Wróżąc z fusów

Wróżąc z fusów

Autorzy: Marcelina Szumer-Brysz

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.02 zł

Od zawsze w rozdarciu – między Europą i Azją, islamem i świeckością, tradycją i nowoczesnością – również dziś Turcja stoi na rozdrożu. Schedę po ojcu narodu, Mustafie Kemalu Atatürku, do niedawna niepodzielnie królującym w tureckich sercach, przejmuje Recep Tayyip Erdoğan, przez wielu porównywany do złego ojczyma, który rozprawiając się bezwzględnie z politycznymi oponentami, szybko trwoni cywilizacyjne zdobycze swoich poprzedników. Albo – jak uważają inni – przywraca wspaniałą osmańską tradycję i istotę tureckiego ducha, który bez religii i rodziny byłby pusty.

Ale Turcja to nie tylko polityka. To również producent święcących międzynarodowe triumfy seriali telewizyjnych, nowy dom tysięcy syryjskich uchodźców, miejsce, w którym środowiska LGBT mają odwagę rozwinąć swoją tęczową flagę, ulubiony cel podróży spragnionych słońca i miłości, być może nowy potentat turystyki religijnej – to tu przecież kiełkowało chrześcijaństwo, tu mieszkali pierwsi święci, apostołowie, a nawet Maryja.

Warto zatem wzorem autorki odrzucić stereotypy i spojrzeć w twarz prawdziwej Turcji, która wciąż przyciąga i odpycha, niepokoi i fascynuje.

W serii ukazały się ostatnio:

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Cezary Łazarewicz Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Dariusz Rosiak Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Aleksandra Boćkowska Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka (wyd. 3)

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”

Marcin Kącki Poznań. Miasto grzechu

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem

Tomasz Grzywaczewski Granice marzeń. O państwach nieuznawanych

Cezary Łazarewicz Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej

Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

Swietłana Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości (wyd. 4)

David I. Kertzer Porwanie Edgarda Mortary. Skandal, który pogrążył Państwo Kościelne

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu (wyd. 2)

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet

Paweł Smoleński Królowe Mogadiszu

Rob Schmitz Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

Marta Madejska Aleja Włókniarek

Ilona Wiśniewska Lud. Z grenlandzkiej wyspy

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia

Szymon Opryszek, Maria Hawranek Wyhoduj sobie wolność.Reportaże z Urugwaju

W serii ukażą się m.in.:

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 2 zmienione)

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 3)

Wojciech Górecki Buran. Kirgiz wraca na koń

Marcelina Szumer-Brysz

Wróżąc z fusów

Reportaże z Turcji

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Matias Costa / Panos / Forum

Copyright © by Marcelina Szumer-Brysz, 2018

Opieka redakcyjna Konrad Nowacki

Redakcja Natalia Charitonow

Korekta Agata Czerwińska / d2d.pl, Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-766-5

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

I

Najdłuższa noc w roku

Ojczym ograł Ojca

Herbatka z wilkami

II

Syria w Smyrnie

Jak zarobić na Jezusie

Słowo na „s”

III

Jak pies z Turkiem

Dziewice i czarownice

Menu w czerwonej okładce

Tęcza nad Bosforem

Sułtanka matka

Prawie jak Hollywood

IV

Erdoğan kontra Erdoğan

Epilog

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Grzesiowi – za wszystko

Zima w Izmirze. Na dworze zaledwie dziesięć stopni Celsjusza. Tłumy w ciepłych puchowych kurtkach śpieszą na przystań, skąd dzisiaj nie odpłynie żaden prom. Na morzu szaleje sztorm, statki kołyszą się jak papierowe łódeczki. Fale wdarły się na ląd, zalewając nadmorskie deptaki, sklepy i knajpki. Żywioł nie dosięgnął wprawdzie Atatürka i jego dzielnych żołnierzy, ale cokół ogromnego pomnika znikł pod wodą i nic nie wskazuje na to, by miał się szybko wynurzyć. Właściciele restauracji położonych najbliżej morza poddali się i po prostu obserwują. Ci, którzy mają jeszcze szansę, próbują ratować dobytek. Jedni klną, drudzy, wzywając Allaha, wiadrami wylewają wodę z pomieszczeń.

Zdążyli przywyknąć do sztormów, trzęsień ziemi i innych kataklizmów, które od stuleci dotykają ten pachnący kawą kraj.

Z zawieruchami społecznych przemian i politycznych awantur radzą sobie podobnie. Czasem walczą, czasem się poddają. A wieczorem siadają, popijają rakı, anyżówkę, rozprawiając godzinami, zawsze głodni wiedzy o drugim człowieku.

Dzięki nim powstała ta książka.

I

Najdłuższa noc w roku

Na plaży Pamucak tłumy, jak zwykle w sobotę. Koce, dywany, leżaki i ręczniki rozłożone w cieniu miniaturowych palm. Niektórzy ignorują zakaz grillowania i w najlepsze pieką na ogniu köfte, małe wołowe pulpeciki, i plastry bakłażana z fioletową skórką. Zapach kremu do opalania miesza się z aromatem jedzenia, gdzieniegdzie pyrkoczą opalane węglem drzewnym bądź patykami samowary, bez których część Turków nie rusza się ani na plażę, ani w żadną dłuższą trasę.

Ci, których nie stać na wynajęcie domku campingowego, na złotym piasku rozbili własne namioty. Inni wieczorem pojadą do domów, by następnego dnia zjawić się ponownie. Na niewielkim parkingu próżno szukać miejsca, samochody stają więc po obu stronach dziurawej asfaltówki łączącej Selçuk z popularnym kurortem Kuşadası[1]. Gdyby wysypujący się z kolejnych aut, parkujących już nie tylko „na drugiego”, ale i „na trzeciego”, spragnieni ochłody turyści i robiący sobie przerwę w pracy miejscowi spojrzeli w lewo, ujrzeliby majaczące w tle ruiny efeskiego teatru. Taki sam rozgardiasz musiał tutaj panować dwa tysiące lat temu, zanim niepozorna, płynąca spokojnie do dziś rzeczka Küçük Menderes, Mały Meander, doszczętnie zamuliła jeden z najważniejszych antycznych portów. Skutecznie odcięła Efez od morza, przyczyniwszy się w ten sposób do jego upadku.

Ale dziś, 16 lipca 2016 roku nikt nie myśli o ruinach. Dziś trzeba przede wszystkim ochłonąć po wydarzeniach, które kilka godzin wcześniej rozpaliły Turcję do czerwoności. Nic tak dobrze nie robi na skołatane nerwy jak szum morza i herbata z ustawionego na piasku samowara.

Poprzedniej nocy budzi mnie telefon.

– Co się u was dzieje?! – krzyczy w słuchawkę koleżanka z ­Polski.

Nie wiem, o co chodzi. Po całym dniu spędzonym w roli przewodnika moich wakacyjnych gości wyciszyłam dźwięk w komórce i padłam jak kłoda, nawet nie sprawdziwszy wieczornych wiadomości.

– Włącz telewizor! – domaga się nerwowo koleżanka.

Odpalam komputer i zerkam na telefon. Kilkanaście nieodebranych połączeń i tyle samo wiadomości.

Od razu przytomnieję. Szturcham Grzegorza; on też wstaje.

Czołgi na moście Bosforskim! – krzyczy potężny nagłówek na stronie dziennika „Hürriyet”.

Mijają minuty, w sieci pojawiają się kolejne niewiarygodne doniesienia. Hotel, w którym mieszka prezydent, zbombardowany! Wojskowe samoloty nad Ankarą, parlament ostrzelany! Żołnierze strzelają do ludzi!

Powoli wszystko staje się jasne. Aż wreszcie tytuł na aktualizowanej co chwila stronie potwierdza nasze przypuszczenia: Wojskowy zamach stanu.

Koleżance, która zadzwoniła, odpisuję, że w Izmirze na razie jest bezpiecznie, choć wcale nie jestem tego pewna. Postanawiamy z Grzegorzem nie budzić naszych gości. Po co mają się denerwować?

Odbieram kolejny telefon, od Gizem, mojej przyjaciółki. Upewnia się, że jesteśmy bezpieczni w domu.

– Zatankujcie do pełna i wypłaćcie pieniądze z bankomatu – instruuje. – Nie wiadomo, co dalej. Może być problem z paliwem i dostępem do pieniędzy.

Obiecujemy zdzwonić się za godzinę, o ile nie zostaną zablokowane linie. Grzegorz wsiada w samochód, ja biegnę na róg, do bankomatu. Przede mną kilkanaście osób, co chwila dołączają kolejne.

– Doigrali się! – rzuca trzydziestolatek w T-shircie z Atatürkiem. – Nareszcie!

– Rozum ci odjęło, bracie? – odpowiada mu chłopak w pomarańczowej koszuli z logo pobliskiej restauracji Alin’s. – Przecież tam strzelają do ludzi!

Idealiści prowadzą dysputy polityczne, pragmatycy zastanawiają się, ile pieniędzy wybrać: wszystkie czy tylko trochę? I co, jeśli zamrożą dostęp do kont?

– Kto? – pytam, próbując ze strzępów informacji zbudować w miarę sensowny obraz tego, co się dzieje.

– Wygrani. – Pada zza moich pleców.

Około północy wciąż jeszcze nie wiadomo, czy rząd się utrzyma. Zbuntowana część armii powołuje wojskową Radę Pokoju i zajmuje siedzibę krajowej stacji telewizyjnej TRT. Blada jak ściana blondynka odczytuje z kartki komunikat puczystów. Jak mantra powtarzają się w nim formułki: „demokracja”, „konstytucja”, „świeckie wartości”. Rebelianci twierdzą, że rząd je łamie, zdecydowali się zatem na wystąpienie w ich obronie.

– Zostańcie w domach! – ni to proszą, ni nakazują.

Na innym kanale słychać Recepa Tayyipa Erdoğana. Dziennikarka połączyła się z nim przez telefon. Kamera skierowana na smartfon. I znów „demokracja”, „konstytucja”, „wartości”.

– Wyjdźcie na ulice! – apeluje do narodu prezydent.

To jego posłuchają Turcy.

O pierwszej słychać jeszcze strzały na moście Bosforskim, ale naprzeciwko czołgów stoją już tysiące ludzi. Niektórzy własnymi ciałami blokują przejazd. Gdy około trzeciej na odbitym z rąk armii lotnisku Atatürka ląduje samolot z prezydentem, w pośpiechu powracającym z wakacji w Marmaris (zachodnie portale informowały najpierw, że Erdoğan uciekł z kraju i poprosił o azyl w Niemczech), pierwsi żołnierze składają broń na stambulskim placu Taksim. Niektórzy boją się opuszczać czołgi; zanim wyjdą z rękami w górze, uchylają ciężkie włazy stalowych pojazdów, którymi mieli bronić demokracji, i wyrzucają na zewnątrz zagryzmolone w gorączce skrawki papieru: „Mam żonę”, „Mam dziewiętnaście lat”.

Tłum jest zbyt wściekły, by okazać litość.

Ginie dwieście osób.

Telewizje zaprezentują rankiem zdjęcia rozebranych do naga żołnierzy z poderżniętymi gardłami. „Demokracja zwyciężyła, zdrajcy zgniją w piekle” – ogłoszą rządzący.

– Ktokolwiek za tym stoi, kto napuścił jednych Turków na drugich, żołnierzy przeciw policjantom, pójdzie do piekła! – mówi mi Okan, właściciel kırtasiye, niewielkiego sklepu papierniczego. Nie odrywa wzroku od małego odbiornika, w którym na okrągło pokazywane są wczorajsze wydarzenia. I nie potrafi uwierzyć w to, co się stało. Za to jeszcze mocniej wierzy w Allaha. – Syn niedawno zakończył obowiązkową służbę wojskową i pojechał na wakacje. Drżeliśmy o niego, gdy zaczęto wysyłać żołnierzy do walki z Kurdami. Tymczasem okazuje się, że to wcale nie najgorsze, co go mogło spotkać. – Głos sklepikarza się łamie, gdy Okan pokazuje mi rozpikselowane (tureckie media raczej unikają drastycznych scen) wizerunki puczystów, rówieśników syna. Kilku zlinczował tłum. Tych, co przeżyli, goniono ulicami w bieliźnie. – Czy takie dzieciaki mog­ły wiedzieć, co robią? – pyta retorycznie. – Wątpię. Dostali rozkazy, nie mieli wyboru. A w ogóle to cały ten pucz jest podejrzany.

Okan ma swoje lata, pamięta przewroty, które wstrząsnęły krajem w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Ale takiej fuszerki jak wczoraj jeszcze nie widział. Łączność powinna być zerwana, telewizja i internet odłączone. I co to za idiotyczna pora: piątek wieczór! Na ulicach chmary ludzi, pełne meczety. Tylko partacz mógł zaplanować coś takiego!

– Albo… – Mój rozmówca zawiesza głos. – …doskonały reżyser.

Nie tylko on jest podobnego zdania. Furorę momentalnie robi okolicznościowy żart, który ktoś poprzedniej nocy opublikował w sieci: „Turecki kandydat do Oscara? Pucz wojskowy”.

Przeciwnicy teorii, jakoby zamach został sfingowany, by umocnić władzę Erdoğana i dać mu pretekst do pozbycia się przeciwników oraz do przeprowadzenia czystki w armii i administracji, przekonują, że wojskowi nie zgodziliby się na odegranie rebelii. Zwolennicy wersji odmiennej, która za jakiś czas okaże się bliższa prawdy, twierdzą coś wręcz przeciwnego. Władza miała wiedzieć, że coś się szykuje, i pozwoliła, by to się wydarzyło.

Premier Binali Yıldırım już pół godziny po wybuchu obarcza odpowiedzialnością za pucz rezydującego w USA islamskiego duchownego Fethullaha Gülena, z którym rząd do niedawna współpracował, a którego wkrótce oskarży o terroryzm.

– Nawet nie wiesz, jakie wpływy ma ten człowiek. Armia, sądy, szkolnictwo. Wszędzie są jego ludzie – mówiła mi podczas nocnej rozmowy telefonicznej Gizem.

W piątek jeszcze wierzyła, że pucz jest prawdziwy. Ale dziś jest sobota, a ona nie ma już tej pewności. „Güleniści mogli sądzić, że mają poparcie większości armii, ale gdy zaczęli, zostali sami” – pisze w esemesie.

Rzeczywiście, skala i tempo aresztowań (kilkanaście godzin wystarczyło, by zatrzymać ponad dwa i pół tysiąca wojskowych, sędziów, prokuratorów i urzędników) mogły sugerować, że listy z nazwiskami były gotowe.

„Nie na rękę rządzącym jest tylko to, że opozycja nie poparła zamachu. Czy nie po to, aby ich wszystkich aresztować, przegłosowano miesiąc temu ustawę pozbawiającą parlamentarzystów immunitetu?” – czytam w komentarzach na portalu dziennika „Sözcü”.

Bo faktycznie wszystkie partie w opozycji – także prokurdyjska Ludowa Partia Demokratyczna (HDP) – wydały wspólne oświadczenie potępiające pucz i deklarujące poparcie dla rządu. Prezydent, rad nierad, telefonicznie wyraził wdzięczność ich liderom, których wcześniej, bywało, nazywał „zdrajcami”.

Jedno jest pewne: Erdoğan nie musi się już bać. Prezydent, który Ojca Narodu nigdy nie darzył szczególną estymą, przemawia właśnie na tle gigantycznego portretu Atatürka, dziękując rodakom, że nie dopuścili do przewrotu. Będzie im tak dziękować przez najbliższe dni. W Stambule codziennie będą się odbywać wiece, chętnych do „świętowania zwycięstwa” będą dowozić na plac Taksim darmowe autobusy. Czerwony Półksiężyc zapewni im darmowe napoje, będzie też strawa.

– Prezydent wygrał i dobrze o tym wie – uważa Okan. – Zmobilizował zwolenników, nie będzie już potrzebować policjantów z gazem łzawiącym do rozprawy z tymi, którym nie podoba się jego polityka. Zrobi to rękami tłumu. Zresztą wątpię, żeby ktoś odważył się protestować – rzuca, wyłączając telewizor.

Od lipcowych wydarzeń musiał upłynąć niecały rok, by okazało się, że Okan nie miał racji, a początkowy entuzjazm, jaki udzielił się Turkom, zamienił się w bunt przeciwko sięgającym coraz głębiej rządowym represjom. Poczynania władz – pierwotnie wydawały się jeśli nie niewinne, to przynajmniej konieczne do zaprowadzenia porządku w państwie i ukarania tych, którzy próbowali obalić ład konstytucyjny – szybko zaczęły dotykać wszystkich. Nawet tych, którzy nigdy nie mieli nic wspólnego z ruchem Hizmet, czyli organizacją Fethullaha Gülena. Trudno dziś w Turcji o rodzinę, w której ktoś nie straciłby pracy, nie został zawieszony w obowiązkach bądź nie wylądował za kratami.

Z czasem okazało się, że ludzie duchownego zaleźli za skórę nie tylko władzy, ale też zwykłym obywatelom.

– A nie mówiłem? – słyszę od Tevfika Yaşara, poety, byłego nauczyciela literatury.

No mówił, faktycznie.

Spotkaliśmy się w lutym, pół roku przed zamachem stanu. Skontaktowała nas wspólna znajoma. Tevfik, od niemal dziesięciu lat ciągany po sądach za molestowanie uczennicy (twierdzi, że jedynie zatańczył z nią podczas lekcji, odgrywając scenę z omawianej książki), chciał mi wtedy opowiedzieć, jak ludzie związani z organizacją Gülena zniszczyli mu karierę i reputację. Piliśmy kawę w jednej z setek knajpek w izmirskiej Bornovie. Przejęty Tevfik mówił niemal szeptem, co chwila rozglądając się na boki, jakby sprawdzał, czy nikt nie podsłuchuje. Śmieszyła mnie ta konspiracja, a cała historia wydawała się co najmniej naciągana. Równoległe struktury, państwo w państwie, sądowa sitwa, która usiłuje wrobić nauczyciela w seksaferę z uczennicą? Facet najwyraźniej naoglądał się za dużo wyświetlanych w turec­kiej telewizji tasiemców.

– Od piętnastu lat głośno mówiłem o tym, że güleniści są niebezpieczni. Aż w końcu postanowili mnie uciszyć – tłumaczył mi tamtego wieczoru.

A ja, wstyd przyznać, uznałam, że jest megalomanem, który tylko pozuje na pokrzywdzonego.

Dziś to samo powtarza co drugi Turek. Prezydent przeprasza, że „nie docenił zagrożenia”, nazywa pucz „darem niebios”, który pozwoli w końcu oczyścić państwo z wrogów. A Tevfika nie ma kto sądzić, bo prokuratorzy i sędziowie powiązani z ruchem Hiz­met z dnia na dzień stracili pracę albo wylądowali w areszcie.

Straciło ją blisko sto pięćdziesiąt tysięcy urzędników, niemal tyle samo zostało zawieszonych, a z górą sześćdziesiąt tysięcy aresztowanych. Za kratami przebywa ponad trzystu dziennikarzy, etatów pozbawiono cztery tysiące sędziów i dwukrotnie więcej naukowców. Z edukacyjnej mapy kraju zniknęły trzy tysiące szkół i niektóre uczelnie.

Czy to możliwe, by wszyscy ci ludzie mieli związki z Gülenem i pragnęli obalić rząd?

– Możliwe – odpowiadają jedni.

– Wykluczone – sądzą drudzy.

– Musisz coś zrozumieć, madame Sobieski. – Obłożonego aktualnymi gazetami sąsiada z pierwszego piętra, pana Hamzę, spotykam w zatłoczonej knajpce mieszczącej się na parterze naszego budynku.

Siwy dziewięćdziesięciotrzylatek, rówieśnik Republiki Turcji, uważa, że Turcy do końca świata powinni odnosić się z szacunkiem do przybyszów znad Wisły. W szkole uczył się o porażce, którą w starciu z naszym królem poniósł osmański wezyr Czarny Mustafa. Ten pomarszczony, poruszający się z trudem miłośnik Polski (na studiach w Stambule miał polskiego wykładowcę) ma umysł młodzieńca, fenomenalną pamięć i poczucie humoru. Zawsze tak samo zawstydza mnie, gdy unosi się z krzesła, by się ze mną przywitać, i wprawia w podziw, gdy z upodobaniem, płynną angielszczyzną (nigdy nie rozmawia ze mną po turecku), opowiada, co działo się pod Wiedniem 12 września 1683 roku (jedenaście godzin ostrzału artyleryjskiego, półgodzinna szarża konnicy króla Jana).

– Musisz zrozumieć, że to wszystko nie zaczęło się wczoraj – dodaje.

Pan Hamza zamawia dwie herbaty i zaczyna opowieść. Na początek mam zastanowić się nad tym, dlaczego w ogóle powstała Republika Turcji.

– Nie powinnaś mieć z tym problemu, madame Sobieski. Przecież u was w 1918 roku sytuacja była identyczna. – Na mojej twarzy musi malować się zdziwienie. – No, z Pilsucki – wyjaśnia pan Hamza, łamiąc sobie język na nazwisku marszałka. – Przecież to taki wasz Atatürk.

Według niego mit założycielski współczesnej Turcji, republiki, która – jak uczy się dzieci już w podstawówce – powstała dzięki dalekosiężnej wizji nowoczesnego idealisty kierującego się wartościami takimi jak wolność, demokracja, równość obywateli, potrzeba wyprowadzenia narodu z biedy, można włożyć między bajki o złośliwych dżinach pożerających nocą okruszki z talerzy niejadków.

Ale od początku.

Latem 1914 roku Turcja zawiera z Cesarstwem Niemieckim sojusz, na mocy którego deklaruje przystąpienie do wojny z Rosją. W listopadzie sułtan Mehmed V, będący jednocześnie kalifem, czyli duchowym przywódcą muzułmanów, nie wie jeszcze, że ściąga tym samym zgubę na siebie i imperium osmańskie.

– Nie ma sensu… – Pan Hamza macha ręką, jakby odganiał natrętną muchę. – …zagłębiać się przesadnie w zawiłości I wojny światowej. Dość powiedzieć, że Turcja przegrała z kretesem.

Nowy sułtan Mehmed VI, chcąc nie chcąc, podpisuje w 1920 roku traktat w Sèvres, godząc się na oddanie części terytoriów Francji (tereny dzisiejszej Syrii), Wielkiej Brytanii (dzisiejszy Irak) i Grecji (rejony dzisiejszego Izmiru i Edirne). Jest również zmuszony pogodzić się z ustanowieniem rozległych stref wpływów w Anatolii: francuskiej, brytyjskiej i włoskiej. Na wschodzie mają powstać wolny Kurdystan i niezależna Armenia, a Stambuł ze strategicznym Bosforem znaleźć się pod zarządem międzynarodowym. W rękach Turków pozostają tereny nad Morzem Czarnym, między Bursą a Samsunem. Układ zakłada też znaczne ograniczenie, na co mam zwrócić szczególną uwagę, liczebności tureckiej armii, która przed wojną liczyła około dwustu tysięcy żołnierzy.

– Z czego niby mieliby się utrzymać? Jak żyć? Kto wypłacałby im emerytury? Sama widzisz, madame Sobieski, nie było wyjścia. Mustafa Kemal, młody, rzutki oficer i umówmy się, genialny strateg, zdawał sobie z tego sprawę. Wystąpił przeciwko traktatowi, stanął na czele armii i przepędził okupantów. W 1922 roku zawarto w Lozannie nowe porozumienie. Kemal utworzył republikę i była to republika wojskowych. Obalenie sułtanatu możesz, madame Sobieski, uznać za pierwszy pucz.

Dawno już wypiłam herbatę. Złotobrązowy płyn w szklaneczce pana Hamzy wystygł; opowieść pochłonęła go do tego stopnia, że przez godzinę nawet po nią nie sięgnął. Teraz unosi sękatą dłoń, a kelner bez słowa stawia przed nami nowe szklanki z parującą zawartością. Biorę głęboki oddech i zastanawiam się, ile jeszcze godzin spędzimy przy stoliku, zanim ten fascynujący starzec odpowie mi w końcu na pytanie o udział Fethullaha Gülena w wydarzeniach piątkowej nocy.

Moja irytacja nie uchodzi jego uwagi.

– Sabırlı ol, bądź cierpliwa, madame Sobieski. – Bierze mnie pod włos po turecku pan Hamza. – Zaraz wyjaśnię.

Nowa władza postanawia zbudować nowoczesny kraj. Potrzebne są reformy, których nie udawało się przeprowadzić wcześniej.

– A wiesz dlaczego, madame Sobieski? Bo nie pozwalali na to fanatycy religijni. Skorumpowani duchowni nie chcieli zrezygnować z władzy, jaką dawało im funkcjonowanie w państwie wyznaniowym. Kemal Gazi, Komendant, o tym wiedział. ­Wyrwał wojsko z zaklętego religijnego kręgu, dał prawa kobietom i postawił na edukację. Medresy zastąpił szkołami powszechnymi, tradycyjne stroje garniturami, a prawo mówiące o tym, że Turcja jest krajem islamskim, konstytucją z zapisem o świeckości. I paragrafem dającym armii możliwość interwencji, jeśli rząd złamałby tę zasadę. Tylko widzisz, madame Sobieski, we wszystkim łatwo o przesadę. Atatürk nie odżegnywał się wprawdzie od islamu, który był według niego najlogiczniejszą z wielkich monoteistycznych religii. Bez trudu znajdziesz to w każdej książce o nim. Ale kraj chciał budować na wartościach świeckich. Możecie sobie wyznawać Allaha, proszę bardzo, ale żyć macie po nowemu. Zmieniam priorytety. Zamiast islam i islam, teraz będzie Naród Turecki, Republika Turcji i dopiero islam. Myślisz, madame, że ludzie łatwo przystaną na coś takiego? Że łatwo im przyjdzie porzucić modły pięć razy dziennie? Opuścić medresy? Puścić córki do szkół? Niełatwo – odpowiada sam sobie pan Hamza.

Po tym długim wstępie przechodzi do sedna.

– To restrykcyjne przestrzeganie zasad świeckiego państwa i dyskryminowanie potężnej grupy, która nie miała ochoty rezygnować z demonstrowania swojego przywiązania do religii, stworzyło ludzi pokroju Gülena – mówi i pyta, co właściwie wiem o tym islamskim duchownym.

W pamięci odgrzebuję fakty poznane jeszcze w Polsce, gdy jakąś dekadę temu zaczynałam naukę turec­kiego. Na kursie współorganizowanym przez fundację, która przy okazji zajmowała się promowaniem myśli i twórczości Gülena. Jeden z moich nauczycieli, ścigany później przez turecki rząd listem gończym, przedstawiał go wtedy jako mędrca, filozofa, zwolennika międzyreligijnego dialogu. Przypominam sobie foto­grafię, którą widziałam na okładce książki: wydatny nos, siwe włosy i krótko przystrzyżone wąsy. Łagodne piwne oczy spoglądające spod krzaczastych brwi. Na twarzy spokój i inteligencja. Nic z terrorysty.

– W tym właśnie rzecz – słyszę. – Wyobraź sobie, madame Sobieski, że żyjesz w kraju, w którym nie wolno ci mówić o tym, co masz najgłębiej w duszy. W którym flaga i portret wodza stają się ważniejsze niż mihrab, a fakty z jego życia – niż wersety Koranu. I nagle pojawia się człowiek, niewykształcony, nie wiem, skąd przekonanie o jego wyjątkowym intelekcie, imam ze wsi, który mówi ci, że aby być tureckim patriotą, wcale nie musisz rezygnować z modlitwy. Jeśli społeczeństwo, władza, rodzina nie akceptują twojej religijności, nie musisz się z nią wychylać. Módl się po cichu, bądź dobrym muzułmaninem w sercu. Allah zrozumie. Facet nie jest nachalny, nie jest fanatykiem. Mówi mądrze i z sensem, zachęca do pogłębiania wiedzy. Mówi o pokoju i potrzebie ponadwyznaniowego dialogu. Jego słowa są dla ciebie jak powiew świeżego powietrza: ulegasz ich czarowi i ani się obejrzałaś, a wpadłaś po uszy. On powolutku, ale konsekwent­nie buduje grupę swoich wyznawców. Potrzebującym pracy daje pracę, tych, których nie stać na edukację, posyła do szkół. Oplata kraj siecią placówek, uniwersytetów i szpitali powiązanych z jego organizacją. Rośnie w siłę, bo dysponuje wykształconymi ludźmi, którzy tylko czekają, by zająć stanowiska w rządzie. I dzieje się tak, gdy AKP, Partia Sprawiedliwości i Rozwoju, przejmuje władzę. Rządzący myślą, że kontrolują wszystko, tymczasem edukację, sądownictwo i pół wojska obsadzają cisi protegowani Gülena. Dla których jest autorytetem.

Pan Hamza opada na oparcie fotela i zaczyna zbierać porozkładane na stole gazety.

– Wybacz, madame Sobieski, czas do domu. Muszę wziąć leki – rzuca, a ja z żalem godzę się z faktem, że przynajmniej na dziś to już koniec wykładu pod tytułem Subiektywna historia Turcji według Hamzy Rüstema.

Pod drzwiami mieszkania uświadamiam sobie jednak, że wciąż nie wiem, czy zdaniem mojego rozmówcy Gülen stał za puczem. Cóż, mój ponaddziewięćdziesięcioletni sąsiad miał okazję obserwować każdy z wojskowych zamachów stanu, jakie wstrząsały republiką. Doświadczenie nauczyło go zapewne, jak i co mówić, by sobie nie zaszkodzić…

Z wywodu pana Hamzy w pamięć zapadło mi zwłaszcza jedno, na pozór mało istotne stwierdzenie, zaskakująco pogardliwe i niepasujące do tego skądinąd przemiłego dżentelmena. Mianowicie sugestia, że intelektualne przymioty Gülena bywają nieco wyolbrzymiane.

Przeglądam tureckie strony internetowe prowadzone przez miłośników „hodży efendiego”, ale nie natrafiam na jakiekolwiek biograficzne ciekawostki. Na nic, co pomogłoby mi odpowiedzieć na pytanie, jakim cudem imam z wioski Korucuk na głębokim wschodzie Turcji najpierw obwołany został największym współczesnym islamskim myślicielem (spotykał się nawet z papieżem Janem Paw­łem II), a później terrorystą i największym wrogiem własnej ojczyzny. Znienawidzonym do tego stopnia, że omal nie spalono jego rodzinnego domu, który przerobiono na publiczny szalet.

Niczego nie dowiaduję się również ze stron anglojęzycznych, więc bez większej nadziei sięgam po napisaną po polsku Muzułmańską edukację i wychowanie Eugeniusza Sakowicza. Gdy w 2013 roku przeprowadzałam się do Turcji, dostałam ją na nową drogę życia. Od znajomego – o losie przewrotny! – tureckiego wyznawcy Gülena.

Pierwszy wniosek z lektury narzuca się sam. Duchowny, choć wciąż żywy i jak najbardziej współczesny, opisywany jest, jakby co najmniej jedną nogą stał w raju lub pławił się w niebiańskim świetle.

Podobno o chlebie i wodzie sypiał na posadzce meczetu, gdyż pierwsze wynagrodzenie za posługę imama ofiarował pewnej ubogiej wdowie na czesne dla dziecka. Szlachetne serce i wszelkie cnoty przeszły nań najwyraźniej drogą dziedziczenia, gdyż ponoć także jego ojciec Ramiz Gülen, również imam, odznaczał się tymi cechami. Gdy przechodził z krową obok pola sąsiada, zawiązywał jej pysk, by nie kradła trawy i nie dawała mleka będącego wynikiem tej kradzieży.

Gülen junior wykształcił się w szkole religijnej na imama, ale nigdy nie zdobył szlifów akademickich. Według pana Hamzy był mało zdolny i zwyczajnie nie dostałby się na uniwersytet. Lecz już zdaniem jego wyznawców geniuszowi uczelnia była niepotrzebna. W jego przypadku zawinił zapewne turecki system edukacji, zamykający bramy szkół wyższych przed absolwentami imam hatip, religijnych placówek edukacyjnych. Fethullah miał zatem czytać setki książek i samodzielnie zgłębiać dziedziny nauki takie jak matematyka, biologia, medycyna, fizyka, socjologia, historia i sztuki piękne, zapamiętując dziennie nawet dziesięć stron tekstu. Nigdy nie sypiał wiele, czas upływał mu bowiem na rozważaniach o tym, co jeszcze może zrobić dla dobra ludzkości…

Nawet jeśli, jak uważa pan Hamza, Gülen nie jest geniuszem, nie można odmówić mu charyzmy i daru przekonywania. Głoszone przez niego kazania, najpierw w rodzinnej wiosce, a potem w Izmirze, najbardziej zeuropeizowanym z tureckich miast, były ponoć porywające i poruszały tematy, o których innym imamom (mowa o latach siedemdziesiątych XX wieku) nawet się nie śniło. Globalizacja, wpływ rozwoju cywilizacji na człowieka, konieczność dialogu, samodoskonalenie, dążenie do utrzymania pokoju na świecie i porozumienia między religiami, poczucie misji, służba ludzkości – aż trudno uwierzyć, że mówił o tym islamski duchowny, a nie któryś ze współczesnych life coachów. Gülen odżegnywał się wprawdzie od polityki, ale chyba tylko naiwni uwierzyli, że ruch, który wyrósł na jego ideach, poprzestaje wyłącznie na wartościach duchowych.

Po kolei.

Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte XX wieku to w Turcji czas, jak twierdzą tureccy publicyści, drakońskiego reżimu.

Nie ma – dochodzi wówczas do wniosku Gülen – innej metody na jego zmianę niż pójście z nim, pozornie, ręka w rękę. W 1981 roku rezygnuje z obowiązków imama i koncentruje się na tworzeniu sieci szkół, uniwersytetów, fundacji. Wyławia najzdolniejszych, funduje im stypendia. Wielu z nich uczy się z dala od domu. W bursach i akademikach prowadzonych przez ruch Hizmet opiekują się nimi „bracia” i „siostry”.

Polscy badacze, skupieni na międzynarodowym pedagogicznym sukcesie myśli gülenowskiej, chyba tylko dla przyzwoitości cytują niektórych krytyków jej twórcy. Tymczasem, co wynika z relacji jego byłych współpracowników, organizacja przypomina sektę, a indoktrynacja jej członków zaczyna się już w szkołach. Hüseyin Gülerce, przez lata związany z finansowaną przez ruch gazetą „Zaman”, w zrealizowanym już po przewrocie krótkim filmie dokumentalnym Własnymi słowami. Kult gülenowskiego terroru, mówi:

– Od pierwszych chwil przedstawiano Fethullaha jako świętego, następcę Mahometa, mistyka […]. Mówili o nim „Imam Wszechświata” czy „Mesjasz”. Ukończywszy szkoły średnie, szli na uniwersytety, które wybierali im ludzie z organizacji. Byli jak wyznawcy, którzy wyrośli w przeświadczeniu o nadprzyrodzonych zdolnościach Gülena.

W tym samym filmie Latif Erdoğan, inny dziennikarz, który niemal czterdzieści lat spędził w strukturach ruchu jako prawa ręka duchownego, wyjaśnia, skąd brało się takie przekonanie.

– Wielki Brat patrzył zawsze. Fethullah ochoczo korzystał z nowych technologii. W dniu wyjazdu do USA poprosił, bym mu wybaczył podsłuchiwanie mnie przez piętnaście ostatnich lat. Ci, którzy nie wiedzieli, że są śledzeni, bez trudu mogli uwierzyć, że ten człowiek ma boski dar i dzięki niemu zna ich najskrytsze myśli i problemy.

Sieć się rozrasta, Gülen jeździ po świecie, wygłasza odczyty, buduje autorytet. Turcja wciąż pozostaje krajem świeckim, w którym nie ma miejsca dla zakrywających włosy urzędniczek czy parlamentarzystek. Gülen instruuje swoich ludzi, by ci nie demonstrowali przywiązania do religii. Jeśli koledzy z wojska chcą pić alkohol, güleniści mają pić z nimi, jeśli przeklinają – ochoczo im wtórować. Jeśli zaś pragną się ożenić, mają zadbać, aby wybranka – nawet jeśli wcześniej zakrywała włosy – po ślubie zdjęła chustę, a na plażę chodziła w bikini. Mają się nie wyróżniać, nie podpadać. Na kilku amatorskich filmach, nakręconych zapewne nielegalnie podczas spotkań ruchu, Gülen mówi, że mają być jak pająki, które konsekwentnie i cierpliwie tkają swoją sieć. Wspomina też o „śpiących żołnierzach”, którzy tylko czekają, aby powstać. I choć to metafora, bo mowa o przebudzeniu umysłu, filmik robi ostatnio w Turcji zawrotną karierę.

W 1999 roku duchowy przywódca ruchu emigruje na stałe do USA, lecz nie rezygnuje z aktywnej działalności. Gdy magazyn „Foreign Policy” ogłasza go w 2008 roku najbardziej wpływowym intelektualistą życia publicznego, pierwsi przedstawiciele „złotego pokolenia”, jak mawia Gülen o swoich wychowankach, od dawna zajmują wysokie stanowiska w tureckim wymiarze sprawiedliwości i prowadzą intratne biznesy. Rokrocznie dołączają do nich dziesiątki kolejnych; szacuje się ich liczbę nawet na cztery miliony.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Tureckie c czytamy jak polskie dż, litera ğ wydłuża poprzedzającą ją samo­głoskę; ı (wielką literą: İ) to polskie y; j należy czytać jak polskie ż; ö oraz ü czytamy tak jak w języku niemieckim, czyli robiąc lekki dzióbek; ş i ç czytamy jak polskie sz i cz.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: lukasz.sobolewski@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2018

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wróżąc z fusów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze