Ognisty dylemat

Ognisty dylemat

Autorzy: Ewa Bauerfeind-Burkot

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Dla dzieci Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 18.00 zł

Dwoje nastolatków, Małgosia i Michał, dorasta w cieniu opowieści o tajemniczych Drągalach, którą często słyszeli w dzieciństwie od babci i dziadka. Trudno im jednak do końca uwierzyć w to, że fantastyczne stwory żyjące gdzieś w odległym świecie mogą być prawdziwe... Jak bardzo się mylą! Pewnego dnia zostaną wraz z rodzicami porwani do krainy ciemiężonej przez bezlitosnego władcę, który nie liczy się z nikim i z niczym. Czy wystarczy im odwagi, by stawić czoła oprawcy? Czy znajdą sprzymierzeńców w tej dziwnej krainie? Czy uda im się wrócić na ziemię i uratować innych porwanych?

To wciągająca, pełna szalonych przygód opowieść o przyjaźni, walce dobra ze złem, sile uczuć i... całkiem ludzkich kosmitach.


Nagle usłyszeliśmy głośny dźwięk. Początkowo zdawało nam się, że to muzyka z filmu, ale to, co działo się na ekranie, nie pasowało do dobiegających nas odgłosów. Zaciekawieni jednocześnie podnieśliśmy się z kanapy i natychmiast osłupieliśmy z przerażenia. Za oknem unosiły się powietrzne pontony. W jednej chwili prysnął nasz spokój. Tata starał się być jak zawsze opanowany i analizował sytuację, zdenerwowanie można było jednak wyczytać z jego twarzy. Mama trzęsącymi się dłońmi zasłoniła twarz, Michał z szeroko otwartymi oczami nie poruszył się nawet o milimetr, a ja miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. Drżałam na całym ciele, a serce waliło mi tak, jakby za chwilę miało wyskoczyć z klatki piersiowej. Szybko zrozumieliśmy, że przestrogi dziadków nie były pustymi słowami. Opowieść o Drągalach nie była bajką.

Dlaczego Pani nie pisze? Dlaczego?

(…) proszę pisać!

Pani Iwono, dziękuję!

Spis treści

Prolog

Rozdział 1. Zwykły dzień

Rozdział 2. Niespokojne myśli

Rozdział 3. Inwazja

Rozdział 4. Na miejscu

Rozdział 5. Przydział obowiązków

Rozdział 6. Nie do wiary!

Rozdział 7. Maurycy

Rozdział 8. Pierwsze zadanie

Rozdział 9. Podarunek

Rozdział 10. Wreszcie jakieś wieści

Rozdział 11. Miły wieczór

Rozdział 12. Zagadka

Rozdział 13. Kimo

Rozdział 14. Tutejsze problemy

Rozdział 15. Nalot

Rozdział 16. Porwanie

Rozdział 17. Musimy coś wymyślić

Rozdział 18. Nadzieja

Rozdział 19. Ziomkowie

Rozdział 20. Nieoficjalny wylot

Rozdział 21. Pani Rozalia

Rozdział 22. Chwila na oddech

Rozdział 23. Przygotowania

Rozdział 24. Czasami można się rozmarzyć

Rozdział 25. Szybka decyzja

Rozdział 26. Szkoda czasu

Rozdział 27. Audiencja u wuja Ursyna

Rozdział 28. Włodarze Drągalii

Rozdział 29. Wstępna strategia

Rozdział 30. Przekazanie wieści mamie

Rozdział 31. Odwiedziny pana Alojzego

Rozdział 32. Pożegnanie

Rozdział 33. Z niezapowiedzianą wizytą

Rozdział 34. Ciekawość zwyciężyła

Rozdział 35. Oficjalne posłuchanie

Rozdział 36. Oględziny terenu

Rozdział 37. Interesujące lokum

Rozdział 38. Królestwo Wielkiego Arlekina

Rozdział 39. Na czym stoimy?

Rozdział 40. Kuracjusze

Rozdział 41. Niepowodzenie

Rozdział 42. Przydział zadania

Rozdział 43. Rada pana Alojzego

Rozdział 44. Wielkie przygotowania

Rozdział 45. Misja

Rozdział 46. Czas wolny

Rozdział 47. Dziecięca dzielnica

Rozdział 48. Monotonna codzienność

Rozdział 49. Biała gorączka

Rozdział 50. Ognisty dylemat

Rozdział 51. Nie tak miało być

Rozdział 52. Rozpacz

Rozdział 53. Wszystko wraca do normy

Rozdział 54. Powrót

Rozdział 53. Tajemnica pana Alojzego

Prolog

Była piękna słoneczna pogoda. Dzieci bawiły się na podwórku przy trzepaku, a ich rodzice krzątali się po obejściu albo przebywali w pracy. Wiosna rozkwitała wokół, radując serca i budząc chęci do aktywności po długiej zimie.

Nagle rozległ się straszny szum. Wszyscy zaczęli spoglądać do góry, szukając źródła dźwięku, lecz nie mogli niczego dostrzec. Niepokój rósł wśród mieszkańców kamienicy, grupka przestraszonych dzieci wbiegła do klatki schodowej, niektórzy wyglądali przez okna, wszyscy patrzyli w niebo jak zahipnotyzowani.

Wtem na horyzoncie ukazały się obiekty latające na pierwszy rzut oka przypominające pontony. W każdym z nich siedziało po dwóch mężczyzn ze srebrnymi czapkami z daszkiem na głowach. Piloci niespodziewanie zniżyli lot, niemalże zahaczając o płyty chodnika, a jeden z nich powiedział przez głośnik:

– Przyjechaliśmy po was, byście powiększyli ród Drągali. Nie bójcie się i nie stawiajcie oporu. Nikomu nie stanie się krzywda, jeśli dobrowolnie wsiądziecie do poduszkowców!

– O co chodzi? Kim są Drągale? – zapytał barczysty mężczyzna, niebezpiecznie wychylając się przez okno.

– Dostaliśmy rozkaz sprowadzenia ludzi na naszą planetę. Nie ma czasu na wyjaśnienia. Szczegóły poznacie na miejscu!

– Ale jak to? Mamy porzucić dom, rodzinę, obowiązki i lecieć z wami? – kontynuował lokator.

– Tak, zgadza się. Teraz waszym domem będzie Drągalia i albo sami wsiądziecie teraz do pojazdów, albo zostaniecie wzięci siłą!

Mieszkańcy wpadli w panikę, część z nich podjęła próbę ucieczki, podczas gdy reszta gorączkowo szukała innego rozwiązania. Atmosfera była bardzo nerwowa. Nikt nie chciał przystać na przedstawioną propozycję. Drągale nie byli jednak zbyt cierpliwi. Po kolei wyłapywali mieszkańców, wyciągali ich nawet z najdalszych zakamarków, po czym każdego zręcznie obezwładniali, prowadzili na pokład poduszkowców i odlatywali.

Po chwili już ich nie było. Zniknęli tak szybko, jak się pojawili.

Nagle zza drzwi wyjrzała na korytarz przestraszona dziewczynka. Została pozbawiona rodziców i braciszka lub siostrzyczki, gdyż jej mama była w ciąży. Kucnęła, opierając się plecami o ścianę, i oplotła ramionami kolana. Cała się trzęsła ze strachu. Nie miała pojęcia, co się właściwie wydarzyło, kim byli Drągale ani skąd nagle pojawiły się na niebie poduszkowce. Wiedziała tylko jedno – została tu sama. Już dłużej nie mogła powstrzymać łez. Rozpłakała się na dobre.

ROZDZIAŁ 1

Zwykły dzień

– Teraz twoja kolej, braciszku. Jak myślisz, które zwierzę jest najszybsze? – zadałam Michałowi kolejne pytanie w czasie naszej ulubionej gry w zgadywanki. Często sięgaliśmy po encyklopedię dla dzieci, na chybił trafił otwieraliśmy książkę i zadawaliśmy pytanie z podanych przy danym haśle informacji.

– To musi być gepard.

– Nie, nie, nie. Takie proste, a ty nie wiesz! – powiedziałam wesoło.

– Nie kłam, Małgosiu – rzekł mój starszy brat. – Na pewno nie chcesz przyznać mi racji.

– Tym razem się mylisz i wcale się z tobą nie przekomarzam. Owszem, gepard jest najszybszym ssakiem, ale rozmawiamy o wszystkich zwierzętach. Może chcesz skorzystać z małej podpowiedzi?

– Mała lisica – syknął. – Dobra, podpowiedz mi, ale bez fantazjowania.

– Tu jest napisane, że „w trakcie swego lotu nurkowego osiąga prędkość dochodzącą do 350 km na godzinę”.

– OK, czyli to jakiś ptak. Może orzeł?

– Niezły jesteś. Orzeł jest na drugim miejscu! To co, poddajesz się?

– Dobra, nie chce mi się myśleć. Trochę już mnie nudzi ta gra. No to który ptak jest najszybszy?

– Sokół wędrowny! Zapamiętaj dobrze tę nazwę, może jeszcze kiedyś zadam ci to pytanie! – troszkę się naigrywałam z Michała, ponieważ to on częściej mnie ogrywał. Miałam więc prawdziwy powód do radości.

– Dzieci, czy u was wszystko w porządku? – zapytał dziadek z drugiego pokoju. – Jakoś głośniej się u was zrobiło.

– Dziadku, wreszcie udało mi się pokonać Michała! – odpowiedziałam zadowolona.

– Nie pokonać, tylko jednorazowo zagiąć – zripostował mój brat.

– Dobra, dobra. Bawcie się, tylko nie przesadzajcie z okrzykami radości, a nie będę wam przeszkadzał swoimi uwagami.

– Tak jest! – odpowiedzieliśmy jednogłośnie.

Po lekcjach wstępowaliśmy do dziadków na odpoczynek i obiad, a wieczorem odbierali nas stąd rodzice. Babcia z dziadkiem mieszkali blisko naszej szkoły, co znacznie ułatwiało im sprawowanie opieki nad nami. Rodzice byli spokojniejsi o nasze bezpieczeństwo, dziadkowie cieszyli się, że widzą nas prawie codziennie, a my z Michałem lubiliśmy spędzać u nich beztrosko czas.

– Teraz, kochani, zapraszam was na pierogi – powiedziała babcia, wchodząc do pokoju. – Myślę, że mała przerwa dobrze wam zrobi.

Babcia zawsze miała uśmiech na twarzy. Uwielbiałam jej nienagannie uczesany koczek na głowie i okrągłe okulary. Była niezastąpiona w przytulaniu, zwłaszcza gdy w szkole coś poszło mi nie tak. Gdy coś robiła w kuchni, zakładała kwiecisty fartuszek z mnóstwem falbanek, w którym przypominała nieco postać z bajki.

– Masz rację, babciu. Twoje pierogi są najlepsze na świecie, zwłaszcza te prosto z patelni. Zjem je z przyjemnością! – Michał podniósł się z kanapy, na której leżał, i przytulił się do babci.

– A ja uwielbiam wszystko, co babcia zrobi! – powiedziałam i też ją przytuliłam.

– Moje kochane dzieciaczki! Chodźcie, bo w końcu ciasto się przypali i będziecie jeść samo nadzienie!

Wkrótce zadzwonił domofon, przez który tata wzywał nas do wyjścia. Bez guzdrania musieliśmy się zbierać, ponieważ nie lubił na nas długo czekać.

– Dużo masz dziś prac do odrobienia, moja gołąbeczko? – zapytał dziadek, gdy szykowałam się do wyjścia. Odruchowo pogładził swoje sumiaste wąsy, o które bardzo dbał.

– Nie, dziadziusiu. Tyle to mogłoby być zawsze.

– Moja dzielna trzecioklasistka. Dopiero co uczyła się raczkować, a tu proszę, już taka pannica!

Dziadek zawsze się nade mną roztkliwiał. Byłam jego oczkiem w głowie.

– Dobra, dajcie buziaka i lećcie, bo tata będzie się denerwował – powiedziała babcia i wycałowała nas, co po chwili uczynił też dziadek. – I bądźcie czujni! Uciekajcie, jak usłyszycie jakieś dziwne dźwięki! – dodała.

– Tak, pamiętamy. Drągale – rzekł Michał ze skrzywioną miną. – Babciu, to brzmi jak jakaś opowiastka. Ciągle do tego wracasz.

– Ale to nie jest bajka, Michałku – powiedział poważnie dziadek. – Zmykajcie już, bo faktycznie dostaniecie burę od taty. Pa!

– Do jutra! – krzyknęliśmy i wybiegliśmy na podwórko.

ROZDZIAŁ 2

Niespokojne myśli

– Mamusiu, co sądzisz o tych dziwnych stworach, o których opowiadają dziadkowie? – zapytałam mamę pewnego dnia podczas przygotowywania kolacji.

– Wiesz, córeńko, te opowieści są dla mnie jak nieprzyjemny sen. – Mama przestała kroić paprykę, którą zamierzała dodać do sałatki, i zamyśliła się na chwilę. – Chciałabym w nie wierzyć, ale chyba nie do końca mi się to udaje.

Ten temat w ostatnim czasie nie dawał mi spokoju. Zaczynałam czuć strach na myśl o tajemniczych Drągalach. Dziadkowie mówili o nich już kilka razy, ale tak naprawdę były to tylko pojedyncze wspomnienia, nigdy nie opowiedzieli wszystkiego od początku do końca.

– A dlaczego o to pytasz, Małgosiu? – zainteresowała się mama.

– Bo nie potrafię sobie wyobrazić, że jacyś obcy przybysze mogą porwać ludzi ot tak bez powodu i wywieźć ich nie wiadomo gdzie.

– Rozumiem, kochanie. – Mama usiadła na krześle i wzięła mnie na kolana. – Chyba jestem w takiej samej sytuacji jak ty – powiedziała poważnie. – Nie zastanawiam się nad takimi sprawami, bo przede wszystkim moje myśli są zajęte troską o was. Poza tym w pracy też nie mam czasu na bujanie w obłokach, a tym bardziej w domu, kiedy muszę ugotować obiad czy wyprasować ubrania. Wydaje mi się jednak, że cała ta historia jest bardzo mało prawdopodobna.

– Ale dziadek mówił, że wie o tym z opowieści swoich rodziców. Ponoć te dziwne istoty porywały ludzi niedługo przed jego przyjściem na świat – drążyłam temat.

– Wiem, wiem… – zakłopotała się mama. – Ale powiedz, córeczko, czy mimo wszystko warto tracić czas i filozofować nad czymś, co być może nigdy się nie wydarzyło i raczej już się nie wydarzy?

– No nie wiem właśnie… – powiedziałam zamyślona.

– Halo, halo! – znienacka do kuchni wszedł tata. – Co to za zlot czarownic?

– A cóż to za miły komplement? – zaśmiała się mama. – Zawsze możemy na ciebie liczyć, Stefciu. My takie piękne, grzeczne, uczesane, a ty masz nas za czarownice.

– Oj, bo tak jakoś zapanowała tu szemrana atmosfera, podejrzanie poważna, jakbyście rozmawiały o rzeczach nie z tego świata.

– Zgodzę się tylko na określenie „nie z tego świata”. – Mama porozumiewawczo mrugnęła do mnie. – Ale to nasza tajemnica. Prawda, Małgosiu?

– Najskrytsza z najskrytszych tajemnic – dodałam jak na członkinię spisku przystało.

– A więc miałem rację, to był zlot czarownic – skwitował tata i szybko wyszedł z pomieszczenia, umykając przed lecącą w jego stronę ścierką.

ROZDZIAŁ 3

Inwazja

Wreszcie mieliśmy wolny dzień. Mogliśmy bez wyrzutów sumienia trochę poleniuchować. Odkąd pamiętam, naszą rodzinną tradycją w wolne popołudnia było wspólne oglądanie filmów, co sprawiało nam mnóstwo przyjemności. Zawsze jednak najtrudniej było zatrzymać w codziennej krzątaninie mamę, która nawet gdy nie szła do pracy, przeważnie miała jakąś wymówkę, by się wyrwać z naszych seansów. Tata swoim „daj spokój kochanie, później to zrobisz” zawsze ratował sytuację i mama, chcąc nie chcąc, oglądała z nami bajkę czy jakiś film dla dzieci. Na szczęście z czasem przestała oponować.

Siedzieliśmy na kanapie. Wszyscy niemalże z otwartą buzią chłonęliśmy akcję. Tata bezwiednie podjadał paluszki, a mama sprawiała wrażenie zahipnotyzowanej i nic nie było w stanie odwrócić jej uwagi od ekranu telewizora. Michał miał podzielną uwagę, więc jednocześnie oglądał film i grał na telefonie. Ja z kolei zajmowałam poręcz kanapy, od czasu do czasu zmieniając pozycję.

Nagle usłyszeliśmy głośny dźwięk. Początkowo zdawało nam się, że to muzyka z filmu, ale to, co działo się na ekranie, nie pasowało do dobiegających nas odgłosów. Zaciekawieni jednocześnie podnieśliśmy się z kanapy i natychmiast osłupieliśmy z przerażenia. Za oknem unosiły się powietrzne pontony. W jednej chwili prysnął nasz spokój. Tata starał się być jak zawsze opanowany i analizował sytuację, zdenerwowanie można było jednak wyczytać z jego twarzy. Mama trzęsącymi się dłońmi zasłoniła twarz, Michał z szeroko otwartymi oczami nie poruszył się nawet o milimetr, a ja miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. Drżałam na całym ciele, a serce waliło mi tak, jakby za chwilę miało wyskoczyć z klatki piersiowej. Szybko zrozumieliśmy, że przestrogi dziadków nie były pustymi słowami. Opowieść o Drągalach nie była bajką.

Z tego, co zapamiętałam, Drągale to istoty podobne do ludzi, tylko nieco wyższe, o zwalistej posturze. Nie robią krzywdy, gdy nie stawia się im oporu, w przeciwnym razie potrafią być bezwzględne. Ponoć nie mają żadnych uczuć, ale potrafią żartować. Babcia mówiła, że mają bardzo charakterystyczny ubiór. Noszą srebrne pantofle, czarne spodnie marszczone na nogawkach, szare bluzy, krótkie, niebieskie kamizelki z kieszeniami oraz srebrne czapki z daszkiem. Postaci, które zobaczyliśmy w pontonach za oknem, wyglądały dokładnie tak, jak je opisywała babcia.

Znając determinację przybyszów w porywaniu ludzi, zgodnie z decyzją taty postanowiliśmy się poddać bez walki. Ta niebezpieczna zgraja nie miała skrupułów, więc zrezygnowani wyszliśmy na balkon.

Dziesiątki podobnych pojazdów otoczyło nasz blok i prawie z każdego lokalu wchodzili na ich pokłady nieszczęśliwi mieszkańcy. Gdzieniegdzie oprawcy wyprowadzali szarpiących się domowników, niektórzy z nich byli związani szeroką taśmą. Z naszego balkonu na szóstym piętrze na rogu budynku mieliśmy dobry widok i patrzyliśmy na tę z góry przegraną walkę.

– Widzę, że jesteście bystrzy i rozsądni. Słusznie, nie ma sensu oponować. Wsiadajcie do poduszkowca – rzekł do nas zwalisty przybysz i ruchem głowy dał nam do zrozumienia, byśmy wspięli się po balustradzie i zajęli miejsca w powietrznym pojeździe.

Gdy tylko usiedliśmy, poduszkowce zaczęły odlatywać z przeraźliwym hukiem. Za nimi unosił się gęsty kłąb ciemnoszarego dymu. Postać siedząca za sterami naszego wehikułu również odpaliła maszynę i zaczęliśmy się oddalać. Po chwili statki powietrzne jeden po drugim zniknęły w przestworzach.

Baliśmy się coraz bardziej, złapaliśmy się za ręce i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Nie musieliśmy nic mówić – na naszych twarzach malował się strach i absolutna niemoc.

Szybko znaleźliśmy się ponad chmurami i długo lecieliśmy.

ROZDZIAŁ 4

Na miejscu

Wreszcie obraz zaczął się wyostrzać. Poduszkowiec zatrzymał się przed ogromną stalową bramą, za którą wznosiły się ceglaste kamienice w stylu wiktoriańskim. Wokół rozciągała się pustynia. W ciszy zastanawialiśmy się, gdzie zostaniemy zaprowadzeni i co z nami zrobią.

Drągale w końcu kazali nam wysiąść. Opuściliśmy poduszkowiec i skierowaliśmy się za jednym z porywaczy, który prowadził nas kamiennym chodnikiem biegnącym między budynkami. Wciąż nie rozumiałam, jak to się stało, że się tu znaleźliśmy, ale grzecznie szłam, trzymając mamę za rękę.

– Macie szczęście – oznajmił mężczyzna. – Szef kazał posłusznych ludzi ulokować w rezydencjach. Będziecie służyć jednemu z wielkich panów Drągalii.

– Pierwsza dobra wiadomość… – ironicznie westchnął tata. – Ale czy nie sądzi pan, że wypadałoby cokolwiek nam wyjaśnić? Przecież to najzwyklejsze w świecie uprowadzenie!

– Dzieje się panu jakaś krzywda? – bezdusznie zapytał wysoki ważniak.

– Pod względem fizycznym nie, ale takie bezceremonialne porwanie ludzi bez słowa wyjaśnienia jest co najmniej nieuprzejme.

– Nie znam się na tym… – odpowiedział Drągal, wzruszając ramionami. – Mieliśmy sprowadzić posiłki i to zrobiliśmy. Ja tam nie jestem od myślenia. Mogę tylko powiedzieć, że nie musicie się tak bardzo bać.

Mimo całej tej absurdalnej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, poczuliśmy lekką ulgę. Może faktycznie wcale nie będzie tak źle? Niewiadoma przynosi okropne myśli, ale zawsze jest nadzieja. I tego się trzymałam. Rodzice zawsze dodawali nam otuchy i byli opanowani w różnych stresowych sytuacjach, więc i teraz starali się nie panikować.

Weszliśmy do jednego z domów. Po przejściu długim, ciemnym korytarzem z wieloma zamkniętymi drzwiami w końcu zostaliśmy skierowani do jednego z pomieszczeń, najprawdopodobniej była to kuchnia.

– Przedstawiam wam panią Aurelię, przełożoną całej służby. Wszystko wam wytłumaczy – rzekł Drągal. – Pani Aurelio – zwrócił się do zwierzchniczki – wygląda na to, że współpraca będzie zadowalająca. – Po czym, ukłoniwszy się, wyszedł bez pożegnania.

– No cóż, pewnie jesteście przerażeni, ale zapewniam was, że jeżeli będziecie przestrzegać zasad, nic złego wam się nie stanie. Mogę poznać wasze imiona? – zapytała uprzejmie kobieta.

– Droga pani, mam na imię Stefan, to moja żona Katarzyna, syn Michał i córka Małgorzata – tata przedstawił wszystkich po kolei, a pani Aurelia witała nas lekkim skinieniem głowy.

– Skoro już się poznaliśmy, przedstawię wam obowiązki, które będziecie tu pełnić.

– Chwileczkę, jeśli wolno spytać – zagadnął tata – czy moglibyśmy się dowiedzieć, dlaczego zostaliśmy porwani?

– Ta kwestia nie należy do mnie. Jak już mówiłam, będziecie bezpieczni, czeka was całkiem dobre życie, ale musicie być posłuszni.

– Co to znaczy posłuszni? – zagadnęła mama.

– Po prostu powinniście wykonywać powierzone wam zadania.

– Jesteśmy tu więc po to, żeby pracować? Przecież to bez sensu – stwierdził lekko podniesionym głosem tata.

– Rozumiem, jesteście zmęczeni i wyczerpani. Na teraz wystarczy. Później wrócimy do rozmowy. Musicie mi zaufać. – Kobieta była miła, jakby faktycznie rozumiała nasze położenie.

– Dobrze więc, uzbroimy się w cierpliwość – poddał się tata. Jego rozsądek i umiejętność utrzymywania nerwów na wodzy były w tym momencie godne podziwu.

Wszystko miało się wyjaśnić w swoim czasie.

Ognisty dylemat

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-061-2

© Ewa Bauerfeind-Burkot i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Barbara Sikora

KOREKTA: Kinga Dolczewska

OKŁADKA: Izabela Surdykowska-Jurek

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: Inkpad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ognisty dylemat 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia