Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga

Autorzy: James R. Hansen

Wydawnictwo: Wielka Litera

Kategorie: Biografie Obyczajowe Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 528

cena od: 31.41 zł

PIERWSZA AUTORYZOWANA BIOGRAFIA NEILA ARMSTRONGA, CZŁOWIEKA, KTÓREGO JEDEN MAŁY KROK ZMIENIŁ HISTORIĘ.

Jego legenda rozpoczęła się 20 lipca 1969 roku, gdy jako dowódca misji Apollo 11 stanął na Księżycu i wypowiedział słynne zdanie:

To jest mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości.

Spokojny i bezpretensjonalny. Choć to on dowodził załogą, która podjęła pierwszą daleką wyprawę w kosmos, nie lubił być nazywany Pierwszym Człowiekiem i zawsze podkreślał, że misja była zespołową pracą ponad 400 tysięcy Amerykanów. Dumny z roli, jaką odegrał, nigdy nie przekuł jej w maszynkę do zarabiania pieniędzy.

Fascynująca biografia, która pokazuje nie tylko życie Armstronga, ale i wartość jego dokonań dla całej ludzkości. Poznajemy człowieka zaangażowanego, pełnego poświęcenia, pewnego siebie i stanowczego, ale zawsze szanującego innych, lojalnego i skromnego optymistę, który unikał rozgłosu.

To fascynująca i ponadczasowa opowieść o potędze ludzkiego umysłu i sile wytrwałości.

Ta książka to historia niezwykłego człowieka, o wielkiej skromności i pracowitości. Neil Armstrong jest już na orbicie wieczności, ale jego dokonania są nieśmiertelne, pozostają z nam na Ziemi do końca Świata. Gen. Mirosław Hermaszewski

W swojej potężnej i dogłebnej biografii Armstronga Hansen osiągnął coś naprawdę niezwykłego. Opisując życie jednego człowieka, stworzył wspaniałą panoramę drugiej połowy XX wieku. Publisher Weekly

W kinach film na podstawie książki z Ryanem Goslingiem w roli Armstronga

Dla Isabelle, Masona i Luke’a

Wstęp

Gdyby Neil Armstrong żył, jakiego oczekiwałby wstępu do nowego wydania swojej biografii ukazującej się tuż przed pięćdziesiątą rocznicą misji Apollo 11? Wiem dokładnie, co by mi powiedział, gdybym zadał mu to pytanie: „Jim, to twoja książka. Ty jesteś autorem, nie ja. Powinieneś rozpocząć książkę tak, jak uważasz za stosowne”.

To był cały Neil Armstrong. Kiedy w końcu zgodził się na współpracę przy spisaniu historii jego życia – a uzyskanie tej zgody zajęło mi prawie trzy lata, od 1999 do 2002 roku – chciał, żeby książka była niezależną, naukową biografią. Dał mi się przepytywać przez w sumie 55 godzin i zgodził się sczytać i skomentować roboczą wersję każdego rozdziału. Jednak ani razu nie próbował ani niczego zmieniać, ani nawet wpływać na moją analizę lub interpretację. Co za tym idzie, nigdy nie opatrzył wydanej książki autografem, dla nikogo. Twierdził, że to nie jest jego książka, „tylko Jima”. Kiedyś poprosiłem, by podpisał dwa egzemplarze dla moich dzieci. Powiedział, że się zastanowi. Więcej go o to nie zapytałem, a on nigdy nie wrócił do tematu. Nie mógł podpisać, bo to po prostu nie była jego książka. Cały Neil.

Zatem jakim wstępem mam opatrzyć wydanie z okazji pięćdziesiątej rocznicy misji Apollo 11?

Moją ambicją jest rozpocząć książkę w duchu, który Neil uznałby za istotny w tej przełomowej dla historii podboju kosmosu chwili: między 2018 a 2022 rokiem świat będzie upamiętniał nie tylko rocznicę pierwszego lądowania na Księżycu, ale też dziesięć niesamowitych misji NASA, zrodzonych z młodzieńczego i pionierskiego narodowego programu kosmicznego, zaskakująco sprawnie i z sukcesem przeprowadzonego w ramach kolosalnego przedsięwzięcia, którego sama nazwa przeszła do legendy: Apollo. Zaczęło się od brawurowego okrążenia Księżyca przez Apollo 8 w grudniu 1968 roku, a zwieńczeniem misji była wyprawa na powierzchnię naszego satelity, którą w grudniu 1972 roku odbyli śmiałkowie z Apollo 17. Świat przyglądał się, jak amerykańscy astronauci wyruszyli z macierzystej planety, żeby przespacerować się po innym ciele niebieskim oddalonym o około 400 tysięcy kilometrów. Wielki dzień nadszedł 20 lipca 1969 roku, kiedy to załoga Apollo 11, z pilotem modułu dowodzenia Mikiem Collinsem, pilotem modułu księżycowego Eagle (Orzeł) Buzzem Aldrinem i dowódcą Neilem Armstrongiem, wykonała pierwsze w dziejach załogowe lądowanie na Księżycu.

Długo zastanawiałem się, jak rozpocząć tę książkę, aż przypomniałem sobie rozmowę przeprowadzoną z Neilem w 2009 roku – cztery lata po oryginalnym wydaniu Pierwszego człowieka i w czterdziestą rocznicę wyprawy Apollo 11. Nasza pogawędka dotyczyła jednej z rzeczy, które Neil i Buzz celowo zostawili na Księżycu w 1969 roku: maleńkiego krzemowego dysku wielkości monety z wyrytymi mikroskopijnymi „przesłaniami dobrej woli” od przywódców 73 krajów z całego świata. (Dysk zawierał też nazwiska kierownictwa Kongresu i czterech komisji Izby Reprezentantów i Senatu odpowiedzialnych za legislację dotyczącą NASA – Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej – jak również nazwiska kierownictwa NASA, w tym byłych szefów i ich zastępców. Na dysku wyryte są też cztery oświadczenia prezydenckie: ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Richarda M. Nixona i jego bezpośredniego następcy Lyndona B. Johnsona, jak również fragmenty National Aeronautics and Space Act z 1958 roku, podpisanego przez Dwighta D. Eisenhowera, i cytaty z przemówienia przed Kongresem, w którym 25 maja 1961 roku John F. Kennedy zapowiedział program lądowania na Księżycu). Niejaki Thomas O. Paine, ówczesny szef NASA, prowadził wcześniej korespondencję ze światowymi przywódcami, żeby uwiecznić ich przesłania, które sfotografowano, zmiejszono 200 razy i wyryto na krzemowej ultramikrofiszce. Dysk ten nadal spoczywa tam, gdzie złożyła go misja Apollo 11: w specjalnej skrzynce z aluminium na księżycowym Morzu Spokoju.

Rok przed tą rozmową z Neilem, w 2008 roku, wspaniałą książkę o owym krzemowym dysku wydał Tahir Rahman, lekarz z Kansas City, którego wielką pasją, oprócz medycyny, była historia podboju kosmosu. Książka nosiła tytuł We Came in Peace for All Mankind [Przybyliśmy w pokoju dla całej ludzkości], nawiązujący do pięknej sentencji z tabliczki umieszczonej na drabince lądownika Eagle. Na zasadniczy temat książki Tahira wskazywał jednak podtytuł: „Nieznana historia krzemowego dysku z Apollo 11”. Z wdzięcznością przyjęliśmy z Neilem po egzemplarzu od autora, co stało się przyczynkiem do późniejszej dyskusji o krzemowym czipie i przesłaniach dobrej woli.

Neil miał doskonałą pamięć do wielu rzeczy i naturalną skłonność do zapominania wielu innych, mniej dla niego istotnych. W trakcie naszej rozmowy o książce Tahira zapytałem Neila, które przesłania, jeżeli w ogóle którekolwiek, zapamiętał i które wywarło na nim największe wrażenie. Wymienił trzy, po czym streścił dla mnie każde z nich i nawet je częściowo, dość precyzyjnie, sparafrazował. Nie pamiętałem tych deklaracji (a w każdym razie nie tak dokładnie), więc zapisałem na temat każdej z nich parę słów, opierając się na relacji Neila. Wspomniane przez niego trzy kwestie pochodziły od głów państw Wybrzeża Kości Słoniowej, Belgii i Kostaryki. Kiedy po powrocie do domu zdjąłem z półki książkę Tahira, uważnie przeczytałem każdy z cytatów wspomnianych przez Neila, jak również pozostałą siedemdziesiątkę; wybrane teksty istotnie zaliczały się do ścisłej czołówki.

Neil chyba chciałby, żebym we wstępie podzielił się z czytelnikami właśnie tymi trzema przesłaniami dobrej woli uwiecznionymi na krzemowej płytce, które w 1969 roku Apollo 11 zabrał na powierzchnię Księżyca i zostawił tam przed – licząc od 20 lipca 2019 roku – 50 laty i które, jeżeli nic się im nie przytrafi, zostaną na naszym Księżycu na zawsze, tak jak powinny:

*OD FÉLIKSA HOUPHOUËTA-BOIGNY’EGO, PREZYDENTA WYBRZEŻA KOŚCI SŁONIOWEJ

W chwili kiedy ziszcza się najstarsze marzenie człowieka, jestem bardzo wdzięczny NASA za możliwość skorzystania z pomocy pierwszego wysłannika ludzkości, który postawi nogę na Księżycu i zaniesie tam przesłanie Wybrzeża Kości Słoniowej.

Życzyłbym sobie, żeby ów przybysz z przestworzy, pozostawiając na księżycowej powierzchni odcisk ludzkiej stopy, czuł, jak jesteśmy dumni, że to nasze pokolenie dokonało tego wyczynu.

Mam też nadzieję, że opowie on Księżycowi, jak pięknie rozświetla noce Wybrzeża Kości Słoniowej.

Moim szczególnym życzeniem jest, by zwrócił się on ku naszej Ziemi i wykrzyczał, jak nieistotne są gnębiące ludzi problemy, kiedy spogląda się na nie z tamtej perspektywy.

Niech jego dzieło, zstępując z przestworzy nieba, znajdzie w kosmosie moc i światło, które pozwolą mu przekonać ludzkość o pięknie rozwoju w pokoju i braterstwie.

*OD BALDWINA I, KRÓLA BELGÓW

Teraz, kiedy człowiek po raz pierwszy wyląduje na Księżycu, patrzymy na to wiekopomne wydarzenie z zadziwieniem i szacunkiem.

Czujemy podziw i ufność wobec wszystkich tych, którzy uczestniczyli w tym przedsięwzięciu, a zwłaszcza wobec trzech odważnych mężczyzn, zabierających ze sobą nadzieje – nasze, jak również ludzi wszystkich narodowości, którzy byli ich poprzednikami albo którzy podążą za nimi w kosmos.

Z podziwem rozważamy moc, którą obdarzono człowieka, jak i nałożone nań obowiązki.

Jesteśmy dogłębnie świadomi naszej odpowiedzialności względem zadań, które otwierają się przed nami we wszechświecie, ale zarazem wobec tych, które nadal ciążą na nas na Ziemi, by zaprowadzić wśród ludzi więcej sprawiedliwości i dać więcej szczęścia.

Niech Bóg pomoże nam, dzięki nowemu krokowi w dziejach świata, pogłębić porozumienie między narodami i zacieśnić braterstwo między nimi.

*OD JOSÉGO JOAQUINA TREJOSA FERNÁNDEZA, PREZYDENTA KOSTARYKI

Wraz z wszystkimi mieszkańcami Kostaryki życzę sukcesu temu historycznemu przedsięwzięciu – odzwierciedleniu naukowego i technicznego postępu człowieka w jego pokojowym dążeniu do podboju kosmosu – misji Apollo 11, którego załoga reprezentuje ludzką odwagę, wolę, ducha przygody i pomysłowość.

Gigantyczny wysiłek naukowy i techniczny poczyniony w celu zabrania pierwszego człowieka na Księżyc zasługuje na wdzięczność ludzkości, ponieważ wysiłek ów zrodzi nowe korzyści, które poprawią jakość życia rodzaju ludzkiego.

Pełni wiary mamy nadzieję, że dla całej ludzkości nastaną lepsze czasy, jeżeli sukces tego przedsięwzięcia przełoży się na nowe dążenie do sprawiedliwości i wolności, które zaowocuje szacunkiem przysługującym każdemu człowiekowi i będzie sprzyjać propagowaniu miłości bliźniego. Oby wysiłek ów był natchniony ideą humanitaryzmu, wywodzącą się z klarownej, dogłębnej świadomości, jaką drobiną jest planeta służąca nam za dom we wszechświecie.

Jako przedstawiciel narodu Kostaryki przesyłam pozdrowienia bohaterom misji Apollo 11 i wszystkim tym, którzy przyczynili się do realizacji tego historycznego wyczynu.

Bez względu na to, czy Neil Armstrong by sobie tego życzył – zapewne nie – czuję, że na zakończenie napisanego z okazji tej okrągej rocznicy wstępu powienienem oddać głos jemu samemu.

Mniej więcej miesiąc przed startem Apollo 11, na prośbę czasopisma „Life” i bez wątpienia szczególnie ważąc słowa, Armstrong opisywał znaczenie lądowania na Księżycu:

„Byłbym arogancki, wybierając jedno zagadnienie, które historia uzna za rezultat tej misji. Powiem za to, że będzie ona oświeceniem dla ludzkości i pomoże nam wszystkim pojąć, że jesteśmy ważną częścią wszechświata dużo większego niż ten, który zazwyczaj widzimy za progiem. Życzyłbym sobie, żeby pomogła mieszkańcom całego globu z właściwej perspektywy spojrzeć na różne przedsięwzięcia całej ludzkości. Być może wyprawa na Księżyc i z powrotem sama w sobie nie ma szczególnej wagi. Jest to jednak na tyle duży krok, żeby wzbogacić wymiar ludzkich rozważań – to forma oświecenia.

Bądź co bądź sama Ziemia jest statkiem kosmicznym. Dziwny to pojazd, którego załoga zamiast w środku przebywa na zewnątrz. Za to całkiem mały. I krąży po orbicie wokół Słońca. Krąży po orbicie wokół centrum galaktyki, która sama krąży po nieznanej orbicie, w nieznanym kierunku i z niesprecyzowaną prędkością, w gwałtownie zmieniających się okolicznościach.

Trudno nam oddalić się na tyle, żeby zobaczyć, o co tu chodzi. Komuś stojącemu w środku tłumu masa ludzka wydaje się rozciągać bez końca w każdą stronę. Trzeba się przesunąć i spojrzeć na przykład z pomnika Waszyngtona, by ujrzeć, że jesteśmy całkiem blisko skraju i że obraz całości z daleka bardzo się różni od widzianego ze środka zgromadzenia.

Z Ziemi trudno zobaczyć, gdzie jest nasza planeta i dokąd zmierza czy jaki może być jej przyszły kierunek. Miejmy nadzieję, że nieco się oddalając, zarówno dosłownie, jak i w przenośni, będziemy w stanie sprawić, żeby ludzie z perspektywy ujrzeli swoją misję we wszechświecie i zaczęli myśleć o sobie w kategoriach załogi mknącego przez kosmos statku międzygwiezdnego. Żeby dowodzić statkiem, trzeba z rozwagą podchodzić do jego zasobów, załogi i samego pojazdu.

Miejmy nadzieję, że wyprawy podejmowane w nadchodzących dekadach otworzą nam trochę oczy. Kiedy spogląda się na Ziemię z Księżyca, prawie nie widać atmosfery – jej warstwa jest tak cienka, stanowi na tyle drobną część Ziemi, że w ogóle nie zauważa się jej obecności. To powinno na każdym zrobić wrażenie. Atmosfera Ziemi to bogactwo naturalne na wyczerpaniu. Będziemy musieli się nauczyć ją oszczędzać i mądrze z niej korzystać. Na dole, w środku tłumu, człowiek zdaje sobie sprawę z obecności atmosfery, wydaje się wystarczająca, więc nie trzeba o niej myśleć. Jednak inny punkt widzenia być może pozwoli nam pojąć, dlaczego mamy powody do zmartwienia”.

Ludzie przeświadczeni (błędnie), że Neil Armstrong był jakimś tam jajogłowym inżynierem albo zwykłym pilotem niezdolnym do wnikliwej refleksji i głębokich myśli, powinni zastanowić się nad powyższym przesłaniem, żeby docenić geniusz tego człowieka.

Neil nie żyje od sześciu lat. Z perspektywy czasu ci, którzy dobrze go znali, jeszcze lepiej pojmują jego niezwykłość, niepowtarzalny charakter i osiągnięcia, dociera do nich, jak bardzo go brak. W tej biografii możemy odtworzyć, rozważyć, ocenić i docenić nie tylko całe jego życie (pierwsze dwa wydania Pierwszego człowieka kończyły relację w roku 2005, a wstęp do drugiego wydania tylko wspominał o odejściu Neila – było to kilka miesięcy po jego śmierci), ale i wartość jego spuścizny.

Przez całe życie we wszystkich działaniach Neil uosabiał kluczowe cechy i fundamentalne wartości wybitnego człowieka: zaangażowanie, poświęcenie, spolegliwość, głód wiedzy, pewność siebie, wytrwałość, stanowczość, uczciwość, pomysłowość, lojalność, optymizm, szacunek dla samego siebie i innych, prawość, samodzielność, rozwagę, roztropność i wiele innych. Żaden człowiek, który stanąłby na innym ciele niebieskim, nie reprezentowałby ludzkości lepiej od Neila. I żaden człowiek nie poradziłby sobie tak jak Neil z oślepiającym blaskiem międzynarodowej sławy ani błyskawicznie zyskanym statusem ikony kultury i historii. Obdarzony łagodną i skromną osobowością Neil trzymał się z dala od mediów i poświęcał wybranej profesji – inżynierii. Po prostu nie był typem, który chciałby czerpać niezasłużone jego zdaniem profity z nazwiska czy sławy.

Spokojne i bezpretensjonalne podejście do życia po misji Apollo 11, to, jak przez lata unikał publicznych wystąpień i mediów, pokazuje, że Neila cechowała szczególna wrażliwość stanowiąca nieodłączną część jego osobowości. Jakby przeczuwał, że to, co pomógł osiągnąć swojemu krajowi latem 1969 roku – imponujące pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu i bezpieczny powrót na Ziemię – nieuchronnie zostałoby zbanalizowane przez wulgarną komercję współczesnego świata, zbędne pytania, czczą gadaninę. W skrytości duszy Neil rozumiał i doceniał nie tylko wielkie przeżycie, którego doświadczył, lądując na Księżycu z Buzzem Aldrinem, gdy orbitował nad nimi Mike Collins, ale też wielkie przeżycie, które spotkało wtedy cały świat, nas wszystkich.

Neil dowodził załogą, która podjęła pierwszą daleką wyprawę w kosmos, i zawsze podkreślał zespołową pracę 400 tysięcy Amerykanów, którzy przyczynili się do sukcesu misji Apollo. Owszem, sam był na szczycie piramidy, ale nie było wcale przesądzone, że właśnie on zostanie dowódcą pierwszego lądowania na Księżycu ani że będzie pierwszym człowiekiem, który stanie na Srebrnym Globie. Zawsze tłumaczył, że w dużej mierze był to łut szczęścia, zbieg sprzyjających okoliczności. Z drugiej strony jednak tego dokonał i pojmował, jak wielkiego wymagało to poświęcenia, niesamowitego zaangażowania i ponadprzeciętnej pomysłowości. Był niezmiernie dumny z roli odegranej podczas pierwszego lądowaniu na Księżycu, ale nie przekuł jej w cyrk medialny ani w maszynkę do robienia pieniędzy. Neil postanowił zawierzyć ten szczególny etap swojego życia podręcznikom historii. Tak jak golfista Bobby Jones nigdy nie wrócił do zawodowego golfa po zdobyciu Wielkiego Szlema, a Johnny Carson zrezygnował z telewizji po odejściu z The Tonight Show. Nie powiem, że Neil wiódł po misji Apollo 11 życie pustelnika: to mit wykreowany przez dziennikarzy, którym odmawiał wywiadów. Po Księżycu Neil był bardzo aktywny i miał wiele osiągnięć – w edukacji, badaniach, biznesie i przemyśle. Żył w duchu prawości i honoru.

Za motto Pierwszego człowieka posłużyła mi głęboka moim zdaniem myśl z książki Reflections on the Art of Living [Rozważania nad sztuką życia] autorstwa amerykańskiego badacza mitów Josepha Campbella. Brzmi ona: „Największym przywilejem życia jest być tym, kim się jest”. Neil Armstrong cieszył się tym przywilejem i wszyscy powinniśmy się radować, że jego życie – a wraz z nim nasze – potoczyło się tak, a nie inaczej.

James R. Hansen

marzec 2018

.

Największym przywilejem życia jest być tym, kim się jest.

Joseph Campbell, Reflections on the Art of Living

PROLOG

Start

Po zakończeniu wyprawy na Księżyc, kiedy astronauci Apollo 11 znaleźli się z powrotem na Ziemi, Buzz Aldrin powiedział Armstrongowi: „Neil, wszystko przegapiliśmy”.

Przed środą 16 lipca 1969 roku na Przylądek Kennedy’ego przybyło jakieś 750 tysięcy do miliona ludzi, co stanowiło największe zgromadzenie oczekujących na start rakiety. Prawie tysiąc policjantów, w tym funkcjonariuszy stanowych i członków patroli wodnych, pracowało w noc poprzedzającą start, żeby umożliwić dotarcie na miejsce 350 tysiącom samochodów i łodzi. Pewien zaradny stanowy inspektor transportu drogowego wydzierżawił od plantatorów pomarańczy ponad 3 kilometry pobocza i udostępniał punkty widokowe za 2 dolary od osoby. Inny przedsiębiorczy człowiek sprzedawał za 1,5 dolara pseudopergaminowe certyfikaty obecności złożone staroangielską czcionką; za dodatkowe 2 dolary 95 centów można było nabyć „kosmiczny” długopis.

Żaden przedmeczowy piknik z bufetem w bagażniku nie mógł się równać ze zgromadzeniem przed startem pierwszego załogowego lotu na Księżyc. Przybysze rozstawiali grille, otwierali lodówki turystyczne, wgapiali się w lornetki i lunety, ustawiali aparaty i obiektywy – zapełniali każdy skrawek plaży, każdy pomost i każde molo.

Gotując się przed południem w ponadtrzydziestostopniowym upale, pogryziona przez komary, poirytowana korkami i wygórowanymi cenami, wielka ludzka masa cierpliwie wyczekiwała, aż olbrzymi Saturn V wyniesie Apollo 11 w stronę Księżyca.

Na rzece Banana, 8 kilometrów na południe od kompleksu startowego, najróżniejsze łodzie blokowały szlak wodny. Na dużej motorówce należącej do wytwórni North American Aviation, która zbudowała moduł dowodzenia statku Apollo, Janet Armstrong, żona dowódcy Apollo 11, i jej dwóch synów: dwunastoletni Rick i sześcioletni Mark, w napięciu czekali na start. Inny astronauta, Dave Scott, kolega Neila z lotu Gemini VIII z 1966 roku, zapewnił sobie, jak skomentowała to sama Janet, „miejsce numero uno”. Na pokładzie była też dwójka przyjaciół Janet, jak również kilku specjalistów od public relations z NASA i Dora Jane (Dodie) Hamblin, dziennikarka czasopisma „Life”, która miała wyłączność na rozmowy z rodzinami członków załogi Apollo 11.

Nad nimi wszystkimi krążyły helikoptery dostarczające kolejne grupy VIP-ów na zarezerwowane odkryte trybuny położone najbliżej, bo zaledwie około 5 kilometrów od płyty wyrzutni. W rzeczywistości pojawiła się mniej więcej jedna trzecia z prawie 20 tysięcy osób umieszczonych na specjalnej liście gości NASA, w tym kilkusetosobowa grupa składająca się z ministrów spraw zagranicznych, ministrów nauki, attaché wojskowych i urzędników z Federalnej Administracji Lotnictwa, jak również 19 gubernatorów, 40 burmistrzów oraz kilkuset czołowych amerykańskich biznesmenów i przemysłowców. Obecna była połowa kongresmenów, pojawiło się też kilku sędziów Sądu Najwyższego. Lista gości obejmowała z jednej strony generała Williama Westmorelanda, szefa sztabu armii Stanów Zjednoczonych i dowódcę wojsk w Wietnamie, czy Johnny’ego Carsona, gwiazdę The Tonight Show – sztandarowej produkcji NBC, a z drugiej – Leona Schachtera, szefa Połączonych Związków Zawodowych Rzeźników.

Wiceprezydent Spiro T. Agnew siedział na odkrytej trybunie, podczas gdy prezydent Richard M. Nixon oglądał start w telewizji, z Gabinetu Owalnego. Biały Dom co prawda zorganizował kolację Nixona z astronautami Apollo 11 w wieczór przed startem, ale plan zmieniono, gdy doktor Charles Berry, główny lekarz astronautów, wspomniał w wywiadzie, że prezydent może nie wiedzieć, że jest przeziębiony. Armstrong, Aldrin i Mike Collins uznali tę troskę za bezzasadną; każdego dnia mieli do czynienia z kilkudziesięcioma osobami – sekretarkami, inżynierami od skafandrów, inżynierami od symulatorów.

2000 reporterów oglądało start z ośrodka prasowego Centrum Kosmicznego Kennedy’ego. 812 było z zagranicy, z tego z samej Japonii przyjechało 111. Tuzin przybył z bloku socjalistycznego.

Lądowanie na Księżycu było światowym wydarzeniem, które zdaniem prawie wszystkich wykraczało poza podziały polityczne. Brytyjska prasa obwieszczała start pięcio- i siedmiocentymetrową czcionką. Hiszpańska popołudniówka „Pueblo”, choć krytyczna względem amerykańskiej polityki zagranicznej, wysłała na Przylądek Kennedy’ego 25 zwycięzców konkursu. Pewien holenderski dziennikarz przyznał w artykule wstępnym, że jego kraj ogarnęło „księżycowe szaleństwo”. Czeski komentator stwierdził: „Oto Ameryka, którą kochamy, tak diametralnie różna od Ameryki, która prowadzi wojnę w Wietnamie”. Popularny niemiecki tabloid „Bild” zwrócił uwagę, że siedmiu z 50 koordynatorów programu Apollo posiada niemieckie korzenie; podsumowanie miało szowinistyczny wydźwięk: „12% projektu wyprawy na Księżyc jest made in Germany”. Nawet Francuzi uznali misję Apollo 11 za „najwspanialszą przygodę w dziejach ludzkości”. Dwudziestodwustronicowy dodatek „France-Soir” sprzedał się w nakładzie 1,5 miliona egzemplarzy. Pewien francuski dziennikarz nie mógł się nadziwić temu ogromnemu zainteresowaniu lądowaniem na Księżycu „w kraju, którego mieszkańcy są tak zmęczeni polityką i sprawami międzynarodowymi, że oskarża się ich o myślenie wyłącznie o wakacjach i seksie”. Radio Moskwa rozpoczęło wiadomości informacją ze startu. „Prawda” uznała relację z Przylądka Kennedy’ego za wiadomość godną pierwszej strony i opatrzyła zdjęcie załogi Apollo 11 podpisem: „Trzech śmiałków”.

Nie wszystkie doniesienia były przychylne. Trzy komunistyczne gazety z Hongkongu zaatakowały misję jako próbę odwrócenia uwagi od porażki Ameryki w Wietnamie i uznały lądowanie na Księżycu za „ekspansję imperializmu w kosmosie”. Inni oskarżali amerykański program kosmiczny o materializm, który na zawsze zepsuje cudowne, piękne, eteryczne właściwości tajemniczego Księżyca, od niepamiętnych czasów otoczonego legendą. Gdy jego powierzchnię zbrukają odciski butów badaczy i sprzęt wiertniczy, czy ktoś jeszcze da się porwać romantycznemu pytaniu Johna Keatsa: „Cóż w tobie, Księżycu, sprawia, że serce tak mocno mi bije?”? Korzystając z technologicznego cudu pierwszych satelitów telekomunikacyjnych wystrzelonych na początku dekady, 50 tysięcy mieszkańców Korei Południowej zebrało się przed ekranem telewizyjnym zajmującym całą ścianę przy ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Seulu. Tłum Polaków wypełnił salę w ambasadzie amerykańskiej w Warszawie. Kłopoty z należącym do AT&T satelitą Intelsat III zawieszonym nad Atlantykiem uniemożliwiły transmisję w Brazylii (podobnie jak w wielu rejonach Ameryki Południowej, Ameryki Środkowej i Karaibów), ale Brazylijczycy słuchali relacji w radiu i wykupili cały nakład specjalnych wydań gazet. Z powodu kłopotów Intelsatu przygotowano zastępczą transmisję z zachodu na wschód, która spowodowała dwusekundowe opóźnienie w relacji na żywo.

Krótko przed startem komentator wiadomości CBS Eric Sevareid opisał obraz widzom Waltera Cronkite’a: „Walterze... Tak tu dziś siedzimy... Wydaje mi się, że jesteśmy świadkami zmiany języka [angielskiego]... Jak można teraz powiedzieć: wynosić pod niebiosa albo sięgnąć nieba – co to teraz znaczy?”.

W żadnym kraju gorączka nie była tak wyczuwalna jak w Stanach Zjednoczonych. We wschodnim Tennessee plantatorzy tytoniu tłoczyli się wokół kieszonkowego tranzystora, żeby wspólnie przeżywać tę wielką chwilę. W porcie w Biloxi w Missisipi poławiacze krewetek czekali na nabrzeżu na wiadomość o starcie Apollo 11. W Akademii Sił Powietrznych w Colorado Springs, gdzie przełożono zajęcia z 7.30, 50 kadetów otoczyło mały telewizor. W całodobowym kasynie w Caesars Palace w Las Vegas stoły do blackjacka i ruletki stały puste, podczas gdy gracze jak zahipnotyzowani wpatrywali się w sześć odbiorników.

Na przylądku i w okolicach: na Merrit Island, w Cocoa Beach, Satellite Beach, Titusville i Melbourne, nad rzeką Indian, w hrabstwach Brevard i Osceola, nawet w odległych Daytona Beach i Orlando zebrały się tłumy obserwatorów szykujących się do oglądania jednego z najwspanialszych widoków w życiu. Głos żony maklera Johna Yowa drżał, kiedy mówiła: „Trzęsę się i płaczę. To początek nowej ery w dziejach ludzkości”. Charles Walker, student z Purdue University, Alma Mater Armstronga, zwierzał się dziennikarzowi w małej zatoczce w Titusville: „To zupełnie, jakby człowiek znów wykrzesał ogień. Być może to będzie płomyk, który teraz scali ludzkość”. Na trybunach VIP-ów przy samym kompleksie startowym R. Sargent Shriver, amerykański ambasador we Francji, mąż Eunice Kennedy, siostry nieżyjącego prezydenta Johna Kennedy’ego, tego, który w imieniu Ameryki podjął się wyprawy na Księżyc, oznajmił: „Jakie to piękne! Czerwień płomieni, błękit nieba, biel dymu – co za barwy! Pomyślcie tylko o astronautach, którzy uczestniczą w tej niesamowitej wyprawie. Incroyable!”.

Komentator CBS Heywood Hale Broun, najlepiej znany z prześmiewczych relacji sportowych, obserwował start z kilkoma tysiącami ludzi na Cocoa Beach, około 25 kilometrów na południe od płyty wyrzutni. Dziesiątkom milionów widzów Cronkite’a powiedział: „Na meczu tenisa spojrzenie podąża wte i wewte. Podczas startu rakiety patrzy się coraz bardziej do góry, wzrok się unosi, nadzieje się unoszą, aż w końcu cały tłum, niczym olbrzymi wielooki krab, stoi wpatrzony, wodząc oczami coraz wyżej, w idealnej ciszy. Tuż po starcie rakiety rozległ się cichy jęk, ale potem ludzie tylko wytężali wzrok. To była, że tak się wyrażę, poezja nadziei, niewypowiedziana, ale widoczna w skupionych gestach ludzi, podążających wzrokiem za rakietą”.

Nawet ci, którzy przyszli protestować, nie mogli się oprzeć wzruszeniu. Wielebny Ralph Abernathy, który po śmierci Martina Luthera Kinga zastąpił go na czele Konferencji Chrześcijańskich Przywódców Południa (SCLC) i był faktycznym przywódcą amerykańskiego ruchu obrońców praw obywatelskich, przymaszerował z czterema mułami i około 150 członkami walczącej z głodem Kampanii Biednych Ludzi tak blisko rozległego kosmodromu, jak im pozwolono. „Protestujemy przeciwko niewłaściwym priorytetom Ameryki” – oznajmił Hosea Williams, dyrektor edukacji politycznej SCLC, który twierdził, że pieniądze wydane na wyprawę na Księżyc wystarczyłyby do nakarmienia 31 milionów biedaków. Mimo to Williams tkwił tam „pełen podziwu dla astronautów”, kiedy sam wielebny Abernathy „dał się ponieść atmosferze tego niesamowitego startu” i oznajmił: „Stojąc w tym miejscu, czułem niezmierną dumę jako Amerykanin. To chyba naprawdę ziemia święta”. „Jest tyle problemów na świecie, które musimy jeszcze pokonać: głód, choroby, bieda – powiedział Walterowi Cronkite’owi były prezydent Lyndon B. Johnson, z żoną Lady Bird u boku, krótko po obejrzeniu startu z odkrytych trybun. – Żeby je przezwyciężyć, musimy skorzystać z wielkiego talentu, który spożytkowaliśmy na podbój kosmosu, kierując się tym, żeby uczynić jak najwięcej dobra dla jak największej liczby ludzi”.

Dziesięć minut przed startem Sevareid powiedział na antenie Cronkite’owi: „Tuż po przejeździe furgonetki z astronautami słychać było rozchodzące się szepty... Można by pomyśleć, że uznano ich nie tyle za niezwykłych ludzi, ile za odmienne istoty. Są jak ktoś, kto wybrał się do innego świata i powrócił, posiadłszy tajemnice, których my nigdy do końca nie przenikniemy, a oni nigdy nie zdołają do końca wyjaśnić”.

W środkowym Ohio, ponad 1600 kilometrów od trybun widokowych na Florydzie, w małym miasteczku Wapakoneta, gdzie urodził się Armstrong, trwało odliczanie. Ulice właściwie opustoszały, a blisko 6700 mieszkańców tkwiło przed telewizorami. Epicentrum chaosu znajdowało się na 912 Neil Armstrong Drive, w parterowym ranczerskim domku Violi i Steve’a Armstrongów, do którego wprowadzili się zaledwie przed rokiem. Rodzice Neila byli na starcie Gemini VIII w 1966 roku. Dzięki synowi mogli oglądać start Apollo 10 w kwietniu. Jednak przed obecnym lotem syn zalecił im pozostanie w domu, twierdząc, że presja na przylądku może być dla nich nie do wytrzymania. Kilka miesięcy przed startem matka i ojciec Neila byli „osaczani przez najróżniejszych dziennikarzy”, z Anglii, Norwegii, Francji, Niemiec i Japonii. Jak wspominała Viola: „Te wścibskie pytania („Jaki był Neil w dzieciństwie?”, „Jak wyglądało jego życie rodzinne?”, „Gdzie państwo będą i co będą państwo robić podczas startu?” itp., itd.) wykańczały mnie nerwowo i nadwerężały moje siły. Przeżyłam to tylko dzięki łasce Boga. Musiał bez przerwy mi towarzyszyć”.

Żeby przeprowadzić transmisję startu Apollo 11 z Wapakoneta, trzy duże stacje telewizyjne postawiły wspólną dwudziestopięciometrową wieżę transmisyjną na podjeździe domu Armstronga. Z garażu zrobiono newsroom, na składanych stolikach ustawiając nierówne rzędy telefonów, a NASA wysłała Toma Andrewsa, szefa PR, żeby pomógł Armstrongom radzić sobie ze stadem reporterów. Ponieważ rodzice Neila mieli tylko czarno-biały telewizor, stacje dały im duży kolorowy odbiornik, na którym mogli oglądać misję. Miejscowa restauracja dostarczała co dzień pół tuzina ciast. Producent owoców z pobliskiej Limy przywiózł spory zapas bananów. Zakład mleczarski z Delphos przysłał lody. The Fisher Cheese Co., największy pracodawca w Wapakoneta, zaoferował swój specjalny „Ser Xiężycowy”. Consolidated Bottling Company dostarczyła skrzynie „Kapslowanego Przysmaku Księżycowego”, waniliowego napoju gazowanego o „tajnym składzie”.

Dumny burmistrz Wapakoneta zażyczył sobie, żeby w każdym domu i sklepie wisiała amerykańska flaga (a najlepiej także flaga stanu Ohio) od poranka w dniu startu do chwili, kiedy „chłopcy” szczęśliwie powrócą. Niektórzy miejscowi, podekscytowani zainteresowaniem mediów, opowiadali o związkach z astronautą, ubarwiając relacje i przytaczając podrasowane, niekiedy całkowicie zmyślone historie na temat szczególnych związków łączących ich z Neilem. Nawet dzieci puściły wodze fantazji: „Słuchaj, mój tata strzyże Neila Armstronga!” albo „Moja mama była pierwszą dziewczyną, z którą Neil się całował!”, albo „Hej, to ja ściąłem czereśnię Neila Armstronga!”. Jako że numer telefonu Armstrongów w hrabstwie Auglaize był powszechnie znany, Tom Andrews zlecił instalację dwóch zastrzeżonych linii telefonicznych w pomieszczeniu gospodarczym przy kuchni. Dzień przed startem, około południa, Neil zadzwonił do rodziców z przylądka. Viola wspominała: „Miał pogodny głos. Uważał, że są gotowi, by wystartować następnego ranka. Poprosiliśmy Boga, by miał go w swojej opiece”.

Siostra i brat Neila oglądali start na żywo. June i jej mąż doktor Jack Hoffman wraz z siódemką dzieci przylecieli na Florydę z domu w Menomonee Falls w Wisconsin. Dean Armstrong, jego żona Marilyn i troje ich dzieci przyjechali z Anderson w Indianie. Viola do samej śmierci doskonale pamiętała ten niesamowity poranek: „Goście, sąsiedzi i nieznajomi zebrali się, by oglądać i słuchać, w tym moja matka Caroline, moja kuzynka Rose i mój pastor, wielebny Weber. Siedzieliśmy ze Stephenem obok siebie, z przypiętymi znaczkami Gemini VIII, które dostaliśmy od Neila na szczęście. Wydawało się, jakby od samego dnia narodzin – a nawet jeszcze wcześniej, od czasu, kiedy rodzina mojego męża i moi przodkowie wiele wieków temu żyli w Europie – ta misja była przeznaczona naszemu synowi”.

CZĘŚĆ PIERWSZA

OD CHŁOPCA DO PILOTA

Urodziłem się i wychowałem w Ohio, około stu kilometrów na północ od Dayton. Historie o sukcesach braci Wright i ich wynalazku towarzyszą mi, od kiedy sięgam pamięcią... Początkowo koncentrowałem się nie na lataniu samolotami, tylko ich składaniu. Źle złożony model to pewna porażka.

Neil A. Armstrong w rozmowie z autorem, 13 sierpnia 2002 roku

ROZDZIAŁ 1

Amerykański początek świata

Neil Armstrong rozumiał, że historia jego życia, tak jak innych ludzi, nie zaczyna się od narodzin. Sięga daleko w przeszłość, do dziejów protoplastów, setki lat wstecz, tak głęboko, jak to umożliwiają ludzka pamięć, dokumentacja historyczna i zachowane zapisy genealogiczne. Pominąć zamierzchłą przeszłość rodziny to ograbić się z własnej historii – nie wspominając o życiu, doświadczeniach, wyzwaniach, osiągnięciach, miłościach i namiętnościach rodziców, dziadków, pradziadków, prapradziadków i ich przodków. Neil nalegał, żeby opowieść o nich stanowiła część jego biografii.

Był również głęboko przeświadczony, że jego własna historia, jak to często bywa w amerykańskich rodzinach, jest historią imigrantów, śmiałków, którzy przybyli do nowego kraju. Kiedyś nazwał to „amerykańskim początkiem świata”.

Neil uwielbiał Amerykę i jej historię. Uwielbiał to, co sobą reprezentowała jeszcze przed narodzinami kraju, podczas walk o niepodległość z Anglią, ówczesną ojczyzną, w latach 1776–1783. Zdaniem Neila „Ameryka oznacza możliwość. Od tego się zaczęła. Pierwsi osadnicy przybyli do Nowego Świata, szukając możliwości wyznawania religii zgodnie ze swoim sumieniem i budowania przyszłości na fundamentach własnej inicjatywy i ciężkiej pracy. Odkryli nowe życie i wolność pozwalającą osiągać własne cele”.

W przypadku Neila „zamierzchła przeszłość rodziny” – w każdym razie ta jej część, o której wiemy coś konkretnego – sięga ponad 300 lat wstecz do najdawniejszych znanych przodków Armstronga z końca XVII wieku. Linię rodziny Neila ze strony ojca tworzył klan Armstrongów, który od końca średniowiecza rozkwitał na otoczonym złą sławą pograniczu między Szkocją a Anglią. Cztery dekady przed rewolucją amerykańską grupka nieustraszonych Armstrongów pokonała Atlantyk. Ich potomkowie ruszyli na zachód, przez Appalachy, wozami i łodziami, wśród najodważniejszych zdobywców Dzikiego Zachodu, i krótko po wojnie 1812 roku osiedli na żyznych terenach północno-zachodniego Ohio.

Nazwisko Armstrong ma znamienite korzenie. Wywodzi się z angielskiego i duńskiego i dosłownie znaczy „silnoręki”. Legenda głosi, że przyjął je bohaterski przodek o imieniu Fairbairn. Viola Engel Armstrong, matka Neila, zapamiętała jedną z wersji tej przypowieści: „Pewien człowiek zwany Fairbairnem użyczył konia królowi Szkocji, gdy podczas bitwy wierzchowiec monarchy padł od strzału. W nagrodę król podarował Fairbairnowi hektary ziemi na pograniczu Szkocji i Anglii i od tego czasu nazywał go Silnorękim (czyli Armstrongiem)”. Inne wersje legendy głoszą, że Fairbairn został przemianowany na Siwarda Beorna, czyli „wojownika z mieczem”, znanego również jako „miecz silna ręka”.

Do XV wieku klan Armstrongów znacząco wzmocnił swoją pozycję na pograniczu. W XVI stuleciu byli już bezdyskusyjnie najpotężniejszą rodziną reiversów – bandytów i rozbójników. Dekady agresywnej ekspansji Armstrongów, jak również przypisywane im spalenie 52 szkockich kościołów, w końcu wymusiły reakcję władcy. W 1529 roku król Szkocji Jakub V zgromadził wojska w sile 8000 żołnierzy, które miały utemperować zuchwałych Armstrongów, ród liczący 12–15 tysięcy dusz, co stanowiło około 3% mieszkańców Szkocji. W 1530 roku Jakub V wysłał oddziały na południe w poszukiwaniu Johnniego Armstronga z Gilnockie. Pisarz sir Walter Scott uznał Williama Armstronga za potomka Johnniego w linii prostej. Historycy wywnioskowali stąd, że Will był pierwszym synem Christophera Armstronga (1523–1606), najstarszego syna Johnniego Armstronga.

Przodkowie Neila Armstronga zostali na szkockich kresach aż do emigracji do Ameryki, która nastąpiła między 1736 a 1743 rokiem. Adam Armstrong, który urodził się na pograniczu w 1638 roku i zmarł tamże w roku 1696, to pokolenie numer jeden, dziesięć generacji przed pierwszym człowiekiem na Księżycu.

Adam Armstrong miał dwóch synów, z których jeden również nosił imię Adam i urodził się w angielskiej Cumbrii w 1685 roku. Dwudziestoletni Adam Armstrong II ożenił się z Mary Forster. W połowie lat 30. XVII stulecia, mając 20 lat, Adam Abraham Armstrong III (ur. 1714 lub 1715) i jego ojciec przemierzyli Atlantyk i byli pierwszymi przodkami Neila, którzy wyemigrowali do Ameryki. Adam-ojciec zmarł w Pensylwanii w 1749 roku.

Armstrongowie ci znaleźli się zatem wśród pierwszych osadników w pensylwańskim rejonie Conococheague. Adam Abraham Armstrong III aż do śmierci w 1779 roku uprawiał ziemię na terenach późniejszego hrabstwa Cumberland. Jego najstarszy syn John (ur. 1736) w wieku 24 lat zbadał ujście Muddy Creek, 260 kilometrów na zachód od Conococheague. John i jego żona Mary wychowali tam dziewięcioro dzieci, a potomek ich drugiego syna, Johna (ur. 1773), był przodkiem Neila.

Po wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych tysiące osadników zalało Kraj Ohio. W marcu 1799 roku dwudziestopięcioletni John Armstrong, jego żona Rebekah i syn David, jak również młodszy brat Thomas Armstrong, jego żona Alice Crawford i ich synek William popłynęli barką po Muddy Creek do Pittsburgha, a potem pokonali około 400 kilometrów po rzece Ohio do Hockingport, na zachód od dzisiejszego Parkersburga w Wirginii Zachodniej. Obie rodziny popłynęły w górę Hocking do powiatu Alexander w Ohio. Osiedlili się na obrzeżach późniejszego miasteczka Athens, a Thomas i Alice wychowali tam szóstkę dzieci. John i Rebekah zadomowili się nieopodal Fort Greenville, na zachodzie stanu. Przodek Neila John Armstrong (pokolenie numer pięć) i jego rodzina byli świadkami negocjowania traktatu z St. Marys, ostatniego wielkiego zgromadzenia plemion indiańskich w Ohio. W 1818 roku John z rodziną osiadł na zachodnim brzegu rzeki St. Marys. Na pierwszych żniwach zarobili tyle, że mogli nabyć prawa do sześćdziesięciohektarowej posiadłości, późniejszej „farmy Armstrongów”, najstarszego gospodarstwa w hrabstwie Auglaize.

David Armstrong (ur. 1798), pierwsze z dzieci Johna, i Margaret Van Nuys (1802–1831) byli pradziadkami (nie mieli ślubu) Neila ze strony ojca. Margaret wyszła za mąż za Caleba Majora, a David ożenił się z Eleanor Scott (1802–1852), córką Thomasa Scotta, innego z pierwszych osadników w St. Marys. Ich mały syn Stephen został z matką do jej przedwczesnej śmierci w marcu 1831 roku, kiedy to rodzice Margaret, Rachel Howell i Jacobus Van Nuys, przejęli opiekę nad siedmioletnim wnuczkiem. David, ojciec Stephena, zmarł w 1833 roku, a dziadek w 1836.

Stephen Armstrong (pokolenie numer siedem) w 1846 roku, na 21. urodziny, otrzymał po dziadku Van Nuysie spadek w gotówce i towarach wart około 200 dolarów. Najmował się do robót na farmie, a po latach pracy dla obcej rodziny zdołał nabyć 80 hektarów, a potem dokupić kolejne 88.

Nie wiadomo, jaki wpływ na życie Stephena Armstronga miała wojna secesyjna. Ożenił się z Marthą Watkins Badgley (1832–1907), wdową po George’u Badgleyu i matką czwórki dzieci. 16 stycznia 1867 roku Martha urodziła Stephenowi syna, Willisa Armstronga.

Kiedy Stephen Armstrong zmarł w sierpniu 1884 roku w wieku 58 lat, był właścicielem ponad 160 hektarów wartych co najmniej 30 tysięcy dolarów – dzisiaj odpowiadałoby to 700 tysiącom.

Większość majątku odziedziczył jedyny syn Stephena, Willis, który trzy lata później ożenił się z miejscową dziewczyną Lillian Brewer (1867–1901). Para miała piątkę dzieci i mieszkała w wiejskim domu przy River Road. W 1901 roku Lillie umarła przy porodzie.

Pogrążony w żałobie Willis dorabiał doręczaniem poczty, między innymi firmie prawniczej braci Koenig. Ich siostra Laura pracowała tam jako sekretarka i pod koniec 1903 roku Willis zaczął się z nią spotykać. W czerwcu 1905 roku wzięli ślub i zamieszkali w domu kupionym przez Willisa w St. Marys. Później przeprowadzili się do okazałego wiktoriańskiego budynku na rogu West Spring Street.

To tutaj wychował się Stephen Koenig Armstrong, ojciec Neila, pierwszy z dwójki dzieci Willisa i Laury. Chłopiec przyszedł na świat 26 sierpnia 1907 roku, dołączając do przyrodnich sióstr Bernice i Grace i przyrodnich braci Guya i Raya. Dzieciństwo Stephena naznaczyły trudności finansowe i seria pechowych zdarzeń. Willis obciążył posiadłość hipoteką i utopił większość pieniędzy w zachwalanych przez szwagra inwestycjach kolejowych, które niestety okazały się chybione, a finansowa katastrofa zatruła relacje rodzinne, w tym małżeństwo Willisa.

W 1912 roku zmarł przyrodni brat Stephena, Guy. Dwa lata później w domu Armstrongów wybuchł pożar. Sześcioletni Stephen uciekł w tym, co miał na grzbiecie.

W 1916 roku czterdziestodziewięcioletni, pogrążony w długach Willis porzucił dostarczanie poczty i wyruszył na pola naftowe w Kansas.

Na początku 1919 roku wrócił do Ohio. Kilka tygodni później znów przeprowadził się z rodziną na farmę przy River Road, nadal obciążoną potężną hipoteką. Wkrótce Stephen musiał zastąpić nękanego artretyzmem Willisa w pracy na polu. Matka chłopaka nalegała, żeby nie przerywał edukacji.

Jeszcze przed ukończeniem szkoły średniej w 1925 roku Stephen podjął decyzję: nie zostanie rolnikiem. Niedługo potem zakochał się w Violi Louise Engel, młodej kobiecie o łagodnym głosie.

Rodzina Stephena Armstronga mieszkała w Ameryce już od ponad wieku, kiedy w październiku 1864 roku do portu w Baltimore przybył pochodzący z Niemiec dziadek Violi, Frederick Wilhelm Kötter. Rodzina robiła wszystko, żeby Fritz Kötter uniknął przymusowego poboru do pruskiej armii: by opłacić podróż syna do Ameryki, ojciec osiemnastolatka sprzedał część gospodarstwa na obrzeżach Ladbergen w Westfalii, przy granicy z Holandią.

Frederick skierował się do miasteczka New Knoxville w Ohio. Niemca z Ladbergen z oczywistych względów ciągnęło do stanu zamieszkanego przez ponad 200 tysięcy niemieckich imigrantów. Pierwsza żona Köttera umarła młodo. Na początku lat 70. XIX wieku Fritz kupił 32 hektary ziemi i ożenił się z Marią Marthą Katterheinrich, Amerykanką w pierwszym pokoleniu, której rodzina wywodziła się z Niemiec. Zmienili nazwisko na bardziej amerykańskie „Katter”. Para miała sześciu synów i jedną córkę, urodzoną w 1888 roku Caroline. Dziewiętnaście lat później, 7 maja 1907 roku, Caroline urodziła jedyne dziecko, Violę. Rodzina Violi należała do reformowanego Kościoła św. Pawła, którego doktryna wywodziła się z katechizmu Marcina Lutra. Młoda Viola była bardzo pobożna i taka miała zostać do końca życia.

4 maja 1909 roku Martin Engel, z zawodu rzeźnik, zmarł na gruźlicę w wieku 29 lat, zostawiając żonę i malutką córeczkę. W drugie urodziny Violi został pochowany na cmentarzu Elmgrove. Rodzice Caroline opiekowali się Violą, kiedy ich córka gotowała dla zamożnej rodziny McClainów. W 1911 roku zmarła matka Caroline, Maria, a w 1916 dziadek Katter. Żal po stracie bliskich ukoiło szczęście w miłości, która rozkwitła między Caroline a miejscowym rolnikiem, Williamem Ernstem Korspeterem, poznanym w kościele reformowanym w St. Marys. Wzięli ślub w 1916 roku. Viola dostała się do Blume High School w Wapakoneta. Szczupła i skromna, była wzorową uczennicą. Już w wieku ośmiu lat zaczęła pobierać lekcje gry na fortepianie i słynęła z zamiłowania do muzyki, które wraz z pomysłowością, skupieniem, systematycznością i wytrwałością odziedziczył po niej syn, Neil.

Największym marzeniem Violi było zostać misjonarką i poświęcić życie Jezusowi, jednak rodzice ją od tego odwiedli. Na razie zarabiała 20 centów na godzinę, tkwiąc za ladą w domu towarowym. To wówczas zaczęła się spotykać ze Stephenem Armstrongiem, który właśnie skończył szkołę. Po raz pierwszy rozmawiali ze sobą na spotkaniu młodzieży w kościele reformowanym św. Pawła, a żarliwość ich młodzieńczego uczucia sprawiła, że przymykali oko na wiele dzielących ich różnic – różnic, które z upływem lat stawały się coraz wyrazistsze, a pod koniec życia Viola w głębi duszy kwestionowała nawet słuszność małżeństwa z tak bezbożnym człowiekiem.

Jednak to miało nadejść wiele lat później. W święta Bożego Narodzenia 1928 roku Viola i Stephen wymienili pierścionki zaręczynowe, a 8 października 1929 roku wzięli ślub w salonie domu Korspeterów. W podróż poślubną samochodem „taty” Korspetera pierwszy raz w życiu pojechali do odległego o 100 kilometrów Dayton. Dwa tygodnie później nastąpił krach na Wall Street i rozpoczął się wielki kryzys.

Stephen wysłał Violę na farmę w River Road, gdzie pomagała jego matce w domu. Sam pojechał do Columbus zdawać egzamin na urzędnika, a w lutym 1930 roku otrzymał stanowisko asystenta starszego rewidenta hrabstwa Columbiana. Farma została wystawiona na sprzedaż, a rodzice Stephena mieli się przeprowadzić do domku w St. Marys. W połowie maja 1930 roku Stephen i Viola, która była w szóstym miesiącu ciąży, przejechali 370 kilometrów do Lisbon przy granicy z Pensylwanią. „Brakowało im słów”, żeby wyrazić radość z elektryczności i ciepłej bieżącej wody w umeblowanym dwupokojowym mieszkaniu.

4 sierpnia, dwa tygodnie przed wyznaczonym terminem, Viola w domu rodziców szykowała się do porodu. Stephen został w Lisbon. 5 sierpnia 1930 roku urodził się chłopiec. Podbródek miał po ojcu, ale nos i oczy zdecydowanie po Violi. Rodzice nadali synowi imiona Neil Alden. Violi podobała się aliteracja „Alden Armstrong” i nawiązanie do Aldena z klasycznego wiersza Henry’ego Wadswortha Longfellowa The Courtship of Miles Standish. Nikt w rodzinie nie miał na imię Neil. Być może wiedzieli, że „Neil” to szkocka postać gaelickiego imienia Néall, czyli „chmura”, albo że we współczesnej formie znaczy ono „mistrz”.

ROZDZIAŁ 2

Smallville

Dziesięć dni po narodzinach Neila Viola wstała z łóżka, żeby opiekować się dzieckiem. Lekarz nie pozwolił jej pójść na pogrzeb teścia, Willisa, ale ponieważ Stephen był już w domu, poprosili wielebnego Burketta, pastora, który udzielił im ślubu, żeby ochrzcił Neila. Stephen musiał pilnie wyjechać służbowo do Warren w Ohio, gdzie miał asystować starszemu audytorowi. W ciągu następnych czternastu lat rodzina Armstrongów przeprowadzała się szesnaście razy, a odyseja po Ohio zaprowadziła ich na koniec w 1944 roku do Wapakoneta.

Neil okazał się spokojnym i beztroskim dzieckiem, raczej nieśmiałym. Viola bez przerwy mu czytała, zaszczepiając synowi miłość do książek. Chłopiec wyjątkowo wcześnie nauczył się czytać, a w wieku trzech lat radził sobie z nazwami ulic. W pierwszej klasie szkoły podstawowej w Warren Neil przeczytał ponad setkę książek. Choć zaczął drugą klasę w wiejskim zespole szkół w Moulton, a skończył w St. Marys, nauczyciel Neila zauważył, że chłopiec pochłania lektury przeznaczone dla czwartoklasistów. Przeniesiono go do trzeciej klasy, a następnej jesieni klasę czwartą zaczął jako ośmiolatek. Mimo to miał świetne oceny. Gdziekolwiek przeprowadzał się z rodziną, dobrze się aklimatyzował i łatwo nawiązywał znajomości. Najwierniejszymi towarzyszami chłopca byli jednak jego młodsza siostra i brat. June Louise urodziła się 6 czerwca 1933 roku, kiedy Neil miał prawie trzy lata, a 22 lutego 1935 roku na świat przyszedł Dean Alan.

Choć nigdy nie narzekali na brak miłości i troski rodziców, June i Dean wyczuwali, że to starszy brat jest ulubieńcem matki. „Kiedy nadchodził czas sadzenia ziemniaków w gospodarstwie dziadków, Neila nigdzie nie było. Siedział w domu, gdzieś w kącie, z książką – wspomina June. – Nigdy nie broił. Był wzorem wszelkich cnót. Taką miał po prostu naturę”.

Zdaniem June Neil „był zdecydowanie opiekuńczy”, jak to starszy brat. Jego relacje z młodszym o pięć lat Deanem były mniej harmonijne: „Nigdy nie naruszałem przestrzeni Neila. Zawsze czekałem na zaproszenie”. Choć bracia byli w tej samej drużynie skautów, Neil zawsze pierwszy zdobywał odznaki i miał w szkole starszych kolegów. Obaj kochali muzykę, ale Dean lubił sporty wyczynowe i grał w szkolnej drużynie koszykarskiej. Neil był „pochłonięty nauką”, tak jak matka, natomiast „wyluzowany” Dean przypominał ojca.

Niezwykłe połączenie opanowania, powściągliwości i uczciwości sprawiało, że Neil mógł się wydawać nieprzenikniony. Jednak matka rzadko postrzegała go w ten sposób. „Ma w sobie umiłowanie prawdy – oświadczyła Viola w wywiadzie udzielonym piszącej dla «Life» Dodie Hamblin latem 1969 roku. – Jeżeli coś nie jest słuszne ani szczere, to nie będzie się tym zajmował. Nigdy nie słyszałam, żeby powiedział o kimś złe słowo”. Neil zachowywał szczególną rezerwę, opisując ojca: „Z powodu pracy rzadko bywał w domu, więc raczej nie był zżyty z dziećmi i nie zauważyłem, żeby któreś było mu bliższe”. Zapytana, czy Neila łączyła bliska relacja z ojcem, June zaprzeczyła. Matka tuliła dzieci, ojciec nie. „Chyba nigdy nie przytulił Neila, który zresztą też się do tego nie palił”.

Listy do domu z college’u Neil adresował do „Pani S.K. Armstrong”. Używał formułki powitalnej: „Droga Mamo i Rodzino”. W 1943 roku matka Stephena, Laura, złamała kostkę. Steve i Viola przyjęli Laurę do siebie i mieszkała z nimi aż do śmierci w 1956 roku. Wywoływało to, wraz z wyznaniowymi i charakterologicznymi różnicami między Violą a Stephenem, napięcia w małżeństwie.

O dziwo, podczas rozmów z autorem tej książki Neil nie przypominał sobie, żeby Laura Armstrong mieszkała z nimi za jego licealnych czasów. „Babcia Armstrong wprowadziła się do nas dopiero, kiedy poszedłem na Purdue” – relacjonował. Jednak Neil się mylił. Mieszkała z nimi przez cały okres jego szkoły średniej. Fakt, że Neil nie zapamiętał obecności babki w domu – przez 13 lat! – świadczy nie tyle o jego amnezji, ile o tym, że już w liceum skupiał się na tych aspektach życia, które miały dla niego największe znaczenie – wtedy byli to koledzy, książki i nauka, drużyna skautów, dorywcze prace i przede wszystkim, jak się przekonamy, namiętność do samolotów i latania. Jak wspomina jego siostra June, Neilowi zdarzało się zatonąć w myślach. „Neil dużo czytał w dzieciństwie i to była jego ucieczka. Nie przed czymś, tylko ku czemuś, w świat wyobraźni. Jako chłopiec czuł się na tyle bezpiecznie, że mógł zaryzykować taką ucieczkę, bo wiedział, że po powrocie będzie w życzliwym otoczeniu”.

Dla Neila Armstronga wiejskie rejony Ohio oznaczały wygodę, bezpieczeństwo, prywatność i zdrowe ludzkie wartości. Po odejściu z NASA w 1971 roku Armstrong będzie szukał powrotu do zwyczajności w małym gospodarstwie w swym rodzinnym stanie. „Chciałem, żeby moja rodzina żyła w możliwie normalnym otoczeniu” – wyjaśnił.

Takie trzeźwe podejście do życia ma korzenie w dzieciństwie Armstronga. W owych czasach autor komiksów Jerry Siegel wymyślił bohatera, Supermana, który pochodził ze Smallville, miasteczka w środkowej Ameryce, gdzie obowiązywały „prawda, sprawiedliwość i amerykański styl życia”.

Neil Armstrong znalazł schronienie nie w Smallville, ale w innych małych miasteczkach. Żadne z nich w latach 30. czy 40. nie liczyło więcej niż 5000 mieszkańców. W tych autentycznych Smallville młodzi ludzie – przy odpowiednim wsparciu rodziny i społeczności – dorastali w atmosferze sprzyjającej rozbudzeniu ambicji.

Oprócz Neila Armstronga postawa ta cechowała wszystkich siedmiu astronautów programu Mercury: Alana B. Sheparda Jr. z East Derry w New Hampshire, Virgila I. „Gusa” Grissoma z Mitchell w Indianie, Johna H. Glenna Jr. z New Concord w Ohio, Waltera M. Schirrę Jr. z Oradell w New Jersey, L. Gordona Coopera Jr. z Shawnee w Oklahomie i Donalda K. „Deke’a” Slaytona ze Sparty w Wisconsin. W młodości M. Scotta Carpentera jego rodzinne miasto Boulder w Kolorado liczyło nieco ponad 10 tysięcy mieszkańców.

Zdaniem tej pionierskiej siódemki „materiał na mistrza” zawdzięczali swojemu zwyczajnemu dzieciństwu. Potwierdził to John Glenn, pierwszy amerykański astronauta na orbicie: „Dorastanie w małej miejscowości daje dzieciakom coś szczególnego”. Dzieci „same podejmują decyzje” i „być może nie przypadkiem wielu członków programu kosmicznego wywodzi się właśnie z mieścin”. Większość astronautów uczestniczących w amerykańskim programie kosmicznym pochodziła z Ohio. „Małe miejscowości, te, w których dorastałem, powoli wychodziły z kryzysu – wspomina Neil. – Nie byliśmy biedni [roczne zarobki Stephena Armstronga – 2000 dolarów – nieco przewyższały średnią krajową z 1930 roku], ale nigdy nie narzekaliśmy na nadmiar pieniędzy. Pod tym względem nasza sytuacja była nie lepsza i nie gorsza od położenia tysięcy innych rodzin”. W oczach niektórych kolegów z dzieciństwa sam fakt, że ojciec Neila ma zatrudnienie, czynił z Armstrongów bogaczy.

Pierwszą pracę Neil podjął w 1940 roku, w wieku dziesięciu lat – kiedy ważył zaledwie 32 kilogramy. Za 10 centów na godzinę strzygł trawę na cmentarzu. Później w piekarni Neumeister’s w Upper Sandusky układał bochenki i co wieczór pomagał smażyć 110 tuzinów pączków. Szorował też olbrzymi mieszalnik do ciasta: „Prawdopodobnie dostałem tę pracę ze względu na mikrą posturę: mogłem wpełznąć wieczorem do mieszalnika i go wyczyścić. Największą dodatkową korzyścią była możliwość jedzenia lodów i czekolad domowej roboty”.

Po przeprowadzce rodziny do Wapakoneta w 1944 roku Neil był sprzedawcą w sklepach spożywczym i żelaznym. Później pomagał w drogerii za 40 centów na godzinę. Rodzice pozwalali mu zatrzymać zarobione pieniądze, ale oczekiwali, że większość z nich odłoży na poczet studiów. Z 294 osób, które w latach 1959–2003 przeszły testy dla astronautów, ponad 200 było skautami, w tym 21 kobiet, aktywnych skautek. 40 skautów, przyszłych astronautów, zdobyło odznakę orła. Z 12 mężczyzn, którzy chodzili po Księżycu, 11 wywodziło się ze skautingu, w tym Neil i jego kompan z załogi Apollo 11 Buzz Aldrin.

Kiedy w 1941 roku rodzina przeniosła się do Upper Sandusky, w tym trzytysięcznym miasteczku jeszcze nie było drużyny skautów. Japoński atak na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 roku – o którym Neil dowiedział się z radia, kiedy ojciec zawołał go do domu z podwórka, gdzie chłopiec się bawił – wszystko zmienił. Następnego dnia, kiedy Kongres wypowiedział wojnę Japonii, organizacja amerykańskich skautów oddała wszystkie swoje drużyny do dyspozycji rządu. Jak wspomina Neil, wieści o wojnie „otaczały nas wszędzie, w gazetach, w radiu. I oczywiście było wiele flag w oknach rodzin, których dzieci poszły walczyć”. Nowo utworzony 25. Oddział z Ohio, pod przywództwem protestanckiego pastora, zbierał się raz w miesiącu. Grupa Neila nazywała się Wilczy Patrol i wybrała na dowódcę Buda Blackforda, Kotcha Solacoffa na jego zastępcę, a Neila na sekretarza.

25. Oddział i jego Wilczy Patrol były, jak to ujął Neil, „pochłonięte kwestiami wojennymi”. Rozpoznawanie samolotów stanowiło mocną stronę skautów, co bardzo odpowiadało Armstrongowi. Razem z kolegami składali modele, które przywódca ich oddziału przesyłał do władz wojskowych i obrony cywilnej, żeby ich eksperci mogli łatwiej odróżniać samoloty wroga od swoich. Kiedy pastor wyjechał, jego miejsce zajął „mniej surowy” Ed Naus, którego wspierał ojciec Neila. W Wilczym Patrolu Neil, Bud i Kotcho zawiązali młodzieńczą więź na całe życie, rozkwitłą w atmosferze przyjaznej rywalizacji. Kotcho wspomina numer na chemii: „Powiedziałem Neilowi: «Może spróbujesz C12H22O11». Ku mojemu zaskoczeniu i przerażeniu Neil złapał garść i włożył sobie do ust. Wrzasnąłem: «Wypluj, to trucizna!». Neil odparł: «C12H22O11 to cukier». Ja na to: «Wiem, ale nie sądziłem, że ty wiesz». To był ostatni raz, kiedy bezrefleksyjnie uznałem, że przewyższam go wiedzą”.

Przez długi czas Wapakoneta uznawano za rodzinne miasto Neila Armstronga, ale on sam najlepiej wspominał trzy lata w Upper Sandusky. Jednak choć rodzina była zadowolona z czasu spędzonego przy 446 North Sandusky Avenue od 1941 do 1944 roku (kiedy Neil miał 11–14 lat), okoliczności zmusiły ich do ostatniej przeprowadzki, do „Wapak”. Głównym jej powodem, zdaniem Neila, był lęk ojca, który choć miał już 36 lat, „obawiał się poboru”. W Wapakoneta, jakieś 80 kilometrów na południowy zachód od Upper, Stephen musiał co prawda dłużej jechać do pracy, ale, jak wyjaśnił Neil, „matka miała pod ręką rodziców”, więc gdyby jej mąż dostał wezwanie do armii, mogłaby liczyć na wsparcie dla siebie i rodziny.

Armstrongowie kupili duży piętrowy dom narożny przy 601 West Benton Street. Jak zwykle Neil bez trudu zaaklimatyzował się w nowym otoczeniu i od razu wstąpił do 14. Drużyny Skautów. Blume High School była sześć przecznic od domu. Na świadectwach najlepsze oceny miał z matematyki, nauk przyrodniczych i angielskiego. Autorzy niektórych relacji nie rozumieli systemu ocen Blume High School – Neil nie miał żadnych złych stopni.

Uzdolniony muzycznie chłopak wstąpił do szkolnej orkiestry, towarzystwa śpiewaczego i zespołu. Pomimo wątłej postury grał na jednym z największych instrumentów, rogu barytonowym, ponieważ podobało mu się jego charakterystyczne brzmienie – niewiele osób podzielało tę opinię. Kiedy zdarzało mu się występować w piątkowy lub sobotni wieczór w ragtime’owym combo Mississippi Moonshiners, on i jego muzykujący koledzy z Wapak mieli szczęście, jeżeli udało im się zarobić 5 dolarów do podziału na czterech.

W liceum Neil wstąpił do szkolnej organizacji o nazwie Hi-Y, był w redakcji księgi pamiątkowej i występował w przedstawieniu pierwszoroczniaków. W klasach jedenastej i dwunastej został wybrany do rady uczniowskiej, a w klasie maturalnej był jej wiceprzewodniczącym. Koledzy z liceum wspominają go nie tyle jako nieśmiałego, ile spokojnego. W szkole średniej prawie nie umawiał się na randki, choć na bal maturalny poszedł. Tata pożyczył mu na tę okazję zupełnie nowego oldsmobila. „Byliśmy na podwójnej randce z Dudleyem Schulerem i jego dziewczyną Patty Cole – wspomina towarzyszka Neila Alma Lou Shaw Kuffner. – Niestety, koło trzeciej nad ranem w drodze powrotnej Neil zasnął za kierownicą i wjechał do rowu. Jakiś człowiek jadący do pracy w Limie musiał nas wyciągać. Następnego ranka tata Neila zobaczył, że cały bok auta jest porysowany”.

W maju 1946 roku szesnastoletni Neil ukończył Blume High School. Z 78 uczniów jego rocznika pod względem stopni był na jedenastym miejscu. Pod zdjęciem maturalnym Armstronga w księdze pamiątkowej rocznika 1946–1947 był epigram: „Myśli, działa, osiąga”. Późniejsze sukcesy w sterowaniu pojazdami pozwolą mu naprawić reputację zszarganą za kierownicą ojcowskiego oldsmobila.

ROZDZIAŁ 3

Prawda w obłokach

Jacob Zint pełnił w Wapakoneta funkcję miejscowego fachmana. Ten zatwardziały stary kawaler zamieszkujący z dwoma braćmi, również kawalerami, posępny dwupiętrowy dom na rogu ulic Pearl i Auglaize, zaledwie parę przecznic od Armstrongów, pracował jako inżynier kreślarz w Westinghouse Company w Limie. Mający ciągoty naukowe Zint na dachu garażu zbudował obserwatorium – zwieńczoną kopułą rotundę o średnicy 3 metrów, która na kółkach od wrotek obracała się o 360 stopni. Dwudziestocentymetrowy teleskop zwierciadlany był wymierzony w niebo, ku gwiazdom i planetom. Oglądany przez chlubę Zinta Księżyc wydawał się odległy nie o faktyczne 400 tysięcy kilometrów, lecz o mniej niż 1600. Osprzęt przypadłby do gustu ekscentrycznemu szesnastowiecznemu astronomowi Tychonowi Brahemu, jednemu z bohaterów Zinta.

Jake Zint na zawsze pozostałby nieznanym miejscowym dziwakiem, gdyby nie nagłaśniany przez niego związek z młodym Neilem Armstrongiem. Pewnego wieczoru 1946 roku, kiedy przyszły astronauta miał 16 lat, Neil, jego kolega Bob Gustafson i kilku innych członków 14. Drużyny Skautów odwiedziło Zinta. Ich celem było zdobycie odznaki astronoma. Jako że trzydziestopięcioletni Zint nie lubił nieproszonych gości, drużynowy skautów, pan McClintock, grzecznie zapowiedział wizytę.

Według Zinta ich spotkanie stanowiło przełomowy punkt w życiu młodego Neila Armstronga. Księżyc, jak twierdził Zint, „zdawał się głównym zainteresowaniem Neila. Fascynował go”, poza tym chłopak był „szczególnie zaintrygowany możliwością życia na innych planetach. Omówiliśmy to i doszliśmy do wniosku, że na Księżycu nie ma życia, ale prawdopodobnie istnieje ono na Marsie”. Neil miał być pod takim wrażeniem Zinta i jego obserwatorium, że odwiedzał go „nawet po podjęciu studiów na Purdue University”. Według Zinta dzień przed wyprawą na Księżyc Neil za pośrednictwem dziennikarza wysłał swojemu dawnemu mentorowi od astronomii specjalną wiadomość: „Po wyjściu na Księżyc najpierw sprawdzę, czy jest z zielonego sera”.

Związek Zinta z Armstrongiem podkreślały w czerwcu i lipcu 1969 roku liczne nagłówki: „Neil marzył, że pewnego dnia wyląduje na Księżycu”, „Dzięki astronomowi Jacobowi Zintowi Neil A. Armstrong pierwszy raz zobaczył Księżyc z bliska”, „Neil Armstrong: od samego początku mierzył w Księżyc”, „Astronauta spełnia marzenie z dzieciństwa”, „Księżyc marzeniem nieśmiałego Armstronga” i „Zdaniem Jacoba Zinta, astronoma z Wapakoneta, «marzenie Neila się ziściło»”. Wiele artykułów opatrzono zdjęciem uśmiechniętego, rezolutnego Zinta z założonymi rękami stojącego przed teleskopem, przez który Neil miał po raz pierwszy ujrzeć Księżyc z bliska.

W Wapakoneta Zint pławił się w chwale tej wielkiej chwili, kiedy Neil lądował na Morzu Spokoju: „O 2.17 21 czerwca Jacob Zint nakieruje swój dwudziestocentymetrowy teleskop na południowo-zachodni skraj księżycowego Morza Spokoju. Przy sprzyjającej pogodzie ta sesja obserwacyjna będzie finałem odysei w czasie i przestrzeni, która miała początek w tym właśnie miejscu przed 23 laty, kiedy niepozorny blondynek Neil Alden Armstrong po raz pierwszy ujrzał z bliska Księżyc przez teleskop pana Zinta”. Wszyscy byli ciekawi refleksji Zinta na temat historycznego lądowania. „To nie mieści mi się w głowie, kiedy myślę o tych wszystkich rozmowach z Neilem na temat Księżyca – wyjaśniał Zint zainteresowanym reporterom. – A teraz on się tam znalazł”.

O dziwo, nic z tego, co nieżyjący już Jacob Zint miał do powiedzenia o swojej relacji z Armstrongiem, nie było prawdą – nic a nic, choć teleskop Zinta wraz z rozmontowaną obrotową rotundą astronomiczną wystawiano na eksponowanym miejscu w Auglaize County Museum w Wapakoneta przez wiele lat (zaniechano tego dopiero wkrótce po ukazaniu się pierwszego wydania niniejszej książki w 2005 roku).

„O ile mnie pamięć nie myli – oświadczył w 2004 roku Armstrong, niechętnie i z charakterystyczną rezerwą, żeby jak najmniej naruszyć reputację słynnego astronoma amatora z Wapakoneta – byłem w obserwatorium Jake’a Zinta tylko raz. Jeśli zaś chodzi o obserwacje nieba i prywatne rozmowy o Księżycu i wszechświecie, to nic takiego nie miało miejsca. Historia pana Zinta zaczęła się rozrastać, kiedy stałem się sławny. Jego wszystkie opowieści zdają się zmyślone”. Neil nigdy nie zadał sobie trudu, żeby cokolwiek skorygować, nie zależało mu też, żeby Zint przestał rozpowszechniać swoje historie.

Większość ludzi w 1969 roku nie miała powodu, żeby nie wierzyć w wiadomości zamieszczane w gazetach. Co więcej, przedstawiona przez Zinta prorocza wizja „przeznaczenia” Neila wydawała się po prostu „niemal zbyt logiczna, żeby mogła być prawdziwa”, jak to ujął pewien dziennikarz w lipcu 1969 roku.

Tak jak Zint, również John Crites, ulubiony nauczyciel przedmiotów ścisłych Neila, wychwalał wczesne zamiłowanie do nieba wyróżniające przyszłego pierwszego człowieka na Księżycu. Crites wspominał, jak kiedyś, podczas „po prostu doskonałej” pełni, spytał młodego Neila o plany. „Pewnego dnia – odparł Neil, wskazując tarczę Księżyca – chciałbym spotkać się z tym panem”. „To było w 1946 roku – opowiadał Crites dziennikarzom w 1969 roku – kiedy nikomu nie przyszło nawet do głowy, żeby się tam wybierać”. „To fikcja – lapidarnie podsumował Neil w wywiadzie na temat Pierwszego człowieka. – W tamtych czasach wszystkie moje aspiracje były związane z samolotami. Lot w kosmos byłby nierealną ambicją”.

„Kiedy Neil miał mniej więcej dwa albo trzy lata – wspominał w 1969 roku Stephen Armstrong – namówił matkę, żeby w sklepie z tanimi rzeczami kupiła mu samolocik, i trzeba było wybrać między modelami za 10 i 20 centów. Matka kupiła mu oczywiście ten droższy. Od tamtej pory lubił samoloty, zawsze śmigał z nimi po domu i na dworze”.

Po raz pierwszy Neil poleciał samolotem tuż przed szóstymi urodzinami, kiedy rodzina mieszkała w Warren. Na przestrzeni lat słyszał i czytał tyle różnych wersji tej historii, że przyznaje: „Nie wiem, co jest prawdą. Chyba można było przelecieć się po okolicy za drobną opłatą [25 centów]”. Jego ojciec zapamiętał to tak: „Pewnego dnia wybieraliśmy się – w każdym razie jego matka myślała, że się wybieramy – do szkółki niedzielnej, ale cena za lot była niska rano, a potem rosła. Zmieniliśmy więc plany i przelecieliśmy się pierwszy raz samolotem”.

Wzbili się w górnopłacie, fordzie trimotorze. „Tin Goose”[1], który pierwszy raz wystartował w 1928 roku, mieścił 12 pasażerów na wiklinowych siedzeniach i leciał ze stałą prędkością około 190 kilometrów na godzinę.

Dorastając, Neil miał powracający sen: „Mogłem, wstrzymując oddech, unosić się nad ziemią. Oprócz tego nic się nie działo. W tych snach nie latałem ani nie spadałem, tylko się unosiłem. To niezdecydowanie było jednak trochę frustrujące. Sen nie miał nigdy żadnego finału. – Neil nie był pewien sensu tych snów. – Nie wiem, czy łączyły się jakoś z lataniem. Nie było szczególnego związku, chyba że poprzez zawieszenie nad ziemią. – I komentował ironicznie: – Później, po obudzeniu, chciałem spróbować tego samego, ale nic się nie stało”.

„Na lotnictwie zacząłem się koncentrować prawdopodobnie w wieku ośmiu, dziewięciu lat – wspominał Neil – zainspirowany tym, co czytałem i widziałem na temat lotnictwa i składania modeli”. Przy tej samej ulicy mieszkał jego starszy kuzyn. Kiedy Neil „zobaczył, co on umie zrobić” za pomocą bibułki i deszczułek z balsy, połknął bakcyla.

Neil zapamiętał pierwszy zbudowany model: lekki górnopłat z odkrytą kabiną, najprawdopodobniej Taylor Cub, pokryty żółto-czarnym papierem. „Nigdy nie przyszło mi do głowy, by kupować modele z silnikami”, gdyż trzeba było mieć pieniądze na silnik i dostęp do benzyny – w czasie II wojny światowej brakowało jednego i drugiego. Modele z napędem były zasilane poskręcanymi gumkami.

Samoloty Neila zapełniły sypialnię i cały kąt piwnicy. Według Deana Neil złożył ich tyle, że te, którymi się znudził albo które mu się nie podobały, wypuszczał przez okno na piętrze – niekiedy podpalone. June wspomina, że Neil zbierał „przynajmniej pięć lub sześć, potem zbiegał po schodach i pędził przed dom na koniec podjazdu. Wtedy my wychylaliśmy się przez otwarte okno na górze i puszczaliśmy samoloty Neila. Matka by tego nie przeżyła!”.

Neil opowiadał: „Zazwyczaj wieszałem modele na żyłce pod sufitem w swoim pokoju. Wkładałem w nie dużo pracy i nie chciałem ich rozbić, więc rzadko je puszczałem. (...) Kiedy chodziłem jeszcze do szkoły podstawowej, chciałem być inżynierem lotniczym. Później zająłem się pilotażem, bo uznałem, że dobry inżynier powinien znać się na działaniu samolotu. (...) Czytałem wiele ówczesnych czasopism lotniczych: «Flight», «Air Trails» i «Model Airplane News» – wszystko, co wpadło mi w ręce”. Jako członek klubu modelarzy lotniczych na Purdue University zajął „pierwsze lub drugie miejsce w kilku konkursach”. Neil wspominał puszczanie „modeli silnikowych na uwięzi, sterowanych podczas lotu po okręgu”, osiągających prędkość ponad 160 kilometrów na godzinę. „Dużo się nauczyłem i spotkałem ludzi, w tym weteranów II wojny światowej, którzy mieli nieporównywalnie większe doświadczenie i wyczucie, jeśli chodzi o sterowanie modelami”.

Piętnastoletni Armstrong zaczął oszczędzać na lekcje latania – wówczas było to 9 dolarów za godzinę (odpowiednik około 123 dolarów w 2016 roku). Zarabiając w Brading’s Drugs 40 centów za godzinę, Neil musiał po zajęciach w szkole przepracować 22,5 godziny, żeby sfinansować jedną lekcję.

Wczesnym rankiem w sobotę Neil jechał autostopem albo „rowerem bez błotników” na małe trawiaste lotnisko nieopodal Wakaponeta. „Robili tak zwane «przeglądy głowic cylindrów» – wspomina Neil – albo po prostu «przeglądy cylindrów»”. Kiedy skończył 16 lat i uzyskał licencję ucznia-pilota, mógł usiąść za sterami samolotu. „Mogłem robić nalot, bo «tyrałem» przy przemywaniu zaworów benzyną wysokooktanową po przeglądzie cylindrów”. Latał przede wszystkim starymi samolotami wojskowymi i szkoleniowymi. Był tam BT-13 produkcji Vultee i dolnopłat Fairchild PT-19. Jednym z najnowszych samolotów był Aeronca Chief, lekki górnopłat produkowany w pobliskim Hamilton w Ohio, z fotelami obok siebie zamiast tandemu z kołem sterowym zamiast drążka. Prostsza wersja znana jako Champ była najlepiej sprzedającym się modelem firmy Aeronca. To na jednym z trzech Champów w Wapakoneta Neil Armstrong uczył się latać.

Latania uczyło go trzech weteranów. Z siedemdziesięciu uczniów w klasie Neila, w której połowę stanowili chłopcy, latem 1946 roku na lekcje pilotażu chodziło trzech. Każdy z nich zaczął samodzielne loty mniej więcej w tym samym czasie. Dlatego też Neil zawsze zaprzeczał, jakoby jego kurs miał niezwykły przebieg.

Niezwykłe było natomiast to, że Neil zdobył licencję pilota, zanim zrobił prawo jazdy. „Nie miał dziewczyny. Nie potrzebował auta – wyjaśnił ojciec. – Musiał tylko jakoś dostać się na lotnisko”. „Wydaje mi się, że można było latać samemu szybowcem, mając czternaście lat – mówił Neil – ale w samolocie z napędem trzeba było odczekać do szesnastych urodzin”, które obchodził 5 sierpnia 1946 roku. Tego dnia Neil otrzymał „certyfikat ucznia-pilota”, a tydzień lub dwa później odbył pierwszy samodzielny lot.

Działo się to tak szybko, że uczeń-pilot nie miał możliwości powiadomić rodziny ani znajomych. „Instruktor odpinał pas, spoglądał znacząco, dodawał otuchy, klepiąc po ramieniu, i człowiek myślał sobie: «No cóż, teraz moja kolej»”. Dean, który pomagał kosić trawę na lotnisku, był świadkiem postępów brata. Viola za bardzo się denerwowała, żeby oglądać loty syna, ale nigdy nie próbowała go powstrzymać. Częściowo dlatego, zdaniem June, że Neil „wcale nie okazywał lęku, kiedy o tym opowiadał”.

Armstrong mgliście pamięta pierwszy samodzielny lot, na który zezwolił mu instruktor. „Dzień pierwszego samodzielnego lotu nową maszyną jest szczególny – stwierdził Neil. – Dzień pierwszego w życiu samodzielnego lotu jest wyjątkowo szczególny. Jestem pewien, że byłem wtedy niezmiernie podekscytowany. Udało mi się parę razy wystartować i wylądować, po czym wkołowałem samolotem do hangaru, nie uszkadzając samolotu”. Samodzielny lot miał pozytywną konsekwencję finansową – latając bez instruktora, Neil musiał płacić tylko 7 dolarów za godzinę zamiast 9. Korzyść była jednak teoretyczna, gdyż jego zapał zaspokoić mogły jedynie dodatkowe godziny w powietrzu.

Wypracowując własną technikę pilotażu na trawiastym lotnisku, Neil – jak wyjaśniał – miał „zwyczaj wchodzenia w silny ślizg podczas podejścia do lądowania. Schodziłem dość gwałtownie, żeby wylądować na początku trawiastego pasa i później mieć dużo czasu na dobieg i zatrzymanie”. Neil doświadczył też mroczniejszej strony latania. Po południu 26 lipca 1947 roku dwudziestoletni Carl Lange, uczeń pilotażu, a zarazem weteran marynarki II wojny światowej, zaczepił o linię energetyczną i rozbił Champa na polu siana. Doznał pęknięcia czaszki i zginął na miejscu. Jego instruktor przeżył. Neil właśnie jechał do domu z obozu skautów. Dean wspomina: „Widzieliśmy, jak samolot spada. Tata zatrzymał samochód, wszyscy tam pobiegliśmy i próbowaliśmy udzielić pierwszej pomocy”. Gazeta „Lima News” napisała, że Neil „przeskoczył ogrodzenie i popędził na pomoc ludziom w samolocie”. Według gazetowej relacji Lange zmarł na rękach Neila, ale Armstrong stwierdził, że nie wie dokładnie, kiedy mężczyzna umarł.

Niektóre biografie trzymają się wersji śmiertelnego wypadku Lange’a i reakcji Neila podanej przez Violę Armstrong. W wywiadzie z 1969 roku dla chrześcijańskiego czasopisma „Guideposts” opowiadała, że śmierć Lange’a wstrząsnęła Neilem do głębi. Z artykułu zatytułowanego Dramat nastoletniego Neila Armstronga wynikało, że Neil spędził dwa dni samotnie w pokoju, czytając o Jezusie i rozważając, czy powinien dalej latać. Sam Armstrong niczego takiego sobie nie przypomina. June wyznała: „Nigdy nie czułam, żeby to na niego wpłynęło, a z całą pewnością nie ostudziło jego entuzjazmu do latania”.

Do śmierci Lange’a Armstrong zdążył odbyć dwa samodzielne loty nawigacyjne: najpierw na lotnisko Lunken w Cincinnati na wypożyczonej awionetce. Tam i z powrotem przeleciał 346 kilometrów, a między lotami przystąpił do egzaminu na stypendium marynarki wojennej. Żeby zapisać się na zajęcia na Purdue University, Neil poleciał do West Lafayette w Indianie, pokonując w powietrzu niecałe 500 kilometrów.

Można sobie tylko wyobrazić zaskoczenie obsługi lotniska w West Lafayette, kiedy szesnastolatek wysiadł z samolotu, poprosił o zatankowanie i ruszył w stronę uczelni.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

Przypisy

[1] Blaszana gęś (przyp. tłum.).

Spis treści

Dedykacja

Wstęp

Prolog: Start

CZĘŚĆ PIERWSZA: OD CHŁOPCA DO PILOTA

Rozdział 1. Amerykański początek świata

Rozdział 2. Smallville

Rozdział 3. Prawda w obłokach

Rozdział 4. Podstawy inżynierii lotniczej

CZĘŚĆ DRUGA: LOTNIK MORSKI

Rozdział 5. Złote skrzydła

Rozdział 6. 51 Eskadra Myśliwska

CZĘŚĆ TRZECIA: PILOT DOŚWIADCZALNY

Rozdział 7. Nad wyżynną pustynią

Rozdział 8. Na skraju kosmosu

Rozdział 9. Największa strata

Rozdział 10. Apogeum determinacji

Rozdział 11. Mam tajemnicę

CZĘŚĆ CZWARTA: ASTRONAUTA

Rozdział 12. Okres treningów

Rozdział 13. W hierarchii dowodzenia

Rozdział 14. Gemini VIII

Rozdział 15. Żona astronauty

Rozdział 16. Dla całej Ameryki

CZĘŚĆ PIĄTA: DOWÓDCA APOLLO

Rozdział 17. Z popiołów

Rozdział 18. Bez skrzydeł na lunę

Rozdział 19. Życzliwi nieznajomi

Rozdział 20. Pierwszy na Księżycu

Rozdział 21. Dialektyka misji księżycowej

CZĘŚĆ SZÓSTA: SPACER PO KSIĘŻYCU

Rozdział 22. Początek wyprawy

Rozdział 23. Lądowanie

Rozdział 24. Jeden mały krok

Rozdział 25. Powrót na Ziemię

Rozdział 26. Dla całej ludzkości

CZĘŚĆ SIÓDMA: IKONA

Rozdział 27. Nieustępliwy

Rozdział 28. Pomyłki się zdarzają (także inżynierom)

Rozdział 29. Ciemna strona Księżyca

Rozdział 30. Powrót do domu

Podziękowania

Źródła zdjęć

Bibliografia

Przypisy

Zdjęcia

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału

FIRST MAN: The Life of Neil A. Armstrong

Tłumaczenie

Patryk Gołębiowski

– Wstęp, Prolog, cz. 1, 3, 5, 7

Andrzej Leszczyński

– cz. 2, 4, 6, Podziękowania, Bibliografia

Konsultacja merytoryczna

gen. Mirosław Hermaszewski

Redakcja

Małgorzata Maruszkin

Korekta

Anna Sidorek, Teresa Zielińska

Skład i łamanie

Piotr Trzebiecki

Copyright © 2005 by James R. Hansen

Copyright © for the Polish translation by Patryk Gołębiowski, 2018

Copyright © for the Polish translation by Andrzej Leszczyński, 2018

Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2018

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

POBIERZ NA TELEFON APLIKACJĘ WIELKA LITERA AR

Aplikacja WielkaLitera wykorzystuje technologię rozszerzonej rzeczywistości (AR) i umożliwia odtwarzanie wideo, audio oraz e-booków, a także przekierowuje na wybrane strony www. Aplikacja WielkaLitera jest dostępna w wersjach na Android oraz iOS. Pobierz ją za darmo i zobacz więcej.

Konwersja: eLitera s.c.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana