Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica

Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica

Autorzy: Marta Abramowicz

Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB

cena od: 24.90 zł

O jej poprzedniej książce Krystyna Janda mówiła, że to „specjalna, mocna i poruszająca lektura”. 

Marta Abramowicz, autorka bestsellera „Zakonnice odchodzą po cichu”, powraca z nowym reportażem! Książka „Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica” porusza, bo przełamuje kolejne tabu. Ten, kto ją przeczyta, inaczej spojrzy na nasz kraj. 

Ludzie znają dzieci księży. Znają ich matki i ojców. Ale o tym się głośno nie rozmawia. Niektórzy mówią - tabu. Inni - hańba. Wszyscy wiedzą, że księża nie przestrzegają celibatu. Jest to wiedza tak powszechna, że u wielu nie budzi ani zgorszenia, ani zdziwienia. A więc skąd ta tajemnica? Dlaczego matki są odsądzane od czci i wiary, a księży-ojców oczyszcza się ze wszystkich grzechów?

Co jest ważniejsze: dobro dziecka czy dobro Kościoła? Co usłyszymy, gdy dzieci księży zaczną głośno mówić o swoich rodzinach?

W reportażu Marty Abramowicz znajdziecie odpowiedzi.

Spis treści

Motto

Wstęp: rozmowy

Janusz

Kartki z kalendarza

Miłka

Kartki z kalendarza

Wiktoria

Jacek

Kartki z kalendarza

Tomek

Kartki z kalendarza

Jadwiga

Kartki z kalendarza

Jan i Barbara

Kartki z kalendarza

Wspólnota

Kartki z kalendarza

Naród

Kartki z kalendarza

Kościół

Kartki z kalendarza

Młodzi

Kartki z kalendarza

Celibat

Kartki z kalendarza

Uta

Jezus

Ostatnie słowo

Przypisy

Kontakt z Autorką

Bibliografia

Przypisy

Polecamy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Na urodziny dziecka świat nigdy nie jest gotowy.

WISŁAWA SZYMBORSKA, Rozpoczęta opowieść

WSTĘP: ROZMOWY

– O czym pani teraz pisze? – zagadywali czytelnicy.

– O dzieciach księży.

Szmer. Śmiech. Niedowierzanie. Gromkie: – Ooooooo!

– A jak pani je znajdzie?

– Będę pytać ludzi.

Ale szukanie dzieci księży szło źle. Nie chodzi o to, że nikt nie znał takich sytuacji. Wręcz przeciwnie. Na pięćset osób, z którymi rozmawiałam, większość sypała opowieściami jak z rękawa.

– Znam kogoś takiego, mojego kuzyna. Jego matka była gosposią na parafii, potem już w ciąży wróciła do rodziców. Ale może on nie wie, kto jest jego ojcem?

– Znajoma ma syna z zakonnikiem. Nic pani nie powie, bo mówiła, że zakon płaci trzy tysiące złotych miesięcznie na dziecko i jeszcze jej obiecali, że syn dostanie mieszkanie, gdy będzie pełnoletni.

– Moja ciotka od trzydziestu lat jest zapraszana razem z księdzem na wszystkie rodzinne uroczystości. Mieszka u niego na plebanii. Przy łóżku stoją jego duże kapcie i jej małe kapciuszki. W rodzinie między sobą oczywiście komentujemy. Ale z nią nigdy. Po prostu zaprasza się ciotkę z księdzem. Zawsze tak było.

– W sklepie na mojej ulicy pracuje pani, która ma dziecko z naszym byłym wikarym. Ale przecież nie podejdę i jej nie zapytam.

– Mój przyjaciel jest synem księdza. Wiele lat chodził na terapię. W końcu poszedł do zakonu. To dla niego zbyt ciężkie doświadczenie, żeby o tym rozmawiać.

– Wysoko postawiony ksiądz, który zajmuje się duszpasterstwem rodzin, ma córkę. Kupił jej kamienicę w znanej miejscowości letniskowej. Pytałem szwagra, czy dałby kontakt do tamtej części rodziny, ale on nie chce o tej sprawie gadać.

– Znam proboszcza, który ma piątkę dzieci. Mała szansa, żeby się zgodził na rozmowę.

– Moja kuzynka, o ta, to jej strona na Facebooku, pracuje w kancelarii prawnej. Ona jest córką księdza. Proszę do niej napisać, tylko błagam, niech pani nie zdradzi, kto pani o tym powiedział.

Informacje docierały do mnie z różnych stron:

– Mam dla pani wiadomość od mojej koleżanki: „Proszę pojechać do Brodnicy i popytać ludzi” – pisze do mnie ktoś na Facebooku.

– O co?

– Wszystkiego się pani dowie na miejscu. Najlepiej pytać na rynku. Podobno ksiądz miał tam romans z żoną znanego piosenkarza. I ten piosenkarz nawet podbił mu oko.

– Moi rodzice mają domek letniskowy na Mazurach. Przywieźli stamtąd taką historię. Dawno, dawno temu przyjechał do wioski nowy proboszcz ze swoją gospodynią zakonnicą. Szybko okazało się, że nawet habit nie jest w stanie ukryć ciąży. Zakonnica już nie wróciła do klasztoru. Wystąpiła, a proboszcz znalazł jej małżonka we wsi. Urodziła dziecko, chłopca, i wróciła do pracy na plebanii. Kiedy proboszcz przeszedł na emeryturę, zamieszkał z nimi w domu. Syn oraz jego przyszywany ojciec nawet wyremontowali mu pokój. Mieszkał z nimi jeszcze dwa lata, potem zmarł. We wsi wszyscy wiedzieli. Syn był kropka w kropkę podobny do proboszcza i miał ksywkę „wikary”. Wciąż tam mieszka. Może popytaj o niego w sklepie?

– Kiedyś słyszałam o jednej smutnej sprawie – mówi znajoma dziennikarka. – W czasie mszy wtargnął do kościoła nieznany mężczyzna i zaczął krzyczeć, że ksiądz miał romans z jego żoną. Ktoś nagrał film komórką i wrzucił do internetu. Ksiądz był tam od niedawna. Romans miał w poprzedniej parafii, dlatego go przenieśli. Mężczyznę znaleziono dwa dni później martwego. Powiesił się.

– Moja teściowa kiedyś opowiadała mi zbulwersowana, że proboszcz w jej kościele zainicjował modlitwę w intencji swojej córki, która właśnie zdawała maturę.

– Jak to możliwe?! – dopytuję.

– Powiedzieli ludziom, że on był wcześniej w Kościele polskokatolickim. Wtedy miał żonę. I ta żona z córką zostały w poprzedniej parafii.

– Ale to niemożliwe, nie przyjmują w Kościele rzymskokatolickim księży z dziećmi!

– Ta córka przyjeżdżała do ojca w odwiedziny. Może chcieli jakoś uspokoić nastroje?

Kilka osób jednak przekonało potencjalnych rozmówców do kontaktu. Dostałam ich numery telefonów.

Dzwonię do pani Walerii. Wiem, że miała przyrodniego brata, który był synem księdza. Niestety brat już nie żyje, ale pani Waleria chętnie o nim opowie. Jest bardzo otwartą osobą, wiele lat pracowała za granicą, dziś jest emerytką, mieszka na Śląsku. Takie informacje otrzymałam od znajomej, dawnej przyjaciółki pani Walerii z dzieciństwa.

Pani Waleria stanowczo zaprzecza. Co za bzdury! Brat, owszem, nie żyje, ale jego ojciec nie był żadnym księdzem, tylko górnikiem i zginął w kopalni. Tłumaczę, że bardzo przepraszam, ale jej przyjaciółka z dzieciństwa…

– Kto? – przerywa szorstko. – Nie znam tej osoby. Musiało się pani coś pomylić. Do widzenia – odkłada słuchawkę.

Moja znajoma, przyjaciółka pani Walerii z dzieciństwa, nie może w to uwierzyć:

– Jak ona mogła wyprzeć się mnie i ojca księdza?! Przecież sama się zgodziła, żebym dała jej numer telefonu!

Ale pani Waleria, jak wyjaśnia to dwa dni później swojej przyjaciółce, nie będzie już na ten temat z nikim rozmawiać. Takie czasy nastały, że nie można ludziom ufać. Lepiej nic nie mówić, bo jak zacznie się gadać, to nie wiadomo, co z tego wyniknie.

Podobnie zachowuje się pan Mirosław. Ma blisko osiemdziesiąt lat i mieszka w rozwalającej się chałupinie pod Elblągiem. Słabo słyszy, więc przez telefon trudno się porozumieć. Zastaję go rąbiącego drewno na opał. Nigdy się nie ożenił, nie ma dzieci, sam musi o wszystko zadbać.

Kontakt do pana Mirosława dostaję od znajomych ze stowarzyszenia, które zbiera historie świadków minionych czasów. Pan Mirosław opowiedział im, że matka milczała jak zaklęta, gdy pytał o ojca. Podejrzewał, że jest nim ksiądz z sąsiedniej wioski. Uważał to za wielką niesprawiedliwość losu. Dlatego został ateistą i nigdy nie chciał mieć dzieci.

Siadamy więc w chałupinie, jest zimno, pali się dopiero na noc. Woda tylko w kanistrze, toaleta na zewnątrz. Pan Mirosław stawia czajnik na gazie. Trudno znaleźć drugą szklankę, ale wreszcie jest, otrzepuje ją z kurzu i nalewa herbaty. Niestety nie może mi pomóc. Nie jest dzieckiem księdza, nigdy nikogo nie podejrzewał, matka milczała, rodzina milczała. Ale przecież szukał ojca na parafii w sąsiedniej wiosce? Nie, skądże. Nikt nic nie wiedział, on nic nie wiedział, ja też niczego się nie dowiem. Zapada zmrok, czas się pożegnać. Liczę, że się jeszcze spotkamy. Może wtedy uda mi się zyskać jego zaufanie?

Miesiąc później dzwoni wójt wioski pod Elblągiem.

– Pan Mirosław zmarł dziś nad ranem. Nic nie wiemy o jego rodzinie. Czy może nam pani jakoś pomóc? – pyta. Niestety, nie mogę. Ja też nic nie wiem.

W końcu dwie starsze panie wyjaśniają mi, o co chodzi: – Pani wtyka nos w nie swoje sprawy. Wszyscy wiedzą, że księża mają dzieci. Ale po co o tym pisać?

– Można im zrobić krzywdę, jak się zacznie o tym mówić – wtóruje druga.

– Krzywdę? – nie zgadzam się. – To raczej utrzymywanie tajemnicy jest ciężarem nie do zniesienia. I codzienne zastanawianie się, kto już wie, a kto jeszcze nie. I co pomyśli, jak się dowie. To milczenie szkodzi.

Właśnie dlatego uparłam się, żeby jednak pokonać trudności. Historie do książki zbierałam dwa lata. Były jak rozsypane fragmenty układanki, których długo nie umiałam połączyć w jedną całość. Tajemnica odsłaniała się przede mną powoli. Chciałam spojrzeć na świat z perspektywy synów i córek księży. I zobaczyć go oczami ich matek. Po drodze odbyłam setki rozmów i usłyszałam kilka dowcipów. Najczęściej taki:

– Kto to jest ksiądz?

– To taki człowiek, do którego wszyscy mówią „ojcze”, a tylko jego własne dzieci „wujku”.

Niektórzy znali jeszcze inny:

– Dlaczego proboszcz został księdzem?

– Drogie dziecko, bo mój ojciec był księdzem, a mój dziadek biskupem.

A w wiosce na Podlasiu opowiedziano mi taki:

Spowiedź. Konfesjonał. Podchodzi mężczyzna.

– Proszę księdza, bardzo zgrzeszyłem. Poszedłem do łóżka z dziewczyną, a ślubu jeszcze nie mamy.

– To prawda, bardzo zgrzeszyłeś. Już więcej tak nie rób. Na pokutę dziesięć zdrowasiek.

Podchodzi drugi.

– Proszę księdza. Bardzo zgrzeszyłem. Zdradziłem swoją żonę. I to jeszcze ze starszą kobietą.

– Cudzołóstwo to poważny grzech, synu. Ratuje cię tylko to, że ta kobieta była stara i że może to był ostatni raz w jej życiu. Na pokutę pięć zdrowasiek.

Podchodzi kobieta.

– Poznałam kogoś i stało się. Zgrzeszyłam. Na dodatek on jest księdzem z sąsiedniej parafii. Nie wiem, co robić.

Ksiądz zrywa się, wybiega, trzaska drzwiczkami. Czerwony ze złości wali pięścią w konfesjonał i krzyczy:

– Tu jest twój ksiądz! Tu jest twoja parafia!

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak wiele te dowcipy mówią o naszej rzeczywistości.

JANUSZ

Matka

La-lalalala-lala…

Wymyśliłam cię nocą przy blasku świec

Nauczyłam się ciebie po prostu chcieć

Wystarczyła mi chwila niewielka,

byś imię miał, byś po prostu się stał.

To jest piosenka, która opisuje życie Reginy Kowalskiej. Trzeba ją poczuć. Nie wystarczy przeczytać tekst. Trzeba otworzyć YouTube i usłyszeć Irenę Jarocką. Ta melodia, ta orkiestra w tle, ten śpiew. Gdy usłyszy się tę piosenkę, to właściwie już wszystko się rozumie.

Rok 1961. Samborowo. Mazury. Regina ma osiemnaście lat. Jest najmłodsza z dwanaściorga rodzeństwa. Wychowana w bardzo katolickiej rodzinie, widzi dla siebie tylko jedną drogę – zakon. Mieszkają na kupie, więc Regina przenosi się na strych. Dom stoi w centrum wsi, niedaleko most, naprzeciwko kościół. W kościele – ksiądz Bolesław Pętlicki. Starszy o dwadzieścia lat, nosi się po męsku, na sutannę narzuca skórzany wojskowy płaszcz. Na zdjęciu z wycieczki do Wieliczki siedzą koło siebie, Regina skromna, w chustce na głowie, trzyma na kolanach jego czarny księżowski kapelusz.

Z nastaniem jesieni dni robią się coraz krótsze, szybciej zapada zmierzch. Łatwiej się ukryć. Kiedy pierwszy raz ksiądz Bolek przystawia drabinę i wdrapuje się na strych, Regina jest przerażona. Ale po pierwszej nocy nie ma już dla niej odwrotu. Zgrzeszyć z mężczyzną to jedno, ale zgrzeszyć z księdzem? Czy Bóg może coś takiego wybaczyć? Ale przecież być bliżej księdza, to być bliżej Boga. Zanim położy się spać, zostawia uchylone okno.

Szybko zachodzi w ciążę. Kiedy brzuch staje się widoczny, przestaje wychodzić z domu. Ojciec chce ją ukryć w klasztorze. Ale Regina słyszała, że u zakonnic rodzi się w bólach, bez pomocy i za karę. Nie pojedzie. W październiku w domu przychodzi na świat Franek. Cała wieś szumi. Taki wstyd! Matka Reginy modli się o zmiłowanie.

Ale nie ma zmiłowania. Na wiosnę Regina znowu jest w ciąży.

– Jedno ci nie wystarczyło?! – krzyczy matka. – I to z księdzem?! Czy ty pomyślałaś, jaka to hańba dla niego?! I postanawia: dziecko trzeba usunąć, bo to o księdzu źle świadczy. Co ludzie powiedzą? Sługę Bożego trzeba ratować. Wstyd, wstyd, taki wstyd!

Kilka dni później przybiega siostra Reginy. – Miałam sen! Dziecko musi żyć! W rodzinie poruszenie. Co się stało? – Jezus mi się objawił jako dzieciątko i wyciągał do mnie ręce. To znak. Dziecko musi żyć. Bóg tego chce.

Matka Reginy zgadza się. Córka urodzi, ale potem odda dziecko w dobre ręce. Zaczyna się poszukiwanie odpowiedniej rodziny. W grudniu 1963 roku rodzi się Janusz. I wtedy po raz pierwszy zabiera głos Regina.

– Nie oddam mojego syna. Wychowam oboje.

Po latach powie Januszowi, kiedy będą w sąsiedniej wsi: – U tej pani byś mieszkał, gdybym ciebie wtedy nie zatrzymała.

Kiedy pojawia się drugie dziecko, wieś huczy od plotek. Matka Reginy miała rację, że pierwsze to wpadka i można przymknąć oko, ale kolejnego już się nie podaruje. To ta, co zbałamuciła księdza! Skusiła! Ladacznica. Kurwa po prostu. O sprawie zostaje zawiadomiony biskup. Do Samborowa przyjeżdża specjalna delegacja. Wzywają Reginę.

– Czy ksiądz Bolesław Pętlicki jest ojcem twoich dzieci? – pyta wysłannik biskupa.

– Nie – szepcze.

– Na krzyż przysięgnij! Jest ojcem czy nie?!

Regina jest przerażona. Jeśli na krzyż skłamie, będzie potępiona na wieki. Ale Bolek błagał ją, żeby nie mówiła prawdy. Jego wtedy na drugi koniec Polski przeniosą albo gorzej, wyrzucą, i jak będzie jej wtedy pomagał? Jak sama dzieci odchowa? Jeszcze wszystko może być dobrze, on będzie księdzem, da pieniądze, będą razem.

– Przysięgam – Regina wyciąga rękę w stronę krzyża.

Kilka miesięcy później przychodzi jednak decyzja o przeniesieniu księdza Bolesława do innej parafii. Daleko – do Klonu, pod Szczytno, trzy godziny drogi autobusem. Widują się dużo rzadziej. Co gorsza, chodzą słuchy, że parafianka z sąsiedniej wsi powiła Bolkowi dziewczynkę. Ale jeszcze wtedy Regina ma nadzieję, że się ułoży, że Bolek zabierze ją do siebie. W Samborowie nie może znieść już tych spojrzeń, tych uśmieszków, tych plotek. Jest wyklęta. Dla tej, która uwiodła księdza i wychowuje jego potomstwo, miejsca we wsi nie ma.

Synowie do Bolka mówią „wujku”. W papierach mają wpisane nieprawdziwe imię ojca – biblijny Józef jako patron pasuje do tej roli najlepiej. Dzieci dowiadują się, że ich tato zginął w wypadku – wracał z pracy, w autobus, którym jechał, uderzył pociąg. Zmarł w karetce, w drodze do szpitala.

Regina wyczekuje spotkań. Ale te są coraz rzadsze i nie tak przyjemne. Najpierw wpadają sobie w objęcia, ale po godzinie zaczyna się kłótnia. Tematy są trzy: to, że Regina sama musi wszystko dźwigać, że Bolek nie daje pieniędzy, a obiecał, i że gdyby ją kochał, to dziewczyna ze wsi obok nie wychowywałaby jego dziecka. By załagodzić sprawę, Bolek zawsze przyrzeka, że zamieszkają blisko siebie i będą wieść spokojne życie. Kiedy? Już niedługo.

W końcu po sześciu latach zabiera ją z Samborowa, ale nie do siebie, tylko na Wybrzeże. Kupuje dom w Gdyni, dwa pokoje z kuchnią, toaleta na zewnątrz. Tłumaczy, że niedługo przeniesie się blisko niej, że wszystko będzie dobrze.

Przed dziećmi ukrywają, co ich łączy. Czasem pocałunek. Czasem objęcie. Sąsiadka zagaduje małego Janusza: – A gdzie śpi ten ksiądz, co do was przyjeżdża?

Jak to gdzie? – dziwi się. Przecież wie, że mamy tylko dwa łóżka.

– Wujek śpi na kanapie z mamą. A my w swoim pokoju – odpowiada grzecznie.

W Gdyni na początku jest wielka rozpacz, bo Regina nie może dostać pracy bez meldunku, a meldunku nie może dostać bez pracy. Kończą się pieniądze od Bolka. W końcu udaje jej się ubłagać dyrektora domu dziecka. Pracuje jako kucharka od szóstej rano do szóstej wieczorem.

Janusz z bratem sami wstają, sami robią sobie śniadanie, a po szkole idą do domu dziecka. Tam odrabiają lekcje, grają z kolegami w piłkę, jedzą kolację. Dyrektor się zgadza. Przecież to półsieroty, ojciec zginął w wypadku. Wdowie trzeba pomóc. W domu dziecka mogą się bezpiecznie schronić.

Kiedy przychodzi czas pierwszej komunii, Regina decyduje, że starszy Franek poczeka rok na młodszego Janusza. Pójdą razem, w Klonie, przyjmą ciało Chrystusa z rąk swojego ojca. Nie zapraszają jednak gości na parafię, tylko jadą dwie godziny samochodami do Samborowa. Lepiej tak, niżby plotki były.

Raz na kwartał Regina zabiera chłopców w odwiedziny do Bolka. Najpierw w Gdyni łapią kolejkę elektryczną do Tczewa. Tam przesiadka w osobowy do Szczytna, a potem jeszcze autobusem do Klonu. Dzieci, zmęczone podróżą, kładą się do łóżka, a Regina bierze się do roboty. Zamiata, myje podłogi, szoruje garnki. Gotuje na zapas, robi weki. Przez chwilę czuje się potrzebna.

Kiedy ksiądz Bolesław zostaje przeniesiony do Rozóg, bierze sobie na parafię gosposię. Mówi, że jest już stary, po sześćdziesiątce i potrzebuje kogoś do opieki. Jest jeden szkopuł, gosposia ma tyle samo lat co ich najstarszy syn – dwadzieścia. Regina wie, co to oznacza. Kiedy pyta wprost, Bolesław nawet nie próbuje ukryć przed nią swojego romansu.

To kropla, która przepełnia czarę. Regina idzie do kościoła i długo się modli. Potem pisze do Bolka list, że to koniec. W radio puszczają Irenę Jarocką. Kiedy delikatny fortepian zapowiada refren, wybucha płaczem.

Wymyśliłam cię z cienia, nim nastał świt,

powierzyłam się niemal aż po sam wstyd…

Dobrze wiem, co oznacza samotność,

osobna noc, osobny dzień…

*

Syn

Janusz ma trzynaście lat, kiedy dowiaduje się, że jego ojcem jest wujek Bolek. Jest załamany:

– Ojciec?! Ten wujek, którego tak nie lubię? To niesprawiedliwe! – płacze.

– A kto inny mógłby być! Przecież to był jedyny mężczyzna w mamy życiu – pociesza brat.

– To ja już wolę historię o wypadku!

Jest połowa lat siedemdziesiątych. W szkole nikomu nie mówią, kto jest ich ojcem. Poskładali wszystko do kupy i już wiedzą, dlaczego matka została wygnana z Samborowa. Resztę wyjaśniła im ciotka. To hańba, którą należy ukryć. Zresztą Bolek nie jest dla nich ojcem. Nie mówią do niego „tato”. Nic ich z nim nie łączy. Jest surowy, nie przytula, nie zagra w piłkę. Nie ma dla nich czasu. Kiedy przyjeżdża do Gdyni, to biegnie do Veritasu, sklepu z dewocjonaliami, kupić jakieś ozdoby do kościoła. A w Klonie tylko zapędza ich do roboty. Każe mur wokół cmentarza murować albo chwasty w ogrodzie pielić. Nie lubią tam jeździć.

Januszowi jest też przykro, gdy patrzy na matkę, która po całym tygodniu harówki na kolanach szoruje księżowskie podłogi.

– Ona nie jest twoją służącą – myśli ze złością. Nie lubi wujka Bolka. Pamięta, jak ten kiedyś kazał mu wypastować swoje oficerki. Kimże ty jesteś, żebym ci buty czyścił?!

Kiedy matka zrywa kontakty z Bolkiem, są już dorośli. Wokół smutek lat osiemdziesiątych. Kościoły dostają kontenery darów dla biednej Polski. Bolek dzwoni, że dostał ciuchy i słodycze z Niemiec, niech sobie coś wybiorą. Franek przywozi z Klonu wypchane reklamówki. Wyciąga Janusza na spacer i mówi:

– Pogadałem szczerze z wujkiem Bolkiem. Od tej pory mówię do niego „ojciec”. Wszystko mi wyjaśnił. To wina matki. Gdyby była posłuszna i siedziała cicho, to mieszkalibyśmy jak jedna rodzina. Ale nie chciała robić, co Bolek każe, więc musiał nas umieścić daleko.

– Co ty gadasz? Kto ci tyłek mył, jak byłeś mały? Kto robił jedzenie? Kto wysyłał do szkoły? – denerwuje się Janusz. – Matka się nami zajęła. Ojca nie było! Rozumiesz to?!

W przeciwieństwie do Franka on zawsze jest w domu, przy matce. Umie ją pocieszyć, doradzić, jak się ubrać. Ta apaszka do tej sukienki, nie, ten kapelusz nie pasuje. Lubią ze sobą rozmawiać. A brat? Brat dużo pije, imprezuje, znika na kilka dni z domu.

Matka chce, żeby Janusz został księdzem. On jednak zamiast seminarium wybiera prawie tak samo wówczas prestiżowy handel zagraniczny. Ludzie mówią: znasz angielski, jedź do Ameryki. Koleżanka z Kanady pomaga mu załatwić papiery.

Jest 31 sierpnia 1989 roku. Janusz pamięta ten dzień, jakby to było wczoraj. Ląduje w Toronto, ubrany jak za krąg polarny. Kurtka, sweter, dwie koszule, grube dżinsy. Pierwsze zaskoczenie: jest bardzo ciepło, dwadzieścia kilka stopni. Drugie: kiedy zaczyna pracę, akurat wypada święto, ale Kanadyjczycy i tak płacą. Co za kraj! Kraj-raj! Pracuje jako operator sejfu w banku. To czasy analogowe, więc co godzinę niesie teczkę wypełnioną akcjami dwie przecznice dalej do biura maklerskiego. Papiery w aktówce są warte dwadzieścia milionów dolarów. Nikt go nie napada. To trzecie zaskoczenie.

W Kanadzie jest wolność – myśli. I nie myli się. Kiedy pierwszy raz mówi, że ma ojca księdza, słyszy: Ale jaja, trzeba by zrobić film na ten temat! A w Polsce? Może się razem pomodlimy. Lepiej o tym nie mów, bo będą krzywo patrzyli.

Jest też druga tajemnica. Janusz jest gejem. Poznaje to po tym, że serce bije mu szybciej na widok chłopaka, nie dziewczyny. Ale w Polsce lat osiemdziesiątych nie wiadomo, czy gorzej było być dzieckiem księdza, czy homoseksualistą. Ani o jednym, ani o drugim ludzie nie mogli się dowiedzieć.

– Geje to pederaści, co piją siki – wyjaśnił mu kiedyś wujek Bolek. Inne zdanie miał ksiądz, którego matka zapraszała na kolacje w nadziei, że pomoże synowi poczuć powołanie. – Bądź ze mną – szeptał, przytulając się do Janusza.

– Ksiądz w dom, Bóg w dom – mawiała Regina.

– Ochroń mnie, mamo. Niech spotka go kara. Wyrzuć go z domu, daj mu w twarz – modlił się Janusz. W końcu powiedział jej o wszystkim. Ale matka była wierna Kościołowi nawet w takich chwilach:

– Spotykaj się z nim dalej. Kiedy będzie coś od ciebie chciał, to mów: nie. Módlcie się razem, księdza trzeba uratować.

Więc w Kanadzie jest inaczej. Geje nie kryją się po parkach i toaletach jak w Polsce. Żyją normalnie, chodzą do klubów, uśmiechają się do Janusza. Szczególnie jeden. Lawrence. – Taki chłopak! Wygląda jak George Michael! Biedny emigrant z Polski nie ma u niego żadnych szans – tłumaczy sobie Janusz. Ale Lawrence nie przestaje się uśmiechać. I tak mija już dwadzieścia osiem lat, jak są razem.

Przenieśli się na wyspę obok Vancouver. Mieszkańców jest tam jeszcze mniej niż w Samborowie, bo ledwie stu. Mają dom nad oceanem, pod oknami przepływają orki, nad głowami szybują orły białogłowe.

Kiedy odwiedziła ich mama, była zachwycona. I orkami, i Lawrence’em.

Regina jest bardzo związana z Januszem. Potrafi nawet o pierwszej w nocy zadzwonić, że miała zły sen i czy wszystko w porządku. Kiedyś mówi mu: – Ty masz dobre życie, a twojemu bratu tak się źle powodzi w Polsce. I że się martwi o Franka, bo nie stroni od alkoholu i imprez. Wpadł w długi. Rozwiódł się. Zostawił dwójkę dzieci.

Ale gdy Janusz zadzwonił, że chcą przyjechać do Samborowa na jej urodziny i zaprosić na kolację, zdenerwowała się:

– Jaką kolację? Nie przyjeżdżaj do mnie.

– Mamo, ale dlaczego nie mogę cię odwiedzić?

– Sam tak, ale ze swoim chłopakiem lepiej nie.

– Jak tak, to nie przyjadę wcale.

Po tygodniu zadzwoniła z przeprosinami. Tłumaczyła, że ludzie się pytają, czemu Janusz nie przyjeżdża z rodziną. Więc powiedziała im, że syn taki sprytny, mieszka z kolegą, bo taniej wychodzi za czynsz. Ale przez tyle lat ten sam kolega, więc ludzie plotkują.

Kiedy przyjechali, kazała im postawić samochód za domem, nie w bramie. Żeby nikt nie zobaczył gości, bo jeszcze ktoś rzuci kamieniem.

W Kanadzie odwiedził go też kumpel z Polski, jedyny przyjaciel, z którym razem jeździli na drinki do pierwszego gejowskiego baru w Gdańsku. Razem rozważali, czy nie iść do seminarium.

– Matki będą zadowolone, a kobietom powiemy, że ksiądz przecież nie może.

Teraz kumpel jest księdzem i ma wszystko poukładane.

– Słuchaj, jadę sobie do Rzymu, do zakonnic. One mi piorą, sprzątają i gotują. Kolację podają. A za rogiem są kluby gejowskie. Słuchaj, tam jest jak w raju. A ty tu w grzechu żyjesz.

– W jakim grzechu?

– Mnie się tylko przytrafia mały momencik zapomnienia, wyspowiadam się i już jestem czysty. A u ciebie grzech ciągły, bo jesteś w związku. To jest właśnie prawdziwe zło. To o wiele gorsze, niż wyskoczyć sobie co jakiś czas do sauny gejowskiej.

*

Matka i syn

Lata dziewięćdziesiąte. Pętlicki ma wylew. Nie może chodzić, musi jeździć na wózku.

– Mamo, a gdyby on teraz do ciebie zadzwonił i chciał, żebyś przyjechała się nim zaopiekować, to co byś zrobiła? – pyta Janusz.

– Tobym pojechała.

– Mamo, on tobie zmarnował życie! A ty chcesz do niego wrócić! – złości się.

– Synku, to ojciec moich dzieci – mówi Regina ze łzami.

– Mamo, jak do niego pojedziesz, nie będę cię tam odwiedzać. Nie będę na to patrzył.

Krótko po wyjeździe Janusza z Polski Regina odnawia znajomość z dawnym kolegą z Samborowa. Przez trzydzieści lat z nikim się nie spotykała. Zawsze była sama. Ludzie starali się ją wyswatać. Nie chciała. Najpierw czekała na Bolka, który był dla niej jak mąż. Potem wstydziła się dzieci z księdzem. Przed kolegą z Samborowa nie musi nic ukrywać. Więc Janusz mówi do niej:

– Mamo, jakbyś kiedyś chciała wziąć ślub, to daj znać, bo chcę być na twoim weselu.

Po kilku miesiącach Regina dzwoni do syna: – Przygotuj się na sierpień, będziesz świadkiem.

– Mamo, jaką będziesz miała suknię?

– Na pewno nie białą.

– To twój pierwszy ślub. Wolno ci.

– Nie ma mowy. Jak wytłumaczę, skąd żeście się wzięli?

Regina idzie do ślubu w seledynowej sukni. Wesele odbywa się w Gdyni, ale zaraz potem młoda para przenosi się do Samborowa. Jak to teraz będzie? Spotkać te same sąsiadki, które przed laty spluwały na jej widok? Tych samych mężczyzn, którzy niegdyś wytykali ją palcami? Ale teraz nikt słowem nie śmie wspomnieć historii sprzed lat. Wziął ją za żonę swój, więc i ona jest swoja. Regina odzyskuje utracone miejsce w społeczności.

Przez cały ten czas nie przestaje być bardzo wierząca. Chodzi do kościoła, razem z Radiem Maryja odmawia różańce, wysyła pieniądze ojcu Rydzykowi. W prezencie Janusz kupuje jej duży płaski telewizor. Wie, że mama bardzo lubi oglądać Telewizję Trwam. Rozmowa schodzi na tematy religijne.

– Mamo, a dlaczego kobiety nie mogą być księżmi? – pyta Janusz.

– Bo tak nie może być.

– Ale dlaczego?

– Bo nie.

– Nie i nie. Podaj mi jakiś argument – chodzi za nią.

– Bo kobiety są brudne – szepcze w końcu.

Serce mu zamiera.

– Przez tyle lat ten Kościół, to społeczeństwo wmawiało tobie, mamo, że jesteś brudna? Że nie jesteś nic warta? Że nie możesz nic w życiu robić tylko służyć? Tylko prać, sprzątać i gotować?

Nie musi pytać. Wie, jak by odpowiedziała:

– Tak mówi mój Kościół i ja w to wierzę.

Rok 2005. Ksiądz Bolesław Pętlicki ma osiemdziesiąt trzy lata. Obchodzi jubileusz pięćdziesięciolecia pracy kapłańskiej. Łatwo policzyć, że wyświęcono go, jak był po trzydziestce. – Co robił wcześniej? – zastanawia się Janusz.

– To nie wiesz, że twój ojciec był kierowcą ciężarówki, zanim został księdzem? – dziwi się kuzynka. Nie, Janusz nie wie. Nic nie wie. Nigdy nie poznał jego rodziców, czyli swoich dziadków, choć przecież gdy był mały, to jeszcze żyli. Podobno Bolek miał siostrę. Ale na parafii w Klonie nigdy nie spotkali nikogo poza znajomymi wujka Bolka. To byli księża, którzy nie nosili koloratki i zawsze przyjeżdżali w odwiedziny ze swoimi gosposiami. Pani Marysia nosiła garsonki w kwiaty i duże ciemne okulary. Pani Ola opięte bluzki, kapelusze i spódnice bombki. Janusz nie umiał ich sobie wyobrazić w fartuszku, zagniatających ciasto albo piorących księżowską bieliznę.

Rok 2006. Telefon z Polski. Dzwoni brat.

– Wiedziałeś, że dwa tygodnie temu zmarł nasz ojciec?

– Nie. Ty jesteś na miejscu, skąd ja bym miał wiedzieć?

– Nikt nawet nie zadzwonił. Mama też nie wiedziała.

Janusz siada na kanapie. Nic nie czuje. Właśnie dostał wiadomość, że jego ojciec nie żyje i nie ma żadnych emocji. Ani ulgi, ani troski, ani smutku. Nic. Może to jest pierwszy szok? Może potem będzie mu współczuł, że umarł? Ale nie, kilka dni później też nic. To uczucie nigdy nie przychodzi.

Rok 2018. Umiera Regina. Szok. Żal. Natychmiast łapie samolot do Frankfurtu. Nazajutrz jest w Samborowie. Wśród rzeczy matki znajduje dwa listy napisane przez księdza Bolka – jeden do matki, drugi do synów. Papier jest pożółkły, atrament wyblakły. Czyta: Najdroższy Franiu i rozkoszny Januszku. Mam nadzieję, że się dobrze rozwijacie… Jest zaskoczony. „Rozkoszny?” – nie dowierza. To wujek Bolek był zdolny do cieplejszych uczuć? Ale jeszcze bardziej zaskakuje go, że matka zachowała listy sprzed ponad pół wieku.

Schodzą się żałobnicy. Na różaniec przychodzi dwadzieścia osób, na pogrzeb setka. Januszowi przypominają się nieodmawiane od lat modlitwy, odpowiedzi na psalmy. Wszystko staje mu przed oczami. I Samborowo, i parafia w Klonie, i mama płacząca przy słowach „dobrze wiem, co oznacza samotność…”. Chce stanąć nad trumną i powiedzieć ludziom prawdę. O księdzu, który zniszczył życie jego matce. O Kościele, który wmówił jej, że jest nic niewarta. I o ludziach, którzy w to wierzyli.

– Zostaw – brat łapie go za rękę. – Oni nie uwierzą w żadne twoje słowo.

Janusz nie przemawia. Ale z innego powodu. Chce, żeby mama była zadowolona, że miała piękny pogrzeb.

Marta Abramowicz, Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica

Warszawa 2018

Copyright © by Marta Abramowicz, 2018

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65853-97-4

Redakcja: Justyna Dąbrowska

Korekta: Urszula Roman

Opieka redakcyjna: Maciej Kropiwnicki

Projekt okładki: Piotr Chatkowski

Zdjęcie na skrzydle: Sławomir Panek

Układ typograficzny, skład: Katarzyna Błahuta

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Jasna 10 lok. 3

00-013 Warszawa

redakcja@krytykapolityczna.pl

wydawnictwo.krytykapolityczna.pl

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w redakcji Krytyki Politycznej (ul. Jasna 10, Warszawa), Świetlicy KP w Trójmieście (Nowe Ogrody 35, Gdańsk), Świetlicy KP w Cieszynie (al. Jana Łyska 3), księgarni internetowej KP (wydawnictwo.krytykapolityczna.pl) i w dobrych księgarniach na terenie całej Polski.

Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica Zakonnice odchodzą po cichu. Wydanie specjalne Zakonnice odchodzą po cichu