Tysiąc darów

Tysiąc darów

Autorzy: Ann Voskamp

Wydawnictwo: Esprit

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB

cena od: 16.21 zł

Światowy bestseller, który nauczył wdzięczności miliony czytelników

Wyobraź sobie, że słyszysz najtrudniejszą diagnozę. Wyobraź sobie, że odrzuca cię ktoś, kto miał kochać. Wyobraź sobie, że twoje życie roztrzaskuje się na kawałki i całkowicie tracisz nadzieję. Wyobraź sobie, że każdy dzień to walka ze zmęczeniem i smutkiem.

A może nie musisz sobie tego wyobrażać…?

Czy chciałbyś – mimo wszystko – przeżywać codzienność jako wyjątkowy dar i nauczyć się prawdziwej wdzięczności? Sięgnij po opowieść, która zmieniła życie milionów! Okrzyknięta bestsellerem „New York Timesa” i Amazon.com. Czuła i poruszająca. Staje się bliska każdemu, kto szuka sensu wśród swoich życiowych zmagań – tych najpoważniejszych i tych zupełnie zwyczajnych.

Dla Farmera, który dbał o moją duszę

i pomógł jej wzrastać

ROZDZIAŁ 1

Pełnia życia w pustce

Każdy grzech jest próbą wyrwania się z pustki.

Simone Weil, Siła ciążenia i łaska

Ognista kula słońca wypełnia sierpniowe niebo w dniu, kiedy zaczyna się ta opowieść – w dniu, kiedy się urodziłam, kiedy zaczęłam żyć.

I ja także wypełniam płonący krąg łona mej matki, rozdzierając go swym ciałem, które wyłania się, by po raz pierwszy wypełnić dziewicze płuca powietrzem tego świata. Pojawiam się na tym świecie tak, jak wszyscy się na nim pojawiamy – z zaciśniętymi pięściami.

Pozostawiam ją pustą tak, jak wcześniej ją wypełniałam, a ona krwawi. Podnoszą mnie do światła, wrzeszczącą i pokrytą mazią płodową.

Potem nadają mi imię.

Czy imię może być krótsze niż to? Trzy litery, pozbawione nawet ozdobnika w postaci litery „e”. Ann – tercet zakrętasów i kresek.

Oznacza: pełna łaski.

Ja taka nie jestem.

Co to w ogóle znaczy: żyć w pełni łaski? Żyć pełnią życia?

Zmywają kleistość z mojej skóry, a ja oddycham i miotam się. Ciągle się szarpię.

Przez kolejne lata, przez całe życie będę się miotać i starać z całych sił, by w końcu i tak czuć się… pusta. Nie dorosłam do łaski własnego chrztu.

Być może przez tych pierwszych kilka lat moje życie powoli się otwierało, jak dłonie otwierające się, by przyjmować dary zesłane przez Boga.

Lecz z tamtego czasu nie pamiętam nic. Mówi się, że pierwsze wspomnienia zapisują się pod wpływem wstrząsu. U mnie ten wstrząs nastąpił, gdy miałam cztery lata. Gdy w kałuży krwi umierała moja siostra, a ja – my wszyscy – zatrzasnęliśmy drzwi przed łaską.

Stałam przy bocznym oknie werandy i patrzyłam, jak moi rodzice pochylają się oszołomieni. Ciekawe, czy matka w pierwszych chwilach mego życia, nadając mi imię, trzymała mnie tak samo, jak trzymała moją siostrę w chwili jej śmierci.

Widzę spowite listopadowym światłem sylwetki matki i ojca. Siedzą na schodach tylnej werandy, delikatnie kołysząc w ramionach jej zawinięte ciało. Przyklejam twarz do zimnej szyby kuchennego okna i przyglądam się im. Patrzę, jak ich usta poruszają się, jakby śpiewali jej kołysankę, a przecież jest to błaganie o przebudzenie, cudowne i całkowite. Lecz ono nie przychodzi. Przychodzi policja. Wypełniają raporty. Krew przesiąka przez zawiniątko z koca. To również widzę, nawet dziś.

Rany pamięci sięgają głęboko.

Wspomnienie tamtych śladów krwi pali, a obraz jej odsłoniętej i bezbronnej, który pozostał w mojej pamięci, boli niczym żywa rana. Nieporadnym krokiem dziecka wyszła tylko na polną drogę, szukając kota, który gdzieś się zapodział. Wciąż widzę kierowcę tamtej furgonetki, siedzącego przy kuchennym stole z głową ukrytą w dłoniach. I pamiętam, jak łkając, mówił, że w ogóle jej nie widział. Ale ja wciąż ją widzę i nie mogę zapomnieć. Jej ciało. Kruche i maleńkie, przygniecione na naszym podwórku ciężarem samochodu. Krew wsiąkającą w spragnioną, ubitą ziemię. Tak wyglądał moment, w którym zmienił się wszechświat, roztrzaskując ufnie wyciągnięte dłonie. Nadal słyszę rozdzierający krzyk mojej matki i widzę oczy ojca, otwarte w niedowierzaniu.

Rodzice nie wnoszą oskarżenia, nadal pracują w gospodarstwie, starają się oddychać, zmuszają się do ruchu – robią wszystko, by nie pozwolić swoim duszom zniknąć. Mama płacze, rozwieszając pranie. Przystawia do piersi swą najmłodszą córkę, zaledwie trzytygodniowe niemowlę. A dla mnie to niepojęte, że w tej kobiecie, która wciąż jeszcze przeżywając narodziny czwartego dziecka, widziała śmierć trzeciego, jego krew rozlaną na żwirze, że mieści się w niej zarówno mleko dla niemowlęcia, jak i rozpacz za pochowaną córką. Tata po kolacji w kółko opowiada, że wzrok jej się rozmywał niczym bezkresny ocean i że mocno ściskała go za szyję, nie chcąc wypuścić cennego skarbu życia. Przyjęliśmy, że jej śmierć była wypadkiem. Lecz czy mogło do niego dojść za przyzwoleniem Boga?

Przez wiele lat siostra pojawia się w moich snach – jej ciało skulone na żwirze. Czasem otulam ją kołderką, uszytą dla niej przez mamę – jasnozieloną, z ręcznie wyhaftowanym Humptym Dumptym i Pastereczką. Zawijam ją dokładnie w bezpieczny kokon i czekam, aż niczym motyl przepoczwarzy się i zbudzi do życia. Zamiast tego ziemia pod nią otwiera się i pochłania jej ciało.

Nad przepaścią grobu nasze stopy bezradnie szurają, wznosząc tumany kurzu, a niebo kawałkami spada nam na głowy. Ziemia uderza o wieko trumny, w której leży moja siostrzyczka o jasnych, niemal białych włosach. Siostrzyczka, która się ze mną droczyła i mnie rozśmieszała. Bryły ziemi roztrzaskują się tuż nad jej główką, którą odchylała do tyłu, śmiejąc się do rozpuku, jej mlecznobiałymi policzkami o dołeczkach promieniejących szczęściem. Chciałabym zagarnąć dłońmi i przycisnąć do piersi to jej całe roześmiane życie. Płasko na ziemi zostaje ułożony jej kamień nagrobny – czarny głaz z granitu, żadnych dat, tylko pięć liter jej imienia. Aimee. To znaczy kochana. Jakże bardzo nią była. To prawda, kochaliśmy ją. Ten kamień położony na jej grobie przypieczętował rytuał jej umierania – i jednocześnie zamknął życie nas wszystkich.

Zamknął na jakiekolwiek poczucie łaski.

Bo przecież gdy pochowasz dziecko albo kiedy po prostu wstajesz każdego ranka i zaczynasz codzienny bój z życiem, mamroczesz pod nosem pytanie, którego nikt nie usłyszy. Czy to możliwe, że istnieje dobry Bóg? Taki, co w swej łasce zsyła hojne dary w te długie noce, kiedy kołyska wciąż jest pusta, kiedy robaki przegryzają się przez drewniane ściany trumien? Gdzie jest ten Bóg? Jak to możliwe, że jest dobry, jeśli umierają niemowlęta, rozpadają się małżeństwa, a marzenia roztrzaskują się w pył? Gdzie są dary łaski, kiedy rak pożera ciało, boli samotność, a coś nienazwanego w głębi nas cicho umiera, kruszy nie wiadomo dlaczego, ulatnia bezpowrotnie? Gdzie się ukrywa ta radość w Panu, gdzie jest Bóg, który wypełnia ziemię dobrem? Jak mam żyć pełnią życia, skoro jest ono pełne cierpienia? Jak się obudzić do radości, łaski i piękna, do tego wszystkiego, co czyni życie pełnym, jeśli muszę jednocześnie znieczulić się na stratę, zdeptane marzenia, wszystko to, co znikając, zostawia po sobie nicość?

Moja rodzina – tata, mama, brat i najmłodsza siostra – wszyscy latami po cichu o to pytaliśmy. Latami odpowiadała nam jedynie rosnąca w nas pustka. Przez cały ten czas stopniowo zapełnialiśmy więc te puste miejsca wyobcowaniem. Żyjemy z mocno zaciśniętymi dłońmi. To, co Bóg zesłał nam pewnego listopadowego dnia, pozostawiło w nas głębokie rany. Kto jest gotów zaryzykować ponownie?

Wiele lat później siedzę wciśnięta w róg naszej brązowej, kraciastej kanapy, a tata leży wyciągnięty, zmęczony piekącym słońcem, smagającym wiatrem i całym dniem jazdy traktorem. Prosi mnie, żebym go pogłaskała. Przesuwam dłonią po jego kosmykach tam i z powrotem. Na włosach odcisnął mu się ślad czapki. Kiedy zamyka oczy, znajduję odwagę, by zadać mu pytania, które inaczej nie przeszłyby mi przez zaciśnięte gardło.

– Tato, czy ty kiedykolwiek chodziłeś do kościoła? Kiedyś, dawno temu?

W każdy niedzielny ranek jedna z dwóch rodzin z sąsiedztwa na zmianę podwozi mnie do kościoła – z Biblią w ręce i w starannie wyprasowanej sukience. Tata wtedy pracuje.

– Taa, jak byłem dzieckiem, to chodziłem. Twoja babcia kazała nam chodzić co niedziela, rano po dojeniu. To było dla niej ważne.

Wpatruję się w jego ciemne kosmyki przesuwające się między moimi palcami, rozczesuję te, które się splątały.

– Ale teraz to nie jest dla ciebie ważne? – Słowa, wypowiedziane ledwie słyszalnym szeptem, zawisają w powietrzu.

Podwija rękawy kraciastej koszuli, podnosi głowę, lecz oczy wciąż ma zamknięte.

– Ech…

Czekam, nadal przeczesując dłońmi jego włosy. Czekam, aż znajdzie słowa dla tych uczuć, które nie dają się wcisnąć w sztywne ramy, w wykrochmalone kołnierzyki zdań.

– Nie, chyba nie. Skończyłem z tymi rzeczami, kiedy Aimee umarła.

Przypływ wspomnień. Zamykam oczy, kolejny raz oglądam ten sam film.

– I jeśli rzeczywiście tam na górze jest ktoś, kto kieruje tym, co na dole, to tamtego dnia najwyraźniej zasnął za kierownicą.

Nic nie mówię. Gula w gardle zaczyna mnie parzyć jak rozżarzony węgiel. Po prostu głaszczę ojca po głowie. Próbuję ukoić jego ból. On zaś znajduje w sobie kolejne uczucia i wpycha je w słowa.

– Bo dlaczego miałby pozwolić, żeby śliczna, mała dziewczynka zginęła śmiercią tak bezsensowną, tak całkowicie niepotrzebną? W dodatku ona przecież nie zmarła. Ona została zabita.

To słowo wywołuje grymas na jego twarzy. Chcę go przytulić, dopóki nie przestanie boleć, dopóki to nie minie. Nadal ma zamknięte oczy, lecz teraz kręci głową z niedowierzaniem, znów przypominając sobie to, co kazało nam powiedzieć „nie” w tamten straszny listopadowy dzień, który wypalił piętno na życiu nas wszystkich.

Tata nie mówi nic więcej. To potrząsanie głową wyraża wszystko, tłumaczy nasze zamknięte dłonie, nasze obolałe, wygrażające pięści. Nie. Żadnego życzliwego Bytu Wyższego, żadnej łaski i żadnego sensu w tym wszystkim. Mój tata, porządny rolnik, który swoją córkę kochał tak bardzo, że nie da się tego wyrazić słowami, rzadko mówi takie rzeczy. Tylko czasem, kiedy zamyka oczy i prosi mnie, żebym palcami wyczesała pozostałości dnia z jego włosów. Ale przecież to nie są rzeczy, o których trzeba mówić na głos. Jak każde przekonanie, tak i to wyrażamy po prostu własnym życiem.

My tak robiliśmy.

Nie, Boże.

Żadnego Boga.

Czy to powietrze, które wdychamy i które tak parzy nasze płuca, czy to toksyczne opary świata sprawiają, że mówimy: „Nie, Boże”? Powtarzamy: „Nie, Boże, nie będziemy przyjmowali tego, co nam dajesz. Nie, Boże, Twoje plany to przeklęty stek bzdur, dający tylko rozczarowanie, i ja się na to nie godzę. Naprawdę myślałeś, że na to pójdę? Nie, Boże, to jest ohydne i bez sensu. Nic nie potrafisz zrobić, jak należy. Zabierz po prostu cały ten ból, a dalej poradzę sobie sama, dziękuję. I jeszcze jedno, Boże: nie mam Ci za co dziękować”. Czy to dziedzictwo człowieka? Spuścizna po upadku w Edenie?

Budzę się, stawiam stopy na deskach podłogi i od razu słyszę syk kłamstwa węża, ten powtarzany od stuleci refren: „Bóg nie jest dobry”. To kłamstwo to fundament, na którym wyrasta potęga Szatana. Przekonanie, że Bóg nie pozwala swym dzieciom doznawać dobra, że tak naprawdę wcale nas nie kocha.

Kwestionowanie dobroci Boga, nieufność wobec Jego intencji, niezadowolenie z tego, co zsyła, pragniemy… ja pragnęłam… więcej. Chciałam pełni życia.

Patrzę na nasze pola. Rajski ogród nam nie wystarczał. Nigdy nie będzie wystarczać. Bóg powiedział, że ludzie nie mogą jeść z drzewa poznania dobra i zła. Ja tymczasem szlocham, że Bóg odebrał mi to, czego chciałam. Nie – czego potrzebowałam. Choć nie mam odwagi przyznać tego nawet szeptem, żyję tak, jakby On ukradł mi coś, co moim zdaniem słusznie mi się należy: radosne dzieci, małżeństwo, w którym żar nigdy nie osłabnie, długie i szczęśliwe życie bez niebezpieczeństw. Patrzę w lustro i, jeśli mam odwagę być bezwzględnie szczera, przyznaję, że to wszystko, co mam, kim jestem, jaka jestem, co zdobyłam, to wszystko po prostu mi nie wystarcza. Rozdwojony język węża raz po raz wysuwa się z sykiem i każdego dnia na nowo podszeptuje słowa zwątpienia. Zerkam na swoje odbicie i pytam: czy Bóg naprawdę mnie kocha? Jeśli prawdziwie, głęboko mnie kocha, to dlaczego odmawia mi tego, co – moim zdaniem – w pełni pozwoliłoby mi rozkwitnąć? Dlaczego muszę żyć w tym poczuciu odrzucenia, niedostatku, cierpienia? Czy On nie chce, żebym była szczęśliwa?

Każdy z nas od samego początku wciąż na nowo odgrywa historię z Raju.

Szatan – on chciał więcej. Więcej władzy, więcej chwały.

W ostatecznym rozrachunku Szatan jest w swej istocie przede wszystkim niewdzięczny. I jego jad przesiąka do serca Edenu. Grzech Szatana staje się pierwszym grzechem ludzkości – to grzech niewdzięczności. Adam i Ewa są po prostu boleśnie niewdzięczni za to, co dał im Bóg.

Czy nie to jest katalizatorem wszystkich moich grzechów?

Przyczyną naszego upadku było, jest i zawsze będzie niezadowolenie z Boga i tego, co nam zsyła. Wciąż chcemy czegoś więcej, czegoś innego.

Stojąc pod tamtym drzewem, którego gałęzie uginają się pod ciężarem zakazanych owoców, słuchamy podszeptów Złego: „gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy” (Rdz 3, 5)1. Lecz nasze oczy były otwarte od samego początku. Wszystko widzieliśmy doskonale. Nasz wzrok pozwalał nam widzieć świat przesycony dobrocią. Nasze oczy napotykały wyłącznie chwałę Pana. Widzieliśmy Boga takim, jaki jest naprawdę: dobrym. Daliśmy się jednak skusić kłamstwu, że do pełni życia potrzeba czegoś więcej, że są jeszcze inne rzeczy do zobaczenia. I rzeczywiście, ujrzeliśmy więcej: ohydę, jakiej wcześniej nie widzieliśmy, występek, którego nie rozumieliśmy, i stratę, której nie znaliśmy.

Bierzemy kęs owocu do ust. I w jednej sekundzie ślepniemy. Nie widzimy już Boga jako Tego, któremu możemy zaufać. Nie uważamy Go również za Boga, w którym nie ma żadnego braku. I nie dostrzegamy już całej reszty Raju.

Wystarczył kęs. I natychmiast zobaczyliśmy. Wszędzie, gdzie spoglądamy, widzimy świat wybrakowany, wszechświat niepowodzeń, kosmos niedostatku i niesprawiedliwości.

Jesteśmy głodni. Jemy. Czujemy się pełni… i puści.

Mimo to, patrząc na owoc, dostrzegamy jedynie namacalne środki, które mogłyby wypełnić naszą pustkę. Nie widzimy w świecie materialnym tego, czym powinien dla nas być: sposobem na komunikowanie się z Bogiem.

Patrzymy i z wolna narasta w nas ból poranionej, udręczonej planety, a odpowiedzialność za jej cierpienia przypisujemy niedbałej pracy obojętnego Stwórcy (o ile w ogóle wierzymy, że jest jakiś stwórca). Czy kiedykolwiek zdarza nam się pomyśleć, że to okaleczone, zdeformowane miejsce jest dziełem nas samych – niewdzięcznych, nienasyconych, nas, którzyśmy pogrzebali to wszystko jednym tylko kęsem? Trucizna z owocu rozlała się na całą ludzkość. Na mnie. Ja mówię „nie” – wszystkiemu, co Bóg mi zesłał. Wciąż szukam lekarstwa, jakiegoś eliksiru, który pozwoli uśmierzyć ból wynikający z wiary, że Bóg jest niedobry. Że Bóg mnie nie kocha.

Jeśli mam być szczera, to, owszem, teoretycznie mówię „tak” – dla Boga, dla chrześcijaństwa. Ale żyję, jakbym wciąż mówiła „nie”. Moja dusza jest zatruta kęsem zakazanego owocu i jej wzrok zakłócają ciemne plamy mroku. Na samym początku mojej historii śmierć siostry wyrwała wielką dziurę w płótnie świata.

Tak jest zawsze, gdy coś tracimy. Jedna strata może skazić całe życie. Nasz wzrok zostaje oprószony czernią. Odtąd gdziekolwiek spojrzymy, widzimy tylko to, czego nie ma: dziury, braki, niedostatek.

W naszym prostym, wiejskim kościółku stojącym na skraju łąki otoczonej starym, krzywym płotem z cedru, raz w tygodniu, w niedzielę, przetarcia na mojej duszy samoczynnie się zasklepiają. W tym kościele z drewnianym krzyżem przybitym do ściany i spoglądającym na wiejską drogę obecność Boga wydaje się oczywista. I bliska. Biblie leżą otwarte. Świątynię wypełniają modlitwy kobiet z małymi dziećmi na rękach, rolników o gładko przyczesanych włosach, którzy wcześniej oporządzili gospodarstwa. Stół komunijny, a na nim znane symbole – kielich i bochenek chleba. Ten stół naprawia zerwane więzi. I ja pamiętam. W tym miejscu pamiętam Miłość, Krzyż i Ciało. Czuję się przygarnięta, podtrzymywana i uzdrowiona. Wszystko jest w porządku. Tam, w towarzystwie Claude’a Martina i Ann Van den Boogaard, i Johna Weilera, i Marion Schefter, i kochanej pani Leary, nawet tacy jak ja zaczynają widzieć.

Lecz co z resztą tygodnia, co z tymi dniami, gdy pogrążam się w surowej i szorstkiej materii świata? Całkowicie tracę ostrość widzenia. Dostrzegam tylko rzeczywistość poranioną niedostatkiem.

Tęsknię za pełnią w świecie, który głoduje.

Tymczasem od samego początku w rajskim ogrodzie Bóg ma dla nas inny cel. Jego intencją – od chwili gdy pochylił się nad nami, by w proch naszych płuc tchnąć życie, od kiedy pocałunkiem powołał nas do istnienia – nigdy nie było przebiegłe doprowadzenie nas do upadku. A jednocześnie On istotnie ma wobec nas zaskakujące, sekretne plany. Otwieram Biblię i Jego plany widnieją tam, czarno na białym. Gdy to czytam, trudno mi uwierzyć, więc czytam raz jeszcze i jeszcze, palcem przesuwam po kolejnych słowach, chcę się upewnić, że są prawdziwe. Jego list miłosny na zawsze ucisza wątpliwości: „[…] głosimy tajemnicę mądrości Bożej, mądrość ukrytą, tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej” (1 Kor 2, 7). On chce nazwać nas od nowa, chce nam przywrócić nasze prawdziwe imiona, połączyć nas z naszą najprawdziwszą naturą. On chce zasklepić dziury w naszej duszy. Od samego początku, od tamtego początku w Edenie, to zawsze było i jest po dziś dzień Jego tajemnym celem – nasz powrót do chwały. Szokujące, że to właśnie chce zrobić! Przywrócić do chwały nas, niewdzięcznych. A jednak, odkąd skosztowaliśmy owocu i wydarliśmy skrawek swojej duszy, tworząc szczelinę, przez którą z duszy ucieka nam radość, Bóg miał w zanadrzu swój sekretny, szalony plan. On chce nas ponownie wypełnić chwałą. Chwałą i łaską.

Łaska, po łacinie gratia, oznacza „przysługa”. Kojarzy się z bezinteresowną gotowością. Bezinteresowną gotowością do służenia. Taka jest łaska. Przyjęcie łaski ofiarowanej na krzyżu to jedno, lecz żyć jak ktoś pełen łaski? Jego łaski? Wypełnić się wszystkim, co bezinteresownie nam daje, i żyć tą pełnią – w chwale i łasce, i w Panu?

Wiem o tym, lecz stwierdzam, że tego nie chcę: to akt woli. Żyjąc w poczuciu straty, nadal mogę uznać, że chcę powiedzieć „tak”. Powiedzieć „tak” – dla tego, co On oferuje za darmo. Ale czy mogłabym tak żyć – z wyciągniętymi rękami, gotowymi na przyjęcie wszystkiego, co tylko Bóg ześle? Jeśli nie – to także jest pewną decyzją.

Decyzją o odrzuceniu.

Tego dnia, kiedy stojąc w drzwiach do ogrodu, spojrzałam w twarz mego szwagra, który właśnie pytał o swojego brata i wyglądał jak swój brat, stało się dla mnie jasne – tak jasne jak księżyc w pełni, którego blask rozświetlał styczniowy śnieg – że decyzja, aby powiedzieć „tak” lub „nie” dla Bożych błogosławieństw, jest filarem wszystkiego, absolutnie wszystkiego.

Rozmawiamy o niczym, czekając aż mój Mąż Farmer wróci ze sklepu żelaznego. Mój szwagier mówi o temperaturze gruntu i prognozach pogody. Słucham oparta o framugę drzwi. Pies kładzie się u moich stóp.

John wzrusza ramionami, odwraca się i patrzy na nasze pole pszenicy.

– Nam, rolnikom, wydaje się, że tak wiele od nas zależy, że robimy wszystko, co trzeba, by mieć dobre plony. Tymczasem w pracy na roli – odwraca się znów przodem do mnie – każdego dnia przekonujesz się, że na niewiele rzeczy masz wpływ. To Bóg decyduje o wszystkim. Nie my. – Wsuwając swoje wielkie, holenderskie dłonie w wytarte kieszenie spodni, uśmiecha się lekko. – Ale to dobrze.

Przytakuję i już mam mu powiedzieć, żeby po prostu zostawił ten nowy zbiornik na wodę gdzieś w schowku na tyłach zamiast czekać na powrót mojego męża. Lecz gdy nasze oczy się spotykają, wiem, że muszę go zapytać. Niepewnie, ze wzrokiem zakotwiczonym w jego wzroku, zbieram się na odwagę, by znów wejść tam, gdzie rzadko się zapuszczam.

– A skąd to wiesz, John? Tak w głębi serca, skąd wiesz, że to wszystko rzeczywiście jest dobre? Że Bóg jest dobry? Że możesz powiedzieć „tak” wszystkiemu, cokolwiek ci daje?

Znam historię tego mężczyzny, który stoi przede mną, a on zna moją. Jego wzrok na moment staje się nieobecny, wiem, że jemu także wszystko się przypomina. Oboje na chwilę cofamy się pamięcią.

Jest Nowy Rok. Zaprasza, żebyśmy przyszli do nich – tylko jeśli mamy ochotę. Nie chcę nawet myśleć, dlaczego, ale i tak wszyscy wiemy.

– Już? – Wpatruję się badawczo w twarz mojego męża. – Dziś?

On bierze mnie za rękę i nie wypuszcza jej. Nie wypuszcza, gdy ruszamy do samochodu ani kiedy jedziemy bocznymi drogami, ani kiedy wchodzimy na górę pustą szpitalną klatką schodową do tamtego pokoju, oświetlonego tylko małą lampką. John czeka na nas w drzwiach. Kiwa głową potakująco. Jego oczy uśmiechają się dzielnie. Widok pojedynczej łzy, która spływa po jego policzku, dotyka mnie głęboko.

– Tiff dziś po południu zauważyła, że Dietrich zaczął ciężej oddychać. No i cóż, kiedy go przywieźliśmy, powiedzieli, że jego płuco przestało pracować. Że to tylko kwestia godzin. Tak samo, jak było pod koniec z Austinem.

Austin, jego pierworodny, zmarł na tę samą chorobę genetyczną zaledwie osiemnaście miesięcy wcześniej. Nie minęły dwa lata, a ten człowiek miał właśnie pochować drugiego syna.

Nie potrafię już patrzeć na ten smutek wyzierający spod maski uśmiechu. Spuszczam wzrok, wyszorowane płytki podłogi zamazują się, rozjeżdżają. Minął dopiero rok i sześć miesięcy. Piwonie były w pełnym rozkwicie, gdy staliśmy na wiejskim cmentarzu, patrząc, jak chmura balonów wznosi się w przejrzyste niebo – ponad łąkami i polami – i odlatuje w dal, niczym symbol radosnych nadziei, które wiązano z Austinem. Miał niespełna cztery miesiące. Byłam tam w tamto parne czerwcowe popołudnie. Stałam w ich wiejskiej kuchni, a obok buczał wentylator. Jego podmuchy poruszały balonikiem z namalowanym uśmiechem, unoszącym się nad spokojnym ciałem Austina. Pamiętam jego błękitne oczy – zwierciadła nieba. On się nie poruszył. Ale jego oczy poruszyły mnie. Głaskałam nagi brzuszek bratanka mojego męża. Jego klatka piersiowa unosiła się, próbując zaczerpnąć powietrza. Unosiła się coraz słabiej i słabiej.

Skąd wziąć siłę, by oddychać, gdy płuca dziecka z wolna obumierają pod twoimi palcami?

Wytoczyłam się z ich domu tylnymi drzwiami, położyłam się na trawie. Płakałam, patrząc w bezkresne niebo. To była nasza rocznica ślubu. Pamiętam tę datę, pamiętam jego oczy.

Półtora roku później, w Nowy Rok, znów jesteśmy z Johnem i Tiffany, lecz tym razem z ich drugim synem, Dietrichem. Ma dopiero pięć miesięcy. Jego życiu od narodzin towarzyszyła nadzieja i modlitwa – i ta sama śmiertelna diagnoza co u jego brata, Austina.

John podaje mi chusteczki. Próbuję zetrzeć ten ból wykręcający wnętrzności. On również próbuje – przy pomocy słów, łagodnych i spokojnych.

– To błogosławieństwo. Aż do dziś Dietrich nie czuł bólu. Mamy piękne wspomnienia wspólnych Świąt. To więcej szczęścia, niż mieliśmy z Austinem. – Wszystkie płytki na podłodze rozpływają się. Ból rozrywa mi klatkę piersiową. – Tiffany zrobiła mnóstwo zdjęć. No i przeżyliśmy z nim pięć miesięcy.

Nie powinnam, lecz robię to i tak. Podnoszę wzrok. Zderzam się z tą jego z trudem poskromioną rozpaczą. Czuję się jak oszalałe zwierzę. W jego oczach połyskują łzy, w nich także jest to oszołomienie, jego stoicki uśmiech przeszywa mnie jak sztylet. Widzę, że drży mu podbródek. W jednej chwili zapominam o wyznawanym w tej rodzinie holenderskim etosie panowania nad emocjami. Łapię go za ramiona i mówię prosto w te oczy, czując, że za moment eksploduję. Mówię do niego chrapliwym półszeptem, wyrzucam z siebie szorstkie słowa, zdławiony lament:

– Gdyby to ode mnie zależało… – Padają słowa silne, rozpaczliwe i twarde. – Zupełnie inaczej napisałabym tę historię.

Pożałowałam tych słów, kiedy tylko padły z mych ust. Wydały mi się tak skrajnie niechrześcijańskie, tak odtrącające, tak stanowczo sprzeciwiające się Bogu – Nie, Boże! Chciałabym je cofnąć, wyczesać z nich kołtuny szaleństwa, ubrać je w najlepsze niedzielne sukienki. Lecz one tu są – uwolnione i nagie, surowe i prawdziwe, odarte ze wszystkich teologicznych banałów – poharatany, ostry ryk skierowany ku sali tronowej.

Wracamy z podróży do krainy pamięci. Znów stoimy w drzwiach werandy.

– Wiesz… – Słyszę łamiący się głos Johna. Zawiesza wzrok, po czym znów odwraca się w stronę pola z falującymi łanami pszenicy. – Cóż, nawet z naszymi chłopcami… nie wiem, dlaczego to wszystko się stało. – Znów wzrusza ramionami. – Ale czy muszę wiedzieć?… Czy ktokolwiek wie? Nie mówię o tym za często, ale czasem przypomina mi się opowieść ze Starego Testamentu. Nie pamiętam, co to za księga, ale wiesz, chodzi o tę, w której Bóg daje królowi Ezechiaszowi dodatkowe piętnaście lat życia. Bo on prosił o to w modlitwie. Ale gdyby Ezechiasz umarł wtedy, gdy Bóg początkowo zamierzał zabrać go do siebie, to Manasses nie mógłby się urodzić. A co Biblia mówi o Manassesie? Coś takiego, że Manasses poprowadził Izraelitów do czynienia jeszcze większego zła niż wszystkie pogańskie narody wokoło. Pomyśleć, ile zła można było uniknąć, gdyby Ezechiasz umarł wcześniej, nim urodził się Manasses. Nie chcę wyrokować o niczym, w żaden sposób, na żaden temat.

John przygląda się, jak rozpościerający się przed nim ocean zieleni lekko faluje na wietrze. A potem mówi wolno niskim, cichym głosem, tak że muszę się wysilić, żeby go usłyszeć:

– Chodzi o to, że być może… być może wcale nie chcesz zmieniać historii, bo nie wiesz, jakie będzie to inne zakończenie.

Słyszę echo słów, jakie wydusiłam z siebie tamtego dnia, gdy przyszła śmierć i nastąpił koniec. Teraz te słowa mnie przeszywają. Jest pewien powód, dla którego to Bóg pisze tę historię, nie ja. On wie, jak to wszystko się rozwinie, dokąd prowadzi, co to wszystko znaczy.

Ja tego nie wiem.

Jego wzrok wraca do mnie, być może dlatego, że przypomniał sobie o mojej przeszłości i wie co nieco o dręczących mnie koszmarach.

– Może… wydaje mi się… chodzi o to, żeby pogodzić się z tym, że są rzeczy, których zwyczajnie nie rozumiemy. Ale On je rozumie.

I zaczynam rozumieć. W każdym razie rozumiem odrobinę więcej. Kiedy samotnie i po omacku próbujemy zdobyć więcej, możemy wybierać. Gdy jesteśmy w rozpaczy, możemy postanowić żyć jak Izraelici zbierający mannę. Przez czterdzieści długich lat lud Boży każdego dnia jadł mannę – substancję, której nazwa znaczy dosłownie „co to jest?”. Wygłodniali, podnosili z ziemi coś, czego nie pojmowali. Wypełniali się czymś, co nie miało nazwy. Przez ponad czternaście tysięcy sześćset dni ich codziennym pożywieniem było coś, czego nie rozumieli. Ich dusze wypełniały się niewytłumaczalnym.

Spożywają tajemnicę.

Spożywają tajemnicę.

A tajemnica, która nie miała sensu, jest „jak placek z miodem” w ich ustach.

Pikap wjeżdża na drogę prowadzącą do domu. Patrzę przez okno na spotkanie dwóch braci. Rozmawiają przez chwilę, potem gestykulują – obaj dokładnie tak samo. I myślę o pochowanych dzieciach, załamanych, szlochających ojcach, stojących nad grobami, o świecie podziurawionym cierpieniem i wszystkich tajemnicach, którymi nie pozwoliłam, nie pozwoliłam siebie nakarmić. A gdyby to była moja córka, mój syn? Czy naprawdę wybrałabym mannę? Wciąż tylko się trzęsę, zastanawiam. Wciąż wspominam nagrobki, przeczesywanie palcami splątanych włosów i zastanawiam się też… czy to możliwe, że dziury w płótnie kurtyny naszego życia, te straty, które przebijają na wylot nasz świat, nasza własna pustka: czy one wszystkie mogą się stać otworami do patrzenia?

Do patrzenia na Boga.

Że to, co duszę rozrywa na strzępy, co pryska nam w oczy, wypalając w nich rany, może się stać sposobem na wyrąbanie kanałów, wąskich wizjerów, przez które ponad chaosem miejsca, w którym żyjemy, będziemy mogli zobaczyć chwytające za serce piękno tego, co nad nami. Zobaczyć Jego. Boga, za którym tęsknimy nieskończenie.

Być może.

Lecz jak? Jak to zrobić, aby dziury stały się oknami, przez które widać Boga? Jak uczynić je bardziej Bożymi?

Jak zmienić żal we wdzięczność, pożerającą mnie złość w tryskającą radość? Skupienie na sobie we wspólnotę z Bogiem?

Żyć pełnią życia – żyć, będąc przepełnionym łaską i radością, i wiekuistym pięknem. To szalone i… możliwe.

Teraz to widzę i mogę potwierdzić.

Ta historia to moja historia.

Wezwanie do pełni życia w pustce.

1 Cytaty z Pisma Świętego podano za wydaniem: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Poznań 2012.

ROZDZIAŁ 2

Słowo, którym należy żyć… i umrzeć

Eucharystia [dziękczynienie] to stan człowieka

doskonałego. Eucharystia to życie w raju, Eucharystia to jedyna pełna i prawdziwa odpowiedź człowieka na Boże stworzenie, zbawienie i dar nieba.

Alexander Schmemann

Zrywam się, łóżko podskakuje gwałtownie. Dłonie kurczowo ściskają prześcieradło.

Widzę obramowane kreską światła drzwi. Oddycham ciężko. Za oknem gwiaździste niebo.

Słyszę tykanie zegara w kuchni, tego nad stołem w jadalni. Zdecydowane kliknięcia, jedno za drugim, odmierzają czas.

Moją klatkę piersiową tratują kopyta tysięcy rozszalałych ogierów, pędzących tam i z powrotem, wszechświat za oknem trwa – poprzebijany na wylot gwiazdami – a ja oddycham. Oddycham.

To wszystko było snem, księżycowym złudzeniem.

Przesuwam dłonią po prześcieradle i czuję, że pod moim ciałem jest łóżko – stabilne i pewne, a za oknem, na swoim miejscu, świecą poranne gwiazdy. Jego nagie plecy unoszą się i opadają obok mnie pogrążone w głębokim śnie. W moich żyłach ulga miesza się z krwią i krążąc, wypłukuje z nich błękit przerażenia. To wszystko było tylko snem.

Z powrotem padam na poduszkę, odprężam się. Nie zamykam oczu. Wpatruję się w okno i rozmyślam o tym, że w moich prawdziwych płucach jest prawdziwy oddech i że to, co zwisa poniżej bladego sierpa księżyca, to prawdziwa, czerwona gwiazda Antares – bijące serce Skorpiona, i że jestem tu i widzę to wszystko. A to, co było przed chwilą, to tylko cztery koszmary w ciągu jednej nocy, srebrna nić przeplatająca czerń. I pomyśleć, że zawsze mówiłam, że nic mi się nie śni.

Leżę i próbuję rozwiązać w pamięci plątaninę scen i wydarzeń. Nić jest cała poskręcana. Jedno długie pasmo koszmarów, które naśladują życie. Włókna kory nowej przenikające moje życie, wszystko, co w życiu najważniejsze. Znów wracam do scen ze snu i rozmyślam o nich. O wszystkim, co najważniejsze.

Ten sen wydawał się taki prawdziwy. Był w nim lekarz bez twarzy – jedynie głos – i był bezbarwny pokój, same ściany bez okien. I wypowiedziano tylko jedno słowo, na którego wspomnienie czuję, jak znów krew przestaje krążyć mi w żyłach.

Przerażające słowo na „R”. To słowo z wiecznie żarłocznym brzuchem i zębami jak ostrza, i z nieposkromionym apetytem, aby dzielić i rządzić. Rak.

To jak kopniak w brzuch. Blednę. A on beznamiętnym głosem mówi, że rak niepostrzeżenie zjadał mnie po kawałku, gdy ja byłam zajęta rodzeniem szóstki dzieci, wycieraniem z podłogi śladów ich zabłoconych butów, całowaniem w drzwiach ich ojca. Mówi, że nic już nie można zrobić. Wszystko zostało zjedzone. Trzeba po prostu zawinąć w coś resztkę mojego życia.

Już? To wszystko? Serce wali jak oszalałe, krew w żyłach wzbiera i rozlega się przeciągły, elektroniczny krzyk ciągłej niebieskiej linii na monitorze.

Rozpaczliwie łapiąc powietrze, chwytając się czegokolwiek, próbuję się uwolnić, wynurzyć do życia. Pojawić się w czterech ścianach w kolorze beżowym, w przytłumionym świetle przesączającym się zza drzwi, pod śnieżnobiałą pikowaną kołdrą. Tak bardzo chciałam wynurzyć się i oddychać, nadal mieć na sobie swoją skórę i żyć. Lecz pętla nocy się zacisnęła i znów zostałam wciągnięta w senny scenariusz, w którym przekazuję tę informację mężowi, ojcu, bratu. Zgodnie z konwencją przerażającej mary nocnej każdy z nich wzrusza tylko obojętnie ramionami i odchodzi. Ja chcę żyć. Chcę żyć w pełni. Co chcą nam powiedzieć sny? Pamiętam, jak czterokrotnie uciekałam ze snu do świadomości, ale szarpnięcie zaciśniętej na szyi liny wciągało mnie na powrót do świata pożegnań i ostatnich, lękliwych dotyków dłoni.

Długo leżę, patrząc w sufit, słuchając bicia mego serca, nad którym nie umiem zapanować.

Jednak…

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 3

Pierwszy lot

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 4

Świątynia czasu

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 5

Co na tym świecie jest łaską?

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 6

Czego chcesz?

Miejsce, z którego widać Boga

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 7

Szkło do patrzenia

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 8

„Jakże miałby nam z Nim wszystkiego nie darować?”

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 9

Zejdź niżej

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 10

Z próżni w pełnię

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 11

Radość intymności

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Posłowie

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Podziękowania

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Originally published in the USA under the title:

One Thousand Gifts

Copyright © 2010 by Ann Morton Voskamp

Translation copyright © 2012 by Ann M. Voskamp

Translated by Edyta Stępkowska

Published by permission of Zondervan,

Grand Rapids, Michigan

www.zondervan.com

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Esprit 2012

Ilustracja na okładce: Ru_, iStock by Getty Images

Redakcja: Anna Papiernik, Olga Drenda,

Aleksandra Motyka, Maria Mazurowska, Monika Marczyk

Skład: Karolina Korbut

ISBN 978-83-66061-29-3

Wydanie II, Kraków 2018

Wydawnictwo Esprit sp. z o.o.

ul. Przewóz 34/100, 30-716 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl

ksiegarnia@esprit.com.pl

biuro@wydawnictwoesprit.com.pl

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Angelika Duchnik

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Droga skruszonego serca. Odnaleźć pełnię życia Tysiąc darów