Okrutny książę

Okrutny książę

Autorzy: Holly Black

Wydawnictwo: Jaguar

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 21.45 zł

Krwawa zbrodnia na zawsze odmienia los trzech sióstr. Zostają porwane do świata elfów, mrocznego Elysium.

Rozmiłowani w intrygach i władzy piękni, nieśmiertelni elfowie zdolni są do każdej podłości.

Siedemnastoletnia Jude wcale nie pragnie dorównać okrutnym elfom: zamierza ich przewyższyć... Czy dzięki pewnej niedostępnej magicznym istotom umiejętności zdoła przetrwać w obcym świecie i osiągnąć upragniony, nieosiągalny cel?

Tytuł oryginału: The Cruel Prince

Copyright © Holly Black, 2018

All rights reserved.

Illustrations copyright © Kathleen Jennings, 2018

Jacket design by Karina Granda

Jacket art © 2018 by Sean Freeman

Jacket © 2018 Hachette Book Group, Inc.

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-742-7

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Mapa

Księga Pierwsza

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Księga Druga

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Epilog

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Cassandry Clare,

zwabionej w końcu do Krainy Elfów

KSIĘGA PIERWSZA

Dziecię elfowego rodu

Nie zna chłodu ani głodu;

Elfy szatki strojne mają,

Zawsze to, co chcą, dostają;

Kieszenie wciąż pełne złota,

Ślub – gdy przyjdzie im ochota.

I ty chciałbyś też, no powiedz,

Mieć kucyki, stado owiec?

Posiadają własne domy

(Kamień, cegła. Żadnej słomy!),

A żywią się jagódkami

I broją całymi dniami.

W głowach mają tylko psotę,

Miałbym elfem być ochotę!

Robert Graves,

Miałbym elfem być ochotę

PROLOG

W senne niedzielne popołudnie obcy mężczyzna w długim ciemnym płaszczu rozejrzał się po wysadzanej drzewami ulicy. Stał przed jednym z domów. Nie zaparkował nigdzie samochodu, nie przyjechał też taksówką. Żaden z sąsiadów nie widział, żeby szedł chodnikiem. Po prostu się pojawił, tak jakby wyszedł spomiędzy cieni.

Podszedł do drzwi i uniósł pięść, żeby zastukać.

Wewnątrz domu, w dużym pokoju, siedziała Jude zajadająca się ociekającymi keczupem, podgrzanymi uprzednio w mikrofalówce paluszkami rybnymi. Jej siostra bliźniaczka, Taryn, z kciukiem w ustach drzemała na wersalce, zwinięta w kłębek wokół koca. Buzię miała poplamioną ponczem owocowym. Siedząca w drugim końcu wersalki ich starsza siostra Vivienne gapiła się na ekran telewizora; jej dziwne, kocie źrenice podążały za myszką z animowanego filmu, która umykała przed animowanym kocurem. Vivienne zaśmiała się, kiedy myszka już, już miała zostać pożarta.

Vivi była inna od innych starszych sióstr, ale ponieważ siedmioletnie Jude i Taryn były identyczne, miały takie same zmierzwione brązowe włosy oraz twarzyczki w kształcie serca, to i one różniły się od pozostałych dzieci. Oczy Vivi oraz porośnięte delikatnym puszkiem czubki jej uszu nie dziwiły Jude bardziej niż fakt, że sama jest lustrzanym odbiciem drugiej osoby.

Czasami zwracała uwagę na to, że dzieciaki trzymają się z daleka od Vivi, i słyszała, jak ich rodzice mówią o niej przyciszonymi, zatroskanymi głosami, ale Jude nie sądziła, by miało to jakieś istotne znaczenie. Wiadomo, dorośli zawsze czymś się przejmują i bezustannie mówią półgłosem.

Taryn ziewnęła i wyciągnęła się jak długa, położyła głowę na kolanach Vivi.

Na zewnątrz świeciło słońce, które rozpalało asfalt. Kosiarki do trawy wyły w najlepsze, dzieci pluskały się w ogrodowych basenach. Tatuś był w przybudówce, gdzie miał kuźnię. Mama była w kuchni i smażyła kotlety. Było nudno. Było dobrze.

Rozległo się stukanie i Jude pobiegła, żeby otworzyć. Miała nadzieję, że to któraś z dziewczyn mieszkających na tej samej ulicy, która chciałaby w coś pograć albo zaprosić ją na po kolacji, żeby popływać.

Za drzwiami stał wysoki mężczyzna. Spoglądał na nią z góry. Pomimo upału miał na sobie pelerynę z brązowej skóry, a srebrzyste okucia butów zabrzęczały, gdy przestąpił przez próg. Jude spojrzała w jego mroczną twarz i zadrżała.

– Mamo! – zawołała. – Maaaamo! Ktoś przyszedł.

Matka wyszła z kuchni, ocierając mokre ręce o dżinsy. Na widok mężczyzny pobladła.

– Idź do swojego pokoju – nakazała Jude surowym głosem. – Natychmiast!

– Czyje to dziecko? – spytał mężczyzna, wskazując ją palcem. Mówił z dziwnym akcentem. – Twoje? Jego?

– Niczyje. – Mama nawet nie spojrzała w stronę Jude. – To niczyje dziecko.

Nieprawda. Jude i Taryn były niesamowicie podobne do taty. Wszyscy to mówili. Postąpiła kilka kroków w stronę schodów, ale nie chciała być sama w pokoju. Vivi – pomyślała. – Vivi będzie wiedzieć, kim jest ten wysoki facet. Vivi będzie wiedziała, co robić.

Jednak Jude nie mogła się zdecydować, żeby postąpić choćby krok dalej.

– Widziałem wiele rzeczy niemożliwych – odezwał się mężczyzna. – Widziałem żołądź bez dębu. Widziałem iskrę bez ognia. Jednak czegoś takiego jeszcze nie widziałem: martwej kobiety, która żyje. Dziecka, które przyszło na świat znikąd.

Mama nie wiedziała, co powiedzieć. Była strasznie spięta, to było widać. Jude chciała wziąć ją za rękę i uścisnąć, ale nie miała odwagi.

– Nie wierzyłem, kiedy Balekin mi powiedział, że cię tu znajdę – mówił mężczyzna łagodniejszym tonem. – Zwęglone kości kobiety ziemskiego rodu oraz jej nienarodzonego dziecięcia w zgliszczach mojego domu wyglądały przekonująco. Czy wiesz, jak to jest, wrócić po bitwie i znaleźć zwłoki swojej żony, a wraz z nią trupa jedynego potomka? Przekonać się, że całe życie obróciło się w popiół?

Mama potrząsnęła głową, ale nie odpowiadając na jego słowa, raczej jakby próbując się z nich otrząsnąć.

Postąpił krok w jej stronę, ona się o krok cofnęła. Ten człowiek miał coś z nogą. Poruszał się sztywno, jakby go bolała. Przedtem Jude widziała go pod światło, ale teraz, w przedpokoju, dostrzegła dziwny, zielonkawy odcień jego skóry, a także to, że dolne zęby nie mieściły mu się w ustach.

Zauważyła też, że facet ma takie same oczy jak Vivi.

– Nigdy nie byłabym z tobą szczęśliwa – powiedziała mama. – Twój świat nie jest stworzony dla takich ludzi jak ja.

Mężczyzna przyglądał jej się przez dłuższą chwilę.

– Wypowiedziałaś słowa przysięgi – odezwał się wreszcie.

Uniosła dumnie głowę.

– A następnie się ich wyparłam.

Spojrzał na Jude, rysy jego twarzy stwardniały.

– Co warta jest przysięga śmiertelnej kobiety? Chyba właśnie się tego dowiedziałem.

Mama odwróciła się. Jude zorientowała się, że matka ją widzi, dała więc nura do dużego pokoju.

Taryn nadal spała. Telewizor nadal był włączony. Vivienne spojrzała na nią kocimi oczami.

– Kto przyszedł? – spytała. – Słyszałam, że się kłócą.

– Jakiś straszny człowiek – wyrzuciła z siebie Jude. Brakło jej tchu, chociaż przebiegła zaledwie kilka kroków, a jej serce waliło jak oszalałe. – Mama kazała nam iść na górę.

Pominęła fakt, że mama tylko jej to nakazała. Nie zamierzała iść sama. Vivi westchnęła ciężko, dźwignęła się i potrząsnęła Taryn, żeby ją obudzić. Zaspana bliźniaczka Jude powlokła się za siostrami do przedpokoju.

Kiedy zaczęły wchodzić po wyłożonych chodnikiem stopniach, Jude ujrzała ojca nadbiegającego z ogrodu. W ręce trzymał topór – własnoręcznie wykutą replikę topora, który widział na Islandii w muzeum. Nie było nic dziwnego w tym, że niósł topór. Wraz z kilkoma przyjaciółmi interesował się starą bronią i spędzał mnóstwo czasu, sporządzając jej kopie, ciągle też opowiadał o „kulturze materialnej” i szkicował fantastyczne klingi. Dziwne było jednak to, jak ten topór trzymał, zupełnie jakby zamierzał…

Ojciec zamachnął się toporem i zadał cios wymierzony w nieznajomego.

Nigdy dotąd nie podniósł ręki na Jude czy jej siostry, nawet kiedy porządnie nabroiły. Muchy by nie skrzywdził. Po prostu nie był do tego zdolny.

A jednak. Jednak.

Żeleźce nie ugodziło wysokiego mężczyzny, utkwiło w drewnianej framudze drzwi.

Mężczyzna wydobył spod skórzanego płaszcza zakrzywione ostrze. Miecz. Zupełnie jak w komiksie. Tatuś usiłował jeszcze wyrwać siekierę z framugi, ale mężczyzna wbił już miecz w jego brzuch i pchnął do góry. Rozległ się dźwięk jakby trzaskających patyków i zwierzęce wycie. Tatuś upadł na chodnik w przedpokoju, ten sam, o który mama robiła tyle krzyku, kiedy ktoś naniósł na niego błoto.

Teraz chodnik nasiąkał czerwienią.

Mama wrzasnęła. Jude wrzasnęła. Taryn i Vivi wrzasnęły. Wszyscy wrzeszczeli, tylko nie ten wysoki mężczyzna.

– Chodź tutaj – rozkazał, patrząc groźnie na Vivi.

– Ty… Ty potworze – krzyknęła matka i rzuciła się w stronę kuchni. – Zabiłeś go!

– Nie uciekaj przede mną – wrzasnął mężczyzna. – Nie po tym, co zrobiłaś. Jeśli znowu spróbujesz uciec, to przysięgam…

Spróbowała. Była już prawie za drzwiami, kiedy ostrze uderzyło w jej plecy. Padła na linoleum, zakrzywionymi palcami ściągając magnesy z lodówki.

W powietrzu gęsto było od zapachu świeżej krwi – wilgotnego, metalicznego. Tak pachniały myjki, za pomocą których mama szorowała patelnię, kiedy coś się na niej przypaliło.

Jude podbiegła do mężczyzny, waliła piąstkami w jego pierś, kopała go po nogach. Nawet się nie bała. Właściwie nie czuła nic.

Mężczyzna nie zwracał na nią uwagi. Przez długą chwilę stał bez ruchu, jakby nie mógł uwierzyć, że zrobił to, co właśnie zrobił. Jakby nawet żałował, że nie da się cofnąć tych ostatnich pięciu minut. Potem przyklęknął na jedno kolano i chwycił Jude za ramię. Przycisnął jej ręce do boków, żeby nie mogła go już tłuc, ale nawet na nią nie spojrzał.

Wpatrywał się w Vivienne.

– Zostałaś mi skradziona – oznajmił. – Przybyłem, żeby zabrać cię do twojego prawdziwego domu w Elfhame pod Wzgórzem. Tam będziesz bogata ponad wszelką miarę. Tam będziesz przebywać pośród podobnych sobie.

– Nie – powiedziała Vivi tym swoim ponurym głosikiem. – Nigdzie z tobą nie pójdę.

– Jestem twoim ojcem – odparł ostrym głosem, a brzmiało to, jakby trzasnął z bata. – Ty jesteś krew z mojej krwi, będziesz mi posłuszna zarówno w tej, jak i w innych rzeczach.

Nie poruszyła się, zacisnęła tylko usta.

– Ty nie jesteś jej ojcem – wrzasnęła Jude. I co z tego, że miał takie same źrenice, nie zamierzała w to uwierzyć.

Zacisnął mocniej dłonie na jej ramionach, pisnęła cicho, ale wciąż spoglądała mu wyzywająco w oczy. Wygrała wiele pojedynków na spojrzenia.

I to on pierwszy odwrócił wzrok. Spojrzał w stronę Taryn, która klęczała obok mamy i szlochała, potrząsając ją, jakby próbowała ją obudzić. Mama ani drgnęła. Mama i tatuś nie żyli. Już nigdy się nie poruszą.

– Nienawidzę cię – oświadczyła Vivi głosem tak jadowitym, że jego brzmienie przyprawiło Jude o dreszcz satysfakcji. – Zawsze cię będę nienawidzić. Ślubuję to.

Oblicze mężczyzny było jak z kamienia.

– Mimo to pojedziesz ze mną. Przygotuj te ludzkie istotki. Zabierzcie ze sobą jak najmniej rzeczy. Ruszamy o zmroku.

Vivienne uniosła dumnie głowę.

– Zostaw je w spokoju. Jeżeli musisz, to zabierz mnie, ale je zostaw.

Rzucił Vivi gniewne spojrzenie.

– Chcesz ochronić przede mną swoje siostrzyczki? To powiedz, dokąd mają pójść?

Vivi nie odpowiedziała. Nie mieli dziadków ani żadnej innej rodziny. Przynajmniej żadnej, o której by wiedziała.

Znowu spojrzał na Jude, puścił ją i wstał.

– Są potomstwem mojej żony, więc za nie odpowiadam. Zapewne jestem okrutnikiem, potworem i mordercą, ale nie uchylam się od odpowiedzialności. I ty jako najstarsza również nie powinnaś się od niej uchylać.

Wiele lat później, kiedy Jude opowiadała sobie samej te wydarzenia, nie pamiętała momentu pakowania rzeczy. Trwało to z godzinę, ale najwyraźniej wstrząs sprawił, że zupełnie tego nie odnotowała. Zapewne Vivi znalazła jakieś torby, wsadziła do nich ulubione książeczki z obrazkami dziewczynek i ich ukochane zabawki, zdjęcia i piżamy, i kurtki, i sukienki.

A może Jude sama się spakowała. Nie mogła sobie tego przypomnieć.

Nie umiała sobie wyobrazić, jak mogły to zrobić, podczas gdy na parterze stygły ciała ich rodziców. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak się wtedy czuła, i po latach nie umiała przywołać tego uczucia. Z upływem czasu potworność podwójnego morderstwa zblakła. Wspomnienia tego dnia się zatarły.

Gdy wyszli, ujrzała czarnego konia skubiącego trawę przed domem. Oczy miał wielkie i łagodne. Jude miała ochotę objąć go ramionami za szyję i wtulić mokrą twarz w jedwabistą grzywę. Nim jednak zdążyła to zrobić, mężczyzna wciągnął ją, a potem Taryn na siodło, traktując je raczej jak tobołki niż jak dzieci. Vivienne usadził za sobą.

– Trzymajcie się – polecił.

Jude i jej siostry płakały przez całą drogę do Elysium.

ROZDZIAŁ

1

W Elysium nie ma paluszków rybnych, keczupu ani telewizji.

ROZDZIAŁ

2

Siedzę na poduszce, a skrzatka zaplata mi warkocze, żeby włosy nie opadały na twarz. Skrzatka ma długie palce i ostre paznokcie. Krzywię się, w lusterku na szponiastej nóżce, które stoi na mojej toaletce, napotykam spojrzenie czarnych oczu.

– Do turnieju jeszcze cztery noce – powiada to stworzenie. Na imię ma Strzępka, jest służącą w posiadłości Madoka i pozostanie nią, dopóki nie odpracuje długu, który u niego zaciągnęła. Opiekuje się mną od dzieciństwa. To właśnie Strzępka smarowała mi oczy piekącą maścią, co miało mnie obdarzyć drugim wzrokiem, abym widziała prawdę poprzez blichtr ułudy. To ona czyściła moje buty z błota i nizała na nić jagody jarzębiny, które noszę na szyi, dzięki czemu nie ima się mnie większość zaklęć. To ona wycierała mój zasmarkany nos i ciągle mi przypominała, bym nosiła skarpetki na lewą stronę, dzięki czemu w lesie nic nie zwiedzie mnie na manowce.

– Wiem, że nie możesz się doczekać, ale nikt nie umie sprawić, żeby księżyc wzeszedł wcześniej. Postaraj się dziś godnie reprezentować dwór generała, pokazując się z jak najlepszej strony.

Wzdycham.

Nigdy nie miała cierpliwości do moich dąsów.

– Tańczyć z dworzanami Najwyższego Króla pod Wzgórzem to zaszczyt.

Wszyscy służący lubują się w powtarzaniu, jakie to szczęście mi sprzyja: nieprawa córka niewiernej żony, ludzka istota, w której żyłach nie płynie ani kropelka elfowej krwi, a traktowana jest jak prawowite dziecię elfowego rodu. Taryn musi wysłuchiwać tego samego.

Wiem, że to nie lada zaszczyt dorastać pośród potomków szlachetnie urodzonych elfów. Wielki zaszczyt, którego nigdy nie będę godna.

I nie jest łatwo o tym zapomnieć, skoro bezustannie ktoś mi o tym przypomina.

– Tak – odpowiadam uprzejmie, bo ona przecież stara się być dla mnie miła. – Coś wspaniałego.

Istoty zamieszkujące Krainę Elfów nie potrafią kłamać, więc skupiają się raczej na słowach, nie zwracając uwagi na ton głosu, zwłaszcza jeśli nie miały zbyt wiele do czynienia z ludźmi. Strzępka kiwa więc głową z aprobatą, jej oczy lśnią jak dwa czarne koraliki, nie widać ani źrenicy, ani tęczówki.

– Może ktoś cię poprosi o rękę, a wtedy zostaniesz dwórką Najwyższego Króla.

– Chcę sama wywalczyć sobie swoje miejsce – mówię.

Skrzatka nieruchomieje. W palcach trzyma długą szpilę do włosów i pewnie się zastanawia, czyby mnie nią nie ukłuć.

– Nie bądź głupia.

Nie warto się kłócić i nie ma sensu przypominać, jak tragicznie skończyło się małżeństwo mojej matki. Śmiertelni mogą stać się dworzanami Najwyższego Króla tylko na dwa sposoby: albo się wżenić, albo opanować jakąś szczególną umiejętność – stać się mistrzami w obróbce metalu albo wspaniale grać na lutni, albo coś w tym rodzaju. Małżeństwo mnie nie interesuje, więc pozostaje mi tylko nadzieja, że zdołam odpowiednio się wykazać osobistymi uzdolnieniami.

Kończy splatać moje włosy we fryzurę, dzięki której wyglądam, jakbym miała rogi. Ubiera mnie w szafirowy aksamit. Ani to, ani nic innego nie zdoła jednak ukryć tego, kim jestem – ludzką istotą.

– Zrobiłam trzy węzły na szczęście – mówi skrzatka. To miłe z jej strony.

Wzdycham, a ona telepie się do drzwi.

Wstaję od toaletki i padam twarzą na pokryte wyszywaną kapą łoże. Jestem przyzwyczajona do tego, że zajmuje się mną służba. Skrzaty i gnomy, gobliny i chochliki. Nietoperzowe skrzydła, zielone paznokcie, rogi i kły. Mieszkam w Elysium od dziesięciu lat. To wszystko już dawno przestało mnie dziwić. Tutaj to ja jestem dziwadłem: mam tępo zakończone palce, okrągłe uszy i jestem stworzeniem ulotnym, przemijającym jak jętka.

Dziesięć lat to bardzo wiele dla śmiertelnej istoty.

Madok skradł nas ze świata ludzi i przywiózł do swoich włości na Insmire, wyspie mocy, którą rządzi Najwyższy Król z Elfhame. Odtąd opiekował się nami – to jest mną, Vivienne i Taryn – ponieważ zobowiązywał go do tego honor. Choć ja i Taryn jesteśmy dowodem zdrady naszej mamy, zgodnie z obyczajem Elysium, jako że jesteśmy dziećmi jego żony, to on za nas odpowiada.

Jako generał Najwyższego Króla często w imieniu korony wyruszał na różne wojny. Muszę jednak przyznać, że zawsze byłyśmy otoczone troskliwą opieką. Spałyśmy na materacach wypchanych mięciutkim puszkiem mlecza. Madok osobiście uczył nas sztuki walki kordelasem i sztyletem, tasakiem i gołymi rękami. Grał z nami przy kominku w lisa i gęś, młynek oraz elfowe szachy. Pozwalał nam siadać na swoich kolanach i jeść ze swojego talerza.

Ileż to razy odpływałam w sen przy wtórze jego dudniącego głosu czytającego podręcznik strategii bitewnej. Mimo woli, chociaż uczynił to, co uczynił i jest, kim jest, pokochałam go. Naprawdę go kocham.

Tylko że to nie jest łatwa miłość.

– Piękne warkocze – mówi Taryn, która właśnie wbiegła do mojej komnaty. Tak jak ja ubrana jest w aksamit, ale karmazynowy. Włosy ma rozpuszczone – długie kasztanowe pukle, które powiewają za nią jak płaszcz; wpleciono w nie kilka srebrnych niteczek. Wskakuje na łoże, rozrzucając równo poukładane wyleniałe pluszaki – misia koala, węża, czarnego kota – ukochane maskotki z czasów, kiedy miałam siedem lat. Nie jestem w stanie wyrzucić żadnej z tych pamiątek.

Podnoszę się, aby spojrzeć krytycznie na swoje odbicie w lustrze.

– Też mi się podobają.

– Mam przeczucie – mówi ku mojemu zaskoczeniu Taryn. – Przeczucie, że dzisiaj nieźle się zabawimy.

– My?

Jak dotąd wyobrażałam sobie, że będziemy obserwować tłumy gości, siedząc w naszej zwykłej kryjówce, a ja będę się tylko zamartwiać tym, czy wypadnę wystarczająco dobrze podczas turnieju, na tyle dobrze przynajmniej, żeby ktoś z królewskiej rodziny zechciał pasować mnie na rycerza. Gdy tylko o tym myślę, robię się nerwowa, a przecież myślę o tym bezustannie. Muskam czubkiem kciuka to miejsce, gdzie brak mi końcówki palca serdecznego. Taki tik. Nerwowy.

– No – mówi Taryn i szturcha mnie w bok.

– Hej, ała! – Odsuwam się od niej. – Jaki masz plan?

Rzecz w tym, że kiedy udajemy się na Dwór, zwykle się ukrywamy. Widziałyśmy wiele ciekawych rzeczy, ale zawsze z pewnej odległości.

Rozkłada szeroko ręce.

– O co ci chodzi, jaki znowu plan? Dobrze się bawić to znaczy dobrze się bawić!

Śmieje się, trochę nerwowo.

– Widzisz, sama nie masz pojęcia. Ale niech ci będzie. Przekonamy się, czy posiadasz dar proroczy.

Jesteśmy coraz starsze i wszystko się zmienia. My się zmieniamy. I choć wyczekuję tych zmian, jednocześnie ich się obawiam.

Taryn zeskakuje z mojego łoża, wyciąga do mnie rękę, tak jakby prosiła mnie do tańca. Pozwalam się wyprowadzić z komnaty, odruchowo jednak sprawdzam, czy nóż nadal jest przymocowany paskami do nogi.

Wnętrze siedziby Madoka jest pobielone wapnem, biel przecinają belki z surowego drewna. Szybki w oknach są ze szkła barwionego na szaro, więc w środku jest dziwne światło. Gdy schodzimy spiralnymi schodami, dostrzegam ukrytą na balkoniku Vivi, która ze zmarszczonym czołem przegląda komiks ukradziony z ludzkiego świata.

Szczerzy się do mnie. Ubrana jest w dżinsy i bluzkę z bufiastymi rękawami. Najwyraźniej nie wybiera się na imprezę. Ponieważ jest pełnoprawną córką Madoka, nie usiłuje mu się przypodobać. Robi, co tylko zechce. Nawet czyta czasopisma, te nieklejone, a spięte żelaznymi zszywkami, wcale się nie przejmuje, że przypala sobie palce.

– Wybieracie się dokądś? – pyta półgłosem, który dochodzi z cienia.

Taryn musiała jej nie zauważyć, bo wzdryga się, przestraszona.

Vivi oczywiście doskonale wie, dokąd się wybieramy.

Kiedy tu przybyłyśmy, Taryn i ja tuliłyśmy się do Vivi w jej wielkim łożu, rozmawiałyśmy bez ustanku o tym, co pamiętałyśmy z domu. Gadałyśmy o tym, jak mama przypaliła zupę, i o tym, jak tatuś przyrządzał prażoną kukurydzę. Wspominałyśmy sąsiadów i jak pachniał dom, jak było w szkole, wspominałyśmy wakacje, smak lukru na urodzinowym torcie. Rozmawiałyśmy o oglądanych w telewizji serialach, przypominałyśmy sobie dzieje ich bohaterów i powtarzałyśmy dialogi, a mimo to wszystkie wspomnienia zatarły się, a ich miejsce zajęły twory naszych wyobraźni.

Teraz nie ma już żadnego przytulania się w łóżku ani wspominania. Mamy nowe wspomnienia, które są stąd, a tym Vivi interesuje się tylko pobieżnie.

Ślubowała Madokowi nienawiść i ślubowania dotrzymała. Początkowo, jeśli nie wspominała domu, była istnym koszmarem. Wszystko rozwalała. Wrzeszczała, wściekała się i szczypała nas, kiedy było nam za dobrze. Wreszcie dała sobie z tym wszystkim spokój, chociaż wydaje mi się, że część tej nienawiści przelała na nas – za to, że się dostosowałyśmy. Że jakoś sobie radzimy. Że teraz tutaj jest nasz dom.

– Chodź z nami – namawiam ją. – Taryn jest w jakimś dziwnym nastroju.

Vivi przygląda jej się z udanym zaciekawieniem, po czym potrząsa głową.

– Mam inne plany.

Może to znaczyć, że zamierza się zakraść do świata śmiertelników, ale równie prawdopodobne jest to, że spędzi cały ten wieczór na balkonie, czytając.

Tak czy inaczej, na pewno zajmie się czymś, co Madokowi by się nie spodobało.

On zaś czeka na nas w sieni w towarzystwie swojej drugiej żony, Oriany. Oriana ma błękitnawą skórę jak kożuch na kwaśnym mleku, a włosy białe niczym świeży śnieg. Jest piękna, ale trudno mi na nią patrzeć, bo wygląda jak duch. Dziś ma na sobie zieleń i złoto; mchową suknię z misternym lśniącym kołnierzem, który uwydatnia róż jej ust, uszu i oczu. Madok też ubrał się na zielono, w głęboką leśną barwę. Miecz u jego boku nie jest czczą ozdobą.

Na zewnątrz, za otwartymi podwójnymi wrotami, czeka gnom trzymający w dłoni srebrzyste wodze pięciu jabłkowitych wierzchowców o grzywach zaplecionych w złożone i zapewne magiczne węzły. Myślę o węzłach w moich włosach – ciekawe, czy są tego samego rodzaju.

– Obie dobrze wyglądacie – mówi Madok do mnie i do Taryn; nieczęsty to w jego ustach komplement. Jego spojrzenie wędruje ku schodom. – Czy wasza siostra wkrótce będzie gotowa?

– Nie wiem, gdzie jest Vivi – odpowiadam niezgodnie z prawdą. Tak łatwo tu kłamać. Od rana do nocy można nie powiedzieć ani słowa prawdy, bez obawy, że ktoś mnie na tym przyłapie. – Pewnie zapomniała.

Na twarzy Madoka widzę rozczarowanie, ale nie zaskoczenie. Wychodzi, żeby coś powiedzieć gnomowi dzierżącemu lejce. Dostrzegam istotę, która dla niego szpieguje, to pomarszczona kreatura z nosem jak biała pietruszka i garbem sięgającym wyżej niż głowa. Wsuwa Madokowi w dłoń karteczkę, po czym umyka z zaskakującą zwinnością.

Oriana przygląda się nam uważnie, jakby spodziewała się dostrzec jakieś zaniedbania.

– Bądźcie ostrożne dzisiejszej nocy – przestrzega nas. – Obiecajcie, że nie będziecie nic jeść ani pić, ani tańczyć.

– Nie pierwszy raz udajemy się na Dwór – przypominam jej, udzielając tym samym typowo elfowej nieodpowiedzi.

– Może wam się wydawać, że sól wystarczająco was chroni, ale wy, dzieci, tak łatwo zapominacie. Lepiej radzić sobie bez niej. A co do tańca, to kiedy śmiertelnicy się w nim zapamiętają, gotowi zatańczyć się na śmierć, jeśli tylko się ich nie powstrzyma.

Patrzę na swoje stopy, nic nie mówię.

My, dzieci, nie tak łatwo zapominamy.

Madok ożenił się z nią przed siedmioma laty, a wkrótce potem dała mu dziecko, chorowitego chłopca o imieniu Dąb, o ślicznych małych różkach na główce. Od początku było jasne, że Oriana znosi mnie i Taryn wyłącznie ze względu na Madoka. Mam wrażenie, że myśli o nas jak o ulubionych ogarach męża: źle wyszkolonych i niewdzięcznych, gotowych w każdej chwili rzucić się z zębami na swojego pana.

Dąb jednak uważa nas za swoje siostry, co wyraźnie drażni Orianę, chociaż ja nigdy w życiu nie byłabym w stanie go skrzywdzić.

– Jesteście pod opieką Madoka, który jest w łaskach Najwyższego Króla – oznajmia Oriana. – Nie życzę sobie, żeby z powodu waszych wybryków Madok znalazł się w niezręcznej sytuacji.

Palnąwszy tę mówkę, rusza w stronę koni. Jeden z nich parska i stuka kopytem o ziemię.

Taryn i ja spoglądamy na siebie, potem idziemy za nią. Madok dosiada już największego z elfowych koni, wspaniałego rumaka z blizną pod okiem. Koń niecierpliwie rozdyma chrapy, niespokojnie potrząsa grzywą.

Wskakuję na grzbiet bladozielonego konia o ostrych zębach, konia, który pachnie bagnem. Taryn wsiada na swojego wierzchowca, wali go piętami w boki. Koń rusza przed siebie jak strzała, pędzę na swoim w ślad za siostrą. Dajemy nura w mrok.

ROZDZIAŁ

3

Elfy są nocnymi stworzeniami, więc i ja także nauczyłam się żyć w nocy. Wstajemy, gdy wydłużają się cienie, a udajemy się do łóżek, nim wzejdzie słońce. Do pałacu Elfhame pod Wzgórzem przybywamy długo po północy. By dostać się do środka, musimy przejechać między dwoma drzewami, dębem i głogiem, a potem prosto na coś, co wygląda jak kamienna ściana opuszczonej ruiny. Robiłam to już setki razy, ale i tak ogarnia mnie lęk. Ciało się spina, zaciskam palce na wodzach, zaciskam mocno powieki.

Gdy je otwieram, jestem już wewnątrz Wzgórza.

Jedziemy wnętrzem jaskini, między filarami korzeni, po ubitej ziemi.

Widzę rój przedstawicieli „małego ludku”; często wcale nie są oni mali. Tłoczą się u wejścia do rozległej sali tronowej, gdzie zasiada Dwór – są tam długonose pixie o zszarganych skrzydełkach; zielonoskóre damy w długich sukniach, których treny niosą gobliny; przewrotne boginy, rozchichotane lisołaki, chłopiec w sowiej masce i złotym nakryciu głowy; starsza kobieta, na której ramionach siedzi kilka kruków; stadko dziewcząt z dzikimi różami we włosach; chłopiec o skórze jak kora drzewa w naszyjniku z piór; rycerze zakuci w zbroje zielone jak skorupy skarabeusza. Wiele z tych istot widziałam już wcześniej, z niektórymi rozmawiałam. Jest ich zbyt wiele, by wszystkie objąć wzrokiem, a jednak nie potrafię od nich oderwać oczu.

To spektakl, który nigdy mnie nie znuży – barwny korowód elfowych dworzan. Może Oriana nie całkiem niesłusznie się martwi, że pewnego dnia wciągnie mnie ten wir, porwie, że zapomnę się w nim i zatracę. Nie jest mi trudno zrozumieć ludzkie istoty, które ulegają oszałamiającemu pięknu dworskiego koszmaru i gotowe są w nim się pogrążyć bez miary.

Wiem, że nie powinnam się tak zachwycać, w końcu zostałam skradziona ze świata śmiertelnych, moi rodzice zostali zamordowani. A jednak mój zachwyt nie zna granic.

Madok zwinnie zeskakuje na ziemię. Oriana i Taryn już zsiadły ze swoich wierzchowców, podały wodze stajennym. Czekają tylko na mnie. Madok wyciąga dłoń, jakby zamierzał mi pomóc, ale samodzielnie zeskakuję z siodła. Podeszwy moich skórzanych pantofli uderzają o grunt.

Mam nadzieję, że prezentuję się w jego oczach jak rycerz.

Oriana podchodzi, zapewne aby znów przypomnieć Taryn i mnie wszystkie te rzeczy, których nie wolno nam robić. Nie daję jej szansy. Szybko chwytam Taryn pod ramię, wbiegamy do środka. W komnacie unosi się woń palonego rozmarynu i pokruszonych ziół. Słyszę za nami ciężkie kroki Madoka, ale dobrze wiem, dokąd iść. Pierwsza rzecz, którą należy uczynić po przybyciu na Dwór, to pokłonić się królowi.

Najwyższy Król Eldred siedzi na tronie w popielatej szacie ceremonialnej, ciężka korona ze złotych liści dębu przyciska jego rzadkie żółtawe włosy. Kiedy się kłaniamy, muska nasze głowy rosochatymi upierścienionymi dłońmi, a potem wolno nam już powstać.

Jego babką była królowa Mab wywodząca się z rodu Kolcowojów. Początkowo czarownica-samotnica, podbiła królestwo elfów z pomocą rogatego małżonka. Powiada się, że to po nim każdy z sześciu spadkobierców Eldreda odziedziczył jakąś zwierzęcą cechę – co nie jest niczym niezwykłym u elfów, ale rzadko się zdarza pośród wysokich rodów.

Najstarszy z książąt, Balekin, oraz jego młodszy brat Dain stoją w pobliżu, piją wino z drewnianych kubków okutych srebrem. Dain nosi pludry do kolan, ukazujące kopyta i jelenie nogi. Balekin ma na sobie ulubioną szatę z niedźwiedzim kołnierzem, na każdym knykciu jego dłoni wyrasta kolec, kolce ciągną się też wzdłuż ramienia i znikają pod rękawem – widać je wyraźnie, gdy przyzywa do siebie Madoka.

Oriana dyga przed nimi. Choć Dain i Balekin stoją teraz obok siebie, często wiodą spory i tworzą dwa rywalizujące dworskie stronnictwa. Trzeciemu przewodzi ich siostra, Elowyn.

Książę Balekin, pierworodny, oraz jego zausznicy zwani są Kręgiem Wilg; nade wszystko uwielbiają zabawę i gardzą wszystkim, co staje na jej przeszkodzie. Zapijają się do nieprzytomności winem i odurzają trującymi, rozkosznymi proszkami. Ten krąg jest najbardziej szalony ze wszystkich, choć przyznać muszę, że Balekin, kiedy ze mną rozmawiał, zawsze był trzeźwy i powściągliwy. Zapewne mogłabym oddać się rozpuście w nadziei, że im zaimponuję. Nie mam jednak na to chęci.

Księżniczka Elowyn, która przyszła na świat po nim, oraz jej stronnicy tworzą Krąg Skowronków. Nade wszystko cenią sztukę. Dopuścili do swoich łask licznych śmiertelników, ale ponieważ nie posiadam wielkiego talentu do gry na lutni ani nie umiem pięknie deklamować, nie mam tym samym żadnych widoków na to, by mnie przyjęli.

Książę Dain, który urodził się jako trzeci, przewodzi Kręgowi Sokołów. Należą do niego rycerze, wojownicy i stratedzy. Rzecz jasna, Madok jest członkiem tego właśnie stronnictwa. Rozprawiają o honorze, ale tak naprawdę chodzi im o władzę. Nieźle władam klingą, nieobca mi jest strategia, potrzebuję więc tylko okazji, żeby się wykazać.

– Idźcie, bawcie się – mówi nam Madok.

Spoglądam jeszcze na księcia, na drugiego księcia i razem z Taryn znikam w tłumie.

W królewskim pałacu Elfhame jest wiele sekretnych alków i ukrytych korytarzy, idealnych na potajemne schadzki kochanków i kryjówki dla skrytobójców albo dla kogoś, kto nie chce innym wchodzić w drogę i jest zakałą każdego przyjęcia. Kiedy ja i Taryn byłyśmy małe, chowałyśmy się pod długimi bankietowymi stołami. Odkąd jednak stwierdziła, że jesteśmy już wykwintnymi damami, zbyt dorosłymi, żeby pełzać po podłodze i brudzić sobie suknie, musiałyśmy wynaleźć coś lepszego. Otóż zaraz za drugim podestem kamiennych stopni znajduje się takie miejsce, gdzie wystaje blok lśniącego kamienia, tworząc skalną półkę. Zazwyczaj tam właśnie się mościłyśmy, aby słuchać muzyki i przyglądać się zabawie, w której nie miałyśmy uczestniczyć.

Jednak dziś Taryn ma inny plan. Mija schody, chwyta ze srebrnej tacy jedzenie – zielone jabłko i kawałek niebieskawego sera. Nie zawraca sobie głowy solą, bierze po kęsie obu przysmaków, następnie podaje mi jabłko, żebym też ugryzła. Oriana sądzi, że nie potrafimy odróżnić zwykłych owoców od owoców elfowych, kwitnących głębokim złotem. Mają one miąższ czerwony i gęsty, a ich upajający zapach wypełnia las w porze zbiorów.

Jabłko jest rześkie i zimne. Podajemy je sobie, kęs po kęsie, chrupiemy aż do ogryzka, który pochłaniam na dwa razy.

Blisko tego miejsca, gdzie stoję, maleńka elfka o białych włosach przypominających puch dmuchawca przecina nożykiem rzemień mocujący sakiewkę do pasa jakiegoś ogra. Robi to nad wyraz zręcznie. W jednej ulotnej chwili wielkolud nie ma już miecza i pieniędzy, a ona znika w tłumie. Mogłoby się zdawać, że to wszystko w ogóle się nie zdarzyło. Mogłoby, dopóki elfka nie napotyka mojego spojrzenia.

Wtedy puszcza do mnie oko.

Chwilę potem ogr zdaje sobie sprawę, że został okradziony.

– Czuję zapach złodzieja – wrzeszczy, wymachuje łapskami, zrzuca ze stołu kufel ciemnobrązowego piwa, rzeczywiście niucha wokoło pokrytym brodawkami nochalem.

Powstaje zamieszanie, bo jedna ze świec wybucha nagle błękitnymi płomieniami, trzaskającymi tak głośno, że odwraca to uwagę wszystkich, nawet okradzionego. Kiedy wszystko powraca do normy, białowłosa złodziejka jest już daleko.

Uśmiecham się lekko, odwracam się do Taryn, która nie zwraca uwagi na nic, tylko jak oczarowana tęsknie przygląda się tańczącym.

– Mogłybyśmy się zmieniać – podsuwa. – Jeżeli nie będziesz mogła przestać, to ja cię wyciągnę. A potem ty mnie popilnujesz.

Kiedy słyszę jej propozycję, serce bije mi prędzej. Patrzę na korowód pląsających, usiłuję wzbudzić w sobie śmiałość równą tej, jaką trzeba mieć, żeby gwizdnąć sakiewkę nieuśpionemu ogrowi.

Księżniczka Elowyn wiruje w samym środku kręgu Skowronków. Jej skóra lśni złotem, jej włosy mają kolor głębokiej zieleni w odcieniu bluszczu. Obok niej gra na skrzypcach chłopiec, to śmiertelnik. Jeszcze dwóch innych mu akompaniuje, nie grają zbyt dobrze, ale brzdąkają wesoło na swoich ukulele. Opodal tańczy młodsza siostra Elowyn, Caelia; ma jedwabiste włosy koloru kukurydzy jak ojciec, a na nich kwietny wieniec.

Zaczyna się nowa ballada, wsłuchuję się w jej słowa:

Ze wszystkich synów króla Williama,

najgorszy był książę Jamie,

rzecz smutna i niesłychana,

bo najstarszy był książę Jamie.

Nigdy za bardzo nie lubiłam tej pieśni, bo przypomina mi kogoś. Kogoś, kto podobnie jak księżniczka Rhyia jest dziś chyba nieobecny. Chociaż nie, do licha. Właśnie go zobaczyłam.

Książę Cardan, szósty w kolejności narodzin potomek Najwyższego Króla Eldreda, przy czym zdecydowanie najgorszy, zmierza właśnie w naszą stronę.

Za nim podążają Valerian, Nicassia i Loki – trójka jego najprzewrotniejszych, najpiękniejszych, najlojalniejszych przyjaciół. Tłum robi dla nich przejście, rozlega się pomruk powitań, mijani goście zginają się w ukłonach. Cardan jest jak zawsze pochmurny, do czego pasuje czarna obwódka wokół oczu i złota przepaska w kruczych włosach. Ma na sobie długi czarny płaszcz z wysokim zębatym kołnierzem wyszywany w srebrzyste konstelacje gwiezdne. Valerian w głębokiej purpurze, na jego mankietach połyskują rubinowe kaboszony, które wyglądają jak kropelki zamrożonej krwi. Włosy Nicassii, barwy błękitnozielonych głębin oceanu, ukoronowane są perłowym diademem. Lśniąca metalowa siatka niczym pajęczyna pokrywa jej warkocze. Loki o włosach koloru lisiego futra, który zamyka pochód, wygląda na znudzonego.

– Śmieszni są – mówię do Taryn, która podąża za moim spojrzeniem. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że są przy tym piękni. Elfowi kawalerowie i elfowe damy, zupełnie jak w piosenkach. Gdybym nie musiała odbywać lekcji w ich towarzystwie, gdybym nie wiedziała z własnego bolesnego doświadczenia, jak podle postępują wobec tych, którzy nie przypadną im do gustu, prawdopodobnie byłabym w nich zakochana tak jak wszyscy.

– Vivi mówiła mi, że Cardan ma ogon – szepce Taryn. – Widziała podczas ostatniej pełni, kiedy kąpali się w jeziorze z nim i księżniczką Rhyią.

Nie potrafię sobie wyobrazić Cardana pływającego w jeziorze, skaczącego do wody, pluskającego nią na swoich towarzyszy, śmiejącego się z czegoś innego niż cudze cierpienie.

– Ogon? – powtarzam z niedowierzającym uśmieszkiem na twarzy; uśmieszek znika, bo nagle uświadamiam sobie, że Vivi nie zadała sobie trudu, żeby mi tę historię opowiedzieć, chociaż od tamtej nocy musiało już minąć sporo czasu. Dziwnie bywa, kiedy są trzy siostry. Zawsze któraś jest pomijana.

– Tak, z kitą na końcu! Chowa go pod ubraniem, a potem go rozwija jak bicz. – Chichocze, więc ledwo udaje mi się zrozumieć to, co mówi potem: – Vivi mówi, że też chciałaby mieć taki.

– Dobrze, że nie ma – stwierdzam stanowczo, co jest głupie. Nie mam nic przeciwko ogonom.

A potem Cardan i jego kompania są już zbyt blisko, żeby można ich było bezpiecznie obgadywać. Wbijam wzrok w podłogę. Nie cierpię tego, ale muszę, więc przyklękam na jedno kolano, pochylam głowę, zaciskając zęby. Obok mnie Taryn robi to samo. Wszyscy wokół składają pokłony.

Nie patrzcie na nas – mówię w myśli. Nie patrzcie.

Valerian, przechodząc, chwyta mnie za jeden ze splecionych w rogi warkoczy. Pozostali idą dalej, ale Valerian zaczyna się nade mną pastwić.

– Myślałaś, że cię nie zobaczę? Ty i twoja siostra wyróżniacie się w tłumie – mówi, nisko pochylony nade mną. Jego oddech niesie ze sobą ciężki zapach miodowego wina. Dłoń mi się zaciska w pięść, a tuż obok niej znajduje się nóż. Nadal jednak nie patrzę mu w oczy. – Żadna inna fryzura nie jest tak nudna, żadna inna twarz równie pospolita.

– Valerianie – woła go książę Cardan. Już wcześniej był zagniewany, a kiedy mnie widzi, mruży powieki.

Valerian szarpie mnie mocno za warkocz. Krzywię się, bezsilna furia gromadzi się w moim brzuchu. On śmieje się i idzie dalej.

Moja wściekłość przeradza się we wstyd. Żałuję, że nie odtrąciłam jego ręki, chociaż wtedy byłoby jeszcze gorzej.

Taryn dostrzega coś na mojej twarzy.

– Co on ci powiedział?

Potrząsam głową.

W tym momencie Cardan zatrzymał się przy chłopcu o długich miedzianych włosach i skrzydełkach puszystych jak u ćmy – chłopcu, który nie złożył mu pokłonu. Chłopiec śmieje się, a Cardan się na niego rzuca. W jednym mgnieniu oka zaciśnięta pięść księcia uderza chłopca w szczękę, powalając go na podłogę. Kiedy malec upada, Cardan chwyta go za skrzydło, które drze się jak papier. Krzyk chłopca jest cienki i piskliwy. Winowajca zwija się z bólu na udeptanej ziemi, na jego twarzy aż nazbyt wyraźnie widać cierpienie. Zastanawiam się odruchowo, czy elfom odrastają skrzydła; wiem, że motyl, który straci swoje, nigdy już nie będzie latał.

Dworzanie wokół nas gapią się i nerwowo chichoczą, ale trwa to tylko chwilę. Potem znów ruszają w tan, podejmują pieśń, zabawa trwa w najlepsze.

Tacy właśnie są. Kiedy ktoś wejdzie w drogę Cardanowi, spotyka go natychmiastowa i okrutna kara. Nie może już potem pobierać lekcji w pałacu, czasami musi w ogóle opuścić Dwór. Zraniony, złamany.

Cardan rusza dalej, uznawszy najwyraźniej, że już się rozprawił z chłopcem, a ja cieszę się, że ma on pięcioro starszego od siebie i lepszego rodzeństwa; stanowi to gwarancję, że raczej nigdy nie zasiądzie na tronie. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co by było, gdyby zyskał większą władzę, niż ma teraz.

Nawet Nicassia i Valerian wymieniają znaczące spojrzenia. Potem jednak Valerian wzrusza ramionami, idzie za Cardanem. Tylko Loki zatrzymuje się przy chłopcu, pochyla się, żeby pomóc mu wstać.

Pojawiają się przyjaciele chłopaka, wyprowadzają go – i w tej chwili, to zdumiewające, ale Loki podnosi wzrok. Jego lisie, brązowe oczy spotykają moje spojrzenie i widzę w nich zdziwienie. Nieruchomieję, moje serce wali jak oszalałe. Już się przygotowuję na kolejne szyderstwa, ale oto kącik jego ust się unosi. Mruga do mnie porozumiewawczo, tak jakby przyznawał, że został przyłapany. Tak jakbyśmy dzielili jakiś sekret. Jakby nie sądził, że jestem godnym najwyższej pogardy śmieciem i nie uznawał, że moja śmiertelność jest czymś w rodzaju zarazy.

– Przestań się na niego gapić – upomina mnie Taryn.

– Nie widziałaś, że… – zaczynam jej tłumaczyć, ale przerywa mi, chwytając mnie za rękę, żeby pociągnąć w stronę schodów, w stronę naszej skalnej półeczki, gdzie możemy się ukryć. Wbija paznokcie w moją skórę.

– Nie dawaj im jeszcze więcej powodów, żeby ci dokuczali!

Mówi to takim tonem, że odruchowo wyrywam rękę z jej uścisku. Zostały na niej czerwone ślady jej palców, gniewne półksiężyce.

Patrzę jeszcze tam, gdzie był Loki, ale już pochłonął go tłum.

ROZDZIAŁ

4

Gdy nastaje świt, otwieram okno swojego pokoju i wpuszczam do niego ostatni powiew chłodnego nocnego powietrza, a potem zrzucam dworską suknię. Jest mi gorąco. Moja skóra mnie uciska, a serce nie chce się uspokoić.

Byłam u Dworu już wiele razy. Widziałam rzeczy wstrętniejsze niż rozdarte skrzydła i słyszałam rzeczy gorsze od obelg. Elfowie nadrabiają niezdolność do kłamstwa całym wachlarzem podłości i okrucieństw. Pokrętne zdania, wredne psikusy, przemilczenia, zagadki, intrygi, nie wspominając już o tym, jak mszczą się bez końca za dawne, na poły już zapomniane przewinienia. Burza jest mniej nieprzewidywalna od nich, morze mniej kapryśne niż one.

Na przykład Madok potrzebuje rozlewu krwi, tak jak syrenom potrzebna jest słona morska piana. Po każdej bitwie odprawia taki sam rytuał – zanurza kaptur we krwi swoich wrogów. Widziałam ten kaptur, przechowywany jest pod szklanym kloszem w zbrojowni. Tkanina jest sztywna, tak zbrązowiała, że prawie czarna, tylko z wyjątkiem kilku zielonych smug.

Czasem tam chodzę i przyglądam mu się, próbując w tych plamach zaschniętej krwi wypatrzyć moich rodziców. Chciałabym coś poczuć, coś więcej niż tylko lekkie mdlenie. Chcę poczuć więcej, ale za każdym razem, kiedy patrzę, czuję coraz mniej.

Myślę sobie, żeby właśnie teraz pójść do zbrojowni, ale nie idę. Staję przy oknie i wyobrażam sobie, że jestem nieulękłym rycerzem albo czarownicą, która skryła swoje serce w palcu, a potem go sobie odcięła.

— Jestem taka zmęczona – mówię na głos. – Tak strasznie zmęczona.

Siedzę tam długo, patrzę, jak wschodzące słońce rozświeca złotem niebo, nasłuchuję fal przypływu, aż tu nadlatuje jakieś stworzenie, które siada na parapecie. W pierwszej chwili wydaje mi się, że to sowa, ale stwór ma oczy chochlika.

– Czymże to jesteś taka zmęczona, słodziaczku? – pyta.

Wzdycham i dla odmiany odpowiadam zgodnie z prawdą:

– Bezsilnością.

Chochlik przypatruje mi się przez chwilę, potem odlatuje w noc.

Przesypiam cały dzień i budzę się, zdezorientowana, potem przedzieram się przez długie zasłony rozwieszone wokół mojego łoża. Ślina zaschła mi na policzku.

Kąpiel już na mnie czeka, nawet zdążyła wystygnąć. To znaczy, że służba pojawiła się, a potem sobie poszła. Nieważne, i tak wchodzę do wody, opłukuję twarz. Kiedy mieszka się w Elysium, nie sposób nie zauważyć, że wszyscy inni pachną werbeną albo sosnowym igliwiem, zakrzepłą krwią czy trojeścią. Ja zaś cuchnę potem spod pach i mam nieświeży oddech – chyba że wymyję się do czysta i wyszczotkuję zęby.

Kiedy pojawia się Strzępka, żeby pozapalać lampy, już przygotowuję się do lekcji, które zaczynają się późnym popołudniem i czasami ciągną aż do późnego wieczora. Mam na sobie szare skórzane buty i tunikę z herbem Madoka – sztylet, półksiężyc odwrócony tak, że wygląda jak czasza kielicha oraz kropelka krwi w jednym z jego końców, wszystko to wyhaftowane jedwabną nicią.

Na dole zastaję Taryn u bankietowego stołu, samą. Trzyma w dłoniach kubek herbaty z pokrzyw i skubie podpłomyk. Dzisiaj jakoś nie próbuje mi wmówić, że będziemy się świetnie bawić.

Madok uparł się – może powodowany poczuciem winy albo wstydem – żebyśmy były traktowane tak samo jak elfowe dzieci. Mamy uczyć się tego samego, dostawać to co one. Rzecz w tym, że podmieńcy nie raz już się pojawiali na dworze Najwyższego Króla, ale nigdy nie wychowywano ich jak elfy wysokiego rodu.

Madok po prostu nie zdaje sobie sprawy, jak potwornie nas za to nienawidzą.

Nie znaczy to, że nie jestem mu wdzięczna. Chodzę na te lekcje. Udzielanie trafnych i błyskotliwych odpowiedzi to coś, czego nikt nie zdoła mi odebrać, chociaż nauczyciele niekiedy udają, że jest inaczej. Potrafię docenić zdawkowe skinienie głową zamiast wylewnych pochwał. To mi wystarczy, bo oznacza, że mam prawo tam być, czy im się to podoba, czy nie.

Vivi kiedyś chodziła z nami, ale z czasem jej się odechciało, lekcje zaczęły ją nudzić. Madok się wściekał, ale ponieważ jej podoba się wszystko, co budzi jego dezaprobatę, uparła się jeszcze bardziej i wtedy już naprawdę nie było żadnego sposobu, żeby kiedykolwiek zmieniła zdanie. Nas też próbowała namawiać, żebyśmy zostały z nią w domu, ale przecież jeśli Taryn i ja nie będziemy potrafiły poradzić sobie z intrygami elfowej złotej młodzieży w szkole, gdybyśmy uciekały z płaczem albo biegały na skargę do Madoka, to jak przetrwamy w dorosłym życiu na dworze, gdzie intrygi będą takie same, ale na znacznie większą i śmiertelnie niebezpieczną skalę?

Wyruszamy więc, Taryn i ja, wymachując koszyczkami. Aby dotrzeć do pałacu Najwyższego Króla, nie musimy opuszczać Insmire, natomiast widzimy po drodze brzegi Insmoor, wyspy kamienia oraz Insweal, wyspy niedoli. Połączone są ze sobą znajdującymi się tuż pod powierzchnią wody kamiennymi przejściami, tak że skacząc ze skały na skałę, można bez trudu przejść z jednej wysepki na drugą. Stado jeleni płynie w stronę Insmoor w poszukiwaniu lepszych pastwisk. Mijamy Jezioro Masek, po czym wchodzimy do Mleczlasu, brniemy pośród srebrzystych pni i zwiędłych, wyblakłych liści. Widać stąd syreny i wodników wygrzewających się na słońcu opodal jaskiń o stromych skałach. Ich łuski lśnią w bursztynowym blasku późnego popołudnia.

Wszystkie dzieci szlachetnie urodzonych elfów, i te najmłodsze, i te starsze, pobierają nauki u preceptorów przybyłych z całego królestwa, a dzieje się to na terenach przynależnych do pałacu królewskiego. Bywa, że mościmy się na szmaragdowym mchu w kępie drzew, a czasem spędzamy wieczory usadowieni wysoko na gałęziach. Uczymy się o ruchach konstelacji na niebie, medycznych i magicznych właściwościach ziół, poznajemy języki ptaków, kwiatów oraz ludzi, a także mowę elfów (chociaż przy niej czasem plącze mi się język), układania zagadek i tego, jak stąpać po liściach czy chruście, nie pozostawiając śladów i nie wydając najmniejszego dźwięku. Wykładają nam subtelności gry na harfie i lutni, władania łukiem i ostrzem. Taryn i ja przyglądamy się, jak inni ćwiczą rzucanie zaklęć. Potem, dla odpoczynku, na zielonej łące otoczonej szerokim zakolem drzew wszyscy bawimy się w wojnę.

Dzięki Madokowi jestem naprawdę groźnym szermierzem, nawet gdy mam w ręce tylko drewniany miecz. Taryn też nieźle sobie radzi, ale już nie chce jej się ćwiczyć. Letni Turniej za pasem, dzieli nas od niego już zaledwie kilka dni – wówczas nasza wojna na niby rozegra się przed obliczami królewskiej rodziny. Gdyby Madok udzielił mi zezwolenia, któreś z książąt mogłoby pasować mnie na rycerza i przyjąć do swojej osobistej gwardii. To byłoby już coś, jakiś rodzaj ochrony i pewien zakres władzy.

Dzięki której mogłabym też chronić Taryn.

Przybywamy do szkoły. Książę Cardan, Loki, Valerian i Nicassia rozłożyli się już na trawie, towarzyszy im jeszcze kilka elfów. Dziewczyna o jelenich rogach – Poesy – chichocze, Cardan musiał powiedzieć jej coś śmiesznego. Nie zwracają na nas uwagi; gdy rozkładamy nasz koc, a potem wyjmujemy notesy, gęsie pióra i kałamarze, ledwo raczą na nas spojrzeć. Stwierdzam to z niekłamaną ulgą.

Nasza dzisiejsza lekcja dotyczy dziejów trudnych rokowań, które doprowadziły do zawarcia pokoju między Orlagh, królową Toni, oraz rozlicznymi elfowymi królami i królowymi panującymi na lądzie. Nicassia jest córką Orlagh, przysłano ją na Dwór Najwyższego Króla. Skomponowano niejedną odę poświęconą urodzie królowej głębin, ale jeśli w jakimś stopniu podobna jest do córki, to charakter jej nie jest godzien pochwały.

Nicassia prostuje się dumnie, gdy mowa o potędze jej rodu, ale potem nauczyciel przechodzi do lorda Roibena z Dworu Termitów, więc i mnie przestaje ta opowieść interesować. Odpływam myślami, wizualizuję szermiercze sekwencje: cięcie, pchnięcie, zasłona, obejście, pchnięcie… Zdaję sobie sprawę, że trzymam pióro, jakby to była rękojeść miecza, zapomniałam, że powinnam notować.

Gdy słońce chyli się nisko nad horyzontem, Taryn i ja rozpakowujemy przyniesione z domu koszyki – są w nich chleb, masło, ser i śliwki. Jestem głodna, smaruję kromkę masłem. Cardan przechodzi obok nas i kopniakiem wzbija ziemię, tak że pełno jej ląduje na mojej pajdzie, jeszcze zanim zdążyłam zjeść chociaż jeden kęs. Inne elfy śmieją się.

Widzę, jak patrzy na mnie z okrutną rozkoszą niczym drapieżnik, który zastanawia się, czy warto pożreć tak małą myszkę. Ma na sobie tunikę z wysokim kołnierzem haftowaną w gałązki głogu, na palcach ciężkie pierścienie. Wyraz szyderstwa jakby przywarł mu do ust.

Zaciskam zęby. Powtarzam sobie, że jeśli nie pozwolę się sprowokować, straci zainteresowanie. Pójdzie sobie. Mogę to przez jakiś czas znosić, jeszcze kilka dni.

– Czyżby coś się stało? – pyta słodkim głosem Nicassia. Podchodzi do Cardana, przewiesza rękę przez jego ramię. – Ach, ziemia. Brud. Z niego się narodziłaś, śmiertelna. I już wkrótce do niego powrócisz. Pożyw się nim do syta.

– Spróbuj mnie zmusić – odpalam bez zastanowienia. Trudno to nazwać wyszukaną ripostą, ale dłonie zaczynają mi się pocić. Na twarzy Taryn widzę zaniepokojenie.

– No pewnie, jak mi się będzie chciało, to spróbuję – mówi tymczasem Cardan i uśmiecha się, tak jakby o niczym innym nie marzył. Moje serce bije szybciej. Gdybym nie miała na sobie tych korali z jarzębiny, mógłby mnie zakląć – sprawić, żebym myślała, że ten brud to jakiś delikates, wyborny przysmak. Jedyne, co mogłoby go powstrzymać, to pozycja Madoka na dworze. Nie poruszam się, nie dotykam ukrytego pod tuniką jarzębinowego talizmanu, na którego moc liczę, aby powstrzymał działanie czarów. Przede wszystkim zaś liczę, że książę się nie zorientuje i nie zedrze go ze mnie.

Zerkam w stronę dzisiejszego wykładowcy, ale stary fukacz siedzi z nosem w książce.

Jako że Cardan jest księciem, najprawdopodobniej nigdy w jego życiu nikt nie zwrócił mu uwagi, nie mówiąc już o skarceniu. Nigdy nie wiadomo, jak daleko się posunie, i nie wiadomo, na co pozwolą mu preceptorzy.

– Nie lubisz tego, co? – pyta z udawanym współczuciem Valerian i teraz on kopniakiem wzbija ziemię, która sypie się na nasz posiłek. Nawet nie zauważyłam, kiedy podszedł. Kiedyś Valerian ukradł mi srebrne pióro, a wówczas Madok dał mi zamiast niego swoje własne, wysadzane rubinami. To wprawiło Valeriana w taką wściekłość, że trzasnął mnie w tył głowy drewnianym ćwiczebnym mieczem.

– Umówmy się, że będziemy dla was mili przez cały wieczór, ale pod warunkiem, że zjecie wszystko z koszyka do czysta, dobrze? – Fałszywy uśmiech od ucha do ucha. – Nie chcesz, żebyśmy byli waszymi przyjaciółmi?

Taryn spuszcza wzrok, a ja mam ochotę odparować: Nie. Nie chcemy takich przyjaciół.

Nie odpowiadam, ale też i nie odwracam wzroku. Spokojnie patrzę w oczy Cardana. Doskonale wiem, że w żaden sposób nie mogę ich powstrzymać. Nie mam tu żadnej władzy. Jednak dziś jakoś nie potrafię powstrzymać złości na własną bezsilność.

Nicassia wyciąga szpilkę z moich włosów, jeden z warkoczy opada mi na szyję. Odtrącam jej dłoń, ale poniewczasie.

– A to co takiego? – Przygląda się złotej szpili z główką w kształcie filigranowej kiści głogu. – Ukradłaś to? Myślałaś, że przez to staniesz się piękniejsza? A może ci się wydawało, że dzięki temu staniesz się taka jak my?

Przygryzam od środka policzek. Oczywiście, że chciałabym być taka jak oni. Są piękni jak klingi wykute w jakimś boskim ogniu. Będą żyć wiecznie. Włosy Valeriana lśnią jak polerowane złoto. Nogi i ramiona Nicassii są długie, mają doskonały kształt; jej usta są jak korale, a włosy barwy najchłodniejszych głębin oceanu. Loki o lisich oczach stoi za Valerianem i milczy; na jego twarzy widnieje wyraz wystudiowanej, uważnej obojętności, a podbródek ma równie spiczasty jak czubki uszu. Cardan zaś jest jeszcze piękniejszy niż pozostali. Jego czarne włosy lśnią jak skrzydło kruka, a kości policzkowe ma tak wyraźnie zarysowane, dość ostro, by rozciąć na pół serce dziewczyny. Jego nienawidzę bardziej niż pozostałych. Nienawidzę go tak strasznie, że czasem, gdy na niego patrzę, zapiera mi dech.

– Nigdy nam nie dorównacie – oznajmia Nicassia.

Przecież sama o tym dobrze wiem.

– Dajcie już spokój – wtrąca Loki, śmieje się beztrosko, obejmuje ręką kibić Nicassii. – Pozostawmy je w ich nędzy.

– Jude żałuje swoich słów – mówi szybko Taryn. – Obie bardzo przepraszamy.

– Niech pokaże, jak żałuje – rzuca Cardan. – Powiedz jej, że ma nie brać udziału w letnim turnieju.

– Boisz się, że wygram? – pytam, ale to nie był dobry pomysł.

– Ten turniej nie jest dla śmiertelników – powiadamia nas lodowatym głosem. – Wycofaj się, bo inaczej pożałujesz.

Otwieram usta, ale Taryn tym razem nie daje mi dojść do słowa.

– Przemówię jej do rozsądku. Przecież to tylko gra.

Nicassia uśmiecha się łaskawie do mojej siostry. Valerian bezwstydnie rozbiera ją wzrokiem.

– To wszystko jest tylko grą.

Znów napotykam spojrzenie Cardana i już wiem, że to jeszcze nie koniec, jeszcze mi pokaże, i to tak, że mi w pięty pójdzie.

– Po co im się tak stawiałaś? – pyta mnie Taryn, gdy już wracają do swojej radosnej biesiady rozłożonej na jedwabiach. – To po prostu głupota, tylko go prowokujesz.

Spróbuj mnie zmusić.

Boisz się, że wygram?

– Wiem – odpowiadam. – Będę trzymała buzię na kłódkę, tylko… No, wściekłam się.

– Lepiej, żebyś się bała zamiast się wściekać – poucza mnie siostra. Potem potrząsa głową i zgarnia zapaskudzone przez elfów jedzenie. Burczy mi w brzuchu, staram się to zignorować.

Wiem to doskonale, oni tego właśnie chcą. Pragną, żebym się bała. Podczas udawanej walki jeszcze tego samego popołudnia Valerian podstawia mi nogę, Cardan szepce mi świństwa do ucha. Wracam do domu z siniakami na skórze – od kopnięć i od upadków.

Oni natomiast nie zdają sobie sprawy z tego, że owszem, przerażają mnie, ale ja bałam się zawsze, odkąd się tu znalazłam, od pierwszego dnia. Dorastałam pod opieką potwora, który zamordował moich rodziców, a mnie porwał do tej potwornej krainy. Żyję z tym lękiem, nasiąkłam nim do szpiku kości – i mam to gdzieś. Gdybym nie udawała, że się nie boję, musiałabym na zawsze się schować pod pierzyną z sowiego puchu w siedzibie Madoka. Leżałabym i wrzeszczała, aż w końcu nic by ze mnie nie zostało. Na to nie ma zgody. Niedoczekanie.

Nicassia myli się co do mnie. Nie pragnę dorównać im podczas tego turnieju, o tym pewnie marzyłyby tutejsze cudaki. Ja chcę zwyciężyć.

Nie, nie chcę być taka jak oni.

Chcę być od nich lepsza.

ROZDZIAŁ

5

W drodze do domu Taryn zatrzymuje się, bo nad brzegiem Jeziora Masek rosną czarne jagody. Siadam na kamieniu w księżycowej poświacie i pilnuję się, żeby nie patrzeć w wodę. To jezioro nie odbija twojej własnej twarzy – pokazuje ci kogoś innego, kto na nią patrzył albo kto na nią dopiero spojrzy. Kiedy byłam mała, całymi dniami przesiadywałam na brzegu jeziora w nadziei, że w końcu kiedyś zamiast elfowych grymasów wreszcie ujrzę twarz mojej matki.

To bolało tak bardzo, że w końcu przestałam próbować.

– Wycofasz się z turnieju? – pyta Taryn i wpycha do ust garść jagód. Jesteśmy głodnymi dzieciakami. A przecież już jesteśmy wyższe od Vivi, mamy szersze biodra i cięższe piersi.

Otwieram koszyk, wyciągam brudną śliwkę. Ocieram ją o ubranie. Przecież nadal jest jadalna. Spożywam owoc bez pośpiechu.

– Co takiego? Niby z powodu Cardana i jego świty dupków?

Marszczy brwi, tak jak ja bym zmarszczyła swoje, gdyby to ona powiedziała coś wyjątkowo głupiego.

– A wiesz, jak oni nas nazywają? „Stronnictwo robaków”.

Rzucam pestkę do wody, patrzę na marszczące powierzchnię wody kręgi, dzięki którym nie może się ukazać żadne odbicie. Wykrzywiam usta.

– Zaśmiecasz magiczne jezioro – mówi mi siostra.

– Pestka zgnije – odpowiadam. – I my też. Pod tym względem tamci mają rację. Jesteśmy robakami, bo jesteśmy śmiertelne. Nie mamy całej wieczności, żeby czekać, aż nam pozwolą robić to, na co mamy ochotę. Mało mnie obchodzi, że nie życzą sobie mojego udziału w turnieju. Kiedy zostanę rycerzem, znajdę się poza ich zasięgiem.

– Myślisz, że Madok ci na to pozwoli? – pyta Taryn. Rezygnuje z jagód, bo pokaleczyła sobie palce cierniami. – Wtedy podlegałabyś komuś innemu niż on!

– Przecież właśnie do tego nas przygotowywał, tego nas uczył – mówię.

Bez słowa ruszamy w dalszą drogę do domu.

– Mnie to nie dotyczy – mówi Taryn, kręcąc głową. – Ja zamierzam się zakochać.

Jestem tak zaskoczona, że nie mogę powstrzymać śmiechu.

– Ach, więc już postanowiłaś? Nie wiedziałam, że to tak działa. Wydawało mi się, że miłość przydarza się w najmniej oczekiwanym momencie, zupełnie jak guz na głowie.

– Owszem, taką powzięłam decyzję – oznajmia nadąsana.

Zastanawiam się przez chwilę, czyby nie przypomnieć jej o poprzednim postanowieniu, które nikomu nie wyszło na dobre – żeby dobrze się bawić podczas przyjęcia – ale to ją mogłoby tylko wkurzyć. Próbuję zamiast tego wyobrazić sobie kogoś, w kim mogłaby się zakochać. Może w jakimś wodniku? Otrzymałaby od niego dar oddychania pod wodą i perłową koronę i zabrałby ją do podwodnej łożnicy.

Prawdę mówiąc, brzmi to całkiem nieźle.

– Lubisz pływać? – pytam.

– O czym ty mówisz?

– Nieważne.

Podejrzewa, że sobie z niej kpię, więc szturcha mnie łokciem.

Idziemy do Krzywolasu, gdzie rosną drzewa o powyginanych pniach, bo w Mleczlesie nocą jest zbyt niebezpiecznie. Musimy się zatrzymać, żeby przepuścić korowód maszerujących drzewołaków, mogłyby bowiem rozdeptać którąś z nas, gdybyśmy znalazły się na ich drodze. Mech porasta ich barki aż do pokrytych korą policzków; wiatr świszcze w ich żebrach.

To piękny i wzniosły widok, gdy tak kroczą przed siebie.

– Jak jesteś taka pewna, że Madok wyrazi zgodę, to dlaczego go jeszcze nie poprosiłaś? – odzywa się szeptem Taryn. – Do turnieju zostały już tylko trzy dni.

W letnim turnieju walczyć może każdy, skoro jednak chcę zostać rycerzem, muszę to wszem i wobec oznajmić, przywdziewając zieloną szarfę. Jeśli Madok nie wyrazi na to zgody, na nic cała zręczność, bo nie będę kandydatką, więc nie zostanę wybrana.

Jestem zadowolona, że przemarsz drzewołaków daje mi wymówkę, żeby nie odpowiedzieć, bo oczywiście Taryn ma rację. Nie prosiłam jeszcze Madoka, bo obawiam się, że mi odmówi.

Gdy wracamy do domu, otwierają się wielkie drewniane okute żelazem wrota – słyszymy, jak na górze ktoś krzyczy, tak jakby stało się coś bardzo złego. Biegnę w stronę odgłosu z sercem na ramieniu, ale okazuje się, że to tylko Vivi, która odkryła w swoim pokoju rój żywiąt. Żywięta przemykają obok mnie jak eksplozja babiego lata i znikają w głębi korytarza, a Vivi zatrzaskuje księgę, którą zaganiała je do drzwi.

– Patrz! – woła do mnie, pokazując szafę. – Zobacz, co one narobiły.

Drzwi szafy są otwarte, widzę tam całe mnóstwo rzeczy skradzionych ze świata ludzi: zapałki, gazety, puste butelki, książki, polaroidy. Żywięta zrobiły sobie z pudełek od zapałek łóżka i stoły, podarły gazety na strzępy i wydrążyły książki, żeby wewnątrz nich urządzić sobie gniazdka. Prawdziwa inwazja.

Na mnie jednak o wiele większe wrażenie robi ta masa gratów znajdujących się w posiadaniu Vivi, najczęściej zresztą pozbawionych jakiejkolwiek wartości. Po prostu śmieci, śmieci ze śmiertelnego świata.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Okrutny książę Magisterium II: Miedziana rękawica Magisterium I: Próba żelaza 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę