Wyzwolenie zwierząt

Wyzwolenie zwierząt

Autorzy: Peter Singer

Wydawnictwo: Marginesy

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 14.36 zł

 

Wznowienie klasycznej książki – ze wstępem Yuvala Noaha Harariego, autora Sapiens, oraz wprowadzeniem Dariusza Gzyry, współzałożyciela Stowarzyszenia Empatia

 

Wyzwolenie zwierząt to biblia obrońców praw zwierząt i każdego, komu nieobce jest cierpienie naszych braci mniejszych.

 

Zwierzęta nie mogą same domagać się wyzwolenia ani też głosowaniem, demonstracjami czy bojkotem protestować przeciwko warunkom, w jakich żyją. Zdaniem Singera jednak normy moralne nie powinny odnosić się jedynie do ludzi, lecz do wszystkich istot, które zdolne są odczuwać cierpienie. Nie ma dobrych powodów pozwalających nam na używanie zwierząt do zaspokajania naszych potrzeb. Zwłaszcza na taką skalę i z takim okrucieństwem.

Czy zatem tyrania człowieka nad zwierzętami będzie trwać nadal, dowodząc, że w zderzeniu z egoistycznymi interesami moralność nic nie znaczy? Czy też staniemy na wysokości zadania i udowodnimy, że stać nas na prawdziwy altruizm, kończąc z bezlitosną eksploatacją gatunków, nad którymi mamy władzę, i to nie dlatego, że zmuszą nas do tego aktywiści, lecz ponieważ uznamy, iż jest ona moralnie nie do przyjęcia?

„Napisałem opowieść o tyranii człowieka wobec zwierząt. W rozdziałach ukazujących ich cierpienia znajdą się miejsca, które wzbudzą emocje. Mam nadzieję, że będzie to gniew i oburzenie”.

 

 

Książka ta nie jest jednak wyłącznie opisem tragicznego losu zwierząt. Jest to także jasny i klarowny wywód filozoficzny na temat źródeł naszego szowinizmu gatunkowego i przedmiotowego traktowania zwierząt. Singer pisze spokojnie, bez zacietrzewienia, stara się wyraźnie apelować nie do emocji, lecz rozumu, wyraźnie przeciwstawia się też aktom przemocy, na jakie porywali się nieraz najbardziej wojowniczy obrońcy praw zwierząt.

Sławomir Zagórski, „Gazeta Wyborcza”

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Yuval Noah Harari. Wyzwolenie czterdzieści lat później

Dariusz Gzyra. Wprowadzenie do polskiego wydania

Przedmowa do wydania z 1975 roku

Przedmowa do wydania z 1995 roku

Przedmowa do wydania z 2009 roku

1. „Wszystkie zwierzęta są równe”, czyli dlaczego etyczną zasadą równości powinno się objąć również zwierzęta

2. Narzędzia badawcze, czyli na co idą twoje podatki

3. Droga przez fermę przemysłową, czyli co się przydarzyło twojemu obiadowi, kiedy był jeszcze zwierzęciem

4. Zostać wegetarianinem, czyli jak kosztem mniejszych cierpień wytwarzać więcej żywności, mniej szkodząc środowisku

5. Panowanie człowieka, czyli krótka historia szowinizmu gatunkowego

Myśl przedchrześcijańska

Myśl chrześcijańska

Oświecenie i czasy pooświeceniowe

6. Szowinizm gatunkowy dzisiaj, czyli strategie obrony, racjonalizacje, zarzuty wobec ruchu wyzwolenia zwierząt i to, jak coraz skuteczniej się je odpiera

Posłowie do wydania jubileuszowego

Aneks – dalsze lektury

Podziękowania

PS Podziękowania do wydania z 1990 roku

Przypisy

Tytuł oryginału ANIMAL LIBERATION

Przekład ANNA ALICHNIEWICZ I ANNA SZCZĘSNA

Przekład wstępu Youvala Noaha Harariego i posłowia Petera Singera ADAM PLUSZKA

Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA

Korekta MAGDALENA JANKOWSKA, JAN JAROSZUK

Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL

Łamanie | manufaktu-ar.com

Animal Liberation

Copyright © 1975, 1990, 2002, 2009 by Peter Singer

Published by arrangement with The Robbins Office, Inc.

and Aitken, Alexander & Associates, Ltd.

Copyright © for the translation by Anna Alichniewicz i Krystyna Klimek

Copyright © for the translation of Youval Noah Harari’s Preface and Peter Singer’s Afterword by Adam Pluszka

Copyright © for the Introduction by Dariusz Gzyra

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018

Warszawa 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65973-83-2

Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.

ul. Mierosławskiego 11A

01-527 Warszawa

tel. 48 22 663 02 75

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Richardowi, Mary, Ros i Stanowi, przede wszystkim zaś Renacie

Nowe wydanie dedykuję także wszystkim, którzy zmienili swoje życie, aby urzeczywistnić wyzwolenie zwierząt. Dzięki Wam można mieć nadzieję, że siła argumentacji etycznej zdoła przezwyciężyć egoizm naszego gatunku.

YOUVAL NOAH HARARI

WYZWOLENIE CZTERDZIEŚCI LAT PÓŹNIEJ

ZWIERZĘTA SĄ GŁÓWNYMI OFIARAMI HISTORII, a sposób traktowania udomowionych zwierząt na fermach przemysłowych jest prawdopodobnie najgorszym przestępstwem w dziejach. W 1975 roku, kiedy ukazało się pierwsze wydanie Wyzwolenia zwierząt Petera Singera, twierdzenie to brzmiałoby absurdalnie. Dzisiaj, w dużym stopniu dzięki wpływowi tej brzemiennej w skutki książki, rośnie liczba ludzi uznających je za uzasadnione – lub co najmniej warte dyskusji.

Przez czterdzieści lat, które minęły od publikacji Wyzwolenia zwierząt, naukowcy coraz częściej zwracali uwagę na wyniki badań dotyczących świadomości zwierząt, ich zachowań i relacji człowiek–zwierzę. Odkrycia na tych polach w dużej mierze pokrywają się z głównymi spostrzeżeniami Singera. Ludzki postęp usiany jest ciałami martwych zwierząt. Ostatecznie także nasi przodkowie z epoki kamienia byli odpowiedzialni za serię katastrof ekologicznych. Kiedy czterdzieści pięć tysięcy lat temu pierwsi ludzie dotarli do Australii, szybko doprowadzili do wyginięcia 90 procent tamtejszych dużych zwierząt. Był to pierwszy znaczący wpływ homo sapiens na ekosystem planety. I nie ostatni.

Około piętnastu tysięcy lat temu ludzie skolonizowali Amerykę, a przy okazji wybili jakieś 75 procent zamieszkujących ją dużych ssaków. Wiele innych gatunków zniknęło z Afryki, Eurazji i niezliczonych wysp wokół wybrzeży. Odkrycia archeologiczne w każdym kolejnym kraju opowiadają tę samą smutną historię. Dramat otwiera scena przedstawiająca bogatą i zróżnicowaną populację dużych zwierząt, bez śladu homo sapiens. W scenie drugiej pojawiają się ludzie, o czym świadczą skamieniałe kości, ostrza włóczni, jakieś palenisko. Szybko następuje scena trzecia, w której mężczyźni i kobiety zajmują środek kadru, a większość dużych zwierząt, wraz z wieloma mniejszymi, zniknęła. W sumie człowiek doprowadził do wyginięcia około 50 procent wszystkich dużych ssaków na tej planecie, zanim obsiał pierwsze pole pszenicą, wykuł pierwsze narzędzie z metalu, napisał pierwszy tekst i wybił pierwszą monetę.

Kolejny ważny punkt w relacjach człowiek–zwierzę to rewolucja neolityczna: proces, w którym przestaliśmy być nomadycznymi ludami zbieracko-łowieckimi, a zmieniliśmy się w rolników żyjących w osadach. Wiązało się to z pojawieniem się na Ziemi zupełnie nowej formy życia: zwierząt udomowionych. Początkowo zmiana mogła się wydawać niezbyt ważna, ponieważ ludzie zdołali udomowić mniej niż dwadzieścia gatunków ssaków i ptaków, a niezliczone tysiące gatunków pozostały „dzikie”. Jednak wraz z upływem wieków ta nowa forma życia stała się normą. Obecnie ponad 90 procent wszystkich dużych zwierząt jest udomowiona. Albo na przykład kura: dziesięć tysięcy lat temu był to rzadki ptak kryjący się w małych niszach Azji Południowej. Dziś miliardy kur żyją na każdym kontynencie oprócz Antarktydy i prawie każdej wyspie. Udomowiona kura jest prawdopodobnie najbardziej rozpowszechnionym ptakiem w kronikach Ziemi. Jeśli mierzyć sukces przez pryzmat liczb, kury, krowy i świnie osiągnęły go w sposób spektakularny.

* * *

NIESTETY, GATUNKI UDOMOWIONE ZAPŁACIŁY za swój niezrównany wspólny sukces niespotykanym indywidualnym cierpieniem. Królestwo zwierząt przez miliony lat poznało wiele typów bólu i udręki, ale rewolucja neolityczna stworzyła zupełnie nowe rodzaje cierpienia, które z pokolenia na pokolenie tylko przybierało na sile.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że udomowionym zwierzętom wiedzie się znacznie lepiej niż ich dzikim kuzynom i przodkom. Dzikie bawoły spędzają całe dnie na poszukiwaniu pożywienia, wody i schronienia, a na ich życie nieustannie dybią lwy i pasożyty, zagrażają im powodzie i susze. Udomowione bydło wprost przeciwnie: jest otoczone troską i opieką. Ludzie zapewniają krowom i cielętom jedzenie, wodę i schronienie, leczą je, a także chronią przed drapieżnikami i klęskami żywiołowymi. Jasne, większość krów i cieląt prędzej czy później kończy w rzeźni. Czy jednak ich los należy uznać za gorszy niż los dzikiego bawołu? Lepiej zostać pożartym przez lwa niż zginąć z rąk człowieka? Czy zęby krokodyla są delikatniejsze niż stalowe ostrza?

Los udomowionych zwierząt hodowlanych jest szczególnie okrutny nie tylko przez sposób, w jaki umierają, ale przede wszystkim sposób, w jaki żyją. O warunkach życia zwierząt gospodarskich zadecydowały dwa konkurencyjne czynniki: z jednej strony ludzie chcą mięsa, mleka, jaj, skóry, siły mięśni zwierząt oraz rozrywki, a z drugiej – muszą im zapewnić warunki do długiego życia i rozmnażania się. Teoretycznie powinno to chronić zwierzęta przed ekstremalnym okrucieństwem. Gdyby rolnik doił swoją krowę, ale nie dostarczał jej jedzenia i wody, produkcja mleka zmniejszyłaby się, a krowa szybko by umarła.

Niestety, ludzie potrafią sprawiać zwierzętom hodowlanym niewyobrażalne cierpienie w inny sposób, nawet zapewniwszy im warunki do życia i reprodukcji. U źródła problemu leży to, że udomowione zwierzęta odziedziczyły po dzikich przodkach wiele fizycznych, emocjonalnych i społecznych potrzeb, które na fermach są zbędne. Rolnicy rutynowo ignorują te potrzeby, co pozwala im nie ponosić kosztów ekonomicznych. Zamykają zwierzęta w ciasnych klatkach, okaleczają im rogi i ogony, oddzielają matki od potomstwa i selektywnie hodują dziwolągi. Zwierzęta cierpią katusze, a mimo to żyją i się rozmnażają.

Czy nie jest to sprzeczne z najbardziej podstawowymi zasadami odkryć Darwina? Zgodnie z teorią ewolucji wszystkie instynkty, popędy i emocje ewoluowały ze względu na przetrwanie i reprodukcję. Skoro tak, to czy stałe rozmnażanie się zwierząt hodowlanych nie dowodzi, że wszystkie ich rzeczywiste potrzeby zostały zaspokojone? Czy krowa może odczuwać „potrzebę”, która tak naprawdę nie jest potrzebna do przetrwania i reprodukcji?

Z pewnością wszystkie instynkty, popędy i emocje rozwinęły się, by sprostać ewolucyjnym naciskom na przetrwanie i reprodukcję. Kiedy jednak te naciski znikają, ukształtowane przez nie instynkty, popędy i emocje nie wyparowują natychmiast. Nawet jeśli nie przyczyniają się już do przetrwania i reprodukcji, nadal kształtują subiektywne doświadczenia zwierzęcia. Fizyczne, emocjonalne i społeczne potrzeby dzisiejszych krów, psów i ludzi nie odzwierciedlają ich obecnego stanu, ale raczej napięcia ewolucyjne, jakie ich przodkowie napotkali dziesiątki tysięcy lat temu.

Dlaczego współcześni ludzie tak uwielbiają słodycze? Na początku XXI wieku nie musimy przecież jeść lodów i czekolady, by przetrwać. Natomiast gdy nasi przodkowie z epoki kamienia natykali się na słodkie dojrzałe owoce, najrozsądniejszą rzeczą było zjedzenie ich jak najwięcej możliwie najszybciej. Dlaczego młodzi mężczyźni lekkomyślnie jeżdżą samochodami, wdają się w ostre bijatyki i hakują poufne strony internetowe? Nie dlatego, że przestrzegają prawa, które zabrania tych działań, ale raczej dlatego, że postępują zgodnie ze starożytnymi dekretami zapisanymi w genach. Siedemdziesiąt tysięcy lat temu młody myśliwy, który zaryzykował życie w pogoni za mamutem, wyprzedził dzięki temu wszystkich konkurentów i zdobył rękę lokalnej piękności – w ten sposób przyczepiły się do nas jego maczystowskie geny.

Ta sama ewolucyjna logika kształtuje życie krów i cieląt w naszych hodowlach przemysłowych. Pradawne dzikie bydło było zwierzętami społecznymi. Aby przetrwać i się rozmnażać, musiało się komunikować, współpracować i efektywnie konkurować. Podobnie jak wszystkie ssaki społeczne, dzikie bydło przyswoiło niezbędne umiejętności społeczne podczas zabawy. Szczenięta, kocięta, cielęta i dzieci lubią się bawić, ponieważ ewolucja wszczepiła im tę potrzebę. W naturze musiały się bawić. W przeciwnym razie nie nabyłyby umiejętności społecznych niezbędnych do przetrwania i reprodukcji. Gdyby kocię lub cielę urodziło się z rzadką mutacją, przez którą stałoby się obojętne na zabawę, mało prawdopodobne, by udało mu się przeżyć lub rozmnożyć; także gdyby jego przodkowie nie nabyli tych umiejętności, ono nie przyszłoby na świat. Na podobnych zasadach ewolucja wszczepiła szczeniętom, kociętom, cielętom i ludzkim dzieciom niezwykle silne pragnienie trzymania się blisko matki. Przypadkowa mutacja osłabiająca więź matka–niemowlę była wyrokiem śmierci.

Co się dzieje, gdy hodowcy oddzielają jałówkę od matki, umieszczają w maleńkiej klatce, szczepią przeciwko różnym chorobom, dostarczają żywność i wodę, a następnie, gdy osiągnie odpowiedni wiek, sztucznie zapładniają? Obiektywnie patrząc, aby przeżyć i się rozmnażać, cielę to nie potrzebuje ani matczynych więzi, ani towarzyszy zabaw. Wszystkie potrzeby zostały zaspokojone przez ludzkich panów. Ale z subiektywnego punktu widzenia jałówka wciąż odczuwa silną potrzebę kontaktu z matką i zabaw z cielętami. Jeśli nie może ich zaspokoić, bardzo cierpi.

Oto podstawowa lekcja psychologii ewolucyjnej: potrzeba ukształtowana przez tysiące pokoleń, nawet jeśli obecnie nieistotna dla przetrwania i reprodukcji, nadal odczuwana jest subiektywnie. Niestety, rewolucja neolityczna dała ludziom moc, aby zapewnić udomowionym zwierzętom warunki do życia i rozmnażania się, ignorując zarazem ich subiektywne potrzeby. W konsekwencji udomowione zwierzęta zbiorowo odniosły największy na świecie sukces reprodukcyjny, a zarazem indywidualnie są najbardziej nieszczęśliwymi zwierzętami, jakie kiedykolwiek istniały.

W ciągu ostatnich kilku stuleci, kiedy tradycyjne rolnictwo ustąpiło miejsca przemysłowemu, sytuacja uległa tylko pogorszeniu. W tradycyjnych społeczeństwach, jak choćby w starożytnym Egipcie, Cesarstwie Rzymskim czy średniowiecznych Chinach, ludzie mieli szczątkowe zrozumienie biochemii, genetyki, zoologii i epidemiologii. W związku z tym ich zdolności manipulacyjne były ograniczone. W średniowiecznych wioskach kury biegały między domami, dziobały nasiona i robaki na kompoście i budowały gniazda w stodole. Gdyby ambitny wieśniak próbował zamknąć tysiąc kur w zatłoczonym kurniku, przyplątałaby się zapewne epidemia ptasiej grypy, która zabiłaby wszystkie ptaki, a także wielu mieszkańców wioski. Żaden kapłan, szaman ani lekarz-czarownik nie zdołaliby temu zapobiec.

Ale kiedy współczesna nauka rozszyfrowała tajniki ptaków, wirusów i antybiotyków, ludzie mogli zacząć wystawiać zwierzęta na ekstremalne warunki. Za pomocą szczepień, leków, hormonów, pestycydów, centralnych systemów klimatyzacyjnych, automatycznych podajników jedzenia i wielu innych nowatorskich gadżetów da się ścisnąć dziesiątki tysięcy kur na maleńkiej przestrzeni i produkować mięso i jajka na niespotykanym dotychczas poziomie wydajności.

Los zwierząt w takich obiektach przemysłowych stał się jedną z najbardziej naglących kwestii etycznych naszych czasów, przynajmniej jeśli idzie o liczbę stworzeń, których dotyczy. Dziś większość dużych zwierząt żyje w gospodarstwach przemysłowych. Wyobrażamy sobie, że naszą planetę zamieszkują lwy, słonie, wieloryby i pingwiny. Może tak być w programach National Geographic, filmach Disneya i bajkach dla dzieci, ale nie w prawdziwym świecie. Bo w nim na czterdzieści tysięcy pozostałych przy życiu lwów przypada miliard udomowionych świń; na pół miliona słoni – półtora miliarda udomowionych krów; na pięćdziesiąt milionów pingwinów – dwadzieścia miliardów kur.

W 2009 roku w Europie żyło 1,6 miliarda dzikich ptaków, wszystkich gatunków łącznie. W tym samym roku europejski przemysł mięsny i jajeczny wyhodował 1,9 miliarda kur. Ogółem wszystkie udomowione zwierzęta świata ważą jakieś 700 milionów ton. Dla porównania mamy 300 milionów ton ludzi i mniej niż 100 milionów ton dużych dzikich zwierząt („duże” oznacza zwierzęta o masie co najmniej kilku kilogramów).

Dlatego właśnie los zwierząt hodowlanych nie jest kwestią drugorzędną. Dotyczy on większości dużych stworzeń na Ziemi: dziesiątek miliardów czujących istot, z których każda w złożony sposób odbiera świat wrażeń i emocji, ale które żyją i umierają jako trybiki w przemysłowej linii produkcyjnej. Jeśli Peter Singer ma rację, hodowla przemysłowa jest odpowiedzialna za więcej bólu i nieszczęścia niż wszystkie wojny razem wzięte.

Badania na zwierzętach odegrały jak dotąd ponurą rolę w tej tragedii. Społeczność naukowa wykorzystywała coraz bogatszą wiedzę o gatunkach innych niż własny głównie po to, by – w służbie przemysłu ludzkiego – jeszcze efektywniej manipulować ich życiem. Zarazem ta sama wiedza wykazała ponad wszelką wątpliwość, że zwierzęta hodowlane są istotami czującymi, o zawiłych stosunkach społecznych i wyrafinowanych wzorcach psychologicznych. Mogą nie być tak inteligentne jak my, ale z pewnością znają ból, strach, samotność i miłość. One też mogą cierpieć, ale i być szczęśliwe.

Najwyższy czas, abyśmy wzięli te naukowe wnioski do serca, ponieważ wraz z rosnącą potęgą ludzi rośnie nasza zdolność do niszczenia lub wykorzystywania innych zwierząt. Przez cztery miliardy lat życie na Ziemi podlegało doborowi naturalnemu. Teraz w coraz większym stopniu jest rządzone przez ludzki inteligentny projekt. Biotechnologia, nanotechnologia i sztuczna inteligencja wkrótce pozwolą człowiekowi na radykalne przekształcenie żywych istot, co na nowo zdefiniuje sens życia. Kiedy przyjdzie nam projektować ten odważny nowy świat, powinniśmy brać pod uwagę dobro wszystkich czujących istot, a nie tylko dobro homo sapiens.

Wyzwolenie zwierząt rodzi pytania etyczne, które powinien sobie zadawać każdy człowiek. Nie wszyscy muszą się zgadzać z tezami Singera. Zważywszy jednak na ogromną przewagę, jaką ludzkość ma nad wszystkimi innymi zwierzętami, naszym etycznym obowiązkiem jest poważna debata.

DARIUSZ GZYRA

WPROWADZENIE DO POLSKIEGO WYDANIA

OPUBLIKOWANE PO RAZ PIERWSZY W 1975 ROKU Wyzwolenie zwierząt trudno porównać z jakąkolwiek inną książką dotyczącą relacji człowieka z resztą zwierząt. Jej sukces, mierzony liczbą czytelników i czytelniczek, cytowań i omówień, sumą nakładów, a także niegasnącym zapotrzebowaniem na kolejne wznowienia i nowe tłumaczenia, jest niedościgniony. To właśnie Wyzwolenie zwierząt zostało nazwane – w sposób nieco kłopotliwy dla Autora, podejrzliwego wobec dogmatów i nieodwołującego się do uzasadnień natury religijnej – „biblią ruchu prozwierzęcego”. Żadna inna książka nie zyskała tego miana. Wyzwolenie zwierząt jest przekonującą mieszanką fragmentów faktograficznych dotyczących współczesnej eksploatacji zwierząt z uproszczoną wykładnią podstawowych zasad teorii etycznej – jednej z odmian utylitaryzmu. Składa się z tego, co przedstawione możliwie obiektywnie, i tego, co autorskie, będące wynikiem szczerego i nieukrywanego zaangażowania Autora. Nie ogranicza się on do konstatacji; szkicuje też wizję lepszej przyszłości i propozycje jej realizacji.

Pierwsze wydanie Wyzwolenia zwierząt było zarówno postawieniem kropki nad i, jak i wprowadzeniem nowej jakości. Czytelne wyartykułowanie tego, co „wisi w powietrzu”, to wielka umiejętność. Jednocześnie książka ta nie zamknęła żadnej kwestii, przeciwnie – pomogła uruchomić lawinę kolejnych działań i dyskusji, nigdy nie przestając inspirować. Bez wątpienia, pomimo upływu lat, pozostaje ważnym punktem odniesienia, tym bardziej że w kolejnych wydaniach Autor dokonywał zmian w treści, choć nie były one fundamentalne. Oprócz koniecznych uaktualnień mieliśmy w niektórych aspektach do czynienia także ze zmianą stanowiska filozoficznego.

Nie da się nazwać dzisiejszych wydań tej książki przełomowymi. To oczywiste: przełom, który mógł się dzięki niej dokonać, już się dokonał. Trudno sobie zresztą wyobrazić, by jakakolwiek jedna książka poświęcona etyce relacji człowieka i zwierząt mogła obecnie zdziałać więcej niż Wyzwolenie zwierząt. Nie wrócimy już do głodu takiej literatury, panującego w czasie, gdy rodził się współczesny ruch prozwierzęcy, a nieliczni badacze i badaczki problemu statusu zwierząt musieli walczyć o jakiekolwiek przejawy uznania ich za pełnoprawnych uczestników dyskusji akademickiej. Dziś nie tylko ilość, ale i stopień zniuansowania i zróżnicowania rozważań etycznych dotyczących zwierząt, snutych z intencją windykacji statusu zwierząt w międzygatunkowej wspólnocie, mogą przyprawić o zawrót głowy. Napisano już wiele książek o jeszcze mocniejszej retoryce i dalej idących postulatach, a także takich, które odsłaniają jeszcze więcej i jeszcze bardziej przerażających faktów dotyczących traktowania zwierząt. Wciąż pojawiają się też nowe, podsumowujące aktualny stan badań nad naturą zwierząt: ich zdolnością do odczuwania, podmiotowością i potrzebami, czyli nad podstawami przyznawania im statusu moralnego.

Gdyby nie Wyzwolenie zwierząt, zapewne nie byłoby dziś tak zaawansowanej i zaangażowanej dyskusji w ramach studiów nad zwierzętami, chociaż warto przy tym dodać zastrzeżenie: nie znaczy to, że poglądy Autora pozostają niekwestionowane. Wiele innych koncepcji przychylnych zwierzętom, wywodzących się z odmiennych nurtów filozoficznych i tradycji intelektualnych, było budowanych w krytycznym dialogu z myślą Singera. Znaczenie danej idei, jak i konkretnej publikacji, mierzy się również ilością i jakością interesującej, wzbogacającej krytyki – także w tym sensie książka okazała się bardzo ważna. Możliwość jej krytykowania z tak wielu odmiennych perspektyw przychylnych zwierzętom jest rysem charakterystycznym naszych czasów – wspólnym osiągnięciem, z jakim nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia, i jednym z dowodów dojrzałości szeroko rozumianego ruchu prozwierzęcego, którego częścią od początku byli intelektualiści.

Z pewnością cała ta praca intelektualna jest konieczna dla zrozumienia fenomenu zwierząt pozaludzkich i relacji, w jakie z nimi wchodzimy. Jest konieczna, lecz niewystarczająca, nawet jeśli płynące z niej wnioski coraz częściej stają się elementem procesu edukacji. Przekonujemy się o tym każdego dnia, gdy patrzymy zarówno na skalę zwierzęcej krzywdy wyrządzanej przez ludzi, jak i na skrajne formy eksploatacji zwierząt (jak choćby powszechnie stosowany chów przemysłowy), będące wciąż niezagrożonym elementem kultury i cywilizacji Zachodu. Jeśli przeanalizujemy zmiany, jakie zaszły w świecie Zachodu od momentu pierwszego wydania Wyzwolenia zwierząt, również dzięki kolejnym wznowieniom tej książki, zobaczymy uderzający kontrast: z jednej strony budujący obraz coraz częstszego i wyższej jakości teoretyzowania o statusie moralnym zwierząt, z drugiej – brak efektywnego i wystarczającego przełożenia na praktykę. W opisie rzeczywistości wciąż możemy używać określeń, które znajdujemy w Wyzwoleniu zwierząt: absolutna i nieograniczona władza człowieka nad resztą zwierząt, zorganizowana tyrania, bezwzględna eksploatacja, niezliczone morderstwa i nieustanne maltretowanie.

Czy można powiedzieć, że książka odniosła sukces jako narzędzie poprawy sytuacji zwierząt? Peter Singer powiedział kiedyś, że gdy ją pisał, naprawdę sądził, że może nią zmienić świat. Tłumaczył, że po części wynikało to z wciąż w tamtym czasie wyczuwalnego entuzjazmu lat sześćdziesiątych XX wieku i nadziei na to, że radykalne pozytywne zmiany są możliwe. Dodał jednak, zdaniem wielu z przesadną skromnością[1*], że niestety, wystarczy pójść do najbliższego McDonalda, by się przekonać, jak wątpliwy jest jej sukces rozumiany jako rzeczywista poprawa sytuacji zwierząt i radykalna zmiana świata[2*]. Jednak żaden realista nie oczekuje, że jakakolwiek książka wystarczy do przestawienia zwrotnicy biegu dziejów. Niejedna natomiast w tym procesie pomogła, a książka Petera Singera z pewnością należy do tego zbioru – książek sprawczych w sensie społecznym i politycznym, przygotowujących i ułatwiających zmianę. Jestem przekonany, że nie byłoby również współczesnego ruchu prozwierzęcego w jego kształcie i z jego sukcesami, jakkolwiek niewystarczającymi, gdyby nie Wyzwolenie zwierząt. Wiele zmian społecznych, jak choćby zwiększenie liczby osób świadomych wagi swoich codziennych wyborów i odmawiających spożywania produktów pochodzenia zwierzęcego, a także wszelkie tego konsekwencje dla rynku i technologii żywieniowych ułatwiających wprowadzanie etycznych alternatyw na przykład dla mięsa, mleka i jajek, ma związek z pojawieniem się tej książki.

Obecne, drugie wydanie Wyzwolenia zwierząt w Polsce przypada na bardzo ciekawy moment w historii ruchu społecznego na rzecz zwierząt. To czas, ożywczego moim zdaniem, napięcia pomiędzy idealizmem a pragmatyzmem działania. Wiemy już dostatecznie dobrze, jak trudna jest radykalna zmiana statusu zwierząt w kulturze i powszechna rewizja krzywdzących praktyk wobec nich. Obecnie trwa również ewaluacja dotychczasowych taktyk zabiegania o zmianę społeczną i podejmowania prób wypracowania takiej formuły działania, która jest jednocześnie tu i teraz skuteczna, ale nie gubi szerszej perspektywy i pamięta o długoterminowym celu – tytułowym wyzwoleniu zwierząt. Jedną z prób jest koncepcja tak zwanego efektywnego altruizmu i zgodny z jej założeniami nurt działania charytatywnego, zarówno w teorii, jak i praktyce sięgająca do badań dotyczących rzeczywistej efektywności pomagania. I tu znów należy podkreślić rolę Autora: uwzględnianie w ramach efektywnego altruizmu również zwierząt pozaludzkich jest w dużej mierze jego zasługą. Ten niełatwy, ale obiecujący moment dyskusji nad tym, jak i komu pomagać, wymagający pokory, twórczej wyobraźni i umiejętnego zharmonizowania tego, co rozumowe i emocjonalne, daje książce kolejną możliwość nowego odczytania. Gdy Autor stwierdza, że trzeba uznać nieuchronność politycznych kompromisów, umieć porzucić mentalność „wszystko albo nic” i panować nad moralnym pryncypializmem i drobiazgowością, wpisuje się w tę dyskusję. Pozostaje jej częścią również wtedy, gdy – przeciwnie – przestrzega przed nadmierną ostrożnością postulatów, pisząc, że ograniczone, reformistyczne kampanie „muszą stać się częścią większej wojny”[3*].

Jednym z najważniejszych wątków Wyzwolenia zwierząt jest wskazanie na osobistą współodpowiedzialność wszystkich nas za to, w jaki sposób traktowane są tak zwane zwierzęta gospodarskie – najczęstsze ofiary szowinizmu gatunkowego. Niniejsze wydanie książki pojawia się w momencie, gdy po latach starań środowiska działającego na rzecz zwierząt statystyki dotyczące liczby wegan w naszym kraju, a także wegetarian i osób ograniczających spożycie mięsa[4*], zaczynają zawstydzać sceptyków niewierzących w zdolność społeczeństwa do zmiany. Statystyki te nigdy wcześniej nie były tak wysokie i nigdy nie rosły tak szybko. Z pewnością wciąż będą rosnąć, o ile gotowości do osobistej zmiany będą towarzyszyć systemowe ułatwienia dokonywania etycznych wyborów.

Niezależnie od kwestii szacunku dla zwierząt wybory wspierające trend odchodzenia od masowej eksploatacji zwierząt powinny być promowane przez państwo, o ile chce ono poważnie traktować zdrowie swoich obywateli i stan środowiska, w którym żyjemy. Zapewne nie spełni się nadzieja z dedykacji książki, że siła argumentacji etycznej zdoła przezwyciężyć egoizm naszego gatunku. Na szczęście jednak coraz więcej twardych danych wskazuje, że rezygnacja z zależności od eksploatacji zwierząt byłaby korzystna również dla nas.

PRZEDMOWA DO WYDANIA Z 1975 ROKU

JEST TO OPOWIEŚĆ O TYRANII CZŁOWIEKA wobec zwierząt. Tyrania ta była i jest przyczyną bólu i cierpienia, jakie da się porównać jedynie z tym, czego doświadczyła rasa czarna przez wieki panowania białego człowieka. Walka z okrutnym traktowaniem zwierząt jest nie mniej ważna niż inne toczone w ostatnich latach batalie o kwestie moralne i społeczne.

Większość czytelników uzna to za grubą przesadę. Nawet ja jeszcze pięć lat temu śmiałbym się z poglądów, które dzisiaj wygłaszam zupełnie poważnie. Wówczas jednak wiedziałem dużo mniej niż teraz. Uważnemu czytelnikowi, który prześledzi zwłaszcza rozdziały drugi i trzeci, przekażę z mojej wiedzy tyle, ile udało mi się zawrzeć w książce nieprzekraczającej rozsądnej objętości. Wtedy oceni, czy słowa te są grubą przesadą czy wyważoną oceną sytuacji prawie zupełnie nieznanej ogółowi. Nie żądam, by z góry mi uwierzył. Proszę tylko, by zawiesił swój sąd do chwili, gdy skończy czytać książkę.

Kiedy zacząłem ją pisać, dowiedziała się o tym pewna pani i zaprosiła mnie wraz z żoną na herbatę (trzeba dodać, że mieszkaliśmy wtedy w Anglii). Powiedziała, że ogromnie interesują ją zwierzęta, a jej przyjaciółka, która napisała o nich książkę, bardzo chciałaby nas poznać.

Przyszliśmy więc z wizytą. Przyjaciółka rzeczywiście uwielbiała mówić o zwierzętach. „Bardzo kocham zwierzęta” – zaczęła. „Mam psa i dwa koty, i wprost niewiarygodne, w jakiej zgodzie żyją. Czy znają państwo panią Scott? Prowadzi szpitalik dla chorych zwierząt...” – rozgadała się szybko. Na chwilę przerwała, gdy podano przekąski, wybrała kanapkę z szynką, a potem zapytała, jakie mamy zwierzęta.

Odpowiedzieliśmy, że żadnych. Trochę zdziwiona odgryzła kęs. Gospodyni skończyła podawać, przysiadła się do nas i włączyła do rozmowy: „Ale chyba interesują pana zwierzęta?”.

Staraliśmy się wytłumaczyć, że obchodzi nas zapobieganie nieszczęściu i cierpieniu; że jesteśmy przeciwko dyskryminacji; że złem jest zadawanie niepotrzebnych cierpień innym, nawet jeśli nie należą do naszego gatunku; że człowiek eksploatuje zwierzęta bezwzględnie i okrutnie; i że czas z tym skończyć. Ale szczególnymi „miłośnikami” zwierząt wcale nie jesteśmy. Nie pasjonujemy się psami, kotami czy końmi. Nie „kochamy” zwierząt. Chcemy jednak, by traktowano je tak, jak na to zasługują – jak autonomiczne, odczuwające istoty, a nie środki do ludzkich celów (czyli nie tak, jak potraktowano świnię, której mięso właśnie dostaliśmy na kanapkach).

Nie jest to książka o ulubionych zwierzętach-przyjaciołach. Raczej nie będzie przyjemną lekturą dla kogoś, kto przez miłość do zwierząt rozumie głaskanie kota lub karmienie ptaków w parku. Adresowana jest do ludzi, którzy chcą, by zniknęło okrucieństwo i eksploatacja, i sądzą, że etyczna zasada równego poszanowania interesów chroni nie tylko członków naszego gatunku. Już samo przekonanie, że podobne kwestie mogłyby obchodzić wyłącznie „miłośników zwierząt”, świadczy o tym, jak obca jest idea, że wobec ludzi i zwierząt obowiązują te same standardy moralne. Pomysł, że prawa mniejszości rasowych obchodzą wyłącznie kogoś, kto je kocha lub uważa za miłe i urocze, może przyjść do głowy jedynie rasiście, obrzucającemu przeciwników epitetem „miłośnicy czarnuchów”. Dlaczego więc myśleć w ten sposób o ludziach chcących poprawy losu zwierząt?

Cały problem w dużej mierze właśnie dlatego znalazł się poza obrębem poważnej dyskusji politycznej i etycznej, że protestującym przeciw okrucieństwu wobec zwierząt przyklejono etykietkę sentymentalnych, nadmiernie emocjonalnych „miłośników zwierząt”. Łatwo zrozumieć, dlaczego tak się stało. Gdyby potraktować problem z należytą powagą i na przykład przyjrzeć się uważniej warunkom życia zwierząt na fermach przemysłowej produkcji mięsa, być może przestałyby nam smakować kanapki z szynką, rostbef, pieczone kurczęta i wszystkie inne dania, o których wolimy nie myśleć jak o martwych zwierzętach.

Książka ta nie usiłuje grać na uczuciu sympatii do „uroczych” zwierząt. Zabijanie koni czy psów na mięso nie oburza mnie bardziej niż zabijanie świń. Wcale mnie nie uspokaja, gdy w reakcji na protesty, jakie wzbudza użycie psów rasy beagle do testowania śmiercionośnych gazów bojowych, Departament Obrony Stanów Zjednoczonych obiecuje przejść na doświadczenia na szczurach.

W książce tej próbuję natomiast systematycznie i szczegółowo rozważyć problem właściwego traktowania zwierząt. Ujawniam przy tym przesądy kryjące się za naszymi postawami i zachowaniami. W rozdziałach ukazujących ich praktyczne skutki – cierpienia zwierząt pod tyranią człowieka – znajdą się miejsca, które wzbudzą emocje. Mam nadzieję, że będą to gniew i oburzenie, a także postanowienie, by ten stan rzeczy zmienić. Nigdzie nie odwołuję się do uczuć w sposób niepoparty argumentami, nieuczciwością byłoby jednak opisywanie spraw przykrych w sposób neutralny, fałszujący ich prawdziwy charakter. Nie można bezstronnie i obojętnie pisać o eksperymentach, które w nazistowskich obozach koncentracyjnych „lekarze” prowadzili na uważanych za „podludzi” więźniach; podobnie nie można obojętnie mówić o doświadczeniach wykonywanych obecnie na zwierzętach w laboratoriach Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych czy gdziekolwiek indziej. W obu przypadkach sprzeciw w gruncie rzeczy nie bierze się z powodów emocjonalnych. Odwołuje się do fundamentalnych, powszechnie przyjętych zasad moralnych, i to rozum, a nie uczucie, nakazuje stosować je do ofiar wszystkich tego rodzaju eksperymentów.

* * *

TYTUŁ KSIĄŻKI WYBRAŁEM NIEPRZYPADKOWO. Istotą każdego ruchu wyzwoleńczego jest żądanie, by położyć kres uprzedzeniom i dyskryminacji z tak arbitralnych powodów jak choćby rasa czy płeć. Klasycznym przykładem jest Ruch Wyzwolenia Czarnych, który szybko wywarł wpływ i odniósł sukces, stając się wzorem dla innych uciskanych mniejszości. Potem przyzwyczailiśmy się do ruchu wyzwolenia gejów i lesbijek oraz ruchów w obronie amerykańskich Indian czy Amerykanów latynoskiego pochodzenia. Gdy kampanię rozpoczęły kobiety – grupa jednak większościowa – zdawać się mogło, że doszliśmy już do końca drogi. Sądzono, że dyskryminacja ze względu na płeć jest ostatnią formą dyskryminacji jawnie, otwarcie i powszechnie akceptowaną i praktykowaną – nawet w środowiskach liberalnych, od dawna dumnych ze swego braku uprzedzeń rasowych.

Mówiąc o „ostatniej formie dyskryminacji”, powinniśmy jednak zachować ostrożność. Ruchy wyzwoleńcze nauczyły nas przynajmniej tego, że trudno zdać sobie sprawę z nieświadomych uprzedzeń do pewnych grup, dopóki zjawisko to nie zostanie nam unaocznione.

Ruchy wyzwoleńcze zmuszają też do rozszerzenia horyzontów moralnych. Zachowania dawniej naturalne i oczywiste okazują się wynikiem przesądów. Czy ktoś z całym przekonaniem może stwierdzić, że żadnych jego zachowań czy postaw nie można zakwestionować? Jeśli nie chcemy zaliczać się do ciemiężycieli, musimy być gotowi do przemyślenia na nowo naszego – na pozór nawet zupełnie oczywistego – stosunku do innych grup. Musimy przyjrzeć się mu z punktu widzenia tych, którym przysparza cierpień. Jeśli uda nam się taki niezwykły zwrot duchowy, może odkryjemy, że sens naszych zachowań i postaw sprowadza się do faworyzowania pewnej grupy, zwykle własnej, kosztem innej. Wtedy uznamy konieczność zaistnienia nowego ruchu wyzwoleńczego.

Celem tej książki jest sprowokowanie u czytelnika podobnej przemiany postaw i postępowania wobec ogromnej grupy istot żywych – innych gatunków. Sądzę, że za naszym obecnym stosunkiem do nich kryje się długa historia przesądów i dyskryminacji i że samolubne pragnienie zachowania przywilejów wyzyskiwacza jest jedynym powodem, dla którego grupy te nie zostały objęte zasadą równego respektowania interesów. Chcę, by czytelnik dostrzegł, że jego postawa wobec przedstawicieli innych gatunków jest równie wątpliwa, co uprzedzenia rasowe lub seksistowskie.

W porównaniu z innymi ruchami wyzwoleńczymi ruch wyzwolenia zwierząt ma wiele słabości. Pierwszą i najbardziej oczywistą jest niezdolność dyskryminowanej grupy do zorganizowania protestu przeciwko sposobowi, w jaki jest traktowana (chociaż jednostki mogą protestować i robią to tak, jak potrafią). To my musimy przemówić w imieniu tych, którzy mówić nie umieją. Jak wielka jest to słabość, można ocenić, stawiając pytanie, jak długo czarna rasa musiałaby czekać na równe prawa, gdyby nie była zdolna sama się o nie upomnieć. Tym łatwiej ciemiężyć jakąś grupę, im trudniej jest się jej zorganizować w proteście przeciwko uciskowi.

Jeszcze głębszym cieniem na szansę ruchu wyzwolenia zwierząt kładzie się uczestnictwo w ucisku i czerpanie z niego korzyści przez niemal wszystkich członków grupy wyzyskiwaczy. W gruncie rzeczy wielu ludzi może patrzeć na krzywdę zwierząt z obojętnością równą choćby tej, z jaką biali z Północy debatowali nad niewolnictwem w południowych stanach Unii. Tym, którzy na co dzień jedzą kawałki zabitych zwierząt, trudno uwierzyć, że robią coś złego, i trudno im sobie wyobrazić, że mogliby jeść coś innego. Właśnie dlatego nikt z nich nie jest bezstronny. Konsument mięsa odnosi – lub przynajmniej tak sądzi – korzyść z powszechnego lekceważenia dobra zwierząt. Tym trudniej go przekonać. Lecz ilu właścicieli niewolników z Południa przekonały argumenty abolicjonistów z Północy, akceptowane dziś niemal przez wszystkich? Niewielu. Mogę oczywiście prosić czytelnika, by zastanawiając się nad argumentami tej książki, abstrahował od swych interesów istoty mięsożernej. Z własnego doświadczenia wiem, że nawet przy najlepszych intencjach nie jest to łatwe. Chęć jedzenia mięsa jest bowiem skutkiem długoletniego przyzwyczajenia, określającego nasz stosunek do zwierząt.

Przyzwyczajenie. Oto ostatnia bariera, przed którą staje ruch wyzwolenia zwierząt. Zwalczać i zmieniać trzeba nie tylko nawyki żywieniowe, lecz także myślowe i językowe. Nawyki myślowe skłaniają nas, byśmy opisy okrucieństwa wobec zwierząt kwitowali słowami: „emocjonalne”, „typowe dla miłośników zwierząt”, a przynajmniej byśmy kwestię tę uważali za tak banalną w porównaniu z ludzkimi problemami, że nikt rozsądny nie będzie się nią przejmował. Lecz i to jest przesądem – nie można bowiem ocenić, czy problem jest banalny, nie poświęcając mu czasu i uwagi. Książka ta koncentruje się tylko na dwóch sferach ludzkich działań prowadzących do cierpień zwierząt, dzięki czemu jej analizy są bardziej szczegółowe. Nie sądzę jednak, by po jej przeczytaniu ktoś nadal sądził, że czasu i zachodu warte są tylko sprawy ludzkie.

Nawyki myślowe skłaniające do lekceważenia interesów zwierząt można zwalczać; będziemy to czynić też na kartach tej książki. Zarzuty muszą być jednak wyrażone w jakimś języku; w moim przypadku – w języku angielskim. Tak jak inne, i on odzwierciedla przesądy użytkowników. Autor, chcąc je zwalczać, staje więc przed dobrze znanym dylematem: albo będzie używać języka wzmacniającego uprzedzenia, albo nie będzie rozumiany przez czytelników. W tej książce wybrałem pierwsze rozwiązanie. Zwykle używamy słowa „zwierzę” w znaczeniu: „zwierzę inne niż człowiek”. Ten sposób mówienia separuje człowieka od innych zwierząt, sugerując, że my nimi nie jesteśmy – wniosek, którego fałsz jest oczywisty dla każdego, kto choćby tylko w szkole podstawowej uczył się biologii.

W powszechnym przekonaniu termin „zwierzę” obejmuje istoty tak różne, jak ostrygi i szympansy, wyznaczając zarazem ostrą granicę między ludźmi a szympansami, chociaż z tymi ostatnimi łączy nas dużo bliższe pokrewieństwo niż szympansy z ostrygami. Ponieważ nie ma innego słowa na określenie zwierząt pozaludzkich, w tytule tej książki i na jej stronach musiałem używać słowa „zwierzę” tak, jakby nie odnosiło się do człowieka. To godne pożałowania odejście od wymagań czystości rewolucyjnej jest koniecznym warunkiem skutecznego porozumiewania się. Niekiedy jednak, aby przypomnieć, że jest to tylko kwestia wygody, będę nazywał stworzenia określane kiedyś jako „nierozumne” w nieco dłuższy, lecz trafniejszy sposób. W innych kontekstach także staram się unikać języka, który deprecjonuje zwierzęta lub maskuje naturę tego, co jemy.

Główne zasady ruchu wyzwolenia zwierząt są proste. Starałem się więc napisać książkę przejrzystą i przystępną, niewymagającą od czytelnika żadnej szczególnej wiedzy. Muszę jednak zacząć od zasad będących podstawą tego, co mam do powiedzenia. Zrozumienie ich nie powinno sprawiać żadnych trudności, jednak komuś nieprzyzwyczajonemu do takich rozważań rozdział pierwszy może wydać się dość abstrakcyjny. Proszę jednak, by się nie zniechęcał. W następnych przedstawię mało znane fakty ukazujące krzywdę innych gatunków pod panowaniem człowieka. Ani ta krzywda, ani te rozdziały nie są niczym abstrakcyjnym.

Realizacja postulatów w nich przedstawionych zaoszczędziłaby wielkich cierpień milionom zwierząt. Korzyść odniosłyby również miliony ludzi. Gdy piszę te słowa, na świecie miliony ludzi umierają z głodu, a kolejnym milionom grozi głód. Rząd Stanów Zjednoczonych oświadczył, że z powodu nieurodzaju i niewystarczających zapasów zboża może udzielić tylko ograniczonej – więc niewystarczającej – pomocy. Lecz jak pokazuje rozdział czwarty, wynikiem domagania się przez zamożne narody prowadzenia mięsnej hodowli zwierząt jest marnowanie kilkukrotnie większej masy żywności niż wytwarzana. Zaprzestanie takiej hodowli i uboju dałoby środki na dodatkową żywność, która, właściwie rozdzielona, zlikwidowałaby na świecie głód i niedożywienie. Wyzwolenie zwierząt jest także wyzwoleniem człowieka.

PRZEDMOWA DO WYDANIA Z 1995 ROKU

POWTÓRNA LEKTURA PRZEDMOWY DO PIERWSZEGO WYDANIA jest jak powrót do na wpół zapomnianego świata. Ludzie, którym leży na sercu los zwierząt, nie częstują mnie już kanapkami z szynką. Aktywiści ruchu wyzwolenia zwierząt zostali wegetarianami; nawet bardziej konserwatywny ruch ochrony zwierząt stał się w jakimś stopniu świadomy problemu jedzenia mięsa. Ci, którzy je jedzą, robią to z poczuciem winy, gotowi, przyrządzając posiłki dla innych, uwzględnić także odmienne możliwości. Ze zrozumieniem spotyka się idea, by sympatią, jaką obdarzamy psy i koty, objąć również świnie, kurczęta, a nawet szczury laboratoryjne.

Nie wiem, jaki udział w tej zmianie przypada książce Wyzwolenie zwierząt. Dziennikarze popularnych czasopism przylepili jej etykietkę „biblii ruchu wyzwolenia zwierząt”. Schlebia mi to, ale i niepokoi. Nie wierzę w biblie: żadna książka nie ma monopolu na prawdę. A na pewno niczego nie osiągnie, jeśli nie trąci jakiejś struny w czytelniku. Ruch wyzwolenia zwierząt jest naturalną konsekwencją ruchów wyzwolenia z lat sześćdziesiątych: książka ta zebrała ich argumenty w pewną zwartą całość. Reszta była dziełem miłych, wrażliwych i zapracowanych ludzi – najpierw garstki, potem setek i tysięcy, dzisiaj może nawet milionów – którzy stworzyli ruch wyzwolenia zwierząt. Im właśnie poświęcam zmienione wydanie tej książki; bez nich podzieliłaby ona los Animal Rights [Prawa zwierząt] Henry’ego Salta, pracy wydanej w 1892 roku, przez osiemdziesiąt lat w zapomnieniu pokrywającej się kurzem na półkach Muzeum Brytyjskiego, i dopiero teraz, dzięki kilku nieprecyzyjnym odnośnikom, odnalezionej tam przez młode pokolenie, które odkryło, że ich argumenty wypowiedziano już znacznie wcześniej, ale daremnie.

Tym razem nie będą daremne. Ruch zbyt już urósł w siłę. Wiele wywalczył dla zwierząt; znacznie więcej jest jeszcze przed nim. Stał się już organizacją ogólnoświatową i długo jeszcze będzie o nim głośno.

Często słyszę pytanie, czy cieszy mnie jego rozwój, zadawane tak, jakby moja odpowiedź była oczywista: nigdy nie śniłem o tak wielkim wpływie książki. Lecz to nieprawda. Marzyłem, że każdy, kto ją przeczyta, powie sobie: „oczywiście”, zostanie wegetarianinem, zacznie protestować przeciwko sposobowi, w jaki traktujemy zwierzęta, tak, by coraz więcej ludzi usłyszało przesłanie ruchu wyzwolenia zwierząt, aż nieodparta fala publicznego protestu zmiecie przynajmniej najgorsze i najbardziej bezsensowne formy zadawania im cierpień.

Marzenia te na pewno hamowała świadomość przeszkód: konserwatyzmu większości z nas co do sposobu napełniania żołądków; interesów kół finansowych, które aż do ostatniego miliona będą bronić prawa do zyskownej eksploatacji zwierząt; ciężaru gatunkowego historii i tradycji utrwalających postawy, które usprawiedliwiają eksploatację. Miło mi więc otrzymać list lub spotkać kogoś, kto przeczytał tę książkę, powiedział sobie: „To jasne...”, przestał jeść mięso i zaczął działać w ruchu wyzwolenia zwierząt. Jeszcze bardziej mnie cieszy, że po latach uporczywej walki prowadzonej przez tak wielu ruch stał się ważnym faktem politycznym i społecznym. Lecz to za mało, o wiele za mało. Obecne wydanie ukazuje niestety aż nazbyt dobitnie, jak nikły był jego wpływ na główne sposoby naszej eksploatacji zwierząt.

Pierwsze wydanie Wyzwolenia zwierząt ukazało się w 1975 roku. Tekst, który poprzedza ta przedmowa, opublikowano po raz pierwszy w roku 1990. Poprawki były konieczne z trzech zasadniczych powodów. Przede wszystkim dlatego, że gdy po raz pierwszy wydawano tę książkę, ruch wyzwolenia zwierząt jeszcze nie istniał. Nie znano nawet tej nazwy. Nie było też w ogóle wielkich organizacji – a dopiero zaczynały pojawiać się małe – działających na rzecz zmiany naszej postawy i postępowania wobec zwierząt. Ale piętnaście lat później czymś niezwykle dziwnym byłoby wydanie Wyzwolenia zwierząt niedostrzegającego tego ruchu i niekomentującego kierunku, jaki obrał.

Po drugie, powstaniu współczesnego ruchu wyzwolenia zwierząt towarzyszyła zdumiewająca obfitość publikacji na ten temat; wiele z nich zawierało uwagi dotyczące mojego stanowiska z pierwszego wydania. Na dyskusjach o problemach filozoficznych i sprawach praktycznych spędzałem i spędzam długie wieczory z przyjaciółmi i kolegami z ruchu wyzwolenia zwierząt. Poprawianie tekstu dało mi sposobność, by odnieść się do ich uwag – przynajmniej wskazując, w jakiej mierze zmieniłem bądź zachowałem swoje poglądy.

Rozdziały drugi i trzeci ukazują, co nasz obecny stosunek do zwierząt oznacza dla zwierząt doświadczalnych i hodowlanych. Już po kilku latach od pierwszego wydania zaczęły dochodzić do mnie głosy w rodzaju: „Los zwierząt, rzecz jasna, bardzo się poprawił, od kiedy ją napisano...”. Zrozumiałem wtedy, że wciąż trzeba dokumentować cierpienia zwierząt w laboratoriach i na fermach przemysłowych, przedstawiając dzisiejszemu czytelnikowi fakty, których nie można zbyć machnięciem ręki, jakby były reliktem z zamierzchłych ciemnych wieków.

Obecne wydanie różni się od pierwszego przede wszystkim nowym materiałem. Oparłem się sugestiom, by opisać także inne sposoby maltretowania zwierząt. Przedstawiony materiał faktograficzny nigdy jednak nie miał być pełnym raportem o naszym sposobie traktowania zwierząt; ma on raczej, jak wskazuję pod koniec pierwszego rozdziału, przedstawić w wyraźnej, jasnej i konkretnej formie konsekwencje szowinizmu gatunkowego, który tam opisuję. A jeśli nie wspominam o polowaniu i chwytaniu w sidła, przemyśle futrzarskim, okrutnym traktowaniu zwierząt trzymanych dla towarzystwa, rodeo, zoo i cyrku, nie znaczy to wcale, że sprawy te są mniej ważne, lecz tylko to, że dla mojego celu zupełnie wystarczają dwa przykłady: eksperymenty i produkcja żywności.

Zdecydowałem się nie odpowiadać na wszystkie zarzuty filozofów pod adresem etycznej argumentacji tej książki. Oznaczałoby to bowiem zmianę jej charakteru, przekształcenie w akademicką pracę filozoficzną, wprawdzie dla kolegów filozofów interesującą, ale zwykłemu czytelnikowi niepotrzebną. Ograniczyłem się do zamieszczenia w odpowiednich miejscach odnośników do innych moich prac, gdzie można znaleźć odpowiedzi na niektóre zarzuty. Napisałem także na nowo część ostatniego rozdziału, gdyż nie sądzę już, by poruszona tam kwestia filozoficzna miała tylko marginalne znaczenie dla fundamentów etycznych, na których wspierają się argumenty tej książki. Fundamenty te przedstawiałem na konferencjach i seminariach, rozważałem szczegółowo w bezpośrednich dyskusjach i druku; ale żaden zarzut nie był nieodparty, nic nie zmusiło mnie do uznania, że proste argumenty etyczne, na których opiera się ta książka, nie są zasadne. Odwagi dodało mi odkrycie, że akceptuje je wielu moich najbardziej szanowanych kolegów filozofów. Tak wielu, że Colin McGinn, profesor Uniwersytetu Rutgersa, w recenzji drugiego wydania określił etyczne podstawy tej książki jako „zwycięski argument” – jeśli nie w praktyce, to przynajmniej w zasadzie[1].

W tym wydaniu mówi się w odpowiednich miejscach o najważniejszych kampaniach i sukcesach ruchu wyzwolenia zwierząt przed rokiem 1990. Potem przyszły dalsze sukcesy. W Szwajcarii dzięki pełnym poświęcenia obrońcom zwierząt pod koniec 1991 roku zakazano opisanych w rozdziale trzecim baterii klatek stosowanych na fermach jajczarskich. Hodowane w szwajcarskich fermach kury mają teraz możliwość grzebania pazurami po pokrytej słomą i innymi naturalnymi materiałami podłodze i składania jajek w osłoniętych, wymoszczonych gniazdach. Ktoś mógłby sądzić, że w niewielkim stopniu poprawiło to ich los, ale jest on dużo lepszy niż w innych krajach, gdzie regułą jest upychanie ich w drucianych klatkach o powierzchni kartki A4. W Wielkiej Brytanii, gdzie wprawdzie nie wyeliminowano takich klatek, rząd ogłosił okres przejściowy na używanie kojców dla macior; są nielegalne od 1998 roku. W Stanach Zjednoczonych kampania przeciwko metodom hodowli cieląt (opisanym również w rozdziale trzecim) doprowadziła między rokiem 1986 a 1991 do sześćdziesięcioprocentowego spadku ich produkcji.

W wielu krajach widać oznaki zmniejszania się liczby zwierząt wykorzystywanych do eksperymentów. Na przykład w Wielkiej Brytanii, gdzie publikuje się oficjalne dane o wszystkich „procedurach badawczych wykonywanych na żywych zwierzętach”, od lat siedemdziesiątych zauważalna jest tendencja spadkowa. Wtedy przeprowadzano ponad pięć milionów eksperymentów rocznie; obecnie mniej niż trzy miliony. Najnowsze dane amerykańskie nie są tak wiarygodne, lecz także wskazują na podobną tendencję. Stale rozwija się również alternatywne metody doświadczalne, a Unia Europejska powołała Europejskie Centrum Oceny Metod Alternatywnych z siedzibą w Isprze we Włoszech. Zgodziła się też wprowadzić po 1 stycznia 1998 roku zakaz stosowania składników kosmetycznych testowanych na zwierzętach – chociaż zostawiła uchyloną furtkę, dopuszczając je, gdy nie istnieją inne atestowane próby bezpieczeństwa. Kampania przeciwko eksperymentom na zwierzętach przyniosła efekty również we Włoszech, gdzie w roku 1993 rząd przyjął światłe rozporządzenie pozwalające każdemu obywatelowi na korzystanie z klauzuli sumienia. Włoscy studenci, technicy, lekarze i naukowcy mogą teraz odmówić uczestnictwa w doświadczeniach na zwierzętach, nie narażając się na przykre konsekwencje w rodzaju gorszej oceny, zwolnienia z pracy czy potrąceń z wynagrodzenia.

Walka o zmianę naszych postaw i postępowania wobec zwierząt toczy się więc nadal na wielu frontach. W Wielkiej Brytanii niedawna burza protestów przeciwko metodom transportu zwierząt hodowlanych dowiodła stopnia zaangażowania opinii publicznej. Cała sprawa zaczęła się w 1994 roku, gdy trzy główne firmy promowe przewożące żywe zwierzęta hodowlane z Wielkiej Brytanii na kontynent zdecydowały się wycofać z interesu. Uczyniły to, jak powiedział rzecznik jednej z nich, w reakcji na „setki tysięcy listów i kartek pocztowych”[2]. Ta decyzja była jednak raczej początkiem niż końcem historii. Gdy mniejsze firmy próbowały skorzystać z nieobecności wielkich, tysiące ludzi wyszło na ulice, by okazać swój sprzeciw wobec eksportu żywego towaru. Zwykli ludzie, często nigdy wcześniej niebiorący udziału w żadnym proteście, blokowali drogi do portów, z których cielęta przewożono na kontynent, gdzie czekała je hodowla w warunkach zbyt okrutnych, by pozwolono na nie w Wielkiej Brytanii. Jedna z demonstrantek, Jill Philips, poniosła tragiczną śmierć pod kołami ciężarówki wiozącej cielęta na lotnisko w Coventry. Gdy piszę te słowa, walka trwa, mimo oświadczenia ministra rolnictwa, że nie jest w mocy Wielkiej Brytanii zakazać eksportu do innych krajów Unii Europejskiej.

Kampanie przeciwko eksportowi żywych zwierząt hodowlanych, przeciwko kojcom dla cieląt i macior, bateriom klatek dla kur, choć konieczne, by położyć kres cierpieniom, jakie każdego dnia są udziałem milionów zwierząt, opierają się na konwencjonalnym rozumieniu ich statusu moralnego. Walcząc przeciwko eksportowi żywych zwierząt hodowlanych, wytaczano na przykład argument, że powinno się je zabijać blisko miejsca hodowli. Nie zadawano pytania, czy usprawiedliwione są hodowla mięsna i ubój. Aby nieść sztandar ruchu wyzwolenia zwierząt, takie reformistyczne kampanie muszą stać się częścią większej wojny, wydanej przesądom zakazującym równego respektowania interesów zwierząt i ludzi.

Zakorzenione postawy wobec zwierząt pozaludzkich można zwalczać na wiele sposobów. Jednym z nich jest propagowanie wegetarianizmu i, w takim stopniu, w jakim to możliwe, wolnego od okrucieństwa stylu życia. Wzrost liczby wegetarian w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych stał się poważnym zagrożeniem dla przemysłu mięsnego. Kiedy w 1971 roku zostałem wegetarianinem, wydawaliśmy się małą sektą pomyleńców – a najlepszą w tamtym czasie wegetariańską restaurację w Londynie nazwano Cranks (Świry). Dziś już pozbyliśmy się tego wizerunku. Staliśmy się zwykłymi ludźmi, których obchodzi los zwierząt, środowisko naturalne i własne zdrowie. Jest nas coraz więcej, dba o nas coraz więcej supermarketów i restauracji, a największe firmy spożywcze zaczęły wytwarzać tofu i wegetariańskie hamburgery. Coraz łatwiej zatem zrezygnować z jedzenia mięsa, przez co tendencja ta się umacnia.

Zupełnie inną strategię walki o zmianę opinii na temat względnej ważności ludzi i zwierząt obrał Great Ape Project, który założyłem razem z Paolą Cavalieri, włoską aktywistką ruchu wyzwolenia zwierząt. Jego celem jest poszerzenie kręgu istot, którym skłonni jesteśmy przyznać określone podstawowe prawa. Dziś należą do niego wszyscy ludzie – i tylko oni. To, że wszyscy, jest świadectwem postępu, jaki dokonał się od czasów niewolnictwa; to, że wyłącznie ludzie, dowodzi, jak długa droga jeszcze przed nami. Great Ape Project chce przełamać barierę dzielącą gatunki. Kładzie nacisk zwłaszcza na konieczność objęcia szympansów, goryli i orangutanów prawem do życia, wolności i ochrony przed torturami. Stanowisko to uzasadnia książka złożona z trzydziestu czterech rozpraw wybitnych autorów, uczonych, filozofów i innych autorytetów, przytaczających świadectwa inteligencji wielkich małp człekokształtnych i dowodzących, że obdarzone nią istoty należy traktować jak osoby, a nie jak rzeczy[3]. Działania te powinny doprowadzić kiedyś do nowelizacji dotyczącego tych zwierząt prawa, a także do ONZ-owskiej Deklaracji praw wielkich małp człekokształtnych.

Ci, którzy znają moją rolę w tym projekcie, pytają czasami, czy jest to odwrót od stanowiska, jakie zająłem w tej książce: że wszystkie istoty czujące mają swoje interesy, które powinny być na równi respektowane. Odpowiadam: absolutnie nie. Praca takich uczonych, jak Jane Goodall, Dian Fossey, Birute Galdikas, Roger i Debora Foutsowie, Francine Patterson, Sue Savage-Rumbaugh i Lyn Miles, którzy obserwowali żyjące na wolności wielkie małpy człekokształtne, uczyli je posługiwać się językiem migowym i komunikować się z nami, wykazała, że szympansy, goryle i orangutany są myślącymi, świadomymi siebie istotami, zdolnymi do planowania przyszłości, tworzącymi trwałe związki społeczne oraz mającymi bogate życie uczuciowe i wspólnotowe. Na ich przykładzie doskonale więc można wykazać, jak arbitralne są granice gatunków. Skoro sądzimy, że niezależnie od wieku i sprawności umysłowej wszyscy ludzie mają pewne podstawowe prawa, to dlaczego mamy ich odmawiać wielkim małpom człekokształtnym, nawet sprawniejszym umysłowo od niektórych ludzi? Przyznanie im tych praw – inaczej niż uznanie zasady równego respektowania interesów – nie byłoby zagrożeniem ani dla wielkiego przemysłu, ani dla diety większości ludzi. Podczas gdy dążenia, by zasadą równego respektowania interesów objąć zwierzęta hodowlane, nieuchronnie przeradzają się w polityczne kompromisy, osłabiające wymagania co do poprawy warunków, w jakich zwierzęta te żyją lub umierają – i nie zadaje się przy tym pytania, czy w ogóle powinniśmy wykorzystywać je dla naszych potrzeb – Great Ape Project ma szansę osiągnąć bardziej radykalny cel. Jeśli uda mu się nas przekonać, byśmy wreszcie włączyli inne gatunki do kręgu istot, które mają podstawowe prawa, posłuży jako środek przerzucenia pomostu między ludźmi a pozostałymi gatunkami. Później znacznie łatwiej będzie rozszerzyć zasadę równego traktowania na inne zwierzęta. Paola Cavalieri i ja kończymy Great Ape Project słowami:

włączenie wielkich małp człekokształtnych do kręgu wspólnoty moralnej nie będzie łatwym zadaniem. Jeśli się powiedzie, będzie to miało bezpośrednie życiowe konsekwencje dla szympansów, goryli i orangutanów na całym świecie. Jeszcze większą może mieć wartość symboliczną – jako widomy znak pierwszego przełamania bariery między gatunkami.

Innymi słowy, Great Ape Project jest próbą zmniejszenia przepaści dzielącej ludzi i inne zwierzęta. Ma on uzupełniać, a nie zastępować szerzej zakrojoną walkę o wyzwolenie zwierząt.

Na koniec przedmowy chciałbym podjąć jeszcze jedną kwestię, która stale powraca w medialnych dyskusjach o ruchu wyzwolenia zwierząt, a która nie istniała w czasach, gdy po raz pierwszy wydawano tę książkę. Chodzi o przemoc.

Dla osiągnięcia celów ruchu jego aktywiści posługują się różnymi metodami. Niektórzy podjęli akcję edukacyjną: wysyłają ulotki i piszą listy do gazet. Inni próbują lobbować w rządach i parlamentach czy Kongresie. Organizuje się demonstracje i protesty przed budynkami, w których dla trywialnych ludzkich celów zadaje się cierpienia zwierzętom. Ale wielu niecierpliwi powolność osiąganych w ten sposób zmian i chcą podjąć akcję bezpośrednią, by natychmiast położyć kres takiemu okrucieństwu.

Nikt, kto zdaje sobie sprawę, co muszą znosić zwierzęta, nie może krytykować tej niecierpliwości. Trzymanie się z dala i pisanie listów to zbyt mało w obliczu ciągłych okrucieństw. Trzeba pomóc zwierzętom już teraz. Ale jak? Zwykłe legalne sposoby politycznego protestu są powolne i zawodne. Czy należy się włamywać i uwalniać zwierzęta? Jest to wprawdzie nielegalne, ale posłuszeństwo wobec prawa nie jest obowiązkiem absolutnym. Wymieńmy tylko jeden przykład: słuszność mieli ci, którzy je łamali i pomagali w ucieczce niewolnikom na amerykańskim Południu. Poważniejszy problem wynika stąd, że (dosłownie rozumiane) oswobodzenie zwierząt z laboratoriów i ferm przemysłowych byłoby tylko daremnym gestem, ponieważ naukowcy spokojnie zamówiliby następny transport zwierząt; poza tym kto przygarnąłby tysiąc świń hodowlanych czy sto tysięcy kur? Włamania dokonywane w różnych krajach przez Front Wyzwolenia Zwierząt były bardziej skuteczne wówczas, gdy służyły ujawnieniu faktów maltretowania zwierząt – inaczej nie wyszłyby one na światło dzienne. Wideokasety skradzione podczas włamania do laboratorium doktora Thomasa Gennarellego na Uniwersytecie Pensylwanii przekonały nawet sekretarza zdrowia, że eksperymenty te należy przerwać. Trudno sobie wyobrazić, w jaki inny sposób można to było osiągnąć. Dla odważnych, wrażliwych i myślących ludzi, którzy tę akcję zaplanowali i przeprowadzili, mogę mieć jedynie słowa uznania.

W innych wypadkach sprawa wygląda zupełnie inaczej. W 1982 roku ugrupowanie nazywające się Milicją Praw Zwierząt wysłało listy-bomby do Margaret Thatcher, a w 1988 roku działacz Fran Trutt został aresztowany, gdy podkładał bombę pod biurami US Surgical Corporation, firmy, która w pokazach narzędzi chirurgicznych służących do zszywania wykorzystuje żywe psy. Najpoważniejszy incydent wydarzył się w roku 1990, kiedy w samochodzie eksperymentującego na zwierzętach naukowca z Bristolu umieszczono ładunek wybuchowy. Człowiek ów doznał tylko lekkich obrażeń, ale niemowlę, które przypadkowo znalazło się obok samochodu w chwili wybuchu, trzeba było poddać zabiegowi usunięcia odłamka metalu z okolicy kręgosłupa oraz operacji rozerwanego palca. Żadnego z tych incydentów nie można uznać za typowy dla ruchu wyzwolenia zwierząt, który potępia podobne akty przemocy. Są to skrajne przypadki działań polegających na grożeniu i nękaniu eksperymentatorów, kuśnierzy i innych wyzyskiwaczy zwierząt, dlatego ważne jest, aby działacze ruchu wyraźnie określili swoje stanowisko wobec nich.

Byłoby tragiczną pomyłką, gdyby nawet niewielki odłam ruchu w dążeniu do swych celów krzywdził ludzi. Niektórzy sądzą, że osoby sprawiające ból zwierzętom same zasługują na cierpienie. Nie wierzę w zemstę, lecz gdybym nawet w nią wierzył, byłaby ona zgubnym sprzeniewierzeniem się naszemu ideałowi, jakim jest położenie kresu cierpieniom. Aby osiągnąć ten cel, musimy zmienić sposób myślenia rozumnych członków naszego społeczeństwa. Nawet kiedy jesteśmy przekonani, że maltretujący zwierzęta człowiek jest okrutny i niewrażliwy, krzywdząc go lub uciekając się do gróźb fizycznych, zniżamy się do jego poziomu. Gwałt gwałtem się odciska – banał, ale jak tragicznie prawdziwy w trwających na świecie konfliktach. Siłą ruchu wyzwolenia zwierząt jest zaangażowanie moralne; porzucenie wysokiego pułapu moralnego oznacza oddanie się w ręce przeciwników.

Alternatywnym rozwiązaniem jest pójście śladem dwóch największych przywódców nowoczesnych ruchów wyzwoleńczych: Gandhiego i Martina Luthera Kinga. Nieprzypadkowo odnieśli oni także największy sukces. Postępowali z niezwykłą odwagą i roztropnością, a mimo prowokacji przeciwników, często nawet użycia z ich strony siły, pozostali wierni zasadzie niestosowania przemocy.

W końcu zwyciężyli, ponieważ nie można było zaprzeczyć słuszności ich sprawy, a ich postępowanie poruszyło sumienia oponentów. Skoro tylko jasno ujrzy się zło, jakie wyrządzamy innym gatunkom, nie będzie można mu zaprzeczyć. To w słuszności naszej sprawy, a nie w strachu przed bombami, pokładamy nadzieję na zwycięstwo.

PRZEDMOWA DO WYDANIA Z 2009 ROKU

PEWNEGO WIECZORU 2008 ROKU, OGLĄDAJĄC program informacyjny, miliony Amerykanów ze zgrozą i niedowierzaniem patrzyły, jak bydło zbyt chore, by samodzielnie się poruszać, jest kopane, rażone prądem elektrycznym, dźgane w oczy i popychane wózkami widłowymi – po to, by znaleźć się dostatecznie blisko „maszyny do zabijania”, gdzie zostanie uśmiercone i przerobione na mięso. Zapis pochodził z ukrytej kamery zainstalowanej w rzeźni Westland/Hallmark – dużego nowoczesnego zakładu i głównego dostawcy programu National School Lunch, znajdującego się nie na zapadłej prowincji, lecz w miejscowości Chino w Kalifornii, niecałe pięćdziesiąt kilometrów od centrum Los Angeles. Ponieważ spożywanie mięsa pochodzącego od krów, które nie mają siły chodzić, jest niebezpieczne dla zdrowia, film ten spowodował największe w historii Stanów Zjednoczonych wycofanie produktów mięsnych ze sprzedaży.

Ujawnienie takich praktyk było dramatycznym potwierdzeniem tez zawartych w tej książce. Menedżer rzeźni, Daniel Ugarte Navarro, który, co widać na nagraniu, raził chore krowy prądem elektrycznym w pyski, bił je i przesuwał wózkami widłowymi, przyznał się do zarzucanego mu okrucieństwa wobec zwierząt, potem jednak stwierdził, że nie robił nic złego, a „jedynie wykonywał swoją pracę”. Ta często spotykana wymówka zawiera, niestety, ziarno niewygodnej prawdy. Niezależnie od tego, jak nikczemne było postępowanie Daniela Ugarte, jest coś fundamentalnie złego w zasadach etycznych i prawnych rządzących naszym sposobem traktowania zwierząt. Jeśli bowiem ludzie chcą zjadać zdolne do odczuwania zwierzęta, a konkurencja wymusza jak najniższe ceny mięsa, sukces odniosą ci, którzy zwyciężą w tym wyścigu. W tym sensie Ugarte rzeczywiście tylko wykonywał swoją pracę. I gdyby nie pech, że śledczy z amerykańskiego towarzystwa ochrony zwierząt Humane Society of the United States (HSUS) potajemnie sfilmował jego działania, Ugarte nadal skutecznie maksymalizowałby zysk swojego pracodawcy.

Powszechne oburzenie wywołane zarówno tym, jak i innymi zapisami z ukrytych kamer, ukazującymi znęcanie się nad zwierzętami wskazuje, że to raczej niewiedza niż obojętność pozwala trwać w Stanach Zjednoczonych wielkiemu, zinstytucjonalizowanemu okrucieństwu wobec zwierząt. Obecnie, gdy media poważniej podchodzą do kwestii związanych z sytuacją zwierząt, ta ignorancja zaczyna zanikać. Nie stałoby się tak jednak bez długiej walki. Od roku 1975, gdy ukazało się pierwsze wydanie tej książki, ciężka praca niezliczonych działaczy przyniosła nie tylko większą świadomość faktu, że zwierzęta są maltretowane, ale także wymierną poprawę ich sytuacji. Presja ze strony ruchu na rzecz zwierząt spowodowała, że w latach osiemdziesiątych firmy kosmetyczne zaczęły finansować opracowywanie metod alternatywnych dla testów na zwierzętach. Impet, jakiego w środowisku naukowym nabrało rozwijanie tych metod testowania produktów, jest jednym z czynników wpływających na ograniczenie liczby używanych w tym celu zwierząt. Mimo ponawianych przez przemysł futrzarski zapewnień, że „futra powracają”, poziom ich sprzedaży już nigdy nie osiągnął stanu z lat osiemdziesiątych, gdy znalazły się na celowniku ruchu na rzecz zwierząt. Ludzie mający zwierzęta do towarzystwa stali się lepiej wyedukowani i bardziej odpowiedzialni, a liczba niechcianych i bezdomnych zwierząt usypianych w schroniskach, choć nadal zdecydowanie zbyt wysoka, wyraźnie spadła.

Jednakże największa liczba zwierząt maltretowanych przez człowieka to zwierzęta hodowlane. Liczba zwierząt używanych rocznie w Stanach Zjednoczonych do badań naukowych wynosi około dwudziestu pięciu milionów, czyli mniej więcej tyle, ile liczy populacja Teksasu, natomiast liczba ptaków i ssaków (bez ryb i innych zwierząt wodnych), które tylko w tym kraju zabija się każdego roku na mięso, to około dziesięciu miliardów, czyli półtora raza więcej niż populacja świata. Ponieważ większość tych zwierząt pochodzi z hodowli przemysłowej, w cierpieniu upływa całe ich życie.

Przełom w sposobie traktowania zwierząt hodowlanych zaczął się w Europie. W końcu 1991 roku Szwajcaria zdelegalizowała opisaną w rozdziale trzecim hodowlę niosek w bateriach klatek. Zamiast zamykać kury w drucianych klatkach tak ciasnych, że ptaki nie mogły w nich rozłożyć skrzydeł, szwajcarscy producenci jajek przenieśli swoje nioski do kurników, gdzie mogą one grzebać w zaścielonym słomą lub inną naturalną wyściółką podłożu, a jaja składać w osłoniętych i miękko wyścielonych skrzynkach lęgowych. Przykład Szwajcarii, pokazujący, że zmiana jest możliwa, nasilił w Europie sprzeciw wobec hodowli w bateriach klatek. W rezultacie licząca dwadzieścia siedem państw i prawie pięćset milionów obywateli Unia Europejska podjęła decyzję, że do 2012 roku standardowe klatki z nagiego drutu zostaną zastąpione przez bardziej przestronne pomieszczenia, wyposażone w grzędy i skrzynki lęgowe. Potem przy szerokim poparciu opinii publicznej, a także czołowych europejskich naukowców i weterynarzy nastąpiły kolejne kroki (poprawiające sytuację zwierząt). Jak czytelnicy zobaczą, do najtragiczniejszych należy los intensywnie hodowanych cieląt. Są one celowo anemizowane, pozbawione słomy, na której mogłyby się położyć, i trzymane w pojedynczych kojcach tak małych, że zwierzęta nie mogą się obrócić. W chwili, gdy poprawiałem książkę przed jej wydaniem w 1990 roku (obecna edycja także korzysta z tego tekstu), taki system hodowli cieląt był już zakazany w Wielkiej Brytanii. Dzisiaj jest niedozwolony w całej Unii Europejskiej. Poprawiła się także sytuacja macior hodowlanych – zamykanie ciężarnych macior w pojedynczych kojcach zostało zabronione w Wielkiej Brytanii w roku 1998, a od roku 2013 w całej Europie będzie dozwolone tylko przez pierwsze cztery tygodnie ciąży u tych zwierząt.

Gdy Europa dyskutowała i zatwierdzała te zakazy, ani w amerykańskim Kongresie, ani gdziekolwiek indziej w Stanach Zjednoczonych nie zanosiło się na podobne kroki prawne. Pierwszym zwiastunem zmiany była inicjatywa grup działających na rzecz dobrostanu zwierząt, które w 2002 roku w stanie Floryda doprowadziły do głosowania nad zakazem zamykania ciężarnych macior w kojcach. Jeśli chodzi o troskę o dobro zwierząt, Floryda nie należy do przodujących stanów, a jednak wniosek został zaakceptowany wyraźną większością głosów. Cztery lata później taki sam zakaz, uzupełniony zakazem kojcowej hodowli cieląt, został wyraźną większością głosów przegłosowany także w Arizonie.

Producenci zwierząt uznali wynik głosowania w Arizonie za ważny sygnał. Już miesiąc później dwa największe amerykańskie zakłady produkujące cielęcinę zapowiedziały, że w ciągu następnych dwóch, najwyżej trzech lat zlikwidują kojce dla cieląt. Wkrótce potem najwięksi amerykańscy i kanadyjscy producenci wieprzowiny ogłosili, że w ciągu dekady wycofają kojce dla macior. Podając przyczyny tej decyzji, amerykańska firma Smithfield wskazała na poglądy swoich klientów, w tym jednego z głównych – McDonald’sa. McDonald’s – firma od wielu lat debatująca z aktywistami ruchu prozwierzęcego nad zredukowaniem cierpienia zwierząt, od których pochodzą jej produkty – przyjął tę decyzję z zadowoleniem. Niedługo potem dołączyli kolejni producenci wieprzowiny. W 2007 roku stan Oregon jako pierwszy wprowadził ustawowy zakaz kojców dla macior, bez poddawania tej kwestii głosowaniu powszechnemu, a w następnym roku w stanie Kolorado uchwalono ustawę zakazującą kojców zarówno dla macior, jak i cieląt. Amerykańskie Stowarzyszenie Producentów Cielęciny (American Veal Association), które przez dekady opierało się krytyce hodowania cieląt w pojedynczych kojcach, ostatecznie skapitulowało, rekomendując swoim członkom, by do 2017 roku wprowadzili bardziej przyjazne zwierzętom pomieszczenia grupowe.

Wielu uznanych amerykańskich szefów kuchni, a także wiele osób zajmujących się detaliczną sprzedażą żywności lub cateringiem także zdystansowało się od najbardziej drastycznych form zamykania zwierząt. Wolfgang Puck rezygnuje z wieprzowiny pochodzącej z kojcowej hodowli macior, a także z jajek z klatkowej hodowli kur. Największe sieci fast foodów, jak Burger King, Hardee czy Carl Jr., zaczęły kupować wieprzowinę i jajka od producentów niestosujących kojców czy baterii klatek. Setki kampusów w Stanach Zjednoczonych nie kupuje już jajek z ferm klatkowych, a w 2007 roku Compass Group, największy na świecie dostawca żywności, zapowiedział, że w przyszłości nie będzie nabywał masy jajecznej u producentów prowadzących hodowlę klatkową.

Największe zwycięstwo odniesiono 4 listopada 2008 roku – ten dzień stał się pamiętny nie tylko jako data wyboru senatora Baracka Obamy na pierwszego afroamerykańskiego prezydenta Stanów Zjednoczonych, ale także dlatego, że w tym właśnie dniu w Kalifornii miażdżąca większość (67 do 37) opowiedziała się za wprowadzeniem przepisu nakazującego, by każde zwierzę hodowlane miało zapewnioną przestrzeń pozwalająca na swobodne rozprostowanie kończyn i obracanie się bez dotykania innych zwierząt lub ścian pomieszczenia. W 2015 roku już nie tylko kojce dla cieląt i macior, ale także baterie klatek na fermach jajczarskich staną się nielegalne, i dziewiętnaście milionów kur będzie miało miejsce, by pospacerować i rozprostować skrzydła[5*]. Przemysł jajczarski wydał dziewięć milionów dolarów, by nie dopuścić do uchwalenia tego prawa, ale uległ pod naporem koalicji organizacji walczących o prawa zwierząt, którym przewodziło HSUS. Ta największa amerykańska organizacja walcząca o prawa zwierząt zaczęła pod kierownictwem Wayne’a Pacelle’a z dużymi sukcesami upominać się o prawa zwierząt hodowlanych.

Przebieg głosowań w Kalifornii, na Florydzie i w Arizonie pokazał, że Amerykanie nie akceptują standardowych praktyk hodowlanych kryjących się za dostawami wieprzowiny, cielęciny i jajek. Mając zdecydowane wsparcie opinii publicznej, amerykański ruch na rzecz zwierząt jest bliski doprowadzenia do zmiany warunków, w jakich trzymane są miliony zwierząt hodowlanych.

Wszystkie te zmiany potwierdzają słuszność tego, co od długiego czasu głoszą obrońcy zwierząt. Gdy w 1971 roku zorganizowałem małą demonstrację przeciwko hodowli przemysłowej, wydawało się, że nie mamy szans w starciu z gigantycznym przemysłem. Na szczęście głoszone przez nas idee i współczucie okazały się wystarczająco potężne, by zmienić system, w którym miliony zwierząt żyją i umierają.

Niezależnie od tego, jak ważna jest poprawa losu zwierząt hodowlanych, poglądy, których obronie poświęcona jest ta książka, idą znacznie dalej. Powinniśmy znacznie dogłębniej zmienić swój sposób myślenia o zwierzętach. Pierwszym sygnałem, że to także może

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wyzwolenie zwierząt Ponad czasem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze