Emilia Krakowska. Aktorzyca

Emilia Krakowska. Aktorzyca

Autorzy: Katarzyna Kaczorowska

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.00 zł

„Aktorzyca” to portret wybitnej polskiej aktorki Emilii Krakowskiej - poznanianki z urodzenia, warszawianka z wyboru. Publiczność pokochała ją za Reymontowską Jagnę, Malinę z opowiadania Iwaszkiewicza, Marysię z „Wesela” i panią Dulską Zapolskiej. Bohaterka książki opowiada czytelnikom o wielkiej miłości swojej matki, Anastazji, o przybranej siostrze, mężach, z którymi nie zawsze było jej po drodze i ukochanych córkach. Prowadzi nas przez uliczki rodzinnego Poznania – okupowanego przez Niemców i zbuntowanego przeciwko władzy w czerwcu 1956 roku – i wprowadza w świat warszawskich teatrów, w którym młoda dziewczyna po studiach musiała znaleźć swoje miejsce, pokazać, co potrafi i przekonać do siebie reżyserów, publiczność i krytyków. Co jej się udało, a czego do dzisiaj żałuje? Czy jest rola, o której wciąż marzy? Jaką postać chciałaby zagrać ponownie?

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Bogusława Jędrasik

Na okładce wykorzystano zdjęcie © Marek Grotowski

© for the text by Katarzyna Kaczorowska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-1101-3

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Dorobek

Źródła zdjęć

Rozdział 1

Przedwojenna kamienica w sercu Warszawy. Kuta brama przywodzi na myśl tych, którzy mieszkali tu przed wojną. Po zadzwonieniu domofonem drzwi otwierają się z cichym brzęknięciem. Stukot obcasów na kamiennych schodach niesie się echem po jasnej klatce schodowej. Przez głowę przemyka mi rozmowa sprzed kilku dni:

– Ale ty wiesz, że ja miałam wielu starających się? I odmawiałam…

– Domyślam się, że miała pani powodzenie. – Odpowiedź wywołuje salwę śmiechu.

– Kochanie, ja mówię o tych, którzy chcieli wycisnąć ze mnie jak z cytryny całe moje życie. O książce mówię. Może tobie się jednak uda?

Drzwi czekają już uchylone. Cały lęk przed tym pierwszym pytaniem spływa do zimnych palców. W salonie na pięknym okrągłym stole w miseczkach kuszą żurawina („Jedz, bo zdrowa, dobrze robi na nerki”), orzechy i rodzynki. Na parapecie okna zajmującego całą ścianę stoją zdjęcia, bibeloty i kwiaty: zielone w doniczkach i kolorowe bukiety w wazonach. Od przyjaciół. Od widzów. Emilia Krakowska przygląda się gościowi uważnym spojrzeniem brązowych oczu. W białej bluzce i brązowych sztruksach, z paznokciami pomalowanymi na intensywny, czerwony kolor zaskakuje młodzieńczą werwą. Jeszcze chwila, jeszcze łyk kawy i słowa spróbują ułożyć się w historię. Tę spomiędzy słów też.

– No więc, kochanie moje, babci Weroniki nie poznałam. Umarła jeszcze przed wojną. Urodziła trzynaścioro dzieci. Najstarsza była moja mama, rocznik 1901. Najmłodsza Zosia przyszła na świat w 1923 roku. Nic dziwnego, że babcia umarła. Wykończyły ją te porody. Dziadek miał pięćdziesiąt pięć lat, gdy został wdowcem. Zebrał całą tę swoją gromadkę i wyznaczył im obowiązki: ty będziesz się zajmowała dziećmi, ty kuchnią, ty będziesz sprzątać. O żadnej drugiej żeniaczce nie mogło być mowy, bo nowa żona to przecież nie matka, a jaką byłaby macochą? Co by zrobił, gdyby okazała się niedobra dla jego dzieci? Nie było mowy o takiej nieodpowiedzialności.

– A te trzynaścioro dzieci to nie była nieodpowiedzialność?

– Przecież to były zabory. Poznań leżał w Prusach. Było jasne, że polskie rodziny muszą mieć dużo dzieci, że musi być nas więcej niż Niemców. O tym nawet nie trzeba było mówić. To się wiedziało i już. Dzieci się rodziło z poczucia odpowiedzialności za Polskę, która nie istniała, ale na zmartwychwstanie której wszyscy czekali.

– Patriotyzm?

– A co innego? No i miłość, rzecz jasna. Bo dziadek bardzo babcię kochał. Ale żeby utrzymać rodzinę, najpierw wszyscy pojechali do Berlina.

– Na saksy?

– Na saksy. Ale nie tak jak dzisiaj, że jedzie albo on, albo ona, i po roku nie ma małżeństwa. Albo jadą oboje, a dzieci zostają tutaj. Nawet już określenie wymyślono na to zjawisko. Eurosieroctwo. Nie, wtedy była odpowiedzialność i jechało się za chlebem całą rodziną.

– I zarobili na ten chleb?

– Zarobili. Dziadek po powrocie otworzył kolonialkę.

– A co to takiego?

– Sklep kolonialny. I wszyscy w tym sklepie pracowali. To nie Amerykanie wymyślili, żeby dzieciaki przed lekcjami rozwoziły gazety. Mama mi opowiadała, że musieli wstawać wcześnie rano, jeszcze przed świtem. Latarka na szyję, w jedną rękę torba z bułami, w drugą z mlekiem. I roznosili po domach. Bo wiesz, obok był sklep niemiecki, dalej żydowski. Trzeba było być lepszym, szybszym. To mama nauczyła mnie, że najlepszy towar nigdy nie jest dla właściciela. Dla niego jest to, co zostanie po całym dniu handlowania. No więc moja mama musiała pilnować młodszego rodzeństwa, bo jeden z braci zawsze podjadał winogrona, które były dla klientów, nie dla nich. Rozumiesz?

– Dziadek też pracował w tym sklepie?

– Dziadek był rybakiem, z zamiłowania.

– W Poznaniu? Chyba wędkarzem.

– Czy ja mówię niewyraźnie? Rybakiem, żadnym wędkarzem! Łowił w Warcie. Sieciami, które sam robił. Kochał przyrodę i sztukę. Tłumaczył mi Biblię, bo to z Biblii przecież biorą się cała nasza literatura i pojmowanie świata. Podglądałam go czasami, kiedy się modlił. Cały uduchowiony, z rękoma wzniesionymi do nieba, zatopiony w rozmowie z Panem Bogiem. Kiedy wybuchła I wojna światowa, dziadek został zmobilizowany. Trafił na front i tam cudem przeżył wybuch pocisku. Kiedy go wydobyli ledwo żywego, przyrzekł, że najstarsze dziecko ofiaruje Bogu. A tym dzieckiem była Anastazja, moja mama. Wielki to był ból i dramat tych dwojga, kiedy okazało się, że pierworodna nie chce jednak iść do klasztoru, by wypełnić zobowiązanie ojca. Rozumiesz takie wybory?

Tam, gdzie dziadek Emilii Krakowskiej miał kolonialkę, dzisiaj jest sklep sieci Beate Uhse, pilotki Luftwaffe, która wiosną 1945 roku uciekła samolotem z oblężonego Berlina wraz z synem i jego nianią, a w 1962 roku otworzyła we Flensburgu pierwszy sex-shop. O kolonialce Krakowskich pewnie już nikt poza samymi Krakowskimi nie pamięta, choć proszek Persil, który można było u nich kupić i którego reklamę widać na starym rodzinnym zdjęciu, po latach przerwy znów stoi na półkach w polskich sklepach.

– Mama skończyła gimnazjum?

– Uczyła się w gimnazjum, ale matury nie zrobiła. Zawodu księgowej nauczyła się na praktykach, pracując w biurze rachunkowym. No, a potem przyszedł rok 1920 i się zakochała.

– W kim?

– W Stanisławie. Piękny mężczyzna, przystojny. Starszy od niej o jakieś dziesięć lat, może ciut więcej. Emisariusz. Mam jego dziennik i wiem, że najpierw kochał się w innej pannie, ale ona wolała jakiegoś Witolda, który ją źle traktował, więc Stasio cierpiał. Ale cierpiał też za Polskę. Bo rozumiesz, on ten pamiętnik zaczął pisać przed I wojną światową.

– Pożyczy mi go pani?

– A nie zgubisz?

Zeszyt w czarnej okładce wygląda zaskakująco nowocześnie. Starannie kaligrafowane litery zmuszają do skupienia. Dzisiaj nikt już tak nie pisze, nie stawia takich zawijasów piórem. Takie pismo trzeba się nauczyć czytać, tak jak kiedyś w szkole składania liter w wyrazy.

St. Peter. 15. maja 1914 r.

Od wczoraj przebywam tutaj. Przysposabiam się na nudy, więc by choć w części temu zapobiec, zamierzam pisać pamiętnik, a sądzę, że tym sposobem uniknę niejeden błąd, który bym miał w życiu popełnić.

Streszczę najpierw wrażenia z podróży, a następnie będę zajmować się sobą.

Podróż 12-godzinną przebyłem stosunkowo wesoło, a korzystając z krótkiego pobytu na dworcu w Hamburgu, zwiedziłem miasto, które, niestety, nie uczyniło na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Prócz bardzo odrębnego, wprost niezrozumiałego dialektu hamburczyków, różni się słynne miasto portowe Niemczech od Berlina, w którym zamieszkuję, gęstą siecią wijących się pomiędzy domami rzek i kanałów, jak również dymem często kursujących parowozów.

Zainteresował mnie wielki kanał długości 450 metrów, budowany 20 metrów pod rzeką Łabą. Jest on prawdziwym arcydziełem. Ruch w tunelu panuje ożywiony, wozy wraz z końmi i ludźmi spuszcza i wydobywa się za pomocą nieustannie pracujących, olbrzymich wind, a w tunelu samym wre życie jak na powierzchni. Zwiedzałem również port i okręty, owe kolosy morskie, które rokrocznie unoszą po falach tysiące rzesz robotników polskich do ziemi obiecanej.

Czy sprawdzą się biednego ludu nadzieje, Bóg raczy wiedzieć! A teraz płaczę nad dolą biednego polskiego chłopa, zmuszonego do tułaczki po świecie za kawałkiem chleba. Z czyjej to winy?

Ach, gdybyście wy wszyscy, inteligentni i mniej inteligentni, którzy mienicie się Polakami, zechcieli szczerze pracować nad podniesieniem polskiego przemysłu, gdybyście zechcieli dźwignąć nasz kraj ekonomicznie, gdybyście starali się o uświadomienie ciemnego ludu robotniczego, nie tracilibyśmy ogromnych sił narodowych, a wrogowie nasi nie mogliby pomiatać naszym ludem, naszymi marzeniami.

Bogu dzięki, nie wszyscy Polacy patrzą na sprawy nas tak gorąco obchodzące obojętnie i coraz to więcej jednostek oddaje się pracy narodowej, by kraj nasz od zagłady uchronić.

Stanisław Majewski pamiętnik prowadził do marca 1915 roku. W zapiskach pobrzmiewają echa wojny, która wybuchła 28 lipca 1914 roku, trzy miesiące po jego wizycie w Hamburgu i miesiąc po zamachu w Sarajewie, w którym zginął arcyksiążę Ferdynand. W marcu 1915 Majewski wyszedł z lazaretu. Choroba, z którą się zmagał, odbierała mu chęć życia, ale nie było to jego jedyne zmartwienie. Więcej bólu sprawiała mu nieszczęśliwa miłość, z którą nie umiał sobie poradzić. Panna, w której się zakochał, wolała innego mężczyznę.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Emilia Krakowska. Aktorzyca 80 milionów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana