczy i jeździsz niezłą bryką, to się mylisz.

August uznał, że zignoruje komentarz na temat swojego wyglądu i pochodzenia.

– Tak jak tobie nie podoba mi się, że pracy nie dostają ludzie stąd. Macie moje poparcie. Ale teraz chcę pojechać do domu. Powiedz, proszę, swoim kolegom, żeby to przesunęli i nas przepuścili.

– Wydaje ci się, że kim jesteś?

August westchnął. Był poirytowany.

– Chłopaki za tobą wiedzą, kim jestem. Proponuję, abyś ich zapytał.

Manuel dotknął ramienia Alfonsa Paredesa i odchrząknął niepewnie.

– Alfonso – powiedział. – To jest Augusto. Mieszka tutaj, może powinniśmy go jednak przepuścić. Zawsze był w porządku. Mój wuj u niego pracuje.

– Przestań włazić obcym w dupę – syknął Alfonso przez ramię i obrócił się do Augusta. – Nie przejedziesz, gringo. Wracaj do Vallenar albo ruszaj, gdzie chcesz. Gówno mnie to obchodzi.

August dyskretnie zerknął na samochód. Valeria opuściła szybę, żeby słyszeć rozmowę. Wyglądała na zaniepokojoną.

– Posłuchaj. Widzę, że nie wiesz, z kim masz do czynienia. Jesteś wkurzony ze względu na fabrykę i musisz pokazać swoim kolegom, że masz jaja. Wiem, jak to działa. Dlatego daję ci jeszcze jedną szansę: przepuścić mnie.

– Ach tak? – zaśmiał się Alfonso Paredes. – I co mi zrobisz, jeśli cię nie przepuszczę, żałosny gringo?

Wyciągnął rękę i poklepał Augusta mocno po policzku.

– Musisz uderzyć nieco mocniej następnym razem, jak chcesz zaimponować reszcie rewolucjonistów – powiedział August przez zaciśnięte zęby.

Paredes spoliczkował go lewą ręką, prawdopodobnie był leworęczny. Pierwszy cios wyprowadził pewnie w prawą część ciała Augusta.

Alfonso Paredes zacisnął pięść i dyskretnie przesunął lewą nogę do tyłu, żeby się zamierzyć.

Kiedy uderzył, August, zamiast się uchylić, tak jak robią bokserzy, żeby potem skontrować, zrobił duży krok naprzód i podniósł łokcie, chroniąc twarz. Paredes trafił w powietrze. W tej samej chwili August z całej siły uderzył łokciami w klatkę piersiową i twarz Alfonsa.

Przeciwnik zatoczył się do tyłu.

August złapał go za głowę i wbił mu kciuki w oczy. Alfonso zawył z bólu. August chwycił go za kark, przyciągnął jego głowę w dół i uderzył ją kolanem. Paredes zwali się na ziemię i stracił przytomność.

Inny mężczyzna podszedł z boku, chwycił Augusta ramieniem za szyję, a drugą ręką złapał go na wysokości pasa.

August uderzył go mocno w krocze, facet rozluźnił nieco chwyt.

Gdzieś z tyłu rozległ się krzyk Valerii.

August kolejny raz uderzył napastnika w krocze, postawił lewą nogę za nim, przełożył lewą rękę przed niego i mocno nacisnął jego jabłko Adama. Facet od razu go puścił, trzymając się za szyję, z trudem łapał oddech.

Potem chwiejnym krokiem znów ruszył na Augusta.

Ten zamachnął się prawą ręką, ale równocześnie kopnął tamtego w bok kolana. Przez but poczuł, że coś się złamało, usłyszał pękającą chrząstkę i łękotkę. Po chwili mężczyzna upadł.

Pozostali natychmiast się cofnęli.

Zdyszany August odwrócił się do Manuela Contrerasa.

– Dopilnuj, żeby to zabrali, bo chcę przejechać.

Manuel skinął głową, po czym dwóch mężczyzn podbiegło do niego i pomogło mu usunąć przeszkody z drogi. August oparł się o samochód, czyszcząc ubranie z brudu i krwi. Otworzył drzwi i już miał wsiadać, kiedy Alfonso Paredes podniósł się i zaczął się do niego zbliżać.

– Następnym razem – zawołał, dysząc – zobaczysz mnie, jak będę gwałcił tę kurewkę w twoim łóżku, gringo.

August zatrzasnął drzwi, otworzył bagażnik i wyjął harpun. Zamontował groty. Podszedł do Alfonsa Paredesa, który zaczął się wycofywać, gdy tylko zobaczył broń.

August po kilku energicznych krokach dopadł go i powalił na ziemię.

Pozostali mężczyźni stali jak sparaliżowani. Nikt nie interweniował, kiedy August wbił kolano w plecy Alfonsa Paredesa, przyciskając jego lewą rękę do żwiru.

– Miałeś mnie tylko przepuścić, ty uparty skurwysynu – szepnął.

Przyłożył pięć grotów harpuna do owłosionej dłoni i strzelił. Alfonso Paredes zawył z bólu.

Ostrza przeszły przez dłoń i wbiły się w żwir. Prawdopodobnie trzeba będzie je przeciąć, żeby uwolnić rękę Paredesa.

August wstał, odwrócił się i odszedł.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Patrioci 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer