Wietrzne Katedry. Tom 2

Wietrzne Katedry. Tom 2

Autorzy: Alice R. Reystone

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 29.76 zł

Ponad dwieście lat temu, kiedy natura obróciła się przeciwko człowiekowi, a całej cywilizacji groził upadek, nieoczekiwanie pojawiły się elfy. Zaoferowały ludziom przyjaźń i pomoc w zamian za możliwość osiedlenia. Wspólnie odbudowali świat ze zgliszcz. Jednak radość trwała krótko. Straszliwa zaraza doprowadziła do wymarcia wszystkich elfów…

Marzenie o Wietrznych Katedrach zaczyna stawać się rzeczywistością. Pięć fragmentów mapy zostało scalonych. Jednak mapa to nie wszystko. Przed śmiałkami droga do Metropolii i bardzo trudne zadanie. Muszą włamać się do pilnie strzeżonego Instytutu Medycznego, gdzie w jednym z inkubatorów Terminalu może się kryć ten, którego pomocy potrzebują – elf czystej krwi spokrewniony z księciem. Tymczasem konstable i viverny tropiące depczą im po piętach…

Alice Rosalie Reystone jest lekarką zawodowo udzielającą się we własnej przychodni dla zwierząt. Stan posiadania: jedno dziecko i czterech kocich terrorystów. Naturę kotów zgłębiła w stopniu doskonałym, dzieci do tej pory zrozumieć nie może, choć prace nad tym trwają. Wolne chwile poświęca uprawianiu hobby, jakim jest bajkopisarstwo dla dorosłych, a inspiracji dostarczają jej ciężkie brzmienia Evanescence, Nightwish oraz cudowny głos Tarji Turunen. Uważa książki, muzykę i kino za jedne z najcudowniejszych wynalazków ludzkości. Jest zodiakalnym bykiem, ale ma naturę kota-domatora i tylko kataklizm byłby w stanie wyciągnąć ją z domu. Bardziej od robienia oszałamiającej kariery i udziału w jakże popularnym w dzisiejszych czasach wyścigu szczurów interesuje ją spokojne życie w toskańskim stylu z dobrym winem oraz gronem sprawdzonych przyjaciół w tle.

A.R. Reystone to pseudonim polskiej pisarki fantasy, która debiutowała w 2010 roku. W Wydawnictwie „Nasza Księgarnia” ukazała się jej trylogia „Dziewiąty Mag”.

WIETRZNE KATEDRY Tom 2 Fragment

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

***

III. COGNOSCETIS VERITATEM, ET VERITAS LIBERABIT VOS

Strona redakcyjna

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Ciceron zerknął spode łba na elfa.

– Zanim przejdziemy do omawiania naszej współpracy, zechciej porozmawiać ze mną w cztery oczy.

Evander założył ręce do tyłu, przyjrzał mu się zdumiony. A może bardziej zaciekawiony?

– Chciałbym, PANIE – podjął opat pokornym tonem – żeby między nami nie było tajemnic, bo tylko tak będziemy w stanie w pełni sobie zaufać.

Teraz elf zmarszczył brwi. Słowa mnicha go zaniepokoiły. Przyjrzał się pozostałym; mieli nieprzeniknione twarze. Skinął głową, dłonią wskazał jedną z sof na końcu nawy głównej. Zanim ku niej ruszyli, Ciceron syknął w stronę Tancmistrza i Desire:

– Cokolwiek się wydarzy, zabraniam wam ingerować. Zrozumiano?!

Tancmistrz sapnął zaskoczony, zacisnął szczęki, spojrzał na Desire. Tamten zaklął.

– O co chodzi? – odezwał się Richard.

– A jak sądzisz? – wycedził płowowłosy mnich.

– Nie mogę i nie będę na to patrzeć – mruknął Desire i ruszył ku zakrystii.

– Na co?! – nie wytrzymał Dee, choć miny zakonników zdawały się mówić wszystko.

Tancmistrz spojrzał na niego martwym wzrokiem.

– Za chwilę Evander pozna faceta, który uważa się za mordercę wszystkich elfów.

Dee złapał się za głowę.

– Na Onyksową! Co mu odbiło?! Trzeba to powstrzymać!

Nie wymówił imienia, a jednak wszyscy doskonale wiedzieli, kogo ma na myśli.

– No przecież ten elf go zabije!

– Słyszałeś! – warknął zakonnik. – Mamy się nie wtrącać! Decyzja Cicerona. Uszanuj ją!

Ukląkł, zaczął zbierać drobiazgi z podłogi i upychać je na powrót w kieszonkach paska. Ruchy miał nerwowe, szczęki zaciśnięte, wzrok skupiony na własnych dłoniach. Z najwyższym trudem panował nad emocjami. Najchętniej pobiegłby na pomoc opatowi.

– Za chwilę znowu rozpęta się piekło, a ty mu nie pomożesz?! Nie pomożesz Ciceronowi?! – warknął Richard.

Niedowierzanie i oburzenie walczyły o pierwszeństwo na jego twarzy. W końcu skrzywił się z niesmakiem.

Tancmistrz nie odpowiedział, choć słowa Richarda wyraźnie wyprowadziły go z równowagi.

– Skoro tak traktujesz swoich przyjaciół, to cieszę się, że nie jestem jednym z ich! – rzucił jeszcze Dee.

Nie oglądając się na mnicha, ruszył w ślad za Evanderem.

– Szlag by trafił! – Tancmistrz cisnął pas na ziemię, palcami przeczesał włosy. – Desire!

Ciemnowłosy zakonnik zatrzymał się w drzwiach zakrystii i obejrzał się przez ramię. Zobaczył Richarda idącego nawą główną i wściekłego Tancmistrza. Natychmiast domyślił się, o co chodzi. Zaklął i zawrócił.

Tymczasem opat i elf dotarli przez gąszcz klepsydr, aulosów i trybularzy do końca nawy głównej. Evander skinieniem oczyścił sofę z pozostałości jakiejś klepsydry. Gestem zaprosił, by usiedli.

– Heeej! – wrzasnął Richard.

Zaczął gwałtownie gestykulować, by zwrócić ich uwagę, i udało mu się: ujrzał konsternację na twarzy Evandera oraz gniew opata. Przyspieszył kroku.

– Evander, nie słuchaj go! To, co zamierza powiedzieć, to stek bzdur i…

Ale jego krzyk skutecznie zagłuszyły odgłosy nasilającej się na zewnątrz burzy oraz… barykada z artefaktów, którą Ciceron błyskawicznie postawił w poprzek kościółka. Na jeden jego gest klepsydry, trybularze i aulosy zaczęły lgnąć ku sobie i budować mur podparty sofami oraz pobliskimi szafami. Konstrukcję tę opat wzmocnił zaklęciem dźwiękoszczelności.

Richard rozpędził się i z wrzaskiem uderzył barkiem w zaporę, ale nie zdołał jej przewrócić.

Nadbiegli Tancmistrz z Desire.

− Terminatus! – krzyknęli zgodnie. Artefakt za artefaktem, wszystkie zaczęły wracać na swoje miejsca, ale Ciceron nie poddał się tak łatwo: za sprawą jego zaklęć powstał kolejny mur. Evander obserwował to wszystko z boku ze skrzyżowanymi ramionami i wyrazem skrajnego zdumienia na twarzy.

Opat w końcu zrozumiał, że w ten sposób nie wygra tej bitwy. Wyciągnął dłoń. Trzykrotnie powtórzone Mortua poparte zaklęciem Silentium pozbawiło całą trójkę głosu, na dodatek unieruchamiając ją skutecznie: w ogromnej wyrwie z magicznych artefaktów tkwiło w różnych cudacznych pozach trzech wściekłych i bezradnych mężczyzn.

– Tak lepiej – mruknął zasapany Ciceron. – Doprawdy, wasza niesubordynacja bywa wysoce irytująca.

Uspokoił oddech. Westchnął. Podniósł oczy na Evandera.

– Wybacz, panie – szepnął. – Czasem trzeba poskromić przyjaciół, zwłaszcza tak lojalnych – dodał, wskazując mężczyzn – gdy w dobrej wierze próbują nie dopuścić do zrobienia tego, co słuszne. Wyznania win.

Elf patrzył na swoich gości w milczeniu.

– Za chwilę osądzisz starego człowieka – odezwał się znów opat. – Jakikolwiek będzie twój wyrok, przyjmę go z szacunkiem. Im jednak daruj, że chcieli ratować mi życie. Proszę tylko, byś nadal chciał z nimi współpracować, bo sprawa jest wielkiej wagi. A was – zwrócił się do uwięzionych przyjaciół – zobowiązuję do tej współpracy.

Evander zmarszczył brwi. Wskazał dłonią sofę. Teraz był już bardzo poważny. Rozsiadł się wygodnie w rogu kanapy, założył nogę na nogę i ponownie skrzyżował ramiona.

– No to słucham – mruknął.

Opat przycupnął na drugim końcu sofy, dłonie złożone jak do modlitwy wsparł o kolana. Rozejrzał się po kościółku, jak gdyby w jego kojącej atmosferze szukał podpowiedzi, jak rozpocząć i poprowadzić tę rozmowę. Milczał, a elf cierpliwie czekał.

Ciceron zerknął na Tancmistrza i pozostałych mężczyzn. Wydawali się przerażeni, lecz milczeli. Opat skrzywił się, westchnął, opuścił głowę. Wzrok utkwił w kamiennych płytach podłogi i cichym głosem zaczął znaną Richardowi opowieść.

Nie widział miny Evandera. Ujrzeli ją za to skrępowani czarami mężczyźni. Młody elf najpierw zdawał się zaintrygowany informacjami o pracy Cicerona w laboratoriach. Założył włosy za ucho i słuchał z uwagą. Ale z każdą chwilą niedowierzanie na jego pięknej twarzy mieszało się z coraz większym szokiem, gniewem… obrzydzeniem. W końcu opat doszedł w swej opowieści do momentu stypy w Palatium, w czasie której dowiedział się o spisku. Z załzawionymi oczami zsunął się z kanapy. Kolana uderzyły o podłogę. Jeszcze niżej pochylił głowę.

– Wybacz – szepnął niemal bezgłośnie.

Jednak w tym momencie wzburzony elf zerwał się na równe nogi. Doskoczył do staruszka. Wrzasnął. Magiczne latarenki rozświetlające wnętrze kościółka milionem błysków odbiły lśnienie z klingi miecza, który nagle pojawił się w ręku Evandera.

Dee z Tancmistrzem zamknęli oczy. Tylko Desire patrzył, a po twarzy płynęły mu łzy.

Opat ani drgnął. Dłonie elfa mocno chwyciły rękojeść, usta zacisnęły się z pogardą, ostrze świsnęło… Sekundę przed rozpłataniem staruszkowi gardła zmieniło kierunek uderzenia i z impetem wbiło się w tapicerkę sofy. A potem jeszcze raz i znowu.

Dopiero gdy wykwintny materiał zmienił się w strzępy, spod których zaczęło wyzierać drewno stelaża, Evander zdołał okiełznać emocje. Gestem przywołał łańcuszki trybularza leżącego opodal. Kolejne zaklęcie przemieniło je w linę, a ta okręciła się wokół ramion Cicerona. Inny jej fragment skrępował stopy staruszka, po czym silne szarpnięcie wyniosło go ku górze. Opat zawisł teraz głową na wysokości twarzy elfa i nogami nieco wyżej.

Koniuszkiem klingi Evander zmusił Cicerona do uniesienia brody. Spojrzeli sobie w oczy. Bladowodniste tęczówki opata przypominały naczynie po brzegi wypełnione żalem. Te drugie, szafirowe, nakrapiane srebrem − nocne niebo usiane gwiazdami. Biły z nich pogarda i obrzydzenie. Tych dwóch rzeczy elf nie zdołałby okazać bardziej niż tym jednym spojrzeniem.

– Dalej, starcze – wycedził. – Podaj mi jeden argument, dla którego mimo wszystko powinieneś żyć ty i twoi wspólnicy.

Opat oddychał ciężko, ale nie zrobił nic, by się bronić. Mokra od łez twarz ciągle zwrócona była ku elfowi. Powoli odetchnął jak człek, który nareszcie pozbył się ogromnego ciężaru.

– Z wyjątkiem żalu nie mam żadnego argumentu. Od tak dawna jestem gotów ponieść karę. Do Wietrznych Katedr dotrzecie beze mnie. Proszę jedynie, byś w drogę do Dzielnicy Elfów wziął z sobą tych mężczyzn. Życie poświęcili na ratowanie magicznych istot, znają sprawę jak nikt i wspomogą, bo to jedyna rzecz, jaką potrafią i jaką robią na co dzień. Jestem gotów…

Evander wykrzywił usta. Chciał coś powiedzieć, lecz jego uwagę odwróciło nagłe uderzenie wiatru o wrota świątyni. Spojrzał w tamtym kierunku i zamarł. Opuścił klingę, palce mocniej zacisnął na rękojeści miecza. Zmarszczył brwi. Czekał. I tylko oczy uważnie badały otoczenie. Mężczyźni spoglądali to na elfa, to na drzwi kościółka, przez które – zdało się – cała natura miała zamiar wedrzeć się do środka.

Burza przybierała na sile. Wiatr łomotał, wył, zawodził. Skoble, zawiasy, zamki, wszystko, co metalowe, tarabaniło, robiąc ogromny hałas i wywołując ciarki na plecach. Przez okna ujrzeli błyskawicę. A potem następną i jeszcze jedną. Wyglądały tak surrealistycznie. Niczym pociski rzucane w bitwie przez jakichś wściekłych gromowładnych bogów. Pioruny musiały uderzać gdzieś bardzo blisko i z ogromną mocą, bo mężczyznom zdało się, że przy każdym huku posadzka kościółka zaczyna drżeć i wibrować.

Evander szybkim spojrzeniem omiótł świątynię, meble, artefakty. Cisnął miecz na podłogę, a ten natychmiast zniknął. Elf nie zwrócił na to uwagi ani na zaintrygowane spojrzenia swych gości. Gestem utorował sobie drogę w oceanie bibelotów i szybko przemierzył wnętrze kościółka. Rozglądał się przy tym, jakby czegoś szukając.

Kanonada piorunów trwała nieprzerwanie. Pył trujących kwiatów i liany wciąż walały się na podłodze i meblach, ale to nie one były celem inspekcji Evandera. Po kilku minutach nerwowych poszukiwań, gdy nawałnica niemal zaczęła wdzierać się do wnętrza, elf wrócił do mnichów. Piękną twarz wykrzywiał gniew. Stanął przed Desire i Tancmistrzem. Spojrzał na nich groźnie, ale też jakby… ze strachem? Uniósł szczątki jakiejś klepsydry.

– Który z was to rozwalił?!

Milczeli, wciąż spętani zaklęciami. Jednym gestem elf uwolnił całą trójkę oraz Cicerona.

– Zapytam jeszcze raz – wycedził. – Który z was był takim głupcem, by z całej masy klepsydr zniszczyć właśnie tę jedną należącą do Mairin, elfki i pani tego domu?!

Zakonnicy spojrzeli po sobie.

– Jeśli to była twoja krewna… – bąknął Desire.

– Krewna? Krewna?! – spienił się Evander. – Cierpicie na jakiś defekt mózgu? Jesteście jedynymi przedstawicielami ludzkości o inteligencji ziemniaka czy cały wasz gatunek jest tak upośledzony?

Tancmistrz z Ciceronem i Richardem przezornie milczeli. Tylko Desire mruknął urażony:

– Mamy domieszkę elfiej krwi, gwoli ścisłości.

– Elfiej?! – wrzasnął Evander. – Żaden elf nie byłby na tyle głupi, żeby rozwalać klepsydrę rodową w rezydencji jej właściciela. Nawet jeśli ten właściciel od dawna nie żyje! Co ja mówię?! ZWŁASZCZA wtedy!

Wziął kilka głębokich wdechów, by uspokoić emocje. Groźnym szeptem znów zwrócił się do Desire:

– Panie ćwierćelf, znasz pan psalm dwudziesty czwarty?

Ciemnowłosy zakonnik zaprzeczył.

– No a pan, panie medyku? – zapytał Tancmistrza.

Ten również pokręcił głową. Evander skrzywił usta, potrząsnął głową.

– I z taką wiedzą, a właściwie jej brakiem, chcecie iść do Wietrznych Katedr? Gratuluję! – w jego głosie brzmiała pogarda. – Psalm zaraz usłyszycie. A skoro nie sposób ustalić, który z was dwóch za to odpowiada, razem będziecie błagać o wybaczenie. Skupcie się!

Desire z Tancmistrzem wyprostowali się odruchowo.

– Na wasze szczęście psalm nie jest zbyt długi. Zapamiętajcie go, jeśli chcecie przeżyć. O nim za chwilę. Teraz weźmiecie ten artefakt, zanurzycie go w wodzie, którą znajdziecie w aspersorium…

– W czym? – teatralnym szeptem zapytał Richard Cicerona.

– Kamiennym naczyniu z wodą święconą przy wejściu – odparł półgębkiem opat.

Elf instruował dalej, co jakiś czas zerkając na wrota kościółka, ulewę za oknem oraz posadzkę świątyni, której wibracje coraz mocniej czuli pod stopami. Drobinki kwiatowego pyłu unosiły się rytmicznie, podobnie jak fragmenty lian, tyle że w bardzo zwolnionym tempie. Richard przypomniał sobie, jak wchodzili do kościółka czerwonym chodnikiem, i zrozumiał, że ten spowolniony ruch nie wróży niczego dobrego. Ponownie skupił się na słowach Evandera.

– …nabierzecie też z kropielnicy zapas wody do naczynia, które przy niej znajdziecie. Aha, nie wolno zapomnieć o trybularzu! Tak, trybularz i psalm to podstawa! – mruczał gorączkowo elf.

Wcisnął Desire zniszczony artefakt do rąk, rzucił „chwila” i pobiegł ku miedzianej wannie z sukulentem. Oderwał z niego kilka listków. Z garścią zasuszonych kłaków pomknął ku nawie poprzecznej z fortepianem. Nie widzieli, co tam robił, jednak po chwili wrócił zdyszany z maleńką starą kadzielnicą w drugiej dłoni. Kwieciste ornamenty zdobiące jej pokrywę i koszyczek dawno nie były czyszczone, podobnie jak srebrne łańcuszki, co mogło zastanawiać w tym królestwie zadbanych bibelotów.

– Trzymaj! – Podał trybularz Richardowi. Ten złapał artefakt i chwilę dzierżył w wyciągniętych przed siebie rękach niczym bombę na moment przed eksplozją. – Za łańcuszki! – Elf popatrzył na niego zdegustowany. Uniósł pokrywkę kadzielnicy. Mrucząc pod nosem, że to musi wystarczyć, roztarł dłońmi listki argemonii i włożył je do wnętrza naczynia. Odwrócił się ku Desire i Tancmistrzowi i wyrwał każdemu z nich kilka włosów, które także włożył do środka. – Teraz uwaga – rzekł, ponownie zwracając się w stronę mężczyzn − wychodzicie głównym wyjściem na zewnątrz i dalej w lewo, w stronę cmentarza. Jeden z was niesie klepsydrę, drugą ręką okadza wszystko dookoła. Drugi kropi. Byle solidnie. Aha! I ani na moment nie zapominać o psalmie.

– Po co kropić wszystko, co i tak już jest mokre?

– Desire! – Tancmistrz szturchnął przyjaciela. – Limit kompromitacji wyczerpałeś dawno temu!

– No co? Tego zwyczaju elfów akurat nie znam.

Evander westchnął.

– Dokształcę cię, panie ćwierćelf, jeśli przeżyjesz i wrócisz. Obiecuję. Na skraju cmentarza, pod murem, znajdziecie zwykły, kamienny nagrobek. Na nim urnę z czarnego marmuru z harfą na wieku. Umieścicie klepsydrę w środku urny i dokładnie zamkniecie, cały czas powtarzając psalm pokutny. Jeśli nie potraficie śpiewać, możecie recytować. Byle wyraźnie i bez przerwy. I za nic nie patrzcie na to, co stanie wam na drodze, nie cofajcie się i nie uciekajcie. Zrozumiano?

Mnisi w milczeniu skinęli głowami.

– Teraz psalm. Słuchajcie i zapamiętajcie. Uwaga!

Evander przymknął oczy i zanucił jakąś piękną pieśń o skomplikowanej melodii. Wibracje podłogi znów się nasiliły, a elf ciągle nucił. Po chwili Desire nie wytrzymał.

– Stop! Przestań! Nie sądzisz chyba, że bezbłędnie zapamiętamy ten tekst w takim krótkim czasie. Wymyśl coś innego!

W oczach Evandera nagle pojawiła się rezygnacja. Sapnął z trudem, jakby ogromny kamień leżał mu na piersi.

– To się nie uda. Już nie żyjemy… – szepnął.

– To daj nam klepsydry z mapą i zwiejemy przez szklarnię.

– My tak, a oni?! – wtrącił się ostro Tancmistrz, kiwnął głową w stronę Evandera i ciągle leżącej we wnętrzu argemonii Evan. – To nie czas na durne żarty! Desire! Co z tobą? Nie poznaję cię!

Gwałtowna reprymenda sprawiła, że mnich się ocknął i mruknął:

– Jasne, masz rację, głupi pomysł, chodźmy.

– Evander… – Tancmistrz potrząsnął elfa za ramię, aż ten się wzdrygnął. – Teraz ty się skup. Rozumiem, że trzeba wybłagać u Mairin przebaczenie, ale psalm jest za długi. I zbyt skomplikowany. Możemy jakoś inaczej dogadać się z panią tej rezydencji?

Elf tylko pokręcił głową.

Tancmistrz przygryzł usta.

– To może wystarczy recytować fragment? Który?!

– Nam, niegodnym, racz odpuścić, dom skalany oczyścimy, święty dym i święta woda niechaj zmyją nasze winy…

– Dużo lepiej.

Podczas gdy Tancmistrz z Desire ćwiczyli tekst, elf podszedł do Richarda. Pochylił się nad trybularzem. Chwilę pocierał opuszki palców, aż zakwitł między nimi nieśmiały płomyk. Ostrożnie strzepnął go do kadzielnicy. Oddychając płytko i nerwowo, Evander rozejrzał się kilka razy na boki. Coraz mocniejsze wibracje podpowiadały, że należało się spieszyć. Elf dmuchnął na brunatne kłaki. Smużka dymu – niczym stara wstążka niesiona wiatrem – uniosła się ku niemu, podobnie jak cudowny, żywiczny zapach. Evander zamknął pokrywkę. Odwrócił się do Tancmistrza i Desire.

– Gotowi?

Płowowłosy zakonnik w milczeniu odebrał z jego rąk trybularz. Zacisnął usta i potwierdził stanowczym skinieniem. W drugiej dłoni dzierżył odebraną Desire klepsydrę. Nie oglądając się na przyjaciół, ruszył ku wyjściu. Odprowadzali go wzrokiem, podziwiając jego odwagę i determinację, podczas gdy on oprócz fragmentu psalmu powtarzał sobie w myślach: „Dam radę, zrobię to dla ciebie, dam radę…”. Dłoń kurczowo zacisnął na klepsydrze, by jej drżenie nie zdradziło, jak bardzo obawia się nieznanego. Drugą ręką machnął energicznie, a wtedy obłok dymu, który uleciał z trybularza, owinął się wokół niego na podobieństwo opończy.

Desire pognał za przyjacielem. Dobiegłszy do aspersorium, zdążył nabrać wody do kunsztownej miski, którą tam znalazł, i chwycić kropidło. Wykrzykując: „Nam, niegodnym, racz odpuścić!”, ruszył śladem Tancmistrza, kierując się kłębami dymu, w których zniknął płowowłosy mnich. Wrota świątyni gwałtownie zamknęły się za nimi.

Pozostałym zdało się, że gdy mnisi przekraczali próg, wychodząc naprzeciw burzy, coś ulotnego minęło ich, przedostając się do wnętrza kościółka. I nie pomylili się. Podczas gdy Tancmistrz z Desire w oparach dymu i strugach wody kroczyli ku zabytkowym nagrobkom, w nawie głównej zaczęła materializować się postać kobiety…

* * *

Evander zbladł, cofnął się, zachwiał.

– Tylko nie to! – wykrztusił zbielałymi ustami.

Richard z Ciceronem wymienili spojrzenia. Nie rozumieli, co tak wystraszyło elfa. JESZCZE nie. Lecz po chwili, gdy po posadzce od strony wrót zaczął snuć się ku nim grafitowy dym − a może obłok? – dostrzegli przyczynę paniki Evandera. Cienkie pasma dymu, pełznące niczym kłęby splątanego robactwa, gwałtownie zaczęły się wypiętrzać i jednocześnie przybliżać.

Kobieta, która wyłoniła się z oparów, z początku wyglądała jak kiepski rysunek wymalowany na szkle palcem umaczanym w czarnej farbie. Z każdą chwilą rozmyte kształty nabierały jednak ostrości, a przezroczystą postać wypełniła barwa. Grafit. Wszystko w tej kobiecie było w odcieniach szarości i czerni, z białkami oczu i ustami włącznie. Długie warkocze spływały ku ziemi, podobnie jak suknia i peleryna, którymi była okryta. Przeguby jej rąk zdobiły bransolety z klejnotów tak mrocznych jak najczarniejsza otchłań rozpaczy. Identyczne kamyki, wplecione w warkocze, i materiał odzienia, sprawiały wrażenie, jakby kobieta obsypana była maleńkimi czarnymi diamentami. Nie nosiła naszyjnika, lecz kamień, który zdobił jej dekolt – bez oprawy, zawieszony na prostym łańcuszku – zdawał się pochłaniać otaczające światło, miast nim błyszczeć.

Istota zaczęła sunąć ku nim. A im była bliżej, tym ciemniej robiło się wokół. Była piękna i straszna jednocześnie. I jakby zawieszona ponad czasem. Swoją uwagę skupiła na elfie, wyciągnęła ku niemu rozcapierzone palce, a wtedy dostrzegli armillę wtopioną w jej ramię. Kamienie były mroczne i wyglądały jak żywe. Zdawały się nie tworzyć jednego wzoru na ramieniu zjawy, lecz „płynąć” po powierzchni skóry, pulsować. Kobieta wykrzywiła usta.

– Evandeeer…! – krzyknęła.

A może zasyczała? Dźwięk był tak okropny, że Richardowi przeszły ciarki po plecach. Teraz i on poczuł strach. Usłyszał jeszcze jęk elfa. Kątem oka dostrzegł, że znów się zachwiał. Zdążyli go wraz z Ciceronem złapać, nim padł bez zmysłów na posadzkę kościółka…

* * *

– Nam, niegodnym, racz odpuścić. Dom skalany oczyścimy… – Dłoń Desire raz po raz zanurzała kropidło w naczyniu z wodą, następnie z rozmachem polewała wszystko wokół.

Szli już chwilę chodnikiem z szarych płyt ku cmentarzykowi, na zmianę recytując słowa psalmu. Obłoczek naprędce wyczarowanych latarenek – wspomagany przez podobne ogromnym iskrom błyskawice – przełamywał wszechobecny mrok.

Zgodnie z instrukcją nie rozglądali się wokół. Wpatrzeni we własne buty i niewielki fragment drogi przed sobą pokonywali kolejne metry przybliżające ich do wiadomego nagrobka. Desire nie miał pojęcia, czy to psalm, woda z kropielnicy, czy też dym uwalniany z trybularza przy każdym wahnięciu sprawiły, że ściana wody rozstępowała się przed nimi jak kurtyna uniesiona niewidzialną dłonią. A może tylko tak mu się zdawało? Może to jedynie intrygujący zbieg okoliczności? Tak czy inaczej odnosił wrażenie, że znaleźli się wraz z Tancmistrzem jakby w kokonie. Strugi deszczu lały się wciąż intensywnie, błyskawice uderzały całkiem blisko, ale na nich nie spadła ani jedna kropla. Jak gdyby jakiś opiekuńczy duch rozłożył nad nimi niewidzialny parasol. Odgłosy burzy też dochodziły ich stłumione, zniekształcone.

„Więc to takie uczucie znaleźć się w oku cyklonu” – pomyślał Desire, patrząc na ulewę szalejącą dosłownie na wyciągnięcie ręki.

– Nam, niegodnym, racz odpuścić… – wyrecytował i natychmiast zastanowił się, czemu Evander zabronił patrzeć na to, co zastąpi im drogę, cofać się lub uciekać. Przecież nie było tu nikogo…

„Bez powodu by nas nie ostrzegał. A jeśli tylko chciał nas nastraszyć? Dać nam nauczkę? Nie. Sam był zielony ze strachu. Aż tak dobrze nie mógł udawać”.

Ale oto zbliżali się do celu. Latarenki zacumowały opodal muru. Mrok ustąpił pola jasności. Ujrzeli prosty grób z płytą z ciemnego kamienia, na nim urnę z… uchyloną pokrywą! Czarna harfa w świetle błyskawic wyglądała niczym zrywający się do lotu nietoperz. Wzdrygnęli się na jej widok. Tancmistrz mocniej zakołysał trybularzem, dobitniej wyrecytował psalm. A może tylko jego przyjacielowi tak się zdawało? Ukradkiem porozumieli się wzrokiem. Desire zobaczył niepokój w oczach płowowłosego mnicha i zrozumiał, że jego też zastanawia ten kompletny brak przeszkód. Postawił naczynie na płycie nagrobnej. Zanurzył ponownie kropidło.

– Nam, niegodnym, racz odpuścić – wypowiedzieli głośno i wyraźnie.

Tancmistrz jeszcze mocniej zamachał kadzielnicą. Obłok dymu pochłonął ich i… znieruchomiał! Znów wymienili spojrzenia. Desire wyszarpnął zza paska spluwę. Tancmistrz pokręcił głową, a Desire skrzywił się, zacisnął szczęki. Odłożył pistolet na płytę nagrobną. Głową wskazał urnę. Gestem zasygnalizował, że otworzą ją „na trzy”.

– Obyś nie miał kłopotów z koordynacją − mruknął Tancmistrz i wręczył przyjacielowi trybularz.

– Ja wsadzam klepsydrę, ty machasz. Trzy machnięcia, jedno skropienie – poinstruował. – Nam, niegodnym, racz odpuścić! – zaintonował głośno, złapał za harfę i uniósł pokrywę urny…

* * *

– Mairin! – szepnął Dee.

Zjawa zbliżała się, elf leżał nieprzytomny, a Ciceron… rozglądał się bezradnie! Richard szybko przeanalizował sytuację.

– Zatrzymaj ją! – wrzasnął do opata.

– Jak?!

– Na Onyksową Harfę! Zaklęciami oczywiście! Jakimikolwiek!

– To nic nie da!

– Da! Czas, którego potrzebuję! – warknął Dee i pognał w kierunku argemonii.

Usłyszał następny krzyk zjawy, zaklęcie Mortua i kolejne, ujarzmiające Cicuro. Zjawa wciąż jednak ni to syczała, ni to jęczała. Zaklęcia opata musiały być albo zbyt słabe, albo na Mairin nie działały.

Richard czuł, że musi się sprężać. Dobiegł do wanny z sukulentem, nie zatrzymując się, urwał kilka zasuszonych kłaków i natychmiast zawrócił. Złapał pierwszy z brzegu trybularz. Z trofeami w garściach wrócił do swych kompanów. Podczas gdy Ciceron próbował coraz to nowych zaklęć, by zatrzymać Mairin, Richard wyrwał Evanderowi kilka włosów. Razem z listkami argemonii włożył je do trybularza i… dopiero w tym momencie uświadomił sobie, że nie ma czym wykrzesać ognia, a odpowiednich zaklęć rozpalających nie zna! Zrozumiał też, że stary zakonnik zbyt pochłonięty walką nie zdoła mu pomóc.

– By to elfia zaraza! Ciceron, potrzebne zapałki!

Opat jedynie pokręcił głową i rzucił kolejny urok.

– Zapalniczka?! COKOLWIEK!

Między jednym zaklęciem a drugim opat wskazał wzrokiem okna i wrzasnął:

− Oni mają! Wymyśl coś! Byle szybko! − I znów skupił się na bitwie z Mairin.

Ale nie mieli czasu, bo zjawa była już w odległości kilku kroków od stóp elfa i wciąż parła do przodu. Jakkolwiek Ciceron się starał, jego zaklęcia jedynie ją spowalniały, a z każdą chwilą stawała się też mroczniejsza i bardziej agresywna. Kamień na jej szyi coraz intensywniej pochłaniał światło kościółka. Powietrze stało się lepkie, duszne. Richard miał uczucie, jak gdyby jakaś niewidzialna istota położyła spocone dłonie na jego szyi i zaczęła dusić.

Drgania posadzki i kwiecistego pyłu znów się nasiliły. Dee zerknął na opata, który poruszał się jak na zwolnionym filmie: każde machnięcie ręką, ruch warg, obrót głowy trwały tak surrealistycznie długo. Richard czuł, co stanie się za chwilę. Zimny pot spłynął mu po plecach. Z największym trudem rozejrzał się w poszukiwaniu źródła ognia. Świat zawirował mu przed oczami. I nagle, przez kakofonię jęków zjawy i huki piorunów, usłyszał śpiew, poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Z ogromnym trudem odwrócił głowę i ujrzał… Evangeline! Nucąc psalm, podniosła pokrywkę trybularza. Wrzuciła kilka własnych włosów, potarła palce, a wtedy maleńka iskierka spłynęła do wnętrza naczynia. Kobieta zamknęła kadzielnicę, odebrała ją z rąk Richarda, rozhuśtała z trudem. Nieśmiały wężyk dymu uleciał przez oczka trybularza.

– Woda, Dee!

– C-co?!

– Nabierz wody z aspersorium i polewaj. Szybko!

Następnych kilka minut było najdziwniejszymi w życiu Richarda. Czas zdawał się przyspieszać i zwalniać w sposób zupełnie niekontrolowany. Dee nie miał pojęcia, jakim cudem udało mu się dotrzeć do kropielnicy i z zapasem wody w znalezionym naczyniu wrócić do Evangeline. Nie miało to znaczenia. Współpraca. Jedynie to się liczyło. Starsza pani intensywnie machała trybularzem, głośno śpiewając psalm pokutny, podczas gdy Dee dłonią nabierał wody i rozpryskiwał ją wokół.

Ciceron słabym głosem ciągle próbował na Mairin zaklęć, lecz niebawem znieruchomiał na podłodze koło Evandera. Zjawa jeszcze się zbliżyła.

Evan zdwoiła wysiłki. Richard zobaczył zmęczenie na jej twarzy i zrozumiał, że niedawno wzmocniona we wnętrzu argemonii kobieta słabnie. Dee wsłuchał się w słowa psalmu, a potem jego głos dołączył do głosu Evan. Z początku nieśmiało, ale z każdą chwilą śpiewał coraz pewniej i donośniej. Otoczył ich obłok dymu z kadzielnicy. Zjawa zatrzymała się jak gdyby zdezorientowana. Zupełnie jakby zniknęli jej z oczu.

Wsłuchana w słowa psalmu zakołysała się, a po chwili cała postać Mairin… zaczęła się zmieniać! Grafit i czerń stopniowo ustępowały szarości stali, jasności srebra. Evangeline mocniej machnęła trybularzem. Kolejny obłok uleciał przez jego oczka, opatulając zjawę pachnącym szalem. Mairin przymknęła oczy. Westchnęła niemal z… rozkoszą i mocniej się zakołysała. Jej postać znów się zmieniła. Włosy, skóra, ubranie, armilla, klejnoty, wszystko teraz połyskiwało srebrzyście.

Richard nie potrafiłby wyjaśnić, dlaczego to zrobił, lecz pod wpływem impulsu chlusnął na istotę całą zawartość naczynia. Mairin opuściła ręce. Jej ciało unoszące się w powietrzu błysnęło jasnością platyny, okręciło się wokół własnej osi. Ona sama wydała z siebie jakby jęk ulgi i zastygła z opuszczoną głową oraz przymkniętymi oczami!

Dee się rozejrzał. Nawałnica za oknem przycichła. Drgania podłogi i kwiatowego pyłu stopniowo ustawały. Czas przestał płatać figle. Wszystko wokół zdawało się wracać do normy. Opat z Evanderem zaczęli odzyskiwać świadomość i podnosić się z podłogi. I tylko Evangeline ciągle machała kadzielnicą, głośno wyśpiewując psalm pokutny. Zobaczył, że oczy ma przymknięte i cała się trzęsie ze strachu. A może zmęczenia?

Podszedł do niej. Łagodnie, ale stanowczo wyjął trybularz z jej rąk. Potem zwyczajnie go upuścił. Naczynie zamarło niedaleko ich stóp na posadzce. Smużki dymu wciąż ulatywały przez jego oczka, kiedy Richard objął starszą panią, przytulił i pogładził po włosach.

– Już dobrze – szepnął.

Odruchowo wtuliła się w niego. Zapach pinii i górskich potoków zmieszał się z wonią kadzidła.

– Już dobrze. Udało nam się. Słyszysz, Evan?

W odpowiedzi mocniej przylgnęła do niego. Jej zapach go… oszałamiał! Serce tłukło się w piersi niczym ryba złapana w sieci. Tłumaczył sobie, że Evangeline wiele przeszła, ale czy jej reakcję na pewno powinien brać jedynie za strach i zmęczenie? Jej ciało zdawało się mówić zgoła coś odmiennego. Jego zresztą też! Właśnie beształ się w myślach, że zamiast domagać się wolności i odczarowania Mai, obłapia jej gnębicielkę, gdy usłyszał:

– Pięęknie! To my narażamy życie, szwendając się ciemną nocą po cmentarzu, a nasz kochaś, jak widzę, świetnie się bawi.

– Desire! – dobiegło go ostrzegawcze warknięcie Tancmistrza.

Ten niezrażony kontynuował:

– I patrzcie, jaki niestały w uczuciach! – zarechotał ciemnowłosy mnich. – Najpierw ślubował miłość po grób ślicznej bestyjce, potem niebieskołuskiemu zwierzakowi. Teraz przerzucił się na kobiety MŁODE INACZEJ! Coś pominąłem? Ach, no tak, czterokołową „niewiastę” czekającą przed kościółkiem. I chyba tylko tej jedynej pozostanie wierny.

Evander spojrzał zdezorientowany na Cicerona.

– Zaraz, czy on miał na myśli moją siostrę? – szepnął.

– Nieee! Skąąąd! – odparł zakonnik z miną niewiniątka, ale gdy tylko elf odwrócił głowę, posłał Desire mordercze spojrzenie.

Tymczasem Evangeline otworzyła oczy. Spojrzała na Richarda, jakby zastanawiając się, co ciemnowłosy mnich miał na myśli. Ujrzała w oczach Dee zażenowanie.

– Nie słuchaj go – szepnął prosto do jej ucha. – Często plecie jak potłuczony. Odpoczniesz, zregenerujesz siły, ale potem zażądam od ciebie wielu wyjaśnień – dokończył już bardzo stanowczo.

Nie czekając na jej reakcję, wziął ją na ręce i ruszył ku argemonii.

– Dziękuję za pomoc, ale to jeszcze nie koniec!

Uwolniła się z jego objęć. Niespiesznie podeszła do zjawy. Przyklękła na jedno kolano i pochyliła głowę.

– Evander! – ostrym tonem zwróciła się do brata. Ten skrzywił się i niechętnie dołączył do niej. – Wiesz, co robić! – rzuciła, gdy ukląkł tuż obok.

Mnisi obserwowali to wszystko w milczeniu, nie rozumiejąc sensu tej ceremonii. Do czasu.

– Dość podłości. Czas to zakończyć! – powiedziała cicho Evan. – Zbyt długo żyliśmy w kłamstwie. Nie jesteśmy święci, lecz możemy błagać o wybaczenie.

Elfka przeniosła spojrzenie na własne ramię. Evander zerknął na nią ze strachem.

– Na pewno?…

– Na pewno! – Odpowiedziała mu zimnym spojrzeniem. – Musimy to zrobić. Oczyścić się. To nas zatruwa. Nie widzisz tego? Wiecznie chcesz żyć w ten sposób?!

– Evangeline…

– Dość!

Elf zacisnął zęby. Wzdychając, rozpiął surdut, rzucił go na posadzkę opodal. Tuż obok wylądowała koszula. Po chwili Evander klęczał przed zjawą nagi do pasa. Stare blizny biegły przez jeden z jego boków. Był szczupły i niemal cherlawy jak zagłodzony dzieciak, czego nie sposób było się domyślić, gdy widziało się go w dobrze skrojonym ubraniu.

Evangeline nie spojrzała na brata. Wzrok skierowała ku własnemu ramieniu. Zacisnęła usta. Drobne palce dotknęły jednego z kryształów armilli. Przez chwilę jeszcze się wahała, lecz nagle wbiła paznokcie w ciało. Grymas cierpienia rozlał się po jej twarzy.

Richard zrobił krok, jakby chciał wtrącić się w ten dziwny ceremoniał, lecz Ciceron powstrzymał go gestem. Tymczasem paznokcie Evan zagłębiły się w jej ramię. Pomarszczona twarz była mokra od łez. Starsza pani bardzo cierpiała, ale z uporem próbowała wyrwać z własnego ciała jeden z kamieni. Richard poczuł ostry ból w piersi i zabrakło mu tchu.

„Tylko nie teraz!” − pomyślał o nadciągającym ataku.

Nie bacząc na własne zdrowie, znów chciał ruszyć ku Evan, by przerwać jej cierpienia. W tym jednak momencie do elfki podszedł Tancmistrz, kucnął i położył przed nią… nóż! Ileż spokoju, a jednocześnie litości było w jego spojrzeniu! Staruszka uśmiechnęła się przez łzy.

– Akt miłosierdzia… Dziękuję, nie skorzystam. Nie zasługuję…

Przymknęła oczy i z całej siły szarpnęła ponownie. Jej krzyk wzniósł się pod sklepienie kościółka. A było w nim tyle bólu, rozpaczy, tajonych żalów, że zgromadzonym mężczyznom smutek ścisnął gardła, i teraz to oni z trudem powstrzymywali łzy. Evan otworzyła oczy, spojrzenie skierowała ku wnętrzu dłoni. Ostatni raz zanuciła psalm. Spływające łzy mieszały się z krwią, omywając kryształ tak brutalnie odebrany ciału.

Kiedy skończyła, spojrzała na brata. W milczeniu wyciągnął ku niej rękę z fragmentem własnej armilli równie mokrym od krwi. Usta Evangeline wykrzywił podziw.

Rodzeństwo zwróciło się ku zjawie. Ta nadal wisiała nieruchomo w powietrzu z opuszczoną głową. Dwoje elfów zamruczało psalm pokutny, po czym każde włożyło swój kryształ w jedną z dłoni Mairin. Jeśli zebrani czekali na odgłos upadających i roztrzaskujących się o posadzkę klejnotów, musieli być mocno zaskoczeni, bo oto zjawa… zacisnęła dłonie na kryształach! Głośno westchnęła, uniosła głowę, otworzyła oczy. Podniosła ręce na wysokość twarzy i przyjrzała się ich zawartości. Płynnym ruchem wtopiła jeden z kamieni we własną armillę. To samo uczyniła z drugim. Bransoleta ożyła. Pulsując i płynąc po ramieniu właścicielki, utworzyła całkiem nowy wzór. Mairin spojrzała na rodzeństwo. Obydwoje aż się wzdrygnęli. Milczała dłuższą chwilę, w końcu usłyszeli:

– Wasz psalm pokutny dotarł do mych uszu. Wybaczam…

Jej głos przypominał szum strumienia, jednak słowa były wyraźne. Evan i Evander odetchnęli z ulgą. Podnieśli się z kolan, porozumieli wzrokiem, pokłonili zjawie.

Ciceron trącił Tancmistrza, gestem dał do zrozumienia, by ten opatrzył rodzeństwo. Podczas gdy płowowłosy mnich zajął się ranami elfów, Mairin, krążąc wokół, ponownie zaszeleściła:

– Proszę, proszę! Wasza dwójka w końcu zdobyła się na odwagę. Choć nie z własnej woli, jak widzę. Tak długo robiliście wszystko, by mnie nie spotkać. Pech chciał, że zniszczyłeś moją klepsydrę i uruchomiłeś swój własny armagedon. A potem już nie było odwrotu, co, Evander? Szkoda tylko, że na przebłaganie wysłałeś tamtych dwóch mieszańców wyjących jak obłąkane koty.

Brwi Desire uniosło zdumienie, Tancmistrz tylko chrząknął rozbawiony.

Zjawa kontynuowała:

– No, ale odwaga nigdy nie była mocną stroną mężczyzn w waszej rodzinie.

– Pani… – bąknął urażony elf.

– Mów mi kuzynko! Przecież od teraz jesteśmy niemal jak rodzina, choć wolałabym w niej mieć raczej jego. – Zjawa kiwnęła głową ku Dee. – Z was wszystkich najodważniejszy. Jest nadzieją na…

Ale Richardowi nie było dane usłyszeć, czego jest nadzieją, bo świat wypełniony artefaktami, mnichami, zjawami raptownie zawirował i zgasł.

* * *

– Miałem atak? – wyszeptał, kiedy w końcu otworzył oczy.

– Nie. Zwyczajnie KAWA Kinnona przestała działać. Musiałeś odespać i tyle. – Usłyszał chichot Desire.

Dee uniósł się na łokciach i się rozejrzał. Świtało, więc bez problemu mógł zlustrować otoczenie. Leżał na jednej z kanap w nawie głównej. Tuż obok, na jakimś zydlu siedział Desire i porządkował zawartość swego pasa na drobiazgi. Nad jego głową koło jednej z kolumn, niczym przezroczysty latawiec, zawisła w powietrzu platynowa postać Mairin. Cała nawa główna była dokładnie uprzątnięta i absolutnie nikt nie domyśliłby się, jak dramatyczne sceny miały tu miejsce ostatniego wieczoru.

– Tiaa? A ile spałem? – zaniepokoił się.

– Siedem godzin. Ale spokojnie, nic cię nie ominęło. Wszyscy potrzebowaliśmy odpoczynku. Tancmistrz opatrzył rodzeństwo. Teraz w zakrystii robi zapas leku dla ciebie i dla nich. Evan ciągle siedzi w argemonii, Evander śpi na antresoli. Ciceron też jeszcze się nie obudził. Jest tam. – Ciemnowłosy mnich wskazał wnękę biblioteczną, a wtedy Dee dojrzał starszego pana pochrapującego w fotelu. – Ja trzymam wartę i…

– A ja to co? Duch? – usłyszeli szeleszczący głos.

Desire założył włosy za ucho, wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– No tak, Mairin, nasza gospodyni. Specjalistka od kiepskich dowcipów. Chwiejna emocjonalnie i zachowująca się czasami jak nieznośny dzieciak. To musi być efekt długotrwałego zamknięcia w urnie. Dobrze, że się obudziłeś, bo zagadałaby mnie na śmierć!

– Hej, mieszańcu, słyszałam!

– Mówię ci, od tego jej gadania głowa boli. A jak się wkurzy, zaczyna szeleścić trzy razy szybciej.

I jakby dla udowodnienia swej tezy mrugnął do Richarda, potem głośno i od niechcenia rzucił:

– Ty patrz, Dee! Jeszcze jedna klepsydra zniszczona! Widziałeś? Tam leży! O rany, wygląda na starą i cenną.

Zjawa gwałtownie odwróciła głowę w stronę, którą wskazał Desire. Odpowiedziała mnichowi pogardliwym szumem, z którego zrozumieli co trzecie słowo. Coś o kundlach, skażonej krwi, pohańbieniu rasy, a wszystko to przeplatane słowami w nieznanym języku.

Desire zarechotał.

– Sam widzisz. Pół nocy mnie tak męczyła. Ale poza bezsensownym gadaniem w tej postaci jest niegroźna.

Richard ziewnął.

– Choć tyle dobrego, ale daj jej już spokój.

Wstał, przeciągnął się i od razu poczuł się lepiej.

– Dobra, skoro inni jeszcze śpią, trochę się ogarnę.

Jeśli Desire liczył na męskie pogawędki, rozczarował się okrutnie. Dee rzucił mu tylko „zaraz wracam” i tyle go widzieli. Odprowadzała go kolejna sprzeczka mnicha ze zjawą.

„Aż elfom staniemy się podobni…” − patrząc na Evandera, w myślach zacytował fragment mowy pogrzebowej innego elfa, Demitreosa. Ukłucie zazdrości przypomniało mu, że to jednak nigdy nie nastąpi. Że nieważne co zrobi on, CZŁOWIEK, to nawet za sto lat nie stanie się w połowie tak utalentowany czy przystojny jak ten tutaj schorowany cień elfa.

– Tylko nad własnym beznadziejnym charakterem mogę popracować. Dobre i to – mruknął pod nosem i wzdychając raz po raz, zamknął za sobą drzwi łazienki.

Gorąca woda zdawała się zmywać nie tylko brud, ale też zmęczenie i troski. Jednak dobry nastrój ponownie minął, gdy Richard zerknął w lustro.

„Hmm… Znów nie trzeba się golić” – pomyślał. Jednak, gdy przyjrzał się uważnie własnej twarzy, zamarł z dłonią na szczęce. Była gładka.

– Ciekawe… – mruknął.

Jakiś czas temu na tęczówkach koloru palonej kawy zauważył kilka błękitnych kropek. W przeciwieństwie do niebieskich oraz krwistych szczelin pojawiających się przy każdym ataku i niknących tuż po nim kropki na stałe zagościły na powierzchni tęczówek. Ale że były maleńkie i było ich niewiele, nikt włącznie z samym Dee nie zawracał sobie tym głowy.

Przyglądając się kilku ciemniejszym pasemkom włosów, poruszał palcami stóp, w których znów poczuł mrowienie. Nadal nic nie wiedział o własnej chorobie, ale przecież teraz priorytetem było odczarowanie Mai, a tajemnicze ataki – mniej uciążliwe, odkąd łykał leki Tancmistrza – mogły poczekać.

Odświeżony wrócił do sypialni. Elfa nie było.

– Do tego jeszcze szybki i cichy – mruknął. – Czy jest coś, w czym elfy są kiepskie?

Zerknął przez poręcz antresoli. Przez uchylone drzwi zakrystii dobiegały teraz stłumione głosy, ale w nawach kościółka nikogo nie było. Oślepiające słońce wdzierało się przez witraże do wnętrza, a wszechobecną ciszę przerywał sporadycznie śpiew ptaków. Dee zacisnął palce na balustradzie. Zamknął oczy. Pomału, głęboko odetchnął. Zapach kadzidła wypełnił jego nozdrza. Ukojenie. Spokój. Bezpieczeństwo. Cudownie było móc znowu poczuć to wszystko. Chwilę delektował się samotnością.

Nagle zapach się zmienił. Kadzidło rozproszył chłodny powiew. Dee otworzył oczy. Podskoczył wystraszony, bo oto zobaczył, że po drugiej stronie balustrady, na wysokości jego twarzy wisiała w powietrzu Mairin i spoglądała na niego przenikliwie. Sapnął i zaśmiał się nerwowo.

– Wybacz, nie chciałam cię przestraszyć – zaszeleściła, ważąc każde słowo. – Wiem, jak lubisz tę rezydencję. Jak o nią dbałeś. Wiele razy widziałam cię, jak rozkoszowałeś się…

„Rozkoszowałem?! Zaraz, czy ona mnie podglądała?! Szlag!…” – pomyślał zażenowany.

– …zapachem kadzidła, atmosferą tego domostwa – kontynuowała, a on westchnął z ulgą, że tylko kadzidło miała na myśli. – Są tylko dwie osoby, którym byłabym skłonna oddać MOJĄ rezydencję.

– Twoją? Myślałem, że…

– Źle myślałeś! – fuknęła. – Ten dom nadal jest mój! Ojciec tamtych dwojga pozbawił mnie życia i zagarnął to domostwo. Zwyczajnie mnie ograbił! Ale to nie znaczy, że przestałam się czuć jego właścicielką!

– Elf zrobił coś takiego?! Niemożliwe!

– A myślałeś, że czemu Evander i jego siostra unikali mnie tak długo? Jak widzę, i ty masz wiele mylnych pojęć o całej nacji elfów. Jakieś tysiąc lat temu byliśmy jeszcze uczciwi i prawi. Teraz nie zostało już z tego nic. Przesiąkliśmy zwyczajami ludzi. To nas zdeprawowało. Zawsze powtarzałam, że lepiej zginąć w wielkiej apokalipsie, niż wychodzić do ludzi, no ale czy ktoś mnie wtedy słuchał?

Szelest na moment ucichł.

„O rany! Mairin była w grupie elfów, które przyszły w czasie zagłady na teren Palatynatu! No jasne! Czemu wcześniej na to nie wpadłem?! Jest czystej krwi elfem! Dobra, duchem elfa albo czymś w tym stylu. Nieważne! Istotne, że wie, co trzeba! Ciceronowi i reszcie powie, jak dotrzeć do Wietrznych Katedr, mnie − jak odmienić Mayę! Genialne!”.

Zerknął na zjawę. Nadal wisiała w powietrzu, szeleszcząc coś pod nosem.

– Mairin – szepnął.

Uniosła głowę jak ktoś wytrącony z głębokiej zadumy.

– Chciałbym o coś zapytać.

– Jeśli o tę rezydencję, to nie martw się, dzieciaku – odparła pogodnie. – Jak powiedziałam, są tylko dwie osoby, którym oddam mój dom. Jedną z nich jesteś ty, a…

– C-co? Ja nie o tym.

– …drugą twoja żona.

– Żona?! – bąknął, zastanawiając się, jakim cudem rozmowa potoczyła się tak dziwnym torem i jak wrócić na właściwy. – Mairin, ja nie mam żony.

– Ale będziesz miał, a wtedy ta rezydencja stanie się waszym Palatynatem – zaszeleściła tajemniczo. – A teraz chodź do jadalni, nim ten ciemnowłosy dowcipny barbarzyńca pochłonie całe śniadanie.

– Ale!…

– Dość! W przeciwieństwie do mnie ty musisz jeść! Zwłaszcza teraz.

– Teraz? O czym ty mówisz?!

Ale nie było mu dane wypytać o nic więcej, bo Mairin rozpłynęła się między kolumnami kościółka.

Mrucząc pod nosem: „Może jednak nie należy słuchać tej pokręconej staruszki”, ruszył ku zakrystii.

* * *

Zakrystia wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał: przestronna wiejska kuchnia ze sporą częścią jadalną, w której królował stół o szklanym blacie wspartym na kryształowej klepsydrze. Kiedy Dee tam dotarł, Evander z Desire kończyli przygotowywać śniadanie. Mairin przycupnęła na którejś z belek pod sufitem. Jej błyszczące platyną ciało wyglądało jak drugie słońce, które jakby dla zabawy lub przez przypadek zakotwiczyło wśród belek. Pod oknem koło zlewu Tancmistrz kroił jakąś różową masę. Radził sobie z tym średnio, bo co rusz kleiła się do noża. Mruczał coś ze złością pod nosem, ale nie ustawał w wysiłkach. Opat siedział przy stole, popijając kawę. W całym pomieszczeniu unosił się jej aromat i mieszał z równie intensywnym zapachem herbaty owocowej. Richardowi ślinka napłynęła do ust na widok półmisków pełnych świeżego pieczywa, domowej roboty masła, dorodnych rzodkiewek czy pomidorów. Westchnął bezwiednie. Opat odwrócił głowę w jego stronę.

– O, jesteś. – Uśmiechnął się.

– Poszedłem się wykąpać. Na antresoli jest łazienka, więc po śniadaniu wy też możecie…

– Wiemy, śpiący królewiczu – odparł z ironią Desire. – Dokonaliśmy jej podboju, kiedy ty chrapałeś. Pomóż Evanderowi przygotować resztę, ja sprawdzę, czy nasza pani już się obudziła i…

– Nigdzie nie pójdziesz! – Głos opata stał się oschły, niemal nieprzyjemny. – Evander już kończy, a jeśli nie masz co robić, pomóż Tancmistrzowi kroić lekarstwo. Będzie szybciej. Richard i ja musimy zamienić słówko.

Desire skrzywił się i wzruszył ramionami. Podszedł niechętnie do Tancmistrza, a ten bez słowa wskazał mu jakąś puszkę. Kiedy mnich podał mu pojemnik, Tancmistrz nabrał odrobinę białego proszku, posypał stolnicę, rzucił na nią glut różowej masy, a potem wręczył Desire wałek do ciasta. Kiwnięciem głowy wskazał gluta.

– Wałkuj!

– Jaja sobie robisz!

– Byle cienko!

– Nigdy!

Tancmistrz nic nie powiedział. Z rozmachem wbił nóż w blat. W jego oczach było coś takiego, że przyjaciel już bez zbędnych protestów pospiesznie zabrał się za wałkowanie. Podczas gdy oni znęcali się nad różowym ciastem, Evander zaczął rozkładać talerze, a Ciceron głową wskazał ciemnowłosego zakonnika i uśmiechnął się do Richarda.

– Nie odstępował Evan na krok, kiedy spałeś – poinformował szeptem. – Troskliwie zaprowadził ją do argemonii, ale potem trzy razy chciał pójść ją budzić. Cały Desire. Lojalny przyjaciel i bystry, niezawodny kompan, w swym fachu perfekcjonista, ale gdy idzie o płeć przeciwną, jego inteligencja spada do poziomu klepki podłogowej. Na dodatek rozmoczonej. Dla takich facetów jak on są tylko dwa idealne miejsca na tym świecie – upił łyczek kawy – klasztor albo burdel.

– A rozważaliście kastrację? – Richard zachichotał.

– Ty wiesz, że nie? To może byłoby jakieś wyjście z sytuacji, tylko gdzie znaleźć śmiałka, który odważy się odciąć jego skarby? – Opat też się roześmiał.

Desire łypnął na nich groźnie. Było oczywiste, że nie usłyszał szczegółów, ale domyślił się, że to z niego się nabijają. Nagle jego mina się zmieniła. Zerknął ponad ramieniem Richarda w stronę drzwi. W jednej chwili całe naburmuszenie ustąpiło miejsca promiennemu uśmiechowi! Wyprostował się, wciągnął brzuch. Dee z Ciceronem zerknęli na niego z konsternacją. Ten, nieświadom swej głupiej miny na ubrudzonej mąką gębie, skłonił głowę i rzucił podejrzanie niskim głosem:

– Witaj, pani. Mam nadzieję, że…

– Dobrze spałam, jeśli o to chciałeś zapytać! – przerwała mu cierpko Evan.

Richard z opatem dyskretnie parsknęli.

– Na Onyksową Harfę, ależ ten facet musi być na głodzie! – zauważył ironicznie Dee. – I to mnie zarzucał, że podrywam staruszki.

– Nie takie znowu staruszki. – Ciceron kiwnął głową ku rodzeństwu, do którego właśnie podszedł Tancmistrz z półmiskiem różowych kostek obtoczonych w mące. A że był sporo od elfów wyższy i szerszy w barach, Evan z Evanderem na chwilę zniknęli z pola widzenia pozostałych mężczyzn.

– Nie tak mocne jak kapsułki, które miał Richard, bo nie macie tu wszystkich składników – usłyszeli specyficzną chrypkę zakonnika. – Weźcie po cztery. Powinny wystarczyć. Potem dorobię więcej.

Chwilę później Richard również został poczęstowany różową masą. Włożył dwa kawałki do ust i zaczął przeżuwać. Kleiły się i były lekko kwaskowate.

„Ciekawe, co opat miał na myśli, sugerując, że Evangeline nie jest taką staruszką” – pomyślał Dee i połknął różowe gluty. Znów zerknął ku rodzeństwu. Coś tu nie grało. Czuł to. Bezwiednie włożył pozostałe dwa ciasteczka do ust i przyjrzał się elfom uważniej. I wtedy to do niego dotarło…

Oto na jego oczach rodzeństwo zaczęło się zmieniać. Znowu! Wszystkie zmarszczki na twarzach zniknęły, podobnie jak pasemka siwych włosów czy plamy na dłoniach. Skóra odzyskała jędrność, oczy blask, a ciała sprawność. Po kilku godzinach spędzonych w argemonii Evan nie była już starowinką! Dodatkowo po ciasteczkach Tancmistrza nie była teraz nawet w średnim wieku! Oto oczom Dee ukazała się dojrzała kobieta o pełnych kształtach. Oszałamiająco PIĘKNA kobieta, która z pewnością nie przypominała tej mizernej z tak znanych mu hologramów! Srebrne plamki na jej tęczówkach skrzyły, walcząc o pierwszeństwo z barwą nieba. Włosy koloru pszenicy muśniętej promieniami słońca, splecione w luźny kok na karku już nie skrywały elfiego kształtu uszu. U jej brata zmiany nie były tak spektakularne, ale on spędził noc na antresoli, nie w róży śpiących.

Richardowi z wrażenia jedno ciasteczko wypadło z ust, drugie przylepiło się do wargi na podobieństwo różowej narośli. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak idiotycznie w tym momencie wygląda, póki opat nie trącił go w bok, przerywając ten stan osłupienia. Szybko otarł usta i doprowadził się do porządku. Evan udała, że niczego nie zauważyła. Razem z bratem rozłożyła resztę talerzy i poszła po półmiski z jedzeniem.

– Zdradziła mi co nieco, zanim weszła do argemonii – poinformował opat szeptem.

Dee przysiadł się, pochylił, by nie uronić ani jednego słowa, ale oczy nadal pilnie śledziły Evangeline. Ciceron kontynuował:

– To młode elfy. Urodzone już w Palatynacie. Ona ma tylko jakieś osiemdziesiąt lat. On parę lat mniej. Kiedy ich rodzice zrozumieli, że elfia zaraza to nie pojedyncze przypadki, tylko epidemia, uciekli z Metropolii i ukryli się tutaj – tłumaczył prędko, robiąc przerwy jedynie wtedy, gdy Evan lub jej brat zbliżali się do stołu z kolejnym talerzem czy dzbankiem. – Mairin była przyjaciółką ich matki. Zapewniła im kryjówkę. Kiedy tu przyjechali, wydawali się zdrowi. Gdy nagle pojawiły się u nich objawy choroby, tutejsza elfia społeczność zażądała, żeby się wynieśli. Kłopot w tym, że to była duża rodzina. Na dodatek nie mieli się gdzie podziać, a choroba postępowała błyskawicznie. Za ich sprawą epidemia dotarła aż tu i wybiła elfy co do jednego.

– Ooo! – mruknął zszokowany Richard. – A Mairin? Twierdziła, że to ich ojciec ją zabił…

– Prawda. Eilig pochował żonę i niemal całe potomstwo. Wszystkich na tym cmentarzu. Wiedział, że sam długo nie pożyje, ale widział, że z jakiegoś powodu choroba ominęła Evangeline i Evandera, więc prosił Mairin…

– Chyba niezupełnie ominęła – wtrącił Dee. – Gdyby nie róża śpiących, byłoby już po nich.

– Fakt. Zaraza spustoszyła ich organizmy, ale nie zabiła. Ciekawe, co? Też chciałbym wiedzieć, jak to możliwe. Ale to wymagałoby wielu badań, których w Fenaby nie zrobimy. Brak odpowiedniego sprzętu – pospieszył z wyjaśnieniem, widząc pytanie w oczach Dee. – Za to spece palatyna pewnie kwiczeliby z radości, gdyby dostali ich w swoje łapki.

Richard pogładził się po brodzie i nalał sobie kawy. Zamyślony wpatrzył się w smolisty napar.

– Racja – powiedział cicho. – Dwa młode elfy, którym udało się przeżyć, to nie lada gratka dla każdej ze stron…

– Wiem – westchnął Ciceron. – Dlatego musimy ich chronić. Co do ich ojca, Eiliga… Gdy umierał, błagał, żeby Mairin zaopiekowała się nimi. By dała im schronienie, a gdy zaraza minie, zabrała do Wietrznych Katedr.

– Ale?…

– Ale Mairin zaczęła mu tłumaczyć, że mapa zaginęła, szlak pewnie dawno nie istnieje, a ruszać z małymi dziećmi w podróż, gdy szaleje zaraza, to głupota. Zresztą wątpiła, czy ktokolwiek ocaleje. Radziła przeczekać. To były straszne czasy… – usłyszeli ciche słowa Evangeline, która nagle pojawiła się obok nich. Postawiła jeden z półmisków z wędliną, na chwilę umilkła, jakby zapatrzona we własne ponure wspomnienia. Nikt nie śmiał zakłócać jej tej zadumy. Zaraz zresztą podjęła opowieść: – Mój ojciec twierdził, że mapę można odtworzyć. Sam miał jeden z jej fragmentów. Strasznie się pokłócili. Żadne nie słuchało argumentów drugiego. I wtedy doszło do tego wypadku…

Zapadło milczenie. Nawet Tancmistrz z Desire porzucili swą pracę. Szybko oporządzili się i zasiedli obok innych przy nakrytym już stole. Radosna atmosfera śniadania niespodziewanie zmieniła się w ponurą biesiadę połączoną z podróżą w mroki historii. Podczas gdy dzbanek kawy krążył z rąk do rąk, rozsiewając cudowny aromat, a kolejne pajdy chleba zmieniały się w małe arcydzieła kulinarne, by ulec destrukcji w ustach biesiadników, odezwał się Evander. Cichym głosem kontynuował opowieść siostry. Zebrani chciwie słuchali.

– Gdy emocje biorą górę, a racjonalne argumenty zastępują rzucone w złości zaklęcia, nietrudno o kłopoty – zaczął. – Mairin chciała uspokoić ojca. Niepotrzebnie użyła magii. To go tylko wkurzyło.

– Zrozumcie, to nie był zły elf – wtrąciła szybko Evan. – Tyle że…

– Tyle że toksyczny jak kraken górski, wybuchowy niczym łajno ptakosmoka i uparty jak feniks interceptor, gdy tropi ofiarę – gdzieś znad ich głów dobiegł ironiczny szelest Mairin. – Serio, nie mam pojęcia, co Breena w nim widziała!

– Dziękujemy, CIOTUNIU, za ten pochlebny opis naszego ojca – prychnęła Evan. – Co do niego… Rzeczywiście był nieco porywczy. Dość powiedzieć, że w gniewie zaklęciem zrzucił Mairin z antresoli, kolejnym odebrał jej życie. Zorientował się, co zrobił, gdy było za późno. Uwierzcie, BARDZO żałował tego, co się stało.

– Mój przetrącony kręgosłup właśnie popłakał się ze wzruszenia! – fuknęła zjawa.

– Parę dni później ojciec sam odszedł – odezwał się Evander, ignorując uwagę zjawy. – Przed śmiercią przekazał nam, co wie o drodze do Wietrznych Katedr, o mapach.

– Razem z moją rezydencją, całą posesją i… – szeleszczący potok żalu wypłynął z ust Mairin i na chwilę zagłuszył wszystko. Tym razem rodzeństwo nic nie powiedziało, jedynie siedziało z opuszczonymi głowami, nie śmiąc otworzyć ust, by odeprzeć atak.

Zrobił to Richard.

– Mairin! – przerwał jej łagodnie, ale stanowczo. – Oni żałują! Nie widzisz? Naprawdę?! Tyle lat żyli w twoim domu z poczuciem winy i w strachu. Prosili o twoje wybaczenie, ty im go udzieliłaś, więc po co dalej wałkować ten temat? Nie zmienisz tego, co się stało. Rozumiemy, że ciągle jesteś wściekła, ale i ty zrozum, że teraz potrzebna nam twoja pomoc, nie wyklinanie. Dzięki tobie i twojej wiedzy możemy tak wiele naprawić. – Jego głos stał się dobitny. – Liczymy na ciebie! Więc nie trać czasu na rozpamiętywanie przeszłości. Z tego, co mówił Ciceron, na świecie jest mnóstwo mieszańców elfów i innych istot magicznych, które potrzebują pomocy. Możesz przejść do historii jako elfka, która uratowała swą nację, lub jako małostkowa istota, która wolała użalać się nad sobą. Zdecyduj…

Spojrzał na Mairin z wyczekiwaniem. W oczach Cicerona zagościło uznanie, lecz jego twarz pozostała nieprzenikniona. Zebrani spoglądali w napięciu to na Richarda, to na zjawę. Ta dłuższą chwilę milczała obrażona. W końcu machnęła ręką i łaskawie oświadczyła:

– Robię to wyłącznie dla ciebie, Dee. I pamiętaj, co mówiłam na antresoli, teraz ta rezydencja jest twoja. Daję ci ją.

Mnisi i rodzeństwo rzucili Richardowi zaskoczone spojrzenie. Ten tylko uśmiechnął się nieśmiało i wzruszył ramionami zażenowany.

– To mówisz, że ojciec przekazał wam wiedzę o Wietrznych Katedrach? – zagadnął Evandera, by zmienić temat rozmowy.

– Razem z jednym fragmentem mapy. Wiele czasu zajęło nam ustalanie, gdzie są pozostałe.

– Dał wam jeden kawałek i nie powiedział, gdzie jest reszta?

Evangeline z westchnieniem kiwnęła głową.

– Ojciec należał do starszyzny. Losowo wybrali, kto ma wziąć jeden z pięciu fragmentów. Ukryli je w klepsydrach rodowych. Na początku Palatynatu, kiedy byli przekonani, że Wietrzne Katedry przepadły, że muszą żyć tu i teraz, zajęli się budowaniem wspólnego państwa razem z ludźmi. Ale potem, po latach, gdy stosunki z ludźmi zaczęły się psuć, a plotka głosiła, że być może droga powrotna istnieje, mój ojciec powierzył swój kawałek mapy grupie zwiadowców. Zwrócili mu ją po powrocie. Podobno przynieśli obiecujące wieści. Chcieli rzetelnie przygotować się do exodusu. Nie zdążyli… – Zamilkła i smutnym wzrokiem potoczyła po zebranych. – Nam, swoim dzieciom, ojciec też nie zdążył za wiele przekazać. Powiedział jedynie, że klepsydry starszyzny są rozproszone po całym Palatynacie. Że jeśli je złożymy, ukaże się droga. Tyle.

– I nie zdradził, kto ma te fragmenty? – upewnił się Ciceron. – Ani gdzie tych klepsydr szukać?

Evander potrząsnął głową.

– Tak jak powiedziała Evan, nie zdążył.

Zauważył, że patrzą na niego z niedowierzaniem. Tym razem nie powstrzymał emocji.

– Na Onyksową Harfę, byliśmy tylko dzieciakami, pamiętacie?! Potworne czasy! Eilig po kolei grzebał nasze rodzeństwo, potem naszą matkę. Nie miał możliwości zapłakać nad jednym, a już planował pogrzeb kolejnego! Był załamany. A tutejsi najchętniej spaliliby nas żywcem, gdyby nie to, że bali się wejść na teren posesji. Przerażały ich viverny Mairin i zaraza. Gdybyście byli w tej sytuacji, powierzylibyście jakąkolwiek tajemnicę dwójce dzieciaków?! Po co pytam? Oczywiście, że nie! On też tego nie zrobił. Wiem, że razem z Mairin próbował skontaktować się z resztą starszyzny.

– To prawda – zaszeleściła zjawa.

– Nic z tego nie wyszło, bo w tym czasie większość już nie żyła, a pozostali zwiali jak i my, albo zwyczajnie bali się kontaktu z zarażonymi. To dlatego do ostatniej chwili zwlekał z przekazaniem nam wszystkiego. Bo miał nadzieję na jakąkolwiek odpowiedź od kogoś ze starszyzny. Jak widać, czekał zbyt długo…

Evan położyła rękę na dłoni brata. Prosty gest sprawił, że elf ochłonął, wyciszył się i zastygł wpatrzony we własny kubek z kawą. Cisza jak ciężki baldachim zawisła nad szklanym stołem. W końcu odezwał się Tancmistrz:

– Dobra wiadomość jest taka, że mamy wszystkie fragmenty, prawda?

Zobaczył pytanie w oczach Evangeline.

– Podobno powiedziałaś Richardowi, że brakuje wam tylko jednego kawałka mapy…

Kobieta jakby się ocknęła.

– No tak. Rzeczywiście. – Uśmiechnęła się niepewnie. – Przez te wszystkie lata udało nam się odnaleźć trzy części. Z tą należącą do naszego ojca i tą, którą wy macie, jesteśmy w stanie złożyć mapę, ale…

Umilkła. Rzuciła im spłoszone spojrzenie. Nim jednak zdążyła powiedzieć coś jeszcze, wtrąciła się Mairin.

– Ale to nie wszystko. Sama mapa nic nie da.

Jak na komendę wszyscy unieśli głowy i spojrzeli na zjawę, która teraz niczym żywy świetlisty lampion zawisła nad stołem.

– Evangeline, powiesz im czy ja mam to zrobić?

Elfka skrzywiła się. Znów nie zdążyła otworzyć ust, bo Mairin zaszeleściła:

– Musi wam towarzyszyć elf czystej krwi, ale rozumiem, że to akurat wiecie? – Widząc zaskoczenie w oczach mnichów, skwitowała ironicznie: – Czyli jednak nie. Kochana bando nieuków – zachichotała – podziwiam wasze romantyczne marzenia o wyruszeniu do Wietrznych Katedr, bla, bla, bla i tak dalej… Ale jeśli naprawdę chcecie tam dotrzeć, popracujcie nad zwalczeniem własnej ignorancji. Marzenia to nie latający dywan. Nie dolecicie na nich do celu!

– Od godziny nie słyszałem, że jestem idiotą. Zaczynało mi czegoś brakować – mruknął Desire.

Ciceron chrząknął.

– Rozumiem, że nas dokształcisz, Mairin?

– Oczywiście. I to bez zwłoki. Bo bez tych informacji macie tyle szans, co standardowy troll na mistrzostwo w tańczeniu świątynnego walca!

– Skąd ona bierze te porównania? – odezwał się półgębkiem Desire do Tancmistrza, który bezskutecznie próbował stłumić uśmiech.

– Kłopot w tym, że jeśli wszelkie skarby Dzielnicy Elfów rzeczywiście przetrwały, są odpowiednio zabezpieczone. Chcieliście mojej rady, oto ona: po złożeniu mapy ukaże się szlak, którym trzeba podążać.

– Tyle wiemy, ale gdzie on się zaczyna? – wtrącił Desire.

– A niby skąd ja to mam wiedzieć? – Mairin wzruszyła ramionami. – W trakcie ucieczki zostałam ranna. Większość drogi z Wietrznych Katedr na teren Palatynatu byłam nieprzytomna. A złożonej mapy nigdy nie widziałam. – Widząc rozczarowanie rozmówców, pospieszyła z wyjaśnieniem: – Sporo mojej wiedzy opieram na słowach Eiliga. Wyjechałam z Wietrznych Katedr, zanim książę i starszyzna zabezpieczyli Archikatedrę. Nie było mnie przy tym, więc wiem to tylko z opowieści. Sama z wami nie pojadę. Dzięki ich ojcu – wskazała rodzeństwo – już nigdy nie opuszczę tego kościółka. Ale powiem wam to, co Eilig przekazał mnie. Twierdził, że samo dotarcie do Wietrznych Katedr to nie wszystko. Jak powiedziałam, skarby elfów skrywa Archikatedra, czyli pałac księcia. Jej drzwi otwiera sonet zapisany na odwrocie mapy.

– I tyle? – prychnął Desire i zatarł ręce z uciechy. – To luzik.

– Jasne, luzik. – Mairin zarechotała złośliwie. – O ile pojedzie z wami elf czystej krwi spokrewniony z księciem, bo musi przyłożyć do mapy dłoń. Wtedy i tylko wtedy ukaże się szlak. A gdy dotrzecie na miejsce, musi wyśpiewać sonet, by otworzyć wrota Archikatedry. Aha, no i musicie mieć ze sobą Onyksową Harfę, by na niej ten sonet zagrać. ORYGINALNĄ Harfę, a nie tę podróbkę, którą mają w Archikatedrze Palatynatu – podkreśliła, patrząc z satysfakcją, jak miny zakonników rzedną. – A, no i jest jeszcze sprawa argemonów.

– O! Właśnie! Dobrze, że o tym wspomniałaś! Wczoraj jakoś nie złożyło się, żeby o tym pogadać, ale teraz to załatwimy! – wycedził Richard i pokiwał palcem rodzeństwu. – Wy dwoje jesteście mi winni cholernie dużo wyjaśnień! A zaraz po nich macie natychmiast odczarować Mayę! To, co jej zrobiliście…

– Argemony też jadą – przerwała mu zjawa.

– Co?! – Dee spojrzał na nią jak na wariatkę. – Nigdy w życiu!

– A jednak. Bo oprócz tego, że są niewolnikami, są też wysokiej klasy muzykami. To Paola…

– Maya!

– Zgoda, Maya, musi zagrać na Onyksowej Harfie. Ten drugi, Raven, to też wirtuoz.

– W takim razie świetnie, że Barnabus przestrzelił mu kolano, a nie dłonie – mruknął Desire.

Rodzeństwo zerknęło na niego zaskoczone.

– Spokojnie. – Tancmistrz pochylił się ku Evan, a jednocześnie posłał Desire mordercze spojrzenie. – Już się zregenerował. Maya też. Fizycznie są zdrowi, tyle że śpią. Wspominałem wam o tym wczoraj, pamiętacie?

– A, rzeczywiście – powiedział Evander.

– Obydwoje, i Raven, i ta kobieta, mają rolę do odegrania w Archikatedrze Dzielnicy Elfów – kontynuowała zjawa.

Rodzeństwo przeniosło na nią zdumione spojrzenia.

– To, że mnie unikaliście, nie oznacza, że nie wiedziałam o waszych planach! Znam wszelkie wasze grzeszki! – Spojrzała z ironią na elfy, ale zaraz zwróciła się do Richarda: – Co do Mai…

– Cudownie, że wróciliśmy do sedna! – Teraz to on jej przerwał poirytowany. – A jeśli się nie zgodzę?! Jeśli nie pozwolę wam jej zabrać?

Nagle stała się bardzo poważna.

– Wtedy drzwi pałacu księcia pozostaną zamknięte, wiele istot, o których wspominałeś, nie uzyska pomocy, a Maya na zawsze pozostanie argemonem.

– Zaraz, chcesz mi powiedzieć, że NIE MA antyklątwy? Albo innego lekarstwa? – zapytał zaczepnie, łapiąc się przy tym pod boki. – Że jedyny sposób, by z powrotem stała się człowiekiem, to zabrać ją w tę niedorzeczną podróż? No i w całym Palatynacie nie ma innych muzyków, którzy mogliby to zrobić? To musi KONIECZNIE być ona?

– Maya to wirtuoz wyjątkowo rzadkiej klasy. Jedyna. I zna Onyksową Harfę. Grała na niej – wtrąciła cicho Evan. – Jeśli idzie o jej, ehm, przypadłość…

– PRZYPADŁOŚĆ?! Masz ciekawe poczucie humoru!

– Tak, musi jechać – ciągnęła niezrażona zjawa. – Bo tylko tam jest antidotum. We wnętrzu Archikatedry.

Posłał jej gniewne spojrzenie.

– I nie można tego załatwić inaczej?! A jeśli… – warknął i aż się zatchnął z wściekłości – …jeśli kłamiesz?! Może wystarczy zabić tego, kto zrobił z niej argemona? Ciebie! – Wbił w Evan nienawistne spojrzenie. – I być może zrobię to teraz?!

Huknął pięścią w blat, aż zastawa podskoczyła. Evangeline drgnęła w źle skrywanym strachu, a pozostali wymienili ukradkowe spojrzenia. Desire dyskretnie zacisnął palce na spluwie, Tancmistrz na nożu. Opat uniósł dłoń, jakby chciał ostudzić emocje Dee. Evander uniósł się nieznacznie na swoim miejscu i sytuacja robiła się groźna. Z opresji znów uwolniła ich Mairin.

– Jasne, dzieciaku, oczywiście. Możesz to zrobić – powiedziała ostrożnie. – Tyle że argemon umiera razem ze swym stwórcą. Nie powiedzieli ci?

Richard chwilę ciężko oddychał.

– Obiecywałaś mi, że uwolnisz Mayę! – Spiorunował Evangeline wzrokiem. – Ty też! – dodał, patrząc na Cicerona.

Opat sapnął raz po raz, ale nie odwrócił oczu. Evan nerwowo przełknęła ślinę, jednak zaraz, siląc się na spokój, oznajmiła:

– O ile sobie przypominam, powiedziałam: Jedź do Kryształowych Wodospadów, odszukaj potrzebne mi dane, a ten kościółek stanie się twoim dożywotnim azylem. Domem, którego nie miałeś.

– Jasne, szukaj wymówek!

– Powiedziałam też, że przestaną cię nękać koszmary. Że cię z nich uleczę. Obiecałam czystą kartotekę. O argemonach w naszej umowie nie było ani słowa. Wyjeżdżając stąd, nawet o nich nie wiedziałeś.

Richard spojrzał na nią z pogardą. Nie odwróciła wzroku, choć wszyscy widzieli, jak wiele ją to kosztowało.

– Wiedziałaś, co czuję do… – Gardło za nic nie chciało wypuścić tak intymnych wyznań. – Wiedziałaś, jak zależy mi… I wiedziałaś, że… A ty?! – Odwrócił się gwałtownie ku Ciceronowi. – Też nakarmisz mnie kłamstwem?! Kolejnymi obietnicami bez pokrycia?!

Opat nie zdążył odpowiedzieć, bo Dee zerwał się z krzesła, środkowym palcem zamanifestował, co myśli o zebranych.

– Pieprzcie się! Maya nigdzie nie jedzie! Nie puszczę jej w beznadzieją podróż z bandą fanatyków owładniętych mrzonkami! Zostanie bestią dożywotnio? Trudno! Ale przynajmniej będzie żyła. Udział w waszej ekspedycji jej tego nie gwarantuje!

Splunął i wyszedł, trzaskając drzwiami. Odprowadzały go ponure spojrzenia zebranych…

* * *

Ruszył ku nawie poprzecznej. Z wściekłości cały się trząsł. Złapał jakieś krzesło i cisnął o najbliższy filar. Płyty posadzki litościwie przytuliły opadające szczątki. Chwilę miotał się w gąszczu aulosów i trybularzy niczym dzikie zwierzę uwięzione w ciasnej klatce. Wściekłość i rozpacz odbierały mu oddech. Dotarło do niego, że wszystkie wizje, marzenia o wspólnej z Mayą przyszłości, których spełnienia był tak blisko zaledwie godzinę temu, teraz stały się nierealne. Poczuł się bezradny, jak liść niesiony wezbranym nurtem rzeki. Przysiadł na jakiejś sofie; łokcie wsparł na kolanach, twarz ukrył w dłoniach.

„Kontroluj oddech” – wspomniał słowa Brendy.

Odruchowo zastosował się do wskazówek. Chwilę ciężko dyszał, a nozdrza znów zaatakowała subtelna woń kadzidła. Powoli wyciszył się i uspokoił.

Mijały minuty, a on ciągle był sam. Zerknął ku witrażom. Słońce było już całkiem wysoko, bo nawę zalał strumień kolorowego światła. Jakiś ptak darł się za oknem jak opętany. Poza tym nic nie zakłócało kojącej atmosfery kościółka.

– Właśnie tyle dla nich znaczę. – Spojrzał na drzwi zakrystii, za którymi ciągle trwała narada. – Nic. KOMPLETNIE nic! – Poczuł gorycz. – Jestem jedynie dodatkiem do Mai. Kretynem, który miał ich doprowadzić do Sleepy Graves, a którego teraz mogą potraktować kopniakiem jak natrętnego śmiecia. Jak mogłem być tak ślepy? Głupi? Ufny?

Westchnął.

– W życiu nie słyszałam takiej ilości bzdur z ust jednej osoby! – usłyszał szelest.

Poderwał głowę. Niedaleko, na ambonie przysiadła Mairin. Wyglądała na szczerze zdegustowaną.

– Masz ich więcej czy to już koniec repertuaru?

Zaklął, spojrzał na nią, potem znów na drzwi zakrystii.

– Chcieli za tobą lecieć. Przepraszać cię – poinformowała łaskawie. – Wszyscy. Nawet ta dziewucha. Pokłócili się, kto powinien to zrobić. Wyobrażasz to sobie? – Zachichotała.

– Więc czemu ty tu jesteś, a nie któreś z nich?

– Pomyśl logicznie. Wytłumaczyłam im, że w razie czego MNIE drugi raz nie zabijesz.

Usta zjawy rozciągnął kpiarski uśmiech. Mrugnęła do niego.

– I pewnie nie uwierzysz, ale w trakcie ich kłótni imię Mai nie padło ani razu. Twoje powtarzali do upadłego.

– W jej sprawie od samego początku kłamali – powiedział, siląc się na oschły ton. – Może Evan nie obiecała mi tego wprost, ale robiła aluzje, że będę mógł z nią tu żyć.

– A mnisi?

Zawahał się.

– Ciceron obiecał…

– Co konkretnie?

Richard się skrzywił i wbił wzrok w posadzkę. Zmełł w ustach przekleństwo, ale zaraz wyszeptał:

– Że zrobi wszystko, co w jego mocy, by odczarować Mayę, a jeśli mu się to nie uda, zmusi do tego Evan.

– Właśnie: że zrobi wszystko, co w jego mocy, a nie, że NA PEWNO to zrobi. Widzisz różnicę?

Dee westchnął.

– Rozumiem. Nie powinienem mieć do nich pretensji, bo tak naprawdę niczego mi nie obiecywali. To była tylko moja nadinterpretacja.

– Dokładnie. Słyszałeś to, co chciałeś usłyszeć: że już niedługo wspólnie z Mayą będziecie żyli w szczęściu i radości, zapewne otoczeni gromadką słodkich dzieciaczków, gdzieś na obrzeżach Palatynatu. Zgadłam?

Uśmiechnęła się na widok jego zażenowanej miny.

– Problem w tym – przysiadła obok niego na sofie i skrzyżowała ramiona – że życie to nie bajka. Nawet jeśli jest pełne elfów, vivernów czy feniksów. Życie, prawdziwe życie, to mały wredny gnom, który użre cię w najmniej oczekiwanym momencie. Jest kompletnie nieprzewidywalne. Więc lepiej pogódź się z faktem, że będziesz przez tego gnoma jeszcze wielokrotnie gryziony. Bez szczególnych powodów.

Zerknął na nią z ukosa.

– Zobacz, taka Evangeline… Nie przewidziała, że naprawdę tak mocno zakochasz się w Mai. Była pewna, że szybko ci minie. A patrząc na los twojego poprzednika – tego chłopaka, Barnabusa – myślała, że może i ty zechcesz uciec, a wtedy posłuszna rozkazom Maya po prostu cię zabije. Nie masz pojęcia, jak była zaskoczona, że jednak wywiązujesz się z powierzonego zadania. Co do zakonników… Zdążyłam im się przyjrzeć. Jestem przekonana, że zrobiliby wszystko, by ci pomóc, tyle że nie mieli wystarczającej wiedzy na temat argemonów i jak ich odczarować. Każdy z nich – kiwnęła głową ku drzwiom zakrystii – żyje marzeniem. Mnisi chcą pomóc istotom magicznym. Rodzeństwo śni o wyprawie do krainy przodków. Ale żadne, nawet w najśmielszych marzeniach nie sądziło, że uda im się dotrzeć tak daleko. Że kiedykolwiek od planowania przejdą do czynów.

Richard zmarszczył brwi.

– Nie rozumiem.

Wzruszyła ramionami.

– A czego? Przecież to oczywiste: oni wszyscy całe życie fantazjują o Wietrznych Katedrach, planują, rozmyślają, co by było gdyby… Ale podświadomie zawsze czuli, że na marzeniach się skończy. I pewnie tak by się stało, gdyby nie pojawił się pan Richard Dee-Zander. – Uśmiechnęła się, wprawiając go w zakłopotanie. – Tak, Dee. To dzięki tobie i szczęśliwemu zbiegowi okoliczności udało się mnichom skontaktować z rodzeństwem i ruszyć z miejsca. Masz pojęcie, jacy są tym faktem zaskoczeni?

– Ten plan jest beznadziejny. Powinien pozostać w sferze marzeń i ty o tym wiesz – powiedział już całkiem spokojnie.

– Cóż, jestem duchem, nie jasnowidzem. – Wydęła usta. – I nie twierdzę, że się uda. Ta wyprawa będzie przypominać wyścigi vivernów w Memoriale. Wyścigi z ogromną liczbą przeszkód. A na ogonach będą wam siedzieli ludzie palatyna i pewnie nie tylko oni. Ale jeśli to jedyna szansa na naprawienie zła, na uratowanie tak wielu istot, o których wspominałeś, oraz odzyskanie Mai, to chyba wiesz, co robić. Chyba chcesz przejść do historii jako bohater, a nie jako małostkowa istota, która wolała użalać się nad sobą?

Czy to nie jego własne słowa? Dopiero teraz Richard poczuł się jak skończony idiota. A zaraz potem zrobiło mu się jeszcze bardziej głupio na myśl, że tam, w zakrystii nie zdołał kontrolować własnych emocji. Znowu.

– Wiesz, które z nich zrobiło z Mai i tego faceta argemony? Jak w ogóle ich złowili? – rzucił od niechcenia, by wybrnąć z niezręcznej sytuacji.

– Obydwoje. Argemonia regeneruje ich siły na kilka godzin. Może cię to zdziwi, ale czasem na krótko opuszczają rezydencję. Ravena Evander złowił w naszym miasteczku. Jego zniknięcia nikt nie odnotował, bo Raven był bezdomnym. Wyobrażasz to sobie? Genialny bezdomny skrzypek. Na dodatek bez jakiejkolwiek rodziny. Zarabiający na życie graniem na ulicach miast Palatynatu. Evander usłyszał, jak gra, i zaprosił go na kolację. Dalej już pewnie wiesz, co się stało.

– A Maya?

– Dawała charytatywny koncert w mieście. Tutejszy komendant policji, Terraney, ma słabość do Evan. – Zjawa się uśmiechnęła. – To starszy pan, wyjątkowy dżentelmen. Zdobył bilety i zaprosił Evangeline na coś w rodzaju staromodnej randki.

– Randki? – Brwi Richarda podniosły się niemal na czubek jego głowy. – Evan? Na randce? – upewnił się.

– A cóż w tym niezwykłego? To całkiem atrakcyjna kobieta! A kobiety chodzą na randki, wiedziałeś? Po co pytam? Oczywiście, że nie! – Zachichotała, jakby właśnie usłyszała niezły dowcip.

– Hej, chodzę na randki!

– Jaasne! – Teraz już nabijała się z niego w żywe oczy.

– Miałem… ehm… drobną przerwę w tych sprawach, tak? Byłem zajęty innymi rzeczami. No i nie każdy randkuje tak często jak Desire!

Czy wyglądał równie głupio, jak się czuł? I właściwie to czemu tłumaczy się ze swego życia uczuciowego jakiemuś popapranemu duchowi?

– Bywałem na wielu randkach, ale nigdy ze starszymi paniami! Jasne?! – rzucił urażonym tonem. Pełnię kompromitacji odczuł chwilę później, widząc, jak zjawa zanosi się ze śmiechu.

– Łaaał! Moje gratulacje! – wypaliła i zaczęła klaskać. – Ale zapamiętaj, dzieciaku, w tych sprawach nie wiek jest istotny, nawet nie płeć ani gatunek, a uczucie. U-czu-cie! – rzuciła, siląc się na powagę. – Co do Evan… Wiesz, zasadniczo ma ponad osiemdziesiąt lat, czyli dla Terraneya to ona jest staruszką, tyle że on o tym nie wie. I lepiej niech tak zostanie – powiedziała konspiracyjnym szeptem.

Czas mijał, Mairin trajkotała jak najęta o sprawach sercowych, a Richard rozważał, jak ukrócić jej gadulstwo. A przede wszystkim sprowadzić rozmowę na interesujący go temat argemonów.

– Pomyśl, Dee – szelest zjawy znów wyrwał go z zamyślenia – która kobieta nie zechciałaby wyrwać się z tej dziury, nawet jeśli miałoby to oznaczać randkę ze starcem.

Na jej szeroki uśmiech nieświadomie odpowiedział uśmiechem.

– Zresztą nie traktowała tego wyjścia jak randki, przypominam ci, ale jako łowy na argemona właśnie! Bo widzisz, dzięki znajomościom komendanta po koncercie weszła za kulisy i poznała Mayę. Obie tak się polubiły, że jeszcze tego wieczora w towarzystwie kilku innych osób wspólnie zjadły kolację. Jak powiedziałam, to były łowy. Do drinka Mai Evangeline wrzuciła nasionko argemonii z rozkazem, by dziewczyna stopniowo wycofała się z życia publicznego. Pod pozorem choroby oczywiście. Następnego dnia Maya wyjechała, by za jakiś czas powrócić już całkiem anonimowo i podjąć służbę jako argemon.

– Ooo… A Terraney? Czemu Evan z niego nie zrobiła argemona?

– Bo jest komendantem, musiał wrócić między ludzi. Nie widziała potrzeby, by tak ryzykować, no i starszy pan mógłby tego nie przeżyć, a ona chyba naprawdę go polubiła.

– A ja? Czemu mnie nie zmieniła? Bo nie zmieniła, prawda?

– Prawda. Pomijając fakt, że to zakazane, posiadanie jednego argemona to ryzyko, dwóch to szaleństwo, trzech – głupota granicząca z samobójstwem. Nadzorowanie sfory argemonów to rzecz trudna dla zdrowego elfa, niemożliwa dla kogoś tak wycieńczonego jak tych dwoje. Miałeś znaleźć klepsydry. To wymaga planowania, logicznego myślenia, analizy, przewidywania ryzyka. Argemony nie mają aż takiej jasności umysłu. To posłuszni, ale niebezpieczni niewolnicy, przypominam ci. Już wysłanie Ravena i Mai z tobą było wysoce nieodpowiedzialne. Nawet jeśli ten wypierdek Raven miał tylko nadzorować Mayę, a ona ciebie. To cud, że nie zakończyło się katastrofą. – Z głosu Mairin zniknęło wszelkie rozbawienie.

Dee przypomniał sobie tego chłopaka, Jima, leżącego pod drzwiami celi w kałuży krwi. Zacisnął szczęki i kiwnął głową, że podziela jej zdanie.

– Teraz najważniejsze. Nawet jeśli zabierzesz Mayę na koniec Palatynatu, ukryjesz w niedostępnym miejscu i będziesz strzegł jak oka w głowie, ona i tak nie będzie bezpieczna. Ani ty przy niej.

– Wiem – westchnął. – Jej los jest ściśle związany z jej stwórcą, z tym, kto zrobił z niej argemona.

– Właśnie. Jeśli w trakcie wyprawy do Wietrznych Katedr coś stałoby się Evangeline…

– Maya umrze – dokończył cicho.

Przez chwilę żadne się nie odezwało.

– Tak więc widzisz, że…

– Że mogę się wściekać, tłuc pięścią w stół do upadłego, a ona i tak musi pojechać. – Znów westchnął. – Chyba że uświadomię im, że tych planów nie sposób zrealizować, ale wtedy…

– Maya na zawsze pozostanie argemonem – dokończyła Mairin. – Ale ty wiesz, że oni nie odpuszczą, prawda? Choćby mieli zginąć, wybiorą się w tę podróż…

Oboje spojrzeli na drzwi zakrystii, za którymi wciąż panowała cisza. Richard kiwnął głową.

– Wiem – powiedział cicho. – Chodźmy. Trzeba wszystko dokładnie przemyśleć i zaplanować. Zwłaszcza że w trakcie wyprawy będę musiał ochraniać dwie kobiety…

* * *

Na widok Richarda stojącego w drzwiach zakrystii Desire zamarł w pół słowa. Pozostali natychmiast zwrócili głowy w tamtym kierunku. Przyjrzeli się Dee niepewnie i jakby z wyczekiwaniem. Evan z Ciceronem już chcieli coś powiedzieć, zapewne przepraszać, ale Dee powstrzymał ich gestem.

– Trzeba ustalić tożsamość elfów spokrewnionych z księciem – powiedział spokojnie. – Tych, którym udało się dotrzeć na teren Palatynatu w czasie Apokalipsy, i tych, którzy urodzili się już tutaj.

Powoli podszedł do stołu, usiadł, nalał sobie kolejny kubek kawy, upił łyczek i kontynuował:

– Zorientować się, czy któryś z nich przeżył zarazę, namierzyć i skłonić do współpracy. Jeśli nie przeżył nikt, kończymy temat. Wyprawy nie będzie. Jeśli nam się powiedzie, w drugiej kolejności musimy się dowiedzieć, gdzie jest Harfa. Pewnie jest świetnie ukryta i zabezpieczona. Tak przy okazji, Mairin – zerknął ku belkom sufitowym, gdzie znowu przycupnęła zjawa – skąd wiesz, że ta w Archikatedrze Palatynatu to kopia, nie oryginał?

Mairin się uśmiechnęła.

– To proste, dzieciaku, sama kiedyś na niej grałam. Oryginalny instrument rozpoznałabym wszędzie.

– Ooo! – Z ust Evangeline dało się słyszeć westchnienie pełne niedowierzania.

– Rozumiem – powiedział Dee. – Tak czy siak, czeka nas ogrom roboty. Zapewne poszukiwania elfa i Harfy zajmą mnóstwo czasu, więc nie traćmy go więcej na czcze gadanie czy kłótnie. Od czegoś musimy zacząć. Na początek proponuję obejrzeć mapę. Evander, pokaż nam wasze fragmenty.

Elf zerknął na siostrę, jakby czekając na przyzwolenie. Gdy skinęła głową, podniósł się od stołu i na chwilę zniknął we wnętrzu oranżerii. Wrócił stamtąd z… maleńkim vivernikiem uczepionym ramienia niczym tresowana papuga. Zwierzątko wyglądałoby jak oskubana kura, gdyby nie specyficzny gadzi kształt głowy osadzony na długiej szyi oraz goły ogon zakończony kolcem. Wąskie skrzydła pokryte rudymi piórkami podrygiwały, jak gdyby vivern miał kłopot z utrzymaniem równowagi.

– Ruiz! – zaszeleściła na jego widok zjawa. – Mój mały, kochany Ruiz.

Vivern zerknął na nią i zakwilił jak kociak na widok swej kociej matki. Mairin się rozpromieniła.

– Potrzebujemy twojej pomocy, skarbie – szepnęła z czułością. Podleciała do Evandera, spróbowała pogładzić zwierzaka, lecz jego głowa przeszła przez jej dłoń, rozwiewając ją na podobieństwo dymu. Zrobiła minę, jakby miała się rozpłakać, że nie może przytulić swego ulubieńca. Pociągnęła nosem i powiedziała cicho: – To nie potrwa długo, obiecuję. Zaraz będziesz mógł wrócić do oranżerii. Odpocząć.

Zauważyła, że mnisi przyglądają się zwierzakowi z ciekawością. Pospieszyła więc z wyjaśnieniami.

– Ruiz to vivern rasy ptasznik ogrodowy. Nie wiem, czy poza nim żyją jeszcze inne egzemplarze tych vivernów. To staruszek. Ale jak zaraz zobaczycie, bardzo pomocny.

– Załatwmy to szybko, bo biedak błyskawicznie się męczy – wtrąciła cicho Evan, a Mairin zerknęła na nią… z życzliwością! – Chodźmy.

Elfka ruszyła ku drzwiom zakrystii wiodącym do wnętrza kościółka. Mężczyźni karnie podążyli za nią. Orszak zamykała zjawa, frunąc nad ich głowami i nie bardzo przejmując się faktem istnienia ścian. Zatrzymali się na skrzyżowaniu nawy głównej z poprzeczną.

– Odsuńcie się. Musimy zejść tam – zakomenderowała Evan, wskazując podłogę.

– Tam jest mapa? – mruknął Desire. – No to mogliśmy szukać do upadłego.

Posadzka świątyni była jednolita. Przynajmniej do tej pory tak im się zdawało. Jednak kiedy elfka wykonała gest, jakby gładziła powietrze, dostrzegli, że proste tafle kamienne pokryte są zatartymi przez czas i buty mieszkańców napisami. Można było jedynie podejrzewać, że są to płyty nagrobne. W jednej z nich ukazały się zatopione w kamieniu metalowe kółka, których – a daliby za to głowę – wcześniej tam nie było.

Richard poczuł się nieswojo. Zakłuło go w piersi i na moment zabrakło tchu. Na szczęście nie był to początek ataku, a zwykłe emocje.

„Jeśli na cmentarzu pochowali wszystkich, to kto spoczywa tutaj?” – pomyślał i przełknął ślinę.

Wyjaśnienie było na wyciągnięcie ręki, tak więc wspólnie z Desire i Tancmistrzem wyciągnął dłoń ku metalowym uchwytom…

– Czekajcie! Sama to zrobię! – Rozkaz Evan osadził ich w miejscu. – Nie o ciężar kamienia chodzi, ale o zaklęcie blokujące.

Wyciągnęła ręce przed siebie, przymknęła powieki.

– Terminatus – szepnęła i jeszcze raz, tyle że z większą mocą: – Adsurgere!…

Dłonie elfki zaczęły zataczać kółka coraz wyżej i wyżej, usta powtarzały zaklęcie. Posadzka lekko zadrżała pod stopami. Nagle pierścienie zatopione w kamieniu wystrzeliły ku górze. Jak gdyby niewidzialna siła przełożyła przez nie drągi i wszystkie cztery jednocześnie szarpnęła. Między brzegami płyty a podłogą pojawiły się maleńkie szczeliny, z każdą chwilą wydłużające się i pogłębiające. Towarzyszył temu okropny zgrzyt kamienia o kamień. Kurz zatykający szczeliny znikł. Pomału płyta zaczęła się unosić.

Mężczyźni cofnęli się, patrząc z uznaniem i ciekawością to na Evangeline, to w głąb otwierającej się krypty. Płynnym gestem, jak gdyby tańczyła, Evan odesłała kamień nagrobny ku wannie z argemonią i tam pozwoliła mu delikatnie spocząć. Ciemna czeluść u jej stóp nie wyglądała zachęcająco, jednak kobieta zrobiła krok ku pierwszemu stopniowi, który się ukazał.

– Poczekaj! – Tym razem Tancmistrz łagodnie, acz stanowczo zatrzymał elfkę. – Pozwól sobie poświecić.

Nie zdążyła zaprotestować. Mnich szepnął Illumina i rój latarenek otoczył Evangeline, a potem popłynął za nią, rozświetlając mrok krypty. Kiedy kobieta przechodziła koło Richarda, ten ujrzał, że w kącikach oczu oraz ust pojawiło jej się kilka zmarszczek, i natychmiast zrozumiał, skąd nagła kurtuazja Tancmistrza. Płowowłosy zakonnik zwyczajnie nie chciał, by na kolejne zaklęcia Evan straciła zbyt wiele energii.

Dee poszukał wzrokiem zjawy. Siedziała na ambonie i beztrosko machając nogami, obserwowała wszystkich z góry. Zmarszczył brwi i kiwnięciem głowy wskazał kryptę. Udała, że nie dostrzegła tak oczywistego zaproszenia do wejścia do środka.

Dee złapał się pod boki.

– Mairin – rzucił dziwnie uprzejmym tonem. – Wyjątkowo PROMIENNIE dziś wyglądasz. Zechciej być naszym słoneczkiem i oświecić nas oraz kryptę. No już! Nikt nie będzie się migał od roboty!

Odpowiedziała mu spojrzeniem pełnym dezaprobaty.

– Masz pojęcie, ile siedziałam w zamknięciu? Sami sobie tam wchodźcie!

– Mairin! Nie proszę cię, żebyś wróciła do urny, tylko żebyś oświetliła kryptę. To dla ciebie akurat drobnostka, a możesz wspomóc potrzebujących. – Wzrokiem wskazał Evan, właśnie znikającą w podziemiach.

– Serio muszę?

Dee skrzyżował ramiona. Jego spojrzenie mówiło: krypta albo powrót do urny. Zjawa skrzywiła się, sapnęła i marudząc pod nosem coś na temat klaustrofobii, podążyła za elfką. Już po chwili jej błyszcząca postać rozświetliła mroki grobowca.

Jeden za drugim mężczyźni schodzili w głąb krypty. Pierwszy za Evan szedł Evander z Ruizem na ramieniu. Ciasne wejście, plecy elfa i chwiejący się vivern skutecznie utrudniały pozostałym dojrzenie, co jest w środku. Tuż za elfem szedł Richard. Początkowo skupiony, by nie zlecieć ze stromych schodków, pilnie patrzył pod nogi, jednocześnie przytrzymując się metalowego łańcucha mającego robić za poręcz. Musiał się schylić, by nie uderzyć głową w brzegi otworu wiodącego do krypty. Już w środku uniósł głowę, rozejrzał się i… cofnął gwałtownie. Ale jako że ciągle znajdował się na dolnych, zbyt gładkich, stopniach, dusząc okrzyk strachu, zjechał na tyłku na sam dół, widowiskowo podcinając nogi Evandera; Evan w ostatniej chwili umknęła im z drogi. Obydwaj spadli ze schodów, przeturlali się kilka razy i zatrzymali w komicznych pozach pod jedną ze ścian. Przestraszony Ruiz latał w kółko, skrzecząc jak zachrypnięta papuga. Gdzieś z góry dobiegło ich wyklinanie Tancmistrza, któremu ledwo udało się utrzymać równowagę po zderzeniu z plecami Dee.

– Mogłeś uprzedzić! – wysapał Richard w stronę oszołomionego Evandera, głową wskazując coś stojącego u podnóża schodów.

– Wybacz! – wydyszał tamten. – Kompletnie o nim zapomniałem. Desire! Tancmistrz! Uważajcie na…

Ale nie było mu dane dokończyć, bo usłyszeli zduszone „Ja chędożę!”, a sekundę później reszta mnichów, potykając się i turlając, podobnie jak oni, dotarła na dół. Przerażenie sprawiło jednak, że błyskawicznie pozbierali się z podłogi. Desire odruchowo wyjął spluwę i przeładował, a Tancmistrz dobył noża.

– Nie! – rzucił stanowczo Evan i wszyscy zastygli w bezruchu.

– W mordę! – wychrypiał ciemnowłosy mnich i gwałtownie wciągnął powietrze.

Evander wystawił dłoń, na której natychmiast wylądował Ruiz. Wspólnie wysunęli się przed mnichów, odgradzając ich od… postawnego faceta zamarłego z uniesionym mieczem w jednej dłoni i niewielkim vivernem szykującym się do lotu na drugiej. Przerażający grymas na twarzy tamtego, wyszczerzone zęby gada i jego rozwarty pysk sprawiały upiorne wrażenie w półmroku krypty. Kimkolwiek był ten świetnie zachowany nieboszczyk, miał wyglądać na żywego, atakującego i świetnie mu się to udało. Zebrani potrzebowali dłuższej chwili na ochłonięcie.

– Dobra – sapnął Desire. – A ten to kto? Sądząc po wyglądzie i ciuchach, powiedziałbym, że też elf. Ale jak na nieboszczyka zbyt świeży.

– Bo to jest elf – rzuciła Mairin, która właśnie nadleciała. Zatrzymała się opodal, dokładnie oświetlając tę część krypty. – Poznajcie, proszę, Nathaniela. Mojego męża.

– Co takiego?! – wykrztusił Ciceron.

Mairin uśmiechnęła się nieśmiało.

– To Nathaniel, mój…

– Usłyszeliśmy! – huknął Desire. – Ale kto go zabił? Bo nie żyje, prawda?

Kilka razy dźgnął palcem nieboszczyka. Ten ani drgnął. Mnisi spojrzeli na rodzeństwo. Było tyle niepokoju w ich oczach, jakby właśnie uświadomili sobie, że patrzą na parę seryjnych morderców, którzy za sekundę im też rzucą się do gardeł, a potem na ich zwłokach urządzą sobie perwersyjną imprezę.

– Nie my. – Evan szybko uniosła dłonie w uspokajającym geście.

– De facto to zrobiła ONA! – Palec Evandera wystrzelił ku zjawie.

Ta znów uśmiechnęła się jakby zażenowana.

– Zatłukłaś własnego męża?! – Richard sam nie wierzył, że zadał to pytanie. – Na Onyksową! Dlaczego?! Jak?!

Mairin chwilę milczała. W końcu jednak wyszeptała ze wstydem:

– Przez przypadek.

– Przez CO, przepraszam?!

– Oj, no przypadek, tak? Elfy z innych rodów wspierane przez tutejszych chciały się pozbyć ich rodziny. – Wskazała głową Evandera. – Przyleźli jednej nocy. Nie mieli zamiaru zostawić nikogo żywego. Nathaniel z Eiligiem zaczęli nas bronić. Dałam im do pomocy moje viverny. Ale to nie zrobiło na nich wrażenia. Tamci przestali się ich bać. Zranili Eiliga, zabili jednego viverna. Niemal wdarli się do rezydencji pełnej płaczących dzieci i wtedy…

Zająknęła się i zamilkła. Opowieść dokończyła Evan.

– Wtedy Mairin wypuściła bazyliszka.

– CO zrobiła?! – sapnął Desire.

Zszokowani przyglądali się zjawie. Ta nic nie odpowiedziała. Opuściła głowę i jakby przygasła, wisząc w powietrzu obok swego męża.

– Mały był – bąknęła. – Jeszcze nic nie umiał. Miał ich tylko nastraszyć.

– TYLKO nastraszyć? – Evangeline westchnęła. – Na Onyksową Harfę! Do tej pory mam koszmary na wspomnienie tej bestii! A ona – wskazała zjawę – myślała, że zdoła go kontrolować. Nielicznym udało się uciec. Ale te wszystkie nagrobki… – Machnęła ręką gdzieś za siebie, w stronę pobliskiego cmentarza. – Te nagrobki ciągle przypominają mi tamtą noc. Zanim Mairin przywołała bazyliszka do porządku, ukatrupił jeszcze wszystkie viverny, a z Nathaniela zrobił figurkę.

Przez chwilę nikt się nie odezwał. W końcu milczenie przerwał Richard.

– Co powiedzieliście konstablom?

– Nic.

– Jak to nic?! Tyle tam grobów, a konstable nie zadali nawet jednego pytania?!

– Dee, ten cmentarz jest tak stary jak kościółek – wtrącił Evander. – Pochowano na nim kilka pokoleń tutejszych mieszkańców jeszcze przed zarazą. W rzeczywistości grobów napastników nie ma zbyt wiele. Na widok bazyliszka większość wiała, aż się kurzyło.

– No ale konstable musieli o wszystkim się dowiedzieć – upierał się Richard. – Bazyliszek wykończył kilku obywateli Sleepy Graves, a reszta milczała? Wierzyć się nie chce…

Elf tylko się uśmiechnął.

– Pamiętam, jak Mairin darła się za uciekającymi, że jak polecą do konstabli, to bazyliszek nogi im z tyłków powyrywa, i to dosłownie. W życiu nie widziałem, żeby ktoś tak szybko zwiewał. Jasne, baliśmy się, że się wygadają, ale widać potraktowali groźby serio.

– Niewiarygodne… – Dee aż westchnął.

– Ale prawdziwe – odezwał się Ciceron. – Nie mówi się o tym głośno, ale w tamtych czasach w małych mieścinach takie rzeczy zdarzały się wcale nie tak rzadko. Szalała zaraza, społeczeństwo się rozpadało. Czystej krwi elfy padały jak muchy, mieszańce chorowały. I wśród nich zdarzały się zgony. Nawet ludzie nie czuli się pewnie. Każdy chronił własny zadek, a policji było jak na lekarstwo. Żaden rozsądnie myślący konstabl nie przyjechałby na pomoc zarażonym elfom. Każdemu życie było miłe. Po wszystkim sporządzało się notatkę, że w takiej to a takiej miejscowości zaraza zabiła tyle a tyle osób. Koniec tematu. Wszystko zamiecione pod dywan. Można żyć normalnie, jak gdyby nic się nie stało. Ty urodziłeś się dużo później. Nic nie wiesz o tych sprawach. Dzieciakom w szkole podaje się jedynie słuszną wersję historii. Każde kolejne pokolenie wie coraz mniej i po prawdzie ma to gdzieś. Staliśmy się społeczeństwem egocentryków i egoistów. A Święto Srebrzystych Kaganków już dawno nie jest ku pamięci elfów. To zwyczajnie rozpasana konsumpcja podszyta wzniosłą ideologią.

– To, co powiedział Ciceron, to szczera prawda – wtrąciła Evan. – Tamtej nocy atak był możliwy, bo konstable pojechali do sąsiedniego miasteczka ochraniać kogoś ważnego. Pomogliśmy ojcu i Mairin pochować napastników. Kiedy pojawił się tutejszy konstabl, wszystko było uprzątnięte. Nas zastał w żałobie po kolejnych pogrzebach rodzinnych. Nie wiedział, że te kilka świeżych grobów tym razem skrywa więcej niż jedne zwłoki. No i usłyszał, że zaraza zabrała Nathaniela, którego szanował i podziwiał. Nie chciał dodawać przykrości Mairin trudnymi pytaniami czy rozkopywaniem grobów ofiar zarazy. Wkrótce potem zginął w jakichś zamieszkach, a nam przysłano nowego konstabla, którego interesowało jedynie wygodne życie z dala od problemów. Tak jak powiedział Ciceron, wszystko zostało zamiecione pod dywan. Do Sleepy Graves napłynęli nowi mieszkańcy. Historia stała się jedynie plotką, ale na tyle żywą, że nawet po latach tutejsi wolą trzymać się od nas z daleka.

– Ooo! – Tylko tyle zdołał wykrztusić Desire.

– Podsumowując – odezwał się Tancmistrz – Nathaniela i kilku napastników załatwił bazyliszek?

Elfy wymieniły spojrzenia i wspólnie potwierdziły skinieniem głów.

– Jaki gatunek? Bo może da się ożywić męża Mairin, a wtedy mógłby nam pomóc.

– Bard zielonooki.

– Bard?! Mairin, miałaś tak niebezpiecznego bazyliszka jak bard?! – wykrztusił Tancmistrz. – Tego, który śpiewem przywabiał ofiary, a potem, zanim zabił, dla zabawy wyrywał im kończyny i wypruwał flaki?! – upewnił się.

– Ahaaa…

Mężczyźni gapili się przerażeni na zjawę. Ta wierciła się jak na przesłuchaniu.

– Czyś ty kompletnie zgłupiała?! – naskoczył na nią Richard. – Bardy od zawsze były zakazane. Przy nich bazyliszek krótkopyski to łagodny szczeniak do zabaw z dziećmi!

Usta Mairin zadrżały. Pociągnęła nosem raz czy dwa, nawet zamrugała, jakby miała się rozpłakać, ale uparcie milczała.

– Też jestem winna. Prócz mnie o bazyliszku nikt nie wiedział – odezwała się cicho Evan. – Jednego wieczora, krótko przed tymi zdarzeniami, poszłam za Mairin na skraj posesji. Miała tam kilka pomieszczeń gospodarczych i świetnie ukryte klatki. Chciałam o wszystkim powiedzieć ojcu, ale zagroziła, że nas wyrzuci. Poza tym twierdziła, że ten konkretny jest łagodny, tresowany i nikomu nic złego nie zrobi. Nawet dała mi go pogłaskać! Byłam dzieckiem, nie wiedziałam, co robić, komu wierzyć…

– Zawsze mówiłem matce, że Mairin jest pomylona. Że nie można jej ufać – wtrącił Evander. – Miała skłonności do hodowania niebezpiecznych zwierzaków. Macie pojęcie, ile miała vivernów? Szczęście, że wszystkie były małe i w miarę karne, a potem zabił je ten bazyliszek.

– O rany! – Dee podrapał się po głowie. – Ale się porobiło.

– Słuchajcie! Jeśli weźmiemy Nathaniela do Fenaby, Sloanowi na pewno uda się go ożywić – rzucił Desire. – Nie takie rzeczy robił.

– Warto się nad tym zastanowić – odezwał się Ciceron.

– On nic wam nie powie. Nic nie wie! – zaszeleściła szybko i nerwowo Mairin.

Richard zmarszczył brwi. Pozostałych też zastanowiła reakcja zjawy.

– Nie ma sensu go ożywiać. Pewnie i tak się nie uda. Lepiej zostawić go tak jak jest, w tej krypcie – szeleściła coraz szybciej. – Zresztą on jest w pewnym sensie martwy, ja też nie do końca żywa. Dobrze nam będzie w tym stanie razem…

– Nathaniel nic nie wiedział, prawda? – przerwał jej Richard. – Nie miał pojęcia o bazyliszku. A może wiedział, ale stanowczo zabronił ci tej hodowli?

Skrzyżował ramiona. Zmieszała się, więc chyba trafił w sedno.

– A więc to taaak… Zakazał ci trzymać bazyliszka. Nie posłuchałaś. Bestia pozabijała wszystkich na swojej drodze, a ty obawiasz się, co zrobiłby kochany mężuś, gdyby wrócił do świata żywych. Ale wyluzuj – zakpił. – Sama powiedziałaś, że nie sposób cię drugi raz zabić. Co najwyżej zamknąłby cię do urny.

– Bez Pimpusia nie dalibyśmy rady! – załkała Mairin. – Spaliliby rezydencję, zabiliby wszystkich.

Richard zastanowił się, czy istnieją szpitale dla umysłowo chorych duchów.

– Dałaś bazyliszkowi na imię… Pimpuś?!

Desire parsknął śmiechem. Tancmistrz chrząknął i skupił się na studiowaniu detali własnego noża. Ciceron przygryzł usta, dłonią przysłonił oczy. Tylko rodzeństwu udawało się jeszcze utrzymać powagę, podczas gdy zjawa zawyła niczym zawodowa płaczka na pogrzebie.

– Był kochanyyy! Wychowałam go od jajkaaa! A potem Eilig wykończył go pająkamii! I za cooo?! Przecież nas uratowaaał!…

Przez chwilę wszyscy – czy ogłuszeni donośnym wyciem zjawy, czy niepewni, co dalej robić – milczeli.

– Niech mnie ktoś zastrzeli! – burknął w końcu Tancmistrz. – Mairin, obiecujemy ci, twój mąż pozostanie dokładnie tak samo nieżywy jak do tej pory! Tylko się, na Onyksową Harfę, zamknij!

Zjawa chyba go nie usłyszała.

– Spokojnie, Mairin! – Richard, Ciceron oraz Evan wspomogli Tancmistrza. – Już dobrze. Wszystko zostanie po staremu. Naprawdę nie musisz się obawiać.

Ta wyła dalej. Od jej wrzasków Dee rozbolała głowa, a pozostałym zaczęły puszczać nerwy. Zaczęli się wspólnie przekrzykiwać i mała krypta zmieniła się w przerośnięty ul pełen wściekłych pszczół. Pierwszy nie wytrzymał Evander.

– No, ile można?! – krzyknął – Mairin, Mortua! Silentium! Pozostali ciszaaaa!

Nagle świetliste ciało zjawy znieruchomiało obok swego skamieniałego męża i w przeciwieństwie do istot żywych poddanych tym zaklęciom, zapadło w głęboki sen. Reszta umilkła. Nagle w krypcie, pełnej przed chwilą gwaru, zapadła niesamowita cisza. Dało się słyszeć jedynie westchnienie ulgi z ust Tancmistrza.

– By to elfia zaraza! – Przeczesał dłonią płowe włosy. – A ja myślałem, że to Tom Smithard ma świra na punkcie bestii. Dobrze, że tych dwoje nigdy się nie spotkało. Wspólnie zgotowaliby nam armagedon.

– No. Dobre i to, że ta wariatka z nami nie jedzie. Przynajmniej nasze szanse z minus pięćdziesiąt skoczyły do zera – odparł Desire. – Dobra, zobaczymy w końcu tę mapę?

* * *

Krypta tonęła w półmroku. Tancmistrz wyczarował więcej latarenek i rozesłał je w każdy zakamarek grobowca. Dopiero teraz mogli zobaczyć go w całej okazałości. Było to dość obszerne kwadratowe pomieszczenie wyłożone szarym kamieniem i wsparte na kilku kolumienkach, na oko dwa razy szersze niż nawa główna kościółka i takiej samej długości. W niszach ściennych po obydwu stronach kryły się metalowe, zdobione kwiecistymi reliefami trumny różnej wielkości. Najbardziej okazały kamienny sarkofag zajmował środek pomieszczenia, między kolumnami a za skamieniałą postacią Nathaniela. Przypadkowa ofiara bazyliszka miała chronić lokatorów grobowca przed odwiedzinami wścibskich. Przynajmniej tak mogło to wyglądać dla osób niewtajemniczonych.

– Rodzina Nathaniela – szepnęła Evan, wskazując trumny. – Ich też zabrała zaraza.

Teraz, kiedy ucichły wrzaski i płacz Mairin, uwaga wszystkich skupiła się na grobowcu i jego mieszkańcach. Mężczyźni poczuli się nieswojo, gdy dotarł do nich sens słów elfki. Byli tak blisko ofiar zarazy… Desire zacisnął szczęki, Richard dyskretnie wytarł w spodnie spocone dłonie. Głęboko odetchnął chłodnym i lekko stęchłym powietrzem.

– To co z tą mapą?

– A tak, mapa.

Evangeline podeszła do jednej z nisz. Stały tam dwie niewielkie metalowe trumienki.

– Wybacz – usłyszeli jej szept, jakby zwracała się do osoby wewnątrz! Nacisnęła jeden z płatków kwiatu zdobiącego trumnę, a wtedy cały motyw roślinny odskoczył niczym klapka. Evan sięgnęła do wnętrza i zaczęła czegoś szukać. – Tu spoczywa siostra Nathaniela – wyjaśniła. Dłoń nadal poszukiwała. Wreszcie coś uchwyciła i po chwili oczom zebranych ukazało się proste metalowe pudełko.

– I wkładasz tam rękę, ot tak? Nie obawiasz się zarazy? – zapytał Desire.

– Ciała elfów, nieistotne czy zmarłych na zarazę, czy na coś innego, rozsypują się, pamiętasz? Ta trumna to tylko piękne opakowanie. Hołd rodziny dla zmarłej. Siostra Natha umarła w Metropolii. Jej prochy przywieziono do Sleepy Graves w kamiennej urnie szczelnie zamkniętej. Nie zdążyła nikogo zarazić. To nie martwych musimy się bać.

Podała Ciceronowi pudełko.

– Niezła skrytka. – Ciemnowłosy zakonnik wykrzywił usta z uznaniem, lecz zaraz wszyscy skupili się na kasetce.

– Tam będzie wygodniej. – Evander wskazał kamienny sarkofag.

Opat położył kasetkę na płycie grobowca. Wyciągnął dłoń do Tancmistrza, który pogrzebał w kieszonkach paska i dobył płaską paczuszkę. Otworzył ją. Ostrożnie wyjął karteluszek wielkości dłoni, pożółkły i postrzępiony na brzegach. Położył świstek na płycie, delikatnie wygładził. Gdy opat otworzył kasetkę, zebrani wstrzymali oddech. Richard przyjrzał im się dyskretnie.

„Na Onyksową Harfę! Są tak nakręceni, że nie wiem, czego im życzyć. Jeśli mapa zadziała, aktywuje się, ci wariaci pójdą jej śladem na koniec świata, nie bacząc na niebezpieczeństwa. Jak nie zadziała, będą załamani. Nie wiadomo co gorsze”.

Tymczasem opat po kolei wyjmował pozostałe kawałki papieru. Niczym sporych rozmiarów pogniecione puzzle dopasował poszczególne fragmenty. Po chwili mieli przed oczami pustą kartę. Wymienili spojrzenia.

– Co teraz? – szepnął Desire.

– Ruiz – odparła Evan i po chwili wszystko stało się jasne.

Evander pogładził viverna po głowie, szepnął coś, wskazał zwierzakowi fragmenty. Ten nabrał powietrza, a potem… westchnął, wypuszczając wprost na papier maleńkie obłoczki błękitnego dymu. Wszyscy wlepili oczy w karteluszki, sami niemal wstrzymując oddech. Evander zacisnął palce na kamiennej płycie sarkofagu, Evan na ramieniu brata. Vivern ponownie westchnął. Błękitny dym przesunął się po papierowych kawałkach, scalając je i na jedną niewielką chwilę uwidaczniając sekrety dokumentu.

Ujrzeli tekst sonetu, a tuż obok notatkę dopisaną pięknym zamaszystym pismem. Notka głosiła:

Podwójna armilla zdobi jego ramię

Szklany sarkofag skrywa jego ciało

Archikatedra śpiących dusz

Miejscem spoczynku majestatu

Znajdź go, wydobądź i przywróć światu…

Litery reszty wiersza i dopisku zapulsowały i zgasły. Widoczny został jedynie fragment z Richardowego kawałka mapy.

– Nie zniknął – mruknął Evander i w zamyśleniu pomasował się po brodzie. – Ciekawe.

– Pewnie ten kawałek ktoś niechlujnie obłożył zaklęciem utajniającym. Skandaliczne, ale się zdarza. – Evan wydęła usta.

– Ten fragment widzieliśmy już wcześniej – wtrącił Desire. – Tylko geniusz zapamiętałby resztę, widząc ten tekst przez kilka sekund. Czyli nic nam to nie dało.

Evangeline zmarszczyła brwi.

– Jak to nic nie dało? Fragmenty się scaliły. Na dobre. Czyli mamy potwierdzenie, że to JEST mapa! Mamy jeden fragment sonetu i notatkę, której znaczenie musimy rozszyfrować. To bardzo, bardzo dużo.

– Ale ciągle za mało. Może niech Ruiz jeszcze raz…

– Ruiz zakończył swoją robotę – ucięła Evan. – Scalił mapę, potwierdził jej autentyczność. Mógłby chuchać do upadłego, a więcej i tak nie zdziała. Proponuję…

Ale ciągu dalszego nie było, bo nagle Ruiz coś ćwierknął, Evander zarządził ciszę, a wtedy usłyszeli… stukot czyichś podkutych butów na posadzce kościółka! Odgłos niebezpiecznie zbliżał się ku wejściu do otwartej krypty, a czyjś tubalny głos zawołał:

– Evangeline, moja droga? Jesteś tu?!

Szybko wymienili spojrzenia.

– Terraney! – szepnęło rodzeństwo.

– A ten co tu robi?! – mruknął Dee.

Evangeline się skrzywiła.

– Całkiem zapomniałam, zaprosił mnie na obiad.

Wzięła głęboki wdech, zrobiła krok ku schodom.

– Zaraz to załatwię.

Richard złapał ją za rękę. Pokręcił głową.

– Nie możesz tam pójść.

– Znam go. Szybko się go pozbędę! – syknęła.

– Terraney zna starszą schorowaną panią, nie dużo młodszą śliczną kobietę. – Spojrzał na nią znacząco.

– Ś-śliczną?

– Wmówisz mu, że użyłaś ekstrakremów odmładzających?

Kroki rozbrzmiewały coraz bliżej.

– Evangeline? Nic ci nie jest?

Wszyscy wycofali się pod ściany i tylko Richard przyłożył palec do ust, nakazując pozostałym ciszę. Tancmistrz gestem wygasił latarenki, a Evander odesłał ducha Mairin ku najgłębszym niszom. W ciemnościach Richard złapał Desire za ramię.

– Latarka! Dawaj ją! – szepnął.

Po chwili z zapaloną latarką w garści, pogwizdując jak gdyby nigdy nic, wyłonił się z czeluści krypty, wychodząc wprost na olbrzymiej postury starszego pana dzierżącego bukiet herbacianych róż. Skrzywił się, bo wszystko wokół zdawało się emanować intensywnym zapachem wody kolońskiej i kwiatów. Terraney zauważył jego grymas i zmieszał się. W swoim staromodnym garniturze i krawacie z wzorkiem w białe króliczki, z przylizaną żelem siwą czupryną wyglądał jak wcielenie podstarzałego adoratora żywcem wyjęte z tandetnego romansu. Szybko opuścił bukiet, schował go za plecy. Nieufnym wzrokiem zlustrował Richarda. Ten odpowiedział mu niewinnym spojrzeniem.

– Ooo! Pan musi być komendantem Terraneyem – rzucił, sam dziwiąc się swemu tupetowi. – Babcia Evan opowiadała mi o panu. Witam. Co pana sprowadza?

– B-babcia Evan?! Nie wiedziałem, że Evangeline miała dzieci, a tym bardziej wnuki…

– Bo nie miała. To moja stryjeczna babcia. – Dee zaśmiał się beztrosko. – Mam jej coś przekazać?

– Evangeline nie ma? – Terraney zerknął podejrzliwie na Dee, potem na wejście do grobowca. – Byliśmy umówieni. Na obiad… Się nazywasz?

Richard przywołał najpiękniejszy z repertuaru swych przepraszających uśmiechów.

– Gapa ze mnie! – Pacnął się w czoło, jakby dopiero teraz sobie przypomniał. – Eric Widdows, stryjeczny wnuk Evangeline. Evandera zresztą też. – Dłoń wystrzeliła ku komendantowi. Ten zawahał się, ale odwzajemnił uścisk. Jego dłoń była wielka i ciepła, lecz Dee nie miał wątpliwości, że w razie potrzeby potrafiłaby mu zmiażdżyć palce. – Babcia musiała pilnie wyjechać do rodziny do Sirens Bay. Jedna z jej kuzynek poczuła się źle. Obawiamy się, że długo nie pociągnie – kłamał jak z nut. – Ale za kilka dni babcia Evan wróci. Tak twierdziła. Prosiła, żebym zajął się rezydencją pod jej nieobecność.

– I tak się zajmujesz? Myszkując? – Terraney zerknął na wejście do krypty. – A gdzie Evander?

– Też wyjechał. Razem z nią.

Ten stary pryk był zdecydowanie zbyt wścibski i należało go jak najszybciej spławić.

– Prawdę mówiąc, mam znaleźć jedno cinerarium, bo…

– Co masz znaleźć?!

– Cinerarium. – Richard wzruszył ramionami, jakby odpowiedź była oczywista. Zobaczył otwarte ze zdumienia usta komendanta. – No tak się mówi na urnę z prochami nieboszczyka. Nie wiedział pan?

– Ahaaa…

– Ta kuzynka, która umiera, wyraziła życzenie, by przed śmiercią dotknąć cine… to znaczy urny z prochami swej matki. Babcia prosiła, bym znalazł tę konkretną i zawiózł im do Sirens Bay. Spieszyli się z Evanderem, więc nie zdążyli jej zabrać. Niestety, w tej krypcie jest sporo urn. Głównie tych z pochówków elfów, które umarły na elfią zarazę, ale też wielu innych osób. W tym z naszej rodziny. Może by mi pan pomógł? Szybciej bym skończył i babcia byłaby zadowolona. Serdecznie zapraszam. – Wskazał wejście do krypty.

– Na elfią zarazę? – mruknął olbrzym.

– Dokładnie. Tam normalnie jest pełno ofiar zarazy, więc szukanie to będzie niezła orka! Ale spokojnie, nie ma się czego obawiać. Przecież zaraza zabijała elfy i mieszańców, nie? – paplał jak najęty. – Co prawda, trochę tam śmierdzi trupem i wszędzie są pajęczyny, no ale to w końcu grobowiec.

Jeśli myślał, że tym sposobem odstraszy Terraneya i szybko się go pozbędzie, bardzo się zawiódł. Starszy pan odłożył na pobliską sofę róże razem z marynarką. Podwinął rękawy koszuli.

– Dla Evan… ehm… to znaczy, dla twojej babci, zrobiłbym bardzo wiele – mruknął zakłopotany. – Tylko po wszystkim wspomnij jej, że… No wiesz… I że ją pozdrawiam. Że zjemy ten obiad, jak tylko wróci.

– Oczywiście! – zapewnił Richard i natychmiast… spanikował. „By to elfia zaraza! Co mnie opętało, żeby prosić tego kochasia o pomoc?! Jeśli on tam zejdzie…”. Zerknął ku wejściu do krypty.

– A tak w ogóle to jakim cudem otwarłeś ten grobowiec? – usłyszał kolejne wścibskie pytanie, a potem zobaczył szerokie plecy starszego pana, który właśnie zmierzał ku krypcie.

– J-jak? T-to nie było trudne…

Zerknął na płytę ciągle leżącą koło argemonii i wtedy to dostrzegł. Przez metalowe uchwyty ktoś przełożył liny, których końce zaplątano o wspólny hak zamontowany do systemu wielokrążków gdzieś pod sufitem. Dzięki temu nawet dziecko zdołałoby unieść taki ciężar jak płyta nagrobna. Tyle że system ten jeszcze sekundę temu nie istniał… Ale Dee nie miał czasu zastanowić się, który z jego kompanów zaklęciem wyczarował linki, bo oto Terraney już był na schodkach.

– Evander powiedział mi, jak korzystać ze specjalnego dźwigu. O, tego tu – wyjąkał, wskazując liny. – Normalnie łatwizna!

– Aha. Rozumiem. I pewnie nie masz drugiej latarki, co?

Pytanie było z gatunku retorycznych, bo podstarzały Romeo puścił do Richarda oko, a potem wyjął zza paska… spluwę razem z niewielką latareczką! Dee nerwowo oblizał usta. Tamten się zaśmiał.

– Nie szkodzi. Ja mam. Nawet pod prysznic zabieram to maleństwo – zachichotał. – Wieloletnie nawyki starego konstabla. Zawsze mam przy sobie naładowaną broń i latarkę. Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać.

– Cudownie… – wykrztusił Richard.

„Pod prysznic?!” – dodał w myślach. Za cholerę nie chciał wyobrażać sobie Terraneya w kąpieli, na dodatek z zabawkami. „Na Onyksową! Ciekawe, co pierwsze nas zabije: jego spluwa czy smród wody kolońskiej?”.

Błyskawicznie rozważył udawany atak epilepsji, sfingowanie małego pożaru i kilka innych opcji z zabójstwem Terraneya włącznie. Tymczasem światełko latarki komendanta zaczęło omiatać pierwsze schodki. W chwili, kiedy Richard niemal zdecydował się na kompromitującą, ale pokazową utratę przytomności – „Byle nie reanimował mnie metodą usta-usta!” – Terraney zaklął.

– Komendancie?

Zobaczył, że tamten za wszelką cenę chce się dostać do wnętrza grobowca, tyle że wejście do krypty… zmniejszyło się! Richard zmarszczył brwi. Podszedł bliżej, nie wierząc własnym oczom. Dziura, przez którą jeszcze niedawno bez problemu przedostało się pięciu mężczyzn, jedna kobieta i vivern, teraz radykalnie się skurczyła!

– Panie Terraney? – rzucił niepewnie.

Nie dosłyszał zduszonej odpowiedzi. Usłyszał za to sapanie, wyklinanie i dźwięk rozdzieranego materiału. Terraney najpierw miotał się, a potem zastygł we wlocie do krypty niczym ogromny korek. Richard podszedł jeszcze bliżej.

– Panie Terraney?

Głowa tamtego poruszyła się. Starannie przylizana żelem czupryna teraz wyglądała jak zastygła strzecha.

– Możesz mi… ehm… pomóc wyjść, chłopcze? Schodzenie tutaj chyba nie było… ehm… dobrym pomysłem. Nie sądziłem, że to wejście jest takie małe. Może złap mnie za ramiona, a ja się odepchnę nogami, co?

Minutę czy dwie później Richard i jego żywy korek – spleceni niczym zapaśnicy zmagający się w pojedynku – wytoczyli się z dziury w podłodze i usiedli zasapani opodal wejścia do krypty.

– Na Onyksową, panie Terraney, tak mi przykro – odezwał się Dee, gdy złapał oddech.

– C-co? A czemu? Przecież nic się nie stało – burknął tamten i zaczął się podnosić. – To mnie jest przykro, że nie pomogłem Ev… By to elfia zaraza!

Dopiero teraz dostrzegł rozdarcie na rękawie ulubionej koszuli. Spodnie, też naddarte w trakcie wyciągania, dodatkowo uwalane były kurzem zalegającym schody i wejście do krypty. Potargana siwa strzecha na głowie i usmolona twarz sprawiały, że Terraney wyglądał teraz jak menel wyszykowany na ostrą imprezkę. Duszący zapach wody kolońskiej zmieszanej z ostrą wonią potu zdecydowanie uwiarygadniał ten wizerunek. Na twarzy i szyi komendanta pojawiły się czerwone plamy zażenowania.

Dee czuł, że musi zażegnać nadciągającą awanturę. Wysilił się na przepraszającą minę, co nie było łatwe, bo miał świadomość, że tam w podziemiach zgromadzenie dowcipnisiów jak nic rechocze teraz ze śmiechu. I mógłby się założyć, że głównym pomysłodawcą owego dowcipu z kurczeniem się wejścia do krypty jest pewien ciemnowłosy zakonnik. Ale czemu u licha magią zaklinował starego pryka w dziurze, zamiast go z niej wypchnąć?

„Desire i jego dowcipy. Nawet w tak poważnej sytuacji sobie nie odpuści” – pomyślał zdegustowany, a już na głos powiedział:

– Jeśli pan chce, mogę poszukać jakichś nici albo kleju, żeby to załatać. Zwłaszcza spodnie. Żeby mógł pan bez problemu wrócić do siebie. Szwaczka ze mnie beznadziejna, więc ładne nie będzie, ale…

– Dzięki! – rzucił opryskliwie komendant. – Poradzę sobie! I wybacz, ale ty też sobie musisz poradzić. Sam!

Złapał marynarkę i mrucząc: „Że też dałem się na to namówić!”, ruszył wściekły do wyjścia.

– Panie Terraney?

– Co?!

– Róże! Zapomniał pan róż!

– Nie zapomniałem!

– To co mam z nimi zrobić?

– Wazon! Chyba znajdziesz jakiś?

– Pewnie tak – mruknął Richard i za znikającym w drzwiach kościółka Terraneyem krzyknął: – W imieniu babci bardzo dziękuję! Przekażę jej, że bardzo mi pan pomógł!

– Kłaniaj się Evangeline!

Trzasnęły drzwi i zapadła cisza. Dee był wykończony: bardziej psychicznie niż fizycznie. Opadł na najbliższą sofę i odetchnął z ulgą. Zerknął na drzwi kościółka, by upewnić się, że komendant nie wraca.

„No jeśli miłość ogłupia i ograbia z godności oraz wolnej woli, ten kochaś to najgłupsza istota we wszechświecie” – pomyślał. Usłyszał szelest dobiegający od wejścia do krypty.

– Poszedł? – Głowa Evandera ukazała się w otworze.

– Chwila. Sprawdzę. Terraney ma samochód?

– To grat, ale zadbany. Czarny. Tak wypolerowany, że świeci się jak gnomowi!… Auu, Evan, no za co?! – jęknął Evander, jakby otrzymał mocnego kuksańca. – Chciałem tylko powiedzieć, że świeci się jak gnomowi oczy! A ty co myślałaś?!

„Typowe rodzeństwo… Kłócą się do upadłego, ale jak przychodzi co do czego, stają za sobą murem”. – Dee pokręcił głową i pobiegł do wyjścia.

Jednak na zewnątrz żadnego czarnego wypolerowanego grata – tudzież kochasia w podartych gatkach – nie zobaczył.

– No, wygląda na to, że mamy go z głowy – powiedział po powrocie. – Możecie wyjść.

Tancmistrz z Desire ponownie sprawdzili kościółek i otoczenie. Wejścia zabezpieczyli zaklęciami. Evander odczarował Mairin, zaznaczając, że jeśli znowu się wydrze, urna grobowa pochłonie ją na wieki, więc obrażona zjawa poleciała za Ruizem do oranżerii. Ciceron pomógł rodzeństwu zamknąć kryptę.

– Twoje róże. – Richard podał bukiet Evan.

Zmieszała się.

– Wyrzuć to paskudztwo.

I nie zaszczycając kwiatów jednym spojrzeniem, z mapą w garści powędrowała z powrotem do zakrystii. Chwilę patrzył za nią zaskoczony.

* * *

– Dobra, mamy mapę plus notatkę. Evangeline załatwiła Terraneya. Co teraz? – rzucił Desire, gdy ponownie zasiedli przy szklanym stole.

– To była Evan? – mruknął Dee ze zdziwieniem. – Myślałem, że…

– Nie, tym razem to nie moja zasługa. – Mnich zachichotał. – Ale jestem pełen podziwu dla inwencji twórczej naszej uroczej gospodyni. – Skłonił przed Evan głowę.

Elfce tylko zaśmiały się oczy.

– Zaklęcie kurczące wejście do krypty było absolutnie genialne – potwierdził Richard. – Ale mogłaś mi darować wyciąganie Terraneya z tej dziury.

– Nigdy! Ubawiłam się przy tym po pachy! – odpowiedziała ze śmiechem tak zaraźliwym, że po chwili chichotał i Desire, i Richard wraz z Evanderem. – Hej, raz na osiemdziesiąt lat ja też mogę komuś zrobić dowcip.

– I udało ci się. Na Onyksową! Terraney długo go nie zapomni – rzucił Dee. – Tym razem ci wybaczam, ale jak mi jeszcze raz każesz uprawiać zapasy z jakimś konstablem na podłodze świątyni… Nie wiem, co było gorsze: smród jego wody kolońskiej czy widok dziury w spodniach na tyłku.

Dłuższą chwilę wszyscy dowcipkowali na temat komendanta i jego podartej garderoby. Przyłączyła się do nich nawet Mairin, która właśnie wróciła z oranżerii i swym zwyczajem przysiadła na belkach pod sufitem.

– Słuchajcie… – burknął Tancmistrz. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. – Słuchajcie!

Bez skutku. Nabijanie się z Terraneya zdawało się najważniejszym punktem zebrania i tylko Ciceronowi oraz Tancmistrzowi jakoś radosny nastrój nie chciał się udzielić.

– Ciszaaa! – huknął płowowłosy zakonnik i dopiero wtedy wszyscy umilkli. Spojrzeli na niego ze skrajnym zdumieniem na twarzach. – Nabijacie się z tamtego faceta – wycedził. – Myślicie, że go rozgryźliście, żeście go ZAŁATWILI. Nic bardziej mylnego! Być może ten gość w kontaktach z kobietami to istna pokraka. Być może jego poczucie mody zatrzymało się w poprzednim stuleciu. I być też może, facet jest niezgrabny jak otyła ropucha, ale wierzcie mi, komendantami nie zostają idioci. Ten jegomość – wskazał palcem gdzieś za siebie – zaraz wróci na posterunek. Doprowadzi się do porządku, ale potem z miejsca zacznie kombinować, bo tego go uczono już w szkole kadetów. Zada sobie pytania. I będzie szukał logicznych odpowiedzi.

– Jakie pytania? – W oczach Evandera pojawił się niepokój. Pozostałym też dobry humor minął.

– Znacie się od wielu lat, prawda? – Tancmistrz zwrócił się do Evan, która przytaknęła. – Rozumiem, że jesteście ze sobą dość blisko. Nie musisz odpowiadać – dodał, widząc jej zakłopotanie. – Więc nie powinno cię dziwić, że facet najpierw zastanowi się, czemu nigdy nie słyszał o twojej rodzinie z Sirens Bay i o stryjecznym wnuku. Potem przypomni sobie, że nigdy nie wyjeżdżałaś. A przynajmniej nie tak daleko. No i nic mu nie wspomniałaś, że zamierzasz to zrobić. Zechce wszystko sprawdzić.

– Niby czemu? – szepnęła Evan. – Przecież Richard powiedział, że wracam za kilka dni, że pójdę z nim na ten obiad.

Tancmistrz zerknął na nią z… politowaniem.

– Wybacz, że to powiem, ale twoja wiedza o mężczyznach jest zerowa.

– Wypraszam sobie! – sapnęła. Jej twarz poczerwieniała z oburzenia.

– To nie była oblega, tylko stwierdzenie faktu. Poza tym przeprosiłem. Tamten facet – Tancmistrz znów kiwnął ręką – jest w tobie zakochany. Za-ko-cha-ny! To było widać z daleka. A to oznacza, że same wyjaśnienia Dee to dla niego za mało. Kto wie, być może podejrzewa, że Richard was napadł, zamordował i okradł, a jego okłamał? Tego nie wiemy, prawda? Na dodatek został upokorzony. Wierz mi, nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż zakochany poniżony mężczyzna, który dodatkowo jest stróżem prawa. To wysoce ryzykowna kombinacja. Więc jak nic Terraney sprawdzi Dee.

Richardowi mina zrzedła. Elfka ze zdenerwowania oblizała usta. Potoczyła wzrokiem po zebranych. Teraz w oczach miała strach.

– Nie przesadzasz? – szepnęła. – Do tej pory wierzył w moje słowa.

– No właśnie, w TWOJE, nie Richarda, którego na oczy nie widział. Więc pierwsze, co zrobi, to znajdzie, a właściwie NIE ZNAJDZIE twojej rodziny w Sirens Bay. Potem przetrząśnie wszelkie policyjne zasoby w poszukiwaniu twojego stryjecznego wnuka, Erica Widdowsa.

– Jego pewnie też nie znajdzie – powiedział Evander.

– I tu się mylisz – burknął Tancmistrz. – Bo widzisz, Richard palnął pierwsze nazwisko, jakie mu wpadło do głowy. Kłopot w tym, że podróżując po Palatynacie, używał już tej fałszywki. Eric Widdows jest znany konstablom jako oszust i złodziej.

– Rzeczywiście. Czytałam jego pamiętnik – wyszeptała Evan teraz już serio wystraszona.

Wszyscy jak na komendę spojrzeli na Dee. Ten, przerażony, zakrył twarz dłońmi.

– By to elfia zaraza! – wykrztusił. – Kompletnie o tym zapomniałem! Wszystko działo się tak szybko! Ale ze mnie idiota…

– Przez grzeczność nie zaprzeczę! – wycedził Ciceron i posłał Richardowi gniewne spojrzenie.

– Ja chędożę! – Desire złapał się za głowę. – Trzeba szybko coś wymyślić, zanim ten stary pryk tu wróci razem z całym posterunkiem.

– Dużo czasu nie mamy. Konstable są jak interceptory na tropie. Trzeba się sprężać – dorzucił Tancmistrz. – Podejrzewam, że trochę czasu zabierze Terraneyowi sprawdzanie Richarda. Ale zakładam, że dziś po południu, najdalej jutro o tej porze, będzie tu z powrotem.

– Wtedy wyjdę do niego – odezwała się Evan – powiem, że właśnie wróciłam od rodziny, zaproszę na ten obiad i…

– Wybacz ponownie, ale o policji też wiesz niewiele – rzucił Tancmistrz.

– A Tancmistrzowi wybacz brak ogłady – wpadł mu w słowo Ciceron, widząc kolejne rumieńce gniewu na twarzy elfki. – To miły facet, ale nawykły do wydzierania się na mężczyzn. Jednak muszę mu przyznać rację. Twój urok na Terraneya nie zadziała. Czary też nie. Bo możesz zaczarować jednego faceta, ale całego oddziału nie zdołasz. Wszyscy razem nie dalibyśmy rady tego zrobić. Liznęliśmy magii, ale to nie czyni z nas wielkich czarodziejów.

Evan zagryzła usta. Milczała. Teraz odezwał się Desire:

– Tancmistrz ma rację. Kiedy Terraney tu wróci, będzie uzbrojony w spluwę, konstabli i wiedzę. Wyedukowany, kim jest Richard i że go okłamał. Wtedy przetrząśnie ten kościółek od dachu po piwnice i będziesz miała sporo szczęścia, jeśli nie oskarży ciebie – zwrócił się do Evan – oraz Evandera o ukrywanie przestępcy. Pomyśl, co się stanie, jeśli zechce was przesłuchać na posterunku? Z dala od argemonii będziecie bez szans. Jeśli na dodatek zorientuje się, że jesteście czystej krwi elfami…

Długą, bardzo długą chwilę wszyscy milczeli.

– Spieprzyłem to… – wyszeptał Richard.

– Nie da się ukryć – mruknął Desire. – Przeszarżowałeś.

– Myślałem, że pomysł z wnukiem będzie dobry. Kretyn ze mnie. Wybaczcie…

– Nie łam się, dzieciaku – dobiegł ich szelest Mairin z jakiegoś kąta. – Pamiętasz, co mówiłam o życiu? Że jest jak…

– Jak mały wredny gnom, który użre w najmniej oczekiwanym momencie. I to jest ten moment – westchnął Dee.

– Wiemy. Właśnie użarł nas wszystkich – burknął Tancmistrz. – Ale nie chodzi o to, żeby ci dokopywać, tylko by znaleźć rozwiązanie, jak się wydostać z tego szamba. I to szybko. Ktoś ma jakieś pomysły?

– Cóż, sytuacja jest niewesoła. Musimy znaleźć potomka księcia, oryginał Harfy i zabrać stąd tych dwoje – Ciceron wskazał głową elfy – zanim pojawi się komendant. Rozsądek nakazuje jak najszybciej wrócić do Fenaby. To nasza kryjówka. Tam mamy zdecydowanie większą możliwość leczenia Evan i Evandera. Oni mogliby kontrolować argemony, my namierzać naszą Harfę i tego elfa. Tu rodzeństwo już nie jest bezpieczne. Zresztą skoro mają z nami jechać do Wietrznych Katedr, i tak muszą zniknąć. Pytanie tylko jak to zrobić?

– Samochód Richarda? – podsunęła Evan.

Tancmistrz pokręcił głową.

– Odpada. Żebyśmy się wszyscy w tym aucie pomieścili, musielibyśmy zmienić was w jakieś małe przedmioty. Przy waszym zdrowiu przemiana i wielogodzinna jazda z dala od argemonii mogłaby się zakończyć tragicznie. Zwłaszcza że składników na lekarstwo, które dla was zrobiłem, zostało niewiele. Nie wiem, czy wystarczy na podróż.

Evangeline postawiła na stole półmisek ciasteczek i poszła zaparzyć świeżej herbaty. Podczas gdy mężczyźni naradzali się, Richard wstał od stołu i zamyślony wyjrzał przez okno. Założył ręce do tyłu. Dłuższą chwilę po prostu podziwiał teren posesji. Pomyślał z żalem, że ten kościółek jednak nie stanie się bezpieczną przystanią dla niego i Mai. Że gdy go opuszczą, prawdopodobnie nigdy tu nie wróci. Poczuł drapanie w gardle. Wystraszył się, że zaraz będzie miał atak. Zamrugał, by przegonić napływające do oczu łzy − oto kolejne marzenia o zamieszkaniu w tej pełnej spokoju rezydencji właśnie uleciały jak dym z komina. Zaraz jednak zbeształ się w myślach, że przez własną bezmyślność naraził przyjaciół na niebezpieczeństwo i pozbawił elfy domu, więc nie powinien się użalać. Powinien raczej myśleć, jak uratować rodzeństwo.

– Musieliby podróżować we wnętrzu argemonii… – szepnął do siebie.

Pogrążony w rozmyślaniach kilka razy przemierzył zakrystię. Ponownie usiadł, bezwiednie skubnął ciastko.

– Musieliby podróżować we wnętrzu argemonii… – mruczał z pełnymi ustami, wpatrzony w przesypujący się piasek w klepsydrze stołu.

– Co? – Desire nie dosłyszał. – Co mówiłeś?

Dee się ocknął.

– Że jedyna szansa, by bezpiecznie dojechali do Fenaby, to podróż we wnętrzu argemonii – powiedział już głośniej. – Ale mój wóz odpada. Za mały. Przydałby się większy. Na przykład taki jak ma Tom Smithard. Szkoda, że go tu nie ma…

– Co powiedziałeś?! – rzucił ostrym tonem Ciceron.

Richard się zmieszał.

– Że jedyna szansa, żeby oni…

– Dalej!

– Przydałby się wóz Toma Smitharda?… – dokończył niepewnie Richard.

Wodniste oczy opata zalśniły, uśmiech rozciągnął wąskie usta. Rozejrzał się. Zatrzymał na dłużej wzrok na ciemnowłosym zakonniku.

– Desire?

Tamten odpowiedział szerokim uśmiechem, ale szybko dodał:

– Da się zrobić, Cor.

– Masz zamiar ukraść taki wóz? – spytał Dee. – Czy zaklęciem powiększyć mój?

Desire zaprzeczył.

– Ani jedno, ani drugie. Zbyt ryzykowne. Poza tym nie ma potrzeby tak kombinować. Pamiętasz jeszcze, że Tom to antykwariusz? Często jeździ po Palatynacie w interesach. Oficjalnie. Na dobrych papierach. Zna wszystkie posterunki i wielu konstabli. I tak się składa, że powinien być niedaleko stąd. A ja wiem gdzie, i na dodatek wiem, jak się z nim skontaktować. Świetny pomysł, Dee. Brawo!

– Co planujecie? – wtrąciła się Evan, która wróciła z dzbankiem herbaty.

– Porwać cię, piękna pani, do leżącego gdzieś na prowincji klasztoru, pełnego samotnych mężczyzn, a tam… – powiedział Desire uwodzicielskim głosem i puścił oko do Evan. Ta zerknęła spanikowana na pozostałych. – Nie przejmuj się jego gadaniem. – Ciceron pochylił się ku elfce. − W Fenaby ty i twój brat będziecie naprawdę bezpieczni. No i mamy tam świetnego lekarza. Dobierze dla was taki zestaw leków, żebyście bez problemów mogli ruszyć z nami na wyprawę. Obiecuję. – Poklepał ją uspokajająco po dłoni. – Cor – znów odezwał się ciemnowłosy mnich – będę potrzebował samochodu Richarda i kilku wolnych… ehm… godzin. – Spojrzał znacząco na opata.

– Desire, WOLNE GODZINY mogą poczekać! Najpierw obowiązki, potem przyjemności. Masz się skontaktować z Tomem. Pamiętaj, zależy nam na czasie. Musimy stąd wyjechać, zanim pojawi się Terraney, czyli jak najszybciej!

Mężczyzna się skrzywił.

– A co, jeśli Tom nie zdąży? Jeśli komendant będzie szybszy? Przydałby się jakiś plan awaryjny. Coś, co sprawiłoby, że Terraney zrezygnuje ze sprawdzania Richarda albo żeby przynajmniej zabrało mu to więcej czasu. No i potrzebny bardziej wiarygodny powód zniknięcia Evan i Evandera.

– Wiem. – Opat pomasował się po karku i przygryzł wąskie usta. Pozostali czekali na jakiekolwiek jego słowo. Jednak Ciceron milczał zamyślony, rozwiązanie nie nadchodziło.

– Mogę coś powiedzieć? – nie wytrzymała Mairin. Niepewnie zerknęła na Evandera.

– Byle z sensem.

– Tancmistrz miał rację: Terraney jest zakochany.

– Tak, wiemy. Do tego jest upokorzonym stróżem prawa. Przejdź do sedna – mruknął elf.

– Jest tylko jeden sposób, żeby odciągnąć tego Interceptora od tropu albo chociaż spowolnić…

Zawiesiła głos, żeby podgrzać emocje słuchaczy.

– Tia? – zapytał Desire.

– Trzeba wykorzystać jego uczucie do Evangeline. Powinna się z nim skontaktować i potwierdzić słowa Dee. Ale musi to zrobić natychmiast, zanim komendant rozpocznie śledztwo.

– A niby jak mam to zrobić? – fuknęła Evan. – Przecież nie pójdę do niego osobiście, skoro rzekomo jestem w Sirens Bay! Wyjechać, ale tak naprawdę wyjechać, też nie mogę. Nie bez argemonii.

Mairin się uśmiechnęła.

– Ale może to zrobić ktoś w twoim imieniu i na odległość. Z jakiegoś publicznego miejsca.

– Jakim cudem?

– Zmieniając się w ciebie albo przynajmniej podrabiając twój głos i kontaktując się z Terraneyem przez ogólnie dostępny telefon. Który z was najlepiej posługuje się zaklęciem Transformatio?

Mężczyźni spojrzeli po sobie, wzruszyli ramionami i tylko Desire zaczął nerwowo drapać się po karku.

– A oto i nasz zwycięzca – zakpiła zjawa. – Pewnie zawsze marzyłeś o przymierzeniu kilku damskich kiecek, co? Teraz będziesz miał okazję to zrobić.

– Nawet tak nie żartuj!

– Gdzież bym śmiała? To ty będziesz żartował. Przecież lubisz robić dowcipy, prawda? No i pomyśl, chwała za uratowanie wszystkich tu obecnych przypadnie wyłącznie tobie. – Zawisła tuż koło jego głowy i szepnęła wprost do ucha: – Desire, kobiety uwielbiają niegrzecznych chłopców i wielkich bohaterów. Możesz zostać jednym i drugim. Uratować przyjaciół i zaskarbić sobie ich wdzięczność. – Wzrokiem wskazała nieświadomą ich knowań Evan.

Na twarzy mnicha natychmiast pojawił się uśmiech. Szybko spojrzał na współtowarzyszy. Przyglądali mu się, jakby nie do końca przekonani, czy podoła misji. Nie przejął się tym zbytnio, tylko wyszczerzył się do elfki i zmierzył ją płomiennym spojrzeniem. Na widok groźnej miny Cicerona natychmiast się opamiętał.

– Eee, jasne! Przecież po to tu jestem. Prawda?!

Podniósł się od stołu. Złapał jeszcze ciastko i wgryzł się w nie z zapałem. Kilkoma łykami dokończył herbatę.

– Postaram się wrócić jak najszybciej. Mam nadzieję, że z Tomem i dobrymi wieściami. Wy w tym czasie zajmijcie się namierzaniem tego elfa, potomka księcia.

Odwrócił się do Evangeline.

– Bądź uprzejma zamienić ze mną słówko.

Zobaczył zaskoczenie w szafirowych oczach kobiety. Wskazał drzwi wiodące do wnętrza kościółka. Chwilę później gestem poprosił, by usiedli na jednej z sof w nawie głównej.

– Jeśli zaklęcie Transformatio ma się udać, muszę wiedzieć więcej…

– To znaczy?

– Mogę wyglądać jak ty i brzmieć jak ty, ale to się nie uda, jeśli nie poznam stopnia waszej zażyłości. Muszę wiedzieć, co mówisz komendantowi, co on lubi, a czego nie. Co jada, jakie ma nawyki, jak wygląda jego dom, gdzie byliście na najfajniejszych i najgorszych randkach i tak dalej. To drobiazgi, ale sprawią, że uwierzy, że rozmawia z tobą. Na początek: jak go nazywasz, gdy jesteście sami?

– Alik – odparła z pewnym wahaniem. – Ma na imię Alexander, ale lubi, jak mówię do niego Alik.

Następny kwadrans Evangeline ujawniała zakonnikowi wszelkie tajemnice Terraneya, uczyła go swego sposobu wysławiania się, ulubionych powiedzonek, a nawet gestów.

– Co zrobimy, jeśli namierzą, skąd dzwoniłeś? Bo namierzą, prawda? – spytała na koniec.

– Niech cię o to głowa nie boli. Komendant dostanie potwierdzenie, że rozmowa została przeprowadzona z domu twojej kuzynki z Sirens Bay. Ale kto wie, może gdy usłyszy twój głos, nie będzie tak dociekliwy, jak myślimy? – Uśmiechnął się. – Potrzebuję jakiegoś twojego drobiazgu. Pomoże mi w zaklęciu.

Wyjęła z włosów spinkę i podała mu. Złapał jej dłoń i na jedną długą chwilę zamknął w swoich. Niemal wyszarpnęła ją z uścisku. Schował spinkę do kieszeni, a Evan podniosła się i skinęła mu głową na pożegnanie.

– Powodzenia.

Ruszyła ponownie ku zakrystii. Nie uszła jednak dwóch kroków, gdy zatrzymało ją:

– Jeszcze jedno. Uprawialiście seks?

Odwróciła się na pięcie, podeszła do Desire i wymierzyła mu sążnisty policzek. Głowa ciemnowłosego zakonnika odskoczyła. Sapnął, zatoczył się i złapał za twarz.

Gdy się otrząsnął, elfki już nie było.

– Rozumiem, że to miała być odpowiedź przecząca – mruknął.

Usłyszał chichot. Mairin znów siedziała przyczajona na ambonie.

– Nie! W każdym języku świata to oznacza: nie twój interes. – Cała się trzęsła ze śmiechu. – Pierwszy z brzegu nagrobek na tym cmentarzyku wie o seksie więcej niż ta biedna dziewczyna. No, dowcipnisiu, jeśli to miał być twój sposób na podryw, to cię zmartwię: kiepściutki.

– Potrzebowałem tego do wypełnienia misji! – rzucił urażony.

– A nie prościej było zerknąć w metrykę komendanta? Uważasz, że taki stary pierdziel w tych sprawach jeszcze coś może?

– Kolejna, która nie ma pojęcia o możliwościach mężczyzn! – warknął i podążył za Evan, macając się po swoich nowych cyckach.

Nim dotarł do drzwi zakrystii, zapanował nad urażonym ego. Całkowicie wczuł się w rolę i przekraczając próg, wyglądał już identycznie jak Evan, poruszał się jak ona i podobnie gestykulował. Zdumionym mężczyznom posłał całusa. Ciepłym kobiecym głosem rzucił: „Co słychać?”, a potem z rozbawieniem obserwował, jak Richard wylewa na siebie szklankę herbaty. Podszedł do nadal zagniewanej Evangeline stojącej przy oknie.

– Mnie to naprawdę było potrzebne – powiedział cicho, zanim zdążyła otworzyć usta. – Kontakty intymne sprawiają, że powstaje unikalna więź. Brak tej wiedzy mógłby mnie zdemaskować przed Alikiem. Nie zrozumiałaś moich intencji, w efekcie dostałem po gębie. W ramach przeprosin, gdy wrócę, pójdziesz ze mną na randkę. Taką prawdziwą, z kolacją, tańcami i winem.

– Chciałbyś!

Dwie identyczne kobiety stały naprzeciw siebie. Jedna urażona z rękoma wspartymi na biodrach, druga ze skrzyżowanymi ramionami i kpiącym uśmiechem na twarzy. Mężczyźni przy stole przyglądali im się zaintrygowani. Zachodzili w głowę, co wydarzyło się we wnętrzu kościółka? Dlaczego pierwsza z kobiet wpadła do zakrystii wściekła, z policzkami w kolorze dojrzałych piwonii, a druga wkroczyła dostojnie, jak gdyby nic się nie stało. No i która z nich – na Onyksową Harfę! – była prawdziwą Evangeline?

– Pójdziesz – zapewnił chełpliwie Desire. – I będziesz się dobrze bawiła. Zaręczam. Bo coś mi mówi, że od osiemdziesięciu lat nie marzysz o niczym innym.

Skinął jej głową i ruszył do wyjścia.

– Wolałabym się wysmarować moczem krakena, niż zjeść kolację w twoim towarzystwie!

Uśmiechnął się.

– Spełnię każde twoje życzenie. Nawet tak perwersyjne – rzucił, nie oglądając się za siebie. A przechodząc obok stołu, przy którym trwała narada, ciągle zmieniony w kobietę swym bardzo męskim głosem szepnął: – Znalazłem miłość życia! I jestem cholernym szczęściarzem, bo ona też szaleje za mną. – Wskazał kciukiem wściekłą Evan i puścił do kompanów oko.

Zobaczył okrągłe ze zdumienia oczy Evandera.

– Do zobaczenia… przyszły szwagrze. – Skinął elfowi głową.

Idąc z powrotem ku nawie głównej, uśmiechnął się, słysząc, jak tamten wrzeszczy do siostry:

– Evaan! By to elfia zaraza! Jesteś mi winna sporo wyjaśnień!

Wychodząc z kościółka, Desire pomyślał zadowolony, że skoro nabrał przyjaciół, to i z Alikiem nie powinno być kłopotu. Co do kolacji z elfką…

– Pójdziesz, maleńka – mruknął, zmieniając się tym razem w Richarda i odpalając jego auto. – No i czas poszerzyć twoją wiedzę w niektórych dziedzinach. Niedopuszczalne, żeby nagrobki były bardziej wyedukowane od ciebie…

* * *

Wrócił jakieś dwie godziny później. Po jego minie zorientowali się, że nie wszystko poszło jak z płatka. Miejsce Desire dowcipnisia, Desire amanta zajął specjalista od trudnych misji. Poważny, wyciszony, skupiony. Nastrój pozostałych też radykalnie się zmienił. Byli jacyś spięci, dalecy od żartowania.

– Alik? – rzuciła Evan zamiast powitania.

– On? W porządku. Łyknął wyjaśnienia jak dziecko cukierek – mruknął. – Z jego strony nie musimy się niczego obawiać. Znajdzie się jeszcze kawa? – Zajrzał pod pokrywkę dzbanka stojącego na blacie. – Szlag! Zimna!

Przyglądali mu się w milczeniu, podczas gdy on przygotowywał sobie świeży napar. Pierwszy nie wytrzymał Tancmistrz.

– Czas na złe nowiny – burknął. – Dawaj. Miejmy to z głowy.

Wszyscy spojrzeli na Desire z wyczekiwaniem.

Wrócił do stołu, usiadł, upił łyczek i zagryzł ostatnim ciastkiem.

– Tom może tu być dopiero jutro rano.

Dee się skrzywił, Tancmistrz zaklął, a Ciceron tylko mruknął: „Niech to!”.

– I tyle? – odezwał się Evander. – No to mamy jeszcze sporo czasu, żeby pogłówkować nad notatką i przygotować się do drogi.

– Jeszcze żeście jej nie odszyfrowali? – Teraz ciemnowłosy zakonnik serio wydawał się zmartwiony. – Cóżeście robili cały ten czas?

– Ruiz zdechł – powiedział po prostu Richard. – Mairin dostała ataku histerii. Narobiła takiego rabanu, że nie mogliśmy jej uspokoić. Evander znów musiał użyć zaklęć. A ona jest tam. – Wskazał głową drzwi oranżerii, za którymi wśród bujnej roślinności wisiał ciemny obłok uformowany na kształt klęczącej zapłakanej kobiety. Pod obłokiem Desire dostrzegł rdzawe piórka. Zacisnął szczęki.

„Jeszcze i to”.

Głośno wciągnął powietrze przez nos.

– Nie powiedziałeś nam wszystkiego… – odezwał się cicho Ciceron. – No już, mów.

Desire zmełł w ustach przekleństwo.

– Alik, znaczy się Terraney, tuż przed rozmową ze mną zdążył wysłać zapytanie dotyczące Erica Widdowsa.

– By to elfia zaraza! – wychrypiał Tancmistrz.

Rodzeństwo wymieniło spojrzenia. Richard cicho zaklął.

– Skąd to wiesz? – zapytał.

– Od Kinnona. Jest naszym oknem na świat, pamiętasz? Nie pytaj jak, ale skontaktowałem się z nim. Wyjaśniłem sytuację. Poprosiłem, żeby zablokował Terraneya, jeśli ten zechce cię sprawdzić. Niestety, było za późno. Komendant zdążył to zrobić godzinę wcześniej.

– Co dalej? – Surowa zazwyczaj twarz Cicerona teraz niemal zmieniła się w bezduszną maskę.

– Kazałem Kinnonowi spowalniać działania Terraneya, ile się da. Grubas zna procedury ludzi palatyna. Twierdzi, że w związku z zamieszkami w Kryształowych Wodospadach mają ogrom roboty. Że priorytetowe są zlecenia dotyczące właśnie tamtych rejonów i że komendant doczeka się swojej odpowiedzi zapewne dopiero wieczorem – referował i zanim ktokolwiek zdążył o to spytać, dodał: − I nie może tej odpowiedzi zmodyfikować, wyczyścić akt Richarda. Szybko by się zorientowali. Ale obiecał, że będzie monitorował działania konstabli. Zarzekał się, że da radę opóźnić przepływ wiadomości dla komendanta, jednak nie więcej niż o jeden dzień. Ta blokada i tak jest ryzykowna, mogłaby zagrozić całemu klasztorowi.

– Czyli? – odezwała się Evan.

– Czyli do rana jesteście bezpieczni. O świcie zabierze was stąd Tom Smithard swoją półciężarówką. My powinniśmy ruszać już teraz. – Spojrzał na opata, jakby czekał na jego decyzję.

– Bez nich? – Ciceron zerknął na elfy. – Nie ma mowy.

– I tak nie pojedziemy razem tą samą trasą. To zbyt niebezpieczne – upierał się przy swoim ciemnowłosy mnich. – My możemy wrócić drogą, którą tu jechaliśmy. Tom musi użyć oficjalnej. Przebrnąć formalne kontrole i posterunki, pamiętasz?

– Wiem, ale nie zostawię ich tu bez pomocy i ochrony – odparł starszy pan tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Jesteśmy zobligowani ich strzec! Wyjedziemy stąd dopiero, gdy przyjedzie Tom. Ufam mu. Rzetelnie się nimi zajmie i bezpiecznie dostarczy do Fenaby. Pomyślałeś, co się stanie, jeśli teraz odjedziemy, a za godzinę jednak pojawi się komendant?

– Nie pojawi się. Był zachwycony, że słyszy Evan. Chwalił się, że pomagał Ericowi szukać cinerarium. Też go pochwaliłem. Obiecałem wynagrodzić wszelkie… ehm… trudy, jakie podjął. Prawie posikał się z radości – upierał się Desire. – Oczywiście poinformowałem, że ERIC, jak tylko znajdzie urnę, natychmiast wyjedzie. Zarzekał się, że nie będzie mu przeszkadzał. Trzeba przyznać, że masz wpływ na tego starego pryka. – Spojrzał z uznaniem na zmieszaną Evangeline i kontynuował już dobitnym głosem: – Ale Terraney przyjedzie tu, gdy dowie się prawdy o Richardzie. Wtedy nie może nas tu być! Powinniśmy się rozdzielić. Ich – wskazał głową rodzeństwo – możemy zabezpieczyć zaklęciami, ale sami musimy się zbierać. Każda godzina spędzona w tak wielkiej gromadzie…

– Koniec dyskusji! Powtarzam, nie zostawię ich bez ochrony!

– Dlaczego ten cały Tom musi użyć oficjalnej drogi? Przejechać posterunki? – wtrącił Evander.

– Ponieważ jego ciężarówka nie poradziłaby sobie na trasie, którą tu przybyliśmy – wytłumaczył opat. – Poza tym handluje antykami. Opuścił Kryształowe Wodospady oficjalnymi traktami i tym samym szlakiem musi wrócić. Konstable się go spodziewają, więc nie może tak po prostu zniknąć.

– A jak zamierza nas przemycić?

– W argemonii. – Desire wzruszył ramionami. – Więc nie mówcie mi, że się nie zmieścicie.

– Nie takie rzeczy się robiło – zapewnił pyszałkowatym tonem Evander.

Evan spojrzała na niego z politowaniem, pokiwała głową i dodała:

– Ta jazda to będzie mordęga.

– Wiem – zgodził się mnich – ale nie mamy wyjścia. Tomowi spodobał się pomysł Richarda. Mówi, że nie powinno być kłopotu. Wrzuci kłaka na tył furgonetki, przywali innymi gratami. Tancmistrz da wam resztę lekarstwa, skulicie się we wnętrzu tej waszej roślinki i jakoś to będzie.

– Co z diablikami szarymi? – wypalił Richard. – Gdy tu jechaliśmy, mówiłeś, że konstable wypuszczą diabliki, zwiększą kontrole i zmienią Kryształowe Wodospady w getto.

– To jednak prawda?! – wykrztusiła Evan. – Myślałam, że mnie nabierasz…

– Ach, to… – odparł Desire. − Kinnon zauważył zwiększoną aktywność ludzi palatyna w punktach kontrolnych, ale o diablikach na razie cisza. Nic do niego nie dotarło, więc mam nadzieję, że w drugą stronę podróż też będzie bezproblemowa. Mam wam przekazać od Sloana, żebyście się nie obawiali – zwrócił się do elfów. – Argemonia wydziela takie aromaty, że zmyli każdego tropiciela. Mówię to na wszelki wypadek, gdyby konstable użyli minivivernów tropiących. Ale Tom ma tak wyrobioną markę na punktach kontrolnych, że rzadko kiedy go sprawdzają. Liczymy na to, że tak będzie i teraz. A skoro zostajemy tu z wami do rana, to gdy Tom się pokaże, pomożemy mu załadować argemonię i zabezpieczymy ją zaklęciami. Będzie dobrze – zapewnił z animuszem, lecz w myślach dodał: „Oby…”.

Ciceron wstał. Gestem poprosił wszystkich o uwagę.

– Dobrze, plan jest taki. Zaraz ponownie sprawdzimy obejście i zabezpieczenia. Samochód cały czas ma być gotowy do drogi, w razie gdyby komendant zmienił zdanie. Wszystko ma być spakowane. Potem my – wskazał mnichów i Richarda – będziemy na zmianę pełnić wartę. Ty – zwrócił się do Desire – masz kontrolować sytuację. WIESZ, co mam na myśli.

Ciemnowłosy zakonnik przytaknął.

– Wy – opat zerknął na rodzeństwo – regenerujecie się i oszczędzacie siły. Nie marnować mi ich na zaklęcia! Ci, co w danym momencie mają wolne, dbają o posiłki dla reszty i naradzają się nad notatką. Nie traćmy czasu. – Zaklaskał w dłonie. – Do roboty!

– To ja zacznę od pogrzebania Ruiza – mruknął Richard. – Vivern nie vivern, ale też mu się należy godny pochówek.

Pozostałym zrobiło się głupio na tę uwagę i po chwili wszyscy wzięli udział w zaimprowizowanym na terenie oranżerii pogrzebie. Nawet Mairin, ale Evander znów unieszkodliwił ją zaklęciem Mortua, bo ciągle nie mogła opanować histerii. Wychodząc z oranżerii, Richard spojrzał przez ramię: ciemny obłok zawisł teraz nad jedną z ulubionych roślinek Ruiza, dokładnie tam, gdzie vivern został pochowany. Przypomniał sobie wówczas słowa zjawy, że w miłości nie wiek gra rolę, nie płeć ani nawet gatunek, a po prostu uczucie.

„Ależ ona musiała kochać tego zwierzaka” – pomyślał.

Rzucił jej ostatnie pełne współczucia spojrzenie, a potem ruszył za pozostałymi przygotować się do wyjazdu.

Pół godziny później, po sprawdzeniu wszelkich zabezpieczeń, Desire usiadł w okienku kamiennej wieży będącej kiedyś dzwonnicą i zajął się czyszczeniem broni oraz obserwacją okolicy. Evander wlazł do argemonii, Evan z Richardem zaczęli przygotowywać obiad, a Ciceron z Tancmistrzem dyskutować nad tekstem notatki.

Po kilku godzinach, jednym obiedzie i paru dzbankach napojów później wszyscy byli już mocno zniechęceni. Tekst notki niemal nic im nie zdradził, choć przerobili go we wszystkie strony. Tancmistrz zmienił Desire na wieży. Ciceron z Evanderem pozmywali po obiedzie. Evan poszła się zdrzemnąć we wnętrzu kłaka, a Dee zebrać myśli w ogrodzie. Dzień mijał spokojnie. Zagrożeń ze strony konstabli szczęśliwie nie było widać. Atmosfera byłaby niemal sielankowa, gdyby nie poczucie gotowości i niepokoju oraz zniechęcenie wciąż nierozwiązaną zagadką.

Wieczór również nie przyniósł żadnych niespodzianek. Wszyscy byli znużeni bezczynnością i każdy po cichu marzył o wyjeździe. Desire pomyślał, że jeszcze kilka godzin tej niewoli i oszaleje. Opat naradzał się z Richardem. Tancmistrz nadal tkwił na wieży, elf w argemonii, a Evan wyszła do ogrodu. Desire został sam w kościele. Usiadł na jednej z sof w nawie głównej, wyciągnął przed siebie długie nogi, przeciągnął się. Spojrzał przez okna, przez które teraz światło księżyca sączyło się jasnym strumykiem. Liczne metalowe aulosy i szkło klepsydr odbijały to światełko, przełamując mrok panujący we wnętrzu kościółka. I tylko filary świątyni rzucały groźne cienie, jakby chcąc przypomnieć o powadze sytuacji.

Mężczyzna splótł palce na karku, na chwilę zamknął oczy. Wiedział, że nie może zasnąć. Kilka razy pomału i głęboko wciągnął do płuc powietrze przesycone wonią kadzidła. Pomyślał, jak trudna i niebezpieczna podróż czeka ich jutro, i zafundował sobie jeszcze kilka chwil relaksu w kojącej atmosferze kościółka.

„Jeśli mnie żal opuszczać to miejsce, to co dopiero oni czują? – pomyślał o rodzeństwie. – Spędzili tu niemal całe życie”.

Rozejrzał się dookoła. Wzrokiem omiótł miedzianą wannę z sukulentem i elfem w środku, meble, kolekcję artefaktów zbieranych od tak dawna, transept z oranżerią i ten drugi z fortepianem. Tu zatrzymał wzrok na dłużej. Zmarszczył brwi. Zagryzł usta. Wspomniał swój zachwyt i te drobne palpitacje serca, gdy zobaczył ten instrument wczoraj. Wtedy jednak wspólnie z Tancmistrzem skupieni byli na szukaniu klepsydr i tylko to zaprzątało im głowę. Lecz dziś wieczór był tu sam. I niestety chwilowo nie miał się czym zająć.

„Na Onyksową… Nie pamiętam, kiedy ostatni raz grałem… Byłoby cudownie móc… Nie, to głupi pomysł!”.

Dłuższą chwilę starał się skupić wzrok na czymkolwiek innym, ale ten cholerny fortepian zdawał się go hipnotyzować!

„Nie mogę! Nie wolno mi! – Bezwiednie zacisnął pięści. – Nie poddam się!” – powtarzał w myślach jak mantrę, lecz wzrok ciągle uciekał mu ku instrumentowi zdobionemu kwiecistym wzorem.

Sapnął. Nie wiadomo kiedy nogi same powiodły go ku transeptowi z fortepianem. Zatrzymał się z wahaniem przy instrumencie. Opuszkami palców powiódł po obudowie, jakby bojąc się mocniej dotknąć w obawie przed uszkodzeniem. Oblizał usta zdenerwowany i rozejrzał się niczym złodziej. Przeczesał dłonią ciemną czuprynę.

„Nie, nie powinienem… Zresztą pewnie i tak nie jest nastrojony. To grat. Nikt z niego nie korzysta. To widać – rozmyślał gorączkowo jak alkoholik, któremu kazano pilnować pełnej butelki. – Pewnie się wścieknie, jeśli go dotknę – myślą pospieszył ku elfce. – Dobra, tylko chwila. Jeden utworek, nic więcej! Byle tylko inni się nie zorientowali. Zwłaszcza ona albo… Tancmistrz. Ale dałby mi popalić!”.

Rozejrzał się wokół. Ciągle był sam, nie licząc Evandera w argemonii.

„To akurat nie problem”.

Gestem wyczarował dźwiękoszczelną ściankę. Usiadł na taborecie. Spocone z wrażenia dłonie wytarł w spodnie. Ostatni rzut oka na drzwi zakrystii, spod których w niezmącony sposób sączyło się światełko, a potem… Palce dotknęły klawiatury, świat wokół zniknął. Umysł wypełniło królestwo przeszłości. Opuszki palców pieściły klawisze w takt wspomnień. Z początku nieśmiało, lękliwie. Jakby obawiając się, że wspomnienia te umkną. Z każdym następnym dźwiękiem uderzał w klawisze coraz mocniej, szybciej. Odczucia były niemal… erotyczne. Wzmagały się. Wspomnienia wirowały. Serce tłukło się w piersi, a krew rozsadzała tętnice. Zatracał się w tej melodii, marząc, by nie skończyła się nigdy, choć koniec znał doskonale. Pamięć znów wyczarowała czyjeś ramiona, kibić wirującą w szalonym tańcu, uśmiech znad filiżanki porannej kawy, usta odkrywające nowe szlaki na szyi. I jeszcze… Jego własną samokontrolę, opór słabnący w kontakcie z przesyconą zmysłowymi zapachami satyną pościeli. A potem barwę. Blady błękit prześcieradła zdobiony ciemnymi chmurami. Drobinki piasku przesypującego się przez palce i… własny krzyk!

Gwałtownie wciągnął powietrze, ocknął się, otworzył oczy. Spojrzenie napotkało ponury wzrok Tancmistrza stojącego po drugiej stronie ścianki. Nie wykonał żadnego ruchu. Po prostu stał tam i patrzył. Desire wstał, gestem zlikwidował zaporę. Szybkim krokiem opuścił nawę poprzeczną, starannie unikając kontaktu wzrokowego z przyjacielem.

– Warta! – usłyszał chrapliwy głos tamtego. – Teraz twoja kolej.

– Wiem! – warknął.

Nie oglądając się, ruszył ku wieży, na której miał spędzić następnych kilka godzin. Czuł, że policzki go palą. Miał cholerną nadzieję, że lodowaty wiatr skutecznie je ochłodzi.

Tymczasem Tancmistrz się rozejrzał. Poza nim nie było tu nikogo.

„I dobrze – pomyślał. – Przynajmniej nie będą zadawali wścibskich pytań”.

Zerknął na fortepian. Błękitna poświata ciągle go okrywała. Jak zawsze, gdy Desire zasiadał za klawiaturą.

„Szczęście, że tym razem nie wyczarował ogrodu – westchnął w duchu płowowłosy zakonnik. – Albo co gorsza pary feniksów w locie godowym. No i pomyślał o zaporze dźwiękoszczelnej. Dobrze. Czyli jednak się pilnuje”.

Wykonał oszczędny gest i poświata otulająca instrument zniknęła. Usłyszał szelest. Gwałtownie odwrócił głowę w stronę, skąd dobiegał. Wzrokiem nie zdołał przebić cieni rzucanych przez filary. Przemierzył nawę główną, czujnie się rozglądając, lecz nikogo nie dostrzegł.

„Starość to przechlapany temat. Na Onyksową! Zaczynam mieć zwidy – pomyślał. – Dobra, zobaczmy, co udało się ustalić Ciceronowi i reszcie. Może w końcu coś wydedukowali na podstawie tej zafajdanej notatki. Ale potem odwiedzę Desire na wieży. Trzeba mu zanieść kolację i upewnić się, że nie robi niczego głupiego…”.

* * *

– Nawet nie pytaj – westchnęła Evan, gdy Tancmistrz wszedł do zakrystii.

Nie trzeba było geniusza, żeby zobaczyć, iż prace nad notką nie posunęły się ani o milimetr.

„By to elfia zaraza!” – zaklął w myślach.

Podszedł do szklanego stołu, przy którym pogrążeni w rozmowie siedzieli Richard z Ciceronem. Szarzy na twarzach, zniechęceni, markotni. Przed nimi leżała czysta kartka papieru tak uparcie wzbraniająca się wyjawić im swe sekrety, a tuż obok karteluszek z przepisanym z pamięci tekstem notatki i dwa kubki z resztkami kawy.

– Potrzebujecie odpoczynku. Zostawmy to – powiedział po prostu. – Przemyślimy ten tekst w Fenaby. Zaprzęgniemy do roboty Kinnona i resztę. Na pewno znajdą rozwiązanie, i to szybciej niż my tu i teraz. Zwłaszcza że rano trzeba jechać. Podróż będzie wykańczająca, więc zjedzmy kolację i chodźmy spać. Desire jest na wieży. Potem go zluzuję, tylko jeszcze zrobię to lekarstwo dla Evan i Evandera.

Opat pokiwał głową. Podniósł się od stołu i zerknął na elfkę.

– Pozwól, moja droga, że pomogę ci przy tej kolacji.

Odwdzięczyła się uśmiechem. Podczas gdy starszy pan pomagał Evan przygotowywać kolejny posiłek, Tancmistrz zajął blat pod oknem i zabrał się za preparowanie lekarstwa dla elfów z resztek składników. Richard przeciągnął się, wstając od stołu.

– Nocne powietrze jest bardzo orzeźwiające – mruknął. – Zaraz wracam.

Chwilę potem stanął w drzwiach oranżerii rozświetlonej pojedynczymi latarenkami. Wzrok zatrzymał na obłoku o kształtach kobiety ciągle wiszącym nad grobem ulubieńca.

– Tak nie może być – mruknął zdegustowany. – My tu gadu-gadu, a o tej biedaczce wszyscy zapomnieli!

– Richard, uwalnianie jej to zły pomysł – usłyszał głos Evandera, który dołączył do nich w zakrystii. – Wiesz, co się stanie, jeśli to zrobisz.

– Tak, zacznie się drzeć, ale…

– I wtedy znowu będę musiał ją uziemić zaklęciem.

– …ale nie może tam wisieć w nieskończoność!

Dee spojrzał na elfa.

– Znasz chyba inne zaklęcia niż Mortua czy Silentium? Takie, które ją wyciszą i uspokoją? – zapytał tak stanowczym tonem, że Evander aż się zmieszał.

– Oczywiście, że znam – odparł obrażony.

– To użyjesz ich czy mam poprosić kogoś innego?

Przez chwilę człowiek i elf toczyli pojedynek na spojrzenia. W pewnym momencie dołączyła do nich Evangeline. Podeszła, położyła dłoń na ramieniu brata i powiedziała:

– Rozumiem, że nie przepadasz za Mairin, ale po tylu latach ty i ona musicie sobie naprawdę i szczerze wybaczyć wiele spraw. Wzajemnie. Ona już to wczoraj zrobiła. Teraz twoja kolej. Straciła ulubieńca. Ulżenie jej w bólu byłoby aktem przebaczenia i miłosierdzia…

Zatopiła wzrok w źrenicach Evandera. Ten zmieszał się jeszcze bardziej.

– Tylko nie licz na naszą przyjaźń – mruknął do siostry.

Wyminął Dee w drzwiach oranżerii. Ciceron stanął koło Evan i skrzyżował ramiona, czekał. Wspólnie odprowadzili elfa wzrokiem. Nawet Tancmistrz przestał wałkować kolejną porcję różowego gluta i z wałkiem do ciasta w garści zajął miejsce koło pozostałych. Wolną ręką wykonał gest, jakby siał trawę. Szepnął Illumina i znów latarenki, jak tresowane świetliki, popłynęły za Evanderem. Ten zatrzymał się w połowie drogi. Nie odwrócił się, tylko chrząknął i rzucił obrażonym tonem:

– Dzięki!

Po chwili stał już koło ciemnego obłoku. Nie usłyszeli, co powiedział. Nie miało to jednak znaczenia, bo oto ujrzeli, jak chmura najpierw kłębi się wściekle, potem jakby zapada w głąb siebie, by powrócić do dawnego kształtu i umownego życia.

– Zaklęcie Doloris przynosi ulgę nie tylko fizyczną, ale i psychiczną – szepnęła Evan. – A dziś wieczór pomoże Mairin, ale też i jemu – wskazała głową brata. – Chodźmy, pora dokończyć kolację. Zostawmy ich samych. Czas, by załatwili swoje sprawy, zwłaszcza że jutro wyjeżdżamy. – Ujęła Cicerona pod ramię i poprowadziła ku aneksowi kuchennemu.

Mężczyźni poszli za nią. Elf oraz zjawa przysiedli na skraju ścieżki wytyczonej czerwonymi płytami i zatopili się w rozmowie.

Jakiś czas potem wspólnie zasiedli do kolacji. Evander udawał, że zajścia w oranżerii nie było. Podobnie jak Mairin, która na powrót przycupnęła wśród belek pod sufitem. Rozmawiali o wszystkim i o niczym: elfy opowiadały o latach spędzonych w Metropolii, potem w Sleepy Graves, historię swego rodu, a mnisi odwdzięczali się opowieściami z życia klasztoru. Ciceron wspominał młodość, a Tancmistrz wtrącał kąśliwe uwagi na temat niektórych braci. W całkiem miłej atmosferze wieczór dobiegł końca. Kiedy jadalnia została uprzątnięta, a wszyscy mieli się już rozejść, rozległ się głos Mairin:

– Zapomnieliście jakichś papierzysk.

– Co takiego? – odezwał się Richard.

– Tych kartek na stole. – Głową wskazała szklany blat. – A tak w ogóle to nie powiedzieliście mi, jak się skończyła wizyta w krypcie.

– Co masz na myśli?

– No, czy mapa się scaliła. Bo skoro Ruiz wam pomógł – głos jej zadrżał – to znaczy, że złożyliście wszystkie fragmenty. Tak?

Dopiero teraz Richard i pozostali przypomnieli sobie, że przecież przez większość ich pobytu w grobowcu Mairin była pod wpływem zaklęcia Mortua, potem doradzała, jak oszukać Terraneya, ale potem znów była uziemiona w związku ze śmiercią i pogrzebem Ruiza.

– Ach to… Tiaa, scaliła się. Nawet na moment udało się zobaczyć sonet i jakiś dopisek. Potem wszystko zniknęło. Notatkę daliśmy radę odtworzyć. – Dee wzrokiem pokazał papiery. – Ale konia z rzędem temu, kto zrozumie jej sens.

– Notatkę? Była notatka?! To jest ten dopisek?! – Zjawa wlepiła wzrok w karteluszki.

– Aha… – wtrącił Evander. – Teoretycznie mówi, jak dotrzeć do potomka księcia.

– No właśnie, teoretycznie. Bo mówi o trupie – westchnął Ciceron. – Oddałbym cały klasztor w zamian za rozszyfrowanie tego tekstu.

Zjawa spłynęła z belek nad szklany stół. Usadowiła się na jednym z krzeseł. Pochyliła nad tekstem i uważnie przeczytała go kilka razy.

W końcu rzuciła Ciceronowi ironiczne spojrzenie.

– Na Onyksową, cały? Cudownie! – Zatarła ręce zadowolona. – To mam nadzieję, że m ó j klasztor jest w dobrym stanie? A braciszkowie? Są na wyposażeniu? No bo ktoś musi sprzątać, tak?

Opat chrząknął. Chwilę jakby się wahał, czy zareagować gniewem, czy wybuchnąć śmiechem? Ostatecznie zmusił się do pobłażliwego uśmiechu.

– Sama ich o to zapytasz, kiedy tylko dotrzesz do Fenaby. Bo rozumiem, że już wymyśliłaś, jak uciec z tego więzienia? – odgryzł się wprawnie i gestem wskazał otoczenie.

Spojrzała na niego krytycznie.

– Może i brak wam wiedzy o Wietrznych Katedrach i z osiągnięciem poziomu inteligencji trolla macie kłopot, ale przynajmniej w poczuciu humoru jesteście mistrzami! – zakpiła. Widząc, że zaczynają tracić cierpliwość, szybko dodała: – Pomogę wam i tym razem. Zachodzę tylko w głowę, jak dacie sobie radę beze mnie w trakcie wyprawy…

Zgromadzili się wokół niej, a ona znów pochyliła się nad tekstem.

– Dobrze, co my tu mamy… „Podwójna armilla zdobi jego ramię…”. No to akurat nie jest trudne. – Wydęła usta.

– Ale reszta już tak – odezwała się Evan. – No bo gdzie znajdziemy ten szklany sarkofag? I co nam po trupie z tego grobowca? Potrzebujemy żywego dziedzica.

Mairin zmarszczyła brwi. Wzruszyła ramionami, jakby odpowiedź była oczywista.

– Przecież tu wszystko jest. – Dźgnęła kartkę widmowym palcem, przez który przeniknął nie tylko papier, ale i blat stołu. – Nic, tylko czytać ze zrozumieniem: „Szklany sarkofag skrywa jego ciało. Archikatedra śpiących dusz miejscem spoczynku majestatu. Znajdź go, wydobądź i przywróć światu…”. Czego żeście nie zrozumieli?

Mnisi, Dee oraz rodzeństwo poczuli się jak finaliści konkursu na idiotę roku, w którym zjawa jako jedyny sędzia przymierzała się właśnie do ogłoszenia zwycięzcy.

– Ehm… Mairin – chrząknął Richard czerwony na twarzy z upokorzenia. – Głowiliśmy się nad tą zakichaną notatką cały dzień…

– Cały dzień?!

– …więc daruj sobie szyderstwa i po prostu nas oświeć!

Długą, bardzo długą chwilę zjawa po prostu gapiła się na nich. Potem westchnęła teatralnie i zaczęła objaśnianie.

– Pamiętacie, że mapa powstawała stopniowo? W trakcie ucieczki z Wietrznych Katedr na moment przed Apokalipsą? Czyli de facto droga zaczyna się od drzwi Archikatedry, a kończy na terenach Palatynatu, a nie na odwrót, prawda?

– To akurat oczywiste, ale co z tego? – Evander wzruszył ramionami.

– To, że sonet też wtedy powstał, ale notatka nie.

– Czemu tak myślisz? – zapytał Ciceron.

– Bo Evan miała rację: szukacie ŻYWEGO dziedzica księcia. Więc notka, choć mówi o grobowcu, czyli miejscu spoczynku zmarłych, musi go dotyczyć. Nie mogli jej spisać jeszcze na terenie Wietrznych Katedr.

– Rozumiem, że TY masz taką wiedzę? – Bladowodniste oczy opata wpatrzyły się w twarz zjawy z napięciem. – Ile książę miał dzieci? Wnuków? Które z nich przeżyły? Co się z nimi stało?

– A pewnie. Przecież należałam do ich dworu – odparła Mairin z dumą w głosie. – Synów było tylko dwóch. Rodzina księcia uciekała na końcu. Uważali, że to niehonorowo zostawiać poddanych na pastwę losu. Wyjechali w ostatniej chwili. Dopiero gdy upewnili się, że wszystkie elfy bezpiecznie opuściły Wietrzne Katedry. Taki był właśnie nasz książę. Honorowy i prawy – zaszeleściła z nieukrywanym podziwem. – Nikt z jego najbliższej rodziny ani on sam nie dotarł na tereny Palatynatu. Wszyscy zginęli. Tak twierdzili ci, co z nimi uciekali.

– To jak, na Onyksową Harfę, mamy znaleźć żyjącego potomka?! – zirytował się Richard.

– I o kim w takim razie mówi ten dopisek? – dodała Evan.

– O którymś z dalszych krewnych – powiedziała spokojnie zjawa. – Eilig wspominał, że Archikatedrę ma otworzyć krewny księcia, ale nie twierdził, że to musi być w prostej linii syn czy wnuk. Książę pan miał też braci i siostrę, a oni własne dzieci. Części z nich udało się uciec, ale z tych, co dotarli na tereny Palatynatu, większość umarła z powodu zarazy. Ta notatka dowodzi, że któreś z nich jednak tę zarazę przeżyło…

Przez chwilę nikt nic nie mówił. Zaraz jednak ponownie odezwała się Mairin.

– Czytajcie uważnie. Dopisek wspomina o SZKLANEJ trumnie. Elfy NIGDY nie były w takich chowane. Nie na terenie Wietrznych Katedr. Ani nigdzie indziej.

Zobaczyła, że zaczynają patrzeć na nią z zainteresowaniem, i kontynuowała wyjaśnienia.

– PROCHY elfów umieszczano w…

– W niewielkich marmurowych urnach – dokończył cicho Tancmistrz.

Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni. Zjawa pochwaliła go skinieniem głowy.

– Właśnie! W marmurowych, czasem z górskiego kryształu, ale zawsze w urnach! Tej notki nie należy odczytywać dosłownie. A teraz przypomnijcie sobie, kiedy ostatni raz widzieliście czystej krwi elfa w szklanym sarkofagu? – Czekała z napięciem niczym nauczycielka spodziewająca się, że uczniowie olśnią ją swą wiedzą.

I stało się. Trybiki zaskoczyły. Umysły, niczym cudowna maszyneria, zabrały się do pracy. Analizowały. Wyciągały wnioski. To jedno pytanie uwolniło rzekę odpowiedzi.

– No jasne! – Ciceron aż sapnął z ekscytacji. – Pogrzeb Demitreosa! Szklana trumna! Jak mogłem o tym zapomnieć?!

– Co? – Evander jeszcze nie zrozumiał.

– Demitreosa wystawiono na widok publiczny w szklanej trumnie!

– Tak, a potem pogrzebano. Każdy to wie – mruknął, jakby nie chciał wyjść na jedynego ignoranta w tym gronie. – Ale to by znaczyło, że jest jeszcze jedna taka trumna. Tylko gdzie ją znaleźć?

– W Instytucie Medycznym. Wśród wielu innych – szepnął bez wahania Richard.

„Skąd to wiem?! Pewnie słyszałem w czasie Święta Srebrzystych Kaganków” – dokończył w myślach.

Przyjaciele zerknęli na niego zaskoczeni, a zjawa z uznaniem.

– Racja. Właśnie miałem to powiedzieć – mruknął Ciceron. – „Archikatedra śpiących dusz miejscem spoczynku majestatu. Znajdź go, wydobądź i przywróć światu…”. Fasada Instytutu wygląda jak wejście do archikatedry! A jeśli gdzieś w Palatynacie są szklane sarkofagi, to tylko w Terminalu. A tak naprawdę to nie trumny tylko urządzenia podobne do ogromnych inkubatorów. Demitreos też w takim leżał, choć postronnym miało się wydawać, że to trumna.

– Chcesz powiedzieć, że Demitreos… przeżył?! – wykrztusił Richard. – Że ciągle jest w Instytucie?! Że to o niego nam chodzi?

– Nie. W jego przypadku to urządzenie miało jedynie zapewnić, by nie rozpadł się za szybko – odparł Ciceron. – By jego ciało dotrwało w jak najlepszym stanie do końca ceremonii pogrzebowych. Prochy Demitreosa umieszczono w urnie z białego marmuru, a samą urnę w Sali Pamięci w Palatium. To zapomniany fragment historii, bo przy każdych Świętach Srebrzystych Kaganków w kółko pokazywane są tylko jego zdjęcia, jak leży w tej tak zwanej trumnie. No i nie miał podwójnej armilli. Co do inkubatorów… Podtrzymują życie pacjentów będących w ciężkim stanie. Na przykład w śpiączce. Rodziny płacą za to horrendalne ilości dragenów, ale przynajmniej mogą widywać bliskich, no i mają nadzieję na wybudzenie czy wyleczenie za jakiś czas. Te osoby nie są ani martwe, ani żywe. Można by rzec, że inkubatory to ich sarkofagi.

– Ooo! I myślicie, że nasz dziedzic przeżył i egzystuje właśnie w takim inkubatorze w Instytucie? – szepnęła ze zgrozą Evangeline. – Ale to by znaczyło, że…

– Że ten, kto pisał notatkę, wiedział o tym. I o wszystkich innych podłościach ludzi – wtrącił Richard.

– Zgadza się. Jeden z pięciu posiadaczy fragmentów mapy – powiedziała Mairin. – Ale nie wasz ojciec – szybko dodała, patrząc na Evandera. – Wiedziałabym o tym.

– To by też świadczyło, że oprócz was przeżyły inne elfy – dodał Richard.

– By to elfia zaraza! – Tancmistrz pomasował brodę.

„Aż elfom staniemy się podobni…”. Opat przywołał w myślach ten słynny cytat i wtedy go olśniło. Popatrzył na przyjaciół z niedowierzaniem. Ale w bladych tęczówkach pojawiło się też przerażenie.

– To się nie skończyło! – wykrztusił, sam nie wierząc, że to mówi. – Eksperymenty. Badania elfów. To się nadal dzieje! Tam, w Instytucie Medycznym!

– Szlag! – wychrypiał Tancmistrz, palcami przeczesał jasne włosy. – To zmienia całą strategię naszego działania.

Spojrzeli na niego, nie rozumiejąc, co ma na myśli.

– Rano do Fenaby pojedzie tylko rodzeństwo. Nas – zerknął na Dee i opata – czeka droga do Metropolii.

Wziął tacę z kanapkami i herbatą.

– Pogadam z Desire. Czas na kolejny kontakt z Kinnonem.

Zdecydowanym krokiem ruszył ku drzwiom wiodącym do wnętrza kościółka. Już w nawie głównej dogonił go Richard.

– Tancmistrz, mam prośbę…

– Tiaa?… – Zakonnik obejrzał się przez ramię.

– Jak będziecie rozmawiali z Kinnonem, jak złapiesz ten kontakt, dowiedz się, czy… – rzucił pospiesznym, nerwowym szeptem. – Poproś, żeby ci powiedział… Zapytaj…

– Zapytam – odparł mnich, jakby sprawa była oczywista. – O Bazylię też.

Do wejścia na wieżę odprowadziło go pełne niepokoju, ale i wdzięczności spojrzenie oczu o tęczówkach w kolorze palonych ziaren kawy.

* * *

– Chyba kpisz! – podsumował nowiny Desire.

W przypadku Tancmistrza pytanie było oczywiście z gatunku retorycznych.

Płowowłosy mnich tylko się skrzywił i splunął. Zajął się obserwacją okolicy, podczas gdy Desire sięgnął po następną kanapkę i pociągnął łyk wystygłej herbaty.

– Rano wyruszamy do Metropolii – burknął Tancmistrz po swojemu. – Więc jak zjesz, skontaktuj się z Kinnonem. Musimy znaleźć kogoś, kto nas wprowadzi do Instytutu i pomoże znaleźć tego elfa.

– Nie masz pojęcia, o co prosisz! To jak stanąć nago przed wściekłym bazyliszkiem i powiedzieć: będę twoją przekąską, tylko łaskawie mnie zeżryj!

– Już raz to zrobiłeś. Masz wprawę, dasz radę.

Desire usłyszał ironię w głosie przyjaciela.

– Tancmistrz!

Tamten westchnął.

– Mairin z opatem zarzekają się, że tylko tam znajdziemy naszego elfa. Jeśli masz jakiś inny pomysł, jak bez tego faceta dotrzeć do Wietrznych Katedr, a potem otworzyć Archikatedrę, to czekam! – Spojrzał na przyjaciela znacząco.

Desire otarł usta grzbietem dłoni. Odstawił talerz i kubek na podłogę. Głośno wciągnął powietrze.

– To miała być taka szybciutka i bezproblemowa wyprawa… Po klepsydry i z powrotem… Gnom by się uśmiał!

Chrząknął, jakby kawałek kanapki utkwił mu w gardle. Jeszcze raz sięgnął po kubek i jednym łykiem wypił resztę.

– Ja się nie muszę martwić przebiegiem wyprawy – mruknął, a kiedy zobaczył pytanie w oczach Tancmistrza, szybko dokończył: – Kinnon zabije mnie, zanim wyruszymy do Metropolii. Już teraz był wściekły, że narażamy klasztor. To zadanie śledzenia Terraneya…

– Na Onyksową! Wiesz, że nie mamy wyjścia. Sleepy Graves leży zdecydowanie bliżej Metropolii niż Fenaby. Na dodatek poza granicami Kryształowych Wodospadów. Nasz powrót do Fenaby, a potem kolejna jazda do Metropolii to strata czasu.

– Wiem.

– No i musielibyśmy się przedzierać przez punkty kontrolne kilka razy. Zostają jeszcze diabliki. Ciągle nie wiemy, kiedy konstable je wypuszczą.

– Wiem – powtórzył z rozdrażnieniem Desire.

Tancmistrz zerknął na niego spode łba. Nie odezwał się już ani słowem. Bo co niby miałby powiedzieć? Wyznać, że podobnie jak przyjaciel wolałby postrzał w głowę niż zapuszczanie się w stare rewiry, których tak długo udało się unikać? Że w Metropolii czeka na nich nie tylko niebezpieczne zadanie, lecz także wiele mrocznych wspomnień, za którymi bynajmniej nie tęsknił. Żaden z nich nie wypowiedział tych obaw na głos, tylko Desire ostentacyjnie sapnął:

– Dobra, miejmy to za sobą.

Z ociąganiem sięgnął do swego pasa z licznymi kieszonkami. Z jednej z nich wyjął trzy metalowe wielościany. Mieściły się w dłoni i pokryte były fantazyjnymi rzeźbieniami. Ot, wydawałoby się, zwykłe kości do gry, jakich używa się w byle przybytku hazardu.

– Chuchnij na szczęście, maleńka – mruknął Desire do Tancmistrza, jakby zwracał się do jakiejś ślicznotki asystującej w rozgrywkach.

Tamten złapał się pod boki, posłał mu mordercze spojrzenie, ale potem… pochylił się i chuchnął wprost w otwartą dłoń przyjaciela!

– Cudownie. Przynajmniej tym razem Kinnon nie wydrze się na mnie – mruknął Desire. Wprawnym ruchem rzucił kości na podłogę. – Inflores!

Grzechocząc niczym szkielet nieboszczyka w upiornym tańcu, kostki potoczyły się ku najbliższej ścianie, odbiły się od niej i zatrzymały blisko siebie. Mężczyźni się wzdrygnęli. Wymienili spojrzenia. Desire ponownie sięgnął do swego pasa. Tym razem wyjął fiolkę. Odkorkował ją, schylił się, wyciągnął dłoń. Kilka razy puknął flakonik palcem, zupełnie jakby używał solniczki do posolenia potraw, a wtedy z wnętrza wysypały się drobinki złocisto-rubinowego proszku. Ten obłoczkiem spadł na wielościany.

Przez jakiś czas nic się nie działo. Mężczyźni siedzieli, gapili się na kości i czekali, ale w chwili gdy Tancmistrz otworzył usta, by zaproponować ponowny rzut, wielościany zaczęły lgnąć ku sobie. Pomału, z cichym stukotem przetoczyły się, zwarły, zlały w jedność. Nowo powstała bryła rozdęła się do wielkości jabłka, nie tracąc nic z rzeźbień trójki swych poprzedników, a jedynie przyjmując postać metalowego tulipana. Nagle z wnętrza tego przedziwnego kwiatu wystrzeliła… woda. Przynajmniej Desire i Tancmistrzowi mogło się tak wydawać. Jej drobinki ulatywały ku górze, tworząc ściankę rozmiarów niewielkiej chustki i falując niczym tkanina smagana podmuchami wiatru. Ściana ta nagle się kończyła i drobinki znikały równie tajemniczo, jak się pojawiały. Na połyskującej błękitem wodnej tkaninie najpierw długo niczego nie było widać. Potem obraz jakby się wyostrzył, ukazując stertę gałązek leżących na posłaniu.

Mężczyźni spojrzeli po sobie z konsternacją. Przyjrzeli się uważniej i dotarło do nich, że to, co wzięli za wiązkę drewienek, w istocie jest biczem wielorzemiennym zakończonym supełkami. Dyscypliną zakonną do samoumartwiania się. Skóra, z której bat był zrobiony, zbrązowiała z upływem czasu na podobieństwo gałązek właśnie. Skupili się jeszcze bardziej i zrozumieli, że patrzą na wnętrze zakonnej celi.

„Powinien wisieć na ścianie. Zawsze wisiał NAD łóżkiem, nigdy nie leżał na posłaniu” − pomyślał Desire, wpatrując się w bicz!

Kiedy sobie to uświadomił, prędko machnął dłonią, szepnął Terminatus i widmowy obraz natychmiast zniknął. Desire zaklął szpetnie i nerwowo pogładził się po brodzie. Pełnym niepokoju spojrzeniem omiótł Tancmistrza, potem tulipan, który na powrót zmienił się w trzy niepozorne kości do gry. Szybko schylił się ku nim, zacisnął w dłoni, jakby chcąc upewnić się, że ich nie straci. Pieczołowicie zamknął na powrót w kieszonce pasa.

– Co jest? – spytał Tancmistrz co najmniej zaintrygowany. Jego uwadze nie umknęło zdenerwowanie Desire, a nawet… strach?

– Co się dzieje? – powtórzył pytanie.

Ciemnowłosy zakonnik przygryzł usta.

– Mam nadzieję, że nic… – zaczął niepewnie. – Umówiliśmy się z Kinnonem…

– Dawaj!

Desire wstał, zapatrzył się na Sleepy Graves skąpane w księżycowej poświacie, na wyludnione uliczki, pojedyncze rozświetlone okna przypominające klejnoty błyszczące na dnie ciemniej pieczary. Na tych niewielu przechodniów jakby skradających się czy umykających przed zmrokiem ku bezpiecznym domostwom. Miasteczko szykowało się do snu. I tylko neon motelu przywabiał ludzkie ćmy obietnicą posiłku, a może i zabawy do białego rana.

– Ustaliliśmy z Kinnonem system znaków – na nowo podjął rozmowę.

Przeniósł spojrzenie na Tancmistrza. Ten cierpliwie czekał na dalsze wyjaśnienia.

– Przekaźnik Kinnona jest w jego celi.

– To wiem.

– Jeśli nie może rozmawiać albo nie ma go w pobliżu, zostawia na widoku modlitewnik. To znak, że wszystko w porządku i odezwie się najszybciej jak może.

– Ahaaa… A bicz?

Desire zmarkotniał jeszcze bardziej.

– Niebezpieczeństwo – szepnął. Ciemne oczy wpatrzyły się w Tancmistrza. – Właśnie w tym momencie klasztor jest przeszukiwany przez konstabli…

Tancmistrz zerwał się z miejsca. Palce rąk splótł na karku. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach.

– By to elfia!… Jesteś pewien?

– Kinnon nie robi głupich dowcipów. I jest sumienny. Wierzę mu – odparł przyjaciel. – Ale rewizje już się zdarzały. Nigdy nic nie znaleźli, pamiętasz? Bicz to przekaz, że tak jest i teraz. Gdyby było inaczej, zobaczylibyśmy kaganek, wnętrze innego pomieszczenia, ciemność, cokolwiek innego.

Następny kwadrans obydwaj pilnie lustrowali okolice kościółka, jakby spodziewając się, że i tu pojawią się konstable. Nic takiego się nie wydarzyło.

– Powiadom Cicerona – mruknął w końcu Desire. – Nic nie jest w stanie zrobić, ale musi wiedzieć. Dam znać, jeśli Kinnon się odezwie.

– Zmienię cię za dwie godziny. Na razie.

Tancmistrz skinął mu głową. Ciemnowłosy zakonnik został na wieży sam ze swoimi wspomnieniami, marzeniami, ale i obawami.

* * *

Tancmistrz zastał opata w nawie głównej. Starszy pan siedział na jakimś niskim zydlu w prezbiterium, zamyślony patrzył w przestrzeń i tylko w palcach przetaczał koraliki modlitewne. Wyglądał jak zwykły emeryt, który przyszedł pomodlić się do kościoła, lecz Tancmistrz wiedział, że to tylko pozory. W rzeczywistości umysł Cicerona zajęty był planowaniem kolejnych posunięć.

Żałując, że musi przeszkodzić, Tancmistrz podszedł do opata i szeptem zreferował sytuację. Ciceron wpatrzył się w niego i przygryzł usta. Nie musiał nic mówić, bo czyż nie było oczywiste, o co chce zapytać?

– Desire da nam znać, jeśli Kinnon się odezwie – szepnął Tancmistrz, jakby bał się, że głośniejszym słowem ściągnie na nich niebezpieczeństwo. – Zapowiada się kolejna zmiana naszych planów…

Opat nadal milczał.

– Nie ma nas tam! Nie pomożemy pozostałym. A co, jeśli tym razem konstable coś odkryją? Zejdą do piwnic, zobaczą inkubatory z jajami, cały nasz przychówek, zapasy leków? – W głosie mnicha dało się słyszeć… strach. – Wiesz, co zrobią pozostałym braciom…

Ciceron westchnął, ale nic nie odpowiedział.

– Torturami wydobędą z nich wszystko! – wychrypiał Tancmistrz. – Zginą nasi przyjaciele i wiele dekad naszej pracy!…

– Dość! – Opat położył dłoń na ramieniu mężczyzny, kilkakrotnie nim potrząsnął. – Tancmistrz, którego znam i podziwiam, nie boi się niczego – powiedział dobitnie. – Nie poddawaj się panice! To rozkaz!

Płowowłosy zakonnik zacisnął szczęki. Z trudem skinął głową.

– Poza tym – ciągnął Ciceron już łagodniejszym tonem – mamy warty na murach i procedury, pamiętasz? Wdrożone dawno temu i do znudzenia trenowane. Właśnie na takie okazje. Do tej pory nas nie zawiodły, więc tym razem też będzie dobrze! „Cholera, mam nadzieję!” – dokończył w myślach. Za nic nie przyznałby się przed Tancmistrzem, że wcale nie jest tego taki pewien. Nie, kiedy nie ma go w klasztorze. – Zrobiłeś to lekarstwo dla rodzeństwa? – spytał, by zmienić temat.

– Muszę dokończyć.

– To nie trać czasu.

– A ty?

– Wspomogę Desire na wieży. Moje oczy może i są stare, ale to nadal niemal elfie oczy. Potrafią sporo dostrzec.

– Co z pozostałymi?

– Evan śpi na antresoli, Evander w argemonii. Richard się kąpie, ale powiedziałem mu, żeby potem się położył. Musimy mieć wypoczętego kierowcę, jeśli chcemy bezpiecznie dotrzeć do Metropolii – wyjaśnił, widząc pytanie w oczach Tancmistrza. – Mairin widziałem ostatnio przy grobie Ruiza. Jak skończysz robić te leki, zdrzemnij się. Przemęczony nie będziesz przydatny, będziesz zagrożeniem. – Opat posłał podwładnemu znaczące spojrzenie.

Tancmistrz się ukłonił i po chwili drzwi zakrystii zamknęły się z cichym skrzypnięciem.

* * *

Richard stanął pod prysznicem, odkręcił wodę, zaczął systematycznie mydlić ciało. Wszystkie te banalne czynności wykonywał bezwiednie. Rozmyślał. Tym razem wszelkie jego troski nie spłynęły wraz z mydlinami. Oto życie postawiło na drodze jego i jego… przyjaciół – bo tak, ci ludzie stali się jego pierwszymi w życiu przyjaciółmi! – nowe wyzwania i problemy. Kolejna, prosta z pozoru wyprawa, pogmatwała się nie wiedzieć kiedy i jakim cudem.

„Za każdym razem, kiedy jesteśmy blisko celu, coś się musi wydarzyć. Coś, co niweczy albo zmienia nasze plany. I jeszcze Maya… Kiedy znowu ją zobaczę? Przytulę? Na Onyksową, ale za nią tęsknię! Nie, nie mogę tyle o niej myśleć. Skupienie. Teraz muszę się skupić na tym, żeby wyprawa się powiodła – myślał, wychodząc spod prysznica i wycierając ciało. Ale zaraz jego uwagę przyciągnęło coś innego. Przyjrzał się bliźnie oparzeniowej na piersi i tej drugiej na udzie. Odniósł wrażenie, że się zmniejszyły. Wspomniał, że ostatnimi czasy kulał jakby rzadziej, a same blizny mniej go uwierały. – Leki Tancmistrza? To poproszę dwa razy tyle”.

Podszedł do lustra. Ciemny zarost oprószył jego twarz. „A już się martwiłem”. Ucieszył się z tej nagłej konieczności ogolenia się, bo podejrzewał, że to też może być objaw jego tajemniczej choroby.

Przyjrzał się własnej gębie. Paskudna jak zawsze. No, może na tęczówkach koloru palonej kawy pojawiło się kilka nowych błękitnych plamek i włosy jakby ściemniały, ale to tyle. Żadnego mrowienia palców u stóp, pobolewania brzucha czy klatki piersiowej. Żadnych duszności ani zmiany głosu na niższy.

Włożył bieliznę. Zadowolony ogolił się, założył spodnie, sięgnął po buty. Właśnie wtedy jego wzrok powędrował ku umywalce. Z początku nie wiedział, co zwróciło jego uwagę. Po chwili zrozumiał. Na jej brzegu leżał włos. Długi, mieniący się złotem.

– Evan… – szepnął, gdy zrozumiał, kto korzystał z tej łazienki tuż przed nim.

Złapał włos w dwa palce, uniósł go ku oczom, wpatrzył się w niego. Z jakiegoś powodu zaschło mu w ustach. Nie do końca rozumiejąc, po co to robi, owinął włos wokół palca. Tak powstały pierścionek schował w kieszeni spodni. Czemu – niczym fetyszysta uwielbiający grzebać w koszu z cudzą brudną bielizną – czuł się podekscytowany i zażenowany jednocześnie? Zawstydził się tego, co właśnie zrobił, ale włosa nie wyrzucił.

Złapał koszulę. Wymyślając sobie od zboczeńców i przypominając o istnieniu Mai, otworzył drzwi łazienki. Wzrok padł na posłanie, na którym zobaczył… Evangeline?! Choć nie zdawał sobie sprawy, rozczulił go ten widok. Evan spała na boku z jedną nogą nieco zwisającą z łóżka. Na szóstym, najmniejszym palcu stopy miała błyszczący srebrem pierścionek. Długie włosy, splecione w warkocz, w blasku księżyca przypominały bladozłotą linę leżącą na śniegu pościeli. Jej twarz była całkiem spokojna, lecz – jakby dla kontrastu – dłonie kurczowo obejmowały poduszkę. Kryształy armilli na nagim ramieniu, podobne czarnym diamentom, nie pulsowały teraz ani nie płynęły, lecz zdawały się spać wraz ze swą właścicielką.

„Na Onyksową! Jak długo się kąpałem? – pomyślał zaskoczony. – Kiedy zdążyła tu przyjść? Hałasowałem w łazience, a ona mimo to zasnęła?”.

Ale zaraz zbeształ się za drążenie tego tematu. Nie wolno mu jej budzić, bo do Fenaby musi dotrzeć w jak najlepszej kondycji. Najciszej, jak zdołał, zgasił światło w łazience i zamknął drzwi. Dzierżąc buty i koszulę w jednej ręce, podszedł do śpiącej. W delikatnej księżycowej poświacie jej twarz wyglądała nierealnie… pięknie. Z wrażenia niemal zapomniał o oddechu. Kiedy ciało wymusiło na nim tę prostą czynność, usta wypuściły westchnienie. Zaklął w myślach w obawie, że to oraz łomot jego serca obudzą kobietę.

„Evan to elf. One zawsze są piękne! A ty pamiętaj o Mai, debilu!”.

Ostrożnie nakrył Evangeline kocem. Na palcach przemknął obok, a będąc już na schodach i dalej na galeryjce, zwyczajnie zwiał, jakby go kraken górski ścigał.

Tej nocy, na jednej z kanap w nawie głównej – w trakcie krótkiej, jak mu się zdało, drzemki – przyśniły mu się trzy pary oczu. W zmysłowej i mrocznej atmosferze kościółka zaprosiły go do tańca. Trzy pary rąk objęły go i kołysząc do przedziwnej muzyki, pieszczotą rozpaliły zmysły. Zawirowali między kolumienkami. Z trojga ust wprost do ucha popłynął strumień grzesznych obietnic. „Wybierz właściwie…” − szeptały. Ciemne, znajome dłonie gładziły tors. Złoty warkocz oplatał się dookoła jego szyi, upajając aromatem pinii i potoków górskich. Błękitne tęczówki z gwiaździstą źrenicą wpatrywały się z miłością w jego własne… Westchnął z uśmiechem i niedowierzaniem.

„Wybierz właściwie…”.

Każdą najmniejszą komórką ciała czuł nadciągającą ekstazę. Każdym nerwem zbliżające spełnienie. Poddał się tym odczuciom z radością, a wtedy trzy dłonie wyciągnęły się ku niemu.

„Wybierz właściwie…”.

Lecz którą z dłoni wybrać? Tę o smaku café latte? Jasną jak kwiat magnolii? Czy może tę ostatnią zdobioną… zielono-błękitną łuską?

„Wybierz właściwie…”.

Zmysły niemal eksplodowały. Serce pragnęło wszystkich trzech, lecz rozum podpowiadał, że to niemożliwe.

„Wybierz właściwie…”.

Teraz to on, wzdychając raz po raz, szeptał: „Wybierz właściwie…”. Gdzieś z mroku wysunęła się jeszcze jedna dłoń. Mała, pokryta plamami, jakby zasuszona. Ona też zdawała się mówić „Wybierz…”.

– Jaasne! – usłyszał zdegustowany męski głos. – Ale umówmy się, że wybierać właściwie będziesz, jak wrócimy do Fenaby, okej?

Czyjeś palce zacisnęły się na jego ramieniu. Ten ktoś potrząsnął nim z taką mocą, że Richard omal nie zleciał z kanapy. Plusem tej brutalnej akcji było natychmiastowe i całkowite wybudzenie. Minusem, że erotyczny sen uleciał, pozostawiając po sobie jedynie dwa słowa, których znaczenia Dee nie ogarniał.

– Raany! – Desire przewrócił oczami. – Czemu to zawsze ja muszę budzić tego kochasia z jego wilgotnych snów?! Tfu! Zbieraj się, Dee! Tom przyjechał!

– C-co?! – Richard usiadł niezgrabnie, potarł pięściami zapuchnięte od snu oczy. Spojrzał przez okno. Na zewnątrz wciąż było ciemno. Efektem męczącej drzemki na niewygodnej sofie był też ból kości i zdrętwiałe ciało. Przeciągnął się. – Która godzina? Jest noc! – zaprotestował, jakby w nadziei, że gdy to zrobi, będzie mógł ponownie się zdrzemnąć i dokończyć intrygujący sen. – Nie mieliśmy jechać rano?

– Jak to mówią: kto wcześnie wstaje… – rzucił Tancmistrz niosący jakiś pakunek.

– …tego ominie poranne świntuszenie. – Desire zarechotał. – Poza tym ranek to nie godzina na zegarku tylko stan umysłu. No, rusz się. Czas wrzucić kłaka na ciężarówkę Toma.

Godzinę później argemonia była załadowana, a posesja zabezpieczona. Mairin pożegnała ich wylewnie, zapewniając, że przypilnuje kościółka do ich powrotu. Tym samym popsuła wszystkim humor, bo przecież wiedzieli, że już tu nie wrócą. Najbardziej przejęła się Evangeline. Robiąc dobrą minę do złej gry, wręczyła zakonnikom prowiant na drogę.

Tancmistrz obdzielił rodzeństwo i Richarda resztką leków. Stojąc przy zdezelowanym gracie Smitharda, wymienili ostatnie uwagi i pożegnali się, obiecując, że niedługo spotkają się w Fenaby. Słońce właśnie wstawało i czas najwyższy był ruszać.

Evander wlazł do róży, Tancmistrz ponownie zmieniony w chihuahua wskoczył do samochodu Richarda, ten zaś stał oparty o maskę. Czekał, aż Ciceron skończy dopinać szczegóły z Tomem.

Tymczasem Evangeline, siedząc z tyłu na ciężarówce obok miedzianej wanny z argemonią, patrzyła na kościółek, sad, stawik, szklarenkę. Na wszystko, co znane, bezpieczne i na swój sposób kochane. Tyle lat chciała się stąd wyrwać. Marzyła o tym. Pragnęła tego. Teraz, kiedy miało to nastąpić, myślała o tym… z żalem! Zagryzła usta. Wiedziała, że nie może się rozpłakać. Zamrugała, odganiając łzy. Desire, który właśnie miał się zmienić w mastifa i dołączyć do piaskowej chihuahua, ukradkiem zerknął na Evan i dostrzegł jej minę. Zrobiło mu się jej żal i poczuł, że musi ją wesprzeć. Przywołał więc na twarz najbezczelniejszy ze swych uśmiechów i ruszył ku kobiecie.

– Hej, skarbie, no nie rób takiej miny! – wypalił swym niskim, męskim głosem. – Ja wrócę.

Zobaczył jej konsternację i ucieszył się, że udało mu się odwrócić jej uwagę od smutnych rozmyślań. Podszedł jeszcze bliżej, nachylił się i szepnął gorąco wprost do ucha Evan:

– Nie rozpaczaj, że się ze mną żegnasz!

– Nie przeginaj! – odszepnęła.

– Wyprawa będzie krótka – kontynuował, jakby nie usłyszał jej słów – ale nasza randka po moim powrocie wręcz przeciwnie. Zapewnię ci taaakie rozrywki… – Spojrzał przeciągle w jej oczy, złapał dłoń elfki, pochylił się i szarmancko ucałował. Podniósł głowę i zobaczył ciemne rumieńce na twarzy kobiety. Jego tupet dosłownie odebrał jej mowę. – „Wkurza się. I dobrze – uśmiechnął się do własnych myśli. – To lepsze niżby miała bać się podróży albo rozpaczać, że opuszcza tę cholerną mieścinę”. − Pozwolisz, że ci pomogę? – dokończył już na głos.

Wzrokiem wskazał miedzianą wannę. Elfka dyskretnie zerknęła w stronę Richarda. Desire udał, że tego nie widzi. Lekko wskoczył na ciężarówkę. Evan nie zdążyła zaprotestować. Chwilę później leżała we wnętrzu argemonii przytulona do brata. A zanim róża śpiących zamknęła się nad ich głowami, usłyszała ostatnie bezczelne słowa ciemnowłosego mnicha:

– Myśl o mnie, słonko. Całą drogę. A ty, Evander, dobrze opiekuj się moim skarbem!

Usłyszał chichot elfa, a potem głośne „Auuu! Evan, no za co?”. Obstawił wannę z sukulentem innymi antykami, zeskoczył z ciężarówki i zamknął klapę.

– Uważajcie na siebie – rzucił jeszcze i pomachał ręką Smithardowi.

Lecz w drodze do samochodu Richarda całe wymuszone rozbawienie wyparowało. Znów powrócił Desire profesjonalista, spec od trudnych misji. Po chwili ciemny jak bezgwiezdna noc mastif zajął miejsce z tyłu samochodu. Niedługo potem dołączył do niego Ciceron. Zmieniony w nieistotny drobiazg ukrył się w czeluściach wozu. Nim słońce wstało na dobre, zawalona antykami półciężarówka oraz zdezelowany willys wyruszyły ku przeznaczeniu…

* * *

– Ehm, Tancmistrz, dowiedziałeś się może od Kinnona… No wiesz… Pytam o Fenaby, klasztor, braci i… – mruknął Richard, gdy opuścili Sleepy Graves.

– Problemy były – odwarknęła chihuahua. – Najlepiej niech ci Desire o nich opowie.

Richard zerknął w lusterko wsteczne. Zobaczył skrzywiony pysk mastifa.

– A co się TYM RAZEM zdarzyło?

– Nalot konstabli na klasztor – burknął Desire.

– Co takiego?! – Dee gwałtownie nacisnął hamulec. Chihuahua zaczęła bluzgać, gdzieś z tyłu dobiegło ich zrzędzenie opata. Tylko mastif zachował spokój. Jak gdyby nigdy nic oświadczył:

– Wyluzuj. Nic się nie stało. Niczego nie znaleźli, nic nie odkryli. Jak zawsze!

Richard patrzył na niego z przerażeniem i niedowierzaniem.

– A… A Maya?… Bazylia?… Na pewno?…

– Na pewno! – oświadczył Desire. – Pamiętasz nasze procedury? To nie pierwsza wizyta konstabli i zapewne nie ostatnia. Zwłaszcza teraz, kiedy mieszańce krasnoludów… No nieważne. Po prostu musimy przywyknąć, że teraz konstable będą jak robaki w dupie, natrętni, ciężcy do spławienia i wyjątkowo wnerwiający. Kinnon odezwał się jakieś dwie godziny temu. Wszystko w klasztorze w porządku, a Terraney dalej nie dostał swojej odpowiedzi. Grubas nie leniuchował. Ustalił, jak wprowadzić nas do Instytutu i gdzie namierzyć tego elfa. Teraz robi wszystko, żeby znaleźć dla nas tę Harfę. Zdaje się, braciszkowie będą dziś mieli nagły i niespodziewany post. – Wyszczerzył się. – Co poradzę? Zresztą przyda im się. Bardziej potrzebujemy informatora niż kucharza.

– Ale nadal jedziemy do Metropolii? – upewnił się Richard.

– Ty nie, jeśli ciągle będziesz tak hamował! – wycedziła chihuahua charakterystycznym głosem Tancmistrza.

– Wybacz – mruknął Dee zły, że znów nie zapanował nad emocjami.

– Przeprosiny przyjęte. Ostatni raz. A teraz zasuwaj. To my mamy przyjechać do Metropolii, nie ona do nas.

Parę minut upłynęło w kompletnej ciszy.

– Richard, jeszcze jedno – rozległ się gdzieś z tyłu głos Cicerona. – W swoim bagażu masz list. Poprosiłem Evan, by napisała do Terraneya, że zostaje dłużej w Sirens Bay. To da nam czas i pozwoli trzymać komendanta na dystans. Nie chciałbym, żeby zaczął jej szukać, a tak się stanie, jeśli nie będzie miał od niej żadnych wieści. Wyślij list, gdy będziesz przejeżdżał przez tę mieścinę.

– Jasne. Na miejscu będziemy późnym popołudniem. Co dalej?

– Powiem ci po przyjeździe – odezwał się Desire. – Co godzinę budź na zmianę mnie albo Tancmistrza. Będziemy modyfikować wygląd auta. Nie mogą nas namierzyć, a już na pewno zidentyfikować. – Mastif ziewnął. – Teraz skup się na drodze, unikaj konstabli, a nam daj się trochę zdrzemnąć. Nie wszyscy mogli sobie pozwolić na taki luksus w nocy. – Zwinął się w kłębek, a zanim zasnął, wymamrotał jeszcze: – I nie każdy jest takim szczęściarzem, żeby tak często… śnić… wilgotne… sny…

* * *

Metropolia. Stolica Palatynatu. Miasto wielkich nadziei i utraconych szans, splendoru i nędzy. Świat niebywałych sukcesów, gdy znało się kogo trzeba, i sromotnych porażek, gdy znajomości tych zabrakło. Dżungla, w której wszystko było możliwe, lecz nic nie było oczywiste. To w tym ogromnym ludzkim mrowisku można było błyszczeć na tle tłumów lub dyskretnie w nich zniknąć. Ileż możliwości! Dzielnice luksusu od dzielnic nędzy oddzielała czasem jedna przecznica. Każdy znał miejsce w hierarchii społecznej. Rzadko kto się z niej wyłamywał. I tylko niekiedy zblazowani, zgnuśniali bogacze zapuszczali się w niebezpieczne rejony, żądni adrenaliny, której na co dzień im brakowało.

Kilka dzielnic – o neutralnych światopoglądowo nazwach – tworzyło wielki, zróżnicowany, pełen witalności organizm. W leżących na wzgórzach Gajach Oliwnych od zawsze rezydowali najbogatsi tego świata. Dorobkiewicze i szczęśliwi dziedzice młodych fortun. Nowo powstały rodzaj arystokracji żyjącej na pokaz. Tu nie wypadało być skromnym. Ekskluzywne rezydencje o fantazyjnej architekturze i stan posiadania wręcz należało eksponować. Tylko tak można było udowodnić, że coś się znaczy w świecie establishmentu.

Dzielnicę Dębów zasiedlili biedacy. Naiwniacy o słabych łokciach i niskiej samoocenie. Zbyt mało cwani, za bardzo uczciwi albo zwyczajnie pechowi. Nawykli do ciężkiej roboty za byle dragena, stanowili masę smutnych, posłusznych owiec, którymi wataha apodyktycznych psów rezydujących w Palatium rządziła, jak chciała. Dzielnica Dębów była niewiele większa od Gajów Oliwnych, lecz zdecydowanie gęściej zaludniona. Wysoki standard mieszkania oznaczał tu wychodek na korytarzu – nie w podwórku – dostępny dla wszystkich lokatorów. Luksusowy − gdy znajdował się w mieszkaniu wielkości trumny i był oddany do dyspozycji tylko jednego mieszkańca.

Były jeszcze inne dzielnice. Ostrokrzewów – zamieszkałych przez klasę średniaków, szczęśliwców, którym się udało. Złocistych Cedrów – z przeszklonymi nowoczesnymi budynkami, skupiająca finansistów. Czarnych Sosen – zdominowaną przez drobny biznes oraz Smoczych Dracen. To w tej ostatniej mieściło się Palatium, Theatron oraz kompleks wystawienniczo-sportowy, w którym odbywał się Memorial i celebrowano Święto Srebrzystych Kaganków. Tuż obok przycupnęła dzielnica Purpurowych Wisterii z kampusem uniwersyteckim, zespołami laboratoriów oraz Instytutem Medycznym.

W Pustynnych Różach mieściły się ogrody pełne egzotycznych roślin, kąpielisko, tereny rekreacyjne, dostępne za opłatą, więc głównie odwiedzane przez średniaków. Śnieżne Magnolie zaś oficjalnie odwiedzało się, by poszaleć na zakupach. Nieoficjalnie, gdy miało się ochotę na niegrzeczne rozrywki, dysponowało odpowiednią ilością dragenów, odwagą oraz wiedzą, gdzie tych rozrywek szukać. Dzielnica ta miała jeden główny deptak i mnóstwo ciekawych zaułków. To właśnie do niej skierowali się mnisi po przyjeździe do Metropolii.

– Jak się nazywa ten facet, którego mamy odszukać? – odezwał się Richard.

– Hamish Finley. – Mastif ziewnął. – Znajdziemy go w sklepie ze zwierzyną Czarna Łuska przy Konwaliowej siedemdziesiąt dziewięć.

Dee mocniej zacisnął rękę na kierownicy willysa. Po wielu godzinach jazdy zmęczenie wymuszało zwiększony wysiłek w prowadzeniu auta. Zwłaszcza że napój energetyczny Kinnona dawno się skończył. Wolną dłonią rozmasował zdrętwiały kark i ponownie rozejrzał się po okolicy.

Krążyli już jakiś kwadrans po Śnieżnych Magnoliach, znaleźli nawet wspomnianą ulicę Konwaliową, ale numeru siedemdziesiąt dziewięć dziwnym trafem nigdzie nie było. Richard miał wrażenie, że jeżdżą w kółko. Przy głównej ulicy Liliowej roiło się od ekskluzywnych sklepów, a handlowano chyba wszystkim, co można sobie wyobrazić. Wyobraźnię tę ograniczała jedynie zasobność portfela. Miałeś ochotę na buty ze skóry viverna? Nic prostszego. Zdejmowano miarę z twojej stopy, kilka dni później odbierałeś gotową parę. Najbogatszym podsuwano katalog z dostępnymi vivernami, z którego klient mógł sobie wybrać konkretne zwierzę, a potem samodzielnie w ramach bonusu upolować na zaaranżowanym safari. Za odpowiednią sumkę dostawało się pyszną kolację z viverniną w sosie własnym, wypchane trofeum w postaci gadziego łba do powieszenia nad kominkiem i zestaw obuwia oraz galanterii dla całej rodziny. Marzyłeś o płaszczu z futerkiem jednorożca? Proszę bardzo! Podobnie jak w przypadku vivernów, wybierałeś zwierza − bum! − i pelisa lądowała na twoich ramionach. Śniłeś o perfumach skomponowanych specjalnie dla ciebie? Nie ma sprawy. Pracę tę mogłeś zlecić najlepszym nosom Palatynatu i już po kilku miesiącach cieszyć się niepowtarzalnym aromatem. Przykłady można by mnożyć. Rozpasana konsumpcja kłuła w oczy chyba tylko przybyszów spoza Palatynatu, na zamożnych mieszkańcach Metropolii nie robiła żadnego wrażenia.

Richard jechał ulicą Liliową, zerkając na te wszystkie elegantki w ich płaszczach z futer rzadkich zwierząt, dzierżące torebki warte fortunę, na rozwydrzone dzieciaki domagające się kolejnego minifeniksa czy utopca, znudzonych gości za szybami ekskluzywnej restauracji Diamentowa Archikatedra. Co rusz łapał się na myśli, że woli prostotę swego życia od zamknięcia w złotej klatce, dookoła której krąży stado głodnych rekinów. Minął sklep muzyczny z markowymi harfami, salon meblowy oferujący sofy obite najwyższej jakości skórą, jubilera oraz zegarmistrza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

This edition © copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2018

Text © copyright by A.R. Reystone 2018 by arrangement with Syndykat Autorów

Ilustracje na okładce: Aleksandra Rak

Projekt okładki i typografii: Marta Weronika Żurawska-Zaręba

W przygotowaniu:

Tom 3

Redakcja: Magdalena Adamska

Korekta: Ewa Mościcka, Magdalena Szroeder, Krystyna Lesińska

Korekta pliku po konwersji: Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13436-3

Plik wyprodukowany na podstawie Wietrzne Katedry Tom 2,

Warszawa 2018

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Konwersję wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wietrzne Katedry. Tom 3 Wietrzne Katedry. Tom 2 Wietrzne katedry. Tom 1 Dziewiąty Mag 3 Dziedzictwo 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piorun kulisty Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Każde martwe marzenie Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży