Czarny Mag. Pierwszy rok. Tom 1

Czarny Mag. Pierwszy rok. Tom 1

Autorzy: Rachel E. Carter

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Dla młodzieży Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 25.59 zł

Rudowłosa piętnastolatka Ryiah (zwana Ry) i jej brat bliźniak Alexander mają jedno marzenie: zostać magami. Realizacja tego celu się przybliża, gdy zostają przyjęci do Akademii Magii. Okazuje się jednak, że kandydatów na adeptów jest wielu, zaś rodzeństwo wyróżnia się na tle rówieśników niskim pochodzeniem, brakami
w wiedzy i niedostatkiem siły fizycznej. Wywodzący się z arystokratycznego rodu książę Darren i jego przyjaciółka Priscilla szczególnie dają odczuć rodzeństwu, gdzie jest ich miejsce.
Ry odstaje od grupy tak wyraźnie, że padają nawet sugestie, iż powinna zrezygnować. Dziewczyna jednak się nie poddaje, potajemnie przesiaduje w bibliotece, ćwiczy walkę wręcz z córką rycerza Ellą. Nieoczekiwanie z pomocą Ry przychodzi jej dotychczasowy wróg, Darren. Chłopak zaczyna okazywać jej swoją sympatię. Czy to podstęp? Czy Ry uda się zdać egzaminy i kontynuować naukę w wymarzonej szkole?

Rachel E. Carter

CZARNY MAG. PIERWSZY ROK

przełożyła Emilia Skowrońska

Tytuł oryginału: First Year

Copyright © 2014. First Year by Rachel E. Carter

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Emilia Skowrońska, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa, MMXVIII

Spis treści

Dedykacja

Mapa

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

Podziękowania

O autorce

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Kitty i Shells

Wcześniej, przed powieściami, które ukształtowały nasze życia, był fanfic. Dziękuję, że przez wszystkie te lata wspierałyście mnie i opowiadałyście straszne, naprawdę straszne historie o J & D i naszych dziewczynkach. Cat & Trenity.

Dla Christiny

Skoro życie dało nam więcej cytryn niż innym, zaczęłyśmy nimi w nie ciskać.

1

Nie patrz tam teraz – powiedziałam cicho. Czy mój głos brzmiał spokojnie? Miałam nadzieję, że tak. Trudno mi było to określić, bo serce w mej piersi waliło jak szalone. – Ktoś nas chyba śledzi.

Mój brat pobladł, zacisnął dłonie na lejcach. Niemal nieświadomie zaczął odwracać głowę w tamtą stronę.

– Alex!

Szybko odwrócił się z powrotem. Na jego twarzy malowało się poczucie winy. Miałam nadzieję, że czterej jeźdźcy, którzy pozostawali kilkaset metrów za nami, nie zauważyli tego ruchu. Do tej pory nie wyglądali na zbytnio zainteresowanych naszym korowodem, jednak fakt, że po zjeździe z ostatniej głównej drogi nadal za nami jechali, sprawił, że poczułam niepokój.

Zmierzch zapadał błyskawicznie. Na tej wysokości będzie ciemno przez długi czas. Słońce schowało się już za jedną z większych wystających skał, jak dla mnie jego promienie blakły zbyt szybko.

Miałam nadzieję, że grupa zatrzyma się, by rozbić obóz w jednym z niewielu nadających się do tego miejsc, jakie mijaliśmy – ostatecznie który znużony wędrowiec nie chciałby odpocząć w skalnej wnęce w pobliżu strumienia? Ja na przykład bardzo bym na to nalegała, gdyby nie obecność tajemniczych jeźdźców z tyłu.

Nasze konie cały czas spokojnie wspinały się po ciemnym zboczu góry.

– Skąd wiesz, że nas śledzą?

Poczułam delikatny ścisk w żołądku.

– Bo ich sakwy przy siodłach są zbyt lekkie jak na wyprawę w góry.

– No i?

Zacisnęłam szczękę, a potem zrobiłam długi wydech. To nie wina Alexa, że nie rozumiał moich obaw. Zajmował się uzdrawianiem ludzi, nie badaniem potworów, które ich raniły.

– Tylko głupcy lub bandyci podróżowaliby z pustymi rękami. Ostatnią prowadzącą do zajazdu główną drogę minęliśmy godzinę temu. – Próbując rozluźnić ściśnięte ze strachu mięśnie krtani, dodałam: – Rozbójnicy nie przejmują się zapasami. Wezmą sobie nasze.

Alex powoli rozważał znaczenie tych słów. Zaczęłam się zastanawiać, czy jego zdaniem nie przesadzam. Przecież wszyscy wiedzieli, że nie należałam do zbyt spokojnych osób. Miałam nadzieję, że nie uznał tego jedynie za kolejny z moich pochopnych osądów, jak zwykli mawiać nasi rodzice.

W oczekiwaniu na jego reakcję udawałam, że sprawdzam strzemiona, i wykorzystałam okazję do zerknięcia w stronę tamtych. Chociaż w ciemności o wiele trudniej było coś dostrzec, nadal nie miałam najmniejszych wątpliwości co do tego, że z biodra jednego z mężczyzn zwisa stalowy miecz. Broń mogą nosić jedynie wojownicy bądź rycerze.

Poczułam dreszcz. Wątpiłam, by ten człowiek był jednym albo drugim.

– Ry, co powinniśmy zrobić?

Wystraszony Alex wyglądał o wiele młodziej niż na swoje piętnaście lat.

Mój brat bliźniak, ten, który z naszej dwójki był bardziej rozsądny, opanowany i rozumny, teraz się bał. Co to dla nas oznaczało? Wolałam nie zastanawiać się nad odpowiedzią na to pytanie. Zamiast tego przyglądałam się szlakowi przed nami, próbując dostrzec drogę wśród pochylonych sosen.

Niestety o wiele łatwiej jest wskazać problem niż go rozwiązać.

Poniewczasie przyznałam, że powinniśmy wybrać główny trakt. Gdybym tak bardzo nie chciała jak najszybciej dotrzeć do akademii, jechalibyśmy akurat bezpieczną, często uczęszczaną drogą zamiast odludnym szlakiem w górach, czekając tylko, aż zostaniemy obrabowani.

Teraz jednak było już za późno.

– Ryiah?

Przygryzłam wargę. Alex patrzył na mnie i czekał na odpowiedź. Ostatecznie to była moja mocna strona. Co powiedziałam rodzicom przed wyjazdem? Że albo dołączę do frakcji Boju, albo zginę, próbując się tam dostać.

Idealny dobór słów. To, co niegdyś było melodramatycznym obwieszczeniem, właśnie miało stać się moim ironicznym końcem. Nie wiedziałam, jak wydostać nas z tej sytuacji. Nie dałabym rady walczyć z czterema dorosłymi i uzbrojonymi mężczyznami – a już z pewnością nie bez magii.

Po raz milionowy kwestionowałam w myślach motywy kierujące bogami, którzy nie podarowali mi umiejętności rzucania zaklęć. Nie była to jednak pora na opłakiwanie braku magicznych zdolności. Musiałam jak najszybciej znaleźć wyjście z opresji.

Zerknęłam w stronę drzew, szukając możliwości zmiany kierunku. Gdyby udało nam się jakoś zawrócić, zgubić tych mężczyzn i wrócić na główny szlak… Czy lepiej byłoby znaleźć kryjówkę pod osłoną nocy i wyruszyć o brzasku?

Może Alex miał rację i ci mężczyźni po prostu pojadą dalej… Moglibyśmy rozbić obóz i poczekać.

„Tak, a świnie umieją latać – zaczęłam złorzeczyć na siebie w duchu. – Chcesz zostać magiem bojowym, a strach oblatuje cię przy pierwszej oznace niebezpieczeństwa”.

Nie obleciał mnie strach.

Przysunęłam się niepostrzeżenie do Alexa na tyle, na ile się dało.

– Gdy powiem „już!”, masz uciec na zachód. Ja pojadę na wschód…

Otworzył usta, żeby zaprotestować, ale zasłoniłam mu je dłonią.

– Musimy się rozdzielić. Jeśli zostaniemy razem, tylko zwiększymy ich szanse na złapanie nas.

Spojrzał na mnie wyzywająco. Gdy zabrałam rękę, skrzywił się.

– Ry, nie zostawię cię.

Zignorowałam go.

– Możemy spotkać się w gospodzie, którą minęliśmy wcześniej, tuż przed rozwidleniem. Jeśli jedno z nas nie dotrze tam w ciągu kilku godzin po wschodzie słońca, to drugie zwróci się po pomoc do miejscowej straży. – Przełknęłam ślinę. – Bandyci z reguły nie zabijają, chyba że ktoś zacznie walkę. Tak przynajmniej słyszałam.

– A co, jeśli oni…

– Nie zrobią tego.

Pokręcił uparcie głową.

– Jeśli się dowiedzą, że jesteś dziewczyną…

Spojrzałam mu w oczy.

– Alex, to najlepsze wyjście.

Zaklął.

– Ryiah, ten plan w ogóle mi się nie podoba.

Dałam mu znak, żeby się przygotował. Następnie pochyliłam się do przodu i stanęłam w strzemionach, oburącz mocno ścisnęłam lejce. Alex zrobił to samo co ja, a gdy przyjął taką samą pozycję, kiwnęłam głową.

– Już.

W powietrzu uniosła się chmura kurzu i piachu, gdy moja klacz ruszyła z kopyta. Rozległ się tętent kopyt, usłyszałam krzyki jadących za nami mężczyzn. Ogarnęło mnie euforyczne poczucie zwycięstwa. Zaskoczyliśmy ich.

Utkwiłam wzrok w lesie przede mną. Ciemne, poskręcane gałęzie smagały moją twarz i drapały skórę. Ostry wiatr ranił popękane już usta. Zmusiłam się do ignorowania uczucia chłodu, od którego drętwiało mi całe ciało, i nagłych, zaskakujących skaleczeń, jakie pozostawiały po sobie gałęzie.

Miałam nadzieję, że Alex ma więcej szczęścia w swojej części lasu. Ledwo widziałam na dwa metry przed sobą, musiałam więc polegać na koniu i jego wyczuciu przestrzeni. Teraz, gdy klacz wiedziała, w jakim kierunku mniej więcej zmierzamy, musiała unikać tego, czego ja nie mogłam.

Ostry gwizd stali dotarł do mnie o sekundę za późno, nóż drasnął bok mojej ręki.

Krzyknęłam i natychmiast tego pożałowałam.

Rana była płytka, ale atak mnie zaskoczył. Opadłam z powrotem w siodło, a koń, spłoszony nagłą zmianą obciążenia, zwolnił tempa. Podskoczyłam, żeby naprawić swój błąd, jednak zwierzę potknęło się o jakieś kamienie i poleciałam do przodu.

Lejce wyślizgnęły mi się z wilgotnych od potu rąk.

Spadłam na ziemię twarzą w dół. Rozległ się głośny łomot. Poczułam gwałtowny niczym iskra ból w kończynach, miałam tylko sekundę, by się przeturlać. Kopyta spanikowanego konia uderzyły w ziemię obok mojej głowy.

Odbiegł, zanim zdołałam wstać.

Matka mnie zabije. Rodzice z trudem uzbierali pieniądze na wypożyczenie konia na tę podróż.

Strata wierzchowca i zadłużenie się moich rodziców u właściciela stajni tylko pogorszą sprawę.

Spróbowałam wstać na trzęsących się nogach. Czułam ostry ból we wszystkich mięśniach, a po próbie zamortyzowania upadku doszły kolejne rozcięcia na dłoniach. Nie potrafiłam stwierdzić, czy dudnienie w uszach brało się z pulsowania krwi, czy z faktu, że pogoń docierała coraz bliżej.

Może nie zauważyli, że spadłam z konia. Może myśleli, że nadal na nim pędzę. Było już dość ciemno, mogli więc pojechać dalej.

Zrobiłam kilka chwiejnych kroków i nagle tętent kopyt ustąpił miejsca krzykom.

Na bogów, tylko nie to.

Bandyci wydawali rozkazy przeszukania terenu.

Schowałam się pod najbliższym krzakiem, ignorując kolce, które raniły mi twarz i ręce. Modliłam się, żeby głośny w mej głowie odgłos łamanych gałęzi na zewnątrz przypominał jedynie cichy szelest.

Schowałam się na tyle głęboko, na ile się odważyłam, i próbowałam nie wyobrażać sobie wszystkich okropieństw, które być może mnie czekają, jeśli zostanę odnaleziona.

Jeden głęboki wdech, potem kolejny.

Słyszałam ich głosy. Robiły się coraz wyraźniejsze. Mroźny wiatr przywiał smród starego, wielodniowego potu i piwa, skrzywiłam się.

Ilu ich było? Przygryzłam policzek, gdy głosy zbliżyły się jeszcze bardziej.

– Widziałem, jak chłopak kuśtyka – powiedział jeden.

Inny odchrząknął.

– Nie mógł daleko uciec.

Potrafiłam odróżnić głosy tylko dwóch mężczyzn. Jeśli był trzeci, siedział cicho.

Chrzęst igieł sosny sprawił, że powietrze uwięzło mi w płucach.

Jeden z mężczyzn znajdował się tuż obok mojego krzaka. Słyszałam szuranie butów po wystających korzeniach. W duchu zaczęłam błagać bogów, żeby poszedł dalej.

– Jared, myślę, że uciekł w przeciwnym kierunku – powiedział mężczyzna. – Tutaj są tylko krzaki.

– Nie, musi być gdzieś niedaleko.

Słyszałam te głosy zbyt blisko siebie. Mój puls walił tak głośno, że byłam przekonana, iż go słyszą.

– Ładnie tu pachnie.

– To jeżyny, matole.

Nastąpił szelest, ktoś wyciągnął dłoń w stronę krzaka i natychmiast ją cofnął, klnąc.

– Cholerne kolce!

– Daj, ja spróbuję.

Druga ręka sięgnęła do krzaka, udało jej się złapać garść jeżyn, a przy okazji również moje włosy. Nie miałam o tym pojęcia, dopóki mężczyzna nie cofnął ręki i nie wyrwał mi pasemka.

– Aua! – Zasłoniłam prędko dłonią usta, ale za późno.

Dwie pary krzepkich dłoni wyciągnęły mnie z krzaków. Mężczyźni zaczęli krzyczeć.

– Proszę, proszę – powiedział, przeciągając samogłoski, Jared, którego rozpoznawałam już po głosie. – Erwan, wygląda na to, że twój apetyt wreszcie się na coś przydał. – Dźgnął łokciem drugiego mężczyznę, wysokiego, z wielkim brzuchem i w ubłoconych buciorach. – Prawda?

Szarpałam się w ich uścisku, próbując się wyrwać i dostrzec twarze napastników, ale nie udało mi się ani jedno, ani drugie. Bandyci pozwolili mi się rzucać, wygłaszali prymitywne uwagi i śmiali się, gdy na próżno próbowałam się oswobodzić.

Teraz nikt nie mógł mnie ocalić.

– No dobrze, chłopcze – powiedział Erwan. – A teraz powiesz nam, dokąd zmierzaliście, ty i ten twój mały przyjaciel.

Nabrałam gwałtownie powietrza. Miałam na sobie pożyczony od brata strój do jazdy konnej, teraz podarty i zakrwawiony, wzięli mnie więc za rudowłosego chłopaka. Tunika była workowata i chociaż rozerwała się na rękach, nadal ukrywała moje kształty.

Milczałam w obawie, że zdradzę się głosem.

– Zadaliśmy ci pytanie.

Rozległo się głośne klaśnięcie, gdy Jared wymierzył mi policzek.

„Tylko się nie rozpłacz”. I tak odczuwałam już ból, ponieważ w kilku miejscach kolce rozerwały mi skórę na twarzy, nie zamierzałam jednak kulić się ze strachu. Jeśli okażę przerażenie, tylko ich zachęcę.

– A teraz – ciągnął mężczyzna – otrzymujesz drugą szansę na odpowiedź. Jeśli jej nie wykorzystasz, zacznę odrąbywać ci poszczególne kończyny. – Miecz wbił mi się między żebra.

Zastanawiałam się, w jaki sposób broń znalazła się w rękach tego wyjętego spod prawa człowieka. Czy jego banda odcięła drogę ucieczki jakiemuś samotnemu wojownikowi na opuszczonym szlaku i go okradła, tak jak zamierzała okraść mnie? A może Jared go zabił, żeby wojownik nie mógł opowiedzieć, co mu się przydarzyło?

W bladym świetle księżyca widziałam rdzawy ślad na rękojeści. Poczułam kluchę w gardle, ale zmusiłam się do jej przełknięcia. Najgrubszym głosem, na jaki tylko mogłam się zdobyć, wydusiłam:

– Do akademii.

Ten wielki, Erwan, zaczął się śmiać.

– To jakiś mag! I gdzie ta jego magia?

Oblałam się rumieńcem i odwróciłam wzrok.

– Nie jest magiem, jest zbyt młody. – Zainteresowanie Jareda zamieniło się w odrazę. – Ten chłopak na nic nam się nie przyda. To po prostu kolejny dzieciak ze wsi w drodze do tej cholernej szkoły. Głupcy, myślą, że mają dar, podczas gdy powinni wykonywać porządną męską pracę.

Siedziałam cicho w nadziei, że uznają mnie za bezużyteczną i zostanę wypuszczona.

– Masz przy sobie jakieś pieniądze?

Niewiele. Wprawdzie na pierwszym roku Korona zapewniała darmowe zakwaterowanie i wyżywienie wszystkim swoim uczniom w trzech wojskowych szkołach królestwa, było to za mało, żeby wyrównać pracę, jaką Alex i ja wykonaliśmy w aptece rodziców.

– Sakiewka b… była w sakwach przy siodle – wydukałam. A klacz uciekła, galopowała teraz gdzieś, bez jeźdźca i wolna.

– Erwan, jedź i szukaj tego konia.

Tłusty rzezimieszek jęknął i wgramolił się na siodło. Nagle ktoś pociągnął mnie za ramię – to Jared prowadził mnie w stronę swojego wierzchowca.

– Pojedziesz ze mną. Spraw tylko jakieś problemy, a bez wahania rozpłatam ci brzuch.

***

Kilka godzin później Erwan wrócił z moją klaczą i łupem. W tym czasie Jared i ja zajęliśmy się obozowiskiem.

Gdy kazano mi zbierać drewno na opał, chwiałam się już na nogach.

Jak długo będą mnie przetrzymywać? Wsadzono mi w ramiona górę gałęzi, zatoczyłam się. Czy te bandziory w ogóle mnie wypuszczą? A może następnego ranka Alex i żołnierze z patrolu znajdą mnie wypatroszoną na szlaku?

Kiedy zasną, będę musiała spróbować uciec.

Gdy dorzuciłam do ognia, zrobili się bardziej rozmowni.

– Halseth i Karl jeszcze nie wrócili?

– W tym cholernym lesie trudno cokolwiek dostrzec. Prawdopodobnie rozbili obóz gdzie indziej.

– Myślisz, że złapali tego drugiego?

– Bardzo możliwe. – Jared splunął na ziemię, a potem na mnie spojrzał. – Ej, chłopcze, czy twój przyjaciel jest takim samym bezwartościowym smarkaczem jak ty, czy może zna się na magii? – Kiedy wypowiadał ostatnie słowo, jego oczy rozbłysły.

– N… nie. – Wargi zaczęły mi drżeć. Czy jeśli nabiorą podejrzeń, że mój brat zna się na magii, to tym bardziej będą starali się go odnaleźć? Żeby wykorzystać jego umiejętności?

– Było nie kłamać.

Zanim zdołałam zrobić unik, mężczyzna złapał mnie za nadgarstek i wsadził moją dłoń w ogień. Wrzasnęłam, gdy płomienie zaczęły pożerać skórę.

Mężczyzna wzdrygnął się i mnie puścił.

Mrugając, żeby się nie rozpłakać, tuliłam dłoń, starając się nie dotykać tej części skóry, która była teraz pokryta brzydką, lśniącą czerwienią.

– Proszę, proszę…

Spojrzałam w górę i zobaczyłam, jak Jared złośliwie się uśmiecha.

– Erwan, idź no jeszcze po trochę drewna. – Nie spuszczał wzroku z mojej twarzy, uniósł się kącik jego ust. – Sam bym poszedł, ale ktoś musi pilnować chłopaka.

„On wie”.

Erwan spojrzał na niego zaskoczony.

– Przecież dopiero co przyniosłem mnóstwo…

– Po prostu idź po drewno, ty durniu!

Gdy tylko towarzysz zniknął, bandyta odwrócił się do mnie, w jego nieżyczliwym spojrzeniu czaił się głód. Cienie z ogniska migotały mu na twarzy, przez co każdy centymetr kwadratowy jego skóry stawał się jeszcze groźniejszy.

– Kto by pomyślał? – prychnął. – Dziewczyna.

Panika ścisnęła moje płuca, rozejrzałam się wokół. Jak daleko uda mi się dotrzeć, jeśli teraz ucieknę? Przecież nie mogłam walczyć w takim stanie. Może ktoś wielkości mojego brata mógłby podjąć walkę, ale Jared był ode mnie o głowę wyższy i dwa razy cięższy.

Zrobił krok do przodu, złapał wiszącą na biodrze pochwę na miecz.

– Jeśli będziesz grzeczna, nie powiem innym.

„Pora wiać”.

Gdy rzucił się w moją stronę, z całych sił odbiłam się od ziemi.

Zrobiłam to jednak zbyt wolno. Złapał mnie w powietrzu i powalił.

Dłońmi przycisnął moje nadgarstki do podłoża, zaczął wbijać kolana między moje nogi.

Rzucałam się i krzyczałam, gdy się nade mną pochylił. Obrzydliwy, kwaśny zapach zaatakował moje zmysły, kiedy bandyta przysunął swoje usta do moich.

Uderzyłam głową do przodu. Nauczyłam się kilku ruchów podczas bójek z rówieśnikami. Poczułam szarpnięcie, ból i satysfakcjonujący trzask. Krew zalała moją twarz, mężczyzna ryknął i złapał się za nos.

– Ty bezczelna dziewucho! – Jego prawa pięść trafiła mnie w twarz w chwili, w której kopnęłam go z kolana w krocze i usłyszałam kolejne przekleństwo.

Czułam ostry ból twarzy, ale to nic w porównaniu z bólem dłoni. Przeciwnik wbił swoje brudne paznokcie w moją spaloną skórę, pisnęłam. Dlaczego, och, dlaczego, w przeciwieństwie do Alexa, nie mam dostępu do mojej magii?

Szarpałam się i drapałam, walczyłam zdrową ręką.

Jared próbował złapać górę mojej tuniki, zamachnęłam się pięścią z całej mocy.

Chwycił mnie za nadgarstek.

Rzuciłam się na niego ze wszystkich sił, jakie udało mi się zebrać.

Ale mężczyzna był zbyt silny. Uderzył mnie raz jeszcze, tak boleśnie, że zobaczyłam gwiazdy.

Moja głowa odskoczyła na bok, a w obozie wybuchło światło.

A potem zaczęłam krzyczeć… A przynajmniej wydawało mi się, że to ja. Jednak to nie byłam ja. Ja dławiłam się ziemią.

Wrzaski robiły się coraz głośniejsze.

Czyżbym miała uszkodzony słuch? Czy on aż tak mocno mnie uderzył?

Próbowałam podnieść się z ziemi, zrozumieć to, co właśnie się wydarzyło.

Gdy uklękłam, moją głowę wypełniło potężne pulsowanie. Krzyki przypominały zgrzyt zardzewiałego koła w powozie. Słyszałam je cały czas, dzwoniły mi w uszach.

Dochodziły z czegoś migoczącego przede mną.

Zamrugałam dwa razy i odzyskałam zdolność widzenia.

Jared był spowity przez płomienie. Ogień pożerał ciało i ubrania niczym oszalałe piekło. Mężczyzna zataczał się po całym obozie i przeraźliwie skrzeczał. Jakimś cudem cały zajął się ogniem.

Nie czekając, zerwałam się z ziemi. Rzuciłam się do ucieczki, chociaż każdy mięsień ciała wrzeszczał z bólu. Drżącymi dłońmi odwiązałam lejce mojej klaczy, która wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi, niemrugającymi oczami.

Przez ułamek sekundy dziękowałam bogom, że nadal miała na sobie siodło i sakwy.

Dosiadłam jej i skrzywiłam się, gdy uraziłam przy tym zranioną dłoń. Bolały mnie wszystkie części ciała, ale poparzona skóra najbardziej.

Poklepałam klacz pocieszająco – a przynajmniej miałam nadzieję, że tak to wyszło – i trąciłam ją kolanami, by ruszyła.

– Co jest… ej, chłopcze, wracaj tutaj!

Erwan pędził w stronę obozowiska. Mój puls gwałtownie przyśpieszył, pochyliłam się i odplątałam pozostałe lejce.

Nasze oczy się spotkały. On może i zdoła mnie złapać, ale w tym czasie jego przyjaciel spali się żywcem.

Zaklął i pośpieszył na pomoc Jaredowi.

„Ha”.

Odplątałam ostatni rzemień i wydałam z siebie głośny okrzyk. Gdy popędziłam w noc, pozostałe konie przestraszyły się i rozbiegły.

„Spróbujcie mnie teraz złapać”.

***

Uciekałam już przez godzinę, gdy ciszę rozdarł głośny tętent kopyt, dobiegający gdzieś zza drzew.

Gwałtownie pociągnęłam za lejce i kazałam klaczy ostro zawrócić.

– Ryiah, czy to ty?

Dzięki bogom. A już myślałam, że będę go szukać całą noc.

– Alex!

– Kilka kilometrów temu zgubiłem swój pościg. – Przysunął się bliżej. – A gdzie twoi dwaj?

– Są zajęci. – Z całą pewnością był to jedyny sposób, by określić to, co ich spotkało. – Dzisiaj nie będą nas szukać.

Było zbyt ciemno, bym mogła dostrzec twarz brata, wiedziałam jednak, że uśmiechał się złośliwie.

– Coś ty zrobiła?

Przełknęłam ślinę, nie chciałam opowiadać tej historii bratu teraz, gdy znajdowaliśmy się w samym środku lasu.

– Najpierw się stąd wydostańmy, a potem, rano, wszystko ci opowiem.

Nie będziemy bezpieczni, dopóki nie przejdziemy przez przełęcz. Przecież gdzieś tu, pośród wzgórz, nadal znajdowali się ludzie, którzy go szukali. Wcześniej czy później wrócą.

– Dobrze, ale resztę drogi musimy przejechać powoli. Mój koń potrzebuje przerwy, poza tym w tych ciemnościach prawie nic nie widać… – Alex prychnął. – Nie wiem jak ty, ale ja dzisiaj prawie dwa razy spadłem z konia.

Nie skomentowałam jego słów. Mój nadopiekuńczy brat z pewnością zorientuje się, że coś się wydarzyło, gdy zobaczy mnie w świetle. Nie miałam nastroju na jego tyradę, nie chciałam też dawać mu powodu do zawrócenia i ruszenia za napastnikami.

Pragnęłam jak najszybciej dotrzeć do Akademii i zostawić ten koszmar za sobą.

Brat pozwolił mi prowadzić – miałam lepszą orientację niż on – i po godzinie wspinania się w milczeniu w górę udało nam się znaleźć drogę powrotną na główny szlak.

Wreszcie zostawiliśmy za sobą baldachim drzew i kontynuowaliśmy podróż przez otwarte równiny. Naszą drogę oświetlały łagodny blask księżyca i migoczące sporadycznie światło gwiazd.

Na szczęście dla mnie Alex był zbyt zmęczony, by zauważyć jakąkolwiek zmianę w moim wyglądzie. Oboje cały czas zachowywaliśmy czujność, wykorzystując resztki energii do nasłuchiwania, czy ktoś się zbliża.

Kilka godzin później, gdy słońce wzniosło się nad oddalonymi graniami, wreszcie zobaczyliśmy pożądany widok. Duży, przytulnie wyglądający zajazd wyróżniał się na trasie. Poczuliśmy zapach gorących jajek na maśle i kiełbasek, dobywający się z pary szerokich okien.

Alex krzyknął z radości i puścił się do przodu, a ja ruszyłam za nim, nie odrywając wzroku od budynku.

Redaktor inicjujący: Agnieszka Trzeszkowska

Redaktor prowadzący: Anna Salwa

Redakcja: MAGRAF

Korekta: Alicja Tempłowicz, Artur Kaniewski

Projekt okładki: Joanna Strękowska

Ilustracja na okładce: Dominik Broniek

Mapa we wnętrzu książki: Bethips

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel./faks (22) 828 98 08, 395 75 78

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-6188-0

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czarny Mag. Pierwszy rok. Tom 1 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę