Pogrzebany

Pogrzebany

Autorzy: Jussi Adler-Olsen

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.50 zł

Piętnastoletni Marco przez lata był tłamszony przez swego stryja Zolę, głowę klanu, zmuszającego chłopaka do niewolniczego, przestępczego życia. Gdy Marco dowiaduje się, że stryj chce go okaleczyć, by zwiększyć jego możliwości zarobkowe, dokonuje niemożliwego – wyrywa się z żelaznego uścisku krewnych. Ale szczęście chłopaka trwa krótko – przypadkowe odkrycie mrożącej krew w żyłach tajemnicy klanu sprawia, że znów zmuszony jest do desperackiej walki o życie. Czy ratując siebie, zdecyduje się wydać stryja i pogrąży tym samym zamieszanego w sprawę ojca?

Dla Carla, Assada i Rose, powoli wgryzających się w śledztwo prowadzące do korupcji w sektorze bankowym, szwindlu na poziomie ministerialnym i odległej afrykańskiej dżungli, jasne jest, że nie tylko rodzina chce zamordować Marca. Mørck nie potrafi zapomnieć żarliwego spojrzenia chłopaka, a potężne, kłębiące się wokół niego siły wywołują w nim poruszenie.

Czy to zadanie przerośnie Departament Q?

 

„Porywająca opowieść”. Guardian

„Doskonały thriller z zapierającą dech w piersiach wartką akcją, nadzwyczaj dobrze napisany, z niebanalną, świetnie skonstruowaną fabułą. Kolejny hit od Jussiego Adlera-Olsena”. Ekstra Bladet

„Wciągająca”. Sunday Express

Tytuł oryginału:

Marco Effekten

© Jussi Adler-Olsen and JP/Politikens Hus A/S, København 2012

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Aneta Iwan, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-737-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

epilog

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Książkę dedykuję swojej teściowej, Annie Larsen.

Dziękuję mojej niestrudzonej, cierpliwej małżonce Hanne za podtrzymywanie mojego entuzjazmu i wsparcie w długotrwałym procesie pisania. Dziękuję naszej wspaniałej asystentce Elisabeth Ahlefeldt-Laurvig za kwerendę i za jej liczne talenty. Podziękowania dla Kjelda Skjærbæka za podwożenie i pomoc na wielu frontach. Dziękuję też Eddiemu Kiranowi, Hanne Petersen, Michy Schmalstiegowi i Karlowi Andersenowi za celne i wnikliwe komentarze, zaś mojej nieocenionej redaktorce Anne C. Andersen za ostry jak brzytwa wzrok oraz niepojętą energię i rozeznanie. Chcę też podziękować dyrektorowi Karstenowi Dybvadowi i kierowniczce projektu Anne G. Jensen za oprowadzenie po Industriens Hus na wczesnym etapie przebudowy. Dziękuję Gitte i Peterowi Q. Rannesom, a także ośrodkowi dla pisarzy i tłumaczy Det Danske Forfatter- og Oversættercenter Hald za gościnność. Podziękowania należą się też Peterowi Garde za użyczenie wspaniałego domu w Kerze na Krecie. Dziękuję przyjaciółkom z wydawnictwa Maeva w Barcelonie za ich zaangażowanie i wiele kontaktów, Mathilde Sommeregger za zakup biurka i wynajęcie fotela biurowego, zaś Albie za dostarczenie zaginionej walizki z całym planem książki i wynikami wszystkich moich dociekań. Dziękuję Gordonowi Alsingowi za wynajęcie domku letniskowego w Liseleje. Podziękowania dla komisarza policji Leifa Christensena za poprawki odnoszące się do policji. Chcę również podziękować komisarzowi policji i koordynatorowi prasowemu Larsowi-Christianowi Borgowi. Dziękuję fizjoterapeutce Mette Andresen i Leowi Poulsenowi z Czarnego Diamentu.

Najserdeczniejsze podziękowania dla Henninga Kure za nadzwyczajną pomoc redakcyjną przy przycinaniu i wycinaniu oraz za przywrócenie mi animuszu i przenikliwości, kiedy było mi to najbardziej potrzebne.

Dziękuję Dirkowi Hennigowi za to, że był moim gospodarzem w Jaunde. Dziękuję naszemu przewodnikowi Louisowi Fonowi, który dał nazwisko jednej z postaci powieści, mojemu przyjacielowi i towarzyszowi podróży Jesperowi Helbo i naszym dziewięciu silnym i pełnym humoru pigmejskim przewodnikom oraz strażnikowi i kucharzowi z plemienia Bantu za cudowną podróż w głąb dżungli Dja w Kamerunie.

Wydając tę książkę, firma adlerolsen.dep wsparła finansowo stowarzyszenie Baka Sun Rise Association ze względu na jej istotną inicjatywę w zapewnianiu edukacji szkolnej dzieciom Pigmejów Baka.

prolog

Jesień 2008

Ostatni poranek w życiu Louisa Fona był łagodny jak szept.

Uniósł się z pryczy zaspany i półprzytomny, poklepał dziewczynkę, która głaskała go po policzku, i wytarł jej nos, po czym wsunął stopy w klapki leżące na glinianym klepisku.

Przeciągnął się, mrużąc oczy w rozgrzanym słońcem pomieszczeniu, wypełnionym gdakaniem kur i odległymi okrzykami chłopców ścinających kiście bananów z palm.

„Jak błogo” – pomyślał, zaciągając się aromatem wioski. Większą radość sprawiał mu tylko śpiew Pigmejów Baka zebranych wokół ogniska po drugiej stronie rzeki. Jak zawsze, dobrze było wrócić na tereny nad rzeką Dja i do ustronnej wioski ludu Bantu, Somalomo.

Za chatką dzieciaki siłowały się, wzbijając z czerwonej ziemi tumany kurzu, a ich cienkie głosiki płoszyły stada wikłaczy, zrywające się z łopotem z koron drzew.

Stanął w snopie światła padającego z okna, oparł się łokciami o parapet i uśmiechnął szeroko do matki dziewczynki, która stała przy przeciwległej chacie, odrąbując głowę kurze przeznaczonej na dzisiejszy posiłek.

Po chwili uśmiech Louisa zgasł i już więcej się nie pojawił.

Ponad dwieście metrów od nich ścieżką w gaju palmowym zbliżał się żylasty mężczyzna i jego towarzysz, już od pierwszej sekundy zwiastując nieszczęście. Znał muskularną sylwetkę Mboma jeszcze z Jaunde, ale białego mężczyznę o kredowobiałych włosach widział po raz pierwszy.

– Dlaczego przyszedł tu Mbomo i kto z nim jest? – krzyknął do matki dziewczynki.

Rozłożyła ręce. Na skraju lasu tropikalnego widok turystów należał do codzienności, więc dlaczego miałaby się tym przejąć? Przecież zazwyczaj po prostu spędzali pięć, sześć dni z Pigmejami Baka w pełnej chaosu dżungli w rejonie Dja. W każdym razie tak robili Europejczycy z grubym portfelem.

Ale wnioskując z powagi i zażyłości między oboma mężczyznami, Louis przeczuwał, że chodzi o coś więcej. Coś było nie tak. Ten biały nie był turystą, a Mbomo nie miał czego szukać w tym dystrykcie bez wiedzy Louisa. Przecież to on był kierownikiem projektu pomocy rozwojowej od Duńczyków, a Mbomo tylko chłopcem na posyłki urzędników w Jaunde. Tak wyglądały zasady gry.

Czy ta dwójka na ścieżce knuła coś za jego plecami? Taka myśl sama się nasuwała. Wokół tego projektu w ogóle działo się dużo dziwnych rzeczy. Proces się ślimaczył, przepływ informacji wręcz ustał, płatności raz po raz się opóźniały albo w ogóle nie wpływały. Nie tak się umawiał, kiedy najmował się do tego zadania.

Louis pokręcił głową. Sam był Bantu i pochodził z przeciwległego zakątka Kamerunu, setki kilometrów na północny zachód od tej wioseczki leżącej na pograniczu z Kongiem. Na północy, skąd pochodził, nieufność wobec wszystkiego i wszystkich wysysało się z mlekiem matki. Może to właśnie ona sprawiła, że Louis poświęcił swoje życie pracy na rzecz tych łagodnych ludzi z plemienia Baka, Pigmejów z dżungli Dja. Ludzi, których korzenie sięgały czasów, kiedy las sam się zasiewał. Ludzi, dla których złe słowa takie jak nieufność w ogóle nie istniały.

Dla Louisa te cudowne istoty stanowiły prawdziwą oazę pozytywnych ludzkich uczuć na tym przeklętym świecie. Tak, przywiązanie do Pigmejów Baka i tych okolic były dla Louisa eliksirem życia i pociechą, a jednak teraz zrodziło się w nim podejrzenie, że dzieje się coś niedobrego.

Znalazł terenówkę Mboma zaparkowaną za trzecim rzędem chat; za kółkiem spał smacznie kierowca w przepoconej koszulce futbolowej.

– Silou, czy Mbomo mnie szuka? – spytał tego masywnego, czarnego jak węgiel mężczyznę, który przeciągając się, próbował się połapać, gdzie, u diabła, się znajduje. Pokręcił głową. Najwyraźniej nie miał pojęcia, o czym Louis mówi.

– Kim jest biały, który jest z Mbomem? Znasz go? – spytał Louis.

Kierowca ziewnął.

– To Francuz?

– Nie – odpowiedział mężczyzna, wzruszając ramionami. – Trochę mówi po francusku, ale wydaje mi się, że jest z północy.

– Okej – Louis poczuł ucisk w żołądku. – Może Duńczyk?

Kierowca skierował ku niemu palec wskazujący.

Bingo.

Tak właśnie było. A Louisowi niespecjalnie się to spodobało.

Gdyby Louis nie walczył o przyszłość Pigmejów, walczyłby o dzikie zwierzęta. W każdej wiosce otaczającej dżunglę Pigmejów nie brakowało młodych Bantu ze strzelbami, a dzień w dzień ofiarą kłusowników padały tuziny mandryli i antylop.

Ale choć stosunki między Louisem a kłusownikami były napięte, nie omieszkał on korzystać z podwózek przez gęstwinę motocyklami tych gnojków. Trzy kilometry po wąskich dróżkach do wioski Baka w zaledwie sześć minut – kto by się oparł, kiedy czas naglił?

Rzut oka na gliniane chatki i Louis już wiedział, co się stało, bo wybiegły mu naprzeciw tylko najmniejsze dzieci i głodne, ujadające kundle.

Louis zastał wodza wioski na posłaniu z liści palmowych; otaczał go zapach alkoholu. Wokół wpółprzytomnego Mulunga walały się puste reklamówki z whisky, dokładnie takie, jakie dostawało się po drugiej stronie rzeki. Nie było wątpliwości, że popijawa trwała przez całą noc, a wnioskując z ciszy, brali w niej udział niemal wszyscy mieszkańcy.

Zaglądał do przepełnionych chat z gałęzi palmowych i zaledwie paru dorosłych było w stanie niemrawo skinąć mu głową.

„Tak to jest, jak chce się podporządkować sobie ludzi natury i zamknąć im gęby” – pomyślał. Wystarczy dać im alkohol i dragi i ma się ich w garści.

Właśnie tak.

Wrócił do zalatującej pleśnią chaty i mocno kopnął wodza w bok, aż żylaste ciało Mulunga się wzdrygnęło, a rząd ostrych jak igły zębów obnażył się w przepraszającym uśmiechu. Ale Louisa niełatwo było udobruchać.

Wskazał puste siatki.

– Dlaczego dostaliście pieniądze, Mulungo? – spytał.

Wódz Pigmejów Baka uniósł głowę, wzruszając ramionami. Słowem „dlaczego” nie posługiwano się w buszu zbyt często.

– Mbomo dał wam pieniądze, co? Ile wam wcisnął?

– Dziesięć tysięcy franków! – brzmiała odpowiedź. Dokładne kwoty, a już szczególnie w tym rzędzie wielkości, stanowiły z kolei przedmiot żywego zainteresowania Baka.

Louis skinął głową. Cholerny Mbomo, dlaczego to zrobił?

– Aha, dziesięć tysięcy – powiedział. – A jak często Mbomo to robi?

Mulungo znów wzruszył ramionami. Poczucie czasu również nie było mocną stroną Pigmejów Baka.

– Widzę, że nie zasialiście nowych upraw, choć powinniście. Dlaczego?

– Louis, przecież wiesz, że pieniądze nie dotarły.

– Nie dotarły, Mulungo? Przecież sam widziałem potwierdzenia przelewu. Wysłano je ponad miesiąc temu.

Co się stało? Już trzeci raz dowody wpłaty rozmijają się z rzeczywistością.

Louis uniósł głowę. Przez szelest cykad przebijały się obce dźwięki. Jeśli dobrze słyszał, był to lekki motocykl.

Założy się, że Mbomo już tu jedzie. Miał nadzieję, że przybywa z sensownym wyjaśnieniem całej tej sytuacji.

Rozejrzał się na wszystkie strony. Tak, coś tu nie gra, i to bardzo. Ale wkrótce nastanie tu porządek. Bo choć Mbomo był o głowę wyższy od Louisa, a ramiona miał jak goryl, Louis się go nie bał.

Skoro Baka nie potrafili odpowiedzieć na pytania Louisa, ten palant będzie musiał sam to zrobić: „Dlaczego przyjechał? Gdzie są pieniądze? Dlaczego nie uprawiają ziemi? I kim jest ten biały człowiek, który towarzyszył Mbomowi?”.

Chętnie by się tego dowiedział.

Dlatego stanął pośrodku placu, czekając, a chmura kurzu, wznosząca się nad parującym gąszczem, powoli spowijała chaty.

Jeszcze zanim Mbomo zdążył zsiąść z motocykla, Louis chciał mu wyjść naprzeciw, rozłożyć ręce i skonfrontować z oskarżeniem. Chciał grozić mu ogniem piekielnym i demaskacją. Powiedzieć wprost, że jeśli dobrał się do środków należnych Baka, by zapewnić im dalszą egzystencję w dżungli, to następną rzeczą, której dotknie, będą kraty celi w więzieniu Kondengui.

Już sama nazwa powinna każdego odstraszyć.

Wtedy pieśń cykad zagłuszył ryk silnika.

Kiedy motocykl wychynął z gęstwiny i wjechał na plac z klaksonem wciśniętym do oporu, Louis dostrzegł ciężką skrzynię na bagażniku kawasaki. Parę sekund później w otaczających go chatach zapanował ruch. W otworach wejściowych pojawiły się zaspane twarze, a co żwawsi mężczyźni wyskoczyli na zewnątrz, jakby chlupot dobiegający ze skrzyni na motocyklu stanowił ostrzeżenie bogów przed nadejściem potopu.

Mbomo najpierw wręczył reklamówki z whisky licznym wyciągniętym rękom, a potem łypnął na Louisa.

Wtedy już Louis wiedział, w czym rzecz. Maczeta wisząca na plecach Mboma mówiła sama za siebie. Jeśli Louis się nie ulotni, zostanie użyta przeciwko niemu. Nie ma co liczyć na pomoc Pigmejów, szczególnie w obecnym stanie.

– Mam tego więcej! – krzyknął Mbomo, rzucając na ziemię resztę siatek z alkoholem i obracając się do Louisa.

I kiedy Louis instynktownie rzucił się do ucieczki, usłyszał za plecami podekscytowane okrzyki Baka. „Jeśli Mbomo mnie dorwie, już po mnie” – pomyślał, rozglądając się za wyrwami w zielonym grzęzawisku, względnie narzędziami do pracy, zostawionymi przez Pigmejów. Do obrony przed tym człowiekiem nada się cokolwiek.

Louis był gibki, znacznie zwinniejszy niż Mbomo, który całe życie spędził w Duali i Jaunde, nie nauczywszy się, jak się poruszać w plątaninie korzeni, zdradzieckich dziur i kopców, występujących w poszyciu lasu. Dlatego poczuł, że jest na bezpiecznym gruncie, gdy odgłos ciężkich kroków za jego plecami osłabł, a jego oczom ukazały się boczne ścieżki, biegnące do rzeki w niezliczonych rozgałęzieniach.

Teraz trzeba było tylko dobiec do któregoś z wydrążonych pni przed Mbomem. Kiedy Louis przedostanie się na drugi brzeg rzeki, będzie bezpieczny. Mieszkańcy Somalomo go obronią.

Ostry, wilgotny zapach unosił się jak bryza nad brązowo-zieloną gęstwiną, a wytrawny przewodnik, jakim był Louis, potrafił rozpoznać znaki. „Tylko paręset metrów do rzeki” – pomyślał i sekundę później wpadł po kolana w bagno.

Przez chwilę wymachiwał w powietrzu rękami. Jeśli nie chwyci się pobliskich roślin, mokradło w okamgnieniu zamknie mu się nad głową. A jeśli wydobędzie się z niego za późno, Mbomo go dogoni. Już teraz odgłos ciężkich kroków niebezpiecznie się zbliżył.

Wypełnił płuca powietrzem, ściągnął usta i naprężył się tak mocno, że aż chrupnęło mu w plecach. Wyrywał gałęzie, liście zakrywały mu szeroko otwarte oczy. Porządny chwyt i wyjście z bagna zajęło mu zaledwie piętnaście sekund, ale i tak o parę za dużo. W gąszczu rozległ się świst i Louis został mocno ugodzony w łopatkę. Zapiekło.

Odruchowo skoncentrował się na tym, by nie upaść. Właśnie dlatego wydostał się z grzęzawiska i uciekł, przy wtórze przekleństw Mboma, które wzbiły się nad czubkami drzew.

Również i jego wessało bagno.

Dopiero kiedy dotarł do rzeki, Louis zdał sobie sprawę z rozmiarów swojego bólu i poczuł, jak koszula lepi mu się do pleców.

Opadł bez sił nad samym brzegiem. Już wtedy Louis Fon wiedział, że umrze.

Kiedy upadł na twarz, a delikatny żwir brzegu rzeki wplątał mu się we włosy, wydobył komórkę z bocznej kieszeni spodni i wcisnął ikonkę „wiadomości”.

Każdemu wciśnięciu klawisza towarzyszyło gorączkowe uderzenie serca, wypompowującego krew z jego ciała. Gdy napisał SMS-a i wcisnął „wyślij”, dotarło do niego jak przez mgłę, że telefon nie ma zasięgu.

Ostatnią rzeczą, jakiej doświadczył Louis Fon, były drgania ziemi od ciężkich kroków. Potem wyciągnięto mu z ręki telefon.

***

Mbomo Ziem był zadowolony. Wkrótce terenówka pokona podziurawioną, ciemnoczerwoną drogę szutrową przez dżunglę, dojedzie do rozwidlenia i wjedzie na szosę do Jaunde. Mężczyzna siedzący obok niego na szczęście powstrzymał się od komentowania zaistniałych wydarzeń. Wszystko toczyło się zgodnie z planem. Zepchnął ciało Louisa Fona do rzeki; resztą zajmą się nurt i krokodyle.

Zasadniczo przebieg był nawet pomyślny. Jedyna osoba, która mogłaby zagrozić jego planom, została wyeliminowana, a przyszłość rysowała się w jasnych barwach.

Mission accomplished, jak to się mówi.

Mbomo spojrzał na telefon komórkowy wydobyty z ręki konającego Louisa. Parę franków na nową kartę SIM to przecież nie majątek, a będzie miał z głowy prezent urodzinowy dla syna.

I kiedy z zadowoleniem wyobrażał sobie twarz chłopca, gdy wręczy mu upominek, wyświetlacz telefonu się zaświecił i zakomunikował, że komórka znów ma zasięg.

Po paru sekundach rozległ się krótki, dyskretny sygnał obwieszczający, że wiadomość została wysłana.

1

Jesień 2008

René E. Eriksen nigdy nie był ostrożnym człowiekiem. Może właśnie z tego powodu, doświadczywszy w łańcuchu nieprzewidzianych zdarzeń zarówno sukcesów, jak i porażek, potrafił cieszyć się z ostatecznego rozrachunku własnego życia i to również przypisywał wrodzonemu szczęściu.

Mimo to René miał refleksyjną naturę, co w kontekście właściwych dzieciństwu ważnym pytań i konfrontacji skutkowało częstym trzymaniem się spódnicy mamy, a w dorosłym życiu sprawiało, że zanim rzucił się w wir czegoś nowego, zawsze zabezpieczał sobie w miarę akceptowalne wyjścia awaryjne.

Dlatego dobrze się zastanowił, gdy jego dobry przyjaciel i kolega ze szkoły Teis Snap, dyrektor Banku Karrebæk, pewnego popołudnia zadzwonił do jego gabinetu w ministerstwie z propozycją, którą w normalnych okolicznościach człowiek na wysokim urzędniczym stanowisku, taki jak René, uznałby za wyjątkowo niestosowną.

Działo się to tuż przed tym, jak kryzys bankowy na dobre ukazał swoją szpetną facjatę. W dniach, w których dla wszystkich utrzymujących się z pożyczania pieniędzy stało się jasne, do czego doprowadziły działania pazernych spekulantów giełdowych i nieodpowiedzialna polityka ekonomiczna.

To dlatego Teis Snap zadzwonił.

– Obawiam się, że w ciągu najbliższych dwóch miesięcy nasz bank splajtuje, jeśli nie załatwimy dodatkowego kapitału – powiedział wtedy.

– A co z moimi akcjami? – wyrwało się Renému, który z bijącym sercem i zmarszczonym czołem wspomniał wizję obiecanej mu luksusowej emerytury gdzieś na południu pod palmami, która w tej chwili rozsypała się w pył.

– No właśnie. Jeśli nie podejmiemy szybko drastycznych kroków, stracimy wszystko, co mamy. Tak się niestety mają sprawy.

Taka pauza, która potem nastąpiła, zapadała między przyjaciółmi. Ten rodzaj milczenia, który nie pozostawiał miejsca na protesty czy bezsensowne komentarze.

René opuścił głowę i wziął oddech tak głęboki, że aż go zabolało. Tak właśnie sprawy się mają i to jest ich punkt wyjścia. Oczywiście ścisnął mu się żołądek, a na czoło wystąpił zimny pot, ale jako dyrektor Biura Ewaluacji Wsparcia Rozwojowego przywykł do konieczności klarownego myślenia w stresujących sytuacjach.

Wypuścił powietrze.

– Dodatkowy kapitał, powiadasz? A można dokładniej?

– Dwieście do dwustu pięćdziesięciu milionów koron na cztery, pięć lat.

Pot znów wystąpił na szyi Renégo.

– Do licha, Teis! Przecież to pięćdziesiąt milionów rocznie!

– Tak, wiem, to naprawdę straszne. Przez minione cztery tygodnie zrobiliśmy wszystko, by naprędce wykombinować jakieś rozwiązanie awaryjne, ale nasi klienci nie są wystarczająco stabilni. Przez ostatnie dwa lata zbyt pochopnie udzielaliśmy kredytów bez wystarczającego poręczenia. Dziś to wiemy, kiedy sypie się rynek nieruchomości.

– Do jasnej cholery, człowieku! Musimy działać szybko! Nie możemy wycofać środków osobistych?

– René, obawiam się, że na to już za późno. Dziś rano kursy drastycznie spadły i chwilowo obrót akcjami został zawieszony.

– Aha – René sam słyszał, jaki chłód pojawił się w jego głosie. – I co twoim zdaniem mam z tym zrobić? Bo przecież nie dzwonisz tylko po to, by mi powiedzieć, że zmarnotrawiłeś całą moją fortunę, co? Znam cię, Teis. Ile sam zdołałeś uratować?

W głosie starego przyjaciela słychać było głęboką urazę.

– Nic, René – odrzekł dobitnie. – Zaręczam ci, że zupełnie nic. Zdążyli tu wkroczyć audytorzy. A nie wszystkie firmy audytowe oferują kreatywne rozwiązania w takich sytuacjach. Nie, dzwonię, bo wydaje mi się, że znalazłem rozwiązanie i że może być ono całkiem lukratywne również i dla ciebie, przyjacielu.

Właśnie tak zaczął się szwindel. Od tego czasu minęło wiele miesięcy i wszystko funkcjonowało doskonale aż do chwili, gdy przed minutą stanął przed nim najbardziej doświadczony pracownik biura, William Stark, wymachując kartką.

– Okej, panie Stark – powiedział René. – Mówi pan, że dostał jakiś bełkotliwy SMS od Louisa Fona i że potem na próżno usiłował się pan z nim skontaktować. Ale wie pan przecież równie dobrze jak ja, że Kamerun leży dość daleko i że zazwyczaj połączenia nie są najlepsze, więc może właśnie w tym tkwi problem?

Niestety Stark nie wydawał się przekonany i w tej chwili do Renégo dotarło, że do jego świata właśnie zakrada się chaos.

Kierownik biura Stark zacisnął swoje i tak już niewidoczne wargi w cienką kreseczkę.

– Tak, tylko że nic nie wiemy na pewno. – Spojrzał z namysłem na podłogę, a jego długa, ruda grzywka zupełnie zasłoniła mu oczy. – Wiem tylko, że dostałem tego SMS-a niedawno, zaraz po pańskim powrocie z Kamerunu, i od tej pory Louisa Fona nikt nie widział. Nikt.

– Hm. Nie sądzi pan, że może nadal znajdować się w regionie Dja, a tam prawie nie ma zasięgu? – René pochylił się nad biurkiem. – Niech spojrzę na tego SMS-a, panie Stark.

René starał się zapanować nad drżeniem ręki, gdy Stark podawał mu kartkę.

Przeczytał wiadomość. „Cfqqugthondae(s+1)la(i+1)ddddddvdlogdmdntdja” – brzmiała jej treść.

Grzbietem dłoni René otarł z czoła zdradziecki pot. Na szczęście był to zupełny bełkot.

– Tak, rzeczywiście dziwnie to wygląda, panie Stark, tu się z panem zgodzę. Ale czy musimy doszukiwać się w tym czegoś szczególnego? Komórka leżała pewnie w kieszeni Louisa Fona i zaczęła żyć własnym życiem – powiedział, odkładając kartkę na biurko. – Poproszę, żeby ktoś się tym zajął, ale mogę panu powiedzieć, że Mbomo Ziem i ja kontaktowaliśmy się z Louisem Fonem w Somalomo w dniu naszego wyjazdu do Jaunde i wszystko było jak zawsze. Chyba się pakował na swoją kolejną wyprawę. Wydaje mi się, że z jakimiś Niemcami.

William Stark spojrzał na niego posępnym wzrokiem i pokręcił głową.

– Mówi pan, żeby się niczego w tym nie doszukiwać, ale proszę spojrzeć na kartkę jeszcze raz. Myśli pan, że to przypadek, że SMS kończy się słowem Dja? Naprawdę pan sądzi, że to się napisało przez przypadkowe naciśnięcie na klawiaturę w kieszeni? Nie wydaje mi się. Nie, uważam, że Louis Fon chciał mi coś przekazać i że mogło mu się przytrafić coś złego.

René zacisnął usta. Nauczył się, że na ministerialnych stanowiskach urzędniczych nie wolno lekceważyć nawet najbardziej szalonych hipotez.

Dlatego jego odpowiedź brzmiała:

– Faktycznie, dziwne to wszystko.

Sięgnął po swoją komórkę sony ericsson, leżącą na parapecie za jego plecami.

– Mówi pan, że jest tam napisane „Dja” – spojrzał na klawiaturę telefonu. – Tak, to naprawdę mogło się zdarzyć przez przypadek. Proszę spojrzeć! D, J i A to pierwsze litery na klawiszach. Proszę wcisnąć jednokrotnie klawisze trzy, pięć i dwa i wyjdzie panu „dja”, a to się przecież może zdarzyć przypadkowo w kieszeni, choć trudno w to uwierzyć. Więc tak, oczywiście jest to dziwne. Uważam po prostu, że powinniśmy poczekać parę dni i sprawdzić, czy Louis sam się nie odezwie. Ja tymczasem skontaktuję się z Mbomem.

Uważnie obserwował Williama Starka, dopóki ten nie wyszedł z gabinetu i nie zamknął za sobą drzwi, po czym znów otarł czoło. Czyli jednak Mbomo majstrował przy komórce Louisa Fona podczas ich podróży powrotnej land roverem do stolicy.

Boże, co za idiota!

Zacisnął ręce i pokręcił głową. Jedna rzecz, że Mbomo był na tyle infantylny, by ukraść telefon martwemu Louisowi Fonowi, druga, że się do tego nie przyznał, gdy René pytał, co to za komórką się bawi. I dlaczego ten pieprzony dureń Mbomo nie pofatygował się, by sprawdzić, czy nie ma na niej niewysłanych SMS-ów? Skoro buchnął ją nieboszczykowi, dlaczego automatycznie nie wyjął baterii czy nie wyczyścił pamięci? Jakim w ogóle trzeba, kurwa, być tępakiem, żeby kraść telefon człowiekowi, którego się przed chwilą zabiło?

Pokręcił głową. Mbomo był głupkiem, ale w tym momencie to nie on stanowił problem, tylko William Stark. Czy nie o tym właśnie mówił Teisowi Snapowi?

Kurwa mać, no! Nikt nie miał takiego rozeznania w umowach i ramach budżetowych departamentu, nikt nie był równie skrupulatny w ewaluacji projektów ministerstwa jak William Stark, więc jeśli ktoś w ogóle miałby odkryć, że odkładają dla siebie środki pomocowe dla krajów rozwijających się, to właśnie on.

René wziął głęboki oddech, zastanawiając się nad swoim kolejnym ruchem. Nie miał zbyt wiele możliwości.

„Jeśli kiedykolwiek będziesz miał z tą sprawą jakieś problemy – powiedział Teis Snap – od razu dzwoń do nas”.

Właśnie to miał teraz zamiar zrobić.

2

Jesień 2008

W gruncie rzeczy kierownik biura William Stark nie miał zbyt wielu osób, do których mógłby się zwrócić o poradę w kwestiach zawodowych.

W szarym świecie urzędniczej kasty był zaledwie zarządcą małej wysepki, do której mało kto miał ochotę dopływać. Jeśli nie mógł iść do bezpośredniego przełożonego, zostawał mu tylko szef departamentu, ale kto chodzi do dyrektora departamentu z podejrzeniami takiego kalibru, jeśli nie ma namacalnych dowodów? W każdym razie na pewno nie on.

Bo jeśli jest się przełożonym w świecie urzędniczym, do tego dość miłym, to podwładnego, który z własnej inicjatywy wszczyna alarm z powodu podejrzenia o nadużycie stanowiska lub nieprawidłowości w administracji państwowej, nazywa się kapusiem. Niby to dobre i godne pochwały, że ktoś jest taki uważny i dostrzegł zasadzkę, ale jeśli ludzi administracji publicznej zanadto się przycisnęło, taka osoba zyskiwała miano donosiciela, a donosiciele zazwyczaj kończyli źle; brzydkich przykładów we współczesnej Danii nie brakowało. Nieprzebrzmiała jeszcze historia pracownika Wojskowych Służb Wywiadowczych skazanego na więzienie za ujawnienie, że premier przemilczał przed społeczeństwem istotne informacje, na podstawie których poprowadził kraj na wojnę w Iraku, nie zachęcała jakoś do otwartości.

Poza tym William nie był na sto procent pewny swego; opierał się mimo wszystko tylko na przeczuciu, nawet jeśli tliło się już od jakiegoś czasu.

Po poinformowaniu dyrektora Renégo E. Eriksena o SMS-ie Louisa Fona wykonał co najmniej dziesięć telefonów do różnych ludzi w Kamerunie, z którymi, podług jego wiedzy, wierny aktywista Bantu utrzymywał kontakt. Wszędzie spotykał się z wielkim zdziwieniem, że ten energiczny człowiek milczy od tylu dni.

Wreszcie dziś rano William dodzwonił się w końcu do domu Fona w Sarki Mata i rozmawiał z jego żoną, którą Louis codziennie skrupulatnie informował, gdzie przebywa i kiedy się przemieszcza.

Żona ewidentnie była zaniepokojona. Bliska płaczu twierdziła, że kłusownicy zrobili jej mężowi coś, o czym nawet nie śmiała pomyśleć. Louis sam jej często mówił, że dżungla jest wielka i pełna niezgłębionych tajemnic. Mówiła, że dzieją się tam różne rzeczy. William też to wiedział.

Oczywiście mogło istnieć wiele powodów milczenia Fona. Kamerun roztaczał przed człowiekiem naprawdę wiele pokus; kto wie, co może przyjść do głowy mężczyźnie w sile wieku o nie najgorszym wyglądzie? Dziewczęta w tym regionie Afryki nie słynęły bynajmniej z nieśmiałości czy braku inicjatywy, więc istniała oczywiście ewentualność, że Fon łajdaczy się na całego w jakimś szałasie, zostawiwszy świat swojemu koślawemu biegowi. William już miał się uśmiechnąć na tę myśl.

Ale wtedy pomyślał o tym, co się działo tuż przedtem, jaki był przebieg całej sprawy i pierwsza faza projektu Baka. Dziwne było już to, że nagle przez ministerstwo trzeba było pospiesznie przepchnąć pulę pięćdziesięciu milionów koron, by zabezpieczyć i wesprzeć byt Pigmejów w tak odległym zakątku jak dżungla regionu Dja. Dlaczego właśnie tych ludzi wzięto pod uwagę, a nie jakichś innych? I dlaczego tak wielkie środki?

To zastanawiało Williama od samego początku.

Dwieście pięćdziesiąt milionów koron przez pięć lat nie wyróżniało się oczywiście znacząco na tle łącznego budżetu przeznaczonego dla krajów rozwijających się, który wynosił piętnaście miliardów rocznie, ale kiedy właściwie ostatnio dotowano tak hojnie projekt o tak wąskim zakresie? Dałoby się to zrozumieć, gdyby pomoc kierowano do wszystkich Pigmejów w całej kongijskiej dżungli, drugiej co do wielkości puszczy na świecie, ale przecież tak nie było.

A kiedy pulę zatwierdzono, nawet zidiociały pracownik administracji publicznej zorientowałby się, i to z zamkniętymi oczami, że w wielu kluczowych kwestiach nie przestrzegano normalnych procedur. Właśnie wtedy przeczucie dało o sobie znać. Zasadniczo wsparcie dla krajów rozwijających się w tym wypadku polegało po prostu na przelewaniu pieniędzy urzędnikom w Jaunde, a resztą mieli się zajmować już tamtejsi ludzie. I to w kraju, który uznawano za najbardziej skorumpowany na świecie.

Nie podobało się to Williamowi Starkowi, który był urzędnikiem służby cywilnej z powołania, ale też miał nieczyste sumienie, i dlatego po wydarzeniach ostatnich dni spojrzał nowymi oczami na rolę swego szefa w całej sprawie.

Kiedy René E. Eriksen w ogóle wcześniej wykazywał tak duże osobiste zaangażowanie? Kiedy właściwie ostatnio wyjeżdżał, by sprawdzić, jak przebiega wdrażanie projektu? Na pewno dawno temu.

Jego wyjazd mógł oczywiście świadczyć o tym, że wszystkie działania w projekcie odbywają się prawidłowo i podlegają odpowiedniej kontroli, ale równie dobrze mógł, nie daj Boże, być oznaką czegoś wręcz przeciwnego. Wiedział przecież, do czego może doprowadzić grzebanie w dokumentacji pracy biura z ostatnich paru lat. Po prostu nie mogło do tego dojść.

– Nad czym pan tak duma, panie Stark? – rozległ się głos za jego plecami.

William nie miał okazji słyszeć tego głosu w swoim gabinecie już od wielu miesięcy, dlatego uniósł wzrok ze zdumieniem i ujrzał nieprzyjemny uśmiech swojego przełożonego. W tym momencie jego twarz pod kredowobiałymi włosami wyglądała naprawdę groźnie.

– Właśnie rozmawiałem z naszymi ludźmi w Jaunde i przyznają panu rację – powiedział René Eriksen. – Mówią, że coś jest nie tak, więc przeczucie pana nie myliło. Ich zdaniem to może znaczyć, że Louis Fon uciekł z częścią funduszy. Chcieliby, by pojechał tam ktoś z ministerstwa i skontrolował wszystkie przydziały rozdysponowane przez nich w ramach projektu aż od jego początku. Pewnie wydedukowali, że jeśli coś pan znajdzie, to oni w każdym razie oczyszczą się z zarzutów o nadużycia.

– Ja? – Eriksen zamierza go tam wysłać? William był oszołomiony. To dopiero zaskoczenie, a poza tym nie jego bajka. – Wie pan, ile przypuszczalnie Louis Fon mógł sobie przywłaszczyć?

Eriksen pokręcił głową.

– Nie, w tej chwili nikt tego nie wie, ale w bieżącym okresie Fon dysponuje mniej więcej dwoma milionami euro. Może po prostu udał się na zakupy i ma zupełnie czyste zamiary. Może dowiedział się, że gdzieś indziej ziarno i sadzonki są tańsze albo lepszej jakości niż tam, gdzie zazwyczaj się zaopatruje. Tak czy inaczej, musimy monitorować tę sprawę, w końcu to nasza praca.

– To prawda – skinął głową William. – Ale obawiam się, że muszę odmówić wykonania tego zadania.

Uśmiech Eriksena zniknął.

– Ach tak, a z jakiego powodu, jeśli wolno spytać?

– Dziecko mojej partnerki leży w szpitalu.

– Tak? Znowu? I co w związku z tym?

– Wspieram je obie, jak potrafię. Mieszkają u mnie.

Eriksen skinął głową.

– To bardzo sympatyczne, że myśli pan o nich w pierwszej kolejności, panie Stark, ale mówimy o zaledwie dwóch, trzech dniach. Zapewne uda się panu znaleźć jakieś rozwiązanie. Zarezerwowaliśmy już na pańskie nazwisko bilet do Brukseli, a potem dalej na południe. Wie pan, to w końcu część pańskiej pracy. Poleci pan do Duali, bo wszystkie miejsca do Jaunde były zajęte. Mbomo odbierze pana z lotniska i stamtąd pojedziecie prosto do stolicy, to zajmie tylko parę godzin.

William pomyślał o swojej przybranej córce leżącej na szpitalnym łóżku. Zupełnie mu ten wyjazd nie pasował.

– Czy wybór padł na mnie, bo to ja dostałem SMS-a od Louisa Fona? – spytał.

– Nie, panie Stark. Wybór padł na pana, bo jest pan naszym najlepszym człowiekiem.

Wieść o Mbomo Ziemie głosiła, że jest wyjątkowo operatywny. Dowiódł tego przed lotniskiem Douala International, gdzie kilku agresywnych mężczyzn szarpało walizkę Williama, wrzeszcząc, że to właśnie im należy się ten łup.

– Taxi czeka, chodź, chodź! – wołali, ciągnąc bagaż każdy w swoją stronę.

Ale Mbomo odepchnął tragarzy, dając im do zrozumienia gniewnym spojrzeniem, że nie boi się wszcząć walki z całą grupką, by zaoszczędzić swemu szefowi parę tysięcy lokalnych franków.

Wielki był ten Mbomo. William wprawdzie widział go na zdjęciach, ale tylko w towarzystwie drobnych Pigmejów Baka, u boku których wszyscy dorośli nie-Pigmeje wyglądali na gigantów. Rzeczywistość mówiła natomiast, że nie tylko Pigmeje wydają się mali w pobliżu Mboma, bo facet górował jak skała nad całą ludzką krainą, dlatego też kojarzenie jego osoby z określeniem „bezpieczeństwo” było zupełnie naturalne w otoczeniu toczących pianę mężczyzn, z których każdy po kolei walczył o możliwość poniesienia walizki i tym samym – zdobycia niewielkiego posiłku.

– Zamieszka pan w Aurelia Palace – poinformował Mbomo gościa, gdy taksówka w końcu zostawiła za sobą bagażową bandę i paru ludzi z tanimi błyskotkami, którzy krzycząc, rzucili się w pościg za samochodem. – Jutro rano ma pan spotkanie w ministerstwie. Przyjadę, by osobiście pana odebrać. W przeciwieństwie do Duali, Jaunde jest dość bezpiecznym miastem, ale nigdy nic nie wiadomo – roześmiał się, trzęsąc całym tułowiem, choć z jego czarnych ust nie wydobył się najmniejszy dźwięk.

William utkwił wzrok w rozpalonym słońcu zachodzącym za koronami drzew i w grupkach czarnych mężczyzn, wlokących się poboczem z maczetami w zmęczonych rękach.

Nie licząc przepełnionych minitaksówek, szybkich aut z napędem na cztery koła i poobijanych furgonetek, które bez przerwy ich wyprzedzały, narażając na szwank życie wszystkich dookoła, na drodze znajdowały się jedynie obładowane do pełna, rozklekotane ciężarówki o potłuczonych światłach. Nic dziwnego, że część złomu walającego się przy krawężnikach wzdłuż suchej jak wiór drogi przypominała do złudzenia pojazdy poruszające się po pasach ruchu.

W tym momencie William znajdował się bardzo daleko od domu.

Wybrawszy z ostrożnością i starannością posiłek z menu, William zasiadł w kącie holu hotelowego, gdzie stało krzesło, kanapa o ciężkiej, wzorzystej tapicerce z lat siedemdziesiątych oraz podniszczona ława, na której stały już dwa zaparowane kufle piwa.

– Kiedy tu jestem, piję dwa, jedno po drugim – powiedział do niego po angielsku jego korpulentny towarzysz. – Piwo jest tak rozcieńczone, że wyparowuje przez skórę od razu po wlaniu do gardła – zaśmiał się.

Wskazał łańcuszek Williama z farbowanym na czarno wisiorkiem z malutkimi maskami.

– Widzę, że dopiero co przyjechał pan do Afryki. Pewnie natknął się pan na tych zdzierców z ozdobami na lotnisku.

– I tak, i nie – William chwycił za wisiorek. – Dopiero przyjechałem, ale mam go już od wielu lat. Ale ma pan rację, jest afrykański, zgadza się. Znalazłem go, kiedy dokonywałem inspekcji projektu w Kampali.

– Ach tak, Kampala, jedno z najciekawszych miast Ugandy. – Mężczyzna uniósł kufel w stronę Williama. Wnioskując z dyplomatki, zapewne był urzędnikiem państwowym jak on sam.

William wyjął dokumenty ze skórzanej teczki i położył je na stole. Tym razem chodziło o konkretne pięćdziesiąt milionów koron i sposób, w jaki miały zostać rozdysponowane w projekcie Baka. Trzeba było przejrzeć trochę papierów i przygotować zestaw pytań. Dlatego otworzył tekturową teczkę i ułożył wszystkie notatki przed sobą w trzech stosach. Jedna z arkuszami kalkulacyjnymi, jedna z opisami projektu i jedna z różną korespondencją, wiadomościami i mejlami. Wziął nawet ze sobą żółtą karteczkę samoprzylepną z SMS-em od Louisa Fona.

– Nie przeszkadza panu, że sobie tu popracuję? W moim pokoju nie ma biurka.

Jego towarzysz przyjaźnie skinął głową.

– Duńczyk? – spytał, wskazując logo ministerstwa spraw zagranicznych na jednej z kartek.

– Tak, a pan?

– Sztokholm – wyciągnął rękę, przechodząc na szwedzki. – Pierwszy raz w Kamerunie?

William skinął głową.

– No to witamy – powiedział mężczyzna, przesuwając do niego swój dodatkowy kufel. – Musisz wiedzieć, że człowiek nigdy do końca się nie przyzwyczaja do warunków w Kamerunie. Na zdrowie.

Wznieśli kufle i Szwed opróżnił swój jednym haustem, od razu dając kelnerowi znak, że prosi o kolejne piwo. William doskonale zdawał sobie sprawę, że w ciepłych krajach aż roi się od alkoholików na państwowych posadach. Widział przecież, jak niektórzy po dłuższym pobycie za granicą wracali do pracy tylko na pół gwizdka.

– Pewnie uznałeś, że jestem uzależniony od alkoholu, ale nie – powiedział Szwed, jakby czytał Williamowi w myślach. – Prawda jest taka, że udaję uzależnionego.

Wskazał dyskretnie w kierunku narożnika sofy, gdzie siedziało dwóch czarnych mężczyzn w jasnych garniturach.

– Są z firmy, z którą jutro będę prowadził negocjacje. Teraz mnie obserwują, a za godzinę złożą swojemu szefowi raport z tego, jakie odnieśli wrażenia – uśmiechnął się. – Nie zaszkodzi, jeśli pomyślą, że na jutrzejszym spotkaniu pojawię się w gorszej formie niż w rzeczywistości.

– Jesteś biznesmenem?

– W pewnym sensie. Zawieram umowy dla Szwecji. Jestem rewidentem, i to dobrym – skinął na kelnera, który przyniósł kolejne dwa kufle. Szwed jeden uniósł w stronę Williama. – A zatem na zdrowie!

William na próżno próbował dotrzymać Szwedowi tempa. Dobrze, że nie musiał grać w jego grę. Miał na to za słaby żołądek.

– Oho, widzę, że dostałeś zaszyfrowaną wiadomość – Szwed wskazał leżącą przed Williamem żółtą karteczkę z SMS-em od Louisa Fona.

– Tak, sam nie wiem, czy jest zaszyfrowana. To SMS od współpracownika, który zniknął nam z pola widzenia przed niespełna tygodniem.

– SMS? – zaśmiał się. – Zakład o piwo, że rozszyfruję go w mniej niż dziesięć minut?

William zmarszczył brwi. Rozszyfruje go? O co mu chodzi?

Szwed wziął karteczkę, położył ją przed sobą, wyjął z kieszeni swoją nokię i położył obok.

– To żaden szyfr, w razie gdybyś tak sądził – oświadczył William. – W ministerstwie nie mamy nic wspólnego z takimi rzeczami. Ale prawdę mówiąc, nie wiem, dlaczego i jak ten SMS został napisany i dlaczego tak wygląda.

– Okej. Może był pisany w trudnych warunkach?

– Możliwe. Nie możemy zapytać autora, bo, jak mówiłem, zniknął.

Szwed przystawił długopis do papieru i napisał:„Cfqqugthondae(s+1)la(i+1)ddddddvdlogdmdntdja”

Pod każdą z liter napisał inną literę, spoglądając na swój telefon.

Po paru minutach zwrócił wzrok na Williama.

– Popatrz, załóżmy, że SMS został napisany w trudnych warunkach, jak wcześniej mówiłem. Na przykład w ciemności. Wiesz, że jeśli nie wyłączy się słownika, to każdy klawisz reprezentuje kilka liter. Przykładowo numer trzy to d, e i f. Jedno naciśnięcie dla d, dwa dla e i trzy dla f. Jeśli wciśnie się klawisz więcej razy niż przewidziana liczba liter, wyjdą nam duże litery albo inne znaki. Wreszcie istnieje też możliwość, że wciśnie się zły klawisz, zazwyczaj tuż nad tym właściwym lub tuż pod nim, co bezsprzecznie daje nam mnóstwo kombinacji. Ale już to robiłem, to nawet frapujące. Liczysz czas od teraz?

William zmarszczył brwi i dla niepoznaki skinął głową. Było mu absolutnie wszystko jedno, ile Szwed potrzebuje czasu. Jeśli zbliży go to do rozwiązania zagadki, bez dwóch zdań dostanie swoje piwo.

Zadanie nie wyglądało na zbyt proste, ale gdy okazało się, że pierwsze słowo, „Cfqquption” kryje słowo składające się z C, po którym nastąpiło błędne wciśnięcie klawisza z numerem trzy, które powinno było trafić w klawisz z szóstką pod spodem, następnie dwukrotne q, które powinno być dwukrotnym r, i wreszcie „UPTION”, które zostało wprowadzone prawidłowo, to nagle wyszło z tego słowo CORRUPTION.

William poczuł, że na czole pojawiają mu się zmarszczki.

„Korupcja!” Słowo o mało pozytywnym zabarwieniu.

Po kolejnym kwadransie, podczas którego William zamówił jeszcze dwie kolejki, Szwed rozwiązał zagadkę.

– Ta wersja wygląda na bardzo prawdopodobną – powiedział, studiując swoje notatki.

Następnie podał kartkę Williamowi.

– Widzisz, co tam jest napisane? „Corruption dans l’aide de development Dja”. – Szwed skinął głową do siebie. – Nie do końca poprawną francuszczyzną, ale jednak. „Szwindel z pomocą na rozwój w Dja”, tak brzmi tekst. Pestka. Proste jak drut.

William poczuł zimny dreszcz pełznący po kręgosłupie.

Rozejrzał się. Czy dwaj czarni mężczyźni w rogu obserwowali w tej chwili jego czy Szweda? A może są jeszcze jacyś inni?

Spuścił wzrok na kartkę, podczas gdy Szwed znów uniósł rękę, wzywając kelnera.

„Szwindel z pomocą na rozwój w Dja” – napisał Louis Fon, a potem zaginął. Wiedza na ten temat nie przyniosła mu żadnej przyjemności. Najmniejszej.

William wyjrzał za okno, próbując osłonić się przed bezkresną czernią, kłębiącą się za szybami.

Myślał już o tym przedtem, a teraz myśl powróciła.

Znajdował się naprawdę bardzo daleko od domu.

Zdecydowanie zbyt daleko.

***

– Co mówisz, Mbomo?

René E. Eriksen poczuł pot występujący mu pod pachami, kiedy próbował skupić się na głosie trzeszczącym w słuchawce.

– Mówię, że Williama Starka nie było dziś rano w hotelu, jak chciałem go odebrać, a teraz się dowiedziałem, że pojechał na samolot powrotny.

– Psiakrew, Mbomo, jak to się mogło stać? Miałeś go pilnować.

René próbował zebrać myśli. Umowa była taka, że Mbomo albo któryś z jego pachołków dzisiejszego ranka odbierze Starka z hotelu i słuch po Duńczyku zaginie. Gdzie i jak Stark zniknie, było kwestią drugorzędną, ważne, żeby nie kojarzyć tego z nimi. A teraz się dowiaduje, że Stark jest w drodze powrotnej do Danii. Do diabła, co się stało? Czyżby zwietrzył coś, co mogłoby ich obciążyć?

W takim razie to katastrofa.

– Co się mogło zdarzyć wczoraj wieczorem, do jasnej cholery, możesz mi na to odpowiedzieć? Myślałem, że masz sytuację pod kontrolą, Mbomo. Coś musiało wzbudzić jego podejrzenia.

– Nie wiem – odparł Mbomo, nie mając pojęcia, że przez ostatnich parę dni René E. Eriksen cierpiał piekielne katusze na myśl, że wysłał drugiego człowieka na śmierć i że w obecnym momencie doszedł do takiego punktu, w którym gotów był przystać na jakiekolwiek działanie, byleby powstrzymać galopujący rozwój tego koszmaru.

Bo w głowie Renégo nie było wątpliwości, co teraz powinno się wydarzyć. Mboma Ziema nie tylko należy się pozbyć z projektu Baka; należy się go pozbyć raz na zawsze. Nikomu zaangażowanemu w projekt nie wyjdzie na dobre, że ktoś taki jak on będzie się pętać wolno, prosząc się o nieszczęście. Ktoś, kto tak dużo wiedział, a jednocześnie był diabelnie nieskuteczny i niezdarny.

– Odezwę się do ciebie, Mbomo. Na razie zachowajmy spokój. Wracaj do domu i się stamtąd nie ruszaj. Dziś w ciągu dnia wyślę do ciebie kogoś, kto poinformuje cię o dalszym przebiegu sprawy.

I René odłożył słuchawkę.

Cholerny Mbomo zostanie poinformowany jak należy.

Gabinet dyrekcji Banku Karrebæk nie należał do najskromniejszych. Wnioskując z umeblowania i lokalizacji, człowiek mógłby pomyśleć, że znalazł się w siedzibie którejś z czołowych instytucji finansowych w kraju, a wygląd dyrektora banku Teisa Snapa tylko dopełniał całości. Gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie ekstrawagancja. Wyposażenie, sprzęt i bibeloty. W tym przybytku rozrzutność od lat wysoko się ceniło.

– René, mamy na głośnomówiącym naszego prezesa zarządu, Jensa Brage-Schmidta. Wiesz, że jedzie na tym samym wózku co my.

Dyrektor banku Teis Snap zwrócił się do głośnika w obudowie z drewna orzechowego, stojącego na imponującym biurku.

– Jens, dobrze nas słychać? – spytał.

Padła odpowiedź twierdząca. Głos był nieco świszczący, ale mimo to bił od niego autorytet.

– Zatem zaczynamy spotkanie – zwrócił się do Renégo. – Przykro mi to mówić wprost, ale po twojej dzisiejszej rozmowie z Mbomem Ziemem Jens i ja doszliśmy do wniosku, że jedynym rozwiązaniem problemu jest powstrzymanie Williama Starka za wszelką cenę. Musisz dopilnować, by projekt Baka już nigdy w przyszłości nie trafił w ręce człowieka tak dociekliwego jak Stark.

– Powstrzymać Starka? – spytał René cicho. – Chodzi wam o to, że ma się to stać w Danii? – ciągnął. Właśnie wobec tego pomysłu miał największe skrupuły.

– Tak, w Danii. To konieczność – kontynuował Teis Snap. – Rozbroimy tykające bomby, tak jak to zrobiliśmy z Louisem Fonem, i wszystko wróci na normalne tory. Urzędnicy ministerstwa w Jaunde nie puszczą pary z ust, bo przecież sami są w to wplątani. A jeśli od tej pory postarasz się o regularne raporty od tamtejszego urzędnika, który do tego będzie gotów przez jakiś czas podpisywać się jako Louis Fon i szczegółowo poinformuje twoje ministerstwo, jak doskonale projekt funkcjonuje, to wszystko będzie w najlepszym porządku. Przecież tak to właśnie jest z afrykańskimi projektami. Trzeba po prostu od czasu do czasu błysnąć jakąś pozytywną wiadomością, nikt niczego więcej nie oczekuje.

René usłyszał chrząknięcie Brage-Schmidta przez głośnik i choć nigdy go nie poznał, pochwycił w jego tonie coś, co przywodziło na myśl człowieka, który przez wiele lat przywykł do komenderowania ludźmi daleko poza granicami kraju. W sposobie, w jaki zaczynał zdanie, brzmiała jakaś twarda nuta. Jak rozkaz, któremu nie sposób się przeciwstawić. Obraz angielskiego imperialisty czy potentata z nieograniczoną władzą nasuwał się sam. René słyszał, że Brage-Schmidt przez wszystkie lata konsekwentnie nazywał swoich służących „boy” i że trudno o kogoś, kto znałby Afrykę lepiej niż on. Wieloletni konsul w paru państwach południowoafrykańskich, biznesmen w Afryce Środkowej o niemal dwukrotnie dłuższym stażu i niekoniecznie z najlepszą opinią.

Nie, René nie miał żadnych wątpliwości, że to on był pomysłodawcą tego przekrętu. Teis Snap mówił, że zakończywszy pełną sukcesów działalność importera drewna z Afryki Równikowej, swoje aktywa umieścił w Banku Karrebæk i że w kolejnych latach był bezdyskusyjnie największym akcjonariuszem tej instytucji. Nic więc dziwnego, że broni swojego majątku pazurami. René rozumiał to doskonale, ale jednak, oprócz dopuszczenia się oszustwa, skazali też na śmierć trzech mężczyzn. Dlaczego René sam nie zaprotestował przeciwko pomysłowi i sposobom jego realizacji?

Pokręcił głową. Prawda niestety jest taka, że nieco zbyt dobrze rozumiał tę szarą eminencję.

Co innego mogli zrobić?

– Cóż – odezwał się prezes zarządu. – Bardzo trudno podejmować tak radykalne decyzje, ale proszę pomyśleć o wszystkich miejscach pracy, które zostaną zlikwidowane, i o drobnych ciułaczach, którzy stracą pieniądze, jeśli w porę nie zainterweniujemy. Oczywiście, to godne ubolewania, że ten William Stark musi za to zapłacić, ale tak po prostu bywa. Jak to się mówi, jednostki muszą poświęcić się dla ogółu, a za parę lat wszystko wróci do normy. Bank będzie skonsolidowany i zabezpieczony, społeczeństwo będzie funkcjonować jak dawniej, nadejdą kolejne inwestycje, miejsca pracy zostaną uratowane, a akcjonariusze nie poniosą strat. A jak pan sądzi, panie Eriksen, kto zechce w międzyczasie tracić energię na kontrole, czy Pigmeje regionu Dja rozkręcili u siebie rolnictwo? Komu się będzie chciało sprawdzać, czy szkolnictwo albo warunki zdrowotne uległy znaczącej zmianie od chwili uruchomienia projektu? Kto w ogóle będzie w stanie to zrobić, skoro tych, którzy ten projekt zainicjowali, już nie będzie na tym świecie? Tak tylko pytam.

„Tak, kto oprócz mnie?” – pomyślał René, kierując wzrok na wysokie, szprosowe okna. Czy to oznaczało, że również i jemu coś grozi?

Ale jego nie zaskoczą, tego był pewien. Wiedział, że ma ich w garści i na szczęście potrafił zachować czujność, kiedy raz na jakiś czas bywał na ulicach i deptakach.

– Mam tylko nadzieję, że wiecie, co robicie i zachowacie to dla siebie, bo ja nie chcę więcej o tym słyszeć, rozumiecie? – oświadczył. – I miejmy nadzieję, że William Stark nie zdążył zdeponować dokumentacji poświadczającej cały ten przekręt w jakiejś skrytce bankowej, tak jak ja.

Spojrzał na Teisa Snapa, wsłuchując się intensywnie w szum głośnika na stole. Byli zszokowani? Czujni?

Chyba nie.

– Okej – ciągnął. – To prawda, co mówicie. Może i nikt nie zauważy, że raportów Louisa Fona nie opracował on sam, ale co ze zniknięciem Williama Starka? Ta sprawa pojawi się na pierwszych stronach wszystkich gazet.

– Owszem, i co w związku z tym…? – Głos prezesa zarządu Banku Karrebæk zrobił się nieco niższy. – Dopóki sprawa nie będzie kojarzona z nami, to przecież zaginięcie Starka niczego nie zmienia, prawda? Z mojego punktu widzenia wygląda to tak, że wyjeżdża do Afryki, nie stawia się na umówione zebranie, bez słowa wraca samolotem do domu i znika. Czy to nie świadczy o pewnym braku stabilności? Można pomyśleć, że sam jest winien swojego zniknięcia, prawda? Takie jest moje zdanie.

Snap i René popatrzyli po sobie. Prezes zarządu nawet się nie zająknął na temat papierów Renégo zdeponowanych w skrytce bankowej, więc nie ulegało wątpliwości, że wzajemne zaufanie nie zostało stracone, choć może nieco nadszarpnięte.

– Niech pan posłucha, panie Eriksen – ciągnął Brage-Schmidt. – Od tej pory będzie tak, jak ustaliliśmy. Pan wciąż będzie dbał o to, by co roku do Kamerunu wysyłano pięćdziesiąt milionów, a co pół roku dokona pan podsumowania tego, jak wspaniale tam się wszystko kręci, opierając się na raportach tak zwanego Louisa Fona.

W tym momencie włączył się Snap.

– Tymczasem w Banku Karrebæk parę tygodni później przejmiemy od naszych sprzymierzeńców w Jaunde poprzez „grupę inwestorów” w Curaçao tyle milionów, ile na tamtą chwilę będzie wymagała sytuacja. – Snap zrobił w powietrzu znak cudzysłowu i kontynuował: – A resztę ulokujemy w akcjach nienotowanych w naszej skrytce bankowej w Curaçao jako bufor na wypadek nieprzewidzianych wydarzeń w sektorze bankowym. W ten sposób portfel akcji w Banku Karrebæk po cichu zmieni właściciela, jednocześnie się poszerzając, choć w rzeczywistości sami będziemy wszystko kontrolować, więc z roku na rok nasz portfel będzie coraz większy. Tak więc nasza trójka ma nadzwyczajny powód do radości, chyba się zgadzamy?

– Tak, „wszyscy” są zadowoleni. – Teraz to René narysował w powietrzu cudzysłów. – Może i wszyscy, nie licząc Louisa Fona, Mboma i Williama…

– Posłuchaj, René – przerwał mu Snap. – Przestań się już przejmować Mbomem i Fonem. Po jakimś czasie wdowy po nich dostaną niezłą sumkę, by mogły jako tako żyć. Tamtejsze władze są tak przyzwyczajone, że ludzie tam giną, że nikt nie zrobi z tego afery. Jeśli zaś chodzi o Starka, to on nie ma rodziny, zgadza się?

– Owszem, ma narzeczoną i przybraną córkę, która choruje – spojrzał głęboko w oczy Teisa Snapa. Może oczekiwał jakiegoś współczucia, ale napotkał spojrzenie lodowate i niewzruszone.

– Dobrze – uciął Snap. – Czyli żadnej rodziny, tylko parę słabo powiązanych osób. Obie kobiety na pewno przez jakiś czas będą rozpaczać, ale życie toczy się dalej. Aż taki fascynujący to on chyba nie był, co?

René czuł, jak schodzi z niego powietrze. Co ma powiedzieć? Skoro o Starku mówi się już w czasie przeszłym, to jakie to ma w ogóle znaczenie, czy był on fascynującym człowiekiem?

Może i jakieś miało.

Znów odezwał się głos w głośniku. Prezes zarządu nie skomentował ostatnich wypowiedzi, ale właściwie po co miałby to robić?

– Jeśli chodzi o te dwieście pięćdziesiąt milionów, to można z powodzeniem stwierdzić, że projekt Baka stanowi coś w rodzaju zakamuflowanego wsparcia państwowego dla działalności naszego banku. Czy to nie właściwe i uzasadnione, że aparat państwowy chroni dochodowe, prywatne przedsiębiorstwa jak Bank Karrebæk? Przedsiębiorstwa, które dają ludziom pracę i wpływają korzystnie na bilans płatniczy i standard naszego życia. Nie, bezpośrednio lub pośrednio, nastąpi zastój, jeśli upadną porządne banki jak Bank Karrebæk, a przecież nie o to chodzi nam wszystkim i rządowi, prawda?

Myśli Renégo zajmowała w tej chwili inna kwestia. Jeśli coś pójdzie nie tak, obaj towarzyszący mu mężczyźni z pewnością błyskawicznie czmychną za góry i lasy, a odpowiedzialność i kara przypadną w udziale jemu. Nie może do tego dojść.

– Powtórzę jeszcze raz: nie chcę wiedzieć nic o tym, co od tej pory robicie, okej? Nie chcę wiedzieć nic więcej. Ale jeśli podejmiecie drastyczne kroki, dopilnujcie, bym natychmiast odzyskał laptop Starka, dobrze? Kto wie, co może się tam kryć na temat projektu.

– Dobrze, oczywiście, że go dostaniesz. I owszem, rozumiem doskonale, że trudno ci to wszystko pojąć, René, przecież cię znam. Jesteś uczciwym, porządnym człowiekiem. Ale pomyśl o swojej rodzinie – powiedział Snap. – Pozwól, że Jens Brage-Schmidt i ja się tym zajmiemy, i o nic się nie martw. Skontaktujemy się z naszym pośrednikiem, który potrafi rozwiązywać tego typu problemy i który pośle kogoś, by odebrał Williama Starka z lotniska. A ty możesz się w międzyczasie cieszyć, że wartość twoich akcji rośnie z dnia na dzień. Czeka cię świetlana przyszłość, René.

3

Jesień 2010

Żółta furgonetka odebrała Marca spod rusztowań na kopenhaskim Placu Ratuszowym dokładnie o piątej po południu, jak zazwyczaj. Tym razem dla pewności czekał już dwadzieścia minut, bo gdyby go nie było, gdy nadjedzie samochód, pojechaliby po prostu bez niego. A gdyby musiał pojechać kolejką i autobusem, dostałby baty. Nie, nie miał ochoty na nic takiego ani też na spędzanie całej nocy w jakimś obskurnym piwnicznym korytarzu, bo na to jednak za zimno.

Dlatego Marco nigdy się nie spóźniał. Po prostu nie miał śmiałości.

Skinął do pozostałych, siedzących w furgonetce pod ścianami, ale nikt nie odwzajemnił skinienia. Przywykł do tego. Tak to wyglądało, kiedy wszyscy są śmiertelnie zmęczeni.

Zmęczeni dniem, życiem, samymi sobą.

Marco rozejrzał się po pasażerach. Kilkoro było wciąż mokrych od deszczu i trzęsło się. Gdyby człowiek nie znał prawdy, mógłby pomyśleć, że wielu z nich jest chorych, tacy byli przygnębieni i wymizerowani. Nie był to wesoły widok, ale czego się spodziewać po wilgotnym listopadowym dniu w Danii.

– Ile dziś dostałeś? – spytał Samuel, zwrócony plecami do szoferki.

Marco się zastanowił.

– Oddawałem pieniądze cztery razy, a już przy drugim razie było tego ponad pięćset koron. Myślę, że razem jakieś tysiąc trzysta, tysiąc czterysta koron, wliczając te trzysta, które mam w kieszeni.

– Ja dostałam około ośmiuset koron – powiedziała najstarsza z nich, Miryam. Ona zawsze miała branie, ale miała też chorą nogę. Takie rzeczy pozytywnie wpływają na obroty.

– Ja mam tylko sześćdziesiąt – powiedział Samuel tak cicho, że wszyscy go usłyszeli. – Nikt już nie chce mi nic dawać.

Dziesięć par oczu spojrzało na niego ze współczuciem. Samuela nie czekało nic miłego po powrocie do domu, do Zoli.

– To weź je – powiedział Marco, podając mu dwa banknoty stukoronowe. Tylko on to zrobił, bo istniało prawdopodobieństwo, że ktoś z nich zakabluje Zoli. Jakby nie zdawał sobie z tego sprawy.

Marco wiedział, co jest nie tak z Samuelem. Kiedy przestajesz wyglądać jak chłopiec, to żebranie już nie jest dla ciebie. Choć Marco miał piętnaście lat, nadal wyglądał jak trzynastolatek, więc było mu łatwo. Duże, dziecięce oczy, niski jak na swój wiek, właściwie to wyjątkowo niski, wciąż z miękką skórą i delikatnymi włosami, w przeciwieństwie do Samuela, Pica i Romea, których szorstka skóra pokryła się zarostem. I choć pozostali mieli już za sobą pierwsze doświadczenia z dziewczynami, wielu z nich zazdrościło Marcowi powolnego rozwoju, nie mówiąc już o bystrej głowie.

Jakby Marco o tym wszystkim nie wiedział.

Może i był niski jak na swój wiek, ale oczy i uszy miał wielkie jak u starego człowieka i potrafił ich używać, nawet zupełnie dobrze.

– Tato, nie mógłbym pójść do szkoły? – błagał, odkąd skończył siedem lat. Wtedy jeszcze mieszkali we Włoszech. Marco kochał swego tatę, ale również i w tej kwestii jego ojciec okazał się zbyt słaby. Powiedział, że stryj Marca, Zola, żąda, by dzieci szły na ulicę i tak już zostało, bo Zola był niekwestionowanym przywódcą klanu, tyranem.

Ale Marco chciał się czegoś nauczyć, a prawie wszystkie miasteczka Umbrii miały nieduże szkoły, przed którymi wystawał, chłonąc je jak bibuła. Więc zanim poranne słońce nabierało mocy, ustawiał się tuż przy oknach miejscowej szkoły i przez godzinę wsłuchiwał się intensywnie, przykładając ucho do okna, po czym wlókł się, by uciułać swój dzienny urobek.

Czasami wychodził nauczyciel i zapraszał go do środka, ale wtedy Marco nawiewał i więcej nie wracał. Gdyby przystał na zaproszenie, w domu zbiliby go na kwaśne jabłko. Pod tym względem ich ciągłe przeprowadzki były zaletą, bo budynki szkolne i nauczyciele się zmieniali.

Ale nadszedł dzień, kiedy jednemu z nauczycieli udało się go mocno chwycić. Jednak zamiast zaciągnąć go do środka, wręczył mu ciężką jak diabli, lnianą torbę.

– Są twoje, zrób z nich użytek – powiedział i puścił go.

W torbie znajdowało się piętnaście podręczników i bez względu na to, gdzie przebywali, Marco zawsze znajdował sekretne miejsce, gdzie mógł je studiować niezauważony.

Tak mijały wszystkie wieczory i dni, kiedy dorośli mieli na głowie coś innego niż nadzorowanie. Po dwóch latach nauczył się liczyć i czytać po włosku i angielsku, w rezultacie jego ciekawość zwróciła się ku wszystkiemu na świecie, czego jeszcze się nie nauczył i nie rozumiał.

W ciągu trzech lat ich pobytu w Danii jako jedyny z całej gromady posługiwał się językiem niemal płynnie. Był po prostu jedyną osobą, której wystarczyło ciekawości.

Wszyscy szeregowi członkowie grupy wiedzieli, że kiedy Marco znika z pola widzenia, to siedzi gdzieś zagrzebany w książkach.

– Opowiadaj, opowiadaj – prosiła zwłaszcza Miryam, z którą miał najbliższe relacje.

Zola i jego pomagierzy z pewnością nie podzielali entuzjazmu wobec nauki.

Tego wieczoru leżeli w łóżkach piętrowych, nasłuchując odgłosów bicia i krzyków Samuela, dochodzących przez stropy z salonu Zoli aż na dół do pokoju Marca, niczym echo wszystkich innych niesprawiedliwości, których dopuścił się Zola. Marco nie obawiał się lania, bo zazwyczaj nieco go oszczędzano w porównaniu z pozostałymi; choć taki wpływ posiadał jego tata. A jednak leżał, ściskając kołdrę. Bo przecież Samuel nie cieszył się żadnymi przywilejami.

Kiedy znów zapadła cisza i kara została już Samuelowi wymierzona, Marco usłyszał, jak otwierają się drzwi wejściowe. Musiał je otworzyć któryś z goryli Zoli, by przebiec wzrokiem obsadzoną ligustrami dzielnicę, zanim zawlókł upokorzonego i pobitego Samuela do sąsiedniego domu, gdzie mieścił się jego pokój. Członkowie klanu potrafili unikać plotek w dzielnicy domków jednorodzinnych i utrzymywać przyjacielskie stosunki z mieszkającymi tu duńskimi rodzinami. Z zewnątrz Zola był przecież po prostu powściągliwym i eleganckim człowiekiem i pod żadnym pozorem nie chciał sobie zepsuć tego wizerunku. Wiedział doskonale, że białego, schludnego i reprezentacyjnego mężczyznę, pochodzącego z USA i mówiącego dwoma językami, które wszyscy rozumieją, pod wieloma względami szufladkowano jako „jednego z nas”. Jednego z tych, których Duńczycy nie muszą się obawiać.

Z tego powodu kary wymierzano zawsze pod osłoną nocy za dźwiękoszczelnymi oknami i zasuniętymi roletami, i dlatego dokładano wszelkich starań, by ślady po uderzeniach nigdy nie były widoczne. To, że nazajutrz Samuel będzie miał trudności z poruszaniem się po deptaku Strøget, było zupełnie inną kwestią, ale tego przecież sąsiedzi nie widzieli. Poza tym jego godny pożałowania wygląd miał pozytywny wpływ na biznes, bo autentyczne grymasy bólu oznaczały grubszą żebraczą sakiewkę niż udawane; to wiadomo było z doświadczenia.

Marco wstał w ciemności, przemknął się koło pokoju swoich kuzynów i zapukał ostrożnie do drzwi salonu. Jeśli odpowiedź następowała od razu, było dobrze. Jeśli pojawiało się wahanie, to nigdy nie było wiadomo, w jakim humorze może być Zola.

Tym razem minęła minuta, zanim wezwano go do środka, więc Marco był gotowy na wszystko.

Zola siedział przy ławie jak król otoczony swoją świtą, a na ogromnym ekranie leciały na cały regulator wiadomości telewizyjne.

Może rozjaśnił się nieco, widząc Marca, ale ręce wciąż mu się trzęsły. Niektóre osoby z grupy twierdziły, że Zola uwielbiał patrzeć, kiedy kogoś bito, ale tata Marca powiedział, że jest wręcz przeciwnie i że Zola kocha swoją gromadkę, jak Jezus kochał apostołów.

Marco nie był tego taki pewien.

– Podkomisarz policji Carl Mørck spędził trzy dni i noce w hermetycznie zamkniętym pomieszczeniu w towarzystwie zmumifikowanych zwłok i miał… – doszło do niego z telewizora.

– Wyłącz to gówno, Chris – rozkazał Zola krótko i skinął w stronę pilota. Po sekundzie rozkaz został wykonany.

Zwracając oczy na Marca, Zola poklepał swój nowy nabytek, zwinnego, cienkonogiego psa myśliwskiego, którego nikomu innemu nie wolno było tknąć.

– Odważnie postąpiłeś, dając dziś Samuelowi pieniądze, Marco, ale jeśli jeszcze raz to zrobisz, oberwiesz tak jak on, zrozumiano?

Marco skinął głową.

Zola się uśmiechnął.

– Ładnie dziś dla nas zarobiłeś, Marco, usiądź – wskazał na krzesło naprzeciwko siebie. – Czego ci potrzeba, mój chłopcze? Rozumiem, że nie przyszedłeś mi powiedzieć, że Samuel sobie na to nie zasłużył, prawda?

Wyraz jego twarzy się zmienił i szybkim ruchem rozkazał swemu nieodstępującemu go na krok pachołkowi, Chrisowi, żeby nalał herbaty do kubka, a gdy ten to zrobił, Zola popchnął kubek na stole w stronę Marca.

– Zola, przepraszam, że nachodzę cię w salonie, ale tak, chciałem powiedzieć coś o Samuelu.

Gdy to mówił, po Zoli nie dało się nic poznać, ale Chris gwałtownie się wyprostował i powoli zwrócił w jego stronę. Był wysoki i bledszy niż większość członków klanu. Kiedy jego biała postać górowała nad całą gromadą, większość się wycofywała, ale Marco nie spuszczał wzroku ze stryja.

– No proszę. Samuel to nie twoja sprawa, Marco, chyba rozumiesz. Dziś nie przyniósł do domu wystarczającej ilości pieniędzy, bo się nie postarał. Nie to co ty. – Zola pokręcił głową i oparł się ciężko o jagnięcą skórę rozścieloną na oparciu fotela. – Nie mieszaj się w to, Marco. Słuchaj stryja.

Marco spoglądał na niego przez chwilę. Zola powiedział: „Samuel się nie postarał, nie to co ty”. Czy twierdził tym samym, że Marco pośrednio przyczynił się, a zatem był winny lania, które dostał Samuel? To nawet jeszcze gorzej.

Marco schylił głowę i powiedział najciszej, jak umiał:

– Wiem. Ale Samuel jest już za stary, żeby żebrać w centrum. Większość ludzi w ogóle nie zwraca na niego uwagi, a ci, co zwracają, chyba się go boją, bo go obchodzą. Właściwie to tylko ci, którzy…

Marco zobaczył, jak Zola podnosi w stronę Chrisa palec w rozkazującym geście i uniósł głowę w tym samym momencie, w którym Chris do niego podszedł i wymierzył mu siarczysty policzek.

– Mówiłem, że to nie twoja sprawa, zrozumiałeś to, Marco?

– Tak, Zola, ale…

Wtedy dostał kolejny policzek i pojął przekaz. Nad takimi rzeczami człowiek się nie rozczula, wzrastając w tym środowisku.

Powoli wstał, skinął Zoli i wycofał się w stronę drzwi, próbując się uśmiechnąć. Dwa uderzenia, audiencja skończona. A jednak zebrał się na odwagę, stojąc w drzwiach.

– Bijesz mnie, w porządku – powiedział, unosząc głowę. – Ale to, że biłeś Samuela, już nie jest okej. A jeśli spróbujesz mnie jeszcze raz uderzyć, to stąd ucieknę.

Widział, jak Chris śle pytające spojrzenie Zoli, ale stryj Marca tylko pokręcił głową bez słowa i gestem pokazał, że Marco ma zniknąć mu z oczu. Natychmiast.

Leżąc na powrót pod kołdrą w pokoju wraz z innymi, roztrząsał wszystkie niewypowiedziane argumenty; zawsze to robił. Gdyby był powiedział to czy tamto, rozmowa potoczyłaby się nieco lepiej. Kiedy leżał tak w półmroku, w tych wewnętrznych dialogach Zola często był uległy. Ba, czasami wręcz poddawał się Marcowi.

Takie rzeczy przynosiły pewne ukojenie.

„Samuel jest w porządku” – mówił Marco do Zoli w swoich wyobrażeniach. „Musi się po prostu czegoś nauczyć. Jeśli go teraz poślesz do szkoły, to może zostanie mechanikiem i będzie dbał o furgonetkę. I tak by nigdy nie został dobrym kieszonkowcem jak ja i Hector, jest zbyt niezdarny, więc może dałbyś mu szansę?”

Rozmowa tocząca się w jego głowie przez chwilę sprawiała mu przyjemność, ale gdy tylko wyłączali lampkę nocną, dopadała go rzeczywistość.

Na zewnątrz wszyscy wyglądali na porządnych ludzi w domach z żółtej cegły, ale tak naprawdę byli kryminalistami na fałszywych paszportach i znajdowali się we wszelkich możliwych tarapatach. Lecz nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że patrząc od środka, klan był jeszcze bardziej tajemniczy, jeśli to w ogóle możliwe. Żadne z dzieci już nie wiedziało, skąd pochodzą, kim są ich prawdziwi rodzice czy co robią dorośli, kiedy młodzież ciuła w mieście na utrzymanie reżimu Zoli. Marco wiedział, że przeszłością klanu nie ma się co chwalić, ale pozostałości tego, co było dobre, uległy zniszczeniu wraz z nowym stylem Zoli, tuż zanim opuścili Włochy. Z ich przeszłości pozostały jedynie wszystkie złe uczynki. Nic nie zmieniło się na lepsze. Wciąż tylko kilkoro z nich potrafiło czytać i pisać, choć wielu było już mocno podrośniętych. Ale kiedy udawali się na łowy, byli stuprocentowymi profesjonalistami, do tego takimi, którzy nie widzą powodów, by chwalić się swoim kunsztem. Żebractwo, kradzieże kieszonkowe, włamania przez okna piwniczne, popychanie starszych pań, by upuściły torebki, szybka jazda na rowerze po ulicach i równie szybkie chwytanie wszystkiego, czego ludzie nie trzymali kurczowo i co dało się łatwo spieniężyć. Umieli to na wyrywki, szczególnie Marco wykazywał wszechstronny mroczny talent. Potrafił żebrać, robiąc wielkie, poważne oczy, i uśmiechać się tak, by wzbudzić współczucie. Potrafił bezszelestnie przepychać się przez małe okienka do ludzkich domów, a na ulicy pośród zabieganych ludzi czuł się w swoim żywiole. Zręcznie i szybko umiał podwędzić swojej ofierze portfel czy zegarek. Nigdy żadnego niewłaściwego ruchu czy dźwięku, żywo gestykulując, by odciągnąć uwagę, ale zawsze budząc sympatię.

Tylko jedna rzecz w Marcu była nieodpowiednia, zarówno dla niego samego, jak i klanu.

Otóż z całego serca nienawidził on swojego życia i wszystkiego, co robił.

Dlatego często leżał w mroku, słuchając oddechów innych dzieci i próbując myśleć o życiu, którego nie miał. Takim, jakie miały inne dzieci, które widywał na ulicach. Dzieci z tatą i mamą, którzy chodzili do pracy, podczas gdy one same chodziły do szkoły, a może od czasu do czasu były przytulane czy dostawały drobne prezenty. Dzieci, które na pewno dostawały codziennie pyszne jedzenie i miały przyjaciół i rodzinę, przychodzących do nich w odwiedziny. Dzieci, które nigdy nie wyglądały na przestraszone.

Leżąc z wszystkimi tymi myślami, przeklinał Zolę. Kiedy mieszkali we Włoszech, żyli przynajmniej w jakiejś wspólnocie. Zabawy po południu, śpiewanie wieczorem. Letnie noce wokół ogniska, przechwałki o dokonaniach za dnia. Kobiety upiększały się dla mężczyzn, mężczyźni stroszyli piórka, czasami też wdawali się ze sobą w bójki, aż wszyscy ryczeli ze śmiechu. Wtedy jeszcze nadal byli Cyganami.

Marcowi trudno było pojąć, jak Zoli udało się mianować ich niekwestionowanym wodzem i światłem ich życia. Jak inni dorośli się w tym odnajdywali? Przecież tylko ich terroryzował, sterował ich życiem i zabierał wszystko, co sobie uskładali. Takie myśli sprawiały, że Marco wstydził się za dorosłych, a już szczególnie za swego tatę.

Tego wieczoru podparł się w łóżku na łokciach, wiedząc dobrze, że stąpa po cienkim lodzie. Oczywiście w salonie Zola nie zrobił mu wielkiej krzywdy, ale Marco wiedział, że jego wzrok nie wróży nic dobrego.

„Muszę porozmawiać o Samuelu z tatą” – pomyślał. Przecież z kimś musi pogadać.

Pytanie tylko, czy to coś da. Przez jakiś czas tata był taki odległy. Tak jakby stało się coś, co go wyjątkowo przytłoczyło.

Pierwszy raz dostrzegł u taty taki stan niecałe dwa lata temu. Któregoś ranka tata wlepiał biernie wzrok w podawane mu jedzenie, a na jego czole widniały głębokie zmarszczki. Marco sądził, że jest chory, ale następnego dnia tata był bardziej ożywiony niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich miesięcy. Niektórzy mówili, że zaczął żuć khat tak jak część pozostałych, ale bez względu na to, co robił, bruzdy na czole już nie zniknęły. Przez pewien czas Marco zachowywał tę troskę dla siebie, ale w końcu zwierzył się Miryam i spytał ją, czy coś wie.

– Wydaje ci się, Marco. Twój tata jest dokładnie taki jak zawsze – powiedziała, siląc się na uśmiech.

Potem już do tego nie wracano, a Marco próbował odsunąć od siebie te myśli.

Ale jakieś pół roku temu Marco znów zobaczył na twarzy ojca ten sam wyraz, choć w nieco innej odsłonie. W ciągu nocy słychać było krzątaninę, ale jako że dzieci nie mogły opuszczać pokojów po 22, nie mogło to być żadne z nich.

Marca obudził ze snu rwetes na korytarzu. Wnioskując z jęków, wymierzano komuś ciężką karę. Karę, która była tak brutalna, że świadomość, co się wydarzyło, następnego ranka odcisnęła się jak piętno na twarzy taty Marca. Ale kogo karano i dlaczego, Marco nie miał pojęcia. W każdym razie nie był to nikt z klanu, bo przecież by wiedział.

I od tej pory jego tata sypiał u Lajli. To właśnie do jej pokoju naprzeciwko salonu Marco się teraz zakradał.

Już prawie mijał drzwi do salonu, kiedy usłyszał za nimi głos swego taty, protestującego zaciekle, a potem Zoli, który go pacyfikował.

– Jeśli nie powstrzymamy buntu twego syna, będzie to dla nas oznaczać nie tylko utratę zarobków. Będzie to też znaczyło, że wsączy tę swoją truciznę w pozostałe dzieci. Licz się z tym, że któregoś dnia nas zdradzi i wszystko zniszczy, rozumiesz?

Słyszał, jak tata znów protestuje, tym razem z większą desperacją w głosie; to nie było normalne.

– Marco nigdy nie pójdzie na policję, Zola – mówił żarliwie. – Na pewno będzie zachowywał się przyzwoicie, jak tylko z nim o tym porozmawiam. I na pewno nie ucieknie, on tylko tak mówi, przecież go znasz. To bystry chłopak, który ma w głowie za dużo pomysłów. Czasami zbyt bystry, ale przecież bez szkody dla nas, co, Zola? Nie odpuściłbyś mu?

– Nie – odparł Zola krótko. Tak właśnie postępował; mógł sobie na to pozwolić.

Marco rozejrzał się po korytarzu. W każdej chwili mógł nadejść Chris z absyntem, z którym Zola zawsze zasypiał. Nie powinien zastać tu Marca.

– Musisz wiedzieć, że Samuel mi mówił, że widział Marca, jak ten się waha podczas kradzieży kieszonkowych – ciągnął Zola. – Jeśli tak robi, może stanowić dla nas zagrożenie, przecież dobrze wiesz. Ci, którzy się wahają, zostają w którymś momencie złapani. Tacy nie potrafią też trzymać języka za zębami, kiedy naprawdę powinni. Nie możesz liczyć na to, że będzie lojalny wobec nas i klanu, jeśli coś pójdzie nie tak. Tak to już jest.

Teraz Marco przyłożył ucho do samych drzwi, oddychając cichutko, by pies w salonie nie zaczął warczeć. Naprawdę Samuel tak o nim mówił? Przecież to nieprawda. Kiedy niby się wahał podczas kradzieży kieszonkowych? Nigdy!

Za to Samuel owszem, wielokrotnie. A on tego głupiego gnojka wziął w obronę!

– Marco jest już wystarczająco dorosły na numer z inwalidą, to już postanowione. Przecież wiemy, że jak to zrobimy, zyski będą duże.

– Nie widzisz różnicy między nim a Miryam? – odezwał się proszący głos jego taty. – Jej wypadek był przecież prawdziwy.

– Ha, tak sądzisz? – po tym zdaniu rozległ się cierpki śmiech, a Marcowi zrobiło się zimno na całym ciele. Co chciał przez to powiedzieć? Że to nie był wypadek? Przecież potknęła się, przebiegając przez szosę.

W środku na chwilę zaległa cisza. Niemal widział zszokowaną twarz ojca. Ale ojciec nic nie powiedział.

– Posłuchaj – podjął na nowo Zola. – Musimy zadbać, by dzieci miały dobrą przyszłość, prawda? Dlatego nie możemy sobie pozwolić na błędy i czułostkowość. Wkrótce uzbieramy wystarczająco dużo pieniędzy, by osiedlić się na Filipinach. Przypomnij sobie, że od samego początku było to nasze marzenie. I w tym marzeniu jest też miejsce dla Marca.

Minęła chwila, nim tata Marca odpowiedział. Słychać było wyraźnie, że już się godził z przegraną w tej bitwie.

– I dlatego Marco ma zostać okaleczony? Naprawdę tego chcesz, Zola?

Marco zacisnął pięści. „Walnij go, tato, walnij!” – myślał. „Jesteś starszym bratem Zoli, powiedz mu, że ma mnie zostawić w spokoju”.

– Uważam, że to niewielka ofiara dla klanu, chyba się zgodzisz? Odurzymy Marca i każemy mu włożyć nogę pod jakiś ciężki samochód na otwartej ulicy, więc w sekundę będzie po wszystkim. W Danii są dobre szpitale, oni się tym zajmą i jakoś będzie. A jeśli Marco nie będzie chciał tego zrobić z własnej woli, będziemy musieli mu pomóc, zrozumiano? Jeśli sprzeciwisz mi się w tej kwestii, to może być i tak, że to ciebie wyznaczę zamiast niego, chyba to wiesz?

Marco wstrzymał oddech, myśląc o kuśtykającej Miryam i próbując zapanować nad płaczem. Tak to było? Zrobili z niej inwalidkę.

„Powiedz mu coś, tato” – krzyczał w duchu, ale zza drzwi słychać było teraz tylko jeden głos, ten niewłaściwy.

– Wypadek, okaleczenie, zainkasowanie odszkodowania i żyjemy dalej, tak właśnie będzie – ciągnął w środku Zola. – A do tego jako stały bonus będziemy mieli odtąd rasowego żebraka, który nigdzie nie ucieknie.

Czując podmuch na korytarzu, Marco się odwrócił, ale było już za późno. Otworzyły się drzwi do kuchni i postać, która wkroczyła na korytarz, go zauważyła.

– Co tu robisz, chłopcze? – zagrzmiał w półmroku głos Chrisa.

Marco odskoczył od ściany i jak strzała rzucił się w głąb korytarza, a gdy Chris ruszył w pogoń za nim, drzwi do salonu gwałtownie się otworzyły.

Wcześniej już parę razy sobie kodował, że w razie takiej sytuacji będzie szukał ucieczki po sąsiednich domach. Ale teraz wszystko wokół wydało mu się martwe. Między licznymi, szumiącymi drzewami domy tkwiły nieruchomo jak skamieliny: ciemne, bez życia, wymarłe. Wszędzie wyłącznie ciemne okna. Tylko parę domów dalej widać było migoczące refleksy ekranu telewizyjnego.

Dlatego, pełen złych przeczuć, pobiegł do tego właśnie domu.

„Nie zdążę” – kłębiło mu się w głowie, podczas gdy malutkie, zimne krople deszczu osadzały mu się na twarzy. Dogonią go i złapią, zanim ludzie z tego domu zwloką się sprzed telewizora. Musi znaleźć inne rozwiązanie.

Marco obrócił się i spojrzał za siebie, biegnąc boso i próbując nie potknąć się o krawężniki. Zobaczył, że w pościg rzuciło się również paru starszych kuzynów, a ci byli szybcy. Dlatego rzucił się przodem na żwir i przecisnął przez dziurę w żywopłocie, w której nikt z pozostałych nie dałby rady się zmieścić.

Jeśli przemknie przez cudze ogrody i dotrze na szosę, może ma jakąś szansę.

Włączył się reflektor zamontowany na desce szczytowej domu i nagle cały ogród zalał się światłem. Widział, jak mieszkańcy podeszli do panoramicznych okien salonu, kryjąc się za zasłoną, ale wtedy Marco zdążył już sforsować kolejny żywopłot, po czym stoczył się do rowu biegnącego wzdłuż szosy.

Za jego plecami rozlegały się okrzyki, że ma się zatrzymać, ale Marco patrzył tylko na samochody na szosie i oddalone o paręset metrów zadrzewione wzgórze.

Musi wybrać tę drogę, bo lada chwila okrążą willową uliczkę i znajdą się na szosie, a wówczas już po nim.

Niebieska poświata lamp halogenowych auta pojawiła się na ciągu pagórków, ukazując mokrą od deszczu nawierzchnię niczym lśniący most ku wolności. Jeśli wbiegnie teraz na pas ruchu i zatrzyma samochód, ma szansę. Jeśli nie, rzuci się pod niego, kładąc kres swoim kłopotom. Lepsze to niż przeżyć resztę życia jako żebrak o okaleczonym ciele, podobnie jak Miryam.

– Stój! – krzyknął w stronę auta, machając rękami. Puścił się biegiem prosto na dwa snopy światła jak ćma lecąca w stronę świecy.

Obejrzawszy się za siebie, zobaczył swoich prześladowców, którzy wybiegli zza domów i stali już na szosie. Z odległości nie widział, kim są, ale musieli to być kuzyni i kilkoro innych młodszych, bo byli szybsi. Niewielu sekund było trzeba, by zatrzymać samochód i przekonać kierowcę, by go zabrał, zanim do niego dotrą.

Samochód przed nim migał teraz przeraźliwie długimi światłami, ale kierowca nie zwalniał. Przez chwilę był pewien, że się nie zatrzyma, więc przygotowywał się na najgorsze, kiedy usłyszał pisk hamulców i zobaczył, jak karoseria zaczyna się chwiać przy namalowanej pośrodku linii niczym pijak.

„Nie przesunę się, bo po prostu przemknie obok” – pomyślał, próbując przewidzieć kolejny manewr kierowcy. Nie uda mu się go ominąć.

Przez sekundę Marco widział, jak przednia część samochodu zawiesza się nad nim niczym katowski topór i nagle auto stanęło, wydając pisk na mokrej nawierzchni i dotykając zderzakiem kolan Marca. Po drugiej stronie pulsujących wycieraczek siedział rozjuszony, wrzeszczący mężczyzna.

Marco doskoczył do drzwi po stronie pasażera i otworzył je raptownie, nim mężczyzna zdążył zareagować.

– Co ty, kurwa, robisz, zasrany gówniarzu? – krzyknął kierowca, którego twarz pobladła od szoku.

– Proszę mnie zabrać ze sobą, bo tamci mnie złapią – błagał Marco, pokazując na spadek terenu, skąd nadciągał pościg.

Wtedy w ciągu sekundy wyraz twarzy mężczyzny zmienił się z szoku we wściekłość.

– Co, do cholery?! Jesteś Pakistańcem? – krzyknął, nachylając się nad siedzeniem pasażera i bez ostrzeżenia wymierzając Marcowi cios pięścią.

Nie do końca trafił, ale Marco zatoczył się do tyłu na pas ruchu, podczas gdy mężczyzna pociągnął za drzwi samochodu, wrzeszcząc, że nie będzie się, kurwa, zadawał z takimi małpami.

Marco poczuł, jak asfalt wżera mu się w ciało przez spodnie od piżamy; bolało, ale nie tak bardzo, jak fakt, że leżał w mroku płasko na ziemi, patrząc, jak samochód dodaje gazu i z łoskotem rusza dalej, kierując snopy światła prosto na tych, którzy go gonili.

– Zatrzymaj się! – krzyknął któryś z nich i rozległy się głuche odgłosy strzałów, ale to nie zatrzymało auta. Przeciwnie, wóz dodał gazu, wjeżdżając prosto w grupę, aż musieli odskoczyć na boki, by się ratować. I odjechał.

Widząc, że zapanowała między nimi konsternacja, przeturlał się przez krawężnik i wpełznął pod krzaki. Widocznie myśleli, że zdążył wskoczyć do samochodu, zanim kierowca dodał gazu.

Przepełznął na czworakach w głąb zarośli na skraju lasu, nasłuchując intensywnie, co robią na drodze tamci.

Podniósł ręce i rozchylił gałęzie na boki. Z tego, co widział, do pozostałych dołączyło już kilku dorosłych mężczyzn. Wnioskując po sylwetkach, byli to Zola, Chris i jego tata.

Młodsi wskazywali w stronę odcinka drogi, gdzie Marco zatrzymał samochód, a potem w kierunku, w którym auto zniknęło. Nagle któryś z dorosłych wyciągnął rękę w stronę jednego z nich, a tamten upadł. Kara za nieudaną próbę pojmania została wymierzona błyskawicznie, czego innego można się spodziewać?

Grupka zacieśniła się i zaczęła truchtać w stronę miejsca, gdzie leżał, więc musiał szybko schować się w lesie, gdzieś, gdzie nikt nie będzie szukał. Uniósł się odrobinę w mrocznym, bezkresnym pejzażu z pni drzew, drżąc z powodu szybkiego wychłodzenia skóry i wyrzutu adrenaliny. Deszcz wsiąkł już w ubranie, jakby było zrobione z gąbki, a w skórę i stopy wgryzał się lodowaty chłód, sprawiając mu ból. Ogólnie rzecz biorąc, bez butów daleko nie zajdzie, poczuł to już przy pierwszych krokach, a przecież byli już tak blisko, że potrafił rozróżnić ich głosy.

Jeśli się nie mylił, byli tu wszyscy. Hector, Pico, Romeo, Zola, Samuel, jego ojciec i reszta. Nad korony drzew wznosiło się nawet parę kobiecych głosów.

Dopiero wtedy Marco na serio poczuł strach.

– Nie widziałem go w samochodzie – zawołał po włosku Samuel, a ktoś inny odpowiedział po angielsku, że trudno by było zobaczyć, nawet gdyby siedział.

Znów Samuel wiódł prym.

Przez wrzawę głosów słychać było gniewny krzyk Zoli. Był wściekły, że pozwolili chłopcu uciec, że nie przyjrzeli się jak należy, czy wsiadł do samochodu, i że oddano strzały. Teraz będą musieli wszyscy na jakiś czas zawiesić swoją działalność – zawołał drżącym głosem. To będzie drogo kosztowało i zapłacą za to ci, co strzelali. Teraz wszystkich młodszych członków klanu trzeba będzie na najbliższe dni gdzieś przenieść, dopóki sytuacja się nie uspokoi. Najprawdopodobniej mężczyzna z samochodu pójdzie na policję i wówczas lepiej, żeby dzieci nie przebywały na terenie dzielnicy, w razie gdyby przeprowadzano rewizję czy dochodzenie.

– Sprawdzicie, czy on gdzieś tu jeszcze jest – krzyknął Zola. – A jeśli jeszcze raz wam ucieknie, możecie strzelać, byle celnie. Marco stanowi zagrożenie dla nas wszystkich.

Marco był zszokowany. Chcą go zastrzelić, bo stanowi zagrożenie. Ale przecież tylko postawił się Zoli, to wystarczy? A co z innymi, którzy zdezerterowali z ich grupy na przestrzeni lat? Ich też zastrzelił?

Marco zadrżał, stawiając krok za krokiem; czuł, jak gałęzie, szyszki i ostre zarośla kłują go w kostki i podeszwy. Przeszedłszy paręset metrów w głąb lasu, musiał się położyć, by oszczędzić stopy. Po prostu za bardzo bolało i zbyt wolno się poruszał.

„Złapią mnie, jeśli nie znajdę dobrej kryjówki i się nie zasłonię” – pulsowało mu w głowie. Przyłożył palce do ziemi, czując, że jest lodowata i twarda jak kamień. Tutaj zostać nie może.

Gorączkowo rozłożył ramiona i przeczołgał się parę metrów na brzuchu, między kłującymi gałęziami świerku i w bagnistym poszyciu.

Po jakiejś minucie czołgania poczuł nagle, że zapadają mu się kolana. Przez chwilę miał wrażenie, że trafił na trzęsawisko, ale się mylił. Ziemia była sucha i luźna, jakby ktoś w niej grzebał. Pod wieloma względami idealne miejsce.

Dlatego zaczął kopać i im bardziej w głąb się posuwał, tym ziemia robiła się luźniejsza.

Po niedługim czasie dziura była wystarczająco duża i głęboka, by się do niej zmieścić i zasypać się wygrzebaną ziemią, przykrywając twarz i ramiona gałęziami świerku.

„Teraz mnie nie zobaczą, chyba że wejdą prosto na mnie. Oby Zola nie miał ze sobą psa” – myślał, próbując zapanować nad oddechem.

Wtedy usłyszał chrzęst suchych gałęzi i odgłos licznych stóp. Zbliżali się.

Rozpierzchli się po zaroślach i powoli zmierzali w stronę miejsca, w którym leżał. Dwa błądzące światła latarek kołysały się między pniami drzew jak świetliki.

– Jeden zostaje przy drodze, żeby Marco się tamtędy nie prześlizgnął, a reszta niech się porządnie przygląda, czy się czymś nie przykrył – krzyknął Zola w ciemności. – Nakłuwajcie ziemię kijami, dużo ich tu.

Po chwili Marco usłyszał wokół trzask łamanych gałęzi, bo przecież polecenie Zoli było prawem. I zbliżały się chrzęszczące kroki, które odczuwał jako przemieszczające się po ziemi wibracje, zaś dźwięk kijów wbijających się w zamarzniętą ziemię sprawił, że na czoło wystąpił mu pot. Minutę później cała grupka znalazła się obok niego i po chwili poszli dalej.

„Nie wstaję” – pomyślał, czując w nozdrzach stęchły, ostry zapach. Na pewno w pobliżu leży jakieś martwe zwierzę, często je znajdował, gdy mieszkali we Włoszech. Martwe, śmierdzące truchła wiewiórek, zajęcy i różnych gatunków ptaków.

Kiedy Zola i jego zgraja odpuszczą sobie polowanie, wrócą tą samą drogą przez las. Gdyby przy drodze nie stał strażnik, pobiegłby, skąd przyszedł, a potem dalej przez pola.

Tyle że teraz nie śmiał tego zrobić, więc co innego mu pozostało, niż siedzieć cicho jak mysz pod miotłą?

Dużo czasu upłynęło, zanim wrócili i go minęli. Czas, w którym Marcowi normalnie udałoby się zrobić żebracką rundę od Placu Ratuszowego aż do Kongens Nytorv. Przeleżał w lodowatej ziemi prawie godzinę, a krople deszczu sączyły się przez parasol ze świerkowego lasu.

Słyszał ich jednego po drugim; byli sfrustrowani wynikiem pogoni i tym, że Marco tak ich zawiódł. Niektórzy mówili nawet, że boją się, co z tego wyniknie.

– Fatalnie dla niego, jeśli go znajdziemy – powiedziała któraś z dziewczyn. Była to Sascha, jedna z tych, które skądinąd bardzo lubił.

Ostatni szli jego ojciec i Zola, ich głosów trudno było nie rozpoznać.

Podobnie jak skamlenia psa.

Serce Marca stanęło. Doskonale wiedział, jak świetnie rozwinięte jest u psa powonienie, więc wstrzymał oddech, mając świadomość, że na niewiele się to zda. Zwierzę nagle rozszczekało się i zaczęło skamleć, jakby trop Marca pochłonął je do reszty.

„Zwęszył mnie” – pomyślał, zaciskając usta. Był zgubiony.

– Jesteśmy w okolicy, w której wykopaliśmy dół – powiedział Zola ściszonym głosem zaledwie parę metrów od kryjówki Marca. – Słyszysz, pies wariuje, czyli musimy być blisko. Kurwa, dociera do ciebie, że mamy teraz znacznie większy problem niż tamten? I to twój syn go na nas ściągnął. – Zaklął po raz kolejny, ciągnąc za sobą skamlącego psa. – W najbliższym czasie musimy mieć się na baczności, bo przecież nie mamy pojęcia, co Marco wykombinuje. Może powinniśmy się też zastanowić, czy kryjówka tak blisko miejsca naszego zamieszkania zdaje egzamin. Uważam, że powinniśmy przenieść zwłoki.

Marco powoli nabrał powietrza przez zęby. Wraz z każdym oddechem wzbierała w nim nienawiść do Zoli. Sam dźwięk jego głosu sprawiał, że miał ochotę poderwać się i wykrzyczeć mu swoją nienawiść. Ale tego nie zrobił.

Kiedy krzyki i głosy w lesie wreszcie ucichły, ostrożnie wydobył się spod ziemi. Później w nocy albo jutro rano Zola i Chris na pewno wrócą tu z psem, a tego nie mógł ryzykować.

Musi stąd uciekać, gdzieś daleko.

Z trudnością wyciągnął na zewnątrz zgrabiałe ręce i zgarbił plecy, by strzepać z siebie pokrywającą je ziemię.

Pomacał wokół siebie, by ostatecznie się wyswobodzić, i poczuł, jak rozdziera mu się rękaw od piżamy, kiedy kolistymi ruchami odsuwał gałęzie i patyki. Właśnie wtedy trafił na śluzowatą masę pokrywającą coś twardego i rozniósł się zapach, jakby ogarnęła go fala śmierci.

Instynktownie wstrzymał powietrze, gramoląc się i próbując dojrzeć, czego dotknął. W słabym świetle księżyca graniczyło to z cudem, więc nachylił się do przodu, zaciskając nozdrza, i dopiero wtedy dostrzegł, co to jest.

W tym momencie wydawało mu się, że stanęło mu serce, bo tuż przed jego twarzą znajdowała się ludzka ręka. Bezbronne, kościste palce z odchodzącą skórą i paznokciami brązowymi jak sama ziemia.

Marco odskoczył. Długo trwał przykucnięty w odległości paru metrów i patrzył na rękę zmarłego, podczas gdy deszcz powoli odkrywał twarz i tułów zwłok ze schodzącą płatami skórą.

„Znajdujemy się w okolicy, w której kopaliśmy dół” – powiedział Zola do jego ojca. Właśnie w tym dole leżał.

Razem z ludzkimi zwłokami.

Wstał. Nie po raz pierwszy widział trupa, ale po raz pierwszy dotknął i nie miał ochoty tego powtarzać.

Przez jakiś czas zastanawiał się, co ma robić. Z jednej strony to odkrycie jest szansą, by przydybać Zolę i wreszcie się od niego uwolnić, z drugiej – jednak nie. Przecież jego tata uczestniczył w grzebaniu zwłok, a pewnie i nawet w czymś więcej. A to wszystko zmieniało.

I kiedy się tak namyślał, powoli przyzwyczajając się do odoru, dotarło do niego ostatecznie, że nie może uderzyć w Zolę, nie uderzając jednocześnie w swego tatę. I choć tata był słaby i podporządkowany bratu, Marco go kochał. Jakżeby inaczej? Miał przecież tylko jego. Jak ma się zgłosić na policję i prosić o pomoc? Przecież nie mógł.

Ani dziś, ani jutro.

Nigdy.

Poczuł, że jego skóra robi się zimna jak lód i że świat nagle staje się dla niego za duży. W tej bolesnej chwili dotarło do niego, że bez klanu ma do dyspozycji tylko ulicę. Odtąd był po prostu sobą. Furgonetka nie będzie na niego czekać po skończonym dniu. Nikt nie zadba o posiłki dla niego. Nikt na świecie nie będzie wiedzieć, kim on jest czy skąd pochodzi.

Sam tego dobrze nie wiedział.

Rozpłakał się, ale zaraz się uspokoił. Tam, gdzie żył, nie było miejsca ani na współczucie, ani na użalanie się nad sobą.

Spojrzał na swoją bieliznę nocną. To pierwsza sprawa, z którą musi coś zrobić. Oczywiście może włamać się do jakiegoś domu, ale włamania po nocach chętniej zostawiał innym. Tu w Danii ludzie nie śpią mocno. Często leżą, gapiąc się w telewizję, choć jest czwarta nad ranem. W mroku dodatkowo słuch się wyostrza.

Trącił ziemię bosą stopą. Trzeba sprawdzić, czy w grobie tego człowieka nie ma czegoś przydatnego. Podniósł więc z poszycia gałąź i zaczął rozgrzebywać ziemię w okolicach barków trupa; kontynuował, dopóki nie ukazał się cały nagi tułów mężczyzny.

Pomimo mroku i brudu twarz była dość wyraźna z odznaczającymi się kośćmi policzkowymi i prostym grzbietem nosa. Był to zapewne jeden z najbardziej rudych ludzi, jakich Marco widział w życiu. Wiek trudno było oszacować, bo skóra na twarzy była w stanie niemal płynnym. Czuł, że gdyby nie było tak ciemno, widok byłby zapewne równie przerażający jak zapach.

„Nic tu nie znajdę” – pomyślał i spojrzał ze smutkiem na zaciśniętą, zwiędłą dłoń, która wyglądała, jakby próbowała się czegoś chwycić i zatrzymać życie. Również człowiekowi, który tu leżał, Zola przyniósł nieszczęście.

Nagle Marco dostrzegł zapięcie łańcuszka wystające spod zwiędłego kciuka zwłok. Małe, okrągłe zapięcie z przesuwanym bolcem. Ileż to razy otwierał takie zapięcia, kradnąc biżuterię z szyi swoich ofiar?

Chwycił łańcuszek i ciągnął, dopóki kości nie ustąpiły i łańcuszek nie ześlizgnął się z ręki.

Ozdoba była ciężka i egzotyczna z wyglądu. W każdym razie Marco nigdy takiej nie widział. Mnóstwo cienkich niteczek, parę kawałków rogu i malutkie drewniane maski, pozawieszane tu i tam. Nie było to ładne, ale specyficzne.

Tak, specyficzne, ale pieniędzy się za to nie dostanie.

Po prostu taki afrykański gadżet.

4

Wiosna 2011

– Co się dzieje? – spytał Carl, gdy przysadzisty korpus Tomasa Laursena, byłego technika policyjnego, a obecnie kierownika miniaturowej stołówki na kopenhaskiej Komendzie Głównej Policji, wychynął z kuchni. – Co robią na stołach te brzydkie papierowe flagi? Świętujecie mój powrót z Rotterdamu? Przecież nie było mnie tylko jeden dzień.

Gdyby nie fakt, że musiał odebrać przepiękny pierścionek dla Mony, a Komenda Główna znajdowała się stosunkowo blisko sklepu, no i wreszcie gdyby nie miał takiej szalonej ochoty na kawę, prosto z lotniska pojechałby do domu.

Poczuł teraz, że trzeba było tak zrobić.

Kręcąc głową, rozejrzał się po lokalu. Co to, do cholery, za błazenada? Trafił na kinderbal czy może któryś z jego kolegów ożenił się po raz trzeci lub czwarty, łudząc się, że wciąż stoi na straży instytucji małżeństwa?

Laursen się uśmiechnął.

– Cześć, Carl. Nie, niestety nie dlatego. To z okazji powrotu Larsa Bjørna. Lis trochę tu poozdabiała, bo szef Wydziału Zabójstw zaprosił całą jednostkę na mały podwieczorek za jakieś pół godziny.

Carl zmarszczył brwi. Lars Bjørn? Powrót skąd? Nawet nie zauważył, że zastępcy szefa Wydziału Zabójstw nie było.

– Yyy, powrót, powiadasz? Z Legolandu czy skąd?

Laursen postawił z hukiem talerz z czymś zielonym przed człowiekiem siedzącym obok Carla. Nie wyglądało to dobrze; facet na pewno pożałuje, gdy to zje.

– O, nie wiesz? Dziwne. Wrócił z Kabulu – zaśmiał się. – Ale jeśli możesz, to lepiej nie trąb na prawo i lewo, że nie wiedziałeś. Nie było go przecież przez dwa miesiące.

Mørck zerknął na sąsiada. Czy to jego niedoinformowanie sprawiło, że widelec współbiesiadnika zaczął się trząść w drodze do ust? Ale właściwie z kogo tu się śmiać? Z niego czy z Larsa Bjørna, którego, jak widać, nikomu nie brakowało?

Dwa miesiące, mówi Tomas. Coś takiego!

– Kabul, powiadasz. Dość toksyczne miejsce, co on tam, do cholery, robił? – Trudno mu było wyobrazić sobie tego grzecznego chłopca z internatu w mundurze polowym. – Sprawdzili aby, czy wrócił żywy? Z taką zasuszoną mumią nigdy nic nie wiadomo – powiedział, podczas gdy zielona zawartość widelca jego współbiesiadnika pacnęła z powrotem na talerz.

– Lars Bjørn zajmował się tam szkoleniem miejscowej policji – odparł Laursen, wycierając ręce o ścierkę opasującą jego okazałą kibić. Jeśli facet zamierza dalej prowadzić stołówkę, będzie musiał zamówić sobie dłuższe ścierki.

– Aha, serio? W takim razie szkoda, że tam nie został.

Carl rozejrzał się po stołówce. Po tej uwadze kilka osób na niego łypnęło, ale Carl miał to gdzieś. Jak dla niego, oni też mogą opuścić salony, przenieść się na afgańskie pustynie i zająć się fugasami.

– Bardzo ci dziękuję, Carl – rozległo się za jego plecami. – Dobrze wiedzieć, że mówisz to z szacunku do mojej pracy.

Piętnaście par oczu uniosło się nad głową Carla. Nagle wszędzie pojawiły się tryumfalne uśmieszki, więc Mørck powoli obrócił się w stronę twarzy mieniącej się, jak sądził, wszystkimi odcieniami czerwieni.

Ale Lars Bjørn prezentował się irytująco dobrze i miał tego świadomość. Wyglądał, jakby na jego szczupłe ciało naciągnięto dobrze nawilżoną bawolą skórę i jakby od słońca wyprostowały mu się plecy i poszerzyły barki. W każdym razie sprawiał nagle wrażenie znacznie większego, niż był w rzeczywistości, na co mogły mieć wpływ barwne odznaczenia, pyszniące się w czterech równych rządkach nad lewą kieszenią na piersi.

Carl skinął z uznaniem.

– Proszę, proszę, Bjørn, jednak przyozdobiłeś się w te wszystkie medale, ordery i wstęgi, winszuję po wielokroć. Jeśli ci się poszczęści, twoim kolejnym trofeum może być jakaś sprawność harcerska.

Poczuł, jak Laursen dyskretnie ciągnie go za koszulę, ale było mu wszystko jedno. Co może zrobić mu Bjørn, czego już nie zrobił?

– Można by pomyśleć, że to ty oberwałeś w głowę, a nie Assad, Mørck. A skoro już o tym mowa, jak on się czuje?

– Ojej, Bjørn, ile troski! Wróciłeś na stanowisko kadrowego czy co? Ale dziękuję, Assad miewa się nieźle. Za parę tygodni wróci do pełni sił. No i na szczęście mam Rose.

Zorientował się, że większość pozwoliła sobie na uśmieszki, kiedy padło jej imię – i byleby na tym poprzestali, bo inaczej zarobią z liścia, Carlowi było wszystko jedno. Nikt w tym przybytku do pięt jej nie dorastał.

– Ale twarz Assada wciąż jeszcze jest nierówna, prawda? – wtrącił Laursen. Pewnie jedyna osoba w stołówce, która to zauważyła.

Carl skinął głową.

– Owszem. Ale to i tak lepiej, niż mieć nierówno pod sufitem. – Spojrzał prosto na Larsa Bjørna, który stał przy kasie, płacąc za napoje. O dziwo, zignorował zniewagę. – Ale rzeczywiście, Laursen – ciągnął. – Przez wylew krwi do mózgu Assad ma problemy z mięśniami twarzy i z utrzymaniem równowagi, więc tej wiosny czekają go regularne kontrole, no i ciągle bierze sporo leków. Wydaje mi się, że zaczyna z tego wychodzić, z czego się bardzo cieszymy. Ma pewne trudności z mówieniem, ale to przecież nic nowego.

Roześmiał się, znów samotnie. No i dobrze.

Bjørn włożył portfel do tylnej kieszeni spodni i obrócił się do niego, tym razem z mrocznym, jadowitym spojrzeniem, które przez lata dopracował do perfekcji.

– Cieszę się, że Assad robi postępy, Carl. Miejmy tylko nadzieję, że będzie to dotyczyć również i ciebie tam, w tej waszej otchłani. Może należałoby poświęcić ci w przyszłości więcej uwagi, żeby sprawdzić, czy aby nie jest ci potrzebne wsparcie. Jak ci się podoba ten pomysł? – Zwrócił się do Laursena. – Dziękuję za przyjęcie, wygląda to naprawdę uroczyście, Tomas. Pod tym względem powrót do domu to czysta przyjemność. Co ty na to, Mørck? A przy okazji, witamy po powrocie z Holandii.

Carl odwzajemnił jadowite spojrzenie, kiedy Bjørn go minął i zniknął na schodach. Widać, że kobra nie zdechła z pragnienia na tej pustyni.

– Idiota – rozległo się za jego plecami. Carl nie zdążył sprawdzić, kto to.

Poczuł, że Laursen znów go ciągnie za koszulę. Nie życzył sobie wojen na swoim terytorium.

– No, posłuchajmy: co tam w holenderskich raportach? – spytał, by złagodzić atmosferę. – Jest jakiś związek między morderstwami gwoździarką w Schiedam i tymi w Danii?

Carl zachichotał.

– Raport gówno mówi. Całkowita strata czasu.

– Widzę, że cię to frustruje, co?

Carl spojrzał przeciągle na Tomasa Laursena. Niewielu osobom na komendzie chciało się zadawać mu tak podstawowe pytania, ale z drugiej strony równie niewielu zaszczyciłby odpowiedzią, a już na pewno nikogo z tej bandy przygłupów.

– Wszystkie niewyjaśnione sprawy frustrują dobrego policjanta – odparł, rozglądając się. Niech mają o czym myśleć. – Szczególnie te, których ofiarami padli ich koledzy.

– A Hardy?

– Hardy nadal u mnie w domu. Zakładam, że tak zostanie, dopóki któryś z nas nie kopnie w kalendarz.

Współbiesiadnik skinął nad talerzem z sałatką.

– Jesteś dupkiem, Carl, ale ładnie z twojej strony, że się nim opiekujesz. Niewielu by tak postąpiło.

Mørck zmarszczył czoło, uśmiechając się nieznacznie. Usłyszał takie słowa od kolegi pierwszy raz w życiu i wzbudziło to w nim dziwne uczucie.

Piętro niżej w Wydziale Zabójstw wrzało, a ilość duńskich flag w skromnym pomieszczeniu była tak przytłaczająca, jakby obchodzono tu urodziny królowej na Slotspladsen i jednocześnie organizowano letni wiec Partii Danii.

– Cześć, Lis. Widzę, że do reszty powariowaliście. Kupiliście te flagi w hurtowni?

Zdecydowanie najbardziej ekscytująca przedstawicielka Departamentu A przechyliła głowę na bok.

– Co z ciebie taki chojrak, Carl? Myślisz, że nie wystawię tych wszystkich flag, kiedy to t y wrócisz z Afganistanu?

– A więc to tak – odparł, upajając się dołeczkiem przy jej ustach. W tym spokojnym wydziale kryła się erotyka, a Carl to uwielbiał. Nawet Mona nie potrafiła wyczarować uśmiechu, który tak celnie trafiał w okolice męskiego podbrzusza. – W takim razie obawiam się, że te flagi niestety pokryją się kurzem, nie sądzisz? Marcus w gabinecie?

Wskazała drzwi.

Szef Wydziału Zabójstw, Marcus Jacobsen, siedział przy oknie z okularami odsuniętymi na czoło i spoglądał na dachy. Wnioskując z wyrazu twarzy, stan jego umysłu oscylował między bezbrzeżnym zmęczeniem a poczuciem zagubienia. Nie wyglądało to dobrze. Ale jak sobie człowiek pomyślał, że sterty piętrzących się wokół niego spraw z czasem zaczęły przypominać centralny skład fabryki papieru, to dziwne, że nie gapił się tak każdego dnia.

Obrócił fotel w stronę Carla i spojrzał na niego z tym samym wyrazem rezygnacji, którym obdarowuje się swoje dzieci pytające po raz dwudziesty piąty z tylnego siedzenia samochodu, czy wkrótce już będą we Włoszech, podczas gdy przejechało się dziesięć kilometrów na południe od Kopenhagi.

– Co tam, Carl? – spytał, jakby odpowiedź i tak miała go przerosnąć. Pewnie i bez tego miał o czym myśleć.

– Imprezka, jak widzę – stwierdził Mørck, wskazując za siebie na sekretariat. – A kiedy fajerwerki?

– Taaa, zobaczymy. A Holandia? Wiemy coś więcej o zabójstwach gwoździarką?

Carl pokręcił głową.

– Czy coś wiemy? Wiemy tyle, że nie tylko na naszej komendzie policjanci partaczą robotę. Jeśli to przygrywka do sporządzenia wspólnego raportu obejmującego wszystkie morderstwa gwoździarką w ostatnich latach na naszych szerokościach geograficznych, to ja jestem baletnicą. Na podstawie tych danych nie dało się wyciągnąć żadnych wniosków. Właściwie to tylko raport Plouga na temat morderstw w Sorø i na Amager był porządnie zrobiony. Muszę ze wstydem przyznać, że Holendrzy odwalili niezłą fuszerkę. Brak analiz technicznych sprzętu, niewystarczające raporty ze śledztwa, zbyt późna interwencja. Mówiąc wprost, mega wkurzające, więc tędy daleko nie zajedziemy, chyba że wypłynie u nich coś nowego.

– Aha. Czyli nie mam co czekać na twój arcyszczegółowy, tryskający dowcipem i swadą raport, co?

Carla zafrapował jego ironiczny ton. Czyli coś się jednak dzieje w obozie przywódcy.

– Właściwie to przychodzę w innej sprawie.

– Aha. Czemu zawdzięczam ten honor?

– Mam problem. Assad nie jest jeszcze w szczytowej formie, więc jesteśmy trochę uziemieni. Korzystam z okazji, żeby zrobić porządek w swoich aktach. – Uwielbiał to wyrażenie. Trudno o coś mniej jasnego. – Ale kiedy nie mamy konkretnego zadania, jest ciężko, bo Rose przez cały czas mi przeszkadza. Dlatego może udałoby się upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu i wykorzystać ten czas na jej podszkolenie. Nie mógłbyś jej wysłać na parę dni ze swoimi chłopakami? Chciałbym, żeby nabrała wprawy w prostych wywiadach w terenie, i pomyślałem, że mogłaby towarzyszyć ludziom Terjego Plouga albo Bente Hansen. Słyszałem, że narzekają na brak personelu.

Zacisnął oczy w nadziei. Pod jego nieobecność Rose zebrała już stertę spraw, za które mogliby się zabrać. Jeśli jej wielka jak tankowiec energia nie zostanie w porę skanalizowana, to nie minie dziesięć sekund, a Carl utknie w kolejnych sprawach.

– Brak personelu to nic nowego pod słońcem, Carl – Marcus Jacobsen uśmiechnął się cierpko, gmerając w paczce papierosów leżącej na stole. – Będziesz musiał sam się zająć programem szkoleniowym dla Rose, bo trzeba liczyć się z tym, że ludzie nie będą chcieli, by plątała im się pod nogami. Nie ma pełnego policyjnego wykształcenia, Carl, więc nie zapominaj, że nie można jej wysłać na ulicę.

– O niczym nie zapominam, a już najmniej o tym, że od Nowego Roku dzięki niej między innymi doprowadziliśmy do wyjaśnienia dwóch spraw, mimo że Assad wciąż pracuje na pół gwizdka. Więc może Rose jednak jest już w pełni wykształcona? Takie jest w każdym razie moje zdanie. A poza tym aktualnie nie prowadzimy w Departamencie Q żadnego śledztwa. Ja przeglądam nasze sprawy we własnym tempie i nie chcę, by w międzyczasie Rose mi się pętała po piwnicy. To mi działa na nerwy.

Marcus Jacobsen się wyprostował.

– Skoro już o tym mowa, to obawiam się, że mam sprawę, przy której mogłaby nam pomóc. Ale zanim wyślesz ją samą na ulicę i wszystko sknocisz, proszę, byś przez parę dni jej towarzyszył, dobrze?

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pogrzebany Kartoteka 64 Wybawienie Zabójcy bażantów Kobieta w klatce Wybawienie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer