Czarodzieje broni. Izrael - tajne laboratorium technologii militarnych

Czarodzieje broni. Izrael - tajne laboratorium technologii militarnych

Autorzy: Yaakov Katz Amir Bohbot

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 26.73 zł

Kulisy powstawania najwymyślniejszych broni Izraela.

Od dronów po satelity, od systemów obrony przeciwrakietowej po wojnę cybernetyczną – Izrael przoduje w wykorzystywaniu nowych technologii militarnych. Czarodzieje broni mówią o tym, jak ten ośmiomilionowy naród, wyciągając wnioski ze swego bogatego doświadczenia wojennego, nauczył się adaptować do zmian w sposobie prowadzenia wojen i stał się nowym wzorem regionalnego mocarstwa, które swojej pozycji nie zawdzięcza wielkości terytorium i populacji, lecz nowatorstwu i efektywności.

Będąc w awangardzie techniki wojennej, opracowuje on nowe bronie i modernizuje stare, by zachowały użyteczność i skuteczność na nieustannie zmieniającym się polu walki. Inne państwa, aby stawić czoło tym wyzwaniom, w poszukiwaniu pomysłów spoglądają na Izrael – a zwłaszcza jego uzbrojenie – co czyni go w efekcie jednym z największych laboratoriów zbrojeniowych świata.

Jak Izrael tego dokonał? I jakie są tego militarne i geopolityczne implikacje? Oto niektóre z głównych kwestii, którymi zajmują się Yaakov Katz i Amir Bohbot. Ich książkę, opartą na bogatych materiałach źródłowych i niełatwym dla innych dostępie do izraelskiego establishmentu obronnego, śmiało można nazwać raportem prosto z linii frontu.

Żywotność Izraela przełamuje schematy. Nie mając żadnych zasobów naturalnych, Izrael dzięki kapitałowi ludzkiemu stał się mistrzem technologii w dziedzinie rolnictwa i obronności. Czarodzieje broni mówią o tym, że człowiek jest największym bogactwem naszej przyszłości. – Szimon Peres, prezydent (2007–2014) i premier (1984–1986 i 1995–1996) Izraela.

Fascynująca analiza niezwykłej serii twórczych rewolucji w uzbrojeniu i strategii izraelskiej armii oraz organizacji technicznych. Katz i Bohbot znakomicie opisują, w jaki sposób narody mogą trwać i zwyciężać: wspierając swych buntowniczych innowatorów. – R. James Woolsey, dyrektor CIA (1993–1995)

Izrael nie istniałby dziś, gdyby technologicznie nie wyprzedzał o kilka kroków drugiej strony. Oto kulisy rozwiązywania przez to państwo problemów technicznych, które zdawały się nie do pokonania. Katz i Bohbot opowiadają o tym ze znawstwem i swadą. – Saul Singer, współautor Narodu start-upów.

Obowiązkowa lektura dla każdego, kto pragnie zrozumieć Izrael i jego siły zbrojne. Katz i Bohbot, dwaj czołowi reporterzy specjalizujący się w tematyce obronności tego kraju, przedstawiają fascynującą opowieść o tym, jak Izrael, wśród nieustającego konfliktu i na przekór wszystkiemu, stał się militarnym supermocarstwem. – gen. Szaul Mofaz, minister obrony Izraela (2002–2006) i szef sztabu generalnego Cahalu (1998–2002)

Spis treści

Dedykacja

Przedmowa

Wprowadzenie

ROZDZIAŁ 1. Podziemne początki

ROZDZIAŁ 2. Zmyślne drony

ROZDZIAŁ 3. Aktywne opancerzenie

ROZDZIAŁ 4. Hucpiarskie satelity

ROZDZIAŁ 5. Technika rakietowa

ROZDZIAŁ 6. Inteligentne maszyny

ROZDZIAŁ 7. Cyberwirusy

ROZDZIAŁ 8. Oręż dyplomatyczny

ZAKOŃCZENIE. Armagedon i broń przyszłości

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Dla naszych rodzin,

które dają nam inspirację i nadzieję

Przedmowa

Nasza praca nad tą książką zaczęła się od pewnej rozmowy, którą odbyliśmy wiosną 2012 roku. System obrony przeciwrakietowej Kipat Barzel (Żelazna Kopuła) dowiódł niedawno swojej wartości w walkach wzdłuż Strefy Gazy, a Izrael robił imponujące postępy w innych dziedzinach techniki. Tak jak jego wrogowie. W lutym tamtego roku Iran samodzielnie wystrzelił w kosmos trzeciego satelitę, a Hezbollah gromadził bezprecedensowo duże zapasy wysokiej klasy pocisków rakietowych, podczas gdy sąsiednią Syrią wstrząsała nieustająca wojna domowa.

Jako doświadczeni izraelscy korespondenci wojskowi codziennie informowaliśmy o toczących się w szybkim tempie wydarzeniach i konfliktach w Izraelu, za jego granicami oraz w całym regionie. Mieliśmy jednak wrażenie, że coś nam umyka. Izrael prowadził właśnie jedne z największych przygotowań wojennych w swej historii, pozyskując nowe drony, niewidzialne dla radarów samoloty, okręty podwodne, precyzyjne pociski rakietowe i solidniej opancerzone czołgi. Wrogowie Izraela, głównie Iran i Hezbollah, robili to samo. Był to imponujący wyścig zbrojeń o potencjalnie zabójczych konsekwencjach.

Przez lata izraelskie siły zbrojne były głównym przedmiotem naszego zainteresowania. Obaj jesteśmy weteranami Sił Obronnych Izraela (Cwa Hagana le-Jisra’el – Cahal) i wciąż służymy w rezerwie. Nie tylko obserwowaliśmy konflikty Izraela – byliśmy też częścią tej historii. Druga intifada, wycofanie wojsk z Libanu, opuszczenie Strefy Gazy, druga wojna libańska i rozmaite późniejsze operacje Cahalu w Gazie to wydarzenia, które relacjonowaliśmy z linii frontu, a niekiedy także zza linii wroga.

Nasza praca zaprowadziła nas na izraelskie okręty podwodne i korwety rakietowe, do izraelskich śmigłowców i samolotów transportowych oraz do transporterów opancerzonych wiozących żołnierzy piechoty Cahalu na nocne rajdy w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu Jordanu.

Przez lata bacznie śledziliśmy ewolucję Cahalu. Obserwowaliśmy, jak izraelskie siły zbrojne adaptują się do nowych zagrożeń – czy byli to palestyńscy zamachowcy samobójcy, rakiety Hezbollahu, czy irański program nuklearny. Ostatnio, gdy w regionie zaczęło dochodzić do bezprecedensowych, historycznych zmian, nasze wojsko stało się jeszcze czujniejsze. Nazywane początkowo niosącą nadzieję Arabską Wiosną, to regionalne trzęsienie ziemi zrodziło nowych wrogów Izraela, takich jak ISIS, rozlokowanych wzdłuż jego północnej i południowej granicy.

Izrael bardzo liczy na groźną reputację, którą pracowicie budował przez lata. Naszym zdaniem reputacja ta wspiera się na trzech głównych filarach – domniemanej izraelskiej broni jądrowej, strategicznym sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi oraz konwencjonalnym potencjale Cahalu.

Książka ta opowiada – po raz pierwszy – o tym, jak Izrael projektował i tworzył zaawansowaną technologię i broń dla swojej armii. Jest to opowieść, która obejmuje cały okres istnienia Izraela, od jego początków jako nowo utworzonego państwa aż po dzień dzisiejszy, gdy to wciąż stawia ono czoło zagrożeniom i wyzwaniom z całego regionu.

Uznaliśmy, że najlepiej przedstawimy tę historię, jeśli podzielimy ją na rozdziały poświęcone poszczególnym technologiom i broniom, które stały się specjalnością Izraela. Na ogół trzymamy się porządku chronologicznego, niekiedy jednak przeskakujemy też od lat sześćdziesiątych XX wieku do chwili obecnej, a potem znów do lat sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych. Zrobiliśmy to celowo, aby dać wam, czytelnikom, kompletny obraz każdej broni – jak powstała, kim byli jej twórcy i co stanowi o jej wyjątkowości. Choć każda z tych historii jest niezwykła, cała opowieść jest czymś więcej niż ich sumą.

Wprowadzenie

– Podaj mi lornetkę – powiedział szef Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela, generał porucznik Binjamin „Beni” Ganc, do stojącego obok oficera. Podniósł szkła, mrużąc oczy w zimowym słońcu. Odległe o wiele kilometrów obiekty ukazały się z pełną ostrością.

Ganc stał wysoko na szczycie góry Kabir, robiąc to, co lubił najbardziej: omiatając wzrokiem swoje włości i przyglądając się każdej piędzi kraju, który miał za zadanie bronić.

Zwróciwszy się na północ, zobaczył jak na dłoni pokryty śniegiem szczyt góry Hermon na granicy izraelsko-syryjskiej. Ćwierć obrotu na wschód i ujrzał Jordanię. W dole, pochylając lornetkę, mógł zajrzeć do miasta Nablus, domu około 130 tysięcy Palestyńczyków.

Widoki te przypomniały mu, jak mały jest w rzeczywistości Izrael. Brakuje nam zupełnie strategicznej głębi, pomyślał Ganc. Wrogowie siedzą tuż obok nas.

– Co to jest? – zapytał pułkownika Nimroda Aloniego, dowódcę brygady terytorialnej, który, tak jak i on, zaczynał służbę wojskową jako spadochroniarz. – Tam – dodał, wskazując palcem – ten duży biały budynek z mnóstwem okien?

Odłożywszy broń, Aloni wyregulował własną lornetkę.

– Och, to galeria handlowa – odparł.

Nablus nie jest pierwszym lepszym palestyńskim miastem. Podczas zamieszek z 2000 roku, zwanych drugą intifadą lub intifadą Al-Aksy, stał się schronieniem dla najbardziej poszukiwanych przez Izrael ludzi. Ganc był wtedy dowódcą dywizji Cahalu odpowiedzialnej za Zachodni Brzeg. Terroryści z Islamskiego Dżihadu i Hamasu urządzali laboratoria bombowe i centra dowodzenia w zawiłym kamiennym labiryncie nabluskiej kasby, czyli starego miasta. Założona przez Rzymian, a następnie rozbudowana przez Mameluków i Turków, kasba cieszyła się złą sławą z powodu swej sieci tuneli i zakamarków, jakby stworzonych dla ukrywającego się terrorysty.

Oddziały Cahalu posyłane były często do rajdów na miasto i tropienia terrorystów. Ale w ostatnich latach Nablus odżył. Terroryzm utrzymywał się na niespotykanie niskim poziomie, a Cahal znacząco ograniczył swoje ingerencje w mieście.

Po zakończeniu intifady kolejne izraelskie rządy próbowały wynegocjować układ pokojowy z Palestyńczykami. Ehud Olmert w 2008 roku złożył palestyńskiemu prezydentowi Mahmudowi Abbasowi historyczną ofertę, która jednak została odrzucona. W 2009 roku premier Izraela Binjamin Netanjahu, dążąc do wznowienia rozmów pokojowych, zgodził się zamrozić rozbudowę żydowskich osiedli. Był to bezprecedensowy krok, ale choć rozmowy podjęto na nowo, one również nie zaowocowały ugodą.

W czasie wizyty Ganca w 2012 roku Palestyńska Giełda Papierów Wartościowych z siedzibą w Nablusie odnotowywała rekordowo wysokie obroty, choć rynki w całym arabskim świecie tkwiły w zapaści. Wkrótce spodziewano się nowej rundy negocjacji pokojowych i czuć było powiew nadziei.

Jednak wyprawa Ganca na Zachodni Brzeg miała inny cel.

Dwa lata wcześniej coś, co zaczęło się jako uliczne protesty w Tunezji, rozprzestrzeniło się niczym pożar, dając początek ruchowi nazwanemu Arabską Wiosną. W Libii pojmano i stracono Muammara Kaddafiego, w Egipcie w dramatycznych okolicznościach obalono Husniego Mubaraka, w Syrii zaś Baszar al-Asad wciąż zmagał się z rebeliantami w zaciętej, krwawej i kontrowersyjnej wojnie, która doprowadziła do narodzin ISIS i globalnego dżihadu. W Libanie Hezbollah nieprzerwanie gromadził wyrafinowaną, zaawansowaną broń, zagrażając Izraelowi już nie jako organizacja partyzancka, ale armia z prawdziwego zdarzenia.

W izraelskich kręgach wojskowych narastały obawy, że niestabilność może ogarnąć kolejne obszary, i Ganc chciał się upewnić, że na Zachodnim Brzegu utrzyma się spokój, a gdyby miało być inaczej – że Cahal będzie na to przygotowany.

Początkowo nie był on typowany na szefa sztabu; otrzymał to stanowisko dość przypadkowo, gdy pierwszy kandydat został uznany za nieodpowiedniego. Tak więc odwołany z emerytury Ganz znów przywdział mundur i objął tę zaszczytną funkcję.

– Najbardziej lubię być w polu – mawiał – z moimi żołnierzami.

Szef sztabu Cahalu generał porucznik Beni Ganc rozmawia z żołnierzami podczas manewrów. 2001 r.

Fot. Cahal

Po kilku spotkaniach informacyjnych wizytacja dobiegła końca. Ganc zajął miejsce na tylnym siedzeniu opancerzonego dżipa, który miał go zabrać na pobliskie lądowisko dla śmigłowców. Jego adiutant był podenerwowany. Jak zwykle w takie dni szef sztabu znacznie przedłużył wizytę. Dżip opuścił bazę i skręcił na wyboistą boczną drogę, która omijała łukiem pobliskie osiedle żydowskie, skupisko biało tynkowanych domów z czerwonymi dachami, usadowionych na wzgórzu ponad szosą.

– Zatrzymaj samochód – powiedział nagle Ganc do kierowcy.

– Co? – zapytał żołnierz, patrząc na pustą drogę w samym środku Zachodniego Brzegu Jordanu.

– Powiedziałem: zatrzymaj samochód – powtórzył bardziej stanowczo szef sztabu. – Stań na poboczu.

Kierowca ostro zahamował i zatrzymał się przy estakadzie.

– Połącz mnie z Nimrodem – powiedział Ganc do adiutanta, mając na myśli dowódcę brygady terytorialnej, który towarzyszył mu podczas wizytacji. Przejął słuchawkę. – Nimrod, mój dżip najechał na minę. Jestem ranny, a jeden z moich żołnierzy został uprowadzony – powiedział i natychmiast przerwał połączenie. Aloni nie miał nawet szansy odpowiedzieć.

Ganc wysiadł z dżipa, spojrzał na zegarek, srebrnego breitlinga, i usiadł na pobliskim głazie. Podniósł z ziemi patyk, otrzepał go z pyłu i zaczął obracać w dłoniach.

– Teraz zaczekamy – oznajmił.

Niebawem szosa zaroiła się od uzbrojonych po zęby żołnierzy wezwanych na poszukiwanie „uprowadzonego”. Na wzgórzach zajęły pozycje opancerzone hummery wyposażone w terminale systemu wspomagania dowodzenia. Ich plazmowe monitory ukazywały położenie wszystkich okolicznych wojsk. Dało się słyszeć ciche buczenie dronów rozpoznawczych unoszących się nad całą tą sceną.

Mijały minuty. Ganc jednym okiem obserwował żołnierzy, drugim zerkał na zegarek. Gdy dziesięć minut później na miejsce przybył wreszcie Aloni, szef sztabu nie rozwodził się długo.

– Okej, dzięki. Widzimy się wkrótce – powiedział i wsiadł do dżipa. Wóz odjechał, ciągnąc za sobą obłok pyłu.

Dla Ganca był to zwyczajny dzień pracy, ale dał mu sposobność, żeby czegoś dowieść. Na Bliskim Wschodzie panowało silne wrzenie i dowódca Cahalu chciał się upewnić, że jego żołnierze są przygotowani do wojny, która może wybuchnąć lada chwila.

– Przy tym poziomie niepewności w regionie nie możemy liczyć na to, że otrzymamy ostrzeżenie, gdy wojna znów zapuka do drzwi – stwierdził. – Jednak zwyciężymy, bo nasi żołnierze będą gotowi i będą mieli do pomocy najlepszą technikę.

* * *

Sprzęt uczestniczący w wydarzeniach tamtego popołudnia, podczas improwizowanego próbnego alarmu Ganca, był tylko drobnym wycinkiem techniki wojskowej pochodzącej z Izraela i zalewającej globalny rynek broni.

Monitory plazmowe w pędzących na miejsce akcji hummerach stanowiły element Cajadu, wykorzystywanego przez Cahal rewolucyjnego systemu wspomagania dowodzenia i kontroli. Cajad, co po hebrajsku znaczy „łowca”, działa nieco podobnie do systemu nawigacji GPS w samochodzie, tyle tylko, że wyświetla dokładną lokalizację wszystkich wojsk na danym obszarze, z podziałem na siły własne i wroga. Jeśli żołnierz wykryje nieprzyjacielską pozycję, wystarczy, że naniesie jej położenie na mapę cyfrową, a pojawi się ona natychmiast na monitorach wszystkich innych użytkowników Cajadu.

Technologia ta zmienia sposób prowadzenia wojen, z oczywistymi konsekwencjami dla pola bitwy – skracając czas potrzebny na wykrycie nieprzyjaciela i otwarcie ognia, określany też jako cykl sensor-to-shooter. Dokładność Cajadu i jego skuteczne użycie przez Cahal zostały zauważone. W 2010 roku Australia zapłaciła za ten system 300 milionów dolarów, a w roku 2014 pewien kraj w Ameryce Łacińskiej kupił go za 100 milionów dolarów.

Żołnierze śpieszący zapewnić bezpieczeństwo szefowi sztabu podczas próbnego alarmu uzbrojeni byli w tawory, nowe karabinki szturmowe opracowane przez Israel Weapon Industries (IWI). Z powodu małej wagi, dużej precyzji i niewielkiej długości tawory zastąpiły amerykańskie M16 jako ulubiona broń Cahalu. Od czasu, kiedy weszły do służby w Izraelu, dotarły w każdy zakątek globu, od Kolumbii po Azerbejdżan i od Macedonii po Brazylię.

Dżip Ganca, który rzekomo ucierpiał w wyimaginowanym wybuchu bomby, był chroniony pancerzem opracowanym i wyprodukowanym przez Plasan Sasa, izraelską firmę działającą w małym kibucu w Górnej Galilei, przy niespokojnej granicy z Libanem.

Firma ta powstała w latach osiemdziesiątych XX wieku wśród krytych białym tynkiem zabudowań kibucu i jego plantacji kiwi. Szybko zwróciła na siebie uwagę Cahalu za sprawą innowacyjnych pancerzy z gęstego materiału kompozytowego, które mogły chronić pojazdy przed granatami rakietowymi i improwizowanymi ładunkami wybuchowymi, nie zwiększając znacząco ich wagi.

Kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny z Afganistanem, a później z Irakiem, improwizowane ładunki wybuchowe szybko okazały się przyczyną największych strat w ludziach. Do Plasanu lawinowo zaczęły spływać zamówienia i dynamicznie rosły zyski przedsiębiorstwa – od 23 milionów dolarów w 2003 roku do przeszło 500 milionów w roku 2011.

Na niebie nad Nablusem drony Cahalu bacznie śledziły palestyńskie miasto oraz stacjonujące w pobliżu izraelskie oddziały. Wcześniej w tym samym roku Cahal uruchomił program Sky Rider, w ramach którego bataliony polowe wyposażono w lekkie drony Skylark, produkowane przez Elbit Systems, głównego izraelskiego dostawcę sprzętu dla wojska. Wypuszczany w powietrze niczym piłka futbolowa rzucona przez rozgrywającego, Skylark dostarcza cennych danych zwiadowczych, niezwykle ważnych dla działań piechoty. Przekazanie go Cahalowi potwierdziło po raz kolejny pozycję Izraela jako światowego lidera w dziedzinie rozwoju dronów i systemów bezzałogowych.

Dron Skylark wypuszczany w powietrze podczas ćwiczeń w południowym Izraelu. 2013 r.

Fot. Cahal

* * *

Od satelitów po systemy obrony przeciwrakietowej i od dronów po wojnę cybernetyczną – Izrael przoduje we wdrażaniu nowych technik wojskowych na współczesnym polu walki. Ta książka opowie, jak doszło do tego, że ten maleńki, zaledwie ośmiomilionowy kraj stał się jednym z najbardziej znaczących militarnych supermocarstw świata i opracowuje technologie, które zmieniają sposób prowadzenia wojen na całym globie.

Sukces Izraela sprawił, że giganci przemysłu lotniczego i kosmonautycznego, producenci broni, a nawet całe kraje ciągną gromadnie do państwa żydowskiego, by analizować tę wyjątkową kombinację innowacyjności, zmotywowania i techniki.

Wielkie korporacje ze Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii, Indii, Rosji i Australii regularnie tworzą spółki joint venture z producentami sprzętu wojskowego z Izraela, firmami niekiedy znacznie mniejszymi od swych zagranicznych partnerów.

Historia ta staje się jeszcze bardziej frapująca, gdy weźmie się pod uwagę, że zaledwie sześćdziesiąt lat temu głównymi towarami eksportowymi Izraela były pomarańcze oraz sztuczne szczęki. Dziś jest to elektronika, oprogramowanie i zaawansowane urządzenia medyczne.

Według Jane’s, brytyjskiego wydawnictwa specjalizującego się w tematyce militarnej, Izrael jest jednym z sześciu największych eksporterów broni na świecie. Sam sprzęt wojskowy stanowi około 10 procent całego eksportu tego kraju, a od roku 2007 Izrael eksportuje w formie broni około 6,5 miliarda dolarów rocznie. W 2012 roku tysiąc tamtejszych przedsiębiorstw obronnych ustanowiło nowy rekord, eksportując broń wartą 7,5 miliarda dolarów1.

Malutki Izrael inwestuje w badania i rozwój (B+R) więcej niż jakikolwiek inny kraj – około 4,5 procent produktu krajowego brutto (PKB) – i nieprzerwanie zajmuje czołowe miejsce na liście najbardziej innowacyjnych państw świata. Choć izraelskie nakłady na B+R są imponujące same w sobie, około 30 procent kierowane jest na produkty o zastosowaniu militarnym. Dla porównania, jedynie 2 procent niemieckich i 17 procent amerykańskich wydatków na prace badawczo-rozwojowe przeznaczanych jest dla wojska2.

Jak napisał o Izraelu popularny felietonista i prezenter CNN Fareed Zakaria: „Jego broń jest znacznie bardziej zaawansowana, często o pokolenie wyprzedzająca tę używaną przez jego przeciwników. Przewaga techniczna Izraela ma głębokie konsekwencje dla współczesnego pola walki”3.

* * *

W jaki sposób Izrael tego dokonał?

Oto główne pytanie, na które będziemy się starali odpowiedzieć w tej książce, opowiadając, jak Izrael opracowywał swoje wyjątkowe bronie i taktyki. Każda z broni powstawała w innej epoce i w innych okolicznościach. Ich wynalazcy kierowali się różnymi pobudkami, znajdowali różne źródła inspiracji i czerpali z różnych cech narodowych, które wspólnie złożyły się na jedyną w swoim rodzaju izraelską kulturę innowacyjności. Żadna z tych cech nie jest ważniejsza od innych. To, że Izrael wyrósł na militarne supermocarstwo, sprawiły wszystkie razem.

Izrael opisywany jest często jako kraj sprzeczności. Od dziesiątków lat próbuje zawrzeć pokój z Palestyńczykami, ale jak dotąd nie udało mu się powtórzyć sukcesu, który osiągnął z Egiptem w roku 1979 i Jordanią w 1994. Ma obowiązkową służbę wojskową dla mężczyzn i kobiet, ale zamiast uczyć dyscypliny społecznej, wojsko jest uważane za główne źródło niesławnej swobody bycia i bezpośredniości Izraelczyków.

Izrael liczy zaledwie 8 milionów mieszkańców i nie ma żadnych bogactw naturalnych, a jednak zajmuje trzecie miejsce na świecie, po Stanach Zjednoczonych i Chinach, pod względem liczby przedsiębiorstw notowanych na giełdzie NASDAQ. W każdej dekadzie od swojego powstania prowadził jakiś konflikt zbrojny, a mimo to przyciąga około 3 milionów turystów rocznie.

Wyjaśnienie gospodarczego i militarnego sukcesu Izraela wiąże się po części z mozaiką zagrożeń, wobec których stoi ten kraj, i z nieustającą walką o byt, jaką toczy od początków swego istnienia.

Matka generała Ganca, na przykład, przeżyła Holokaust jako więźniarka nazistowskiego obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen i przyjechała do Izraela po wojnie. Była jedną z dziesiątków tysięcy żydowskich uchodźców z powojennej Europy szukających nowego domu. Dołączyły do nich setki tysięcy Żydów sefardyjskich, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia swych domów w okolicznych krajach arabskich po proklamowaniu niepodległości Izraela.

Walka o przetrwanie toczyła się non stop. W całym kraju była racjonowana żywność, nie istniał transport publiczny, a służba zdrowia działała na pół gwizdka. Istnienie Izraela wciąż stało pod znakiem zapytania.

Kiedy w 1948 roku wybuchła pierwsza wojna izraelsko-arabska, wielu z tych ocalałych z Holokaustu witano w porcie, dawano im do ręki karabiny i wysyłano na front. Ludzie ci nie znali ani słowa po hebrajsku i wielu z nich poległo w walkach. Ale ich towarzysze broni opowiedzieli innym o bohaterstwie i zapale, z jakim bronili swojego narodu i ojczyzny.

I chociaż warunki były ciężkie, przeciwności, z jakimi Izraelczycy zmagali się od samego początku, zmusiły ich do wypracowania niezbędnych narzędzi – takich jak umiejętność improwizowania i adaptowania się do zmiennych okoliczności – potrzebnych im, by przeżyć.

„W tych nowo powstałych Siłach Obronnych Izraela początkowe niedostatki liczebności, uzbrojenia i wyszkolenia kompensowane były poświęceniem i motywacją, inteligencją i improwizacją – wyjaśnia Reuwen Gal, były izraelski wicedoradca do spraw bezpieczeństwa narodowego. – Z czasem cechy te stały się atrybutami izraelskiego żołnierza”4.

Nie mając niemal żadnych zasobów poza kapitałem ludzkim, który napłynął do młodego państwa, Izraelczycy musieli wykorzystać do maksimum te skromne środki, którymi dysponowali. Wrogość i nieustające, począwszy od powstania Izraela, wezwania do jego zniszczenia – nawet dziś, z miejsc takich jak Iran – sprzyjają kreatywności. Innymi słowy, jeśli Izrael nie będzie myśleć kreatywnie, grozi mu zagłada.

Jest to proste równanie. Jak powiedział nam Chaim Eszed, pomysłodawca izraelskiego programu satelitarnego: „Cień gilotyny wyostrza umysł”.

Jednak nie może to być cała odpowiedź. Izrael nie jest jedynym krajem na świecie, który prosperuje mimo przeciwności. Korea Południowa na przykład stoi w obliczu podobnych zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego i ma szybko rozwijającą się gospodarkę, ale pozostaje w tyle, jeśli chodzi o projektowanie zaawansowanej broni.

Tym, co wyróżnia Izrael na tle innych państw, jest zupełny brak struktury. Choć może dziwić przedstawianie tego jako zalety, to właśnie ten rozpad hierarchii społecznej pobudza wynalazczość.

Brak hierarchii jest w Izraelu widoczny wszędzie – w wojsku, na ulicach, a nawet w biurach rządowych, gdzie pracownicy niższego szczebla zwracają się do ministrów, używając przezwisk.

A Izrael jest krajem przezwisk – premier Binjamin Netanjahu publicznie nazywany jest Bibi. Na byłego ministra obrony Mosze Ja’alona mówi się Bogie. Prezydent Izraela, Reuwen Riwlin, znany jest jako Ruwi, a szef opozycji, Icchak Herzog, nosi ksywkę Buzi.

W życiu codziennym Izraelczycy chętnie idą na skróty. Mieszkając w niewielkim kraju, często ze znikomym dystansem dzielącym ich od ich przywódców i innych wybitnych osób, są mistrzami w korzystaniu z – jak określają to polskim słowem – „protekcji”, czy to próbując dostać się na uniwersytet, czy zabiegając o wizytę u znanego kardiologa.

Jak już wspomniano, za główne źródło tej bezpośredniości uważana jest obowiązkowa służba w Cahalu. Izraelczycy przesiąkają tam głęboką niechęcią do hierarchii i żywym wyczuciem hucpy, słynnego żydowskiego słowa luźno tłumaczonego jako „bezczelność”, „tupet” i „zuchwalstwo”.

Jako świeży rekruci żołnierze Cahalu muszą się zwracać do przełożonych per „panie kapralu”, „panie sierżancie” i tak dalej. Ale po kilku miesiącach oficerowie rozpoczynają proces określany jako „przełamywanie dystansu”, po którym żołnierze mogą mówić do dowódców po imieniu i nie mają już obowiązku im salutować.

Zastanówmy się nad tym przez chwilę: izraelskie wojsko, instytucja, po której można by się spodziewać, że będzie wpajać swoim żołnierzom porządek i dyscyplinę, urządza ceremonię sankcjonującą burzenie hierarchii.

– To połączenie bezpośredniości i braku hierarchii jest największą przewagą, jaką Izrael ma nad innymi państwami Zachodu – powiedział nam Martin Van Creveld, znany historyk wojskowości. – Izrael to stosunkowo mały kraj, gdzie wszyscy się znają, a ponieważ niemal każdy służy w Cahalu, bardzo łatwo jest zniwelować dystans.

Z pozoru mogłoby się wydawać, że pozbawiona hierarchii kultura luzu umniejsza zdolność państwa lub organizacji do prowadzenia długofalowej strategii. W Izraelu jednak przyniosła ona przeciwny skutek. Brak barier tworzy atmosferę, która sprzyja swobodnej wymianie poglądów. Kiedy oficerowie różnych rang mogą komunikować się na równym poziomie i rozmawiać ze sobą bez przeszkód, rodzą się nowe pomysły.

Rozważmy na przykład, co się dzieje, kiedy dowódca Sił Powietrznych Izraela uczestniczy w misji szkoleniowej. Można by sądzić, że będzie leciał z pilotami dorównującymi mu rangą. Tymczasem zwykle zajmuje on tylny fotel za mniej doświadczonym pilotem, czasami o połowę młodszym od niego.

– W kokpicie nie ma stopni wojskowych – powiedział nam generał major Ido Nechusztan, były dowódca sił powietrznych, po jednym z takich lotów na F-16 z dwudziestopięcioletnim porucznikiem.

Młodzi uczą się od starszych i vice versa. Po tych lotach niżsi rangą piloci mogą nawet krytykować działania przełożonych bez ryzyka degradacji, utraty awansu czy jakiejkolwiek innej kary. Są wręcz do tego zachęcani.

– Ciężko pracujemy nad stworzeniem tego typu kultury – wyjaśnił Nechusztan. – Kultury otwartości, profesjonalizmu i uczciwości.

Dla zagranicznych oficerów, którzy odwiedzają Izrael, kultura ta często okazuje się wielkim szokiem.

Tak się właśnie stało, kiedy w 1992 roku swoją pierwszą podróż do Izraela odbywał generał porucznik Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych Ron Kadish, były dyrektor Agencji Obrony Antybalistycznej.

Kadish pełnił w owym czasie funkcję dyrektora amerykańskiego programu F-16. Liczba wypadków myśliwców F-16 rosła i Kadish przyjechał skonsultować się z Izraelskimi Siłami Powietrznymi, które miały jedną z największych flot F-16 poza USA.

Kiedy przybył do bazy, jego izraelski gospodarz oprowadził go po poszczególnych eskadrach i zaprezentował samoloty, z których wiele nosiło symbole zestrzeleń – małe czerwone kółka z niebieską kropką – z walk w pierwszej wojnie libańskiej sprzed dziesięciu lat. Jeden z izraelskich F-16 zestrzelił aż siedem syryjskich samolotów.

Po wycieczce Kadisha zaprowadzono do biura dowódcy bazy na techniczną dyskusję na temat myśliwca. Na stole czekał zwyczajowy poczęstunek – chrupiące cieplutkie burki z serem i ziemniakami oraz gęsta czarna kawa po turecku. Obie strony przedstawiały swoją mechaniczną i techniczną ocenę samolotu.

Nagle jeden z uczestników zaczął się spierać z dowódcą bazy na temat wad myśliwca. Kadish poprosił go, żeby się przedstawił. Był to podoficer, zwykły mechanik, który sprzeczał się z jednogwiazdkowym generałem. Jednak przedstawił swoje zdanie i został wysłuchany, ponieważ, pomijając kwestię rangi, miał słuszność.

– Byłem pod wrażeniem – wspominał Kadish. – W Stanach wszystko jest znacznie bardziej zorganizowane i ludzi tam trzeba nakłaniać, żeby powiedzieli, co myślą. Nie widziałem tego w izraelskim wojsku, a już na pewno nie w siłach powietrznych.

Kadish był właśnie świadkiem klasycznej izraelskiej hucpy. W amerykańskim wojsku odezwanie się bez pytania jest rzeczą niesłychaną, zwłaszcza jeśli oznacza to sprzeczanie się ze swym dowódcą w obecności przybyłego z wizytą zagranicznego oficera. W Izraelu jednak nikt nie myśli w takich kategoriach. Ów mechanik robił dokładnie to, czego go nauczono i czego, jak uważał, od niego oczekiwano – mówił wprost, co myślał.

* * *

W izraelskiej rezerwie postawa ta zaznacza się jeszcze wyraźniej. Oficer, który chce otrzymać awans, musi nie tylko zrobić wrażenie na przełożonych, ale także zyskać przychylność podkomendnych.

– Jeżeli rezerwista nie otrzyma pożądanej odpowiedzi, pójdzie prosto do dowódcy dowódcy – powiedział nam emerytowany generał brygadier Szuki Ben Anat, były szef korpusu rezerwy Cahalu. – Nie robi tego, żeby podkopać system, ale żeby dostać to, czego chce. Dla rezerwisty hierarchia nie ma żadnego znaczenia.

Pułkownik Szlomi Kohen, dowódca Brygady „Aleksandroni” – jednej z elitarnych jednostek rezerwy piechoty Cahalu – doświadczył tego na własnej skórze, kiedy po drugiej wojnie libańskiej w 2006 roku zwołał swoich żołnierzy na odprawę.

Kiedy wybuchła wojna, rezerwiści z Brygady „Aleksandroni” licznie zgłosili się do służby. Dwaj żołnierze zostali uprowadzeni przez Hezbollah, a terytorium Izraela znalazło się pod ostrzałem rakietowym. Była to walka o przetrwanie.

Jednak kiedy ogłoszono zawieszenie broni i rezerwiści wrócili do kraju, ich frustracja i gniew były zbyt wielkie, by można je było powstrzymać. Wysłano ich do Libanu z przestarzałym i wadliwym sprzętem. Musieli prywatnie zbierać fundusze na zakup kamizelek kuloodpornych i latarek. Byli także niezadowoleni ze sposobu, w jaki Kohen dowodził nimi w walkach. Rozkazy zmieniały się nieustannie i brakowało im stanowczości. W niektóre dni po prostu tkwili na obrzeżach południowolibańskich wiosek, jakby czekali na atak Hezbollahu. Do rezerwistów nie docierało zaopatrzenie, w związku z czym byli zmuszeni włamywać się do libańskich sklepów spożywczych w poszukiwaniu jedzenia. Niektórzy czuli się winni i odchodząc, zostawiali na ladzie pliki banknotów.

Dwa dni po zakończeniu wojny Kohen zwołał swoich żołnierzy, by podjąć próbę rozwiązania niektórych kwestii. Spotkanie odbyło się w sosnowym lesie pod starożytnym miastem Safed w Dystrykcie Północnym, które w czasie wojny wielokrotnie atakowane było przez rakiety Hezbollahu. Kohen ostrzegł rezerwistów, jakie mogą być konsekwencje ich skarg. W pewnym momencie oskarżył ich o niską motywację.

Tego było im już za wiele. Jedni zaczęli krzyczeć, inni gwizdać, aż Kohen w końcu wstał i opuścił zebranie. Rezerwiści byli wściekli i kilku postanowiło skierować protest do Gabinetu Premiera w Jerozolimie.

Negatywne nastroje żołnierzy Kohena dotarły do najwyższego dowództwa i zamiast awansu ten niegdyś obiecujący oficer został wysłany jako izraelski attaché wojskowy do jednego z państw Europy Wschodniej, co położyło kres jego karierze.

Zachodni wojskowi wzdrygnęliby się na samą myśl o wygwizdaniu wysokiej rangi oficera, ale w Izraelu nie widziano w tym nic niestosownego. Dla rezerwistów to, co zrobili, było zupełnie naturalne. Oficer popełnił błędy i byli oburzeni. To, że był on ich przełożonym, a oni wciąż nosili mundury, było niewiele znaczącym szczegółem.

Ben Anat rozumiał frustrację i rozgoryczenie rezerwistów. Sam miał podobne odczucia w 1973 roku po wojnie Jom Kipur, której prowadzenie państwowa komisja dochodzeniowa uznała za pełne systematycznych zaniedbań i błędów. Choć odbywał wtedy jeszcze obowiązkową służbę wojskową, wojna i jej fuszerki – w pewnym momencie licząca zaledwie garstkę czołgów kompania Ben Anata starła się z pięćdziesięciokrotnie liczniejszym wrogiem – sprawiły, że uświadomił sobie znaczenie inwestowania w korpus rezerwowy i pojął, że Izrael nie może pozwolić sobie na to, by znów dać się zaskoczyć.

Po wojnie, choć został oficjalnie zdemobilizowany, postanowił kontynuować służbę. Podczas gdy większość rezerwistów była powoływana na dwa–trzy tygodnie ćwiczeń w roku, Ben Anat służył przez 120 dni, co pozwoliło mu piąć się po szczeblach kariery, mimo że nie był zawodowym żołnierzem i pracował dla jednej z izraelskich agencji wywiadowczych. W 2008 roku, po trzydziestu pięciu latach służby, otrzymał awans na generała brygadiera i został mianowany szefem rezerwy Cahalu.

W odróżnieniu od niektórych ze swych zachodnich odpowiedników Siły Obronne Izraela polegają w dużej mierze na rezerwistach zarówno w czasie wojny, jak i podczas rutynowych działań. Ta zależność datuje się od utworzenia Cahalu jako „armii narodowej” z obowiązkowym werbunkiem. Choć celem powołania korpusu rezerwowego było zapewnienie odpowiedniej liczby żołnierzy w razie zagrożenia, Ben Anat twierdzi, że obecność rezerwistów ma korzystny wpływ na biurokrację wojskową.

– Rezerwiści przychodzą na ustalony okres i nikt nie chce, aby mieli poczucie, że marnują czas – wyjaśnił. – W rezultacie cały system staje się bardziej efektywny.

Oparcie sił zbrojnych na rezerwie oznacza, że nawet kiedy poborowi ukończą obowiązkową służbę, pójdą na studia i podejmą pracę, w dalszym ciągu co rok wracają do wojska. Piloci zwykle nadal latają jeden dzień w tygodniu, podczas gdy zwykli żołnierze są powoływani na dwa lub trzy tygodnie każdego roku – połowa tego okresu przeznaczona jest na ćwiczenia, a druga połowa na rutynowe patrole i operacje graniczne.

Oznacza to, że inżynierowie zatrudnieni w przemyśle obronnym stykają się z wojskowymi nie tylko w salach konferencyjnych, gdzie prezentują im nowe projekty broni, ale także podczas służby w rezerwie, kiedy sami wkładają mundury i na powrót stają się żołnierzami.

Bojowe doświadczenie izraelskich inżynierów, a także ich regularne ćwiczenia i walki w rezerwie pomagają im lepiej zrozumieć, jaki sprzęt będzie potrzebny Cahalowi w następnej wojnie oraz jak go zaprojektować. W rezultacie wszelkie „wymogi operacyjne” stawiane przez wojsko wobec nowych systemów uzbrojenia są zwięzłe, jasne i określone w najdrobniejszych szczegółach. Ci ludzie byli na wojnie, brali udział w walkach i dobrze wiedzą, czego im potrzeba.

– Wiemy, co to znaczy siedzieć w pojeździe wojskowym – wyjaśnia pracownik Plasan Sasa, firmy produkującej opancerzenie dla izraelskich i amerykańskich czołgów – jak to jest najechać na minę albo znaleźć się pod ostrzałem5. – Takie przeżycia pozostają w pamięci na zawsze.

– Ten niemal osobisty związek między obronnymi potrzebami Izraela a tym, czego może dostarczyć nauka i technika, nie ma odpowiednika w innych krajach – twierdzi Dan Peled, profesor biznesu z Uniwersytetu w Hajfie6.

W Stanach Zjednoczonych na przykład oficerowie wchodzą w skład zespołów badawczo-rozwojowych firm produkujących sprzęt wojskowy, ale są oni często postrzegani jako intruzi. W Izraelu są natomiast swojakami. Wspomnienia z wojska towarzyszą ludziom przez całe życie. Ta podwójna tożsamość jest narodowym skarbem.

Van Creveld ujął to bardziej dosadnie: „Jeśli 95 procent waszych obywateli nigdy nie służyło w wojsku i nigdy nie uczestniczyło w działaniach zbrojnych, jak można oczekiwać od was innowacji w dziedzinie uzbrojenia?”.

* * *

Tym, co jeszcze zwróciło uwagę generała porucznika Kadisha podczas wizyty w Izraelu z 1992 roku, był młody wiek pilotów i żołnierzy, których spotykał w bazie lotniczej. Wykonywali oni zadania, jakie w USA i w Europie powierza się oficerom niekiedy dwukrotnie starszym od nich.

W Siłach Zbrojnych Stanów Zjednoczonych średnia wieku wynosi dwadzieścia dziewięć lat. W Cahalu jest to nieco ponad dwadzieścia lat.

W praktyce oznacza to, że izraelscy oficerowie niższych rang i zwykli poborowi otrzymują w młodym wieku ogromną władzę i odpowiedzialność. Mają też nad sobą mniej wysokich oficerów – w Izraelu na jednego starszego oficera przypada dziewięciu szeregowych, podczas gdy w USA pięciu – w związku z czym młodzi żołnierze chcąc nie chcąc muszą samodzielnie podejmować ważne decyzje.

W Izraelu młodzi analitycy wywiadu po raptem dwóch latach służby często mają bezpośredni dostęp do ministra obrony i premiera. Dwudziestotrzyletnich oficerów stawia się na czele kompanii i powierza im odcinki granic lub sektory Zachodniego Brzegu. Jeśli terroryści przenikną przez podległy im obszar i przeprowadzą poważny atak, to ich pociąga się do odpowiedzialności.

Powierzanie odpowiedzialnych funkcji tak młodym ludziom wyrabia w nich zdolności przywódcze, z których korzystają nie tylko w wojsku, ale i w późniejszym życiu. Ponieważ Izrael jest niemal permanentnie w stanie konfliktu zbrojnego, jego żołnierze wcześnie stykają się z niebezpieczeństwem i są zmuszeni, niekiedy wielokrotnie, do podejmowania decyzji na wagę życia i śmierci.

– Absolwenci Harvardu mogą mieć pierwszorzędne wykształcenie i doktoraty, ale ich wiedza jest tylko teoretyczna – powiedział nam Dawid Iwri, były dowódca Sił Powietrznych Izraela i dyrektor generalny Ministerstwa Obrony. – W Cahalu żołnierze uzyskują doktorat z życia.

Inwestowanie tak wiele w żołnierzy ma jeszcze inny skutek: są oni uważani za bezcennych i postrzegani jako dzieci wszystkich Izraelczyków. I znajduje to odbicie w czynach. W 2011 roku Izrael uwolnił przeszło tysiąc więźniów w zamian za jednego żołnierza przetrzymywanego przez Hamas w Strefie Gazy. Podobne wymiany jeńców są dokonywane przez izraelski rząd od lat osiemdziesiątych XX wieku.

Jest to rzecz wyjątkowa nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale nawet wśród innych zachodnich sił zbrojnych. Wartość przypisywana pojedynczemu żołnierzowi czyni każdego z nich ważnym nie tylko dla jego krewnych, ale i dla całego narodu. Gdy jakiś żołnierz zostaje uprowadzony, każda rodzina odczuwa ból, wiedząc, że mógł to być ich bliski.

Obowiązkowa służba wojskowa wpływa na izraelskie społeczeństwo w jeszcze jeden sposób: pełni rolę tygla. Zjawisko to nie występuje w zachodnich siłach zbrojnych, które opierają się na ochotnikach. W Stanach Zjednoczonych mniej więcej dziesięć lat temu 44 procent żołnierzy pochodziło z terenów wiejskich, 40 procent z Południa, a niemal dwie trzecie wywodziło się z hrabstw, w których przeciętny dochód gospodarstw domowych plasował się poniżej średniej krajowej7.

W Izraelu do wojska trafia niemal każdy. Mężczyźni powoływani są na trzy lata, a kobiety na dwa. Bogaty dzieciak z Tel Awiwu, który dostaje przydział do jednostki bojowej, przechodzi szkolenie razem z etiopskim Żydem z nowo powstałego miasteczka na południu kraju, rosyjskim imigrantem z północy i pobożnym żołnierzem z osiedla na Zachodnim Brzegu. Służba w Cahalu nie toleruje barier społecznych. Ubogie izraelskie dzieciaki, które nigdy nie miałyby okazji posługiwać się zaawansowanym technicznie sprzętem, dostają tę szansę w Cahalu. Młodzi ludzie, którzy dorastali bez smartfona w domu, są nagle szkoleni na cyberoperatorów. Kiedy obywatel wkłada mundur, na etykietki socjoekonomiczne i rasowe nie ma miejsca.

Szkolenie rekrutów Brygady „Golani”. Marzec 2016 r.

Fot. Cahal

Ów tygiel jest częścią recepty na nowatorstwo. Kreatywność może pojawić się tylko tam, gdzie ludzie zbierają się razem i wymieniają pomysłami. Do tego zaś muszą znać się nawzajem oraz mieć wspólny język i kulturę. W Izraelu zapewnia im to wojsko.

Cahal zachęca też swoich oficerów do zdobywania „multidyscyplinarnego wykształcenia”. Wynika to z ograniczonych zasobów, jakimi dysponuje Izrael, w kategoriach nie tylko surowców, ale i ludzi. W zagranicznych koncernach lotniczych, jak chętnie żartują Izraelczycy, są osobni specjaliści od każdej śrubki i bezpiecznika. W Izraelu inżynierowie wykraczają poza wąskie dziedziny i specjalizują się w więcej niż jednym zadaniu.

To dlatego właśnie wielu wysokich oficerów i dyrektorów izraelskich firm zbrojeniowych ma kilka różnych stopni naukowych z różnych dziedzin. Oficera Cahalu zachęca się na przykład do uzyskania licencjatu z elektroniki, a następnie magisterium z czegoś zupełnie innego, jak fizyka albo polityka publiczna.

Generał brygadier Dani Gold, mózg stojący za opracowaniem rewolucyjnego systemu obrony przeciwrakietowej Żelazna Kopuła, jest tego dobrym przykładem. W połowie swej kariery w siłach powietrznych wziął urlop naukowy i zrobił dwa doktoraty – jeden z zarządzania biznesem, a drugi z inżynierii elektrycznej. Jak zobaczymy, potrzebował obydwu, żeby nadać rozpęd pracom nad nowatorską Żelazną Kopułą.

* * *

Jeśli istnieje jedna jednostka, która najlepiej unaoczniałaby inwestycje Cahalu w zasoby ludzkie i nacisk, jaki kładzie on na multidyscyplinarne wykształcenie, to jest nią Talpijot, gdzie służy intelektualny kwiat Izraela.

Talpijot – słowo to pochodzi z jednego z wersów Pieśni nad Pieśniami i odnosi się do murów twierdzy – jest przodującą jednostką techniczną Izraela. Każdego roku o przyjęcie do niej ubiegają się tysiące, ale tylko około trzydziestu dostępuje owego zaszczytu, z którym wiąże się zaciągnięcie na dziewięcioletnią służbę, trzykrotnie dłuższą niż normalna.

Żołnierze ci mają zwykle kwalifikacje i zdolności, które mogłyby zapewnić im miejsce w charakterze pilotów lub operatorów w elitarnych oddziałach komandosów. Ale Talpijot przebija konkurencję i bierze, kogo chce. Aż tak wiele znaczy.

Jednostka ta zrodziła się z katastrofy – wojny Jom Kipur z 1973 roku. Izrael okazał się nieprzygotowany, kiedy Syria i Egipt zaatakowały go w wielkie żydowskie święto. Przeszło 2 tysiące żołnierzy poległo, zniszczone zostały też niezliczone samoloty i czołgi. Jeśli aż do tej pory Izrael przekonany był o wyższości swojej armii, to teraz ogarnęło go poczucie bezbronności, jakiego nie znał od czasu utworzenia państwa ćwierć wieku wcześniej.

Choć Izrael ostatecznie utrzymał swoje terytorium, traumatyczna wojna brutalnie mu uświadomiła, że nowatorska taktyka nie wystarczy do zachowania przewagi militarnej. Potrzebny był też prymat na polu techniki. Pytanie brzmiało, jak go osiągnąć.

Krótko po wojnie pułkownik Aharon Bet Halachmi, ówczesny szef działu technicznego sił powietrznych, odebrał telefon od Saula Jaciwa, fizyka z Uniwersytetu Hebrajskiego, którego poznał wcześniej tego roku, kiedy odwiedził uczelnię, żeby obejrzeć laser o dużej mocy, który budował Jaciw. Rosjanie i Amerykanie również pracowali nad laserami, i Bet Halachmi uznał, że Cahal powinien zainwestować w podobny sprzęt. Nad jego przydatnością dla wojska można się było zastanowić później.

Jaciw powiedział, że ma do omówienia pewną ważną sprawę i że przyprowadzi ze sobą kolegę. Kilka dni później pojawił się w gabinecie Bet Halachmiego z Feliksem Dotanem, również fizykiem. Bet Halachmi miał wrażenie, że ma do czynienia ze współczesną wersją biblijnych Mojżesza i Aarona – podobnie jak Mojżesz, Dotan miał wadę wymowy. Jaciw służył mu za rzecznika.

Dotan, powiedział Jaciw, napisał raport postulujący utworzenie instytutu, który nazwał Talpijot. Program ten, jak wyjaśnili obaj, miał być przeznaczony wyłącznie dla izraelskich geniuszy. Żołnierze ci odbywaliby czterdziestomiesięczne szkolenie – najdłuższe w Cahalu – i każdy robiłby dyplom z fizyki, matematyki i informatyki, jednocześnie przechodząc szkolenie bojowe w elitarnej jednostce spadochroniarzy.

Absolwenci odbywaliby następnie służbę w każdym z rodzajów wojsk. Po czterdziestu miesiącach byliby przydzielani do konkretnej jednostki, z naciskiem na lotnictwo lub wywiad.

Bet Halachmi był zaintrygowany. On również ubolewał nad tym, jak Izrael spisał się w tej wojnie, i szukał sposobów na zwiększenie technicznego potencjału Cahalu. Zgodził się przedstawić tę propozycję przełożonym.

O wyjątkowości Talpijotu zadecydował jego profil. Zamiast szkolić się w jakiejś jednej dziedzinie, uczestnicy mieli otrzymywać wykształcenie multidyscyplinarne i zaznajamiać się z całością technicznego potencjału Cahalu. Zamysłem było wyposażenie ich w umiejętności potrzebne do znajdowania rozwiązań, które przekraczałyby biurokratyczne bariery i ograniczenia technologiczne.

Jednak nie wszystkim spodobał się ten pomysł. Oficerowie sił powietrznych i wywiadu wojskowego sprzeciwiali się temu programowi. Chcieli, by najlepsi rekruci służyli jako piloci i dowódcy polowi. „Byłoby marnotrawstwem wysyłać ich gdzie indziej” – to typowa reakcja, z jaką Bet Halachmi spotykał się w całym Sztabie Generalnym. Na swoim stanowisku w siłach powietrznych niewiele mógł zdziałać. Musiał czekać.

Parę lat później Bet Halachmi został mianowany szefem Dyrekcji do spraw Badań i Rozwoju Cahalu i otrzymał własne krzesło przy stole obrad Sztabu Generalnego. Oznaczało to, że zyskał swobodny dostęp do szefa sztabu Rafula Ejtana. Podczas jednego z ich cotygodniowych spotkań przedstawił pomysł Talpijotu i Raful połknął haczyk. Nie zawracał sobie nawet głowy zwoływaniem zebrania. W ciągu trzech miesięcy uruchomiono fazę pilotażową.

Już wkrótce Bet Halachmi zdał sobie sprawę, że program jest sukcesem. Kilka lat po jego wdrożeniu premier zwołał specjalne posiedzenie Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Narodowego, aby podyskutować na jego temat. Kilku generałów skarżyło się, że absolwenci nie są sprawiedliwie rozdzielani pomiędzy poszczególne rodzaje wojsk. Wszyscy, włącznie z izraelskimi agencjami szpiegowskimi, chcieli „talpijona”, jak nazywano absolwentów. Było to trudne zebranie, po którym premier zarządził, że talpijonowie mają być przydzielani do wszelkich organów bezpieczeństwa w kraju, z policją włącznie. Dziś o jednego talpijona ubiega się przeciętnie pięć jednostek.

– Dowiedliśmy, że aby dokonywać przełomów, nie potrzeba wcale wielu ludzi – powiedział nam Bet Halachmi. – Wszystko, czego było nam trzeba, to odpowiedni ludzie z odpowiednim wyszkoleniem.

Przykładów sukcesu jest bez liku, a większość z nich pozostaje ściśle tajna. Jeden z talpijonów odkrył sposób na dziesięciokrotne zwiększenie prędkości lotu pocisków dzięki napędzaniu ich energią elektryczną zamiast chemicznej.

Inny talpijon, który rzucił studia medyczne, żeby wstąpić do tej jednostki, opracował nowy fotel dla pilotów helikopterów. Odbywając pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku służbę wojskową, dowiedział się, że znaczna liczba pilotów skarży się na bóle kręgosłupa. Zaprojektował więc nowy fotel, zainstalował go w symulatorze helikoptera, wyciął otwór w oparciu i wycelował długopis w plecy pilota. Następnie, używając superszybkiej kamery, zarejestrował wpływ, jaki mają wibracje na jego kręgosłup8.

Jeszcze inny talpijon odegrał decydującą rolę w opracowaniu systemu wykrywania tuneli przekopywanych przez terrorystów przy granicy Izraela ze Strefą Gazy.

Choć Talpijon jest niewielką jednostką – w ciągu mniej więcej czterdziestu lat wypuścił raptem około tysiąca absolwentów – jego wpływ daje się odczuć w całym Cahalu i nie tylko. Jego absolwenci formują elity izraelskiego środowiska akademickiego i przemysłu zaawansowanych technologii, zajmując najwyższe stanowiska w dziesiątkach firm, z których wiele notowanych jest na giełdzie NASDAQ.

– Na całym świecie nie ma nic podobnego do tego programu – mówi Ewiatar Matania, były członek Talpijonu, który został później szefem izraelskiego Narodowego Urzędu Cyberbezpieczeństwa. – Talpijon często w pojedynkę rewolucjonizuje swoją jednostkę. Dwaj lub trzej w tej samej jednostce to już odmienny świat9.

* * *

Wydaje nam się, że tajemnica sukcesu Izraela jest kombinacją wszystkich wspomnianych czynników, ale sięga także głębiej, do samej istoty izraelskiego charakteru narodowego.

Mało który kraj na świecie, o ile jakikolwiek, był uwikłany w konflikt przez tak długi czas albo tak głęboko jak Izrael. Margines błędu jest niewielki, kiedy wróg, z którym walczycie, znajduje się zaledwie o kilka minut jazdy od waszych drzwi – kiedy terrorystyczne ugrupowania tuż za waszymi granicami regularnie ostrzeliwują rakietami wasze domy i szkoły i wysyłają zamachowców samobójców do waszych autobusów.

W takich realiach bezpieczeństwo nigdy nie jest uważane za oczywistość. Niektórzy Izraelczycy stają się nerwowi po długim okresie spokoju. To niemożliwe, mówią. To musi być cisza przed burzą.

Izrael był pierwszym zachodnim krajem, który walczył z sowiecką machiną wojenną w Egipcie i Syrii, oraz pierwszym współczesnym państwem, które doświadczyło samobójczych zamachów terrorystycznych na swych ulicach, lata wcześniej niż Nowy Jork czy też Londyn, Madryt i inne stolice Europy. Od potencjalnego zbrojnego uderzenia na Iran po sporadyczne polowania na terrorystów na Zachodnim Brzegu – Izrael stoi w obliczu liczniejszych zagrożeń niż większość krajów i nieustannie rozwija zaawansowane technologie wojskowe, by stawić im czoło.

– Na naszą korzyść działa połączenie trzech czynników – powiedział nam Udi Szani, były dyrektor generalny Ministerstwa Obrony, kiedy spotkaliśmy się w Tel Awiwie. – Mamy obdarzonych inwencją ludzi, doświadczenie bojowe, dzięki któremu znamy swoje potrzeby, oraz natychmiastowe zastosowanie operacyjne dla naszych wynalazków, gdyż niemal nieustannie jesteśmy w stanie konfliktu.

Jednak choć izraelskie wynalazki w dziedzinie uzbrojenia rewolucjonizują współczesną sztukę prowadzenia wojen, nie powstają one w próżni, ale na Bliskim Wschodzie, w najbardziej chyba niespokojnym regionie świata. Izrael może uważać swoją potrzebę posiadania najnowocześniejszej broni za reakcję na zewnętrzne zagrożenia, ale to właśnie owo zaawansowanie techniczne częstokroć napędza ten właśnie wyścig zbrojeń, który usiłuje powstrzymać.

W 2010 roku, na przykład, Izrael użył Stuxneta, by przeprowadzić jeden z pierwszych znanych wojskowych cyberataków na świecie. Izraelski wirus komputerowy był tak skuteczny, że uszkodził około tysiąca wirówek w głównym irańskim zakładzie wzbogacania uranu i według niektórych szacunków cofnął tajny program nuklearny tego kraju niemal o dwa lata. Po owym incydencie Iran utworzył jednak własną jednostkę cybernetyczną i inwestuje przeszło miliard dolarów rocznie w rozwój potencjału ofensywnego. Wojna cybernetyczna na pełną skalę wydaje się teraz tylko kwestią czasu.

Dziś, gdy na Bliskim Wschodzie szerzy się chaos, a coraz więcej państw, zwłaszcza w Europie, mierzy się z groźbą miejskich zamachów ze strony ISIS i innych organizacji terrorystycznych, doskonalone przez Izrael taktyki i technologie są wielce poszukiwane.

I tak, na przykład, system obrony przed rakietami krótkiego zasięgu Żelazna Kopuła pomógł Izraelowi przekształcić strategiczne zagrożenie – ostrzał rakietowy ze Strefy Gazy – w dający się znieść problem taktyczny. Pozwala to izraelskim przywódcom skupić się na poważniejszych wyzwaniach i zagrożeniach, wobec których stoi ten kraj.

System obrony aktywnej Trophy, instalowany na należących do Cahalu czołgach Merkawa, zdolny do przechwytywania nadlatujących granatów rakietowych oraz pocisków przeciwpancernych, pozwala tym wielkim stalowym machinom bojowym zachować znaczenie w epoce konfliktów asymetrycznych i walk toczonych na terenach miejskich. W czasie, kiedy większość państw redukuje swoje siły pancerne, Izrael robi coś przeciwnego.

Historia Izraela zawsze zdumiewała świat. Jest to opowieść o tym, jak słaby prastary naród powrócił do swej ojczyzny, założył państwo i, na przekór wszystkiemu, nie tylko przetrwał, ale i rozkwitł.

Ta książka uzupełnia ową historię o kolejną warstwę. Nie będzie to wyłącznie opis technologii, które przyniosły Izraelowi zwycięstwo i sukces na polu walki; przybliży ona również ludzi oraz jedyną w swoim rodzaju izraelską kulturę, dzięki którym było to możliwe.

W świecie pełnym niepewności i zagrożeń jest to historia, której powinniśmy poświęcić szczególną uwagę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Gili Cohen, Israeli Arms Exports Down $1 Billion in 2014, „Haaretz”, 21 maja 2015, https://www.haaretz.com/.premium-israeli-arms-exports-down-1-billion-in-2014-1.5364983. [wróć]

Markus Becker, Israel’s War Business, „Spiegel Online”, 27 sierpnia 2014, http://www.spiegel.de/international/world/defense-industry-the-business-of-war-in-israel-a-988245.html. [wróć]

Fareed Zakaria, Israel Dominates the Middle East, „Washington Post”, 21 listopada 2012, https://www.washingtonpost.com/opinions/fareed-zakaria-israel-dominates-the-middle-east/2012/11/21/d310dc7c-3428-lle2-bfd5-e202b6d7b501_story.html. [wróć]

Reuven Gal, A Portrait of the Israeli Soldier, Greenwood Press, Westport, CT 1986, s. 10. [wróć]

Arthur Herman, How Israel’s Defense Industry Can Help Save America, „Commentary”, 1 grudnia 2011, https://www.commentarymagazine.com/articles/how-israels-defense-industry-can-help-save-america/. [wróć]

Becker, Israel’s War Business. [wróć]

Ann Scott Tyson, Youths in Rural U.S. Are Drawn to Military, „Washington Post”, 4 listopada 2005, http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2005/11/03/AR2005110302528.html??noredirect=on. [wróć]

Christopher Rhoads, How an Elite Military School Feeds Israel’s Tech Industry, „Wall Street Journal”, 6 lipca 2007, https://www.wsj.com/articles/SB118368825920758806. [wróć]

Ben Caspit, Talpiot Industrial Zone, „Maariv”, 29 marca 2010, s. 10. [wróć]

Tytuł oryginału: THE WEAPON WIZARDS: How Israel Became a High-Tech Military Superpower

Copyright © 2017 by Yaakov Katz and Amir Bohbot

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Grzegorz Dziamski

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce © Alamy/BE&W

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Czarodzieje broni, wyd. I, Poznań 2018)

ISBN 978-83-8062-973-8

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czarodzieje broni. Izrael - tajne laboratorium technologii militarnych 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze