Piketty i co dalej?

Piketty i co dalej?

Autorzy: Heather Boushey J. Bradford DeLong Marshall Steinbaum

Wydawnictwo: DW PWN

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 42.60 zł

Książka jest pracą zbiorową odnoszącą się do jednej z najgłośniejszych w ostatnich latach publikacji „Kapitał w XXI wieku”, której autorem jest francuski ekonomista Thomas Piketty. Międzynarodowy sukces dzieła sprawił, że miało ono ogromny wpływ na sposób myślenia o gospodarce i kapitalizmie. Autorzy „Piketty i co dalej?” szczegółowo ustosunkowują się do książki Piketty’ego i do występujących w niej luk badawczych, zarazem wskazując na kierunki dalszych niezbędnych badań.

Praca powstała pod redakcją: Heathera Bousheya, dyrektora i głównego ekonomisty Washington Center for Equitable Growth, J. Bradforda DeLonga, profesora z University of California w Berkeley oraz Marshalla Steinbauma, członka Roosevelt Institute.

Wśród autorów są światowej sławy ekonomiści: Arthur Goldhammer, Robert M. Solow, Paul Krugman, Devesh Raval, Suresh Naidu, Daina Ramey Berry, Eric R. Nielsen, Laura Tyson, Michael Spence, David Weil, Branko Milanovic, Christoph Lakner, Gareth A. Jones, Emmanuel Saez, Mariacristina De Nardi, Giulio Fella, Fang Yang, Heather Boushey, Mark Zandi, Salvatore Morelli, Marshall I. Steinbaum, David Singh Grewal, Ellora Derenoncourt, Elisabeth Jacobs oraz sam Thomas Piketty.

Przekład:

Bartosz Sałbut

Rozdziały 1 – 11

Robert Mitoraj

Rozdziały 12 – 18, 20

Michał Filipczuk

Rozdziały 19, 21, 22

Dane oryginału

After Piketty: The Agenda for Economics and Inequality

Heather Boushey, J. Bradford DeLong, Marshall Steinbaum

Projekt okładki i stron tytułowych

Piotr Fedorczyk

Wydawca

Dorota Siudowska-Mieszkowska

Koordynator ds. redakcji

Renata Ziółkowska

Redaktor

Jolanta Świetlikowska

Koordynator produkcji

Mariola Iwona Keppel

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN

Angelika Duchnik / Woblink

Partnerem publikacji jest Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty. Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl.

Polska Izba Książki

Copyright © by Wydawnictwo Naukowe PWN SA, Warszawa 2018

Copyright © 2017 by the President and Fellows of Harvard College

All rights reserved

Printed in the United States of America

ISBN: 978-83-01-20226-2

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2018 r., (wyd. I)

Warszawa 2018

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

tel. 22 69 54 321, faks 22 69 54 288

infolinia 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl; reklama@pwn.pl

www.pwn.pl

Spis treści

Wprowadzenie. Kapitał w XXI wieku, trzy lata później.

J. Bradford Delong, Heather Boushey, Marshall Steinbaum

Część I. Odbiór Rozdział 1. Fenomen Piketty’ego.

Arthur Goldhammer

Rozdział 2. Thomas Piketty ma rację.

Robert M. Solow

Rozdział 3. Dlaczego żyjemy w nowej epoce pozłacanej.

Paul Krugman

Część II. Różne ujęcia kapitału Rozdział 4. Co jest nie tak z modelem przedstawionym w Kapitale w XXI wieku?.

Devesh Raval

Rozdział 5. W/Y przez pryzmat ekonomii politycznej.

Suresh Naidu

Rozdział 6. Wszechobecność kapitału niewolniczego.

Daina Ramey Berry

Rozdział 7. Kapitał ludzki i bogactwo przed i po publikacji Kapitału w XXI wieku.

Eric R. Nielsen

Rozdział 8. Wpływ technologii na nierówności dochodowe i majątkowe.

Laura Tyson, Michael Spence

Rozdział 9. Nierówności dochodów, kształtowanie poziomu płac i spękany rynek pracy .

David Weil

Część III. Różne wymiary nierówności Rozdział 10. Rosnący udział dochodów z kapitału w dochodzie narodowym i wpływ tego zjawiska na nierówności w obszarze dochodów osobistych.

Branko Milanovic

Rozdział 11. Nierówności w skali globalnej.

Christoph Lakner

Rozdział 12. Geografie Kapitału w XXI wieku: nierówność, ekonomia polityczna i przestrzeń.

Gareth A. Jones

Rozdział 13. Program badań po Kapitale w XXI wieku.

Emmanuel Saez

Rozdział 14. Makroekonomiczne modele nierówności majątkowych.

Mariacristina De Nardi, Giulio Fella, Fang Yang

Rozdział 15. Feministyczna interpretacja kapitalizmu patrymonialnego.

Heather Boushey

Rozdział 16. Co rosnące nierówności oznaczają dla makroekonomii?.

Mark Zandi

Rozdział 17. Wzrastające nierówności a stabilność gospodarcza.

Salvatore Morelli

Część IV. Ekonomia polityczna kapitału i kapitalizmu Rozdział 18. Nierówności a rozwój socjaldemokracji: historia ideologiczna.

Marshall I. Steinbaum

Rozdział 19. Legalistyczna konstytucja kapitalizmu.

David Singh Grewal

Rozdział 20. Historyczne źródła globalnej nierówności.

Ellora Derenoncourt

Rozdział 21. Wszędzie i nigdzie: polityka w Kapitale w XXI wieku.

Elisabeth Jacobs

Część V. Piketty odpowiada Rozdział 22. W stronę pogodzenia ekonomii z naukami społecznymi. Lekcja Kapitału w XXI wieku.

Thomas Piketty

Podziękowania

Przypisy

Wprowadzenie.

Kapitał w XXI wieku, trzy lata później

J. Bradford Delong, Heather Boushey, Marshall Steinbaum

Kapitał w XXI wieku autorstwa Thomasa Piketty’ego, który to tytuł będziemy skracać do K21, okazał się wielkim bestsellerem i prawdziwym zaskoczeniem dla wszystkich.

Olbrzymie rzesze odbiorców tego tekstu najlepiej świadczą o tym, jak wielu z nas pilnie pragnie wziąć udział w debacie dotyczącej drugiego wieku pozłacanego, która zapanowała na szeroko pojętej światowej Północy1. Art Goldhammer, tłumacz książki na język angielski, pisze w rozdziale pierwszym, że na całym świecie sprzedano już 2,2 miliona egzemplarzy K21 w trzydziestu językach. Te 2,2 miliona egzemplarzy z pewnością nie przejdzie bez echa. Powinny one spowodować, że duch naszej epoki przejdzie do nowego, innego wymiaru – po Pikettym wszelka publiczno-intelektualna debata nad nierównościami, polityką gospodarczą i zrównoważonym wzrostem gospodarczym powinna koncentrować się na innych aspektach.

Nie można jednak zapominać o oddziaływaniu przeciwstawnych sił socjopolitycznych. Na projekt Piketty’ego można spojrzeć między innymi z następującej perspektywy: w jego mniemaniu typowa uprzemysłowiona gospodarka charakteryzująca się niskim stopniem nierówności przypomina powojenny trzydziestoletni okres wspaniałego rozwoju gospodarczego we Francji de Gaulle’a, a typowa gospodarka przemysłowa charakteryzująca się wysokim stopniem nierówności przypomina okres francuskiej Trzeciej Republiki, czyli belle époque z lat 1870–1914. Za czasów Trzeciej Republiki w polityce panował przede wszystkim duch radykalnego egalitaryzmu (przynajmniej wśród mężczyzn, będących obywatelami francuskimi), który stał w jawnej kontrze do autorytaryzmu, szczególnie autorytaryzmu religijnego, w sferze ideologii. Mimo to panowała tam również radykalna tolerancja dla ochrony i powiększania majątków, kładziono tam wręcz na to nacisk. Wszyscy, którzy albo coś mieli, albo mieć chcieli – czy to sklep lub warsztat, winnicę, kamienicę czynszową, fabrykę czy ziemię – byli braćmi, których majątek należało chronić przed zakusami obcych z zawistnej i skłaniającej się ku socjalizmowi klasy robotniczej.

U podłoża książki Piketty’ego legło przekonanie, że ten sam model kulturowo-ideologiczno-gospodarczo-polityczny – zgodnie z którym ludzie posiadający jakikolwiek majątek trzymają się razem, by chronić się przed wszelkimi zagrożeniami dla tegoż majątku lub jego rentowności – zdominuje politykę gospodarczą XXI wieku, przynajmniej w obszarze północnoatlantyckim. Zdaniem Piketty’ego kierunek ten uruchomi siły, dzięki którym stopy wypracowywanych zysków będą na tyle wysokie, by ostatecznie doprowadzić do prognozowanej przez niego plutokracji.

Dwa lata temu my, redaktorzy, skomentowalibyśmy to tak: „może tak, a może nie”, jednak wyniki wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych z 2016 roku zdają się potwierdzać słuszność poglądów francuskiego ekonomisty. Nie grozi nam raczej powtórka z dominacji posiadania, którą znamy z francuskiej belle époque z lat 1870–1914, czyli z okresu Trzeciej Republiki, z pewnością jednak powielamy dzisiaj wiele charakterystycznych cech z tamtych lat.

Należy koniecznie podkreślić, że Donald Trump zwyciężył w 2016 roku nie dzięki temu, że zebrał więcej głosów, ale dzięki Kolegium Elektorów. Natomiast faktem jest, że Trump dostał mnóstwo głosów. Zebrał je między innymi w miejscach, w których historycznie popierano demokratów, ale które w ostatnich latach miały skrajne trudności ekonomiczne. Do tego Hilary Clinton nie zyskała takiej przewagi wśród wyborców młodych i mniejszości rasowych, jaką cieszył się Barack Obama. Warto pamiętać, że te grupy społeczne od zawsze zmagają się z najwyższym odsetkiem bezrobocia i to pomimo rekordowo wysokiego zadłużenia z tytułu kredytów studenckich, które miały gwarantować stabilność na rynku pracy. Naszym zdaniem dzięki zwycięstwu Trumpa w wyborach prezydenckich kreślony przez Piketty’ego obraz sytuacji polityczno-gospodarczej uległ istotnemu wzmocnieniu.

Dlatego też uważamy, że dzisiaj nasza książka jest jeszcze bardziej doniosła. Dlatego zebraliśmy teksty naszych autorów i dokonaliśmy ich redakcji, by zwrócić uwagę na to, co naszym zdaniem powinno być przedmiotem badań i analiz ekonomistów. Niech nasza książka będzie dla nich przewodnikiem po tym, co istotne.

Poza ekonomią

Obserwujemy, jak dużego zamieszania książka Piketty’ego narobiła w naukach społecznych innych niż ekonomia. Autor K21 odniósł istotny triumf intelektualny – jego dzieło kształtuje dzisiaj debatę politologiczną, socjologiczną i polityczno-gospodarczą. Naukowcy z pozostałych dziedzin społecznych rozumieją doniosłość argumentów Piketty’ego na prawdopodobieństwo wzrostu poziomu nierówności oraz potencjalne skutki tego zjawiska.

Na czym polega zatem ten wpływ na historyków, socjologów, politologów i innych przedstawicieli nauk społecznych? Co być może paradoksalne, naszym zdaniem najlepszym podsumowaniem wpływu tego dzieła na nauki społeczne inne niż ekonomia jest tekst napisany przez ekonomistę: Paula Krugmana. W rozdziale trzecim tej książki Krugman zauważa, że ostatnia historyczna epoka wielkich nierówności – pierwsza epoka pozłacana – dowiodła, iż nierówności na tak dużą skalę doskonale da się pogodzić z założeniami radykalnej demokracji (czyli demokracji białych mężczyzn). Krugman pisze, że wówczas, tak samo jak teraz, „wielki majątek pozwalał kupić wielkie wpływy – oddziaływanie zarówno na decyzje polityczne, jak i na kierunki debaty publicznej”. Tekst tego wprowadzenia powstaje w grudniu 2016 roku, więc mamy właśnie okazję obserwować formowanie nowego amerykańskiego rządu, złożonego z ludzi bogatszych niż kiedykolwiek wcześniej. Nie chodzi wyłącznie o to, że pieniądze zapewniły tym ludziom megafon wzmacniający głos warstwy najzamożniejszej zarówno w kuluarach władzy, jak i w przestrzeni publicznej. Te same pieniądze spowodowały powstanie socjologicznego mechanizmu naśladowania, dotyczącego tego, jakie cechy kwalifikują kogoś do zajmowania wysokich stanowisk, a także tego, czyje interesy powinni reprezentować najwyżsi rangą urzędnicy państwowi.

Krugman dostrzega – naszym zdaniem zupełnie słusznie – istotne podobieństwa między niegdysiejszymi mechanizmami powstawania nierówności ekonomicznych a dzisiejszymi nurtami obserwowanymi w socjologii i polityce. Jego zdaniem, jeśli można mówić tu o jakiejś różnicy, to dzisiaj mechanizmy te są jeszcze silniejsze. Można pomyśleć, że kierunki zmian socjologicznych i politycznych stanowią reakcję nie na to, czym nierówności są dzisiaj, lecz na to, jak ludzie postrzegają nierówności starsze, te, których doświadczało poprzednie pokolenie: „Ciekawym aspektem realiów amerykańskich jest to, że jeśli już, to polityczny obraz nierówności zdaje się wyprzedzać rzeczywistość. […] obecnie amerykańskie elity ekonomiczne zawdzięczają swój status głównie dochodom z pracy, a nie dochodom z kapitału. Niemniej jednak konserwatywna retoryka ekonomiczna już dziś kładzie nacisk na kapitał. […] Czasami można odnieść wrażenie, że duża część naszej klasy politycznej aktywnie stara się przywrócić patrymonialny kapitalizm opisany przez Piketty’ego”.

Wnioski Krugmana znajdują potwierdzenie w wynikach wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych z 2016 roku. Naszym zdaniem to rzecz niesamowita, że kandydat o tak niewielkiej wiedzy na temat rządzenia krajem i dysponujący zerowym doświadczeniem w administracji publicznej mógł otrzymać tak dużo głosów wyłącznie na podstawie wizerunku człowieka, który nie owija w bawełnę. Mówimy tu o człowieku, który odwoływał się do najniższych pobudek szarych obywateli, który między innymi obiecywał popierać ich interesy kosztem interesów elit profesjonalnych i biznesowych, a także powstrzymać imigrantów i członków mniejszości, którzy jego zdaniem dostają wiele „bez kolejki”. Zdecydowana większość ekonomistów potępiła jego kandydaturę, ale jego wyborcy odrzucili autorytet ekspertów (z ekonomii i innych dziedzin), uznając, że ich poglądy nie są dobre dla gospodarki. Przez ostatnie cztery dekady Stany Zjednoczone – w imię wzmacniania wzrostu gospodarczego – zdecydowanie ograniczały efektywną stopę opodatkowania najbogatszych, osłabiały pozycję związków zawodowych, odbierając tym samym kartę przetargową klasie pracującej, a także istotnie zwiększyły poziom wykształcenia pracowników. Ta polityka przyniosła efekt w postaci wolno rozwijającego się kraju o wysokim stopniu nierówności ekonomicznych, w którym wyborcy byli gotowi poprzeć gniewny protofaszystowski populizm. Wcześniej można było uznawać książkę Piketty’ego za niesmacznie radykalną, dzisiaj należy ją uważać za konieczny głos w dyskusji.

Socjologowie, historycy, politolodzy zaczynają w zdrowy i produktywny sposób mierzyć się z tymi pytaniami. Naszym zdaniem K21 wywołał spore, bardzo potrzebne zamieszanie.

Ekonomia

Odnosimy też wrażenie, że reakcja ekonomistów na tę książkę jest już mniej zdrowa. Wykłady i seminaria Piketty’ego z zakresu ekonomii ściągają olbrzymie tłumy, za to sami ekonomiści jakoś nie garną się do poważniejszego odnoszenia się do problemów poruszonych przez Francuza w K21. Kapitał w XXI wieku nie wywarł dotychczas odpowiednio dużego wpływu na badania ekonomiczne i politykę gospodarczą, a przynajmniej nie taki, jaki naszym zdaniem – zdaniem fanów tej książki – wywrzeć powinien.

Dlaczego uważamy, że powinien? Ponieważ zgadzamy się z Robertem Solowem, który w rozdziale drugim napisał, że jest to bardzo poważna rozprawa. Ekonomiści znajdą w niej sporo problemów wartych poruszenia. Z jednego z faktów Kaldora wynika, że w połowie XX wieku nierówność – przynajmniej ta wynikająca ze zmian udziałów czynników kapitału w dochodzie – przestała być istotną zmienną ekonomiczną i już nigdy miała tego statusu nie odzyskać. Dzisiaj okazuje się, że ten fakt Kaldora w ogóle nie jest faktem, a raczej przejściową prawidłowością historyczną, która zdążyła już zaniknąć. Fakt Kuznetsa głosił zaś, że wszystkie lub niemal wszystkie gospodarki przeszły lub przejdą epokę przemysłową, w której dochodzi do nasilenia nierówności, a następnie weszły lub wejdą w socjaldemokratyczną epokę masowej konsumpcji, w której nierówności maleją i ulegają stabilizacji. To również okazało się nie faktem, a jedynie przejściową prawidłowością historyczną. Skoro te dwa fakty nie są faktami, Solow postuluje, aby ekonomia i ekonomiści podeszli do K21 z powagą, na którą to dzieło zasługuje. Jego wezwanie w dużej mierze przyczyniło się do tego, że postanowiliśmy stworzyć tę książkę. Pozostała część naszej motywacji wynika z braku optymalnej reakcji ekonomistów i ekonomii jako takiej.

Twierdzenia Piketty’ego

W związku z tym postanowiliśmy sformułować następujące pytania: Jakim sposobem Piketty rozwinął nasze dotychczasowe postrzeganie ekonomii? Jakie kolejne kroki w badaniach ekonomicznych należy wykonać w związku z twierdzeniami Piketty’ego? Aby na te pytania odpowiedzieć, musimy najpierw doprecyzować, co takiego mówi nam Piketty w swoim K21. Naszym zdaniem francuski ekonomista zawarł w swoim bestsellerze pięć głównych twierdzeń:

Powojenna epoka socjaldemokratyczna w krajach Północy (powiedzmy, że przypadająca na lata 1945–1980) upłynęła pod znakiem gospodarki przemysłowej o względnie egalitarnym charakterze (oczywiście o ile mówimy o obywatelach danego kraju płci męskiej). W tych gospodarkach ograniczono względne różnice dochodów; dążono do zamykania historycznie uwarunkowanych luk rasowych w odniesieniu do zamożności, dochodu i zatrudnienia; polityczna siła nacisku była równomiernie rozłożona w całej populacji. W tych gospodarkach dążenia klasy najzamożniejszej do kształtowania polityki kraju oraz jego struktury gospodarczej były trzymane w ryzach, choć nie były neutralizowane.

Prawidłowość w postaci epoki socjaldemokratycznej stanowiła nietrwałą anomalię historyczną. W przeciwieństwie do wielu innych naukowców Piketty jest zdania, że utworzenie socjalnego państwa opiekuńczego stanowiło skutek malejących wpływów elit plutokratycznych. Jego zdaniem zmniejszające się nierówności ekonomiczne (mierzone już po opodatkowaniu) były efektem wojen oraz wprowadzenia progresywnej skali podatkowej, nie wynikały zaś z wprowadzenia ubezpieczeń społecznych, standardów ochrony pracowników oraz rozwiązań socjalnych, tworzonych na przełomie XIX i XX wieku. Skoro skutkujące destrukcją kapitału wojny stanowiły anomalię, to anomalią był również okres niewielkich nierówności.

Piketty podkreśla, że epokę socjaldemokratyczną poprzedzała belle époque, który to okres był w Ameryce nazywany pierwszą epoką pozłacaną. W tym czasie dominującą rolę odgrywały klasy najzamożniejsze, zwłaszcza te z wielopokoleniowymi majątkami, które rościły sobie prawo do kształtowania kierunków polityki kraju oraz jego podejścia do gospodarki. W tamtej epoce względne różnice dochodów, a w jeszcze większym stopniu względne różnice w zamożności, osiągnęły wartości skrajne.

Obecnie żyjemy w epoce, która zdaje się mieć charakter przejściowy. Koncentracja majątku wróciła właśnie do szczytowego poziomu z początku XX wieku, ale Piketty podkreśla, że nawet 1 procent najbogatszych większość swoich dochodów uzyskuje z pracy, a nie z kapitału2. Piketty zwraca również uwagę, że od 2000 roku gwałtownie rosną nierówności dochodów z kapitału, za to względnie stabilne pozostają nierówności dochodów z pracy3. Jak na razie nie można jeszcze mówić, że „przeszłość […] pochłania przyszłość”, ale powoli się do tego stanu zbliżamy4.

Potężne siły generowane przez swoisty charakter zamożności powodują, że najprawdopodobniej zmierzamy właśnie ku drugiej epoce pozłacanej, kolejnej belle époque, w której znów dominującą rolę w kształtowaniu życia politycznego i gospodarczego kraju odgrywać będą ludzie zamożni, w szczególności ci bogaci od pokoleń. Różnice dotyczące względnych dochodów, a w jeszcze większym stopniu względnej zamożności, znów wrócą na skrajne poziomy. Zgodnie z tą wizją dostęp do najnowocześniejszych zdobyczy medycyny i edukacji przestaje być powszechny, a to będzie oznaczać, że proces zbliżania się do siebie poziomu życia różnych grup społecznych i pojedynczych ludzi zostanie zatrzymany, a może nawet odwrócony.

Struktura argumentacji Piketty’ego

Podstawowy argument formułowany przez Piketty’ego w tych pięciu twierdzeniach można dość ogólnie rozpisać na siedem kroków analitycznych:

Poziom współczynnika bogactwa do rocznego dochodu narodowego będzie rósł (lub malał) w stopniu równym oszczędnościom netto i stopie gromadzenia tychże oszczędności, podzielonym przez stopę wzrostu.

Czas i możliwości w nieunikniony sposób prowadzą do koncentracji majątku w rękach względnie małej grupy ludzi – nazwijmy ich „najbogatszymi”. Społeczeństwo, w którym współczynnik bogactwa do rocznego dochodu jest wysoki, będzie społeczeństwem o skrajnie nierównym podziale zamożności.

Społeczeństwo charakteryzujące się skrajnie nierównym podziałem zamożności będzie się także odznaczać skrajnie nierównym podziałem dochodów, ponieważ to najbogatsi będą w taki sposób kierować polityką gospodarczą oraz innymi czynnikami, aby utrzymywać stopę zysku na przyzwoicie wysokim poziomie – będą dążyć do uniknięcia sytuacji, którą John Maynard Keynes określił mianem eutanazji rentiera5.

Społeczeństwo odznaczające się skrajnie nierównym podziałem zamożności i dochodu będzie społeczeństwem, w którym – z czasem – kontrola nad majątkiem sprowadzi się do procesu dziedziczenia. Będziemy zatem mieli do czynienia z „dziedzicokracją”.

Społeczeństwo, w którym bogactwo, a zwłaszcza majątki przekazywane z pokolenia na pokolenie, stanowią główny człon gospodarki, będzie społeczeństwem, w którym najbogatsi będą mieli bardzo duże wpływy gospodarcze, polityczne i społecznokulturowe. Pod wieloma względami nie będzie to społeczeństwo przyjemne.

W XX wieku obserwowaliśmy (a) wyjątkowo dynamiczny wzrost gospodarczy, wygenerowany dzięki siłom drugiej rewolucji przemysłowej, opisanej przez Roberta Gordona. Ta wyjątkowa dynamika wzrostu gospodarczego wynikała również ze skutecznego dążenia gospodarek światowej Północy do osiągnięcia poziomu wyznaczonego koniunkturą gospodarczą w Stanach Zjednoczonych. W XX wieku mieliśmy też do czynienia z (b) wojnami, rewolucjami, ogólnym chaosem, nasileniem się nurtów socjalistycznych i wprowadzaniem progresywnego podejścia do opodatkowania, które to czynniki razem dają początek bardzo mocnym siłom skutkującym zmniejszanie stopy akumulacji bogactwa. XX wiek wreszcie (c) ustąpił miejsca wiekowi XXI, w którym wszystkie te siły są właśnie w odwrocie, jeśli nie doszło do ich całkowitego zaniku6.

Jak z tego wynika – choć daleko nam jeszcze do granic tego procesu – obecnie nasza rzeczywistość wywodzi się z logiki opisanej w punktach od 1 do 5. Jako znacznie bardziej prawdopodobne ocenić należy to, że proces ten zostanie zrealizowany do końca, niż że zostanie przerwany. Mniej więcej w połowie bieżącego stulecia powinno z tego wyjść społeczeństwo, w którym życie nie będzie należało do przyjemnych.

Piketty uważa, że w dniu dzisiejszym już od ponad jednego pokolenia realizujemy proces odchodzenia od dotychczasowej północnoatlantyckiej socjaldemokracji. Proces ten nie został jednak jeszcze zakończony. Zdaniem Francuza potrzeba jeszcze co najmniej dwóch pokoleń, aby proces realizowany zgodnie z przedstawianą przez niego logiką osiągnął swój kres. Według Piketty’ego jak na razie nie widzieliśmy jeszcze nic strasznego, przynajmniej jeśli chodzi o powrót światowej Północy do domyślnego dla niej modelu plutokracji.

Ubóstwo (znakomitej części) krytyki twierdzeń Piketty’ego

Nawet w powyższej uproszczonej formie argumentacja Piketty’ego nie jest prosta. Można by zatem oczekiwać, że spotka się ona z obszerną, merytoryczną krytyką. Tak się też zresztą stało. Można podać wiele przykładów celnej i przemyślanej krytyki przemyśleń Piketty’ego. Oto kilka z nich:

Matt Rognlie zdaje się podawać w wątpliwość krok 3. Staje po stronie Johna Maynarda Keynesa w debacie nad tym, czy akumulacja prowadząca do wzrostu współczynnika bogactwa do rocznego dochodu przekłada się na spadek stopy zysku, który jest szybszy niż wzrost współczynnika bogactwa do rocznego dochodu, co daje społeczeństwo o wysokim stopniu nierówności majątkowych i jednocześnie niskim stopniu nierówności dochodowych7.

Tyler Cowen zgłasza wątpliwości co do punktów 2, 4 i 5. Jego zdaniem proces twórczej destrukcji rozbije albo chociaż osłabi dominującą rolę wielkich majątków transpokoleniowych. Argumentuje również, że „bierni bogaci” stanowią wartościowy zasób kulturowy właśnie dlatego, że nie są uwiązani do karmicznego koła zarabiania, pozyskiwania i wydawania pieniędzy na rzeczy do życia niezbędne oraz na wygody. W związku z tym przedstawiciele tej klasy mogą mieć długoterminowy i (lub) odmienny pogląd na świat8.

Daron Acemoglu i James Robinson wskazują na fakt, że „Piketty wspomina co prawda o politykach i instytucjach […] ale przypisuje im rolę ad hoc”9.

Inni liczą na nastanie kolejnej rewolucji przemysłowej, która stworzy nowe łatwe okazje do zwiększenia dynamiki wzrostu gospodarczego, tej zaś towarzyszyć będzie kolejna fala kreatywnej destrukcji, a to doprowadzi do zapętlenia kroków 2, 4, 6 i 7.

Pozostaje również kwestia ignorowania przez Piketty’ego kapitału ludzkiego jako istotnej formy własności oraz czynnika równoważącego.

Ogólnie jednak największe wrażenie zrobił na nas brak jakiejś większej wartości merytorycznej w tej kompleksowo rozumianej krytyce poglądów Piketty’ego. Jego argumentacja jest złożona i podzielona na wiele kroków, a to powoduje, że jest z natury swej podatna na krytykę. Oczywiście dotychczas nie udało nam się zapoznać ze wszystkimi opiniami krytycznymi pod adresem tej teorii. Usiłujemy sondować krytyczne analizy jego pracy, ale niewielka ich liczba powoduje, że uprawiamy coś na kształt sondowania prób sondowania. Zaskakująco często trafiamy na argumenty w dużej mierze pozbawione wartości merytorycznej. Są to amatorskie diagnozy psychologiczne, próby oskarżania o komunizm, niewłaściwe interpretacje poglądów Piketty’ego, niewłaściwe interpretacje modeli wzrostu gospodarczego, błędne dane itd.

Skrajnym przykładem tego typu bezwartościowej krytyki jest chyba opinia sformułowana przez Allana Meltzera z Carnegie-Mellon University oraz Hoover Institution przy Stanford University. Meltzer zarzuca Thomasowi Piketty’emu, że ten jest Francuzem, zajmował stanowisko profesorskie na MIT, a także współtworzył prace naukowe z Emmanuelem Saezem, również z MIT. Co więcej, Saez także jest Francuzem. Francja natomiast od wielu lat wdraża destrukcyjną politykę redystrybucji dochodu… i tak dalej, i tak dalej10.

Z jednej strony, z dużym rozczarowaniem przyjmujemy argumenty krytyczne, które nie przypominają analiz akademickich, a bardziej kojarzą się z próbą podnoszenia na duchu miliarderów chcących zostać założycielami dynastii.

Z drugiej zaś można wnioskować, że skoro pojawia się potrzeba sięgania nawet po tak wątpliwej jakości krytykę oraz skoro sprzedało się 2,2 miliona egzemplarzy książki, tekst Piketty’ego odbił się w świecie bardzo szerokim echem. Wielu, bardzo wielu ludzi uznaje, że warto nań zareagować. Pytanie tylko: jak to zrobić?

Rysunek 0.1. Podsumowanie K21 znalezione na Twitterze, krótkie i nietrafione („Karl Marks się nie mylił, pisał tylko trochę za wcześnie. Tak w skrócie. Kapitalizm – sorry. #wiecznenierownosci”)

Chcielibyśmy pomóc w konstruktywnym reagowaniu na przemyślenia Piketty’ego zawarte w jego Kapitale w XXI wieku. Zależy nam na krytyce, na zdecydowanej krytyce. Jednocześnie pragniemy krytyki efektywnej i przydatnej – takiej, która przyczyni się do poszerzenia naszej wiedzy. Nie zależy nam na uwagach, takich jak ta z rysunku 0.1, które przeinaczają twierdzenia Piketty’ego i w ten sposób zamiast rozszerzać światowe zasoby wiedzy, raczej przyczyniają się do ich kurczenia. Chcemy zachęcać do tworzenia przemyśleń rozwijających teorię Piketty’ego, do dalszego gromadzenia opisywanych przez niego danych, do rozbudowywania jego argumentów teoretycznych.

Naszym zdaniem zebrane w tej książce eseje spełniają powyższe założenia. W ramach przygotowania do ich lektury pozwalamy sobie sformułować cztery pytania:

Czy argumentacja przedstawiona przez Piketty’ego w K21 jest słuszna?

Czy powinno nas to obchodzić?

Jakie to rodzi skutki?

Co powinniśmy z tym zrobić?

Czy Piketty ma rację?

Czy poglądy przedstawione w K21 są słuszne? Jeżeli nie można w tym wypadku mówić o jakiejś obiektywnej słuszności, to czy przynajmniej kreślony przez Piketty’ego scenariusz jest wiarygodny? Czy mamy się czym martwić? Czy powinniśmy podjąć jakieś działania w nadziei, że prognozy zawarte w K21 zamienią się w autodestruktywne proroctwo?

My zdecydowanie uważamy, że odpowiedź na powyższe pytania brzmi: tak.

Piketty z pewnością ma rację, pisząc, że tutaj – na światowej Północy – prywatna własność majątku praktycznie od zawsze podlegała bardzo dużej koncentracji, a wraz z nią koncentracji podlegała władza dysponowania zasobami, określania, gdzie i jak będą pracować ludzie, kształtowania szeroko pojętej polityki. Piketty słusznie zauważa, że 150 lat – sześć pokoleń – temu, w okresie belle époque czy też w pierwszej epoce pozłacanej, w przypadku typowego kraju z Północy współczynnik całkowitego bogactwa pozostającego w rękach prywatnych do całkowitego rocznego dochodu tej grupy ludzi wynosił około sześciu. Rację ma również, kiedy stwierdza, że w epoce socjaldemokracji, czyli jakieś 50 lat – dwa pokolenia – temu, współczynnik ten wynosił około trzech. Piketty słusznie zauważa również, że przez dwa ostatnie pokolenia wartość tego współczynnika znowu gwałtownie rośnie.

Bardziej kontrowersyjną kwestią jest to, czy wzrost wskaźników bogactwa do rocznego dochodu wynika z oddziaływania sił opisywanych przez Piketty’ego. Jeszcze bardziej niejednoznaczną sprawą jest to, czy wzrost nierówności dochodowych wynika ze wzrostu nierówności majątkowych, stanowiącego konsekwencję wzrostu wartości współczynnika bogactwa do rocznych dochodów w całej gospodarce. Te kwestie można podać w wątpliwość i się je w wątpliwość podaje. Oprócz sił, którym Piketty przypisuje główne znaczenie, występuje wiele innych czynników kształtujących rozkład dochodów – zresztą sam Piketty o części z tych czynników wspomina. Co więcej, siły wskazywane przez Piketty’ego nie miały jeszcze wystarczająco dużo czasu (licząc od końca epoki socjaldemokratycznej), aby w pełni okazać swój wpływ.

Główny wątek argumentacji Piketty’ego nie dotyczy przyczyn występowania bieżącego stanu rzeczy, ale tego, jak świat będzie wyglądał za pięćdziesiąt lat i później. Trzeba przyznać, że w dzisiejszym świecie pojawia się wiele istotnych sygnałów świadczących o tym, że epoka pozłacana wraca: rosnący udział dochodów z kapitału, rosnąca częstotliwość współwystępowania dochodu z pracy z dochodem z kapitału, rosnąca rola wielopokoleniowych fortun, niedostępnych dla władz podatkowych.

Dalszej dyskusji z pewnością warta jest kwestia względnej autonomii od strukturalnej presji ekonomicznej, wywieranej przez instytucje, politykę oraz ruchy społeczne. Argumentacja Piketty’ego opiera się na dość deterministycznej teorii przyszłości: bogaci będą manipulować systemem w celu utrzymania stopy zysku na poziomie 5 procent bez względu na to, jak duże majątki zgromadzą. Piketty nie ignoruje roli sił pozaekonomicznych, zachęca wręcz swoich czytelników, by poznawali punkt widzenia przedstawicieli innych nauk społecznych. W podstawowym ujęciu jednak jego twierdzenia sprowadzają się do prostej ekonomicznej zależności między gromadzeniem majątku a nierównością w kontekście zdrowej i względnie stabilnej stopy zysku.

Pogląd ten niejako automatycznie uwzględnia wszelkie zmiany instytucjonalne do tego, aby ta wizja mogła się ziścić – aby stabilna stopa zysku umożliwiała konsekwentne gromadzenie majątku.

Trzeba mieć jednak świadomość, że instytucje w swoim obecnym kształcie mogą hamować proces urzeczywistniania wizji kształconej. Heather Boushey w rozdziale piętnastym wskazuje na przykład, że „dziedzicokracja” niemal na pewno oznaczałaby odejście od koncepcji równości płci, a z tym kobiety i ich sojusznicy byliby gotowi walczyć. Co więcej, David Grewal (rozdział dziewiętnasty) i Marshall Steinbaum (rozdział osiemnasty) twierdzą, że historia nierówności ekonomicznych bierze się ze wzlotu (Grewal) i upadku (Steinbaum) tego, co można by nazwać „ideologią kapitalizmu” oraz towarzyszącego jej prawodawstwa i kierunku polityki. „Wolny rynek”, niezależny od wpływów władzy monarchistycznej czy też merkantylistycznej, kształtował się równolegle z osiemnastowiecznym mieszczaństwem, a w XIX wieku wszedł w sojusz polityczny z ancien régime. Piketty uważa, że to sam kapitalizm – a nie jego ideologia – doprowadził do powstania nieustannie rosnących nierówności oraz że krótkie odwrócenie tego trendu w XX wieku było spowodowane wystąpieniem czynnika zewnętrznego, a mianowicie dwoma wojnami światowymi. Trzeba jednak dodać, że wojny światowe miały również wpływ na ideologię kapitalizmu, a to już nie miało równie zewnętrznego charakteru. Argumentacja Piketty’ego jest podważalna i w związku z tym jest dzisiaj negowana, ponieważ sygnał, na którym się on koncentruje, albo jeszcze nie wystąpił, albo jest na razie ledwie rozróżnialny w szumie.

Tego jednak powinniśmy się spodziewać, jeżeli argumentacja ta jest słuszna. Może być jednak i tak, że dokładnie te same zjawiska będziemy obserwować także wtedy, gdyby argumentacja Piketty’ego okazała się koszmarnie nietrafiona.

Bezpieczniejsze jest inne twierdzenie Piketty’ego, który wskazuje na potencjalne istotne problemy empiryczne z procesem „eutanazji rentiera”, o którym pisali Keynes, Rognlie i inni. Autorzy ci wychodzili z założenia, że w pewnym neoklasycznym ujęciu funkcji produkcji dochodu produktywny kapitał można zrównać z majątkiem. Autorzy ci sugerują, że prawo popytu i podaży wymusi duże wahania współczynnika bogactwa do rocznego dochodu, które to wahania będą kojarzone z dużymi wahaniami stopy zysku, tyle że zachodzącymi w odwrotnym kierunku. Stopa zysku będzie wysoka, gdy kapitału względem rocznego dochodu będzie niedużo, stopa ta będzie zaś niska, gdy kapitału względem rocznych dochodów będzie dużo. Zdaniem Keynesa i innych wahania te będą na tyle duże, żeby udział dochodów rentierów w dochodach ogółem pozostawał na dość stabilnym poziomie.

Thomas Piketty odpowiada na to mniej więcej tak: argumentacja autorstwa Keynesa i Rognlie świetnie wpisuje się w neoklasyczną teorię ekonomii, nie przystaje zaś do historycznych faktów. Prawo popytu i podaży zakłada, że gdy w gospodarce dochodzi do wahań współczynników zamożności do rocznego dochodu, powinniśmy obserwować takie same wahania stopy zysku, tyle że zachodzące w przeciwnym kierunku. Historia dowodzi tymczasem czegoś odwrotnego. Roczna stopa zysku utrzymuje się na mniej więcej stałym poziomie 4–5 procent w dużej mierze bez związku z względną dostatniością lub niedostatkiem kapitału i rocznego dochodu. Tym gorzej dla logiki opartej na prawie popytu i podaży.

Oto obiektywny fakt historyczny: stopa zysku pozostaje względnie niezmienna w odniesieniu do tego, co zgodnie z neoklasyczną funkcją produkcji powinno być podstawowym czynnikiem wywołującym tę zmienność. W tej kwestii jednak Piketty nie formułuje żadnej teorii.

Mógłby twierdzić, że kapitał rzeczowy, klasa najzamożniejsza, polityka gospodarcza nastawiona na dążenie do czerpania rent oraz pilnowane przez państwo monopole te renty generujące zawarły swego rodzaju żelazne czwórporozumienie, którego celem jest utrzymywanie stopy zysku na mniej więcej stabilnym poziomie bez względu na to, co mówią teoria produkcji oraz teoria produktu krańcowego.

Mógł twierdzić, że dzięki obecnej technologii kapitał rzeczowy nie podlega drastycznemu spadkowi zwrotów krańcowych, a w związku z tym współczynnik dochodów z kapitału do dochodu narodowego oraz udział dochodów z kapitału w dochodzie narodowym zmieniają się w tym samym kierunku, a nie w kierunkach odwrotnych. Mógłby podkreślić, że to, co nazywa w swoim tekście „kapitałem”, było kiedyś w przeważającej mierze kapitałem rolnym, przede wszystkim w postaci gruntów. Natomiast w przyszłości „kapitał” będzie w przeważającej mierze kapitałem informacyjnym. W związku z tym mógłby uznać, że neoklasyczny model wzrostu stanowił dobre przybliżenie pierwszego rzędu jedynie w stosunkowo krótkim okresie, a konkretnie w epoce socjaldemokratycznej.

Mógł też podążyć tropem Suresha Naidu (rozdział piąty), który twierdzi, że udział dochodów z kapitału w dochodzie narodowym nie zmienia się zgodnie z prawem produktywności krańcowej, zależy zaś od władzy i całkowitej wartości majątku tych, których Piketty i ekonomiści neoklasyczni nazywają klasą najbogatszą. W tym ujęciu kapitał należałoby pojmować jako spieniężone roszczenia do przyszłych strumieni przychodów – nie efekt długotrwałego procesu gromadzenia majątku, a raczej efekt politycznej kontroli nad przyszłością.

Piketty nie zajmuje żadnego z powyższych stanowisk, ogólnie nie zajmuje żadnego stanowiska w tej kwestii. Wydaje się, że to poważna luka w jego książce. To chyba najważniejszy i najbardziej pilny obszar badań otwarty przez Piketty’ego. Czy obserwowana stabilność stopy zysku to fakt, na który możemy liczyć? A jeśli tak, to jakie siły i czynniki decydują o tej stabilności?

Na to pytanie odpowiedzi szuka Devesh Raval (rozdział czwarty). Wzmacnia on argument Keynesa i Rognlie o „eutanazji rentiera”, uważając, że kapitał i praca nie mają wystarczająco substytucyjnego charakteru, by argumentacja Piketty’ego mogła się utrzymać. Jeżeli stabilności stopy zysku nie można wyjaśnić utrzymaniem produktywności akumulowanego kapitału krańcowego, to jak można to zrobić? Czy jest jakieś wyjaśnienie? Jedno z potencjalnych rozwiązań tej zagadki przedstawiają Laura Tyson i Michael Spence (rozdział ósmy), których zdaniem Piketty szuka odpowiedzi nie tam, gdzie powinien. Nierówności rosną i będą rosły, tyle że ten wzrost nie wynika z oddziaływania czynników uwzględnianych w modelach wzrostowych Piketty’ego. Wzrost nierówności będzie skutkiem nadejścia epoki informacji oraz towarzyszącej jej technologii, dzięki której po raz pierwszy w historii praca człowieka stanie się substytutem kapitału, a nie czynnikiem wobec niego komplementarnym. Wszystko dzięki temu, że dojdzie do radykalnego ograniczenia konieczności wykorzystywania ludzkiego mózgu jako rutynowego narzędzia kontroli cybernetycznej nad podstawowymi czynnościami i procesami przetwarzania informacji.

Czy argumentacja Piketty’ego jest słuszna? Na tę chwilę można odpowiedzieć jedynie tak: „być może”. Wiele zależy tu od tego, na ile mocne są poszczególne ogniwa w łańcuchu jego wywodu logicznego, a także od tego, czy kraje Północy będą kontynuować bieżący kierunek polityczno-gospodarczy. Wiele zależy też od tego, jak będziemy rozumieć określenie „bieżący kierunek polityczno-gospodarczy”. Zgodnie z niektórymi interpretacjami tego terminu Piketty będzie miał rację, zgodnie z innymi interpretacjami – nie będzie jej miał. Naszym zadaniem jest odróżniać, z którą interpretacją mamy w danej sytuacji do czynienia.

Czy powinno nas to obchodzić?

Niektórzy – może nawet wielu – twierdzą, że nie powinno. Jednym z częściej przewijających się motywów jest proste przekonanie, że nierówności nie są ważne. Zgodnie z tym tokiem myślenia, jeśli już chcemy jakoś klasyfikować nierówności, to powinniśmy uznać je za dobre: nierówności stanowią motor napędzający wzrost gospodarczy, ponieważ zachęcają do pozyskiwania kapitału ludzkiego i mobilności społecznej. Nierówności nie stanowią zatem żadnego problemu dla gospodarki, społeczeństwa ani państwa.

Zgodnie z tą samą argumentacją problemem jest natomiast ubóstwo, a konkretnie skrajne ubóstwo.

Zwolennicy tej koncepcji podkreślają, że jesteśmy dziś znacznie zamożniejsi od naszych przodków sprzed sześciu pokoleń. W epoce pozłacanej czy też w belle époque nierówności prowadziły nie tyle do ubóstwa, co wręcz do skrajnej biedy. Dlatego też wtedy nierówności stanowiły poważny problem. Dzisiaj jednak kraje Północy są znacznie zamożniejsze, więc ten sam poziom nierówności, który niegdyś skutkował skrajnym ubóstwem, dzisiaj tego skrajnego ubóstwa nie wywołuje. Tak naprawdę dzisiejsze nierówności nie wywołują niczego, co choćby przypominało ubóstwo – przynajmniej nie w ujęciu historycznym.

W Stanach Zjednoczonych działają organizacje polityczne, takie jak Third Way, które argumentują, że amerykańska klasa średnia ma się dobrze. Zwracają uwagę na wzrost dochodów w ujęciu realnym – w dużej mierze wywołany przez wzrost liczby przepracowanych godzin oraz wzrost dochodów kobiet – co ma świadczyć o tym, że podawane przez Piketty’ego mierniki służące do opisywania górnego 1 procenta wypaczają prawdziwy obraz sytuacji. Wielu przedstawicieli środowisk akademickich wskazuje na wielki postęp w opiece zdrowotnej, higienie, szkolnictwie publicznym, poziomie wykształcenia, eliminacji chorób czy rosnącej liczbie sposobów spędzania wolnego czasu, a to tylko kilka wybranych przykładów. Akademicy twierdzą, że nie ma żadnych sygnałów świadczących o tym, aby możliwe było cofnięcie tych wszystkich korzyści w sferze życia codziennego. Sytuacja 1 procenta najbogatszych nie ma w tym kontekście żadnego znaczenia.

To argument stary, liczący sobie dokładnie 250 lat. Już Adam Smith pisał w swoich Badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, że przeciętny przedstawiciel brytyjskiej klasy robotniczej miał zapewniony większy komfort materialny niż afrykański król. W swojej Teorii uczuć moralnych Smith twierdził zaś, że konsumpcję ludzi zamożnych ogranicza pojemność ich żołądków, więc zdecydowana większość tego, co wydawali – nawet na samych siebie – tak naprawdę przyczyniała się do wzmacniania komfortu ludzi znajdujących się pod nimi.

Ten argument prawdopodobnie należy jednak uznać za błędny. Można zgodzić się z twierdzeniem, że wzrost gospodarczy powyżej poziomu przeżycia definiowanego przez Malthusa do poziomu osiągniętego w Wielkiej Brytanii w epoce augustiańskiej (XVIII wiek) był imponujący. Można zgodzić się z twierdzeniem, że wzrost gospodarczy wypracowany od tamtej pory był wspaniały, nadal jednak istnieją mocne i ważne powody, abyśmy przejmowali się problemem nierówności. Nie chodzi tu o to, jak w ujęciu historycznym kształtowały się ubóstwo i skrajne ubóstwo, lecz o występujące dziś nierówności oraz o to, co dzisiaj nazywamy „ubóstwem”, nawet jeśli współcześni ubodzy mają zmywarki, telewizory i smartfony.

Po pierwsze, wystarczy przyjrzeć się dystrybucji nakładów na służbę zdrowia w Stanach Zjednoczonych oraz koszmarnym statystykom zdrowotnym, zwłaszcza na tle danych z innych zamożnych państw. Na pierwszy rzut oka widać, że nierówność jest jednym z czynników powodujących, że olbrzymie inwestycje środków przekładają się na względnie niewielką realną wartość w obszarze dobrego stanu zdrowia ludzi i ich ogólnego zadowolenia. Argument ten nie dotyczy wyłącznie służby zdrowia, można go spokojnie uogólnić. Gospodarka charakteryzująca się nierównościami słabo radzi sobie z przekuwaniem produktywnego potencjału w dobrobyt społeczny. Możemy osiągać więcej i osiągalibyśmy więcej pod warunkiem równiejszej dystrybucji dochodów i bogactwa.

Trudno jest niezbicie dowieść, że nierówności ekonomiczne oraz zdrowie i inne wskaźniki dobrobytu społecznego łączy zależność przyczynowo-skutkowa. W badaniach autorstwa Anne Case i Angusa Deatona znaleźć można ciekawe dane, obrazujące trudności, z którymi zmagają się te obszary w Stanach Zjednoczonych, które nie skorzystały z dobrodziejstw drugiej epoki pozłacanej. Case i Deaton podają, że wzrost liczby zgonów Amerykanów w średnim wieku spowodowanych samobójstwem lub przedawkowaniem narkotyków – oba te zjawiska powszechnie utożsamia się z trudną sytuacją gospodarczą – w latach 1999–2013 osiągnął poziom zbliżony do wzrostu liczby zgonów spowodowanych przez AIDS do roku 201511. Można też znaleźć dane, z których wynika, że zamykająca się dotąd luka dotycząca bezrobocia, zdrowia i ogólnego dobrobytu przestała się zamykać, a w niektórych przypadkach wręcz znów zaczęła się otwierać12.

Po drugie, jak już pisaliśmy, długotrwałe majątki, zwłaszcza majątki dziedziczone, są z natury swej wrogo nastawione do procesu kreatywnej destrukcji, towarzyszącego szybkiemu wzrostowi gospodarczemu. Dlaczego? Ponieważ przedmiotem kreatywnej destrukcji są właśnie długotrwałe majątki. Plutokraci oraz ich ideolodzy chętnie powołują się na argument, że zbyt równy podział dochodów odbiera ludziom zachętę do pracy i zamienia Amerykanów w „naród tych, którzy tylko biorą”. Oczywiście powrót do poziomów nierówności znanych z lat 60. XX wieku nie zamieniłby nas w Chiny pod rządami Mao. Gdyby przyjąć odpowiednie poziomy nierówności, naszym zdaniem znacznie bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym większe nierówności przełożą się na spowolnienie wzrostu gospodarczego, ponieważ ludzie niezamożni zostaną pozbawieni środków na inwestowanie w siebie, w swoje dzieci, w swoje przedsięwzięcia. Dodatkowym bodźcem hamującym wzrost gospodarczy będzie koncentracja na wspomaganiu najzamożniejszych w dążeniach do zachowania tego, co już mają, nawet jeśli będzie się to odbywać kosztem budowania nowego majątku.

W całych Stanach Zjednoczonych nie brakuje dowodów na to, że elity uprawiają tzw. zagrabianie możliwości13. Zewsząd słyszymy o tym, że najbogatsi zajmują w samolotach fotele zdolne pomieścić pełnowymiarowego człowieka, a także o tym, jak to kupują całe przystanie z własnymi wycieczkowcami, ale są i takie obszary, w których konsumpcja po stronie najbogatszych ogranicza potencjał uboższych14. Członkowie elit coraz częściej rezygnują z publicznych szkół, a to pozbawia te szkoły wartościowego zaangażowania rodzicielskiego. Pozbawia je również dochodów w tym sensie, że elity niekorzystające ze szkolnictwa publicznego niechętnie odnoszą się do pomysłów nakładania podatków na finansowanie tego systemu. Wycofywanie się elit społecznych powoduje, że publiczny system szkolnictwa staje się przedmiotem ataków środowisk przeciwnych koncepcji powszechnego, bezpłatnego i równego dostępu do edukacji.

Po trzecie, społeczeństwo, w którym plutokraci wykorzystują swoje zasoby, by mówić nie tyle głośnym, co przytłaczającym głosem, będzie społeczeństwem, w którym administracja rządowa zajmuje się rozwiązywaniem problemów istotnych dla plutokratów, a nie szarych obywateli. Dla społeczeństwa jako ogółu raczej nie będzie to korzystne.

To zjawisko także nie sprzyja szybkiemu rozwojowi społeczeństwa. Plutokraci będą mieli wybór: mogą albo dążyć do życia z odsetek, albo mogą próbować odnosić sukcesy na konkurencyjnym rynku. Należy raczej założyć, że postanowią zamknąć się we własnym gronie. Najlepszym tego dowodem jest sytuacja z rosnącymi w siłę spółkami platformowymi, które szkodzą zasadom konkurencji. Politycy męczą się z opracowaniem skutecznych rozwiązań regulujących ten rodzaj działalności, przez co te podmioty, które na rynku pojawiają się jako pierwsze, z pewnością na tym wygrają. Reszcie zostaną zwykłe ochłapy. Tego rodzaju polityka gospodarcza przekłada się na wysokie ceny i spadek innowacyjności, a przecież ani to pierwsze, ani drugie nie sprzyja wysokiemu dynamizmowi wzrostu gospodarczego.

Po czwarte, dominacja ludzi zamożnych w sprawowaniu władzy wykracza daleko poza obszar formalnej polityki i dociera do miejsca pracy, do domów (nawet do sypialni), dotyczy także funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego. Prywatne źródła finansowania szkolnictwa prywatnego już spowodowały, że ten sektor gospodarki odznacza się dużymi nierównościami. Jeśli komuś nie uda się uzyskać miejsca w jednej z najbardziej elitarnych placówek tego systemu (które explicite faworyzują dzieci swoich absolwentów, a domyślnie kandydatów do nich podobnych), pozostaje mu korzystać z bardzo przeciętnych, acz nadal kosztownych opcji alternatywnych. Jednocześnie szkoły prywatne oferują programy węższe i wsparcie wykładowców o poglądach mniej zróżnicowanych, niż mogłyby zaproponować swoim studentom szkoły funkcjonujące w ramach systemu konsekwentnie finansowego ze środków publicznych.

Po piąte, w nierównym społeczeństwie pracodawca ma możliwość ręcznego wybierania zwycięzców oraz przegranych i z tej możliwości korzysta. Co więcej, pracodawcy są zdecydowanie przeciwni wszelkim przejawom mówienia przez pracowników zbiorowym głosem.

Ekonomista pracy David Weil (rozdział dziewiąty) uważa, że rosnące nierówności są po części wywołane, a po części same wywołują „spękania rynku pracy”. Niegdyś duże korporacje mogły we względnie efektywny, przynajmniej w rozumieniu Ronalda Coase’a, sposób pełnić funkcję wysp centralnego planowania na morzu gospodarki rynkowej, zatrudniając pracowników wszelkich szczebli: wykształconych profesjonalistów, administratorów średniego szczebla i robotników wykonujących pracę ręczną. Tego rodzaju miejsca pracy siłą rzeczy stają się przedmiotem silnych nacisków na egalitaryzm: obecność w firmie znakomicie opłacanych profesjonalistów powoduje, że wszyscy automatycznie zawyżają swoje szacunki dotyczące tego, na jakie wynagrodzenia dla robotników firma może sobie pozwolić i na jakie wynagrodzenia ci robotnicy zasługują. Później okazało się jednak, że korzystnym finansowo rozwiązaniem jest odejście od tego modelu społecznego, ponieważ istotnie zmniejszało to socjologiczne naciski egalitarne (zwłaszcza w sytuacji, w której zaprzestanie przestrzegania standardów pracy związane z wprowadzeniem New Deal dało pracodawcom możliwość sprawowania kontroli bez równoczesnego wywiązywania się z ustawowych obowiązków względem pracowników). Należałoby ustalić, jak duże są siły zidentyfikowane przez Weila i czy stanowią one przypadek szczególny, czy raczej pozwalają wnioskować, że duże nierówności nie sprzyjają organizacji zewnętrznego i wewnętrznego funkcjonowania organizacji w długim okresie.

Po szóste, w społeczeństwie odznaczającym się dużymi nierównościami bardziej liczy się to, kogo znasz, niż to, co wiesz. Co więcej, z naszych obserwacji zachowań elit oraz ich akolitów wynika, że wrodzona możliwość podlizywania się najbogatszym nie rozkłada się w społeczeństwie równomiernie. Bogaci faworyzują ludzi podobnych do siebie – społeczeństwo, w którym o dystrybucji dobrobytu decyduje czynnik „kto podoba się bogatym”, raczej nie utrzyma zdobyczy równości rasowej i płciowej, osiągniętych w epoce socjaldemokratycznej.

Arthur Okun w swojej książce Equality and Efficiency: The Big Trade-Off (Równość i efektywność: wielkie coś za coś) sformułował argument, że dobre społeczeństwo to takie, które znajdzie odpowiedni punkt wyważenia nierówności z efektywnością. Wszystko wskazuje na to, że jest to argument błędny, zwłaszcza gdyby chcieć zastosować go w naszej bieżącej rzeczywistości15. Większa równość może przełożyć się na większą wydajność.

Odpowiedź na zadane w nagłówku pytanie brzmi zatem: tak, powinno nas to obchodzić. I nas obchodzi.

Jakie to powoduje skutki?

Załóżmy, że Piketty ustalił, iż za sto lat od dziś w krajach Północy współczynnik bogactwa do rocznego dochodu będzie znacznie wyższy niż obecnie. Załóżmy nawet, że przyjmuje z bardzo dużym prawdopodobieństwem, iż majątki dziedziczone będą stanowić znacznie większą część majątku ogółem niż ma to miejsce dziś. Czy to musi koniecznie oznaczać niekorzystny rozkład zasobów i władzy ekonomicznej? Czy to musi oznaczać gospodarkę nieosiągającą pełni swojego potencjału, wyznaczanego przez utylitarny wskaźnik oparty na malejącej użyteczności krańcowej majątku? Czy to w ogóle prawda, że społeczeństwo o wysokim współczynniku zamożności do rocznego dochodu musi koniecznie być społeczeństwem o wysokich nierównościach?

Piketty uważa, że tak. W tej kwestii jego poglądy są zgodne z poglądami Marksa, a konkretnie z jego spostrzeżeniem, że w gospodarce rynkowej dającej możliwość transferu bogactwa egalitarny rozkład stanu posiadania jest stanem niestabilnym. Zakładając, że w punkcie wyjścia podział bogactwa jest równy, z czasem tak czy owak wytworzy się duży i długi górny ogon, którego wysokość i długość w dużej mierze zależą od wartości r – g, gdzie r oznacza średnią dla całej gospodarki stopę zysku (w odróżnieniu od stopy procentowej wolnej od ryzyka), a także od stopnia ryzykowności przypisywanego zwrotom z kapitału. Oznacza to, że gospodarka o wysokim współczynniku bogactwa do rocznego dochodu oraz o wysokim udziale kapitału i innych form majątku w dochodzie narodowym będzie gospodarką odznaczającą się nierównościami.

Argumentacja Piketty’ego kształtuje się następująco:

„Liczne wstrząsy […] powodują, że rozkład bogactwa staje się bardzo nierówny. […] Mamy do czynienia ze wstrząsami demograficznymi, […] wstrząsami dotyczącymi stóp zwrotu, […] wstrząsami na rynku pracy, […] różnicami preferencji, które odbijają się na poziomie oszczędności. […] Główną cechą wspólną tego szerokiego wachlarza modeli jest to, że […] długoterminowy poziom nierówności majątkowych będzie rósł proporcjonalnie do wzrostu luki r – g. […] Większa luka między r i g pozwala gospodarce utrzymywać wyższy poziom nierówności w dłuższych okresach. […] W wypadku osób najzamożniejszych sytuacja dąży wtedy do rozkładu Pareto […], [w którym] odwrócony współczynnik Pareto (wskaźnik nierówności w górnej warstwie społeczeństwa) staje się dynamicznie rosnącą funkcją luki r – g. […] Por. w szczególności Champernowne, 1953; Stiglitz, 1969; […] Piketty i Zucman (2015, sekcja 5.4). […]

W przypadku tego katalogu modeli nawet stosunkowo niewielka zmiana r – g może spowodować bardzo duże zmiany poziomu nierówności w danym kraju. […] Moim zdaniem o dynamice i rozmiarach nierówności majątkowych decydują tak naprawdę interakcje między wpływem r – g a reakcjami politycznymi instytucji oraz administracji publicznej, nie wyłączając progresywnego opodatkowania dochodów, majątków i spadków, inflacji, nacjonalizacji, fizycznego niszczenia i wywłaszczania, wprowadzania zasad podziału majątków16.

Zdaniem Piketty’ego – przynajmniej tym wyrażonym w jego książce – wspomniana interakcja prawdopodobnie nie okaże się korzystna: większe nierówności majątkowe zwiększą zapotrzebowanie na proegalitarne reakcje polityczne, ale jednocześnie zwiększą możliwości ludzi majętnych w zakresie blokowania tego typu reakcji. Siły sprzyjające powstaniu dominującej plutokracji zostały w książce scharakteryzowane jako tak mocne, że przeciwstawić się mogą im tylko wojny światowe i globalne rewolucje, choć nawet tak skrajne czynniki spowodują jedynie krótkotrwałą korektę.

Taki właśnie pogląd został wyrażony w K21. Odkąd książka ta się ukazała, Thomas Piketty nie gra roli Kasandry niosącej proroctwo nieuniknionego wzrostu nierówności i zachęca do biernego reagowania na to zjawisko. Należałoby raczej stwierdzić, że Piketty został kimś w stylu intelektualisty-celebryty. Przesłanie, które głosi na całym świecie, nie należy do tych, jakich należałoby się spodziewać po biernym kronikarzu nieuniknionego przeznaczenia. Wystarczy spojrzeć na to, co Piketty robi – nie na to, co pisze – by dojść do wniosku, że jego zdaniem wszyscy możemy wspólnie kształtować nasze przeznaczenie, nawet jeśli znaleźliśmy się w nieoptymalnych po temu okolicznościach.

Trafną krytykę w tym względzie – krytykę Piketty’ego jako autora, nie jako intelektualisty-celebryty – formułuje Branko Milanovic (rozdział dziesiąty). Milanovic uważa, że powyższa argumentacja Piketty’ego (a wcześniej argumentacja Marksa) dotyczy tylko jednego konkretnego modelu instytucjonalnego, który on sam nazywa „nowym kapitalizmem”. W przyszłości możliwe jest przecież zaistnienie innych modeli instytucjonalnych, zresztą widywaliśmy już takie w przeszłości. Przykładem może być tu model, który zwykliśmy nazywać zaawansowaną socjaldemokracją – nowy ład instytucjonalny, który został zaprowadzony po II wojnie światowej i w którym państwo oraz społeczeństwo w dużej mierze odgórnie wyrównywało prawo do roszczeń dotyczących dochodów płynących ze „starych majątków”, jak i roszczeń do tworzonego „nowego majątku” w formie przywilejów należnych obywatelom. W tym modelu zależność między udziałem dochodów z kapitału w dochodzie narodowym a nierównością w dystrybucji tego dochodu po prostu nie występuje. W modelu, który Milanovic nazywa „kapitalizmem klasycznym” (a który Karol Marks nazwałby „społeczeństwem drobnomieszczańskim”), proces dystrybucji był kształtowany przez trzy czynniki wskazane przez Ricardo, a mianowicie pracę, kapitał i ziemię – dynamika tego procesu była wówczas zupełnie inna.

Niemal dwa stulecia temu Karol Marks odrzucił argumenty podobne do tych formułowanych dziś przez Milanovica, upatrując w nich odzwierciedlenia irracjonalnej i niemożliwej do zaspokojenia tęsknoty do „socjalizmu drobnomieszczańskiego”, którego nie dałoby się zbudować, a gdyby wykształcił się przypadkiem, byłby niemożliwy do utrzymania.

Ta krytyka z ust Marksa nie musi jednak oznaczać, że Milanovic się myli. Świat widziany oczami Piketty’ego jest tak bardzo mroczny dlatego, że jest predeterminowany. Dopóki stopa zysku utrzymuje się powyżej stopy wzrostu, naszym przeznaczeniem jest dążenie do nieustannie rosnących nierówności. Jedyne, co możemy zrobić, to poszukiwać sposobów na zliczanie wartości całego tego bogactwa i jego opodatkowywanie – oczywiście o ile uda nam się pokonać opór najzamożniejszych, których celem jest ochrona własnych interesów metodami politycznymi.

Gareth Jones pisze w rozdziale dwunastym, nie będzie to łatwe zadanie. Ma na myśli między innymi fakt, że kapitał już dziś wyszedł poza ramy państw narodowych. Gromadzenie się majątku płynącego z industrializacji zbiegło się z procesem powstawania w Europie i w innych miejscach globu państw narodowych. Państwo było wówczas narzędziem sprzyjającym akumulacji kapitału. Dzisiejszy kapitał często dąży do tego, by unikać ograniczeń dotyczących miejsca czy przynależności państwowej – woli przemieszczać się po świecie i to nawet nie tyle w pogoni za zyskiem, co raczej w pogoni za nieograniczonym dostępem do tego zysku. Świadczą o tym na przykład pionierskie badania Gabriela Zucmana nad rajami podatkowymi. Pojawiają się też kolejne nieoczekiwane ułatwienia w poznawaniu globalnego krajobrazu zamożności, takie jak choćby słynne Panama Papers.

Co powinniśmy z tym zrobić?

Ze wszystkich powyższych powodów uznajemy K21 za poważną książkę, która przestrzega nas przed prawdopodobnymi – choć nie nieuniknionymi – przykrymi konsekwencjami wybranych aspektów historycznej ścieżki, na którą, jak się zdaje, światowa gospodarka wkroczyła około 30 lat temu. Oczywiście od razu nasuwa to pewne naturalne pytania: Czy powinniśmy się jakoś przed tym ubezpieczyć? Na czym to ubezpieczenie miałoby polegać? Warto w tym miejscu przypomnieć słowa Abrahama Lincolna, który 16 czerwca 1858 roku w Springfield w stanie Illinois wygłosił przemówienie zatytułowane House Divided. Stwierdził w nim, że tego rodzaju pytania są w pewnym sensie przedwczesne: w pierwszej kolejności powinniśmy „wiedzieć, w jakiej znajdujemy się sytuacji i na czym nam zależy”, ponieważ dopiero ta wiedza pozwoli nam „lepiej ocenić, co możemy zrobić i jak możemy to zrobić”. Następny ruch należy wykonać „z głową”, jak zwykł mawiać John Maynard Keynes. Materiał zebrany w tej książce uporządkowaliśmy zgodnie z tym, jakie zagadnienia powinniśmy naszym zdaniem lepiej zrozumieć.

Czytelnik, który bierze do ręki książkę tak różnorodną jak ta, pilnie potrzebuje pomocy, by się w niej odnaleźć. Spieszymy zatem z tą pomocą. W części pierwszej trzech autorów – Art Goldhammer (rozdział pierwszy), Bob Solow (rozdział drugi) i Paul Krugman (rozdział trzeci) przedstawiają swoje opinie o K21 jako zjawisku oraz o K21 jako argumentacji rodzącej określone implikacje.

O jakim „kapitale” traktuje książka Piketty’ego? Autor definiuje w niej to pojęcie. Z konceptami leżącymi u podstaw uderzającej i dyskusyjnej argumentacji tak to już jest, że stają się one niepewne, są różnie interpretowane, uważnie analizowane. Dotyczy to zarówno tego, czy koncept ten zniesie ciężar opartej na nim argumentacji, ale także faktycznego znaczenia tegoż konceptu. W związku z tym w części drugiej pojęcie „kapitału” zostało rozpatrzone pod pięcioma różnymi kątami.

Devesh Raval (rozdział czwarty) wskazuje, że Piketty przedstawia swoje argumenty w kontekście teorii ekonomii, niejako w nawiązaniu do historycznego faktu, że w ujęciu łącznym kapitał i praca wykazują się wysoką elastycznością jako substytuty. Trzeba jednak pamiętać, że istnieje wiele opracowań naukowych – w tym autorstwa samego Ravala – z których wynika, że na poziomie mikro tak to nie wygląda. W tym przypadku w ujęciu łącznym należałoby rozpatrywać średnią ważoną elastyczności na poziomie mikro oraz elastyczności popytu na produkt. Raval zwraca uwagę na pewien problem, który przychodzi na myśl w związku z lekturą K21: Czy u podstaw argumentacji Piketty’ego leży założenie, że akumulowany kapitał przez cały czas zachowuje swoją produktywność? Jeżeli zaś tego założenia tam nie ma, to co z tej argumentacji zostaje?

Potencjalne rozwiązanie problemu wskazanego przez Ravala przedstawia Suresh Naidu (rozdział piąty), zestawiający Piketty’ego „udomowionego”, który pracuje zgodnie z mechanizmem ogólnej funkcji produkcji znanej z ekonomii neoklasycznej, z Pikettym „dzikim”, który zrywa się z łańcucha. Naidu tłumaczy, że w ten sposób powstaje argumentacja o charakterze polityczno-ekonomicznym, która sprowadza się do tego, w jaki sposób najbogatsi kształtują strukturę bogactwa w epoce pozłacanej z myślą o tym, aby chronić i zwiększać nacisk na zysk osiągany przez nich z kapitału.

Trzy pozostałe artykuły składające się na część drugą skupiają się na znajdowaniu luk i błędów w tym, w jaki sposób Piketty posługuje się koncepcją „kapitału”. Po pierwsze, argumentacja wyłożona w K21 w dużej mierze opiera się na przekonaniu, że XX wiek stanowił wyjątek – że jeśli chodzi o dynamikę kształtowania się nierówności majątkowych, wiek XXI będzie znacznie bardziej podobny do stuleci XIX i XVIII. Daina Ramey Berry (rozdział szósty) krytykuje obraz tych wcześniejszych stuleci kreślony w książce Piketty’ego. W jej postrzeganiu historii niewolnictwo było znacznie istotniejszą instytucją w kontekście „akumulacji pierwotnej” i budowania majątków niż chciałby tego Piketty i to zarówno jeśli chodzi o szeroki stopień bezpośredniego wykorzystywania niewolników, jak i o to, w jaki sposób potencjalna konkurencja ze strony poganiaczy niewolników oraz ich zakutych w kajdany robotników negatywnie wpłynęła na pozycję przetargową robotników będących ludźmi wolnymi. Jeżeli czynniki, na które powołuje się Berry, są słuszne, utrzymanie drugiej epoki pozłacanej w XXI wieku, odznaczającym się przecież wolnością i swobodą klasy pracującej, może okazać się znacznie trudniejsze niż ustanowienie pierwszej epoki pozłacanej w wiekach XVIII i XIX. Tylko czy tak faktycznie jest? Branko Milanovic powiedziałby pewnie, że ograniczanie migracji ludzi między państwami to forma zniewolenia klasy robotniczej, która będzie odgrywać tym większą rolę, im większa będzie przepaść między Północą a Południem.

Po drugie, argumentacja zawarta w K21 w dużej mierze opiera się na przekonaniu, że jedyną naprawdę prawdziwą formą majątku są generowane przez politykę państwową renty, przepływy amortyzacyjne z długu, aktywa rzeczowe (ziemia, budynki, maszyny) oraz kontrola nad organizacjami wykorzystującymi tego rodzaju aktywa rzeczowe. Piketty jest zdania, że wysokie płace to bardziej czynnik potencjalny i przejściowy, efekt korzystnej zależności między podażą a popytem, a nie prawdziwe i stabilne źródło zamożności. W związku z tym Piketty zakłada, że wynagrodzenia nie są czynnikiem kształtującym poziom nierówności. Eric Nielsen (rozdział siódmy) odrzuca ten pogląd i wskazuje olbrzymie potencjalne szkody, jakie można by wyrządzić argumentom Piketty’ego, gdyby tylko uznać, że w XXI wieku kapitał ludzki może być takim samym źródłem zamożności, jak inne formy kapitału.

Po trzecie, Mike Spence i Laura Tyson (rozdział ósmy) utrzymują, że choć w przeszłości ziemia i kapitał przemysłowy stanowiły istotne czynniki w akumulacji majątku i jego dystrybucji, to nie będzie tak w przyszłości, ponieważ już dzisiaj tak nie jest. Ich zdaniem argumentację zawartą w K21 należałoby zespolić z koncepcjami podobnymi do tych, jakie w książce Drugi wiek maszyny przedstawiają Brynjolfsson i McAfee. W ten sposób powstałyby pewne ramy dla debaty nad nierównościami – debaty, którą powinniśmy prowadzić, aby lepiej zrozumieć, jaka rysuje nam się przyszłość.

Rozdział dziewiąty stanowi intelektualny łącznik między analizą „kapitału” a naszymi badaniami nad różnymi aspektami nierówności. David Weil – który w chwili pisania tego tekstu jest kierownikiem Wydziału ds. Wynagrodzeń amerykańskiego Departamentu Pracy – podkreśla znaczenie zjawiska „spękania rynku pracy”. Stary model, w którego ramach duże organizacje zatrudniały pracowników o różnym poziomie przygotowania i wykształcenia do wykonywania wszelkiego rodzaju pracy, ustąpił miejsca modelowi nowemu, w którym coraz więcej zadań zleca się w ramach outsourcingu, czyli kupuje od innych przedsiębiorstw, położonych gdzie indziej. Robotnicy, którzy byli kiedyś pracownikami etatowymi, z czym wiązały się teoretyczne i praktyczne przywileje wynikające z przynależności do biznesowego świata korporacyjnego rozumianego jako wspólnota społeczna, teraz czują się z tej wspólnoty wyłączeni. Stąd bierze się wyścig na dno – czynnik, który w XIX wieku nie występował, a w XXI wieku sprzyja wzrostowi nierówności i to bez względu na oddziaływanie innych czynników ekonomicznych.

Przyjrzawszy się znaczeniu „kapitału” oraz funkcji, jakie musi on pełnić w kontekście argumentacji przedstawionej w K21, w części trzeciej zgrupowaliśmy autorów, którzy analizują różne aspekty nierówności, jakie mogą wynikać z nierównej dystrybucji kapitału. Branko Milanovic (rozdział dziesiąty) pisze, że zależności między własnością kapitału i kontrolą nad nim a realnymi nierównościami w codziennym życiu w bardzo dużej mierze zależą od tego, w jaki sposób system polityczny kieruje swoimi instytucjami polityczno-gospodarczymi. Christoph Lakner (rozdział jedenasty) krytycznie odnosi się do faktu, że Piketty w swojej książce przedstawia komparatywny obraz nierówności w obrębie państw narodowych, tym samym ignorując kwestię najbardziej oczywistą – że od samego początku rewolucji przemysłowej głównym czynnikiem kształtującym nierówności w skali globalnej były nierówności pomiędzy państwami narodowymi. Gareth Jones (rozdział dwunasty) krytykuje brak odniesień w K21 do „przestrzeni”. Jego zdaniem dla Piketty’ego przestrzeń geograficzna to jedynie „miejsce gromadzenia danych”, a nie kontekst nierówności i wykorzystywania, który można by uwzględnić jako jeden z czynników w analizie. Zdaniem Jonesa wpływ czynnika geograficznego na szerzenie się nierówności w skali globalnej to element, którego w K21 całkowicie zabrakło. Emmanuel Saez (rozdział trzynasty) podkreśla, jak bardzo mało ciągle wiemy o samym zjawisku nierówności. Zwraca uwagę, że jeśli chcemy wiedzieć, w jakiej znajdujemy się sytuacji i na czym nam zależy, powinniśmy jak najpilniej dokonać dezagregacji rachunków dochodu narodowego i uwzględnić w nich wskaźniki dystrybucji dochodu. Jego zdaniem powinniśmy też przeznaczyć większe zasoby na pomiary nierówności majątkowych oraz zgłębianie wpływu regulacji i podatków na kształtowanie się nierówności.

Mariacristina De Nardi, Giulio Fella i Fang Young (rozdział czternasty) stwierdzają, że wysoki współczynnik kapitału do rocznego dochodu i duży udział kapitału w dochodzie nie znajdują bezpośredniego, prostego przełożenia typu jeden do jednego na wzrost nierówności. Autorzy zajmują się zatem analizowaniem związanych z tym zależności oraz przyczyn występowania rozbieżności. Heather Boushey (rozdział piętnasty) przygląda się potencjalnym skutkom feministyczno-ekonomicznym zjawiska, które moglibyśmy nazwać „dziedzicokracją”. Historia uczy, że relacje między płciami bywały szczególnie trudne i napięte (nawet jeśli wyjść z założenia, że kobiety miały wówczas dużą władzę społeczną), gdy czyjś status w dużej mierze zależał od tego, kim byli jego rodzice i teściowie.

Mark Zandi (rozdział szesnasty) i Salvatore Morelli (rozdział siedemnasty) prowadzą nas w innym kierunku. Podejmują się oni bardzo ważnego zadania, a mianowicie usiłują oszacować, jak w warunkach rosnących nierówności zmienia się stabilność gospodarki rozpatrywana na poziomie zarządzania cyklami koniunkturalnymi i sprzyjania wzrostowi gospodarczemu. Dochodzą do wniosków, które odbiegają trochę od starej akademickiej normy, wyrażającej się w stwierdzeniu: „konieczne jest przeprowadzenie dalszych badań”. Obaj dostrzegają poważne zagrożenia, na które można się jednak przygotować i których skutki można zmniejszyć.

W części czwartej zebraliśmy innego rodzaju krytykę wobec argumentacji Piketty’ego. Przedstawione tam cztery artykuły obierają perspektywę instytucjonalno-intelektualno-historyczną. Marshall Steinbaum (rozdział osiemnasty) argumentuje, że nastanie po drugiej wojnie światowej epoki socjaldemokratycznej, odznaczającej się względnie niedużymi nierównościami, było skutkiem ludobójczej polityki oraz militarnych katastrof toczących świat w pierwszej połowie tego stulecia. Steinbaum podkreśla też, że wspomniane konflikty zbrojne odegrały istotną rolę w dyskredytacji epoki pozłacanej sprzed pierwszej wojny światowej oraz charakterystycznego dla tych czasów nierównego kapitalistycznego ładu polityczno-gospodarczego. David Grewal (rozdział dziewiętnasty) uważa, że nastanie pierwszej – jak i drugiej – epoki pozłacanej to w dużej mierze „wkalkulowany” efekt zmiany filozoficzno-prawnej, do jakiej doszło w XVII i XVIII wieku. Zmiana ta polegała na odejściu od skrajnej postawy wobec panowania nad majątkiem i przejściu do poglądu kanonicznego, w którym członkowie społeczeństw Zachodu zaczęli myśleć przez pryzmat kontroli nad rzeczami materialnymi i abstraktami oraz nad obowiązkami „właścicieli”.

Ellora Derenoncourt (rozdział dwudziesty) żałuje, że Piketty bardziej nie zagłębił się w instytucjonalno-historyczne korzenie nierówności majątkowych. Postanowiła uzupełnić te braki, sięgając po rozróżnienie na instytucje „wyzyskujące” i „włączające”, którego autorami są Daron Acemoglu, James Robinson i Simon Johnson. Przy okazji Derenoncourt nieco modyfikuje tę teorię, zwracając uwagę, że instytucje „włączające” i „rozwijające” dla „obywateli” mogą być jednocześnie instytucjami „wykluczającymi” i „zamkniętymi” dla „poddanych”. Elisabeth Jacobs (rozdział dwudziesty pierwszy) stara się odnaleźć w tym, że w narracji Piketty’ego polityka jest jednocześnie niezwykle ważna i nieistotna. Zgodnie z argumentacją zawartą w K21 mamy do czynienia z pewnymi podstawowymi prawami ekonomii i uwarunkowanymi historycznie oraz generowanymi przez instytucje procesami, które kształtują wzrost gospodarczy i poziom nierówności. Piketty nie wyjaśnia zaś, jakie są rzeczywiste zależności między tymi dwoma obszarami.

Chcielibyśmy zwrócić szczególną uwagę na tę ostatnią kwestię, ponieważ naszym zdaniem wskazuje ona na sprzeczność leżącą u sedna dualistycznej natury książki Piketty’ego jako pracy naukowej i jako globalnego fenomenu intelektualnego. Z jednej strony Piketty kładzie największy nacisk na tezę, zgodnie z którą powinniśmy oczekiwać powrotu do politycznych i gospodarczych mechanizmów znanych z epoki pozłacanej, ponieważ to standardowy model społeczeństwa kapitalistycznego. Z drugiej strony jednak sam Piketty staje w roli intelektualisty-celebryty i jako taki nie zachowuje się jak bierny kronikarz tego, co nieuniknione. Zachowuje się tak, jak gdyby uważał, że opisywanym w jego książce siłom można stawić opór – że wszyscy wspólnie tworzymy nasze przeznaczenie, nawet jeśli znajdujemy się w niesprzyjających po temu okolicznościach.

Na koniec sam Thomas Piketty (rozdział dwudziesty drugi) mówi nam o tym, co sądzi na temat naszych argumentów, krytyki, poszukiwań i rozbudowywania jego tez.

Przypisy

1 T. Piketty, Capital in the Twenty-First Century, trans. Arthur Goldhammer, Cambridge, MA: Belknap Press of Harvard University Press 2014 [Kapitał w XXI wieku, tłum. A. Bilik, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2015].

2 Więcej informacji na temat zamożności można znaleźć w: T. Piketty, G. Zucman, Capital Is Back: Wealth-Income Ratios in Rich Countries, 1700–2010, „Quarterly Journal of Economics” 2014, 129, no. 3 (1 sierpnia), s. 1255–1310, [online:] doi:10.1093/qje/qju018 [dostęp: 12.05.2018].

3 T. Piketty, E. Saez, G. Zucman, Distributional National Accounts: Methods and Estimates for the United States 2016, dokument roboczy, [online:] http://gabriel-zucman.eu/fles/PSZ2016.pdf [dostęp: 12.05.2018].

4 T. Piketty, Kapitał w XXI wieku, s. 723.

5 J.M. Keynes, The General Theory of Employment, Interest, and Money, New York: Harcourt Brace Jovanovich 1953 [Ogólna teoria zatrudnienia procentu i pieniądza, tłum. M. Kalecki, S. Rączkowski, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN 2018].

6 Por. R.J. Gordon, The Rise and Fall of American Growth: The U.S. Standard of Living Since the Civil War, Princeton: Prince ton University Press 2016.

7 M. Rognlie, A Note on Piketty and Diminishing Returns to Capital, dokument roboczy, 2014.

8 T. Cowen, Capital Punishment, „Foreign Affairs” 2014, czerwiec, [online:] https://www.foreignaffairs.com/reviews/review-essay/capital-punishment [dostęp: 12.05.2018].

9 D. Acemoglu, J. Robinson, The Rise and Decline of General Laws of Capitalism, „Journal of Economic Perspectives” 2015, 29, no. 1 (zima), s. 9.

10 A. Meltzer, The United States of Envy, „Defining Ideas: A Hoover Institution Journal” 2014, 17 kwietnia, [online:] http://www.hoover.org/research/united-states-envy [dostęp: 12.05.2018].

11 A. Case, A. Deaton, Rising Morbidity and Mortality in Midlife Among White Non-Hispanic Americans in the 21st Century, „Proceedings of the National Academy of Sciences” 2015, 112, no. 49 (8 grudnia), s. 15078–15083, [online:] doi:10.1073/pnas.1518393112 [dostęp: 12.05.2018].

12 D. Neal, A. Rick, The Prison Boom and the Lack of Black Progress after Smith and Welch, „NBER Working Papers” 2014, no. 20283, [online:] http://home.uchicago.edu/~arick/prs_boom_201309.pdf [dostęp: 12.05.2018].

13 R.V. Reeves, K. Howard, The Glass Floor: Education, Downward Mobility, and Opportunity Hoarding, „Brookings Institution” 2013, listopad, [online:] http://www.brookings.edu/~/media/research/fles/papers/2013/11/glass-floor-downward-mobility-equality-opportunity-hoarding-reeves-howard/glass-floor-downward-mobility-equality-opportunity-hoarding-reeves-howard.pdf [dostęp: 12.05.2018].

14 N. Schwartz, In an Age of Privilege, Not Everyone Is in the Same Boat, „New York Times” 2016, 23 kwietnia, [online:] http://www.nytimes.com/2016/04/24568/business/economy/velvet-rope-economy.html?em_pos=large&emc=edit_nn_20160426&nl=morning-briefng&nlid=74144564 [dostęp: 12.05.2018].

15 A.M. Okun, Equality and Efficiency: The Big Tradeoff, Washington, DC: Brookings Institution Press 2015, 2nd ed.

16 T. Piketty, Putting Distribution Back at the Center of Economics: Refections on Capital in the Twenty-First Century, „Journal of Economic Perspectives” 2015, 29, no. 1, (zima), s. 75–76.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Piketty i co dalej? 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego