Sztuka tracenia

Sztuka tracenia

Autorzy: Alice Zeniter

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 27.95 zł

Książka uhonorowana Polskim wyborem Goncourtów!

Do niedawna Algieria była dla Naïmy tylko nieciekawym tłem rodzinnej historii. We francuskim społeczeństwie, które wciąż stawia sobie pytanie o własną tożsamość, wszystko zdaje się jednak odsyłać ją do własnych korzeni. Rzecz w tym, że nikt nigdy nie opowiedział Naïmie o przeszłości przodków. Czy na jej życie i tożsamość może mieć wpływ coś, o czym nie ma pojęcia?

Dziadek Naïmy – kabylski góral – zmarł, zanim zadała mu pytanie, dlaczego historia określiła go mianem harki. Jej babcia być może mogłaby udzielić odpowiedzi – gdyby tylko mówiła w języku zrozumiałym dla wnuczki… Milczeniem zbywa ją także ojciec, który przybył do Francji latem 1962 roku i zamieszkał w pośpiesznie zbudowanym obozie przejściowym. Nigdy nie usłyszała od niego ani słowa o Algierii jego dzieciństwa.

 

W tym wielkim powieściowym fresku Alice Zeniter opowiada o losie kolejnych pokoleń rodziny uwięzionej w przeszłości zawieszonej między Algierią a Francją. Sztuka tracenia to historia wolności, jaką ma w sobie każdy, niezależnie od swojego dziedzictwa oraz nakazów społecznych. To powieść o emigracji i integracji, o powrocie do korzeni i odkrywaniu własnej tożsamości.

Tytuł oryginału:

L’Art de perdre

© Flammarion/ Albin Michel, Paris, 2017

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz/artnovo.pl

Zdjęcia na okładce: Ihnatovich Maryia/Shutterstock, Denis Burdin/Shutterstock

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Edyta Antoniak-Kiedos, Aneta Iwan

Konsultacja arabistyczna: prof. Marek M. Dziekan

Cet ouvrage a bénéficié du soutien des Programmes d’aide à la publication de l’Institut français.

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Institut français w ramach programów wsparcia wydawniczego.

Cet ouvrage, publié dans la cadre du Programme d’aide à la publication BOY-ŻELEŃSKI, a bénéficié du soutien de l’Institut français de Pologne

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Instytutu Francuskiego w Polsce w ramach Programu Wsparcia Wydawniczego BOY-ŻELEŃSKI.

ISBN: 978-83-8110-736-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

Część 1. Algieria taty

Część 2. Zimna Francja

Część 3. Paryż jest świętem

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

PROLOG

Od kilku lat Naïma doświadcza nowego rodzaju rozpaczy, który pojawia się regularnie wraz z kacem. Nie chodzi po prostu o ból głowy, niesmak w ustach czy ucisk w żołądku, który nie chce normalnie pracować. Gdy otwiera oczy po zbyt mocno zakrapianym wieczorze (musiała zacząć robić między nimi dłuższe przerwy, nie była w stanie przeżywać tej udręki co tydzień, a tym bardziej dwa razy w tygodniu), pierwsze zdanie, jakie przychodzi jej do głowy, brzmi:

Nie dam rady.

Przez pewien czas się zastanawiała, z czym wiąże się to poczucie nieuchronnej klęski. Może w tym zdaniu chodziło o to, że nie potrafi znieść wstydu, jakim napawa ją za każdym razem jej zachowanie minionego wieczoru (mówisz za głośno, wymyślasz jakieś historie, ciągle starasz się zwracać na siebie uwagę, jesteś wulgarna), albo o żal, że tyle wypiła i nie była w stanie przestać (to ty krzyknęłaś: „No nie, przecież nie pójdziemy jeszcze spać!”). Zdanie mogło też dotyczyć jej fatalnego samopoczucia… A potem zrozumiała.

Kiedy ma kaca, namacalnie uświadamia sobie, jak niesłychanie trudno jest żyć, co zwykle, przy odrobinie dobrej woli, udaje się ukryć.

Nie dam rady.

W ogóle. Wstawać co rano. Jeść trzy razy dziennie. Kochać. Przestać kochać. Czesać się. Myśleć. Ruszać się. Oddychać. Śmiać się.

Czasem nie potrafi tego ukryć i to wyznanie wymyka się jej, gdy wchodzi do galerii.

– Jak się czujesz?

– Nie dam rady.

Kamal i Élise wybuchają śmiechem albo wzruszają ramionami. Nie są w stanie zrozumieć. Naïma patrzy, jak chodzą po sali wystawowej, ruszają się tylko ciut wolniej, bo poprzedniego wieczoru zabalowali, ale oszczędzono im tego objawienia, które ją przytłacza: życie codzienne jest sportem wyczynowym, a ona właśnie, na własną prośbę, została zdyskwalifikowana.

Ponieważ z niczym nie daje sobie rady, dni kaca muszą być zupełnie puste, pozbawione wszystkiego. Rzeczy dobrych, które kac mógłby tylko zepsuć, i złych, które nie napotkałyby na żaden opór i zniszczyłyby wszystko w środku.

Jedyne, co potrafi znieść, gdy ma kaca, to talerz makaronu z odrobiną masła i soli: w odpowiedniej ilości, o neutralnym, niemal nieistniejącym smaku. A do tego seriale telewizyjne. Krytycy często powtarzają w ostatnich latach, że przeżywamy prawdziwą rewolucję. Że serial został wyniesiony na wyżyny sztuki. Że to wspaniałe.

Być może. Ale Naïma tkwi w przekonaniu, że prawdziwą racją bytu seriali telewizyjnych jest niedzielny kac, kiedy trzeba czymś wypełnić dzień, nie wychodząc z domu.

Nazajutrz za każdym razem zdarza się cud. Wraca zapał do życia. Wrażenie, że jest w stanie czegoś dokonać. Jakby rodziła się na nowo. Prawdopodobnie dlatego, że nazajutrz istnieje, Naïma pije nadal.

Są dni po pijaństwie – otchłań.

I następne dni po tych dniach – radość.

Ich przeplatanie się wywołuje nieustannie zwalczane poczucie kruchości, z której ulepione jest życie Naïmy.

Tego ranka czeka jak zwykle na następny ranek i – tak jak koza pana Seguin – na wschód słońca.

Od czasu do czasu koza pana Seguin spoglądała w gwiazdy tańczące na jasnym niebie i mówiła sobie: „Och! Żeby tylko wytrzymać do świtu…”.1

A potem, gdy jej przygaszony wzrok pogrąża się w otchłani kawy, w której odbija się plafoniera, obok tradycyjnej natrętnej i strasznej myśli („Nie dam rady”) wślizguje się druga myśl. Przeszywa ją niejako prostopadle w stosunku do pierwszej.

Początkowo przemyka jej przez głowę tak szybko, że Naïma nie jest w stanie jej odczytać. Ale potem zaczyna rozróżniać poszczególne słowa:

„…wie, co robią wasze córki w dużych miastach…”

Skąd pochodzi ten strzęp zdania, który kołacze jej się po głowie?

Idzie do pracy. W ciągu dnia wokół początkowego fragmentu gromadzą się kolejne słowa.

„…noszą spodnie…”

„…piją alkohol…”

„…zachowują się jak dziwki…”

„Jak sądzicie, co robią, gdy mówią, że studiują?”

I gdy Naïma rozpaczliwie się zastanawia, jaki związek z nią ma ta scena (Czy te słowa padły w jej obecności? Czy słyszała je w telewizji?), z jej zbolałej pamięci wyłania się jedynie wściekłość malująca się na twarzy jej ojca Hamida, który ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi wargami powstrzymuje się, żeby nie wrzasnąć.

„Wasze córki noszą spodnie…”

„…zachowują się jak dziwki…”

„…zapomniały, skąd pochodzą”.

Wykrzywiona ze złości twarz Hamida nakłada się na rozwieszone w galerii, otaczające Naïmę fotografie szwedzkiego artysty i za każdym razem, gdy dziewczyna odwraca głowę, widzi ją unoszącą się w połowie białej ściany, na antyrefleksyjnych szybach, które chronią dzieła.

– Tak mówił Muhammad na ślubie Fatihy – informuje ją siostra, z którą wieczorem rozmawia przez telefon. – Nie pamiętasz?

– I chodziło mu o nas?

– O ciebie nie. Byłaś za mała, chodziłaś chyba jeszcze do gimnazjum. Mówił o mnie i o kuzynkach. Najśmieszniejsze jest…

Myriem zaczyna się śmiać i jej chichot miesza się z dziwnymi trzaskami na linii, które słychać przy połączeniach zagranicznych.

– Co?

– Najśmieszniejsze jest to, że był kompletnie pijany, gdy chciał nas wszystkie uczyć zasad moralności muzułmańskiej. Naprawdę nic nie pamiętasz?

Naïma cierpliwie, z uporem grzebie w pamięci i wydobywa z niej kawałeczki obrazów: biało-różowa sukienka Fatihy z błyszczącego sztucznego materiału, namiot w ogrodzie przy sali weselnej, gdy podawano lampkę wina, portret prezydenta Mitterranda w merostwie („Jest na to za stary”, pomyślała), słowa piosenki Michela Delpecha o Loir-et-Cher, purpurowa twarz jej matki (Clarisse czerwieni się od brwi, co zawsze bawiło jej dzieci), boleśnie spięta twarz jej ojca, a poza tym słowa Muhammada – teraz ma go przed oczyma, zataczał się po południu pośród gości w beżowym garniturze, który go postarzał.

Jak sądzicie, co robią wasze córki w dużych miastach? Mówią, że jadą na studia. Ale spójrzcie na nie: noszą spodnie, palą, piją, zachowują się jak dziwki. Zapomniały, skąd pochodzą.

Od lat nie widziała Muhammada na rodzinnym obiedzie. Nigdy nie łączyła nieobecności wuja z tą sceną, która wyłoniła się z jej pamięci. Po prostu myślała, że wreszcie zaczął dorosłe życie. Długo mieszkał z rodzicami i przypominał nastolatka z powodu czapek z daszkiem, bluz od dresu w odblaskowych kolorach i pozbawionego złudzeń bezrobocia. Śmierć jego ojca Alego stanowiła znakomity powód, by jeszcze się nie wyprowadzać. Matka i siostry wołały go, używając pierwszej sylaby imienia rozciągniętej w nieskończoność, przez całe mieszkanie albo z okna w kuchni, gdy wysiadywał na ławkach na placu zabaw:

– Muuuuuuu!

Naïma pamięta, że gdy była mała, czasami przyjeżdżał do nich na weekend.

– Ma kłopoty sercowe – tłumaczyła córkom Clarisse z niemal medycznym współczuciem tych, którzy żyją od tak dawna w szczęśliwym związku, że ta bezkonfliktowa miłość jakby zdążyła wymazać nawet wspomnienie problemów sercowych.

W pstrokatym stroju i adidasach nad kostkę Mu wydawał się zawsze Naïmie i jej siostrom trochę śmieszny, gdy spacerował po dużym ogrodzie ich rodziców lub siadał w altanie ze swoim starszym bratem. Teraz, gdy się nad tym zastanawia – nie jest w stanie ustalić, co wymyśla w tej chwili, by uzupełnić wyblakłe wspomnienia, a co wymyślała wtedy, żeby zemścić się za to, iż wykluczono ją z dyskusji dorosłych – widzi, że był nieszczęśliwy z zupełnie innych powodów niż kłopoty sercowe. Wydaje się jej, że słyszy, jak opowiada o straconej młodości znaczonej puszkami piwa na klatce schodowej i drobną dilerką. Wydaje się jej, że słyszy, jak mówi, że nie powinien był rzucać liceum, chyba że to Hamid lub Clarisse pozwolili sobie na ten retrospektywny osąd. Mówi też do brata, że osiedle w latach osiemdziesiątych nie miało już nic wspólnego z tym, które znał Hamid, i że nie można mieć mu za złe, iż nie wierzy, że może znaleźć pracę. Wydaje się jej, że widziała, jak płacze pod ciemnymi kwiatami klematisu, a Hamid i Clarisse szeptali coś uspokajająco, ale niczego nie jest pewna. Od lat nie myślała o Muhammadzie (zdarza jej się często wyliczać w głowie wujków i ciocie, tylko żeby sprawdzić, że o nikim nie zapomina, czasami jednak zapomina i to ją martwi). Jak daleko sięga pamięcią, zawsze był smutny. W którym momencie postanowił, że jego rozpacz jest tak wielka jak kraj, którego brakuje, i utracona religia?

Słowa „odblaskowego” wujka kołaczą jej się w głowie jak irytująca muzyczka karuzeli stojącej tuż pod oknami.

„Czy zapomniała, skąd pochodzi?”

Gdy Muhammad wypowiada te słowa, mówi o Algierii. Ma za złe siostrom Naïmy i jej kuzynkom, że zapomniały o kraju, którego nigdy nie znały. Podobnie zresztą jak on, bo urodził się na osiedlu w Pont-Féron. Co można zapomnieć?

Oczywiście, gdybym ja pisała historię Naïmy, nie zaczynałabym od Algierii. Rodzi się w Normandii. O tym należałoby opowiedzieć. O czterech córkach Hamida i Clarisse, które bawią się w ogrodzie. O ulicach Alençon. O wakacjach na półwyspie Cotentin.

A jednak, jeśli wierzyć Naïmie, Algieria zawsze gdzieś tam była. Stanowiła sumę różnych elementów składowych: jej imienia, ciemnej karnacji, czarnych włosów, niedzieli spędzanych u Jemmy. Tej Algierii nie mogła zapomnieć, bo nosiła ją w sobie i na twarzy. Gdyby ktoś jej powiedział, że to, o czym mówi, wcale nie jest Algierią, że to cechy wyróżniające imigrantów z Maghrebu, a ona należy do ich drugiego pokolenia (jakby nigdy nie przestawało się imigrować, jakby ona sama była w ruchu), Algieria natomiast jest rzeczywistym krajem, istniejącym fizycznie, leżącym po drugiej stronie Morza Śródziemnego, Naïma przerwałaby może na moment, a potem przyznałaby, że tak, to prawda, t a m t a Algieria, tamten kraj zaczął dla niej istnieć znacznie później, w roku jej dwudziestych dziewiątych urodzin.

Do tego niezbędna okaże się podróż. Będzie musiała zobaczyć Algier z pokładu promu, by kraj wyłonił się na nowo z milczenia, które spowijało go szczelniej niż najgęstsza mgła.

Potrzeba sporo czasu, by kraj wyłonił się z milczenia, zwłaszcza Algieria. Jej powierzchnia wynosi 2 381 741 kilometrów kwadratowych, co daje jej dziesiąte miejsce na świecie pod względem wielkości, pierwsze na kontynencie afrykańskim i w świecie arabskim; 80 procent tej powierzchni zajmuje Sahara. Naïma dowiedziała się tego z Wikipedii, a nie z opowieści rodzinnych, nie dlatego, że przemierzyła tę ziemię. To, że człowiek jest zmuszony szukać w Wikipedii informacji o kraju, z którego podobno pochodzi, może świadczyć o tym, że jest tu jakiś problem. Może Muhammad ma rację. Czyli nie zaczyna się to od Algierii.

A raczej tak, ale nie zaczyna się od Naïmy.

CZĘŚĆ 1

ALGIERIA TATY

„Wywołało to radykalną zmianę, którą stary porządek mógł przetrwać jedynie fragmentarycznie, wyszedł z niej osłabiony, anachroniczny”.

ABDELMALEK SAYAD, La double absence

„Algieria Tatusia umarła”.

CHARLES DE GAULLE

Wykorzystując jako pretekst uderzenie wachlarzem konsula Francji przez deja Algieru w przypływie złości – a może to była packa na muchy, wersje są różne – armia francuska rozpoczyna podbój Algierii wczesnym latem 1830 roku, w piekielnym upale, który będzie się tylko nasilał. Jeśli przyjmiemy, że chodziło o packę na muchy, wyobrażając sobie tę scenę, do palącego słońca trzeba dodać brzęczenie granatowoczarnych owadów krążących wokół twarzy żołnierzy. Jeśli skłaniamy się ku wachlarzowi, trzeba przyznać, że okrutny, zniewieściały wizerunek deja przedstawionego na modłę orientalną, jaki się przed nami wyłania, stanowi być może jedynie kiepskie uzasadnienie dla ambitnego planu wojskowego – podobnie jak cios zadany konsulowi niezależnie od użytego narzędzia. Przyznaję, że wśród różnych pretekstów do wypowiedzenia wojny z tego emanuje pewna poezja, która ma swój urok – zwłaszcza w wersji z wachlarzem.

Podbój odbywa się w paru etapach, bo trzeba stoczyć bitwy z kilkoma A l g i e r i a m i, najpierw z tą regenta Algieru, potem emira Abd al-Kadira, później z Kabylią, a wreszcie, po upływie półwiecza, z Saharą, z Terytoriami Południowymi, jak nazywa się je w metropolii, a nazwa ta jest jednocześnie tajemnicza i banalna. Z tych rozmaitych Algierii Francuzi robią departamenty francuskie. Anektują je. Przyłączają. Wiedzą już, że historia narodowa, historia oficjalna jest jak kałdun, do którego można wsadzić duże połacie ziemi, jeśli one tylko się zgodzą, by narzucić im datę urodzenia. Gdy nowi przybysze kotłują się w wielkim bandziochu, historia Francji nie przejmuje się tym bardziej niż człowiek, który słyszy, jak mu burczy w brzuchu. Wie, że proces trawienia może zabrać trochę czasu. Historia Francji zawsze kroczy u boku armii francuskiej. Stanowią parę. Historia jest Don Kichotem i jego marzeniami o wielkości; armia – Sancho Pansą, który kłusuje obok, by zająć się czarną robotą.

Latem 1830 roku Algieria ma charakter klanowy. I w i e l e h i s t o r i i. A gdy historia przyjmuje liczbę mnogą, niedaleko jej do bajki i legendy. Opór Abd al-Kadira i jego obozu, wędrownej wioski zdającej się unosić nad pustynią, opór szabli, burnusów i koni wydaje się żywcem zaczerpnięty z Księgi tysiąca i jednej nocy, kiedy widzi się go z perspektywy metropolii. To czarująco egzotyczne, szepczą paryżanki, odkładając gazetę. A przez słowo „czarujący” należy oczywiście rozumieć: niepoważny. Historia Algierii w liczbie mnogiej nie ma ciężaru oficjalnej historii – tej, która łączy. Więc książki Francuzów pożerają Algierię wraz z jej baśniami i przekształcają w kilka stron własnej historii, co wydaje się precyzyjnym ruchem, rozciągającym się między słupami milowymi wykutych na pamięć dat, w których ucieleśnia się, krystalizuje i promienieje nagły postęp. Stulecie kolonizacji w 1930 roku to uroczystość pożerania, na której Arabowie są zwykłymi statystami, pełnią rolę dekoracji, jak kolumnada z innej epoki, ruiny rzymskie lub plantacja egzotycznych starych drzew.

A jednak po obu stronach Morza Śródziemnego już podnoszą się głosy żądające, by Algieria nie była jedynie rozdziałem w książce, której nie miała prawa napisać. Na razie jakby nikt ich nie słuchał. Inne z radością przyjmują oficjalne wersje i prześcigają się w popisach retorycznych, które sławią dokonującą się misję cywilizacyjną. Jeszcze inne milczą, bo wyobrażają sobie, że historia toczy się w innym, równoległym świecie, w świecie królów i wojowników, w którym nie ma dla nich miejsca, w którym nie mają do odegrania żadnej roli.

Ali natomiast wierzy, że historia została już napisana, i w miarę jak on posuwa się do przodu, historia rozwija się tylko i ukazuje. Wszystkie jego czyny nie mogą spowodować zmiany, ale odsłaniają historię. Maktub, tak jest zapisane. Nie wie dobrze gdzie, może w chmurach, może w liniach dłoni lub maleńkimi literami we wnętrzu ciała, może w źrenicy Boga. Wierzy w maktub, bo sprawia mu to przyjemność, bo uważa, że miło jest nie musieć o wszystkim decydować. Wierzy także w maktub, bo gdy dobiegał trzydziestki, niemal przez przypadek osiągnął bogactwo, toteż myślenie, że tak było mu pisane, pozwala mu nie czuć się winnym, że los się do niego uśmiechnął.

Na tym być może polega pech Alego (pomyśli później Naïma, gdy będzie próbowała wyobrazić sobie życie dziadka): jego los się odmienił bez jego udziału, Ali zobaczył, jak spełniają się jego marzenia, nie musząc podejmować żadnych działań. Do jego życia wkroczyła magia i tej magii – jak również zachowań, jakie za sobą pociąga – trudno się pozbyć. Szczęście rozbija kamienie, mawiają nieraz tam wysoko, na górze. Tak właśnie się stało w przypadku Alego.

W latach trzydziestych jest tylko biednym nastolatkiem z Kabylii. Podobnie jak wielu chłopaków z wioski zastanawia się, czy harować na maleńkich, suchych jak piasek poletkach rodzinnych albo uprawiać ziemie kolonizatorów lub bogatszego chłopa, czy też iść do pobliskiego miasta Palestro2 i zająć się pracą fizyczną. Próbował zatrudnić się w kopalni w Bu-Mardan, ale go nie chcieli. Podobno stary Faransawi3, z którym rozmawiał, stracił ojca w czasie buntu w 1871 roku i nie chce mieć wokół siebie tubylców.

Ponieważ Ali nie ma stałej pracy, zajmuje się po trochu wszystkim, jest kimś w rodzaju wędrownego chłopa, domokrążcy, a pieniądze, które przynosi do domu, wraz z zarabianymi przez ojca wystarczają na utrzymanie rodziny. Alemu udaje się nawet zgromadzić trochę oszczędności, by móc się ożenić. Gdy kończy dziewiętnaście lat, poślubia jedną ze swoich kuzynek, nastolatkę o pięknej, melancholijnej twarzy. Z tego związku rodzą się dwie córki – wielka szkoda, komentuje surowo rodzina nad łóżkiem położnicy, która umiera ze wstydu. Jak mawia kabylskie przysłowie, w domu, w którym nie ma już matki, jest ciemno nawet przy zapalonej lampie. Młody Ali znosi ciemność tak, jak znosi biedę, powtarzając sobie, że tak mu jest pisane i że dla Boga, który widzi wszystko, życie ma jakiś wyższy sens niż niesione przez nie skrawki trosk.

Na początku lat czterdziestych krucha równowaga ekonomiczna rodziny się załamuje, gdy ojciec Alego, próbując złapać uciekającą kozę, spada ze skały i umiera. Ali zaciąga się wtedy do armii francuskiej, która odradza się z popiołów i dołącza do batalionów alianckich ruszających na rekonkwistę Europy. Ma dwadzieścia dwa lata. Pozostawia pod opieką matki rodzeństwo, jak również swoje córeczki.

Po przyjeździe (taki przeskok jak w mojej opowieści robił także Ali, taki przeskok napotka Hamid, a potem Naïma, gdy będą chcieli posłuchać wspomnień: wojna sprowadzać się będzie tylko do słowa „wojna” wypełniającego te dwa lata) wraca do biedy, którą nieco łagodzi renta wojskowa.

Wiosną nad wyschnięte latem koryto rzeki, które po roztopach wypełniła woda, zabiera swoich młodszych braci, Dżamala i Hamzę, by się umyli. Prąd jest tak silny, że muszą trzymać się kurczowo skał i kępy traw na brzegu, aby ich nie porwał. Dżamal, najmłodszy z całej trójki, jest przerażony. Pozostali bracia śmieją się na całe gardło, kpią z jego strachu, dla żartu łapią go za nogi, a Dżamal myśli, że to woda go wciąga, i modli się z płaczem. Aż tu nagle:

– Uwaga!

Zbliża się do nich jakiś ciemny kształt. Do chlupotu wody i odgłosów toczących się kamieni dochodzi skrzypienie dziwnej łodzi, która obija się o skały, szybko płynąc w dół. Dżamal i Hamza wyskakują z wody, natomiast Ali się nie rusza, kuli się tylko za skalistym występem, w który się wczepia. W jego prowizoryczne schronienie uderza jakiś ciężar, na moment nieruchomieje, a potem znów zaczyna się kołysać, przekrzywia się i zaraz dalej ponosi go prąd. Ali wspina się na skałę i kucając na kamieniu, próbuje przytrzymać to, co przyniosła woda: niesłychanie prostą maszynę, olbrzymią śrubę z ciemnego drewna obracającą się w ciężkiej ramie, której wodom rzeki nie udało się jeszcze rozbić.

– Pomóżcie mi! – wrzeszczy Ali do braci.

Ciąg dalszy w rodzinie opowiadać się będzie zawsze jak bajkę, używając prostych, oszczędnych zdań i potoczystego języka, który wymaga uroczystego tonu: Wówczas wydobyli prasę z wody, naprawili ją i postawili w ogrodzie. Odtąd nieważne było, że ich skąpe poletka są jałowe, bo inni przynosili im swoje oliwki, a oni wyrabiali z nich oliwę. Wkrótce byli na tyle bogaci, by kupić ziemię. Ali mógł ponownie się ożenić i znaleźć żony dwóm braciom. Stara matka odeszła kilka lat później, szczęśliwa i spokojna.

Ali nie śmie wierzyć, że zasłużył na swój los albo sam stworzył warunki pozwalające mu osiągnąć bogactwo. Jest przekonany, że to łut szczęścia i rzeka przyniosły mu prasę i pola, sklepik w górach, a potem firmę handlową o zasięgu regionalnym, a zwłaszcza, później, samochód i mieszkanie w mieście – nieomylne oznaki sukcesu. Dlatego też uważa, że gdy na człowieka spada nieszczęście, nikt nie jest temu winny. To tak jakby strumień wezbrał i zabrał z powrotem prasę ze środka podwórza. Z tego powodu, gdy w kawiarniach w Palestro czy w Algierze słyszy, jak mężczyźni (zaledwie kilku, niezbyt wielu) mówią, że sprawcami biedy, w jakiej żyje większość robotników i pracowników najemnych, są właściciele i że możliwy jest inny system gospodarczy, taki, w którym ten, kto pracuje, ma także prawo do generowanych przez siebie zysków w równej albo prawie równej części jak ten, kto posiada ziemię czy maszynę, wtedy Ali uśmiecha się i mówi: „Trzeba być szalonym, żeby walczyć z prądem wezbranego potoku”. Maktub. Życie jest ciągiem nieuchronnych zdarzeń, a nie aktów historycznych, które można zmienić.

Przyszłość Alego (która, gdy piszę te słowa, jest już dla Naïmy odległą przeszłością) nie będzie w stanie zmienić jego postrzegania świata. W opowieści o swoim życiu nigdy nie potrafi uwzględnić różnych elementów historycznych albo politycznych, socjologicznych czy wreszcie ekonomicznych, które pozwoliłyby jej stać się punktem wyjścia do opisu szerszej sytuacji, skolonizowanego kraju czy choćby – by zbyt wiele nie wymagać – skolonizowanego chłopa.

Dlatego właśnie ta część historii przypomina Naïmie, podobnie jak mnie, serię trącących myszką obrazków (prasa, osiołek, szczyt górski, burnus, gaj oliwny, potok, białe domki wczepione jak kleszcze w kamieniste zbocza porośnięte cedrami) przeplatanych przysłowiami, obrazków niczym pamiątkowe pocztówki z Algierii, które starszy człowiek ukrywa tu i tam w swoich rzadkich opowieściach, jego dzieci powtarzają je później, zmieniając kilka słów, a wyobraźnia jego wnuków rozbudowuje, powiększa i rysuje na nowo, by dało się z nich stworzyć kraj i historię rodziny.

Dlatego właśnie potrzebna jest tak fikcja, jak i badania historyczne, bo tylko to pozostaje, by wypełnić milczenie przekazywane z pokolenia na pokolenie między pocztówkami.

Powiększanie gospodarstwa Alego i jego braci idzie tym łatwiej, że rodziny, które też mają ziemię na szczycie góry, nie wiedzą, co robić z maleńkimi, rozproszonymi działkami pozostałymi po latach wywłaszczeń i sekwestru. Grunty są podzielone, rozdrobnione na nędzne kawałeczki. W to, co kiedyś należało do wszystkich albo co przekazywano sobie z pokolenia na pokolenie bez dokumentów czy zbędnych słów, władza kolonialna wbiła drewniane i żelazne paliki z główkami w żywych kolorach, których usytuowanie wyznacza system metryczny, a nie minimum życiowe. Trudno uprawiać te działki, ale nie ma mowy, by sprzedać je Francuzom: odstąpienie ziemi komuś spoza rodziny jest plamą na honorze, której nic nie może zmazać. Ciężkie czasy zmuszają chłopów do rozszerzenia pojęcia rodziny, najpierw na dalszych kuzynów, potem na mieszkańców wioski, szczytu góry, a nawet na tych z przeciwległego zbocza. Krótko mówiąc, na wszystkich, którzy nie są Francuzami. Nie tylko wielu rolników zgadza się odsprzedać swoje ziemie Alemu, ale wręcz dziękują mu, że uchronił ich od innej, bardziej hańbiącej sprzedaży, która ostatecznie wykluczyłaby ich ze wspólnoty. Niech cię Bóg błogosławi, mój synu. Ali skupuje i scala. Jednoczy. Przedłuża. Na początku lat pięćdziesiątych jest kartografem mogącym decydować o kształcie obszarów, które rysuje.

Razem z braćmi budują dwa nowe domy przy starej, pobielanej glinianej chacie. Chodzą z jednego domu do drugiego, dzieci śpią wszędzie, a wieczorem, gdy zbierają się w największej izbie w starym domu, nieraz zdają się zapominać o przybudówkach, które wyrosły obok. Poszerzają włości, nie oddalając się od siebie. We wsi ludzie kłaniają im się jak notablom. Widać ich z daleka: Ali i jego dwaj bracia są teraz wysocy i grubi, nawet Dżamal, który wcześniej przypominał chuderlawą kozę. Przywodzą na myśl olbrzymów z gór. Twarz Alego jest niemal idealnie okrągła. Jak księżyc.

„Jeśli masz pieniądze, pokaż je”.

Tak mawia się tutaj, na szczycie, jak i u stóp góry. To dziwne przykazanie, bo wymaga, by ciągle wydawać pieniądze, chwalić się nimi. Pokazując swoje bogactwo, człowiek je traci. Ani Alemu, ani jego braciom nie przyszłoby do głowy odkładanie pieniędzy, aby je „pomnożyć”, z myślą o przyszłych pokoleniach czy choćby na czarną godzinę. Pieniądze się wydaje, gdy tylko się je ma. Zamienia się je na błyszczące policzki, okrągły brzuch, kolorowe tkaniny, klejnoty, których wielkość i ciężar fascynuje Europejki, tyle że one wystawiają je w gablotkach, ale nigdy ich nie noszą. Pieniądz s a m w s o b i e jest niczym. Jest natomiast wszystkim, gdy tylko zmienia się w nagromadzenie przedmiotów.

W rodzinie Alego opowiada się historię sprzed kilkuset lat dowodzącą, że takie postępowanie jest podyktowane mądrością, a oszczędzanie, do którego zachęcają Francuzi, zakrawa na szaleństwo. Opowiada się ją, jakby zdarzyła się niedawno, bo w domu Alego i w okolicy ludzie wierzą, że kraj legend zaczyna się tuż za progiem domu lub gdy tylko zdmuchnie się knot lampy. To historia Karima, biednego fellaha, który umarł na pustyni koło baraniej skóry pełnej złotych monet, którą właśnie znalazł. Monet się nie je. Nie pije się ich. Nie okrywają ciała, nie chronią przed zimnem ani przed słońcem. Co to za majątek? Co to za pan?

Zgodnie ze starą kabylską tradycją nie liczy się szczodrości Bożej. Nie liczy się mężczyzn uczestniczących w zgromadzeniu. Nie liczy się jaj zniesionych przez kurę. Nie liczy się ziaren trzymanych w dużej glinianej kadzi. W niektórych zakątkach górskich w ogóle zabrania się wypowiadania liczb. Kiedy Francuzi przyszli, by spisać mieszkańców wioski, napotkali milczenie starców: Ile miałeś dzieci? Ile z nich zostało i mieszka z tobą? Ile osób śpi w tej izbie? Ile, ile, ile… Rumi4 nie rozumieją, że liczenie jest ograniczaniem przyszłości, to jak plunąć Bogu w twarz.

Bogactwo Alego i jego braci jest błogosławieństwem spływającym na znacznie większy krąg kuzynów i przyjaciół. Zmusza ich do szerszej, koncentrycznej solidarności i skupia wokół nich część wioski, która darzy ich wdzięcznością. Ale nie wszyscy są z tego powodu szczęśliwi. Zagraża ono wcześniejszej dominacji innej rodziny, Amruszów, o których mawia się, że byli bogaci, gdy jeszcze żyły lwy. Amruszowie mieszkają trochę niżej na zboczu, w miejscu, które Francuzi mylnie nazywają „centrum” siedmiu maszt, przysiółków położonych kolejno na skalnym grzbiecie jak perły rozsiane na zbyt długim naszyjniku. Tak naprawdę nie ma centrum, nie ma środka, wokół którego powstałyby skupiska domów, nawet łącząca je wąska droga jest złudzeniem: każda maszta stanowi mały świat osłonięty drzewami i murami, a francuska administracja połączyła je w okręg administracyjny, duar, który istnieje tylko dla niej. Amruszowie najpierw śmiali się z wysiłków Alego, Dżamala i Hamzy. Przepowiadali, że do niczego nie dojdą: biedny chłop nigdy nie stanie się mądrym właścicielem, po prostu nie ma dość oleju w głowie. Szczęście i nieszczęście, mawiali, jest wypisane na czole człowieka od urodzenia. Potem krzywili się wobec powodzenia, jakim zostało zwieńczone przedsięwzięcie Alego. Ostatecznie pogodzili się z tym albo udawali, że się godzą, wzdychając, że Bóg jest hojny.

Także z uwagi na nich Ali wydaje zarobione pieniądze i chwali się nimi. Na sukces jednych drudzy muszą odpowiedzieć, tak samo jest z gospodarstwami. Jeśli jeden powiększa stodołę, drugi dobuduje do swojej piętro. Jeśli jeden kupi prasę, drugi sprawi sobie młyn. Konieczność posiadania tych nowych maszyn czy większych przestrzeni może uchodzić za dyskusyjną. Jednak Alego i Amruszów to nie obchodzi: ich zakupy nie mają nic wspólnego z ziemią – dobrze o tym wiedzą – tylko z rodziną po drugiej stronie. Jakiego bogactwa nie mierzy się zawiścią sąsiada?

Rywalizacja dwóch rodzin wykopuje między nimi rów, podobnie jak między mieszkańcami wioski: każdy przyłącza się do jednego z dwóch klanów. Nie towarzyszy temu jednak ani nienawiść, ani złość. Początkowo to tylko kwestia prestiżu, honoru. Nif5 jest tu niemal wszystkim.

Gdy Ali wraca pamięcią do minionych lat, zdaje mu się, że niebo obdarzyło go wyjątkowym losem, i uśmiecha się, składając dłonie na brzuchu. Tak, wszystko jest jak w bajce.

Zresztą jak często bywa w bajkach, szczęście w małym królestwie mąci tylko jeden brak: król nie ma syna. Druga żona Alego, spędziwszy ponad rok w jego łóżku, nadal nie daje mu dzieci. Dwie córki z poprzedniego małżeństwa rosną, a ich piskliwe głosiki codziennie przypominają Alemu, że nie są chłopcami. Nie może już znieść żartów braci, którzy obaj są ojcami i pozwalają sobie na aluzje do jego męskości. Szczerze mówiąc, nie może już znieść swojej żony – gdy w nią wchodzi, ma wrażenie, że czuje nienormalną suchość, myśli o jej wnętrzu jak o pustym, wypalonym słońcem ogrodzie. W końcu ją odsyła, bo ma do tego prawo. Ona błaga go i płacze. Jej rodzice przychodzą do Alego i też błagają go i płaczą. Matka obiecuje, że córka będzie jadła rośliny, które czynią cuda, albo że zabierze ją na grób marabuta, który jej polecono, by się pomodlić. Opowiada o jednej kobiecie, a potem o innej, którą po latach pustki spotkała nagroda w postaci zasiedlonego brzucha. Mówi, że Ali nie może wiedzieć, czy w brzuchu jej córki nie śpi dziecko, które obudzi się później, w porze zbiorów, albo w kolejnym roku, nie takie rzeczy już widywano. Ali jednak jest nieprzejednany. Nie potrafi znieść, że Hamza doczekał się syna wcześniej niż on.

Młoda kobieta wraca do rodzinnego domu. Spędzi tam całe życie. Zgodnie z tradycją to Ali, a nie jej ojciec ma określić, za jaką kwotę można ją poślubić. Ali nie wyznacza żadnej sumy. Nie chce za nią pieniędzy. Oddałby ją za miarkę mąki jęczmiennej. Tyle że nie ma ku temu okazji: żaden mężczyzna nie poślubi suchego brzucha.

Jej czarne, niespokojne oczy na przemian spoglądają na rodziców i na mężczyznę, którego nigdy przedtem nie widziała, a który przedstawia się jako posłaniec jej przyszłego męża. Patrząc na jego rysy, usiłuje odgadnąć rysy tamtego, któremu oddał ją (nieraz brutalnie mówi się: sprzedał, i nie stanowi to żadnej obrazy) ojciec.

Między jego ojcem a mężczyzną leży dywan, na którym prezenty od przyszłego męża rozpościerają się niczym panorama czekającego ją życia kobiety, małżonki.

Dla urody: henna, ałun, cecydium, różowy kamień zwany al-chabala, szaleństwo, bo właśnie szaleństwo może wywołać, a służy do wyrobu kosmetyków i filtrów miłosnych, indygo używane jak barwnik, ale także do tatuaży, srebrna biżuteria, która jest cenna, i inna, miedziana, która tylko błyszczy.

Dla zapachu: piżmo, olejek jaśminowy, olejek różany, pestki czereśni i goździki, które rozkruszy w moździerzu, by zrobić pachnącą masę, suszona lawenda, szczypiorek.

Dla zdrowia: żywica balsamiczna, kora orzecha, której używa się do leczenia dziąseł, ostróżka, która przepędza wszy, korzeń lukrecji, siarka, która leczy świerzb, sól kamienna i chlorek rtęci, który łagodzi wrzody.

Dla szczęśliwego pożycia: kamfora, która ma zapobiegać poczęciu, sarsaparilla, z której napar leczy syfilis, kantarydyna, afrodyzjak, który wywołuje erekcję poprzez podrażnienie moczowodu.

Dla smaku: kminek, imbir, czarny pieprz, muszkat, koper, szafran.

Od uroków: glinka żółta, ochra czerwona, styraks, który odpędza złe duchy, drewno cedrowe i starannie przewiązane wełną źdźbła trawy, które należy palić przeciwko zaklęciom.

Chętnie zaklaskałaby w dłonie na widok różnorodnego, zachwycającego asortymentu, miniaturowego targu, który rozłożył się w jej domu na dywanie, w rozmaitych kolorach i kształtach, dałaby się porwać ciężkim zapachom, gdyby się tak bardzo nie bała. Ma czternaście lat i poślubia Alego, nieznajomego starszego od niej o dwadzieścia lat. Nie zaprotestowała, gdy jej to oznajmiono, ale chciałaby wiedzieć, jak wygląda. Czy spotkała go już kiedyś przypadkowo, gdy szła po wodę? Uważa, że trudno jest – niemal okropnie – myśleć o tym mężczyźnie przed zaśnięciem i nie móc dopasować do jego imienia żadnej twarzy.

Gdy siedzi na grzbiecie muła, nieruchoma, wystrojona i ozdobiona klejnotami, przez krótką chwilę ma wrażenie, że zemdleje. Niemal na to liczy. Ale orszak rusza przy dźwięku fletów, bębenków i okrzyków zagharid6. Napotyka wzrok matki, w którym duma miesza się z niepokojem (jej matka nigdy nie patrzyła inaczej na swoje dzieci). Aby jej zatem nie rozczarować, prostuje się w siodle i opuszcza dom ojca, nie okazując strachu.

Nie wie, czy droga przez góry wydaje się jej zbyt długa, czy zbyt krótka. Chłopi i pasterze na widok przechodzącego orszaku przez chwilę uczestniczą w przejawach radości, a potem wracają do swoich zajęć. A ona myśli – może – że chciałaby być jak oni, że pragnęłaby być mężczyzną, a nawet zwierzęciem.

Gdy przybywa do domu Alego, wreszcie go widzi, stoi na progu między dwoma braćmi. Natychmiast czuje ulgę: uważa, że jest przystojny. Oczywiście jest dużo starszy od niej – i znacznie wyższy, podświadomie łączy te rzeczy ze sobą, jakby nigdy nie przestawało się rosnąć i jakby ona też za dwadzieścia lat miała mieć blisko dwa metry wzrostu – trzyma się jednak prosto, ma szczerą twarz w kształcie księżyca, mocne szczęki, nie ma zepsutych zębów. Nie mogła rozsądnie liczyć na więcej. Mężczyźni zaczynają popisy, wystrzeliwując pierwszą salwę w powietrze, by uczcić przybycie nowej małżonki – większość zatrzymała strzelby myśliwskie mimo zakazu Francuzów. Oszołomiona mocnym, radosnym zapachem prochu, uśmiecha się, uznając, że ma szczęście, i nadal uśmiechając się, wkłada na kostkę chulchal7 z litego srebra, który symbolizuje więzy.

Mieszka teraz w domu męża. Ma nowych braci, nowe siostry, a jeszcze przed nocą poślubną – nowe dzieci. Jest prawie w tym samym wieku co jedna z jej pasierbic, córek Alego z pierwszego małżeństwa, lecz musi zachowywać się w stosunku do nich jak matka, zyskać ich szacunek, skłonić je do posłuszeństwa. Fatima i Raszida, żony braci jej męża, nie pomagają jej. Odkąd przekroczyła próg domu, źle ją traktują, bo panna młoda jest zbyt ładna (tak będzie potem opowiadała w małej kuchni w bloku). Fatima ma już trójkę dzieci, a Raszida dwójkę. Macierzyństwo odcisnęło piętno na ich ciężkich, obwisłych ciałach. Nie chcą, aby jędrne, krągłe, złociste ciało młodej dziewczyny podkreślało ich klęskę. Nie mają ochoty stać obok niej w kuchni. Szanują Alego, który jest głową rodziny, ciągle jednak się zastanawiają, jak dopiec jego żonie, nie uchybiając obowiązkowi. Z wahaniem stąpają po tej cienkiej linie, rzucając tu i ówdzie kąśliwą uwagę, ryzykując drobną kradzież, odmawiając przysługi.

W wieku czternastu lat panna młoda była jeszcze dzieckiem. W wieku piętnastu lat zostaje jemmą, matką. Po raz kolejny uważa, że ma szczęście: jej pierwsze dziecko to syn. Kobiety, które ją otaczają, gdy rodzi, natychmiast wystawiają głowę przez drzwi i krzyczą: „Ali ma syna!”. Jej przybrana rodzina zobowiązana jest teraz do okazywania jej większych względów. Dała Alemu – już za pierwszym razem – męskiego potomka. Raszida i Fatima, stojąc koło łóżka, przełykają rozczarowanie i w geście dobrej woli ocierają położnicy pot z czoła, myją dziecko i owijają je w pieluszki.

Po wielogodzinnych skurczach i porodzie, który zdawał się rozrywać ciało nastolatki na dwoje, młoda matka musi przyjąć, leżąc na łóżku, wszystkich członków rodziny przychodzących do niej z gratulacjami i prezentami, zmęczenie przesłania jej wirujące nad nią twarze i dary, z których nagle wyłania się tabzimt, okrągła fibula ozdobiona czerwonym koralem oraz niebieską i zieloną emalią, tradycyjnie wręczana kobiecie, gdy urodzi syna. Ofiarowana Jemmie ozdoba jest tak ciężka, że noszenie jej przyprawia ją o ból głowy, a jednak z radością zakłada ją na czoło.

Chłopiec urodzony w porze bobu (to znaczy wiosną 1953 roku, ale poważną, francuską datę urodzenia otrzyma, dopiero gdy trzeba będzie przygotować dokumenty niezbędne do ucieczki) ma na imię Hamid. Jemma bezgranicznie kocha pierworodnego syna i ta miłość przechodzi na Alego. Ona nie potrzebuje nic więcej, by ich małżeństwo funkcjonowało.

– Kocham go za dzieci, które mi dał – powie znacznie później Naïmie.

Ali kocha ją z tych samych powodów. Ma wrażenie, że do przyjścia na świat chłopca powstrzymywał się przed wszelkimi przejawami czułości wobec niej, ale gdy pojawił się Hamid, czuje się, jakby rzeka niosła mu serce, i obsypuje żonę tkliwymi przydomkami, pełnymi wdzięczności spojrzeniami i prezentami. To im obojgu wystarcza.

Mimo wzajemnych pretensji i kłótni rodzina funkcjonuje jak solidarna grupa, której jedynym celem jest trwać. Nie szuka szczęścia, szuka zaledwie wspólnego tempa i udaje się je odnaleźć. Żyje w rytmie pór roku, ciąż kobiet i zwierząt, zbiorów, wiejskich świąt. Zamieszkuje cykliczny, bez przerwy powtarzający się czas, a jej członkowie wspólnie wypełniają jego pętle. Są jak ubrania, które wirują razem w bębnie pralki i wreszcie tworzą jedną masę tkanin obracających się bez końca.

Siedząc w cieniu na jednej z ławek tadżma’atu8, Ali obserwuje grupę chłopców z wioski, którzy różnią się wiekiem, wzrostem i kolorem włosów. Dzieci Amruszów mają miedziane czupryny, głowę małego Balkadiego porasta jasny meszek, a pozostali mają czarne jak węgiel loki, tak jak Umar, syn Hamzy, którego Ali nie lubi, bo miał czelność urodzić się dwa lata przed Hamidem.

Otaczają kołem Jusufa Tadżira, najstarszego spośród nich, nastolatka, którego jedynie bieda utrzymuje jeszcze w okresie dzieciństwa. Nigdy nie nabrał odpowiedzialności mężczyzny. A przecież jest spokrewniony przez swoją babkę z Amruszami, lecz oni nie chcą mu pomóc i dać pracy z powodu długu, którego jego ojciec nigdy nie spłacił. Tu mawia się, że długi kładą się jak psy stróżujące przed drzwiami i nie pozwalają bogactwu się zbliżyć. Mimo że ojciec Jusufa zmarł przed wieloma laty, chłopiec odziedziczył po nim hańbę i w wieku czternastu lat musi sobie radzić sam. Zajął się nielegalnym handlem w Palestro. Jak często powtarza Ali z pogardliwą kpiną w głosie: „Nie wiadomo, co sprzedaje, i nie wiadomo, ile zarabia. Prawdopodobnie nic, ale na nic więcej nie ma czasu”. Jusuf nieustannie wchodzi na górę i z niej schodzi, krąży między wsią i miastem, nieustannie pyta o autobus czy wóz, który będzie jechał w to czy inne miejsce, nieustannie mówi, że to pilne, że „chodzi o pracę”, ale mimo tej krzątaniny nigdy nie ma w kieszeni ani grosza.

– Gdyby płacono mi od godziny – mówi często – byłbym milionerem.

Ponieważ mężczyźni drwią z jego bezowocnych wysiłków, woli towarzystwo dzieci, które go uwielbiają. Tego dnia chłopcy stojący z pochylonymi głowami, by osłonić środek koła, stanowią zarówno salę, w której Jusuf występuje, jak i publiczność, którą czaruje. Ali zastanawia się, co też mogą zakrywać małymi ciałkami. Może palą papierosy. Czasami Jusuf ich nimi częstuje. Kiedyś Hamza pobił go laską, Umar bowiem po powrocie do domu śmierdział tytoniem. Ali podchodzi bliżej, by sprawdzić. Chłopcy natychmiast się rozstępują, lecz nie uciekają – lubią Alego, ponieważ ma zawsze pełne kieszenie. Po prostu się rozstępują, bo obecność dorosłego przerywa krąg, który jest jedynie kręgiem chłopców, istnieje za sprawą dziecięcej magii i pęka, gdy ktoś starszy wiekiem chce się do niego zbliżyć (nieraz serce Alemu się ściska, tak jak ściskać się będzie serce Hamidowi na myśl o granicy, którą można przekroczyć tylko raz, w jedną stronę).

– Co tam oglądacie? – pyta Ali.

Umar, jego bratanek, pokazuje małą fotografię, którą podawali sobie z rąk do rąk. Widnieje na niej mężczyzna z długą brodą, w europejskim garniturze przykrytym burnusem. Ma na głowie fez, który pewnie jest czerwony, lecz na czarno-białym zdjęciu wydaje się ciemniejszy od jego brwi. Umar podaje Alemu zdjęcie na wyciągniętej dłoni, jakby to była świętość albo ranny ptak. Jusuf patrzy na niego, uśmiechając się. Ma dużą szparę między przednimi zębami i wydmuchuje przez nią dym z papierosa. Gdy podnosi wzrok na Alego, ten widzi w nim źle skrywane wyzwanie.

– Wiesz, kto to jest? – pyta Umar.

Ali kiwa głową:

– To Messali al-Hadżdż9.

– Jusuf mówi, że to ojciec naszego narodu – oznajmia z dumą jeden z chłopców.

– Coś takiego! A co jeszcze mówi Jusuf?

Nastolatek nie protestuje przeciwko temu ukrytemu przesłuchaniu. Pozwala dzieciom odpowiedzieć.

– Mówi, że gdyby mógł, pojechałby się szkolić do Egiptu, żeby dołączyć do algierskiego buntu – oświadcza jeden z Amruszów z wielkim podziwem.

– A ty wiesz, gdzie jest Egipt? – pyta Ali.

W jednej sekundzie podnosi się dziesięć rąk, z których każda wskazuje inny kierunek.

– Osiołki – podsumowuje z czułością Ali.

Oddaje zdjęcie dzieciom i odchodzi bez słowa. Woła za nim Jusuf:

– Wujku!

To pełen szacunku zwrot używany w stosunku do starszych w tym społeczeństwie, w którym rodzina stanowi najbardziej szlachetną z więzi, a kolonizatorom nie udało się jeszcze narzucić pionowej hierarchii (którą charakteryzuje powtarzające się słowo „sidi”, mój panie). Ali się odwraca.

– Niepodległość nie jest tylko dziecięcym marzeniem, wiesz – rzuca Jusuf. – Nawet Amerykanie powiedzieli, że wszystkie narody powinny być wolne!

– Ameryka jest daleko – odpowiada po namyśle Ali. – A ty, nawet żeby pojechać do Palestro, prosisz mnie o pieniądze.

– To prawda, wujku, prawda. Zresztą… nie mógłbyś mnie przypadkiem tam jutro podrzucić?

Ali się uśmiecha. Nic nie poradzi na to, że lubi nastolatka – może po prostu dlatego, że Amruszowie go nie lubią. A może dlatego, że Jusuf ma w sobie radosną brawurę, której nie pokonała bieda, w jakiej żyje syn wdowy. Ali myśli sobie, że tej jesieni w czasie zbiorów zaproponuje mu pracę przy zrywaniu oliwek albo przy jednej z pras. Musi tylko uważać, żeby chłopak nie zbliżał się za bardzo do kobiet. Jego gadulstwo często naraża na szwank reputację mężów, ojców i braci. Za każdym razem udawało mu się wyjść cało z opałów, bo mają litość dla jego matki. Jak tylko ktoś wymawia jej imię, natychmiast inny dodaje: biedna. Zaczęto ją tak niemal powszechnie nazywać w wiosce: biedna Fatima.

Wieczorem przy kolacji, kiedy rodziny Alego, Hamzy i Dżamala wspólnie jedzą kuskus, Umar pyta mężczyzn, czy lubią Messalego al-Hadżdża. (Mówi „lubią”, a nie „popierają” czy „zgadzają się z nim”. Nie rozumie jeszcze, co znaczy przywódca polityczny, widzi tylko postać ojca).

– Nie – odpowiada sucho Ali.

Umarowi serce się ściska, bo odpowiedź wuja pogłębia jeszcze przepaść między nim a Jusufem, co może zagrozić jego miejscu w grupie chłopców. Jusuf jest najstarszy, a Umar najmłodszy: Jusuf t o l e r u j e więc Umara. Gdyby zmienił zdanie, Umar musiałby siedzieć w domu z Hamidem, który jest jeszcze mały, i próbować uczyć go zabaw, z których malec robi dziecinadę. Umar jest smutny, bo przed chwilą Jusuf dał mu zdjęcie, a on schował je za paskiem. Wie jednak, że nie będzie mógł więcej spojrzeć na portret Messalego al-Hadżdża, nie myśląc o odpowiedzi wuja, a więc zdjęcie będzie już na zawsze splamione tym „nie”, jakby było ono wypisane na twarzy starszego człowieka o oczach zagniewanego proroka.

– Dlaczego? – pyta nieśmiało.

– Bo Messali al-Hadżdż nie lubi Kabylów. – (Ali także używa czasownika „lubić”, a nie „wspierać ruch”, „popierać regionalizm”, „uznawać żądania”). – Dla niego niepodległość Algierii oznacza, że wszyscy staniemy się Arabami.

Umar kiwa głową, udając, że rozumie. A jednak w tej rodzinie, która w większości posługuje się arabskim (jedynie kobiety używają kabylskiego) i w tym zdaniu, które Ali zresztą powiedział po arabsku, nie widzi żadnego powodu, by z mety podzielać oburzenie wuja. Patrzy niepewnie na dorosłych, którzy potakują Alemu, nawet kobiety podające na stojąco półmiski. Chłopiec odlicza długie sekundy, zanim odważy się zapytać:

– A… co my mamy przeciwko Arabom?

Lepiej się upewnić.

– Nie rozumieją nas – mówi Ali, po czym odwraca się do brata, by porozmawiać z nim o nadchodzących zbiorach.

Umar, który też ich nie rozumie, zasypia z żołądkiem ściśniętym ze strachu, iż ten brak zrozumienia oznacza, że jest Arabem.

„Obojętność wobec walki jest zbrodnią”

Pierwsza ulotka Frontu Wyzwolenia Narodowego

1 listopada 1954

Od 1949 roku Ali jest wiceprezesem Stowarzyszenia Kombatantów w Palestro. W praktyce niewiele to znaczy i prawie nic tam się nie dzieje. Stowarzyszenie to przede wszystkim miejsce: sala udostępniona przez francuską administrację. Nieraz jest pusta. Nieraz spotyka się tam kilku mężczyzn. Grają w karty, w domino, rozmawiają o tym, co u kogo słychać. Nieraz przychodzą z medalami. W tej sali mają one wartość. Na górze, na szczycie robią może wrażenie na dzieciach, które lubią wszystko, co błyszczy, ale nikt nie wie, co oznaczają poszczególne metalowe ornamenty i wstęgi.

Dla Alego to dobry pretekst, by nie wracać na górę od razu, gdy skończy pracę w dolinie (pracę przedstawiciela handlowego, szlachetną pracę). Nigdy nie zabrał tam swoich braci ani bratanków, a nawet syna. Stowarzyszenie należy tylko do niego i do tych, którzy walczyli. Nie jest to coś, czym człowiek dzieli się z rodziną.

W cichej sali, którą mają wyłącznie dla siebie, piją anyżówkę. Ten zwyczaj wielu z nich przywiozło z frontu. Do 1943 roku Ali ani razu nie pił alkoholu. Zaczął we Włoszech, w czasie bitwy, o której nigdy nie mówi (i to mu się tu podoba: nie musi o niej mówić, by istniała). Zaczęło się od nieco absurdalnej formy protestu: skoro armia wymagała, by żołnierze z Afryki Północnej jedli wieprzowinę z przydziałowych racji dostarczanych przez Amerykanów, powinna też przysługiwać im racja wina, której dotąd byli pozbawieni. Ali pamięta, że poparł przywódców, którzy wysunęli to żądanie, bo ich lubił, a gdy zostało spełnione, znalazł się, jak idiota, przed pełną szklanką. Wypił ją, krzywiąc się, i myśląc, że chodzi raczej o równość niż o alkohol. Później, gdy dotarli do wschodniej Francji, znajdowali butelki ukryte przez chłopów w opustoszałych gospodarstwach, gdzie obozowali, a przenikliwe zimno sprawiało, że nie mogli się bez nich obejść. Ali pił dalej. Nawet powrót do krainy słońca i islamu nie odstręczył go od alkoholu. Wie, że Jemma tego nie lubi, więc pije wyłącznie w Stowarzyszeniu, raz w tygodniu, małymi łyczkami, z poczuciem winy i rozkoszą. Niektórzy, bardziej zepsuci od niego, sięgają po denaturat, gdy kończy się anyżówka. Nie widzą w tym problemu: denaturat jest tańszy i można się nim tak samo upić. Tylko Rumi uznają alkohol za wyrafinowaną przyjemność.

Zgodnie z jedną z teorii dotyczących etymologii słowa „Bou­gnoule”10, pochodzi ono od wyrażenia Bu gnôle, Ojciec Bimber, Ojciec Butelka, pogardliwego określenia alkoholika. Inna wywodzi je od polecenia Abu gnôle (Przynieś bimber), wydawanego przez żołnierzy z Maghrebu w czasie I wojny światowej i przejętego przez Francuzów w formie przezwiska. Jeśli ta etymologia jest słuszna, wówczas w sali, którą im udostępniono, Ali i jego koledzy radośnie – aczkolwiek dyskretnie – robią za Arabów. Z tym że robiąc za Arabów, w rzeczywistości naśladują Francuzów.

W Stowarzyszeniu spotykają się, ale nigdy nie mieszają, przedstawiciele dwóch pokoleń: ci z pierwszej wojny światowej i ci z drugiej. Starzy przeżyli wojnę pozycyjną, a młodsi wojnę w ruchu. Posuwali się tak szybko do przodu, że w okresie od 1943 do 1945 roku przemierzyli całą Europę: Francję, Włochy, Niemcy. Byli wszędzie. Ich poprzednicy przez długie miesiące żyli zagrzebani w jednym okopie, po czym przenosili się do kolejnego. Nic nie jest do siebie bardziej podobne niż dwa okopy. Starsi chcieliby, aby młodzi przyznali, że ich wojna była najgorsza (czyli tak naprawdę najlepsza). Młodzi nie interesują się opowieściami o błocie i Flandrii. Wolą czołgi i samoloty. A poza tym Niemcy nie byli tak do końca Niemcami, zanim nie stali się nazistami. Wilhelm II to nie Hitler. Dwie grupy patrzą na siebie z dystansem, co wynika z niezrozumienia i rywalizacji. Są dla siebie mili, ale mało ze sobą rozmawiają. Nieraz kombatant z I wojny światowej spotyka się sam na sam w Stowarzyszeniu z kombatantem z II wojny i następuje chwila lekkiego, ale wyczuwalnego skrępowania, jakby jeden z nich pomylił drzwi.

Przewodniczącym Stowarzyszenia jest staruszek z I wojny, Akli. Aby dwa pokolenia czuły się na równi reprezentowane i uhonorowane, zdawało się oczywiste, że wiceprezesem powinien być ktoś z II wojny. Wybrali Alego. Akli i Ali, to dobrze brzmiało. Najczęściej zwracają się do siebie „synu” i „wujku”, ale gdy chcą się popisać przy ludziach, mówią „prezesie”, „panie wiceprezesie”, śmieszy ich to. Stopnie wojskowe szanują jak blizny na ciele żołnierza. Jednakże cywilne tytuły są bez znaczenia. Jak klejnociki na brzydkiej kobiecie, żartuje stary Akli.

Stowarzyszenie ma też dla Alego tę zaletę, że salka huczy od informacji, które nigdy nie docierają do wioski. Tam, na górze, nikt oprócz niego nie ma radia, a większość górali, podobnie jak on, jest analfabetami. Na dole, w dolinie, wiadomości krążą. A w Stowarzyszeniu są tacy, co potrafią czytać i pisać i przynoszą gazety, które komentują. Ali dostaje tu porcję wiadomości z kraju, których nigdy nie doczekałby się we wsi.

Właśnie w Stowarzyszeniu słyszy o atakach z 1 listopada 1954 roku i po raz pierwszy o FWN11. Tego dnia nawet różne źródła informacji członków Stowarzyszenia nie są w stanie dostarczyć wiarygodnych wiadomości. Nie wiadomo, skąd dokładnie pochodzą ci ludzie ani jakimi środkami dysponują. Nie bardzo wiadomo, gdzie się ukrywają. Ich związki ze znanymi już postaciami nacjonalistycznymi, jak Messali al-Hadżdż czy Farhat Abbas12, nie są dla kombatantów oczywiste. Należą do trzeciej linii, ale co różni ją od pozostałych, nie jest jasne dla nikogo.

W każdym razie jedno jest pewne: zaczęło się. Najlepiej poinformowani mówią o dziesiątkach ataków z użyciem bomb i karabinów na koszary, posterunki żandarmerii, stację radiową, zbiorniki paliw firmy Mory. Opowiadają, że spalono gospodarstwa niektórych kolonizatorów, a także skład korka i tytoniu w Burdż Manajil.

– Zabili też leśniczego z Dira al-Mizan.

– Dobrze mu tak – mówi Muhannad.

Nikt nie broni leśniczego, bo to hańbiący zawód. Zanim Francuzi podjęli próbę upaństwowienia lasów na wzór Francji kontynentalnej, dostarczały one rodzinom drewna, którym wszyscy się dzielili, i korzystało z nich bydło. Teraz wycinka i wypasanie na dziko są zabronione, co w praktyce oznacza, że nadal się odbywa, ale grożą za to sankcje. Nikt nie lubi, jak niespodziewanie pojawia się leśniczy, który pilnuje lasu i wlepia mandaty, a wszyscy wiedzą, że część pieniędzy schowa sobie do kieszeni. Nikt tu tak naprawdę nie rozumie, dlaczego Francuzom tak zależało, by stać się panami pinii i cedrów, może zrobili to w przypływie niepohamowanej dumy, która wydaje się śmieszna.

Kamal słyszał – i ta informacja sprawia, że na chwilę milkną rażeni w miejsce, którego nie potrafiłabym wskazać, ale może kryje się ono tuż obok wątroby, ważnego narządu w języku kabylskim, ta informacja godzi też w ich honor, w honor mężczyzny, honor wojownika, często stanowiących jedno – że sprawcy ataków zabili młodą kobietę, żonę francuskiego nauczyciela, który też zginął od kul.

– Jesteś pewien tego, co mówisz? – pyta Ali.

– Niczego nie jestem pewien – odpowiada Kamal.

Znowu milkną i pocierają sobie w milczeniu brodę wnętrzem dłoni. Zabicie kobiety to poważna sprawa. Zgodnie z kodeksem przodków wojnę prowadzi się tylko po to, by bronić swojego domostwa – to znaczy kobiety, która się w nim znajduje, której dom jest królestwem, świętym miejscem – przed światem zewnętrznym. Honor mężczyzny mierzy się jego zdolnością do trzymania obcych z dala od swojego domu i swojej kobiety. Innymi słowy, wojnę toczy się jedynie po to, żeby wojna nie przekroczyła progu własnego domu. Wojnę prowadzą ze sobą ludzie silni, aktywni, obywatele: mężczyźni, wyłącznie mężczyźni. Ileż to razy skarżyli się, że Francuzi obrażają ich, czasem nieświadomie, gdy wchodzą do domu Kabyla bez zaproszenia, zwracają się do jego żony i proszą ją o przekazanie informacji dotyczących interesów, polityki czy kwestii wojskowych – wszystkich tych spraw, które mogą tylko zbrukać kobietę i symbolicznie wyciągnąć ją z domu? Dlaczego FWN podobnie ich znieważa? Oczywiście, można przyjąć, że w pośpiechu zdarzają się błędy, ale ujawnić się publicznie poprzez zamachy, w których giną słabi, to zły znak.

– Jeśli to była z ich strony świadoma decyzja, muszą mi to wyjaśnić – mówi stary Akli. – A jeśli to pomyłka, to obawiam się, że z tych chłopców są osły.

Kiwają głowami. Co do tego są mniej więcej zgodni: chcieliby, żeby ktoś im nieco więcej wyjaśnił.

– Co się teraz waszym zdaniem stanie? – pyta Kamal.

Stanie się to, co jest nam pisane, myśli Ali, choć nie wróży to nic dobrego. Wszyscy tutaj wiedzą, co się dzieje, gdy Francja wpada w złość. Władza kolonialna czuwała, by jej karząca siła zapadła ludziom w pamięć. W maju 1945 roku, gdy manifestacja w Satifie zamieniła się w krwawą łaźnię, generał Duval – który był w stanie ocenić, jak jego działania odbiły się na ludności – oświadczył rządowi: „Dałem wam dziesięć lat pokoju”. Gdy region Konstantyny pogrążał się w chaosie i krzyku, niektórzy członkowie Stowarzyszenia defilowali na Polach Elizejskich przy dźwiękach orkiestry dętej. Paradowali na szerokiej paryskiej alei, maszerowali rytmicznym krokiem jako bohaterowie ojczyzny. Kobiety machały rękami i chusteczkami. W Satifie armia francuska ułożyła wzdłuż drogi i policzyła podziurawione ciała, zawsze będzie odmawiać podania ich dokładnej liczby. Nie zapomnieli. Satif to imię przerażającego olbrzyma, który krąży, zbyt blisko, w płaszczu z zakrwawionymi połami o zapachu prochu.

Dziś z rzezi pozostało podobno tylko jedno nagranie wideo (pokazane przez Barbeta Schroedera w filmie dokumentalnym na temat Jacques’a Vergèsa, Adwokat terroru): to niemal abstrakcyjne obrazy, białe i czarne plamy w ruchu, które nakładają się na siebie i pożerają nawzajem, czasami da się dostrzec twarze ludzi, białe kwadraty na białym tle transparentów obok ścian pobielanych wapnem, wyprostowanego mężczyznę, trójkąt burnusa na jego piersi. Ale przede wszystkim jest dźwięk, słychać głosy, kroki, skandowane hasła i okrzyki, a potem strzały – i obraz robi się kompletnie czarny, nic już nie widać, nie ma nikogo, nadal jednak jest dźwięk, to karabin, który nie przestaje strzelać, a nawet – tylko czy ja się na tym znam? – w oddali odgłosy ostrzału z moździerzy.

Ali wychodzi ze Stowarzyszenia i zmierza do sklepu Claude’a. Ma w dolinie francuskich klientów, niewielu, ale jednak. To mężczyźni, którzy przyszli do Stowarzyszenia, bo sami są kombatantami. Większość z nich należy do własnych organizacji, nie mieszają się z tymi, których nazywają tubylcami, muzułmanami, Arabami, a nieraz Arabusami. Niektórzy jednak przestępują próg Stowarzyszenia, bo starają się kogoś odnaleźć, jakiegoś żołnierza, który z nimi walczył, pod ich rozkazami, albo po prostu dlatego, że chcą sobie pogadać. Claude do nich należy: służył w Armii Afrykańskiej, Armii „B”, jak ją nazywano, gdy wylądowała w Prowansji. Lubi opowiadać, że po raz pierwszy zobaczył kontynentalną Francję przy okazji operacji Dragoon. To niewinne kłamstwo, lecz pozwala mu położyć nacisk na to, co najważniejsze: uważa się za Algierczyka.

Claude ma sklep spożywczy w Palestro i gdy zrozumiał, że Ali handluje oliwą, poprosił go, by przyniósł mu odrobinę na spróbowanie. To jeden z niewielu znanych Alemu Francuzów, który nie przestrzega zasady, by kupować w pierwszej kolejności od kolonizatorów. Claude zachował w swojej postawie coś dziecięcego, co natychmiast budzi sympatię: jest niski, energiczny i gadatliwy. Gdy coś sprawia mu przykrość, powłóczy nogami ze spuszczoną głową, a gdy jest wesoły, uśmiech obejmuje mu całą twarz, jakby uformowała ją duża dłoń.

Francuski Alego jest mocno ograniczony, a Claude’owi, mimo całej jego dobrej woli, nigdy nie udało się nauczyć kabylskiego ani arabskiego. Od czasu do czasu niezdarnie kaleczy kilka słów, Ali zaś ukrywa rozbawienie, w udawanym skupieniu kiwając głową. Ci dwaj właściwie ze sobą nie rozmawiają. Początkowo było to krępujące: Claude nie wiedział, co zrobić z wielkim Kabylem stojącym w jego sklepie, najwyraźniej nierozumiejącym jego pytań ani odpowiedzi, których Claude natychmiast sobie udzielał, bo sytuacja robiła się niezręczna. Prowadził sam ze sobą pospieszny dialog, wspomagając się w dużej mierze rękami, mrugnięciami okiem, uśmiechami. W dniu, w którym Ali przyprowadził do sklepu Hamida, Claude zapomniał o skrępowaniu. Chłopiec wydawał się maleńki w grubych ramionach mężczyzny z gór. Claude zdawał się dostrzegać u Alego ojcowską czułość, kłócącą się z tradycyjną męskością – ze zbiorem zasad określających we wsiach na górze, jaki powinien być mężczyzna, z regulaminem nieopublikowanym nigdzie tam, gdzie Claude mógłby go przeczytać, fascynującym go w równym stopniu jak przerażającym. Rozpoznał się w Alim, bo również przepaja go ojcowska miłość. Claude od czterech lat jest wdowcem – jego żona umarła, wydając na świat ich jedyne dziecko. Jej portret króluje na jednej ze ścian sklepu. Niezmienna surowość kobiety kontrastuje z czułością, która zasnuwa wzrok Claude’a, gdy na nią patrzy.

Annie, córka sklepikarza, jest trochę starsza od Hamida. Gdy są razem, gaworzą chórem w nieistniejącym języku i Claude myśli wówczas o tym, jak mógłby wyglądać jego dom, gdyby tak wcześnie nie stracił żony i gdyby razem wypełnili go dziećmi, które byłyby do nich podobne. Nieraz gdy Ali idzie do Stowarzyszenia, zostawia syna u Claude’a, który sadza go na ladzie, gdzie Hamid siedzi nieruchomo i uśmiecha się niczym Budda, dopóki Annie nie przyjdzie i nie poprosi, by się z nią pobawił. Ali nigdy nie mógł porozmawiać ze sklepikarzem o jego sytuacji, lecz współczuje mu, że ma tylko córkę, więc w geście szczodrości, którego jego rozmówca być może nie rozumie, pożycza mu syna.

W czerwonawej paszczy pieca ziemnego Jemma piecze kesrę, podpłomyk dla całej rodziny. Hamid klaszcze w dłonie jak zawsze, gdy dom wypełnia ten mocny, ciepły zapach. Od kiedy Jemma przestała go karmić piersią, je za dwóch, ma twarz umazaną oliwą, a na widok jedzenia zawsze śmieje się z radości. Matka powtarza mu, że jest śliczny, że jest jej słoneczkiem, światłem, przepióreczką. Hamid śmieje się jeszcze głośniej. Ali pali papierosa, obserwując kątem oka żonę i syna. Chciałby też móc zajrzeć do wnętrza ciała i zobaczyć dziecko, które bardzo niedługo przyjdzie na świat i zaokrągla brzuch Jemmy, naciąga materiał jej sukienki, przez co kobieta musi zbyt nisko wiązać fartuch w paski, czasem potyka się o niego, łagodnie wzdychając, jakby przepaska była dzieckiem i bez przerwy płatała jej tego samego figla, który przestał ją bawić. Ali chciałby, żeby to znowu był syn. Jeden mu nie wystarcza, coś może pójść nie po jego myśli albo jeszcze gorzej – dzieci są takie delikatne. Mężczyzna, który ma tylko jednego syna, chodzi na jednej nodze. Zdaniem żon braci kształt brzucha wskazuje na to, że będzie to dziewczynka. Niedługo wszystko się zresztą okaże: brzuch Jemmy jest już taki ciężki, że gdy tylko może, opiera go na stole.

Do domu wpada mały Umar.

– Wujku, chodź szybko! Cała wieś ma się zebrać na placu, żeby wysłuchać ka’ida13.

Zaskoczony Ali pospiesznie gasi papierosa. Ka’id rzadko się tu pojawia. Woli siedzieć na dole, w dolinie, w swoim wielkim domu, i wysyłać w zastępstwie innych. Jak większość jego kolegów, kontroluje duar z zewnątrz, zdając się na raporty aminów14 i leśniczych, gdy ma ocenić sytuację na obszarze, nad którym zarząd oddał mu francuski urzędnik (a raczej odsprzedał, bo mówi się tu, że ka’id sporo zapłacił za swój urząd „komisarza wiejskiego”). Notatka rządowa z 1954 roku przypomina, że jego zadanie polega na „informowaniu, nadzorowaniu i przewidywaniu”. Z punktu widzenia wieśniaków raczej skupia się na karaniu i okradaniu, zawsze przez pośredników. Widuje się go tu mało, a jeszcze mniej się go lubi. Mówi się, że on nie lubi nikogo i niczego oprócz złota i miodu. Ali też go nie ceni, lecz wie, co mu zawdzięcza: nie mógłby powiększyć gospodarstwa, gdyby ka’id się temu sprzeciwił. A on nigdy nie wyraziłby zgody, gdyby przypadkiem jego żona nie była daleką kuzynką Alego. Pozwolił mu odkupić działki na górze, którymi sam nie był zainteresowany, bo opatrznościowy majątek Alego należącego do jego odległej, jakże odległej rodziny pozwala mu ukrócić ambicje Amruszów, którzy na tych zapomnianych szczytach zbyt długo nie mieli rywali. Odtąd ka’id utrzymuje równowagę, obdzielając obie rodziny przywilejami i karami bez konieczności podejmowania uciążliwej wspinaczki na szczyt – tylko francuskie dżipy wojskowe bez trudu wjeżdżają na górę. W zamian za to Ali daje mu nieraz, gdy pozwalają na to zbiory, nieco więcej, niż powinien, a Jemma zawsze przygotowuje dla niego lepkie słodkości na wielkie okazje.

Umar niecierpliwie przebiera nogami w drzwiach. Powiadomił już swojego ojca i Dżamala (nie zaczął od najstarszego, zauważa Ali, dochodząc do wniosku, że chłopiec jest zdecydowanie źle wychowany), a ci czekają na zewnątrz, by wspólnie, powoli i majestatycznie, jak nakazuje ich status oraz tusza, udać się na plac w wiosce.

Ali bierze laskę z gałką z kości słoniowej. Nie potrzebuje jej, lecz wygląda z nią godnie. Zastanawia się, czy nie włożyć munduru wojskowego, aby dać ka’idowi do zrozumienia, że nie jest zwykłym chłopem, który się wzbogacił, ostatnio jednak z trudem zapina kurtkę na brzuchu, a byłoby po heroizmie, gdyby odpadł mu guzik.

Trzej bracia przychodzą na plac, gdzie ludzie się rozstępują, by przepuścić ich do pierwszego rzędu. Stają z boku kręgu, naprzeciw Amruszów, których pozdrawiają pełnym godności skinieniem głowy. Tamci robią to samo.

Ka’id wychodzi z samochodu, dopiero gdy wszyscy są już na placu, jak aktor, który siedzi zamknięty w garderobie na planie tak długo, aż inni czekają tylko na niego. Widomą i łatwą do zlokalizowania oznakę jego bogactwa stanowi olbrzymi, okrągły brzuch, przypominający atrapę doklejoną do całkiem wyschniętego ze starości ciała, który zmusza go do przechylania się w tył, by ciężar brzucha nie przygiął go do ziemi. Ka’id ma wielu pomocników i służących, ale nic ani nikt nie może zapobiec temu, by każdy krok nie był walką między nim a jego brzuchem, i to zawsze wprawia go w zły humor.

– Jako ka’id tej wioski – mówi ka’id, co natychmiast wywołuje kpiące czy pełne irytacji pomruki mieszkańców – mam obowiązek ostrzec was przed wydarzeniami, które miały miejsce w naszym regionie i o których słyszeliście może. Wysokie stanowisko administracyjne daje mi doskonały dostęp do informacji, więc proszę was, byście mi zaufali i uwierzyli w to, co wam powiem. Splądrowano i spalono gospodarstwa. Zniszczono mosty. Te gospodarstwa dawały pracę fellahom. Te mosty pozwalały im dojechać do pracy. Teraz rodziny żyją w nędzy i nie rozumieją dlaczego, a niektórzy chcą je wyżywić ulotkami. Mężczyźni, którzy popełnili te czyny, to bandyci, recydywiści, już ściga ich policja. Za kilka tygodni, najwyżej za kilka miesięcy zostaną zatrzymani i zamknięci w więzieniu aż do końca swoich dni. Gdybyście ich spotkali, pod żadnym pozorem nie wolno wam im pomagać, żywić ich ani ukrywać. Są niebezpieczni i mogą wam wyrządzić wiele zła. Ci pozbawieni honoru mężczyźni zabijają kobiety i dzieci. Niektórzy z nich powiedzą wam może, że są mudżahedinami i walczą o niepodległość naszego kraju. Nie wierzcie im. Nie mają pojęcia o Algierii. Manipulują nimi komuniści z Rosji i Egiptu. To zdrajcy gotowi pomóc cudzoziemcom, by wkroczyli do nas pod pretekstem walki z Francuzami. Czego chcą? Komuniści będą gorsi od Francuzów. Odbiorą wam to, co zostawili wam Rumi, a nie ma tego wiele, bo nie wierzą we własność. Nie wierzą też w religię. Będą chcieli zabrać wam islam. Tam, w Rosji, zniszczyli kościoły. Tu zrobią to samo z meczetami. A przede wszystkim, mówię wam, jeśli udzielicie pomocy wyjętym spod prawa, nikt nie ochroni was przed represjami ze strony armii francuskiej. Ta wioska stanie się nowym Satifem…

Ka’id też wie, że to nazwa przerażającego olbrzyma. Nie waha się jej użyć. I niepostrzeżenie głowy wieśniaków chowają się w ramionach, plecy zginają się, by nie dosięgły ich duchy, jakie niosą ze sobą te dwie sylaby. Satif.

– Francja was ukarze – grzmi ka’id, tupiąc. – A bandyci, którzy ściągnęli na was gromy, spokojnie wycofają się do lasu, gdzie się ukrywają jak przestępcy, którymi zresztą są, a wy za nich zapłacicie. Jako ka’id podjąłem w waszym imieniu zobowiązanie wobec francuskiej administracji. Obiecałem, że nie będzie zamieszek, że jesteście ludźmi porządku i honoru, a nie bandytami. Nie dopuściłem do przyjazdu armii do was na górę, żeby przeszukać domy. – W tej kwestii ka’id oczywiście kłamie: armii francuskiej nigdy nie przyszłoby do głowy, by jechać do wioski oddalonej o wiele kilometrów od Dira al-Mizan czy Burdż Manajil, gdzie miały miejsce zamachy. Ale skoro historia daje mu ku temu okazję, lubi zgrywać bohatera i udawać, że broni tych ludzi, którzy od lat płacą mu podatki i grzywny. – Ale nie będę mógł was wiecznie chronić. Więc posłuchajcie mnie: nie dawajcie wiary propagandzie bandytów. Chrońcie się sami.

Po tych słowach przechodzi przez tłum w otoczeniu goryli i wsiada do samochodu, który dzieciaki z wioski oglądają, skaczą po nim i głaszczą od początku przemówienia.

Po jego odjeździe krąg się dzieli: wokół Amruszów gromadzą się ich przyjaciele, zwolennicy i dłużnicy, a wokół Alego i jego braci tłoczą się ich przyjaciele, zwolennicy i dłużnicy. Między dwoma tłumami pozostają ludzie, których lojalność nie łączy z żadną ze stron, bo albo – co zdarza się niezwykle rzadko – są w dobrych stosunkach z obiema rodzinami, albo z obiema są pokłóceni. Wieśniacy dyskutują o słowach ka’ida – tego sprzedajnego, próżnego psa. Ponieważ Amruszowie wiedzą, że Alego łączą z nim więzy rodzinne (choćby niejasne i cieniutkie), wychodzą z założenia, że cała przemowa jest kłamstwem. A ponieważ Ali wie, że Amruszowie skrytykują przemówienie, czuje się w obowiązku go bronić. (Po latach Naïma będzie się zastanawiała, czy zdawał sobie sprawę z ogromnych, dramatycznych konsekwencji wynikających z tej automatycznej rywalizacji i czy zdarzało mu się odtwarzać tę scenę, przyjmując inny punkt widzenia, czy też na zawsze uwięził go maktub czy nif jak niezniszczalna sieć pajęcza).

Na razie Alemu chodzi o to, by zachować to, co zdobył. Przyszłość interesuje go o tyle, o ile jest przedłużeniem teraźniejszości. Ali niesie na wyciągniętych ramionach swój świat, rodzinę, gospodarstwo, wstrzymując oddech, by nic się nie wywróciło, nie poruszyło. Udało mu się zrobić z biednego domu dom dostatni i chce, by trwało to wiecznie. Świat poza granicami jego posiadłości wydaje mu się zbyt niepewny, by mógł w jego imieniu wyrażać jakieś życzenia. Zdarzało mu się marzyć, że jego opływający w dostatki dom stoi w niepodległym kraju (a sposób, w jaki wyobrażał sobie to wydarzenie, przypominał magiczną podróż Dorotki, gdy trąba powietrzna uniosła ją i rodzinne gospodarstwo do Krainy Oz, mimo że Ali nie miał o niej pojęcia), czyli w kraju, w którym nie musiałby już nigdy wstawać i kłaniać się każdemu przechodzącemu Rumiemu, to znaczy nie tyle w kraju niepodległym, ile w takim, w którym on sam byłby wolny, a to zaświadcza, iż po raz kolejny marzenie Alego nie wykracza poza granice jego bezpośredniego otoczenia. Wszystko, co dzieje się na grzbiecie góry, jest najważniejsze i należy to chronić. Nie wolno dopuścić, by żołnierze francuscy przyszli tu i wydarli wieśniakom to, co posiadają, a nie ma tego wiele, szczęście przyniesione przez potok. Francuzi są okropni, innymi słowy przerażający, więc trzeba koniecznie ich uspokoić.

– Myślicie, że złapią partyzantów? – pyta ktoś.

– Oczywiście, że tak – odpowiada bez wahania Ali.

Walczył w armii francuskiej, widział, jak wygrywała bitwy na pozór przegrane. Nie może jej pokonać garstka rebeliantów. Jak zawsze gdy przypomina sobie, co zdarzyło się tam, w Europie, twarz zasnuwają mu cienie, które zdają się żłobić jego policzki, kreśląc dziesiątki ulotnych min. Potrząsa głową, by odpędzić powracające wspomnienia, i mówi tylko:

– Nie mogą przegrać.

Stary Rafik, który przez kilka lat pracował w hutach stali w departamencie Haute-Marne, potakuje:

– Mają maszyny, o których nawet nie słyszeliśmy, produkujące metale, o których też nie słyszeliśmy. Co zrobi ta sławetna niepodległa armia algierska? Tu nigdy nie wyprodukowaliśmy choćby pudełka zapałek.

Rozmowa trwa długo. Aby zakwestionować słowa ka’ida, padają nazwiska tych, którzy w przeszłości schronili się w górach, a Francja miała wielkie kłopoty, by ich pojmać, albo wręcz nigdy nie udało się ich złapać. Starzy wspominają Arezkiego, szlachetnego bandytę z lasu Ikuran, bohatera z doliny Sabu nazywanego przez francuską prasę kabylskim Robin Hoodem. Przypominają, śmiejąc się, że chociaż od lat był poszukiwany, udało mu się zorganizować święto dla przeszło tysiąca biesiadników z okazji obrzezania syna, a francuscy żandarmi, którzy dowiedzieli się o tej uczcie za późno, przybyli do wsi i nie znaleźli nikogo.

– I co z tego? – pyta Ali. – W końcu i tak go zgilotynowali.

Zapada zmierzch i przynosi ze sobą nagły chłód górskich nocy, który wgryza się w skórę jak niewidzialne stworzonko. A jednak Ali mógłby tu zostać. Chciałby, żeby ktoś mu powiedział albo wręcz udowodnił, że ma rację. Po raz pierwszy od dawna nie jest pewny swoich słów i opinii. Mimo to mówi dalej. Robi to, co powinien robić. Oświadcza. Oznajmia z wyżyn autorytetu. Reprezentuje.

W nocy, po wielu godzinach krzyków, Jemma rodzi dziewczynkę. Dziecko dostaje na imię Dalila. Matka kocha ją trochę mniej niż Hamida. Ojciec ją akceptuje.

Kilka lat po śmierci żony Claude’a do Palestro przyjechała jego siostra Michelle, by pomóc bratu prowadzić sklep. Chodzą też słuchy, że we Francji wywołała jakieś skandale, więc jej wyjazd wynikał raczej z konieczności aniżeli z altruizmu. Tej pięknej kobiecie uroda dała taką pewność siebie, że Michelle nie dostrzega już, iż bierze się ona z jej wyglądu i efektu, jaki wywołuje. Myśli, że ma tę cechę od urodzenia, o czym świadczy fakt, że wcześnie opuściła dom rodzinny, chciała uzyskać dyplom, miłosne przygody zaś nigdy nie zrobiły z niej niewolnicy. W oczach Francuzów mieszkających w mieście jest skandalistką, a zarazem ich fascynuje. Mężczyźni z Palestro nie potrafią jej opisać, przymiotniki zdają się do niej nie przystawać. Mówią po prostu: „Ma piersi… ma nogi… ma usta…” i cisza, która następuje po wymienieniu którejś z jej części ciała, jest pełna lepiej lub gorzej skrywanej fascynacji, podziwu i urazy. Gdy Ali wchodzi do sklepu, a ona stoi za ladą, natychmiast odejmuje mu mowę. W przeciwieństwie do pozostałych Europejek z miasta Michelle nie nosi na złocistych nogach ani pończoch, ani rajstop. Przed cudzym wzrokiem nie chroni jej bielizna z nylonu cienkiego jak skórka cebuli czy warstewka potu. Mówi, że jest o wiele za gorąco, i gdy wchodzi na pierwszy czy drugi szczebel drabiny, by wyjąć coś z zapasowego kartonu schowanego nad półkami, odsłania pół metra gołych nóg po lewej i po prawej stronie, to znaczy gdyby dodać je do siebie, dobry metr skóry, i to całkiem wystarczy, by Ali stracił głos. Hamida natomiast Michelle nie onieśmiela. Chłopiec czepia się jej łydek, ciągnie ją za spódnicę, wsuwa ręce w kręcone włosy. Michelle ubóstwia Hamida, całuje go, głaszcze, a gdy Ali to widzi, nie może oprzeć się marzeniu, że to na nim spoczywają wargi i dłonie tej kobiety. Odkąd ma szansę ją spotkać, częściej bywa w sklepie, nie chcąc przyznać się przed sobą, jaki jest powód jego nieustannej obecności. Przypisuje ją przyjaźni Hamida i Annie oraz korzyściom, jakie syn będzie mógł z niej wyciągnąć. Podczas gdy chłopcy we wsi kaleczą się o osty i skały na grzbiecie góry, Hamid spokojnie bawi się z małą Francuzką, która traktuje go jak równego sobie. Ali myśli po prostu – okłamując się – że w interesie syna zabiera go do sklepu, by spotkał się z dziewczynką.

Claude nigdy nie skarży się na ich wizyty, wręcz przeciwnie: wita ich z radością i zawsze proponuje, że przez kilka godzin popilnuje małego. Gdy Michelle, Annie i Hamid są z nim w sklepie, Claude jest zadowolony. Myśli sobie, że tworzą jakby dziwną rodzinę, są zaprzeczeniem jego samotności i wdowieństwa. Mówi o Hamidzie w swoim otoczeniu jako o „tym małym Arabie, którego prawie adoptowaliśmy”. Jemma podrapałaby sobie twarz paznokciami, gdyby słyszała, jak opowiada te bzdury, ale Claude, który nigdy nie wspiął się na szczyt góry, może sobie wyobrażać, że chłopczyk potrzebuje nowej rodziny, a on mógłby mu ją dać.

Przywiązanie sklepikarza do Hamida nie jest wystarczająco silne, by przełamać jeden z niepisanych zakazów obowiązujących w społeczeństwie kolonialnym: rozdział sfery publicznej i sfery prywatnej. Chłopczyk i jego ojciec zawsze przyjmowani są w sklepie, nigdy w mieszkaniu na górze, a jak już, to na moment, gdy Annie idzie po jakąś zabawkę. I taka sytuacja powtarza się w całym kraju na różnych szczeblach: różne zamieszkujące go grupy społeczne spotykają się, rozmawiają ze sobą, znają się, lecz dzieje się to tylko na ulicy, przed wystawą sklepową, w kawiarnianych ogródkach, nigdy zaś – albo bardzo rzadko – w sferze domowej, w zaciszu rodzinnym, które pozostaje miejscem zastrzeżonym dla własnego kręgu kulturowego. Claude może kocha chłopczyka jak syna, tak jak mówi, ale jego miłość nie wykracza poza parter.

Tu, w sklepie, uczy Hamida kilku słów po francusku, by mógł witać wchodzących klientów.

– Bużu! – rzuca chłopiec, jakby to był okrzyk jakiegoś mitycznego zwierzęcia, za każdym razem gdy ktoś przekracza próg.

Reakcje są różne.

– Nie boi się pan? – pyta pewnego dnia klientka, która widzi, jak Hamid bawi się z Annie.

– Niby czego? – dziwi się Claude.

– Choćby z powodu higieny. – Klientka się waha. – A poza tym… mógłby ją porwać.

– Ma trzy lata!

Claude wybucha śmiechem. Kobieta nie. Dla niej Arabowie, podobnie jak zwierzęta, rozwijają się szybciej niż Francuzi. W wieku trzech lat kot może polować, sam się żywić, rozmnażać się. Nie dałaby głowy, że z Arabami jest podobnie, ale mimo wszystko…

– Stara jędza – mówi Michelle, gdy klientka wychodzi.

– Auvoi! – krzyczy Hamid.

Claude poprawia go ze stanowczością nauczyciela: „Au revoir”. Sklepikarz marzy, by chłopiec poszedł do szkoły, gdy będzie w odpowiednim wieku. Annie właśnie zaczęła naukę, Claude zapisał ją do szkoły publicznej, a nie do jednej z placówek katolickich, które wybiera większość Francuzów. Pragnąłby, żeby jego córka chodziła do szkoły takiej jak ten kraj – niekoniecznie jak ten, w którym mieszka, ale jak ten, w którym chciałby mieszkać: mieszany. Na rozpoczęciu roku szkolnego zdał sobie sprawę, że niemal wszystkie dzieci to mali Europejczycy, synowie i córki tych, których nie stać było na szkoły prywatne. Natomiast nieliczni muzułmanie (Claude nigdy nie wie, jak ich nazywać, używa raz jednego pojęcia, raz innego, lecz nigdy nie jest usatysfakcjonowany) to synowie lokalnych notabli – sami chłopcy, których rodzice już przyjęli francuskie zwyczaje. Nie ma spotkań, różnorodności społecznej ani radosnego braterstwa w szkolnych ławach. Tymczasem dla Claude’a jest rzeczą oczywistą, że Algierię da się wspólnie zbudować jedynie wtedy, gdy będzie się uczyć tak samo wszystkie dzieci. Wydaje mu się też oczywiste, że Hamid będzie miał w życiu wybór, jeśli zdobędzie wykształcenie. Dla niego to jedyna broń, którą dysponuje syn chłopa.

Gdy rozmawia o przyszłości Hamida z jego ojcem, Ali wzrusza ramionami. W szkole nie uczą niczego, w każdym razie niczego, co miałoby związek z ziemią, z którą nieuchronnie wiąże się przyszłość Hamida (po co stwarzać inne możliwości?). A praca na roli jest tak ciężka, nawet gdy przynosi bogactwo, że lepiej pozwolić dzieciom biegać, gdzie chcą, dopóki nie muszą pracować. Co to za życie, zmuszać je do siedzenia w ławce przez jedyne lata, kiedy mogą cieszyć się wolnością? Hamid jest jeszcze w wieku, w którym przynależność do grupy (rodziny, klanu, wioski) nie opiera się koniecznie na pracy. Od dziecka nie wymaga się, by cokolwiek robiło, ma się bawić. Natomiast gardzi się dorosłym mężczyzną, który nie ma zajęcia. Niechby ten, kto nic nie robi, mawia się w wiosce, przynajmniej wystrugał sobie laskę.

Granica między jednym wiekiem a drugim nie jest jasna. Hamid na razie sądzi, że jego dzieciństwo będzie trwać wiecznie i że dorośli należą do innego gatunku niż on. Dlatego robią tyle zamieszania, jeżdżą do miasta, trzaskają drzwiami samochodów, objeżdżają pola, odwiedzają podprefekta. Nie wie, że któregoś dnia on też będzie musiał dołączyć do ciągłego ruchu. Więc bawi się, jakby nie miał nic innego do roboty, co jest prawdą – przynajmniej na razie. Goni owady. Rozmawia z kozami. Je, co mu dają. Śmieje się. Jest szczęśliwy.

Jest szczęśliwy, bo nie wie, iż żyje w kraju bez okresu dorastania. Przejście z jednego wieku do drugiego dokonuje się tutaj brutalnie.

Swojego obozu nie wybiera się w jednej chwili czy w wyniku jednej konkretnej decyzji. Może zresztą nigdy się nie wybiera, a może w mniejszym stopniu, niżby się chciało. Wyboru dokonuje się w oparciu o masę drobiazgów, detali. Człowiek nie sądzi, że się angażuje, a jednak tak się dzieje. Ważną rolę odgrywa język. Na przykład bojowników FWN nazywa się raz fallakami, a raz mudżahedinami. Fallak to bandyta grasujący na drogach, rzezimieszek, ktoś, kto zszedł na złą drogę, rozrabiaka. Mudżahedin natomiast to żołnierz uczestniczący w świętej wojnie. Gdy nazwie się tych mężczyzn fallakami, falluzami czy falami, to za pomocą tego słowa przedstawia się ich jako uciążliwych, więc obrona przed nimi jest czymś naturalnym. Jeśli określa się ich jako mudżahedinów, robi się z nich bohaterów.

W domu Alego najczęściej mówi się o nich po prostu FWN, jakby i on, i jego bracia wiedzieli, że gdyby dokonali wyboru między fallakami a mudżahedinami, posunęliby się za daleko. FWN zrobił to. FWN zrobił tamto. Można by wręcz sądzić, że to nie ludzie tworzą ten front, że FWN jest jakąś dziwną emanacją, myślą polityczną, która zakrzepła, tworząc ciało stałe wyciągające swe macki w różne strony, zdolne trzymać broń albo kraść owce. Ale gdy na usta ciśnie się jakieś słowo, bo chodzi o konkretnych ludzi, a nie o ośmiornicę czy orła, czy o olbrzymiego lwa w całości, wówczas Ali i jego bracia mówią „fallakowie”, bez pogardy i złości, po prostu to przychodzi im do głowy. Kto jednak może ocenić, czy dane słowo wynika z przyjętego już poglądu politycznego, czy też odwrotnie – właśnie ono powoli kształtuje jego pogląd polityczny, osadzając się w mózgu niczym niepodważalna prawda: bojownicy FWN są bandytami.

Tego dnia w Stowarzyszeniu jest ich więcej niż zwykle i panuje większa nerwowość. Na stołach nie ma kart. Nie ma domina. To zaimprowizowana dżama’a, zebranie zwołane, by przedyskutować ostatnie wydarzenia, które wszystkich ich dotyczą i niepokoją.

FWN, gdy tylko powstał, zabronił Algierczykom utrzymywania kontaktów z administracją francuską, głosowania, sprawowania mandatów wyborczych, a co najważniejsze – dla mężczyzn, którzy się tu dziś zebrali – pobierania renty wojskowej. Nie ma w tym nic zaskakującego ani nowego: takie stanowisko zajmują różne ruchy narodowościowe już od dziesięciu lat. Ale tym razem FWN ogłosił to na plakatach i ulotkach we wsi, w której mieszka dwóch członków Stowarzyszenia. Afisze głoszą, że każdy, kto się nie podporządkuje, zostanie uznany za renegata i skazany na śmierć. Dlatego właśnie tego wieczoru w Stowarzyszeniu jest tłoczno, panuje gwar i poruszenie. Mężczyźni chcą porozmawiać o tym, jak należy zareagować na te zakazy. Podają sobie ulotkę z rąk do rąk, nawet analfabeci marszczą brwi, oglądają ją z uwagą, ważą w dłoni. Wpatrują się w czcionki, które zajmują stronę jak przyszpilone owady, w nadziei – może – że nagle się poruszą albo przemówią do nich, tak jak zdają się mówić do innych.

– Zabraniają nawet palenia papierosów – szepcze jeden mężczyzna.

Ali nie może powstrzymać śmiechu. Ten, kto to powiedział, piorunuje go wzrokiem, a potem rozluźnia się powoli, powtarza zdanie i też się uśmiecha. To niepoważne. Papierosy? Czy od tego ma zależeć walka o niepodległość Algierii? Od bojkotu tytoniu, który wszyscy palą?

– A jak nas to niby uwolni od Francuzów? – pyta Ali. – Dokopiemy przede wszystkim sobie…

– To tak, jakbym obciął sobie rękę, mając nadzieję, że to zaboli Rumiego. – (Staruszek z I wojny światowej).

Zdanie wywołuje pełne aprobaty kiwanie głowami.

– Niepodległość wymaga poświęceń – protestuje Muhannad (II wojna). – Nie możecie siedzieć na tłustych tyłkach i liczyć, że nastanie, gdy strzeli się palcami. No właśnie… – Gasi papierosa na wykładanej płytkami podłodze w sali. – Ja rzucę, jeśli to będzie konieczne. To nic wielkiego.

– A nasze renty to też nic wielkiego? – pyta Kamal. – Myślisz, że jak z niej zrezygnuję, to FWN wyżywi moją rodzinę?

– A poza tym skąd ci przyszła do głowy niepodległość, co? Wielkie słowa… Wierz mi, za swojego życia nie zobaczysz niepodległości.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Sztuka tracenia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie