Trzy koperty

Trzy koperty

Autorzy: Nir Hezroni

Wydawnictwo: Media Rodzina

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.20 zł

Mroczny thriller o zakamarkach ludzkiej duszy. Porywający debiut autorstwa byłego agenta Mosadu.

Agent wywiadu 10483 realizuje swoje misje na trzech różnych kontynentach. Przełożeni, obserwując jego poczynania, dochodzą do wniosku, że być może jego rekrutacja była błędem... Dziesięć lat po rzekomej śmierci 10483, notatnik szpiega trafia w ręce szefa agencji. Zaskakująca lektura pozwala mu poznać szokujące sekrety podwładnego i ujawnić prawdę o jego misjach. Dowódca wywiadu nie wie jednak, że 10483 nie zakończył jeszcze działalności...

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

TRZY KOPERTY

Przypisy

Tytuł oryginału

THREE ENVELOPES

Copyright © 2016 by Nir Hezroni

Copyright © 2018 for the Polish translation by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

Projekt okładki

Agata Wodzińska-Zając

Zdjęcie na okładce

RapidEye / iStock

Skład i łamanie

Scriptor s.c.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-539-8

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

mediarodzina@mediarodzina.pl

www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Eti, Noama i Juwala

Noc. Sierpień 1989

Coś strasznego wisi w powietrzu.

Jest dokładnie wpół do drugiej w nocy.

Nie potrzebuję zegara, żeby to wiedzieć. Co noc budzę się o tej godzinie, żeby dopilnować, by nas wszystkich nie zabili.

Przede wszystkim sprawdzam, czy mam jeszcze łańcuszek na szyi.

Na łańcuszku wisi plastikowa fiolka, którą kiedyś znalazłem.

W fiolce znajduje się kartka.

Na kartce jest napisane, jak odnaleźć ten zeszyt.

Dzięki temu będzie wiadomo, co się stało, gdy znajdą moje zwłoki.

Otwieram fiolkę i sprawdzam, czy kartka jest na swoim miejscu. Zawiera informację:

Szafa odzieżowa w pokoju dziecięcym, wysunąć do końca szufladę z butami całkiem po prawej, tę nad samą podłogą, i podnieść jej front. Zeszyt leży na podłodze, pod szufladą. Tam wszystko jest opisane.

Umieszczam kartkę z powrotem w fiolce i zamykam.

Wstaję z łóżka i idę po cichu do przedpokoju. Idę w skarpetkach, więc nikt nie słyszy moich kroków. Pęk kluczy ojca tkwi w zamku, ale możliwe, że znów zapomnieli go przekręcić.

Powoli opuszczam klamkę drzwi wejściowych, żeby nie hałasować, po czym delikatnie przyciągam drzwi.

Nie otwierają się.

To znaczy, że zamknięte na klucz.

Ponownie opuszczam klamkę i przyciągam drzwi.

I jeszcze raz.

Teraz trochę szybciej, ale wciąż po cichu, siedem razy:

cyk

cyk

cyk

cyk

cyk

cyk

cyk.

Drzwi się nie otwierają.

Idę z powrotem do swojego pokoju, mijając pokój rodziców. Słyszę, że śpią. Oddechy mają spokojne i długie. Nie takie krótkie jak ja.

W pokoju wyjmuję z piórnika linijkę.

Idę po cichu do kuchni.

Nikt mnie nie słyszy.

Na drzwiach lodówki wisi magnetyczny kalendarz ze zdjęciami polnych kwiatów. Co miesiąc zrywa się z niego kartkę i obraz się zmienia. Teraz jest zdjęcie czarno-czerwonego kwiatu, podpisane: Iris rea. Nad nim większymi literami napisano „sierpień”, a jeszcze wyżej rok, 1989, co oznacza, że mam już dziesięć i pół roku, bo urodziłem się w 1978, a to liczba, która dzieli się bez reszty przez dwa, ale nie przez trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem albo dziewięć. Tylko przez dwa.

Otwieram drzwi lodówki i światło z jej wnętrza rozlewa się na kuchnię. Czekam chwilę, żeby się upewnić, że nie obudziłem taty ani mamy. Jeżeli wstaną, powiem, że chce mi się pić i wstałem, żeby wziąć zimną wodę z lodówki.

Biorę linijkę i sprawdzam poziom wody w butelkach w lodówce. W jednej jest dwadzieścia centymetrów i siedem milimetrów, w drugiej dokładnie piętnaście centymetrów. Nie oznaczam poziomu wody ołówkiem na butelkach, bo mama mówi tacie, że to nie jest zachowanie odpowiednie dla dziecka w moim wieku ani dla dziecka w ogóle, i to ją martwi.

Rano znowu sprawdzę poziom wody. Dzięki temu będę wiedział, że nie dolano do niej trucizny albo innej substancji.

Jeszcze raz sprawdzam poziom wody.

I znowu, ostatni raz, i powoli zamykam lodówkę.

Zerkam przez szczelinę w drzwiach, żeby zobaczyć, jak światło gaśnie tuż przed domknięciem drzwi. To ważne.

Wchodzę do pokoju rodziców i staję przed ich łóżkiem.

Śpią.

Przyglądam się im jeszcze kilka minut.

Nie wiedzą, jakie to niebezpieczne.

Jeśli im powiem, umrą.

Muszę chronić nas wszystkich.

Wracam do swojego pokoju i wkładam linijkę z powrotem do piórnika, a piórnik do tornistra.

Za chwilę odłożę też ten zeszyt na swoje miejsce pod szufladą.

Mama mówi, że powinienem pisać dziennik.

Tak jej powiedziała pedagog szkolna.

Powiedziała: „To mu pomoże”.

Było około jedenastej w nocy. Stary landrover jechał w świetle księżyca piaszczystą drogą, wzbijając za sobą smugę białawego pyłu. Moszaw był pogrążony w głębokim śnie. Jedynym odgłosem, jaki dało się słyszeć – prócz grania świerszczy i rozmaitych nocnych owadów – był chrzęst żwiru pod kołami landrovera i pomruk jego silnika.

Dżip minął otwartą bramę i przejechał dalej kilkadziesiąt metrów, aż zatrzymał się przed wejściem do niewielkiego domu. Kierowca zgasił silnik. Chmura pyłu dogoniwszy samochód, otuliła go, po czym opadła na ziemię. Światła samochodu zgasły i otworzyły się drzwi po stronie kierowcy. Z dżipa wysiadł starszy mężczyzna o krótkich siwych włosach i energicznym krokiem ruszył w stronę domu.

Drzwi do domu się otworzyły i w słabym świetle zarysowała się sylwetka innego starszego mężczyzny. Wyszedł przed próg i serdecznie uściskał gościa.

– Cześć, Amiram. Dawno się nie widzieliśmy.

– Dawno, Awner. I wiem, że nie powinno mnie tu być. Dzięki, że tak od razu zgodziłeś się ze mną spotkać.

Awner nalał dwa kubki czarnej kawy i obaj usiedli przy okrągłym kuchennym stole. Światło z gołej jarzeniówki pod sufitem rzucało ich cienie na ścianę kuchni. Awner upił łyk kawy. Czekał, aż jego gość zacznie mówić.

Po chwili Amiram położył na stole grubą szarą kopertę. Wyjął z niej duży zeszyt w grube linie, rozepchany przez wklejone do środka kartki.

– Nie wiem, co z tym zrobić.

– Jak to do ciebie trafiło?

– Przez kuriera z kancelarii adwokackiej Aharoni-Szamir. Sprawdziłem ich. Przyszedł do nich dziesięć lat temu, w dwa tysiące szóstym, i dał im ten zeszyt w szarej kopercie z moim nazwiskiem i adresem. Zapłacił piętnaście tysięcy dolarów, żeby przechowali to u siebie przez dziesięć lat, i dzisiaj do mnie wysłali. Od tego czasu go nie widzieli.

– Mają pewność, że to on?

– Pokazałem im zdjęcie i dwóch pracowników rozpoznało go z całą pewnością.

– Nie rozumiem. A gdybyś tymczasem zmienił adres i nikt by cię nie znalazł? Nas raczej nie ma w książkach telefonicznych.

Amiram westchnął.

– Zostawił im szczegółowe wskazówki na wypadek, gdyby mnie nie znaleźli. Na liście byli tam Daniel Adler, Ronen Agami, Michael Azran i Moti Kedar, z adresami i instrukcjami, jak dotrzeć kolejno do każdego z nich. A gdyby od tej czwórki też nie było potwierdzenia odbioru, wówczas instrukcja mówiła, żeby przekazać to osobiście ambasadorowi Izraela w Londynie. Gdyby on z kolei odmówił spotkania, to do kancelarii ministra spraw zagranicznych w Jerozolimie, a gdyby minister nie przyjął paczki osobiście, wówczas doręczyć trzy kopie do redakcji „Jediot Acharonot”, „Ha-Arec” i „Jerusalem Post”.

– Pasuje do niego.

– To psychopata – powiedział Amiram głębokim głosem. – Przeczytaj pierwsze strony, jak w dzieciństwie był przekonany, że ktoś chce zamordować jego rodzinę. A to dopiero początek. Potem jest o wiele gorzej.

Dwaj mężczyźni siedzieli chwilę w milczeniu. Amiram zapalił papierosa i głęboko się zaciągnął.

– To beczka prochu – stwierdził. – To nas łączy z masowym morderstwem w Kanadzie w dwa tysiące szóstym roku. Wyjaśnia zaginięcia, które pion operacyjny bada do dzisiaj, nie mając się czego uchwycić. Opisuje tu szczegółowo opracowane przez siebie metody pracy. To po prostu pieprzony dziennik wszystkiego, co robił od dziesiątego roku życia. Wszystko udokumentowane. Za dwa lata odchodzę na emeryturę! Na co mi potrzebny ten syf? On mnie prześladuje zza grobu.

Awner zrobił wydech nad kubkiem kawy, unosząc obłoczek pary, i w milczeniu wypił kolejny łyk. Amiram zaciągnął się po raz ostatni papierosem i zgasił go w popielniczce na stole. Jedyne dźwięki, jakie dało się słyszeć, wydawały nocne owady na dworze.

Po dłuższej chwili milczenia Awner spojrzał na kuchenne okno, a potem na leżący na stole zeszyt.

– Jedź do domu, Amiram. Ten zeszyt nie istnieje. Tego spotkania nie było. I przeprowadź się. Następną paczkę może otworzyć twój wnuk, a ona wybuchnie mu w twarz.

Amiram pokiwał głową. Wstał od stołu i wyszedł z domu, nie oglądając się za siebie.

Niebo usiane było ciężkimi czarnymi chmurami, spomiędzy których prześwitywał księżyc. Jutro będzie padać.

Awner spojrzał na leżący na stole zeszyt. Z dworu dobiegał słabnący w oddali dźwięk silnika landrovera, w domu znów zapanowała cisza. Awner wstał i wziął popielniczkę. Opróżnił ją do śmietnika, opłukał pod kranem i odstawił na parapet do wyschnięcia. Wytarł ręce w mały kuchenny ręcznik, po czym wrócił do stołu, usiadł nad zeszytem i upił łyk kawy. Przez chwilę korciło go, żeby natychmiast spalić zeszyt, a popiół po nim spłukać w zlewie.

Ale wziął go do ręki i zaczął czytać.

.

Noc. Wrzesień 1990

Biegnę szybko chodnikiem do szkoły. Krok mam lekki. Drzewa śmigają obok mnie. Bieg mnie nie męczy.

Biorę potężny rozbieg, odbijam się i rozprostowuję równolegle do chodnika, z rękami wyciągniętymi na boki. Moje ciało nie uderza o chodnik.

Zamiast tego zaczynam unosić się w powietrzu i przybliżam się do chodnika coraz szybciej i szybciej.

Na ulicy jest pusto i nikt mnie nie widzi.

Rozstaję się z chodnikiem i wznoszę coraz wyżej i wyżej ku niebu.

O wpół do drugiej budzę się i idę sprawdzić drzwi oraz butelki w lodówce. Kiedyś musiałem jeszcze nastawić do tego budzik i włożyć go sobie pod poduszkę. Teraz już nie.

W tym miesiącu na kalendarzu na lodówce jest „Łubin kosmaty, wrzesień 1990”, w przyszłym roku będę już w gimnazjum. Szósta klasa mnie nudzi. Nie rozumiem, dlaczego potrzeba całej lekcji, żeby przerobić trzy strony ze zbioru zadań do matematyki, więc na pierwszej lekcji czytam cały zbiór i rozwiązuję wszystkie zadania.

Pod koniec lekcji podchodzę do nauczycielki i daję jej zbiór zadań. Patrzy na mnie, przewracając oczami, i pyta, czy zrobiłem to z ojcem czy z matką.

Ja jej na to: „Tata i mama są bardzo zajęci. Nie mają czasu, żeby siedzieć ze mną nad lekcjami”.

Nauczycielka uśmiecha się do mnie i mówi, że sprawdzi zadania w domu, a jeśli wszystko będzie rozwiązane poprawnie, mogę siedzieć na lekcji i czytać podręcznik do arytmetyki dla gimnazjów.

Mówię: „Wszystko jest rozwiązane poprawnie”.

Czas biegnie mi inaczej niż innym. Nie uśmiecham się ani nie śmieję. Nawet we śnie. Nie rozumiem, co innych bawi. Zresztą nie próbuję zrozumieć. Większość czasu pilnuję rodziny, czytam książkę albo piszę w tym zeszycie. Albo tworzę na komputerze programy, które biorą matematyczne modele i prezentują je w postaci graficznej, jak na przykład rozprzestrzenianie się fal uderzeniowych albo interferencja fal w tej samej fazie. Próbuję słuchać muzyki, ale to mnie raczej nie ciekawi, poza rozpoznawaniem powtarzających się wzorców dźwiękowych.

.

Noc. Październik 1991

Na dworze wschodzi słońce. Pociąg wyruszył kilka minut temu z Tel Awiwu na północ. Na chwilę odkładam na kolana książkę, którą czytam, i rozglądam się dookoła. Patrzę na pasażera z naprzeciwka. To tak, jakby patrzeć w lustro. Taka sama twarz, takie same włosy, nawet blizna na brodzie.

On wydaje się zdumiony.

Mówi: „Wyglądasz jak mój brat bliźniak”.

Przypatruje nam się inny chłopiec z drugiej strony przejścia. Też wygląda identycznie.

W wagonie powstaje zamieszanie, kiedy kolejne bliźniacze pary, trójki i czwórki odkrywają się nawzajem.

Chłopiec wyglądający zupełnie jak ja pyta: „Gdzie masz rodziców?”.

Rozglądam się dookoła, nie ma ich.

Odpowiadam: „Daj mi spokój”.

Wstaję i podchodzę do drzwi między wagonami. Jestem w ostatnim wagonie i tylko pojedyncze drzwi łączą go w przejściu z wagonem przed nami.

Drzwi są zaryglowane. Mocno naciskam raz za razem na klamkę i nic się nie dzieje.

W wagonie trwa zamieszanie, kiedy wszyscy próbują ustalić, skąd się bierze podobieństwo ich zaginionego rodzeństwa. Nikt poza mną nie patrzy na zewnątrz. To, co tam widzę, jest nie mniej dziwne od tego, co się dzieje w środku.

Wszystko w przesuwającym się przede mną krajobrazie jest zwielokrotnione. Nie ma na przykład pojedynczego drzewa, rosną w grupkach co najmniej po trzy albo cztery – zupełnie identyczne. Tak samo jest ze słupami elektrycznymi i domami. Robi mi się niedobrze.

Otwieram okno, żeby zaczerpnąć powietrza, ale jest mi tylko gorzej. Kiedy wystawiam głowę za okno, wszystko wygląda zwyczajnie. Zwielokrotnione drzewa znów są pojedyncze, a czwórki słupów elektrycznych stają się pojedynczymi słupami. Cofam głowę do środka i znowu wszystko się zwielokratnia.

Kolejne dziecko obok mnie krzyczy: „Jest nas pięciu, ty jesteś piąty. Przegoniliśmy wszystkich, bo innych jest tutaj tylko po trzech albo czterech”.

Nie zwracam na niego uwagi i próbuję znów otworzyć drzwi, żeby przejść do następnego wagonu. Drzwi się nie otwierają, a wagon przed nami spokojnie się oddala. Ktoś odłączył ten ostatni, w którym się znajdujemy, i stopniowo traci on prędkość.

Jakaś kobieta krzyczy: „Co tu się dzieje?”.

Ktoś inny: „Czemu się zatrzymujemy?”.

„Spróbujcie otworzyć drzwi!”

„Czemu tak ciemno?”

„Mamo!”

Budzę się o wpół do drugiej, wyjmuję zeszyt spod szuflady, po czym idę sprawdzić butelki w lodówce i drzwi wejściowe. Wracając do pokoju, wchodzę do łazienki i sprawdzam brodę. Nie mam na niej blizny.

Nie mam kolegów i nudzi mnie towarzystwo dzieci. Wszystkie są takie głupie.

Nie zgadzam się chodzić na kółka zainteresowań ani należeć do skautingu.

Tata mówi mamie, że to go martwi.

Proponuje mi: „Może byś poszedł na dwór pobawić się z Ejalem? Chodzicie razem do klasy, nie?”.

W sobotę posyła mnie, żebym pobawił się z dziećmi sąsiadów. Idziemy na demonstrację, która odbywa się kilka przecznic od domu. Ludzie krzyczą i blokują ulicę, a policja próbuje ich rozpędzić.

Policja sprowadza wielką ciężarówkę. Na dachu ma coś, co przypomina wieżyczkę czołgu z wystającą metalową rurą.

Ciężarówka zaczyna polewać demonstrantów niebieską farbą. Stoję z boku i patrzę, jak uciekają. Mniej więcej sześcioletnia dziewczynka w długiej kwiaciastej sukni i z długim czarnym warkoczem potyka się w biegu o czyjąś nogę. Traci równowagę i się przewraca.

PAUZA

Przed dziewczynką jest barierka oddzielająca jezdnię od chodnika.

Dziewczynka za chwilę uderzy w pręt stalowej barierki.

Jej ręce zaczynają wysuwać się do przodu, aby złagodzić uderzenie, ale nie zdąży się zatrzymać. Barierka jest za blisko.

Dziewczynka zdaje sobie sprawę, że nie zdoła powstrzymać uderzenia. Patrzy wystraszonym wzrokiem. Zachowuję go w pamięci.

ZWOLNIJ PAUZĘ

Dziewczynka uderza buzią w stalowy pręt i siada spokojnie pod barierką. Nie płacze.

Nie widać jej twarzy.

Jest cała zakrwawiona.

Krew spływa po twarzy i brodzie, pokrywając wielką czerwoną plamą kwiaty na jej sukience.

Ktoś ją podnosi i biegnie w stronę policjantów. Woła do nich: „Wezwijcie karetkę”.

Czekam, aż minie zamieszanie, i podchodzę do barierki.

Pod nią jest plama krwi i kilka ziaren żwiru.

Podnoszę jedno i przyglądam mu się.

To nie kamień.

To ząb.

Palce mam poplamione krwią.

Smakuję ją.

Jest mniej słona niż moja.

Otwieram fiolkę, którą mam na łańcuszku na szyi, i umieszczam w niej ząb razem z kartką.

Dookoła cisza i spokój.

Amiram się nie śpieszył. Otworzył okno landrovera, pozwalając, by chłodny grudniowy wiatr przywiał do środka zimowe zapachy.

Dobrze, że się pozbył tych materiałów. Ulżyło mu. Jakby uwolnił się od czegoś, co uwięzło mu w gardle.

Wzdłuż drogi dojazdowej do bramy moszawu nie ma latarni. Dwa szpalery wysokich cyprysów zasłaniają światło księżyca, pogrążając drogę w jeszcze głębszym mroku. Dwa snopy światła z reflektorów dżipa rozpruwają ciemność.

Awner już wie, co zrobić z zeszytem. Zawsze wie, co robić.

Amiram wyciągnął rękę i podkręcił głośność. Słuchał kłótni w radiu „Galac” między prowadzącym audycję a słuchaczem, którego ten wpuścił na antenę. Jeden mówił, że świętowanie Sylwestra to chrześcijański zwyczaj i nie pasuje do państwa żydowskiego, i co w ogóle mają znaczyć te wszystkie imprezy, to niedorzeczne. Drugi twierdził, że nie ma z tym żadnego problemu i czemu w ogóle w tym kraju robi się szum o byle głupstwo, że brakuje nam pewności siebie, skoro boimy się święta obchodzonego na całym świecie, i że jesteśmy krajem paranoików.

Musi zabrać się do przeprowadzki. Awner ma rację, w żadnym wypadku nie może się narażać. Dziś w nocy porozmawia z żoną. Pomysł pewnie jej się nie spodoba, ale nie ma rady.

Prowadzący audycję zakończył głośną kłótnię, zrywając połączenie. „Teraz posłuchamy piosenki Idana Reichela Jeśli odejdziesz, a potem wiadomości”.

Amiram wcisnął przycisk samochodowej zapalniczki i gdy się rozgrzewała, wyjął paczkę marlboro light z kieszeni koszuli, wyciągnął papierosa, a następnie wsunął paczkę z powrotem. Chwycił zapalniczkę i przykładając jej rozżarzoną końcówkę do papierosa, którego trzymał w ustach, poczuł na wargach ciepło metalowej spirali. Gdyby nawet nie odwrócił w tym momencie wzroku od drogi, nie dostrzegłby grubej, pomalowanej na czarno metalowej liny przywiązanej do masywnych pni cyprysów i rozpiętej w poprzek drogi.

Przód dżipa zatrzymał się na linie, a tył uniósł w powietrze, wykonując salto, po którym samochód wylądował dachem do góry w przydrożnym rowie. Papieros wyleciał Amiramowi z ust, a zapalniczka z dłoni. Pas, którym był przypięty, ocalił mu życie, ale ponieważ w starym landroverze nie było poduszki powietrznej, mężczyzna z impetem uderzył głową w kierownicę i stracił przytomność, przypięty do siedzenia w odwróconym samochodzie, którego silnik wciąż pracował, a zwrócone ku niebu koła się obracały.

* * *

Z rowu przy drodze uniosła się ubrana na czarno postać i cicho podeszła do metalowej liny. Odwiązała jeden jej koniec, po czym wesoło nucąc, przeszła na drugą stronę drogi, by odwiązać drugi. Następnie lina została zwinięta w okrągły pęk i spakowana do plecaka. Postać podeszła cicho do odwróconego dżipa, obserwując pobocza i upewniając się, że nic nie nadjeżdża.

Z bliska można było zobaczyć, że to młody brodaty mężczyzna. Zajrzał do wnętrza samochodu i odczekał chwilę, gładząc się po brodzie. Następnie sięgnął ręką i wyjął kluczyki ze stacyjki. Silnik zgasł. Koła samochodu przestały się obracać. Mężczyzna zgasił światła, wyjął pistolet z kabury nieprzytomnego kierowcy i opróżnił jego kieszenie. Portfel. Komórka. Wyjął z portfela dowód osobisty i obejrzał.

– Po prostu idealnie – powiedział do siebie.

Brodacz usiadł na ziemi naprzeciwko otwartych drzwi dżipa, skrzyżował nogi i z zaciekawieniem przyglądał się kierowcy.

* * *

Amiram nie miał pojęcia, jak długo leżał tak odwrócony w dżipie. Kiedy się ocknął, wiedział jednak, że coś jest nie w porządku. Głowa pękała mu z bólu – zarówno od uderzenia w kierownicę, jak i dlatego, że wisiał głową w dół. Jakim sposobem samochód tak się obrócił, chociaż w nic nie uderzył? Amiram był co prawda zajęty papierosem, ale nic nie nadjeżdżało z naprzeciwka ani nie leżało na drodze. Był tego pewien. Jego odruchy zaczęły działać.

Ręka na prawe biodro.

Nie ma pistoletu. Pewnie wypadł w czasie wywrotki.

Nie ma też komórki w kieszeni.

Amiram po omacku szukał przycisku rozpinającego pas bezpieczeństwa, wcisnął go i znów uderzył się w głowę, spadając z siedzenia na dach samochodu.

Kiedy się odpiął, zauważył, że drzwi są otwarte. Wyszedł schylony z samochodu i znieruchomiał, widząc przed sobą brodacza siedzącego po turecku z pistoletem w dłoni.

– O co tu chodzi?

– Dzień dobry. Przyszedłem po ciebie. Tu są kajdanki. Najpierw załóż jedne na nogi, a potem drugie na ręce. I wypij to.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ostatnie instrukcje Trzy koperty 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę