Jose Mourinho: Prosto w oczy

Jose Mourinho: Prosto w oczy

Autorzy: Robert Beasley

Wydawnictwo: Akurat

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.90 zł

Dwa mistrzostwa Anglii, dwa Portugalii i Włoch, jedno Hiszpanii. Dwukrotne zwycięstwa w Lidze Mistrzów UEFA oraz triumf w Lidze Europy UEFA. Zdobywca Złotej Piłki dla Najlepszego Trenera Świata według FIFA i aż cztery razy tytułu Najlepszego Trenera Świata według Międzynarodowej Federacji Historyków i Statystyków Futbolu. Człowiek, którego drużyny przegrały mniej niż 15 procent meczów. To zaledwie część dorobku José Mourinho. Biografia pióra Roberta Beasley’a dowodzi, że to nie tylko jedna z najciekawszych postaci świata piłki, ale także intrygująca osobowość poza boiskiem. Ta książka to prywatna historia portugalskiego trenera spisana przez jego wieloletniego przyjaciela, który jak mało kto poznał sposób myślenia The Special One. Beasley wyczerpująco opisuje historię nieudanych negocjacji nad przejęciem sterów reprezentacji Anglii i burzliwych relacji Mourinho z wielkimi strategami Premiership: Romanem Abramowiczem, Rafaelem Benitezem i byłym już menedżerem Arsenalu, Arsène Wengerem.

Tytuł oryginału: José Mourinho: Up Close and Personal

Projekt okładki: Mark Bracey

Redakcja: Jacek Ring

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Kamil Kowalski, PRESSing (Paweł Nowicki)

Zdjęcia na okładce:

© Alexander Hassenstein/FIFA via Getty Images

© Dominique Faget/AFP/East News

Copyright © Robert Beasley 2016

All rights reserved.

First published in Great Britain in 2016

by Michael O’Mara Books Limited.

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Maciej Wacław

ISBN 978-83-287-0742-9

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Dla Saskii i Joshuy,

dzięki którym moje życie stało się kompletne

i którzy nieustannie wprawiają mnie w zachwyt.

Spis treści

Wstęp

1 Bolton na wyjeździe

2 Łowcy chwały

3 Gol widmo

4 Ashley Cole

5 Jeszcze więcej Mou

6 Jennifer

7 Gotowy na wojnę

8 Rosyjska ruletka

9 Mecz dnia

10 Jeszcze tu wrócę!

11 Reprezentacja Anglii

12 Tottenham

13 Największa nagroda

14 Drogi Zlatan

15 Znowu razem

16 Niespełnione marzenie

17 Autobus w polu karnym

18 Misja szpiegowska

19 Ukochany syn

20 Cristiano i kryzys

21 Z ostatniej chwili

22 Gdzie jest kasa?

23 Wpadka z Pepem

24 Szczęśliwe dni!

25 Na wylocie

26 Pierwsze powody do niepokoju

27 Teraz Roo

28 Na deskach

29 Jeden z pięciu

30 Źrebak

31 Potknięcie na ostatniej przeszkodzie

32 Costa Brawo

33 Frankowi już dziękujemy!

34 Materiał do przemyśleń

35 Kryminał

36 Niebezpieczny hazard

37 Przyganiał kocioł garnkowi

38 Zniewaga

39 Medale, pamiątki i wspomnienia

40 Pora na mecz

41 Pobić Wengera

42 Nie jesteś tu potrzebny

43 Ubodzy krewni

44 Sława i fortuna

45 W domu

46 Z bliska

47 Kto pierwszy na bruk

Epilog

Podziękowania

Zdjęcia

Autorzy zdjęć

Wstęp

OLD TRAFFORD, 2004 r.

José Mourinho po raz pierwszy eksplodował w mojej świadomości we wtorek wieczorem 9 marca 2004 roku. Jestem pewien, że to samo mogą powiedzieć miliony innych sympatyków futbolu. Bez wątpienia tego dnia wszyscy kibice w Anglii rozmawiali tylko o nim: jakiś wariat w ciemnym palcie właśnie biega i skacze wzdłuż linii bocznej na Old Trafford.

Mourinho miał prawo okazywać entuzjazm. Wyrównujący gol strzelony w ostatniej chwili Manchesterowi United przez portugalską gwiazdę, Costinhę, stanowił wielką chwilę zarówno dla trenera, jak i dla Porto, jego drużyny. Był to mecz pierwszej rundy play-off Ligi Mistrzów, a bramka strzelona przez defensywnego pomocnika sensacyjnie eliminowała United, sprawiając, że Porto stanęło na prostej drodze do zdobycia pucharu z dużymi uszami. Dla Mourinho było to pod wieloma względami trzęsienie ziemi. Miesiąc później, dzięki zdecydowanemu triumfowi 3:0 odniesionemu w Gelsenkirchen nad francuskim AS Monaco i wygranej w Lidze Mistrzów, człowiek w palcie, gdy przejmował stery w Chelsea, mógł mówić o sobie jako o „The Special One” („Kimś wyjątkowym”). A wtedy naprawdę zajął w mojej głowie czołowe miejsce.

Muszę tu wyjaśnić, że jestem kibicem Chelsea i to od finału Pucharu Anglii przeciw Tottenhamowi w 1967 roku. Miałem wtedy siedem lat i bzika na punkcie piłki. Poprzedniego lata Anglia wygrała mistrzostwa świata i możecie wierzyć lub nie, ale następnym wielkim meczem pokazywanym na żywo w telewizji był właśnie finał Pucharu Anglii w 1967 roku na Wembley. Trudno w to uwierzyć dzisiaj, w świecie wielokanałowej telewizji cyfrowej HD i 3D, kiedy praktycznie codziennie możemy się cieszyć nieustannymi transmisjami meczów piłki nożnej. W szalonych latach sześćdziesiątych było zupełnie inaczej i właśnie dlatego finał Pucharu Anglii był tak ważnym wydarzeniem i wielkim świętem w całym kraju, nie tylko wśród sympatyków drużyn uczestniczących w finale.

W maju 1967 roku nie byłem kibicem żadnego konkretnego zespołu, chociaż tata często zabierał mnie na mecze Nuneaton Borough FC, klubu z mojego rodzinnego miasteczka, co uwielbiałem. Nie dało się jednak tego porównać do oglądania finału Pucharu, a zatem 20 maja byłem naprawdę mocno przejęty. Rano, wraz z kolegami, udałem się na „rek” (rekreacyjny plac zabaw Górniczego Klubu Pomocy Społecznej na Heath End Road w Nuneaton), gdzie odegraliśmy naszą wersję finału. Byłem zawodnikiem Chelsea, a zasady były proste: kto pierwszy strzeli dziesięć bramek, ten wygrywa. Wygraliśmy i to z łatwością: było jakieś 10:5, może 10:6. Tyle na ten temat.

Pokrzepiony tą wspaniałą wiktorią, udałem się do domu i z przekonaniem oświadczyłem mamie, tacie i starszej siostrze Alison, że Chelsea wygra popołudniowy mecz. Stało się jednak inaczej. Dzięki trafieniom Jimmy’ego Robertsona i Franka Saula Ostrogi wygrały 2:1, a Chelsea udało się jedynie w 85 minucie zdobyć bramkę pocieszenia po strzale wielkiego Bobby’ego Tamblinga. Mogłem równie dobrze zostać kibicem sukcesu, przejść na stronę zwycięskiego Tottenhamu i zapomnieć o przegranych w niebieskich koszulkach, ale gdzieś głęboko we mnie coś się poruszyło, tamta porażka coś obudziła i tak narodziła się moja trwająca całe życie miłość do Chelsea.

Nie miałem pojęcia, że dwadzieścia lat później zrealizuję swoje marzenie, zostając dziennikarzem sportowym regularnie piszącym o ukochanej Chelsea, znającym gwiazdy i kluczowe postaci klubu, od siedziby zarządu przez szatnię po pomieszczenia dla dziennikarzy. To właśnie dlatego musiałem tam być, kiedy Mourinho przedstawiano na Stamford Bridge i kiedy przejmował on władzę nad „moją” Chelsea.

Chciałem sprawdzić, jaki naprawdę jest, jak najszybciej przedstawić się i nawiązać bliskie relacje podobne do tych, jakie miałem wcześniej z Kenem Batesem, Matthew Hardingiem, Glennem Hoddle’em, Ruudem Gullitem czy Gianlucą Viallim. Toteż 2 czerwca 2004 roku wkroczyłem na Bridge, aby wysłuchać, jak Mourinho wypowiada słynną kwestię o byciu „The Special One”, co zresztą od tej chwili miało być jego przydomkiem na całym świecie. Był błyskotliwy. Był fascynujący. Był przebojowy.

Niestety organizacyjnie tego dnia panował bałagan. Z jakiegoś powodu w Chelsea zadecydowano, że konferencja zostanie zorganizowana w pomieszczeniu dla mediów, stosunkowo niewielkiej salce obok tunelu i szatni, co miało ułatwiać trenerom dostęp do niej po meczach. Ale przybycie Mourinho było wydarzeniem na skalę międzynarodową. Pojawiły się ekipy telewizyjne z kamerami, reporterzy radiowi i dziennikarze z całej Europy, a niektórzy nawet spoza niej. Salka i jej wyposażenie były zdecydowanie za małych rozmiarów. Zadecydowano więc, że konferencje prasowe zostaną podzielone i odbędą się w kilku częściach.

Najpierw nastąpiło oficjalne przywitanie otwarte dla wszystkich, wśród tak wielu osób wciśniętych do pomieszczenia dla mediów, że nikt nie mógł się tam czuć wygodnie ani bezpiecznie. Potem nastąpiła seria konferencji dla wybranych, mniejszych grup, takich jak media zagraniczne, chłopaki z brytyjskiej telewizji i radia, reporterzy z angielskich dniówek, a na końcu ci z niedzielnych wydań gazet brytyjskich. Każda grupa szukała czegoś konkretnego dla siebie, czegoś na wyłączność dla reprezentowanych przez siebie mediów, czegoś lepszego od Mourinho na ogólnodostępnej konferencji prasowej. Nie jest to sytuacja wyjątkowa, wyjątkowe jednak było to, że klub usiłował zorganizować to wszystko w jednym z najmniejszych pomieszczeń na terenie stadionu.

Otóż ja byłem wtedy dziennikarzem z niedzielnej gazety i jak zwykle to my zostaliśmy na szarym końcu. Działo się tak, ponieważ w odróżnieniu od innych nasz deadline na dostarczenie materiału mijał dopiero w weekend, a nie tego samego dnia. Nie potrzebowaliśmy więc natychmiastowego dostępu. Problem jednak w tym, że trenerzy i piłkarze szybko męczą się zadawanymi pytaniami i kiedy udzielą już wszystkich innych wywiadów, i przychodzi kolej na ludzi z niedzielnych gazet, mają wszystkiego dość i pragną jak najszybciej wyjść. Często dzieje się tak, że planowane dwadzieścia minut skraca się do zaledwie kilku krótkich chwil.

Innym problemem dla prasy niedzielnej jest konieczność monitorowania tego, jakie pytania i odpowiedzi padają na wcześniejszych konferencjach dla przedstawicieli telewizji, radia i gazet codziennych. Nie chodzi o szpiegowanie czy podsłuchiwanie – raczej o unikanie powtórzeń i upewnienie się, że zadane zostanie zupełnie inne pytanie, pozwalające przedstawić temat pod nowym kątem. Nie oszukujmy się: nikt nie chce otwierać gazety czy wchodzić na jej stronę internetową w niedzielę tylko po to, by przeczytać te same informacje i komentarze, które wcześniej widział w telewizji, słyszał w radiu czy przeczytał kilka dni wcześniej w gazecie codziennej. Prawdziwy kłopot polega na tym: jak to wszystko monitorować, kiedy stoisz na zewnątrz? Nie muszę więc dodawać, że całkiem realny był scenariusz, w którym Mourinho powie nam jedynie takie rzeczy, które w weekend będą już musztardą po obiedzie.

Kiedy więc konferencja prasy niedzielnej miała się w końcu rozpocząć, postanowiłem zaprotestować, w sposób bardzo stanowczy zwracając się do rzecznika Chelsea ds. kontaktów z mediami, Simona Greenberga. Siedział obok Mourinho przy głównym stole, kiedy go zaatakowałem. Był to krótki i ostry wybuch, w którym skrytykowałem chaos panujący na konferencji prasowej. Jestem przekonany, że zrobiłbym to samo przy każdej innej okazji, bez względu na osobę gościa, ponieważ to, co działo się tam do tej pory, wołało o pomstę do nieba, ale muszę też przyznać, że dostrzegłem doskonałą okazję na zostanie już wtedy zauważonym przez Mourinho. Zadziałało. Nie mógł nie dostrzec mojej krótkiej, ale stanowczej interwencji. Wiedziałem, że mnie zauważył, wiedziałem, że zapamiętał, i wiedziałem, że udało mi się zrobić na nim wrażenie od samego początku. Być może pomyślał jedynie „Oho, kim jest ten upierdliwy i wyszczekany gość?” albo coś jeszcze gorszego, ale przynajmniej czymś się wyróżniłem. Jakoś trzeba było zacząć.

Teraz stałem przed wyzwaniem, jak wykorzystać to wrażenie i nawiązać bliską i, miałem taką nadzieję, trwałą współpracę. I tak to się właśnie zaczęło.

1

Bolton na wyjeździe

Do końca zostało jeszcze kilka minut, ale dwie bramki Franka Lamparda bez wątpienia przypieczętowały zwycięstwo, kliknąłem więc na laptopie ikonkę „wyślij” i wysłałem sprawozdanie z meczu przed końcowym gwizdkiem. Na swoje usprawiedliwienie miałem fakt, że jeśli w ciągu kilku ostatnich minut wydarzy się coś dramatycznego, zawsze będę mógł zadzwonić do biura i telefonicznie podać uzupełniające informacje. Ale w głowie odhaczyłem robotę jako „wykonaną” nie tylko dla siebie, ale też dla Chelsea i José. Była sobota 30 kwietnia 2005 r.

Wstałem zza biurka, wymknąłem się z pomieszczenia dla mediów i ruszyłem w dół po schodach Reebok Stadium w kierunku recepcji. Śpieszyłem się, nie chcąc stracić ani chwili. Recepcjonistka Boltonu spojrzała na mnie i zapytała: „Pan z Chelsea?”. Uśmiechnąłem się do niej, odpowiedziałem: „Tak”, i poszedłem dalej. Bez problemów przemaszerowałem przez drzwi wiodące do szatni i dalej do tunelu, gdzie zatrzymałem się przy murawie, obserwując mijające sekundy spotkania.

Dyrektor Chelsea ds. kontaktów z mediami, Simon Greenberg, stał po mojej prawej stronie, a Mourinho, czego należało się spodziewać, siedział parę metrów dalej na ławce Chelsea, czekając na jakże ważny ostatni gwizdek. Parę chwil później sędzia Steve Dunn zgodnie z przepisami zasygnalizował zakończenie meczu, potwierdzając zwycięstwo Chelsea 2:0, a co najważniejsze i najbardziej znaczące, zdobycie przy tej okazji prestiżowej korony mistrza Premier League. Obserwowałem te wydarzenia z bliska, chłonąc je zarówno z perspektywy dziennikarza sportowego, jak i wiernego kibica, który nigdy nawet nie marzył o zdobyciu przez jego drużynę tytułu mistrza.

Szczególnie uważnie przyglądałem się Mourinho, który według mnie był głównym autorem tego niesamowitego triumfu. Co oczywiste, był na murawie, świętując wraz z piłkarzami i sztabem. Właśnie wtedy postanowiłem wykonać ruch, podejść do środkowego koła i porozmawiać. „Gratuluję, trenerze, dobra robota, dziękuję”, powiedziałem i uścisnęliśmy sobie dłonie. Następnie zadałem serię szybkich pytań: „Od kiedy zdawałeś sobie sprawę, że zostaniecie mistrzem? Jakie to uczucie? Co to dla ciebie znaczy? Czy był jakiś kluczowy moment, kiedy zdałeś sobie sprawę, że to możliwe?”.

Odpowiedzi nie były najciekawsze, ale Mourinho przeżywał piękną chwilę, był mocno wzruszony i nie miało to wielkiego znaczenia. Wystarczyło mi, że dzielę ją z nim. W końcu zapytałem: „Co teraz zrobisz?”. Uśmiechnął się i odpowiedział: „Zadzwonię do żony”. I rzeczywiście, poszedł z powrotem na ławkę rezerwowych, usiadł i zadzwonił do Matilde Mourinho, by powiedzieć jej, że znowu został mistrzem.

To zachowanie mówiło bardzo wiele o nim jako o człowieku, nie o trenerze. Człowieku, który chciał jak najszybciej podzielić się tą magiczną chwilą ze swoją żoną i rodziną. Według niego Matilde denerwuje się, oglądając mecze, i dlatego nie bawi jej chodzenie na stadion. Woli siedzieć w domu i czekać na wiadomości, na telefon od męża. Przez te wszystkie lata stało się to powracającym motywem, a Mourinho z dumą powtarzał mi, jak wiele znaczą dla niego żona i dzieci.

Jednak po tym telefonie José nie pozostał długo z „rodziną” Chelsea, wolał zniknąć w tunelu i pozwolić piłkarzom i członkom sztabu napawać się chwilą. „Ta [chwila] jest dla nich, dla piłkarzy – tłumaczył. – To fantastyczne. Ja znikam, ten moment należy do nich. Są bohaterami”.

Spojrzałem na murawę, ogarniając wzrokiem scenerię i napawając się nią. Przed świętującymi kibicami Chelsea dostrzegłem strzelca zwycięskich bramek Franka Lamparda w objęciach kapitana Johna Terry’ego i właściciela Romana Abramowicza, a wszyscy skakali i śpiewali. Wszędzie widać było świętujących piłkarzy. Ruszyłem w kierunku Eidura Gudjohnsena, który kiedyś grał w Boltonie. Wybrałem dobrze, bo zdradził mi, że José poprosił go o przeprowadzenie odprawy przedmeczowej przed tym niezwykle ważnym, potencjalnie decydującym o mistrzostwie meczem. To się nadawało do gazety. Zauważyłem starego kumpla, Steve’a Clarke’a, zaufanego asystenta Mourinho, i padłem na kolana, kłaniając się w żartobliwym hołdzie byłemu gwiazdorowi Chelsea, którego poznałem jeszcze jako zawodnika.

Nieuchronnie skończyłem w szatni, obserwując, jak Abramowicz, prezes Bruce Buck, Greenberg, wszyscy piłkarze i cały sztab szaleńczo świętują, niektórzy śpiewając hymn Chelsea Ten men went to mow („Dziesięciu poszło kosić”), inni oblewając co popadnie szampanem.

Radosne sceny, ale bez José.

Najwyraźniej z jego punktu widzenia zadanie zostało wykonane, a teraz chodziło o następny mecz, następne wyzwanie i następne trofeum. Rzeczywiście, następnym meczem, zaledwie trzy dni później, miało być decydujące spotkanie rewanżowe półfinału Ligi Mistrzów z Liverpoolem na Anfield. Nie było czasu na świętowanie, niewiele na odzyskanie sił, ale za to już było mnóstwo powodów do wspominania i upamiętniania.

Cokolwiek miało się wydarzyć na Anfield, „The Special One” zdążył udowodnić, że naprawdę jest „wyjątkowy”, zdobywając za pierwszym razem mistrzostwo Premier League, przy okazji bijąc wszelakie rekordy. Londyńczycy mieli za sobą rzeczywiście wspaniały sezon ligowy, zapisując się na nowo w kronikach klubowych i krajowych rozgrywek. Chelsea po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat zdobyła tytuł, dotychczas mogło się pochwalić tylko jednym takim sukcesem, w roku 1955. Ponadto Mourinho osiągnął ten niebywały wyczyn na stulecie Chelsea, co nadawało obchodom zasłużony blask.

Portugalczyk nie zmarnował ani chwili, dążąc do tego sukcesu.

Na inaugurację sezonu 2004/05 Chelsea w pięknym stylu wygrała 1:0 z Manchesterem United sir Alexa Fergusona dzięki bramce Eidura Gudjohnsena. Jednak to Arsenal pozostawał zdecydowanym faworytem do zdobycia tytułu, a jego wygrana 5:3 podczas drugiego weekendu sezonu sprawiła, że Kanonierzy pobili rekord Nottingham Forest nieprzerwanej serii czterdziestu dwóch meczów bez przegranej w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii. Tak, to właśnie ich należało pokonać, a drużyna Arsene’a Wengera cały czas była w rewelacyjnej formie, zwyciężając osiem z pierwszych dziewięciu meczów w lidze, od samego początku narzucając ostre tempo. Takiego tempa nie dało się jednak utrzymać i to właśnie ich główny rywal, Manchester United, w końcu powstrzymał ich imponującą serię czterdziestu dziewięciu meczów bez porażki. Wygrana 2:0 na Old Trafford stworzyła szansę dla Chelsea, a zwycięstwo 1:0 z Evertonem sprawiło, że 6 listopada „The Blues” zostali liderem. Z tej pozycji nie dali się zepchnąć, pozostając na niej do końca sezonu. Do świąt Bożego Narodzenia wypracowali pięć punktów przewagi, a seria dziewięciu zwycięstw z rzędu powiększyła ją do 11 punktów na początku lutego. W tym momencie było już właściwie po wszystkim. Należało tylko czekać na ostateczne potwierdzenie i koronację.

Nie był to jedynie odniesiony w odpowiednim czasie mistrzowski triumf, który należało uczcić. Był to również niezwykły pokaz siły, który odbił się echem w całej lidze. Ekipa Mourinho skończyła z ośmiopunktową przewagą nad „niezwyciężonymi” obrońcami tytułu z Arsenalu, zdobywając 18 punktów więcej niż trzeci Manchester United i aż 34 punkty więcej niż czwarty Everton. Pobiła tym samym rekord Premier League, gromadząc 95 punktów przy imponującej liczbie 29 zwycięstw – kolejny rekord Premier League – jak też ośmiu remisach i tylko jednej niespodziewanej wyjazdowej przegranej 0:1 z Manchesterem City. Chelsea wygrała 15 meczów wyjazdowych (kolejny rekord Premier League), 25 razy zachowując czyste konto (kolejny rekord Premier League), tracąc jedynie 15 bramek (kolejny rekord Premier League). Mourinho został wybrany na Trenera Roku. Frank Lampard, który strzelił 13 bramek w rozgrywkach ligowych i miał 18 asyst, otrzymał nagrodę Piłkarza Roku. Chelsea, od zawsze poza podium, stało się nagle dominującą potęgą angielskiej piłki nożnej.

Ale tamten pierwszy sezon Mourinho w Anglii nie ograniczył się jedynie do Premier League: przez długi czas jego drużyna radziła sobie fantastycznie na czterech frontach.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jose Mourinho: Prosto w oczy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana