Polszczyzna spolegliwa

Polszczyzna spolegliwa

Autorzy: Andrzej Markowski

Wydawnictwo: DW PWN

Kategorie: Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.00 zł

Książka ukazuje językowe aspekty Dzienników Marii Dąbrowskiej – czołowej przedstawicielki inteligencji humanistycznej I połowy XX wieku. Prowadzone przez autorkę Nocy i dni dzienniki stanowią w znacznej mierze opis języka pokolenia żyjącego w okresie II Rzeczypospolitej i pierwszej połowy PRL-u, a wykształconego jeszcze przed I wojną światową. Książka ukazuje się jako IV tom serii „Nowe monografie”, prezentującej współczesne prace polskich językoznawców, literaturoznawców i kulturoznawców.
Profesor Andrzej Markowski od kilku lat zajmuje się Dziennikami Marii Dąbrowskiej, co pozwoliło mu zwrócić szczególną uwagę na język tego dzieła. Autor przygląda się słownictwu Dzienników: elementom potocznym, frazeologii, słownictwu przestarzałemu, ale także gramatycznej stronie wybranych fragmentów. Pokazuje techniki narracyjne, analizuje sądy Dąbrowskiej o języku jej własnych utworów literackich i o polszczyźnie w ogóle. Z tych sądów można zrekonstruować świadomość językową Dąbrowskiej. Analiza używanych w Dziennikach środków językowych wzmaga przekonanie o tym, że autorka nie tylko liczyła się z możliwością ich opublikowania w 40 lat po swojej śmierci, lecz wręcz pisała je z takim zamiarem.
Dąbrowska prowadziła dziennik niemal przez z górą pół wieku. W testamencie pisarka zastrzegła, że dzienniki mogą być wydrukowane w całości dopiero 40 lat po jej śmierci. Jednocześnie zezwoliła na wcześniejsze publikowanie fragmentów, dzięki czemu mogły się ukazać dwie edycje Wydawnictwa „Czytelnik”: 5-tomowa w 1988 roku, pod okiem cenzury, i 7-tomowa w 2000 roku. Dwa lata później ukazał się jednotomowy wybór Życie moje cudowne.
Dzienniki Marii Dąbrowskiej z lat 1914–1965 po raz pierwszy w całości ukazały się 44 lata po śmierci pisarki, w 2009 roku. Wydawcą 13-tomowej edycji, przygotowanej pod kierunkiem prof. Tadeusza Drewnowskiego, był Wydział I Nauk Społecznych PAN oraz Komitet Nauk o Literaturze PAN.

Projekt okładki i stron tytułowych Lidia Michalak-Mirońska

Ilustracja na okładce Karta z Dziennika Marii Dąbrowskiej, listopad–grudzień 1948 r.

Ze zbiorów Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie

Wydawca Dąbrówka Gujska

Redaktor prowadzący Barbara Surówka

Redakcja oraz korekta językowa Magdalena Wanot-Miśtura

Produkcja Mariola Iwona Keppel

Recenzja dr hab. Anna Kozłowska

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN: eLitera s.c.

Książka powstała we współpracy z Fundacją Języka Polskiego.

Publikacja dofinansowana przez Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego

i afiliowana przy Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Fragmenty Dzienników Marii Dąbrowskiej wykorzystano w publikacji

za zezwoleniem Spadkobierców.

Copyright © the estate of Maria Dąbrowska, Warszawa 2018

Copyright © by Wydawnictwo Naukowe PWN SA Warszawa 2018

ISBN 978-83-01-20177-7

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2018 r., (wyd. I)

Warszawa 2018

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

tel. 22 69 54 321; faks 22 69 54 288

infolinia: pwn@pwn.com.pl

e-mail: pwn@pwn.com.pl, reklama@pwn.pl

www.pwn.pl

Spis treści

Kilka słów na początek

Rozdział I.

„Tak doskonały, że aż przerysowany”.

Język Dzienników jako tworzywo dzieła literackiego

Rozdział II.

„Ja wynalazłam [...] specjalne używanie potocznego języka”.

Słownictwo potoczne w Dziennikach

Rozdział III.

„Wiatr w oczy”.

Frazeologia w Dziennikach

Rozdział IV.

„Tu zaszła zmiana”.

Przestarzałe elementy językowe (obsolety) w Dziennikach

Rozdział V.

„A co się z nim stało? Czy zginął? Czy ocalał?”.

Użycie wykrzykników i znaków zapytania w Dziennikach

Rozdział VI.

„Znam przyimek »potroszeczku« i tak piszę”.

Ortografia w Dziennikach

Rozdział VII.

„Jestem chyba największym liberałem językowym”.

Świadomość językowa Marii Dąbrowskiej w Dziennikach

Na zakończenie

Bibliografia

Aneks

Określenia metaforyczne z rocznika 1948 Dzienników (wybór)

Krótkie formy literackie wplecione w tekst Dzienników (wybór)

Anegdoty przytaczane w Dziennikach

Przypisy

Kilka słów na początek

Dla Doroszewskiego mam bardzo dużo sympatii i jako dla uczonego, i jako dla człowieka (notabene – bardzo pięknej urody), ale przy bliższym zetknięciu się stwierdzam, że pisarzom lepiej trzymać się od językoznawców z daleka[1].

Ten nieco uszczypliwy sąd Marii Dąbrowskiej o relacjach między pisarzami a językoznawcami nie musi być – na szczęście – sądem prawdziwym „w obie strony”. O ile bowiem pisarz może nawet ignorować istnienie językoznawców i wyniki ich prac badawczych (co zresztą w wypadku Marii Dąbrowskiej – jak świadczy kilka całkiem dużych notatek w jej Dziennikach – nie nastąpiło[2]), o tyle językoznawca zajmujący się polszczyzną XX wieku nie może nie uwzględniać w swych dociekaniach tekstów literackich. Na ogół analizuje się przy tym język tekstów beletrystycznych – prozatorskich i poetyckich, choć zdarzają się też opracowania dotyczące języka i stylu pamiętników wybitnych pisarzy[3]. Płodne, a przy tym ważne dla poznania pewnej odmiany języka epoki jest zwłaszcza to ostatnie przedsięwzięcie badawcze. Przyjmuje się przy tym założenie, że polszczyzna twórcy dzieł literackich, nawet – a może przede wszystkim – w jego tekstach nieliterackich, jest językiem starannym, w jakiejś mierze wzorcowym dla danego okresu.

Rozważania i dociekania zamieszczone w tej pracy dotyczą języka Dzienników Marii Dąbrowskiej, a zostały poczynione po lekturze całości tekstów, pisanych od roku 1914 do roku 1965. Przypomnijmy, że materiał do analizy jest wyjątkowo obfity: zapisy liczą łącznie ponad 5500 stron komputeropisu. Teksty do roku 1958 zostały przez autorkę przepisane na maszynie, dalsze roczniki pozostały w rękopisie.

Dąbrowska – jak postaram się to udowodnić – liczyła się z możliwością publikacji Dzienników czterdzieści lat po swojej śmierci (taki okres karencji zastrzegła w testamencie), a drobne fragmenty drukowała w prasie literackiej za życia. To niewątpliwie wpływało na językowy kształt zapisów. Dzienniki wydano w całości w roku 2009 w filologicznym nakładzie 300 egzemplarzy, bez aparatu krytycznego.

Zapisy w Dziennikach występują w trojakiej formie. Są to:

1) dziennik, prowadzony na bieżąco, czasem nawet pisany dwukrotnie w ciągu dnia, z odstępami między kolejnymi wpisami nie większymi niż parę dni,

2) zapisy zawierające streszczenia wydarzeń ostatnich kilku tygodni (rzadko: miesięcy – po śmierci jej partnerów życiowych), notowane z pewnym dystansem i z selekcją materiału,

3) uzupełnienia dotyczące lat 1917–1935, pisane w formie pamiętnika wiele lat po opisywanych wydarzeniach, powstałe w czasie przepisywania dziennika w roku 1943.

Te trzy typy wpisów – można od razu powiedzieć – różnią się nieco językiem, zwłaszcza jego warstwą składniową i w ogóle typem narracji, a także stosowanym słownictwem.

Nie sposób przeanalizować wszystkich problemów językowych, które się nasuwają przy lekturze Dzienników. Wydaje się jednak, że pewne kwestie są kluczowe, najistotniejsze dla zrozumienia warsztatu językowego autorki tego ogromnego dzieła. Starałem się więc przede wszystkim dać odpowiedź na pytanie podstawowe: czy ukształtowanie językowo-stylistyczne dziennika wskazuje na to, że Maria Dąbrowska pisała go nie tylko po to, by zanotować swoje przeżycia, myśli i sądy, lecz także po to, by dziennik został po jej śmierci opublikowany jako ukształtowane literacko świadectwo epoki.

Pragnąłem następnie odpowiedzieć na pytanie o zasięg leksykalnej potoczności w Dziennikach i sposób użycia w nich zestalonych połączeń wyrazowych, w tym związków frazeologicznych. To zadanie badawcze wiązało się zarówno z tezą, zgodnie z którą autorka zamierzała opublikować dziennik (duża liczba wyraźnych potocyzmów świadczyłaby raczej o intymnym charakterze zapisów), jak i z myślą o tym, czy język Dzienników może być do dziś wzorem dobrej polszczyzny.

Dalszym ciągiem poszukiwania odpowiedzi na to ostatnie pytanie są rozważania o elementach przestarzałych w treści Dzienników (duża ich liczba oddalałaby myśl o tym języku jako wzorcu dla współczesności). Celem szkicu poświęconego obsoletom – jak proponuję określać te właśnie językowe elementy o charakterze przestarzałym – było również sprawdzenie, czy istotnie wszystkie „przestarzałości” były w zapisach niezamierzone, czy też niektóre z nich mogły wynikać z artystycznej zabawy pisarki.

Szkic o funkcjach zdań zakończonych wykrzyknikiem i znakiem zapytania miał pokazywać, czy i jak Dąbrowska wyrażała graficznie ekspresywność, zarówno w narracji odautorskiej, jak i w tekstach przytaczanych. W szkicu o ortografii w Dziennikach zbadałem, do jakiego stopnia zewnętrzne reguły czy też rygory pisowniane krępowały pisarkę, która swoje zapisy prowadziła pod rządami co najmniej trzech zestawów zasad ortograficznych.

Wreszcie – jako językoznawca za istotne uznałem przyjrzenie się temu, jaka kompetencja językowa pisarki wyłania się z Dzienników, a także jaki był jej stosunek do badaczy języka. Tym zagadnieniom poświęciłem oddzielny fragment rozprawy.

Zdaję sobie sprawę z tego, że jeszcze o wielu kwestiach językowych można było – a może nawet należało – napisać. W notatkach moich pozostały na przykład duże partie dotyczące metafor znalezionych w Dziennikach. Analiza tych środków jednak pozostaje nieco poza moimi kompetencjami. Pozwoliłem sobie tylko kilka najoryginalniejszych metafor, a także perełek stylu i złotych myśli znalezionych u Dąbrowskiej, umieścić w aneksie.

Poszczególne szkice powstawały przez wiele lat; materiał kilku z nich był podstawą opublikowanych już artykułów. W monografii, którą przekazuję czytelnikom, wszystkie szkice zostały opracowane na nowo: są obecnie dość rozbudowane, uzupełnione o wnioski, które się nasunęły po długoletnim obcowaniu z tekstem Dzienników.

Szkice mają różną długość i różną formę. Niektóre są bardziej, inne mniej analityczne. Formę sugerowała tematyka: trudno pisać tekst zbliżony do eseju, kiedy się analizuje ortografię, trudno też ustrzec się dłuższych cytatów we fragmencie o typach narracji. Mam nadzieję, że taka różnorodność szkiców nie przeszkodzi w ich lekturze.

***

W pracach nad Polszczyzną spolegliwą korzystałem z komputeropisu Dzienników, przygotowanego dla zespołu badaczy, którzy mieli podjąć decyzję co do publikacji całości materiału. Za tę możliwość serdecznie dziękuję panu profesorowi Tadeuszowi Drewnowskiemu oraz pani Wandzie Starskiej-Żakowskiej i panu Jerzemu Szumskiemu.

Tych, którzy przyczynili się do powstania monografii, jest tak wielu, że bałbym się pominąć kogoś, wymieniając osoby mi życzliwe i cierpliwie czekające na ukończenie szkiców. Dlatego po prostu wszystkim – dziękuję.

Rozdział I

„Tak doskonały,

że aż przerysowany”.

Język Dzienników

jako tworzywo dzieła literackiego[4]

Zgodziwszy się z tymi badaczami, którzy określają Dzienniki Marii Dąbrowskiej jako dzieło jej życia, należy spytać, czy były one pisane – a w pewnych partiach także konstruowane – świadomie, z przekonaniem, że będzie ono niegdyś poddane osądowi czytelników. Wskazówką, że tak być mogło, jest choćby to, że autorka do końca życia przepisywała dziennik na maszynie, nieco kompresując pewne fragmenty, do czego sama się w swoich zapiskach przyznawała. Zapewne też w jakimś (choć jednak chyba niewielkim) stopniu „uładzała” je językowo (to także można wywnioskować z zapisów dziennikowych). Założenie, że Maria Dąbrowska liczyła się z możliwością opublikowania swojego dziennika, a nawet na nie liczyła, pozwala traktować maszynopis jako podstawę analizy języka pisarki. Jeśli bowiem nawet jest to język w jakimś stopniu uładzony w stosunku do języka rękopisu, to należy przyjąć, że Dąbrowska chciała, by właśnie w tej formie trafił on do przyszłego czytelnika.

Wyraźnie z myślą o przyszłych czytelnikach są pisane fragmenty o charakterze pamiętnika. W roku 1943, kiedy Dąbrowska przepisywała dziennik okresu pierwszej wojny światowej i dwudziestolecia międzywojennego, uznała za stosowne dać obszerne, liczące łącznie niemal sto stron, uzupełnienia dziennika z lat 1917–1935. Z fragmentami o charakterze pamiętnika mamy zresztą do czynienia również w dzienniku z lat następnych, kiedy to czasem po kilkutygodniowej, a nawet kilkumiesięcznej przerwie autorka zdaje relację z wydarzeń tych tygodni czy miesięcy, w których nie robiła codziennych notatek.

Skoro zaś można przyjąć, że autorka co najmniej liczyła się z możliwością opublikowania swojego dziennika (choć uzasadniona jest również teza, że w ogóle pisała tekst z założeniem, iż zostanie on opublikowany po jej śmierci), to sensowne staje się pytanie o to, w jakim stopniu świadomie kształtowała język tego dzieła. Warto zatem zbadać, w jakiej mierze Dąbrowska posługiwała się językiem celowo tak, by skutecznie przekazać określone treści, w jakim zaś stopniu było to pisanie spontaniczne, niekontrolowane pod względem używanych środków językowych i stylistycznych.

Sprawa ta wbrew pozorom nie jest bowiem marginalna: dotyczy warsztatu pisarskiego twórcy literatury niefabularnej, ale jednak komponowanej, na przykład szukania odpowiedzi na pytanie o to, jak osiągnąć „kontrolowaną spontaniczność” języka Dzienników. W dużym uproszczeniu chodzi o to, jak (na)pisać dziennik, aby świadomie za pomocą języka kreować pewną wizję opisywanej rzeczywistości (w tym swoją pozycję i swoje sądy w tym opisie), tak by czytelnik był przekonany o naturalności, spontaniczności przekazu, a w rezultacie – ulegał owej autorskiej wersji oceny rzeczywistości. Mielibyśmy wówczas do czynienia z ukrytą funkcją impresywną (perswazyjną) tekstu, przekazaną w formie wskazującej „na zewnątrz” na jego funkcję informacyjną (komunikatywną). Zadaniem badacza jest ukazanie mechanizmów tego zabiegu i zakresu osiągniętych rezultatów.

Zejdźmy do poziomu szczegółu. W notatce z 29 stycznia 1951 roku Dąbrowska pisze między innymi:

W Pałacu Staszyca[5] ciągle remont, prawie nie widać, żeby się coś naprzód posunęło. Zebranie w mniejszej sali „kolumnowej”, tłok nieprawdopodobny, zauważyłam bardzo dużo młodzieży. Jest więc jeszcze taka młodzież, co przychodzi na Borowego. Pierwsze rzędy krzeseł stały w pobliżu ogromnej wielkości krągłego mahoniowego stołu, przy którym – krzesła dla prezydium. Z tego rzędu zauważyła mnie Małyniczówna i wykiwała z kąta przy drzwiach. Ponieważ zapraszał mnie i któryś z profesorów – przecisnęłam się ku nim. Po drodze minęłam ospałą figurę Żółkiewskiego, który zatruł swoimi napaściami ostatnie lata życia Borowego, a potem zasiadł swą tłustą dupą na katedrze tego wielkiego uczonego.

To, że przyjaciółka pisarki, aktorka Zofia Małynicz, wykiwała Dąbrowską z kąta przy drzwiach, a więc kiwaniem przywołała ją do siebie, jest niewątpliwie zapisem spontanicznym. Dąbrowska zapisała takie sformułowanie, gdyż było ono w jej idiolekcie, a w podobnym znaczeniu występowało także w polszczyźnie XIX i pierwszej połowy XX wieku. W słowniku warszawskim[6] czytamy: wykiwać [...] wykiwnąć ‘kiwaniem, kiwnięciem wyruszyć z miejsca’.

Czy natomiast zupełnie spontaniczna jest językowa charakterystyka Stefana Żółkiewskiego – nad tym należy się zastanowić. Można bowiem przyjmować, że jest to zapis wynikający z niechęci do tej postaci i o niczym innym nieświadczący, może być jednak i tak, że podkreślenie jednej cechy fizycznej naukowca, i to za pomocą dosadnego określenia (tłusta dupa), ma świadomie budować ocenę tej postaci nie tylko w oczach autorki, lecz także u czytelnika. To, która interpretacja jest właściwa, będzie można stwierdzić dopiero po zestawieniu analogicznych sformułowań w innych zapisach Dzienników, dotyczących postaci z kręgu ówczesnego establishmentu, zwłaszcza zaś – aparatu partyjnego.

Pytanie o zasięg i stopień (czyli: w jakiej mierze i do jakiej „głębokości” organizacji wewnętrznej środków językowych) świadomego i celowego używania języka w Dziennikach Dąbrowskiej narzuca się już przy pierwszej lekturze tekstu, a pogłębia przy czytaniu powtórnym i kolejnych odczytaniach choćby tylko fragmentów dzieła. Otóż uderza – a dotyczy to zwłaszcza partii dziennika od lat pięćdziesiątych XX wieku – dobre, czasem doskonałe zharmonizowanie języka z przekazywanymi treściami.

Dąbrowska stosuje różnorodne formy podawcze (co zostanie jeszcze zegzemplifikowane), a do każdej z nich dobiera środki językowe tak, że język fragmentów określonego rodzaju staje się „przezroczysty”, chyba że autorka sama celowo zwraca na niego uwagę (na przykład stosując przestarzałe już dla niej środki językowe, czyli obsolety, albo używając określeń zawierających dosadne słowa czy związki frazeologiczne).

Można także dostrzec doskonalenie się języka Dzienników, a analiza tego zjawiska (tu zostanie ono tylko zasygnalizowane) powinna stanowić przedmiot oddzielnego studium językowo-stylistycznego. Swoboda językowa, widoczna w partiach powstałych w drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku, a zwłaszcza w zapisach powojennych, sprzyjająca potoczystości, płynności tekstu, każe się zastanowić nad wpływem języka utworów fabularnych (tu przede wszystkim Nocy i dni) na język Dzienników, choćby w kontekście kształtowania sprawności narracji. Poza tym – jak wiadomo – Maria Dąbrowska uważała, że jej ważnym wkładem w literaturę polską jest odświeżenie języka: „Mnie się zdawało, że ja wynalazłam dwie rzeczy: specjalne używanie potocznego języka i żywość postaci sympatycznych – ludzi dobrych” [8 XII 1958]. Nie będzie więc nieuprawomocniona teza, że specjalne używanie języka, nie tylko potocznego, było zamierzeniem twórczyni kolejnych kart dziennika.

Być może zresztą nie było tak od początku. Język zapisków, tak jak i sposób zapisywania wydarzeń i rozmyślań, zmienia się bowiem dość znacznie od roku 1914 (pierwsze notatki) do połowy lat sześćdziesiątych XX wieku. Można przyjąć, że zapisy z lat pierwszej wojny światowej i chyba gdzieś do połowy lat dwudziestych (z pewnymi wyjątkami – na przykład szczególnie rozbudowanym zapisem z 16 listopada 1916 roku na temat pobytu Józefa Piłsudskiego w Lublinie) są spontaniczne, a ich forma językowa, choć adekwatna do treści, nie jest zawczasu przemyślana. Są to z zasady notatki z codziennych wydarzeń, przybierające często formę równoważników zdań, wypełnione słownictwem codziennym, bytowym:

Niedziela. Trzeci dzień mobilizacji. Odjazd Żandarmów. Ostatnie pociągi. Grabież magazynów kolejowych. O 4-tej rano wysadzanie minami weksla, wodociągów i wiaduktu. Rano kręcą się kozacy, jeden szuka jenerała na podwórzu w Sabinowie. [2 VIII 1914]

Wtorek. Dzień pamiętny. O piątej Władek (podwórzowy) przyszedł budzić, że blisko strzelają. W istocie wyraźnie strzały słychać ze wszystkich stron do 4-tej popołudniu. Zaczęła się wielka bitwa na froncie Częstochowa-Kraków. Cały dzień drobny deszcz. [17 XI 1914]

Piątek. Marjan zaziębiony leży. Zbliża się odwilż. Rano było dwu austryackich oficerów po świnie i kury. Nie dostali nic, a jak się potem okazało, byli bezprawnie. Wzięli krowę i świnie chłopom na Dzbowie. Niemiecka żandarmerja wdrożyła śledztwo. [12 III 1915]

Zupełnie innym stylem są opisywane wydarzenia z tego samego okresu, ale spisane ćwierć wieku później (w roku 1943) jako uzupełnienie pamiętnikarskie podczas przepisywania dziennika. Tu mamy już świadomy kształt stylistyczny wypowiedzi, tekst ujęty w rozbudowane zdania, z wyraźnymi elementami oceniającymi:

Aby zakończyć ostatecznie z notatkami raptularzyka sierpień-marzec 1914-15 opiszę jeszcze moją podróż ku Warszawie w październiku 1914-go roku.

Odnosi się to do tego mojego wyjazdu z Sabinowa, który p. Białkowski zanotował pod datą 10 października. Wyjazd nastąpił niespodzianie, gdyż początkowo Marjan ani słyszeć nie chciał, bym narażała się na tę ryzykowną podróż, mimo że z Warszawy do Częstochowy przybyłam bez szwanku i bez żadnego narażania się [...]. Chociaż z różnych względów miałam chęć powrócić do Warszawy, ale jeszcze bardziej pragnęłam pozostać z Marjanem, te też [sic] uległam w końcu jego perswazjom. Wytworzyły się jednak okoliczności, które zmieniły postawę Marjana wobec sprawy mojego wyjazdu. Mianowicie ob. Aleksandra Szczerbińska (późniejsza Piłsudska) zwróciła się do niego z wiadomością, że z rozkazu Komendanta trzeba natychmiast z pewnymi zleceniami wyruszyć do Warszawy. Jadą już w tym celu dwie inne „niewiasty”, ale że przejście frontu nie jest już teraz takie łatwe – należy dla pewności wysłać trzecią. Ponieważ Marjan wspominał jej był, że ja się wybieram do Warszawy, zapytała, czy bym [dwa słowa skreślone] nie przyjęła tego zlecenia. Pojmowaliśmy wtedy naszą służbę bardzo serjo, a choć ja zawsze i wszędzie byłam tylko „luzakiem” i dyletantem, przecie chciałam się do czegobądź przydać, a dla Marjana rozkaz Komendanta był świętym. To też zakomunikował mi życzenie p. Aleksandry, ja natychmiast i bez wahania się zgodziłam, a on nie śmiał się już sprzeciwiać. Dla zapoznania się z t.zw. obywatelką Olą, spotkaliśmy się z nią w cukierni w Częstochowie. O rzeczy właściwej wtedy się jednak nie mówiło, była w tej cukierni i Zośka Poniatowska i wtedy to powzięła swe zabawne uczucie zazdrości o domniemaną konieczność zakochania się p. Juliusza w nieznanej mu zupełnie pani Oli. Co do mnie, choć z wyglądu p. Ola mi się raczej podobała, [kilka słów skreślonych] nużyła mnie trochę jej słaba ekspresja słowna i zastępowanie brakujących zwrotów często powtarzanym słówkiem „wiecie... wiecie”. [Dodatek do raptularzyka 1914–1915]

Można zaobserwować w tym fragmencie używanie elementów stylu starannego obok wyrazów potocznych i zawodowych (z gwary konspiracyjnej). Mamy więc z jednej strony wypracowane językowo zdania takie jak:

Chociaż z różnych względów miałam chęć powrócić do Warszawy, ale jeszcze bardziej pragnęłam pozostać z Marjanem, te też [sic] uległam w końcu jego perswazjom. Wytworzyły się jednak okoliczności, które zmieniły postawę Marjana wobec sprawy mojego wyjazdu.

Z drugiej strony pojawiają się określenia (ujęte wprawdzie w cudzysłów lub poprzedzone skrótem tzw.): byłam tylko „luzakiem” i dyletantem oraz dla zapoznania się z t.zw. obywatelką Olą czy potoczna forma imienia przyjaciółki: Zośka (Poniatowska).

Zapisy z pierwszej połowy lat dwudziestych są już bardziej rozbudowane, zawierają elementy oceniające i wartościujące. Opisom rzeczywistości zewnętrznej towarzyszą relacje ze stanów i przeżyć wewnętrznych, a także rozważania filozoficzne. Zdania, nie bardzo długie, są jednak w manierze zbliżone do języka utworów młodopolskich, przypominają styl Żeromskiego:

Wrażenie z jazdy na pociąg w Białymstoku, kiedy wracałam od Jadzi i Mamusi. Miasto zanurzone w mokrej ciemności jak w atramencie. Domy zamazane wilgotną czernią miały fronty wysunięte pod światło latarń jak wycinanki zielone, żółte, białe. Biały mur cmentarza, świetliściejąca po nocy szeroka polska brama. Dalej jechało się nad torami, pełnymi zwrotnic, skropionych różnobarwnymi latarenkami. [3 I 1923]

Byłam w Łazienkach w śnieg. Na krzakach chlapnięcia białej piany śniegu. Gałęzie w białej otoce. Badyle w krezach szronu. Popielata gmatwanina gałęzi, jak splątane ciemne nici. Mętne opalizujące mgły. Cisza. Z za ogrodu miasto hałasuje takim szelestem jak rzeka pełna kry. [11 II 1923]

Najzwyklejsi ludzie mają intymne talenty, które zabłyskują tylko dla najbliższych i gasną potym dla wszystkich. W towarzystwie Matki i rodzeństwa umiem ładnie śpiewać, miło i czarująco opowiadać...

Moim nieszczęściem jest, że nigdy nie jestem zupełnie pewna, czy w każdym wypadku postąpiłam tak, jak właśnie było trzeba. Tysiące możliwości, wyborów nasuwa się jako jedyne konieczne rozwiązanie każdego momentu życia. Zazdroszczę ludziom, którzy mają zawsze niezachwianą pewność swego wyboru. Ale cóż, kiedy tę cechę spotykam zawsze u ludzi głupich, niedobrych, oschłych i o bardzo małej wartości. [4 III 1923]

Była pani Marylka Sobańska. Rozmawialiśmy o szczerości. Zagadnienie, które ostatecznie wszystkich nas tak bardzo obchodzi. Do szczerości dojść bardzo trudno, ale gdy się do niej dojdzie, jakże łatwo – łatwiej niż wszystko – można jej nadużyć. Ostatecznie za cenę szczerości można się z góry rozgrzeszyć ze wszystkiego złego, które się robi. To robią Rosjanie. P. Sobańska mówiła wcale nie głupio, że szczerość jest czasem dowodem słabości. Człowiek sam nie może się uporać ze swoim grzechem, ponieść odpowiedzialności. (myślałam to nie jeden raz). [27 III 1923]

Źrenice w białych iskrach od lampy. Życie małżeńskie, tak już sposponowane [sic], przy dzisiejszym ukochaniu codzienności, nabiera nowych blasków świeżego piękna. Radość napadła moje serce w te bure dnie lipca (?), brzmiące hałasem przykrej niepogody. [17 IV 1923]

Przed bólem, rozpaczą, trwogą i zwątpieniem uratowały mnie nie chwile śród ludzi spędzone, nie chwile tryumfów i powodzenia śród zgiełku świata, ale chwile mojej płodnej samotności. Nie mam-że jej kochać najbardziej? [19 VIII 1923]

Samotność w pierwszej chwili gorzka jak piołun, szczególnie jeśli nastąpi – jak to było – po zaznaniu wszystkich rozkoszy najsłodszego towarzystwa. Trzeba umieć przełknąć tę pierwszą gorzką chwilę, żeby się w następnych rozsmakować jak w rzadkiej dobrej potrawie. Jak bogatem jest życie, jak cudownem, jak bardzo nas obdarza. Jesień to najukochańsza dla mnie pora roku. Jesienią stały się wszystkie najlepsze rzeczy mojego życia. Tego roku wrzesień dał dwa tygodnie przerozkosznej pogody. W taką jesienną pogodę Polska wygląda jak bogate południe. [23 IX 1923]

Zwracają uwagę liczne przymiotniki, używane przede wszystkim jako leksykalne środki wartościujące (wilgotna czerń, różnobarwne latarenki, mętne, opalizujące mgły, płodna samotność) oraz mniej lub bardziej oryginalne porównania (miasto zanurzone w mokrej ciemności jak w atramencie; fronty wysunięte pod światło latarń jak wycinanki zielone, żółte, białe; samotność w pierwszej chwili gorzka jak piołun) i metafory (biała piana śniegu; radość napadła moje serce w te bure dnie), a nawet pytanie retoryczne w stylu młodopolskim (Nie mam-że jej kochać najbardziej?). Poznanie języka wczesnych zapisków Dąbrowskiej i skonfrontowanie go z polszczyzną dziennika lat dojrzałych pozwala poznać ewolucję stylu pisarki i w pełni docenić tę formę językową, do której już wkrótce dojdzie autorka Nocy i dni.

Ewolucję języka opisującego wydarzenia ekstremalne w życiu pisarki, języka oddającego największe emocje, widać też doskonale w zapisach – za każdym razem dokonanych w kilka miesięcy po opisywanych faktach – mających za przedmiot opis rozpaczy po utracie męża Mariana (1925) i opis śmierci wieloletniego towarzysza życia Stanisława Stempowskiego (1952). Zapisy dotyczące pierwszej tragedii są bardzo ekspresywne, pojawiają się w kilkunastu wpisach dziennych:

Mireńku, nic mnie nie obchodzi, co mówią i co piszą, ale niech ja piszę tak, żeby spulchniało, rozradowało się, urosło serce ludzi. W tym mi dopomóż mój najświętszy, najmilszy, najukochańszy chłopcze, gdzieśkolwiek jest, czymśkolwiek jest...

Idę spać w tej ciszy naszego pustego mieszkania, która aż dzwoni w uszach. Dopiero trzy miesiące, a jeszcze całe życie... [20 XII 1925]

A teraz jestem w domu i popadłam znowu w tak straszną rozpacz. Na co to życie, nie podtrzymywane Twoją obecnością. Umarłeś, a ja niegodna żyję i nie starczyło czasu, żebym ci dała dowód, że Cię kocham i jak cię kocham, ja co cię zdradzałam i teraz błagam o przebaczenie i niema komu przebaczyć i miejsca po których byś stąpał bym całowała i wyklękiwałabym je i nie wiem jak żyć, uratuj mnie, ochroń, uczyń, żebym się stała wolna od wszystkich podłych zachceń, uczyń mnie, jakim ty byłeś, dopomóż, albo daj mi się z tobą złączyć moje najcudowniejsze ukochanie. [14 II 1926]

W nocy. Obudziłam się w nocy. Chodzę po pokoju. Okno szeroko otwarte. Za oknem ciepła noc i słychać z pola Mokotowskiego głos przepiórki. Co ja zrobię z tą straszliwą ciszą, która po Tobie zaległa? Wspomniało mi się teraz, jak pod Matterhornem siedziałam na obrywie ponad śnieżną doliną, nad którą leciał czarny ptak. Mój Boże, jak wytrzymać, jak wyżyć. Jak zatamować to miejsce, z którego boleść bez końca ciecze jak krew... Jak je znaleść [sic] to miejsce, którędy przedostają się te nieprzebrane strumienie płaczu [...]. Ty, dziecino, chłopcze ty byłeś jak opoka, na której można było wznieść kościół i wznieść miłość i wznieść wierność i wznieść Radość niebiańską Ty niezawodny nad wszystkich, ty jedyny na świecie, który nie miałeś w sercu zdrady, ty cały z ognia czystego i palącego, byłeś, całowałeś mnie, nie mogłeś się mną nigdy nasycić, a teraz cię niema. Niema żadnej możności wysłowienia twego kochania, a teraz cię niema. A ja cię zdradzałam, trwoniłam... Podła, podła, podła... [19 V 1926]

Bardzo mi się znów życie splątało. Żebyś Ty mnie wywiódł z niego, choć w śmierć, byle do Ciebie. Życie mnie woła, woła, woła. I żeby to choć niweczyło moją mękę, moją tęsknotę do Ciebie, Ty niepowrotny, jaśniejący, chłopcze, mój chłopcze. Pocóż te nowe, pędy, liście, kwiaty, uczucia. Gdybyż być tak, jak pisałeś kiedyś że chciałbyś, żeby było – niczym, niczym na świecie, tylko sercem, bijącym w Twojej ręce, ręce, której już niema, niema, niema. [4 VI 1926]

Zupełnie inny jest język opisu śmierci Stanisława Stempowskiego. Emocje, równie silne jak te, które towarzyszyły śmierci męża, są wyrażone za pomocą bardzo oszczędnych środków językowych, nienoszących bezpośrednio cech ekspresywności:

Jest dzisiaj 6 kwietnia, ale piszę bez daty, bo już nie w formie dziennika, lecz raczej pamiętnikarskiej wypadnie zanotować tragiczne wydarzenia i oby ostatni już tak smutny przełom w moim życiu.

W piątek 11 stycznia 1952 roku około piątej rano umarł mi Stachno.

Około czwartej zbudziłam się i – jak to zawsze zresztą czyniłam odkąd siły St. zaczęły tak wyraźnie słabnąć – odrazu spojrzałam w jego drzwi [...]. Tym razem zobaczyłam to światło natychmiast, dziwnie jaskrawe – szeroką złotą smugę [...]. Wyskoczyłam na równe nogi z łóżka, zarzuciłam szlafrok i weszłam do St. Leżał wsparty o wysoko jak zawsze spiętrzone poduszki – nie spał. „Źle się czujesz, kochanie?”. Odpowiedział niezwyczajnie stanowczym, surowym tonem: „Tak”. „Czy boli?” „Boli, ale ból to nie taki wielki, można wytrzymać. Tylko tak dławi, dusi” [...].

Gładziłam go ręką po głowie – czoło miał strasznie spocone. „Najdroższy – prosiłam – czemu się tak rzucasz? To ci zaszkodzi. Zaraz przyjdzie doktór. Połóż się, kochanie”. „Nie mogę sobie jakoś miejsca znaleźć” – powiedział, ale położył się na wznak. Powiedział jeszcze dwa razy: „Tak bym chciał już umrzeć. Tak bym chciał już umrzeć” – serce mi się rwało na strzępy [...]. Nagle dźwignął się z poduszek. Sama napół przytomna, zobaczyłam parę dziwnych ruchów rękoma koło piersi, potem raptem złożył ręce na brzuchu wyprężył się na wznak zadarłszy głowę jakoś tak dziwnym teatralnym gestem, że osłupiałam i zaczął intensywnie, srogo, z napięciem patrzeć w sufit szeroko otwartymi oczyma. Chwyciłam go w ramiona, ale już nie reagował na moje słowa. Złapałam rękę, tętna już nie było. Wtem, o zgrozo, dolna szczęka opadła: Coś jeszcze szeptałam: „Stachu, Stachuniu, nie zostawiaj mnie” – aż nagle zrozumiałam, że to śmierć. Ogarnął mnie tak samo prawie śmiertelny spokój. Poszłam do Frani i powiedziałam: „Już koniec”, na co popadła we właściwy prostym ludziom, obrzędowy lament i płacz. Ja byłam dalej spokojna tym strasznym spokojem, jaki nas nawiedza w obliczu nieodwracalnej klęski. Kazałam Frani wezwać Kowalewa, a ją samą wysłałam do Bogusiów. Była zdumiona, że nie boję się zostać sama ze Zmarłym. Ja miałabym się bać zostać ze Stachnem! Sama byłam nawpół umarła. Kiedy poszli, sama obwiązałam ukochaną głowę ręcznikiem, by przymknąć biedne usta. Przyszedł lekarz Pogotowia, młody bałwan i baran z olbrzymią latarką elektryczną w ręku. Nic ludzkiego – drewno. Stwierdził zgon.

Potem zaczął się chaos wydarzeń właściwych podobnym okolicznościom. W czasie pół godziny wysłałam depesze do Huberta, do Anny, posłałam Kowalewa do Bronków Linke. Śmierć nastąpiła około piątej rano, cały atak nie trwał godziny. Jurek, Ela i Kowalew pozawiadamiali większość znajomych i powysyłali depesze [...].

Rozpacz została tym razem wyrażona za pomocą środków niebezpośrednich – głównie przez relację z faktu. Pozostawiając do szczegółowej analizy w innym miejscu oba te sposoby pisania Dąbrowskiej o rzeczach dla niej najistotniejszych, zauważmy tylko, że na dzisiejszym czytelniku większe wrażenie robi ten drugi opis.

Należy jeszcze wspomnieć o wielkim uspokojeniu, doskonale oddanym językowo przez Marię Dąbrowską w ostatnim zapisie jej dziennika, zrobionym kilkanaście dni przed śmiercią. Nie można bez wzruszenia czytać zdań o wyśnionym powrocie do krainy dzieciństwa:

Popołudniu głęboki spokojny sen, bez koszmarów – Sen o obfitości, a obfitością tą był wskrzeszony Russów – Russów tamtych snów jakby przez fantastę pastelami wymalowany – Pojawiła się najstarsza oraz niższa część dworku – brałam miarę na okiennicę w pokoju babci, gdzie miała zamieszkać nasza gosposia Teonia (rodzaj Jasi) – Kto byli ci my[7] co mieli tam zamieszkać – nie wiem dokładnie – ale ktoś był ze mną arcybliski – wszechobecny, a nieodczuwalny jak powietrze – I wszystkie drzewa dzieciństwa stanęły na swoim miejscu – wszystkie jaskółki a nadto wielka obfitość gęsi, bydła, owiec, świniaków różowych czochrających się, zwalających się czystych i pachnących nie chlewem ale smażonym boczkiem – wogóle pachniały wszystkie cudowne potrawy, za którymi tak tęsknię, ksztusząc się tą mdłą strawą szpitalną. Była to najbardziej Russowska Russowość. [8 V 1965]

Ta, tak bardzo widoczna, ewolucja języka, którym Dąbrowska pisze o wydarzeniach najistotniejszych, jest także świadectwem tego, że początkowe intuicyjne używanie środków językowych zmieniło się w świadome i celowe posługiwanie się nimi. Chodzi tu między innymi o takie kwestie, jak zakres używania słownictwa potocznego i starannego, posługiwanie się słownictwem przestarzałym, składnia różnych typów wypowiedzi, a przede wszystkim operowanie różnymi formami podawczymi, z wyraźnym i świadomym zróżnicowaniem ich języka, co pozwala traktować dziennik, co najmniej w jego części powojennej, jako świadomie konstruowane dzieło literackie. Tej ostatniej kwestii należy poświęcić nieco uwagi.

Zasadniczą formą wypowiedzi jest oczywiście narracja odautorska. Ma ona postać zapisu w pierwszej osobie liczby pojedynczej i jest prowadzona stylem, co do którego należy sądzić, że jest stylem autorki-narratorki, spontanicznym albo świadomie wypracowywanym, o czym już była wcześniej mowa. Oprócz tego jednak Dąbrowska stosuje inne formy podawcze. Przytaczając wypowiedzi lub sądy innych osób, używa zwykle mowy zależnej:

Anna powiedziała mi, że przy pierwszym podaniu o jego ułaskawienie było 150 podpisów prostych ludzi z Zagnańska, którzy wszyscy kochali tego chłopca. [6 I 1954]

Czasami w analogicznej sytuacji pojawia się jednak mowa niezależna:

Pamiętam, jak już 5-go marca, gdy wyjeżdżałam z domu, Anna powiedziała ze zdziwieniem: „A rząd nie wrócił jeszcze z Moskwy” (jeździli tam na ów XX Zjazd partii). [16 III 1956]

Pojawia się też mowa pozornie zależna, wówczas gdy autorka relacjonuje wypowiedzi lub sądy swoich rozmówców:

Żegnając się zapytałam o sprawę pani Krzyżanowskiej. Na księżycowym obliczu premiera wyraz szczerego zdumienia i zakłopotania. Żadnego mego listu nie dostał i o niczym nie wiedział. [15 II 1957]

Wtedy [profesor Doroszewski] opowiedział mi zakulisowe sprawy słownika i nagle zrozumiałam rzeczy, które zastanawiały mnie w czasie zebrania. Otóż ściślejsza redakcja Słownika, a przedewszystkim on sam, mają wrogów w IBLu, z którego rekrutuje się znaczna część szerszego komitetu redakcyjnego. Ci ludzie [...] są głównymi rzecznikami i autorami takiej postaci Słownika, jaką zademonstrował nam Zeszyt Dyskusyjny. Oni to przeforsowali ów znikomy procent źródeł literackich, oni usiłowali wyrzucić wogóle ze Słownika poetów, oni nafaszerowali go szpetną polszczyzną cytat z prasy i z tekstów urzędowych itp. W trakcie tej ich roboty pojawiła się rozprawa Stalina o językoznawstwie. Wówczas natychmiast zmienili pogląd, a że ów antyliteracki, prasowo-polityczny charakter był już początkom słownika nadany, poprostu odżegnali się od Zeszytu Dyskusyjnego i usiłują odpowiedzialność za wszystko złe zrzucić na Doroszewskiego. [3 XI 1953]

Opis sytuacji tu zapisany zawiera sądy rozmówcy, a nie autorki, która dopiero w trakcie rozmowy dowiedziała się o istocie konfliktu.

Niekiedy forma narracji jest jeszcze ciekawsza. Popatrzmy na fragment:

Sobota. Warszawa. Po powrocie z Piorunowa wciąż ktoś przychodził, m.in. widziałam się z panią Kunc., aby z nią omówić sprawę nie zwracania się do mnie o podpisywanie odezw przeciw różnym takim rzeczom, jak więziennictwo i t.p. Nazwiska pisarzy wyzyskują czynniki partyjne dla celów swoich rozgrywek politycznych – biorą je poprostu jak pewnego rodzaju weksel, który dyskontują. W dodatku wykorzystują uczucia humanitarne, na które sami sobie gwiżdżą traktują nas jak murzynów. Jest im obojętne, co myślimy, za co jesteśmy odpowiedzialni, chodzi o efekt podpisu, o wystrzelenie z danej popularnej armaty. I sprawa sądów doraźnych i więziennictwa leżą mi ciężko na sercu. Po skończeniu „Nocy i Dni” zajmę się wogóle życiem polskim i wtedy wypowiem się na własną odpowiedzialność i na własny rachunek, a jeśli już zbiorowo, to w gronie przyjaciół albo tych literatów, którym ufam, a nie w przygodnym towarzystwie, w którym o nikim nie jestem pewna, co zrobi jutro. Zdaje mi się, że pani K. przyznała mi rację. [28 X 1933]

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z prostą narracją odautorską. Ostatnie zdanie przekonuje jednak, że chodzi tu o rodzaj mowy pozornie zależnej (narratorka, jak się okazuje, zdaje sprawę ze swojej wypowiedzi skierowanej do gościa), tyle tylko że takiej, w której autorem tekstu jest narrator wypowiedzi.

O tym, że Dzienniki były pisane z myślą o przyszłym czytelniku, świadczy także używanie w nich metatatekstowych zwrotów odautorskich. Autorka sygnalizuje więc rozpoczęcie jakiegoś wątku we wpisie albo powrót do kwestii, którą zaczęła opisywać, lecz z jakichś powodów opis ten na chwilę przerwała, czy wreszcie zwraca uwagę na to, o czym będzie pisać, albo odnosi się do samego procesu notowania wydarzeń. Oto kilka przykładów:

• wprowadzenie nowego wątku

A teraz niech się zacznie cykl opowieści o Kazachstanie. Oto młodziutka Helenka Jonkajtys wywieziona z Augustowa z ojcem inspektorem szkolnym, z matką i pięciorgiem rodzeństwa, z których najmłodsze ma zdaje się osiem czy dziewięć lat. [21 X 1948]

• zasygnalizowanie przerwania opisywanej sprawy i następnie wskazanie na powrót do tego opisu

Stamtąd poszłam do zduna Głowackiego, który mieszka na Noakowskiego, w trzecim podwórzu kamienicy przypominającej małe miasteczko. Z trudem go znalazłam [...]. Młoda kobieta czy dziewczyna – na zapytanie, czy mogę się widzieć z panem Głowackim, odpowiada: „tak”, ale nie rusza się z miejsca. „Więc proszę, niech pani mnie do niego zaprowadzi”.

Przerwało mi przyjście starej pani Micińskiej i Mannteufflów, którzy wczoraj przyjechali z Wrocławia i przyszli z wiadomością, że Anna nie przyjedzie z powodu choroby Tulci. Zostali na kolacji i całe popołudnie dla pracy było stracone.

Wracam do opowiadania o zdunie. Owa więc młoda kobieta wprowadziła mnie do pokoju, gdzie zobaczyłam stół i szczyt „meblowego” łóżka i usłyszałam bełkot jakiegoś przemówienia w aparacie radjowym. [17 XI 1948]

• zwrócenie uwagi na tekst następujący dalej

I jeszcze ciekawostka. Z jakim to hukiem głosi się sławę Chaczaturianów i innych muzyków sowieckich. Lecz świat nie chce o nich wiedzieć. [7 XII 1948]

Zapomniałam odnotować, że byliśmy 19-go na premjerze „Pana Jowialskiego” z Ludwikiem Solskim. [25 X 1948]

• zwrócenie uwagi na przerwę w notowaniu

Oto już przeszło trzy tygodnie jak nic nie notowałam, a teraz już i niewiele z tego odtworzę. Więc tylko, co pamiętam, to streszczam. [5 V 1949]

Można też sądzić, że dystans do siebie, widoczny w kilku miejscach w dzienniku, świadczy o świadomości Dąbrowskiej, iż jej zapisy są przeznaczone dla odbiorcy innego niż ona sama:

Ale serce tak mi dokuczało, że na czystej odwrotnej stronie listu od Kazi napisałam ołówkiem szkic mojej ostatniej woli – Przewiduję, że umrę na udar (o ile nie od końca świata), tak że właściwie powinnam być bez ustanku gotowa – Rano dopiero koło południa, zrobiło mi się lepiej i odrazu odzyskałam dobry humor. Pogoda ciemna mroźna – zapowiadają śnieg –[8] [2 IV 1963]

Bardzo często w zapisach powojennych (po roku 1945, przedtem zupełnie wyjątkowo, na przykład w roku 1922 jako przekazanie opowieści gościa) pojawia się dialog, który Dąbrowska rekonstruuje jako zapis swojej rozmowy z kimś albo rozmowy między osobami trzecimi. Znamienne, że język tych dialogów jest zróżnicowany; autorka nie tylko oddaje cechy charakterystyczne języka rozmówców (w dialogach pojawia się zarówno język pisarzy – trzeźwych i pijanych, działaczy partyjnych, rodziny i przyjaciół autorki, jak i język „zwykłych ludzi” – kierowców, służących, robotników itp.), lecz także stosuje elementy różnych stylów w partiach ściśle narracyjnych.

Tę właściwość języka Dzienników Dąbrowskiej należy rozpatrywać w dwu aspektach. Przede wszystkim język opisów wydarzeń życia codziennego zmienia się z upływem lat i – można to tak ująć – staje coraz bardziej codzienny, choć staranny. To zapewne wynik „dojrzewania językowego” autorki i – jak należy sądzić – świadomej pracy nad zapisywanym tekstem. Spontaniczny pozostaje tylko – jak się wydaje – sposób zapisu dotyczący takich spraw jak codzienny jadłospis czy przyjmowanie lekarstw. Ale już emocjonalny opis relacji między autorką a Anną Kowalską i jej córką czy skargi na zachowanie obu pań wymagałyby dokładniejszej analizy, gdyż choć przy pierwszym czytaniu robią wrażenie zapisów spontanicznych i niekomponowanych językowo, to nie można tu wykluczyć świadomego doboru środków językowych.

Z drugiej strony należy odróżnić język notatek o wydarzeniach codziennych od języka fragmentów dotyczących rozważań społecznych i światopoglądowo-filozoficznych. W wypadku tych ostatnich pojawiają się elementy stylu publicystycznego lub naukowego, w zależności od tematyki zapisu. Należy też wspomnieć o rzadkich co prawda fragmentach pisanych stylem podniosłym, dotyczących spraw najistotniejszych w życiu społecznym czy osobistym.

Pora ukazać na przykładach to bogactwo odmian językowych i stylistycznych, zawarte – a w większości z pewnością świadomie wypracowane – w Dziennikach Marii Dąbrowskiej. Należy się bowiem zgodzić z sądem Tadeusza Drewnowskiego o kunszcie językowym tego dzieła. Można do tego dodać kształtowanie się i rozwijanie polszczyzny autorki aż do osiągnięcia na kartach dziennika formy języka godnej polecenia. I mimo tego, że – jak napiszę dalej – jest tu sporo elementów dziś przestarzałych, to z całą pewnością można ten język nazwać polszczyzną spolegliwą w znaczeniu, które odświeżył w polszczyźnie Tadeusz Kotarbiński – a więc polszczyzną godną zaufania, taką, na której wartości można polegać.

Język zasadniczych, narracyjnych partii dziennika należy określić jako staranną polszczyznę codzienną. Jak wspomniałem, język ten zmienia się z biegiem lat. W początkowych rocznikach Dąbrowska pisze dość skrótowo (liczne są równoważniki zdań i zdania pojedyncze) o wydarzeniach zewnętrznych, używając polszczyzny codziennej, chciałoby się powiedzieć nienacechowanej, ale już potoczystej. Tam, gdzie snuje rozważania ogólniejsze – na tematy społeczne czy też osobiste – widać elementy polszczyzny jeszcze dość uwikłanej w manierę przedwojenną (sprzed pierwszej wojny światowej). Przykładem mogą być zapisy z roku 1921:

W wilię N.Roku nie wychodziliśmy nigdzie, ponieważ byłam chora. Jadzia z Marianem palili świeczki na choince, ja miałam gorączkę. Nikt mi nie był bliski i dusza moja była w niezmiernej głębi. Zasnęłam w bezbrzeżnie smutnym poczuciu tej głębokiej obojętności miłosnej, która mnie odpycha od Mariana, od tego czarującego Mariana, do którego wyciąga się tyle rąk, tyle serc i który mówi żartami straszną prawdę, że jest we mnie nieszczęśliwie zakochany. A przecież to jest człowiek mnie najbliższy i ze wszystkich w życiu najpewniejszy przyjaciel. Zdaje mi się, że życie nasze, stworzone do niespodzianek i natchnienia bezwiednie poddaliśmy zanadto rytuałom. Trza zgruntować, znurtować ten proces duchowy, który się we mnie pod tym względem dokonał, przejść nad nim do porządku, jeśli to jest fanaberia nerwów, lub zgoła odmienić życie. O dwunastej w nocy obudziły mnie salwy noworoczne żołnierzy. Odczułam tę chwilę przebudzenia w samo mgnienie Nowego Roku, jako strumień niezwykłej, ożywczej radości i Rok nadchodzący, jako rok Wiosny. Modliłam się do pana Boga, żeby mi dał znowu żartkość młodości, żebym się upajała każdą godziną życia i każdym miejscem ziemi jak podarowanym mi cudem. [2 I 1921]

Mamy pogodę wiosenną. Działa to na mnie zawsze jak najwytrawniejsze wino. W sobotę 29.I żegnaliśmy pana Bolesława Giliczyńskiego, który nie chciał być dłużej w naszym Urzędzie, ponieważ jak mówi, rząd nasz nie ma żadnej wyraźnej linii politycznej ani gospodarczej w sprawach agrarnych i nie wie czego chce, a on nie ma możności wpływać na te rzeczy. Żegnaliśmy go w naszym dawnym biurze, w „domku pani Grabowskiej”, gdzie mieści się teraz Warszawski Urząd Ziemski. Było bardziej niż miło. P. Staniszewski mój towarzysz drugiej już pożegnalnej kolacji, przemiły. Flirt. Polonez do kolacji, wejście do białej świetlicy, kolacja więcej niż skromna i to właśnie bardzo przyjemne. Szczere przemówienia. P. Giliczyński wypowiada serce. Wtargnięcie „Włochów” z Nalewek i ich trzy włoskie pieśni. O sole mio. Wracam z pp. Staniszewskim, Giliczyńskim i Okołowiczem.

W niedzielę następnego dnia byliśmy u Poniatowskich. Był tam również p. Kopczyński (podobny jest do Mierosławskiego); który jak się okazuje jest kolegą p. Juliusza z uniwersytetu krakowskiego. Były siostry Zośki. Ewę Grażewiczową przy tej okazji dopiero poznałam i to już wychodziła, jakeśmy przyszli. Zdążyłam stwierdzić, że jest urocza i podobna do zabitego pana Michała. Ah, jak u nich jest miło. P. Juliusz miły i prosty, nic nie stracił w swojej skórze ministra. Mieszkają w ministerstwie rolnictwa, ale bardzo skromnie, bo reprezentacyjna część ministerstwa jeszcze nie urządzona. Od Poniatowskich do Wacków, gdzie były pączki. Z wyjątkiem chwili wspomnień mariampolskich Wandy, które były rozkoszne, nudziłam się okropnie. Byłam zresztą niewyspana po wczorajszym wieczorze i cała tonęłam w marzeniach. 31 stycznia p. Bolesław ostatni raz był w biurze. Mój telefon... Mam b. dużo pracy. Nie wiem czy podołam. Serce mi bardzo dokucza. [2 II 1921]

W latach trzydziestych język zapisów nieco się zmienia. Z jednej strony w opisach wydarzeń niezwykłych staje się wypracowanym językiem literackim, z drugiej – w opisach wydarzeń i reakcji na wydarzenia codzienne zawiera elementy potoczne. Można to interpretować tak, że autorka dziennika na tyle dobrze czuła się jako osoba zawodowo parająca się piórem, że w notatkach osobistych mogła się zdobyć na używanie określeń potocznych, a nawet pospolitych. Porównajmy dwa fragmenty dziennika z roku 1934:

Poniedziałek. W sobotę w południe przyznano mi państwową nagrodę literacką. Wcale się jej w tym roku właśnie nie spodziewałam i nawet nie wiedziałam, że tego dnia odbywa się jury. Byłam rano na ślizgawce i stłukłam sobie kolano. Potem w mieście załatwiłam sprawunki i wracałam z myślą, żeby wyjąć telefon i skończyć tego dnia bardzo trudny 13 rozdział. Ku mojemu zdumieniu i zupełnemu osłupieniu zastałam w domu fotografów i dziennikarzy, którzy przypuścili do oszołomionej taki szturm, że nawet się nie spostrzegłam jak zoperowali mnie i uzyskali wywiady, przed któremi cały rok się broniłam. Stach potem bardzo się na mnie gniewał, tak że nawet wpadłam w rozpacz, ale zdaje mi się, że on nie ma słuszności. Nie znoszę wywiadów, choruję po nich poprostu, nie odpowiadam za nic, co popiszą, ale stawiam się w położenie tych ludzi, którzy w ten sposób jak umieją pełnią swoją powinność – dla których zwłaszcza w takiej okazji to jest kwestja ich dziennikarskiego honoru [...]. Rano przebyłam moment przeczytania ogłoszonych wywiadów jak moment choroby. Ale okazały się stosunkowo możliwie przyzwoite, tak że nawet Stach zmiękł. Potem znów telefony, trochę kwiatów, depesza od Zdziechowskich – ludzie są dla mnie b. dobrzy [...]. We wszystkich pismach moje fotografje, artykuły, niektóre bardzo gorące, albo wzmianki chłodne (Robotnik i Kur.Warsz.) Nagrodę przyznano mi jednomyślnie, wszyscy członkowie jury postawili moją kandydaturę. Zastanawiam się, jakie motywy pchnęły do tego Kadena i mam co do tego dwie hipotezy. Cieszę się, ale jestem podsnuta niepokojem, ponieważ Hela ma mieć jutro operację i napisała taki smutny list, wprost ze łzami. [1 I 1934]

Nad wieczorem Janowa (stróżka) postawiła mi bańki. Potem wzięłam cryogénine, w nocy spotniałam jak mysz i dziś czułam się cały dzień już prawie zdrowa (z wyjątkiem uszu), ale wieczorem znów dostałam temperatury [...]. W Gazecie Polskiej dziś plugawe gęby Pierackiego i Michałowskiego. Nic nie byłoby dziwnem zobaczyć te facjaty w rubryce policyjnej, w albumie najgorszych mętów. Przemówienie Michałowskiego plugawe moralnie jak gęba – mimo wielu pozorów słuszności. Prócz tego w tejże gazecie aż w dwu miejscach radość z powodu secesyjnego nastroju młodzieży N.D. A przecież ten secesyjny nastrój, toć hitleryzm najczystszej wody. Tak więc wszystkie te źródła – komunizm, faszyzm, hitleryzm, obwiepol i bebeizm – są istotnym objawem jednego i tego samego nieuchronnego najścia barbarzyństwa z rządami kliki. Świat na to, niestety, zasługuje. [8 II 1934]

W pierwszym fragmencie znajdujemy takie określenia, jak: ku mojemu zdumieniu i zupełnemu osłupieniu; przypuścili do oszołomionej taki szturm; nawet się nie spostrzegłam; zoperowali mnie i uzyskali wywiady; zastanawiam się, jakie motywy pchnęły do tego Kadena i mam co do tego dwie hipotezy, pochodzące ze starannej polszczyzny pisanej. W drugiej notatce rzucają się w oczy sformułowania potoczne (w nocy spotniałam jak mysz, rządy klik) i pospolite na granicy wulgarności (plugawe gęby, facjaty, najgorsze męty). Należy sądzić, że wszystkie wymienione środki językowe zostały użyte celowo, z pełną świadomością ich wartości stylistycznej.

Swoistym „cofnięciem się” językowo-stylistycznym autorki jest styl notatek z okresu okupacji hitlerowskiej. Tu Dąbrowska wraca do zapisów skrótowych (językowo często przyjmujących formę równoważników zdań), czasem aż zaszyfrowanych tak, że sama – jak przyznaje przy przepisywaniu notatek okupacyjnych – nie mogła po wojnie zrozumieć, o jakie wydarzenia chodziło. Taki styl jest całkowicie zrozumiały i adekwatny do sytuacji, w której zapisy powstawały; względy bezpieczeństwa determinowały językowy kształt dziennika. Przekształcił się on w rejestr stanu pogody i opis codziennych czynności, z rzadka uzupełnianych informacjami o stanie psychicznym autorki:

Niedziela. Na dworze odwilż – Nie wychodzę wcale z domu. Obiad w domu. W dalszym ciągu strasznie melancholizuję – O 5-tej przyszła Wandeczka i trochę mnie pocieszyła – [4 I 1942]

Poniedziałek. Na dworze zupełna odwilż – Rano u dentystki. W domu – Na obiedzie – Popołudniu przyszedł Malczewski – Wysyłam list do Anny – Byłam w księgarni i w Ziemiańskiej z p. Nikodemskim – W dalszym ciągu szalenie melancholizuję – [5 I 1942]

Wtorek. Do południa w domu – Na obiedzie. Stamtąd do p. Zofji Nałk. W domu. Przyszła p. Rajska, potem pani Pasławska – która została na kolacji. Na dworze rano odwilż, pochmurno, potem przejaśnia się i bierze lekki mróz – [6 I 1942]

Środa. Rano w domu przygotowuję jutrzejsze pranie – Na obiedzie – W domu cerowanie i reperacje przed praniem. Wieczorem o siódmej zgasili nam światło. Borykaliśmy się przy świeczkach i lampce naftowej do wpół do jedenastej. O wpół do jedenastej światło znów przywrócili – [7 I 1942]

Czwartek. Rano u lekarza – spotkanie z Nałkowską. Na dworze mróz – sadź – pięknie. Pijemy z nią kawę w cukierence Fuchsa – potem idziemy piechotą – do Wróbla, gdzie znów pijemy herbatę z ciastkami. Potem już aż do wieczora w domu, gdzie odbywa się pranie – dzięki czemu, obiad jedliśmy w domu.

[na marginesie ołówkiem:] Zastrzyki tyfusu plam. [8 I 1942]

Piątek. Cały dzień nie wychodzę z domu – Cała w rozmysłach i marnem samopoczuciu – Obiad jemy w domu – Popołudniu p. Małynicz na czarnej kawie – Na dworze 5 mrozu i cały dzień śnieg pada. [9 I 1942]

Sobota. Pięć stopni mrozu, pogoda lekko pochmurna – Rano w Urzędzie Skarbowym płacę ratę podatku – W domu. W „Społem”. W księgarni – na poczcie – wysyłam moje książki do Anny – Na obiedzie – Popołudniu w domu – w stanie coraz się pogarszającej dezorganizacji duchowej – Któż mnie z rozbicia pozbiera – ja sama już nie mogę – Dopiero wieczorem po czarnej kawie – usiłuję się nieco zabrać do pracy – ale serce wali – wspomnienia lube się cisną – rozpacz wzbiera. [10 I 1942]

Pierwsze lata powojenne nie przynoszą jeszcze powrotu do rozbudowanych zapisów ani do dopracowanego literacko języka Dzienników.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kultura języka polskiego Polszczyzna spolegliwa Trzy po 33 Wszystko zależy od przyimka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów Na drugie Stanisław