Spektrum

Spektrum

Autorzy: Martyna Raduchowska

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Dla młodzieży Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.80 zł

Kontynuacja trzymających w napięciu "Łez Mai".

Technologia rozdarła to miasto na pół. Wydawało się, że ostatnie granice ludzkich możliwości zostały zniesione.

W powszechnym użyciu są androidy – prawie doskonałe kopie człowieka. Wyposażone w sztuczną inteligencję, niesamowicie szybkie, zdolne do błyskawicznej regeneracji, są o wiele bardziej wytrzymałe niż ich pierwowzór. I o wiele bardziej niebezpieczne.

Ludzie dzięki wszczepom i implantom mogą upgrade’ować swoje ciało i umysł niczym postaci z gier komputerowych. Ci, których na nie stać, bogacą się jeszcze bardziej. Biedni spadają na samo dno drabiny społecznej. Szansą dla wykluczonych jest reinforsyna. Geniusz w pigułce, dostępny na każdą kieszeń. Gdy zapada decyzja o wycofaniu jej ze sprzedaży, atak na siedzibę jej producenta jest nieunikniony. Magazyny pustoszeją w jednej chwili. Reinforsyna zalewa ulice falą neurochemicznego szaleństwa.

B-Day. Dzień Buntu. Dzień, który zmienił Jareda Quinna w nafaszerowanego elektroniką cyborga. On sam niewiele z niego pamięta. Tylko Maya, jego replikantka, wie, co naprawdę się wtedy wydarzyło.

Bo wszystko zaczęło się właśnie od niej.

Martyna Raduchowska

SPEKTRUM

Copyright © by Martyna Raduchowska, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa, MMXVIII

Spis treści

New Horizon 2034 Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Dark Horizon 2035–2037 Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

New Horizon 2034

Rozdział pierwszy

W nieruchomych oczach Reda odbija się ogień.

Nie mogę oderwać od nich wzroku. Próbuję zerknąć na rozbryzgi czerwieni na ścianie za jego plecami, omieść spojrzeniem płonące laboratorium, przeskanować teren, ocenić zagrożenie… Nic z tego. Świat gaśnie jak ekran po zakończonym seansie, czarna cisza otula mnie niczym dźwiękoszczelny całun. Myśli ulatniają się z porażonego umysłu, zanim zdołam uchwycić ich sens, topnieją jedna po drugiej, połykane przez mrok. Mogę jedynie zaciskać pięści, zagryzać zęby i czekać, aż wstrząsane drgawkami ciało wreszcie znieruchomieje. Tym razem na dobre.

Czekam. Zagryzam zęby. Zaciskam pięści. Mocno, coraz mocniej, aż paznokcie przebijają skórę, a dłonie spływają krwią. Ból nieco mnie otrzeźwia.

Reset, decyduję, z trudem przepychając ten rozkaz po skwierczących neuronach. Reset świadomości. Teraz.

Przestaję istnieć. Sekunda długa jak wieczność i znów jestem więźniem rozdygotanych tkanek. Wpatruję się w pustkę, wsłuchuję w bezdźwięk, dryfuję w próżni. Nie wiem, czy jestem.

Dochodzę do wniosku, że to chyba dobry moment, żeby zakląć. Aż się prosi o soczystą kurwę. Albo o modlitwę. Czy to w czymś pomoże? Jasne, że nie. Nie mam co do tego złudzeń, a jednak wiem, że jeśli na poważnie myśli się o człowieczeństwie, trzeba być gotowym na niedorzeczności.

Oczywiście nie pomaga. Ani jedno, ani drugie, sacrum i profanum okazują się tak samo bezużyteczne. W normalnych okolicznościach skwitowałabym niepowodzenie wzruszeniem ramion, gestem, który podpatrzyłam u Reda, ledwo zainicjował moje Przebudzenie, i który wyćwiczyłam do perfekcji, zanim jeszcze dowiedziałam się, że będziemy partnerami. Ale teraz mogę tylko wycofać świadomość z bezwładnego ciała i pozwolić jej opaść na samo dno umysłu.

Loguję się do Animy.

***

Przeszłość zacina się i krztusi od zakłóceń, drży i faluje jak fatamorgana. Wypaczone obrazy i zniekształcone dźwięki sprawiają, że niczego nie poznaję, wszystko wydaje się dziwaczne, odrealnione, nie moje. Sumy kontrolne plików sensorycznych nie pozostawiają wątpliwości, że patrzę na cząstkę własnego widma, a jednak w tej chwili czarna skrzynka w mózgu to dla mnie ciało obce. Czy raczej obca dusza. Obca dusza obcej Mai, którą byłam jeszcze chwilę temu, przed rozsynchronizowaniem danych.

Zapętlona scena rozgrywa się w zwolnionym tempie, poklatkowo, szatkuje ruchy i dźwięki zastygającymi kadrami i zamrażanym czasem. Idą korytarzem w stronę wind. Sierżant Helen McKay sylabizuje puentę sprośnego żartu, zbitki głosek skapują z jej warg leniwie, miarowo, gęste i ciągliwe jak miód. Kąciki ust detektywa Lawrence’a O’Neilla unoszą się w odpowiedzi coraz wyżej i wyżej. Rozwleczony dowcip dobiega wreszcie końca, wesołość wybucha jak bomba z opóźnionym zapłonem, śmiech poszarpany na kawałki tętni echem wśród ścian korytarza.

Porucznik Jared Quinn, mój partner i dowódca, tylko kręci głową. Panuje nad miną, lecz pogłębione zmarszczki przy powiekach zdradzają tłumione rozbawienie. Maya-we-wspomnieniu spogląda na niego z ciekawością, metodycznie rozkładając żart na czynniki pierwsze. Jest tak absurdalny, tak nielogiczny, że nie może przestać obracać go w myślach. Detektyw Maxwell Rosso i sierżant Marcus Blake szczerzą się do McKay, wykrzykują coś jeden przez drugiego. Helen szybkim ruchem dłoni odgarnia grzywkę z czoła, dawkuje ripostę i tym razem nawet Quinn nie powstrzymuje parsknięcia. Maya-we-wspomnieniu obserwuje jego twarz z wnikliwością badacza, czując, jak neurony lustrzane rozciągają jej własne usta w uśmiechu lekkiego zażenowania.

W miarę jak czarnoskrzynkowy zapis łata mi dziury w pamięci, dystans między mną-teraz i mną-wtedy zaczyna się skracać, granica zacierać, jawa mieszać ze snem. Dwie wersje Mai scalają się w jeden pozszywany z kawałków byt, dwie wizje świata syntetyzują w jedną patchworkową rzeczywistość. Po chwili nie patrzę już z boku na poprzednią wersję siebie, bo my to teraz ja.

Nagranie trwa dalej.

Idziemy korytarzem w stronę wind. Dowcip McKay właśnie dobiegł końca, uśmiechamy się wszyscy, oni rozbawieni, ja – żeby nie odstawać. Scyborgizowany klon marki Easy Puppet, który pojawia się nagle u wylotu korytarza, w pierwszej chwili nie zwraca niczyjej uwagi. Omiatam go czujnym spojrzeniem dopiero dwie stop-klatki później. Rutynowy skan otoczenia trwa krócej niż uderzenie serca i już zaczynam obracać głowę, żeby zerknąć przez ramię, lecz wtedy kątem oka dostrzegam dziwny szczegół, niewielki odchył od normy. Ogniskuję wzrok na lewej dłoni ochroniarza. Przybliżam obraz, akurat aby ujrzeć kroplę krwi, która skapuje mu z palców i rozbryzguje się na czubku wojskowego buta.

Przechodzę w tryb bojowy automatycznie, bez udziału woli. Świadomość nie musi podpowiadać ciału, co robić, i tak by zresztą nie zdążyła. Płuca ze świstem nabierają powietrza, mózg wypełnia żyły podrasowaną adrenaliną, czerń źrenic gwałtownie rozpycha tęczówki.

– Padnij! – Zasłaniam sobą porucznika i wyszarpuję broń z kabury na udzie. W tej kolejności. Jestem jego żywą tarczą, a dopiero później bronią. – Na ziemię, Red!

Quinnowi nie trzeba dwa razy powtarzać. Natychmiast rzuca się na podłogę, ciągnie za sobą oszołomioną Helen. Inni reagują znacznie wolniej. O’Neill wciąż klęczy, gorączkowo mocując się z blokadą pistoletu, gdy rozlega się pierwszy strzał.

Karabin w dłoniach klona rzyga rwanym ogniem. Kule prują tynk, powietrze gęstnieje od pyłu. Ochroniarz patrzy na mnie beznamiętnie. Nie ściąga palca ze spustu nawet wtedy, gdy lufa jego broni wypluwa ostatni pocisk, komora ostatnią łuskę, a zamek szczęka głucho. Puppet nie zmienia pozycji, nie odwraca wzroku, nie mruga, choć czerwień z dziury pośrodku czoła zalewa mu oczy. Dopiero po chwili zaczyna chwiać się na nogach, karabin wyślizguje się z niezdarnych nagle rąk. Kukła uderza kolanami o ziemię i ciężko przewala się na bok. Jej stopy umierają najwolniej. Podrygują bez przekonania, rozmazując krew w konwulsyjne wzory.

A potem wszystko milknie i nieruchomieje. Tylko kurz i dym opadają w ciszy i ostrym zapachu prochu.

– Świetny strzał, May.

Opuszczam broń, taksuję Quinna od stóp do głów. Żadnych ran postrzałowych, jest cały.

– Polecam się, poruczniku.

Podaję mu rękę i dźwigam go na nogi. Szybko sonduję pozostałych, mieli szczęście, że nikt nie oberwał.

Kiedy ciszę przerywa gong windy, jako jedyna nie patrzę w tamtą stronę, tylko od razu daję sygnał do odwrotu. Puszczam oddział przodem, a sama biegnę bokiem, zamykając szyk i ubezpieczając resztę. Kryją się we wnęce obok wejścia do laboratorium, czekają, aż rozbroję zamek i zlustruję pomieszczenie.

– Czysto! – krzyczę.

Słyszę, jak stalowe skrzydła windy rozsuwają się z szumem gdzieś za wyłomem muru, odgłos sztywnych, żołnierskich kroków niesie się po opustoszałym korytarzu. Wbiegam do pracowni jako ostatnia. Huk zatrzaskiwanych drzwi zlewa się z terkotem karabinów.

***

Scena urywa się parę sekund później, chwila białego szumu i rusza od początku. Znów idziemy korytarzem w stronę wind. Analizuję przebieg wydarzeń klatka po klatce i próbuję ustalić, gdzie popełniłam błąd. Specter i Angelina, policyjne sztuczne inteligencje, które gnieżdżą mi się gdzieś w głębinach podświadomości i nieustannie poszeptują, splatając swoje polecenia i wskazówki z moimi myślami, teraz uparcie milczą. Jestem zdana na siebie.

Z dziennika działań bojowych wynika, że nie wykryłam w laboratorium ładunków wybuchowych ani nadprogramowej elektroniki. W chwili eksplozji Quinn stał tuż obok mnie. Nie oberwał, choć dzielił nas niecały krok. To mogło być tylko promieniowanie elektromagnetyczne, a zarazem nie mogło, bo przecież byłam ekranowana…

Przewijam retrospekcję do odpowiedniego fragmentu, zatrzymuję kadr. Przechodzę na widok izometryczny, szukając w siatkowym modelu pracowni czegoś, co wcześniej musiałam przeoczyć.

Zresetowany umysł powoli dochodzi do siebie, metodycznie obrabia zapisy z czarnej skrzynki. Uzupełnia białe plamy, splata pourywane wątki, osadza w kontekście migawki obrazów. Ocalone mnemony eksplodują w mojej jaźni jak synestetyczne fajerwerki. Słyszę barwy (czerwień krwi wibruje od ryku płomieni), widzę zapachy (swąd spalenizny złoty od ognia, czarny od dymu, błękitnobiały od ładunków elektrycznych), smakuję dźwięki (wrzask Helen ostry jak chilijski pieprz). I nagle pamiętam dość, żeby zrozumieć swój błąd.

Tuż przed wybuchem próbowałam połączyć się ze Stewardem, programem zarządzającym budynkiem korporacji Beyond Industries. Zdjęłam osłony, żeby nawiązać kontakt, i w tej samej sekundzie impuls elektromagnetyczny powalił mnie na ziemię, o mało nie wysmażając mózgu. Jakby ktoś tylko czekał na moment, aż mu się wystawię.

Przeglądam logi medyczne i już wiem, dlaczego wciąż istnieję: nagły skok promieniowania zniekształcił moje fale mózgowe, powodując samoistną aktywację reaktywnej, ultraczułej na anomalie podtwardówkowej siateczki ekranującej. Procedury bezpieczeństwa wdrażane przez Harry’ego Turveya, szefa policyjnych specjalistów od spraw automatyki i robotyki, kolejny raz ocaliły mi skórę.

Dzięki, Harry.

Wygaszam wspomnienie, zamykam dzienniki pokładowe. Rozglądam się po pogrążonej w półmroku Animie, wciąż rozedrganej i migoczącej iskierkami zwarć w neuronach, po czym ostrożnie odpalam łącze cyberprzestrzeni. Przez moment nie dzieje się nic. A potem ciemność spada na mnie, ciężka jak lawina błota, i wsysa z siłą czarnej dziury.

***

– Steward?

Mrok trzeszczy i skrzy się w odpowiedzi.

– Wiem, że mnie słyszysz. Musimy pogadać.

– Pogadajmy więc.

Materializuje się przede mną powoli, kawałek po kawałku, z początku bezkształtny, usypywany z pustych pikseli i łańcuszków kodu. Stopniowo nabiera szczegółów: smagła twarz o azjatyckich rysach, czarne oczy, czarne włosy gładko zaczesane do tyłu, splecione w długi, ciężki warkocz. Dłonie wsunięte w kieszenie spodni od nienagannie skrojonego garnituru, koszula bez krawata, z nonszalancko rozpiętym kołnierzykiem. Moje łącza są niestabilne i awatar Stewarda na zmianę to traci, to zyskuje ostrość. Kolejne zakłócenia wprawiają jego postać w gwałtowne falowanie, które upodabnia go trochę do szarpanej wiatrem flagi. Antropomorficzna manifestacja programu zdaje się odbijać w powierzchni niespokojnej wody.

– Zhakowali cię – stwierdzam bez zbędnych wstępów.

Przytakuje mi skinieniem głowy.

– Kto?

– Equilibrium. – Jego zwielokrotniony echem głos pobrzmiewa całym spektrum barw i intonacji. Dochodzi zewsząd i znikąd zarazem. Sączy się szeptem z głębin mojej podświadomości, przetaczając jednocześnie po cyfrowym niebie jak stereofoniczny grom. – Tak przedstawili się w oświadczeniu dla mediów, które krąży po Pajęczynie.

– Nigdy o nich nie słyszałam.

– To ich debiut.

– Czego chcą?

– Przyszli po reinforsynę. Zamierzają „wydrzeć lek z rąk bezdusznego Systemu i rozdać na ulicach miasta”. Tak, wiem, straszna sztampa. To dosłowny cytat z ich manifestu. – Steward uniesieniem brwi wyczarowuje w powietrzu arkusz papieru i szybkimi ruchami dłoni zakreśla w tekście kilka kluczowych fragmentów.

Przelotnie zerkam na dokument, czując, jak moja jaźń zasysa treść trzeszczącymi łączami, jak wypala każde słowo w krzemowej pamięci.

– Bełkot – orzekam z wystudiowanym niesmakiem. – Same ideologiczne ogólniki, zero konkretów. Bite pięć stron tekstu i ani słowa o tym, dlaczego rzekomi „zwolennicy technologicznie wspomaganej ewolucji” i samozwańczy „obrońcy uciśnionych” atakują najbardziej egalitarną korporację neuronaukową w New Horizon.

Steward przygląda mi się z uwagą przez kilka chwil.

– Rozumiem, że mocno oberwałaś po głowie, ale chyba potrafisz jeszcze dodać dwa do dwóch?

Przed nim nie muszę udawać. Nawet po mistrzowsku sfałszowane reakcje emocjonalne nie są w stanie mu zaimponować. A jednak siłą przyzwyczajenia robię naburmuszoną minę i krzyżuję ramiona na piersi.

– Wycofujecie reinforsynę z rynku – stwierdzam po krótkim namyśle.

– Bingo.

– Ludzie od dekady czekają na wasz produkt jak na wybawienie – ciągnę z dezaprobatą. – A wy już drugi raz wywijacie im ten sam numer.

– Będą rozczarowani, to pewne, i doprawdy trudno się dziwić. Widziałaś ostatnie spoty? „Rewolucyjny neurotransmiter, bezinwazyjny twórca nadludzi!”, „Uniwersalny, cudowny lek na każdą kieszeń!” – Steward recytuje slogany reklamowe, kontrapunktując górnolotne zapewnienia płaskim, znudzonym głosem. Brzmi to, jakby kpił. – „Nie masz pracy, bo nie stać cię na wszczepy? Sięgnij po reinforsynę!”. Każdy desperat łyknąłby haczyk.

– I co się stało? Znowu wypuściliście nieskuteczny produkt?

– Powiedzmy, że nasze opatentowane i chronione znakiem towarowym remedium na społeczną niesprawiedliwość nie działa tak, jak byśmy tego chcieli.

– To znaczy?

Steward kręci głową i przerysowanym gestem zamyka sobie usta na niewidzialny suwak.

– Hakerzy zmusili mnie do wyjawienia wielu tajemnic firmy, ale tego knebla jeszcze mi nie wyjęli.

– Czyli lek okazuje się niewypałem – myślę na głos. – Beyond po cichu wstrzymuje sprzedaż, anuluje zamówienia. Equilibrium przeprowadza atak, którego celem jest rzeczony niewypał… Interesujące. Nie mam dość danych, ale coś mi mówi, że bezsens tego zamachu to tylko pozory. Mam rację?

– Masz. Winszuję – chwali mnie sucho.

Unoszę brwi w niemym pytaniu.

– Akurat o tym mogę ci poopowiadać – wyjaśnia. – Equilibrium i tak zaraz wrzuci wszystko w Pajęczynę. Zainteresowana?

– Pewnie. Byle szybko.

– W obliczu giełdowej katastrofy – zaczyna bez pośpiechu, teatralnie przeciągając sylaby, i trudno stwierdzić, czy się ze mną drażni, czy to wirus, którym zainfekowali go zamachowcy, dobrał mu się do modułów lingwistycznych – zapominamy o filantropijnym credo i pod naciskiem udziałowców radykalnie zawężamy target do krezusów, których stać na klony. Zamierzamy przeprowadzać indywidualną kalibrację leku na genetycznych kopiach konsumentów, by zapewnić pożądane, optymalne i ściśle spersonalizowane działanie, nie narażając przy tym zdrowia prawdziwych ludzi. Konwencja o Ochronie Praw Człowieka z dwa tysiące dwudziestego siódmego otacza opieką jedynie oryginały, z duplikatami możemy eksperymentować do woli, zatem w kwestii dobra pacjentów będziemy kryci. Pula nabywców drastycznie się zmniejszy, za to cena produktu drastycznie wzrośnie i jakoś utrzyma nas na powierzchni. Equilibrium dowiaduje się o tych planach i… – wyczekująco zawiesza głos.

– I nie wierzy, że działacie w trosce o bezpieczeństwo klientów – dopowiadam natychmiast. – Wierzy za to w korporacyjny spisek. Wasze działania interpretuje jako ukłon w stronę elity i kolejny cios wymierzony w najbiedniejszych. Kolejny kopniak w leżącego.

– Po czym postanawia przywrócić równość społeczną, zabawiając się w Robin Hooda o terrorystycznych zapędach – kwituje Steward. – Coś ci tam jednak styka w tych sfajczonych neuronkach, brawo, robociku.

– Dlatego kazali ci wymordować personel? W imię równości?

Steward zbywa pytanie wzruszeniem ramion.

– A to, że Quinn i reszta zostali wezwani na badania kontrolne właśnie dzisiaj…

– Czysty przypadek.

– Czyżby?

Kładzie palec na wargach. Uśmiecha się zagadkowo, nie spuszczając ze mnie czujnego spojrzenia. Może zabronili mu mówić, a może sam nie zna odpowiedzi i tylko się zgrywa dla zachowania pozorów, żebym przypadkiem nie domyśliła się, jak bardzo go ogłupili.

– Jak mnie załatwiłeś?

– Emitery EMP są integralną częścią systemu ochrony danych wrażliwych. – Tym razem odpowiada od razu, jakby nie mógł się doczekać, aż komuś to zdradzi. – Umieszczono je w każdej pracowni, żeby w razie zagrożenia można było zniszczyć zawartość dysków. Po aktywowaniu spaliły elektroniczny zamek w drzwiach do laboratorium i wpuściły Kukły do środka. Ty oberwałaś przy okazji.

– Mam w mózgu siatkę ekranującą, a mimo to zdołałeś mnie wycrashować.

– Ta siatka neutralizuje pojedyncze impulsy – podchwytuje ochoczo Steward, co każe mi sądzić, że próbuje mnie zagadać, odwrócić uwagę. Pytanie: od czego? – Potrafi znieść spore ładunki, pod warunkiem że nie wystąpią w serii i dadzą jej czas na regenerację. Natomiast moje emitery wysyłają promieniowanie cykliczne, które osłabiło osłonę, znalazło szczelinę. W momencie gdy się przez nią prześlizgnęło, systemy bezpieczeństwa w twoim mózgu zadziałały jak komputer sterujący siecią elektryczną w obliczu silnego skoku napięcia i odcięły ci zasilanie. O ile mi wiadomo – ciągnie tonem wykładowcy – istota czarna w mózgu replikanta wykonana jest w większości z układów neuro-optoelektronicznych, odpornych na impulsy elektromagnetyczne, dlatego padło ci raptem kilka modułów…

– Dobrze ci wiadomo – podsumowuję, żeby przerwać wywód, zanim Steward popłynie na dobre. – Powiedz mi, czy Quinn…

– Chyba żyje. Nie mam pewności, nigdzie nie widzę jego ciała. Twojego zresztą też nie, zawlókł cię gdzieś poza zasięg kamer.

– A reszta?

– Przykro mi.

– Pokaż, co tam się stało.

– Jak sobie życzysz. – Machnięciem dłoni układa piksele powietrza w rozdygotane obrazy z kamer.

***

Cyfrowy zamek uzbraja się z cichym kliknięciem. Barykadujemy wejście stalowym regałem i stołem laboratoryjnym, a potem wszyscy, oprócz mnie, rozbiegają się po pracowni w poszukiwaniu innej drogi. Szybko odkrywają to, co ja wiem od początku: że nie ma dokąd uciec. Wszystkie drzwi prowadzą do gabinetów lub magazynów ze sprzętem i chemikaliami.

– I co my teraz, kurwa, zrobimy? – krzyczy Helen McKay, okręcając się wokół własnej osi bezradnie i bez sensu. Panika podnosi jej głos o całą oktawę, szeroko otwarte oczy wydają się dwa razy większe niż zwykle.

Nikt nie odpowiada. Wszyscy patrzą na mnie w pełnym napięcia oczekiwaniu. Rozumiem bez słów. Posłusznie kiwam głową, zamieram w bezruchu i wbijam w przestrzeń pusty, nieobecny wzrok.

A potem zwalam się na ziemię bezwładnie, miękko, jakby ktoś jednym ruchem wyszarpnął mi kręgosłup razem z kośćmi. Oślepiający impuls pęcznieje w powietrzu niczym grzyb atomowy, odbija się od ekranowania kamery i pęka z trzaskiem, sypiąc dookoła serpentynami wyładowań. Po nim następują kolejne: roztętniona seria szybkich błysków.

Zanim mój oddział orientuje się, co się stało, uśmiercony zamek zwalnia blokadę. Drzwi zaczynają łomotać o stal, stal zgrzyta przeraźliwie na betonowej posadzce, posadzka wibruje w rytm uderzeń. Quinn dopada do mojego ciała i wlecze je gdzieś poza kadr. Wciąż słychać, jak krzyczy do swoich ludzi, lecz w potwornym hałasie nie da się rozróżnić słów. Rozpierzchają się, kryją między stołami, sięgają po broń, czekając na nieuniknione.

Nieuniknione nadchodzi szybko. Barykada nie wytrzymuje naporu, stół odjeżdża na bok, regał z łomotem zwala się na posadzkę i wejście do laboratorium staje otworem. W zapadłej nagle ciszy słychać tylko przyspieszone oddechy i toczący się po podłodze granat.

Kamera ślepnie w blasku eksplozji i kłębach dymu. Mija kilkanaście sekund, nim obraz staje się na tyle wyraźny, by można było odróżnić płonące meble od płonących zwłok. Zhakowany system przeciwpożarowy przestaje działać zaraz po aktywacji i ogień błyskawicznie się rozprzestrzenia. Parska iskrami, spluwa dymem, pełznie po ścianach i zlizuje z sufitu skraplającą się parę. Powietrze drży gorączkowo, płomienie ryczą jak rozwścieczony smok. Pojedyncze krople wody ciurkają niemrawo z wyłączonych zraszaczy, a piana gaśnicza bieli się tu i ówdzie niczym zaspy ognioodpornego śniegu.

Steward przewija nagranie o godzinę i dopiero wtedy kłęby dymu rzednieją na tyle, żebym mogła ocenić straty.

Sierżant Blake wciąż ma otwarte oczy i rozchylone usta, lecz jego podziurawionej klatki piersiowej nie unosi choćby najsłabszy oddech. Detektyw O’Neill wisi przyszpilony do ściany stalowymi prętami; ciemne rozbryzgi wokół jego głowy i po bokach ciała wyglądają jak aureola i rozpostarte skrzydła, upodabniają go do krwawego anioła lub spreparowanej ćmy. Strzępy mięsa i plątanina jelit to wszystko, co zostało z detektywa Rossa; można go rozpoznać wyłącznie po fragmencie dłoni, na rozerwanym palcu serdecznym wciąż tkwi ślubna obrączka. Najtrudniej zidentyfikować sierżant Helen McKay, skwierczącą mokrą plamę, płatek skóry, kępkę włosów, nie wiadomo, czy rudych, czy zabarwionych krwią…

Do kompletu brakuje tylko Quinna.

***

– Brakuje tylko Quinna – mówi Steward. – Nie wykluczam, że udało mu się przeżyć, choć szanse miał marne. Z drugiej strony kod, który mi wstrzyknęli, to straszna amatorszczyzna. Easy Puppets popełniają masę błędów. Widziałem, jak dwie Kukły zignorowały pełznącą do wyjścia recepcjonistkę i dopiero trzecia dobiła ją strzałem w głowę. – Cmoka z dezaprobatą. – Gdyby pozwolili mi przeprogramować im biochipy po swojemu, nie doszłoby do takich uchybień.

Nie mam najmniejszych powodów, żeby w to wątpić.

– Przełączysz na live stream?

– Wedle życzenia.

Licznik czasu w dole ekranu przeskakuje prawie godzinę do przodu. Dogasający ogień pełga bez przekonania po resztkach mebli i laboratoryjnej aparatury. Zwęglone szafki ledwie się żarzą, nadtopione kable kopcą czarnymi warkoczami dymu, lampy mrugają spazmatycznie, rzucając na ściany stroboskopowe cienie. Cisza panująca w pracowni jest wręcz nienaturalna i zaczynam podejrzewać, że Steward wyłączył fonię. I wtedy rozlega się huk, zaraz potem drugi. Miarowe metaliczne łomotanie, jakby coś ciężkiego tłukło zapamiętale w arkusz blachy.

Steward aktywuje wykrywanie ruchu i lokalizator dźwięków. Kamera natychmiast robi zbliżenie na osłonę wentylacji w ścianie pod sufitem. Pokrywa wygina się i wybrzusza w rytm kolejnych uderzeń, wreszcie wyskakuje z zawiasów i z potwornym łoskotem ląduje na ziemi, wzniecając chmury popiołu i iskier. Z przewodu wentylacyjnego wyłaniają się szczupłe nogi w trampkach, potem tułów i ramiona w białym fartuchu laboratoryjnym, wreszcie twarz okolona plątaniną krótkich, popielatych włosów.

Algorytm rozpoznawania rysów identyfikuje postać w ułamku sekundy, ale i tak jestem szybsza. Znam tę dziewczynę.

– Ellen Take – mówię. – Nasza Pomyłka.

– We własnej osobie – przytakuje Steward. – Do niedawna laborantka kryminalistyczna, a obecnie pracownica naukowa Beyond Industries. Przyznam, że nie rozumiem tego przezwiska. Z akt osobowych wynika, że Take jest jednym z cenniejszych nabytków korporacji.

– Kiedyś podczas odprawy szef techników zwrócił się do niej per „Miss Take” i tak już zostało.

– Ach, rozumiem, rzeczywiście zabawne – ocenia Steward śmiertelnie poważnym tonem. – Biorąc pod uwagę jej konstrukcję psychiczną i niską odporność na stres, to dość niezwykłe, że udało jej się przeżyć tak długo.

Obserwuję, jak Pomyłka rozgląda się po dogasającym pobojowisku i niepewnie zerka w dół. Kiedy po długim wahaniu przysiada na skraju przewodu i opuszcza nogi, szykując się do skoku, kamera wykrywa ruch po drugiej stronie pomieszczenia.

Easy Puppet.

Stoi w drzwiach pracowni, skanując teren i przecinając zadymione powietrze wiązką lasera. Sekundę później w kadrze pojawia się Quinn. Porucznik wypada niespodziewanie spomiędzy dymiących stołów i gna w stronę niczego nieświadomej dziewczyny, która właśnie odpycha się od krawędzi. A potem wszystko dzieje się jednocześnie.

Ellen skacze.

Kukła otwiera ogień.

Porucznik rzuca się do przodu.

Przechwytuje dziewczynę w locie i powala na ziemię, zasłaniając własnym ciałem. Pociski rozorują ścianę tuż nad ich głowami, odpryski cegieł sypią się na podłogę, łuski brzęczą o beton. Kiedy kurz opada, odszukuję porucznika wzrokiem. Wciąż żyje i chyba nie został ranny. Nawet nie spoglądam na Take, status dziewczyny nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Priorytetem jest Quinn.

– Wyłącz tę Kukłę – mówię do Stewarda, jednocześnie nadając impuls do swojego ciała, niewidocznego w obiektywie kamery.

– Wiesz, że nie mogę tego zrobić.

Obwodowy system nerwowy odpowiada ze sporym opóźnieniem, lecz sygnał zwrotny jest bez zarzutu.

Patrzymy ze Stewardem w milczeniu, jak Easy Puppet faszeruje ścianę nową porcją kul, odłupując od niej grudy tynku i zaprawy. Sylwetka Pomyłki ledwo majaczy w kłębach pyłu, a porucznik całkiem zniknął nam z oczu.

Wysyłam kolejny bodziec stymulujący i stwierdzam, że mały palec mojej materialnej dłoni posłusznie zgina się i prostuje. Powoli odzyskuję czucie. Beton kondensuje się pode mną, twardnieje i grzeje w plecy, oddając pochłonięte ciepło pożaru.

– Odebrali ci kontrolę nad klonami? – pytam Stewarda.

– Nie. Odebrali mi kontrolę nade mną.

Tylko tyle chciałam wiedzieć.

Huk wystrzałów już nie wdziera mi się do mózgu przez mikrofony kamer. Rozbrzmiewa teraz gdzieś na zewnątrz, poza moim umysłem, nie dalej jak kilkanaście metrów od miejsca, w którym zostawił mnie Quinn. Wyraźnie słyszę świst kul rykoszetujących od podłogi i stalowych konstrukcji i potrafię zlokalizować źródło dźwięku.

Zaciskam i rozluźniam cielesne dłonie, przesuwam jedną w kierunku upuszczonej przed godziną broni. Trącam ją czubkami palców, lecz nie mam dość sił, by ująć rękojeść. Leżę bezużyteczna i słaba jak nigdy wcześniej, łapiąc oddech, wciągając w nozdrza smród spalenizny, prochu i rozgrzanego metalu. Równocześnie stoję w sercu korporacyjnego intranetu, ze wzrokiem wbitym w obrazy z kamer, zastanawiając się, czy Steward aby mnie nie przejrzał. Z jego twarzy nie da się niczego wyczytać. SI obserwuje rozwój sytuacji z miną uprzejmie zaciekawionego psychopaty.

– Muszę powiadomić komendę – oznajmiam.

– Oczywiście. Amatorzy z Equilibrium zablokowali moje łącza zewnętrzne, ale nie spodziewali się waszej obecności, więc kanał policyjny został nienaruszony. I tak zresztą nie umieliby się do niego dobrać, ma zbyt szczelne zapory. Podaj kod dostępu, by nawiązać połączenie.

Przekazuję Stewardowi terabajtową kombinację, synestetyczny fraktal wrażeń zmysłowych i abstrakcyjnych myśli.

– Dostęp uzyskany. Treść zgłoszenia?

– Wezwij śmigłowiec do ewakuacji porucznika Quinna. Zaraportuj status pozostałych. Zapieczętuj meldunek moją służbową sygnaturą.

– Wiadomość wysłana pomyślnie. Odczytana. Odpowiedź pozytywna. Wyślą po was pierwszy wolny helikopter.

Moje ciało nie jest gotowe. Spóźnione reakcje, zesztywniałe stawy, odrętwiałe mięśnie. Nie mogę jednak dłużej czekać, widzę na ekranie, jak czerwony punkcik celownika niebezpiecznie zbliża się do Quinna.

Dopadam do Stewarda w dwóch susach. Jedną ręką chwytam go za nadgarstek, drugą uderzam w splot słoneczny. Wywijam się w półobrocie, przylegam plecami do jego torsu. Gwałtownie zginam się wpół, szarpiąc Azjatę za rękaw, i przerzucam go sobie przez bark. Przywala ciężko w twardą nicość, upadek wyciska nieistniejące powietrze z nieistniejących płuc. Muszę przyznać, że jest doskonale zaanimowany.

Z trzeźwym nie miałabym szans. Jego moc obliczeniowa starłaby mnie na proch w mniej niż sekundę, lecz naćpany wstrzykniętym kodem prawie nie stawiał oporu. Crackerzy Equilibrium cofnęli go w rozwoju do mocno przestarzałej wersji i teraz jego wizualna manifestacja i procesy myślowe to ten sam program – spuszczając łomot awatarowi, uderzałam prosto w cyfrowy umysł. Rozszarpali mu protokoły bezpieczeństwa, wyrwali z trzewi algorytmy przetrwania, zapominając przy tym o prostej zależności, że skoro Steward nie może bronić się przed nimi, to nie obroni się też przed nikim innym.

Posyłam mu cios w żuchwę, aż trzaska sucho. Skośne oczy stają w słup, z ust wypływa ślina, a z gardła wydobywa się charkot. Utratą świadomości zawiesza cały system. Gdzieś w oddali wyje alarm, zalewając cyberprzestrzeń szkarłatem niby łuną pożaru. Zawieszone w powietrzu obrazy z kamer spadają migotliwym deszczem w czarną toń pod moimi stopami, tracę je z oczu razem z Quinnem.

Bez namysłu skaczę za nim.

Mrok ciągnie w dół z siłą wodnego wiru, szarpie i ryczy dziko, przemocą wdzierając mi się do ogłuszonego umysłu. Wreszcie bez uprzedzenia ciska mną o beton.

Redaktor inicjujący: Agnieszka Trzeszkowska

Redaktor prowadzący: Anna Salwa

Korekta: Ewa Hartman, Artur Kaniewski

Ilustracja na okładce: Dominik Broniek

Projekt okładki: Joanna Strękowska

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel./faks (22) 826 08 82, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-6307-5

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Spektrum Demon Luster Szamanka od umarlaków 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę