Księga ras. Część I. Cisza przed burzą

Księga ras. Część I. Cisza przed burzą

Autorzy: Joanna Stańczyk

Wydawnictwo: Autorskie

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 14.24 zł

Na początku dwudziestego pierwszego wieku to wciąż ludzie dominują na Ziemi. Wszyscy jesteśmy jednak kundlami – nie istnieją czyste rasy i pytanie, czy kiedykolwiek istniały, ciągle pozostaje bez odpowiedzi. U większości z nas przeważa ludzki subgenotyp. Jeśli należysz do tej większości, jesteś bezpieczny. Możesz spokojnie przejść przez życie, nie mając pojęcia, że w twojej krwi kryje się coś więcej…

 

Czasem jednak pojawia się wada subgenetyczna i rodzi się potwór. Mimo że wygląda jak człowiek, w jego subgenotypie przeważają inne rasy. Ale bez obaw. Jest ktoś, kto od wieków stoi na straży ludzkiego rodzaju. Czarni jeszcze w latach osiemdziesiątych wprowadzili przesiewowe badania krwi noworodków, dzięki czemu mogą likwidować wadliwe egzemplarze zaraz po urodzeniu. W takich przypadkach cel uświęca środki.

 

To ludzie mają przetrwać – i tylko to się liczy.

 

Są jeszcze magiczni. Popaprane towarzystwo składające się z wiedźm, czarowników i czarodziejek, niestabilne jak nitrogliceryna. Z nimi zawsze był problem. Nie stosują się do żadnych zasad i mają wrodzoną skłonność do opowiadania się po stronie potworów. Jednak – tak jak w przypadku innych ras – ogień jest doskonałym lekarstwem, które skutecznie leczy wszystkie wady subgenetyczne i nadprzyrodzone umiejętności…

 

Watykan przymyka oczy na metody stosowane do likwidacji potworów, zaciska zęby i płaci rosnące rachunki czarnych, wiedząc doskonale, że zaburzenie równowagi może doprowadzić do katastrofy. Kolejni papieże zadają sobie pytanie: nie czy, ale kiedy dojdzie do konfliktu? Dobrze wiedzą, że błędy popełnione przez wszystkie strony w ciągu setek lat kumulują się i w końcu osiągną masę krytyczną. Stanie się to, co musi się stać. Nikt nie ma pojęcia, jaki byłby finał wojny ludzi i innych ras.

 

A jeśli już się zaczęło? To mogło być drobne zdarzenie, dotyczące pojedynczego człowieka, ciche jak uderzenie skrzydeł motyla.

 

Pewnego dnia na oddział ratunkowy gliwickiego szpitala trafia dziewczyna w stanie agonalnym. Trzy dni później lekarz wypisuje świadectwo zgonu.

 

Mija piętnaście lat. Niespodziewanie uwaga wszystkich skupia się na Gliwicach. W mieście w niewyjaśnionych okolicznościach ginie Czesław Myrka, detalista działający na czarnym rynku badań krwi. W centrum pojawia się potężne zaklęcie ochronne, a czarni rozpoczynają poszukiwania osoby, która była ostatnim klientem Myrki. Niepokoi ich liczba znaczników, które mężczyzna zgromadził w trakcie swoich ostatnich zakupów w Berlinie, i to, że najprawdopodobniej wszystkie wykorzystał do testów tuż przed swoją zagadkową śmiercią. Z mieszkania Myrki udaje się pozyskać zanieczyszczoną próbkę krwi. Badania wykonane w Krakowie nie wykazują żadnej znanej rasy. Czarnych niepokoi to bardziej, niż fakt wykrycia kolejnego potwora. Z potworami potrafią przecież walczyć.

 

W Gliwicach natykają się na coś, z czym nigdy wcześniej nie mieli do czynienia…

 

W każdym z nas drzemie potwór. Może nigdy się nie obudzić, ale może też pokazać kły, kiedy najmniej się tego spodziewasz. Z ludzi potrafią wypełznąć obrzydliwe rzeczy…

 

Wyglądasz jak człowiek, ale to tylko pozór.

 

Co krąży w twojej krwi? Kim tak naprawdę jesteś? Uwierz mi, lepiej nie wiedzieć…

Joanna Stańczyk

Księga ras

TOM I

Cisza przed burzą

Ilustracje Kamil Ćwieląg

ISBN: 978-83-951761-0-4

https://www.facebook.com/KsiegaRas/

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl.

Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń.

Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!

Kontakt

www.rozpisani.pl

info@rozpisani.pl

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

PROLOG

Wyciąg z akt:

Imię i nazwisko: Gaweł Bartkowiak

Wiek: 22 lata

Fenotyp: człowiek

Genotyp: człowiek z domieszką innych ras

Subgenotyp: człowiek – 70,1%, krasnolud – 26,5%, gryf – 2,6%

Domieszki pozostałych ras: poniżej 1% (pomijalne)

Status: zielony

Zalecenia: nie wymaga obserwacji

Gliwice

1 maja 2002

Zaplanował ten dzień minuta po minucie.

Miał być idealny.

Chciał, żeby Bożka zapamiętała go na zawsze.

Gorący majowy weekend sprawił, że mieszkańcy Gliwic okupowali Kąpielisko Leśne, Czechowice i miejskie fontanny. Podmiejskie lasy były chłodne i puste. Wystarczyło pokonać dziesięć kilometrów.

– Niespodzianka – odpowiedział na niezadane pytanie.

Otworzył przed nią drzwi wysłużonego golfa i zaprosił ją do środka.

Lubiła niespodzianki. Wsiadła do auta i się uśmiechnęła.

– Powiedz przynajmniej, czy daleko jedziemy. Zdążymy wrócić na kolację?

Ulice były opustoszałe. Tak mógł jeździć zawsze. Wystarczyło kilka minut, by przekroczyli rogatki, i kilka kolejnych, by zaparkował przy drodze prowadzącej w kierunku Sośnicowic. Niedaleko stąd powstał nowoczesny hotel. Na dwudziestą zarezerwował tam stolik w restauracji. Teraz jednak wyjął koszyk z samochodu i pociągnął Bożkę za sobą, w głąb lasu. Zieleń drzew była soczysta i jaskrawa.

Upał, dokuczliwy w mieście, tutaj był łatwy do zniesienia. Ziemia i liście nie zdążyły jeszcze oddać całej wilgoci. Szli kilkanaście minut, zanim przebili się przez ścianę drzew. U ich stóp łąka przechodziła w wyżółcone rzepakiem pola. Usiedli i Gaweł rozpakował koszyk. Domowe ciasto kusiło zapachem. Gdy ma się niewiele ponad dwadzieścia lat, nie trzeba dużo, by poczuć się głodnym. Patrzył, jak Bożka je, i ciągle się zastanawiał, jak jej to powie. Znali się od niecałych dwóch lat, ale on był pewien od samego początku. To było takie głupie i takie tandetne.

Pierwszy raz zobaczył ją w październiku, kiedy łaziła po wydziale jak zbłąkana owca. W jego głowie pojawiła się myśl: ktoś musi się nią zaopiekować, bo nie ogarnie się do końca semestru.

Ja muszę się nią zaopiekować – to był kolejne, irracjonalne skojarzenie, i tak już zostało. Mezalians na miarę Politechniki Śląskiej. Gęś i gwiazdor.

Czekał dwa lata, oswajał ją powoli, a siebie przyzwyczajał do myśli, że zagra w takim banalnym przedstawieniu. Pierścionek ciążył mu w kieszeni jak kamień. Wybierał go miesiącami i dzisiaj marzył tylko o tym, żeby wcisnąć go na jej palec.

Teraz czy w hotelu? Mówić o miłości? Czy klękanie to będzie przesada?

Machnął ręką, próbując odgonić natarczywego owada.

– Jesteś słodka – roześmiał się.

Bożka dalej opychała się ciastem. Osa, otumaniona zapachem, uporczywie nad nią krążyła. Widział, jak przysiada na karku dziewczyny, zaplątuje się we włosy. Poderwał się z trawy i bezskutecznie próbował wyciągnąć owada. Słyszał nerwowe bzyczenie, ale nie widział jej.

– Auć. Ugryzła mnie. Ta cholera mnie ugryzła!

Bożka próbowała wytrzepać owada, zaczęła szybko wciągać powietrze i potrząsać głową. W końcu znalazł osę. Wyłuskał insekta ze splątanych kosmyków i odrzucił daleko za siebie.

– Już dobrze, już…

Dziewczyna oparła się o niego, ciężko oddychała. Nie rozumiał, czemu tak bardzo się zdenerwowała. Gładził jej plecy, ale Bożka ciągle była niespokojna.

– Nie czuję się najlepiej. Kręci mi się w głowie – wychrypiała.

Przeraził się. Odsunął ją od siebie. Jej twarz była blada i wilgotna. Chrapliwy oddech przechodził w świst. Zacisnęła dłonie na jego koszuli.

– Siadaj – polecił.

Powieki dziewczyny zaczęły opadać. Położył ją na trawie. Gdyby nie kojący zapach ziemi, pewnie zacząłby krzyczeć. Bo Bożka wcale nie zamykała oczu. Jej powieki puchły, wystarczyła chwila i nie była już w stanie otworzyć oczu. Oddech stawał się coraz cięższy. Kiedy próbowała uwolnić powietrze z płuc, rozlegał się przeciągły gwizd. Skóra na szyi i dekolcie pokryła się plamami. Dotarło do niego, że dziewczyna się dusi, dopiero gdy jej usta przybrały fioletową barwę. Były karykaturalnie wydęte, jak po nieudanym zabiegu chirurga plastycznego. Poderwał się z ziemi i chaotycznie zaczął przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu telefonu. Wyrzucił na trawę zawartość koszyka.

– Nie, nie, nieee… To przecież, kurwa, niemożliwe! To niemożliwe… Niemożliwe!

Powtarzał przekleństwa i zaprzeczenia raz za razem jak mantrę, ale niczego to nie zmieniało.

Szli tu prawie pół godziny, a on ten pieprzony telefon zostawił w samochodzie. Jego idealny dzień rozpadł się na tysiąc kawałków. Każdy fragment był koszmarem, nad którym nie potrafił zapanować.

I wtedy, kiedy wydawało się, że nic gorszego nie może go spotkać, zaległa cisza. W pierwszej sekundzie poczuł ulgę. Opadł przy niej na kolana. Usta były sine, spuchnięta twarz się zapadła. Nie musiał sprawdzać, by wiedzieć, że Bożka nie oddycha. Przyciągnął ją do siebie, przytulił. Klatka piersiowa się nie poruszała, ale w pierwszej chwili wydało mu się, że czuje słabe, powolne bicie serca. Było już za późno na jakiekolwiek działanie. Zawiódł, nie opiekował się nią tak, jak powinien. Nie potrafił przyjąć tego do wiadomości.

Porwał ją na ręce i zaczął biec w stronę samochodu.

*

Ratownicy wysypali się z karetki i ruszyli w stronę dziewczyny leżącej przy zjeździe na leśną drogę. Gaweł zadzwonił osiem minut wcześniej. Zespół wyruszył ze szpitala na Radiowej w kierunku Sośnicowic natychmiast po wezwaniu. Może zdarzyłby się cud, tyle tylko, że Gaweł biegł do samochodu piętnaście minut. Dla mózgu Bożki to było przynajmniej o piętnaście minut za długo. Chłopak stał przy samochodzie na trzęsących się nogach, mokry od potu. Patrzył na nich, próbując załapać się na odrobinę nadziei.

– Brak oddechu, brak tętna, źrenice nie reagują – zameldował jeden z ratowników.

– Objawy nieodwracalnej fazy wstrząsu anafilaktycznego, niedrożna jest…

– Dawaj, nie gadaj!

– Alek, tu nie ma co. Proszę pana, jak długo nie ma oddechu? Reanimował pan? – Niższy z ratowników skierował to pytanie do Gawła.

Jego kolega, wysoki i pryszczaty trzydziestolatek, zdawał się nie słyszeć.

– Ruszaj się, bo zgłoszę, że nie podjęliście akcji w stanie zagrożenia życia, i będziecie mieli zagnojone papiery na długie lata. Już! Trzydzieści na dwa i na izbę. Ruchy, matoły!

Pozostali członkowie zespołu wytrzeszczyli na niego oczy, nie rozumiejąc, czemu każe im reanimować trupa.

– No bez jaj, co ty, Alek?

Alek wstał. Zawsze był wysoki, ale teraz wydał im się przytłaczający. Cichy i spokojny ratownik nie był sobą.

– Nie żartuję.

Ponownie klęknął przy dziewczynie i dotknął jej szyi.

– Wyczuwam słabe tętno – skłamał.

Słowo przeciwko słowu. Dobrze wiedzieli, że tętna nie ma, ale był jeszcze ten niedoszły narzeczony. Świadek, który chłonął i rejestrował każdą uwagę.

Niechętnie ruszyli w stronę pacjentki, która według wszystkich oznak na niebie i ziemi powinna trafić do kostnicy.

Karetka na sygnale pokonała drogę powrotną do szpitala w niecałe siedem minut.

Akcja nic nie dawała, bo i nie mogła. Z Alka zeszło całe powietrze. Wszyscy pragnęli skończyć tę farsę i czekali tylko na to, by rozładować towar. Lekarz dyżurny stwierdzi zgon i będzie po sprawie.

Szkoda dziewczyny, ale co zrobić? Kiedy ambulans zatrzymał się na podjeździe, potrzebowali zaledwie czterdziestu sekund na dotarcie na izbę.

Lekarz dyżurny wbiegł równocześnie z nimi.

– Wstrząs anafilaktyczny po ukąszeniu osy. Adrenalina podana. Bezdech. Wkłucie zabezpieczone, drogi oddechowe niedrożne. – Alek doskonale zdawał sobie sprawę, jak źle to brzmi. Dla niej i dla nich. Nie oddychała, jej serce nie biło.

Ale ratownicy w karetce nie mogli stwierdzić zgonu i zaprzestać akcji reanimacyjnej, jeśli już ją rozpoczęli. Mógł to zrobić tylko lekarz. I pewnie zaraz to zrobi. A on będzie długo pokutował za to, że przewiózł zwłoki i groził kolegom.

Doktor Jacek Sznajder, doświadczony anestezjolog, nie potrzebował dużo czasu. Stwierdzanie zgonu pacjenta było częstym obowiązkiem wpisanym w jego specjalizację. Trup jaki jest, każdy widzi. Dlatego nie mógł uwierzyć, kiedy usłyszał swój głos.

– Defibrylator! Zestaw do intubacji! Wkłucie centralne, adrenalina, klemastyna we wlewie – zaczął wyrzucać z siebie polecenia, a wokół niego zaroiło się od ludzi.

Zaskoczeni ratownicy zaczęli się wycofywać krok za krokiem. Niższy z nich niedowierzająco pokręcił głową.

– Stary, ale jazda… Tam naprawdę było tętno? Ludzie, niedużo brakowało.

– Co, niedużo… – wściekł się Alek – i tak jej nie odratują. A jeśli jakimś cudem odratują, będzie warzywem. Dla niej byłoby lepiej, gdyby nie miał telefonu.

Gaweł Bartkowiak stał na korytarzu oparty o ścianę i słyszał każde słowo. Po jego twarzy płynęły łzy.

Wyciąg z akt:

Imię i nazwisko: Jacek Sznajder

Wiek: 48 lat

Fenotyp: człowiek

Genotyp: człowiek z domieszką innych ras

Subgenotyp: człowiek – 61,8%, wampir – 22,0%, druid – 13,9%, ghul – 1,7%

Domieszki pozostałych ras: poniżej 1% (pomijalne)

Status: żółty z możliwością zmiany

Zalecenia: wymaga stałej obserwacji

Uwagi: miejsce pracy sprzyja ujawnieniu cech uwarunkowanych subgenotypem

Jego dyżur dawno się skończył, ale mężczyzna nie zamierzał wychodzić ze szpitala. Nie pamiętał, kiedy ostatnio siedział przy pacjencie. Popadł w rutynę i zobojętniał. Może nie odniósł w życiu sukcesu właśnie dlatego, że za słabo się starał? Jego koledzy z roku już dawno napisali doktoraty, rozwinęli skrzydła przy profesorze Zembali lub osiedli na swoich klinikach. On wylądował w miejskim szpitalu o kiepskiej opinii. Dziewczynie we wstrząsie przywrócili jakimś cudem akcję serca, po paru nieudanych próbach zaintubowali ją i podłączyli do respiratora. I to było wszystko. Nie mógł zrozumieć, co mu odbiło kilka godzin temu na izbie przyjęć. Skazał ją na dłuższą agonię, a rodzinie zafundował dodatkową porcję cierpienia i bólu. Obrzęk płuc. Objawy wykrzepiania wewnątrznaczyniowego. Bezmocz. Długotrwałe niedotlenienie mózgu. Wszystkie książkowe objawy nieodwracalnej fazy wstrząsu anafilaktycznego. Wewnątrz jej naczyń powstawały mikrozakrzepy, przez drobne naczynia przestała płynąć krew. Tkanki i narządy obumierały. W jamach ciała i płucach gromadził się płyn. Pozostało tylko czekać. Czas naprawi jego błąd.

*

2 maja 2002

– Panie doktorze? – Szept pielęgniarki był natarczywy, wyrwał go z odrętwienia i sprawił, że zaczął przecierać oczy.

– Niech pan się położy w dyżurce, rodzice i narzeczony już wyszli. Nic się nie zmieniło.

Sznajder wstał zza biurka i zatoczył się lekko. Był na nogach od dwóch dni. Serce Bożki ciągle biło. Słabo, nierytmicznie, właściwie nie pompowało krwi. Nie spodziewał się, że tak długo to potrwa.

– Która godzina? – Zapytał nieprzytomnie.

– Po dziesiątej, cały oddział już uderzył w kimono.

– Zajrzę do niej.

Wzruszyła ramionami.

– Jak pan chce.

Powlókł się w stronę oddziału, a konkretnie do sali intensywnej terapii. Pielęgniarka miała rację: nic się nie zmieniło. Opadł na krzesło przy łóżku. Bożka w niczym nie przypominała dziewczyny sprzed dwóch dni. W jej narządach wewnętrznych znajdowały się ogniska martwicy, skóra była woskowożółta i pokryta wybroczynami. Palce u rąk i nóg miała spuchnięte i poczerniałe – po prostu martwe. Tylko jej serce, zmuszone przez niego do walki, kurczowo trzymało się życia. Minuty mijały, zlewały się w godziny, a Sznajder zaczął przysypiać na siedząco.

Kiedy otworzył oczy, nie był pewny, co go obudziło. Spojrzał na zegarek. Minęła pierwsza w nocy. Rzucił okiem na monitory. Ciągle bez zmian. Jeszcze raz skierował wzrok na łóżko. Worek na mocz, do którego uchodził cewnik, wypełnił się płynem. A więc koniec. Śmierć nie jest czysta i higieniczna. Wynaczyniony płyn i krew znalazły ujście przez cewnik, kiedy ściany pęcherza moczowego straciły ciągłość. Ciągle, kropla po kropli, spływały do worka. Zamrugał i pochylił się nad cewnikiem. Worek na mocz wypełniała spora ilość krwistego, mętnego płynu. Ten, który spływał cewnikiem, nie był całkowicie przejrzysty, ale nie wydawał się też podbarwiony krwią. Prawie słomkowy w barwie. Jeszcze raz popatrzył na monitor.

Rytm 62, ciśnienie 90/50. Przez chwilę gapił się otępiały. Jej serce ciągle biło. Pompowało krew. Wymienił worek na mocz. Płyn w cewniku nie był już mętny. Ręce mu się trzęsły, kiedy przystawiał stetoskop do klatki piersiowej. Mimo że bardzo się starał, nie zdołał dosłyszeć trzeszczeń, tak wyraźnych jeszcze kilka godzin temu. Ciśnienie wzrosło do 95/55. Ponownie odpiął worek, na którego dnie zebrało się trochę zawartości. Zapach był charakterystyczny. Nie płyn wysiękowy, nie krew, ale mocz.

Nerki Bożki zaczęły pracować.

*

Chłopak patrzył na niego jak na Boga. To on pojawiał się pierwszy, jeszcze przed rodzicami, zaraz po szóstej. Mimo świeżej koszuli widać było, jak bardzo wyczerpały go dwa ostatnie dni. Wyglądał na więcej niż dwadzieścia kilka lat. Wieku dodawały mu szpakowate włosy na skroniach.

– Jest lepiej, lepiej wygląda i… jest poprawa, prawda?

– Jest nieznaczna poprawa, ale musi pan zrozumieć, że dłuższe rokowanie nie jest optymistyczne. Jej mózg nie wykazuje żadnej aktywności, w całym organizmie doszło do ogromnych uszkodzeń.

– Ale ona żyje. Myślałem, że ją straciłem, a jednak Bożka żyje. Zaopiekuję się nią.

Sznajder żałował tego, co musi powiedzieć. Nie chciał tu być. Nie chciał z nim kolejny raz rozmawiać i tłumaczyć, że nie ma nadziei. Ale to on ponosił winę za to, że ciągle tu byli. Poświęci mu tyle czasu, ile będzie potrzebować, żeby zrozumieć.

– Obrzęk płuc ustąpił, nerki podjęły pracę. Ale pańska narzeczona jest w stanie wegetatywnym. Przykro mi, nic więcej nie jesteśmy w stanie dla niej zrobić…

Gaweł pokręcił głową.

– Ona dojdzie do siebie, jestem pewien, że tak.

– Chodźmy, pokażę coś panu – powiedział lekarz.

Czuł, że musi sprowadzić chłopaka na ziemię. Metodą wstrząsową, jeśli będzie trzeba. Inaczej minie kilka kolejnych dni i młody wyląduje w wariatkowie. Jeśli on miał poczucie winy, jak musiał się czuć ten nieszczęsny idiota?

Powinien rozpocząć żałobę, a nie mamić się nadzieją.

Przemierzyli korytarz i weszli na oddział.

– Pokażę panu, jak reaguje na bodziec. Przy odmóżdżeniu reakcja jest bardzo charakterystyczna: ciało chorego prostuje się i napina.

Chłopak skulił się i cofnął o krok. Nie chciał słuchać tego, co lekarz miał do powiedzenia.

– Oczywiście przeprowadziliśmy wiele innych badań, które wykluczają jakiekolwiek wątpliwości – dodał szybko.

Sznajder podszedł do łóżka. Odsłonił stopę Bożki i wyjął z opakowania jednorazową igłę. Ukłuł mocno, ze złością. Noga wystrzeliła w górę, uciekając od źródła bólu, a dziewczyna wytrzeszczyła oczy. Jej spojrzenie było nieskoordynowane, gorączkowo przebiegało po elementach otoczenia, na niczym się nie zatrzymując. W końcu popatrzyła na niego. Jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. Zaczęła krzyczeć.

Nigdy nie słyszał w niczyim głosie takiego strachu.

Jego osobisty, prywatny trup, który powinien grzecznie dołączyć do cmentarza doktora Sznajdera, właśnie się obudził.

Wyciąg z akt:

Imię i nazwisko: Bronisława Wajda

Wiek: 41 lat

Fenotyp: człowiek

Genotyp: człowiek z domieszką obcych ras

Subgenotyp: człowiek – 75,2%, skrzat – 13,0%, druid – 7,1%, chimera – 3,8%

Domieszki pozostałych ras: poniżej 1% (pomijalne)

Status: zielony

Zalecenia: nie wymaga obserwacji

Zabrze, Dworzec kolejowy

22 września 2007

Bronia rozejrzała się po peronie.

Takie duże miasto, a tylko jeden peron – pomyślała.

Zabrze jej się nie podobało, było jakieś przykurzone i ponure. Szczególnie Rokitnica była przygnębiająca. W dzielnicy dominowały stare, zaniedbane budynki. To, że Małgosia dostała miejsce w nowo wyremontowanym akademiku w centrum, było prawdziwym szczęściem.

Nie było lepszego wyjścia – powtórzyła sobie po raz kolejny.

A ona musiała wracać do Szczutkowa, do rozsypującej się chałupy i do gospodarki, która zarastała chwastami. Opadła na ławkę i rozpłakała się cicho. Dopóki była z Małgosią, trzymała się, uśmiechała do córki i przekonywała ją, że czas do pierwszej przerwy świątecznej zleci jak z bicza strzelił. Ale teraz musiała wrócić do męża pijusa, który nie szczędził jej razów, i do sezonowych prac, których imała się, żeby zdobyć trochę grosza. Mocnym, gniewnym ruchem wytarła oczy. Nie mogła się mazać. Liczyła się tylko Małgosia: zdolna, poukładana. Kiedy córka dostała się na medycynę, Bronia pomyślała, że po raz pierwszy uśmiechnęło się do nich szczęście. Na nią nie czekało już nic dobrego, lecz dla jedynego dziecka gotowa była wypruć sobie żyły.

Jakoś zarobię – to był kolejny refren, który na dobre zagnieździł się w jej głowie.

Stypendium socjalne nie wystarczy na akademik i utrzymanie w mieście. Od ogłoszenia wyników ciągle liczyła, ile im brakuje. Zostawiła Małgosi trochę grosza, ale niedługo będzie musiała coś wpłacić na konto.

Oby grzyby dopisały – modliła się codziennie.

A potem będzie jeździć do Tomaszowa albo Przemyśla sprzątać. Może przed świętami trafi się jakaś dorywcza robota?

Peron ciągle był pusty, popołudniowy szczyt minął, a ją przecież czekała daleka droga. Pociąg do Katowic odjeżdżał dopiero za czterdzieści minut. Sięgnęła po gazetę, którą ktoś zostawił na ławce i zaczęła ją bezmyślnie kartkować. Dotarła do ogłoszeń.

„Dam pracę” – przeczytała.

Ogłoszenia zajmowały całą stronę – szukano sprzedawców, kierowców, menedżerów, nawet sprzątaczek.

Więcej pracy niż u nas, na wschodzie – pomyślała.

Jej wzrok przyciągnęło wytłuszczone ogłoszenie z Gliwic. „Zatrudnię uczciwą gospodynię do opieki nad domem i małym dzieckiem. Zapewniam służbowe mieszkanie i stałą umowę”. Znowu zachciało jej się płakać. Dlaczego takich ogłoszeń nie było w Lubaczowie czy Tomaszowie? Te Gliwice to na pewno nie w lubelskim.

– Pociąg do Gliwic odjedzie z toru pierwszego przy peronie pierwszym – zakomunikował bełkotliwie dworcowy głośnik.

Bronia obserwowała skład, który powoli wjeżdżał na stację. Zwykła osobówka, pusta o tej porze dnia. Kiedy zawiadowca uniósł rękę, poderwała się z ławki i wskoczyła do pociągu. Ruszył natychmiast, nie dając jej czasu na zmianę zdania.

*

Zmęczenie coraz wyraźniej dawało o sobie znać. Odnosił wrażenie, że od sześciu tygodni, które minęły od urodzenia małej, ani na chwilę nie zmrużył oka. Ania płakała na okrągło.

Dwa tygodnie temu odpadła ze stawki jego teściowa. Nie żeby był z niej jakiś szczególny pożytek. Czasami jednak posiedziała przy małym wyjcu, ponosiła dziecko, dała mu butelkę. Tylko wtedy udawało mu się złapać kilka godzin snu. Nie potrafił wykrzesać z siebie cieplejszych uczuć w stosunku do córki. Miała pomóc, zakotwiczyć Bożkę w rzeczywistości, odgonić strach. Tymczasem jego żona, słysząc płacz dziecka, wpadała w panikę. Uważała, że sobie nie poradzi, że zrobi Ani krzywdę.

A Bożka była najważniejsza. Wszystko, co robił, robił dla niej.

Minęło ponad pięć lat od chwili, gdy opuściła Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Rybniku. Trafiła tam prosto po wyjściu z Radiowej z objawami ostrej psychozy pourazowej. Bała się wszystkiego i wszystkich. Nawet leczenie farmakologiczne nie ugasiło do końca napadów paniki. Tylko przy nim uspokajała się, wyciszała. Terapeuci twierdzili, że ma na nią dobry wpływ. Sam to widział – mimo tego, co się wydarzyło, czuła się przy nim względnie bezpieczna. W październiku ostatecznie ją wypuścili. Zabrał ją do Gliwic, do przytulnego dwupokojowego mieszkanka na Alei Majowej.

Miał nadzieję, że Bożka nigdy się nie dowie, co musiał robić, żeby zdobyć na nie pieniądze.

Kiedy powiedział ojcu, że nie wróci na ostatni rok architektury, ten wpadł w szał. Wrzeszczał, że marnuje sobie życie, że jeżeli się nie pozbiera, to zaprzepaści dorobek dwóch pokoleń, że jest idiotą, jeśli woli podcierać tyłek i podawać prochy wariatce. Coś w tym było. To on miał przejąć w przyszłości rodzinną pracownię architektoniczną Bartkowiak i Syn. Dziadek miał przejść na emeryturę, a on – zająć jego miejsce. Mógł się uczyć od najlepszych. Ojca nigdy specjalnie nie interesowało, że architektura średnio go kręci. Może gdyby miał jakąś pasję, nie pozwoliłby im decydować za siebie. Prawda była taka, że po maturze nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nie było niczego, co dawałoby mu kopa, sprawiałoby, że chce się żyć. Wszystko się zmieniło, gdy na drugim roku studiów wpadł na Bożkę. Ojciec nigdy nie zrozumiał, co do niej czuje. Tego dnia powiedzieli sobie o wiele za dużo. Spakował najpotrzebniejsze ciuchy do plecaka i wyszedł z domu.

Na początku spał u kumpli, później waletował w akademiku. Rodzice szukali go, próbowali namówić do powrotu do domu i na studia. Nie wspominali już o Bożce, jakby nie istniała. Nie odezwał się do nich więcej, spalił wszystkie mosty, które łączyły go z rodziną.

Bożka stała się centrum jego świata. Szybko załatwił formalności, chciał mieć pewność, że będzie mógł się nią zajmować nawet wtedy, gdy jej stan znacznie się pogorszy. Harował i zarabiał tylko po to, by niczego jej nie brakowało. Zaczął jak zwykły żul, od sprzedaży złomu. Miał instynkt, metale do niego śpiewały, a on słyszał ich głosy. Po miesiącu rządził kilkoma pijaczkami spod ciemnej gwiazdy, którzy na jego polecenie wyszukiwali miedź, ołów czy nikiel w miejscach, gdzie nikt inny nie szukał. Parę razy oberwał, raz w obronie musiał użyć noża. Po trzech miesiącach przejął jeden z punktów skupu złomu, zastraszając tych, którzy wcześniej próbowali jego zastraszyć. Tak wszedł na rynek, przez który przepływały miliony. Na początku był płotką, ale wyczucie nigdy go nie zawiodło i pozwoliło mu utrzymać się na fali. Ciągle skupował metale. Obracał węglem, olejem opałowym, stalą, zainwestował w rynek biopaliw.

Po trzech latach nazwisko Bartkowiak stało się znane. Nie z powodu designerskich projektów jego ojca, ale z powodu metalowego imperium, które udało mu się wybudować na Śląsku. Dwa lata temu kupił biurowiec w sąsiedztwie kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego i tam urządził siedzibę BOSTAL-u. Wyprowadzili się z ciasnego mieszkania. Wybrał dom na Owsianej, wąskiej ślepej uliczce w centrum, oddalony o jakieś sto kroków od ich bloku na Alei Majowej. Chciał, żeby Bożka pozostała w znanym jej, zbadanym już otoczeniu. Nigdy nie powiedział głośno, jak istotna była bliskość dwóch szpitali na Kościuszki. Całe jego życie kręciło się w promieniu kilkuset metrów, a centrum świata stanowiła ONA.

Teraz powoli wykańczał go sześciotygodniowy niemowlak. Od dwóch tygodni dawał w lokalnej prasie ogłoszenia. Niby nic takiego: opiekunka do dziecka. Nie mógł narzekać na brak kandydatek. Przewinęły się ich dziesiątki. Część stanowiły studentki, które po prostu szukały darmowej kwatery w Gliwicach. Ale kilka było godnych uwagi, trafiła się nawet jedna położna i jedna absolwentka pedagogiki.

Co z tego?

Bożka na każdą z tych kobiet reagowała strachem, niechęcią, w przypadku niektórych wręcz fizycznym wstrętem. Kiedy chciał jej zaproponować szczególnie obiecującą kandydatkę, typ Mary Poppins, zwymiotowała na jej widok. To radykalnie zniechęciło nianię idealną.

Pukanie do drzwi, teraz, kiedy mała po godzinie stękania usnęła, zabrzmiało dla niego jak wystrzał z armaty. Poderwał się z krzesła, na które przed chwilą opadł. Otworzył z irytacją wymalowaną na twarzy.

– Mam nadzieję, że to coś ważnego – warknął.

Na schodach stała kobieta w trudnym do określenia wieku. Coś między czterdzieści a pięćdziesiąt lat, w ciuchach rodem z second-handu. Była czysta, ale już dawno przestała dbać o swój wygląd. Najgorsze wrażenie sprawiała jednak desperacja wypisana na jej twarzy i duża plastikowa torba, którą trzymała w ręku.

– Ja w sprawie ogłoszenia w gazecie, w sprawie pracy – powiedziała cicho, ale wyraźnie.

Zareagował odruchowo.

– To już nieaktualne.

Skinęła głową, jakby nie spodziewała się niczego innego. Nie zamierzała prosić, po prostu odwróciła się, żeby odejść. I wtedy Gaweł usłyszał za sobą kroki.

– Dlaczego stoicie w drzwiach? Zaproś panią do środka.

*

Bronia zatrzymała się niepewnie w holu. Nie wiedziała, czy powinna zdjąć buty? Rozejrzała się, nie mając pojęcia, co zrobić z bagażem.

Dom był wspaniały. Obok niego stały bliźniaki, ale ten został przerobiony na jednorodzinną rezydencję. Mężczyzna, który ją wpuścił, wskazał ręką na prawo i skierował ją do dużego, słonecznego salonu. Wystarczyło kilka chwil, by zrozumiała, że tutaj nie pasuje. Brakowało ostentacyjnych oznak bogactwa, wystrój był nowoczesny i prosty. Bronia nie była głupia – wiedziała, że ta prostota musiała kosztować majątek. Przysiadła nieśmiało na rogu krzesła. Do pokoju weszła młoda kobieta, mimo ciepłego jesiennego dnia owinięta w gruby szlafrok. Jej brązowe włosy były potargane, a oczy podkrążone ze zmęczenia. Ona też nie pasowała do tego domu. W niczym nie przypominała dam, które w serialowej rzeczywistości mieszkały w takich rezydencjach. Obrzuciła ją nieobecnym spojrzeniem i zajęła drugie krzesło, całym ciężarem rozmowy obarczając męża. Mimo że robił wrażenie zmęczonego, o wiele lepiej tu pasował. Barczysty, o stanowczych rysach twarzy i szpakowatych włosach, dominował nad otoczeniem.

Od razu przeszedł do rzeczy.

– Jakie ma pani doświadczenie z małymi dziećmi?

– Właściwie nieduże… Ja mam córkę, ale… moja córka jest już dorosła. Lubię dzieci – dodała szybko.

Popełniła błąd, przyjeżdżając do Gliwic. Ten człowiek szukał kogoś odpowiedniego, z kwalifikacjami i doświadczeniem.

A ona? Zwykła kobieta ze wsi. Nie była ani miastowa, ani wykształcona, ani elegancka. Co z tego, że uwielbia dzieci, a jej córka zawsze chowała się zdrowo, bez płaczu, chorób, szarpaniny?

– A kiedy córka była mała? Miała z nią pani kłopoty? Chorowała? – Zapytała nieoczekiwanie kobieta. Miała głęboki, hipnotyczny głos, sprawiający, że na Bronię spłynęła fala spokoju.

– Nie – odparła zaskoczona.

– Poradziłaby sobie pani z prowadzeniem tak dużego domu? Z kuchnią? – Zapytał ponownie mężczyzna.

Bronia po raz kolejny popadła w zwątpienie. Oczywiście, że sobie nie poradzi. Nawet nie wie, co u nich się gotuje. Nie zna tych wszystkich nowoczesnych potraw, gotowania bez tłuszczu i na parze. Czytała tylko o tym w kolorowych tygodnikach pożyczanych ukradkiem od gospodyni księdza. Przecież nie zechcą, żeby upiekła szynkę czy ulepiła pierogi. A teraz sezon na śliwki. W takim domu pewnie nie je się knedli ze śliwkami. Ani nie robi wędlin. Bo i po co?

– A zrobić taką domową szynkę pani potrafi?

Bronia poruszyła ustami, nie wydając z siebie żadnego dźwięku.

– Powinny już być śliwki. Czy jutro na obiad mogłyby być knedle? – drążyła temat pani domu, a Broni przyszło do głowy, że jedna z nich zwariowała.

I wtedy, kobieta spojrzała jej prosto w oczy. To spojrzenie uderzyło w nią i rozbłysło jak słońce w letni dzień. Zachłysnęła się z obawy i zachwytu.

Przez chwilę miała wrażenie, że ONA widzi wszystko, każdą jej klęskę i upokorzenie. Lata w biednej kuchni, całe dnie spędzane w lesie na zbiórce jagód i grzybów. Siniaki ukrywane przed córką. Oczy kobiety, jeszcze przed chwilą piwne i nijakie, zalśniły złotem. Czy można mieć oczy w takim kolorze? Jakby grało w nich światło…

W głowie Broni pojawiła się absurdalna myśl.

A gdyby jej życie potoczyło się inaczej? Gdyby mogła zostawić za sobą wszystkie przegrane dni i zawiedzione nadzieje?

To przecież nie było możliwe… Nie zmieni tego, kim jest. Już zmarnowała swoje życie…

Tyle tylko, że nie mogła odwrócić wzroku, uciec od światła, które wypalało w niej wszystkie wątpliwości.

Kobieta przymknęła oczy, ale zmiana się dokonała. Bronia odetchnęła głęboko. Wszystko, co się zdarzyło, prowadziło ją tutaj. Gdyby Małgosia nie dostała się na uniwersytet medyczny, nie przyjechałyby na Śląsk. Gdyby nie jej mąż, nigdy nie odpowiedziałaby na ogłoszenie w obcym, odległym mieście.

– Kochanie, pokaż, proszę, pani Broni wszystko, a ja zajrzę do Ani i położę się na chwilę.

Kobieta powoli wstała od stołu i wyszła z salonu. Poruszała się z trudem, jakby miała na karku kilkadziesiąt lat więcej.

– Nie mówiłam, jak mam na imię – wyszeptała Bronia w stronę drzwi.

Mężczyzna poklepał ją uspokajająco po dłoni.

– Rozumiem… Ja w ogłoszeniu nie podałem adresu. Był tylko numer telefonu. A jednak jakoś pani do nas trafiła, prawda?

Bronia pokręciła głową.

– Niemożliwe. Był adres, jestem tego pewna. Skąd bym wiedziała, dokąd iść?

Uzmysłowiła sobie, że w jednej ręce niosła torbę, ale w drugiej ciągle ściskała gazetę. Nie otworzyła jej, odkąd wsiadła do pociągu w Zabrzu. Nie miała pojęcia, jak nazywa się ulica, na którą przyszła. Zresztą i tak nie znała Gliwic, nie umiałaby trafić pod żaden adres bez planu miasta.

– Nogi same mnie tu przyniosły – wymamrotała otępiała.

– Mam na imię Gaweł – powiedział mężczyzna pojednawczo. Nie zamierzał dociekać, jak tu trafiła. Bożka potrzebowała pomocy od zaraz.

– Da pani sobie radę. Największy problem stanowi teraz Ania. Jest strasznie marudna. Bożka, moja żona, nie zawsze czuje się na tyle dobrze, by zająć się dzieckiem, zrobić zakupy czy coś ugotować. Najważniejsze, żeby zapewnić jej spokój.

Bożka, Bożka, Bożka – powtórzyła w myślach Bronia. Wiedziała, że Gaweł ma rację. Bożka była najważniejsza.

– Nie musi pani zajmować się sprzątaniem. Trzy razy w tygodniu przychodzi na osiem godzin sprzątaczka. Jeśli uzna pani, że dom wymaga więcej pracy, proszę tylko dać mi znać.

Pan domu nerwowo zerknął na zegarek.

– Ania powinna pospać jeszcze godzinkę. Chodźmy, pokażę pani pokój.

Porwał jej torbę i skierowali się w stronę wyjścia. Broni przeleciało przez głowę, że mężczyzna tak naprawdę chce ją wyrzucić za drzwi i szuka pretekstu, by nie ciągnąć jej przez cały hol. Gaweł otworzył małą szafkę przy drzwiach, wyjął pęk kluczy i wyszedł na zewnątrz. Chcąc nie chcąc, podreptała za nim. Przeszedł przez podjazd i wszedł na schody prowadzące na pierwsze piętro, nad garaż. Otworzył drzwi i wszedł pierwszy. Uspokojona tym, że nie zamierza się jej pozbyć, ruszyła za nim. Najpierw znalazła się w małym przedpokoju z ogromną szafą zajmującą całą ścianę. Drzwi prowadziły do pokoju. Przytulny salonik wyposażony był w komplet wypoczynkowy, duży płaski telewizor, stół i przede wszystkim aneks kuchenny. Wszystkie meble pachniały nowością, a kuchenny blat ciągle pokrywała folia ochronna.

– Na prawo jest sypialnia z balkonem wychodzącym na ogród, a na lewo łazienka.

– Kto tu mieszka?

– Jak to, kto? Nikt. To znaczy pani, jeśli przyjmie pani tę posadę. To praca na cały etat, czasem nawet dłużej. Ale oferujemy mieszkanie, wyżywienie i stałą pensję.

– Mieszkałabym tu sama? – upewniła się Bronia.

– No tak…

– Moja córka właśnie rozpoczęła studia na uniwersytecie medycznym. Mieszka w akademiku w Zabrzu. Czy może mnie czasem odwiedzić?

– Oczywiście. Może pani przyjmować gości, kiedy pani chce, jeśli tylko nie będą zakłócać spokoju.

Nie potrafiła wydusić z siebie ani jednego słowa. Czuła się tak, jakby zrobiła krok w tył i dostała szansę na drugie życie. Jakby wszystkie jej modlitwy zostały wysłuchane. W jednej chwili nie miała niczego, w drugiej dostała pracę, mieszkanie i mogła być blisko Małgosi. Jeszcze godzinę temu była bezużyteczna. Tutaj była potrzebna. Była potrzebna Bożce. Tymczasem pierwszy cel w jej nowej pracy stał przed nią i słaniał się na nogach.

– Potrzebuję pół godziny, żeby się umyć, przebrać i mogę zaczynać. Obiecuję, że dobrze zajmę się dziewuszką, może mi pan wierzyć. – Bronia powiedziała to z pewnością, jakiej sama się po sobie nie spodziewała.

Gaweł skinął głową.

– Wiem. Nauczyłem się już, że moja żona rzadko się myli, co do ludzi. Zdecydowała się pani?

– Tak – odpowiedziała szybko.

– Nie zapytała pani nawet o wynagrodzenie.

Bronia się zawahała. Trudno będzie mu wytłumaczyć, że dla niej nie ma większego znaczenia, czy zarobi tysiąc sto, czy tysiąc trzysta złotych. To będą stałe pieniądze, niezależne od pogody, sezonu i tego, czy runo leśne obrodzi. Razem ze stypendium wystarczą Małgosi na utrzymanie. Zresztą skoro będzie mieszkała tak blisko, może jej coś ugotować, dać do słoików i już będzie taniej. Była pewna, że w kuchennych szafkach czeka na nią komplet garnków. A ona, mając zapewnione mieszkanie i wyżywienie, nie potrzebowała niczego więcej.

– Będzie pani zatrudniona w ramach stałej umowy. Za osiem godzin dziennie zapłacę dwa tysiące złotych na rękę. Ale musi się pani liczyć z tym, że czasem konieczne będą nadgodziny.

Milczała oszołomiona. Gaweł odczytał to jako wahanie.

– Oczywiście zapłacę dodatkowo za nadgodziny. Ale moja żona nie jest całkiem zdrowa. Jej samopoczucie, dobre samopoczucie, jest dla mnie ważne.

– Rozumiem.

Nie wiedziała, jak mu powiedzieć, że naprawdę rozumie. W końcu znalazła odpowiednie słowa.

– Pani Bożka jest najważniejsza.

Zobaczyła, że Gaweł się rozluźnia. Nie starał się już trzymać prosto. Ramiona opadły mu ze zmęczenia, przeciągnął dłonią po twarzy. Ale nie był już sam. Od dzisiaj było ich dwoje.

Wyciąg z akt:

Imię i nazwisko: Sylwia Kostompska

Wiek: 23 lata

Fenotyp: człowiek

Genotyp: człowiek z domieszką innych ras

Subgenotyp: człowiek – 75,0%, syrena bałtycka – 20,0%, sylfida – 3,8%, sukub – 0,8%

Domieszki pozostałych ras: poniżej 1% (pomijalne)

Status: zielony z możliwością zmiany

Zalecenia: wymaga okresowej obserwacji

Uwagi: wysoka umiejętność manipulacji

Październik 2008

– Wariatka, wariatka, kompletna wariatka. – Sylwia nie miała siły się wściekać, leżała w wagonie sypialnym pociągu jadącego z Katowic do Gdyni i powtarzała cicho w rytm stukotu kół: – Popierdzielona równo, od czubka głowy po pięty. Wa-ria-tka.

Kiedy rano wychodziła do pracy, spodziewała się wrócić do domu przed trzynastą. Ostatni dzień stażu miał przynieść rozstrzygnięcie dla czterech absolwentów logistyki. Kiedy zaczynali w kwietniu, sześć miesięcy temu, byli na ostatnim roku. Dzisiaj miało się okazać, którzy z nich zdobyli jedynie cenne doświadczenie, cokolwiek to mogło znaczyć, a kto w tych trudnych czasach załapie się na etat w BOSTAL-u.

Jej stałe zatrudnienie nie groziło. Była najsłabsza z całej czwórki i zdecydowanie najmniej reprezentacyjna.

Ten dzień już od rana zaczął się źle. Z domu wyszła spóźniona. Musiała podbiec kilka kroków do autobusu, chociaż wiedziała, że nie powinna tego robić. Nacisk w zatokach i oskrzelach nasilił się, a z zaczerwienionych oczu zaczęły płynąć łzy. Był już październik, ale alergia nie odpuszczała. Nie pomagało żadne odczulanie. Lekarze bezradnie rozkładali ręce, bo niezwykle trudno leczyć kogoś, komu szkodzi wszystko. Z lekami włącznie.

W autobusie było jeszcze gorzej niż na zewnątrz. Opuszczenie zatłoczonego pojazdu na przystanku w centrum Gliwic nie przyniosło jej ulgi. Spaliny to było nic. W starych kamienicach rozpoczął się sezon grzewczy. Palono wszystkim, co dawało się wrzucić do pieców. Nad miastem unosił się smog, którego nie przeganiał nawet najlżejszy podmuch wiatru. Sylwia zaniosła się gwałtownym kaszlem. Plamy, które były jednym z objawów atopowego zapalenia skóry, nabrały intensywniejszych barw. Kiedy złapała oddech, puściła w myślach wyjątkowo soczystą wiązankę.

Dawno nie wyglądała aż tak źle. Kusiło ją, żeby odwrócić się na pięcie, pójść do domu i zakopać się w pościeli. Ale nieobecność na ogłoszeniu wyników mogła wpłynąć na końcową ocenę. Jeśli wysmarują jej w BOSTAL-u negatywną opinię, może się pożegnać z nadzieją na znalezienie jakiejkolwiek stałej pracy. I tak udało się jej spóźnić. Kiedy w końcu dotarła do wyremontowanego biurowca, było kilka minut po ósmej. Sekretarka wskazała jej ręką drzwi do małej sali konferencyjnej.

Na miejscu byli już wszyscy. Przebojowa i piękna Tatiana, która według niej była głupia jak but, i Marek, jej kolega z grupy. Obstawiała właśnie jego. Zawsze na miejscu, zawsze pełen pomysłów, pomocny i entuzjastyczny. Do tego jakiś śliski, budził w niej niechęć, od kiedy go poznała. Krzyś był OK, ale – podobnie jak ona – znalazł się na tych studiach przez przypadek i nie dało się tego ukryć.

Byli już nieźle zestresowani, kiedy do salki konferencyjnej weszli kadrowa, szef i stuknięta żona szefa. Dla Sylwii pozostawało zagadką, dlaczego pozwalali jej łazić po całej firmie i jeszcze ją do tego zachęcali. Może nie była niebezpieczna, ale robiło to fatalne wrażenie. Zwykle nie widziała ludzi, o których się potykała, a jej myśli błądziły gdzieś w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości. Sylwia sama nie dalej niż wczoraj była świadkiem sceny w dziale informatyków. Bożka wparowała do pokoju i bez słowa wstępu wygłosiła komunikat:

– Nikogo nie usuwajcie. Aktualizacje naszej bazy kontaktów są konieczne, ale nikogo nie usuwajcie, rozumiecie?

Powiedziała to z taką śmiertelną powagą, jakby informatycy zamierzali zamordować wszystkich nieaktywnych odbiorców i dostawców.

– Musicie na bieżąco wprowadzać wszystkie dane dotyczące nowo powstających oddziałów i filii – dodała z wyrzutem.

– Zawsze to robimy – odpowiedział karnie szef działu.

– Na bieżąco. Wszystkich – powtórzyła z naciskiem, na dłuższą chwilę zatrzymując wzrok na koszu na śmieci.

Poświęciwszy koszowi ponad minutę i zdecydowanie najwięcej uwagi, wyszła bez pożegnania. A dzisiaj etatowa wariatka zamierzała dobrać się do nich.

Po wygłoszeniu przez szefa krótkiej motywującej mowy, jacy to są (ble, ble) młodzi i zdolni i jak chętnie zatrzymałby (ble, ble, ble) wszystkich, przyszedł czas na odstrzał trójki z nich.

Bożka pochyliła się nad uchem męża, a w miarę jak mówiła, na jego twarzy rysowało się coraz większe zaskoczenie. W końcu wariatka skończyła i znieruchomiała, wbijając wzrok w stół konferencyjny.

– Pani Tatiana Talarczy i pan Marek Nowok, bardzo wam dziękuję. Świadectwa pracy możecie od jutra odebrać w kadrach.

I zanim Sylwia zdążyła zliczyć do trzech, w salce było o dwie osoby mniej. Bożka oderwała wzrok od stołu i spojrzała na Krzysia.

– To jest ważne – powiedziała miękko.

– Ja nie… nie rozumiem…

– Jest ważne.

– Ale ja nie wiem… Naprawdę…

– Jest ważne!

Krzyś nerwowo przełknął ślinę.

– Nie może pani wiedzieć – zajęczał cicho – pewne rzeczy po prostu nie mogą się udać. Trzeba być rozsądnym.

– Uda się – stwierdziła po prostu. Bez egzaltacji i spięcia, jakby komunikowała, że dzisiaj na obiad jest pomidorówka.

Krzyś wstał powoli.

– Dziękuję. Wiele się nauczyłem w BOSTAL-u, naprawdę. Ale jeśli pan pozwoli, panie prezesie, jutro chciałbym odebrać świadectwo pracy.

Sylwia nie mogła uwierzyć. Po niecałych pięciu minutach było pozmiatane i została tylko ona. Chyba potrzebują okularów. Przecież będzie odstraszała klientów. Nadaje się jedynie do tego, żeby ją upchać w kącie schowka na mopy. Była chorobliwie chuda, pod bluzką wystawały żebra, skóra miała niezdrowy żółtawy odcień. Najgorsze były plamy pokrywające twarz, dekolt i dłonie, zaczerwienione oczy i spuchnięty, zakatarzony nos. Tłumaczyła wszystkim, że to alergia, ale ludzie i tak odsuwali się od niej ze wstrętem. Taka właśnie była. Odruchowo poprawiła włosy, które – nawet gładko zaczesane i polakierowane – nie pokrywały wszystkich łysych placków. To głupie, ale właśnie z powodu włosów cierpiała najbardziej.

– Gratuluję, pani Sylwio. Obejmie pani filię w Gdyni.

Zbaraniała. Co on wygaduje?!

– Nie wiedziałam, że BOSTAL ma filię w Gdyni…

– Nie ma. Ale moja żona uważa, że przyda nam się okno na morze.

– Ja mam zorganizować nową placówkę?

– Właśnie.

– Nie pojadę do Gdyni! To… to praca dla kogoś z ogromnym doświadczeniem. Nie mam w planach takich podróży.

Nie pojedzie. Przecież jej nie zmuszą. A może w ten sposób próbują ją spławić? Dają pracę, którą ona odrzuci. Tak, to na pewno tak. A niech ich szlag jasny. Jakby nie mieli dla niej żadnej roboty w Gliwicach.

Bożka odezwała się do niej i to była ostatnia rzecz, którą zapamiętała wyraźnie.

– Bądź grzeczną dziewczynką i przywitaj się z morzem, kiedy już będziesz na miejscu.

*

Resztę dnia spowijała mgła. Sylwia poszła do kadr, odebrała pieniądze, bilety i potwierdzenie rezerwacji w jakimś pensjonacie. Wróciła do domu i spakowała walizkę. Porozmawiała z rodzicami. Działała jak automat, mimo że coś w niej głośno protestowało. O ósmej wieczorem była na dworcu w Gliwicach, a przed dziewiątą wsiadła w Katowicach do wagonu sypialnego pociągu jadącego do Gdyni. Zasnęła, nim pociąg odjechał ze stacji.

Obudziła się, nie mogąc złapać tchu. Nie wiedziała, która jest godzina, ale przymus przez ostatni dzień towarzyszący jej działaniom, ustąpił. Znowu była panią swojej woli. W przedziale oprócz niej nie było nikogo. Stare tapicerki, wytarte dywaniki i szczelnie zamknięte okno nie poprawiały jej samopoczucia. Było duszno, w małym pomieszczeniu unosił się kurz. Zaniosła się kaszlem. Zsunęła się z pryczy i podeszła do okna.

Dzisiaj wieczorem wsiadam w pociąg na Śląsk – pomyślała.

Szarpnęła za uchwyt, ale okno nie drgnęło ani o milimetr. Pociągnęła w dół jeszcze raz, wkładając w to całą swoją irytację. W końcu uwiesiła się na uchwycie i okno ustąpiło. Do przedziału wdarł się chłodny powiew. W porównaniu z zastałym i śmierdzącym starymi obiciami powietrzem w przedziale był on świeży i orzeźwiający. Odetchnęła głęboko. Dotknęła policzkiem szyby i pozwalała by wiatr uderzał w jej twarz. Czuła wilgoć i jeszcze coś, czego nie potrafiła określić. Oddychała miarowo, naprawdę głęboko. Jak nigdy. Wychwytywała w powietrzu nieznany zapach i już samo to, że wielkie hausty powietrza nie podrażniały jej oskrzeli, było niesamowite. To nie była woń jesieni ani pól, ani żaden chemiczny aromat. Pociąg zwalniał. Powoli wtoczył się na stację.

„Tczew” – odczytała na tablicy, kiedy wjechali na peron. Zdała sobie sprawę z tego, że jest już niedaleko od celu podróży.

Prawie przewiesiła się przez okno. Nie przeszkadzał jej chłód. Wilgotny wiatr pieścił jej skórę. To morze. Tak cudownie i upajająco pachnie morze, uzmysłowiła sobie. Pociąg ruszył i z każdym uderzeniem kół zapach stawał się wyraźniejszy. Wywoływał w myślach obrazy Bałtyku, którego nigdy nie widziała. Po kilkunastu minutach jej nerwy były napięte do granic wytrzymałości. Chciała już być na miejscu. Kiedy skład w końcu wjechał na stację Gdynia Główna, wyskoczyła z wagonu jak z katapulty. Przed innymi pasażerami wybiegła z dworca.

– Proszę do najbliższego zejścia na plażę – zażądała od taksówkarza.

– Teraz? Wieje w trzy dupy… prawie sztorm znaczy. I zimno. Mogę pani polecić fajny, niedrogi pensjonacik.

– Nie muszę z panem jechać! – Zaczęła wysiadać z taksówki.

– Dobra, dobra, staram się po prostu być miły. Jak pani sobie życzy na plażę, będzie kurs na plażę.

Z dworca nie było daleko. Kiedy samochód stanął, wcisnęła taksówkarzowi w rękę banknot pięćdziesięciozłotowy i nie czekała na resztę. Zapomniała o walizce, którą kierowca postawił na ścieżce.

W jej głowie było tylko jedno. Obraz wzburzonego morza, które wołało ją do siebie. Zdjęła buty i skarpetki. Zimny piasek masował jej stopy. Obraz szarego, spienionego Bałtyku o poranku wprawił jej serce w drżenie. Pokonała plażę z szybkością, o którą nigdy się nie podejrzewała, i pozwoliła, aby pierwsza fala dotknęła jej stopy. Wiatr i zimna woda rozpylana w mgłę nie sprawiały jej przykrości. Wręcz przeciwnie. To było jak orgazm. Gdzieś z tyłu głowy logika podpowiadała, że ta przygoda skończy się w najlepszym razie zapaleniem płuc. Ale nie potrafiła się powstrzymać. Opadła na kolana. Słona woda kłębiła się wokół niej. Zanurzyła się cała. Nie czuła chłodu. Każda kolejna fala otulała ją pieszczotliwie, zmywała strach, niepewność i słabości.

Bałtyk wlewał się w jej żyły, krążąc żywiej niż krew, oczyszczał i przypominał to, o czym nie pamiętała. Potrzebowała morza do życia.

Jak mogła o tym zapomnieć?

Wtedy przypomniało jej się coś jeszcze. Kilka razy musiała głęboko odetchnąć, zanim wykrzesała z siebie dość odwagi.

Jak można się przywitać z morzem?

Ale znała odpowiednie słowa. To nic, że były głęboko zakopane, ukryte pod wszystkimi warstwami pamięci, które nagromadziły się w niej od urodzenia.

Odszukała je i wypowiedziała. A morze usłyszało.

*

Dziewczyna siedziała na jego biurku, machała nogą w zabójczej szpilce i wprawiała go w zakłopotanie. Powinien jej odmówić. Od wejścia powiedziała, że ta oferta przekracza jej budżet. Zwykle nie miał żadnego problemu, żeby spuścić kogoś z kanalizacją. Robił to kilka razy dziennie. Nie po to wybudował przy porcie najbardziej luksusowy biurowiec w Gdyni, by przy doborze klientów iść na kompromis. Za rok to ciągle ma być najbardziej prestiżowy adres, nie mógł sobie pozwolić na niewypłacalnych kontrahentów.

Robiła wrażenie. Tak, to pewnie było to. Myślał, że to go już nie rusza, a tu proszę – taka niespodzianka.

Nie była wysoka, raczej drobna, ale niezwykle kobieca. Długie włosy w kolorze ciemnego bursztynu opadały w łagodnych falach na plecy. Jasna karnacja, subtelne rysy, niby nic, ale całość rzucała na kolana. Miała ogromne oczy w niepokojąco znajomym, niebieskoszarym kolorze. Z trudem oderwał od niej wzrok. Spróbował się skupić na czymś obojętnym, neutralnym. Skierował spojrzenie na morze.

Z panoramicznych okien na ostatnim piętrze biurowca widać było port, wybrzeże i przede wszystkim Bałtyk. To ten sam kolor, uzmysłowił sobie. Ma oczy w kolorze morza. Dokładnie w takim samym odcieniu jak akwen o tej porze dnia. O świcie kolor jest inny. Pochłonęło go pragnienie, by sprawdzić, czy o poranku jej oczy zmienią barwę i ciągle będą w kolorze morskich fal.

– Chcę to biuro. Właśnie to. Widok jest obłędny – powiedziała z zachwytem.

Może jeszcze miałby szansę, gdyby nie spojrzał jej w oczy.

Utonął w nich.

Zrozumiał, że Sylwia dostanie wszystko, czego zechce, a on będzie prosił, żeby przyjęła to właśnie od niego.

Wyciąg z akt:

Imię i nazwisko: Sławomir Choika

Wiek: 32 lata

Fenotyp: człowiek

Genotyp: człowiek z domieszką innych ras

Subgenotyp: człowiek – 51,0%, dżinn – 15,5%, wilkołak – 8,2%, elf – 8,0%, wampir – 8,9%, wodnik – 7,8%

Domieszki pozostałych ras: poniżej 1% (pomijalne)

Status: zielony

Zalecenia: nie wymaga obserwacji

Gliwice

Październik 2013

Gaweł odłożył sztućce na bok i zapomniał o jedzeniu. Bożka rzadko prosiła o coś wprost. Właściwie nie pamiętał, kiedy zrobiła to ostatnio.

Bardzo kobiece.

On, jak większość facetów, wolał proste komunikaty, najlepiej wygłoszone drukowanymi literami. Takie momenty jak ten, bardzo ułatwiały mu życie.

Teraz, kiedy Bożka była w ciąży i każdy jej posiłek ograniczał się do niechętnego grzebania w talerzu, był gotów zrobić wszystko, byle tylko poprawić jej humor.

– Oczywiście, że mogę. Na pewno coś się znajdzie. A czym ten ktoś się zajmuje?

– Nie wiem, chyba niczym konkretnym – wymamrotała jego żona.

– Znajdziemy dla niego robotę, kochanie.

– Nie ma gdzie mieszkać i uważa, że nic nie umie.

– Nauczymy go – pocieszył Bożkę.

– Jest… jest bezdomny, zbiera butelki i makulaturę. I brudny…

Gaweł się roześmiał. To ciągle było proste, zero-jedynkowe zadanie.

– Umyjemy go, słoneczko. Powiedz tylko, gdzie mogę go znaleźć. Już ma tę robotę.

Wystarczyło, że tego chciała. Zatrudniłby tego człowieka, nawet gdyby był złodziejem i idiotą. Ale gotów był postawić okrągłą sumkę na to, że tak nie jest. Czasami przerażała go jej umiejętność oceny innych. Nigdy się na niej nie zawiódł. Pod tym względem była niezastąpiona.

*

Naprzeciw niego siedział Sławomir Choika – menel, alkoholik, drobny złodziejaszek i kombinator. Bożka miała rację, naprawdę był brudny. Jego twarz okalały skołtunione kosmyki w nieokreślonym kolorze. Uwagę przykuwały tylko zielone oczy, na wymiętej twarzy ich kolor wydawał się wręcz nienaturalny.

Jeśli nawet udało mu się zaczepić na trochę w jakiejś robocie, szybko wywalali go na zbity pysk.

Po dwóch godzinach Gaweł ciągle nie potrafił dostrzec w nim tego, co widziała Bożka. Pracował kilka miesięcy na kopalni w Knurowie, u jakichś prywaciarzy w warsztatach, później zaczepił się w Gliwickim Przedsiębiorstwie Komunikacji. Wylali go, gdy przyszedł nawalony do roboty. Ostatnio trafił szóstkę, bo przyjęli go w montowni dużego koncernu samochodowego w Gliwickiej Strefie Ekonomicznej, ale i stamtąd wyleciał przy redukcji etatów.

– I tak bym się zwolnił. To była szemrana fucha. – Wzruszył ramionami.

Ciekawe, co dla niego byłoby dobrą ofertą – pomyślał Gaweł z irytacją. Ta firma słynęła z wysokich pensji i wypasionego socjalu.

– Kręcili takie wałki, o jakich się nikomu nie śniło. Niepotrzebnie się wychyliłem.

– Wałki? W takim koncernie??? – Gaweł prychnął z rozbawieniem. Zautomatyzowane linie produkcyjne, sterylne warunki i pełna kontrola. Niby na czym tu można kręcić wałki? Pomalować auto na inny kolor?

– Nie zgadzało się. Norma jedno, a w realu coś innego. Tak mi się wtedy wydawało. Teraz myślę, że to jedna wielka bzdura.

Gaweł poczuł się zniechęcony.

– Co pan właściwie lubi robić? Co pan potrafi najlepiej?

– Nic.

Odpowiedź była porażająco szczera. Ten człowiek nie chciał żadnej pracy. A on musiał mu ją dać. Pieprzyć go. BOSTAL nawet nie odczuje obecności jednego lesera na liście płac.

– Zatrudnię pana. Na umowę. Jeśli nie ma pan gdzie mieszkać, BOSTAL ma mieszkania służbowe na osiedlu Gwardii Ludowej. Dostanie pan garsonierę.

– Głuchy pan czy co?! – wykrzyknął Choika, zrywając się z krzesła. – Ja niczego nie potrafię. Wszystko, czego się dotknę, potrafię spierdolić.

– To niczego nie dotykaj! Nie musisz nic robić! Ktoś poprosił mnie, żebym cię zatrudnił. I dostaniesz tę robotę, czy tego chcesz, czy nie! – Teraz to Gaweł wrzeszczał.

– Ocipiał pan? Z każdej roboty wylatywałem.

– Z tej nie wylecisz.

Choika się roześmiał.

– Dlatego, że komuś pan obiecał?

– Tak.

– Jaja i tyle. Co to ma być? Próbuje pan mnie wkręcić?

– Za kilka tysięcy na miesiąc? Nie, raczej nie.

– Mam dyscyplinarki na koncie! Robota mnie nie lubi i tyle.

– OK, zostałem uprzedzony. Co masz do stracenia? Niczego dobrego się nie spodziewam.

Sławek Choika skulił się na krześle i popatrzył na Gawła z rezygnacją.

– Myśli pan, że uwierzę, że ktoś się za mną wstawił? – Ciągle nie mógł zrozumieć, co robi w gabinecie tego mężczyzny i dlaczego go stąd jeszcze nie wyrzucili, uprzejmie informując, że zaszła pomyłka.

Do pokoju wsunęła się niepozorna kobieta.

– Już? – Zapytała, kładąc przed prezesem plik dokumentów.

Gaweł przesunął papiery w jego kierunku. To była umowa o pracę. Stanowisko: pracownik techniczny. I wszystkie jego dane. Miejsce zamieszkania: osiedle Gwardii Ludowej.

– Co to, kurwa, znaczy „pracownik techniczny”? – Zapytał słabo.

Już gdzieś widział tę kobietę. A może była po prostu podobna do dziewczyny, która wezwała pogotowie, kiedy pobili go cztery miesiące temu przed meliną na Lompy? Niewiele brakowało, żeby wtedy zdechł, wykrwawiając się przy zapuszczonym śmietniku. Obiecał sobie, że kiedyś ją odnajdzie. Nie wiedział, jak to zrobi, ale zapisał sobie jej twarz w pamięci. Uratowała mu wtedy życie. Czuł się coraz bardziej zdezorientowany i otępiały. Sięgnął po długopis.

– Nie będę musiał nic robić? – Upewnił się jeszcze raz.

I podpisał.

*

Gliwice, siedziba BOSTAL-u S.A.

Kwiecień 2015

Był już wszędzie.

Sprawdził magazyny w porcie w Łabędach, składy w Sławkowie i lokalne filie.

Po raz kolejny przemierzał korytarze w biurowcu BOSTAL-u przy Kozielskiej, zaglądając do każdego biura i pokoju. Tym razem nie ominął pomieszczeń porządkowych, składzików i kibli. Wszedł nawet do damskich. I ciągle nic. Przeczucie, że coś jest nie tak, narastało w nim od kilku dni. Dzisiaj miało rozmiar nadciągającej katastrofy.

– Panie Sławku?!

Zaklął w duchu.

Nie udało mu się wymknąć z sekretariatu działu prawnego bez zwrócenia na siebie uwagi Joli. Właściwie nic do niej nie miał, tyle, że akurat dzisiaj brakowało mu do niej cierpliwości. Przeciągnął dłonią po trochę za długich włosach.

– Za dwie godziny odbieram bossa z lotniska. O co chodzi?

– Czy mógłby pan oddać tę kopertę kurierowi? Powinien czekać na dole… Ta umowa musi od nas dzisiaj wyjść.

Jola nie mogła nie wykorzystać okazji, która sama wpadła jej w ręce. Wypłynęła zza biurka, kusząco kołysząc zgrabnym tyłeczkiem. Zgarnęła kopertę ze stołu i wcisnęła ją w dłonie Choiki. Udało jej się przy tym zaprezentować dekolt. Obok tego faceta miękły jej kolana. Wysoki i szczupły, kojarzył jej się z dzikim zwierzęciem. Sławek nie przywiązywał wagi do wyglądu. Co z tego? Nawet w prostych, czarnych dżinsach, T-shircie i glanach wyglądał jak milion dolarów. Efektu nie psuły trochę za długie ciemnoblond włosy i dwudniowy zarost. Największe wrażenie robiły jednak oczy.

Była gotowa wiele zrobić, by przykuć jego uwagę. Miał jedną wadę: wszystkie jej zabiegi spływały po nim jak po tłustej kaczce. Z drugiej strony nie wykazywał zainteresowania żadną inną dziewczyną w BOSTAL-u. Ani żadnym chłopakiem – dla ścisłości.

Jola delikatnie strzepała nieistniejący pyłek z jego ramienia i spróbowała pochwycić spojrzenie przymrużonych zielonych oczu. Był wkurzony.

– Kurier czeka już przy portierni – powtórzyła szybko. Co jej strzeliło do głowy, żeby go drażnić?

Sławek machnął ręką z rezygnacją.

– Mam nadzieję. Ja nie będę czekał.

Zbiegał po schodach za szybko i może dlatego zaczepił rogiem koperty o poręcz. Pakunek zaklinował się między balustradą ze stali nierdzewnej a taflą hartowanego szkła. Koperta rozdarła się z łatwością, uwalniając setki zadrukowanych i zaparafowanych kartek. Rozsypały się wokół niego, a on, zanim wyhamował, wlazł na jedną z nich, znacząc ją wyraźnym odciskiem buta. Przymknął oczy. Katastrofa. Zawsze przydarzały mu się takie w pracy. Potrafił spieprzyć każdą rzecz, do której przyłożył rękę.

– Zostaw! – warknął w stronę ochroniarza, który już się schylał, żeby pomóc.

Rozejrzał się uważnie i ostatecznie podniósł z ziemi tylko jedną kartkę. Obrócił się i ruszył szybko z powrotem do działu prawnego. Tym razem nie zatrzymał się przy biurku Joli, tylko wparował prosto do gabinetu mecenasa Szymona Tejnera, przerywając trwające tam spotkanie. Siwowłosy, starszy mężczyzna, uosobienie spokoju, spojrzał na niego z dezaprobatą.

– W czym mogę pomóc?

– Proszę na to spojrzeć. – Nie zamierzał przepraszać, po prostu podał mu brudną zadrukowaną kartkę.

– To chyba fragment umowy przejęcia. Skąd to masz? Już wyszła z firmy.

– Proszę sprawdzić paragraf trzydziesty drugi.

Nie musiał dodawać, że właśnie tam trafił czubek jego buta. Trudno było tego nie zauważyć.

– Co to… co?! Za jaką kwotę?!

Szef działu prawnego poczerwieniał. Przestał być uosobieniem spokoju.

– Marcin, Zakrzewski, Jolka, do mnie! Co to, kurwa, jest?? Kto robił korektę?! – Tejner miotał się przy biurku, wrzeszcząc tak, że było go słychać w kilku pomieszczeniach. – Kiedy ta pieprzona umowa od nas wyszła?!

Wezwani na dywanik tłoczyli się przy szefie i usiłowali wyrwać sobie kartkę z rąk. Po zapoznaniu się z paragrafem trzydziestym drugim reagowali podobnie. Przekleństwa i jęki mieszały się ze sobą. Jola klapnęła na krzesło. Na jej ładnej buzi odbił się ciężki wysiłek umysłowy, który właśnie wykonywała.

– Panie Sławku, pan przyniósł tę kartkę…? Nie wysłał pan jeszcze tej umowy, co?

Sławek wyszczerzył się radośnie. Pulsująca z tyłu głowy bańka niepokoju właśnie pękła.

– Jakoś nie. Trochę się rozdeptała, ale chyba i tak musicie ją przepisać.

Tejner, który w tej chwili osiągnął już kolor buraczkowy, powoli wypuścił powietrze z płuc.

– Nie wyszła? – zapytał słabo.

– Nie, szefie, nie – gorączkowo zapewniła Jola – nie wyszła.

– Jadę po bossa do Pyrzowic. Jeśli samolot nie będzie miał opóźnienia, dotrzemy do firmy za jakieś półtorej godziny. Jeżeli się pośpieszycie, może nie pourywa wam wszystkim jaj, kiedy dostanie umowę do podpisu. Po raz kolejny…

Tym razem schodził po schodach bez pośpiechu. Właśnie zarobił uczciwie na swoją pensję. Takie momenty zawsze poprawiały mu humor.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Księga ras. Tom II. Bastion Gliwice Księga ras. Część I. Cisza przed burzą 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piorun kulisty Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Każde martwe marzenie Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży