Coraz lepiej

Coraz lepiej

Autorzy: Mark Juddery

Wydawnictwo: DW PWN

Kategorie: Psychologia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 336

cena od: 26.52 zł

To książka dla wszystkich tych, którzy wciąż nie są zadowoleni z otaczającego świata – a zwłaszcza tych, którzy coś z tym robią. Zgadza się – wciąż może być lepiej! Czy uważasz, że dzisiejszy świat jest gorszy niż kiedykolwiek w historii? Czy wierzysz, że stopniowo tracimy grunt pod nogami? Jeżeli tak, nie jesteś w tym osamotniony. Istnieją niezliczone powody, dla których sądzimy, że dzisiejszy świat jest absolutnie najgorszy w historii. Czy jednak w zderzeniu z faktami da się to stanowisko obronić? Niekoniecznie! Współczesny świat nie jest idealny – ciągle się w nim zabijamy, cierpimy głód i choroby. Jednocześnie jeszcze nigdy w historii świata zjawiska te nie miały tak marginalnego charakteru – jeszcze nigdy nie było tak dobrze jak teraz: pokój na świecie jest o wiele bardziej cenioną wartością niż setki lat temu. Dzisiejszych dyktatorów nie sposób porównać z Attylą czy Dżyngis-chanem. Walczymy o równe traktowanie kobiet, przeciwstawiamy się rasizmowi. Coraz skuteczniej walczymy w chorobami nękającymi ludzkość. Sprzeciwiamy się krzywdzeniu zwierząt. Jesteśmy milsi! Trudno w to uwierzyć? Mark Juddery pokazuje, że obszarów, w których jest coraz lepiej, jest o wiele więcej, a czas, w którym żyjemy, jest absolutnie wyjątkowy w historii świata.

Dane oryginału

Mark Juddery, Best. Times. Ever.

Published in 2014 by Hardie Grant Books

Copyright © Mark Juddery

Recenzent

Dr hab. Tomasz Grzyb

Projekt okładki i stron tytułowych

Janusz Fajto

Wydawca

Aleksandra Małek-Leśniewska

Redaktor prowadzący

Barbara Surówka

Redaktor

Dorota Polewicz

Produkcja

Mariola Iwona Keppel

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN

Marcin Kapusta / konwersja.virtualo.pl

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

Copyright © for the Polish edition by

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

Warszawa 2018

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2018 r., (wyd. I)

Warszawa 2018

ISBN 978-83-01-20049-7

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. G. Daimlera 2

tel. 22 69 54 321; faks 22 69 54 228

infolinia 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl; www.pwn.pl

Informacje w sprawie współpracy reklamowej: reklama@pwn.pl

Spis treści

Przedstawiamy… teraźniejszość

Dlaczego myślimy, że wszystko jest gorsze

Stajemy się milsi

Nasi przywódcy są lepsi (Naprawdę! Przestań się śmiać…)

Lubimy (prawie) wszystkich

Kobiecy świat

Jesteśmy milsi dla zwierząt

Budowanie lepszej przeszłości

Zbrodnia

Kara

Wszyscy nienawidzą bin Ladena

Nie chodzi o forsę, forsę, forsę (a jednak chodzi)

Recesje i kryzysy

Jesteśmy coraz szczęśliwsi (mniej lub bardziej)

Obwinianie internetu

Jesteśmy coraz mądrzejsi

Dłużej żyjemy

Wygrywamy grę populacyjną

Większość z nas nie głoduje

Bóg jeden wie

Dzisiejsza młodzież

Alerty medialne

Dodatek kulturalny

Dobrze… A co ze środowiskiem?

Problemy pierwszego świata

Jak sport ratuje świat (naprawdę)

Ocena państw – jak złe są te najgorsze?

Co nie jest lepsze, niż było

Na koniec…

Podziękowania

Przypisy

Przedstawiamy… teraźniejszość

Patrząc w przeszłość, nie zyskuję niczego. Znając przyszłość, zyskuję co nieco. Żyjąc w teraźniejszości, zyskuję wszystko.

– Sri Chinmoy, indyjski poeta i przewodnik duchowy

W minionym wieku (w 1999 r.) publicysta New York Timesa Russell Baker zebrał pięciu uznanych amerykańskich naukowców i zapytał ich, w którym okresie historycznym najchętniej by żyli. „Czy w ciągu ostatniego tysiąclecia był jakiś jeden, najlepszy czas do życia? W tym wieku wiary w postęp łatwo o szybką odpowiedź: tak, właśnie teraz” – napisał Baker.

O dziwo wszyscy naukowcy wybrali zupełnie inne epoki. Dwóch z nich chciało się znaleźć w XIV wieku. W wielu miejscach na świecie był to fascynujący czas, jednak obaj pozbawieni byliby szczepień ochronnych, czystej wody, telekomunikacji, elektryczności, kawy i większości tego, co dziś naszym zdaniem należy nam się jak psu micha. Gdyby chcieli poczytać o tym, co jest w tym świecie możliwe, mogłoby się okazać, że po pierwsze, nie mają takiej umiejętności (ponieważ wtedy większość ludzi nie umiała czytać), a po drugie, nie mieliby czego przeczytać, ponieważ Gutenberg nie wynalazł jeszcze druku (tak naprawdę nawet się nie urodził).

Gdybym ja miał wybór, wolałbym żyć w erze jazzu – w tych wspaniałych czasach imprezowania i twórczości. I tu jednak pojawiłyby się problemy. Po pierwsze, gdybym żył w latach dwudziestych ubiegłego wieku, zapewne teraz bym już nie żył. Po drugie, to dziesięciolecie prowadziło prosto do wielkiego kryzysu, a potem była II wojna światowa. Po trzecie, i to jest najważniejsze, nie miałbym tak wielu rzeczy, które dziś uważam za podstawowe. Nie mógłbym nosić T-shirtu albo pisać długopisem. Nie było telewizji, kart kredytowych, wózków na kółkach w supermarketach, kieszonkowych wydań książek na rynek masowy, komiksów czy wakacyjnych lotów czarterowych. Dopiero pod koniec tamtego dziesięciolecia w sklepach pojawił się krojony chleb. Mogło być nieźle, ale wciąż warto było dobrze o siebie dbać, ponieważ nie istniała ani pigułka antykoncepcyjna, ani aparatura do dializ.

Dobra, czyli szalone lata dwudzieste nie były aż tak fajne, jak może nam się dzisiaj wydawać.

Jako dziecko chciałem żyć w latach sześćdziesiątych, zawsze pamiętanych jako najbardziej czadowy czas. „Większość ludzi w tym kraju nigdy nie miała tak dobrze” – powiedział w 1959 roku brytyjski premier Anthony Eden, mówiąc o narodzie – i świecie – który zmienił się ogromnie w ciągu minionych dwudziestu lat, z kraju pogrążonego w wielkim kryzysie w państwo z mocną gospodarką, bezpieczeństwem socjalnym i bezpłatną służbą zdrowia. Tyle że nie mieli bankomatów, zegarków cyfrowych, telefonów komórkowych, jednorazowych maszynek do golenia czy walizek na kółkach.

Okej, młodsi ludzie mogą chcieć wrócić do lat osiemdziesiątych. Kiedy w 2009 roku Powerhouse Museum w Sydney zorganizowało wystawę poświęconą temu okresowi, kuratorzy pytali: „Jakie naprawdę były lata osiemdziesiąte? Czy to była jedna wielka impreza i obfitość straszliwych, wielkich kudłatych fryzur?”. Impreza? Dorastałem w latach osiemdziesiątych i pamiętam życie w cieniu zimnej wojny. Poza tym generacji Y i młodszym brakowałoby wygody e-maili, telefonów komórkowych, które nie przytłaczają ciężarem, i szybkich komputerów, które nie zawieszają się bez przerwy. Tęskniliby za nawigacją GPS, MP3 i samochodami przyjaznymi środowisku.

Historycy mogli zapomnieć, jakie spotkało ich szczęście, że żyją w 1999 roku. Dzisiaj my (i oni) mamy nawet większe szczęście. Jest Google, Facebook (oni wtedy nie mieli nawet MySpace’a!), Skype, iTunes, YouTube i codzienne sudoku w każdej gazecie. Ponadto żyjemy dłużej, czyściej, mamy dostęp do dóbr, usług i doświadczeń, jakich królowie i arystokracja sprzed wieków czy nawet tylko dziesięcioleci nie mogli sobie nawet wyobrazić.

Oczywiście wszyscy wiemy, że technologia jest coraz lepsza. Nie ma sensu, żebym tłumaczył, że odkurzacze lepiej się sprawdzają niż miotły, a jumbo jet zabierze cię na drugi koniec świata o wiele szybciej niż dorożka lub słoń.

Mimo tych wszystkich technologicznych cudów większość ludzi wciąż sądzi, że świat jest dziś gorszy niż dawniej. Pomimo powszechnej dostępności zaawansowanych technologicznie zabawek wciąż wmawia się nam, że schodzimy na psy, że przyszłość jest tak przygnębiająca jak zawsze, że sprawy nie mają się tak dobrze jak za dawnych dobrych czasów (nieważne, czy te dawne dobre czasy to lata osiemdziesiąte, sześćdziesiąte, dwudzieste czy jakikolwiek inny okres). Ankieta przeprowadzona w 2013 roku przez waszyngtońską Pew Group wykazała, że zdaniem 53% Australijczyków dzisiejsze dzieci znajdą się w gorszym położeniu niż ich rodzice.

W tej książce mam nadzieję wyjaśnić, że świat naprawdę jest fantastycznym miejscem, a przynajmniej, że jest lepszy, niż był. Oczywiście kiedy twierdzę, że Robert Mugabe, bezwzględny, szalony dyktator Zimbabwe, nie jest tak potworny jak Hitler czy Idi Amin, daleki jestem od wychwalania go. Nie bronię też wojny w Iraku, kiedy wskazuję, że nie była tak straszna jak wojna w Wietnamie. Z radością przyznam, że najnowszy iPad doprowadza mnie do szału, ale wciąż jest lepszy od swojej pierwszej wersji.

Oficjalnie oświadczam, że wszystko w tej książce jest prawdziwe – nie staram się patrzeć wyłącznie na jasną stronę rzeczywistości. Wierzę, że, jak twierdzi wielu guru samorozwoju, pozytywne myślenie jest bardzo skuteczne. Ale przynajmniej jeden poradnik, który swego czasu czytałem, dał mi dobrą radę: „Nie bądź Pollyanną”. Może pamiętasz, że Pollyanna jest tą słodką małą dziewczynką z książek i ekranu (najsłynniejsza w tej roli była Hayley Mills), która zawsze widziała jasną stronę wszystkiego i grała w zadowolenie – znajdowała powód do radości w absolutnie każdej sytuacji. Coś w stylu:

„Przez pomyłkę przysłano nam kule inwalidzkie zamiast lalki, ale jestem taka zadowolona, bo nie musimy z nich korzystać”.

Albo:

„Och, jestem taka zadowolona, że uczestniczyłam w tym wypadku samochodowym, bo teraz mogę sobie leżeć w szpitalu podłączona do kroplówki, zamiast iść na trening hokeja. Och, jak cudownie!”

Powodem, żeby nie być Pollyanną, jest oczywiście to, że to tak niebywale irytujące; i chociaż dla mnie było inspirujące, innych zapewne zainspiruje do walnięcia mnie pięścią w nos.

Jeśli chodzi o dorosłych, gra w zadowolenie może nie być wcale taka zła.

„Och, jestem taki zadowolony z tragedii II wojny światowej, ponieważ zakończyła wielki kryzys i doprowadziła też do powstania państwa Izrael, dzięki czemu Żydzi wreszcie zyskali ojczyznę, a także utworzono Organizację Narodów Zjednoczonych i doszło do przemian kulturowych, które dały nam rock’n’rolla, kontrkulturę i serial Hogan’s Heroes”.

Albo:

„Och, jestem taki zadowolony z tragedii Titanica, ponieważ dzięki niej powstał tak nieziemsko świetny film, nie sądzisz?”[1]

Niemniej jednak w tej książce nie próbuję wyłącznie znajdować jasnej strony wszystkiego. Chcę wyjaśnić, że – uwierz albo nie – większość spraw naprawdę ma się lepiej niż dawniej. Jeśli nie wierzysz (a wielu nie wierzy), mam nadzieję cię przekonać przed ostatnim rozdziałem.

KILKA SŁÓW O PRZYSZŁOŚCI

Przewidywania, z tego co wiem, są użyteczne z jednego powodu: możesz po trzydziestu latach spojrzeć wstecz i śmiać się, jak bardzo były chybione. Niemal każdy artykuł o przyszłości, jaki czytałem w dzieciństwie, przewidywał, że w końcu będę latał do szkoły dzięki odrzutowemu plecakowi. Skończyłem szkołę, skończyłem studia i dalej czekam.

Dlatego na tyle, na ile tylko mogę, będę się starał unikać przewidywania czegokolwiek – optymistycznie lub przeciwnie. Większości wielkich momentów historycznych, które wstrząsnęły światem, nie udało się przewidzieć. Do zmiany biegu historii wystarczy niszczycielska zaraza lub atak terrorystyczny, pojawiające się jak grom z jasnego nieba. Teoria heroizmu Carlyle’a (popularna w XIX wieku, co wyjaśnia, dlaczego chodzi w niej o „bohatera”, a nie o „bohaterską osobę” – wtedy nikt nie zawracał sobie głowy poprawnością polityczną) sugeruje, że historię kształtują wyjątkowi ludzie. Patrząc wstecz, było być może oczywiste, że I wojna światowa doprowadzi do okropnych reperkusji w Niemczech, jednak potrzebny był ktoś tak potworny jak Hitler, by rozpocząć II wojnę światową. Także patrząc wstecz, było być może oczywiste, że zimna wojna skończy się w latach osiemdziesiątych, jednak potrzebni byli tacy przywódcy jak Michaił Gorbaczow i papież Jan Paweł II, by odbyło się to możliwie pokojowo, bez dalszych szkód. (Być może brzmi to jak uproszczenie, ale moim zdaniem tych dwóch przywódców zrobiło więcej na rzecz zakończenia zimnej wojny – i to zakończenia jej w sposób pokojowy – niż ktokolwiek inny).

Oczywiście nie mamy pojęcia, jakie osobowości będą kształtowały świat i kierowały nim za lat czterdzieści, ale zakładam, że przynajmniej trójka z nich będzie Kanadyjczykami. A na teraz, dokładnie tak jak niewielu przewidziało wynalezienie druku przez Gutenberga czy edykt wormacki uznający Marcina Lutra za heretyka, zakładam, że nie mam zielonego pojęcia, co się stanie w przyszłości[2].

Dlaczego myślimy, że wszystko jest gorsze

Nie tak dawno, kilka dziesięcioleci temu, modne stało się bycie pesymistą. Ponure przewidywania były sexy i stanowiły pewny dowód postępowego umysłu. Każdy prawdziwy intelektualista był sceptyczny wobec szans ludzkości na przeżycie… Ale nastroje się zmieniły.

— Tor Nørretranders, duński pisarz

Czy uważasz, że świat dziś jest gorszy niż kiedykolwiek w historii? Czy wierzysz, że stopniowo tracimy grunt pod nogami? Jeżeli tak, nie jesteś w tym osamotniony. Charles Kenny, pracownik naukowy w Center for Global Development w Waszyngtonie, DC, wskazałby, że ludzie zawsze sądzili, iż żyją w najgorszych możliwych czasach.

Z całą pewnością tak właśnie myśleli Rzymianie – powiedział w 2011 roku – i istnieje długa tradycja pesymizmu, zwłaszcza wśród klasy piszącej. Niemal wszyscy biedni ludzie na świecie, ci, którzy naprawdę mają powody do narzekań, nie marudzą. Odpowiadają „tak”, pytani, czy życie ich dzieci zmierza ku lepszemu. Depresja jest luksusem, na który mogą sobie pozwolić zamożni.

Istnieją niezliczone powody, dla których sądzimy, że dzisiejszy świat jest absolutnie najgorszy w historii.

1. RÓŻOWE OKULARY

Pojęcie „nostalgia” zostało stworzone przez szwajcarskiego studenta medycyny w 1688 roku do opisania „bólu odczuwanego przez chorego chcącego powrócić do ojczyzny i bojącego się, że nigdy jej już nie zobaczy”. Dziś zazwyczaj oznacza pragnienie powrotu do dawno minionego czasu, którego z całą pewnością już nie zobaczymy. Czule pamiętamy tylko te dobre kawałki, wymazując z pamięci te kiepskie, i myślimy: „O rany, dlaczego sprawy nie mogą wyglądać tak jak dawniej?”.

2. PARANOJA

Nasze mózgi są stworzone do silniejszych reakcji na historie dramatyczne i negatywne. Z perspektywy ewolucyjnej ta paranoja zawsze się świetnie sprawdzała. Informacja, że ktoś najeżdża twoją wioskę, zmuszała do natychmiastowej reakcji. Ale dzisiaj szansa na to, że ktoś napadnie na twoją miejscowość, jest niewielka. I na wzór małych palców u stóp i wyrostka robaczkowego ta paranoja jest czymś, czego naprawdę już nie potrzebujemy.

3. LISTERYNA

Joseph Lister wymyślił listerynę jako środek antyseptyczny do stosowania w chirurgii. Była środkiem dość tajemniczym, z którego korzystano wyłącznie w szpitalach i laboratoriach, aż do 1922 roku – wtedy trafiła na rynek jako płyn do płukania jamy ustnej. Wielka kampania reklamowa w czasopismach sprawiła, że nazwa „Listerine” powszechnie zagościła w gospodarstwach domowych. Warto pamiętać, że nie sprzedawano wyłącznie produktu, ale i chorobę. Halitoza jest medycznym określeniem przykrego zapachu z ust – objawem, a nie schorzeniem samym w sobie. W reklamach płynu Listerine stała się jednak pełnoprawną chorobą. Całostronicowa reklama z 1924 roku opisywała straszliwą historię „młodej kobiety, która mimo osobistego uroku i urody nigdy na dłużej nie miała u swego boku mężczyzny. (…) To była tragiczna zagadka jej życia”. Oczywiście mogli ją za nią rozwiązać: „Sam rzadko kiedy wiesz, że cierpisz na halitozę (…). Na tym właśnie polega podstępność tej choroby. Nawet najbliżsi przyjaciele ci o tym nie powiedzą”.

Niemal wiek później Listerine nadal jest stosowana w halitozie. Po wymyśleniu choroby (i przekonaniu ludzi, że na nią cierpią), wynaleziono kurację. Geniusz w najczystszej postaci!

Po tę sztuczkę sięga nie tylko wielki biznes. Politycy robią to na okrągło. Na przykład przekonują ludzi, że jest problem z gospodarką lub bezpieczeństwem, a potem dają rozwiązanie. (Ciężko związać koniec z końcem? Problem ze spłatą kredytu na dom, samochód, edukację dzieci, wydatki, wakacje zagraniczne czy basen? Gospodarka jest w tarapatach – wina rządu. Zagłosuj na nas, a my to wszystko naprawimy!).

4. PRAWO BOGARTA

Ludzie nie rozumieją kilku rzeczy dotyczących działania codziennych gazet. Na przykład możesz sądzić, że gazety powinny informować cię o tym, co się dzieje na świecie. Racja, czasami właśnie do tego się odnoszą strony z aktualnymi wiadomościami, które są oczywiście niezwykle ważną częścią codziennej gazety (no dobra, większości codziennych gazet). Tymczasem ogrom podawanych informacji zamiast pokazywać, co się dzieje, dotyczy tego, co się nie dzieje. A przynajmniej nie dzieje się zbyt żwawo.

Być może znasz słynny cytat z Bogarta: „Kiedy pies pogryzie człowieka, to żaden news, bo to zdarza się często. Ale jeśli człowiek pogryzie psa – to dopiero jest news”. Nie, to nie są słowa filmowej legendy Humpreya Bogarta (przynajmniej nic o tym nie wiem). Mówię o Johnie Bogarcie, redaktorze nowojorskiej gazety, który zasłynął, hm, wymyśleniem tego powiedzonka. Zwrócił uwagę, że codzienne wydarzenia z rzadka trafiają na pierwsze strony. Natomiast zawsze, gdy dojdzie do katastrofy lotniczej, dowiemy się o tym. I wszyscy będą myśleli, że latanie jest niebezpieczne. W rzeczywistości zaś robiące wrażenie statystyki bezpieczeństwa lotów są jednym z fantastycznych osiągnięć współczesnego świata. Gdyby media przedstawiały świat realny (w przeciwieństwie do świata wyjątkowego), czytalibyśmy nagłówki w stylu: „TYSIĄCE WCZORAJSZYCH LOTÓW – NIKT NIE ZGINĄŁ”.

W zamian kilka odosobnionych wypadków wyzwala ogromny stres. Podobnie działają historie o atakach terrorystycznych, makabrycznych morderstwach i aresztowaniach celebrytów.

Ludzie wydają dziś zdecydowanie za dużo pieniędzy na wyścigach, ponieważ przeczytali, że gdzieś ktoś wbrew prawdopodobieństwu wzbogacił się na wyścigu o puchar Melbourne. A setki pełnych nadziei początkujących aktorów wciąż chcą wejść do branży filmowej, bo garstka szczęśliwców osiągnęła bogactwo i sławę. I właśnie tu popełniają błąd: jeśli coś staje się newsem, jest wyjątkiem, a nie powszechnym wydarzeniem.

To samo dotyczy nas, kiedy…

5. WYBIERAMY TYLKO TO, CO NAM SIĘ PODOBA

Obserwujemy pewien zdrowy trend wśród amerykańskich prezydentów. W ciągu ostatnich trzydziestu lat, z jednym tylko wyjątkiem, od Reagana po Obamę, byli oni leworęczni.

To doskonale, ponieważ osoby leworęczne są błyskotliwe. Jak pokazały osobistości z naszej historii, od Arystotelesa po Leonarda da Vinci, leworęczność można zrównywać z wielkością i nowatorstwem. (Wśród współczesnych amerykańskich prezydentów jedynym praworęcznym był George W. Bush, co potwierdza tezę). Lista obejmuje również sztukę (Michał Anioł, Rubens, Charlie Chaplin), muzykę (Benjamin Britten, David Bowie, Jimi Hendrix), przywódców wojskowych (Joanna d’Arc, Napoleon), naukę (Maria Skłodowska-Curie, Albert Einstein), politykę (Winston Churchill), sport (Babe Ruth, Pele) oraz ludzi zmieniających świat, od Henry’ego Forda po Germaine Greer. Królowa i (zapewne) jej dwóch sukcesorów są leworęczni. Połowa składu Beatlesów była leworęczna. I, żeby odwołać się do Hollywood: tak samo Tom i Nicole, Brad i Angelina. Osoba leworęczna, co oczywiste, ma większe szanse niż praworęczna, by zmienić świat.

Wszystko fajnie, tylko że ta teza jest niedorzeczna.

Kiedy pisarze chcą coś udowodnić, przeważnie sięgają po kilka przykładów. To rozsądna technika, może być jednak dalece złudnym sposobem „udowodnienia” stanowiska. Prawda, wielu sławnych ludzi było leworęcznych. Średnio w światowej populacji co dziesiąta osoba jest leworęczna, dlatego zaryzykuję zakład, że jedna dziesiąta sławnych ludzi również jest leworęczna. Zamiast wskazywać na Leonarda lub sir Paula McCartneya, mogę równie łatwo przedstawić listę leworęcznych osób, które nie są ani trochę sławne.

Oczywiście ludzie będą wymieniać osoby znane – nie dlatego, że są typowe, ale dlatego, że są wyjątkowe. I właśnie z tego powodu je znamy. Czy filmy z lat czterdziestych były lepsze niż dzisiejsze kino? Oczywiście! Porównaj Obywatela Kane’a, Casablankę i Złodziei rowerów z Johnem Carterem, Kac Vegas w Bangkoku i Strasznym filmem. Nie porównujesz kilku dawno zapomnianych klap z lat czterdziestych z kilkoma współczesnymi zdobywcami Oscarów, bo, cóż, to by zepsuło twoją argumentację.

6. KRÓLOWE DRAMATU

Słowa zmieniają znaczenia – dzięki redaktorom chcącym sprzedawać swoje gazety, reklamom próbującym nakłonić cię do zakupów i politykom, którzy starają się nas przestraszyć. Nawet bardzo mocne i przerażające słowa typu „armagedon” nie są już takie straszne jak dawniej. W 2011 roku republikańska senator Kay Bailey Hutchison stwierdziła, że podniesienie limitu zadłużenia Ameryki będzie „armagedonem”. Prezydent Obama jednak zripostował, że to plany republikanów, by tego uniknąć, doprowadzą do gospodarczego „armagedonu”. Kto miał rację? Cóż, słownikowa definicja armagedonu według Merriam-Webster to: „miejsce lub czas ostatecznej i rozstrzygającej bitwy między siłami dobra i zła”. Niezależnie od tego, której stronie wierzysz, sprawy zaczynają wyglądać dość bezpiecznie.

Posłużmy się nieco frywolniejszym przykładem piosenki Friday, wykonanej przez Rebeccę Black, narzuconej milionom za pośrednictwem YouTube’a w 2011 roku, która stała się znana z tego, jak bardzo była okropna. Wideo zebrało ponad 3 miliony głosów „to mi się nie podoba” (87% wszystkich ocen na jednym etapie), a nawet kilka gróźb śmierci pod adresem panny Black, nastolatki, której jedyną zbrodnią było denerwowanie ludzi. Time Magazine uznał utwór za drugi najgłupszy tekst w historii muzyki[3]. Piosenka została nazwana „najgorszą piosenką wszech czasów” przez Yahoo! Music, gdzie chyba nigdy nie słyszeli o Bananaramie. To część najnowszego trendu: ignoruj historię i nazwij coś najgorszym utworem/filmem/dowcipem wszech czasów. W rzeczywistości Friday jest popową piosenką. Posłuchaj losowo wybranej mieszanki piosenek popowych, a odkryjesz, że najczęściej wpadały w ucho, były powtarzalne i miały głupkowaty tekst. Tak jak Friday.

7. WĄTPLIWE STATYSTYKI

Weźmy (proszę) autyzm. Liczba zgłaszanych przypadków tego zaburzenia zaczęła gwałtownie rosnąć około 1994 roku. Według medycznego czasopisma The Lancet odsetek dzieci autystycznych wzrósł z 0,04 w 1978 roku do 1 w 2006 roku. Zatem The Lancet informuje nas, że w okresie krótszym niż 30 lat mamy 25 razy więcej autystycznych dzieci! Dlaczego? Autorytety obwiniały dietę, telewizję kablową i (co oczywiste) internet. Ale jeden kozioł ofiarny był niespodzianką.

Doktor Andrew Wakefield, popierany przez kancelarie prawnicze, które chciały zbić majątek na pozwach przeciwko producentom szczepionek, napisał w The Lancet, że szczepionki – a więc coś, co uratowało miliony istnień – mogą mieć takie straszliwe działanie uboczne. Badania Wakefielda pokazały, że wraz z rosnącym odsetkiem zaszczepionych dzieci rosła liczba zdiagnozowanych przypadków autyzmu. Aby dojść do tego wniosku, posłużył się on fałszywymi danymi, które ostatecznie doprowadziły do pozbawienia go prawa wykonywania zawodu lekarza. A jednak zdążył wywołać u wielu rodziców strach na tyle duży, by odmawiali szczepienia swoich dzieci przeciwko odrze czy tężcowi.

Lekarze desperacko próbowali wyjaśnić, że liczba dzieci ze zdiagnozowanym autyzmem wzrosła również ze względu na inny czynnik: umiejętność wykrywania autyzmu. Ponadto wraz ze zwiększoną świadomością zaburzenia więcej osób otrzymało taką diagnozę.

Zagadka: z dwóch trendów – szczepienia i wykrywania autyzmu – który jest silniej z nim powiązany? Dobrze się zastanów. (Wskazówka: tak, odpowiedzią naprawdę jest opcja, która wydaje się oczywista).

Tak na to patrząc, jest to najwyraźniej pozytywny trend, a nie powód do paniki (i do obwiniania uznanej medycznej procedury). Łączenie rosnącego odsetka autyzmu z rosnącym odsetkiem zaszczepionych dzieci przypomina korelowanie kariery muzycznej Rebecci Black z arabską wiosną, która przypadkiem trwała przez kilka miesięcy 2011 roku[4].

Stajemy się milsi

A gdyby tak ogłosili wojnę i nikt by nie przyszedł?

— Carl Sandburg, amerykański poeta

Thomas Jefferson był zapewne jedną z największych osobistości w historii, które piastowały urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych: wynalazca, wizjoner, naukowiec i jeden z najaktywniejszych ojców założycieli. Opracował projekt Deklaracji Niepodległości, zapewnił Amerykanom wolność wyznania i prasy, podwoił wielkość kraju, kupując terytorium Luizjany, i założył Uniwersytet w Wirginii.

Niedawno jednak jego gwiazda zaczęła blaknąć. W 1999 roku profesor historii z Uniwersytetu Yale Orlando Patterson nazwał Jeffersona „oszustem”. Inny historyk, Paul Finkelman, napisał w 2012 roku, że prezydent był „odrażającym, brutalnym hipokrytą”.

Zbrodnia Jeffersona: mimo jego twierdzenia zawartego w Deklaracji Niepodległości, że „wszyscy ludzie rodzą się równi”, sam miał niewolników i nimi handlował. W 1809 roku, rok po zakończeniu kadencji prezydenta, miał 185 afroamerykańskich niewolników. A jego szczegółowe opisy czarnych ludzi w Notatkach o Stanie Wirginia były rzeczywiście szokująco rasistowskie.

Zmuszanie ludzi do niewolnictwa jest odrażające i szeroko uznane za obrzydliwą praktykę. Cóż, tak, dzisiaj jest to wszystkim wiadome. W czasach Jeffersona zaś była to wśród bogatych posiadaczy ziemskich praktyka powszechna i akceptowana. George Washington, inny szanowany prezydent, miał jeszcze więcej niewolników niż Jefferson (chociaż inaczej niż ten ostatni nie był autorem słynnych zdań o równości – i ich uwolnił… w swoim testamencie). W Stanach Zjednoczonych niewolnictwo nie zostało zakazane aż do 1865 roku – i konieczna była wojna domowa, w której zginęło 700 tysięcy ludzi, by ustanowić coś, co dziś wydaje się idealnie rozsądnym prawem. Nawet generał Ulysses Grant, dowodzący armią przeciwników niewolnictwa, miał na własność czterech niewolników. Ale to Jefferson został obnażony za swój rasizm i hipokryzję, i to on stanął w ogniu krytyki.

To było wieki temu! Dlaczego nie jesteśmy dla niego łaskawsi? Po prostu podnieśliśmy standardy. W dzisiejszym świecie wciąż istnieje mnóstwo rasizmu, seksizmu, homofobii i ogólnej ludzkiej bezduszności, ale przeciętny Amerykanin (lub Australijczyk, lub Brytyjczyk) już tak łatwo ich nie akceptuje. Przez ostatnie 200 lat społeczeństwo stopniowo staje się coraz lepsze.

Od czasu do czasu może to oznaczać zrzucenie kilku bohaterów z piedestału. Henry Ford i Charles Lindenbergh, dwóch najpopularniejszych i najbardziej szanowanych Amerykanów z początku XX wieku, są dziś pamiętani z dużo mniejszym sentymentem ze względu na ich antysemityzm, o którym w czasach poprzedzających Holokaust rzadko kiedy wspominano.

Niewielu ludzi wie natomiast, że inny wizjoner i amerykański prezydent Woodrow Wilson (ur. 1856) był białym rasistą, wychwalał Ku Klux Klan i zadbał o to, by żaden Afroamerykanin nie został zatrudniony przez amerykański rząd. Winston Churchill (ur. 1874), który zajął pierwsze miejsce na stworzonej w 2002 roku przez BBC liście najznamienitszych Brytyjczyków, dumnie wypowiadał się o swoim konflikcie z „niecywilizowanymi” i „barbarzyńskimi” ludźmi w imperium brytyjskim, wyróżniając Hindusów jako „paskudnych ludzi z paskudną religią”. Jest i Oliver Cromwell (ur. 1599), zajmujący na wymienionej liście miejsce dziesiąte. W 1649 roku było czymś całkowicie akceptowanym, że armia pod jego dowództwem zabiła 3 tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci w irlandzkim mieście Drogheda. Co więcej, masakra została oficjalnie zaaprobowana przez angielski parlament.

Nieustannie słyszymy o wojnach toczących się cały czas na świecie (siedem w 2011 r. wg Uppsala Conflict Data Program), o brutalnych zbrodniach, ohydnych satrapach i innych przykładach ogólnego bestialstwa. Ale, o czym niewielu wie – i w co jeszcze mniejsza grupa wierzy – świat staje się coraz bardziej wolny od przemocy. Stajemy się milsi. Tak, poważnie!

WOJNA? NIE, DZIĘKI, TO TAAAKIE DWUDZIESTOWIECZNE…

Najlepiej wyśpiewał to w 1969 roku Edwin Starr: WAR! What is it good for? Absolutely NOTHING! (Wojna! Do czego jest nam potrzebna? Absolutnie do niczego!). To świetna piosenka, ale jest z nią jeden problem: nie do końca jest prawdziwa.

Gdyby nie militarne przedsięwzięcia, ludzkość nie zaszłaby nawet w przybliżeniu tak daleko. Spójrz wstecz na tysiąclecia, a zauważysz, że wiele fantastycznych wynalazków czy skoków technologicznych powstało z myślą o zastosowaniach wojskowych. Jo-jo? Oryginalnie używane jako broń przez filipińskie plemię. Krojony chleb? Krajalnica do chleba została wprawdzie wynaleziona już w 1928 roku, ale nikt jej nie zauważył aż do czasu II wojny światowej, kiedy usprawniła karmienie żołnierzy. Poliester? Stworzony w 1941 roku przez brytyjskich chemików na potrzeby wojny. Ekologiczne paliwo? Niemieckie samoloty podczas II wojny światowej były napędzane alkoholem uzyskiwanym z ziemniaków. Jasne, nie każdy wynalazek powstał w związku z wojną – ale nawet część naszych ulubionych współczesnych technologii, takich jak internet czy GPS, było rozwijanych dla wojska. Tak, duża część postępów ludzkości wynika z naszego dążenia do wzajemnego podbijania i zabijania.

A w zasadzie kiedyś tak było.

W ciągu minionej dekady technologia wojskowa spowolniła, przynajmniej oficjalnie. Większość wspaniałych współczesnych postępów technologicznych miała inne zastosowania: telekomunikację, medycynę, środowisko i, najważniejsze, hollywoodzkie efekty specjalne.

Dlaczego sztuka wojenna nie jest już tak ważna jak dawniej?

Nie słuchałeś? Już mówiłem: stajemy się milsi!

Antropolog Lawrence Keeley stwierdził, że w minionym wieku w wojnach zabito 100 milionów ludzi. Nie, to nie jest coś, z czego powinniśmy być dumni. Te liczby doprowadziły do powszechnego uznania wieku XX za najbrutalniejsze stulecie w historii[5].

Nie da się tego zweryfikować, ale jedną rzeczą, jaką wiemy z całą pewnością, jest to, że w tym właśnie wieku populacja ludzka była o wiele liczniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Gdyby wojny minionego stulecia zabiły proporcjonalnie tę samą liczbę ludności co wojny starożytnych plemion, mielibyśmy dwa miliardy ofiar – dwudziestokrotnie więcej, niż faktycznie odnotowano.

Jeśli rozpatrzymy wszystkie te morderstwa, terroryzm i konflikty, to ilu ludzi umiera co roku w wyniku przemocy? Według raportu Światowej Organizacji Zdrowia z 2003 roku tylko 2,8% ludzi, którzy zmarli w roku poprzedzającym jego opracowanie, zginęło śmiercią gwałtowną. Ponad połowa tej liczby to samobójstwa (z których bez wątpienia część była skutkiem nieustannego słuchania o tym, jak okropny jest ten świat), 1% to zabójstwa i malutka część – 0,3% – to ofiary konfliktów zbrojnych.

Jak to wypada na tle starych dobrych czasów, zanim dysponowaliśmy bombami kasetowymi? Dla mężczyzn w dawnych społecznościach łowców-zbieraczy prawdopodobieństwo gwałtownej śmierci wynosiło jeden do trzech. To dotyczyło oczywiście tylko wyjątkowych społeczności. W niektórych kulturach było gorzej. Niemal 60% rdzennych mieszkańców Ameryki z osady w obecnym Crow Creek w Południowej Dakocie (ok. 1325 roku) zginęło w wojnach. Podobnie żądne krwi było plemię Waoranów z Amazonii.

W porównaniu z tym nawet II wojna światowa już nie wydaje się taka potworna. Ujmijmy to w ten sposób: w 1940 roku na świecie było 2,2 miliarda ludzi, z czego 55 milionów zginęło na wojnie. To tylko 2,5% – oczywiście zbyt wiele, ale ten odsetek nie jest tak tragiczny jak we wcześniejszych wojnach. Dla większości ludzi żyjących w XX wieku (i na początku wieku XXI) ryzyko utraty życia na wojnie jest zdecydowanie mniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

Historyk Matthew White wykazał się encyklopedyczną wiedzą na temat okropieństw, która z całą pewnością nie może być zdrowa. W zgrabnie zatytułowanej książce The Great Big Book of Horrible Things wymienia najstraszniejsze potworności zadane ręką człowieka. Nie dziwi, że II wojna światowa jest na samej górze rankingu. Natomiast psycholog Steven Pinker skorygował tę listę o światowe dane populacyjne, co pozwoliło wykazać, że nawet ta wojna została przyćmiona przez wcześniejsze wydarzenia. Po uwzględnieniu światowej populacji II wojna światowa nie była tak straszna jak podboje Timura Chromego (Tamerlana) na przełomie XIV i XV wieku, i tylko w połowie tak tragiczna jak upadek dynastii Ming w wieku XVII (25 milionów ofiar po korekcie odpowiada 112 milionom ofiar), nie mówiąc już o mongolskich podbojach Czyngis-chana, które unicestwiły 40 milionów istnień (po korekcie: 278 milionów).

Te porównania mogą się nie wydawać sprawiedliwe. Timurowi Chromemu przeprowadzenie spustoszenia zajęło 37 lat, dynastia Ming upadała przez 28 lat, a Czyngis-chan – o ile rzeczywiście był tak brutalny, jak podają oficjalne źródła – potrzebował 21 lat. II wojna światowa skomasowała rozlew krwi na czas siedmiu lat.

A jednak II wojna światowa objęła zdecydowanie większe obszary i sięgnięto w niej po wysoce skuteczne narzędzia masowej zagłady. Pokazuje to, że ludzie wiele wieków temu byli prawdziwie gwałtowni. W 1945 roku piloci zrzucali bomby atomowe na tysiące ludzi, których nie widzieli. W XIII wieku żołnierz rozkoszował się osobistym mordowaniem dziesiątków przeciwników, jednego po drugim, z bliska. Kojarzysz tego sadystycznego menedżera z banku, który zamienił twoje życie w piekło? Albo szkolnych sadystów, którzy w szkole średniej przykleili twój plecak do ławki? Ci ludzie są święci w porównaniu z przeciętnym wojownikiem sprzed kilku setek lat.

Bardziej przerażające chwile współczesnej wojny – od masakry w My~ Lai po okrucieństwa z Abu Ghraib – zasłużyły sobie w pełni na złą sławę. W naszej historii jednak nie było niczym niezwykłym wymordowanie z zimną krwią całych miast pełnych cywilnej ludności i torturowanie przeciwników bez większego praktycznego sensu. Żołnierze przeszłości, niezależnie od strony, po której walczyli, byli tak żądni krwi, że sama ich bezwzględność była o wiele skuteczniejsza niż wszelkie współczesne działania wojenne wykorzystujące najnowsze technologie (nawet jeśli zajmowało im to trochę więcej czasu).

Jeżeli weźmiemy poprawkę na dane populacyjne, to największym okropieństwem w całej historii ludzkości (i to bezdyskusyjnie) było powstanie An Lushana i wojna domowa – rebelia przeciwko władcom z chińskiej dynastii Tang. W ciągu zaledwie ośmiu lat powstanie doprowadziło do śmierci dwóch trzecich mieszkańców Chin – 36 milionów ludzi (co nawet bez korekty przekracza liczbę ofiar I wojny światowej). W tamtych czasach (VIII wiek n.e.) była to jedna szósta światowej populacji. Nie, ja też nigdy wcześniej o tym nie słyszałem.

Być może zwróciłeś uwagę, że wiele tych potworności działo się w w Azji. Jest kilka możliwych przyczyn, w tym fakt, że Chińczycy byli lepsi w prowadzeniu spisów ludności niż większość pozostałych cywilizacji odległej przeszłości. Niekoniecznie dowodzi to, że walki w Europie czy Afryce były mniej krwawe. Działania wojenne w większości miejsc na Ziemi były ogólnie akceptowane jako normalne, zwłaszcza jeśli dążyłeś do narzucenia twojej wyższej kultury wszystkim dookoła (co było kolejną rzeczą traktowaną jako oczywistość). Nie tylko wikingowie wierzyli, że jedynym sposobem trafienia do najwspanialszej części Nieba jest śmierć na polu bitewnym, co zdecydowanie nie zachęcało do rozwiązań pokojowych.

Już tak nie jest. Dzisiaj jesteśmy o wiele silniej motywowani dążeniem do pokoju niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy to każdy ekscytujący wynalazek rodził pytanie: „Jak może mi to pomóc w zabijaniu wrogów?”. Wprawdzie nie udało nam się uniknąć wojen po zakończeniu II wojny światowej, to jednak były one zdecydowanie mniej destrukcyjne.

Wojna w Iraku często jest porównywana do wojny w Wietnamie, innej owianej złą sławą długotrwałej amerykańskiej inwazji. O ile obie wojny były totalnym błędem, ta wcześniejsza doprowadziła do śmierci kilku milionów ludzi. A konflikt w Iraku? Statystyki kompletnie się rozjeżdżają, ale Ramesh Thakur, były zastępca Sekretarza Generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych, w 2013 roku powiedział: „O ile komentatorzy nie są leniwi, niekompetentni lub zastraszeni, powinni podać, że «w wyniku wojny z roku 2003 zostało zabitych lub zmarło od 174 tysięcy do miliona Irakijczyków»”. To duży zakres – co pokazuje, że chyba nikt nie ma o tym pojęcia – jednak nawet górna granica leży zdecydowanie poniżej liczby ofiar wojny w Wietnamie.

„Kiedy oni się czegoś nauczą?” – śpiewano w niezliczonych protest-songach (odkurzając nieśmiertelny hymn antywojenny Pete’a Seegera Where Have All the Flowers Gone?), kiedy samozwańcza „koalicja chętnych” wkroczyła w 2003 roku do Iraku. Piosenka była śpiewana wielokrotnie (najbardziej znane wykonania to wersje Joan Baez i samego Seegera), kiedy wojska wysyłano do Wietnamu w latach sześćdziesiątych. Mimo protestów wojna w Wietnamie miała spore wsparcie ze strony nacji wysyłających swoich chłopców na pole walki.

Protesty przeciwko wojnie w Iraku nie były jedynie marginalne. Gdy koalicja przygotowywała się do inwazji na Irak, na całym świecie na ulice wyszło około 11 milionów ludzi. W londyńskim Hyde Parku zgromadziły się 2 miliony obywateli, wściekłych, że rząd brytyjski chce brać udział w wojnie, przeciwko której opowiada się większość. Gdy wojska wyruszały w długą podróż, na całym świecie, jako część protestu, odbyło się największe w historii, skoordynowane czuwanie.

Odpowiadając więc na (retoryczne) pytanie Pete’a Seegera: Czy kiedykolwiek się nauczymy? – Spokojnie, uczymy się!

NIEBEZPIECZNE MIEJSCE?

Niektórzy sugerują, że świat jest dziś miejscem bardziej niebezpiecznym niż w którymkolwiek innym okresie naszej historii. Mamy więcej broni masowej zagłady (no, niektórzy z nas mają). Jak wszystkim wiadomo od dziesięcioleci, bomby atomowe są bardzo, ale to bardzo przerażające. Są tak totalnie, całkowicie potworne, że nikt nie zdecydował się na ich zastosowanie w żadnym konflikcie po 1945 roku.

Wygląda na to, że regularne działania wojenne nie są tak śmiertelne jak dawniej. W raporcie projektu bezpieczeństwa człowieka (the Human Security Brief) wskazano, że liczba zabitych na polu walki w wojnach między narodami spadła z 65 tysięcy rocznie w latach pięćdziesiątych do mniej niż 2 tysięcy rocznie na początku XXI wieku. Liczba zabitych w walkach malała nieprzerwanie od końca lat osiemdziesiątych – co oczywiście wskazywało na koniec zimnej wojny z jej ciągłymi konfliktami na linii Wschód–Zachód. W ciągu kilku lat po zimnej wojnie doszło do konfliktów na terenach Europy Wschodniej i dawnych państw Związku Radzieckiego. (Amerykańskie wojska, najwyraźniej szukając sobie zajęcia, zaznaczyły swoją obecność w innych częściach globu). Ale nowy porządek świata oznaczał również, że dwa supermocarstwa nie były już wrogami i rozpoczęły współpracę. Międzynarodowe działania na rzecz utrzymania pokoju zostały zintensyfikowane pod auspicjami Narodów Zjednoczonych.

W latach dziewięćdziesiątych, według wspomnianego raportu, po raz pierwszy w historii mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której więcej wojen kończono „wynegocjowaniem porozumienia” (42) niż „militarnym zwycięstwem” (23). Brzmi świetnie, ale oczywiście granica między tymi sferami jest cienka. Jeżeli jedna armia zacznie rozpaczliwie wymachiwać białą flagą i wołać: „Okej, chcemy się dogadać”, to z jaką kategorią mamy do czynienia? Czy wojny światowe zakończyły się negocjacjami, czy militarnym zwycięstwem? Można znaleźć argumenty i za jednym, i za drugim.

Przeważnie sprawy nie są tak skomplikowane. „Wynegocjowane” porozumienia stały się modne w wojnach obecnego stulecia. W latach 2000–2005 wynegocjowano porozumienie w 17 konfliktach; tylko cztery były oczywistymi wojskowymi zwycięstwami. Zdaniem politolożki Barbary Harff liczba kampanii masowej zagłady ludności cywilnej zmniejszyła się w latach 1989–2005 o 90%. Dziś na podstawie barometru konfliktów Instytutu Badań nad Konfliktami Międzynarodowymi w Heidelbergu większość z nich uznaje się za „bezprzemocowe”.

Technologia wojskowa jest obecnie wykorzystywana w celach pozamilitarnych. Weźmy satelity, kiedyś stworzone na potrzeby zimnej wojny, dziś stosowane do wszystkiego – transmisji danych, prognozowania pogody, poszukiwania czystej wody w jałowych regionach i precyzyjniejszego odczytywania wzorców pogodowych (zwłaszcza globalnego ocieplenia). Wojna jest piekłem, ale do kilku rzeczy się przydała.

Nasi przywódcy są lepsi (Naprawdę! Przestań się śmiać…)

Gdyby w tym świecie doszło do rewolucji, wiem, że naprawdę bym się bawiła.

— Toyah Wilcox, brytyjska gwiazda pop i coś w rodzaju aktorki

Gdy rozmawiamy o tym, jak mało inspirujący są dzisiejsi liderzy, najczęściej sięgamy pamięcią do o wiele potężniejszych i wspaniałych przywódców z historii… jak Aleksander Wielki. Nawet 2300 lat po jego śmierci jest wciąż niebywale podziwiany za swoje wyczyny i ogromne dokonania, obejmujące podbój znanego świata. Warto uwzględnić, że jego projekt podbijania świata pociągnął za sobą śmierć pół miliona ludzi (w tym ćwierć miliona cywili). Gdyby spróbował zrobić coś takiego dzisiaj, uznano by go za potwora. W taki sposób jest postrzegany Idi Amin, ugandyjski dyktator z lat siedemdziesiątych XX wieku, który zabił „zaledwie” 300 tysięcy ludzi. A jednak to imię Aleksander jest niemal czczone (zwłaszcza za pośrednictwem przydomka „Wielki”), i to z jednego ważnego powodu:

Tak to wtedy robiono.

Metoda Aleksandra – najeżdżanie na inne kraje i włączanie ich do własnego imperium – dość dobrze podsumowuje historię świata. Dziś ją potępiamy. Zauważ wściekłe reakcje opinii publicznej na informację o wejściu wojsk do Afganistanu i Iraku w celu „wyzwolenia”, które powszechnie uznano za „inwazję” (co, technicznie rzecz ujmując, było słuszne). Jak wspominam w innym miejscu tej książki, stajemy się milsi. Zasada „silniejszy ma rację” już nie obowiązuje.

Historię napisali zwycięzcy, więc wyczynami Aleksandra zachwycano się całe wieki. Powinien jednak znaleźć się w jednym szeregu z niesławnymi zdobywcami jak Czyngis-chan i Attyla, władca Hunów (chociaż Aleksander był chyba nieco łaskawszy dla pokonanych wrogów, a przynajmniej dla tych, których nie pozabijał). Dzisiaj mamy lepsze sposoby na wybieranie liderów niż podążanie za tym, który akurat nas podbił.

KRAJ WOLNYCH LUDZI

Co cztery lata Amerykanie mają moc dokonania wyboru, kto dostanie jedną z najpotężniejszych posad świata: stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych. Reszta z nas musi się pogodzić z wyborem.

Poza tym Stany Zjednoczone wydają się liderem w jednej kwestii związanej z polityką: w haniebnych kampaniach. W 2012 roku wyścig o fotel prezydencki został uznany za „najbrudniejszą kampanię w historii” przez… cóż, w zasadzie wszystkich. The Washington Post nazwał ją „najzjadliwszą kampanią”, a na łamach Chicago Tribune padło pytanie: „Czy to najobrzydliwsza kampania wszech czasów?”.

I chociaż polityka dzisiaj może się nam wydawać paskudna (czy to w Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii, w Australii czy gdziekolwiek na świecie), w porównaniu z tym, jak sprawy miały się w przeszłości, naprawdę wygląda nieźle. Grecy mieli demokrację dwa i pół tysiąca lat temu, ale reszta świata z rzadka po nią sięgała, aż do względnie nieodległych czasów. Kiedy już nastała, kandydaci w mgnieniu oka rozpoczęli starą jak świat grę w zwodzenie i manipulowanie ludźmi tak dalece, jak tylko potrafili. Polityka zawsze była brudnym biznesem i, chociaż brzmi to strasznie, kiedyś była jeszcze obrzydliwsza.

Ameryka sprzed 200 lat miała o wiele mniej prawników. Dlatego oskarżenia były bezczelnie nieuczciwe, nawet w porównaniu z dzisiejszymi kłamstwami. We wczesnych amerykańskich kampaniach politycznych oskarżano kandydatów o bycie zabójcami (Zachary Taylor, Andrew Jackson), stręczycielami (John Quincy Adams) lub cudzołożnikami (co nierzadko było zasadne, więc akurat ten zarzut mógł być całkiem w porządku). Niezależnie od tego, po jak haniebne triki sięgnęliby dzisiejsi polityczni kandydaci, istnieją spore szanse, że nie odkryliby Ameryki. Wszystkie okropne pomysły były już zapewne realizowane – i to o wiele wstrętniej – przez poprzedników.

Obecne pojedynki w Izbie Reprezentantów w niczym nie przypominają pojedynku z 1804 roku między amerykańskim wiceprezydentem Aaronem Burrem a dawnym sekretarzem skarbu Alexandrem Hamiltonem, którzy wyjaśniali sobie polityczne nieporozumienia za pomocą pistoletów. (Hamilton został postrzelony w podbrzusze, co zapewniło mu powolną i bolesną śmierć).

Tak jak i dziś, tak i w tamtych czasach preferowaną bronią były słowa. Według mojej najlepszej wiedzy żaden współczesny prezydent nigdy nie został oskarżony o transseksualność. W wyborach prezydenckich roku 1800 główny rywal oskarżył tego urzędującego o „ukryty charakter hermafrodyty, któremu brakuje siły i stanowczości mężczyzny oraz delikatności i wrażliwości kobiety”. Pretendent zatrudnił nawet faceta od brudnej roboty, Jamesa Callendara, którego zadaniem było oczernianie prezydenta. Oszczerstwa były tak gorszące, że zbir trafił za nie do więzienia.

Urzędujący prezydent nie pozostał dłużny i określił oponenta jako „podłego faceta ze społecznych nizin, syna indiańskiej squaw półkrwi, spłodzonego przez wirginijskiego mulata”. (Co było nie tylko nieprawdziwe, ale i celowo obraźliwe. Nawet prezydent odczuwał przyjemność z możliwości sięgnięcia po rasistowskie obelgi).

Do protokołu: prezydentem był John Adams, a jego rywalem Thomas Jefferson, jego własny wiceprezydent. Panowie się odwiedzali, byli mężami niemałego formatu, wspólnie pracującymi nad Deklaracją Niepodległości. Ale tak jak Jefferson widział potrzebę oddzielenia Kościoła i państwa, oddzielił również przyjaźń od polityki. Ostatecznie Jefferson wygrał, po tym, jak brudne kampanijne sztuczki Callendara przekonały wyborców, że Adams planował inwazję na Francję. Nie muszę dodawać, że było to kłamstwo.

W nieustannych próbach wzajemnego obrzucania się błotem Adams i Jefferson grali różnymi kartami. W pierwszych dwupartyjnych wyborach lat 1796 i 1800 między Adamsem a Jeffersonem zwolennicy tego pierwszego twierdzili, że jest to wybór między „Bogiem i religijnym prezydentem a Jeffersonem i brakiem Boga!”. Bogobojni mieszkańcy zakopywali Biblie w ogrodach w strachu, że prezydent Jefferson po objęciu urzędu zakaże im posiadania świętej księgi. (Możemy się tylko domyślać, że przysypywanie świętych ksiąg brudną ziemią było uznawane za właściwe).

Później przeciwnicy Jeffersona rozpowszechniali plotki o jego związku z niewolnicą Sally Hemings. Odnieśli tak wielki sukces, że historia romansu Jeffersona jest dziś uznawana za prawdziwą, chociaż nie ma na nią ostatecznych dowodów[6].

Argumenty powiązane z seksem pojawiały się nieustannie w kolejnych wyborach, być może najdobitniej w wyborach prezydenckich w 1884 roku, kiedy zespół Grovera Clevelanda rozpuścił plotkę, której bohaterem był kontrkandydat James G. Blaine. Według bezpodstawnej pogłoski pierworodny syn Blaine’a, który zmarł jako niemowlę 30 lat wcześniej, został poczęty, zanim Blaine i jego żona się pobrali. Zapewne chcąc sprawić, żeby wyglądało to tak, jakby Blaine miał coś do ukrycia, wandale wydłubali datę urodzin dziecka z płyty nagrobnej.

Ta historia sama w sobie jest już wystarczająco haniebna, ale pogarsza ją jeszcze fakt, że była kontrplotką do

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Lubimy (prawie) wszystkich

Dostępne w wersji pełnej.

Kobiecy świat

Dostępne w wersji pełnej.

Jesteśmy milsi dla zwierząt

Dostępne w wersji pełnej.

Budowanie lepszej przeszłości

Dostępne w wersji pełnej.

Zbrodnia

Dostępne w wersji pełnej.

Kara

Dostępne w wersji pełnej.

Wszyscy nienawidzą bin Ladena

Dostępne w wersji pełnej.

Nie chodzi o forsę, forsę, forsę (a jednak chodzi)

Dostępne w wersji pełnej.

Recesje i kryzysy

Dostępne w wersji pełnej.

Jesteśmy coraz szczęśliwsi (mniej lub bardziej)

Dostępne w wersji pełnej.

Obwinianie internetu

Dostępne w wersji pełnej.

Jesteśmy coraz mądrzejsi

Dostępne w wersji pełnej.

Dłużej żyjemy

Dostępne w wersji pełnej.

Wygrywamy grę populacyjną

Dostępne w wersji pełnej.

Większość z nas nie głoduje

Dostępne w wersji pełnej.

Bóg jeden wie

Dostępne w wersji pełnej.

Dzisiejsza młodzież

Dostępne w wersji pełnej.

Alerty medialne

Dostępne w wersji pełnej.

Dodatek kulturalny

Dostępne w wersji pełnej.

Dobrze… A co ze środowiskiem?

Dostępne w wersji pełnej.

Problemy pierwszego świata

Dostępne w wersji pełnej.

Jak sport ratuje świat (naprawdę)

Dostępne w wersji pełnej.

Ocena państw – jak złe są te najgorsze?

Dostępne w wersji pełnej.

Co nie jest lepsze, niż było

Dostępne w wersji pełnej.

Na koniec…

Dostępne w wersji pełnej.

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej.

Przypisy

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Coraz lepiej 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Wybieraj wystarczająco dobrze Seks się liczy. Od seksu do nadświadomości To tylko dzieci