Atlético Madryt. Cholo Simeone i jego żołnierze

Atlético Madryt. Cholo Simeone i jego żołnierze

Autorzy: Leszek Orłowski

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.00 zł

Odkąd Atlético Madryt powróciło do Primera División, a Jesús Gil w 2003 roku zrzekł się stanowiska prezydenta, trenerzy zespołu zmieniali się raz za razem. W ciągu ośmiu lat aż ośmiu kolejnych szkoleniowców próbowało przywrócić Los Colchoneros dawny blask. W pełni udało się to dopiero dziewiątemu.

Pod wodzą Diego Simeone Atlético stało się jednym z najlepszych klubów świata. Nie tylko po blisko dwóch dekadach odzyskało mistrzostwo Hiszpanii i dwukrotnie było malutki kroczek od triumfu w Lidze Mistrzów, ale też zyskało coś znacznie cenniejszego: szacunek i uznanie kibiców z wszystkich zakątków globu.

Leszek Orłowski wyjaśnia, jak argentyński trener odmienił oblicze ekipy z Vicente Calderón. Największy znawca hiszpańskiego futbolu w Polsce analizuje transfery i personalne decyzje Cholo, wspomina przełomowe momenty i kluczowych piłkarzy, tłumaczy przyczyny triumfów i porażek Rojiblancos.

Ta lektura to prawdziwa biblia nie tylko dla kibiców Atléti. To pozycja obowiązkowa dla fanów stylu Simeone. I wielbicieli jego piłkarzy – żołnierzy, którzy za swoim trenerem skoczyliby w ogień.

 

Przypomnij sobie, jak prezentowała się fryzura i gra Ardy Turana przed przyjściem Diego Simeone. Długie loki i nonszalancja na boisku. W erze Cholo całkowita odmiana: image komandosa, agresja i pełna dyscyplina na boisku. Proste? Oczywiście, ale zapewniam, że ta przemiana to tylko wisienka na torcie rewolucji, do której doszło w Atlético. Jak wielkiej – wyczerpująca odpowiedź na to pytanie w pasjonującej, napisanej obrazowym językiem książce Don Leo. Gorąco polecam!
Piotr Laboga, Canal+ Sport

 

Od Segunda División do futbolowej religii cholismo. Od setek milionów długów nagromadzonych przez hulajduszę Jesúsa Gila do ponad 300 milionów euro budżetu. Orłowski wyciąga lupę i detal po detalu prześwietla pasjonującą historię Los Colchoneros w XXI wieku – drużyny i klubu, które pod batutą Diego Simeone z trupa zmieniły się w czołowy zespół Europy i globalne przedsiębiorstwo.
Rafał Lebiedziński

Jeśli wydaje się wam, że o La Liga wiecie wszystko, to całkiem możliwe, że macie rację, lecz Leszek Orłowski wie więcej. I dlatego musiała powstać ta książka, i dlatego musiał napisać ją on. Choćby ku pamięci. Bo o pociesznym prezydencie Gilu i dawnych gwiazdach fani Atlético zapomnieć mogą, ale o Simeone, który rzucił rękawicę w twarz Realowi – nie powinni.
Zbigniew Mucha, „Piłka Nożna”

Przyznaję, że należę do wyznawców cholismo. Chodzę do kościoła, gdzie naucza się o poświęceniu, wierzę w ciężką pracę oraz filozofię partido a partido. Od meczu do meczu – niby to jeden z największych piłkarskich banałów, ale w istocie sztuka przybliżająca do sukcesu. Ta książka jest świetną podróżą w głąb świata Cholo, pozwala zrozumieć jego ideologię i światopogląd.
Dominik Piechota, „Przegląd Sportowy”

Diego Simeone stoi za jedną z najbardziej spektakularnych transformacji, jaką przeszedł w ostatnich latach zespół piłkarski. Jego nieszablonowa osobowość, charyzma i ambicja odmieniły Atlético Madryt. Argentyńczyk nadal jest głodny sukcesów, a to gwarancja mnóstwa emocji.
Jolanta Zasępa, Polsat Sport

 

Leszek Orłowski (ur. w 1971 roku w Wielbarku na Mazurach)

Z wykształcenia jest historykiem, z zawodu dziennikarzem i komentatorem piłkarskim. Od 1997 roku pracuje w tygodniku „Piłka Nożna”, a od 2003 roku także w stacji Canal+ Sport. Jego specjalnością jest futbol hiszpański. Jako wysłannik „Piłki Nożnej” obsługiwał finały mistrzostw świata w 2006 roku oraz finały mistrzostw Europy w 2008 i 2012 roku. Wielokrotnie odwiedzał Hiszpanię, także jako komentator meczów Primera División, Ligi Mistrzów i Pucharu Króla. Autor książek „Barça. Złota dekada” (SQN 2016) i „Real Madryt. Królewska era Galacticos” (SQN 2017), prywatnie ojciec dwóch synów.

Wstęp

to Atlético jest

klubem królewskim!

Jedna z ulic okalających dawny stadion Atlético – Vicente Calderón – nosi dźwięczną nazwę Paseo de los Melancólicos. Pasowała ona do atmosfery miejsca jak żadna inna, bo przez wiele lat raz na dwa tygodnie maszerowały nią tłumy ludzi pogrążonych w melancholii. To kibice Atlético wracali z kolejnego przegranego meczu, wzdychając do pięknych, bezpowrotnie minionych czasów, gdy ich klub zdobywał mistrzostwo Hiszpanii.

Tymczasem te chwile wróciły!

Tak jak w przypadku moich poprzednich książek, o Barcelonie i Realu, będzie to opowieść o klubie, który był pośmiewiskiem Hiszpanii i Europy, by nagle stać się ich postrachem. Zresztą ten schemat – od upokorzeń po triumfy, a potem, prędzej czy później, w drugą stronę – przerabiają w sporcie prawie wszyscy.

Co innego jednak jest powodem do śmiechu z Barçy i Realu, a co innego – z Atlético Madryt. Barça kompromitowała się, nie zdobywając przez pięć lat żadnego trofeum, Real – odpadając rok po roku z Ligi Mistrzów w ćwierćfinale. Atlético natomiast w 2000 roku zaznało degradacji do Segunda División, wróciło wprawdzie do elity już w 2002 roku, ale aż do 2010 nie potrafiło zdobyć żadnego trofeum, a do 2013 nie zdołało zająć na mecie sezonu ligowego w Hiszpanii miejsca na podium. Nie było już trzecią siłą hiszpańskiego futbolu, ale siódmą, może ósmą, po Valencii, Deportivo, Sevilli, Realu Sociedad, Villarrealu… Nie było więc żadną siłą. Trzeci, mniejszy brat duetu gigantów, który przez lata deptał im po piętach, skarlał, stał się symbolem nieudacznictwa. Klub wciąż miał wielkie aspiracje i niemałe pieniądze (przeważnie zresztą pożyczane), co pozwalało kontraktować bardzo dobrych piłkarzy, ale w Atlético brakowało know-how – wiedzy, jak zbudować klasowy zespół. Kiedy wydawało się, że cel jest tuż-tuż, nagle konstrukcja rozpadała się jak domek z kart.

W styczniu 2012 roku stanowisko trenera objął Diego Simeone i nagle wszystko się odmieniło. Pod wodzą Argentyńczyka Atlético w kilka miesięcy przeszło zadziwiającą metamorfozę – z zespołu delikatnych, rozkapryszonych gwiazdeczek zmieniło się we wściekłą bestię, która zaczęła terroryzować rywali w kraju i na kontynencie. Stało się drużyną nieustraszonych wojowników, przystępującą bez kompleksów, a wręcz z dziką radością do konfrontacji z zespołami naszpikowanymi asami futbolu, stworzonymi za setki milionów euro. I wydzierało im trofea, awanse, splendory. Kto dziś pamięta, czym było Atlético przed erą Simeone? Kto z młodszych kibiców uwierzy, że wówczas nikomu nawet nie przyszło do głowy nazywać je drużyną z charakterem, bo wydawało się charakteru – w piłkarskim rozumieniu tego słowa – zaprzeczeniem?

Ta książka opowiada właśnie o tej przemianie. W pierwszej części postaram się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego dopóki trenerem nie został Cholo, prawie nic się na Vicente Calderón nie udawało. Punktem wyjścia będzie rok 2002, czyli powrót Los Colchoneros do Primera División. Rok później doszło do innego przełomowego wydarzenia – legendarny Jesús Gil zrzekł się stanowiska prezydenta, a funkcję tę objął Enrique Cerezo, który sprawuje władzę w klubie do dzisiaj. W drugiej części poddam natomiast analizie wszystko, co Argentyńczyk robił i robi po dziś na ławce trenerskiej; przyjrzymy się nie tylko pomysłom i działaniom trenera, sezon po sezonie, ale także losom piłkarzy reprezentujących Atlético. Bo przecież nie tylko Simeone, ale także oni sprawili, że druga dekada XXI wieku to najlepszy okres w ponadstuletnich dziejach klubu.

Historia Atlético w tym czasie zasługuje w moim mniemaniu na osobne, szczegółowe opracowanie. Drużyna ta wdarła się bowiem do – jak mogło się wydawać – niedostępnego dla niej świata. Przecież na początku dekady komentatorzy piłkarscy wszem wobec ogłosili, że już nigdy żaden klub nie włączy się do rywalizacji Realu i Barcelony o mistrzostwo Hiszpanii. Nie do wyobrażenia wydawało się też to, że klub spoza najbogatszej dziesiątki Europy awansuje do finału Ligi Mistrzów. Los Colchoneros pokazali jednak bardzo szybko, że w futbolu pieniądze to nie wszystko: w 2014 roku zostali mistrzami kraju i zagrali w wielkim finale Ligi Mistrzów, definitywnie obalając tezę, że tytuły trzeba kupić.

Atlético wskrzesiło wszystkie mity decydujące o popularności piłki nożnej, cofnęło ją w epokę romantyczną. Nawet jeśli tylko na chwilę – i tak zasłużyło na miłość, a przynajmniej sympatię kibiców na całym świecie.

Jeśli Barça to més que un club (więcej niż klub), jeśli Real także wykracza poza to, co kryje się za tym słowem – to dokładnie to samo można powiedzieć o Atlético. Los Colchoneros uosabiają dla swoich fanów pewien ściśle określony zestaw wartości, które najlepiej uwidaczniają się, gdy postawi się klub w opozycji do Realu. Wielokrotnie miałem okazję rozmawiać z hiszpańskimi fanami Los Colchoneros i pytać ich, co odróżnia dwóch madryckich rywali. Odpowiedzi streszczę następująco: „Atléti to dla nas więcej niż religia. Ten klub jest nam niezbędny do życia jak powietrze. Jesteśmy w większości ludźmi, którzy nie dostali niczego w życiu za darmo. W odróżnieniu od naszych znajomych, kibiców Realu, zwykle bogatych z urodzenia, nie chodziliśmy do dobrych szkół, a na wszystko, co mamy, musieliśmy ciężko zapracować. Oni to białe kołnierzyki, ludzie przyzwyczajeni do luksusu, my mamy dłonie zgrubiałe od pracy. Nasz klub też niczego nie dostanie od losu. Tak jak my, by cokolwiek osiągnąć, musi sobie na to zasłużyć, wyszarpać to sobie. Nie oczekujemy od piłkarzy, że za każdym razem będą grać pięknie, ale wymagamy, by zawsze podejmowali walkę, by nigdy się nie poddawali, by do końca wierzyli w zwycięstwo. Nie musimy zawsze oglądać wybitnych spektakli, jak bywalcy Santiago Bernabéu, chcemy być świadkami bitew. Losy tego klubu, który co rusz upada, ale za każdym razem się podnosi, odwzorowują nasze życiowe perypetie. Atlético jest takie jak my, a my – tacy jak nasze Atlético…”. Oczywiście, w takim postrzeganiu klubu i siebie jest dużo uproszczeń czy uogólnień, bo pewne podziały klasowe dawno już się w Hiszpanii zatarły, a Atlético sprzyja wiele osób z góry drabiny społecznej, Realowi zaś z dołu. Ale kibice Los Colchoneros cały czas patrzą na sąsiadów tak, jak parobek patrzy na panicza. Nie chcą brać udziału w spektaklach megalomanii, jak określają to, co dzieje się wewnątrz i wokół klubu z dzielnicy Chamartín. Cenią skromność i nie wymagają, by ich klub był najlepszy na świecie. Za to kochają swoje godło i swój zespół – o ile tylko ten nie przestaje walczyć – miłością szaleńczą. Triumfujący Real nie jest dopingowany tak głośno, jak upokarzane, ale bijące się Atlético. Ian Cruise, biograf Fernando Torresa, ma sporo racji: „Fanów Realu i Barcelony interesują tylko zwycięstwa klubu. W Atlético chodzi bardziej o radość z piłki nożnej”.

W gronie najbardziej zagorzałych kibiców Atlético znajduje się także niejaki Felipe Juan Pablo Alfonso de la Santísima Trinidad y de Todos los Santos de Borbón y de Grecia, czyli król Hiszpanii Filip VI. W 1972 roku, gdy miał cztery lata, był z ojcem Juanem Carlosem na inauguracji stadionu imienia Vicente Calderóna i zakochał się w tym miejscu oraz w tym klubie. A 28 kwietnia 2016 roku na mecz Los Colchoneros z Bayernem w półfinale Ligi Mistrzów przyprowadził córkę Leonor. Był to jej stadionowy debiut, więc zapewne także stała się fanką Atléti. Dlatego to nie Real, lecz Atlético zasługuje na przydomek Królewscy!

W latach 2003–2015 komentowałem dla stacji Canal+ Sport mecze Atlético w lidze hiszpańskiej. Od 2015 roku nadal podążałem krok w krok za zespołem Los Colchoneros jako komentator ich występów w Lidze Mistrzów, Pucharze Króla i w Lidze Europy oraz – jak i wcześniej, od 1997 roku – autor materiałów poświęconych tej drużynie w „Piłce Nożnej”. Notatki pozostałe mi z przygotowań do transmisji i artykułów były podstawą niniejszej książki. Ale oczywiście konfrontowałem znalezione w nich wiadomości z literaturą o Atlético oraz obecnym stanem wiedzy o poszczególnych okresach i wydarzeniach z dziejów klubu.

CZĘŚĆ 1:

Droga do Cholo

Wszyscy wiedzieli, kim są. Stali tam, gdzie zawsze, czyli na początku ulicy Arenal, tuż za Puerta del Sol. Przed każdym leżało na chodniku rozłożone prześcieradło z przymocowanymi do wszystkich rogów sznurkami. Jedno szarpnięcie i w ciągu kilku sekund człowiek zmienia się ze straganiarza prowadzącego nielegalny handel w zwykłego przechodnia, tyle że obarczonego dużym tobołem. Teraz na każdym prześcieradle leżał towar, który dostali rano od hurtownika z instrukcją, za ile można go sprzedać; wszystko, co utargują ponadto, jest ich. Pochodzący z Mali Paul miał damskie torebki, Kwame z Ghany dziecięce ubranka, Bambe z Senegalu pamiątki z Madrytu, a Nwankwo z Nigerii koszulki madryckich klubów piłkarskich: Realu i Atlético. To właśnie do niego podszedł przystojny, dobrze ubrany mężczyzna w średnim wieku. Zbyt dobrze ubrany, ze zbyt drogim zegarkiem na ręku. Tacy ludzie nie kupują podróbek znanych marek na ulicznym straganie. Gdy zagadał coś do Nwankwo, pozostali chłopcy zaczęli przygotowywać się do zwinięcia kramów. Ale klient zaczął kiwać palcami na wszystkich, żeby do niego podeszli. I nie wyglądał na policjanta ani tajniaka. Gdy się zbliżyli, zapytał:

– Ile macie lat?

19, 20, 22, 21 – padły kolejne odpowiedzi.

– To świetnie. Chcecie zarobić? Każdy dostanie po (tu wymienił sumę) w zamian za jeden podpis i stawienie się jutro o piątej po południu pod adresem, który zaraz wam podam – powiedział, po czym wyjął cztery zestawy spiętych spinaczem kartek. – Najpierw pokażcie jakieś dokumenty, muszę wpisać wasze nazwiska i daty urodzenia.

– Ale po co? Co to za papiery? – Kwame stał się nagle bardzo podejrzliwy, mimo że zaproponowana kwota omal nie zwaliła go z nóg. – Czy pan jest z Urzędu Imigracyjnego? – zapytał wprost.

– Nie, nie bójcie się. Jestem z Atlético Madryt, a to są wasze kontrakty z tym klubem. Jeden podpis, Kwame, i jesteś piłkarzem Atlético…

– What? – Kwame na chwilę zapomniał, że jest w Hiszpanii.

***

Zanim zacznie się pisać o losach Atlético w ostatnich latach, należy odpowiedzieć sobie na następujące pytanie: interesują nas tylko kwestie sportowe, droga do piłkarskiego sukcesu pod wodzą Diego Simeone czy również historia klubu jako takiego? O wiele łatwiej byłoby skoncentrować się tylko na pierwszej kwestii, a pominąć wszystko to, co nie ma bezpośredniego wpływu na boisko. Tyle że takie postawienie sprawy byłoby nieuczciwe, zwłaszcza wobec polskiego fana – czy kandydata na fana – Atlético, który niekoniecznie wie o tym klubie tyle, ile powinien, gdyż hiszpańska prasa i telewizja rzadko przypominają dzisiaj pewne fakty z nieodległych czasów. Tymczasem warto wiedzieć, co kryje się za fasadą sukcesów ekipy Diego Simeone, kim są i skąd się wzięli ci, którzy zadają szyku w loży honorowej Wanda Metropolitano, powinno się mieć świadomość, dlaczego wielu hiszpańskich kibiców Atlético cały czas manifestuje nienawiść do sterników klubu, mimo że to właśnie oni zatrudnili Cholo i kupili mu piłkarzy. Sternicy ci to prezydent Enrique Cerezo i właściciel większościowego pakietu akcji Miguel Ángel Gil Marín.

Od wielu lat szeroko pisze o nich znany (choć w pewnym sensie niszowy, bo powszechnie ignorowany przez kolegów po fachu) hiszpański dziennikarz Rubén Uría, autor książki Atléti. De Muerto a campeon (Atléti. Od trupa do mistrza). Wbrew tytułowi nie jest to jednak historia przemiany klubu – bo wtedy lepiej byłoby przetłumaczyć to dzieło na polski niż pisać niniejszą książkę – lecz zbiór felietonów z lat 2009–2014. Uría nie kryje, po co został dziennikarzem. Gdy był nastolatkiem, jego ojciec zrezygnował z abonamentu na mecze Atléti w proteście przeciwko rządom Jesúsa Gila (ojciec Miguela Ángela) i Cerezo. Celem życia zawodowego Rubéna jest obnażanie matactw bicefala, dwugłowego potwora rządzącego obecnie klubem, szkodzenie mu w każdy możliwy sposób i doprowadzenie do jego upadku. Nawet zachwycając się grą drużyny Diego Simeone, zawsze na koniec powtarza niczym Katon swoje ceterum censeo: „Cerezo i Gil Marín muszą odejść”. Z jego tekstów – a nie są to czcze kalumnie, lecz materiały oparte na faktach, których nikt nie neguje – wyłania się w istocie przerażający obraz. W krytycznym wobec Gilów i Cerezo tonie utrzymana jest również książka Miguela Mory El año de nuestras vidas. La epopeya del Atlético de Madrid (Rok z naszego życia. Epopeja Atlético Madryt), opisująca ze szczegółami wydarzenia pamiętnego sezonu 2013/14, w którym Atlético po wielu latach zdobyło mistrzostwo Hiszpanii oraz dotarło do finału Ligi Mistrzów. Nazywa on Atlético dworem Gila i jego następców, agencją kupna (słabych) i sprzedaży (dobrych) piłkarzy, mającą generować zyski, a nie zapewniać sukcesy drużyny. Przypomina, jak to jeden z nowych zawodników, niejaki Pato Sosa, potknął się na piłce i przewrócił na tyłek podczas oficjalnej prezentacji w 2005 roku, co symbolizuje według niego politykę transferową bicefala w pierwszej dekadzie naszego wieku… Także Morę niechęcią do Gila zaraził ojciec, powtarzający, że ten człowiek najpierw doprowadzi klub do ruiny, a potem sprzeda stadion. Co charakterystyczne, Mora także nie pracuje w żadnej z hiszpańskich gazet sportowych, siłą rzeczy najbardziej opiniotwórczych w środowisku kibiców futbolu, lecz jako zagraniczny korespondent „El País”.

Wedle Uríi i Mory drużyna Simeone to piękny kwiat, który wyrósł na gnojowisku. Niestety, zanim zaczniemy opisywać niedole (najpierw) i dole (później) piłkarzy Los Colchoneros, czeka nas niemiła podróż w głąb szamba. Takie rzeczy najlepiej mieć z głowy jak najszybciej. Zatem zatykamy nosy i robimy nura!

Rozdział 1

Grzechy pierworodne

Swej bezwarunkowej miłości do klubu kibice Atléti najlepiej dowiedli po spadku drużyny z Primera División w 2000 roku. Frekwencja na Estadio Vicente Calderón zamiast zmaleć – wzrosła, w sezonie 2001/02 wyniosła średnio 57 tysięcy widzów na meczu. Klub sprzedał wtedy 45 tysięcy karnetów. Władze prowadziły kampanie medialne mające przyciągnąć widzów na stadion. Pierwsze hasło, rzucone w 2000 roku, brzmiało: „Rok w piekle. Przetrwajmy go razem”. Gdy jednak okazało się, że pobyt w Segunda División przeciągnie się do co najmniej dwóch lat, zaprezentowano kibicom film, w którym syn pyta tatę: „Dlaczego nadal kibicujemy Atlético?”, a ten odpowiada: „Nie potrafię ci tego wytłumaczyć”. Fanów ogarniało wzruszenie, gdyż często nie potrafili wytłumaczyć nawet sami sobie, dlaczego pokornie znoszą tę poniewierkę.

Ale za drugim podejściem się udało. Wiosną 2001 roku dyrygowana przez Luisa Aragonésa, legendarnego piłkarza Atléti z lat 70., drużyna pewnie wygrała Segunda División. Szefostwo klubu mogło rozpocząć kolejną akcję sprzedaży abonamentów pod wytęsknionym hasłem: „Wróciliśmy”.

Ale choć fani nie posiadali się ze szczęścia, prezydentowi Jesúsowi Gilowi i jego współpracownikom nie było specjalnie do śmiechu. Kibice zachwycali się transferami dokonanymi latem 2002 roku, bo dzięki nawiązaniu współpracy z AC Milanem klub z Madrytu za 13 milionów kupił z Mediolanu Javiego Moreno, wypożyczono też José Mariego (sprzedanego Milanowi dwa lata wcześniej za 20 milionów), Demetrio Albertiniego i Fabricio Colocciniego, którym włoski klub miał płacić połowę pensji. Dyrektor sportowy Paulo Futre rozmawiał o transferach graczy tej miary, co Emerson i Juninho Pernambucano. Bliski powrotu z Lazio Rzym był też uwielbiany w Madrycie Diego Simeone, ale prezydent klubu ze stolicy Włoch, Sergio Cragnotti, nie zgodził się ostatecznie na transfer.

Gil zdawał sobie jednak sprawę, że to wszystko przypomina tylko malowanie trupa. Atlético stało na skraju bankructwa. Długi sięgały 400 milionów euro, a kapitał spółki akcyjnej był na tyle niski, że nad klubem zawisło widmo postawienia w stan upadłości, co wiązałoby się z wprowadzeniem zarządu komisarycznego, czyli odsunięciem dotychczasowego sternika od władzy. Na szyi Gila, który – jak twierdzi Uría – sam celowo zadłużał swój klub, zaciskała się też pętla związana z aferą korupcyjną i wyłudzeniową w kurorcie Marbella. Prezydent Atlético, pełniąc w latach 1991–2002 funkcję burmistrza tego miasta, odegrał w tej sprawie główną rolę; zdefraudował kilkadziesiąt milionów euro i został skazany na trzy i pół roku więzienia (skąd oczywiście po kilku dniach wyszedł za kaucją). Śledztwo obejmowało jednak wciąż nowe wątki, obawa, że niedługo znów zostanie wyciągnięty z łóżka o szóstej rano i odstawiony do zakładu karnego, tym razem bez prawa zwolnienia za kaucją, była bardziej niż uzasadniona.

Charyzmatyczny i ekscentryczny prezydent (kiedyś powiedział, że ma trzech idoli: Chrystusa, generała Franco i Che Guevarę) uniemożliwiał też klubowi pozyskanie funduszy związanych z kontraktami reklamowymi i zniechęcał do Atlético większość Hiszpanów. Czas takich ludzi jak on dawno bowiem minął. Gil był jednym z ostatnich reliktów autorytarnej przeszłości kraju. Stał ponad prawem. Jako przedsiębiorca odpowiadał za katastrofę budowlaną w 1969 roku w miejscowości Los Ángeles de San Rafael, w której zginęło 56 osób, ale nigdy nie trafił za to do więzienia. Rządził swym klubem jednoosobowo, paternalistycznie, nietransparentnie. Słynął z częstego zwalniania trenerów i ostrych wypowiedzi. Nieraz trafiał przed komisje dyscyplinarne hiszpańskiego związku, swego czasu nałożono na niego nawet zakaz działalności w futbolu. Sam nazwał się romantykiem, ale chyba nie trafił w sedno, choć w obronie klubu gotów był do każdej donkiszoterii.

Kiedyś, za rządów Francisco Franco i jeszcze przez pewien czas po nich, tacy ludzie jak Gil byli niezwykle szanowani, cieszyli się autorytetem. Reprezentujący podobny typ osobowości i model działania Ramón Mendoza stracił władzę w Realu w 1995 roku. W Barcelonie Joan Gaspart miał odejść dopiero w 2003 roku. Żaden z nich, podobnie jak Gil w ostatnich latach swej władzy, nie poprowadził jednak klubu do wielkich sukcesów. A na początku XXI wieku traktowano ich jak żywe skamieliny.

Jeśli Gil tego wszystkiego nie wiedział – albo nie chciał się pogodzić z faktem, że jako prezydent może zaprowadzić klub tylko na dno, do piekieł o wiele straszliwszych niż druga liga – to zostało mu to uświadomione. A zadania tego podjął się środkowy z trzech synów, Miguel Ángel, niedoszły lekarz weterynarii, człowiek, który nie odziedziczył po ojcu temperamentu, gdyż zawsze był – i do dziś jest – człowiekiem wyciszonym, dyskretnym (w odróżnieniu od opasłego przez całe życie don Jesúsa zachowuje też do dziś, a ma 56 lat, sportową sylwetkę). W 2004 roku w wywiadzie dla „El País” powiedział: „Podziwiałem ojca za wiele rzeczy, ale jego sposób bycia sprawiał, że wiele osób omijało nasz klub”.

Z pewnością doszło do szczerej rozmowy w gronie rodzinnym, z udziałem pozostałych dwóch synów pana Gila, Jesúsa i Óscara, córki Myriam, żony Marii Ángeles Marín, brata Severino (wszyscy zasiadali w zarządzie Atlético) i wypróbowanego przyjaciela rodziny, Enrique Cerezo. Może stało się to zaraz po wywalczeniu przez zespół awansu do Primera División, a może trochę później. W każdym razie chodziło o to, jak rodzina Gilów ma zachować władzę w klubie. Podczas tej dyskusji opracowano śmiały i sprytny plan, który stał się kamieniem węgielnym obecnego klubu jako instytucji. Gdyby ustalono wtedy odmienny schemat działania, Atlético byłoby dziś zupełnie innym zespołem.

Pomysł powielał metodę wypróbowaną już w 1993 roku, kiedy Atlético zostało przekształcone w spółkę akcyjną. Musimy więc ten jeden raz cofnąć się poza ramy czasowe niniejszej książki i opisać wydarzenie, które Uría nazwał największym skandalem w historii europejskiego futbolu.

Do 1992 roku Atlético było własnością swoich członków, czyli socios, tak jak po dziś jest w Realu, Barsie, Athleticu i Osasunie. Dynamiczny biznesmen Jesús Gil, wybrany na prezydenta klubu w 1987 roku, dzięki temu, że kupił z FC Porto ówczesną gwiazdę futbolu Paulo Futre (coś podobnego zrobił Florentino Pérez, gdy ściągał do Realu Luísa Figo), nie miał jednak ochoty narażać się na utratę władzy w wyniku porażki w wyborach. Zanadto potrzebował Atlético do prowadzenia interesów, by mógł tak ryzykować. Dlatego też Gil postanowił przekształcić klub w spółkę akcyjną i stać się jej większościowym udziałowcem. To, co zrobił, należy nazwać dosadnie: Jesús Gil y Gil ukradł klub jego właścicielom. Zaczął przedstawiać raporty, z których wynikało, że sytuacja finansowa Atlético jest coraz gorsza, wyliczał powiększający się dług, choć klub znajdował się w świetnej kondycji. Nikt jednak nie zadał sobie trudu, by prześwietlić liczby podawane przez prezydenta, nikomu nie przychodziło do głowy, co ten zamierza. Za dobrą monetę brano jego zapewnienia, że jedynym ocaleniem dla Atlético jest przekształcenie go w spółkę akcyjną. Ludzie mu wierzyli, uznawali, że ma rację, gdy mówił: „Kto nie jest z Gilem, nie jest prawdziwym fanem Atlético”. Potępiano przy tym tych, którzy krzyczeli, że prezydent kłamie i mataczy. Gil osiągnął swój cel. Tak zachachmęcił, że Cerezo, jego wierny poddany i domniemany wierzyciel klubu, otrzymał możliwość kupienia akcji po 850 peset za sztukę, czyli po cenie dziesięciokrotnie niższej od rynkowej (8300 peset). Oczywiście Cerezo nie zapłacił nawet tego, zrzekł się tylko swych sfabrykowanych wierzytelności wobec klubu. Potem przekazał udziały pryncypałowi w ramach fikcyjnych rozliczeń między nimi. Consejo Superior de Deportes (Najwyższa Rada ds. Sportu) zatwierdziła operację. Tak to wyglądało – w uproszczeniu i bez wnikania w szczegóły. „Gil został właścicielem 95 procent akcji, nie zapłaciwszy za nie” – napisał Uría. A w swej książce stwierdzał też: „Gil i Cerezo kupili klub, nie wykładając ani jednej pesety” oraz „Według ich propagandy uratowali klub od upadku. To kłamstwo, powtórzone tysiąc razy, stało się prawdą”.

Oczywiście, sprawa była zbyt grubymi nićmi szyta. Opozycja złożyła doniesienie do prokuratury. Sąd pierwszej instancji wydał niekorzystny dla Gila wyrok – wedle tego werdyktu prezydent dopuścił się sprzeniewierzenia i oszustwa, a uzasadnienie brzmiało następująco (cytat za Uríą): „Jesús Gil został właścicielem 95 procent akcji bez zapłaty, osobiście bądź za pośrednictwem Enrique Cerezo, 1 950 255 200 peset, czyli wartości takiego pakietu”. Cerezo został także uznany za winnego przestępstwa jako cooperador necesario, niezbędny wspólnik. Postępowanie odwoławcze trwało do 2004 roku, kiedy to Tribunal Supremo w sentencji 620/2004 nie uniewinnił nieżyjącego już Jesúsa Gila, ale zamknął sprawę, stwierdzając „wygaśnięcie odpowiedzialności karnej”. Według Uríi sentencja ta upoważnia go do pisania cały czas o popełnionym wówczas przestępstwie. Ale żaden sąd nie nakazał nigdy (i już nie nakaże) zwrotu zagarniętych w opisany powyżej sposób akcji ani nie pozbawił (i nie pozbawi) winnych władzy w spółce.

Wróćmy do roku 2002. Zebrani w domu Jesúsa Gilowie (wraz z jego małżonką i Cerezo) doszli do wniosku, że skoro nie ma pieniędzy, by natychmiast spłacić jakąś istotną część zadłużenia, jedynym sposobem uchronienia klubu przed zarządem komisarycznym jest podniesienie kapitału spółki, a więc wyemitowanie i zbycie dużego pakietu nowych akcji. Ale to przecież też mogło doprowadzić do utraty przez nich władzy, bo istniała groźba, że ktoś mający od dawna apetyt na Atlético wykupi ich tak dużo, że stanie się większościowym udziałowcem. Do takiej akcji szykował się Ignacio del Rio, szef komitetu na rzecz przyznania Madrytowi organizacji igrzysk olimpijskich w 2012 roku i lider platformy Alternativa Atlética, grupującej drobnych akcjonariuszy przeciwnych Gilowi. Gdyby on – lub ktoś inny – został szefem klubu, powyciągałby z szaf różne papiery i wyszłyby na jaw rozmaite machinacje Jesúsa Gila, które jeszcze pogorszyłyby jego sytuację.

Uradzono, że trzeba powtórzyć manewr sprzed dekady. Senior rodu, zamiast podać się od razu do dymisji, wskazanej także ze względu na jego szwankujące zdrowie, musiał jeszcze przez jakiś czas stać na czele klubu i zwodzić inspektorów nadzoru finansowego obietnicami spłaty zadłużenia. Tymczasem Miguel Ángel wraz z Cerezo mieli założyć firmę (została ona nazwana Promociones Futbolisticas), która zacznie świadczyć Atlético rozmaite usługi, między inny kupować dla niej piłkarzy. Następnie zaś wystawi absurdalnie wysokie faktury. Klub ich oczywiście nie zapłaci, powiększą one globalny dług, stając się jego istotnym, co też ważne, procentem. Dopiero wtedy, gdy Atlético będzie winne PF odpowiednio wysoką kwotę (ostatecznie było to 16,2 miliona euro), rozpisze się emisję nowych akcji. Po czym dług wobec PF zostanie spłacony tymi właśnie akcjami! Ich posiadaczem stanie się Miguel Ángel Gil Marín i klub nadal będzie należał do rodziny.

Plan był prosty, ale bardzo sprytny. Jego realizacja zajęła pewien czas, ale wszystko się udało. Majstersztykiem okazała się zwłaszcza sprzedaż klubowi za 2,7 miliona czterech czarnoskórych emigrantów, którzy nie mieli wcześniej kontaktu z futbolem; nie wiadomo też było, skąd ich wytrzaśnięto (może z Puerta del Sol…). Akcja ta znana jest dziś pod pobrzmiewającą rasistowsko nazwą Caso Negritas (Sprawa czarnuszków).

Jesús Gil pozostawał prezydentem klubu do 28 maja 2003 roku, kiedy to podał się do dymisji. Dłużej nie można było zwlekać, bo tymczasem będące od dawna w jego posiadaniu akcje zostały objęte sekwestrem przez Audiencia Nacional (Sąd Narodowy), najwyższą instytucję sądowniczą w Hiszpanii, na ogół zajmującą się apelacjami. Dwudziestego siódmego czerwca 2003 roku zgromadzenie akcjonariuszy zaaprobowało zwiększenie liczby akcji i zgodziło się, by uregulować nimi dług wobec Promociones Futbolisticas. Późniejsze liczne kontrole dotyczące całej tej operacji nie wykazały, że popełniono przestępstwo, choć Miguel Ángel toczył przed rozmaitymi sądami zażarte boje. Dopiero 5 lutego 2014 roku sąd orzekł o przekroczeniu wówczas przepisów, ale znów było już za późno, by cokolwiek z tym zrobić. Znając natomiast rozmiary korupcji w hiszpańskiej federacji za czasów, gdy jej prezydentem był Ángel María Villar (1988–2017, kadencja zakończyła się aresztowaniem), można się domyślać, w jaki sposób przekonano to ciało, że wszystko jest w porządku.

Tak oto pod koniec grudnia 2004 roku klub wypłynął na spokojne wody. Zakończyły się kontrole, szefowie mogli głęboko odetchnąć i nieniepokojeni zacząć sprawować władzę. Zewnętrzne źródła szacowały wówczas dług klubu na 400 milionów euro, ale Miguel Ángel Gil mówił o 120 milionach i zapewniał, że to bagatelna suma dla takiej instytucji jak Atlético Madryt.

Rodzina Gilów posiadała 71 procent akcji. Nie było już na świecie Jesúsa, który zmarł na serce 14 maja 2004 roku, ale wszyscy członkowie familii wiedzieli, że z Miguelem Ángelem nie zginą, bo to kanclerska głowa, choć nie udało mu się nawet zostać weterynarzem. Projekt, według którego Gilowie po raz drugi uwłaszczyli się na klubie, był doprawdy finezyjny, lecz kibice Los Colchoneros po dziś sądzą, że to typowy przykład zbójeckiej prywatyzacji, i nie darzą Gila juniora zbyt ciepłymi uczuciami. On sam za każdym razem, gdy przypomina mu się tamte dzieje, powtarza mniej więcej to, co powiedział w 2004 roku: „Niech nikt się nas nie czepia! Przez pięć lat w klubie przez cały czas byli jacyś zewnętrzni audytorzy i choć zbadali ponad 15 tysięcy rozmaitych dokumentów, o nic nas nie oskarżyli. Jesteśmy czyści i transparentni”.

Pan MÁGM dowiódł swoich talentów prawniczych, nie tylko utrzymując władze w klubie i dokonując przekształceń własnościowych w sposób zgodny z prawem. Po wyjaśnieniu afery z przejmowaniem za bezcen gruntów w Marbelli i wystawianiem miastu faktur za fikcyjne usługi przez podstawione firmy, spadkobiercy Jesúsa Gila, a więc jego czworo dzieci, zostali skazani na zwrot zagrabionych przez ojca 81 milionów euro, ale dzięki machinacjom Miguela Ángela do dziś tego nie zrobili. Ponadto założył on spółkę División Inmobiliaria, która została operatorem Estadio Vicente Calderón i nieźle na tym zarabiała zarówno dla siebie samej, jak i dla klubu.

Nie całkiem do dziś wyjaśnione okoliczności i nie do końca ujawnione szczegóły wydarzeń z 2003 roku są czymś w rodzaju grzechu pierworodnego obecnego Atlético. Ciążą nad jego sternikami, sprawiają, że kibice traktują Gilów co najmniej z dużą nieufnością, a wielu – z obrzydzeniem. Wiedzą, że Gil y Gil, Gil Marín i Cerezo po prostu okradli klub, do którego miłość dziś tak chętnie deklarują. Wiedzą, ale nie mają za bardzo pojęcia, co z tym zrobić.

Uría nazywa Gila Marína i Cerezo rakiem toczącym Atlético. W październiku 2009 roku napisał: „Likwidacja Atlético to po prostu kwestia czasu. Klub nie umiera. Jest z zimną krwią zabijany”. Odkrył, jaką pensję pobiera w klubie Miguel Ángel Gil Marín. W 2010 roku wynosiła ona 1,2 miliona euro, czyli 17 razy więcej niż pensja premiera rządu Hiszpanii i 50 razy więcej, niż sam Marín zarabiał w Atlético w 1994 roku! Odkrył, że za awans do Ligi Mistrzów w 2008 roku pan MÁGM przyznał sobie 250 tysięcy euro premii, a więc trzy razy więcej niż Kunowi Agüero. Uría ustalił, że gdy w 2011 roku Gil Marín motywował zgodę na odejście Simão Sabrosy brakiem pieniędzy na nowy kontrakt dla zawodnika, sam dał sobie podwyżkę – czego hiszpańskie prawo zabrania w spółkach przynoszących straty, a taką było wtedy Atlético Madryt S.A.D. (Sociedad Anónima Deportiva). Dziennikarz przypomniał, że w 2000 roku, jeszcze za życia ojca, Gil Marín zapłacił klubowymi pieniędzmi 15 milionów peset za prywatne zakupy w sieci handlowej El Corte Inglés: dziecięce i kobiece ubrania, perfumy, baterie kuchenne, bieliznę nocną… Słusznie więc chyba Uría doszedł do wniosku, że Gil Marín traktuje Atlético jak prywatną kopalnię złota.

Wszystkie te rewelacje Uría ogłosił drukiem i… nic się nie wydarzyło. Ludzie obojętnie wzruszali ramionami, traktowali go jak szaleńca. Ten donkiszot dziennikarstwa twierdzi, że opinia publiczna została uspokojona dzięki sterowanym (czy „sodomizowanym” – jak to swego czasu określił Uría) przez Cerezo mediom, które przedstawiają szefów klubu jako zbawców Atlético. Najcięższe zarzuty Uría wytacza pod adresem naczelnego redaktora „Marki”, Eduardo Indy. Wypomina mu, że w sprawie oszustw prezydenta Realu Madryt Ramóna Calderóna gazeta ta przeprowadziła w 2009 roku znakomite śledztwo, które doprowadziło do jego upadku, podczas gdy o machlojkach szefów Atlético taktownie milczy, zasłaniając się brakiem twardych dowodów.

Ciekawe jest zestawienie tego, co o szefach Atlético piszą Uría i Mora, z tym, co na ich temat ma do powiedzenia najbardziej znany hiszpański dziennikarz specjalizujący się w problematyce tego klubu, czyli pracujący w „Asie” Manuel Esteban, zwany Manolete. Otóż w poświęconej pierwszym latom ery Diego Simeone książce La revolución cholista nie pisze nic na temat przeszłości szefów klubu. Trudno tylko stwierdzić, czy milczy wymownie, czy taktownie. Docenia natomiast to, co robią obecnie, w jaki sposób ułatwiają Simeone zadanie. Gil Marín „niemal nie wysiada z samolotów, podróżując po całym świecie, by załatwić klubowi nowe źródła finansowania”. Gdy się do niego dzwoni, powiada Manolete, zawsze podczas rozmowy słychać w tle charakterystyczny odgłos wydawany przez walizkę na kółkach.

I choć Uría nie chce tego oczywiście zauważyć, rzeczywiście tak jest. Cerezo, komentując wysokość zarobków kompana, stwierdził, iż ludzie nie mają pojęcia, jak wiele rzeczy robi dla klubu Gil Marín. I ma rację. Bohater negatywny może przemienić się w pozytywnego. Po części kimś takim jest zapewne i Gil Marín.

Dla Uríi jednak złota era klubu z Diego Simeone na stanowisku trenera po prostu odwleka nieuchronne, to kroplówka, do której w ostatniej chwili podłączono znajdującego się w agonii pacjenta. A trawiąca klub choroba nazywa się Gilifato.

Rozdział 2

Przybrany syn don Jesúsa

Jednym z głównych bohaterów Ojca chrzestnego Mario Puzo jest Tom Hagen, przygarnięty z ulicy przez don Vita Corleone Irlandczyk, który następnie zdobywa wykształcenie i wiernie służy rodzinie, będąc na równi z jej członkami dopuszczany do wszystkich tajemnic. Rodzina Gilów też ma swego Toma Hagena. To obecny prezydent klubu Enrique Cerezo, który – tak jak bohater powieści Puzo – po śmierci patrona wspomaga sprawującego funkcję głowy rodziny jednego z jego synów – Miguela Ángela.

Zła fama ciągnąca się za nazwiskiem Gil i defraudacje w Marbelli, które są jak miecz Damoklesa wiszący nad głowami potomków Jesúsa, sprawiły, że w 2003 roku na najbardziej eksponowane stanowisko w klubie potrzebny był im ktoś, kogo z rodziną nie łączyły więzy krwi ani ciemne interesy. Lojalny Cerezo wydawał się oczywistym i jedynym kandydatem do roli wentyla bezpieczeństwa, zarówno jeśli chodzi o finanse familii, jak i klub. Trafniej niż przyjacielem rodziny byłoby go chyba nazwać piątym dzieckiem don Jesúsa. Można go też porównać do zięcia z tytułem hrabiowskim, który nobilituje całą rodzinę podejrzanych kupców. Gdy klub w grudniu 2004 roku wychodził na prostą, Cerezo był już jego sternikiem i posiadaczem 18 procent akcji.

We wspomnianej rozmowie z „El País” Miguel Ángel Gil Marín szczerze powiedział, dlaczego następcą ojca w maju 2003 roku nie został on, lecz ów adoptowany syn: „Jest najlepszym możliwym prezydentem, ponieważ dzięki niemu do klubu zbliżają się ludzie ze wszystkich środowisk: politycznego, kościelnego, artystycznego i filmowego…”.

W jaki sposób Cerezo stał się kimś, kto budzi tak powszechną sympatię? To bardzo ciekawa historia. Ten syn kolejarza z Segowii w pełni zasługuje na miano self-made man. Od dzieciństwa miał jedną pasję i nie był nią bynajmniej futbol, lecz kino. Kręcił się przy ekipach filmowych, w 1971 roku został asystentem kamerzysty przy filmie Vente a Alemania, Pepe (Przyjedź do Niemiec, Pepe). Potem sam robił zdjęcia, wreszcie zaczął reżyserować krótkie formy W 1974 roku nakręcił impresję La sonrisa del sol: Almería (Uśmiech słońca: Almería), która spopularyzowała ten zakątek Hiszpanii. Miał jednak większy talent organizacyjny niż artystyczny. Zaczął zajmować się dystrybucją filmów i ich produkcją… Nie wnikając w szczegóły jego kariery zawodowej, bo nie jest ona tematem niniejszej książki, zacytujmy tylko zdanie z poświęconego mu w lutym 2016 roku artykułu zamieszczonego na czołowym hiszpańskim portalu ekonomicznym elEconomista.es: „Prezydent Atlético Madryt zarządza trzema czwartymi hiszpańskiego kina”. Cerezo nie tylko produkuje filmy fabularne i dokumentalne (ponad 30 od 2000 roku), ale także nabywa prawa do dystrybucji filmów zagranicznych na terenie królestwa. Kto chce wyemitować dzieło któregoś z włoskich klasyków, musi zapłacić Cerezo. W branży filmowej jest mniej więcej tym, kim w budowlanej prezydent Realu Madryt – Florentino Pérez, a jego firmy, w tym Enrique Cerezo Producciones Cinematográficas i Mercury Films, mają obroty porównywalne z obrotami ACS Péreza. Od 1998 roku Cerezo jest też prezydentem stowarzyszenia EGEDA – broniącego przed piratami praw hiszpańskich i latynoamerykańskich producentów audiowizualnych.

Pozostaje jednak tajemnicą, jak zarobił swój przysłowiowy pierwszy milion, po którym następne przychodzą już same. Najprawdopodobniej po prostu dostał go od Jesúsa Gila, na rozkręcenie interesu. W każdym razie już w 1987 roku, gdy Gil obejmował władzę w klubie, Cerezo znajdował się w jego świcie. Potem przez lata służył mu jako partner w rozmaitych operacjach finansowych. Był jego żyrantem, a także słupem, czyli dokonywał transakcji formalnie na swoje konto, choć w rzeczywistości w imieniu pryncypała. W 2002 roku przeszedł na chwilę do obozu Ignacio del Rio, ale kiedy zaczęto pisać o zdradzie wiernego sługi, okazało się, że u rywala swego mocodawcy realizował tylko misję szpiegowską. W 2003 roku pełnił już funkcję wiceprezydenta Atlético. A przy tym wszystkim don Jesús zawsze trzymał Enrique z daleka od Marbelli. To nie była jego sprawa, nie figurował w żadnych dokumentach związanych z działalnością Gila w kurorcie.

Cerezo i Gil Marín to wyjątkowo zgodnie współpracujący duet (zupełnie jak Hagen i najmłodszy syn Vita, Michael Corleone), zapewne także dlatego, że jeden mógłby w każdej chwili pociągnąć drugiego na dno, mówiąc, komu trzeba, co wie. Słowa wypowiedziane przez pana MÁGM w 2004 roku: „Rządzimy razem” pozostają prawdziwe do dziś. Gil załatwia interesy, dogaduje kontrakty, ale zawsze zasięgnąwszy opinii i rady współpracownika, a Cerezo daje twarz i głos, reprezentuje klub i podpisuje się pod decyzjami kolegi. Analogia nasuwa się od razu: Cerezo jest prezydentem, a Gil Marín premierem. Jeśli dochodzi między nimi do konfliktów, to informacje na ten temat przedostają się do mediów w skąpej formie. Wiadomo tylko o kilku swarach dotyczących obsady stanowiska trenera zespołu, o których będzie tu jeszcze mowa, załatwianych zresztą zawsze polubownie.

Scysje zapewne są bardzo rzadkie. Cerezo rządzi korporacją filmową, tam realizuje się jako szef i strateg. Atlético to dla niego hobby (nie musi przyznawać sobie pensji i premii jak Gil Marín). Wie jednak, jak dużo zawdzięcza Gilom, którzy kiedyś pomogli mu stanąć na nogi i go dokapitalizowali, więc pozostaje wobec nich lojalny. Gil Marín zaś jako szara eminencja nie naraża się na ciągłe porównywanie z ojcem, o którym woli milczeć niż mówić. Pilnuje interesu, nie wychodząc z cienia, i to mu w zupełności odpowiada. Mora podsumował go w książce następująco: „Socios traktuje jak zdobytych niewolników. Ma na koncie wszystkie możliwe przekręty. Został uznany za winnego przez sąd. Naigrywał się z historii klubu i z kibiców Atlético. Trwał, bo nikt nie kazał mu się najpierw rozliczyć z tego, co zrobił, a potem spakować. Ale w ciągu ostatnich pięciu lat, kiedy już nikt nie spodziewał się po nim niczego dobrego, nagle wszystko zaczęło mu wychodzić. Może dziś śmiało powiedzieć, i zresztą mówi: coś chyba udało nam się zrobić dobrze…”.

Oficjalnie od momentu przejęcia władzy Gil Marín – niezmiennie dyrektor generalny, choć w 2010 roku został uznany w konkursie Globe Soccer Awards najlepszym… dyrektorem sportowym klubów Europy – i Enrique Cerezo deklarują, że w każdej chwili gotowi są sprzedać akcje klubu, jeśli znajdzie się chętny. I jeden, i drugi usiłuje wmówić kibicom, że obowiązuje ich zasada „nie chcem, ale muszem” („Kibice powinni organizować demonstracje tylko po to, by nam podziękować” – powiedział kiedyś Cerezo). Ale przez wiele lat, gdy pojawiał się jakiś inwestor, skutecznie zniechęcali go do sfinalizowania transakcji. Pierwszym potencjalnym kupcem, jeszcze w 2003 roku, był meksykański miliarder Jorge Vergara, wtedy właściciel klubu Chivas w swojej ojczyźnie. O wielu kolejnych opinia publiczna nigdy się nie dowiedziała. Lecz kibice orientują się, co jest grane. Niezmordowany Uría udowadnia bowiem, że klub w dalszym ciągu jest celowo coraz bardziej zadłużany, by nie było chętnych na jego kupno. Dopiero w styczniu 2015 roku Cerezo i Gil Marín przeprowadzili grubszą transakcję. Trafił się bowiem kupiec idealny. Chiński magnat finansowy Wang Jianlin nabył za 45 milionów euro 20 procent akcji klubu. Zrobił to, by po prostu mieć akcje w portfelu. Nie zamierzał nigdy ubiegać się o władzę w klubie, o prawo podejmowania jakichkolwiek decyzji – zostawił to wszystko w rękach duetu szefów. O takim kimś, kto dokapitalizuje spółkę, ale nie będzie się interesował jej codzienną działalnością, marzyli od dawna. W końcu któraś z nieliczonych podróży Gila Marína przyniosła efekt. Zarobił na swoją pensję. W 2017 roku Wang odsprzedał swe akcje izraelskiemu biznesmenowi Idanowi Oferowi, który też nie zamierza zostawać prezydentem…

Obecnych szefów klubu fani traktują co najmniej z dystansem. Wiedzą, że trzymają się stołków, by chronić własną skórę i własne portfele. Gdy drużynie wiodło się kiepsko, Cerezo nie raz był na stadionie Vicente Calderón obrażany. Pewnego razu stracił nerwy i pokazał kibicom środkowy palec. Ale sukcesy ery Diego Simeone, które będą przedmiotem niniejszej książki, poszły także na jego konto i fani stali mu się przychylniejsi, a w każdym razie przestali go traktować tak wrogo.

Ponadto życzliwe wobec sterników Atlético media szeroko pisały o zasługach Cerezo dla wprowadzenia w Hiszpanii nowego, bardziej sprawiedliwego systemu podziału dochodów ze sprzedaży praw do transmisji meczów La Liga. Do 2015 roku Real i Barcelona dostawały większość pieniędzy, pozostawiając dla reszty nędzne ochłapy. Media trąbiły, że tak dalej być nie może, że należy brać przykład z Anglii, gdzie tort jest dzielony sprawiedliwiej i dlatego w siłę rośnie cała Premier League. Brakowało jednak człowieka, który mógłby zorganizować wspólny front przeciwko działającym zgodnie w obronie status quo gigantom. Cerezo zaangażował się w sprawę i stał się pośrednikiem między prezydentem federacji Ángelem Maríą Villarem, szefem LFP Javierem Tebasem (choć ci na co dzień szczerze się nie znosili) oraz ministrem kultury i sportu José Ignacio Wertem. W końcu udało się doprowadzić do wydania Real Decreto, który dotyczył piłkarskich praw telewizyjnych i narzucał zupełnie inny podział dochodów.

Cerezo wykonał misję, w wyniku której zyskało nie tylko Atlético, ale również wszystkie pozostałe zawodowe kluby poza Realem i Barçą (choć w dłuższej perspektywie one właściwie też), gdyż w środowisku luminarzy hiszpańskiego futbolu zawsze był bardzo popularny. Jest bowiem zdecydowanie najbardziej dowcipnym, zdystansowanym i zrelaksowanym spośród prezydentów hiszpańskich klubów. Na ogół ze wszystkimi utrzymuje dobre relacje. Powiedział kiedyś, że sprawowanie funkcji szefa Atlético przynosi mu mało satysfakcji, ale za to dużo radości. I jego twarz przeważnie ową radością emanuje. Ma zawsze dla dziennikarzy jakiś bon mot, więc ci też go lubią.

Na obliczu Gila dominuje natomiast frasunek. To on martwi się o kasę, a przynajmniej udaje, że się martwi. A długi klubu wciąż są gigantyczne, choć maleją. Wszystkie zobowiązania Atlético wynosiły w 2014 roku 540 milionów euro i to ostatnie w miarę pewne dane. Informacje o zadłużeniu z 2016 i 2017 roku są mocno rozbieżne. Jedne źródła piszą, że dług znika, inne w grudniu 2016 roku podawały, że wynosi 591 milionów euro[1]. Autorem tych ostatnich wyliczeń jest doktor prawa Alejandro Pérez Köhler z platformy kibiców Atlético o nazwie Señales de Humo (Sygnały Dymne), walczącej przeciwko Gilifato ramię w ramię z Rubénem Uríą. Z klubu wypływają inne liczby, ale wiadomo, jak to jest z długami: kreatywny księgowy potrafi z debetu zrobić superatę i na odwrót. Ponadto Atlético przeżywa czas prosperity, dużo zarabia. W takiej sytuacji, jak wiadomo, wierzyciele nie poganiają dłużnika. Przecież im dłużej jest im winien pieniądze, tym większe zapłaci od nich procenty. Z pewnością jednak pojawią się z kwitami w rękach, gdy tylko klub popadnie w kłopoty. Dlatego jedyną szansą Atlético jest ucieczka do przodu, aż do utraty tchu…

Trzeba tu poczynić pewne istotne rozróżnienie. Dane dotyczące ogólnego zadłużenia klubu to jedno, a opisujące wierzytelności wobec instytucji publicznych to coś innego. Manolete podawał w 2015 roku, że dług wobec instytucji publicznych został już prawie spłacony. W 2011 roku klub był winien hiszpańskiemu fiskusowi i ubezpieczycielowi społecznemu 215 milionów euro, w 2012 – 206 (wg innego źródła: 180), w 2014 – 155, w 2015 – 55. W 2017 roku planowano likwidację tych zobowiązań i cel został osiągnięty. W tej kwestii władze klubu nie miały pola manewru. Musiały spłacać zadłużenie, gdyż inaczej Atlético spotkałyby poważne konsekwencje, z obligatoryjnym postawieniem w stan upadłości włącznie.

Jeśli jednak globalny dług cały czas rośnie (albo jest generowany), to Gil Marín na pewno nie chce się do tego przyznać. Przecież złote czasy zespołu, który zarabia pod wodzą Diego Simeone o wiele większe pieniądze, niż zarabiały wcześniejsze ekipy, powinny doprowadzić do redukcji zadłużenia. Inaczej szef biznesu jest nieudacznikiem.

Tak czy owak (dla budżetu klubu albo dla kieszeni żerujących na nim pasożytów), powrót do czasów sprzed ery Cholo, kiedy zespół z rzadka występował w Lidze Mistrzów, byłby katastrofą. Sezon, w którym Atlético dociera do finału Ligi Mistrzów, oznacza przychód z tego tytułu w wysokości około 160 milionów euro (nie chodzi tylko o pieniądze od UEFA i z tytułu praw telewizyjnych; inne są wtedy na przykład ceny za letnie mecze towarzyskie), ale i sam udział w tych rozgrywkach zabezpiecza wszystkie potrzeby finansowe klubu. Gdyby tych wpływów zabrakło, mogłoby znowu dojść do opóźnień w wypłatach dla piłkarzy, co zdarzało się jeszcze w 2009 roku, i trzeba by zastawiać karty zawodników, do czego również dochodziło przed erą Simeone. Czy natomiast drużyna zostanie mistrzem Hiszpanii, czy też skończy sezon na czwartym miejscu (byleby nie uplasowała się w tabeli niżej), z finansowego punktu widzenia ma znacznie mniejsze znaczenie. Rzuca to światło na gradację celów stawianych rokrocznie przed Cholo: dojść jak najwyżej w Lidze Mistrzów, a w Primera División pilnować trzeciej pozycji. I od 2014 do 2018 roku Atlético o mistrzostwo w zasadzie nie walczyło, czyli odpadało ze zmagań na długo przed finiszem sezonu, koncentrując się wiosną na pokonywaniu kolejnych przeszkód w rywalizacji pucharowej. W sezonie 2017/18 zaś zespół szybko odpadł z Ligi Mistrzów, więc mógł bardziej przyłożyć się do ligi.

Zasługą Gila jest to, że klub umiejętnie potrafi wykorzystywać sukcesy sportowe ekipy Simeone. To on jako dyrektor generalny nadzoruje działalność pionu marketingu, który pracuje znakomicie. Produkty dostarczane do klubowego sklepu trafiają w gusta kibiców, przychody z tego tytułu rosną w postępie geometrycznym. Przykładem elastyczności w działaniu było wypuszczenie starych fasonów koszulek klubowych z numerem 14 na plecach i nazwiskiem piłkarza, który nosił go przed laty – Diego Simeone. W 2014 roku Cholo stał się pierwszym chyba w historii futbolu trenerem, który „sprzedał” więcej koszulek niż gwiazdy zespołu.

To z Gilem piłkarze negocjują premie za sukcesy, a także podwyżki dawane zwyczajowo przy przedłużaniu kontraktu. Dyrektor jest hojny, bo wie, że nie ma co oszczędzać 100 tysięcy euro, skoro można zarobić milion. Ale mimo to chyba z westchnieniem ulgi przyjął wprowadzenie w 2015 roku limitów płacowych, które LFP wyznacza dla każdej drużyny na podstawie wysokości przychodów. Dla Atléti limit ów wynosi około 120 milionów euro i pan Miguel Ángel każdego lata gimnastykuje się, by się w nim zmieścić.

Bez tego uproszczonego zarysu gabinetowych dziejów Atlético od roku 2002 po obecną chwilę nie dałoby się zrozumieć i właściwie ocenić już czysto piłkarskiej historii, o której opowiem w kolejnych rozdziałach.

[1] Dostępne od adresem: http://ctxt.es/es/20161207/Deportes/9879/Futbol-atletico-de-madrid-deuda-cuentas-finanzas.htm.

Atlético Madryt. Cholo Simeone i jego żołnierze

Copyright © Leszek Orłowski 2018

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2018

Redakcja – Grzegorz Krzymianowski

Korekta – Piotr Królak

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na I stronie okładki – Gonzalo Arroyo Moreno / Getty Images

Fotografia na IV stronie okładki – TF-Images / Getty Images

Rysunki wewnątrz książki – Marcin Karaś

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2018

ISBN EPUB: 978-83-8129-085-2

ISBN MOBI: 978-83-8129-086-9

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

WydawnictwoSQN

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Per aspera ad astra

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Wstęp to Atlético jest klubem królewskim!

CZĘŚĆ 1: Droga do Cholo Rozdział 1. Grzechy pierworodne

Rozdział 2. Przybrany syn don Jesúsa

Rozdział 3. 2002–07 – pięć lat frustracji

Rozdział 4. W Europie i na karuzeli

Rozdział 5. Cholo – droga do Atlético

CZĘŚĆ 2: Era Cholo Rozdział 1. Wiosna 2012 – odbudowa zaufania

Rozdział 2. Cholo prywatnie

Rozdział 3. Sezon 2012/13 – triumf na Santiago Bernabéu

Rozdział 4. Derby Madrileno

Rozdział 5. Sezon 2013/14 – do utraty tchu

Rozdział 6. Wszyscy ludzie Cholo

Rozdział 7. Sezon 2014/15 – jak nie spaść ze szczytu

Rozdział 8. Cholo jako trener

Rozdział 9. Sezon 2015/16 – mniejszy final w Mediolanie

Rozdział 10. Dyrektorzy sportowi

Rozdział 11. Sezon 2016/17, czyli mieszczanin szlachcicem

Rozdział 12. Z Vicente Calderón na Wanda Metropolitano

Rozdział 13. Sezon 2017/18

Rozdział 14. Cholo i jego Atléti – co dalej?

Dodatek. Doktryna Cholo – cholismo

Bibliografia

Zdjęcia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Atlético Madryt. Cholo Simeone i jego żołnierze Real Madryt. Królewska era Galacticos Barca. Złota dekada 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana