Podróże z Albertem Einsteinem

Podróże z Albertem Einsteinem

Autorzy: Ètienne Klein

Wydawnictwo: Copernicus Center Press

Kategorie: Popularnonaukowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 35.52 zł

Życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę musisz się poruszać naprzód.

- Albert Einstein

Ètienne Klein, francuski fizyk i filozof nauki, wyruszył w podróż po Europie śladami Alberta Einsteina, zatrzymując się w czasach i miejscach, które stały się punktami zwrotnymi w losach genialnego uczonego: Aarau, gdzie szesnastoletni Einstein dumał nad tym, co by było, gdyby dosiadł okrakiem promienia światła; Zurych, gdzie w 1901 r. uzyskał dyplom inżyniera i zaczął pasjonować się fizyką doświadczalną; Berno, gdzie pracując w Federalnym Urzędzie ds. Własności Intelektualnej opublikował pięć artykułów, w tym jeden na temat szczególnej teorii względności, który zrewolucjonizował pojmowanie stosunków między czasem a przestrzenią; Praga, gdzie w 1912 r. w jego umyśle pojawiła się idea, że grawitacja zakrzywia tor światła, będąca zalążkiem ogólnej teorii względności. A potem Bruksela, Antwerpia i wreszcie Coq-sur-Mer, gdzie w 1933 r. spędził kilka miesięcy przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych. Wyjazdem na zawsze.

W tej drodze od wygnania do wygnania, jaka naznaczyła życie Alberta Einsteina, portem, w którym zacumował na stałe, była fizyka. Od dzieciństwa pozostał też wierny sztuce zadawania pytań. Był tajemnicą, do której Ètienne Klein podchodzi z tkliwością i podziwem.

Einstein nade wszystko kochał myślenie, z powodu rozkoszy i radości, jaką mu dawało. Był z tych, co wykrywają i doceniają erotyzm problemów: tworzenie pojęć, wyostrzanie stylu, dziurawienie własnej myśli, podporządkowywanie otaczającej natury własnym marzeniom, oto na czym w pierwszym rzędzie polega praca. To również święto – nie takie z zapalaniem lampionów, ale święto porywczości, czasem powstańczych buntów myśli.

Ètienne Klein

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

1. Pokój, w którym usłyszałem wołanie

2. Riding in the rain

3. Nasza jest wolność!

4. Aarau i dolce vita

5. Dwie godziny w Mettmenstetten, wliczając wieczność

6. „Bezczelności, aniele stróżu mój”

7. Berno, czyli korzystny obrót rzeczy

8. Igrzyska w Olimpii

9. Kwanty wychodzą na światło (marzec 1905)

10. Atom zdaje egzamin (maj 1905)

11. Względność albo promocja niezmienności (czerwiec 1905)

12. E = mc2 ale to nie wszystko... (wrzesień 1905)

13. Późne uznanie

14. Praga albo esprit d’ascenseur

15. Hotel Métropole, ojczyzna bratnich umysłów

16. Niewidzialne prześcieradło i kula do pétanque

17. Wygnanie przed wygnaniem

18. Schronienie nad Morzem Północnym: Le Coq-sur-Mer

19. The no land’s man

Bibliografia

Podziękowania

Przypisy

© Copyright by Copernicus Center Press, 2018

Copyright © by Editions Actes Sud – Arles 2016

Published by arrangement with Lester Literary Agency

Tytuł oryginalny:

Le pays qu’habitait Albert Einstein

Adiustacja i korekta

Artur Figarski

Projekt okładki

Michał Duława

Grafika na okładce

© The LIFE Picture Collection/Getty Images

Skład

Artur Figarski

ISBN 978-83-7886-402-8

Wydanie I

Kraków 2018

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl

Księgarnia internetowa: http://ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Szczęśliwy, kto nie ma ojczyzny.

Widuje ją jeszcze w swoich snach.

HANNAH ARENDT[1]

1

POKÓJ, W KTÓRYM USŁYSZAŁEM WOŁANIE

Normalną osią kosmicznego śnienia jest oś, wzdłuż której wszechświat zmysłowy

zostaje przemieniony we wszechświat piękna.

GASTON BACHELARD

Każde życie, nawet to zakończone, przedłuża się w niebie, którym staje się dla innych żywotów.

Już jako nastolatek potrzebowałem go w swoim otoczeniu. Na ścianach mojego pokoju zawiesiłem dwa jego portrety. Na jednym był młody, elegancki, z roziskrzonym spojrzeniem i łakomymi ustami okolonymi cienkim wąsem; na drugim był stary, udręczony, w niedbałym stroju, miał długie włosy i nieskończenie smutne oczy. Nie rozumiałem, jak ten pierwszy mógł stać się drugim. Obok niego Giacomo Agostini i Barry Sheene nieprawdopodobnie nisko kładli swoje wyścigowe motocykle.

W chwili naszego pierwszego spotkania ten człowiek sprawił, że mój wszechświat zaczął się rozszerzać – miałem dziesięć lat i nieświadomie wkraczałem w świat fizyki. Choć zmarł w roku 1955, trzy lata przed moim urodzeniem, wciąż pozostaje w moim życiu, trzymając się bliżej lub dalej, lecz nigdy w odległości nieskończonej. W przypadku niektórych osób życie pośmiertne przekształca się w czas żywy, subtelny, karmiący.

W tamtych latach wiedziałem tylko, a była to wiedza nader mętna, że wielokrotnie pomieszał szyki myślenia fizyków, wywołał potężne trzęsienia w porządku pojęć, a w szczególności, że był odkrywcą równania o nieoczekiwanej prostocie – E = mc2 – które otworzyło wszelkie drzwi dostępu do światła, świata poruszanego przez cząsteczki i samego wszechświata.

W pamięci utkwiła mi taka anegdota: zapytany przez młodszego syna Eduarda o źródła swojej wielkiej sławy, Einstein odpowiedział: „Kiedy ślepy żuk idzie po powierzchni zakrzywionej gałęzi, nie zdaje sobie sprawy, że droga, którą podąża, też jest zakrzywiona. Miałem szczęście zauważyć to, czego nie może zobaczyć żuk”. Mimo że nie do końca zrozumiałem jego sens, zdanie to mnie zaintrygowało, zwłaszcza że następowały po nim dziwne rozważania na temat zakrzywienia „czasoprzestrzeni” i ugięcia toru promieni świetlnych przebiegających w pobliżu gwiazdy. Czasoprzestrzeń byłaby więc krzywizną? Światło nie przemieszcza się w linii prostej? Czas również bierze zakręty? Co za historia – pomyślałem, nie mogąc wykoncypować nic więcej z powodu słabości mojej wiedzy i ograniczonej zdolności pojmowania. Ale moja wyobraźnia rzuciła się do galopu niczym koń czystej krwi.

Mawia się, że często nie wkładał skarpetek albo wkładał tylko jedną, ponieważ długi ostry paznokieć palucha w końcu zawsze ją przedziurawiał. I że nawet w pochmurne dni nie chciał nosić kapelusza, pod pretekstem, że jego włosy schną szybciej niż jakiekolwiek nakrycie głowy. Ten argument, głoszący że powinniśmy łatwo obchodzić się bez pewnych rzeczy, które zbyt szybko się zużywają lub nie są niezbędne, wydawał mi się szalony, a zarazem cenny, a nawet zbawienny.

Gdy dorosłem, w okresach, w których zdarzało mi bardzo szarżować, próbowałem wcielać w czyn jedno z jego najmocniejszych powiedzeń: „Śpię niedługo, ale śpię szybko”, przy czym nigdy w pełni mi się to nie udało.

Jego linia wszechświata jest teraz bardzo odległa od linii obecnie żyjących ludzi, dlatego nikt nie może już kroczyć u jego boku. Można jedynie iść jego śladem. Czas jest wprawdzie tylko czwartym wymiarem czasoprzestrzeni, jednak różni się od trzech pozostałych: nie da się przemieszczać w nim według własnego uznania, tak jak w przestrzeni; przeszłość jest przeszłością, na zawsze już niedostępną, gdy tylko jej obecność ustaje.

Jak zatem postępować z nieobecnym, który od tak dawna nam towarzyszy? Z patronującym cieniem, który stąpa po bruku świata, a my słyszymy odgłos jego kroków? Gdy przeszła mi przez głowę myśl, aby zacząć pisać, przekonywałem sam siebie, że nie warto próbować, wysuwając coraz bezwzględniejsze obiekcje: Albert Einstein jest postacią posągową, przytłaczającym monolitem, człowiekiem zastygłym w całą mitologię; intelektualistą totalnym, a jednocześnie bohaterem ludowym, któremu za życia i po śmierci poświęcono ponad dwa tysiące książek, miliony artykułów, setki filmów dokumentalnych; fotografowano go tyle razy, że jego twarz jest równie znana co oblicze Księżyca; uczyniono też z niego pomnik, drobiazgowo badano[2], żarliwie katalogowano. W roku 2000 czytelnicy magazynu „Time” z imponującej listy wielkich postaci właśnie jego wybrali jako symbol „Człowieka XX wieku”.

Miałem powody, by czuć się sparaliżowany. Albertologia jest nauką o długim rodowodzie i obfitym dorobku, dlatego zastanawiałem się, czy mogę powiedzieć coś, co jeszcze nie padło?

Nie mogąc odpowiedzieć na to pytanie, musiałem tak czy owak wprawić się w ruch. Na początek postanowiłem, że udam się na wyprawę rowerową.

Tak, rowerową. Pomysł pojawił się wówczas, gdy w jakimś artykule zobaczyłem słynne zdjęcie zrobione w lutym 1933 r. przed domem jego przyjaciela Bena Meyera w Santa Barbara w Kalifornii: Einstein ma 54 lata, siedzi na rowerze, uśmiecha się. Jest mieszanką łagodnej ruchliwości i potęgi umysłowej, pełnej wigoru dojrzałości i dziecięcej świeżości. Miałem wrażenie, że daje mi znak. Pod zdjęciem w charakterze legendy widniał przypisywany Einsteinowi, bez wątpienia niesłusznie, aforyzm: „Ludzie są jak rowery. Utrzymują balans tylko wtedy, gdy zmierzają do przodu”. Tę uwagę, wyrażającą fizyczno-egzystencjalny zdrowy rozsądek, usłyszałem jako zaproszenie do podróży, któremu nie byłem w stanie się oprzeć, gdy pewnego dnia w marcu 2015 r. odkryłem ten wiersz Einsteina napisany po powrocie z rowerowej przejażdżki:

Nigdy nie widziałem piękniejszego

Słońca tam wysoko, pokój w nas

Wszystkie serca były w uniesieniu

A ja nie miałem skrupułów

By pedałować jak ktoś szczęśliwy![3]

2

RIDING IN THE RAIN

Ludzie, którzy nie lubią jazdy na rowerze, nudzą nas nawet wówczas, gdy o tym nie mówią.

MICHEL AUDIARD

Wiosna 2015. Drżąc z niecierpliwości, z notatnikiem w kieszeni i niemalże już w kasku na głowie, kupuję bilet kolejowy do Bazylei, która niczym brama otwiera drogę do Helwecji. Zacznę od lat młodzieńczych Einsteina, od Szwajcarii. Od Aarau, Mettmenstetten, Zurychu, Berna, miast, w których mieszkał od szesnastego do trzydziestego roku życia, gdzie długo, czasem wśród przeciwności, jego myśl dojrzewała, by w roku 1905 rozjarzyć się prawdziwym fajerwerkiem, czymś na kształt jedynej w historii fizyki konceptualnej eksplozji. Potem pojadę do Pragi, Brukseli, Antwerpii, Le Coq-sur-Mer. To w Europie Einstein był najbardziej twórczy, aż do chwili, gdy zmuszony był ją opuścić w 1933 roku.

Czy to rodzaj pielgrzymki? Nie mam duszy pielgrzyma. Raczej próba wędrówki, dynamicznego zanurzenia się w historii poprzez geografię. Miałem przede wszystkim nadzieję, że w miejscach naznaczonych stopą Einsteina na zasadzie histerezy zachowało się odroczone, lecz dostrzegalne halo będące śladem jego obecności. Że są one palimpsestami z nakładających się warstw rzeczywistości, nierozróżnialnych przestrzennie, ale oddzielonych od siebie przez czas.

Po trzygodzinnej podróży na pokładzie TGV Lyria przybiłem do właściwego portu, a dokładniej – peronu. Albo może to raczej miasto Bazylea zatrzymało się przy moim pociągu, gdyż zgodnie z samą zasadą względności oba te stwierdzenia są doskonale równoważne. Przenocowałem w hoteliku nad brzegiem Renu, a skoro świt wypożyczyłem masywny czerwony rower i dwie duże czarne sakwy, które przytroczyłem do bagażnika. Mój zamysł był taki, aby na powrót ożywić przeszłość Einsteina, przemierzając przestrzeń lądową w czasie teraźniejszym i z właściwą człowiekowi prędkością. Kierunek: Zurych, z przystankiem w Aarau. Zurych – oczywiście dlatego, że jest siedzibą Instytutu Politechnicznego, gdzie Einstein odbył studia inżynierskie. Aarau – bo tu upłynął mu, jak sam mówił, wesoło siedemnasty rok życia, a przede wszystkim to tu zadał sobie pytanie, które z czasem doprowadziło go do rewolucji relatywistycznej. Pytanie dziwne, idące w poprzek zwyczajowego sposobu myślenia fizyków: oto na scenę wchodzi ciało, a wyobraźnia drogą rzutowania przenosi je w dziwne sytuacje, w których ono nadal odczuwa i postrzega. Zachodzimy w głowę, jakim torem i w przypływie jakiego szaleństwa w tak młodym umyśle pojawiło się pytanie „jak postrzegałbym światło, gdybym siedział na promieniu świetlnym?”, na które Einstein odpowiedział: w takich okolicznościach fale elektromagnetyczne, z których złożone jest światło, zdawałyby mi się stać w miejscu. Rzecz niemożliwa, ponieważ światło istnieje tylko gdy się przemieszcza i nikt nigdy nie widział nieruchomego promienia światła. Paradoks ten na długo ukierunkował namysł Einsteina. Dziewięć lat później, w roku 1905 w Bernie, ucieleśnił go w szczególnej teorii względności, będącej novum w dziedzinie fizyki.

Było oczywiste, że na moją wyprawę powinienem wyruszyć ze stolicy kantonu Argowia, leżącej u podnóża południowego pasma Jury, małego miasta, w którym zapoczątkował się jeden z największych zwrotów myślowych XX wieku.

W Szwajcarii ścieżki rowerowe łączące dwa miasta lub miasteczka rzadko biegną wzdłuż szos. Umykają, by wić się wśród pól i lasów, z dala od samochodów i ciężarówek. Wylane najlepszym asfaltem i starannie utrzymane, żyją własnym czystym życiem. Choć oznaczało to nadłożenie drogi, postanowiłem naturalnie pojechać trasą łączącą Bazyleę i Aarau, kierując się cytatem z Gérarda de Nervala, który wydawał mi się przedgłosem dziwnego splecenia przestrzeni i czasu sformalizowanego przez szczególną teorię względności:

Nasunęło mi to myśl, by do Paryża wracać przez Ermenonville – jest to droga najkrótsza pod względem odległości i najdłuższa pod względem czasu, mimo że linia kolejowa wiedzie do Compiègne ogromnym objazdem[4].

Objazdy często mają urok, którego pozbawione są utarte ścieżki. Może z wyjątkiem dni, kiedy rzęsiście pada. To, że czas chronologiczny jest względny, nie zmienia bowiem faktu, że czas meteorologiczny może przynosić pogodę bezwzględnie wstrętną. Nawet 1 maja, w środku wiosny.

W nieustającym deszczu, w Święto Pracy, pokonałem sześćdziesiąt pagórkowatych kilometrów, pofałdowanych tak bardzo, że nie utwierdziłyby Euklidesa w przekonaniu o słuszności jego aksjomatów. Klimat jak w Gimme Shelter. Jako miłośnikowi niespokojnych szczytów nawet mi to odpowiadało: lubię, gdy powietrze jest rześkie, rozszamotane, turbulentne. Tym bardziej, że moje sakwy z plastikową powłoką były doskonale szczelne, moje łydki gibkie, a ja czułem się w pełni sił. Odkrywałem szwajcarską wieś, całą w równowadze mimo złej aury, z jej lasami, masywnymi domami, stokami, dolatującym z oddali dźwiękiem dzwonków. Droga skrzyła się. Pedałowałem wśród krajobrazu jak z zamokniętej pocztówki.

Status, jaki przyznaje się deszczowi, jest względny. Chodzi o okoliczności i sprzęt, to jasne, ale też o czas trwania. Po przybyciu do Paryża w roku 1911 Chagall namalował swoje mistrzowskie dzieło Deszcz, które zawsze przychodzi mi na myśl, gdy tylko krople, nie wiadomo jeszcze, małe czy duże, grożą zawilgoceniem otoczenia. Dynamika tego płótna jest ambiwalentna, a nawet paradoksalna: szarość i czerń nieba zapowiadają burzę; w środku obrazu samotne drzewo o wygiętym pniu. Wygiętym przez podmuchy wiatru? Być może. Liście jednak pozostają nieruchome. Po prawej mężczyzna wychodzący z drewnianego domu beznamiętnie otwiera parasol, jak gdyby deszcz był dla niego byle śmiesznostką.

Takie samo zjawisko można zauważyć podczas jazdy na rowerze. Przynajmniej na początku: radość pedałowania jest dużo większa niż utrapienia związane z ulewą. Dopiero na dłuższą metę deszcz zmienia się w mały dopust. Gdy tylko do sprawy wmiesza się prędkość, staje się lodowaty, kłuje, oślepia, przemacza; z ulicy robi lodowisko, neutralizuje hamulce, każe szczękać zębami. Dlatego najbliższe szwajcarsko-alemańskie bistro, które wystawia zza rogu czubek szyldu, jest zawsze tym odpowiednim. A nawet, by nazwać rzecz po imieniu, jest zamiejscowym oddziałem raju.

Możemy mieć ubłocone buty i ociekające wodą ubranie, a i tak zawsze spotkamy się tu z bardzo miłym przyjęciem. Zanim zdąży się cokolwiek zamówić, na stół wjeżdża miska zupy, z naruszeniem zasady przyczynowości (która domaga się, aby fakty następowały w porządku odwrotnym); wraz z zupą gospodyni serwuje dwa lub trzy żarciki na temat dziwaczności tego, że ktoś woli się mordować, podczas gdy mógłby – jak to u nas mawiają – „nie woleć”. W dalszą drogę człowiek wyrusza w pełni zregenerowany i, jak rzekłby tym razem kolarz, „dopompowany do oporu”. Własny zapas sił wydaje mu się tak duży, że zwiększa tempo jazdy, w samotnej ucieczce odrywa się od wyimaginowanego peletonu, który gna tak, jakby każdy z atletów zjadł tysiąc witaminizowanych kotletów. Ale to nie trwa długo. Wkrótce ciało znów zaczyna wyczyniać harce. Trzęsie się i dygoce pod ciosami deszczu, który żądli ziemię cienkimi białymi wrzecionami. Jest jednak wyczulone na pogardę i obojętność, jakie niekiedy okazuje mu właściciel, dlatego gdy zrozumie, że nie sposób skłonić go do ulitowania lub nadwątlić jego motywacji, ciało godzi się posłusznie wykonywać swoje zadanie, bez lamentów, aż do następnego zajazdu... Tak właśnie, dzięki okresowo napotykanym gospodom, do których od razu zawijałem, miałem wczesnym przedpołudniem dotrzeć do mojego pierwszego celu: Aarau, hurra!

Z pustym wzrokiem i głową wciśniętą w ramiona jechałem nieśpiesznie Albert-Einstein Weg, małą wyasfaltowaną uliczką z trawiastym poboczem wysadzanym brzozami, która biegnie wzdłuż rzeki Aare aż do bram miasta i której nazwa upewniała mnie wystarczająco, że nie zabłądziłem.

Od pierwszej chwili wzrok przyciągały szczególne atrybuty tego miejsca: szerokie wykuszowe szczyty dachów pokryte kolorowymi malowidłami, te słynne Dachhimmel zdobione motywami z Biblii, z ornamentyką kwiatową lub symbolami cechów rzemieślniczych, które dosłownie ożywiają miasto od XVI wieku. Mimo wzmagającego się deszczu, łagodna, landszaftowa uroda Aarau pobudzała moją wrażliwość.

Zsiadłem z roweru, bo była to strefa ruchu pieszego, i szybko dotarłem do zabytkowego centrum, gdzie przechadzałem się w samym sercu odrestaurowanej i pełnej harmonii średniowiecznej fortecy, wąskimi uliczkami, na których na nowo położono płyty brukowe i kocie łby z naturalnego kamienia. Mijałem jeden za drugim majestatyczne, bogate domy mieszczan. Wtem, wychodząc zza rogu ulicy, ujrzałem wzbijającą się w niebo wysoką wieżę dzwonną zboru kalwińskiego.

Aarau należy do tych miast, małych i dużych, które potrafią zawładnąć spojrzeniem i świadomością, tworzą klimat sprzyjający wewnętrznym doświadczeniom. Człowiek czuje się tu jak u siebie, choć nic o mieście nie wie.

Wskutek niemal nadprzyrodzonego zbiegu okoliczności, to właśnie w tym małym zaciszu dla ducha Einstein znalazł antidotum na przesadną sztywność niemieckiej edukacji, którą odbierał w Monachium i której, sam przecież będąc Niemcem, nie mógł znieść.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

PRZYPISY

[1] Hannah Arendt, Heureux celui qui na pas de patrie. Poèmes de pensée, trad. de François Mathieu, Payot, Paris 2015, s. 102.

[2] Zaraz po śmierci, mimo sprzeciwu wyrażonego przez Einsteina za życia, jego mózg pobrano i pocięto na 240 cienkich płatów, które rozesłano do kilku instytucji, gdzie były skrupulatnie badane w nadziei wykrycia szczególnych cech morfologicznych mogących wyjaśnić geniusz uczonego, tak jakby chodziło o to, by nareszcie ujawnić jakiś niespotykany mechanizm.

[3] Einstein napisał ten wiersz 18 lutego 1933 r. w Kalifornii. Cyt. za: Kenji Sugimoto, Einstein, biographie illustrée, trad. de Jean-Pierre Bardos, Belin, Paris 1990, s. 128.

[4] Gérard de Nerval, Angélique, 4e lettre, [w:] Les Filles du feu, Gallimard, „Folio classique”, Paris, s. 66.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Podróże z Albertem Einsteinem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

#SEXEDPL. Rozmowy Anji Rubik o dojrzewaniu, miłości i seksie Jak czytać wodę Przewodnik wędrowca Duchowe życie zwierząt Medyczna Marihuana. Historia hipokryzji Małe wielkie odkrycia