Głosy

Głosy

Autorzy: Bohdan Urbankowski

Wydawnictwo: PIW - Państwowy Instytut Wydawniczy

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI

cena od: 28.90 zł

Głosy to poetycki zapis rzeczywistości obozów koncentracyjnych Buchenwaldu i Auschwitz, gdzie każdy niemal wiersz  to inna postać – głos w przestrzeni – mówiący własnym, często bardzo indywidualnym językiem, opisujący wydarzenia, legendy obozowe, codzienność – tak bardzo subiektywnie, że nieraz to samo wydarzenie nabiera zupełnie innego wymiaru. Urbankowski posługuje się swobodnie konwencjami i stylami, jednocześnie tworząc niemal zapis dokumentalny. Głosy oparte są na wspomnieniach więźniów, na prawdziwych wydarzeniach – nie ma w nich nic nadto.

Książce towarzyszy audiobook. Robert Tekieli: „Kiedy przeczytałem w zapowiedzi, że tematyką Głosów jest rzeczywistość niemieckich obozów koncentracyjnych, pomyślałem: to już przeszłość, będzie nieciekawie. Okazało się jednak, że przeżyłem wstrząs. Spektakl, a właściwie rozpisana na kilkadziesiąt głosów audycja radiowa, przykuwał uwagę, wiersze sprawiały, że zaciskało mi się gardło, chwilami miałem łzy w oczach. Tematyka ludzkiego cierpienia, tematyka zła nieograniczonego niczym poza wyobraźnią oprawcy, niestety, zawsze będzie aktualna. I jeśli weźmie ją na warsztat utalentowany poeta, skutki są takie jak wyżej. […] Te subiektywne spojrzenia na dramatyczne najczęściej obozowe wydarzenia budują polifoniczny opis piekła. Topienie noworodków w wiadrze, obozowe miłości, sprzedawanie się. Deklaracje wiary i niewiary. Modlitwy. Dziecko opisujące różne wypróbowane przez siebie metody ucieczki od obozowej rzeczywistości w wyobraźnię. I prośba do dorosłego, by wziął je za rękę i poszedł z nim «na druty»”.

Premierze poprawionego wydania, będą towarzyszyły emisje spektaklu w różnych miastach w Polsce.  Nagranie pt. Głosy jest projektem autorskim  Maryli Ścibor-Marchockiej (koncepcja, reżyseria, produkcja, scenografia),  zrealizowanym w studio Radia Józef. Swoich głosów w spektaklu udzielili: Michał Żebrowski, Jerzy Zelnik, ś. p. Janusz Zakrzeński, Katarzyna Wełpa, Tadeusz Ścibor Marchocki, Rafał Jan Porzeziński, Michał Piela, Maria Pakulnis, Cezary Nowak, Mikołaj Müller, Zbigniew Moskal, Olga Miłaszewska, Wojciech Malajkat, Anna Majcher, Piotr Machalica, Agnieszka Kuczyńska, Rafał Królikowski, Wiesław Komasa,  ś. p. Krzysztof Kołbasiuk, Mikołaj Kawecki, Marek Jaromski, Sławomir Grzymkowski, Bartłomiej Głogowski, Sylwia Gliwa, Stanisław Dembski, Jacek Bursztynowicz, Barbara Bursztynowicz, ks. Marcin Brzeziński, Urszula Bartos-Gęsikowska, Adam Biedrzycki.

Spis treści

Część pierwsza. Buchenwaldzki apokryf

Prolog: w kraju poety

Zwiastowanie: (Kinderaktion)

Romeo, Julia i popiół

Szczury Boże

Rozdawać siebie. Opowieść o różańcu

Epoka mięsa

Próby Nowego Przymierza

O tym jak Judasz walczył z własnym imieniem

Po cóż dusze

Ostatni rozdział Boskiej Komedii

Epilog

Część druga. Listy do tłumaczki

Część trzecia. Auschwitz – Ostatnia Ewangelia

O Autorze

Posłowie: Innego głosu Boga nie usłyszycie Eligiusz Szymanis

Spis ilustracji

Głosy CD

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

(…) Nie mogę

Nic napisać, bo pięcioro rąk

Chwyta mi moje pióro

I każe pisać ich dzieje,

Dzieje ich życia i śmierci.

Czyż na to jestem stworzony,

By zostać płaczką żałobną?

Ja chcę opiewać festyny,

Radosne gaje, do których

Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie

Poetom chwile radości,

Bo zginie wasz świat.

Czesław Miłosz, W Warszawie

Przeze mnie przepływa tyle niemych głosów:

głosy wielu pokoleń więźniów i niewolnic,

głosy kalek i chorych, złodziei i karłów,

głosy epok – od źródeł aż po wiek dojrzały,

głosy nici wiążących gwiazdy w konstelacje (…)

Nie przykładam palca do ust, żeby milczeć…

Walt Whitman, Pieśń o sobie samym

przekład Andrzej Tchórzewski

Czekacie:

ustami poety

będzie do was

przemawiał Bóg.

Czekacie:

dłoń poety

pióro

płonące

w ciemności

będzie prowadził Bóg.

Czekacie.

Poeta zaciska usta

próbuje napisać pierwsze słowo

– pióro miota się po papierze

jakby wyrywały je sobie

ręce umarłych.

Na kartce krwawią hieroglify

może czytelne z tamtej strony…

Poeta otwiera usta –

słychać przekrzykujące się głosy:

każdy chce mówić o swej śmierci

każdy chce mówić o swym życiu

Głosy zmarłych zlewają się w skowyt i szept

skowyt i szept

Innego głosu Boga

nie usłyszycie:

Andrea Mantegna, Golgota

CZĘŚĆ PIERWSZA

BUCHENWALDZKI APOKRYF

Każdy wiek każde pokolenie ma swoich umarłych

Mają oni do powiedzenia żywym tylko tyle

Ile żywi odważą się pojąć z ich śmierci

Przygotowałem na razie tylko na wschodzie moje oddziały Trupich Czaszek,

rozkazując im zabijać bez miłosierdzia i bez litości mężczyzn,

kobiety i dzieci polskiego pochodzenia i polskiej mowy.

Tylko w ten sposób zdobędziemy przestrzeń życiową, której potrzebujemy…

Polska zostanie wyludniona i zasiedlona przez Niemców.

Adolf Hitler

przemówienie z 22 sierpnia 1939 roku

wygłoszone na Obersalzbergu

Wszyscy fachowcy polskiego pochodzenia mają być wykorzystani w naszym przemyśle wojennym. Później Polacy znikną ze świata…

Dlatego jest rzeczą konieczną, by wielki naród niemiecki widział swe główne zadanie w zniszczeniu wszystkich Polaków.

Heinrich Himmler

przemówienie z 15 marca 1940 roku

do komendantów obozów w okupowanej Polsce

Wincenty Gawron-Kowalewski, Pory roku – zima

PROLOG

W KRAJU POETY

Wer den Dichter will verstehen,

Muss in Dichter’s Lande gehen1

Johann Wolfgang Goethe

* * *

1 Kto chce zrozumieć poetę, musi jechać do kraju poety.

Godziny urzędowania śmierci • NN 30 628 • Miłości w Weimarze – spóźnione i zbyt wczesne •„Doktor Polak” • Saga rodu Goethów i Straussów • Ucieczka do Buchenwaldu 16 IV 1945 • Cmentarz w Weimarze • Marzenia brata Aleksandra • Niepotrzebne trumny • Nowe piękno i ucieczka „Szarego” • Blokowy Rybka • Mapa (legenda)

* „Krypta Goethego i Schillera otwarta 9.30–12.30 i 13.30–17.30.

W poniedziałek zamknięta” – przepisane z weimarskiego grobowca

w któryś poniedziałek sierpnia 1968 roku.

NN 30 628

Tu, za bramą, przekroczywszy zimny płomień reflektorów,

przestawaliśmy być źli czy dobrzy

uczeni, prości, posiadający wiarę, mający rysy twarzy.

Byliśmy tylko nadzy – aż przezroczyści,

różniący się numerami.

Przez setki dni i nocy

powtarzałem swoje nazwisko –

literę po literze –

marznąc godzinami na apelu,

dźwigając kamienie, skomląc pod uderzeniami –

powtarzałem swoje nazwisko.

Napiszcie mi je na grobie,

niech nie zapomnę.

Gdy Bóg zawoła – rzucę mu je w twarz.

…fragmenty listu

Droga Irmin!

...... mój adres: Konzentrationslager Weimar-Buchenwald ............... los chciał ............................................. znów blisko Ciebie, blisko młodości ......... Dąb, w którego cieniu ...... Goethe ...... wiersze .................................................................................... drzewo ................................................................................. zasadzone dłońmi poety ..................... inna legenda: ........................................................................... Niemcy będą potężne ............................................................................................. póki ...... obok znaków, które wyrył na korze poeta, znaki, których nikt ..................................................................................................................... gdy zaczęto budować baraki ............................................................ Dąb .................. znalazł się nagle w środku obozu ................................................ jakby poeta zasadził go między kuchnią dla więźniów a pralnią ..................

WOLFGANG GOETH

PASTOR WEIMARSKIEJ ŚWIĄTYNI

W LATACH 1939–1945

BYŁEM Z BOGIEM

IRMIN GOETH

WIERNA ŻONA WIELEBNEGO WOLFGANGA

MATKA, KTÓRA PRZEŻYŁA SWOICH SYNÓW

Ten zakręt, gdzie Ilm omija błękitne wzgórza Ettersbergu,

czy jest jeszcze i w jakim kraju?

Co robię w domu pełnym korytarzy, piwnic i schodów,

które prowadzą ku innym schodom, korytarzom, piwnicom –

nigdy na zewnątrz, nigdy w światło dnia.

Co robię obok tego posiwiałego mężczyzny,

wśród obcych, posiwiałych sprzętów?

Zamykam okiennice bo z każdego okna

widzę to samo: wzgórze błękitne jak poranek

z jasnowłosym Hansem

i z Ilzą, i z siostrzyczką, która już wkrótce wyjedzie

ze śmiechem zbiegamy ku rzece –

Mgła

delikatniejsza niż koronki

dziergane przez umarłą dawno matkę.

Tylko mgła.

Hier ruhet in Gott

KURT GOETH

+ 17.6.1953

Mężczyźni znają jedną tylko rozkosz

i my wspominaliśmy ją latami:

ruch ręki w dół – śmierć,

ruch ręki w górę – życie.

Ci, którzy nie zabili, są jeszcze dziewicami.

Męskości nie zdobywa się w łóżku kobiety,

lecz w walce z innym mężczyzną.

Potrzeba mądrości i męstwa,

by nie wpełzać w kanały, gdy trwa nalot,

ale idąc przez ogień, strzelać

do czołgających się więźniów.

Trzeba prawdziwej siły i czystości,

by na gardło leżącego rzucić kij,

stać prosto i

nie reagując na wrzask,

kołysać się, lekko uginając kolana.

Oto męska zabawa: położyć się na motor,

kolanami ścisnąć dygocący bak

i z rykiem rozdzierać błony nocy,

i znów w innym obozie

jednym uderzeniem pięści,

jednym kopnięciem w brzuch

do rana!

Do końca życia unikałem kobiet

to robi z człowieka szmatę,

rozładowuje.

„Doktor Polak”

W tamtym kraju: w dzieciństwie,

aby przeżyć coś, co nas przerazi, nocą

zakradaliśmy się na stary cmentarz.

Kalecząc dłonie o okruchy szkła na murze

jakby o rozbijane lustro – myślałem, że zaraz

ujrzę tę drugą stronę – świat

ukryty za ciemnymi zwierciadłami grozy…

Cicho dogasające kwiaty, rzeźby

o rysach twarzy zatartych, podobnych do każdego z nas. I nic,

nic więcej… Krople mchu na twarzach posągów…

Dni buchały iskrami i gasły jak pieśni przy ogniskach.

Szarzy harcerze z biwaków wyrastali na mężczyzn –

twardych – jak szare głazy wrośnięte w tę ziemię.

Wiktor, Józek – głodomór, zastępowy Wilczek…

Spotykałem też młodszych – któryś z nich

podbiegł do mnie na ulicy, pocałował,

żona… obiad – zapraszał… Ma rocznego synka –

– Za stołem

gestapowcy. Nawet nie zdjęli płaszczy.

Popiół z papierosów skapuje wprost na obrus.

Pod ścianą – smugi krwi na tapecie – szary worek: ksiądz Jan…

… Wszystko godne przerażenia i podziwu

jest po tej stronie muru: pod ciśnieniem kamiennego nieba

życie odradza się w formach ostrych i jakże czystych:

Miłość: kobieta, by spotkać się z ukochanym,

z cichym śmiechem obłapia nogami jego szefa;

Wierność: wyrostek z warszawskiej kwiaciarni

kochający pierwszą miłością i pierwszą zazdrością,

donosi na jej kochanka i idzie – za nimi – do gazu.

Mądrość: aktor, który śpi z trupem,

rankiem bierze za niego chleb

i czarną, gorącą ciecz.

Ludzie są silniejsi niż śmierć. Nie,

nie są jak kamienne posągi –

są jak krople mchu na posągach.

…II fragment listu

...... ciała były odważniejsze od nas ...... biodra ...... otarły się o siebie, gdy ......... wchodziliśmy do kościoła ...................................................................................................... dłonie .................................................................................... już .................................................................................... nagie splecione jak ciała kochanków ciała nie kłamią ............... to my ....................................................................................... byliśmy zbyt młodzi .................................................................................................................................................................. tego lata może stać się cud: młodość po tylu latach ............... wraca do nas, którzy ............... i którzy może do niej dorośliśmy.

Emil Strauss | SS-Rapportführer1

WYRÓŻNIONY ODZNAKAMI

PIERŚCIENIA SS I SZPADY SS

Między naszymi oczami a ciemnością,

między naszymi oczami a ciemnością nad nami i w nas

trwa ten spektakl: sztandary, obłoki, imperia

jak niebo nad głowami – zachmurzone,

lecz przecież darzące światłem.

Między naszymi oczami a ciemnością

srebrną ławicą płyną

syreny, Apollo i muzy

jak wielka chmura dryfuje wzdęty Bóg – Biały Wieloryb –

Dom, w którym zbłądził Jonasz, a po nim pokolenia wędrowców

– badaczy Pisma.

Chrystus idzie po morzu, które śni się prorokom…

Wtem:

– ręce rozczapierzone – oczy puste, aż białe –

zza kulis, jak na brzeg ciemnej rzeki

wypełza – tak – doktor Faust!

Zwiedził świat i zaświaty świata, magazyny rzeczy przeszłych i

rzeczy mających się stać –

W plątaninie chmur i korzeni

nie spotkał Boga, żywego ni martwego,

nie ukazał mu się nawet Szatan

a tylko drugi człowiek z równie białymi oczyma…

O, krzyże, sztandary, ołtarze –

dekoracje u wybrzeży rzeki mającej ten jeden brzeg!

Człowiek umiera piękniej i wbija nóż piękniej

na rozświetlonej scenie, gdzie szept Boga zza złotawych zasłon

podpowiada słowa modlitwy, a trąby anielskie

wieszczą ciąg dalszy opowieści…

Biada,

biada jednak, gdy żywy zbłądzi za kulisy,

wplącze się w liny, tryby, w kostiumy oszalałe wiatrem,

w nieludzką maszynerię zaświatów, która kaleczy ciała,

ale zabija dusze.

* * *

1 W strukturze hitlerowskich obozów koncentracyjnych SS-Rapportführer był jednym z ważniejszych urzędników Wydziału III (Abteilung III), czyli kierownictwa obozu. „Raportowy” odpowiadał m.in. za kartoteki więźniów i utrzymanie dyscypliny w obozie.

Johann Strauss

SYN HEINZA STRAUSSA, FILOZOFA

1929–1945

Uciekaliśmy,

przebiegając ze snu w sen.

Ale w każdym ulica faluje

i przemienia się nagle w peron

szary, bez żadnego napisu

niezrozumiałe głosy zza blaszanych ścianek wagonów.

Uciekaliśmy.

Lecz ten słodkawy dym

płynący zza widnokręgu –

szare pociągi przejeżdżające nocą

przez ściany naszych domów – –

Głosy, z których rozumiesz tylko skowyt – – –

Zgodziła się bez słowa.

Słońce odbijało się w szynach.

Coraz mocniej szumiał, dygotał las.

Wtedy podała mi rękę.

Uścisnąłem ją mocno, aż do bólu.

Lotta Goeth

Jeśli ty mi przebaczysz, Johann,

niechby i Bóg nie przebaczył.

Nie mogłam ci powiedzieć,

brzuch pod paskiem pęczniał niby bulwa –

Kochałam tylko ciebie, Johann,

ale to,

to był przecież mój ojczym, prawie ojciec.

Wrócił z obozu zmęczony, cuchnący wódką

matka – chwyciwszy siostrzyczkę,

splunęła i poszła spać.

On prosił: połóż się przy mnie

prosił: ściśnij mi głowę, bo pęknie

A potem…

Wołałam ciebie, Johann,

wołałam poprzez wirującą noc,

aż zabrakło mi tchu,

gryzłam palce,

daremnie

próbując zgasić rozkosz

zapalającą się w brzuchu

jak mała – coraz większa – gwiazda.

Nie pamiętam już, co krzyczałam…

Kochałam tylko ciebie, Johann,

ale ty –

z tym chowaniem się po snach i wierszach

z tym trzymaniem się –

nie, nie za rękę –

zaledwie palcem za palec…

Tak było najlepiej: dla wszystkich

pozostaliśmy kochankami

o ciałach szesnastoletnich, smukłych,

dotykanych tylko przez słońce.

Heinz Strauss, Lehrer1

Nie zapomnijcie,

jak ciężkie były w Weimarze lata wojny –

ojcowie moich uczniów konali w błotnistych ranach okopów

mego brata Emila, poetę, rozdarł w lagrze granat szaleńca.

Nie zapomnijcie dni głodu, śmieci wirujących po chodnikach,

żebraków chwytających za płaszcze, dyszących gorączką w twarz.

Nie zapomnijcie i mnie, skromnego nauczyciela,

który dla ratowania świata mógł zrobić tylko tyle:

ni razu nie opuściłem lekcji.

Nawet dzień po pogrzebie syna –

Johann zginął tragicznie w czwartek, uroczystość była w niedzielę –

miałem wykład, pamiętam, o lęku Marcina Lutra

przed mrocznymi bramami przeznaczenia2…

Raz tylko… w połowie kwietnia…

Okupanci

przerwali mi zajęcia. Wczesnym rankiem

gnali nas niczym zwierzęta pod górę Buchenwaldu,

kazali stać na baczność przed żółtym, cuchnącym barakiem,

moja żona, Lisa, omdlała – tyle kilometrów

jakże musiało osłabić jej delikatne serce…

Zdążyłem wrócić na ostatnią lekcję. Prosto z zajęć

biegłem do domu ciężko dyszącą ulicą

jak uczniak przeskakiwałem dwa-trzy schody –

Leżała taka drobna, srebrne ostrze włosów

przecinało jej twarz…

* * *

1 Nauczyciel

2 Teoria predestynacji głosiła, iż pośmiertne losy człowieka nie zależą od jego uczynków. Żyjemy i działamy w jakimś czasie; nasze życie, zbawienie lub potępienie są z góry zdecydowane przez wszechmocnego Reżysera, który istnieje poza czasem sztuki i wie, jak to wszystko się skończyło. 16 kwietnia 1945 roku Amerykanie zorganizowali tysiącowi weimarczyków przymusową „wycieczkę” do obozu.

Dumania na weimarskiej nekropolii

............ samobójstwo. Młodych pochowano osobno – nie tak wyobrażali sobie pierwszy pobyt w zaświatach! Widać obowiązują tu rangi, godziny przyjęć i stroje wieczorowe. Panów grzebią we frakach i ukłonach, damy w sukniach – stosownie do mody panującej aktualnie w wieczności ...... Dobra noc, czcigodny Panie Radco ... Cmentarne miasto jest piękne – jak odbicie miasta w rzece i o świcie. Uliczki w barwach stonowanych szarym światłem, w centrum – zupełnie nieziemska świątynia Goethego i Schillera, dokoła – marmurowe groby-pałace, na obrzeżach – kalekie groby-rudery ...... Dobra noc, dobry człowieku ......... każda rzeźbiona w powietrzu aleja opowiada o tamtym, wiecznym Mieście, każdy kamień jest znakiem porządku potężniejszego niż śmierć ...... gdyby ci wytworni Nieboszczycy ......... wypłoszeni nalotem z promenad weimarskiego cmentarza pobiegli szukać schronienia na obozowym wzgórzu – zmarliby po raz drugi – ze zgrozy: ............... położony o jeden krąg wyżej cmentarz świata Buchenwald niczego już nie udaje! Nie ma tu grobowców-pałaców ani wielorodzinnych czynszówek ......... nie ma mogił ......... nie ma powietrza .............................. Dobra noc, Panie Boże .......................................... po pogrzebie podszedłem do I .................. składając niby-kondolencje ........................ delikatnie dotknąłem jej piersi, jak kiedyś nad rzeką. Musiała udać, że nic ...... żeby jej stary mąż niczego nie dostrzegł.

Brat Aleksander

zamordowany 11.4.1945

Zemsta – przez pięć lat

żułem to słowo jak chleb.

Trąc brzuchem o ropiejące deski,

gwałciłem ich białe, koronkowe kobiety.

Unosząc zdrewniałą rękę, zabijałem niemieckie dzieci –

jak oni: za nóżkę i

głową o kant zbryzganego muru.

Ta przyszłość, te dwa obrazy

ocaliły, wyciągnęły z piekła moje życie.

Byłem wolny.

Długo

siedziałem zgarbiony na pryczy.

Potem wstałem,

przeszedłem przez pusty plac apelowy.

Wiatr przewracał jakieś białe kartki. Zmierzchało.

W niemieckim płaszczu narzuconym na pasiak

poszedłem w stronę miasta.

W oknach zapalały się światła.

Z jakichś drzwi

dziewczynka z warkoczykami: Vati! Vati! –

Pewno dawno nie widziała ojca.

Policzki miała mokre, dziwnie delikatne.

Wynędzniała żołnierka kuliła się w cieniu jak suka.

Dziewczynka jadła obozowy chleb.

Tak łapczywie jak my za drutami.

Kobieta uśmiechnęła się niepewnie – – –

Nagle

jej twarz wykrzywiona,

czyjaś twarz

zza błysku ognia.

Dr. Hans Schmidt1, fragment listu

... naszą drogą, Irmin, wędrowały wozy z trumnami na grzbietach ...... dziesiątki, setki ...... kiedy nastał mróz ...... ześlizgiwały się na jezdnię, na chodniki, z rozbitych trumien wytaczali się umarli ...... Weimarczycy – przerażeni, że ich zaświatowa metropolia zmienia się w śmietnisko obu światów – w lager ............ zatrzasnęli cmentarną bramę ...... wówczas komendant Koch wydał rozkaz – na front pracy ruszyły nieczułe na mróz i wiatr komanda Buchenwaldu ......... nim z buków Ettersbergu opadł śnieg, nad pierwszym krematorium ............ jak ogromne gałęzie bzów, szumiał zielony i fioletowy dym – zwiastun wiosny2.............................................................................. na spopielałych trawach niepotrzebne już trumny ....................................... łodzie uderzające o brzeg

* * *

1 Sekretarz dwóch kolejnych komendantów Buchenwaldu, SS-Obersturmbannführera Karla-Ottona Kocha i SS-Standartenführera Hermanna Pistera. Notatki mają charakter apokryficzny, przedstawione w nich fakty są oparte na dokumentach i wspomnieniach. Uwaga edytorska: w przypadku lekarzy niemieckich skrót dr. został zapisany zgodnie z zasadami pisowni niemieckiej.

2 Krematorium buchenwaldzkie uruchomiono w marcu 1940 roku.

HELGA GOETH

DOBRA KOBIETA, WIERNA ŻONA NASZEGO PASTERZA

FRIEDRICHA

Tylko raz, jeden jedyny raz

pomyślałam o innym mężczyźnie, innych dłoniach.

To było dawno.

Leżałam na ziemi

jak na brudnej, wyziębłej od lat pościeli.

Chudy, w pasiaku i wojskowym płaszczu

Kruszył chleb córce, jakby była ptakiem,

potem mnie.

Te jego oczy,

myślałam, czy położy się na mnie,

myślałam, czy będę się bronić.

Wtedy zjawił się Friedrich,

strzelił z pistoletu w jego twarz,

to było dawno.

Byłam wierna,

dlaczego wciąż,

dlaczego widzę te oczy,

nawet teraz,

zasłaniam rękami twarz,

lecz wciąż je widzę.

T. POUND

SCHAUSPIELER1

Piękno – jedyna odpowiedź, jaką człowiek i tylko człowiek

może dać śmierci. Ile

napiętego do bólu piękna w ciałach nagich kobiet

biegnących łąką do gazu, ile w załamaniu rąk staruchy,

z których wyrwano

skarby:

fotografię dziecka i opłatek.

Oto skatowany muzułman2 podchodzi, wlokąc papierowy bandaż

Bij, bij jeszcze –

Wstaje skrwawiony i znowu podchodzi: Bij, bij – prosi…

Gruby kapo Jakub traci siły, więzień raz jeszcze ocalał.

Oto matka wybiera jednego z synów na śmierć:

odwraca głowę, drapie twarz, zasłania oczy,

lecz poprzez ręce widzi: esesman Goeth nie znika,

pistolet jak czarny palec Boga,

płomyk papierosa sinieje, odłamuje się, spada.

Cisza jakby pękała ziemia, rozpadały się ściany katedr, odpadały

ręce i twarze posągów –

Powstaje nowe piękno: to nie światło

między Niebem a Ziemią, to światło

pełznące nisko nad ziemią, w którym zapach ludzkiego ciała,

okruchy dobra i zła, popiół modlitw.

* * *

1 Aktor

2 Musulman (niem.) – bliscy śmierci, obojętni na wszystko więźniowie kiwali się jak muzułmanie podczas modłów. Według innej interpretacji określenie przywieźli komuniści więzieni wcześniej w łagrach sowieckich, gdzie muzułmanie z południowych republik umierali najprędzej.

Junosz / INSCENIZACJA

nic nie jest takie jak wydaje się oczom

życie śmierć nawet

zmieniają się po śmierci rosną im włosy i pazury

nawet język spuchnięty w ustach

nabiera innej wymowy

pomiędzy blokami

szary dąb

i my

obracając się w tańcu ciosami zdrewniałych rąk

za chwilę dobijemy więźnia płaczącego aktora

klęcząc zasłania sobie

nie głowę ale twarz właściwie tylko oczy

jego śmierć zbyt krzykliwa

przemieniła się już po minucie wypiękniała

kiedy na pierwszym planie

on konał pod uderzeniami

w głębi sceny za niewidzialną

kurtyną jego krzyku skomlenia milczenia,

spiskowcy wpełzali do samochodu by uciec

śmierć księdza józefa za wiarę

też zapewne miała odwrócić

uwagę nas żywych od czegoś innego straszniejszego

tam w głębi za zasłoną modlitw

co ukryje przede mną przed wami

moja śmierć

Dr. Hans Schmidt – notatki o sztuce

... najdoskonalszy spektakl wieku odegrano pod dębem Goethego: wybuch granatu ... lecz napięcie nie słabnie ......... więźniowie improwizują scenę samosądu nad zamachowcem, grają przekonująco, on też: słowem, ciałem, nawet odchodami ...... na wzgórzu pod Weimarem narodził się nowy rodzaj sztuki (nie pytam, czy się przyjmie, tylko kiedy) – sztuki z prawdziwą krwią ............ SS-mani, miast ogłosić alarm, gapili się na tego aktora, rechotali, klaskali – a za ich plecami .................. trop uciekinierów prowadzi do nikąd – porucznik „Szary”1 nie istnieje ............... komendant wyje, bo uciekli jego autem, przebrani w mundury SS .................. i to pierwsza pointa. Druga pointa: więźniowie zabili jedynego świadka, który mógł zdradzić, skąd w obozie ......... granat ......... zamachowiec rzucał go między siebie i Straussa ............ ale zamiast dwóch śmierci – dwóch śmiertelnie rannych! ......... jeszcze można go było przesłuchać – nie bijąc, obiecując morfinę ............... oni dali mu piękną śmierć. I teraz trzecia pointa: stary aktor odgrywał płacz, potrząsał ramionami – ale zasłaniał twarz, by nikt nie widział uśmiechu.

* * *

1 Bohaterem Buchenwaldu był porucznik Jankowiak, który odważył się na ucieczkę przebrany w mundur SS. Tutaj szczegóły wzorowane są na historii czterech więźniów z Oświęcimia, którzy w Zielone Świątki – 20 czerwca 1942 roku uciekli autem szefa gospodarczego Hauptsturmführera Kreuzmanna (a według innej wersji – samego komendanta Hössa).

FRIEDRICH GOETH

PASTOR

ZGINĄŁ ZAMORDOWANY 11.4.1955

Rzadko wspominam dni tamte, o konturach zbyt ostrych,

jakby nie w świetle, lecz w metalu ryte,

usta zachłystujące się zgęstniałym czasem,

który z innego świata napłynął między nasze ręce, stoły, kwiaty,

zmieniając w popiół, co podłe,

niezdolne do innego, mocniejszego rodzaju istnienia.

Czas próby. Rośliny strzelały w górę,

pęczniały brzuchy kobiet, ulice wirowały w sztandarach,

matka wybierała na śmierć jedno, najsłabsze z dzieci,

syn pisał raport na ojca, wiedząc, że on, młody,

więcej przecież jest wart.

Czas próby. To, co kiedyś nazwą zbrodnią,

było aktem wiary: śmierć jest

jak ziemia albo powietrze.

Śmierć nie wymaga uzasadnień.

To życie,

życie musi się usprawiedliwić, kiedy rodzi się przyszłość,

z łodyg buchają kwiaty, eksplodują gwiazdy, pęka przestrzeń

i z ciemności napływa czas gęsty i ostry jak metal.

Czas próby. Czas, który będzie powracał jak przypływ

coraz wyższymi falami…

Blokowy RYBKA1

Ech, wy, inteligenci, pogrzebcie mnie twarzą

do dołu. Na nagrobku, że byłem blokowym.

Byłem dobrym blokowym: po żarcie kazałem

klęczeć jak za komunią – wtedy się nie gryźli

i nikt przy kotle nawet nie wylewał zupy – –

(a to wtedy oznaczało śmierć).

Po pracy kapucyni, a i profesorzy,

wszyscy żwawo ścigali się w robieniu żabek,

tajny radca miał niezłe wyniki w dupaka,

i nikt nie zwieszał mordy by filozofować – –

(to wtedy oznaczało śmierć).

Biłem. Bo tak się uczy psie i ludzkie dzieci

życia. Kijem w obojczyk – to najlepszy sposób

– w innym razie przegada cię taki profesor

i z dumą na obliczu – podrepcze do gazu

ze swą racją po pierwsze, po drugie, po trzecie…

Biłem – i ciągle żyli. Na najsłabszym bloku

pełnym księży, pedałów i saksofonistów,

cały obóz się dziwił, szeptano, że u nas

skądś pojawił się Chrystus – co kogo ubiją,

pójdzie po śmierć na druty, skoczy do latryny,

Chrystus go zaraz wskrzesi, czasem i umyje…

Przeżył Zaczyk – muzułman, Smirnow – komunista,

profesor od polskiego z brzuchem pełnym wierszy –

(więc wiersze też przeżyły); mógłby żyć i Czernik

cały blok go ukrywał, nie wyglądał jak Żyd,

rankiem ale znaleźli go z pokorą w ślepiach

i z gardłem na czerwono podciętym tak zmyślnie

jakby miał drugą gębę śmiejącą się strasznie

tak od ucha do ucha – jeden Bóg wie z czego…

* * *

1 Możliwe, iż pierwowzorem był jeden z najstarszych więźniów (nr 505) zesłany do Auschwitz pierwszym, tzw. „tarnowskim” transportem – 14 czerwca 1940 roku. Możliwe jest też inne źródło i wiersza, i postaci.

WŁADEK – STUDENT

LEGENDA

Profesor od przeszłości, Olejniczak, kazał nam zawsze robić mapy: Grecji, Iliady z Odyseją i burzą, oczu Kirke, wierszy Mickiewicza, Trzech Powstań. Gdyby nas losy rzuciły – mapa może się przydać.

Rysuję mapę.

1. Konzentrationslager Weimar-Buchenwald, jak nazwa wskazuje, rozciąga się między Weimarem a – dziwnie błękitnym dziś – niebem. Na zboczu góry Ettersberg. Od południa, od strony miasta droga. Droga krwi. (Po niemiecku BLUTSTRASSE).

2. Na prawo od drogi krzyki ludzi i żelazne hale Gustloff-Werke, na lewo administracja, osiedle SS, garaże. Z esesmańskich warsztatów harcerze Wiktor i Wilczek kradną broń, granaty, amunicję. Donat, też zresztą harcerz, przewozi ją do obozu w kotle z resztkami żarcia. (Świniarnia jest na drugim końcu mapy. 24 sierpnia 1944 będzie nalot. Wszystkie kierunki stracą ważność).

3. Droga prowadzi dalej. Po lewej, ale daleko, niewidoczne dla oczu – kamieniołomy. Na dnie – więzień przezywany Judaszem. Jeszcze żyje, porusza długimi, owadzimi nogami.

4. Znów droga i wreszcie – jakby siedziała zmęczona – brama główna. Haupttor. Od zewnątrz napis znany, oficjalny: JEDEM DAS SEINE1, od wewnątrz nieoficjalny: Bóg umarł. (Nietzsche). Niby kredą, ale nie da się zetrzeć. Może dlatego, że napisy muszą się nawzajem tłumaczyć.

5. Do bramy niby skrzydła – bloki komendantury i aresztu. Szare, brudne – ale śmierć jest tu właśnie taka. 20 bunkrów. W szarej ścianie wydrapany krzyż. Jego twórca kona dłużej i bez nadziei.

6. Za bramą plac apelowy z szubienicą. Wisielców nie ma. Wiszą na dębie Goethego, koło pralni. Poza tym jakieś zakłady, trupiarnia, kantyna, krematorium. – Akurat kogoś palą: może kobietę podobną do Marii, może mężczyznę podobnego do Chrystusa. Może jest to coś więcej niż podobieństwo.

7. I bloki. 68 bloków aż do północnego krańca mapy. Za kartoflarnią, na kupie żwiru ksiądz. Obok krzyżyk, którego nie chciał podeptać. Czy ktoś odważy się go podnieść?

8. Bryczka – więźniowie wiozą Karolka – Dziecko Obozu. Słońce i śmiech, jakiego nikt nie słyszał od lat, od stuleci. Za chwilę stanie przed nimi esesman Schmidt. Wściekły, bo nie dostał urlopu. Bryczki nie ma już co rysować. Co z Dzieckiem?

9. We wschodniej części mapy zakłady DAW i druty. A za drutami park i zamek Ettersburg, i bal. Królową balu chce być piękna Kommandeuse2 Ilza – żona ekskomendanta Karla Kocha. Jest sama (mąż pracuje), właśnie zapala lampkę. Przez ścianę przepływają złote baśniowe drzewa, złote wybrzeża, skrzydlate ryby. Ilse chyba będzie pisać list.

10. Na północnym wschodzie – ogrody i polskie więźniarki. Poranne światło kaleczy ich twarze. Jedna chyba umiera. Ktoś woła.

11. Klatka 5x6x3 metry wysokości. Drut kolczasty. Kona w niej 123 więźniów z Bydgoszczy. Skonali. Nie ma ich, ale nie ma też ich śmierci. Uprzątnięto.

12. Przy zachodniej granicy, od północy: świniarnia, psiarnia, kurniczarnia, ujeżdżalnia, gdzie nikogo nie ujeżdżają, a tylko rozstrzeliwują. W tej chwili polskich jeńców – oficerów, ale jednocześnie i Rosjan, i Żydów. I jednocześnie kamienna sala jest pusta, ale tak, jak po wyniesieniu z niej ciał. I tak zostanie.

13. Czas nie płynie. Czas wypłynął jak krew. Wieczność.

14. Szpital zwany Rewirem. Esesmani boją się wejść na zakaźny, gdzie oddycha się śmiercią. Tutaj pracuje doktor, który nie jest doktorem. Francuzi, którzy nie są już Francuzami, modlą się do Wszechmogącego, który nie jest Wszechmogący. Tylko śmierć jest prawdziwa, lecz i jej nie ma.

15. Śmierć jest na mapie.

16. Każdy znak ją identyfikuje i neguje. Mapa gotowa. Profesor od przeszłości odszedł w przeszłość, ja też wkrótce odejdę. Ale mapa zostanie. Dowód, że oprócz światów przyrody i psychiki istnieje jeszcze świat trzeci. Świat dobra, piękna i obłoków. Świat mapy. I ta mapa w końcu się przyda. Jeżeli obóz ocaleje, pozwoli wam go zwiedzać, jeśli nie – pozwoli odbudować. Krematorium (znów palą kogoś podobnego), kamieniołom (nogi jeszcze się ruszają), nawet kupę żwiru z tym księdzem. Pamiętajcie zwłaszcza o dębie.

* * *

1 Napis na bramie KL Buchenwald-Weimar, niemieckie tłumaczenie łacińskiej frazy Suum cuique (Każdemu to, co mu się należy). Autorem projektu był jeden z więźniów, architekt Franz Ehrlich. W obozie jest więcej jego dzieł, m.in. kwatera komendanta, meble czy minizoo. W roku 1941 Ehrlich został za zasługi został zwolniony z obozu, ale nie zaprzestał projektowania obozów zagłady (m.in. dla KL Sachsenhausen). Po wojnie zaangażował się w odbudowę Drezna.

2 Komendantka – tak zwracano się do Ilse Koch, żony komendanta KL Weimar-Buchenwald. Wariant I: opiekuńcza dusza, II – ciepła i milusia. Wariant III: Pan Komendant (…) Komendatka.

Franz Ehrlich, Brama KL Weimar-Buchenwald

I

ZWIASTOWANIE

(Kinderaktion)

Ojcze

dlaczego mnie opuścisz

Ostatnie cuda • Maria Greczynka i Stary Jehowa • Prawa wielkich liczb – sobowtóry • Kinderaktion • Ewangelie • Dziecko i dzieci w obozie • Ksiądz Mieczysław – miniaturzysta • Wspomnienie o niespełnionych wakacjach • Dziennik komendanta Kocha • Bytomiacy • Początek i złoty wiek Buchenwaldu • Rycerze nadpowietrznej walki

UNBEKANNT

Bibelforscher1

Ci, co dziwią się naszym czasom,

niechaj sięgną po Księgę, którą zbyt prędko wzgardzili.

Tam wyjaśnione jest wszystko.

Gdy więc przeczytają dzień po dniu,

gwiazda po gwieździe Genezis – –

Gdy odtworzą partyturę trąb

Sądu Ostatecznego (zaklinam:

niech nie grają tego nawet żartem!) – –

Gdy wczytają się w Księgi Proroków

będące dziwnie dokładnym

sprawozdaniem z przyszłości –

pojmą prawdę:

Ten Bóg

(który ma więcej wieków niż my lat)

też nie jest nieśmiertelny. Wie o tym

i

jeszcze

w ostatniej chwili

pragnie coś uczynić – niestety

mylą mu się już cuda i modlitwy.

Kalekom

zamiast nóg odrastają ręce trzecie, a nawet czwarte – –

Ślepcy

dostają w darze skrzydła i mapy zaświatów – –

Anioł niosący zwiastowanie

bezradnie krąży nad barakami obozu,

z których więźniowie wywlekają setki ciał młodych kobiet…

ECHT DOPPELGAENGER2

nie ma metafizyki jest tylko statystyka,

prawa wielkich liczb bez księgi praw bez rąk

boga

podtrzymujących księgę

jeśli ludność jakiegoś kraju nawet kamienistego jak góry turyngii

przekroczy liczbę mieszkańców biblijnej judei

w populacji tej może powinien

zjawić się co najmniej jeden mesjasz

z mniejszym jednak prawdo-podobieństwem

matka jego będzie miała imię maria

i wielkie greckie oczy jak chcą malarze ikon

współczynnik warunków lokalnych

czyni śmierć tegoż mesjasza prawie pewną

tuż po urodzeniu

potem możliwość ta spada nader zachęcająco

nawet 51 procent co oznacza

że może lecz nie musi zginąć jako muzułman

i może lecz nie musi przeżyć jako kapo czy świadek jehowy

nie ma metafizyki jest tylko statystyka

więc jeśli na miliard wydarzeń

nieodwracalnych jak śmierć

trafi się jedno odwracalne

świat pozostanie taki sam konieczność

mówi czasem językiem przypadków czasem

jak na filmie pędzącym wstecz

na pozór cofa swe obrazy aby

od zmartwychwstania czyli ożywienia śmierci

dojść do chwili gdy mesjasz i tak opuszcza ludzkość

inną bramą nicości bramą cudownych narodzin

nie ma metafizyki jest tylko statystyka

po każdym zmartwychwstaniu mówią wielkie liczby

wzrasta szansa następnych początkowo prawie równa zeru

po każdej śmierci wzrasta szansa

na następną

nie oznacza to nadania sensu dziejom

może przyspieszenie ich biegu

STARY JEHOWA

UMARŁ JUŻ STARY JEHOWA HANDLARZ MYDŁEM

ALE NIE ROZPACZAJCIE WIERNI PRZYJACIELE

WKRÓTCE ZNÓW ZOBACZYCIE GO W JEGO SKLEPIKU

W RÓŻOWYM OPAKOWANIU

Marie die Griechin3

Stojąc nago przed barakami

myślałyśmy o białych wybrzeżach

naszych wysp miasteczek i wsi

z których każda jest przecież Itaką

O zimorodkach które o tej porze roku

kołyszą się tuż nad wodą

O tańcach i dziewczęcych niespełnionych wróżbach

Szary obłok

jak anioł przerażony słowami zwiastowania

ze skowytem odlatuje znad obozu

Zaczynamy wróżyć jeszcze raz

z lotu ptaka

z dymu krematorium

z wątroby rozdętej bólem

ile jeszcze ile jeszcze dni

Am Anfang4:

Kinderaktion. 12 August 1940. Wyłapywanie dzieci umykających przez krwawiące ulice Warszawy i tylu innych miast. Kinderaktion. Wagony nabrzmiałe skowytem, wapienne okna krzyczące ludzkimi głosikami: Mamo, tato, czemuście mnie opuścili. Kinderaktion. Sztywne ciałka ułożone w stosy jak okaleczone lalki, dym, który zmienia w noc każdą porę dnia. Kinderaktion. Nad obozem, nad światem krwawo płonąca gwiazda, ogromna gwiazda, od której zaczniemy liczyć lata nowej ery. Nie od cudu narodzin, od Dzieciobójstwa. Cud Dzieciobójstwa przeciw cudowi Narodzin.

STANISŁAW OLEJNICZAK

NAUCZYCIEL GREKI, ŁACINY I HISTORII

W GIMNAZJUM POLSKIM W BYTOMIU

Z zagubionych notatek Herodota

wiemy, że Filippides Grek,

który biegł spod Maratonu,

umarł godzinę wcześniej,

nim zdołał dotrzeć do Aten.

Biegł jednak nadal,

by wypełnić posłannictwo,

mimo śmierci wykrzywił twarz w uśmiechu,

mimo śmierci krzyknął Zwycięstwo! –

i dopiero upadł na ziemię.

Poeta, który wyszedł z lagru

ze śmiertelnym zastrzykiem w sercu,

idzie do was,

nikt nie wie,

że też jest martwy.

Minął ognistą bramę z napisem JEDEM DAS SEINE.

Wie, że musi powiedzieć,

ale przecież nie widział zwycięzców,

on widział tylko martwych.

Wie, że musi powiedzieć,

wszedł na ulicę prowadzącą do miasta,

do każdego miasta.

Wie, że musi powiedzieć,

wszedł na schody twojego domu.

Ewangelia na dzień dzisiejszy: ............... trzy dni i trzy noce pociąg z dziećmi z Warszawy błądził żelaznymi drogami, nim skamieniał u stóp Ettersbergu ...................................................... te, którym udało się przeżyć, ze skomleniem rozbiegły się wśród bloków, wcisnęły w szpary ścian, przybrały barwę kamyków ... Ewangelia na dzień ..................... i wtedy zaczęto słyszeć te szepty o Dziecku, o Chrystusie, który nawiedził Weimar-Buchenwald. Widziano Go w rewirze, w kamieniołomach, wszędzie, wszędzie – z wyjątkiem bunkra śmierci ............... Ewangelia .................. Część dzieci wysłaliśmy do Natzweiler, część do obozu w Ravensbrück. Jeśli zniszczy się odpowiednio liczną grupę – będzie w niej płaczący Chrystusik i moczący pieluchy Jan Chrzciciel i dwunastu różowiutkich apostołów ............ będzie grono przyszłych kapłanów, oficerów, uczonych gaworzących już o przyszłych zwycięstwach i wynalazkach. Szepty o Dziecku zamilkną jak wszystko – nawet płacz.

Anna NN

Wyobraź sobie:

W zamyśleniu otwierasz drzwi,

Jak do drugiego pokoju:

Długi, szary korytarz.

Czerwony krzyż na drzwiach.

Dwie więźniarki jak żołnierze na warcie.

Kubeł z zielonkawą wodą.

A jednak jest to izba porodowa.

Jednak i tu w obozie

Dzieci przychodzą na świat.

Czarnowłosa kobieta, która właśnie urodziła,

Jeszcze dyszy jak zwierzę.

Akuszerka przecina pępowinę.

Podaje dziecko więźniarkom.

Więźniarki topią je w kuble.

Brat Mieczysław

Malarz słonecznych miniatur

Ranki słoneczne jak z dziecinnych rysunków

Ptaki przelotne inicjały Boga –

Apokryfy mówiły prawdę:

Na białej pustyni żwirowiska

wyrosły nocą kępki traw, małe oazy

Słychać – po raz pierwszy – śmiech dzieci.

Najmłodszy z chłopców

lepi gliniane ptaki, chyba wróble.

Nagle jakby spoza rysunku

nadbiega esesman

Ptaki ulatują nad druty i dzieci ulatują jak ptaki.

Rysunek drugi: kamieniołom wyszarpany w zboczu góry

wzbiera ludzkim krzykiem jak rana.

Skalna ściana wali się na więźniów –

Nieruchomieje

tuż przed skamieniałymi oczyma vorarbeitra.

Powstrzymuje ją ten mały chłopiec –

Nie wiadomo, skąd się zjawił, gdzie zniknął.

Na skale został odcisk jego rączki.

Rysunek trzeci: obok ścieżki jak zeschnięty krzew

dogorywa stary rabin z Tarnowa.

Twarz, oczy w płomieniach wrzodów,

palce od nóg, od rąk

odłączone, jak wijące się robaki…

Nasz chłopiec jakby się bawił:

przysypuje ziemią twarz, palce i całe ciało –

Znika, nim chory zbudzi się z gorączki.

Rabin nie będzie wiedział, kto go wskrzesił…

Ale my, rzemieślnicy z Bożej Łaski,

którzy znamy nie tylko Ewangelie,

lecz i tajemne krajobrazy Apokryfów –

Nie mamy wątpliwości.

Boimy się tylko,

jaki będzie ostatni z rysunków:

już ktoś doniósł, że w lagrze

jest jeden więzień więcej – –

już go szukają…

NN lat 6

MAMUSIU

JA PRZECIEŻ BYŁEM GRZECZNY

CIEMNO

CIEMNO5

WILHELM LENZ6

Właściwie nie wiadomo, skąd

zjawił się w obozie ten dzieciak.

Mówiono, że złapano go jak psiaka

podczas akcji dziecięcej w Warszawie

Mówiono, że znalazło go trzech więźniów

chyba w grudniu, w obozowej stajni.

(Ojca nikt nie znał – dziewczyna, może Greczynka,

poszła do nieba podczas lekarskich doświadczeń).

Głupcy, myśleli naiwnie

że nic nie wiem! –

Już trzeciego dnia

doniósł mi o dziecku któryś kapuś

nie pamiętam – Czernik czy Knittel.

Ratowali dzieciaka wszyscy:

polski lekarz, potem muzyk,

nawet ksiądz

wygrzebywał mu gniazdo w swym sienniku –

Wiedziałem wszystko, wszystko

z wyjątkiem jednego: czemu

nie kazałem zlikwidować tego dziecka…

Będą mówić, że bałem się polskich spiskowców.

Będą mówić, że chciałem mieć dobry uczynek,

by wyhandlować życie,

gdy nadjadą alianckie czołgi.

To będzie tylko część prawdy

ta nieważna, łatwa do pojęcia.

Andrzej z Warszawy

lat 16

czy przyszła tutaj

żona za mężem

albo on za nią

dobrowolnie

nikt z ludzi

choćby nie wiem jak

wierzył w miłość niebo

i nagrodę w niebie

tylko raz

ten pies żółtawy kundel

setki kilometrów

za swym panem

zagryzając usta patrzyliśmy

jak właściciel

chciał odpędzić psa od drutów

durne zwierzę nie rozumiało

pan

płakał i rzucał w niego kamieniami

kundel uciekał i wracał

mniejsze kamienie aportował

w końcu nie wytrzymało

psie serce

z radosnym ujadaniem

frunął do nas

na druty

czy u wejścia niebios

nie będzie budy

choćby kawałka derki

dla psa

czy przywiążą go

łańcuchem do tej budy

jeżeli jego pan

obozowy kapo

zostanie odwieziony

w najdalsze kręgi piekieł

Doktor Polak

Egzamin na Kursy Medyczne, przed laty.

– Jakbym słyszał szum skrzydeł – pisałem,

że kiedyś pomogę Bogu,

że wynajdę dla Niego szczepionki, pokonam

czarną śmierć, wobec której jest bezradny.

Jak modlitwę szeptałem słowa przysięgi Hipokratesa.

Lato zamiast w Pucku nad morzem,

które tam ma kolor bursztynu,

spędziliśmy z Hanką w szpitalu,

chodząc dokoła chorych…

W obozie butelki z wodą, papierowe bandaże

– to już wszystkie lekarstwa.

Jeszcze: dotyk ręki –

tym musisz ich uzdrowić.

Jeden z konających

pokazał mi rzecz najcenniejszą,

nie, nie Biblię księdza Józefa

– kartki!

Na nich setki numerów

czasem nazwisko, czasem parę słów:

Chłopiec, którego ukrywano

w obozowej stajni, pośród zwierząt,

nie wytrzymał,

rzucił się na druty jak psiak.

Zastrzykami z fenolu zabito

oficerów przywiezionych z Oświęcimia,

zapisano: zmarli na serce.

Na kartkach wrzucanych w ziemię

w butelkach – jak czynią rozbitkowie –

dopisuję

kolejne nazwisko, prawdziwą przyczynę śmierci.

Kiedy nadejdzie czas,

ktoś dopisze moje nazwisko.

Dr. Hans Schmidt

notatka o spotkaniu z byłym lagerkommandantem Kochem

......... ogromny plac ...... i wiatr ...... na drucie, którego koniec ginie w niebie, kołysze się żarówka ............ przede mną nagle ......... dawny komendant Koch – żelazny hełm, ogromne motocyklowe okulary – Musisz odnaleźć mój dziennik! – dyszy mi prosto w twarz. Wionie od niego czymś trupim ......... Dziennik Kocha ukryty jest w biurku, .........teraz należy do nowego komendanta Pistera ............ Koch nie chce, żebym go wykradł, chce, żebym dalej pisał ......... Bogowie opuścili las Ettersberg. Rzeszą rządzą zdrajcy i ludzie słabi ......... SS-mani zapadają na tyfus, piją wódkę, popełniają samobójstwa ............ on sam słyszy co noc jakieś głosy, ale nikt mu nie wierzy ............ trzeba rozbijać ściany, zrywać podłogi ......... Götterdämmerung7 powtórzył trzy razy i odszedł ...... Stałem ... skamieniały. Z ciemności wypływały drewniane baraki – okręty wiozące chorych i umierających ............ nikt nie wykrzyknie: Ziemia!

JÓZEF KWIETNIEWSKI | 1903

PIERWSZY NACZELNIK ZHP W NIEMCZECH

SEKRETARZ GIMNAZJUM POLSKIEGO W BYTOMIU

WYKŁADOWCA UNIWERSYTETU LUDOWEGO

Padnij!

– i esesmani skaczą po naszych ciałach.

Powstań!

– kilku więźniów nie podniosło się z błota.

Na bramie obozu

ktoś napisał: Bóg umarł.

Powinien dopisać,

że Abel też marnie skończył.

Z bogów Starego Testamentu

pozostał tylko Kain

nieśmiertelny

Bóg naszego stulecia.

Padnij,

esesmani skaczą po naszych ciałach.

Powstań,

kilku więźniów znów się nie podniosło.

Padnij.

Powstań.

Padnij.

Powstań.

STANISŁAW WEBER

REDAKTOR „BIAŁEGO ORŁA”

KIEROWNIK SPÓŁKI WYDAWNICZEJ „KATOLIK”

PREZES „BURSY POLSKIEJ”

WYKŁADOWCA UNIWERSYTETU LUDOWEGO

WIĘZIEŃ BUCHENWALDU

Najlepsi uczniowie Goethego –

policjanci z tytułami doktorów filozofii –

w lot docenili naszą pracę:

pojęli, że tacy jak ja

dziennikarze, nauczyciele, księża

nad kamienistą ziemią

wznosimy niewidzialne dla nich, niezniszczalne

domy, katedry, całe miasta.

Z najmniejszych ziarenek świata

– drukarskich czcionek –

w odświętnym języku ojców

budzi się Śląsk –

Nad hałdami wzrastają sady, których drzewa

pełne zarazem kwiatów i owoców

sadził Jan z Czarnolasu,

konwalie u ich stóp –

mała córka poety

Śląsk. Gdzie Jezusa nie dosięga

śmierć ani wniebowzięcie

– wraca z grobu cichymi ścieżkami modlitw,

czasem siada przy drodze,

zafrasowany mówi o miłości

do sąsiadów, do kraju, który

jak obłok nad kamienistą ziemią,

jak dłonie darzące wodą i światłem.

Oni, najlepsi uczniowie Goethego, pojęli to wszystko –

zaczęli palić nasze książki,

teraz spiesznie naprawiają swój błąd:

palą nas.

Heinz Strauss

W czasach dzieciństwa ludzkości, dzieciństwa zła,

o, wtedy wystarczyły jęki jednej ofiary, Galilejczyka,

miarka krwi cieknącej spod gwoździ i najbardziej bolesny

cichy charkot: Ojcze,

Ojcze czemu mnie opuściłeś.

Łza Boga

wstrząsnęła, oczyściła ziemię.

Po dwóch blisko tysiącach lat

dwóch tysiącach lat krzywdy i płaczu

śmierć jednego sprawiedliwego nie wystarczy.

Wszyscy, wszyscy jesteśmy winni:

zbrodniarz i matka zbrodniarza, i przyjaciel

i dziecko spożywające owoc zbrodni.

Gdy przyjdzie po nas Syn Boży,

wyprowadzi z uczty życia, z kręgu tańca,

nie pytajmy, czy na krwawą ofiarę,

czy może

wyprowadza nas z murów przeklętego domu, z warowni zła,

która zaraz osunie się w otchłań.

Stąpajmy, nie zostawiając śladów. Tak czy tak,

wszystkim zostanie okazana sprawiedliwość,

niektórym jeszcze łaska.

Pieśń o Złotym Wieku

z notatnika komendanta Kocha:

........................ brudny świt 1937. Pod dębem Goethego pierwszy apel: 149 szarych ciał, szare twarze złodziei i bandytów. Potem zwożono Polaków, Żydów, klechów, ludzi zbędnych i podłych. Takimi stworzył ich Bóg. Kalekami. My stworzyliśmy ich na nowo. Zrobiliśmy z nich krawców, stolarzy, kamieniarzy... Kalekie ręce odzyskały sprawność połączone w jeden organizm z innymi kalekimi rękami. Więźniowie pozbawieni nóg wyplatali wiklinowe kosze, ci bez rąk – nogami toczyli pniaki drzew8. Zmieniliśmy zło w dobro. Jeszcze nie wszyscy pojmują, czym jest Weimar-Buchenwald! Kim są kapłani i słudzy naszych fabryk. My – Niemcy – cofnęliśmy czas w Złoty Wiek budowniczych piramid. W znak słońca. Pociągi pod żaglami stalowych obłoków przywożą niewolników ze wszystkich stron świata – lecz nie wracają próżne. Wywożą na pokładach drzewo świętych lasów, dzieła sztuki i mączkę kostną, worki włosów i cudowną broń – Wunderwaffe. Nikt nas nie może pokonać – bo nikt odważy się zawrócić czasu.

ANTONI JÓZEFCZAK

1882

NAUCZYCIEL, KIEROWNIK BURSY POLSKIEJ W BYTOMIU

Byłem żołnierzem nadpowietrznej walki, która się o narodowość naszą toczy

Słowacki

MIŁOSZ SOŁTYS9

pielęgniarz

Nie to że brudziliśmy się krwią

najbardziej przerażało

to

że wysychała

tak szybko

jakby jej nigdy nie było

* * *

1 Nieznany Badacz Pisma Świętego

2 Prawdziwy sobowtór

3 Maria Greczynka

4 Początek

5 Ostatnie słowa dziecka zamykanego w komorze gazowej – według wspomnień Rudolfa Redera Bełżec (Kraków 1946, s. 63). Wspominając krzyk dzieci, autor, członek zbrodniczej przecież „obsługi” krematorium, komentował: „Szarpało się w nas serce na strzępy. A później znowu przestawaliśmy czuć”.

6 Jednym z pierwowzorów był niemiecki blokowy Wilhelm Lenz, który zyskał w obozie wdzięczny przydomek „opiekuna” polskiego bloku 51.

7 Zmierzch bogów

8 Szczegół o zapracowywaniu „kadłubów” wzięty z opisu łagrów sowieckich w obwodzie magadańskim (Władysław Anders, Bez ostatniego rozdziału, Gdynia 1992, s. 102).

9 Urodził się 27 września 1895 roku w Opolu, zmarł 30 marca 1945 w Buchenwaldzie. Harcerz, ochotnik I Brygady. Bohater walk pod Łowczówkiem (ciężko ranny), pod Konarami i nad Stochodem. Komendant ochrony Polskiego Komisariatu Plebiscytowego w hotelu Lomnitz (odparł dwa niemieckie ataki). Pierwszy komendant harcerstwa polskiego na Śląsku, redaktor „Harcerza Śląskiego”. Dowódca batalionu w walkach o Górę św. Anny. Pierwszy dyrektor Gimnazjum Polskiego w Bytomiu (niezatwierdzony przez władze niemieckie). Odznaczony Krzyżem Niepodległości i Krzyżem na Śląskiej Wstędze Wierności i Zasługi. Twórca konspiracyjnej „Silesii” (AK), skupiającej byłych powstańców śląskich. Wydawca gazetki „Polska Żyje”, oficer kontrwywiadu AK na Lubelszczyźnie.

Jerzy Potrzebowski, Układanie do snu

II

ROMEO, JULIA I POPIÓŁ

Jestem pewien

że to Ty idziesz za mną

Czas ballad • Miłości obozowe i inne: Maria, Chris, Andrzej i Meier • Powrót „Szarego” • Nowy Werter, czyli Hauptsturmführer i pastorowa • Plan Kohouta • Weimar z lotu ptaka • Dimko – śmierć Marii Greczynki i taniec żywego więźnia • Kilka uwag o sztuce XX w. (Pound, dr. Schmidt, Junosz) • Modlitwa Ali • Zimowa przygoda inż. Damazyna • Radiostacja • Co powiedział Maurer • Wszystko jest poezją • Hanka

BALLADA ALDA

Są dwie siostry: Nadzieja i Śmierć.

Obie piękne, obie szalone;

Śmierć ma oczy ciemne jak śmierć –

Nadzieja ma oczy zielone.

I wędrują przez świat siostry dwie,

Nie wstrzymają ich granice ani morza,

Przejdą wszędzie: Nadzieja i Śmierć

Przez okopy, przez druty obozów…

I ty także kiedyś spotkasz je,

Tobie także kiedyś drogę przetną – –

Obie piękne: Nadzieja i Śmierć

Ale wybrać możesz tylko jedną.

Jestem starsza i mądrzejsza – kusi Śmierć,

Znam pieszczoty bardziej wyszukane…

Choć na chwilę, choć na próbę wybierz mnie –

A na zawsze już ze mną zostaniesz.

Na to młodsza, Nadzieja, w śmiech:

Ja nie będę już mądrzejsza ani starsza,

Ani wierna ci nie będę też

Ale w ciężkich chwilach będę wracać!

Są dwie siostry: Nadzieja i Śmierć

Raz za tobą, raz przed tobą biegną,

Można kochać obie naraz – ale żyć,

żyć

można tylko z jedną…

Dr. Hans Schmidt

fragment listu do Irmin

......... naszej ścieżki od dawna nie ma, Irmin. Poszerzono ją, wybrukowano rękami więźniów (przepraszam, lecz to znaczący błąd) – może dlatego nazywają ją Blutstrasse – droga krwi ... nad nią rosną, wciąż rosną, żelazne hale Gustloff-Werke ... świątynie śmierci ...... Jeszcze nie wszyscy je widzą i ja ......... przymykam oczy – przez metalowe ściany widzę wiosenne zbocza Ettersbergu ... i nas idących pośród fioletowych bzów ...... Irmin ............ słońce – jakby dzieci biegły ze śmiechem po uliczkach Weimaru ... wciąż czuję na twarzy promienie – palce aniołów, mówiłaś ... cicha muzyka witraży ............ cudzy ślub, ksiądz, podpowiadający nie nam słowa przysięgi ........................ ukryci za filarem powtarzaliśmy je cicho, tak cicho ................................. żeby słyszał nas tylko Bóg.

Doktor Polak

Noc kaszle, spluwa na niebo kropelkami białawej flegmy.

Zamiast raportu dla szefa tego szpitala

piszę – nie wiem – chyba dla Boga.

Poniedziałek. Bibelforscher zwany Hiobem, badacz Pisma

– kilka dni leżał w gnoju i modlitwie –

wstał nagle, obmył się wodą,

na piersiach – trochę niezgrabnie – zaczął pisać swój numer –

nikt nie myślał, że właśnie umiera.

We wtorek – idąc po jakieś butelki, bandaże,

widziałem Hankę – na wzgórzu, w martwym ogrodzie SS

próbowała zapalać kwiaty – jakby lampki nagrobne, od świtu.

Ale – Boże – nie jestem pewien –

gdy krzyknąłem jej imię – milczała, jakby nie do niej,

gdy krzyknąłem powtórnie – zasłoniła twarz.

W środę pognali wszystkich do palenia zwłok –

krematorium już nie nadąża, palą w dołach.

Czasem leichenträgerzy przynoszą nie całkiem umarłych,

czasem kapo dobija ich pałką, czasem nie.

Lager. Właściwie Durchgangslager. Świat.

Żywi bez imion.

Umarli bez ciał.

Cmentarzysko bez grobów.

Gdzież – jeżeli nie tutaj,

powinien zjawić się Bóg?!

Kohout

Weimar-Buchenwald

Władca Indii

kazał wyryć na swoim grobowcu,

że wygrał dziesięć wojen,

podbił cztery królestwa,

a szczęśliwy był tylko

ćwierć godziny swojego życia.

Byłem szczęśliwszy niźli władca Indii.

Co wieczora w dzieciństwie

modliłem się wraz z matką

o pogodę,

z równym przejęciem o deszcz.

Trzymając ojca za rękę,

przebiegałem komnaty pałacu na Hradczanach,

jak przebiega się z baśni w baśń…

Po latach,

już ze swym synkiem,

rysowałem kwiaty ogromne

na podłodze – żeby nikt nie ukradł…

Nawet tutaj, w trupiarni,

zbieraliśmy się, aby wspólnie

żuć chleb, słuchać wierszy

i raz

odważyłem się śpiewać wraz z innymi

balladę o nadziei,

chociaż nie miałem głosu

ani nie znałem języka.

Byłem szczęśliwy,

dziękuję ci, życie.

Dr Polak

listy w butelkach po lekarstwach

Noc. Chore bloki rzężą i pokasłują przez sen. Ja piszę.

Co ważne, a co nie,

ocenicie już wy, po latach

trzymając w ręku tę brudną butelkę z listami.

Czwartek. Gryps od Hanki. W nocy

ktoś mówił, że pod innym nazwiskiem

powrócił ten oficer,

ten, który uciekł autem komendanta.

Ukrywa się w obozie jako „Szary”.

Niewiele o nim wiem – poza tym,

że wymagało to odwagi,

jakiej ja mieć nie będę.

Piątek. Ojciec Jan, nasz dawny kapelan

znów uratował życie Czernikowi,

żuł chleb, ale nie łykał,

karmił go jak ptaki karmią młode!

Czernik odzyskał życie, lecz nie wierzy,

że to ksiądz, a nie Bóg mu pomógł…

Sobota. W nocy odszedł filozof – ten Czech,

co za wszystko dziękował, a w modlitwie

prosił niebo o śmierć powolną, z widokiem na Hradczany –

Umyślił złapać tyfus i potem

uciec ze szpitala – mniej pilnują…

Wykonał jednak tylko połowę planu:

w gorączce wypełzł jak wielki świerszcz za blok

i uparcie patrzył na południe,

może pięć może siedem minut –

zanim zamarzł z wytrzeszczonymi gałami.

Nie wierzę, by widział Boga.

Wierzę, że widział Hradczany.

Rzeczy bardziej niezwykłe pomijam.

Ktoś mógłby nie uwierzyć

i z urąganiem wrzucić tę butelkę znów w fale ziemi.

Nie mam, nie miałem złudzeń,

nasza śmierć, nasza odwaga czy podłość

nikogo niczego nie nauczą.

Dlatego kończę zwykłymi życzeniami:

oby nas pochowano w trumnach.

KAPO OLEG DIMKO | Leichenheizer1

1.6.1920 – 1.6.1945

Zmarł śmiercią samobójczą

Po pracy wszyscy mężczyźni wychodzili przed blok

i każdy – zanim dopaliło się słońce –

uparcie patrzył w stronę, gdzie stoi rodzinny dom,

uparcie patrzył w stronę, gdzie stoi rodzinny dom.

Mogłem skonać ze śmiechu: całe nasze komando

za dni parę, jednego po drugim, za parę dni

nasi następcy wepchną do tych samych pieców.

Po pracy staną pod tym samym blokiem

I będą patrzeć w stronę domów, w stronę pierwszych świateł w dali.

Więc piłem wódkę, słuchając, jak ciepło mi śpiewa w kiszkach,

razem z własnymi rękami pełzałem po ciałach więźniarek,

nawet po zimnym jak marmur brzuchu tej Greczynki…

Cóż, że inni patrzyli, ja też patrzyłem, do łez

wchodząc w jej ciało powoli, uważnie – by potem pamiętać.

Czasem wołałem Knittla, tego śpiewaka,

przez kwadratową szybkę

patrzyliśmy na ludzi

wspinających się po ścianach w stronę plamy światła,

dorośli po chudych rączkach, nóżkach dzieci,

jak po gałązkach –

– Nie dziwił się.

Nie dziwił się, gdy potem kazałem mu śpiewać i tańczyć kankana –

a ja nie dziwiłem się, że tańczył.

Którejś nocy czy dnia – na tym obłędnym apelu

za latryną znalazłem Czecha, który wypełzł, by zdechnąć na tyfus.

Nim rzuciłem go na jego miejsce – zatoczyłem rundę wokół dębu,

moje mięśnie wydychały ciepło, a ja biegłem jak triumfator,

biegłem wokół padających z zimna i śpiewałem:

Rascwietali jabłoni i hruszi…

Esesmani zaczęli klaskać i to mnie ocaliło.

Kiedy wyszedłem za druty,

życie było zbyt łatwe i zbyt oczywiste.

Anna NN

Gnałam co tchu.

Za późno.

Maria już wyszła z bloku.

Znów biegłam. Chyba coś krzyczałam.

Esesman Schmidt dał mi kartkę.

Ta kartka oznaczała życie.

Maria odepchnęła mnie ręką

Lewą, rozczapierzoną jak szpony.

Nie zostawię maleństwa – dyszała.

Pędziłam, krztusząc się każdym oddechem.

Schmidt krzyczał, lecz dał drugą kartkę. Dla dzieciaka,

Nawet mnie klepnął – żebym frunęła jak ptak.

Gdy dobiegłam – padłam na ziemię.

Rzygałam.

Drzwi komory były już zamknięte.

Dr. Hans Schmidt

SS-Hauptsturmführer

(fragmenty korespondencji Sen I)

...... zdjąłem obrączkę, którą on ci wkładał .........: nad twoim nagim ramieniem ............................................................... krzyż drewniany w hotelowym oknie ....................................... błogosławił nasze splecione ciała ......................................................... znów ........................................................................... sen: ......... pociąg staje, wysiadam tylko ja ............ nie ma peronu ... miasta ......... dom ......... okna puste, niektóre zasłonięte tekturą ......... obchodzę ...... dookoła – szukam drzwi ..................... za mną ............... kroki, bliskie, coraz bliższe ............................................. ............................................................... budzę się mokry Przyjedź! Tylko Ty możesz mnie wyleczyć. Pamiętaj ......... na polanie Ettersbergu ............................................................ wkładaliśmy sobie na palce żywe obrączki z trawy .................. to my jesteśmy mężem i żoną!

MARIA NN

Kochałam tylko ciebie, Chris, wszystko inne nie było ważne

i czułam, że to twoje, musiało być twoje –

niemożliwe,

by z takich pieszczot, pocałunków, z takich słów

miało się nic nie narodzić!

Dziecko miłości, która

zwyciężyła obóz i śmierć. Pisklę

o wielkich oczach i paznokciach

mniejszych niż płatki śniegu…

Czyż mogłam je zostawić

Musiałam iść z nim –

aż tam…

Ale kiedy wrzucili puszki z błękitnymi kryształkami gazu,

kiedy wszyscy zaczęli krzyczeć, drapać drzwi,

jakiś chłopiec płakał, że ciemno,

jakaś matka wyła, że widzi

twarz anioła czy nawet Boga –

ja wyszczerzałam oczy i myślałam o tobie.

Obrzękłe, poruszane śmiercią ciała

zataczały się w tańcu i kolejno

opadały na beton. Z nosów, z uszu

jak ze źródełek wypływała krew, coraz więcej czarnej, pieniącej się…

Ale ja, przyciskając swe pisklę, ja dziękowałam Stwórcy

że nawet tu, za drutami

dał nam tyle chwil szczęścia.

Narastał łopot skrzydeł, mrok pękał, widziałam

coraz wyraźniej twarz, nie, nie Boga,

widziałam twoją twarz,

czułam dotyk twych rąk.

Andrzej z Warszawy

lat 16

ja jeden cię kochałem

chociaż

nie miałem odwagi nawet

dotknąć twej ręki

mario

pamiętasz

wtedy

po porodzie

na margarynę i przylepkę chleba

powiedziałaś

pierwsze kwiaty tej wiosny

mario

listy do niego przeniosłem

tylko tę bułkę

zatrzymałem

by dać ci ją znowu

tobie była bardziej potrzebna

mario

czy mi wybaczysz

mario

nie doczekałem

aż odrosną ci włosy

ale tam

na pewno będziesz miała

długie złote warkocze

i dam ci kwiaty

prawdziwe

pachnące kolorowe

i niejadalne

bo przecież ci głodni z obozu

gdzie trafią – jeśli nie tam z nami

Chris Knittel. Opernsänger2

BOHATER, ORGANIZATOR UCIECZEK3

Cóż tajemnicą życia? – Liczą się pojedyncze ruchy,

złe lub dobre, jak w partii szachów. A życie –

życie jest bezwstydne – nie ma tajemnic.

To nie było już przerażające:

ci, którzy mieli wynosić nasze trupy,

jedli jeszcze, z chichotem klepiąc się po plecach,

jeden z nich, Ukrainiec

rzucił mi cały bochen chleba: Żryj powoli…

Przedtem ja wygrywałem:

– ogłosiłem

śmietnik moją własnością. I pobierałem znaleźne;

– za pół kromki mogłem wskazać miejsce,

gdzie ksiądz Józef zakopał Biblię,

za drugie pół – czuwałem, gdy jakiś muzułman

kiwał się nad nią w modłach, czekając na cud;

– zostałem pomocnikiem felczera

bo odsprzedałem mu jedną kurewkę, Marynię.

Już byłem pewien, że wygrałem,

ale los wywrócił szachownicę:

jakiś podlec doniósł na mnie Niemcom.

I właziłem do komory nagi

z gębą pełną świeżego chleba,

żułem powoli, jednak nie za wolno,

żeby nic nie zmarnować –

Nie wiadomo, jak będzie tam.

I patrząc na towarzyszy śmierci, którzy szarpaniną

utrudniali pracę innym, swym następcom,

śmiałem się: nie znacie reguł gry.

Życie jest bezwstydne: nie ma tajemnic.

Wilhelm MEIER

Feldscher4

Maria umierała już wcześniej. Dzień po dniu.

Udawała, że gryzie chleb – i ukradkiem

oddawała go temu oszustowi

mojemu pomagierowi,

który handlował wszystkim, także nią.

Myślała o nim nawet

wtedy

na podłodze ambulatorium – –

Nigdy nie zdobyłem jej duszy,

dla niej

byłem tylko Niemcem,

żywym trupem

pozszywanym z kawałków ciał

żołnierzy, którzy padli na ostfroncie.

Potem, już po porodzie

– nie wiedziałem, jak jej to powiedzieć –

przecież to pisklę z ogromnymi oczyma

mogło być moje, moje – –

Nie z zazdrości,

wtedy tak było trzeba: jak wróbla,

jak pisklę wróbla za gardziołko i w piach.

Wszyscy by ocaleli.

Ale ona wolała iść do gazu

z czymś, co jeszcze nie było człowiekiem

i nie mogło – bez względu

na marzenia ludzi, nawet Boga.

Udając nadzorcę komanda,

odprowadzałem ją przez śnieg na blok śmierci

nie krzyczałem jak inni: schnell, schnell!

Moje milczenie było jedynym pożegnaniem.

Moje słowa są jedynym jej grobem.

Inż. Gwidon Damazyn

RADIOKONSTRUKTOR

WIĘZIEŃ PAWIAKA I BUCHENWALDU

Na blacie stołu – pazurami – do krwi

ryliśmy bruzdy oznaczające wolność. Jak zaklęcia

szeptaliśmy: już jutro, za parę dni, na Wiosnę. Przesuwane kamyki

turkotały jak zwycięskie czołgi. Nocami

wgryzaliśmy się w ziemię – wąski podkop,

choć jeszcze nie wiódł za druty, był już krajem wolności.

Piach we włosach, na wargach, miał smak gwiazd. O świcie

jak co dzień – piątkami – biegliśmy do pracy w Weimarze, gdy nagle

– z krakaniem karabinów, świstem śmigieł –

samoloty aliantów. Z tysięcznej kolumny

zginęło dwóch: szaleniec,

który modlił się do Wielkich Liczb, i jeszcze

dobry esesman, Meier. Inni Niemcy

– zasłaniając twarze uciekli między białe szkielety ogrodów.

Zwolnionym krokiem, by pokazać swą wyższość,

wchodzimy w lękliwie świtające ulice Weimaru. Czas

zatrzymuje się jak fale Ilmu –

jesteśmy wolni. Szare kamienice

wyszczerzone kły, gzymsy. Szare,

jakby z kamienia oczy pierwszych przechodniów.

Idziemy gromadą na cmentarz.

Siedząc w kucki na progach grobów, grzejąc ręce od papierosów,

powtarzamy słowo wolność. Wolność… Jedni

wpatrując się w niebo, szukają – nie aniołów, te stoją skamieniałe na ziemi –

szukają choćby ptaków, choćby ich cieni… Drudzy

– piszcząc niczym uczniowie – rzucają śniegowymi kulami. Wolność… wolność…

A potem

ustawiamy się piątkami – jak od lat.

Wyrównaną kolumną

odchodzimy w stronę Ettersbergu. Ilm rusza z wolna

i słychać znów świergot ptaków, śmiech dziecka, idzie ku wiośnie…

Ośmieleni mieszkańcy, widząc, że wszystko w porządku,

podnoszą ku nam ręce i ciskają kamienie.

Ala NN

Aniele Boży, Stróżu mój,

na skrzydłach z papierowych bandaży

poleć nocą do mojej mamy

powiedz, że kocham, że cokolwiek się zdarzy…

Aniele, Stróżu mój.

Aniele Boży, Stróżu mój,

papierowymi palcami

zatamuj mojej mamie łzy.

I najciszej jak umiesz, szepnij,

że już nie ma Marii, nie ma Ani,

teraz ja jestem duża: żuję chleb

i karmię nim to maleństwo,

i wiem,

jak bez bólu zdławić jego krzyk,

gdyby na blok wpadli Niemcy,

Aniele, Stróżu mój.

Aniele Boży, Stróżu mój,

który trzymasz bezradnie w dłoni

krzyż z papieru poplamiony krwią,

wzleć nad obóz, nad świat szalony,

wleć w niebiosa – jeśli jeszcze są,

szukaj Boga wśród dymu i chmur,

szukaj Boga. I jeśli Go spotkasz,

Nic Mu nie mów. Tylko krzyż Mu pokaż,

Aniele, Stróżu mój…

Dr. Hans Schmidt

...... tuż przed świtem .................................... i kiedy żołnierze zakopywali ciała ...... mimo zimna zacząłem się wspinać ...... z oddali ......... obóz ............................................................... ......... cierniowa korona, rzucona na wzgórza Ettersbergu ............

Po powrocie zasnąłem w ubraniu. I znów wrócił ten sen: idę pustą ulicą, słyszę za sobą kroki, coraz bliższe .................. chcę się odwrócić, zobaczyć, kto mnie ściga – ale budzę się, nim zdążę spojrzeć. Następnym razem będę musiał się szybciej obudzić. Lecz jestem pewien, że to Ty idziesz za mną.

Perek

zginął w obozie Weimar-Buchenwald

Gdzie jesteś, Aldo, chłopcze, którego pieśni ocalały od śmierci,

chłopcze z narodu Romów – wędrownych poetów, niosących poprzez świat

wiersze i ogniska – więc światło – pod dwiema postaciami… Gdzie jesteś?

Kobiety

o ciałach miękkich, cuchnących, co miesiąc krwią,

nie wiedzą, co to miłość: one

kochają tylko swoje pęczniejące brzuchy,

brzuchy pełne potworków o rybich pyszczkach.

Tylko męska przyjaźń jest coś warta. Przyjaźń mężczyzn walczących na ringu,

mężczyzn obejmujących się ramieniem w okopach, na moment przed atakiem…

Pamiętasz,

tego dnia, gdy Żyd handlarz rzucił się na druty,

w których chyba sam Chrystus właśnie wyłączył prąd,

tego dnia napotkałem ciebie –

nucąc

smutną, a jednak pełną światła pieśń,

wykradałeś zwierzętom obierki – słuchały cię zauroczone –

twoje ciało jak grecki posąg,

Twoje ciało jak grecki posąg zniszczony przez ziemię i wiatr…

za chwilę wbiegną boginki z okrwawionymi pazurami.

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

... Weimarczycy mają pretensje, że gołębie uciekają z miasta – protest podpisał nawet Twój stary pastor!... Problem w tym, komu go przekazać!? Nasz Lagerarzt Ding znalazł wyjaśnienie: tutejsze gołębie stały się mięsożerne, a ściślej padlinożerne ...... nie chcą jeść tych ziarenek, które sypiecie im na srebrzyste parapety Weimaru ......... Zniknęły nawet te małe, kolorowe zimorodki – tak je podziwiałaś nad rzeką ............... niech się cieszą, że nie uciekły dzieci ..........................................

............ znów ten sen: ..................... pusta ulica .................. ktoś idzie za mną, boję się odwrócić ........................ nawet w dzień słyszę za sobą kroki ze snu ........................ Przyślij list, kiedy mogę przyjechać.

MAURER5

Dr. Hans Schmidt

Not. WYJAZD DO AUSCHWITZ

Wybacz, już wybiegałem do Ciebie ...... wtem w drzwiach pochodnie i czarne sylwetki gońców SS ...... narada ...... w noc ... nawoływania, które słyszał Koch, to nie omamy szaleńca ... jakiś szalony głos krzyczy w kilku językach o tajnych pracach Ettersbergu – od nich zależy wynik wojny ...... Do świtu przebiegaliśmy bloki – jazgot psów, trzask podłogi – jakby trzask kości ... nic ... nic ... nic ... Ale przecież obóz sam nie woła ...... długo nie mogłem zasnąć, a potem wrócił ten sen: idę ulicą ... nie słyszę swoich kroków ... wiem, że ktoś idzie za mną ... coraz bliżej w końcu odważam się odwrócić ...... za późno ......... Budzę się zlany potem

PS Muszę wyjechać służbowo aż pod granicę Guberni, do Auschwitz. Kilka dni bez powietrza – nie będziemy się mogli spotkać. Pachnę Tobą.

Dr. Hans Schmidt

notatka

W dzienniku Kocha znalazłem prawdziwą poezję: wystarczy przepisać tak, jak to robią nasi dekadenci – dzieląc stare, zużyte wyrazy na nowe słowa i odpady6.

Parteigenosse Maurer za

chwyca się wł

osami kobiet. Jedno

cześnie to

warzysz

Maurer powiada –

mia że z przy –

Za każdy kilo

czyn na

gram na

tury

leży wystaw

Gospoda

ić fakt

rczej nie

urę na połów

jest możliwe na raz

kę Reich –

ie z

budowa

smarki.

nie

Przesyłki

specjalnych zakład

wolne są

ów do przeróbki o

od op –

włosienia ściętego więź

łaty pocztowej.

niom mężczyznom. Na

gromadzone włosy na

leży

przesyłać przed

się

biorstwu:

Alex Zink, Filzfabrik AG, Roth bei Nürnberg.

Wszystko jest poezją. Nie liczy się, czy mówi prawdę, nie liczy się, czy to słowa Goethego, czy lagrowego kancelisty. Żyjemy zatopieni poezją. Ponad nią powietrze – ale dla nas trujące.

BALLADA DRUGA O POWROTACH

Jakże cicho żyją zmarli między nami.

Jeszcze ciszej żyją tylko zmartwychwstali.

Oczy zmarłych nadzieja ożywia czasami,

Zmartwychwstali mają w oczach tylko kamień.

Kochankowie z drogi w niebo zawróceni –

Drobne ręce kamienieją z bólu w pięści –

Jakżeż mają znów swą pierwszą miłość przeżyć.

Tę jedyną! Tę, po której tylko śmierć!

Z dróg w zaświaty powrócili też kapłani

I jak głazy, w bruzdach ziemi klęczą.

Wiedzą, jaka straszna pustka jest nad nami.

Bo tę pustkę nam przynieśli w swoich sercach.

I poetę Bóg przed śmiercią zdążył wskrzesić.

I przed nami ze ściśniętym stoi gardłem.

Na cóż zda się nieśmiertelność poecie,

Jeśli słowa, wszystkie słowa są już martwe.

Jak pod krzyżem, krwawym krzyżem pochylony

Z pustych niebios między ludzi wrócił Chrystus –

Tylko ziemia. By zmartwychwstać i znów skonać.

Tylko ziemia. Aby skonać i zmartwychwstać.

* * *

1 Palacz zwłok

2 Śpiewak operowy

3 Inspiracja prawdopodobnie: SS-Oberscharführer Knittel, pan życia komanda 1600 kobiet pracujących dla zakładów Junkersa (Jan Kosiński, Niemieckie obozy koncentracyjne i ich filie, Stephanskirchen, 1999, s. 175).

4 Felczer

5 Gerhard Maurer – jeden z szefów SS-WVHA (SS-Wirtschafts- und Verwaltungshauptamt), czyli Głównego Urzędu Gospodarki i Administracji SS, który przejął nadzór nad obozami i ich produkcją.

6 Wiersz jest przeróbką dokumentu z 3 stycznia 1943 roku, cytowanego w książce Edmunda Polaka, Dziennik buchenwaldzki (Warszawa 1983, s. 138).

Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Płat skóry z tatuażem

III

SZCZURY BOŻE

Kto uczy się naszej śmierci

Sześciu häftlingów • Wątpliwości doktora Flecka • Mały Książę w obozie • Opowieści o pierwszych Judaszach • Major „Mudry” • Pierwszy donos • „Poznaniak” – bohater dwóch obozów • Izydor, czyli dziesięcioro przykazań häftlinga • Kowal – ojciec i syn • Starych więźniów refleksje (Lubos, Dworaczek) • Wyjaśnienie snów • Dialog • Szczurołap z Buchenwaldu

***

Sześciu chudych dość häftlingów1

Pan Bóg rano budził pięścią.

Walił w pysk i walił w niepysk,

ale wstało tylko pięciu.

Pięciu chudych dość häftlingów

stało sobie na apelu.

Stało sobie, stało, stało

i zostało tylko czterech.

Czterech chudych dość häftlingów

do fabryki biegło drogą.

Czwarty nie mógł biec dość szybko,

ale trzech już szybko mogło.

Trójka chudych dość häftlingów

pracowała w glinie po pas.

Potem dwóch wylazło w górę,

za to trzeci w dole został.

Dwójka chudych dość häftlingów

powracała do baraków.

Jeden rzucił się na druty,

drugi jeszcze nie potrafił.

Jeden chudy dosyć häftling

śpiewał sobie: Świat jest piękny.

Niemiec złapał go za gardło

i została ta piosenka.

Ludwik Fleck2

1896

Oczy szczura wyglądają jak jego zęby

białe wyszczerzone w nienawiści

Jakże inaczej patrzy zdychający pies

jego oczy – dwie czarne łzy –

Zdążyliśmy się zaprzyjaźnić

przez te tygodnie doświadczeń

Patrzy jakby wiedział że konając

przedłuży nasze życie

Komu przedłuży życie nasza agonia

Kto uczy się naszej śmierci

W czyje oczy patrzymy

nie widząc nic z bólu

Karolek3

lat 3

Tatkę zabrali od nas jeszcze z rampy

kazał opiekować się mamą

on teraz idzie na wartę.

Potem starzy więźniowie zmajstrowali mi powóz

udają konie i jeździmy po obozie

czasem biję ich batem

wtedy rżą i jedziemy jeszcze szybciej!

Nawet panowie esesmani się śmieją.

W obozie jest też prawdziwa księżniczka Mafalda4

poznajemy to po tym

że czasem nad blokami przelatują gołębie

stary Efraim śpiewa nawet po ciemku

a nauczyciel muzyki

znalazł skrzypce, sam nie wie gdzie –

pewnie ona jakimś cudem pomogła!

Kiedy pytałem o tatę

pan Mitas śmiał się że to wietrzna warta

tacie musi być tam strasznie zimno

nawet płaszcz wojskowy został w domu.

Na razie to już wszystko.

Tego listu nie wyślę

bo wcale go nie piszę

bo po pierwsze to nie mam czym

po drugie

to nie umiem tak do końca pisać.

MAJOR WP WITOLD MUDRY

TYLKO LUDZIE TCHÓRZLIWI WIERZĄ W LOS

MĘŻNI WIERZĄ W PRZYCZYNY I SKUTKI

DONOS I

(tłum. z języka polskiego)

Nie, żebym zaraz był zdrajcą, ale wojna zmierza już do niezwyciężonego końca i nazajutrz Armia Radziecka bohatersko wyzwoli nasz obóz. Rozlew krwi robotniczej jest więc aktualnie niesłuszny, a spiskowcy – choć subiektywnie antyfaszystowscy – obiektywnie leją wodę na młyn. Najwięcej mianowicie Doktor Polak, który na bloku zaraźnym, zwanym – i słusznie – Bahnhof – melinuje podejrzanych inteligentów, jak również i lotników z krwiożerczego Albionu. Wzmiankowanym kazał jeść ślimaki i śpiewać po francusku, zaś pod ich nazwiskami wysłał do krematorium odpowiednią ilość ciot z Paryża. Myślę, że pewnie zmarłych. Gdy z Berlina nadeszły wyroki śmierci dla Anglików – Lagerkommandant mógł odpisać z dumą, że a priori zostali spaleni. A tymczasem ci lotnicy żyją, dla zmyłki gadają po francusku i żrą glisty – bo ślimaki dawno zjedzono. Po wojnie będą zapewne kolonizować Afrykę.5

W latrynie też informują, że z Oświęcimia przybył major Mudry i wbrew prawom Historii zakłada tajne wojsko polskie. Należy do niego już połowa sali – ta pod oknem. Jedni są generałami, inni profesorami, nawet jeśli nie potrafią czytać – bo nie oni temu są winni i każdy ma prawo do szczęścia. Po wyzwoleniu zaś obejmą władzę, bo Polska jest Chrystusem Narodów i Bóg Ojciec nie odmówi pomocy. Zapomnieli, jak pomógł poprzedniemu Chrystusowi, choć podobno byli spokrewnieni…!

Uświadomieni proletariusze nie złapią się na lep mistycyzmu. Uświadomieni proletariusze wiedzą, jaki pod figowym listkiem mistycyzmu czai się wyzyskiwacz! Dlatego tworzą własne i przerażające bojówki Lewicowej Wyzwolicielskiej Armii. LWA. I ich będzie za grobem zwycięstwo!

Z proletariackim pozdrowieniem

– życzliwy

Vorarbeiter Mitas – „Poznaniak”

Więzień KL Auschwitz i Weimar-Buchenwald (krótko)

Wyjdziemy za bramy obozu, wyjdziemy i któż się ośmieli

porównać nas, o twarzach z grynszpanu, zwapnionych płucach,

do chóru z greckiej tragedii.

My –

lekarz, który pomagał zabijać zastrzykiem w serce,

ksiądz, który za komunię brał pajdę czarnego chleba,

i matka, która do gazu prowadziła chłopca,

kłamiąc: Nie bój się, to nie boli –

My znaliśmy swoje obowiązki.

Nie, nie wobec tamtych i tak już bliskich śmierci –

wobec was:

czekających przy stolikach kawiarń,

kryjących się w wysokich ławach gotyckich świątyń,

wobec was –

którzy wiecie, co zło, a co dobro,

i chcecie nadal wiedzieć.

Powrócimy. Z Dobrą Nowiną o Jezusie,

który urodził się i czynił cuda,

nawet tu, w obozowym świecie.

Powrócimy. I nadymając zwapnione płuca powiemy:

to jest dobro, to zło.

I wyciągając ręce, poczniemy uzdrawiać.

Dr. Hans Schmidt (wyjaśnienie snu)

notatki i fragmenty korespondencji

... wrócił sen – lecz zdążyłem się odwrócić! ... Spodziewałem się szkieletu z kosą ...... żółta czaszka z żylakami mchu ... prowadził tańce śmierci ...... Spodziewałem się dziewczyny, która miotełką nagarnia nasze ślady albo ............ to była postać w kapturze ... powoli zaczął się odwracać i nagle ... zobaczyłem swoją twarz ... przerażała jej młodość, w której było coś martwego, wodnistego ......... ......... wiersz Goethego jak wyrok: kto spotka sobowtóra, ten ... nie zdążyłem wykrztusić słowa, obudził mnie SS-man z pochodnią opuszczoną ku ziemi ......

Polscy poeci będą o nim pisać ckliwe i nieprawdziwe wiersze. Ja tylko kilka faktów: Tajne Wojsko Polskie / „Dowódca” – major Mudry / walczył w 1939 / uciekł z niewoli / konspiracja: ZWZ (AK)6 /pojmany ciężko ranny / osadzony w Lublinie na Zamku / przesłuchania / szpital wojskowy / przesłuchania / ile może wytrzymać człowiek. Po co?

ALOYS OBKIST7

Siedzielim w tym krematorium

jak u Boga za piecem.

Stara wariatka ciągle powtarzała: NIE,

filozof swoje: TAK.

Niektórzy rozkładali się już po kątach,

inni dopiero w powietrzu.

Panowała gorąca atmosfera.

Co chwilę

zaglądał jakiś Niemiec

wyraźnie zaniepokojony.

Najpierw machalim mu rękami,

jaką który znalazł,

ale w końcu jednego to poniosło

i jak nie wrzaśnie: Drzwi zamykać, bo przeciąg!

DEKALOG JANA IZYDORA, HÄFTLINGA

1. JEST TYLKO OBÓZ WOKÓŁ CIEBIE I W TOBIE OBÓZ

2. ŚWIAT ZA DRUTAMI NIE ISTNIEJE NIE MA NIGDY NIE BYŁO ZWŁASZCZA TWEGO MIASTECZKA DOMU Z ZIELONYM BALKONEM LUB BEZ NIEGO

3. NIE MA BOGA ANIOŁÓW NAWET SZCZYT ETTERSBERGU JEST TYLKO ZŁUDZENIEM WE MGLE MGŁA JEST

4. UWIERZ W RZECZY UŻYTECZNE I PRZYJAZNE SZKIEŁKO PATYK KAWAŁEK DRUTU KTÓRY WCZEŚNIEJ CZY PÓŹNIEJ SIĘ PRZYDA

5. TROSZCZ SIĘ O SWOJĄ MISKĘ LECZ NIGDY NIE ODWRACAJ JEJ DNEM BY PISAĆ LISTY DO DOMU

6. ORGANIZUJ ALE NIE KRADNIJ ZWŁASZCZA CHLEBA KTÓRY ZNACZY ŻYCIE I ZA KTÓRY MOGĄ CIĘ POWIESIĆ

7. STARANNIE ZABIJAJ WSZY TY ALBO ONE WALKA GATUNKÓW WCIĄŻ TRWA

8. ODDAWAJ CZEŚĆ TYM NA DOLE SZCZEGÓLNIE BLOKOWYM I KAPO ŚMIERĆ JEST BLIŻEJ NIŻ CI SIĘ WYDAJE JAK I ŻYCIE

9. OMIJAJ TYCH CO NA GÓRZE ZWŁASZCZA GOETHA MOŻE ZASTRZELIĆ DING TYLKO KOPIE W KOLANA

10. LENZ NIE BIJE SCHMIDT NAWET RZUCI PETA JEŚLI SKŁONISZ SIĘ JAKBY PRZED BOGIEM KTÓREGO ZRESZTĄ NIE MA PATRZ PIERWSZE – TRZECIE PRZYKAZANIE

Uwierz świat za drutami nie istnieje

Uwierz bo tylko tak

będziesz mógł tam powrócić

Jan Kowal

SCHMIED UND VOLKSDICHTER8

Kiedy Chrystus lipowy ruszał wiosną od wioski do wioski,

wszędzie działy się cuda – rzecz jasna na ludzką miarę:

w sadzie kwitły jabłonie, nad polem zjawiał się bocian,

komuś wodę przemieniało w piwo, w którym tyle słońca i śmiechu,

że pielgrzymki zamiast do fary szły ze śpiewem do jego studni…

Nawet jeśli to prawda, że w obozie pojawił się Chrystus,

to i tak jest, jak było: źli są źli, dobrzy – dobrzy,

ktoś oddał za kogoś życie, ktoś doniósł na przyjaciela,

ten czyni cuda modlitwą, tamten swą pajdkę chleba

dzieli pomiędzy więźniów – jakby wciąż miał ją całą…

Cóż można uczynić więcej?

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

......... Ilse opowiadała w kantynie: Chrystus przychodzi na ostatnią wieczerzę – na stole mięsiwa, wina, dziwki...

– Przecież miało być skromnie?! – dziwi się Chrystus.

– Judaszowi udało się coś sprzedać…

Gdzie są apostołowie – jest i Judasz ........................... nasz Judasz nie dostaje srebrników, dostaje więcej, bo życie ......... I nie ściga nikogo po nocach, tylko macha sztandarem ......... a spiskowcy przylatują niby ćmy do płomienia...!

Z Auschwitz przywiozłem makatki, prawie tak delikatne, jak te, które wyszywała Twoja matka. Niektóre napisy niejasne nawet po tłumaczeniu: Kto nie ma za co umrzeć, ten nie ma po co żyć. Przyniosę – gdy skończy się akcja, ale gdy się skończy ......... Meine Liebe...! Czy widzisz z okna wieżę zamku? Drzewa w parku? Jakiekolwiek ptaki nad nimi? Zapamiętaj je dobrze, nawet te małe, najmniejsze. Bo kiedy dostanę urlop – przez tydzień nie będziesz widziała nic – oprócz sufitu!

Karolek

lat 3

– W nocy ktoś mówił przez sen,

zginęła księżniczka Mafalda,

nikt jej nigdy nie widział, ale wszyscy są smutni…

– Czy zginęła jak ja kiedyś w lesie?

Czy można ją jeszcze odnaleźć?

– Nie, syneczku, nadleciały samoloty,

znaleziono tylko strzęp sukienki,

nikt nie wie, gdzie szukać księżniczki…

– A czemu ten stary Efraim,

ten co dawał mi czasem chleb,

nie wstał z pryczy

i oddycha tak, jakby płakał?

– On umiera, umiera synku,

bądź chociaż cicho!

– Pana Kowala zastrzelili wartownicy,

kiedy z płaczem podchodził do drutów,

opowiadacz bajek, ksiądz Dębski

zatłuczony został pałkami…

– Lecz starego Efraima nikt nie zabił!

nie trafiła go kula ani pałka

to jak on ma umrzeć, mamo?

– Każdy przecież musi umrzeć, synku!

– Ale jeśli nikt go nie zabije,

jeśli taki przeżyje obóz,

to już potem będzie żył bez przygód

aż do końca świata, aż dłużej?

Dr. Hans Schmidt

notatka z nieudanej akcji

......... jakby świat nasz co wieczór się rozpadał i po chwili zaczynał istnieć od Początku ......... i znów wybiegam na spotkanie z Tobą ...... i znów na progu wyrastają SS-mani z pochodniami – wiem, że muszę za nimi iść ......... polski blok ......... Lagerkommandant chwyta kilof – aby to jemu przypadła chwała wykrycia radiostacji – odlicza deski, uderza i... przebija się na zewnątrz. Przez otwór ......... dąb ......... złamana gałąź kołysze się jak ............... położyłem się znów nad ranem. Czyżby nasz Judasz i nas okłamywał? To on mówił, w którą deskę wbić ostrze! Dowiedziałem się pod przysięgą, odpowiada i rusza przodem ............ .................. wchodzimy pod jakąś górę, śnieg, coraz głębszy ......... Koch zaczyna się śmiać: Na szczycie nikogo nie ma, będziemy sami, ale my jednak idziemy...

„Szary”

Noc tysiącami drzazg wbijała się pod paznokcie –

Czuwałem.

Morze daleko

rozmawiało ze skałami o trwaniu i przemijaniu,

siostry uniosły twarze znad rozdartych sieci,

jakby mogły mnie dostrzec przez ciemność i lata rozłąki.

Czuwałem krzycząc: Nie,

to tylko tyfus.

Nie umieraj Mitas, przyjacielu,

tak nie wolno!

Otworzył oczy

i miasteczko dzieciństwa

jak flotylla rybackich łodzi

odpłynęło w przeszłość i mgłę.

Coraz wyraźniej widziałem

te wygłodniałe oczy

te wygłodniałe ręce – Oddałem mu swój chleb.

Tak co noc

Żyłem tylko tym: już mu lepiej,

już rozumie, już czuje, jest już dość silny…

Wreszcie

jak chorego do wózka

mogłem przywiązać go do stołka,

w usta napchać brudnych bandaży

i przez belkę nad pryczą

przerzucić stryczek –

Nie mógł krzyczeć i tylko

pytająco patrzył mi w oczy.

Dr. Hans Schmidt

Liebe Irmin!

Wybacz dowcip z tamtego listu – nie był na poziomie niemieckiego oficera. Ale tak radowałem się na nasze spotkanie ...... Sprawa, o której napomykasz, przestała być tajemnicą, choć nie wiem, czy poznałaś jej rzetelną relację. My, Niemcy, musimy zawsze dawać świadectwo prawdzie. Przesłuchiwany na Zamku w Lublinie major Mudry w sposób godny wytrzymał kilkakrotne badanie. Załamał się – gdy aresztowano jego żonę i synka. Jednak dodatkowych kartek żywnościowych nie przyjął. Obiecaliśmy wypuścić rodzinę, nawet jego samego – gdy pomoże nam w Auschwitz. Ponieważ okazał się przydatny, postanowiliśmy go wykorzystać jeszcze w Buchenwaldzie – osobiście go eskortowałem ..................... niepotrzebnie prowokując los, daliśmy mu kryptonim „Judasz I”. Wzywano go „na przesłuchanie”, wracał trochę pomalowany, trochę naprawdę pobity. Przekazał nam wiadomość o radiostacji ukrytej w ścianie. W czwartek, po naszych nocnych poszukiwaniach trafił na rewir z objawami choroby żołądka ............ podali mu coś w kawie ...... zjawił się oficer w mundurze SS bez stopnia – w takie lubią się stroić ci z gestapo. Na jego żądanie Mudry zaczął podawać nazwiska członków swej tajnej armii – gdy mówił – zza łóżek wypełzali więźniowie, zrzucili go na podłogę i dosłownie rozdeptali jak owada. SS-mana udawał stary Ślązak, miał ponad 70 lat, dziw, że „Mudry” nie poznał się na mistyfikacji ............ Myślę, że radiostację więźniowie wymyślili dla niego, powierzyli mu jak tajemnicę i patrzyli, gdzie ona wypłynie ........................ Jak psy, które straciły trop, warczymy teraz jeden na drugiego ......... urlopy wstrzymane ............ wracając z odprawy, roztłukłem gołą pięścią bryczkę, którą więźniowie wozili jakiegoś szczeniaka – widok jego buzi krzywiącej się w podkówkę dopiero mnie uspokoił, nawet wzruszył. Gdybyśmy znów znaleźli się w tym hotelowym pokoju na ostatnim piętrze, gdybyśmy znów stali srebrni i nadzy – w nagim świetle ............... Nie, nie byłbym już tchórzem! Krzyczałbym: Tak, tak, chcę, żebyśmy mieli syna. Żeby przypominał nam jednocześnie i Ciebie, i mnie, i naszą młodość ...............

Jerzy Lubos

NAUCZYCIEL GIMNAZJUM POLSKIEGO W BYTOMIU

Leżąc wśród martwych. I mających umrzeć.

Z twarzą wdeptaną. W ziemię.

Wyobrażałem sobie

najszczęśliwszą godzinę życia:

Powoli idę. Ulicą.

W stronę domu.

W ogrodzie. Zmierzcha. Chyba jabłoń.

W oknie.

Zapala się. Światło.

Nic więcej.

Jeżeli ocaleję.

Jeżeli. Kiedyś.

Ośmielę się powiedzieć:

Nie.

Nie jestem szczęśliwy.

Wtedy. Przypomnij mi. Panie.

Przypomnij

Dzisiejszy dzień.

Dworaczek Alfred9

O, przed Wojną Śmierć to była Niedziela – Karawan na trzy Piętra i Orkiestrę!

A teraz tyle Tego pod Nogami,

że aż się Wierzyć nie chce: Bo Wierzyć trzeba pod Górę.

Śmierć więc Wyższa od Trupa Każdego być musi, Gadać Wzniośle

najlepiej w Języku Martwym: Eli, eli (lama) i Tede.

A ta śmierć Obozowa, przyziemna,

gdy pod dębem Goethego stary Aktor odgrywał Nieśmiertelną rolę Umarłego

– Suflera udająca takie podsuwała mu Świństwa,

że wszyscy zatykali Nosy. Czym się dało.

Śmierć też Zachęcająca, Tłusta najlepiej być musi!

A ta Śmierć Obozowa – chudziutka, odtłuszczona na Mydło,

nawet Zębów nie miała, zwłaszcza złotych!

Nosiła pokrzywiony Uśmiech Rapportführera SS –

obdzielała nim wszystkich po Kawałku,

kiedy Granat spiskowców poszarpał mu Twarz.

Ano nie ma już Dobrej przedwojennej Śmierci.

Zamiast Niebios z Widokiem na Kościoły i rodzinne Miasta

Każdy otrzyma wedle potrzeb

To tylko, w Co zdążył uwierzyć:

Chłopak z Rosji dostanie w Gębę

Pajdę z Serem i Nieśmiertelnością na Drogę;

Dla Lekarza – Ambulatorium! – Głowy Trupie

i Bóg przylepiony do okna Akwarium –

niby Ryba nie martwa i nie żywa, ale Pożywna.

A ksiądz Józef, co w Boga ani w Anioły nie wierzył –

– w jego Niebie –

w Jego Niebie będą sami Ludzie. Całkiem Sami.

Szary

Wiem, synu, odwrócisz gniewnie głowę, kiedy jeszcze raz

zacznę mówić o świecie za drutami,

pokażę, jak na klęczkach, trzymając w górze miskę,

musiałem chodzić po zupę,

zdziwiony dotknę obrusa i gorzko pachnących kwiatów –

twoja żona wybiegnie z pokoju chwytając się za twarz.

Tak synu, w świecie, z którego zdarto horyzonty,

nie było wolnych od winy,

łykaliśmy ją jak powietrze.

Tu musieliśmy walczyć z zawiązanymi oczami:

Trzeba było mordować zło: powiesić vorarbeitra,

a Żyda, który jak psiak rzucał się na kolczaste druty,

przebrać w rzeczy i numer zabitego.

Trzeba było oszukiwać zło: pisać donos na szantażystę,

że po nocach jak kret ryje podkop.

Konał w bunkrze,

konał jako bohater – „organizator ucieczek” –

i nikogo, rzecz jasna, nie wydał…

Tak, synu: nie ma związku

między prawdą a dobrem,

między dobrem a dobrem.

Są pojedyncze gesty, z których każdy – pamiętaj –

może być tym ostatnim.

Więc niech cię nie przeraża, że świat zbawią

ci, którzy popełniali zbrodnie.

Zrobimy to.

A potem

odejdziemy chyłkiem, kryjąc twarze

jak ludzie zarażeni trądem.

– Mówią, że tam, na Wzgórzu, gdyś wśród trupów leżał,

przyszedł do Ciebie Chrystus. – Ktoś grzebał mi w ustach

czy nie mam złotych zębów… – Więc straciłeś wiarę?

– Może, ale na krótko, bo tej samej nocy

śpiewak wsiowy ze Śląska, nazywał się Kowal,

przyniósł chleb, czarną kawę – jak ciało i krew…

– Pamiętam go, był dziwny, ciągle podśpiewywał,

mówił, że śmierć ucieka, kiedy Ślązak śpiewa…

– Dziwny. Bo uratował nawet vorarbeitra,

co się nad nami znęcał. – „Zło dobrem zwyciężaj”,

powinieneś uwierzyć! – A ja znów zwątpiłem,

bo ten uratowany, Mitas, złem odpłacał:

przychodził w nocy, syczał: Idź, stary, na druty,

masz jeszcze dwa dni czasu, jeszcze dzień, godzinę…

– I Kowal w końcu poszedł? – Poszedł, jakby we śnie

śpiewał coś dziecinnego, Niemiec wzniósł karabin,

i wtedy przyszedł Chrystus, on wstrzymał Kowala!

– Mówili, że ksiądz Józef… – Tak, On miał twarz księdza,

lecz to był Chrystus, Chrystus! Padłem na kolana

śpiewałem, póki Mitas nie zaczął mnie kopać,

jak psa pognał do bunkra. Kiedy powróciłem

Kowala już nie było. Vorarbeiter Mitas,

leżąc na jego pryczy, chwalił się w gorączce,

jaką to miał umowę: on szczuje na druty,

esesman Goeth zabija, premia do podziału.

– Więc znów straciłeś wiarę? – Za Kowala dostał

jeszcze trzy dni urlopu. Wrócił po godzinie,

mówili, że w tej chwili – trudno w to uwierzyć:

w tej samej chwili: Goeth wznosi karabin

i strzela do Kowala, a na jego dom

spada bomba! Jedyna, co spadła na Weimar…

Syn… żona… jeszcze spali… Od tamtego dnia

w Boga Sprawiedliwości nie mogę nie wierzyć!

Ale w Boga Miłości…

Karolek

Wiem, jak stąd uciec

każdej chwili:

Pierwszy sposób: zacisnąć oczy,

nawet kiedy ciągnę gałęzie,

jesteśmy znów razem, mamo,

i znów jest słoneczny ranek,

i lato,

póki kapo nie zacznie wrzeszczeć,

czasem uderzy.

Drugi sposób: zagrzebać się w siennik,

gdy innych gnają do pracy,

znów możemy być razem, mamo.

Jeśli nie pobiegnę na obiad,

to tak długo,

jakbyśmy szli za miasto, aż nad rzekę,

gdy jeszcze żyłaś.

Trzeci sposób:

to robią tylko dorośli,

gdy jest już bardzo źle,

zaczynają coś mamrotać albo krzyczeć

i idą prosto na druty.

Ja bym się bał,

ale kiedy zobaczę, że ktoś idzie,

poproszę: Weź mnie za rękę

i ucieknijmy razem.

Dr Polak

listy w butelkach po lekarstwach

Tajemnica obozu:

ilość porcji na dzień następny,

zamawia się wieczorem,

dlatego bunkrowy Jakub

zabija nocą jednego albo dwóch więźniów,

bunkrowy Jakub przeżyje.

Czwartek. Znowu ksiądz Jan.

Rany po chłoście wciąż krwawią, ale nie mówił o bólu,

opowiadał z radością: jeszcze raz

udało się ocalić Karolka – dziecko obozu –

z sali, gdzie je wścielano jak kupkę szmat w siennik

do magazynu – między ubrania po zmarłych i buty.

Jan dał chłopcu na drogę różaniec zrobiony z chleba.

Chłopiec zaczął się od razu modlić – zjadając kolejne kulki.

Piątek. Stary kniaź Czetwertyński

nie zgadza się wyjść za łapówkę,

oddaje chorym paczki, które przysyła rodzina,

chce opuścić obóz ostatni

jak kapitan pokład okrętu

lub wcale.

Pluje Niemcom w oczy prawdą o ich zbrodniach,

wytrzymuje razy kańczuga szarpiące plecy, piersi, twarz.

Nie wiadomo jak długo.

Sobota: spalono Rudzkiego, Józefczaka, Izydora,

Kowal – śpiewak ze Śląska –

poszedł na druty.

Coraz więcej ludzi umiera,

Bóg

jest coraz bardziej samotny.

Ludwik Fleck

Mówią, że do spojenia piramid

kapłani faraona używali krwi żydowskich dzieci.

Może nie była to prawda, ale mówią,

iż Anioł

rzucił przed tron Jehowy

dziecko, z którego ciekła strużka krwi.

Zapłakał Bóg – uwolnił naród żydowski z niewoli –

Jedno dziecko poruszyło Jego serce.

Dlaczego nie wzruszył Cię, Panie, milion zabitych dzieci?

Dlaczegoś ich nie bronił sam przed sobą?

Piszczą – coraz ciszej – jak szczury – więźniowie

zamknięci w głodowym bunkrze.

Piszczą – coraz ciszej – piszczą więźniowie

przybici do ściany bloku.

Przez dni, tygodnie będzie słychać ich pisk.

Przez stulecia – nasze milczenie.

Szczurołap z Buchenwaldu

Coraz więcej zmarłych na ulicach,

Coraz więcej zmarłych na placach,

Coś bełkocą, szarpią nas za płaszcze – – –

Więc wezwano do Weimaru szczurołapa.

Jak z niemieckiej baśni przybył zmierzchem

Dziwnie prędko… Może zbiegł z baraków?

Dziwnie szary… I nie grał na flecie,

Lecz na skrzypcach grał tak pięknie, jakby płakał.

A melodie chwytał wprost z powietrza,

Bo wciąż jeszcze krążą nad Weimarem

Jakieś frazy z Liszta smutnych pieśni,

Fugi Bacha – jak gołębie ociemniałe – – –

I odchodzą z ulic miasta zmarli

W stronę lagru, w stronę pieców idą

I znikają…

Lecz gdy wrócił po zapłatę,

Wypędzono skrzypka z miasta niczym Żyda.

Wrócił nocą. I grał jeszcze piękniej,

Tak, że dzieci wyrywały się z rąk matek…

Straszna cisza – jak zaraza w mieście.

Straszna cisza. Nawet nikt nie płacze.

* * *

1 Więźniów

2 Polski lekarz i filozof pochodzenia żydowskiego, zbliżony do neopozytywizmu. W Buchenwaldzie – asystent lekarza obozowego, dr. Erwina Dinga-Schulera, odpowiedzialny za sekcję bakteriologiczną.

3 „Dziecko obozu” – postać autentyczna: trzyletni Karolek Kaczyński był do zimy 1945 roku najmłodszym więźniem politycznym (!) Buchenwaldu. Wietrzny, zwłaszcza w języku dzieci, brzmi podobnie jak wieczny.

4 Mafalda Heska, druga córka Wiktora Emanuela, króla Włoch. Uwięziona w KL Weimar-Buchenwald, zmarła 27 sierpnia 1944 roku w wyniku ran odniesionych podczas alianckiego nalotu.

5 O uratowaniu angielskich lotników pisał m.in. Bruce Marshall (The White Rabbit, Londyn, 1952). Zamianę ułatwiał fakt, że w odróżnieniu od Auschwitz w Buchenwaldzie nie tatuowano numerów, czasem tylko wypisywano je ołówkiem kopiowym na umarłych.

6 Związek Walki Zbrojnej (inne kryptonimy: Polski Związek Powstańczy, Siły Zbrojne w Kraju). Konspiracyjna organizacja wojskowa utworzona 13 października 1939 roku w wyniku przekształcenia Służby Zwycięstwu Polski. 14 lutego 1942 roku rozkazem Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych generała Władysława Sikorskiego ZWZ został przemianowany na Armię Krajową.

7 Być może tak brzmiało nazwisko więźnia-komunisty, którego skóra odznaczała się atrakcyjnym tatuażem, a czaszka została pomniejszona do karykaturalnych rozmiarów.

8 Kowal i poeta

9 Najstarszy więzień Buchenwaldu (74 lata), uczestnik wszystkich trzech Powstań Śląskich; podczas wojny stracił obydwu synów.

Henri Pieck, Śpiewające konie

IV

ROZDAWAĆ SIEBIE

Opowieść o różańcu

Tyle z nas ocaleje

Ile ocalą inni

Opowieść o różańcu – ksiądz Demski, ojciec Paweł, „ksiądz” Tadeusz • Bandyci z Warszawy • Lampy stojące na palcach • Bracia Czescy • Prezes Efraim • Czy Chrystus urodził się ptakiem • Wiktor i uśmiech Dziecka • Czernik – Wieczny Tułacz • Wezwanie samolotów • Narada komendantury • Litania • Improwizacja

Miłosz Sołtys

pielęgniarz

Wiatr rozpędził obłoki, strzępy niebios

niczym stada zagubionych ptaków

Tylko dym Buchenwaldu

spływa z góry ku ulicom Weimaru

ku ulicom całego świata

I tak już będzie zawsze

wszystkie nasze pytania odpowiedzi

modlitwy – wszystko wszystko przenika szary dym

Nie pytaj jaki ma sens

zakładać papierowy bandaż

ratować jedno dziecko

gdy umierają narody

Nie pytaj Boga ani ksiąg

zapytaj dziecko

bawiące się bandażem

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

Warszawa zabita jak Jerycho, posypana popiołem i solą, przeklęta ... Tysiące ofiar na żarzących się gruzach, tysiące spłoną tu, w lagrze ......... Póki ich nie ujrzałem, nie wierzyłem, że mogą zagrażać Rzeszy – kobiety w nadpalonych ogniem włosach, starcy z kostek wyrwanych z warszawskiego bruku ...... także trzyletni dzieciak – jeśli kiedykolwiek dorośnie .............................. Jeden z bandytów umiał nawet po niemiecku, choć mówił z akcentem nienawiści: – Warto było? – spytałem ... Za dwa kolory na fladze? Za sepleniący język poetów? Kilka dni walki przypłacisz życiem! – Nigdy nie byłem tak wolny jak w Powstaniu! Gdybym mógł, znowu bym walczył – przerwał mi ordynarnie i odszedł, mimo że nie dałem mu rozkazu ............ ............ numer ponad trzydzieści tysięcy. Ale nie zapisałem. Z takimi nie można zwyciężyć ......... można ich zabić. Ale zabitych tym bardziej nie można zwyciężyć.

KSIĄDZ JÓZEF DEMSKI

1884

Uwierz, mówiłem, raz jeszcze zaufaj kamiennym tablicom,

które oparły się płomieniom czasu.

Uwierz kartom Biblii zakopanej tu, w ziemi obozu,

jak nasiona rzucone w przeszłość i przyszłość zarazem –

Uwierz w Miłość. Uśmiech, który komuś rzucasz,

wróci do ciebie, wcześniej czy później wróci,

bo tak urządzony jest świat –

– Pochylił głowę –

Wepchnąłem między wargi komunię z czarnego chleba,

błogosławiąc go – czułem jak życie

ogrzewa i moje dłonie…

Gdzieś za blokami był świt. Szare promienie –

gołębie pióra – wpadły przez okno rewiru:

przede mną siedział trup z kulką czarnego chleba w niedomkniętych

ustach

i uśmiechał się porozumiewawczo.

Odpowiedziałem.

KAPO JAKUB GANZER

Przecież szukałem Cię, Panie, nawet gdym czynił zło,

pomny na słowa Twoje karcące niczym testament:

Przeto żeś nie jest gorący ni zimny a tylko letni, wypluję cię z ust moich.

Przecież wypatrywałem Cię, Panie, w białych płomieniach śniegu

schylony nad szaleńcem, który krzyczał: Widzę, widzę, wi…

lecz zamiast Ciebie przybiegał vorarbeiter z kijem, by go dobić.

Przecież krzyczałem Twe imię, tłukąc te ludzkie „śpiewające konie”1 –

i potem wrzucając skrwawionych do zagrody dla psów –

ale przecież nie wstrzymałeś ani mnie, ani zwierząt podnieconych wonią juchy!

Kazałem przywlec pod dąb śpiewającego Alda –

głowę skrwawiono mu kolczastym drutem, skórę rozdarto pazurami pejczy

– nikt, nawet Ty z wysokości, nikt nie krzyknął: niewinny, niewinny…!

Kazałem założyć mu stryczek.

Ludzie nawet się nie przyglądali, narzekali, że marzną im stopy,

tylko jego piskliwy przyjaciel odważył się na łzy.

Vorarbeiter Mitas kopnął stołek,

gałąź dębu odpadła jak ręka, chłopiec padł twarzą w piach.

Tłum milczał. Ty jak zwykle nie przyszedłeś.

Zaczęliśmy egzekucję raz jeszcze, ciągnąc sznur przez potężniejszy konar.

TADEUSZ PILTZ

FILOZOF

Z ciała w ciało, ze świata, który umiera,

w otchłań świata, który się rodzi,

przesypują się jak w szklanych klepsydrach

ziarna atomów.

Żadne z ziaren nie zostanie uronione,

bo dokąd,

żadne nie przybędzie – bo skąd.

Po wielu nietrafionych próbach:

Chrystus umiera w bunkrze, Judasz nawraca się z płaczem,

Bóg wciela się w esesmana i wstrzymuje karzącą dłoń –

po wielu próbach wrócą błękitne wzgórza Turyngii,

powrócą szare bloki i ciemnozłoty dąb

i nawet ślad paznokcia na korzeniu. Ludzki ślad.

Ksiądz konający tygodniami w bunkrze – jedyny nasz cud.

Dwunastu ukrzyżowanych na ścianie bloku w Leitmeritz.

Chrystus ukrywany w trupiarni, nadaremnie próbujący wskrzeszać – –

Może nic nie będziemy pamiętać,

ale z jakimś skurczem gardła, jak przez sen

poczujemy: tak to ten świat

to nasz dom.

Po cóż bezsenne noce, po cóż płacz w pustym kościele,

gdy wystarczą cierpliwość i zdziwienie.

Dr. Hans Schmidt

kartka dołączona do prezentu

.................. abażury, których żywe wzory wybierała piękna Ilse, księgi oprawne w prawdziwą ludzką skórę, lampy ............ takie jak ta – zwróć uwagę, że ona dosłownie stoi na palcach ludzkiej nogi ............ te dzieła są nie tylko wyznaniem – przyznaję, że bezwzględnego – pojmowania piękna ............ są też wyznaniem równie bezwzględnego światopoglądu, znakiem elity niemającej już złudzeń. I na tym braku złudzeń budować! Nihilizm w marszu nie jest nihilizmem, jest marszem!

Jan van Schalker

PIELĘGNIARZ

Z niczego powstałem –

niczemu się nie dziwię.

Tu, tylko tu

Dane nam było przekroczyć

granice ciała, duszy, czynić cuda…

Gdy Żyd Czernik

– drobny handlarz o smutnych zawsze oczach –

zachorował na tyfus i nawet

przestał majaczyć o sośnie rosnącej przed sklepem

na rynku małego miasteczka,

gdy otworzył szeroko, jakby ostatni raz, te swoje oczy

– zobaczył księdza Józefa, który siedział na brzegu pryczy

i mówił cicho, jakby mówił prawdę: Wstań,

zostałeś zwolniony z obozu, wstań,

matka w weimarskim hotelu chodzi od drzwi do okna

przecież musisz tam iść!

I zagoiło się ciało; umierający wstał.

Był zdrów –

tak bardzo zdrów,

że odtąd nie imała się go śmierć:

Gdy rzucił się na druty obozowe, by spłonąć

– czyjaś ręka wyłączyła w nich prąd.

Gdy kapo wepchnął go do bunkra śmierci

– zwolnili go przebrani za esesmanów Polacy.

Nawet, gdy poderżnięto mu gardło – –

wskrzesił go obozowy Chrystus.

Tuła się teraz po lagrze z czerwoną pręgą na szyi

i będzie tak tułał się wiecznie

– nawet gdy runą bramy, zgniją baraki obozu

– nawet gdy zgasną słońca, a ziemia obróci się w kamień.

OJCIEC PAWEŁ

JAKUB GANZER

Za platformą niosącą na grzbiecie nagie trupy

szedł tylko polski ksiądz Józef z poczerniałym różańcem w ręku…

Krzyknąłem na niego głośniej, niż krzyczałem na Boga,

krzyczałem: Podepcz różaniec – waliłem go przez twarz kijem.

Konając, szeptał: Panie, Panie dlaczegoś mnie opuścił,

jakby upewniał siebie, że jeśli Bóg opuszcza

– oślepił mnie nagle błysk światła, wokół płonęły druty –

jeśli opuszcza to jest…!

Leżąc w plamie krwi jak w aureoli,

ostatkiem sił

ksiądz położył palec na ustach. Tak odchodził.

Zadając mu cios miłosierdzia, poczułem, jak jego różaniec

jakby przytula się, przykleja, do mej ręki.

KSIĄDZ TADEUSZ2

I postawił mnie wśród pola żwirów, prochu i białych kości

I rzekł ze śmiechem: Synu człowieczy czy mniemasz,

Że żyć będą te kości, ludzkie kości?

I odszedł – jak odchodzi światło. W wielkiej ciszy

słyszałem wołanie drutów i stukot mych własnych kroków

i cichszy, coraz cichszy werbel serca,

gdyś stanął na mej drodze jak krzyż, ojcze Pawle.

I mówiłeś nowe Ewangelie – o cudach małego Alda,

o śmierci księdza Józefa, który nie chciał podeptać różańca,

tym, że od nas zależy, czy Jezus znów wstanie z martwych

– w ciałach ludzi – choć na błysk, na gest jeden.

Nie przekonałeś mnie, ojcze, że ogień nie ima się duszy,

ale rzekłeś coś więcej, pytając: Po cóż dusza?

I oto trzeciego dnia

szedłem ku twemu barakowi, ojcze Jakubie czy Pawle

aby przyjąć z rąk twoich chrzest –

Aleś ty odszedł już na blok umierających, Blok Pana.

Nie zdążyłem przyjść do ciebie, mój ojcze,

nie ścisnąłem stygnącej ręki, nie otarłem krwi z ust,

spotkałem tylko ludzi, których oczy ożywiły łzy,

gdy drżącymi wargami mówili, żeś upadł pod ciosami –

tak jak przedtem ksiądz Józef – nie godząc się zdeptać różańca.

I myśląc, żem też jest księdzem, oddali mi swoją świętość:

zdrewniałe kulki chleba, których jasna farba – ślad światła

zeszła ku rękom ludzi.

I padam na kolana, i klęcząc,

idę oto wśród żywych i zmarłych,

błogosławiąc jednym i drugim.

Nie wiem, z którymi zostanę.

Po cóż dusza

temu, co nie ma odwagi,

aby rzucić ją w płomień. Po cóż dusza.

JOSEF ČVRČEK | 75 581

Brat Czeski3

Skromny mnich, szara gruda ziemi –

tu w Buchenwaldzie pojąłem tajemnicę Chrystusa:

Nie, nie urodził się Bogiem, aniołem,

nie sfrunął do nas niczym ptak –

nie umiał fruwać.

Narodzony w buchenwaldzkiej stajni

tutaj uczył się chodzić, oddychać ciemnym powietrzem,

w którym – jak chrząstki w zupie – zapach kości

i słodszy nieco swąd palonych ciał.

Wstrzykując więźniom jad – poznał cierpienie i śmierć –

uczył się konać i

zmartwychwstawał przez ból.

I pomagał zmartwychwstawać innym.

Nie, nie urodził się Bogiem, aniołem, nie umiał fruwać –

tutaj wszystkiego się uczył:

czołgał się bity przez Niemców,

a jednak wstawał,

dzielił się chlebem, głodował;

coraz lżejszy

w końcu oderwał od ziemi pełne bólu stopy.

Jeśli gdzieś są niebiosa –

uleciał ku nim jak ulatują ptaki,

jeśli ich nie ma –

będzie krążył nad ziemią,

będzie wracał.

„WIKTOR”

PRZYWÓDCA MŁODZIEŻY POLSKO-KATOLICKIEJ

NA ŚLĄSKU OPOLSKIM

Nie widziałem go nigdy, tego Dziecka,

ale wszyscy wiedzieli, że jest,

że rośnie szybko, bardzo szybko –

jakby wiedząc, że mało ma czasu.

Podobno ten nauczyciel

nauczył je grać Beethovena,

umiało też lepić ptaki, zwłaszcza gołębie,

które potem odfruwały za druty,

roznosząc listy więźniów.

Nie wiem także, kim to Dziecko było.

Wiem, że odpowiadało uśmiechem,

gdy mówiono po polsku,

tak samo robiło zresztą,

gdy mówiono do niego w jidisz,

po rosyjsku, a nawet cygańsku –

jakby rozumiało każde słowo.

Kto widział ten uśmiech –

mówiono,

kto choć raz widział ten uśmiech – –

ten na pewno przeżyje obóz.

JOSEF ČVRČEK | 75 581

Brat Czeski

Najpierw, mój drogi,

uciekli ci Hiszpanie. W mglisty dzień,

uzbrojeni w łopatę i miotłę, udając, że sprzątają,

szli przez żółknące ulice Weimaru, Erfurtu, Eisenach

jak przez kamienne koryta wysychających rzek.

Nim padli, widzieli – jak blisko, tuż za chmurami –

szczyty gór krwawe,

szarzejące o zmierzchu:

Pireneje.

Niemcy przywieźli ich ciała, cisnęli pod dąb na wzgórzu,

dąb, który nie rzuca cienia nawet konającym…

Potem w niemieckich mundurach ci Polacy

ze śmiechem wskoczyli do wozu, który czekał na komendanta,

ze śmiechem stanęli przed bunkrem, uwolnili Żyda Czernika,

on wolał wrócić na blok, oni pognali przez bramę…

Przysłali kartkę z Warszawy, nim wśród ruin Powstania

doścignął ich czarny ogień.

Wtedy ja spróbowałem. Jak druciany świerszcz

ległem między sufitem a spojeniem dachu,

nocą ksiądz Józef na górę podawał mi chleb, czasem zupę,

Smakowałem, słuchając, jak tam w dole

szepcą o mojej ucieczce

jak klepią się po ramionach, wolność, świat istnieje!

Czułem się wtedy jak Bóg patrzący na ludzkie igraszki.

Na koniec zamiast Józefa zaczęły przypełzać cienie

ojciec Paweł i ksiądz Tadeusz, coraz bardziej umarli…

Teraz ty tylko

ty jeden, pajączku,

jeszcze ze mną rozmawiasz.

Mówisz o wyzwoleniu, Niemców nie ma – ja wiem

wiem, ale nie mam siły ani wiary, ani miłości,

żeby zejść na dół, w świat.

V. TŘČK

Jedni mówią, że Dzieciak, kiedy wszyscy zasnęli na kamień, nadludzką mocą wyważył drzwi auta śmierci i wrócił za druty, na rewir. Po nocach – jako pielęgniarz – wskrzesza ciała cieknące tyfusem. Widziano też, jak z płaczem grzebał w gasnącym popiele, dobierając żółtawe kostki… Wtajemniczeni dodają, że on jest nauczycielem, który po nocnym apelu przekrada się do trupiarni, mówi wiersze i pisze więźniom listy do rodzin… Starczy złączyć te prawdy, by pojąć, iż w lagrze zjawił się Syn Boży: ma lat sześć, szesnaście i sześćdziesiąt, sprawia cuda i jest w kilku miejscach naraz.

Początkowo oczywiście czynił to, co mógłby czynić w lagrze Mesjasz: rył podkopy, podrzynał gardła esesmanom, kradł chleb i rozdawał głodnym więźniom. Lecz gdy Niemcy otrząsnęli się z szoku, gdy w odwecie zaczęli brać ludzi do głodowego bunkra – zmienił się także Chrystus: dolewał esesmanom wódkę do herbaty, śpiewał z nimi, zataczając się po obozie, i potem strącał pijanych w nurt kamieniołomu. Albo podrzucał im do ubrań głodne wszy zarażone tyfusem. Ktoś słyszał, że został wydany. Na bloku skrywał studenta i dziewczynę. Chcieli Go zmusić do cudu, może nawet do spalenia Niemców… Student doniósł na Niego jak Judasz, potem patrzył z nadzieją i wiarą, jak esesmani niepewnie podchodzą, jak podnoszą żelazne pejcze… Czekał.

Biegli w Piśmie jednak powtarzają: jest Mesjaszem, jest nieśmiertelnym. Nikt nie może spowodować jego śmierci – chyba że sam ją przyjmie… A przyjął ją, idąc do bunkra za ucznia ze śląskiej szkoły, przyjął ją – umierając za niego. Umierając dniami, tygodniami, pocąc się krwawym potem i nie mogąc, wciąż nie mogąc skonać. Nieśmiertelni nie są tak przywykli do umierania, jak my… Wreszcie skonał. Sam – w każdym sensie tego słowa kaleczącego usta.

Ocalony przez niego chłopak umarł kilka dni później, nim skonał – był szczęśliwy.

Był szczęśliwy wiele, wiele godzin.

Tyle tylko mógł Bóg w tamtym czasie, aż tyle – –

Rabbi Czernik

W godzinę, w której usłyszycie trąby i piszczałki i cytry,

Padłszy, pokłońcie się bałwanowi złotemu –

zapisał prorok Daniel rozkazy władcy Babilonu.

Przecie trzej sprawiedliwi Żydzi: Sydrach, Misach i Abdenago

wierni Przymierzu z Panem nie upadli na twarze.

I wówczas Nabuchodonozor król kazał ich związać i wrzucić w piec ognia gorejącego.

Dziś nikt nie wraca z gorejących krematoriów Buchenwaldu.

Dym z góry Ettersberg wypłoszył ptaki i nawet wieloskrzydłe anioły.

Ziemia jest pusta i niebo nad nią jest puste.

Czyż nie winniśmy, bracia, strzaskać kamiennych tablic przykazań?

Czyż nie winniśmy, bracia, płacząc, przeklinać i bluźnić?

Ale strzaskać tablice i przekląć Boga, bracia, to znaczy zerwać Przymierze,

nie być więcej Narodem Przymierza! I kim być, bracia moi?

Idziemy oto bez buntu ku gorejącym piecom – –

Lecz pamiętajcie, którzy będziecie nas potępiać,

iż wybraliśmy śmierć, raczej śmierć niźli bluźnierstwo

śmierć, by pozostać Żydami, Narodem Przymierza,

śmierć, aby wierzyć, że Pan

odpowiada w końcu uśmiechem na uśmiech Hioba.

Wrzuceni w piec ognia gorejącego

Wyszli z płomieni nietknięci Sydrach, Misach i Abdenago

i żadnej mocy nie miał ogień nad ciały ich.

NARADA

(Pister)

– W obozie jest spisek.

(Lenz)

– Ale zawiązywał go nasz agent,

tworzył wojsko operetkowe,

zmyślone rangi, urzędy i sądy…

(Pister)

– Całe zmyślone państwo,

a teraz trzeba ich realnie

wieszać jak szmaty na konarach dębu,

bo nienawiść nie była zmyślona.

(Goeth)

– Albo ścinać toporami w blasku ognia.

(Koch)

– I wywołać gniew pozostałych.

(Lenz)

– Przecież więźniowie niczego nie zrobili.

(Pister)

– Przeciwnie: już przyznali się do zbrodni:

gdyby zmyślona armia miała prawdziwą broń,

waliliby do nas prawdziwymi, nie zmyślonymi kulami,

gdyby nie mieli karabinów,

a tylko wolność –

rozdzieraliby nas pazurami,

nas żywych, a nie zmyślonych!

(Koch)

– A więc trzeba ich zabić,

ale tak, by nienawiść

pozostałych przy życiu

obróciła się nie przeciw nam,

ale przeciw naszym wrogom…

Trzeba zabić dwukrotnie:

zastrzelić i napisać ich nagrobki.

Prezes Efraim

Zgodził się, kiedy Niemcy

mianowali go przewodniczącym judenratu,

urządził nawet przyjęcie,

nie było koszernych potraw,

po stołach szalały koniaki,

pod nimi – dziwki o wargach gorących

i zapewne czerwonych.

Gdy na getto nałożono podatek,

wysłani przez prezesa policjanci

rozpruwali palta, rozbijali doniczki z kwiatami

walili pałami po głowach,

jakby ktoś i tam ukrył złoto.

Ale gdy dostał rozkaz

wpisania trzydziestu nazwisk

na listę,

na listę śmierci

– trzydzieści razy

wpisał swoje nazwisko.

SZARY

Nigdy nie zapomnę ich twarzy:

nauczyciel polskiego w trupiarni mówił wiersze żywym i umarłym,

my, skryci za plecami słuchających – milczeliśmy.

Stary górnik Witczak, Olejniczak – subtelny tłumacz Horacego,

inżynier Damazyn, mój przyjaciel – wynalazca,

który wzywając samoloty,

wezwie śmierć.

Patrzyliśmy na siebie, nie wiedząc,

czy patrzą żywi na umarłych, czy umarli na żywych.

I żeby było jasne: to ja wydałem rozkaz,

ale przecież pracowałem w hali,

gdzie Niemcy składali swoją Wunderwaffe,

gotów byłem zapłacić najwyższą cenę…

Zapłaciłem nie tak wysoką, zapłaciłem ranami ręki,

którą doktor Polak musi obciąć.

Nie wiem, czy wyzdrowieję, czy poślą mnie do gazu,

może uda się ukryć. Czeka nas walka.

Żegnam cię, synu. Dbaj o matkę. Twój ojciec.

Ojciec Jan4

(11 IV 1895 – 11 IV 1955)

Litania

Kyrie Elejson, Chryste Elejson. Kyrie Elejson.

Ojcze z Nieba, Umarły Boże – zmiłuj się nad nami.

Synu, Odkupicielu świata, Narodzony i Zabity w obozie,

przyjdź do nas, czekających Twego Zmartwychwstania.

Święty Józefie, księże, któryś poznał

stronice Biblii puste jak spustoszone niebiosa,

lecz odzyskałeś Miłość – ucząc innych Miłości,

udziel nam pokoju.

Święty Pawle, śpiewający kapłanie – ochotniku,

który wolałeś spłonąć w białych płomieniach żwiru

niż podeptać różaniec z chleba i śliny spragnionych –

Święty Alojzy, błaźnie z komanda śmierci,

któryś ratował w nas życie tłustym żartem

rozgrzewającym brzuch, lędźwie i całe ciało –

– módlcie się za nami, ludźmi małej wiary.

I ty święty Olegu – Palaczu, któryś zabił

za nas, tchórzliwych, Żyda ukrywanego na bloku,

by inni ocaleli –

– wstawcie się za nami, grzesznymi,

za nami, którym oszczędzono próby.

Kyrie Elejson, Chryste Elejson. Kyrie Elejson.

IMPROWIZACJA

Alfons Kłaka

PREZES ZWIĄZKU POLSKICH KÓŁ ŚPIEWACZYCH

Więc wypijmy, przyjaciele, za ten świat,

co na trzeźwo byłby całkiem nie do życia,

i za Pana Komendanta – wariata,

wariat to niezwykły powód do wypicia!

I wypijmy, przyjaciele, za nas samych,

bo tak młodzi już się nie spotkamy!

Zdrowie tych, którzy jeszcze je mają!

I za lekką śmierć – tych – pozostałych.

I wypijmy, przyjaciele, zdrowie księdza –

zwątpił w Boga, ale innych wciąż pociesza,

jakby innym grzejąc zupę, sam grzał ręce –

niech więc wątpi i pociesza jak najwięcej!

I wypijmy za kolegów z magazynu,

przechowują tam dwóch chłopców i dziewczynę

może któryś jest Jezusem, może obaj,

a więc pijmy podwójnie – potrójnie – na zdrowie!

I wypijmy zdrowie Boga – coś z nim chudo,

więc chlapnijmy też za jego zmartwychwstanie,

za raj, w którym wszyscy wkrótce się spotkamy

i będziemy wszyscy razem czynić cuda:

Przemienimy wodę w wino – jak Syn Boży

i dopiero, nawet w niebie, da się pożyć.

* * *

1 Fahrkolonne – kolumna transportowa w Buchenwaldzie – 130 więźniów, przywiązywanych drutem do dyszli furmanek. Kierował nimi w sposób morderczy Jakub Ganzer, który chcąc przypodobać się Niemcom, kazał swym współwyznawcom wciąż śpiewać – stąd nazwa Singende Pferde – Śpiewające konie (m.in. zeznanie Maxa Feingolda i Franto Steinera za: Wacław Czarnecki, Zygmunt Zonik, Walczący obóz Buchenwald, Warszawa 1969, s. 143). Historia nawrócenia to fikcja literacka.

2 Do opisu kolejnego nawrócenia zostało wykorzystane – nieco przekornie – imię krakowskiego działacza PPS, absolwenta filozofii UJ, Tadeusza Piltza.

3 Autentyczne nazwisko jednego z duchownych czeskich, zesłanych do Buchenwaldu.

4 Daty nie tyle fikcyjne, co symboliczne. Postać wzorowana na byłym więźniu Buchenwaldu, zmarłym w 1957 roku, ks. Janie Melzu.

Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Zwłoki pod krematorium

V

EPOKA MIĘSA

Minęła epoka Ducha

minęła epoka Ciała

nadeszła epoka Mięsa

Piosenka komendanta Kocha • Oberscharführer Hofschulte o wolności • Zoo • Hauptsturmführer Müller o Królestwie • Fachowiec Filip Mila • Witczak • Zagadka poetycka • Głód i śmierć Kowolika • Donos na nauczyciela i lekarza • Nalot • Ślad człowieka • Dr. Ding o bohaterstwie uczonych • Wesołe chłopaki z gaz kamery

KARL KOCH

O mój miły Augustynie, Augustynie, Augustynie

wszystko minie, minie

minie.

Była epoka Ducha,

Była epoka Ciała

a jest epoka Mięsa.

Paliliśmy je w piecach, skwierczało bąblami na stosach,

lecz wciąż go było pełno.

Jak bezwłosy nowotwór

przerzucało się z piersi ziemi na jej narządy rodne.

O mój miły Augustynie, wszystko minie

minie –

i cóż z tego,

że zamykacie nas w celach bez drzwi i okien

i tak

i tak już mieszają się światy nasz i wasz.

Rozpalicie nasze krematoria,

otworzycie drzwi szkoły palaczy,

wyciągniecie za bramy obozu nasze spychacze zwłok.

Zrozumiecie,

mój miły Augustynie, zrozumiecie,

że człowiek to mięso,

tylko mięso.

I że, mój miły,

gdyby było inaczej,

miły,

nie byłoby już powrotu.

NN 30 628

W konarach tego przeklętego drzewa

jak pieśń Wagnera narastała legenda,

że Niemcy będą potężne,

póki potężny będzie dąb,

dąb, który na zboczu Ettersbergu posadził wielki Goethe.

W przerwie –

kiedy wolno zrzucić z pleców kamień, odłożyć siekierę,

chwycić zębami kęs powietrza cenniejszy niż chleb

czołgaliśmy się pod to drzewo,

wgryzaliśmy się w jego korzenie

kawałkami szkła,

pazurami –

Lecz dąb rósł,

wyniosły nad dobro i zło ziemi,

dąb żył.

Umieraliśmy my.

Kiedyś powróci ludzki świat. Będzie ludzki,

póki trwać będą na korzeniach dębu

ślady naszych paznokci.

Filip Mila (I)

Leichenheizer

Nie prosiłem ich o nic,

byłem młody i silny,

nie chcieli mnie zabijać,

przynajmniej nie od razu.

Dostałem przydział

do sonderkommanda krematorium.

Moja żona Ewa i jej matka

– szatan by tego nie wymyślił –

trafiły tu kilka dni później

już z obciętymi włosami.

Stały przed drzwiami do piekła.

Na mój widok z radością

zaczęły piszczeć: Co tu robisz?

Kiedy da się dłużej pogadać?!

Wiedziałem: nie mogę im pomóc –

prawda mogła tylko zwiększyć ból,

a ja poszedłbym do gazu razem z nimi.

Mogłem tylko

ukradkiem uścisnąć dłoń żony.

Matka chyba się domyślała –

patrzyła z lękiem, czy nie powiem czegoś złego.

Więc raz jeszcze uścisnąłem Ewę,

potem ją lekko popchnąłem w kierunku drzwi…

SS-OBERSCHARFÜHRER

HERMANN HOFSCHULTE

Nie trzeba być filozofem, by pojąć, że nie ma śmierci,

jest życie – przedostatni, ostatni haust powietrza, ostatni gest.

Każdy zdycha – nie każdy przedtem żył.

Wiecznie smutny Grek Perek z różowym winklem,

choć wszyscy na to czekali,

nie miał odwagi rzucić się na druty –

Gdy ciśnięto na śmietnik ciało jego kochanka,

położył się na nim jak pies, nie reagował nawet na kopniaki,

po prostu leżał, aż zdechł, i nawet potem chciał leżeć.

A znów Student – spiskowiec jak wszyscy Polacy –

ten to przedobrzył z umieraniem:

nie chciał śmierci na miejscu, od ręki czy pałki

– musiał jechać po nią do Berlina…

Mówią, że chciał wykrzyczeć cały ich hymn Jeszcze Polska,

lecz niemiecki topór był szybszy –

Polak zdążyć wykrzyknąć Jeszcze – co nie wypadło poważnie –

a potem usta i gardło coś tam do siebie gulgotały…

Ganzer wynalazł „Buchenwaldzki bilard”:

wrzuca się paru Żydów do kadzi z jakimś gównem

i wali w wygolone łby, kto więcej utłucze punktów…

Steller z Goethem wolą grę w „piłkę”:

wiążą – najlepiej księdzu – ręce pod nogi,

w środek wbijają kij,

potem walą tym tłumokiem o mur,

walą, aż stanie się krwawym

wałkiem mięsa i połamanych kości…

Bijąc brawa, czujemy się jak Rzymianie w czas igrzysk1.

Dusza ludzka jest bardziej rozległa, niż sądzili najodważniejsi mistycy –

morze, u którego brzegów zanurzamy się z krzykiem.

Filip Mila (II)

Z pociągu nie uciekali:

bali się rozstać z żoną, starym ojcem, dziećmi…

Jeśli jechali wiele dni bez picia,

zataczali się po wyjściu jak we śnie,

wystarczyło krzyknąć: Do łaźni,

wystarczyło dać łyk wody, nie więcej

– szli jak we śnie, umierali we śnie.

Im więc dłużej jechali do lagru,

tym lżejszą mieli potem śmierć.

Dlatego ich pociągi jak widma

błąkały się po torach Europy,

stawały na wszystkich bocznicach,

przymykając puste białe ślepia.

Gdy jechali zbyt krótko,

trzeba było ich bić – laufen, laufen

nim jeszcze wyskoczyli na peron –

by myśleli tylko o bólu, by biegli, gdzie każe ból.

Zdrowych gnaliśmy do pracy,

chorzy z głupim uśmiechem wchodzili do aut

z czerwonymi krzyżami z boku skrzyni.

Trzeba było powoli krążyć po ulicach Weimaru,

by nie dowieźć do pieca zbyt żywych.

Szło im to umieranie jak krew z nosa.

Po szarpnięciu drzwi wypadała

kamienna bryła: na górze,

gdzie najpóźniej dochodzi gaz,

same chłopiska silne, różowe niby róże,

na dole jedna sraczka: starcy, dzieci, krew chlusta,

twarze pogruchotane, śmieszne jak w krzywych lustrach.

Teraz trzeba to będzie

porozrywać, połamać zdrewniałe rączki-nóżki jak gałęzie,

przeszukać tyłki, wyrwać złote zęby, obciąć włosy…

Jestem jednym z najlepszych w komandzie,

człowiek nowego renesansu: fryzjer, Leichenheizer i dentysta.

Specjalistów nie likwidujemy,

tak powtarza nasz wesoły Herr Kommandant,

Przyda się każda ręka – czy żeby odbudować świat,

czy chociaż dla psów. Razem z kością.

KARL KOCH – MOJE ZOO

fragment z pamiętnika

Nie wpuszczałem tam więźniów ani nawet SS-manów, tylko Bóg i ja

mogliśmy oglądać Ogród, porównywać

zachowanie mieszkańców klatek: dzikich świń, szczurów, zwłaszcza szympansów

z figlami ludzi – małp drapieżnych – żyjących po drugiej stronie krat.

Ze względu na skromny zasięg badań stawiamy jedynie hipotezy.

1. Okryci rzadką sierścią, niedołężni po urodzeniu dłużej niż inne stworzenia,

ludzie są zapewne mutantami wypluwanymi zbyt wcześnie z brzuchów matek:

jeszcze nieuzbrojeni w odruchy zastępujące wiedzę,

jeszcze skazani na wolność, to jest na walkę.

2. Ten – szczęśliwy – niedorozwój sprawia, iż potrafią się przystosować

do wszystkiego, co zwykle i niezwykłe: mogą spać, obejmując trupa

– by pobierać rankiem jego chleb; mogą zmyślić cierpiącego Boga,

i małpując go, zdychać w bunkrze za całkiem obcego człowieka.

3. Pod wpływem abstrakcyjnej (lecz właśnie konającej) utopii

ludzie działali czasem wręcz irracjonalnie:

umieli ubić na wojnie tysiące okazów

swego własnego gatunku, a potem…

potem nie zjadali ani sztuki!

4. W pewnych jednak warunkach irracjonalizm ten znika:

wczoraj

widziałem transport wysłany ze Stutthofu:

żywi mieli błyszczące oczy,

umarli – wygryzione wszystkie lepsze części, pośladki, nawet genitalia,

zostawała tylko miednica

i nogi od kolan w dół

(z wyjątkiem łydek)2.

GOTT MIT UNS

Dr. Jupp Müller SS-Haupsturmführer

11.4.1945

Zimorodek – maleńka

roztrzepotana tęcza, kropla muzyki nad potokiem –

wyciąga z wody, jakby wyjmował z baśni,

złotą rybkę.

Zabija,

uderzając jej główką o kamień. Gołębie

wyrzucają z gniazda słabsze z piskląt –

ostre ich dzioby rozłupują miękki

łepek z wielkimi przerażonymi oczami.

Bóg,

który mówi do nas obrazami

ryby i ptaka nad wodami – mówi przecież

o Królestwie Bożym na ziemi:

Narody,

które są światłem wcielonym – muzyką

– one tworzą ten świat, gniazdo ptaka.

Ludy

szorstkie – jak szorstkie są ręce do pracy –

wkopują fundamenty. Bo w Królestwie

każdy znajdzie swe miejsce, chleb i rybę.

Tylko

to,

co wędruje czarną rakowatą naroślą,

co przerzuca się z piersi ziemi na jej narządy rodne,

to trzeba wypalić, zanim

oblepi strupami mózg, obrośnie serce –

jak małże kadłub okrętu. Bóg

sześć tylko dni tworzył świat, a potem

spoczął – nam przekazując trud

dzieła stworzenia. Lecz czasem

podpowiada nam słowa i prace

w swoim nieludzkim języku, ukazując

łuk na obłokach, gołębicę z gałązką w dziobie.

Filip Mila (III)

Najpierw to szło langsam, langsam, jak krew z nosa:

muzułman wchodzi do rewiru

myśli: odpocznę jak w niebie!

A zza drzwi – dwóch pflegerów –

na ziemię go jebie,

przyciskają, głaskają po twarzy,

ale nie robią tego, co myślicie!

Korytarzem nadchodzi pan felczer

i mu wbija… szprycę z jadem w serce.

Potem wynaleźli my gazauta

wybite w środku blachą – jak wozy rzeźnika.

Żeby do nich wprowadzić zuganga3,

trzeba najpierw zabrać mu szmaty

niby dla odwszenia – genialny

wynalazek herr kommandanta,

nagi zugang nie walczy,

nagi zugang się wstydzi,

sam do auta wskakuje prędzej, prędzej

ze śmiercią w oczach i ciulikiem w ręku!

Dziś mamy nawet gaz kamery,

wchodzi całe szajskomando do środka,

czyta: „Waschraum” i ryms na kolana,

dziękując – tacy pobożni –

że to jeszcze nie niebo tylko kąpiel.

Patrzą w górę – jakby cudu wypatrując,

jakby mieli zobaczyć twarz Boga –

I nagle błyskawice, sufit pęka jak niebo

powoli rozszerza się szczelina,

a w szczelinie, w świetle takim niebieskawym

wielka głowa w gazmasce z ogromnymi ślepiami.

PS

Nie jest prawdą, że z grubszych więźniów wytapia się u nas na krematorium tłuszcz na mydło. Chudzi nie chcą się w ogóle palić. Patent jest taki: na palenisku należy kłaść tłustego z chudym – wtedy wyciek z tłustego wystarcza dla obu więźniów.

Dobra poezja powinna być trochę zagadką

Zrozumieli to nasi urzędnicy

Do decyzji Gruppenleitera II D Obersturmführera Waltera Rauffa.

Zmiany do wprowadzenia.

Normalny załadunek osiąga 9–10/1 m kw. Działające od grudnia 1941 samochody Saurer przerobiły4 bez większych incydentów około 90 tys.

Warunkiem zakupu dalszej partii jest wprowadzenie pewnych udogodnień.

1. Konieczne wydaje się skrócenie przestrzeni ładowniczej o metr – albowiem nawet pusta przestrzeń ładownicza musi być wypełniona (by utrzymać odpowiedni poziom w całym pojeździe) – co powoduje niepotrzebne zużycie paliwa, tzn. spalin. Sygnalizowane niebezpieczeństwo przeciążenia zawieszenia przedniego nie wystąpi, gdyż ładunek ma naturalną tendencję do ciążenia ku drzwiom tylnym, zdarza się, iż w końcowej fazie silnie na nie napiera i wypada po ich otwarciu w formie bryły.

2. Sugerujemy lepszą ochronę lamp wewnętrznych przed zniszczeniem, przez zabezpieczenie ich siatką z drutu. Teoretycznie można obejść się bez światła, jednak ciemność powstająca w chwili zamknięcia drzwi powoduje panikę ładunku, jeszcze przed rozpoczęciem operacji. Jest zatem celowe używanie oświetlenia przed i w czasie pierwszych minut działania pojazdu.

3. Aby ułatwić oczyszczanie, wykonać należy na środku podłogi otwór spustowy. Przykrywka o średnicy 250–300 mm winna być wyposażona w syfon poziomy, by płynne ciecze mogły wypływać już w czasie operacji. Po zakończeniu otwór posłuży do usunięcia większych zanieczyszczeń.

/Just/

Józef Kowolik

żył lat 22

Boże, czy potrafisz

stworzyć kamień,

którego nie uniesiesz?

Boże,

czy potrafisz być głodny

tak naprawdę,

tak, że za pajdkę

byłbyś gotów

wydać własnego syna?

Boże,

czy potrafisz się bać,

ale tak,

że ciało spływa potem

i chcesz krzyczeć

Czemuś mnie opuścił?!

Boże, chroń nas

przed nami samymi,

byśmy nie przeżywali życia,

którego nie można przeżyć.

Donos II

… w latrynie powiadają, że nauczyciel Mikołajczak spotyka się z więźniami w trupiarni. Trudno o miejsce lepiej potwierdzające słuszność materializmu – a on tam gada z głowy wiersze coraz bardziej metafizyczne: „Pana Tadeusza” a nawet „Króla Ducha”. Powiadają, że tym gadaniem niejednego wyleczył, ale partia tego nie popiera. Nie popieramy też i tego, co robi Doktor Polak, który leczy – choć nie ma lekarstw, nie jest lekarz, a nawet nie nazywa się Polak. Mimo tego kładzie się przy chorym, mianowicie na tyfus, przytula go jakby dziecko i leży – póki nie uzdrowi. Obozowy żart mówi, że w ten sposób wskrzesił też Chrystusa – ale uświadomieni proletariusze wiedzą, że takowy nie przebywa w obozie. Uświadomieni proletariusze wiedzą, że Bóg ani się wcielił dwa tysiące lat temu, ani tym bardziej w obecnych, jeszcze mniej sprzyjających warunkach! Istnieje tylko materia i ci, co z poświęceniem godnym lepszej sprawy przerabiają ją za pomocą młotów. I oczywiście sierpów. A co tyczy się Zbawicielów, to dziś nie jest potrzebny Chrystus indywidualny, lecz kolektywny. Bo nowe czasy wymagają nowych, rewolucyjnych rozwiązań!!!

Inż. Władysław Szczerba

Gdy pomagałem konającemu chłopcu

z kart książek, z niewysłanych listów

sklejać latawiec –

nie chodziło o mrzonki, chodziło o zabijanie czasu,

aby on nas nie zabił. Żeby przeżyć

musieliśmy organizować życie

jak Niemcy zbrodnię: na podobieństwo maszyny.

Do pracy w Weimarze biegliśmy

jeszcze przed świtem, bez żarcia,

więc by ludzie nie padali z głodu,

blok odkładał z kolacji chleb i marmoladę,

by nie kradli – zarządziłem wartę.

Któregoś ranka jednak obudził nas krzyk:

Chleb zniknął!

Zniknął też Schreiber Kowolik, przyjaciel,

który miał wartę po mnie, jako ostatni.

Znaleźliśmy go na środku placu,

na dębie Goethego

jak odłamana gałąź.

Ręce i twarz ubabrane

okruchami i marmoladą –

skradł jedzenie, lecz – jak widać – później

sam sobie wymierzył karę.

Ktoś, chyba z politycznych,

powiedział: Nowy święty,

ktoś podał zmarłemu rękę.

Chwilę potem

przez apelowy plac

pełzł szary wąż setek ludzi,

kolejno ściskali rękę Kowolika,

jakby witali go w ludzkiej wspólnocie.

Nawet Niemcy nie ośmielili się przeszkadzać.

Stanisław Witczak | GÓRNIK

UCZESTNIK TRZECH POWSTAŃ

15 III 1892 – 24 VIII 1944

Myślisz, że jeśli nic nie robisz

– nie chwytasz za broń,

milczysz –

to nic nie robisz?

Przerabiasz powietrze

na cuchnące!

IWAN SMIRNOW5

Członek ILK6

Niemcy pierwsi pojęli: czas fabryk pracujących jak ogromne zegary,

czas dróg przecinających ziemię i niebo jak błyskawice –

ten czas niósł inne dobro, inne zło.

Trzeba je było obliczać

jak wytrzymałość fundamentów

jak opłacalność inwestycji.

Kiedy szrajber Kowolik wypuszczony z bunkra

wywęszył podkop i zażądał zupy

– tylko jednej dziennie – za milczenie,

rachunek musiał być prosty.

Po jednej stronie: życie młodego człowieka

no, może jeszcze płaczliwe toasty kolegów

przy wygasłym ognisku, gdzieś nad Odrą,

po drugiej: organizacja, ludzie których mógł zdradzić

za dodatkową zupę, pajdę chleba.

O świcie wisiał więc na drzewie.

Wywrócony stołek,

twarz i ręce w plamach marmolady – –

było jasne: ukradł jedzenie,

dojadając resztki, poszedł się powiesić.

Obkist, doker z Danzigu, zgodnie z instrukcją

rzucił w niego półżartem: Nowy święty,

ja pierwszy podałem dłoń zmarłemu.

Po mnie inni towarzysze: Bartel, Kuhn…

I nikt nie zdążył spostrzec,

że też miałem palce w marmoladzie.

Na końcu przyszli chłopcy z krematorium

uścisnęli trupa, zdjęli z dębu,

wielkimi obcęgami chwycili za głowę

i powlekli po żwirze w stronę ognia.

Dr. Hans Schmidt

nalot 24 sierpnia 1944

Jakby na Ettersberg wracali bogowie, SS-mani przedzierają się przez płomienie. Jedni w hełmach ze srebrnymi czaszkami, inni – po prostu – z jasnymi rozwianymi włosami. Nad pancerzami mundurów łopoczą bandaże nasączone krwią. Żelazny deszcz, chmury ognia, wycie nadlatujących samolotów. Komendant krzyczy: Jeśli w tym ogniu padnie stu Polaków – wśród trupów będą ich przywódcy! Pozostanie przerażone stado. Święto śmierci! Niebo wali się na nas, czy my zwalamy niebo.

ERWIN OSKAR DING-SCHULLER

LAGERARZT7

1945?

Płyną, wciąż płyną te głowy z akwariów bloku Patologii,

kołyszą się w białej cieczy, przyklejają twarze do szyb,

za nimi – kalekie ośmiornice – płyną osobno ręce,

osobno otwierają się usta, pytają, krzyczą – a ty,

ty, który chciałeś zbawić świat – stoisz niemy

i tylko obracasz w ręku potłuczoną strzykawkę.

Niebojący się piekieł ni bogów medycy Renesansu

odważyli się zajrzeć w lepkie wnętrze człowieka,

stygnącą krwią rysować mapy krwioobiegu, drzewa płuc.

My, Niemcy,

byliśmy jeszcze odważniejsi:

mieliśmy śmiałość zajrzeć w lepkie wnętrze duszy:

w rozlewiska, nad którymi smród lagru i muzyka Liszta

i chichot.

Życie żywi się życiem, walczy z życiem do ostatniej kropli życia.

My, Niemcy, widzieliśmy dalej:

pożółkłe lądy przyszłości, na których ostatni ludzie

szamocą się o miejsce przy ostatniej kałuży.

Zbrodniarze, głupcy nie dali nam dokończyć prac

i nikt wam nie zdoła odpowiedzieć,

ile głodu czy bólu

wytrzyma – nie szczur czy pies –

tylko ciało i dusza człowieka – niepewne narzędzia istnienia.

My, którzy oddaliśmy swe życie cuchnącym ranom więźniów,

i oni, którzy umierali w gorączce –

wszyscy, wszyscy jesteśmy ofiarami Prawdy i Przyszłości.

Płyniemy przez białą ciecz, przyklejamy twarze do szyb,

wołamy, wołamy, lecz wy,

wy ciągle odwracacie wzrok.

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

...... to, że zbłąkany pocisk trafił w dom w Weimarze – to dziwaczny przypadek: Stare Miasto nie było bombardowane! To pocisk jakby z tamtej jeszcze wojny! ...... W poprzednim, zimowym nalocie zginęło raptem kilku więźniów – i na tym opierał się plan komendanta Kocha: wykorzystać atak wrogich maszyn .................. Kamienie pośród kamieni, trupy – najlepiej ukryć pośród trupów ............... ofiary większe niż zimą – lecz bogowie żądają ofiar! ..................... w płomień zmieniły się hale, gdzie z metalowych szponów, kadłubów i skrzydeł składano ptaki Wunderwaffe. To może przeważyć szalę wojny! ..................... Koch krzyczał: Trzeba rzucić w ogień alianckich lotników! ..................... – Od miesięcy są tuczeni w Buchenwaldzie, tuczeni – jakby przeznaczeni na ofiary! Powiesz, że to nieludzkie? – ależ właśnie nadludzkie! ..................... W ogniu padło stu młodych SS-manów. Przyniesiono ich do obozu nie na marach – na pieśniach rogów i na ogniach pochodni, przyniesiono jak germańskich wodzów. Ale po drodze jakieś palce odpięły im od pasów pistolety, z rąk wyrwały niewybuchłe granaty. Ci, co wezwali samoloty aliantów, nie oszczędzali i siebie ... ... od bomb i postrzałów zginęło trzystu więźniów. Rannych i konających – tysiąc ... ............................................................................................................... Bóg chciał, że padli prawie wszyscy, którzy byli na listach śmierci: nauczyciel z Bytomia – Olejniczak, przywódca ich młodzieży – Wiktor, związkowiec Witczak, jacyś polscy harcerze, wszyscy, wszyscy ................................................... Ale ktoś zastąpił zabitych, ktoś wydaje rozkazy, by wyrywać broń z rąk umarłych...

Dr Polak

listy w butelkach po lekarstwach

Blok poci się, cuchnie szczynami i śmiercią

To znaczy żyje. Obozowy wesołek, doker Alojz,

marzy głośno o statku i podróży dokoła świata.

Na piersiach wydziergał tatuaż: mapa Ziemi,

złote morza, błękitne lądy… Władek – Student

ze łzami powtarza własne wiersze,

próbuje zapamiętać, wciąż się myli.

Władek dostał już wyrok… Ja piszę.

W sobotę wieczór. Spotkałem – twarzą w twarz – „Szarego” –

walczył podczas nalotu.

Musiałem operować bez znieczulenia…

Tylko ksiądz Jan trzymał go za rękę.

Było to nieco makabryczne, zwłaszcza pod koniec.

Niedziela. Żeby ocaleni zbyt łatwo

nie zapomnieli Wiktora, Jurka

i innych, którzy padli w czas nalotu –

harcerze urządzili defiladę.

Ci, którzy rzucili pomysł – szli w pierwszej piątce:

Wilczek, Śniegucki, Szczerba,

nie pamiętam, kto piąty…

Kto się odważył na marsz przez tę potworną ciszę,

będzie miał też odwagę, by iść w ogień powstania.

Główną aleją obozu przeszło pięć piątek więźniów.

Zapomniałem napisać, że powiesili i Józka – głodomora.

Prawda, że ukradł chleb

– ale nie on to stworzył: obóz i głód, i ten chleb!

Gdzie był Bóg, który kiedyś, kiedyś

karmił rzesze jednym bochenkiem, jedną rybą.

Gdzie Bóg… Nie potrafię odpowiedzieć. Może…

Może lepiej żyć bez odpowiedzi

niż bez Boga.

Gorące chłopaki z gaz kamery

kuplety

1. Goethe drzewo posadził na wzgórzu

– wokół drzewa dziś rosną baraki.

Lecz dlaczego mnie ma to wzruszać?

Nie mój problem. Mógł sadzić ziemniaki.

2. Ksiądz, co chciał naśladować Jezusa,

za skazańca podreptał do gazu.

Lecz dlaczego mnie ma to wzruszać?

Nie mój problem. Nikt mu nie kazał.

3. Kapo z Żyda wypędzić chciał duszę,

pałkę na nim połamał całkiem.

Lecz dlaczego mnie ma to wzruszać?

Nie mój problem. Nie moja pałka.

4. Herr Kommandant gnaty więźniom kruszył,

a gdy Bacha grał – to aż płakał.

Lecz dlaczego mnie ma to wzruszać?

Nie mój problem. Nie lubię Bacha.

5. Kommandeuse – piękna jak pokusa

z ludzkiej skórki miękkie kapcie szyje.

Lecz dlaczego mnie ma to wzruszać?

Nie mój problem. Mnie już nogi zgniły.

6. Dla mnie problem – jak w ten mróz wyruszyć

jak bez nóg z obozu przejść w niebiosa.

Moim losem może palacz się wzruszy –

może zajrzy. Czy ciepła mam dosyć…

* * *

1 „Grę” blokowego Alojza Stellera opisał w swych wspomnieniach z Auschwitz Edward Ciesielski (za: Krzysztof Pilecki, Był sens walki i sens śmierci, Bydgoszcz, 1998, s. 18); egzekucję przez roztłuczenie o mur więźnia oskarżonego o kradzież chleba znajdujemy we wspomnieniach ks. Tadeusza Gaika (za: praca zbiorowa, Cudem ocaleni: wspomnienia z kacetów, Londyn 1981, s. 48).

2 Mowa o transporcie wysłanym ze Stutthofu 15 listopada 1942 roku, który przybył do Dachau 21 listopada 1942.

3 Transport. W obozach koncentracyjnych tym mianem określano nowo przybyłych.

4 W oryginale: verarbeitet. Dokument nieznacznie skrócony bez naruszania treści. Ciekawostka: po stworzeniu przez Himmlera SS-Wirtschaftsverwaltunghauptam (1942, szef – Oswald Pohl) SS stało się najpotężniejszym przedsiębiorstwem Rzeszy i Europy. Funkcjonująca w obrębie VHAW Amtsgruppe D (szef: SS-Gruppenführer Richard Glücks) zajmowała się obozami:

Amt D I (Urząd Centralny – którym kierował Rudolf Höss) – informacja, straż obozowa, warty, psy, transport;

D II (Standartenführer Gerhard Maurer) – praca i szkolenie więźniów, jak widać także utylizacja;

D III – sprawy sanitarne SS i więźniów;

D IV – administracja obozów – księgowość, aprowizacja, umundurowanie.

5 Wykorzystane nazwisko autentyczne: inżynier Iwan Smirnow (rocznik 1898), po wojnie działacz radzieckiego partaparatu.

6 Internationale Lagerkomitees – Międzynarodowy Komitet Obozowy.

7 Lekarz obozowy

Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Rachunek za pracę więźniów

VI

PRÓBY NOWEGO PRZYMIERZA

Tylko człowiek może spotkać Chrystusa

tylko człowiek może Go nie spotkać

Próby Nowego Przymierza: proboszcz Lichtenberg, rabin Bär i rabin z Międzyrzeca, ks. Franciszek • Znów Zaczyk • Rozmowa z doc. Płużańskim • NN – nauczyciel muzyki • Pan Marian, chłopiec i latawiec • Ciąg dalszy opowieści o panu Jezierskim • Judasz II – pułapka Ilzy • Tajemnica śmierci Czernika

Bernard Lichtenberg1

biblista

Przymierze na Górze Ettersberg

musiało być inne

niż tamto na Górze Synaj.

Przywołując nas tutaj, Panie,

pozwoliłeś na dobro i zło

spojrzeć od Twojej strony.

Prawda – ten polski student

tak bardzo, tak bardzo chciał żyć –

wywieziony z obozu do Berlina,

topór przeciął mu usta,

nie wiem, czy zdążył krzyknąć Jeszcze Polska…

lecz wiem, że przedtem

szedł korytarzem Moabitu2, nawołując innych do odwagi.

Prawda, zginął w Oświęcimiu ojciec Kolbe,

lecz wspominając o nim,

ludzie oddają ludziom –

może nie życie, może tylko kromkę chleba, łyk kawy –

ale i to jest tak dużo,

jakby przetaczali własną krew.

Prawda, kona ten harcerz,

lecz ludzie przekradają się po zmroku na jego blok

i sklejając latawiec,

opowiadają sobie o szczytach i o górskich jeziorach.

Tak, przymierze na Górze Ettersberg

musiało być inne niż tamto,

niż tamto na Górze Synaj,

tablice przykazań cięższe – –

Tylko spróbuj, Panie, wytłumaczyć

sens tego bólu chłopcu,

który kona z latawcem w ręku.

A potem – jego matce.

NN

Nauczyciel muzyki

Nie ku Bogu,

przeciwko śmierci

wznoszą ręce katedry.

Przeciw śmierci wciąż trwa

nad ogrodami Pompei

biały obłok,

choć nie ma już ogrodów ani miasta,

ani tego, który je malował.

Przeciw śmierci

gest księdza

powtarzany za świętymi z dawnych legend

i płonące

jak ogniska nad wzgórzami

ballady Cyganów

i modlitwy.

Przeciw śmierci

z ust do ust jak oddech

opowieść o śmierci Jezusa –

Dobra Nowina –

Poemat, który miał szczęście.

Dr Polak

listy w butelkach po lekarstwach

Znów noc. I znowu piszę, muszę pisać,

żeby ostatnie słowo nie należało do katów.

Posłałem Hance prezent: chleb,

na to smalec, na to znów chleb,

z góry kawałki cebuli.

Najdziwniejsze, że przeniósł go Niemiec, esesman.

Powiedział, że mi zazdrości…

Wyzdrowiał Zaczyk. Ten nie umrze!

Nie zginął, kiedy Niemcy

przywiązali go do drabiny

i pognali wraz z babami i dziećmi

przed czołgiem – na barykady

Ani gdy po Powstaniu,

z grupą więźniów z dulagu3

czyścił Warszawę – jak mówi – z latarń i krawężników

także z wiader, krzeseł i żarówek,

z wszystkiego, co się dało odkręcić i wrzucić na samochód.

Podniósł krzyk, gdy ogniem miotaczy

zaczęto wypalać oczy domów.

Stanął przed swą kamienicą na Chmielnej

i krzyczał, krzyczał, przekrzykując pożar…

Za opór przysłano go tutaj. Resztę grupy

zwęglono płomieniami w ruinach.

Tych spalonych też trzeba policzyć.

Nie wiem – zrobią to ludzie czy Bóg.

Wiem, że zbrodnią jest popełniać zbrodnie,

i zbrodnią – Boże – zapominać zbrodnie.

Bär-Treuer

Rabin4

Przeto, iż nie chcieli czytać Pisma,

ocalali od śmierci, lecz i od zmartwychwstania, nie tych i ciągle nie tych, których ocalić należało!

Nie był przecież Mesjaszem ten Chłopiec, to dziecko ukrywane pośród chorych.

W powietrzu gęstym od krwi, gęstym od dymu i modlitw – Mesjasz musi dojrzewać prędzej! I Syn Boży już nie może być dzieckiem, które zamiast cudów robi latawce z papieru albo mówi o górach – choćby nawet wysokich.

Nie był także Mesjaszem ten Czernik i nie był nawet Czernikiem. Szalony rabin z szalonego Międzyrzeca, gdy Niemcy weszli do miasteczka, wybiegł na rynek i krzyczał:

Żydzi – krzyczał – dziś czeka na nas Nowe Przymierze. Przed wiekami skazaliśmy Jezusa, który mógł być Wysłannikiem Pana; krzyczeliśmy: Wypuść Barabasza a ukrzyżuj, ukrzyżuj Jezusa! I krew jego na głowy nasze i na głowy synów naszych jego krew! Dziś nadeszła, o Żydzi, chwila próby. I Pan znowu wzywa nas na wielką górę i odnowi Pan Przymierze ze swym ludem.

Tak krzyczał rabin, a krzycząc – wiódł Żydów na stację męki. I ze śpiewem wchodzili do wagonów i przybyli na Górę Ettersberg, gdzie Pan i błyskawice i prawda.

I Pan przeklął szalonego rabina i odebrał mu i wiarę, i szaleństwo.

I zginął rabin z Międzyrzeca od noża, poświęconego noża.

Nie jest też Mesjaszem doktor Polak – dobry, mówią, lecz dla swego plemienia! Widziałem, jak odpędzał był chorych, którzy ledwo przywlekli się pod rewir. A on wezwał na pomoc Lenza i obydwaj bili chorych kijami. A doktor Polak krzyczał, krzyczał w języku oprawców: Symulanci zdolni do pracy, uciekajcie stąd oszuści, ludzie zdrowi. Na doktora wydano już wyrok i nie myślę, by zdołał zmartwychwstać – zaprawdę nie jest Mesjaszem…

I na koniec: nie jest też Mesjaszem ten ostatni, co się przezwał Pawłem.

On przykłada różaniec do ran chorych, czasem znika i ropa, i rana…

Ale wiecie, iż prawdziwy Mesjasz będzie czynił prawdziwe cuda.

I nie będzie mu trzeba do tych cudów ani różańca, ani innej rzeczy!

Trzeba się modlić i czekać.

Mesjasz może przyjechać już następnym transportem, trzeba czekać.

Gdy Bóg umarł – to w Nim, to w Mesjaszu, to w następnym transporcie

nasza ostatnia nadzieja.

Dr. Hans Schmidt

notatka – szatański plan Ilse

... po nalocie co drugi piec krematorium rozbity – trzeba było skrócić czas palenia ... w wyrzucanym popiele świecą żarzące się kości – więźniowie pieką w tym kartofle! To już nie są Polacy czy Żydzi, to bydlęta! ...... czekają, by skoczyć nam do gardeł! Nim odbudujemy krematoria i hale – musimy wytłuc najbardziej drapieżne z nich ... ... Ilse rzuciła nowy plan – szatańsko prosty i wkrótce w obozie będzie drugi Judasz ... nie wiem, dlaczego mnie właśnie wybrała na narzędzie. Śmiała się: To dlatego, że jesteś dziewicą ... Nie wiem, jak ona to rozumie .......... trwa pożar. Ogień przerzucił się na dąb Goethego, lecz drzewo nie spłonęło ...... zieleni się jeszcze jedna gałąź.

Ksiądz Franciszek

katecheta szkolny5

Taki Kowal: gdy Niemcy

siekierami rozwalili drzwi,

krzyczał: Mnie, mnie macie zabrać

Tak, ja jestem Jan Kowal!

Z radością przyszedł do obozu,

przyszedł za syna, który ma to samo imię!

Myślę, że idąc na druty,

Kowal dziękował Bogu,

że tak skończył – raz na zawsze – tę sprawę.

Albo patrz: doktor Polak – na zakaźnym,

gdzie nikt nie chce pracować,

ukrywa więźniów, leczy – narażając od lat swoje życie.

Wczoraj miała być wybiórka do gazu –

akurat przywleczono wielu chorych –

zdążył wybiec przed rewir,

zdążył porozganiać ich kijem,

zdążył przed panem Bogiem.

Kowal, doktor Polak czy ksiądz Jan,

który oddaje więźniom swoje paczki,

o każdym możesz powiedzieć:

nie był, ale i był Chrystusem,

każdy wcielał choć jedno słowo Ewangelii.

Uczciwość nakazuje wspomnieć

także ludzi mniejszego serca:

więzień chyba z Poznania, pan Jezierski,

znaleźli u niego medalik

(Matka Boska – pamiątka z Częstochowy i z dzieciństwa),

wystarczył kopniak w krocze, może dwa,

by go rzucił na ziemię i podeptał.

Uczciwość nakazuje dopowiedzieć,

że płakał,

że i dzisiaj płacze, po nocach błaga Boga

o jeszcze jedną próbę…

Człowiek może być tylko z Bogiem

albo przeciwko Bogu.

Nigdy bez Boga.

Doc. Tadeusz Płużański

Nie tylko ojciec Kolbe

poszedł do bunkra za innego człowieka –

kto pamięta, że żył kiedyś „Pan Marian” – nauczyciel, trochę poeta?

Samotnie bronił drogi do Wieży Spadochronowej,

ranny

bezsilnie patrzył na zrzucane przez Niemców ciała dziewcząt.

Nie porównywał ich do zabitych ptaków. Płakał.

W Buchenwaldzie czy Auschwitz

poszedł na śmierć głodową

za swego ucznia.

I nie tylko stary doktor Korczak

pozostał z dziećmi do końca, do ostatniego tchu.

Lecz któż pamięta skrzypka, nauczyciela muzyki,

który mógł się ukryć – był w AK –

a przyjechał do obozu z grupą uczniów?

On nie mówił o tablicach przykazań,

mówił tylko: pięknie – niepięknie.

Któregoś wieczora

wraz z Alą, grupką dzieci i

nieznaną symfonią Beethovena

w magazynie jak w baśni z kolorowej bielizny

zginęli.

Sprawdzaliśmy potem każdy kąt:

ubrania, okulary, protezy

tropy na oknach jakby wielkich ptaków –

nic więcej.

Czekaliśmy wiele, wiele dni.

Lecz nie wyszli.

Jeżeli nie ma Boga,

kto spamięta melodie, które układał

ten nauczyciel muzyki?

Kto słyszy – gdy je gra – i gdzie gra,

pocierając patykiem o patyk?

listopad 1968

„Pan Marian” albo 11 795

Twój dawny nauczyciel z Gimnazjum

Zapewne pamiętasz, drogi Mietku,

że podczas lekcji filozofii,

aby nie nudzić – ucząc,

ujmowałem nasz problem mniej poważnie:

nie gwiazdy, które pędzą w pustkę,

błyskając światłem z przeszłości,

jakby nadawały SOS,

ale to jak się różnić od małpy,

oto problem filozofii człowieka!

Oczywiście myślałem, drogi chłopcze,

że ja, nauczyciel, trochę poeta,

że ja ten egzamin mam za sobą.

Okazuje się jednak, drogi chłopcze,

że musimy zdawać go codziennie,

że godność czy odwaga

to nie są dożywotnie stopnie naukowe…

Trzymajcie się razem, chłopcy,

jak na wycieczce w góry!

A gdy wrócicie do szkoły,

poświęćcie choć z godzinę na dyskusję

o tym, jak dziwną i jak wielką władzę

macie nad umarłymi.

Jednym słowem, wybuchem śmiechu

możecie naszą śmierć,

odwagę, poświęcenie, nawet godność

przemienić – tak! w coś śmiesznego…

Nic się nie stanie,

tylko

kwiaty na naszych grobach

zmienią się w pożółkłe rośliny

rzucone – Bóg wie po co –

na duże babki z piasku…

MIETEK – HARCERZ

Ich bin gesund – właściwie tylko tyle

wolno nam pisać. Mój list będzie dłuższy,

i tak nie wyślę. Już od kilku dni

jestem w nowym obozie. Przyjechałem chory,

myślałem, że nie żyję: zbudziła mnie nocą

muzyka, chyba Szopen, wybiegłem przed blok,

obłoki śniegu, szron nawet na drutach

gdzieś w dole gwiazdy miasta… A więc tak wygląda

niebo. Gdy kiedyś uczyłem się modlitw,

nie przypuszczałem, że jest tak podobne

do lagru. Z tym, że na białym pianinie

tutaj gra sam komendant…

Ich bin gesund. Uczę się niemieckiego,

znam podstawowe: laufen, Scheisse, fressen

fliegen to fruwać – gdy kogoś rzucają

na dno Steinbruch (to jest kamieniołom)

wiem, co to jest Gaskammer, wiem, że Krematorium

to nie fabryka kremu i to, że blok chorych

tutaj, skąd piszę, nazywa się Bahnhof.

Ich bin gesund. Bandaże tu z papieru,

ale papieru na latawce brak.

Ludzie przynoszą strzępy listów, książek

dla nich to święte i my to sklejamy

więc nasz latawiec na pewno poleci…

Już muszę kończyć, Niemcy idą tutaj,

W ostatnich słowach jeszcze: Jestem zdrów

uczę się niemieckiego – czego i wam życzę.

Hanka

Artur przysłał mi tort urodzinowy.

Zrobił go z chleba, ozdobił.

Pewnie kilka dni nie dojadał.

Daremnie,

wszystko daremnie.

Już nie zdążymy być młodzi.

Nie pojedziemy do Pucka, nad Bałtyk.

Nie zobaczę dziwnego morza

o barwie piasku, bursztynu i zatopionych obrączek.

Nawet

nie wyjdziemy razem za bramę.

Ale jeszcze jesteśmy.

Jeszcze możemy dotknąć swoich rąk.

Miłość nie jest celem drogi,

jest światłem nad drogą.

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

...... pokrwawiony i rzucony pod dąb. Megafony krzyczały, że zostanie skazany za podniesienie ręki na Niemca, więc – jeśli wyzdrowieje – i tak czeka go śmierć ......... To zmusi ich do ...... aż dziw, że mimo tylu śmierci oni nadal działają! ........................... nie czekajmy do balu, Irmin! Gdybyś Ty ...... Samochód ............ nikt Cię tu nie zna ............ naprawdę niczego bym nie ........................ mogłabyś na przykład zmienić wodę kwiatom (specjalnie bym kupił i kwiaty, i wazon) poprawić poduszkę na łóżku albo usiąść na chwilę przy stole, po chwili wyjść ............ ale byłby to pokój, z którego na chwilę wyszłaś

Ojciec Jan

11 IV 1895 – 11 IV 1955

Harcerz, który tak pięknie

opowiadał o górach,

poprosił mnie nad ranem,

nie, jeszcze nie o spowiedź,

jeszcze o zwykłą rozmowę.

Prosił, żebym

po jego śmierci

zaopiekował się latawcem.

Z płaczem

przyznał, że wszystkich okłamywał –

aleja na szczytach gór, ta, co niby pędzi prosto w słońce,

idzie tylko z Szyndzielni na Klimczok.

On nigdy nie był w Tatrach,

raz tylko w Śląskim Beskidzie

z naszym druhem Arturem,

a potem już był w obozie.

Czy Bóg mu to wybaczy…

– To nie Twój grzech – powiedziałem –

to Ty musisz wybaczyć Bogu.

Dr. Hans Schmidt

notatka z koncertu

...... wzięliśmy go z ulicy w sposób nieomal naukowy: wiedzieliśmy, że może być niewinny – ale młody, pewno kogoś zna, coś słyszał. To się sprawdziło: ze strachu donosił na winnych i niewinnych, zapraszał do domu na obiad ...... Dzisiaj historia Judasza się powtarza: nawet poraniony, nawet martwy wskaże nam swoich Obrońców ......... Poza tym byłem na nieprawdopodobnym koncercie – i nie mam już wątpliwości, że stary komendant oszalał! Przyłapał polskiego nauczyciela na grze na skrzypcach – Bóg jeden wie, jak je przemycił do obozu – Polak bał się, że zostanie zastrzelony, ale to byłoby zbyt proste. Usłyszał: Graj, tyle życia, ile gry ... I zaczął grać ... jakby opowiadał każdemu dni dzieciństwa, jakieś polskie kolędy, jakieś świty nad daleką Wołgą, na pewno mgliste śmiechy dziewcząt na plażach greckich wysp ......... zamiast morza ujrzałem Ilm, kąpaliśmy się nago, a przecież bez grzechu, z radością, jakiej już nigdy potem, kiedy stary przerywał, komendant krzyczał: Graj, graj, tyle życia masz, ile gry! W końcu skrzypce wypadły z rąk, leciały ku ziemi, długo kołowały jak ptak, padły strzały w twarz, koncert trwał prawie dwie doby ............................................................................................. Przez ten czas ktoś spod dębu usunął ciało „Judasza” ............... więc zaczęli działać

Dr Polak

listy w butelkach po lekarstwach

Blok chorych nazywają Blokiem Pana

lub krócej „Dworcem”.

Wczoraj odjechał w nieznane ten harcerz

odwiedzałem go zawsze po kolacji,

tym razem się spóźniłem.

Podczas nalotu odłamek

wbił się w czaszkę esesmana Goetha

– ani Ding, ani inni niemieccy lekarze

tyle dni nie zdołali nic zrobić –

sam Pan Bóg skazał go na śmierć.

Pomyślałem: jest sprawiedliwość

i chciałem wyjść ze szpitala,

gdy usłyszałem jakby

swój własny głos sprzed lat,

słowa lekarskiej przysięgi.

Męczyłem się kilka godzin,

lecz wyciągnąłem ułamek.

Potem pobiegłem na „Dworzec”.

Zdyszany wszedłem na salę –

Harcerz leżał na pryczy bez koszuli.

Koszulę ściągają inni,

dopóki człowiek żyje.

Gdy zesztywnieje,

jest już trudniej.

Ukradziono mu też latawiec.

Dobrze, że nie miał złotych zębów.

Tym, którzy widząc tyle bólu, tyle zła,

odrzucają wiarę,

ksiądz nie wybaczy.

Wybaczy Bóg.

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

...... zwoje pergaminu, zwane Tora – pięć ksiąg o tworzeniu świata przez Jehowę, sześć tysięcy lat temu i w sześć dni ...... historia płaskiej ziemi, miłosne uniesienia hodowców kóz, antologia smętnych, metafizycznych dowcipów szeptanych przy ogniskach – gdzieś pod ruinami Babilonu. Jakże to małe i brudne na tle homeryckich eposów, gdzie życie walką i wędrówką, miłość jest walką i wędrówką, nawet wiara! Jeśli Bóg natychał Mojżesza, to albo Mojżesz był głuchy jak pień, albo ich Bóg miał zły dzień! ............ potem przywlekli Żyda z czerwoną pręgą na szyi, owinęli w te pergaminy, podpalili – ten zamiast wrzeszczeć o litość, zaczął tańczyć. Ilse nie pozwalała go dobić, rzuciła się, by z nim tańczyć – ja się ulitowałem ............ trzy razy próbowali go zabić, sam rabin podrzynał gardło – tyle że przez pomyłkę jakiemuś handlarzowi z małego miasteczka i z rozpaczy poszedł na druty. Jestem pierwszy, któremu się udało się zabić Żyda zwanego Wiecznym Tułaczem. Lecz Kommandeuse Ilse nie chce ze mną rozmawiać .............................. niby trusia, ale jak te rude włosy rozpuści, jak wsiądzie na czarnego konia ............ ogląda w łaźni kąpiących się więźniów, wybiera tych z tatuażami i bierze do siebie na noc. To ich ostatnia noc miłosna ... Potem służą jej jako abażury, kapcie, okładki – dalej służą ......... Ilse jest siostrą śmierci – piękniejszą i bardziej niebezpieczną

Seweryn X Czetwertyński6

„Książę Niezłomny”

WOLNOŚĆ I PRAWDA SĄ SIOSTRAMI

KTO KŁAMIE – JEST NIEWOLNIKIEM

NN

Umarłem, lecz umarłem w Panu, przeto mogę jeszcze do was mówić,

mogę mówić o cudzie, jakim była i jest moja śmierć –

Esesmani gnali mnie na górę, była cisza i była noc,

Była noc, owinęli me ciało świętymi pergaminami Tory,

podpalili, krzycząc: Nasz Bóg, nasz Bóg żąda prawdziwych ofiar

nie zbóż, nie ptaków, ale ludzi, którym gardła podcina się jak ptakom.

I szydzili: Jeśli dał wam księgę, jeśli zawarł z wami przymierze

Niech uczyni nad wami cud, taki, jakich pełna jest ta księga.

I nagle stała się światłość, ale nie czułem bólu,

Księgi Tory są ogniem prawdziwym, ogień nie strawi ognia.

Patrzcie: ja tańczę, wciąż tańczę, w ogniu płoną tylko pergaminy.

Święte litery – czarne płatki śniegu, śpiewające owady.

Święte litery nietknięte unoszą się w powietrzu.

Ksiądz Franciszek

katecheta

Na tym świecie

najłatwiej nie wierzyć w Boga,

ale wiara nie wymaga odwagi – –

Patrz: taki doktor Polak – miał pracę pod dachem, w rewirze

poszedł do komanda ogrodników,

żeby móc spotykać się z dziewczyną.

Dźwiga kubły z wodą, nosi ziemię –

ty nie musisz.

Pan Jezierski – ten drukarz z Poznania,

by nikt mu nie wziął medalika z Marią Panną,

jedynej pamiątki po matce –

wytatuował go sobie na piersiach.

Znosi ciosy pałką i pięścią –

ty nie musisz.

Esesman Goeth codziennie

przychodzi na polski blok,

bije pięścią, biczuje zimną wodą

naszego księdza Mieczysława,

twórcę maleńkich obrazków

malowanych popiołem, krwią, nawet ludzkimi odchodami,

wszystkim co jest w obozie…

– Wyślę cię – krzyczy Goeth – do twego Boga!

ksiądz odpowiada uśmiechem, błogosławi –

ty nie musisz.

I jeszcze jeden przykład:

nauczyciel, niby niewierzący,

ale w podłużnych korytkach

zasadził kwiaty – żółte i fioletowe bratki.

Na tym świecie

najłatwiej nie wierzyć w Boga,

wiara nie wymaga odwagi,

wymaga bohaterstwa.

Bernard Lichtenberg

To już ostatnia Ewangelia – według katów.

Do końca mówił o Królestwie.

Wskrzeszał Żyda, który podciął sobie gardło,

krzyczał: Wstań,

a wskrzeszony z czarnym ogniem w oczach… szedł na druty,

którymi Bóg, niby pająk, oplątał nasz obóz.

Zmartwychwstały chłopak z kwiaciarni, prawie dziecko,

wciąż siedzi pod blokiem bez ruchu, puste oczy

– Na świecie bez Marii – bełkocze – będę sam

Nie!

Próbował też innych cudów – wodę

zmieniał w cuchnącą zupę z brukwi,

dzielił chleb,

ale prędko go brakło – głodni

wyrywali sobie okruchy, zagrzebywali w sienniki,

zakopywali w ziemi…

Do końca mówił o Królestwie.

O Jego śmierci zaczynają mówić różnie:

Że został zatłuczony, bo nie chciał podeptać różańca.

Albo że szatan Go zwabił nad krawędź kamieniołomu:

– Jesteś bogiem, aniołowie Cię pochwycą…

Widziano też, jak schodził z Ettersbergu,

dźwigając na plecach krzyż,

a drzewa, nawet stary dąb,

wyrwawszy korzenie z ziemi szły za Nim…

Kto żył wielokrotnie,

ten musiał nie raz umierać.

Modlę się za Niego,

bo nikt tego nie czyni.

* * *

1 Urodzony w śląskiej Oławie, proboszcz berliński. W kazaniach brał w obronę więźniów politycznych i Żydów, domagał się, by zesłać go wraz z nimi. Beatyfikowany przez Jana Pawła II.

2 Moabit – więzienie berlińskie. W Berlinie i innych więzieniach Niemcy ścięli wielu polskich działaczy, m.in. studenta i dziennikarza Władysława Zarębowicza (rocznik 1918).

3 Przez obóz przejściowy w Pruszkowie – Durchgangslager 121 – przeszło ponad pół miliona warszawiaków. Około 50 tysięcy – uznanych za ukrywających się AK-owców – wywieziono do więzień; resztę – do lagrów i na roboty przymusowe. Los pozostałych warszawiaków nie jest pewny. Przyjmuje się, iż 200 tysięcy poniosło śmierć pod gruzami i w wyniku masowych rozstrzeliwań – jak na Woli, gdzie Niemcy zabili ok. 50 tysięcy ludzi. Co najmniej drugie tyle warszawiaków zginęło w Pruszkowie, Oświęcimiu i innych obozach.

4 Postać wzorowana na rabinie z Tarnowa – zamordowanym i spalonym w lagrze.

5 Jednym z pierwowzorów był ks. Franciszek Nawrot, katecheta Gimnazjum Polskiego w Bytomiu, spalony przez Niemców w Dachau.

6 18 kwietnia 1873 Warszawa – 19 czerwca 1945 Szpital Polski w Edynburgu

Chrystus na krzyżu, rysunek wykonany przez więźnia na ścianie Bloku Śmierci

VII

O TYM JAK JUDASZ WALCZYŁ Z WŁASNYM IMIENIEM

Przez dni tygodnie będzie słychać ich krzyk

przez stulecia – nasze milczenie

Nowa Ewangelia w trzech snach • Diabelska parodia stwarzania • List Ilse • Doktor Polak o Hance, Panu Jezierskim i księdzu • Judasz II – znika, zjawia się i znów znika • Spowiedź Judasza • Kazek z Warszawy – chwila, która mogła trwać wiecznie • Koniec opowieści o Judaszu II • Szymaniec o wynalazcy i wynalazkach • Chorąży Wilczek o „Szarym”

NN 30 628

Nawet sny nam zabrano

Jestem u podnóża góry

kiedyś znałem jej imię

muszę wyrąbać drzewo

Obcinam gałęzie

ręce u ramion

nogi u samych pachwin

Zmęczony przysiadam na belce

cuchnącej ludzkim potem

Spod paznokci wydłubuję

grudki krwi

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

............................................. wszystko jest niby takie samo, ale:

– Nie mamy apostołów, a mamy już drugiego Judasza. Pierwszego zadeptali, drugi – kiedyś wsypał ich grupę, dorzucił nawet kapelana. Teraz chce zdradzić nas – ukrył się gdzieś jak szczur ..........................................

– Potrafimy – jak Zbawiciel – wskrzeszać. Kilku więźniów (specjalnie oziębieni na mrozie!) odżyło, gdy ciała ich obłożono jak kanapkę, wybacz dosłowność – nagimi kobietami. To nie tylko rozpalenie organizmu, to przepływ tajemniczej siły, samego Życia Potem jednak umarli – chyba brakło im woli istnienia ........................

– Wsadziliśmy do głodowych bunkrów nie jednego, ale kilku Chrystusów. (Ważne dla wojska!). Niektórzy żyli zaskakująco długo – żaden jednak nie wrócił z grobu, nawet na parę dni.

– Mówią, że w naszym rewirze z kawałków zabitych więźniów, z żeber, policzków, chrząstek potrafią już złożyć człowieka. Chodzi po obozie, chichocze – lecz nie żyje.

Nie widziałem go, ale słyszałem ten chichot. Wciąż go słyszę. Wszystko jest niby takie samo jak w Biblii, lecz różni się drobiazgami grymasami – jak diabelska parodia

Małżonka Kocha, dawna przyjaciółka Ilse, obiecała zaprosić ją na bal. Przypomniała, że kiedyś już się spotkaliśmy ..................... Tylko czy zechcesz przyjść, Irmin?

KOMMANDEUSE

ILSE KOCH

* 1906 September + 1967

Liebe Irmin!

Ja także

myślałam kiedyś, że to Bóg

woła do nas z gardeł megafonów.

Łopot czerwonych flag ze znakiem słońca

wzywał do lotu, do walki

jak łopot krwawych skrzydeł archaniołów:

Gott mit Uns! Gott mit Uns!

Liebe Irmin,

naprawdę wierzyłam,

że wojna z czcicielami Mojżesza

to wielka próba: z kim

Bóg chce naprawdę przymierza

Gott mit Uns

zwycięzcy tratują końmi pokonanych,

z ich skór robią torby i buty, i abażury do lamp!

To zgasło, droga Irmin, dziś wiem,

że to wszystko gry, wszystko zabawki,

jakie daje się chorym dzieciom,

dzieciom chorym na śmierć.

Życia nie można przedłużyć,

Liebe Irmin

ani o krok w zaświaty,

można jednak uczynić je gęstszym – jak zupę.

Jeśli już musimy iść ku śmierci,

idźmy kilku drogami na raz!

Kiedy biorę do ręki książkę,

nie muszę jej otwierać,

jej okładka z prawdziwej ludzkiej skóry

mówi wszystko.

JUNOSZ

gdyby naprzeciw stanęły zastępy czarnych aniołów

każdemu z nas u ramion zakwitłyby skrzydła nawet krwawe

ale nie ma demonów jest noc

głodny schreiber kowolik wykrada chleb i marmeladę

i węszy pod pryczami na kogo z więźniów donieść

donosi też kapo jakub, dawny szmalcownik z getta

ale dzieli się zupą z mitasem skatowanym przez więźniów

a nocą śpiewa nasze święte pieśni tak prawdziwie

że przez barak płyną obłoki

i każdy widzi twarze tych których kochał gdy żyli

nie wiadomo kto katem kto ofiarą

felczer który zabijał zastrzykiem z fenolu w serce

uratował od śmierci marię i księdza józefa

nie byłem gorszy ni lepszy – to dobro i zło były gorsze

daremnie nadstawiamy piersi jak miedziane puklerze

demony nie nadlatują

z krzykiem nie otwierają się przepaście

zło nie jest otchłanią przepaścią nawet raną

otwierającą się na dłoni czy w boku

właściwie prawie go nie ma

tylko nasze ręce i uczynki

pokrywają się szarą pleśnią

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

Odnaleziono „Judasza”! Jęczał, że bał się losu swego poprzednika (też „Judasz”!) ......... – bandyci z Warszawy, dostali niskie cyfry – po zmarłych – jak ostrzeżenie ... 30 628, 26 178 ............ planują ucieczkę, do której go dołączą. To pozwoli uchwycić całą sieć, zapobiec powstaniu .............................. nie daje mi spokoju ten polski skrzypek: nagle, żeby zyskać sekundę wytchnienia, zaczął mówić: Można nie wierzyć w Boga ani w dobro, ale trzeba wierzyć instrumentom, skrzypcom, dłutu rzeźbiarza .............................. Piękno uczy wychwytywać każdą fałszywą nutę – także w obrazach, w posągach, w scenach z ludzkiego życia .................. ............ Lecz po czyjej stronie jest Piękno, gdy kat o jasnych włosach wiesza chłopca w cierniowej koronie, przemieniając śmierć w nieśmiertelne dzieło sztuki?

Meine Liebe. Wiem, że też boisz się naszego spotkania i że nie chodzi o Twojego męża. Na zamku Ettersburg będzie tej nocy wiele par ........................... ....................................... musimy być młodsi, piękniejsi od nich.

NN 30 628

Sen wraca po raz drugi

jak robota którą trzeba dokończyć

Ledwo zdołałem obciosać

kloc drzewa z poprzedniego snu

ledwo przysiadłem zmęczony

ktoś

nie wiem kto jacyś ludzie

przydźwigali następne drzewo

ktoś

nie wiem kto

podaje mi siekierę

spiesz się

już nadchodzą

spiesz się

Dr Polak

listy w butelkach po lekarstwach

Noc. Piszę. To jest zadanie od Boga.

Czwartek. Hanka nie przychodzi do ogrodu.

Dostała jakiś zastrzyk,

leży na bloku, podobno gorączkuje.

Mówi o wyjeździe nad Bałtyk. Kwiaty w ogrodzie dogasają.

Dowiedziałem się, że ksiądz Mieczysław

nie został porwany z ulicy przez Niemców.

Sam wślizgnął się do transportu –

w swetrze, z chlebakiem, w którym ukrył hostie.

Cieszył się, że więźniowie nie będą samotni.

Piątek. Jedna z ostatnich ofiar:

ten Jezierski z Poznania,

„pan Jezierski”, jak o nim mówiono –

rankiem trafił do komanda Gärtnerei1.

Kiedy esesman Dumböck

zobaczył na jego piersiach

tatuaż: Matka Boska z małym Dzieckiem,

przewrócił go, chwycił szpadel,

z rozmachem odciął ochłapek chudej piersi.

Nawet kapowie oniemieli. – W ciszy

Dumböck zerwał tatuaż,

przytknął do szyi krwawiącą jeszcze łopatę,

czekał chwilę na jakieś prośby Polaka –

ten tylko modlił się do Matki Boskiej,

miał jasną twarz.

Dumböck nacisnął nogą, chrupnęło nawet nie głośno.

Muszę napisać: cierpiał i był szczęśliwy,

ciała nie kłamią…

Ale wtedy myślałem,

że sandały, które zrobił z drewna,

przetrwają pana Jezierskiego

i jak je ukradkiem zdjąć.

Noc. Piszę. To jest zadanie dla Boga.

Nie wiadomo, który z nas przeżyje…

Dr. Hans Schmidt

notatka (bez daty – sprzed 11 kwietnia)

Notatki lagerkommandanta Kocha kontynuuję, nie dlatego, że mi rozkazał – mają one wartość naukową – choć inną, niż on sądził. Nie głoszą prawdy o ewolucji ciał, ta skończyła się dawno. Trwa ewolucja dusz, rodzą się przerażające i wspaniałe mutacje, trwa walka o byt w świecie ducha ...... Pojęcie duszy rozumiano dotąd ... ciasno, wręcz tchórzliwie ... w Rzymie cesarze rzucali chrześcijan lwom, patrzyli na prawdziwe, kończące się śmiercią walki gladiatorów. Cesarze byli wolni ... pod wpływem chrześcijan wolność zaczęła gasnąć ...... Dziś uczą się wolności chłopcy z SS ... wynajdują nowe gry w piłkę, doskonalą buchenwaldzki bilard. Nie wrzucają więźniów do wody, lecz po szyje zakopują w ziemi i walą pałką – póki głowa nie odpadnie ......... i tak jest wszędzie, gdzie rodzi się wolność! Na ścianie bloku w Leitmeritz wciąż kona dwunastu ukrzyżowanych z Warszawy ...... chłopcy z SS żartują, że nadeszły czasy, kiedy dla odkupienia zła jeden Mesjasz już nie wystarczy, nie wiedzą, jak są blisko prawdy! ............... Tego listu nie można wysłać Irmin. Lepiej zostawić ją z jej dziecięcą wiarą ............ Ten list zrozumiałaby tylko Ilse.

SZYMANIEC ALOJZ

Co tam Kopernik i jego

układ słoneczny podobny do wielgachnego atomu

– jedno i drugie potrzebne jak umarłemu kondon.

Nasz Gwidon – to był ale wynalazca!

Wiadomo, że surowe kartofle

wywołują – w najlepszym razie – sraczkę

w gorszym – sraczkę o wiele większą

nieuleczalną, jak sąd ostateczny

taką, z którą wstyd iść do nieba,

i stąd właśnie biorą się upiory!

Gwidon i na to znalazł sposób:

jeśli już ukradłeś kartofelki,

musiałeś tylko dokraść jakąś skrzynkę,

na dno piasek, lasowane wapienko, kartofelki,

znów wapienko, znów piasek

i do ziemi, bo czasy takie

że nawet przyjaciel cię okradnie.

Po pół godzinie

można już zakąszać,

tylko bez skórek, palancie!

Gwidon zdobył też dla nas ogień:

na żarówę, co oświetla korytarz,

rzucał strzęp szmaty, na przykład cienkiej podszewki,

gdy zaczynała się żarzyć,

trzeba było dmuchać i dmuchać.

Gwidon wykrył też złodzieja chleba:

do swej pajdki nawtykał proszku z kopiowego ołówka

rano starczyło wezwać do modlitwy

popatrzeć w zęby,

i wiadomo już, kogo wieszać!

Więc nie mówcie mi o Koperniku,

nie przeżyłby u nas dwóch dni!

Gdy już będzie po wszystkim,

wykopiemy z pomnika Kopernika z jego kosmicznymi jajami,

posadzimy naszego Gwidona z pięknym kartoflem w ręku.

…fragment spowiedzi

– Tak, czyniłem zło. Nie tylko handlowałem z żołdakami.

Pisałem donosy na pocztówkach, sprzedałem nawet księdza…

– Ja ci to odpuściłem.

– Ale wszystko robiłem dla synka! Nie ma jeszcze dwóch lat.

– Gdy dorośnie, zapyta: Ojcze, co wtedy robiłeś? Inni walczyli, a ty…?

– I za to, co dla niego robiłem, on… napluje mi w twarz…!

– Może nie. Może tylko będzie płakał. Strasznie płakał.

Kazek z Warszawy2

Myśleli, że zginąłem podczas masakry Woli, na dnie jednej z tych studni wypełnionych czerwonawą cieczą – w jakie zmieniły się podwórka naszych domów. Ocalałem.

Jedyny z pięćdziesięciu tysięcy. Ocalałem pod martwym brzuchem matki, pod jej krwią.

Myśleli, że zginąłem, gdy bomby z wyciem rozszarpywały domy Starego Miasta.

Ostatni obrońcy konali jak pochodnie, ja ocalałem. To było jak przekleństwo.

Sam w tysiącu okaleczonych domów, sam w tysiącach wypalonych okien, sam w labiryncie piwnic. Na świat wypełzałem po zmierzchu, jak szczur. W mieszkaniach zwęglone trupy, które żywiły się resztkami zwęglonego jedzenia. Kradłem im to jedzenie.

Czasami zapalałem świeczkę, tłukłem o ścianę znalezioną piłką, która z daleka wyglądała jak ludzka głowa.

I śmiałem się, kiedy żołnierze idący środkiem jezdni żegnali się, z lękiem szepcząc: To duch dziecka, duch ruin. Kindesgeist. Śmiałem się jeszcze głośniej, a wtedy wehrmachtowcy żegnali się raz jeszcze i przyspieszali kroku.

Którejś nocy znalazłem rower, czarny z niebieską lampą. Zacząłem krążyć wśród ruin, szybko, coraz szybciej, byłem szczęśliwy. Nagle poczułem uderzenie…

JUNOSZ

przyszli

musiałem wyjść w noc

jeśli czegoś żałuję

że odchodząc

nie pocałowałem synka

miał rok ledwie

nie chciałem go budzić

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

......... Weimarczycy znów mają pretensje: ptaki dolatują nad Ettersberg i nagle zawracają, jakby to był koniec świata, jakby dalej nie było nieba .................. Poza tym znowu zniknął Judasz. Pewno spiskowcy gdzieś go kryją przed ucieczką ... ... powinienem napisać do Ciebie, Irmin, błagać, żebyś jednak przyszła na ten bal, najważniejszy bal nie tylko tego karnawału ......... tego życia ......... nie mogę

Bardziej dla siebie niż dla Ciebie przepisuję ten fragment z pamiętnika Kocha: Niemieckie ludowe przysłowie mówi: der Mensch ist, das er isst3. Więc Niemcy muszą jeść więcej dziczyzny, pożerać ptaki, które mają dzioby i szpony. A Słowianie, jeśli już muszą jeść, niech jedzą tego swojego słodkawego Jezusa

Kazek (II)

Nagle poczułem uderzenie: miękkie plaśnięcie o ściany. Samochód stanął, czyjeś ręce szarpnęły drzwi. Tylko ja wyskoczyłem na ziemię. Inni wciąż przytulali się do blaszanej ściany – martwe ciała sklejone gównem i krwią w jedną bryłę.

Baraki jak wielkie psy wbiegają łąką pod górę.

Spojrzałem w niebo: ptaki przerwały swój lot – ale żaden nie spadł na ziemię.

Na zboczu widziałem robotników – nabierali łyżkami jedzenie – ale żaden nie doniósł go do ust. Więźniowie ciągnący wózek – nagle stanęli.

Nadzorca wzniósł rękę – ale ręka zamarła w powietrzu.

W oddali nieruchoma rzeka. Jeźdźcy na czarnych koniach, zwierzęta schylają pyski, ale nie piją wody. Nie ma wojny, nie ma nawet czasu, jakbym zatrzymał chwilę, która trwa i trwa…

Naraz znów rozlegają się krzyki poganiaczy, przekleństwa, zawodzenie modlitw.

Konie sięgają wody, pałki katów spadają na grzbiety ludzi – – –

Oczarowany światem nie zdążyłem nikogo uratować.

Szpila wbija się w serce dziewczyny, ksiądz kona w plamie krwi.

Różaniec wypełza z ręki, kulki pęcznieją jak nasiona.

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

(Przekr.) ... zobaczymy się dopiero na balu. Choćbyś się nie wiem w co przebrała: poznam Cię węchem, dotykiem... Odnaleziono „Judasza” ...... na dnie kamieniołomu – wielki owad z połamanymi gałęziami nóg, rąk. Gdy zbiegliśmy, jeszcze się poruszały ... Mówiono, że to Jakub zabawiał się w „lotnika” i go strącił, ale grubas przysięga, że nie ... (trzeba pozbyć się tego szaleńca, niech zawiezie do Leitmeritz tych więźniów z Warszawy, niech sprawdzi, czy są Chrystusem narodów ......... wyjaśniła się tajemnica: „Judasz” bał się nie nas, ale siebie ......... i wtedy dokonał największego odkrycia swego żywota: że jeśli nie ma wyjścia, to zawsze jest trzecia droga .................. .................................... i runął w kamieniołom, jakby unosił się ku górze.

CHORĄŻY „WILCZEK”4

Zniknął z obozu

jeszcze bardziej tajemniczo, niż się zjawił.

Jakby był tylko legendą.

Wspominamy, jak wraz z nami po nocach

rył podkop spod trupiarni na wolność,

on rozpoznał lagrowego szpicla,

zadał cios, który zwalił go na ziemię,

potem już było łatwiej…

Po pracy chodził po blokach

w przebraniu hydraulika

– w czym można dopatrzyć się symbolu.

Uczył wiary, nadziei i obchodzenia się z bronią.

Ba, uczył nawet tego,

jak dzielić się jedną kromką!

Na ostatniej zbiórce w kartoflarni

żartował, że choćby zginął,

gdy nadejdzie czas – on się zjawi.

Poprowadzi nas do ataku,

potem wróci – gdzieś tam – do siebie.

W czasie Wielkiego Nalotu

wyciągał dzieci z płonącego baraku,

nawet jednego esesmana, Schmidta.

Potem zniknął –

jakby przez bramę ognia

przeszedł na drugą stronę.

Teraz sami po nocach

roznosimy chleb i granaty,

lecz wiemy: zbliża się czas walki.

Wkrótce wróci porucznik „Szary”

i zastanie nas już innych, odmienionych.

NN 30 628

Sen powtarza się po raz trzeci

jak mroczna przepowiednia

Ociosane do kości obie belki

muszę teraz połączyć

wbijam żelazne gwoździe

sączy się krew

drgają rozczapierzone ramiona

Jeszcze tylko

ponad ramionami

zamiast twarzy wpatrzonej w niebo

kawałek deski

miejsce na nazwisko albo numer

Budzę się nagle

dotykam twarzy rąk

krew

* * *

1 Ogrodnictwo; w znaczeniu: komando więźniów pracujących w ogrodzie.

2 Postać wzorowana na jednym z młodocianych więźniów Buchenwaldu – 12-letnim Kaziku Muszyńskim, harcerzu – uczestniku Powstania Warszawskiego.

3 Człowiek jest tym, co je.

4 Nazwisko kilku więźniów wykorzystane jako pseudonim. Głównym, choć nie jedynym pierwowzorem „Wilczka” był przyjaciel i współpracownik Wiktora Gorzołki w Związku Młodzieży Polsko-Katolickiej w Opolu, Antoni Wilczek. Po śmierci Gorzołki został jednym z przywódców śląskiej konspiracji w Buchenwaldzie.

Jerzy Potrzebowski, W umywalni

VIII

PO CÓŻ DUSZE

Po cóż dusza

temu co nie ma odwagi

aby rzucić ją w płomień

Ilse Koch – zaproszenie • Eiden o Niemcach i o konieczności dziejowej • Materialiści, hydraulicy i inni spiskowcy • Bezpartyjny Alosza znad Wołgi • Doker – marzyciel • Wniebowzięcie Marii Greczynki • Ostatnie notatki do wierszy • Mały rycerz Wilczek – iść w stronę ognia • Zmartwychwstanie księdza Mieczysława • Nieprzeczytany donos o powstaniu • Urszula i znak morza • Hydraulicy • Bal • Przepustka z piekła

ILSE KOCH: EINLADUNG1

Liebe Irmin!

Nie jestem dzieckiem,

nie jestem już młodą kobietą,

jestem kobietą i mężczyzną –

wybieram kochanków jak konie,

możesz się gorszyć, Irmin,

większość z nich skrycie marzy,

by ciąć ich pejczem, ujeżdżać!

Przyjedź!

może to już ostatni bal,

ostatni korowód przez zamkowe sale i lustra,

nie wiem, ile zostało

dni, nocy, nie chcę wiedzieć,

nie liczy się ilość tylko smak,

włókno mięsa, kropelka nasienia.

Liebe Irmin, przed śmiercią

można uciec jedynie

w śmierć jeszcze młodszą, piękniejszą,

wybiec

z sunących przez czas szarych procesji trupów

Jak wybiegli Romeo i Julia,

jak wybiegli herosi Iliady.

Naszą śmierć, Irmin,

będą podziwiać latami,

ożywiać oddechem

jak śliniący się starcy

fotografię nagiej kochanki.

Przyjedź. Może to już ostatni bal.

Każdy umiera.

Nie każdy przedtem tańczył na Ettersbergu.

Hans Eiden2

Nazwali nas zdrajcami. Dlatego, że wierni poetom uwierzyliśmy w Wyspy Szczęśliwe i w to, że leżą na lądzie – na Wschodzie. Dlatego, że nie wierzymy w ziemię i krew, ale w wolność, a za godło wybraliśmy gwiazdę. Dlatego, żeby ukryć, że to oni zdradzili młodość i poezję Schillera. Że to oni zdradzili Niemcy.

Drogą, po której Faust zbliżał się do słonecznych szczytów, schodzą z powrotem w mrok, by zawrzeć pakt – nie z szatanem – z czymś potworniejszym: z nicością o niewyraźnych rysach Boga.

CHORĄŻY „WILCZEK”

Gdy rycerze szli do ataku,

w miejsce tych, którzy padli,

wstępowali następni. Z daleka

widać było żelazną kolumnę,

której ogień się nie ima ani śmierć.

W błyskawicach pocisków zginęli

obrońcy katowickich wież3.

W drezdeńskim więzieniu gilotyną

ścięto znów pięciu męczenników4

– salezjanie z Poznania –

Bóg pamięta imiona,

Bóg kiedyś ukarze Drezno!

Od topora, od pałki, od kuli

padają bytomscy uczniowie.

W miejsce tych, którzy padli,

ze spokojem wstępują następni.

Ksiądz Jan powiedział po prostu:

Byłem kapelanem ich ojców.

Mikołajczak – kiedyś tkwił w okopach

jak kamień w wielkopolskiej ziemi,

strzelał, był ranny w piersi, znowu strzelał.

Po powstaniu uczył polskiego.

W obozie robi to samo – chociaż inaczej.

W nocy nadeszła wiadomość,

że w pożarze hal Gustloff-Werke

zginął Wiktor – może od kuli,

może w ogniu – gdy wynosił jakieś dziecko.

To nie jest wiadomość dla tych,

których serca napełni smutkiem.

To jest wiadomość dla mnie:

teraz ty,

teraz twoja kolej wejść na drogę,

iść w stronę ognia.

ALOSZA (I)

Nie pamiętam drogi ku rzece ani rzeki mojej domowej,

choć podobno jak morze była – bezbrzeżna, błękitna i święta,

lecz pamiętam ciała na wodzie i głód wielki i ręce matki

jak roślinki takie chudziutkie, jak roślinki albo korzonki.

– Po mej śmierci – mówiła matka, głaszcząc nasze włosy, nasze twarze –

rozpełzniecie się po ziemi niebożęta, rozpełzniecie się jak robaczki…

W dzień pogrzebu – nie byłem głodny – z dorosłymi piłem wódkę-samogonkę,

pierwszy raz piłem wódkę piekącą i ostatni raz w życiu płakałem,

ojciec zawiózł mnie potem do miasta, z płaczącymi jak dzwony tramwajami

na przystanku, na ławeczce posadził, dał pół bochna i ser biały, bielutki

– Żdi mienia, czekaj na mnie – powiedział. – Zaraz wrócę – tak powiedział cicho…

Minął dzień i ucichły dzwony i umilkły szlochy tramwajów

i minęła noc – jakże czarno i jak zimno było w grobie naszej mamie,

a gdy skończył się chleb i ser – wyruszyłem za słoneczkiem – w stronę domu…

Nie pamiętam drogi ku rzece, lecz pamiętam jak stałem na brzegu,

na wysokim brzegu naszej rzeki, lecz nie było nigdzie naszej wsi

tylko czarne kominy chałup – niby ręce tak sterczały z ziemi

niby z grobów sterczały ku niebu i wiał wiatr, i popiołem sypał w oczy…

Nie pamiętam drogi powrotnej, tylko wiatr i śmiech w wietrze pamiętam

Otoczyli mnie czarni jeźdźcy, konie śmiały się ludzkimi głosami

i gonili mnie jak zająca, jak szaraka z oczami szalonymi

i wrzucili na dno wagonu, do pociągu z jeńcami – żołnierzami.

Jechaliśmy ciągle na zachód, wiele dni, wiele nocy jechaliśmy,

nieprzywykli do głodu ludzie wyżerali kawałki ludzkich ciał,

u sąsiadów w wagonie był piecyk, u nas jadło się surowo, krwawo…

W krematorium – tutaj jest ciepło, dużo chleba, chleba, czasem ciasta,

praca wcale nie cięższa niż na wsi, niż przy bydle, praca ciekawa,

Przez okienko widać, jak zmarli żyją sobie, baraszkują po śmierci –

jak się wiją niby ryby na patelni, jak podnoszą do góry głowy,

jakby chcieli jeszcze coś powiedzieć, jakieś słowa, może najważniejsze…

Hanka

Nie wiedziałam, że można się spotykać

w magazynie wysłanym płaszczami umarłych,

w umywalce zakaźnego bloku,

w piwnicy,

jakby wnosząc tam światło.

Że można się spotykać na chwilę

tak długą jak uścisk ręki, jak spojrzenie.

Mówiliśmy o chlebie, prawda, że szarym,

o znajomych i nieznajomych zmarłych na tyfus,

o tym, że smród z ciał i powietrze

nigdy już nie będzie jak kiedyś.

Że pojedziemy nad morze, które

dlaczego jest ciemnozłote.

Mówiliśmy o sprawach ważnych i nieważnych

ale przecież

cały czas mówiliśmy o miłości.

Miłość jak wiersz

nie może być próżnym kubkiem,

nie może być tylko słowem

pustym w środku.

ALOSZA (II)

Spaliliśmy dziś rano dziewczynę, czarnowłosa była – chyba z Grecji,

i nie była ładna ta dziewczyna – ona była piękna, taka piękna,

że – choć miałem ścisłe rozkazy – nie obciąłem jej włosów długich, żywych,

taka piękna – że wziąłem na ręce, położyłem delikatnie jak na łóżku,

zamiast ciągnąć do pieca jak wszystkich:

żelaznymi obcęgami za głowę.

Potem długo patrzyłem przez wziernik, ona jakby ze snu się budziła

jakby w ogniu na wpół śniąc, siadała, jakby we śnie uśmiechała się tak strasznie,

prawą ręką jakby znak dawała, jakby mnie wołała, taka piękna…

Kapo Mila ledwo mnie odciągnął – w samochodach była extra praca,

trzeba umyć je od środka z krwi i szajsu – extra praca za extra premię,

oprócz chleba miałem dostać sera, który został po transporcie skądś ze wschodu,

znów poczuję smak sera białego i smak wiatru, i smak rzeki naszej świętej.

TADEUSZ FINDZIŃSKI

UCZESTNIK AKCJI NA CAFÉ CLUB5

WIĘZIEŃ PAWIAKA I BUCHENWALDU

DOWÓDCA GWARDII LUDOWEJ BUCHENWALD

Świat marzycieli uśmiechających się do ziemi

uśmiechających się do ziemi z wysokości

z wysokości krzyży rosnących coraz wyżej i wyżej

rzucających cień na przeszłość i na przyszłość – –

ten świat musiał tam zostać

zostać ogrodzony

ogrodzony drutami jak ogród ogród zoologiczny gdzie zamknięte

skamieliny z dawnych epok głowonogi świecące ryby

nieudane próby natury czworonożne anioły skrzydlate konie

i oni – marzyciele krążący nad ziemią na swych krzyżach klęczący

w cieniu kamiennych tablic nie zabijaj nie kradnij

wszystko to za drutami – strefa niebezpieczna dla istnienia.

Świat prawdziwy zaczyna się dopiero – po naszej stronie drutów

– zamiast tablic Mojżesza tablice Mendelejewa –

świat prawdziwy zaczyna się dopiero

świat prawdziwy zaczyna się!

Świat prawdziwy!

DONOS III

(do przetłumaczenia w wolnym czasie)

............ podejrzani są Żydzi i hydraulicy, którzy latają po obozie z rurami a w rurach to Bóg wie, co noszą! Albo i nie wie. Hersztem hydraulików jest niejaki Sobieszczański – przyjął do komanda warszawiaków, a ci raz już wywołali powstanie! Hersztem Żydów jest wieczny kombinator Jehowa. 2) podejrzany jest też Szymaniec – kapo kartoflarni ... Mówią, że ukrywa to dziecko, którego wszyscy od zawsze szukają. Kryje też starego Dworaczka, co był w trzech śląskich powstaniach, a dziś zamiast o sprawach ostatecznych – myśli zapewne o czwartym. 3) Najbardziej ale podejrzany jest inżynier-wynalazca Damazyn, o którym Polacy mówią z dumą, że potrafi zrobić radio z byle gówna. Oprócz tego Damazyn przebiera się w mundur SS i chodzi do ruskich sołdatów grać na harmonii. A gra im pieśni bynajmniej nie rewolucyjne. Na przykład – cytuję – że Alosza, zuch znad Wołgi, rozbił ch... szwabskie czołgi ... Czym rozbił, to uświadomionemu politycznie człowiekowi tłumaczyć nie trzeba. Wszyscy wiedzą, że chodzi o to, aby naśladując ten przykład, ofiarni czerwonoarmiści porozbijali strażnice i sprzęt ciężki SS.

Z proletariackim pozdrowieniem

Życzliwy

SOBIESZCZAŃSKI

Więzień Pawiaka i Buchenwaldu

Kapo komanda hydraulików

Początkowo przerzucano to Dziecko

jak pakunek z bloku na blok,

chronił je ksiądz i lekarz,

nawet niemiecki blokowy.

Potem samo potrafiło się kryć,

stawało się niewidzialne

albo

zamieniało się w rzeczy najzwyklejsze

jak pajdka chleba, strzęp koca.

Jeśli tak szybko dorastało,

dzisiaj może być każdym:

blokowym, oficerem, obozowym wesołkiem,

każdym z więźniów stojących na apelu,

bitych kijami, wleczonych do bunkra.

Dziwne, ale przecież nikt z ludzi

nie zna twarzy innego Boga

niż ten, który tutaj

na ziemi

narodził się i cierpiał…

Aloys Obkist

Ilse

piękniejsza siostra śmierci

śmiertelna siostra piękna

w mundurze obcisłym

jak rękawiczka na gołe ciało

zabójczo piękna

strzela do ciebie okiem

jednym drugim

okiem opatrzności

całą serią

i wiesz

oddasz serce i wszystko

by dotykać jej ciała

:

skórę na rękawiczki

tłuszcz na mydło

DONOS IV

(do przetłumaczenia w wolnym czasie)

W latrynie z narażeniem życia usłyszałem, że Szczerba (numer nieznany, ale był w ZWZ) kompletuje mundury SS, nawet podarte. Też chciałbym wiedzieć po co! Jeden mundur pożyczył staremu Dworaczkowi, a ten mu go całkiem nie oddał. W latrynie także ktoś postawił hipotezę, że w podziemiu może rządzić każdy. Może Wilczek, który do czasu zastępuje umarłego Wiktora i wstąpił z całą bandą Ślązaków do lagerschutzu, a może Doktor Polak, co naprawdę nazywa się Gadziński. Przedtem udawał doktora, a teraz nawet hydraulika6. Chodzi z rurą i szlabcęgami na żeński obóz do dziewczyny, ale niczego nie robią bo oboje są chorzy i słabi. Tylko tak patrzą…

W ostatnich słowach, już całkiem dyskrecjonalnie informuję, że są tacy, co mają szczęście, choć na nie nie zasłużyli. Mianowicie ten Alojz, co udaje kapitana statku, a jest tylko dokerem. Jak nasze Sonderkommando kąpało się po pracy w krematorium z prochu i tłustej sadzy – przyszła piękna Kommandeuse Koch z pejczem jak zwykle w lewej ręce. Myśleliśmy, że będzie bić. Alojz ale zrobił do niej oko, ona zaś popatrzyła na niego z góry na dół z rosnącym podziwem, nakryła go skórzanym płaszczem i wyszli tak szybko, że Alojz ani się nie wytarł.

A przecież pod tymże prysznicem byli znacznie wartościowsi mężczyźni, niektórzy nawet po studiach. Wydział polityczny powinien sprawdzić, czy nie zachodzi tutaj Rassenschande7, bo jak Alojz udaje kapitana, to może też udawać Niemca, a być ledwie synem rybaka, i to spod Pucka.

Hans Eiden

Władcy baraków, głoszący się władcami historii, nie wiedzą, że są już martwi. Ich orgie i morderstwa to bal zadżumionych. Trzeba ich dobić – by przestali zarażać. Nie zmienimy biegu historii – możemy i musimy go przyspieszyć. Tak jak przyspiesza się nadejście wiosny. Mamy swoich ludzi w lagerschutzu. Dowodzi Czech Pribula8 – tak chudy, że – jak żartują – niewidzialny dla wroga. Mamy oddział strażaków – mogą wlać benzynę zamiast wody. Z myślą o dawnych bohaterach nazywamy tę akcję „Koń Trojański”. Nasi rycerze kryją się w brudnych pasiakach, na twarze niczym przyłbice opuszczają podławe uśmiechy. Jeśli pójdą na bal lagerkommandanta – nie będą potrzebowali kostiumów.

Wczoraj przygnano pokrwawione kolumny jeńców radzieckich. Ideowi i karni, byli naszą nadzieją. Od świtu faszyści rozstrzeliwują ich w budynku ujeżdżalni. Muzyka – Magnificat Bacha – zagłusza ich okrzyki. Możemy się domyślać, że są szlachetne i samotne, jak wszystkie słowa wobec śmierci.

Gdy wybuchnie powstanie, w naszych szeregach będzie wiele pustych miejsc. Zabraknie towarzyszy, którzy zgłosili się do Wehrmachtu. Widzimy ich, jak biegają po zboczu Ettersbergu, wymachując drewnianymi karabinami. Otrzymali mundury po zabitych, niektóre ze źle oczyszczonymi plamami. Chcemy wierzyć, że przejdą w nich na drugą stronę frontu.

HARRY KUHN

CZŁONEK ILK

Nie ma etyki – jest tylko statystyka, towarzysze!

Jak słusznie obliczyli Radzieccy naukowcy,

nawet w biblii, towarzysze, wypada

jeden judasz na dwunastu uczniów!

Jeśli więc zgładzić judasza i pięciu czy dziesięciu apostołów,

to i tak nam się zwiększa stężenie dobra w środowisku!

Dopiero przy dwunastu sprawiedliwych za jednego, towarzysze, judasza

przestajemy wychodzić na swoje.

My, Komuniści, mieliśmy jednak lepsze wyniki!

Przykład pierwszy: gdy gestapo obozowe

wykryło, że Towarzysz Obkist robi podkop,

ten jako swego wspólnika podał Knittla – donosiciela,

w trupach było niby tylko jeden : jeden –

lecz porównując do środowiska apostołów,

jak wielki, sami obliczcie, osiągnięto, towarzysze, przyrost dobra!

Przykład drugi: gdy szuja Jakub przypadkiem w konewce znalazł radio,

nie wskazaliśmy konstruktora Damazyna,

ale czeskiego – co podkreślam – mnicha –

nie znał niemieckiego, by się bronić,

nie miał bliskich, by po nim płakali,

jego natrętne pytania o przeszłość syna bożego

nie mogły się podobać ani tu, ani w niebie…

I trzeci: gdy Čvrčekovi jakimś cudem udało się uciec,

znaleźliśmy innego Czecha,

o jeszcze bardziej niemożliwym nazwisku…

Żaden z dobrych towarzyszy nie zginął,

tylko jeden bezproduktywny mnich!

I na koniec, gdy esesman Lenz

chciał do sonderkommanda dopisać Towarzysza Bartla –

my, wiedząc, jak to faszyści płacą za pracę w krematorium

wpisaliśmy za niego włóczęgę, bezpartyjnego znad Donu!

Kapo Mila za złotą koronkę obiecał wykończyć go gazem,

lecz włóczęga – jak pamiętamy – tak się w niego wczepił i wgryzł,

że nasi czujni towarzysze

obu ich zatrzasnęli w gasaucie. Więc zamiast jednego dobrego

zginęły dwa ludzkie śmiecie, a i Partia odzyskała swoje Złoto…

Nawet organ idealistów, biblia,

powiada, by nie żałować,

kiedy zły ginie z ręki złego.

Tak oczyszcza się świat, tak rodzi się przyszłość, towarzysze!!!

PRZEMÓWIENIE PROF. WALTERA BARTLA

POSŁA KPD DO REICHSTAGU, PRÄSIDENTA ILK

Mówią o nas: „materialiści” (oklaski) – to jest pół prawdy, towarzysze (też oklaski),

mówią, że wymyślamy religię – to też tylko pół prawdy –

– i tylko my potrafimy

stopić te dwie połówki w jeden

szlachetny

metal komunizmu

naukowego – co zaraz wykażemy – („ooo” – pełne aprobującego oczekiwania).

Otóż: zło, cierpienie są i będą (entuzjastyczne oklaski).

Są i będą, lecz jedynie my

umiemy je spożytkować z korzyścią dla mas (oklaski przechodzące w owację).

Fanatyzm można pokonać (oklaski)

tylko jeszcze większym fanatyzmem (jeszcze większe oklaski),

krzyk można zagłuszyć krzykiem, krew zalać krwią!

Faszyzmu nie da się zwalczyć po chrześcijańsku – nadstawianiem policzka

drugiego czy nawet trzeciego (śmiech, sikanie po ścianie i oklaski),

Budując ludzkie królestwo,

najpewniej się je stawia, towarzysze,

na tym, co ludzkie najbardziej:

na podłości,

chciwości

i strachu (oklaski i przytupy).

Ludzie jednak różnią się od małp

(okrzyki aprobaty pomieszanej z niedowierzaniem),

wiedział o tym już towarzysz Darwin,

że do każdej podłości chcą alibi.

My dajemy im najpiękniejsze (przytupy i przysiady):

zbrodnię zwiemy sprawiedliwością, tchórzostwo – posłuszeństwem

głosowi ludu, a nawet Historii.

Mówimy, że z krwi naszej, może z waszej,

wzrosną kwiaty dla naszych dzieci (radosne okrzyki, ktoś łka,

część obecnych chwyta się za ręce i tańczy).

Naukowy – jak widzicie – komunizm,

to już ostatnia, towarzysze, utopia

nadająca sens ludzkim cierpieniom.

Po niej może być

tylko

samo cierpienie bez sensu.

Władek – Student

– Czerwony znak krzyża na kamiennej ścianie,

barak z napisem „Waschraum” – łaźnia

to wszystko dekoracje – krzyczałem –

prawdziwy jest tylko beton komór śmierci

beton i popiół.

Mijali mnie z daleka

biłem twarzą w mur.

– Chłopak zwariował!

– krzyczeli.

Jeden z nich doniósł na mnie Niemcom.

Esesman Lenz nawet nie bił,

odezwał się dziwnie cicho:

– Będziesz mówił o żydowskim narodzie

palonym w komorach Birkenau

– nie uwierzą,

Będziesz mówił o lotnikach zza oceanu

zamęczonych w kotłowni Buchenwaldu,

nie uwierzą,

Będziesz mówił o warszawskich powstańcach

ukrzyżowanych na ścianie bloku w Leitmeritz

– nie uwierzą,

ludzie nie mogą w to uwierzyć.

Gdyby uwierzyli

w Buchenwald

w Auschwitz, w Leitmeritz

nie mogliby wierzyć

w nic innego.

BAL

......... wiedziałem, że Cię nie będzie, a jednak – kiedy na zwierciadlaną salę Ettersburgu wpadł korowód – czekałem, że któraś z przelatujących przez lustra postaci – może ta Dama w jednej rękawiczce, jakby wprost z ballady Schillera – uchyli maskę – zobaczę Twoje oczy ............... Gospodarzem balu był Sturmbannführer Koch. Czyżby nie wiedział, że toczy się przeciw niemu śledztwo? Czyżby myślał, że wróci na stanowisko komendanta? Dopuścił, aby na bal przybyli niżsi funkcjonariusze, nawet kilku więźniów – nie wiem, czy nie mignął mi kapo Ganzer przebrany za któregoś z apostołów, może Pawła, na pewno występował cyrkowy siłacz Jakub – zginał podkowy, podnosił w górę damy ... Koch wściekły uśmiechał się i tłumaczył, że z powodu nalotów nie przybyło z Weimaru wiele rodzin – Goethów czy Lenzów – trzeba było uzupełnić listę ... Ale prawda jest inna: niektórych gości nawet on nie zapraszał ... Królową balu była oczywiście Ilse, w mundurze SS, co nie byłoby dziwne, gdyby mundur nie był... namalowany na nagim ciele. Mężczyźni wyciągali ręce – waliła ich szpicrutą, mimo to wyciągali ręce, na których wykwitały czerwone pręgi ...... Koch aż dostawał piany! Gości przedstawiał Królowej i nam przebrany za odźwiernego komendant bunkra śmierci. Czasem dowcipnie: Jan Sebastian – po cichu, a potem nieoczekiwanie walił: Bach. Goście powtarzali to potem jako toast!... Bach oczywiście też był – w stroju ślepca stukającego w ziemię białą laską – jakby szukał wejścia. Pastor z weimarskiej świątyni przebrany za Dantego – spił się i śpiewał o dziewięciu kręgach piekła. Potem coś improwizował o dziesiątym ...... Była też zielonooka a właściwie cała zielona Lorelei w secesyjnych wodorostach zamiast sukni. Przeważali jednak mężczyźni. Wielu przebrało się w pasiaki – tak naturalistycznie, że w powietrzu czuło się smród i śmierć. Przy okazji prezentacji Muller – jakiż brak smaku – chciał sprzedawać abażury, rękawiczki, medaliony i inne przedmioty ozdobione tatuażem. Przyniósł też kilka głów pomniejszonych metodą mieszkańców Oceanii, nie chciał zdradzić, na czym to polega. Był Werter w żółtej kamizelce, Apollo i Muzy, biskup, żołnierz ...... Niezły pomysł miał jakiś Jan Chrzciciel z własną głową na tacy. Tylko, że głowa bełkotała niewyraźnie i wywołała śmiech, bo zamiast zapowiedzieć nadejście zapowiedziała odejście Jezusa. Największe brawa dostał jednak gruby Jakub, nazywany wieszakiem ze względu na obowiązki pełnione w bunkrze śmierci. Czaszkę przypędzonego więźnia wycisnął rękami jak cytrynę! Gdyby zebrani wiedzieli, że Koch z nich zakpił, a Jakub Kozielczyk jest Żydem z getta w Krynkach, czuliby się jakby popełnili Rassenschande! ...... Bal skończył się skandalem. Koło północy czekaliśmy na najważniejszy taniec, w którym mieli zawirować Biskup i Dama, Rycerz i zwykły Chłop, Każdy, każdy ... Korowód miała poprowadzić Ilse, tymczasem ona ............ Koch zataczał się z płaczem po sali, wymachując pistoletem ............... Ktoś miał pomysł, by przebrać się za Chrystusa, za nim dziecko, też w białych szatach ......... Koch strzela – pijany – oczywiście nie trafia – „Chrystus” idzie przez salę, wskazuje palcem, pary ruszają za nim jak kukły ............ Koch znów strzela ... z głowy dziecka wytryska ciemnoczerwona maź, dziecko pada, ale szybko wstaje, uśmiecha się przepraszająco, podaje Chrystusowi rękę ......... Koch ... raz po razie ... Chrystus jakby kule się Go nie imały, podchodzi ... to nie ja – mówię ... patrzy w oczy ...... ja nawet mu przeszkadzałem, uratowałem Ci życie – dodaję i widzę, że dopiero teraz na jego szacie zaczyna pulsować krwawa plama ............... Chrystus odwraca wzrok, wybiera kogoś obok, nie wiem, czy nie w mundurze SS, może Goeth, jakaś kobieta ...... dziecko ...... idą, nie wiedząc, ocala czy skazuje ... nikt nie wie, do jakiego królestwa należy ......... jak w tańcu przeszli przez salę, zniknęli w drzwiach, także Dama i Żołnierz i Biskup ............... Wybiegliśmy przed zamek. Na śniegu żadnego śladu. W oddali światła Buchenwaldu, zlewały się ze światłami Weimaru w jedną łunę.

MAURER

Dr. Hans Schmidt – urlop

notatki i fragmenty korespondencji (marzec/kwiecień 1945?)

...... stał się cud – na miarę możliwości Boga, wiosną 1945. Anioł przybył na starym żółtym rowerze, w źle oczyszczonym mundurze. Pod nim skrzydła zwinięte jak garb. Koperta szara – ale z orłem trzymającym w szponach znak słońca! Zgoda na urlop – przepustka z piekła! W ostatniej chwili, póki żyję, bo wokół chodzi już tylu martwych .... Dusz kopalnia dziwna. Lasy bez żywych istot, mosty nad pustkowiem ..................... Spośród korzeni ciągle płynie krew i mrok przenika w ciała ludzi To koniec mojej przygody, mojej gorączki, w której nie czuje się smaku, zapachu, nawet dobro i zło wydają się tak samo szare .............................. ............... muszę jeszcze gdzieś w piwnicach Weimaru odnaleźć swoją Eurydykę ...... Wyjdziemy razem, prowadzeni przez Boga i bladą gwiazdę ............... Tylko żeby ona nigdy nie obejrzała się wstecz ... Ja tego nie uczynię, Bóg – tym bardziej.

* * *

1 Zaproszenie

2 Komunista, starszy (właściwie II Lageraltäste) Buchenwaldu, przywódca niemieckiej konspiracji.

3 Oprócz Domu Powstańca, który bronił się najdłużej, głównymi punktami obrony Katowic były Wieża Spadochronowa i Wieża Ciśnień.

4 Aluzja do pięciu męczenników z Międzyrzecza. Salezjanie zostali zamordowani 14 VIII 1942 roku.

5 W odwecie za masowe egzekucje więźniów Pawiaka członkowie Gwardii Ludowej przeprowadzili dwa zamachy na niemiecką kawiarnię w Warszawie, Café Club – w 1942 i 1943 roku. Bohater wiersza, Tadeusz Findziński, uczestniczył w tej pierwszej akcji.

6 Artur Gadziński – przedwojenny harcerz, w obozie był pielęgniarzem i pisarzem bloku chorych na czerwonkę. W ciągu lat pracy w rewirze – wypisując fikcyjne rozpoznania, wezwania i zaświadczenia, wykonując wbrew zakazom zabiegi i nadając zagrożonym więźniom tożsamość zmarłych – pośrednio i bezpośrednio Gadziński przyczynił się do uratowania około dwóch tysięcy więźniów.

7 Ujęte w ustawach norymberskich „pohańbienie rasy” – przedstawicielom ras niższych groziło nawet śmiercią.

8 Polak z Zaolzia, organizator podziemnego życia artystycznego i jeden z dowódców powstania 11 kwietnia. Polską grupą straży dowodził Kazimierz Matela, Ślązakami – Antoni Wilczek (E. Polak, op. cit., s. 456).

Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Spreparowana głowa więźnia

IX

OSTATNI ROZDZIAŁ BOSKIEJ KOMEDII

Jeżeli po Buchenwaldzie możliwe będą wiersze

po wierszach

możliwy będzie Buchenwald

Ostatnie życzenie Chrystusa • Podwojenie Jakuba • Notatki doktora Polaka – koniec opowieści o uśmiechającym się księdzu Mieczysławie, śmierć Władka • Pieck • Odejście Hanki • Ostatni nieprzeczytany donos • Poczciwy rolnik Bauere • Zaczyk • Ilse – jej mąż, jej kochankowie • Ks. Jan o wybaczaniu innym i sobie • Szczerba • Szczepaniak • Godziny przed powstaniem • Zabawa • Bój na górze Ettersberg • Apel

NN 30 628

Nie budź się!

Chrystus miał rozbitą twarz

podobną do tylu skatowanych twarzy:

księdza, lekarza z rewiru.

Przynieś mi wody – prosił –

ja umieram.

Musiałem wstać,

iść nad rzekę,

za obóz.

W drutach był prąd,

moje ciało stawało się czarne,

ale żyłem.

Strażnicy pilnujący wody

poranili moje ciało kijami,

widziałem, jak płynie krew,

ale nie czułem bólu.

Blaszany kubek stał się ciężki,

woda zraszała biały żwir,

ale doniosłem, kilka kropel na dnie

– ale doniosłem.

Chrystus dziękował uśmiechem,

nie mógł już prawie mówić,

szeptał: Pić, pić

coraz ciszej…

Podsunąłem mu kubek:

Ja już nie mogę –

wycharczał –

Ja mam rozbitą twarz,

musisz wypić za mnie.

Dr Polak

listy w butelkach po lekarstwach

Noc. Więźniowie szepczą o kwietniu i przepowiedniach:

dwie jedynki – to znak.

Znakiem będzie też krzyż na niebie, krwawy obłok – nawet niewielki –

kobieta w czerwonej sukni pędzi między blokami…

Hanka nie przychodzi. Póki wierzę,

że ona żyje – ona naprawdę żyje.

Warszawiacy dostali niskie numery po zmarłych –

odjadą do lagru Leitmeritz.

Potem numery wrócą po następnych.

Jest też dobra wiadomość:

Władek – Student ma odzyskać wolność

– tak powiedział na apelu Schmidt.

(Prawdę mówiąc, liczyliśmy na to –

ten dzieciak nie poznał jeszcze życia,

zresztą i Niemcy widzą, że już zbliża się koniec).

I na koniec wiadomość najlepsza:

gdy wlekliśmy na apel księdza Mietka,

złamał się nagle w naszych rękach,

oczy wywróciły się do środka,

jakby nie chciał już oglądać świata żywych,

Esesman Goeth

kazał go rzucić pod blok,

wpisał w raport

kolejnego trupa.

Wróciliśmy z apelu po kilku godzinach:

pod ścianą bloku

stoi ksiądz Mietek,

chwieje się na rozstawionych nogach,

ale jednak się uśmiecha.

Palec wsadzany w kolejne rany

normalnie zabarwia się krwią.

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji (marzec/kwiecień 1945)

... jakby rozdwoił życie: jeden Jakub nawrócił się jak Szaweł i zdechł, nie chcąc podeptać różańca, drugi odjechał jako kat do Leitmeritz – z grupą więźniów. Prawda, miał rozkaz zabić, ale ukrzyżowanie to nie nasza, a tylko jego fantazja, ja umywam ręce! Warszawiacy byli niecierpliwi – więc niebezpieczni. Gdyby zostali w obozie, mogliby wywołać powstanie na pięć minut przed ...... Tak, zyskaliśmy spokój, ale ...... razem z grubym Jakubem zniknęło z naszego życia jakieś piękno, jego zbrodnie miały coś z dzieł sztuki, rozszarpywały horyzonty ............ zimne światło piękna zmienia ludzi w przedmioty budzące zdziwienie i grozę ............ „Efekt Obcości”.

Hanka

Podtrzymywana przez równie chorą więźniarkę,

potykając się, ślizgając w błocie,

szłam na rewir.

Myślałam, że nie dojdę –

nagle –

…nie mógł wypisać naszych nazwisk,

śmierć zbyt szybko by nas wyśledziła –

Chyba przez całą noc na oślep

w śniegu, który leżał jeszcze na zboczu góry,

wydeptywał

inicjały naszych imion splecione jak ręce,

faliste linie, o których tylko ja wiem,

że oznaczają morze

i że jest ono ciemnozłote

jak późne, jak spóźnione lato.

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

4.04.1945. Lagerkommandant Koch ............... publicznie powieszony ...... Chciałem być przy tym, może chciałem pomóc Ilse – wstrzymałem urlop ......... – oficjalnie za to, że kradnąc złoto pozyskane od trupów, okradał Rzeszę, ale Naprawdę ............ oszalał, podobno chciał pokutować za grzechy, rozgrzebywał zbiorowe groby, składał kawałki kości ......... w drodze wyjątku ............... nie spalony, lecz wsadzony do jednej z trumien, które walały się po wzgórzu ...... Ilse, która przedtem ... i zdradzała go z każdym ... wlokła tę trumnę z niesamowitą siłą i

Dr Polak

listy w butelkach po lekarstwach

Hanka nie chce się spotkać. Ma straszne rany.

Ja też przecież!

I każdy, kto był ranny,

pozostanie ranny na zawsze.

Wróciłem do pracy na bahnhofie.

Nawet Niemcy boją się tu wchodzić.

Mogę pisać.

Władek – Student wywieziony do Berlina,

ścięty toporem w więzieniu.

A przecież niedługo koniec wojny.

Na polskim bloku – święto zmartwychwstania.

Śmieliśmy się: ksiądz Mieczysław

jest drugi po dwóch tysiącach lat,

lecz zadanie miał znacznie trudniejsze

i nie dano mu trzech dni do namysłu…

Ksiądz tylko się uśmiechał. Jak zawsze.

Przyszedł nawet jego kat Goeth,

śpiewał z nami i pił. I znów śpiewał.

Wyszli objęci w noc – jedną z ostatnich.

Po godzinie Goeth wrócił: Wasz klecha

powiesił się w wychodku,

przedtem sam siebie pomalował

w dwa kolory: gównem i krwią.

Z biciem serc wchodzimy do latryny:

ksiądz Mieczysław…

wisi z tak wykrzywioną twarzą,

jakby pomimo śmierci

próbował się uśmiechać.

Zbliża się czas walki. Lecz wcześniej

wszystko musi być zapisane,

złożone w ziemi.

Żeby z ziaren pamięci wyrosło coś więcej

niż gorzki owoc nienawiści.

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

…… nie wiem, czy to jeszcze mój notatnik, czy Kocha. Ale muszę dopisać do końca, dlatego przecież zostałem.

Niedziela. 08.04 …… znowu jakiś głos krzyczał po polsku, a potem po angielsku o pomoc, krzyczał, że SS-mani mają rozkaz zabić deskami drzwi i okna, oblać benzyną i spalić baraki z więźniami. Przysięgam przed historią: nikogo żywcem nie palimy. Jeśli gdzieś tak zrobiono – jak w Gleiwitz czy Fürstenstube1 – to jedynie z rannymi. A jeśli gdzieś spalono więźniów młodych i zdrowych, to było w tym coś z konieczności ofiarnego obrzędu. My też musimy chronić obóz przed roznieceniem pożaru.

08.04. Lagerkommandant kazał się zgłosić do bramy 46 więźniom, których chciał pozbawić wpływu na obóz. To wybór mniejszego zła. Byli na liście i niemieccy komuniści, i Polacy – pseudolekarz Gadziński, holenderscy fanatycy Pieck, Schalker i …… ktoś rozpuścił wieści, że mają być rozstrzelani, więźniowie ich ukryli w jakichś norach. Jeśli nie da się wyłapać przywódców – potrzebna jest inna strategia.

Wtorek. 10.04. Godzina 11:00. Transporty wymaszerowały za bramę: trzy tysiące Żydów w stronę Dachau, potem Rosjanie, Polacy, nasi komuniści – jeśli byli wśród nich spiskowcy – wyszli prawie nadzy. Broń pozostanie na zawsze w ziemi, w schowkach znanych umarłym. Pozostało koło 20 tysięcy – ci, którzy się ukrywają, oraz naprawdę chorzy. Ale Lagerkommandant ma pomysł na zakończenie i tego dramatu!

Henri Pieck

MALARZ, CZŁONEK ILK

Jeżeli spłonął

jak kostka węgla, jak ścięgna gałęzi,

jeżeli Chrystus spłonął,

Jego krzyki i łzy i modlitwy szeptane do ludzi

są w każdej grudzie powietrza, którą łykasz,

w chmurze, z której bez przerwy, jak z otwartej rany

sączy się przezroczysta ciecz – –

Jest w nas,

jest nawet w tych,

którzy Go nie znali,

którzy Go odrzucali.

Jest w nas,

umrze w każdym z nas:

zagłodzony w bunkrze śmierci,

ukrzyżowany na ścianie bloku.

Spłonie w ogniu krematorium –

jak kostka węgla, jak ścięgna gałęzi…

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

... że będę inny, że nie dam się zatruć mgłom Ettersbergu ......... ale cokolwiek piszę – list do dawnej miłości, raport z pracy obozu, zamówienie na auto – wszystko zamienia się w dalszy ciąg pamiętników Kocha. Gdyby Bóg zaczął pisać pamiętnik, gdyby chciał go dyktować nowemu Mojżeszowi – byłby to także ciąg dalszy pamiętników komendanta Kocha.

10/11. 04. 1945. Zabawa – jakże prostacka – u Rapportführera Hofschultego. Chlali, przebierali się za kurwy, tańczyli. Po pijanemu zwołaliśmy najpiękniejszy apel – rozdaliśmy więźniom dwa miliony papierosów i kilkaset koniaków – dobrych, odebranych koneserom – głównie umarłym Francuzom. Czegóż ci ludzie nie biorą na drogę do nieba! Papierosy, dolary, wieczne pióra, zegary, telefony, świeczniki. Każda rzecz to cała wizja zaświatów: niebiosa, gdzie się pali, kupuje za dolary, przekupuje papierosami – ale kogo i po co? Niebiosa, z których (do których?) można zadzwonić, ale do kogo i po co? Niebiosa, w których mrok na setki świeczników... Z kobiet była tylko Ilse, ale starczyła za kilkanaście! Chwaliła się nowymi tatuażami, mapę świata założy na ruchomy abażur – po zapaleniu światła przez ścianę będą płynąć błękitne kontynenty. Untersturmführer Dumböck podarował jej medalion Matki Boskiej ........................ Ilse piła, jak mała dziewczynka brała któregoś z nas za rękę i znikali. Czasem w jego pokoju, czasem na trawniku za oknem albo w kącie ogrodu szalonego komendanta, na jednej z trumien – na coś się przydały ...... śmiała się jak szalona, przewracała się wraz z nimi na ziemię ... jakby każdemu kazała zapamiętać to właśnie miejsce. Czyżby aż tylu miało zginąć? A jednak nikt jej nie odmówił ......

Hans Bauere

*1880 + 1945

Hej, złote czasy! W barakach na wzgórzu

cebulę zmieniali na złoto, na buty –

Klepiąc się po pośladkach, mówiliśmy żartem:

Chodź, stara, złotych zębów zasiejemy

i parę butów – by nie wzeszły same lewe!

Jeszcze rok, miesiąc i kupiłbym może

tę resztę pola od starego Karla

albo dom w mieście, co na Schillerstrasse

wypięty stoi jakby na środku niedzieli.

Wieczorem „Pod Łabędzia” spraszałbym sąsiadów,

każdy pogodny niby pełny kufel,

za każdym żona z dobrodusznym biustem

– a ja powstaję, walę pięścią w blat

i krzyczę: Piwa dla wszystkich! Dreimal!

Jeszcze miesiąc, dni parę – cóż

właśnie dni paru, paru marek zabrakło…

Los jest ślepym woźnicą,

co powozi ślepymi końmi.

Do końca życia będę wgryzać się w tę ziemię

u podnóża,

suchą ziemię, pełną kamienia i żelastwa.

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

Jeszcze przed świtem. Kommandant Pister wezwał starszego obozu Eidena2: Przekażę wam, więźniom, lager – oświadczył – ale musicie dać słowo, że nikt się o tym nie dowie – do przyjścia Amerykanów. Z mojej strony nic wam nie grozi. Gdy Eiden wyszedł, Pister ze śmiechem powiedział: Głaskać psa, póki nie jest gotowy kaganiec – i sięgnął po telefon do Reichsführera. Rzeczowym tonem powiedział: Proszę zbombardować obóz – razem z załogą i ze mną.

– Chętnie, ale nie mam już bombowców – równie rzeczowo odpowiedział Reichsführer Himmler.

Ostatni rozkaz Reichsführera: Die Übergabe kommt nicht in Frage. Das Lager ist sofort zu evakuiren. Kein Häftling darf lebending in die Hände des Feindes kommen!3

Donos V

(do przetłumaczenia w wolnym czasie)

W latrynie opowiadali, że przywódcą konspiracji jest prezes Szczepaniak, a jego pomocnikiem Kwoczek, stary harcerz, bo młodsi już wypaleni. Ale może to być inny prezes, bowiem z powodów obiektywnych słyszalność nie była najlepsza. Kłócili się też, czy medal po zwycięstwie powinien dostać inżynier Lewandowski, który z własnej głowy zrobił kilka handgranatów, czy też Matela z lagerszucu, co ani jednego granatu, nic nie wynalazł, ale jak było trzeba, to w czasie nalotu podpieprzył całą skrzynię. Większość siedzących była za Matelą i ja też się przychylam, bo w polityce liczy się skuteczność, a nie wykształcenie.

W trybie pilnym dodaję informacje o spontanicznym buncie więźniów w dniu 11 kwietnia 1945, koło południa:

– udało mi się dowiedzieć, że Mikołajczak nie nazywa się Mikołajczak i będzie atakować wieżę numer 2;

– wieżę zaś numer 1 ma zdobywać „Szary” z komanda hydraulików. Ten podobno nazywa się Bakalarczyk i ma jedną rękę – ale komu dziś można wierzyć.

Z proletariackim pozdrowieniem

Życzliwy

HANS EIDEN

Lagerältester

Ostatnie zebranie – na bahnhofie. Nagłe – jak nagle padł rozkaz wymarszu.

Drużyny bojowe, sektor czerwony – atakują Rosjanie, zielony – Polacy, niebieski – Francuzi, żółty – Niemcy, my – wszystko to przeszłość, kolorowe sny więźniów.

Zostało paru komunistów, paru jak zwykle przeceniających swe siły Polaków, straż pożarna i komando hydraulików – przeciw trzem tysiącom SS-manów! Malarz Pieck, zimna ryba jak to Holendrzy: Oni muszą zatrzeć ślady śmierci, umyć ziemię, nim nadejdą wojska wroga. To znaczy zlikwidować świadków. To znaczy – nas. Jest za atakiem. Popierając go, Bartel przeczytał ostatni rozkaz Himmlera: Die Übergabe… Poddanie nie wchodzi w grę. Obóz natychmiast ewakuować. Żaden więzień nie może żywy wpaść w ręce wrogów! Inżynier Damazyn rozmawiał przez radio z Amerykanami. Bardzo podziwiają i każą wytrwać. Ale do 17 na pewno nie dojadą. Jest za atakiem. Podobnie chudy Pribula.

Podobnie „Szary” – ten bez ręki. On nie chce bić się o wolność czy nawet o Królestwo Boże na ziemi. On chce się zemścić – nie wiem – za Warszawę czy za swoją rękę. Na koniec wstał Mikołajczak i stwierdził, że nie będzie dyskutował. Wyjmie ukryte karabiny i da wszystkim, którzy będą chcieli walczyć. Przyznał się, gdzie je ukrywa: w skrzynkach z bratkami. Jakby co, to nazywałem się Sokolak – dodał na pożegnanie i zniknął.

Seweryn Czetwertyński

STRACH ZASTUKAŁ DO DRZWI

OTWORZYŁA MU ODWAGA I…

I NIKOGO TAM NIE BYŁO

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

Środa. 11 kwietnia. Świt. Normalny świt! ... Żadnych krwawych chmur, krzyży, żadnej kobiety w czerwieni biegnącej przez obóz z krzykiem ...... nad ranem wezwano fryzjerów obsługujących SS. Golą głowy – ale to nie pokuta, to ............ Przeżyć południe – a już będziemy żyć długo! ......... Jupp Müller strzelił sobie w łeb – znaleziono go na podłodze w pokoju, w którym był z Ilse! Żeby choć na łóżku, jak Ding ...... zwierzę! ...... nie ma już Niemców, Polaków, Żydów – są ciała.

Ostatnia odprawa. Myślałem, że Pister po rycersku chciał pogrzebać i nas, i wrogów pod gruzami Buchenwaldu. Jego plan był bardziej przewrotny: mieliśmy zbombardować obóz i – powołując się na letni nalot – znów oskarżyć aliantów o zbrodnię. A sam Pister – zniknąłby z Ilse, jakby zniknęli w ogniu. Na szczęście ona odmówiła. Pister uciekł nad ranem, ale myślę, że daleko nie zajdzie.

Początek dnia. Uciekł nawet ten renegat Dombek – a wczoraj dostał awans – szpadę SS. Czyżby i on uwierzył w przepowiednię, i bał się nadchodzącego południa? Ilse szalona galopuje po obozie, peleryna podbita czerwienią jakby płonęła. Ja też muszę zostać do końca i wszystko opisać. Ręce pachną mi drzewem, włosami Ilse.

Wciąż jeszcze początek dnia. Obok napisu Bóg umarł – Nietzsche ktoś dopisał: Nietzsche umarł – Bóg. Wszyscy wyzdychali!

Muzułman Zaczyk4

zginął tragicznie

11.IV.1945

chciałem żyć

kapo wybił mi oko

ta cholerna deska miała gwóźdź

ale można przecież żyć bez oka

po zastrzyku odjęli mi rękę

ale można przecież żyć bez ręki

życie jest świętą tajemnicą

jest siłą

nawet po śmierci

rosną pazury plemniki i

kto chce przeżyć

kto bardzo chce

ten przeżyje

recepta jest prosta

jeśli upadniesz pięć razy

wstań sześć

jeśli dziesięć

wstań jedenaście

wstań nie oglądając się na śmierć

Dr. Hans Schmidt

notatki i fragmenty korespondencji

............... Ilse zrzuciła swój mundur, pod spodem kłębiły się na jej ciele szmaty po jakiejś więźniarce. Jak prowincjonalna aktorka, która zrzuca kostium! Ja nie mam za co umierać – nawet nie podała mi ręki ... jeśli ją złapią, będzie gnić w celi w tych szmatach, z włosami siwiejącymi wokół twarzy coraz bardziej naśladującej czaszkę. Aż z obrzydzenia do siebie zarzuci na gardło sznur. Czołgi wroga – przebudzone gady sprzed potopu – wypełzły z lasu za szpitalem SS, zakołysały szarymi łbami i bez zatrzymywania powlokły się w stronę Weimaru ............... ......................................................... zadzwonić do Irmin, jest sama

To jeszcze muszę dopisać: Środa 11.04.1945. Godzina 11.30. Cisza. Jakiż szaleniec chwytałby teraz za karabin ...... przez kilka godzin nie istnieć. Potem budzisz się: drzewa, chmury, nawet domy – tylko na pozór takie same. Jakby ktoś przetoczył im krew ............

Inż. Władysław Szczerba

Porucznik ZWZ

Nie trać dni

w pogoni za prawdą

ona

dogoni cię sama

Prawdy

nie dowodzi się nieśmiałym szeptem

teorii

nie sprawdza w głosowaniu

czy dwa i dwa to cztery

może pięć

albo kapelusz

– gdy głosować będą kobiety

Sprawdzić możesz ją tylko

regularnym rytmem

maszyn

zmieniających kolumny cyfr w dom

albo w most przerzucony nad rzeką

Czasem jeszcze prościej i trudniej

z bronią w ręku

Nie trać dni

w pogoni za prawdą

ona

sama wybiegnie ci naprzeciw

Dr. Hans Schmidt

Godzina 11.45. Alarm. Nad obozem jak ogromne krzyże amerykańskie samoloty. Jeden opadł nad bloki, rzekłbyś, zatrzymał się w powietrzu ... czerwony obłoczek spadochronu: bochenek chleba z rodzynkami i kilka paczek papierosów ...... Kiedy zapalę następnego – będzie już inny świat ..............................

Godzina 12.08. Wbrew przepowiedniom i pogróżkom nikt się nie rzucił do walki. Najważniejsze przeżyć! Jak pluskwy, jak kamienie, jak psy! ... potem wypełznąć, oblizać się i znowu być człowiekiem. Przechwycono wołanie polskiego radiowca o pomoc. Krzyczał też po niemiecku i angielsku. Amerykanie coś odpowiedzieli. SS-mani – zamiast go znaleźć i rozstrzelać – zaczynają pojedynczo uciekać, nawet zrzucają mundury ... Meine Ehre heisst Treue5.

Nie tylko pojedynczo – o 12.40: megafony zaczęły krzyczeć głosem Hofschultego: SS-Leute sofort aus dem Lager! SS-mani natychmiast z obozu! Jakby wzywały do ucieczki nie tylko tych żołnierzy, lecz całe Niemcy! Próbowałem zatrzymać, wytrącili mi broń, podarli płaszcz ............ zostało 220 najwierniejszych, w tym ukraińscy SS-mani, którzy nie mają dokąd pójść. Ja także nie mam ............ Ilu Europejczyków walczyło pod Maratonem? Mamy 550 karabinów! W każdej z wież cekaem, mamy pięści pancerne, granaty. Tylko nie mamy za co umierać ............ .............................................................................. Co mówiła Ilse...

JÓZEF KACHEL

NACZELNIK HARCERZY POLSKICH W NIEMCZECH

Mała ojczyzna – odłamek

w przedsionku serca

gdy utkwi

każdy ruch

może wywołać śmierć

każda próba wyrwania

zabija

Dr. Hans Schmidt

Godz. 14.30 ... więźniowie zaczęli wypełzać spod baraków ... szare, warczące stada ... o piątej rozpocznie się likwidacja, o piątej ... szepty przeradzały się w coraz potężniejsze ujadanie. Chłopcy z SS na wieżach nie wytrzymali – chlusnęli ogniem. Więźniowie przerażeni – że już – rzucili się z wyciem na wieże ...... pożar, który nie ma sensu ... niczego nie oczyszcza ...... sam na posterunku, w ogrodzie szalonego komendanta w ogrodzie, w którym tamtej nocy z Ilse ...... muszę pisać, obiecałem

Godz. 14. 45. Dowódca Ukraińców oszalał: Nie mam za co umierać – powiedział i wypalił sobie w łeb. Jego żołnierze nie walczą ani nie uciekają ... rozpalili ogniska i wyją swoje przeraźliwie smutne pieśni. Co jakiś czas podbiega grupa więźniów i ......

Godz. 15. 00. Ding chciał schować się na bloku Bahnhof, powstańcy zatłukli go na łóżku, obdarli i odcięli mu ............ potem pobiegli w stronę ogrodzenia, rzucali na druty mokre koce, wpychali drewniane beczki bez pokrywy i dna – teraz tymi rurami wypływają z obozu niczym brudne, cuchnące nienawiścią morze ......... jakiś jednoręki szaleniec prowadzi atak na wieżę numer jeden ...... nie biegnie – idzie wyprostowany i chyba się śmieje ..............................

Godz. 15.10. Pod wartownię podszedł oddział w mundurach SS, chłopcy myśleli, że pomoc, a to przebrani Polacy! ............... wśród napadających byli strażnicy z lagerschutzu .................. wielu reichsdeutschów ze Śląska ...... a myśmy im zaufali ........................... zwyciężyli, ale nie po rycersku – jak podludzie!

Ojciec Jan

Jeśli zapytasz com czynił

Cóż odpowiem –

Nie głosiłem fałszywego świadectwa

W czas pogardy

Nie kradłem,

Nie zabijałem,

Nie zadawałem bólu

Gdy zło było ziemią i powietrzem

Jeśli zapytasz

Com czynił przeciwko temu

Cóż odpowiem?

Dr. Hans Schmidt

Godz. 15.20. Piszę – więc żyję. Zamiast biurka – pachnące kwaśno, jakby kobiecym potem wieko trumny ...... przydała się – nie tylko jako łoże ...... Hofschulte chciał wykrzyczeć rozkaz wyjścia z obozu i samemu też uciec – dogonili go ............... rozszarpali ...... i to na trawniczku pod wieżą ...... więc on też i ...... llse mówiła: Przed śmiercią można uciec tylko w inną śmierć .................................

Godzina 15.30. Spod podłóg, ze szpar w ścianach wypełzają dzieci, setki dzieci6. .............................. Kinderaktion ............ Nie dowiem się nawet, czy się udała

Godzina 15.45 ...... gdyby więźniów z Warszawy ukrzyżowano na ścianie naszego bloku, a nie gdzieś za górami ...... pokolenia płakałyby pod nią, w szpary wtykano by listy do Boga, z tamtej strony niby odpowiedź – wypływałyby plamy krwi, zarysy ludzkich sylwetek, których nie można niczym zamalować – chyba krwią. A tak – ściana jest przeraźliwie pusta ............... za czas jakiś ludzie zburzą ściany bloków w Leitmeritz, w Buchenwaldzie, wszędzie ............ wzdłuż alej obozu wyrosną marmurowe domy, w sercu – wiecznie zielony dąb ............ ........................... nadbiegają jacyś więźniowie – na szczęście z gołymi rękami

NN 30 628

Błyskawice podobne reflektorom przecięły niebo –

Ogłoszono ostatni apel.

Z narastającym stukotem

– Oda do radości na drewniaki i bezwładne stopy –

przywlekli się żywi i martwi –

wszyscy, którzy odważyli się czekać.

Brama obozu uniosła się w powietrze i runęła,

jakby pod nią wybuchła mina.

W zimnym świetle błyskawic

– nie, jeszcze nie żołnierze –

jeszcze nie wolność, nie kwiaty, nie uściski rąk –

Wzdłuż wyprężonych szeregów

kroczy Jehowa,

wywołuje numery więźniów –

Każdy człowiek i każdy ból

ma bowiem zostać policzony.

Odpowiadamy krótkimi szczęknięciami,

jak uczono nas tyle lat,

gdy nagle – wbrew regulaminom –

ktoś rzuca swoje imię, ktoś nazwę

miasta z sosną na środku rynku…

I oto wszyscy naraz

we wszystkich naraz językach

mówią o swoim życiu, o bólu i o śmierci – –

mówią, przekrzykując głos Boga.

Garin / Bój na GÓRZE ETTERSBERG

Powstanie się udało. A godzinę później nadjechały

czołgi, by nas wyzwolić… Pod pierwszy wpadł, krzycząc,

przybrany w wieńce z trawy stary muzułmanin.

Buldożery spychały ciała – te wstawały w ciszy

ożywione swą śmiercią – broniły się, chciały wrócić,

lecz my – trupy, które przeżyły – spychaliśmy je widłami w dół.

Powstanie się udało. Na powierzchnię ziemi wychodziły

lalki z otwartymi oczami, ktoś wykopał spod bloku

Biblię księdza Józefa: kilka pustych, zbutwiałych kartek.

Z pieców wyjęto trupy. Niedopalone, z krwią w uszach,

jeden – zupełnie nietknięty – miał dziecinną twarz,

Staliśmy porażeni, patrząc, jak znów ożywa.

Świadkowie przechodzący wzdłuż pieców długim szeregiem

poznali go od razu: tak, to był ten sam –

On kazał kochać bliźnich i rzęził na krzyżu.

Koniec Boskiej Komedii. Kazaliśmy raz jeszcze go spalić,

piec zakręciwszy, czuwamy jak aniołowie u grobu –

Tym razem nic nie zostanie. Już nic. Nawet popiół.

* * *

1 Filia Oświęcimia, gm. Wesoła, pow. Wysłowice. Informacje o paleniu chorych (i nie tylko) więźniów zebrał Jan Kosiński w książce Niemieckie obozy koncentracyjne i ich filie (op. cit., s. 130, 135 i nast.).

2 Właściwie II Lagerältester. Po wyzwoleniu – pierwszy komendant wolnego Buchenwaldu; następnym został Polak, Władysław Szczerba. Rozmowa Pistera z Eidenem potwierdzona w kilku relacjach, źródła podają kilka wersji rozkazu Himmlera rozsyłanego do różnych obozów. 12 kwietnia 1945 roku Eiden poprowadził pierwszy w Buchenwaldzie apel 21 tysięcy wolnych ludzi.

3 Poddanie nie wchodzi w grę. Obóz natychmiast ewakuować. W ręce wrogów nie może wpaść żaden żywy więzień!

4 Zaczyk – nazwisko przypadkowe, wzięte z listy buchenwaldzkiej ze względu na datę śmierci.

5 Moim honorem jest wierność – oficjalne motto SS.

6 Czarnecki i Zonik (Op. cit., s. 68) wspominają o 904 „małoletnich” od trzech do 18 lat: 290 Węgrach (w tym większa część pochodzenia żydowskiego), 288 Polakach, 270 Czechach, 42 Jugosłowianach, sześciu Austriakach, sześciu Rosjanach, dwóch Niemcach.

Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Kara słupka

EPILOG

Kto był ranny

pozostanie ranny na zawsze

Gadziński i jego przyjaciele, czyli o trzech, którzy w młodości na pewno pisali wiersze • Książę Niezłomny • Testament Kocha • Niebezpieczeństwo pomocy – druga przygoda inż. Damazyna • Wdowa Bauere mówi o dobrym pastorze • Sokolak • Być człowiekiem = żyć na powierzchni • Czejmnic – tajemnica poezji • Obóz trwa • *** • Po latach…

ARTUR GADZIŃSKI

„Doktor Polak”, „Promienisty”

Na dole jeszcze świętowano wyzwolenie.

Więźniowie naprawili bryczkę, by wozić ocalonego Dzieciaka,

machali rękami, gałązkami –

gdy my na łamiących się nogach

wchodziliśmy na szczyt Ettersbergu:

ksiądz, felczer obozowy, nauczyciel –

jakbyśmy byli harcerzami, kolegami małego Mietka.

Wiatr

grał na naszych żebrach, pokasływał,

a jednak

cieszyliśmy się z najlżejszego podmuchu:

Latawiec, który konający więźniowie

sklejali na bloku Pana,

sam wyrywał się z naszych rąk.

Kiedy wcześniej pomagałem go lepić,

marzyłem: kiedyś –

może podczas nalotu –

uda się go wypuścić z niewoli

w jakieś inne światy, inne nieba – –

Na dole jeszcze świętowano wyzwolenie

Eiden przemawiał, jakby śpiewał Odę do radości

wokół dębu noszono Szczerbę, Pribulę i innych powstańców,

po blokach szukano „Szarego”, który prowadził atak,

potem zniknął – jakby nigdy go nie było.

Któregoś esesmana – nie wiem, Schmidta czy Lenza –

rozszarpano paluchami na kawałki.

Kogoś spalono w krematorium. Był zbyt podobny.

Stojąc na dogasającym stosie Ettersbergu,

patrzyliśmy z niepokojem w dół,

dokąd, dokąd poleci ten nasz dziecinny latawiec

sklejony z niewysłanych listów, z kart książek, z pustych stron Biblii…

Staliśmy, milcząc. Światem snuły się fioletowe dymy.

Wiał lekki wiatr.

Stefan Szczepaniak

– Ten zryw w ostatniej chwili, ten krzyk nienawiści

dławiący gardło, twoje gardło, wyciągnięte ręce umarłych,

oczy, w których nie słońce odbija się noc – –

i po co? Po co?

Wszystko się przecież dokonało:

palec Boga już dawno wyznaczył drogi ludzi i drogi ognia,

wystarczyło poczekać

dzień, dwa.

Pod bramę obozu

przypełzłyby te same szare czołgi,

ci sami żołnierze by biegli, krzycząc coś o wolności.

Ktoś was musiał wyzwolić.

– Nie nas. Niewolników czekających na wyzwolenie.

Tu w wolnej już ziemi spoczywa

SEWERYN KSIĄŻĘ CZETWERTYŃSKI

Żołnierz podziemia i autor aforyzmów

(bo na długie powieści – jak mawiał – szkoda czasu).

Zwaliśmy go Księciem Niezłomnym.

Z tym samym uśmiechem ironii

szedł do ataku na bagnety

i odpowiadał oprawcom.

Nie załamał się podczas tortur,

nie skonał w gorączce na rewirze.

Powtarzał:

aby wygrać,

starczy tylko sekundę, pół sekundy

wytrzymać dłużej niż wróg.

Dotrzymał słowa –

przeżył obóz,

umarł później –

jako wolny.

Notatka do (niewygłoszonego)

ostatniego słowa Karla Ottona Kocha

Rok 1 po z. Ch. (po zamordowaniu Chrystusa)

Świat opanują podludzie, rakowata narośl. Mali, spoceni, biegający w kółko jak myszy, wierzący tylko w moc ciemnych cyfr. Nie muszą podbijać świata, to świat wraca do ich Starego Testamentu, do nienawiści, chciwości i kultu złotego cielca. Chrześcijaństwo było daremne, ale i komunizm, ale i nasz ruch. Znaki słońca, krzyże o złamanych promieniach. Po śmierci Boga spod podłóg wyłażą plugawe rodzinne bożki. Mojżesz nie zawarł przymierza z Jehową, bo nie było Go na Górze Synaj. Ale Góra nie była pusta. Z Kim rozmawiał Mojżesz? Kto udawał głos jego ojca?1

Inż. Gwidon Damazyn

RADIOKONSTRUKTOR, WIĘZIEŃ PAWIAKA I BUCHENWALDU

To była pierwsza noc. Za wcześnie. I jeszcze

nie umieliśmy się cieszyć. Chore nogi

łamały się pod ciężarem podskoków, nawet przytupów. Ręce

łamały się od ciosów wymierzanych – jakże niezdarnie – oprawcom. Czapki

rzucane widać zbyt nisko nie zamieniały się w gwiazdy.

Więźniowie, którzy zdobyli stołówkę i tłuste puszki esesmanów,

przestali śpiewać,

tarzają się w bólu i w cieknącej z nich mazi.

Mijam bloki huczące jak wagony pociągów,

jakiś zwyczajny dom, jakiś pokój –

przypomina swą ciszą – ciszę znaną przed laty. Na oknie kwiat,

na stole niedopita kawa… Za chwilę

wejdzie matka i powie – jak zawsze, jakby wciąż żyła –

Nie siedź po nocy... Albo nic nie powie.

Ciepła ręka dotyka moich włosów… Ostry

krzyk telefonu. Wstaję

jak zawsze, gdy krzyczy Niemiec, nawet blokowy

Nie mogę opanować drżenia ręki

podnoszącej słuchawkę. Weimar. Naczelnik gestapo.

– Jak idzie czyszczenie ziemi? Możemy

przysłać chłopców z SS. Jeszcze nie śpią.

– Nein!

sami ich załatwimy – krzyczę w języku nadludzi –

te świnie, Polaków, Żydów – bloki już oblane

drzwi okna zabite na krzyż. To koniec – dodaję przymilnie.

Weimar milczy. Nigdy nie myślałem,

że sekunda trwa tyle minut, godzin… – Brawo!

Więc wszystko już zrobione! Ale… pamiętajcie,

że orkiestra na końcu! – Weimar zawiesza głos.

– Dlaczego? – czuję, że czeka jeszcze na to pytanie

– Na Titanicu także orkiestra grała do końca!

Rechoczemy

przez chwilę sobie bliscy, jakby objęci ramieniem. Nagle

coś jakby wystrzał. I cisza. Wracam pomiędzy bloki

podobne do wagonów zasypiających spokojnie na stacji.

Na niebie – nie, nie obłok,

jakiś ptak. Szary, jeszcze niewyraźny, niepewny.

Hilde Bauere

*1880

Widać

tak nam było zapisane

w tej Księdze,

wedle której Bóg sporządzał świat,

krążą gwiazdy, nawet małe ptaki.

Mój całe życie orał pole u stóp Ettersbergu.

Nie był może rozumny, ale był troskliwy.

Karmił ziemię, rzucając na jej zgłodniałe wciąż wargi

łopaty sinego prochu.

A nazajutrz po wyzwoleniu

on jeden został powieszony jako zbrodniarz.

Mnie, starą, kamieniami wyszczuli sąsiedzi z tej samej uliczki.

Dziesięć lat po końcu wojny, końcu świata

jakiś szaleniec przyjechał – chyba z zaświatów –

zabił ojca Friedricha, świętego człowieka

– prowadził przytułek weteranów i

czynił wiele dobrego.

Zostałam bez środków do życia, a

właściwie: tylko z nienawiścią,

ona może być środkiem życia,

ona pozwala przetrwać całe dnie bez jedzenia.

Noc bez snu

daje siłę, by kreślić na murze

płonące w mroku znaki nienawiści i nadziei:

złamane krzyże,

znaki słońca.

Dziwnymi drogi chodzi sprawiedliwość Boga

dziwnymi i nie naszymi.

Henryk Sokolak („Mikołajczak”)

NAUCZYCIEL POLSKIEGO

l.

I oto zostaliśmy sami, ostatni,

którzy czujemy sens, smak słów

takich jak dobro i piękno, i inne – dźwigające skrzydła.

Na wzgórzach dopalają się krzyże

– tak kończy się epoka śmiercionośnych marzeń.

Oto rodzą się ludzie umarli, znający tylko język śmiechu,

wchodzą między ostatnich żywych

i rzucają – jak noże – pytania:

Czemuż przyszedł dobrowolnie do obozu

ten polski porucznik czy rotmistrz?

Czemuż i ksiądz, i Żyd – ludzie światli –

woleli umrzeć niż nadepnąć

na kulki z chleba i sznurek?

Z grymasem na wiecznie młodych twarzach

umarli pochylają się nad naszą ziemią –

gdziekolwiek sięgną, zmieszana jest z popiołem i ciszą.

Unoszą ku twarzy garstkę i rozdmuchują na wiatr.

2.

I oto mija kolejny dzień po końcu świata.

Proch zmieszany z ziemią nie wybucha.

Zmarli podpowiadają nam słowa radości,

pokazują ręką: kwiaty rosną,

zimorodek jak mała tęcza unosi się nad rzeką,

wieczorny wiatr

przynosi z pola woń skoszonych zbóż.

Czegóż chcesz więcej?

Dopalają się krzyże,

nastaje czas radości zwykłej jak trawa na wzgórzach i kurhanach.

I przeklęci niech będą prorocy rzucający pytania,

na które odpowiedzią jest skowyt.

Lidia

Tylko człowiek może spotkać Chrystusa

tylko człowiek

Ale przecież nie spotkasz Go

idąc dnem rzeki czasu

pośród rozbitych muszli wraków łodzi oślizgłych ciał

On nie jest rzeczą wśród rzeczy

jest bólem pośród bólu

tęsknotą tęsknot

Idzie po falach rzeki

która wypływa z czterech Ewangelii

jak z czterech źródeł

Przy nim anioł z dziecinnych modlitw

żółty pies o którym zapomniało Pismo

a przecież czekał najdłużej

Idą ku tobie ku każdemu

ku każdemu który się odważy

kroczyć po falach

Czasem miną się wasze drogi

ale

tylko człowiek może spotkać Chrystusa

tylko człowiek może Go nie spotkać

tylko człowiek

Jerzy Langman2

Panie,

Berliński proboszcz Bernard Lichtenberg

Odważył się w kazaniach mówić o męce Żydów.

Wywieziono go z nimi do lagru,

Gdzie wraz z nimi wielekroć umierał.

Panie,

Esesman Lenz, Niemiec,

Na którego doniosła własna żona,

Nie bił więźniów Kiedyś

– gdy esesman Schmidt o coś wściekły

zapisał do wywózki Karolka – dziecko obozu

– Lenz z narażeniem życia skreślił chłopca,

a w jego miejsce wpisał jakiegoś sześciolatka.

Panie,

Ojciec Jan, franciszkanin,

Przyjaciel ptaków i wierszy, co zresztą na jedno wychodzi,

Poświęcił spokój sumienia:

Wędrował drogami zmarłych – aż w weimarskiej świątyni

Znalazł zabójcę brata Aleksandra.

Strzelił trzy razy,

Potem – lufę w usta

I gdy Chrystus uczynił znak,

Nacisnął spust.

Zaczął się

Czas sprawiedliwości.

Panie,

Czy to nie dosyć?

Panie, warto było,

Abyś stworzył obozy i śmierć, i wolność.

JERZY CZEJMNIC

POETA

Widziałem uśmiech trupa leżącego na stosie –

wyszczerzone zęby

i muchy włażące w usta, na których zasycha ślina.

Słyszałem śmiech tysięcy trupów.

Nie mogłem o tym pisać.

Ale gdy napisałem wiersz o miłości,

ale gdy napisałem wiersz o ojczyźnie,

ale gdy napisałem wiersz o Bogu…

Słyszałem znów ten śmiech.

Oto poezja:

wielka ośliniona mucha

włazi w rozchylone usta umarłych,

szukając żeru.

Pirna, sierpień 1968 / Warszawa, lipiec 2003

IWAN SMIRNOW

Ten obóz był mapą świata.

Ostre granice i barwy

dzieliły zło i dobro,

porządek ludzi i prac.

Trzeba było tylko przeczekać

to niepotrzebne powstanie

z niepotrzebnymi trupami,

które czegoś się domagały,

przeczekać exodus żywych.

Obóz pozostał.

Doskonała struktura.

Czysty szkielet.

Mapa, na której wszystko jasne.

Mogłem wypełznąć spod bloku.

Najpierw zwabiałem dzieci,

obiecując zabawę w obóz,

w więźnia i kapo,

w bicie ręką i bicie deską.

Podobało się to i dorosłym.

Przychodziło ich coraz więcej.

Jakiś felczer chciał robić lekarskie doświadczenia,

ksiądz marzyciel chciał zostać świętym.

Nad krematorium jak flaga

załopotał

zielono-fioletowy dym.

Chętnych zjeżdżało się tylu,

że trzeba było zamknąć bramę

wystawić posterunki.

Nie musiałem już nikogo zwabiać

ani porywać.

Mogłem odejść.

Obóz żył sam.

***

Ojciec Jan

Umilkły strzały krzyki

jakby czyniły miejsce

na zwykły ludzki głos

Może już powinienem się modlić

jak czynią to drzewa i wiatr

Wybaczać

niby ziemia biczowana gradem

karmiona krwią i żółcią

przypalana ogniem

nie mogę

Wybaczać

to znaczy zostać wspólnikiem

wziąć jeszcze udział w zbrodni

nawet po niej

***

Po latach, w sinej od dymu kantynie

Kulturzentrum Doppelstadt Weimar-Buchenwald

odbywa się wieczór wspomnień, wspólnych pieśni.

Stary człowiek o siwych i krótko ostrzyżonych włosach

– czerwone kropelki baretek na ciemnym tle marynarki –

ten stary człowiek jest posłem, dobrym ojcem, fundatorem

ochronki dla sierot albo

po prostu starym człowiekiem,

który lubi wspominać dni młodości.

Jego oczy nabierają blasku,

kiedy przez półmrok czasu

patrzy na tamte pochodnie. W sine wargi

napływa krew niosąca ostry smak dawnych okrzyków –

on ożywa.

Opisuje świat swej młodości, która miała być młodością świata,

przyznaje, że na ścianach białych domów

widać czasem ślad brudnych rąk – lecz cóż się liczy?!

Kto za młodu nie był faszystą,

ten na starość będzie zwykłą świnią.

Na pytanie rzucone z sali przez młodych poetów

stary człowiek odpowiada tak prosto,

jakby znów był wojskowym:

Tak, pracowałem w obozie.

Nie, nie mam wyrzutów sumienia.

Tak, wypełniałem rozkazy.

Nie, nie znęcałem się, nie czułem nienawiści.

Tak i nie. To język porządku.

Świat jest prostszy, piękniejszy, niż sądzą poeci.

Warszawa 7 XI 1968 roku3

* * *

1 By Mojżesz nie wpadł w przerażenie, Rozmówca postanowił naśladować głos jego ojca.

2 Syn znanego rzeźbiarza, pracownik Polskiego Radia w Katowicach, redaktor wielu patriotycznych audycji. Zesłany do Buchenwaldu, gdyż nie skorzystał z „przebaczenia” Rzeszy i nie podpisał volkslisty. Pod wpływem przeżyć obozowych został duchownym.

3 Wiersz zainspirowany sprawą SS-Oberscharführera Hoppego, ochotnika SS, który „tylko pracował” w komendzie obozu Buchenwald. Skazany w 1950 roku jako zbrodniarz na dożywocie, wypuszczony za dobre sprawowanie w marcu 1966 – został pełnoprawnym obywatelem, a nawet próbował w odwecie zaskarżyć dziennikarzy za „nękanie” i naruszanie „dobrego imienia”.

Dokumentacja KL Weimar, Buchenwald: Piec krematorium

CZĘŚĆ DRUGA

LISTY DO TŁUMACZKI

Dana Podracká – słowacka poetka, eseistka i tłumaczka literatury polskiej, m.in. Bohdana Urbankowskiego i Zbigniewa Herberta. Jej przekład Głosów został wyróżniony nagrodą im. Witolda Hulewicza. Na jego podstawie przygotowała słuchowisko dla Słowackiego Radia. Korespondencja pochodzi z lat 2003–2004.

LIST I

Poezja i historia – dwa modele rzeczywistości • Prawda jako „materia pierwsza” poezji • Sny • „Akcje Dziecięce” – w Warszawie i w innych miastach • Zamojszczyzna

Szanowna Pani!

Z mieszanymi uczuciami stwierdzam, że w ciągu ostatnich lat – przynajmniej od afery Zweigów i sporów o Mariana Batkę – niewiele się zmieniło. Dramat obozów nie jest dla nowych pokoleń naukowców atrakcyjny. O kierunku badań decyduje teraz rynek, czego skutkiem jest to, iż wielu polskich badaczy zajęło się kwestionowaniem zbrodni niemieckich, bo na to jest teraz popyt. Władza, także w kulturze, przechodzi w ręce ludzi z roczników powojennych, konsumpcyjnych, niemających ochoty na dziedziczenie moralnych obowiązków, tym bardziej na dziedziczenie win. Tworzą więc nową przeszłość. Pokolenie obozów śmierci odchodzi ze swą straszną wiedzą, młodzi nie są zainteresowani ani ich prawdami, ani ich kłamstwami, ani tym, dlaczego kłamali. Obawiam się, że jeśli nie uporamy się w ciągu najbliższych lat z przekładami – wymrą czytelnicy naszych wierszy, wymrą w ogóle czytelnicy wierszy.

A teraz – po kolei:

1. Nie wiem, czy komentarze pod każdym wierszem są potrzebne. Wiersz – jako miniatura świata – jest tak samo fikcją literacką, jak dzieło historyka. Może nawet w mniejszym stopniu, gdyż oprócz racjonalnego przekazuje jeszcze emocjonalny wymiar prawdy. Zasada „zgodności z faktami” obowiązuje zarówno kronikarza, jak poetę, to kwestia uczciwości. Nie da się jednak odtworzyć wydarzeń w skali 1:1, ani w wierszu, ani w podręczniku. Jeśli nie jest możliwa prawda jako „odzwierciedlenie” rzeczywistości materialnej, to możliwe jest zachowanie proporcji zła, dobra i innych ludzkich wartości – w miniaturze: ludzie dobrzy powinni być takimi także w wierszach, źli – złymi.

W przypadku najważniejszych bohaterów (czytelnicy i tak zbyt wielu nie zapamiętają…) staram się wprowadzać nazwiska prawdziwe – nawet jeśli fabuły wierszy są apokryfami. To rodzaj hołdu1. Autentyczna jest też materia – mikroelementy, cegiełki, z których zbudowane są utwory: informacje o życiu codziennym i równie codziennej śmierci, o przedmiotach, które do końca towarzyszyły umierającym, o ludzkich i nieludzkich zachowaniach. W przypadkach bardziej drastycznych, budzących niedowierzanie – wprowadzam przypisy.

Z tych konkretnych cegiełek zbudowane są większe struktury – wiersze i cykle wierszy. Niektóre mają ambicję odtworzenia czyichś myśli i działań, niektóre są apokryfami. Bohaterskie wyczyny Pileckiego, ofiara ojca Maksymiliana, miłość Edka i Mally, powstanie w Buchenwaldzie – to było. Miłości Schmidta do Irmin i do Ilse zostały wymyślone – by stworzyć dla tego „uczciwego Niemca” jakieś lustro, ale Ilse Koch jest prawdziwa! „Hanka” łączy w swych losach historię tragicznej sympatii Gadzińskiego z postacią żony, Anny z Augustynów – harcerki, aktorki i tancerki z legendarnej Lutni. Po aresztowaniu nie została zesłana do obozu, tylko na roboty w głąb Rzeszy, jej rodzinny dom zajęli Niemcy. Również „Szary”, o czym napiszę osobno, został złożony z kilku życiorysów, podobnie Władek – Student czy ksiądz Jan. Pamięć łączyła szczątki ich biografii w jednolite postacie, podobnie jak łączyła Buchenwald, Auschwitz, Leitmeritz i inne miejsca kaźni w jeden koszmarny sen, w jeden obóz. Jakby po katastrofie układać z ocalałych szczątków ciała ludzi – by ich godnie pochować.

Obraz ludzi składających szczątki innych ludzi może się wydać Pani parabolą z powieści grozy. A przecież coś takiego wraca w moich snach, bo coś takiego przeżyła moja matka. Podczas Powstania Warszawskiego wybuch czołgu pułapki na Starówce rozszarpał kilkadziesiąt osób. To zbieranie i dopasowywanie ludzkich kawałków śniło jej się potem po nocach, tym snem zaraziła także mnie. A może mi tylko przypomniała? Nie wiem. Była wtedy ze mną na spacerze, zanim podbiegła do rannych, zostawiła mnie komuś pod opieką, potem nie mogła mnie znaleźć, co dodatkowo ją zszokowało. Ale żebym chodził z nią wśród trupów, to raczej było niemożliwe. A jednak taki sen do mnie wracał.

Myślę, że jako psychologa zaciekawi Panią inny sen: jestem w ciemnym pomieszczeniu pełnym ludzi, w drzwiach zjawia się czarny, płonący ptak, który macha skrzydłami i krzyczy. To najdawniejsze, co pamiętam, jeśli próbuję sięgnąć dalej – czuję jedynie ból. Wbrew pozorom to nie metafory. Ból to pamięć jednego z nalotów. Cegła z walącego się domu uderzyła mnie w głowę, zalałem się podobno krwią, ktoś biegnący razem z moją matką do schronu, krzyczał, by mnie rzuciła i ratowała siebie. Dobiegła, uratowała nas oboje. Miałem szczęście, bo cegła uderzyła jednocześnie w matkę, wyhamowała – to mnie ocaliło.

Sen z ptakiem męczył mnie długie lata, oczywiście to nie był ptak. Podczas nalotu wbiegł do schronu palący się człowiek. Gdy matka wyjaśniła mi ten sen – mniej się go bałem. Ale wracał. Następne wrażenia to jakieś upiorne sylwetki z Durchgangslager w Pruszkowie. Czasami mi się zdaje, że moje wiersze są takim snem, który wrócił, który wzrastał ze mną i który zacząłem sam sobie wyjaśniać – by się od niego uwolnić.

2. Niemcy zsyłali do obozu nie tylko dorosłych. Do Auschwitz, a potem do Buchenwaldu trafiły ofiary „Akcji Dziecięcej” z 12 sierpnia 1940 roku – powtarzanej potem w wielu miastach Generalnego Gubernatorstwa pod pretekstem oczyszczania ulic z małych włóczęgów. Przekazy są nieliczne, można znaleźć określenia Kinderaktion i Kindesaktion, pierwsze częstsze – może ze względu na podobieństwo do takich słów jak Septemberaktion i Sonderaktion. Świadkiem takiej akcji była moja babka. Niemcy wpadli na podwórko przy ulicy Pańskiej w Warszawie i zaczęli wyłapywać dzieci, które po prostu grały w piłkę – w tym syna sąsiadki. Kobiety próbowały ratować te dzieciaki, zjawiła się matka chłopca. Żołnierz prowadzący dzieciaka skłonny był nawet „pertraktować” – niestety zjawił się jakiś oficer z większą grupą żołnierzy, dla postrachu strzelił kilka razy w powietrze, chłopca wywleczono razem z jego matką i jeszcze dwoma-trzema dzieciakami. Dorosłych – wśród nich była moja babka – postawiono pod ścianą; Niemcy dla kawału strzelili ponad ich głowami i poszli. Używam słowa Niemcy, bo to wiadomo na pewno. Czy byli nazistami – to już rzecz do dyskusji. Na pewno nie używali języka „nazistowskiego”. Większość żołnierzy okupujących Polskę to byli żołnierze z poboru, kierowani rozkazem, a nie ideologią. Komendant Auschwitz Rudolf Höss wspomina w swej autobiografii oprawców, którzy nie byli w partii socjalistycznej, a nawet odmawiali wstąpienia do niej, np. „pruską świnię” z Dachau – kapitana policji Schulzego. Mieszkańcy podbitych krajów też nie mówili o nich per „naziści”, podobnie więźniowie Buchenwaldu czy Auschwitz. Nie zakłamujmy ich języka!

Akcja 12 sierpnia objęła nie tylko dzieci. Jej celem było także zagarnianie mężczyzn zdolnych zastąpić w pracy Niemców, którzy poszli na front, jak i mężczyzn mogących tworzyć ruch oporu. To tłumaczy, dlaczego rozpoczęto ją przed południem: nie pracuje, więc żyje nielegalnie. W przypadku dzieci chodziło także o wyłapanie „materiału” zdatnego do zgermanizowania. Podobną akcję przeprowadzono w latach 1942–1943 (grudzień – luty, następnie czerwiec – sierpień) na Zamojszczyźnie, którą uznano za teren „nasiedlania” Niemców – mordując na miejscu, wywożąc do obozów i na roboty do Rzeszy ponad 100 tysięcy osób, w tym około 30 tysięcy dzieci. Po zamordowaniu milionowej stolicy Polski w 1944 roku i po likwidacji warszawskiego getta wysiedlenie 298 miejscowości Zamojszczyzny było kolejną zbrodnią zasługującą na miano „holocaustu”2.

3. Myślę, że „statystyczny szum”, o którym Pani wspomina, to nie efekt „wyścigu ofiar”, ale efekt normalnego funkcjonowania zbiorowej pamięci. Pierwszy apel w Buchenwaldzie odbył się 19 lipca 1937 roku. Początkowo w obozie „resocjalizowani” byli sami Niemcy. KL Auschwitz zaczął funkcjonować od czerwca 1940 i ponad półtora roku więzieni w nim byli tylko Polacy. Te początkowe miesiące wystarczyły, by w pamięci obu narodów obydwa obozy utrwaliły się jako ich i tylko ich miejsca traumatyczne. Dlatego przeciętni Niemcy nie chcieli przyznać praw do „pamięci Buchenwaldu” innym narodom, nie chcieli wierzyć, iż do Polski wróciło po wojnie przeszło 30 tysięcy – wliczając tych ze Śląska – „buchenwaldczyków”. Również Polacy, którzy przez półtora roku zdążyli uznać Auschwitz, za wyłącznie polskie cmentarzysko, do dzisiaj nie chcą uwierzyć, że ginęli tam masowo, zwłaszcza w Birkenau (początkowo zwanym Auschwitz II), Żydzi, jeńcy rosyjscy, Cyganie…

Od wyścigu ofiar odróżnić trzeba zwykły obowiązek pamięci. Polacy złożyli w tej wojnie miliony ofiar: zabitych, zamęczonych, wygnanych. Dali przykłady bohaterstwa sięgającego nieśmiertelności – po czym pozwolili bohaterom umrzeć po raz drugi – jakby przez zapomnienie zostawili ich w bunkrze śmierci, jakim jest historia. Jako Polak mam obowiązek pamięci wobec tych, którzy zginęli, dlatego że byli Polakami. Przypominali mi o nim i nauczyciele, i matka, i autorzy czytanych przed laty książek. Przypominał i ostrzegał Mickiewicz: jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże, zapomnij o mnie…

4. Wracając jeszcze raz do sprawy dzieci: te, które nie nadawały się do germanizacji, były likwidowane, a czasem „zapracowywane” na śmierć, np. były wykorzystywane do czyszczenia od wewnątrz gilz pocisków – ze względu na szczupłe ręce. Pomimo dużej śmiertelności liczba dzieci w Buchenwaldzie zwiększała się – przeprowadzano więc kilkakrotnie „oczyszczanie” obozu. Największe akcje przeprowadzono już za komendantury Pistera3. Przykładowo:

11 marca 1942 – transport polskich dzieci z Buchenwaldu do obozu Natzweiler;

13 marca 1942 – transport 800 więźniów, w większości młodocianych, do męskiego obozu w Ravensbrück;

15 marca 1942 – kolejny transport polskich dzieci do Ravensbrück.

Wiek 6‒16 lat. Większość z tych dzieci pojechała po śmierć…

Bohdan Urbankowski

LIST II

Okaleczona historia Buchenwaldu • Nowe zawody • Komuniści w obozach • Mitas i inni • Początek afery Cyliaka • Kaczyński, Muszyński, Bartnikowski – dzieci, więźniowie polityczni obozów

Szanowna Pani!

Użyłem zwrotu „buchenwaldzki apokryf” – ale mówienie o apokryfach zakłada istnienie wiedzy kanonicznej. A w historii ostatnich lat istnieją wyłącznie apokryfy; nie ma wiedzy uświęconej i pewnej, przeważa propaganda. Dotyczy to nawet informacji tak podstawowych, jak liczba ofiar obozów zagłady, także i tego pod Weimarem.

W 1968 roku przepisałem z buchenwaldzkiej planszy liczbę 238 977 więźniów; jest ona podawana i dzisiaj, choć ma wartość jedynie symboliczną. Dokładne liczby ofiar nie są i nie będą znane; świadczą one raczej o wspominających niż o ofiarach. W rocie „przysięgi buchenwaldzkiej” odczytanej na ostatnim apelu – 19 kwietnia 1945 roku – mówiono o 51 tysiącach zamordowanych, potem podniesiono tę liczbę do 56 tysięcy i taką też podają nasze encyklopedie4. Liczbę i narodowość ofiar ustala się drogą lobbingu i szantażu, drogą prasowych ataków i politycznych negocjacji. Ponad historycznym, materialnym dramatem wojny rozgrywa się – wciąż jeszcze – dramat w sferze niematerialnej, ponadhistorycznej. Tutaj ciągle trwa wojna, a choć nie krwawią ciała – wykrwawiają się dusze. I ciągle zmieniają się wyniki tej wojny. Jeżeli chodzi o mój naród, to jest przynajmniej konsekwentny: przegrał realnie – tracąc czwartą część ludności, pół państwa i całą suwerenność; teraz przegrywa w sferze kulturowej, w przestrzeni ksiąg, dokumentów i mediów. Przegrywamy z niezwykłą nonszalancją współczesność, rezygnując z twórczości – literackiej, filmowej, plastycznej, technicznej; przegrywamy też przeszłość: żołnierze Września ginęli za Westerplatte i Wieżę Spadochronową – nasi liderzy wydają te miejsca wrogom jak przekupni zaciężnicy. Pozwalają na powtórną śmierć żołnierzy z AK i NSZ, przyznają się do niepopełnionych masakr w Jedwabnem i podczas Powstania Warszawskiego, nie mają odwagi wystąpić przeciw sowieckim zbrodniarzom z Katynia ani nawet przeciwko swojskim mordercom z UB. Po raz drugi przegrywamy wojnę światową – tym razem bez godności. Hochsztaplerzy, ale i cyniczni „naukowcy” przechodzą na stronę wroga i powtarzają kłamstwa. Jest to o tyle groźniejsze, że o ile kultura jest prawdziwą ojczyzną ludzi, o tyle etyka stanowi jej wewnętrzne rusztowanie. Pamiętali o tym nasi pisarze czasu zaborów. Dziś Polacy wypędzani są z legend o bohaterach, a zaganiani do opowieści o kolaborantach, do anegdot o szmalcownikach i szmuglerach, w najlepszym razie – do zaświatowych domów wariatów.

Wróćmy do naszej pracy.

1. Na pierwszym apelu w Buchenwaldzie stanęło 149 więźniów (häftlingów) – sami kryminalni. Oni objęli stanowiska „starszych” obozu (Lagerältester) czy bloku (Blockältester), a w pionie pracy vorarbeitrów (przodowników pracy) i kapo – dowodzących wyspecjalizowanymi komandami, np. pracującymi przy budowie (Baukommando), w kamieniołomach, czyli w Steinbruchu (Steinbruchkommando), hydraulików (Bewässerungkommando). Pod koniec stworzono więźniarską Brandwache, czyli straż pożarną i Lagerschutz, czyli obozową straż porządkową. Powstawały też nowe zawody o enigmatycznych, zakłamanych nazwach. Sonderkommando (komando specjalne) zajmowało się utylizacją zwłok, ale czasem mordowaniem żywych; w transporcie trupów, czasem w ich dobijaniu specjalizowali się leichentragerzy, w paleniu – leichenheizerzy. Nowością były aschenkommanda wywożące prochy zmarłych: pod Weimarem do Ilmu, z Auschwitz – do Wisły i Soły.

Niektóre z niemieckich słów kłamią do dzisiaj. Bo kłamały nie tylko przymusowe zwroty korespondencyjne w rodzaju Ich bin gesund stawianego na początku listów, kłamały nazwy zawodów i czynności – i tak już zostało. Jeden przykład: Bunkerkalefaktor – teoretycznie oznacza porządkowego bunkra. Calefactor to przecież kiedyś uczeń, który w zamian za naukę sprzątał w szkole, palił w piecach. W obozowej rzeczywistości za słowem tym nie krył się jednak Leichenheizer – palacz zwłok – choć analogia taka byłaby kusząca dla miłośników czarnego humoru. Kalefaktor to przeważnie oprawca, który w bunkrach wykonywał wyroki lub po prostu mordował więźniów, których nawet hitlerowskie sądy nie mogły skazać na śmierć. Na przykład w Auschwitz na słynnym Bloku Śmierci (nr 11) kalefaktorem był legendarny olbrzym cyrkowy „gruby Jakub”, który nim trafił do Leitmeritz, zawadził też „gościnnie” o Buchenwald – dlatego bywa mylony z innym oprawcą – Jakubem Ganzerem. Pozwoliło mi to „rozdwoić” bohatera moich wierszy noszącego to właśnie imię: pokazać, kim mógłby być, idąc drogą miłości, kim – idąc drogą nienawiści. Było to może naiwne, ale pouczające: okazało się bowiem, że estetyka również gra rolę filtru etycznego. Estetyka wymogła na mnie pewną konsekwencję przynajmniej w odniesieniu do Ganzera: pozwoliłem mu przeżyć nawrócenie i zakończyć życie śmiercią świętego, na wzór św. Pawła. Na dnie wzorców estetycznych, np. mitów przykleiło się parę wartości etycznych.

2. Oczywiście ma Pani rację, że humor też był formą obrony i że wymagał bohaterstwa. Pomagał skazańcom oswajać śmierć. Dlatego niektóre z obozowych określeń skrzyły się od surrealistycznych metafor i czarnego humoru. Blok umierających to był albo Blok Pana, albo po prostu Bahnhof, czyli dworzec, kostnica = Tanzkammera lub Totentanzkammera; Scheissmeister to klozetowy, Scheissparole – najświeższe nowiny. Przekazywano je sobie, siedząc w latrynach, które były buchenwaldzkim odpowiednikiem weimarskich salonów.

3. Cały czas musimy pamiętać, że obozy żyły życiem podwójnym, a nawet potrójnym, że prócz nadzoru SS istniało coś w rodzaju więźniarskiego samorządu, prócz tego – różnego rodzaju grupy, bandy, a nawet gangi. Kiedy więźniowie kryminalni kończyli odbywanie wyroków – ich funkcje, a często i metody „pracy”, przejmowali więźniowie z następnych transportów, początkowo – niemieccy komuniści, którzy byli dobrze zorganizowani i przyzwyczajeni do partyjnej dyscypliny.

Część funkcji przejęli także polscy konspiratorzy ze Śląska – również dobrze zorganizowani. Układy między tymi grupami nie były najgorsze – przed wojną zarówno polska mniejszość, jak komuniści należeli do opozycji, w obozie także mieli wspólnych wrogów – właśnie faszystów i kryminalistów. Ślązakom pomógł w umocnieniu się fakt, iż wielu więźniów, nawet członków KPD korzystało z „wielkoduszności Rzeszy” i wstępowało do Wehrmachtu. Po wybuchu wojny z ZSRR, uczyniło to około 1800 komunistów, co powojenna propaganda początkowo próbowała przemilczeć, potem usprawiedliwiała stwierdzeniem, iż wstąpili – ale tylko po to, by przejść na drugą stronę frontu. Ich funkcje również mogli przejąć Ślązacy – znakomicie zorganizowani (Niemcy aresztowali całe struktury harcerstwa, Związku Polaków w Niemczech itp.), a nadto zarejestrowani jako Reichsdeutsche.

Niemiecka konspiracja odrodzi się w roku 1943 i wtedy także obóz przeżyje kilka dramatycznych wydarzeń.

10 marca 1943 roku z Auschwitz wysłano 1000 Polaków. Przybyli do Buchenwaldu 12 marca, prawie wszyscy (998). Przeważali starzy więźniowie – choć często młodzi wiekiem – oficerowie z organizacji Witolda Pileckiego, grupa harcerzy, której przewodził legendarny „Dobrosław” – harcmistrz Wiktor Śniegucki. Na marginesie trzeba dodać, że w tym czasie z Auschwitz wysłano do różnych obozów ponad siedem tysięcy Polaków – właśnie po to, by konspirację obozową rozbić. Nowo przybyli więźniowie jako tako znali niemiecki, pełnili wcześniej jakieś funkcje i znali sztukę przetrwania.

I Lagerältester Buchenwaldu Friedrich Wolff, były kapitan Reichswehry i były sekretarz kanclerza Austrii Schuschnigga, mianował kilku z nich na stanowiska funkcyjnych. Polacy zaczęli awansować w więźniarskiej hierarchii – w lipcu nagle dowiedzieli się, że 27 z nich jest na liście do wykończenia. Otrzymywali wezwania do rewiru i tam doktor Hoven uśmiercał ich zastrzykiem z fenolu. W ten sposób 22 lipca 1943 roku zostali zabici: dr Jerzy Reichman, mgr Stanisław Nowacki, harcerz Stanisław Rojkiewicz, Mieczysław Czamara, Gabryszewski i jeszcze dwóch więźniów. Pod nazwiskiem Czamary krył się działacz harcerski żydowskiego pochodzenia Mieczysław Lewin.

Okazało się, że za akcją tą kryją się obozowi komuniści, którzy postanowili wykończyć „faszystowskich”, to znaczy sanacyjnych oficerów. Odbyło się kilka rozmów interwencyjnych, „oświęcimiaków” bronili Ślązacy – m.in. harcerze Kachel i Kwoczek; Śniegucki odbył rozmowę z pewnym ważnym komunistą – jak się później okazało – z samym przewodniczącym Komitetu Niemieckiego – profesorem Bartlem. Rozmowy były trudne, argumenty zaskakujące, jakby z koszmarnych snów. Były więzień Buchenwaldu Zygmunt Zonik w swej pracy Długi egzamin przypomina, iż w czasie jednej z rozmów główny pielęgniarz szpitala, Helmuth Thiemann, przyznał, że akcja wykańczania Polaków rzeczywiście ma miejsce i uzasadnił ją stwierdzeniem: W Oświęcimiu faszyści polscy pomagają w mordowaniu Żydów (Warszawa, 1985, s. 187).

Podobne argumenty usłyszał też porucznik Konstanty Piekarski („Kot”). Wkrótce po przyjeździe do Buchenwaldu zorientował się, że komunistyczni funkcyjni, zwłaszcza w kamieniołomie, próbują wykańczać Polaków. Któryś czerwony kapo rzucił mu złośliwą, ale dającą do myślenia uwagę: Na pewno nie oczekiwałeś, że faszyści mogą być zastrzeleni w faszystowskim obozie (K. Piekarski, Umykając piekłu. Wspomnienia polskiego oficera z Auschwitz i Buchenwaldu, Komorów 2005, s. 197)5. Piekarski odbył rozmowę z jednym z prominentnych komunistów o imieniu Horst, który biorąc go za lewicowca, rozmawiał dość otwarcie. Nie tylko potępiał Polaków, którzy śmieli stawiać opór Armii Czerwonej w 1939 roku, lecz nawet uzasadniał zbrodnię katyńską:

Nie powinieneś nazywać tego zbrodnią, nie znając wszystkich faktów. Wszyscy polscy oficerowie są wrogami proletariatu! Wszyscy byli indoktrynowani do walki z komunizmen i socjalizmem. Żaden z nich nie może być reedukowany do pracy dla dobra ojczyzny! Są zdecydowanie kontrrewolucyjnym elementem antysocjalistycznym, który musi być zniszczony (…) Zadaniem Sowietów jest uwolnienie twojego kraju od faszystów i zbudowanie prawdziwego społeczeństwa socjalistycznego (Ibidem, s. 201‒202).

Ponieważ takich relacji jest więcej, trzeba przyjąć, że przynajmniej niektórzy szeregowi komuniści w Buchenwaldzie wierzyli, iż przywiezieni z Auschwitz Polacy to faszyści. To oczywiście ideologia. Prawda była bardziej trywialna. Komuniści objęli najwięcej funkcji po zwolnieniu kryminalnych; bali się, że transport „oświęcimiaków” wzmocni ich konkurentów. Głównym ich wrogiem był Wolff, który był monarchistą, także socjaldemokraci, także zdegradowani esesmani – więźniowie. Obsadzenie przez Wolffa kilku stanowisk Polakami uznali za sygnał do walki. Postanowili wykończyć i Polaków, i Wolffa, na którego złożyli donos do esesmańskich władz, iż dekuje „swoich” (także Polaków) na lepszych funkcjach, że nie pracują dla dobra Rzeszy, że przygotowują ucieczkę itp. Aby wykończyć Polaków, przekupili nawet dra Hovena, który zaczął ich wzywać na rewir.

Po pertraktacjach, wyjaśnieniach, a przede wszystkim dzięki naciskowi Ślązaków komuniści wycofali się ze zbrodniczego planu i podobno znów przekupywali Hovena – tym razem, by nie mordował pozostałych 20 Polaków. Na miejsce jednego z nich, Andrzeja Millaka, Hoven za porcję złotych plomb wpisał jakiegoś umarłego (Z. Zonik, op. cit. s. 193). Od tej pory zaczęła się taktyczna współpraca Polaków z niemieckimi komunistami. Głównym przegranym był Wolff, który 12 lipca został wezwany do bramy i… zniknął. Funkcję I Lagerältester objął po nim komunista Erich Reschke, II starszym obozu został – również komunista – Eiden. Ponieważ pierwszy z nich się rozchorował – faktycznym zwierzchnikiem więźniów i zarazem przywódcą konspiracji został Eiden. W sierpniu 1943 roku powstanie Międzynarodowy Komitet Obozowy (MKO, ILK), w którym główną rolę odgrywać będą niemieccy więźniowie, zwłaszcza komuniści.

Zintegrowali się też Polacy. Zorganizowany przez Ślązaków Komitet Koleżeński objął także zugangów z Auschwitz i przyjął nazwę Komitetu Polskiego. Jego przewodniczący, Stefan Szczepaniak zaaprobował pomysł, aby – podobnie jak w Auschwitz – „Dobrosław” zorganizował podziemne grupy harcerskie – „Ge-Ha”. Harcerze „polscy” współpracowali ze znanymi jeszcze sprzed wojny harcerzami „śląskimi” (Gorzołką, Kachlem, Kwoczkiem), a zajmowali się głównie małym sabotażem, „organizowaniem” broni z dywizyjnego składu SS (SS-Divisionsnachschublager) i oczywiście akcją samopomocy. W skład grupy weszło ponad 20 harcerzy: Antoni Bodzek, Andrzej i Jan Miłakowie, Jerzy Sztorc, Wiktor Donat i inni. Nadzór nad ich działalnością sprawował „Wiktor” (Wiktor Gorzołka), kapo Divisionsnachschublager i jego zastępca – Vorarbeiter Antoni Wilczek.

Ożywienie niemieckiej konspiracji będzie trwało do jesieni 1944 roku. Wtedy znów historia się powtórzy: wielu komunistów ubierze się w mundury i zacznie ćwiczyć czołganie się po stokach Ettersbergu. W listopadzie wymaszerują na front. W obozie pozostaną jednak w większości komuniści funkcyjni – jedni ze względów ideowych, inni ze względów bezpieczeństwa – obóz dawał większe szanse przeżycia niż Ostfront. Kiedy wyzwolenie obozu przez Armię Czerwoną stało się nie tyle prawdopodobne, co pewne – władze obozu zaczęły kokietować komunistów, odwołując się do „wspólnoty krwi”, straszyły niemieckich więźniów wizją polskiego odwetu itp.

4. Szczególną grupę funkcyjnych stanowili ewidentni zwyrodnialcy, tacy jak wspomniany już „gruby Jakub” (zwany „Potworem z Auschwitz”), „szpilowy” Pańszczyk – też w Auschwitz, „pedałek Bubi” – 13-letni morderca, postrach Majdanka, o którym mówiono, że powiesił własnych rodziców; 15-letnia blokowa z Auschwitz – „Cilli” – Żydówka ze Słowacji zwana też „Diabełkiem”; blokowy z Auschwitz „krwawy Alojz”, zwany „Dusicielem” (Alois Stahler, nawiasem mówiąc komunista) czy wspomniany w Głosach Mitas – Unterkapo karnej kompanii w Auschwitz, polski renegat z Poznania czy ze Śląska. Mitas (w Głosach występuje jako Vorarbeiter) utożsamiał się z obozowym aparatem terroru tak dalece, że nawet w rozmowach z rodakami posługiwał się niemieckim. Gdy został przewieziony do Buchenwaldu, dawne ofiary wymierzyły mu sprawiedliwość – tyle że w nieco inny sposób, niż przedstawiłem w wierszach. W Głosach zabija go (wiedząc, że sam łamie i prawo, i etykę) tylko jeden człowiek – przywódca obozowego podziemia „Szary”. W rzeczywistości Mitas został zlikwidowany zbiorowo. Byli więźniowie Birkenau zwołali sąd: Opowiadali o życiu w karnej kompanii (…) jak wiązano ręce kolczastym drutem, jak konających dobijał kij Mitasa i o tym, jak Mitas kazał się wieszać tym, dla których zabrakło ukradzionej przez kapo kiełbasy. Tylko po to, by było „Stimmt” (…)6.

Głównym oskarżycielem był polski Cygan, Georg Wojciechowski, któremu Mitas zabił ojca. To przesądziło o wyroku skazującym. Wyrok miał zostać wydany za aprobatą niemieckiego blokowego, komunisty Jakoba Kindingera. Wspominający to więzień napisał krótko: zeskoczyliśmy z prycz i wdeptaliśmy w ziemię twardymi ciosami naszych holzschuhe byłego kata Strafkompanie (Wacław Ostańkowicz, Straszna góra Ettersberg, Łódź 1968, s. 23‒24). Patologie są jednak niezależne od narodowości. Gdyby nie stworzone przez Niemców warunki – zwierzęcość takich charakterów wyładowywałaby się być może nie w morderstwach, lecz w cyrkowych popisach. Dowodem choćby ów Jakub Kozielczuk, który przed wojną występował w cyrkach jako siłacz, nie nazywano go wówczas potworem, ale jedynie „King-Kongiem”.

5. Wspomniałem o robotach przymusowych. Niemcy wywieźli około trzech milionów Polaków – ale to też jest liczba szacunkowa. Prawdziwy jednak jest fakt, iż znaczna część porwanych nigdy do Polski nie wróciła. Mężczyzn wywożono po ulicznych „łapankach”, lecz nie tylko. Program Hitlera był w swej zbrodniczości genialny. Zlikwidowanie polskiego przemysłu doprowadziło do tego, że Polacy nie mieli miejsc pracy i musieli jej szukać w Rzeszy. To z kolei prowadziło do rozbicia rodzin, wyludnienia całych obszarów i biologicznej degeneracji narodu. Grymas historii sprawił, że teraz Polacy marzą o pracy w bogatych Niemczech, jeżdżą tam bez łapanek i wykonują najbrudniejsze, najcięższe roboty. Jeśli istnieją zaświaty, to słychać w nich śmiech Hitlera.

6. I na koniec: widzę, że sprawy „dziecka Buchenwaldu” – małego Stefka Cyliaka – nie da się w naszej korespondencji uniknąć, co jest pewnym symbolem: nie da się jej uniknąć, opisując historię europejskiej kultury po Buchenwaldzie. Na paru spotkaniach autorskich również usłyszałem zarzuty, że pomijam piękną historię dziecka przywiezionego do obozu w walizce i ocalonego wysiłkiem niemieckich komunistów. Mógłbym odeprzeć zarzut stwierdzeniem, iż jest to postać tak samo wymyślona, jak i walizka, w której oświęcimski „muzułman” może swobodnie przywieźć prawie czteroletniego chłopca do Buchenwaldu, mógłbym też dodać, że przejęcie tego wątku byłoby w jakimś stopniu plagiatem. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Wiemy, że Stefek istniał i że nie nazywał się Cyliak. Ale afera dotycząca jego i jego ojca stała się głośna jakoś przed 1968 rokiem, za świeżo miałem ją w pamięci, by ryzykować włączenie „głosów” Zweigów do tomiku. Było w historii obozów wielu autentycznych bohaterów – Pilecki, który dobrowolnie poszedł do Oświęcimia – i wyszedł, kiedy chciał; doktor Korczak (autor pięknych opowieści dla dzieci!), który poszedł ze swymi wychowankami do Treblinki. Zrównanie ich z postaciami skłamanymi przez propagandę, rzuciłoby cień i na nich, i na moralność, której mieszkańcami jesteśmy.

Są w Głosach cienie dzieci, które były prawdziwymi bohaterami. Kazek Muszyński, który walcząc w Powstaniu Warszawskim, miał 12, a może i 11 lat, trzyletni Karolek Kaczyński, który nosił czerwony winkiel więźnia politycznego i był przez więźniów wożony w powoziku (!), a kiedy zaistniało niebezpieczeństwo – ukrywany. Wspomniany też został – nieznany z nazwiska – dwuipółletni Polak, najmłodszy więzień obozu. To postać autentyczna. Przywieziono go do Buchenwaldu zimą 1944 – piszą o nim Czarnecki i Zonik (Op. cit., s. 290) – lecz i oni nie znają nazwiska. Z Karolka, a trochę i z siebie zrobiłem kilka lat później bohatera dramatu Chłopiec, który odchodzi. Pruszkowski Durchgangslager 121 był pełen tysięcy Cyliaków, tyle że prawdziwych!

Wielu chłopców z Warszawy przeszło i przez Powstanie, i przez Pruszków, i przez Auschwitz. O jednym z tych, co przeżyli, wspominam w cyklu „oświęcimskim”. To Bogdan Bartnikowski. Wykorzystałem jedną z jego autentycznych wypowiedzi i motyw z wiersza Waszego poety Mikuláša Kováča Osvienčim 1958. Bartnikowski był rówieśnikiem Muszyńskiego, 12-letnim uczestnikiem Powstania Warszawskiego, potem więźniem obozu Auschwitz-Birkenau. Po „wyzwoleniu” był krótko „synem pułku”, potem ukończył Gimnazjum Batorego w Warszawie i Szkołę Orląt w Dęblinie. Został pilotem i po trosze pisarzem. Był jednym z najlepszych oblatywaczy odrzutowców w skali świata, tyle że w pewnym momencie „podpadł” politycznie. Jego wspomnienia z Auschwitz Dzieciństwo w pasiakach powinny być nie mniej cenione niż pamiętniki Anny Frank7.

Mały Cyliak – autentyczny i zmyślony, obciążony czynami swego ojca – po prostu do tych bohaterów nie pasuje. Najlepiej i dla nas, i dla niego byłoby, gdyby został zapomniany – niestety, na to też jest za późno. Przestał być symbolem cierpienia, zaczął być symbolem komunistycznej propagandy, mlecznym bratem Pawki Morozowa…

Pouczający w tym wszystkim jest wymiar teoretyczny afery: okazuje się, iż można prowadzić kampanie propagandowe, ba, krucjaty w imię jakichś postaci i wartości – niezależnie od materialnego istnienia bądź nieistnienia bohaterów. Pocieszające jest to, że prawda w końcu przebija się na wierzch, mniej pocieszające – iż nie jest już nikomu potrzebna. Złudzenia też podlegają ewolucji, mutacjom, walce o byt. Czasami wyrastają im zęby, czasem – skrzydła.

B. Urbankowski

Dokumentacja KL Auschwitz, Rozkaz wyjazdu do Dessau po Cyklon B, w rozporządzeniu nazwany „materiałem służącym do przesiedlenia Żydów”

LIST III

Chrystus w obozie • „Nadzy wśród wilków” • Sch(w)indler i rewelacje „Tygodnika Powszechnego” • Dwa z trzech przybliżeń do prawdy o Cyliaku

Szanowna Pani!

Nie chciałem tworzyć mitu, iż sensacyjne wieści na temat Dziecka – Chrystusika, zaczęły się szerzyć w Buchenwaldzie, i to dopiero po owej „Akcji Dziecięcej”. To było zjawisko powszechniejsze: eksplozja uczuć religijnych w sytuacji zagrożenia życia. Równoległym zjawiskiem było tracenie wiary. O plotkach na temat „Dziecka” w Buchenwaldzie wspominał mój uniwersytecki polonista, profesor Jan Zygmunt Jakubowski, zresztą z pozycji socjalisty-ateisty. On też, bodaj przy omawianiu twórczości Borowskiego, rzucił podejrzenie, że książka Apitza o dziecku ukrywanym przez bohaterskich komunistów w Buchenwaldzie, była swego rodzaju „odpowiedzią”, próbą laicyzacji mitu „obozowego Chrystusa” i próbą zapisania do partii zarówno chłopca, jak i paru znacznie mniej świetlanych postaci, z jego ojcem i kilkoma funkcyjnymi Niemcami na czele. Przy okazji poprawiano też stereotyp Niemca: nie tylko mordował żydowskie dzieci, ale także, oczywiście z narażeniem życia, je ratował.

Opowieści o „Dziecku” krążyły po Oświęcimiu (relacja A. Tetmajerowej), po Leitmeritz (relacje J. Skarżyńskiego i wzmianka, mało mi zresztą znanego, p. Majewskiego) oraz… po wszystkich innych obozach. Widocznie coś w nich było…

Dr Tetmajerowa wspominała nawet o „ślicznym chłopczyku”, który tak zaczarował słynnego doktora Mengele, że ten mu kupił [? – BU] rowerek, by dzieciak jeździł sobie po obozie.

Więźniowie mieli też wizje Chrystusa Ukrzyżowanego i Chrystusa Zmartwychwstałego. Mówiono z uporem o cudach na Majdanku, nie brakło i takich, co stanowczo twierdzili, że umęczonym rzeszom ludu w modlitewnej ekstazie Chrystus się ukazał – pisał Ludwik Christians w książce Piekło XX wieku: zbrodnia, hart ducha i miłosierdzie (Poznań 1946, s. 87). Wizję Chrystusa wprowadziła do swych wspomnień z Auschwitz Seweryna Szmaglewska; o Chrystusie idącym przez obóz napisał Jan Gisges po selekcji w Birkenau 13 października 1944 roku (wiersz Zapomniany szlak). Tak więc Chrystus nie jest – niestety – moim poetyckim pomysłem. Tamci więźniowie byli przekonani, że Go widzieli. Jest natomiast rzeczą zastanawiającą, że Polakom, mieszkańcom kraju, w którym kult maryjny doprowadzony został do uznania Matki Boskiej za Królową Korony Polskiej, pojawiała się Ona w obozie bardzo rzadko. Nie oznacza to – broń Boże – upadku tego kultu. Jego dramatycznym przykładem są losy, wspomnianego w Głosach, więźnia z Poznańskiego o nazwisku Jezierski. Jednak odpowiedzią na cierpienia, szansą na uporządkowanie rozpadającego się świata wydawał się już tylko Chrystus. Albo Szatan.

Problem jest z małym, niewinnym zresztą anty-Chrystusikiem, Stefkiem Cyliakiem, bohaterem książki Apitza. Postacie tego umęczonego chłopca i nieco mniej umęczonego jego ojca (który nieźle dorabiał sobie odczytami ku czci bohaterstwa swojego tudzież niemieckich komunistów) najpierw wyniesiono na pomniki, potem zaczęto z nich usuwać.

Przypomina się w tym miejscu afera z „listą Sch(w)indlera”. Zeszłoroczny laureat Nobla, Imre Kertész, nazwał ten film „gigantycznym kiczem”. Nie wiem, czy wiedział, iż jest to także gigantyczne oszustwo. Schindler był agentem hitlerowskim (kryptonim „Osi”) i szefem Abwehrstelle w Morawskiej Ostrawie. W Czechach skazany został w 1938 roku za szpiegostwo na 20 lat; uwolniło go wkroczenie Niemców. Za to zabito Czecha (Rudolf Huschka czy Huška, który go zdemaskował i zamknął) – jak się zdaje nie bez udziału samego Schindlera. Poza tym „Osi” rozpracowywał polski system obrony i montował prowokację gliwicką – chyba za to otrzymał od samego Hitlera złotą odznakę NSDAP i samochód. Potem robił szwindle do spółki z niejakim Marcelem Goldbergiem: za ogromne pieniądze wpisywali na listę pracowników fabryki, głównie bogatych Żydów – skreślając biednych, tych „gorszych”. Poza tym – ze względów oczywistych – na legendarnej liście w znalazło się wielu OD-manów i kolaborantów – wraz z rodzinami. Sam Goldberg był szefem żydowskiej policji pomagającej w likwidacji getta w Płaszowie – i tą ścieżką zbliżamy się już do historii Zweigów. Jeszcze tylko trzeba dopowiedzieć, że w schindlerowskiej fabryce-lagrze śmiertelność więźniów wcale nie była niska. Jak opisali to Czesi (np. Jitka Gruntová w książce Oskar Schindler. Legenda a fakta, Brno 1997) śmiertelność w schindlerowskim Brünnlitz bywała czasami wyższa niż w podobnych obozach w Libawie i w Porici. Dobry Niemiec „Osi” równie dobrze, a nawet lepiej „zapracowywał” Żydów, jak źli Niemcy. Po wojnie był poszukiwany jako zbrodniarz wojenny, bohatera zrobiono z niego 15 lat później – dla propagandowego zrównoważenia sprawy Eichmanna i poprawy wizerunku Niemców, z którymi Izrael normalizował stosunki handlowe i polityczne.

I przechodząc do sprawy „Dziecka Buchenwaldu”: zbiegiem okoliczności akurat jakoś w 1966 czy w 1967 roku zrobiło się o niej znowu głośno. „Znowu”, bo sprawa była już wcześniej nagłaśniana kilkakrotnie! Powieść Bruna Apitza Nadzy wśród wilków (1958) to była na siłę wprowadzana lektura – już w klasie maturalnej słyszałem, że mały „Cyliak” był synem adwokata Zachariasza Zweiga z Krakowa, że mówił po polsku itd. W książce Apitza (pierwsze wydanie w kwietniu 1960 roku), na stronie 28 z dumą czytaliśmy o Stefku: to polskie dziecko. Sprawa wyznania jego ojca nie była dla nas istotna. W Bytomiu było dla nas rzeczą oczywistą, że Polacy byli katolikami, ale także ewangelikami, żydami, prawosławnymi, a nawet ateistami. Następną, równie prawdziwą wersję zdarzeń usłyszałem wiele lat później. Zacznę jednak po kolei:

Prawda pierwsza: zawartość książki Apitza. Jest marzec 1945, do Buchenwaldu dociera transport z Auschwitz. Jeden z zugangów (przybyłych), polski Żyd Zachariasz Jankowski z Warszawy, przywozi w walizce trzyletnie dziecko ocalone „cudem” z obozu śmierci. Na marginesie: technicznie było to niemożliwe, dziecko nie przeżyłoby drogi, która częściowo odbywała się pieszo, poza tym ani polscy, ani inni Żydzi nie mogli sobie jeździć z Auschwitz do Buchenwaldu z walizkami. No chyba że… Czyżby Apitz był na tyle przewrotny, że pozostawił ślad pozwalający dotrzeć do tego, kim naprawdę był ojciec chłopca?! Wróćmy jednak do książki. Dziecko nazywa się Stefek Cyliak, jego rodzice zostali trzy lata wcześniej przewiezieni z getta w Warszawie do Auschwitz, gdzie zginęli. Chłopak cudem – znowu „cudem” – ocalał (czyżby ktoś ukrywał go przez te lata w Auschwitz?). Teraz przewiezionemu do Buchenwaldu chłopcu grozi wysyłka do gazu – jednak niemieccy komuniści postanawiają malca uratować. Ryzykują, bo tropiący dziecko esesmani mogą wpaść na ślad Komitetu Obozowego, który akurat przygotowuje więźniów do walki. Wszystko jednak kończy się dobrze: gdy do obozu zbliżyły się wojska amerykańskie – komuniści zrobili powstanie. Zdobyli bramy i wynieśli z ukrycia dziecko, które kołysało się nad falującymi głowami jak maleńka łódź (…) a potem porwał je ze sobą na swych wyzwolonych falach strumień, którego nie można już było powstrzymać (tak brzmią ostatnie zdania polskiego przekładu J. Rawicza).

Jak wspominałem, w książce Apitza bohaterowie noszą fikcyjne nazwiska: krakowski adwokat Zachariasz Zweig po części zmienił się w warszawskiego adwokata Cyliaka, który został zamordowany w Auschwitz, a trochę w Zachariasza Jankowskiego, który ocalił chłopca z obydwu obozów i sam je także przeżył; mały Stefek Zweig przeistoczył się w Stefka Cyliaka. Ale my – polscy czytelnicy – i tak znaliśmy prototypy bohaterów. Na podstawie książki Nadzy wśród wilków nakręcono film, napisano dziesiątki artykułów, przede wszystkim zaś nagrano setki audycji – radio było wówczas głównym narzędziem propagandy. Odkrył to jeszcze Goebbels, a komuniści byli pojętnymi uczniami! Stary Zweig musiał zostać wylansowany, bo mówił nie tyle o cierpieniu swego dziecka, co o bohaterstwie niemieckich antyfaszystów. Chłopiec był właściwie przedmiotem; podmiotem była działająca w obozie, więc cierpiąca za sprawę i zarazem niezwykle bohaterska Partia. To była legitymacja NRD.

Prawda druga. Sprawa Zweigów skrywała pewien podtekst, a tym samym i kolejną prawdę. Przypomniał o niej nie tak dawno nasz „Tygodnik Powszechny”, który wydrukował, a potem umieścił w internecie artykuł niemieckiego dziennikarza, Joachima Trenknera, Podmiana ofiar.

Trenkner przypomniał, jak w połowie lat 60. zmontowano kolejną ofensywę propagandową ku czci buchenwaldzkich (czytaj NRD-owskich) komunistów. Chodziło o legitymizację komunistycznej władzy – jako antyfaszystowskiej, nieskażonej antysemityzmem. 27 lutego 1964 roku wschodnioberlińska popołudniówka „Berliner Zeitung am Abend” obwieściła (cytuję za internetowym „Tygodnikiem”): Dobra wiadomość dla milionów: chłopiec z „Nagiego wśród wilków” żyje! (…) W specjalnym 31-stronicowym dodatku „BZ am Abend” podał prawdziwą tożsamość „dziecka z Buchenwaldu”, które w powieści Apitza występowało pod nazwiskiem Stefan Cyliak: „To Stefan Jerzy Zweig – ujawniała berlińska gazeta – syn żyjącego dziś w Tel Awiwie adwokata polskiej narodowości, doktora Zachariasza Zweiga. Z artykułu można było też poznać szczegóły jego historii – zwłaszcza te ważne z punktu widzenia propagandy NRD. Ale to był dopiero początek. Władze NRD w jakiś sposób namówiły młodego Zweiga na przeprowadzkę do Berlina Wschodniego. Potem nastał czas propagandy: W wystąpieniach telewizyjnych, dyskusjach radiowych i niezliczonych tekstach prasowych 23-letnie wówczas „dziecko z Buchenwaldu” stało się kimś w rodzaju młodzieżowego bohatera NRD – pisze Trenkner.

Po tym wstępie niemiecki publicysta przekazuje prawdziwą – jego zdaniem – historię: w styczniu 1941 roku w Krakowie, w rodzinie adwokata żydowskiego pochodzenia Zachariasza Zweiga urodził się syn Stefan Jerzy. Aby uniknąć getta – pisze Trenkner – rodzina najpierw żyje w ukryciu po „aryjskiej” stronie, we wsi Wola Duchacka. Potem trafia do getta (…). Trzy razy Zweigowie cudem unikają wywózki do obozów zagłady. Unikają też – zapewne znów „cudem” – deportacji do obozu w Płaszowie, w którym w roku 1942 roku szaleje psychopatyczny komendant Amon Goeth, skądinąd przyjaciel w życiu i interesach Schindlera. Zachariasz – wyjaśnia ów cud-tygodnik – pracuje w obozie pracy przymusowej w Bieżanowie, dzięki czemu żona z dziećmi może zostać w getcie aż do jego ostatecznej likwidacji w marcu 1943 roku. Potem i oni przenoszą się do męża, do Bieżanowa, następnie do Płaszowa8. Po wojnie Zachariasz Zweig opisze swą historię kilkakrotnie, między innymi dla instytutu Yad Vashem. Znamy ją tylko z relacji Trenknera. Jest w niej sporo mrożących krew w żyłach momentów. Na przykład: pewnego dnia „członek komanda zbierającego śmieci schował chłopca na dnie swojego wozu, przykrył papierem i na to nawrzucał odpadków. Potem na oczach SS opuścił z wozem obóz, dojechał do wysypiska i tam go opróżnił. Zostawił tam dziecko, które było bardzo dobrze wyszkolone i nigdy nie płakało, a gdy usłyszało słowo „SS”, to zaraz wiedziało, że musi siedzieć cicho. Kiedy potem sytuacja była sprzyjająca, zabrałem chłopca z wysypiska i przeprowadziłem z powrotem do obozu”.

Dalsze losy są nie mniej sensacyjno-tragiczne – w listopadzie 1943 roku rodzina Zweigów przebywa krótko w Płaszowie, potem w obozie w Skarżysku-Kamiennej. Wreszcie trafia do transportu „do Rzeszy” (…). W Lipsku zostają rozdzieleni: matka i córka pracują w zakładzie zbrojeniowym, potem trafiają do transportu do Auschwitz, gdzie giną. Ojciec i trzyletni Stefan jadą dalej.

Jeśli dalej – to pewno do Buchenwaldu. Autor tekstu gubi kilka miesięcy, nie bądźmy jednak drobiazgowi. W końcu – 5 sierpnia 1944 roku Zachariasz Zweig z synem przybywa do Buchenwaldu. Tego dnia był straszliwy upał – napisze potem ojciec w sprawozdaniu dla Yad Vashem – dziecko stało boso tuż obok mnie. Byłem tak wyczerpany, że nie miałem siły, żeby ubrać mu buty. Byliśmy spragnieni i brudni, zupełnie zapomnieliśmy już nawet o głodzie. Otoczył nas niezliczony tłum SS-manów i personelu obozowego. (…) W Buchenwaldzie były wprawdzie dzieci, i to nawet kilkaset – wyjaśnia Trenkner – ale zaraz po przybyciu transportów były oddzielane od rodziców i izolowane w tzw. bloku dziecięcym 66. Tymczasem Zachariaszowi Zweigowi, który mówi świetnie po niemiecku, udaje się osiągnąć przynajmniej tyle, że nie zostaje od razu rozdzielony z synkiem. Co oczywiście nie znaczy, że byli bezpieczni – zastrzega dziennikarz – bezpieczny nie był nikt, również trzyletni Stefan. Jednak Opatrzność, oczywiście ta komunistyczna, czuwała. Okazało się – napisze Zweig dla Yad Vashem – że elita więźniów politycznych, czeskich, niemieckich i polskich – głównie komunistów – uznała, bez względu na to, że syn był Żydem, iż dziecko trzeba ratować. Powiedzieli mi, że jeżeli do tej chwili takie małe dziecko udało mi się ochronić, to dla nich jest ono symbolem ruchu oporu i zasługuje na to, żeby je uratować. Jednym z przywódców konspiracyjnej organizacji – kontynuuje swą opowieść Trenkner – jest Willi Bleicher, przekonany komunista i mimo to człowiek głęboko wierzący. Po wojnie Bleicher przejdzie w 1950 roku do socjaldemokracji i jako działacz związków zawodowych w rodzinnym Stuttgarcie będzie walczyć o prawa zachodnioniemieckich metalowców. W Buchenwaldzie Bleicher ma wpływową pozycję: jest kapo w Effektenkammer, czyli „izbie rzeczy wartościowych”, gdzie nie tylko rejestruje się ubrania odebrane więźniom. Tam to przede wszystkim jest magazynowane zrabowane więźniom złoto; bywa, że w tym magazynie SS-mani „zaopatrują” się także „prywatnie”. Tenże Willi Bleicher zostaje aniołem stróżem i „obozowym ojcem” małego Stefana. Kwateruje go na niemieckim bloku, zaopatruje w ciepłe ubranie i buty, a nawet w zabawki, które udało się wykonać „na boku” więźniom, pracującym w należącej do obozu fabryce amunicji. Każdej niedzieli synka odwiedzać może ojciec, zakwaterowany (początkowo) na bloku żydowskim i pracujący jako murarz. Stefan bierze nawet udział w apelach: stoi w szeregu dorosłych i jest normalnie odliczany, jak inni.

Można powiedzieć sielanka.

Trenkner – jakby się połapał, że cukrując dzieło komunistów, przycukrował też obóz zagłady – pospiesznie dokonuje korekty:

Śmierć upomina się wkrótce także o Stefana. We wrześniu 1944 roku SS-mani postanawiają dokonać selekcji wśród nastoletnich więźniów, których liczba doszła w międzyczasie do tysiąca (…) i zebrać 200-osobowy transport do Auschwitz – do gazu. Trzyletni Stefan jest w obozie najmłodszy. Jego nazwisko trafia na – zachowaną w archiwum muzeum w Buchenwaldzie – listę dzieci do transportu. Na liście tej, sporządzonej 25 września 1944 roku, pod numerem 200 figuruje: „Zweig, St., numer 67 509”. Transport ma odejść następnego dnia o dziesiątej rano. Bleicher postanawia, że nie odda chłopca SS-manom. Najpierw twierdzi, że malca nie ma już w obozie. Potem idzie do lekarza SS. Ale lekarz odmawia przyjęcia chłopca do lazaretu. Bleicher chce ocalić Stefana, za wszelką cenę. Bezskutecznie. Informuje więc ojca, by następnego dnia o dziesiątej zaprowadził synka pod bramę obozową, do transportu. W sprawozdaniu dla Yad Vashem Zachariasz Zweig napisze: „Obecni więźniowie stali nieruchomo, z opuszczonymi głowami. Nagle Bleicher zacząć głośno krzyczeć i płakać. Bił głową w ścianę, przeklinał Hitlera i cały jego system i krzyczał: »Nie oddam dzieciaka!«”. W tym momencie następuje zwrot, nieoczekiwany i dramatyczny – pisze Trenkner. Jest dziewiąta trzydzieści, pół godziny przed terminem. I oto w ostatniej chwili do baraku, w którym są Bleicher z dzieckiem i ojcem, przybiega więzień z wiadomością: Stefan zostanie przyjęty do lazaretu. „Padał okropny deszcz – wspomni później Zachariasz Zweig. – Prawie bez zmysłów, złapałem dziecko i ostatnim wysiłkiem pobiegłem do izby chorych. (…) Kiedy tam dotarłem, w drzwiach lazaretu czekali na mnie lekarz z SS i sanitariusz. Wzięli ode mnie dziecko i polecili, abym szedł za nimi. Weszliśmy na oddział dla chorych na tyfus. (…) Po chwili sanitariusz wrócił i dał dziecku zastrzyk, po którym wystąpiła zaraz wysoka gorączka. Po czym wyrzucono mnie z baraku, bo w każdej chwili spodziewano się kontroli wyższych organów”. Co skłoniło lekarza z SS, że dał Stefanowi zastrzyk, który uczynił go niezdolnym do transportu? – pyta Trenkner. Czy został przekupiony przez „czerwonych kapo”? Tego nie wiadomo. Pewne jest tylko, że uratowało to życie chłopca. Tylko: za jaką cenę? Na liście dzieci do transportu do Auschwitz widnieje 200 nazwisk. Kilkanaście jest przekreślonych. Przekreślono także ostatnie nazwisko pod numerem 200: Stefana Zweiga. Co znaczą te przekreślenia? – oddajmy głos Trenknerowi:

Wyjaśnia to dodatkowy protokół, sporządzony kilka dni później przez SS i także zachowany w archiwum obozu. Czytamy w nim: „W wyżej wymienionym transporcie dokonano w ostatniej chwili kilku zmian (…). A mianowicie pozostawiono następujących więźniów…”. W tym miejscu – wyjaśnia Trenkner – figuruje dwanaście nazwisk, uzupełnionych numerami i datami urodzenia. Jest wśród nich „Zweig, Stefan, ur. 18.1.1941”. To nie koniec. „W zastępstwie – czytamy dalej – do transportu do miejsca przeznaczenia włączono następujących więźniów…”. I znowu – stwierdza Trenkner – dwanaście nazwisk, z numerami i datami urodzenia. (…) Na ostatnim miejscu figuruje numer 200, pod którym na liście transportowej zarejestrowano pierwotnie Stefana Zweiga. Dalej czytamy: „W zastępstwie za skreślony numer 200 – Blum, Willi”, numer 74 254, ur. 26.6.1928”. Nie ma wątpliwości – tłumaczy Trenkner – Stefan Jerzy Zweig mógł zostać ocalony tylko dlatego, że na listę do transportu wpisano kogoś innego – „w zastępstwie”, bo liczba więźniów musiała się zgadzać. Willi Blum, 16-letnie cygańskie dziecko, poszedł do gazu zamiast Stefana.

Tak więc uratowanie „dziecka z Buchenwaldu” – wystylizowane w NRD na symbol komunistycznego ruchu oporu i komunistycznego humanizmu – było, jak to określa „Tygodnik Powszechny”, w istocie „podmianą ofiar” i interesem. Ocalenie żydowskiego dziecka, pointuje Trenkner, oznaczało śmierć dziecka cygańskiego. Nie można też wykluczyć – dodajmy – że Willi Blum był Żydem – tyle że bardziej pechowym, zapomnianym przez Boga i strasznie oszukanym przez ludzi.

Po wygłoszeniu oskarżenia Trenkner dodaje usprawiedliwiająco: Zachariasz Zweig, który po wojnie zamieszkał w Izraelu, nigdy nie uczestniczył w tworzeniu tej legendy (…) Zweig ojciec nie chciał nawet opublikować wspomnień, które spisał dla Yad Vashem w styczniu 1961 roku – zanim jeszcze dowiedział się o książce Apitza9 – i które zawierają jedynie to, co on sam widział i przeżył. Zweig ojciec umarł w roku 1972. Tuż przed śmiercią poprosił syna, by wspomnienia udostępnić opinii publicznej dopiero, gdy minie pokolenie… Jednak ten jeden z najważniejszych tekstów wspomnieniowych – dodaje Trenkner – ukazał się już w 1987 roku i niezauważony utonął w masie publikacji.

„Synek Buchenwaldu” nie pozostał jednak w NRD. Po hałasie propagandowym lat 60. ukończył szkołę filmową i został kamerzystą, ale wkrótce wyemigrował na Zachód. Dziś ma lat 59 i mieszka w Wiedniu (…) Niewątpliwie nie wolno nam oceniać czy wręcz osądzać Stefana Zweiga. Oceniać można natomiast nieistniejący już kraj, którego władze przemilczały prawdę i stworzyły propagandowe kłamstwo – kończy Trenkner.

Tragedia niewinnego dziecka czy też niewinnych dzieci jest sprawą poza dyskusją. W tym miejscu jednak interesuje mnie pytanie, czy Trenkner rzeczywiście dotarł do prawdy? Czy podając swą szokującą wersję, bezwiednie bądź celowo zakrywał nią inną prawdę? Relacja Zweiga pomimo zastrzeżeń co do jej udostępnienia wydaje się reakcją na wydaną w 1959 roku książkę Apitza. Wbrew jednak temu, co pisze autor „Tygodnika Powszechnego”, istniała inna, wcześniejsza relacja Zweiga. Powstała przed jego wyjazdem do Izraela, wkrótce po wojnie, znajdowała się w Komisji do Badań Zbrodni Hitlerowskich i była kilkakrotnie cytowana. Polscy komuniści też pragnęli zaanektować dla siebie „Dziecko Buchenwaldu”, jego ojca i całą antyfaszystowską legendę. Żeby o tym napisać, muszę przytoczyć wypowiedzi samego Zachariasza Zweiga – to znaczy, że muszę odnaleźć którąś z czytanych przed laty książek na temat Buchenwaldu. Wymaga to wyprawy do BUW-u10 (tam czytałem i wypożyczałem większość książek), a to znaczy, że do sprawy powrócę w następnym liście.

B.U.

LIST IV

Prawda a fakt prasowy • Komory gazowe, szpile i samochody • Dokończenie historii Zweiga • „Doktor Polak” – Artur Gadziński

Szanowna Pani!

Prawdę ustala się obecnie drogą negocjacji, lobbingu i molestowania. To dlatego, że prawda przestała być arystotelesowską poczciwą „zgodnością z rzeczywistością”, a staje się coraz bardzie zgodnością z niby-rzeczywistością kultury; z „Matrixem”. Coraz bardziej liczą się „sondaże” i „listy rankingowe”, coraz mniej – rzeczywiste wydarzenia. Masa – co łączy się z nastawieniem na konsumpcję (więc i wydalanie) – ma coraz krótszą pamięć. Jeden z naszych polityków, Bronisław Geremek, zresztą były sekretarz partii na UW – więc fachowiec od propagandy – wymyślił chwytliwe pojęcie „faktu prasowego”! I teraz, gdy ktoś powołuje się na fałszywe informacje (wzięte na przykład z horroru Grossa o Polakach, którzy pewnego ranka wpadli w amok i spalili 1600 Żydów w Jedwabnem) – broni się, że to nie jest prawda, ale też i nie kłamstwo. To właśnie „fakt prasowy”. Dla ludzi znaczy to tyle, co po prostu fakt; ich świat jest stworzony właśnie z takiego „wyprasowanego” budulca. Nie brak też historyków, którzy – za drobną lub tylko spodziewaną opłatą – kwestionują zbrodnie Niemców w Bydgoszczy czy w Katowicach, za jeszcze drobniejszą – fakt mordowania ludzi w lagrach gazem.

Właśnie, czas przejść do odpowiedzi.

Z tego, co udało mi się ustalić, wynika, że pierwszą próbę zabijania Cyklonem B przeprowadzono w Auschwitz 4 września 1941 roku, na bloku 13 (późniejsza „jedenastka” – gdzie zginą Kolbe i Batko, i wielu, wielu innych). Opróżniono wówczas bunkry karnej kompanii, wniesiono 250 chorych i nieprzytomnych Polaków z rewiru, wpędzono jeńców rosyjskich (mówi się nawet o 600, choć tylu by się raczej nie zmieściło), okna zasypano ziemią. Po wrzuceniu puszek z Cyklonem zamknięto i uszczelniono drzwi cel. Po dłuższym czasie Rapportführer Gerhard Palitsch zajrzał w masce gazowej do jednego z bunkrów – ofiary jeszcze żyły, dorzucono więc następne puszki. Były więzień Auschwitz, Adolf Gawalewicz, w książce Refleksje z poczekalni do gazu. Ze wspomnień muzułmana (Kraków 1968, s. 58‒59) przypominał, iż do ofiar dołączono „zmuzułmaniałych więźniów” z bloku nr 9. Sam wcześniej w nim przebywał, miał znajomych, którzy wówczas zniknęli.

Niemcy udoskonalili ten system, budując potem specjalne komory gazowe, które stały się podstawowym narzędziem mordowania więźniów w Birkenau. Więźniów już na rampie poddawano selekcji, tych, którzy zdaniem esesmanów nie nadawali się do pracy, odsyłano prosto do komór. W ten sposób wykończono m.in. transport Żydów węgierskich w sierpniu 1944 roku – była to największa egzekucja masowa w obozie. Wbrew opiniom niektórych uczonych (głównie niemieckich) Auschwitz był nie tyle obozem pracy, co mordowania przez pracę. I mordowania niezdolnych do pracy.

Jeśli chodzi o uśmiercanie w Buchenwaldzie, to niektórzy badacze przyjmowali, iż nie było tam komór gazowych. Ja też tak sądziłem w 1968 roku – bo taką informację usłyszałem od francuskiej przewodniczki podczas zwiedzania obozu. Preferowano tam zabijanie dosercowymi zastrzykami z fenolu – tzw. „szpilowanie”, którego wynalazcą był zresztą niemiecki „lekarz” z Auschwitz, dr. Friedrich Entress. Do „gazowania” używano natomiast specjalnych samochodów, wyściełanych blachą. Ich rysunek i opis też można było znaleźć na wystawie w buchenwaldzkim muzeum.

Już po napisaniu Głosów trafiłem jednak na wspomnienia, które pozwalają przypuszczać, że przynajmniej w 1943 i 1944 roku w Buchenwaldzie gazowe komory były. W przywoływanej już zbiorówce Cudem ocaleni znajduje się wspomnienie księdza Mariana Majewskiego, który przebywał w Buchenwaldzie do 6 stycznia 1945 roku. Ksiądz Majewski pisał:

Komory gazowe były czynne, bo słabych i niezdolnych do pracy, jak i ciężko chorych, wykańczano w trybie przyspieszonym. Ja byłem 21 razy na liście skazanych do komory gazowej i tylko Opatrzności Boskiej (…) zawdzięczam cudowne ocalenie, bo inaczej nazwać tego nie można (Op. cit., s. 133). Nawet jeżeli ksiądz przesadził z liczbą swoich wyroków śmierci (oznajmianie księżom, iż są już na liście do likwidacji, to element psychicznych tortur stosowanych przez Niemców) – to i tak pozostaje faktem, że „likwidacje” miały zostać wykonane w komorze gazowej.

Komory stały się symbolem. Trzeba jednak wczuć się na moment w sytuację kierownictwa zakładów Weimar-Buchenwald wytwarzających – jako jeden z produktów ubocznych – ogromną liczbę trupów. Jak się wydaje, komory okazywały się mniej wydajne niż samochody, co więcej komory były bardziej kłopotliwe w obsłudze, wymagały czyszczenia, wietrzenia – w Auschwitz trwało to 12‒15 godzin po każdej grupie zagazowanych. Z autami tych kłopotów nie było. W niektórych wspomnieniach powtarza się informacja, że po otwarciu samochodu skamieniała kula mięsa sama wypadała na zewnątrz – umierający gromadzili się przecież przy drzwiach. Łatwiej też było spłukiwać z resztek krwi i odchodów wyściełane blachą auta niż betonowe komory.

Najpotworniejszym jednak rodzajem śmierci była śmierć w bunkrze głodowym. Walcząc o życie, skazańcy próbowali zjadać współwięźniów, a nawet kawałki własnych ciał… I mieli szczęście, gdy szybko umierali z wykrwawienia.

Problemem Buchenwaldu nie było zabijanie, problemem było pozbywanie się zwłok. Wspominam w jednym z wierszy, że ze względu na ogromną liczbę trupów władze Weimaru nie zgodziły się na pochówki na cmentarzu komunalnym. Trupy palono więc na powietrzu, potem w piecach krematoryjnych – wojna zawsze wyprzedzała wynalazki życia pokojowego. Nierzadkie były wypadki wrzucania w ogień żywych więźniów; tych ciężej chorych nie trzeba było nawet wiązać. Zdarzył się też wypadek pobicia esesmana nadzorującego pracę przez młodego polskiego więźnia. Chłopak rozpoznał w ciele, które właśnie miał wrzucić do pieca zwłoki własnego ojca. Wrzucił do ognia oszołomionego czy może zabitego widłami esesmana, uciekł, pewien czas ukrywał się w obozie, potem udało mu się wydostać za druty. Jego nazwiska nie ustalono, pamiętano tylko, że miał na imię Józek. Nie udało się także wyjaśnić sprawy spalenia amerykańskich lotników. Według jednych relacji zostali spaleni żywcem w buchenwaldzkiej kotłowni, według innej – zostali przedtem powieszeni.

Skoro przeszedłem już do dziejów Buchenwaldu, chciałbym dokończyć historię Stefka. Mały Zweig (67 509) był rzeczywiście jednym z najmłodszych więźniów Buchenwaldu, choć wbrew temu, co pisał jego ojciec – nie najmłodszym, to już element komunistycznej mitologii (najmłodszy miał niecałe trzy lata, ale mniej szczęścia do propagandy, zachował się tylko jego numer 87 874, było też kilku trzylatków).

Bez względu na to, co wiemy dziś o tej aferze, nie wolno nam zapominać, że dzieciństwo Stefka zostało naznaczone cierpieniem, głodem, lękiem przed śmiercią. W porównaniu jednak z cierpieniami innych dzieci żydowskich czy polskich, jego sytuacja była i tak niezła – a to dlatego, że ojciec był kolaborantem. O tym nie pisze współpracownik „Tygodnika Powszechnego”, ale o tym pisał sam Zachariasz Zweig. Relacja jego została napisana po polsku – to był jego ojczysty język. „Zaokrąglenie” zdań to efekt wielokrotnego ich powtarzania podczas licznych propagandowych spotkań:

Mój syn, Stefan Jerzy, urodził się 28 stycznia 1941 i miał w Buchenwaldzie numer 67 509. Jako o najmłodszym więźniu Buchenwaldu mogę o nim powiedzieć, co następuje: do 28 lutego mieszkaliśmy w Krakowie. Na zarządzenie niemieckiej administracji musieliśmy przesiedlić się do getta. Dalej następuje opowieść o autentycznej katordze dziecka: chłopiec był ukrywany u znajomych Polaków, potem został przyniesiony do getta. Dlaczego? Stary Zweig wyznaje bez żenady: oznajmiono, że dzieci „policjantów” obozowych mogą przebywać w obozie. Skorzystałem z tego i dostałem się na „policjanta”. Cudzysłów przy tym ostatnim słowie nie zmienia faktu, że owi „policjanci”, wysługując się Niemcom takim jak Goeth i Schindler, wysyłali na śmierć tysiące Żydów, że pilnowali porządku w obozie – bijąc i zabijając swych współrodaków. Wspomnienia Żydów ocalałych z getta łódzkiego czy z Płaszowa nie pozostawiają co do tego wątpliwości. Czy najpierw był lęk o dziecko (które przecież było już zabezpieczone w polskiej rodzinie), czy najpierw zgoda na kolaborację, a potem korzystanie z jej owoców (także z możliwości bezpiecznego mieszkania razem z dzieckiem w obozie) – o tym wiedział tylko ojciec Stefka. Nie można jednak w tym miejscu nie pomyśleć o tych uczciwych Żydach, którzy też mieli dzieci, a którzy nie poszli na kolaborację z Niemcami. Ci, którzy mówią „takie były czasy” albo „nie wolno ich osądzać, to był ich dramat” – po prostu kłamią. Można było zachować się jak Zweig czy Perechodnik, można było – jak Korczak.

Jakie były profity z kolaboracji można wyczytać z relacji samego Zweiga – mimo jej celowej mętności. Kiedy na przykład, opisując ewakuację obozu, opowiada: wrzuciłem szybko syna do wagonu przeznaczonego dla obozowej policji. Wagon ten nie został skontrolowany i tylko dzięki temu dziecko uszło z rąk morderców. Ostatnia część zdania dopisana została oczywiście dla efektu. Ewakuację obozu przeprowadzali głównie żydowscy policjanci, bardzo zresztą gorliwie i brutalnie – lecz nie względem innych policjantów. Z ckliwo-cierpiętniczej relacji Zweiga wyłażą ohydne fakty: za cenę kolaboracji, za cenę wpychania współbraci do transportu śmierci – osobny, wyjęty spod kontroli wagon. W nim policjanci żydowscy przewozili, co chcieli i kogo chcieli.

Do Buchenwaldu Zweig przybył z początkiem sierpnia 1944 roku. Od razu wszedł w dobre stosunki z niemieckimi funkcyjnymi – dzięki czemu został przeniesiony na blok niemiecki (co przyznaje w obydwu relacjach) i przetrwał obóz. Większość Żydów skoncentrowanych na blokach żydowskich została wymordowana. Znów przypomina się Lista Schindlera: bogaci więźniowie, którzy kupili sobie miejsce na jego liście, wystawiali mu świadectwo moralności jako dobremu Niemcowi, on z kolei nie pisał, ile brał za swą dobroć ani ilu Żydów spośród skreślonych z jego listy zostało zamordowanych. To była dobrze płatna „podmiana ofiar”. Zweig podjął podobną grę, tym bezpieczniejszą, że jesienią 1944 roku koniec wojny był łatwy do przewidzenia. Niemieccy funkcyjni, nawet esesmani, prowadzili już grę na dwie strony. Dlatego ojciec Stefka podkreśla w swojej relacji: Niemieccy więźniowie z narażeniem własnego życia pomogli mi w ukryciu syna, a kończy ją wręcz czołobitnie: Szczególnie ucieszyło mnie stwierdzenie, że nie wszyscy Niemcy są tak strasznymi ludźmi, jak SS-mani. Życie moje własne i syna im wyłącznie zawdzięczam (W. Czarnecki, Z. Zonik, op. cit., s. 69).

Sprawiedliwość nakazywałaby dodać, iż pewnego razu, gdy chory Stefek rzeczywiście zagrożony był „zaszpilowaniem” – został położony i wyleczony w rewirze na bloku zakaźnym. A jeśli tam go położono, to ratował go najpewniej Artur Gadziński, zwany czasem – przez więźniów spoza Polski – „Doktorem Polakiem”.

Temu lekarzowi, który nie był lekarzem, a codziennie narażał życie dla swoich pacjentów, należy się nasza pamięć. „Druh Artur”, syn Teodora Gadzińskiego, jednego z założycieli Związku Polaków w Niemczech, urodził się w 1919 roku w Westfalii; gimnazjum kończył w Gliwicach, od 1933 mieszkał z ojcem w Opolu. Był jednym z najodważniejszych działaczy ZPwN i harcerstwa, prowadził drużyny harcerskie w Opolu, Dobrzeniu, Siołkowicach Starych, Folwarku, Grudzicach i Nakle; latem organizował słynne kolonie zuchowe na Górze św. Anny, a także w Zdzieszowicach, czasem – wyjazdy do Polski, m.in. do Spały. Podobnie jak kiedyś Zana, nazywano go „Promienistym” (choć jego hasło „być promiennym” pomijało metafizykę filomatów, odnosiło się do sfery ludzkich kontaktów); był prekursorem wychowania przez sztukę, główną rolę przypisywał poezji, pieśni i teatrowi. Od roku 1937 jeździł po Śląsku jako aktor jedynego tutaj polskiego teatru lalek Alojzego Smolki; jeździł też sam ze spektaklami, do których pisał teksty. Odgrywał je sam, czasem z pomocą kukiełek, czasem z udziałem zakochanej w nim dziewczyny. Artur Gadziński został aresztowany 11 września 1939 roku i zesłany – jak jego ojciec i inni działacze polscy11 – do Buchenwaldu.

Po powrocie z obozu Gadziński zakładał polskie księgarnie na Opolszczyźnie; wraz z przedwojennymi harcerzami organizował drużyny Ochotniczej Straży Pożarnej. Gdy zaczęła się sowietyzacja Polski – był przesłuchiwany, a nawet przejściowo aresztowany – on właśnie – pod zarzutem kolaboracji…! Został zwolniony ze stanowiska wojewódzkiego szefa Straży Pożarnych i z funkcji w Związku Księgarzy Polskich; po licznych perypetiach udało mu się utrzymać w teatrze lalek. Uratowały go między innymi interwencje ocalonych oficerów angielskich. Do aktywnego życia wraca w roku 1956, zostaje członkiem Komendy Chorągwi ZHP w Opolu, nadal jednak pracuje w teatrze. Mając 52 lata, robi magisterium, działa jako Wojewódzki Pełnomocnik do spraw Kombatantów – broniąc dawnych powstańców śląskich i więźniów niemieckich obozów. Po śmierci Gadzińskiego w 1976 roku jego imię przyjęła Szkoła Podstawowa nr 2 w Zdzieszowicach, gdzie przed wojną organizował obozy harcerskie. Zeznania, które pisał w śledztwie, są dziś cennym źródłem wiedzy o Buchenwaldzie – oczywiście trzeba umieć je czytać, ale nasze pokolenie jeszcze umie…

Zweig, dzięki wystawianiu komunistom i niekomunistom takich świadectw jak to, które przed chwilą przytoczyłem – robił karierę. Jeździł z odczytami i nikomu nawet się nie śniło postawić go przed sąd. A to nie ominęło wielu innych policjantów czy folksdojczów.

B.U.

LIST V

Sprawy niewiarygodne i nieestetyczne – piękno a dobro i prawda • Józek Zalanowski z Sachsenhausen, ks. Bańkowski z Auschwitz i anonimowy „chłopiec z Gusen” • „Gra w piłkę” i kara słupka

Szanowna Pani!

Bohater jednego z wierszy, Doktor Polak prowadzący skrycie dziennik obozu (więc trochę alter ego autora), pisze: rzeczy bardziej niezwykłe pomijam. Proszę mi wierzyć, to nie chwyt literacki! Po prostu niektóre wydarzenia przełamywały normy estetyki, zostałyby odrzucone jako wymysł i „patriotyczny horror”. Niezgodność z kanonami piękna wydawała się niezgodnością z prawdą. Dlatego zbyt drastyczne opisy wykreśliłem już po napisaniu, inne – asekuruję przypisami. Wątki pominięte to na przykład wspomniana już historia Józka. Ten chłopak o nieustalonym nazwisku, pracując w krematorium, ujrzał, że wbija na widły ciało własnego ojca. Z krzykiem wyrwał widły z martwego ciała, rzucił się na pilnującego pracy esesmana, przebił go widłami i z krzykiem uciekł. Ta historia pojawiła się w wielu wspomnieniach, można ją znaleźć także w Zygmunta Zonika Opowieściach z nieprawdopodobnego rewiru (Warszawa 1974, s. 14). Nie potrafiłem tego opisać.

Wykreśliłem również historię Tadeusza Zalanowskiego z Sachsenhausen i wiersz poświęcony chłopcu, którego „zaszpilowano” w Gusen. Zalanowski był referentem starostwa w Toruniu, został zesłany do obozu za zerwanie z ratusza hitlerowskiej flagi. Tortury w obozowym gestapo były sadystyczne. Odstrzelono mu cztery palce u prawej ręki – tej, którą popełnił „zbrodnię”, ale nie pozwolono mu umrzeć i krew jakoś zatamowano. Potem przez wiele dni bito go po tej okaleczonej, ropiejącej ręce.

Historię tę poznałem w wersji dość patetycznie opowiedzianej przez jednego z gości zaproszonych przez moją matkę do domu. Najbardziej wstrząsnęła mną scena, w której Zalanowski, jako chrześcijanin, kikutami ręki błogosławił oprawców – początkowo umieściłem ją w wierszu. Mężczyzna, który to opowiadał, podkreślał, że opisano gdzieś, jakoby Zalanowski – „uciekł” Niemcom, popełniając samobójstwo, ale on w to nie wierzy, bo toruński bohater był chrześcijaninem. Po latach trafiłem na opis tej historii – bardziej powściągliwy – bez sceny błogosławienia i bez „szczęśliwej ucieczki”, bo zakończony powieszeniem Zalanowskiego przez esesmanów w obozowej ubikacji. Opis znajduje się w Pamiętnikach nauczycieli z obozów i więzień hitlerowskich 1939‒1945 (Warszawa 1962, s. 389‒390), które kupiłem w antykwariacie – nierozcięte!

O śpiewaniu przed śmiercią również słyszałem w dzieciństwie potwierdzenie, co zdarzało się częściej. Na przykład chłopiec, przywiązany już do stołu, na którym wbijano zastrzyki, śpiewał hymn narodowy. Podobny przypadek opisał Zbigniew Wlazłowski w książce Przez kamieniołomy i kolczasty drut (Kraków 1974, s. 58). Te przypadki opisałem w pierwszej wersji Głosów, potem je zredukowałem do notatek w dzienniku Doktora Polaka, w końcu – zupełnie wykreśliłem. Te linijki w liście do Pani to teraz jedyne epitafia tych bohaterów.

Niektóre wiersze postanowiłem zaasekurować przypisami. Bo naprawdę – jak to ujęła nasza pisarka Zofia Nałkowska – ludzie ludziom zgotowali ten los i opisane w moich wierszach zbrodnie naprawdę zostały popełnione – ale być może kiedyś wyda się to niewiarygodne. „Grę w piłkę”, uprawianą ku uciesze esesmanów przez blokowego Alojza Stellera, opisał w swych wspomnieniach z Auschwitz Edward Ciesielski (patrz: K. Pilecki, op. cit., s. 18).

Podobny opis egzekucji przez rozbicie o mur więźnia (oskarżonego o kradzież chleba) znajdujemy we wspomnieniach ks. Tadeusza Gaika (op. cit., s. 48), cytuję: dwaj sztubowi ujęli końce kija (…) podeszli pod mur i zaczęli uderzać ciałem więźnia o cegły. Cofali się, nabierali rozpędu i znowu uderzali. Potworny ryk zabijanego przerażał widzów. A oni bili więźniem, aż ciało stało się krwawym wałkiem mięsa i połamanych kości.

Gdy przeczytałem tę książkę – zmieniłem poprzednią wersję wiersza. Uznałem, że tę scenę powinienem utrwalić – i potwierdzić jej prawdziwość przypisem!

Niektóre równie drastyczne sceny jednak pominąłem – na przykład ukrzyżowanie więźniów w Leitmeritz. Wspominałem o tym w jednym z wierszy napisanych w 1968 roku, potem – ze względów rodzinnych – wiersz wycofałem z druku. Jak wyglądały szczegóły, czy ofiary zostały przybite, czy przywiązane do jakichś klamer, czy było to ukrzyżowania na ścianie, czy słupek „wykorzystujący” ścianę – nie zdążyłem ustalić. Zdecydował o tym zbieg okoliczności, choć do dzisiaj nie jestem pewien, czy starczyłoby mi na to sił. Niemniej o krzyżowaniu więźniów koniecznie trzeba powiedzieć, choćby w przypisie! To był antychrześcijański rytuał – jak swastyka była antychrześcijańskim hakenkreuzem.

Nie zawsze dochodziło do pełnego ukrzyżowania. W Auschwitz, w Wielki Piątek 1942 roku, esesmani zrobili sobie zabawę z ks. Piotrem Dańkowskim – ukoronowali go kolczastym drutem, założyli mu na ramiona belkę i przeganiali go biczami po obozie – aż skonał. Parodią ukrzyżowania była też kara „słupka”: czasem słupy wbijano na środku obozu, czasem były to „tylko” haki wbite w ścianę. Ale nawet jeżeli więźniów „tylko” zawieszano na ścianie czy drzewie (tak wisi Marsjasz na znajdującej się w Luwrze rzeźbie) – i tak była to kara okrutna. Odwołam się do książki Cudem ocaleni: Najcięższą torturą było wieszanie na słupku: na przeguby rąk nakładano linę, ręce z tyłu krępowano, kopnięciem nogi wytrącano pudło czy stołek spod nóg skazańca i tak musiał wisieć dwie lub więcej godziny, jeden obok drugiego (…) Pułkownik Pożerski, były starosta w Gdyni, wisiał na słupku godzinę, za to, że zerwał pietruszkę (…) Po kilku tygodniach zmarł. Inny – dyrektor huty żelaznej, Raźniewski, człowiek stary, wisiał za to, że po godzinach przyjęć przyszedł do rewiru na opatrunek – wkrótce zmarł (Op. cit., s. 16, 18). Autorzy przywołują wiele takich przypadków – wszystkie świadczą, iż była to kara straszna, nawet gdy trwała tylko godzinę. A jeśli trwała dobę albo więcej? Wtedy oznaczała wyrok śmierci podobnej do śmierci Chrystusa na krzyżu.

W wielu wspomnieniach pojawiają się opisy tortury również podobnej do ukrzyżowania, choć było to ukrzyżowanie bez krzyża. Ze względów oczywistych ograniczę się do jednego cytatu: Wśród wielu stosowanych tortur należy postawić na pierwszym miejscu następującą: Księdza rozbierano do naga, przywiązywano rozkrzyżowanymi rękoma i nogami do płotu, następnie puszczano psa wilczura (…) który pobudzony przez zbira wyżerał ofierze narządy płciowe, ku wielkiej zabawie straży i widzów. Śmierć następowała w krótkim czasie po męce (Ibidem, s. 12). Świadkiem tych zbrodni (w Dachau) był ksiądz Ernest Chowaniec. Wcześniej był więźniem Buchenwaldu, gdzie widział podobne sceny, z tym że zamiast płotu czy ściany baraku pod Weimarem wykorzystywano dąb Goethego: Wisiał na drzewie ksiądz katolicki, na tym samym dębie wieszano innych ludzi, szczuto psami, gdy więzień kołysał się uwiązany za ręce z tyłu, słychać było krzyki i jęki… (Ibidem, s. 11).

B.

LIST VI

Ludożerstwo w obozach • Władze obozu • Koch, Pister, „Wiedźma z Buchenwaldu” • Lekarze • Ruch oporu • Schmidt i jego notatki • Butelka wrzucona w ziemię • Bohaterowie i reflektory • Literacki gest księdza Jana • Ścinanie wrogów Rzeszy • Etyczny wymiar wojny: agresja, obrona, odwet

Szanowna Pani!

Widocznie jakoś przeoczyłem to pytanie, może zawiniły różnice języka. Proponuję, by Pani pisała w swoim języku, ja – w swoim. Jeżeli czegoś Pani nie zrozumie – tłumacza do mojej polszczyzny da się znaleźć; jeśli zacznę pisać w Pani języku – nikt tego nie przetłumaczy. Chodzi zresztą nie o tłumaczenie słów, chodzi o tłumaczenie całych światów. Co dla mnie jest oczywistością, dla Pani jest sensacją, czasem podejrzaną. Jeszcze wierzy pani w istnienie obozów śmierci, ale już pojawiają się wątpliwości, co do liczby ofiar, już skłonna jest Pani doszukiwać się jakichś „win”, jakichś „motywów” aresztowań; dopuszcza Pani możliwość, że komory gazowe służyły „także”, a może nawet „w zasadzie” do dezynfekcji itd. Nie dziwię się – w makabryczną prawdę o obozach nie mogli przecież uwierzyć – do ostatniej chwili – zamknięci w nich więźniowie. Dotyczy to zresztą całego programu ludobójstwa. Nawet więźniowie zamknięci w obozie wierzyli, że zostali tam umieszczeni w wyniku jakiejś pomyłki czy fałszywego oskarżenia. Teodor Gadziński, jeden z bohaterów Buchenwaldu, wspominał po latach swoje zaskoczenie. Po wyzwoleniu poszedł do obozowego biura, by sprawdzić w kartotece oficjalną podstawę zatrzymania. Przeczytał: Grund der Verhaftung: polnische Minderheit (Wspomnienia Opolan, op. cit., s. 138). A więc podstawą aresztowania i zesłania do obozu śmierci była… sama przynależność do mniejszości polskiej. Podobnie zresztą Niemcy traktowali Żydów i Cyganów, podobnie Rosjanie – Polaków we wschodniej części kraju. Zsyłali ich do obozów za to, że byli Polakami, a rząd sowiecki postanowił oczyścić obszar przyłączany do ZSRR.

Różni nas nie tylko kilkanaście lat. Czasem odnoszę wrażenie, że mówię o planecie, na której nie działają znane Pani pokoleniu prawa – ani fizyczne, ani biologiczne, ani tym bardziej etyczne. Użyła Pani określenia „Planeta Śmierci” – myślę, że raczej powinno się ją nazwać Planetą Życia – ale życia w jego nagiej, brutalnej postaci, odartego z kultury, takiego, jakie ledwo przeczuwali w swych lękach Schopenhauer czy Nietzsche. Bo czy więźniowie jadący wiele dni bez jedzenia, którzy zaczynają ogryzać współwięźniów – najpierw tych martwych, potem tych konających, żywych, ale niemogących uciekać – czy oni zachowują się nienormalnie? 21 listopada 1942 roku przybył do Dachau pociąg wysłany ze Stutthofu jeszcze 15 listopada. Pociąg pełen poogryzanych trupów, podobnych opowieści jest w literaturze znacznie więcej. Jeden z naszych księży, Jan Przybysz, leżał w rewirze obok Rosjanina, który uratował się z tego transportu. Ks. Przybysz wspomniał po latach jak przebiegała ich rozmowa:

– Czy ty też jadłeś mięso ludzkie?

Odpowiedział spokojnie:

– Zjadłem jedną rękę i kawałek pośladka.

– Jak ci smakowało?

– Byłoby dość dobre, gdyby można było dostać trochę soli! (Cudem ocaleni, op. cit., s. 209).

Czasy pogardy – pogardy dla humanizmu, dla chrześcijańskiej słabości – odsłoniły czy raczej przypomniały, że człowiek to przede wszystkim zwierzę, mięso pragnące przeżyć. Pod naszym intelektem kryje się mózg gadzi, no może mózg mięsożernej, drapieżnej małpy… Wycofywanie się z kultury było odwrotnością procesu tworzenia ludzkiego świata: najpierw wycofywano się ze sfery sacrum, z wartości wyższych kultury w sferę ekonomii, potem i z tej sfery – w biologię. W końcu człowiek powracał do postaci fizycznej: z prochu powstałeś i w proch się obrócisz.

A teraz odpowiedzi.

1. Po tylu latach nie jestem w stanie stwierdzić, które z wierszy opowiadają o losach jednej, konkretnej osoby, a które pod jednym nazwiskiem zbierają doświadczenia kilku ludzi. W trakcie pisania, ponieważ działo się to poza Polską, nie posługiwałem się żadnymi książkami ani notatkami. Po prostu wypłynęło naraz ze mnie wszystko: wspomnienia matki, opowieści słyszane w dzieciństwie, książki. Eksplozja przeładowanego akumulatora. Dopiero po powrocie do Bytomia, przepisując wiersze na czysto, ze zdziwieniem odnajdywałem w nich echa książek znajdujących się w domowej bibliotece, czasem coś poprawiałem, czasem odnotowywałem źródło. Niektóre skojarzenia samego mnie zaskakiwały: na zakończenie cyklu (końcowy wiersz o Hoppem jeszcze nie istniał, powstał w listopadzie 1968 roku) napisałem jakby testament ocalonego księdza – jego słowa okazały się parafrazą egipskiej Księgi Umarłych12 – od siebie dodałem jako pointę tylko przekorne pytanie. W paru wierszach znalazłem przetworzone maksymy – rzymskie, a nawet wschodnie – jak ta o ziarnie pamięci i owocu smutku.

Zdarzało się też odwrotnie: motywy swoich wierszy odnajdywałem w później przeczytanych książkach. Ponieważ ich autorzy nie znali Głosów i ponieważ ja, pisząc Głosy, nie mogłem znać ich książek – widocznie te same historie poznałem z innych źródeł czy opowieści. Pewne jest tylko jedno: niczego nie zmyśliłem, bo były to rzeczy przekraczające wyobraźnię. Trudno powiedzieć, że jestem autorem tych wierszy. Raczej medium męczonym przez głosy.

2. Większość nazwisk i liczb zanotowałem jeszcze w 1968 roku w Buchenwaldzie; niektóre z faktów, co odnotowuję w przypisach, skorygowałem po latach. Niemniej ta pierwsza, najbliższa powierzchni ziemi warstwa poezji to w istocie notatki z Buchenwaldu. Autentyczne są nazwiska komendantów: Koch, Pister, sekretarz ich obu Schmidt, żona Kocha – Ilse; żyli również i kapo Jakub Ganzer, i Rapportführer Hermann Hofschulte – ten, który przeszedł do historii tylko dlatego, że 11 kwietnia 1944 roku wykrzyczał do esesmanów rozkaz opuszczenia obozu. Koch, jak wspomniałem, został powieszony w Buchenwaldzie; Lagerkommandant Hermann Pister został schwytany i otrzymał wyrok śmierci, ale umarł w więzieniu (28 września 1948). Nie wiadomo, czy ktoś mu nie pomógł.

Legendarna „Wiedźma z Buchenwaldu” – Ilse Koch – żyła długo, tyle, ile chciała. Po złapaniu została skazana na śmierć, lecz uwiodła amerykańskiego komendanta, zwolniono ją z więzienia ze względu na ciążę. W styczniu 1951 roku, pod naciskiem prasy, wróciła za kratki. Przed 61. rocznicą urodzin, we wrześniu 1967 roku, Kommandeuse popełniła samobójstwo w bawarskim więzieniu w Aicha. Było o tym głośno i w Polsce – co podobnie jak sprawa Oberscharführera Hoppego (zwolnionego przedterminowo 25 marca 1966 roku) mogło przyspieszyć dojrzewanie Głosów.

O autentycznym Schmidcie wiemy niewiele – między innymi wskutek popularności tego nazwiska. Wśród esesmanów było zbyt wielu Schmidtów. Do tego, aby zrobić z niego kronikarza z ambicjami literackimi, ośmieliło mnie to, iż wielu obozowych dygnitarzy było naprawdę ludźmi wysokiej kultury. Fakt, iż Koch grywał na fortepianie, nie stanowił wyjątku. W Pamiętnikach nauczycieli… (s. 213, 234) znalazłem na przykład informacje, iż Lagerführer obozu w Gusen, Johann Beck, był rzeźbiarzem, a szef obozowego gestapo, Hans Habenicht, pisał wiersze. Ba, kat Warszawy Dirlewanger miał doktorat! Najczęściej wspominany Hans Schmidt z Buchenwaldu, ten, na którego natrafiła Pani i na którym wykonano wyrok śmierci, to jeden z komendantów kamieniołomu – udowodniono mu kilkadziesiąt morderstw. „Mój” Schmidt to inna osoba. Był on „mordercą zza biurka”, człowiekiem kulturalnym, nawet sentymentalnym – oczywiście obie jego miłości wymyśliłem, potrzebne mi były takie dwa symbole jak Ilse (Do Elizy…) i Irmin. Propaganda – zarówno komunistyczna, jak humanistyczna – ułatwiała sobie zadanie, przedstawiając zbrodniarzy jako prymitywów i zboczeńców, tymczasem okazało się, że wysoki poziom wiedzy ani wysoki poziom wrażliwości na piękno nie gwarantują poziomu dobra. Mówiąc prościej: najwyższe wartości nie muszą się wiązać, problemem jest hierarchia. Ci, którzy znają Goethego i niemiecką legendę o Doppelgaengerze, wiedzą, że życie Schmidta jest od początku naznaczone śmiercią: kto zobaczy swego sobowtóra, musi umrzeć.

W swym apokryfie postanowiłem także utrwalić autentyczne nazwiska kilku lekarzy. Od roku 1940 służbą lekarską SS, a dodatkowo oddziałem patologii (Pathologische Abteilung) kierował Obersturmführer (po awansie – Hauptsturmführer) dr. Muller; zbrodniczymi „doświadczeniami” na więźniach kierował Oberstürmfuhrer dr. Erwin Oskar Ding-Schuler. Ding nie tylko wypróbowywał na więźniach gruźlicę i dur, ale również zatrute naboje, parzenie fosforem i palącym się kauczukiem. W tym przypadku także przypisałem postaci wiersza śmierć inną od śmierci pierwowzoru. W rzeczywistości dr. Ding, powiesił się, bądź został powieszony, 14 sierpnia 1945 roku w łazience szpitala wojskowego we Fresingu, dokąd przewieziono go z więzienia na operację wyrostka.

3. Nie muszę dodawać, że prawdziwe są nazwiska konspiratorów, tak niemieckich (Bartel, Kuhn, Eiden), jak radzieckich (Smirnow) czy polskich (Damazyn, Bakalarczyk, Sokolak); niektórzy z nich po wojnie po prostu dogorywali, niektórzy robili kariery partyjne. Nie uważam więc za nadużycie, iż kilku spośród komunistycznych karierowiczów stało się w moich wierszach uosobieniami demagogii i totalitaryzmu w ogóle. Paru byłym bohaterom obozu poprawiono po wojnie życiorysy na bardziej „czerwone”, na co na ogół ich właściciele przyzwalali. Do wyjątków należał „wieczny harcerz” Śniegucki, który zbierał podpisy w obronie Pileckiego. Wyrzucony ze stanowiska dyrektora, biedował latami jako magazynier. Buchenwaldzkie dzieje niemieckiej KPD czy naszej PPR „zrekonstruowane” po wyzwoleniu to opowieści s.f., pisane przez urżniętych na smutno biurokratów. Jeśli tych komunistów nie wprowadziłem jako bohaterów pozytywnych w czasach, gdy mogło mi to zapewnić karierę – nie uczynię tego i teraz.

Niektóre z postaci są bohaterami (lub antybohaterami) książki, niektóre są tylko „reflektorami”. Taką rolę odgrywają zarówno postacie noszące autentyczne nazwiska, jak i postacie literackie, wymyślone. Fikcyjnym zbiorem prawdziwych faktów jest notatnik Schmidta (który cytuje autentyczne dokumenty), fikcyjnymi zbiorami prawdziwych opowieści są butelki, w których Doktor Polak zakopuje fragmenty swojego pamiętnika. Wiadomo jednak, że po wyzwoleniu obozów podobne butelki wykopywano. Prawdopodobne, lecz przecież nieautentyczne są wypowiedzi na przykład Hofschultego czy księdza Nawrota; pierwszy z nich jako „nadczłowiek” lubuje się w opisach okrucieństwa, drugi przeciwstawia mu bohaterów dobra; obydwaj opisują zdarzenia, które naprawdę miały miejsce. Jeśli jednak ks. Nawrot został jedynie utrwalony jako „głos”, to życiorys ks. Jana jest czymś w rodzaju traktatu – sporu moralistyki z rzeczywistością. Jednym z pierwowzorów ks. Jana był zmarły w 1957 roku były więzień Buchenwaldu, proboszcz z Koźla Starego, ks. Jan Mele, „Śląski święty”. Inaczej niż zostało to przedstawione w Głosach, ks. Mele miał odszukać w Niemczech jednego z najokrutniejszych oprawców Buchenwaldu i – po chrześcijańsku mu przebaczyć. To – podobno – historia. Poezja jednak na to się nie zgodziła, estetyka narzuciła swą etykę – i ksiądz Jan musiał zginąć dwa lata wcześniej, po wykonaniu wyroku. Byłem raczej pisany niż piszący!

I na koniec: rzeczywiście Niemcy skazywali „wrogów Rzeszy” na ścięcie. W ten sposób zamordowali m.in. Władysława Planetorza, absolwenta mojej dawnej szkoły, Władysława Zarębowicza, byłego komendanta hufca Związku Harcerstwa Polskiego w Niemczech z Wrocławia, początkującego literata i dziennikarza „Nowin Codziennych” (rocznik 1918); Józefa Cygana – 19-letniego studenta ekonomii; Leona Powolnego, dyrektora banku Ludowego z Opola, działacza ZPwN; hcm. Józefa Pukowca – komendanta chorągwi śląskiej; byłych uczniów Polskiego Gimnazjum: Stanisława Czerwińskiego, Franciszka Krawczyka, Mariana Foremskiego; członkinie AK: Wandę Węgierską i Krystynę Wituską i wielu, wielu innych. 24 sierpnia w Dreźnie zgilotynowani zostali salezjanie z Poznania – Czesław Jóźwiak, Edward Kaźmierski, Franciszek Kęsy, Edward Klinik i Jarosław Wojciechowski, co dało początek legendzie, jakoby bombardowanie Drezna było karą Boga za tę właśnie zbrodnię. Możemy w to nie wierzyć, jednak winniśmy odróżniać nie tylko biologicznie (liczba ofiar), ale także etycznie bombardowanie Drezna od bombardowania Warszawy. W pierwszym przypadku zginęli ludzie z narodu, który poparł Hitlera i wojnę, który korzystał z pracy niewolniczej a więc z narodu kata; w drugim przypadku mamy do czynienia z narodem podbijanym, z rzeczywistą ofiarą. Odrzucanie etycznego wymiaru tych zdarzeń (a robią tak i nasi poprawni politycznie uczeni, na przykład prof. Maria Janion) oznacza po prostu odrzucenie ich ludzkiego wymiaru, redukcję historii do biologii, do walki gatunków i ras. Odwet jest przywróceniem sprawiedliwości, wyrównaniem – przebaczenie bywa premią za zbrodnie.

B.

Hanna Urbankowska, Szturm na bramę KL Weimar-Buchenwald

LIST VII

Bohaterowie oryginalni i „posklejani” • Mila a Müller • Abraham Bomba • Księża • Marian Batko • Tajne nauczanie na Kicu • Mitas • Korekta mitu o Judaszu: Mudry i Junosz • Ganzer, Szaweł i św. Paweł • Leichenheizer Dimko, Wyzyskiwacz i inne aluzje • Obozowy Ruch Oporu • Wyjaśnienie tajemnicy różańca o. Kolbego • „Szary”

Szanowna Pani!

Tak! Czasami byłem przekonany, że jakąś postać wymyśliłem, powiedzmy „skomponowałem” z kilku życiorysów. Potem sięgam po jakąś książkę i okazuje się, że ktoś taki naprawdę żył.

1. Na przykład Filip Mila, który w pierwszej redakcji nosił inne nazwisko. Wydawał mi się monstrum sklejonym z kawałków kilku więźniów z buchenwaldzkiego Sonderkommando. A ja wydawałem się sobie doktorem Frankensteinem – co nie jest złą metaforą, kiedy mówimy o pisarzach. Okazało się jednak, że podobne losy przeżyli również więźniowie Auschwitz. W Wyznaniach spod szubienicy, Autobiografii Rudolfa Hössa komendanta obozu oświęcimskiego, znajdujemy fragment o „pracy” Sonderkommando: Zdarzało się, iż Żydzi z Sonderkommando napotykali wśród trupów zwłoki swoich najbliższych lub wśród idących do komór gazowych (…). Jeden taki przypadek sam widziałem. Przy wyciąganiu zwłok z komory jeden z członków Sonderkommando stanął jak wryty, następnie jednak wraz z towarzyszem wyciągnął zwłoki. Spytałem kapo, co się stało. Stwierdził on, iż ten Żyd znalazł wśród zwłok własną żonę. Obserwowałem tego Żyda jeszcze przez pewien czas, nie zauważyłem jednak nic szczególnego. Nadal wyciągał zwłoki. Gdy jakiś czas później ponownie przyszedłem do tego komanda, siedział on między drugimi i jadł, jak gdyby nic się nie stało (Warszawa 1989, s. 149).

Podobny, bardziej rozwinięty wątek pojawił się też w filmie Shoah. Trafiamy tam na opowieść oświęcimskiego fryzjera, Abrahama Bomby, o znajomym palaczu zwłok, który odprowadził do gazu żonę i siostrę. Postać ofiary upodobniającej się do oprawców znalazła pierwowzór w postaci Filipa Müllera (nr 29 236), „fachowca” (Leichenheizer!) z oświęcimskiego Sonderkommando, który od przywózki w kwietniu 1942 roku lojalnie przeżył obóz (nie wziął udziału w buncie 7 października 1944), ba, nie został zlikwidowany – jak większość niewygodnych świadków. Jego zeznania przed sądem w Pradze (w sprawie dra Thümmlera, przewodniczącego sądów doraźnych) były sensacją 1967 roku. Zapewne o nich słyszałem, choć w chwili pisania Głosów nie zdawałem sobie z tego sprawy. Najpierw dałem mu nazwisko Müllera, potem, żeby nie wprowadzać zamieszania kilku identycznymi nazwiskami, trochę je „odpodobniłem”, a właściwie zapisałem tak, jak było wymawiane.

2. Sylwetki księży. Postacią autentyczną był ks. Władysław Demski (1884‒1940), wychowanek Liceum Hosianum w Braniewie i Seminarium Duchownego we Fromborku. Zmuszony przez Niemców do opuszczenia Warmii, został wikarym NMP w Inowrocławiu i profesorem Państwowego Gimnazjum. 2 listopada 1939 roku aresztowany jako polski działacz, został zakatowany w Sachsenhausen (24 maja 1940) za to, że nie chciał podeptać różańca13. Imię Józef dostał nie przez pomyłkę, ale dla upamiętnienia podobnego bohatera: ks. Józefa Pawłowskiego z Kielc, który zginął w Dachau zatłuczony przez esesmana, gdy odmówił podeptania krzyżyka (J. Kosiński, op. cit., s. 96). Podobny heroizm wykazał ojciec Kolbe, któremu esesman kazał podeptać podobiznę Matki Boskiej. Za odmowę został zmasakrowany styliskiem od łopaty. Esesman opluł i podeptał obrazek, krzycząc: Niech mnie teraz wasz Bóg ukaże! Jeszcze później dowiedziałem się o księdzu Józefie Kowalskim, który zginął w Auschwitz 4 lipca 1942 roku za odmowę podeptania różańca. Utopiono go w beczce z fekaliami. Wiem, że powinienem napisać o każdym z tych przypadków.

Wzmianki o niektórych bohaterach uległy presji legendy, a właściwie to ja jej uległem. Zaczęło się od księdza Nawrota. To przedwojenny katecheta mojego dawnego gimnazjum – „narzucił” mi się, choć nie zginął w Buchenwaldzie, tylko w Dachau. Po prostu nie mogłem nie umieścić go wraz z innymi nauczycielami mojej szkoły – Olejniczakiem czy Józefczakiem. Wśród buchenwaldzkich bohaterów znalazł się „ksiądz Mieczysław”. To postać, w której połączyłem dwie ofiary Sachsenhausen. Ich losy opisał o. Henryk Malak. „Zmartwychwstanie” przytrafiło się ks. Mieczysławowi Skoblewskiemu z Inowrocławia – został za to zatłuczony pałą. Natomiast ks. Wąsowicz – proboszcz z Brudni, który mimo ciągłego bicia również nie chciał umrzeć – na rozkaz podoficera SS Schuberta został w końcu powieszony przez starszego bloku „Zielonego” Bertolda. Zielonym trójkątem oznaczani byli więźniowie kryminalni. Do buchenwaldzkich bohaterów został dołączony ksiądz Lichtenberg, który nie umarł w tym obozie, lecz w transporcie do Dachau. Natomiast bohaterowie cyklu o Auschwitz – Dering, Morawski, Pilecki, Bandler i inni – zostali obdarzeni losami autentycznych postaci. Myślę, że przypisane im wypowiedzi do tych losów pasują.

3. Pewne kłopoty miałem z postacią wspominanego już Mariana Batki. W „ludowej” Polsce, nie znając zbyt dokładnie jego biografii, czczono Batkę na różnych akademiach. Gdy któryś z politruków ją poznał – wykreślono Batkę, i to tak starannie, że niemal przestał istnieć. Ponieważ jeszcze w Bytomiu słyszałem jego nazwisko wymieniane jednym tchem z nazwiskami Olejniczaka, Józefczaka, księdza Nawrota – byłem pewien, że też był przedwojennym nauczycielem z mojej szkoły, a potem został wywieziony do Buchenwaldu. I że tam poszedł na śmierć za jednego z naszych uczniów. Dlatego „pasował” mi na bohatera tomiku. Potem dowiedziałem się, że był nauczycielem z Chorzowa. Miasto to sąsiaduje z Bytomiem, więc nadal nie ulegało dla mnie wątpliwości, że zginął w tym samym obozie co nasi nauczyciele.

Po wyjeździe do Warszawy, podczas studiów nieoczekiwanie usłyszałem znów o Batce. W akademiku na Kickiego pod firmą „seminarium poetyckiego” prowadziliśmy tajne „komplety”, na które zapraszaliśmy czasem najbardziej godnych zaufania wykładowców. Bywał sam Tatarkiewicz, także prof. Dąbrowski, Jakimowicz, Kuczyński – ten ostatni był jako chłopak u Hedy – „Szarego”; z pedagogów – Aleksander Kamiński (ten od Kamieni na szaniec), z którym robiliśmy nawet tajne pisemko… Jednym z najbardziej zaufanych był filozof, doc.Tadeusz Płużański – „adiutant” Pileckiego, skazany w jego procesie początkowo na śmierć (przesiedział 73 dni w celi śmierci!). Otóż Płużański także mówił nam o Batce – i to jako o więźniu Buchenwaldu. Osobiście nigdy go nie widział, siedział w Stutthofie – i to wyjaśnia jego omyłkę. O tym, że Batko pochodził z Krakowa i że zginął w Auschwitz, usłyszałem kilkanaście lat po napisaniu Głosów – ale jakoś mnie to nie poruszyło. Było to w roku 1981. W 40-lecie śmierci Batkę przypomniała śląska Solidarność. Przypomniano też fakt, że był ochotnikiem w wojnie z najazdem bolszewickim, że należał do ZWZ14 – to właśnie były powody wykreślenia go przez komunistów z kultury. Po wprowadzeniu stanu wojennego komuniści znów go wykreślili, ale w roku 1986 nagle postanowili go przypomnieć – nie bez podtekstu. Wydano okolicznościową broszurkę, w której udział Batki w wojnie z bolszewikami pominięto, za to pisząc o jego śmierci 27 kwietnia 1941 roku, dodano mało elegancki wtręt: [Batko] oddał życie za innego więźnia, 16-letniego Mieczysława Pronobisa. W trzy miesiące później podobną ofiarę z życia złożył inny więzień ojciec Maksymilian Kolbe. Gdy obalono komunizm, niektórzy działacze postanowili wziąć odwet na Batce. Zakwestionowano fakt jego ofiary, nie brakło ludzi, którzy przy tej okazji sami próbowali zdobyć rozgłos. Potem emocje się wyciszyły. Prawdziwość ofiary Batki potwierdza zresztą zapis w księdze bunkra w Auschwitz, nazwisko chłopca, za którego ofiarował życie, jest mniej pewne. Jeśli był to Mieczysław Pronobis, to raczej nie był dawnym uczniem Batki. Na pewno jednak był jednym z najmłodszych więźniów politycznych, harcerzem z pierwszego (tarnowskiego) transportu do Auschwitz. I na pewno należy mu się nasza pamięć. Dlatego pozostawiłem jego „głos” tak, jak go usłyszałem po raz pierwszy.

4. Nie chciałem, aby tomik rozpadał się na chaotyczne „głosy”, łączyłem wiersze w cykle – w opowieści o konkretnych bohaterach czy antybohaterach.

Takim antybohaterem jest unterkapo z karnej kompanii w Birkenau, wspominany w którymś z listów Mitas. W kilku relacjach występował pod przezwiskiem „Poznaniak”. Oparta na wielu przekazach jest historia zdrajcy – majora Mudrego, oraz drugiego, który uciekł w śmierć – „Junosza”. Bohater, którego tak nazwałem, nosił nazwisko niemieckie lub żydowskie, co gorsza przypominające postać dość dzisiaj popularną. Jego historię opowiedziała mi przed laty p. Krawczykowa. Uznałem, że nie będzie nadużyciem, jeśli – dla „uczczenia” paru naszych renegatów – zrobię z niego pełnej krwi Polaka, który nazwiskiem kojarzy się z postacią Judasza. Wyszła z tego trochę przypadkowo, korekta: mit o Judaszu, któremu udało się umrzeć przed zdradą. Korekcie zupełnie świadomej poddałem losy Pawła Ganzera, oprawcy „śpiewających koni”. Nie wiem, na ile przekonywające jest jego nawrócenie, ale precedens znamy przecież i uznajemy: przemiana Szawła w Pawła. Jest zresztą faktem, że w lagrach odnotowywano przypadki nawróceń, na przykład 27 czerwca 1941 roku ks. Józef Wybraniec ochrzcił w karnej kompanii w Auschwitz Żyda, byłego kapo, który został zamordowany tego samego dnia15; a w maju 1942 roku ks. Józef Gołąb ochrzcił w Buchenwaldzie wiedeńskiego lekarza Izaaka Schaffera, który przybrał imię Paweł16. Dlaczego wybrał takie imię? Czy jego poprzednie życie przypominało przeszłość Saula z Tarsu? Nie wiem. Nie znam też dalszych losów Ganzera. Według jednego z przekazów „śpiewające konie” wymierzyły mu okrutną sprawiedliwość, według innego – wyjechał do Argentyny jak wspominany już Schindler, a w końcu wylądował w Izraelu. Żadna z tych wersji nie jest pewna, pierwsza wydaje się pobożnym życzeniem. W moich wierszach Ganzer też „znika” – zostaje przemieniony w księdza i ginie jako kolejny z męczenników, którzy nie chcieli podeptać symbolu swojej wiary. Autentyczną postacią był rabin Bär-Treuer – przyjechał z Wiednia na stanowisko rabina do Tarnowa, gdzie został aresztowany i zesłany do Auschwitz, stamtąd do Buchenwaldu. W obozie wpadł w depresję, podobno stracił wiarę. Opis śmierci jest fikcją literacką, według jednego z przekazów czaszkę zgruchotał mu kalefaktor bunkra śmierci, „gruby Jakub”, według innego, bardziej moim zdaniem prawdopodobnego, został uśmiercony zastrzykiem przez nadzorcę bunkra w Buchenwaldzie.

5. Niektóre nazwiska miały niemal anegdotyczny, dziś nieczytelny rodowód. Po hecach moczarowskich w Marcu 1968, jakoś tak podczas naszych protestów, Wolna Europa podała, że organizator prowokacji, szef milicji, to żaden polski „Wallenrod”, żaden Moczar, tylko agent, Ukrainiec – Oleg Demko. Kiedy w sierpniu pisałem Głosy – z ogromną uciechą wsadziłem go jako ukraińskiego palacza zwłok do obozu. Nie muszę dodawać, że na wielu wieczorach ten wiersz dostawał największe oklaski. Gdy WE skorygowała jego nazwisko na „Dimko” – zrobiłem to w swoim tomiku. Do ideowych doszły zresztą powody prywatne. Za antymoczarowski artykuł Faszyzm – Literatura – Życie wyleciałem z pierwszej w swym życiu pracy. Artykuł był wprawdzie aluzyjny, ale… donosiciele są nawet wśród poetów. Podobny rodowód miało jeszcze kilka postaci, dumny byłem także z „donosów”, które były parodią języka komunistycznej propagandy. Rzecz jasna wtedy takie wiersze spełniały funkcję polityczno-satyryczną, potem dopiero informacyjną, dziś jest odwrotnie, raczej informują o ówczesnych nastrojach, niż bawią. Mógłbym je zastąpić przypisami, pozostawiam je z sentymentu (Jednak mój „wyzyskiwacz” zrobił karierę w studenckim środowisku!). A jeśli któryś z dawnych treserów młodzieży na nie trafi, jeśli Schaff albo Bauman rozpozna w wierszu fragment swojego wykładu – poczuję radość, jakbym znowu miał dwadzieścia parę lat.

6. Gdyby – odwracając pomysł mojego „Harry’ego Kuhna” – przyjąć, że co dwunasty buchenwaldczyk był bohaterem albo przynajmniej człowiekiem prawym – by oddać im wszystkim sprawiedliwość, musiałbym stworzyć tom liczący 20 tysięcy utworów. Musiałem dokonywać wyboru, łączyć kilka postaci w jedną – czasem nie byłem pewien, komu ostatecznie poświęcić wiersz, a czyją działalność odnotować tylko w przypisie. Dwa utwory dopełnić trzeba będzie przypisami. Doktor Polak to przezwisko, jakim więźniowie nie-Polacy obdarzali czasem Gadzińskiego, ale także autentyczne nazwisko młodego poety i dziennikarza, Edmunda Polaka. Przeszedł przez Oświęcim i Buchenwald, po wyzwoleniu napisał Dziennik buchenwaldzki. Ten fakt podsunął mi myśl, by z Gadzińskiego także zrobić kronikarza – tyle że zakopującego w ziemi notatki umieszczane w butelkach. I drugi: Władek – Student. Maturzysta z pierwszego rocznika mojej szkoły, student filozofii w Królewcu, Władysław Planetorz. Wywodził się z zasłużonego dla polskości rodu osiadłego w Ciskach pod Koźlem. Po roku 1939 organizował harcerski ruch oporu od Bytomia po Opole, Koźle i Racibórz – rodzinnej miejscowości nie pomijając. Po aresztowaniu więziony w Buchenwaldzie, następnie – ścięty w Berlinie (Studia Śląskie t. II, Opole 1959, s. 204); według innej relacji zakatowany w twierdzy kłodzkiej (Wspomnienia Opolan, t. II, s. 55, 90). W Buchenwaldzie został zamordowany brat Władysława Planetorza, Damian; obóz przeżył ich ojciec – Józef (zm. 1956). I wszystko byłoby proste, gdyby nie to, że przypisana mu „mapa” (legenda) powstawała z myślą o innym uczniu mojej szkoły – o Pałaszu. Zrezygnowałem z tego tytułu – nazwiska, bo nie miałem pewności, jak skończyły się wojenne losy rodziny Pałaszów. Mój bohater ginie ścięty toporem. Pałaszowie chyba przeżyli, tylko jeden, niezbyt pewny przekaz mówił o obozie, inny o robotach w głębi Rzeszy – tak czy inaczej, zatytułowanie wiersza o zamordowanym uczniu nazwiskiem Pałasza narażało mnie na zarzut wymyślania fikcyjnych ofiar. Niech więc zostanie Planetorz, a raczej Władek – Student.

Podchorążowie „Wiktor” i „Wilczek” także mają swe autentyczne pierwowzory. Wiktor Gorzołka (ur. 16 marca 1908 w Łabędach), harcerz, przewodniczący Związku Polskiej Młodzieży Katolickiej w Niemczech – według oficjalnej wersji zginął podczas alianckiego nalotu 24 sierpnia. Harcerz „Wilczek” ma kilka pierwowzorów. Prócz wspomnianego w przypisie przyjaciela i współpracownika Gorzołki, Antoniego Wilczka, który pracował w banku, działał w spółdzielczości i był jednym z animatorów kultury (zespoły teatralne, śpiewacze), na jego postać złożył się harcerz z Bytomia, drużynowy Teofil Wilczek, oraz działacz młodzieżowy ZPwN z Raciborza, 25-letni Gerard Wilczek. W Buchenwaldzie więziony był także Przewodniczący Towarzystwa Młodzieży Polskiej z Budzisk, Alojzy Wilk, były uczeń mojego Gimnazjum Polskiego w Bytomiu. Został on przewieziony do Oranienburga i tam zamordowany. Dlatego w pierwszej wersji Głosów chorąży „Wilczek” ginął w walce 11 kwietnia. Tu jednak ciśnienie historii zwyciężyło: zbyt wielu ludzi wiedziało, iż „Wilczek” miał na imię Antoni, był jednym z dowódców ataku 11 kwietnia w Buchenwaldzie, po wojnie – działaczem spółdzielczym związanym z PAX-em. Na marginesie warto odnotować, iż pod parasolem tej organizacji schroniło się wielu dawnych powstańców śląskich i buchenwaldczyków. Mieli oni swe koło w Bytomiu, w klubie PAX-u przy ulicy Witczaka, i wielu z nich tam właśnie poznałem.

7. Wracając do nalotu: 24 sierpnia 1944 roku zginęło w Buchenwaldzie wielu polskich przywódców: Stanisław Olejniczak – nauczyciel Gimnazjum Polskiego w Bytomiu, Stanisław Witczak – sekretarz Zjednoczenia Zaw. Robotników Śląska Opolskiego, Wawrzyniec Świerzy – dziennikarz, przewodniczący „Sokoła”, działacze harcerscy: Jerzy Sztorc z Łodzi, Antoni Bodzek i wielu, wielu innych. Niektórzy buchenwaldczycy, z którymi rozmawiałem, twierdzili, że Niemcy wykorzystali nalot, by wymordować przywódców polskiej mniejszości Śląska. Świadkowie potwierdzili jedynie śmierć Sztorca, który wynosił rannych kolegów z płonącej hali i został przywalony stalowymi stropami. Po śmierci Gorzołki, Sztorca i Bodzka pozostali harcerze urządzili jedyną w dziejach Buchenwaldu defiladę. Głównymi organizatorami byli Kachel i Śniegucki, który zresztą maszerował w pierwszej piątce.

O tym ostatnim trzeba dodać jeszcze dwa zdania. W Auschwitz zetknął się z Rajmundem Kolbem, czyli z legendarnym „Ojcem Maksymilianem”, który współpracował z obozową konspiracją – zbierał jedzenie, wygłaszał pogadanki o książkach i o swoich podróżach. Przeczuwając śmierć, o. Kolbe przekazał Śnieguckiemu swój różaniec (który otrzymał w Watykanie za stworzenie Niepokalanowa w Japonii) – z prośbą, by po wojnie (Ty przeżyjesz!) przekazał go – według własnego uznania – któremuś z duchownych. Śniegucki – mimo iż sam stracił wiarę – przeniósł różaniec przez obydwa obozy i przekazał go ks. Włodzimierzowi Ławrynowiczowi – „Robakowi”. Ksiądz Ławrynowicz pomimo inwalidztwa (ranny jako ochotnik w obronie Warszawy w 1939!) – był kapelanem oddziałów partyzanckich AK w lasach Mazowsza.

8. „Szary”. Pseudonim dość częsty w polskim podziemiu – nosił go m.in. dowódca Powstania Antysowieckiego w Górach Świętokrzyskich, wspominany już Antoni Heda, który w sierpniu 1945 roku rozbił więzienie sowieckie w Kielcach. W Głosach kryje się pod tym pseudonimem trzech bohaterów: 1) Józef Bakalarczyk (autentyczny buchenwaldczyk – zdobywca jednej z wież), 2) pułkownik Stamirowski, który nigdy w Buchenwaldzie nie przebywał, 3) nieznany spiskowiec.

Stamirowski budował w okupowanej Polsce konspirację piłsudczykowską skupioną wokół Rydza-Śmigłego – po jego powrocie do Polski. Nazywało się to OPW – Obóz Polski Walczącej. Podobnie jak w ZOW Pileckiego była w tej nazwie aluzja do POW – do jej działalności i legendy nawiązywali. Gestapo wpadło na trop OPW podobno dzięki pomocy polskich komunistów (mieli specjalny wydział, który przekazywał Niemcom dane o polskiej konspiracji, na czele stał niejaki Nowotko). Po aresztowaniu Stamirowski organizował konspirację w Auschwitz. Torturowany próbował sobie podciąć żyły, co skończyło się amputacją ręki. Mimo kalectwa potrafił działać, nawet kierować obozową konspiracją. Niemcy zachowywali go przy życiu, licząc na to, że pod wpływem tortur ugnie się i w końcu zacznie „sypać”. Stamirowski do końca się nie załamał, nikogo nie wydał. Zginął rozstrzelany przez Niemców.

O tym, że połączyłem te sylwetki zdecydował przypadek. W Buchenwaldzie widziałem rysunek przedstawiający atak na wieżę: dowódca – prawdopodobnie nasz Bakalarczyk – miał tylko jedną, uniesioną do góry rękę, z granatem czy z pistoletem, nie pamiętam. Czy drugiej ręki nie miał, czy artysta nie zdążył jej dorysować – trudno powiedzieć. Ponieważ Stamirowski był jedynym więźniem, o którego kalectwie wiedziałem – skojarzenie nastąpiło automatycznie: myśląc o „Szarym” – widziałem go prowadzącego atak i… mającego, jak na tym rysunku, jedną rękę. Po tej scenie nie widziałem go już nigdzie. Nie wiem, czy popełnił samobójstwo, czy może walczył tak brawurowo, aby popełnić je rękami wrogów. Zniknął – tak jak zapowiedział w jednym z wcześniejszych wierszy.

Trzeci „Szary” to tylko pseudonim nieznanego z nazwiska spiskowca17, który ktoś, omawiając buchenwaldzką konspirację, wymienił – a ja zapamiętałem, dlatego że kojarzył mi się z naszym Hedą. Tytuł tego wiersza też zresztą zmieniałem: w pierwszym wydaniu, nie wiedząc, czy wybrać Bakalarczyka, czy Stamirowskiego, zrobiłem z niego syntetycznego „majora Langego”; w następnym, przez niedopatrzenie tekst, który miał być podpisany „Bakalarczyk” ukazał się pod nazwiskiem „Dering” i odwrotnie. Nikt tego nie zauważył, nawet ja.

Przygody z nazwiskami uświadomiły mi w końcu, iż tak naprawdę, to są one dla mnie drugorzędne. Chodziło tylko o ich przypomnienie, o przywołanie ich do życia. Apel poległych – bo należy im się nasza pamięć. Natomiast jeśli chodzi o poglądy, to oczywiście ważne były racje, które musiały zostać wypowiedziane, jeszcze ważniejszy jednak był „komplet” tych racji. Dopiero suma poglądów stanowi jakąś prawdę czasu. Podsuwało to dosyć dramatyczną definicję filozofii: teoria chaosu. A może nawet metateoria próbująca uporządkować „systemy”, próbując uporządkować chaos. To znaczy, że filozofia tradycyjna już nie wystarcza, bo – usiłując dojść do rzeczywistości – więzi badaczy w swoim systemie językowym. Aby przybliżyć się do prawdy, filozofia musi – paradoksalnie – oddalić się i przejść na stopień metafilozofii – tak w synchronicznym, jak diachronicznym sensie. Wymaga to oczywiście wiedzy, co oznacza przepracowanie własnej postawy na bardziej otwartą, daleką od fanatyzmu. A błędem wszystkich filozofów jest to, że są fanatykami własnych poglądów. Podczas dyskusji radiowej po otrzymaniu przeze mnie nagrody za Głosy jeden z dyskutantów dopatrzył się w moich wierszach heglizmu, inny dojrzał w nich wiarę w śmiertelność duszy indywidualnej i w nieśmiertelność zbiorowej, co kojarzyło mu się – nieco ryzykownie – ze św. Tomaszem. Wypomniałem im żartobliwie, iż jakoś nie zauważyli, że jest to Duch Czasu tak wewnętrznie skłócony, że porozrywany na strzępy, kłębiący się jak chmury.

B.U.

PS Proszę pamiętać, że agnostycy też mogą być pesymistami i optymistami. Pesymistom grozi choroba zwana solipsyzmem. Sytuację optymistów ilustruje znana anegdota o jaskini: coś jednak rzuca cienie – więc istnieje.

Maurycy Bromberg, Oświęcim. Przy walcu

LIST VIII

Fabryka Buchenwald w liczbach, markach i trupach • Dygresja o klęsce Polski • Durchgangslager (obóz przejściowy) Pruszków • Komory gazowe • Warszawa

Szanowna Pani!

Łagodniejsze (niż np. w Auschwitz) traktowanie buchenwaldzkich więźniów łączyło się z bardziej racjonalnym ich wykorzystywaniem do pracy w Gustloff-Werke, DAW18, Junkers i innych zakładach. Tak! Junkers, który dziś robi lodówki czy pralki, produkował wtedy samoloty. Weimar-Buchenwald był bodaj najsprawniejszym zespołem przemysłowym wykorzystującym pracę niewolniczą. Zasada była prosta: do trzech miesięcy (przy minimalnym wyżywieniu) zysk z pracy więźnia przekraczał koszt utrzymania. Potem spadała wydajność, dochodziły koszta leczenia; bardziej opłacało się zlikwidować wyczerpaną, a zatrudnić świeżą grupę więźniów. Z grupy likwidowanej można jeszcze pozyskać: mączkę kostną do pasz, włosy (materace, kombinezony) i tłuszcz średniej jakości (mydło). W ostatecznym rachunku głównym produktem okazywała się śmierć.

Właścicielem wynajmowanych niewolników była organizacja SS jako firma. Największa liczba więźniów przebywających jednocześnie w obozie wynosiła 89 134. Rekord ten padł 6 października 1944 roku19.

Dane o zyskach, jakie wypracowywali ci więźniowie, są wyrywkowe – władze obozu spaliły większą część dokumentacji, z jej resztek dowiadujemy się, że na przykład 31 października liczba kobiet wyniosła 20 721, w tym 6128 Polek. Październik był miesiącem rekordowym także pod względem finansowym. SS zarobiło 8 354 994 RM i 10 pf. za pracę mężczyzn (324 806 dniówek fachowców i 1 658 401 sił pomocniczych) i 1 945 364 RM za pracę kobiet, tj. za 20 485 dniówek.

W przywoływanej już pracy Czarneckiego i Zonika został przedrukowany rozkaz szefa gestapo, Heinricha Müllera z 17 grudnia 1942, którego początek stanowi ekonomiczny klucz do rozszyfrowania istoty „przodujących ustrojów” XX wieku:

Z ważnych powodów wojennych, których nie będzie się w tym miejscu wyłuszczać, Reichsführer SS i szef niemieckiej policji rozkazał w dniu 14.12.1942 roku, aby najpóźniej do końca stycznia 1943 dostarczyć do obozów koncentracyjnych co najmniej 35 tysięcy więźniów zdolnych do pracy (s. 149). W dalszym ciągu rozkazu następowały bardziej szczegółowe instrukcje mówiące, nie tylko pod jakimi pretekstami wyłapywać przyszłych robotników, ale i nakazujące zachowanie najkonieczniejszych formalności. Chodziło o to, by łowy na niewolników miały pozory działania zgodnego z prawem.

Podobnie postępowano, jak wiemy, w ZSRR, gdzie sądy wysyłały masowo ludzi do łagrów – przeważnie za działalność przeciwko ustrojowi. Mieściły się w tym paragrafie i drobne kradzieże, i opowiadanie dowcipów politycznych. Łagry stanowiły robotniczą bazę budowy kolei, kanałów syberyjskich i kopalń.

Ustrój oparty na pracy niewolniczej okazywał się najbardziej wydajny. Po wojnie największą sprawność wykazał w Chinach i Korei Północnej; w Polsce nie było to zjawisko tak horrendalne – żartowaliśmy nawet, że nasz ustrój to totalitaryzm łagodzony powszechnym bałaganem. Ale i tak „speckomisja” dowodzona przez Romana Zambrowskiego (polski odpowiednik „czerezwyczajki”) wydała około 460 tysięcy wyroków, z tego ponad 196,5 tysiąca skazujących na pracę w polskich (a raczej komunistycznych) łagrach.

I teraz to, od czego powinienem był zacząć: Polska, która była pierwszą ofiarą napaści Niemiec i która po wojnie znalazła się w obozie zwycięzców, a nawet otrzymała „rekompensaty” terytorialne – w rzeczywistości przegrała tę wojnę pod każdym względem. Straciła suwerenność – zaczęli nią rządzić ambasadorowie ZSRR i namiestnicza grupa PPR (potem jako PZPR); obszar zmniejszył się z 388,63 tys. do 312,68 tys. kilometrów kwadratowych. Polacy, może obok Rosjan, ale także z rąk Rosjan ponieśli największą liczbę ofiar. Polska miała przed II wojną 37 milionów obywateli – w tym trochę ponad 3,5 mln wyznania prawosławnego, ponad 3 mln wyznania mojżeszowego i ponad 0,5 mln ewangelików (Polacy na Śląsku i Zaolziu, także Niemcy na Śląsku i Pomorzu) – ale wszystko to byli obywatele polscy, wszyscy mieli takie same prawa. Po wojnie, w roku 1946 – już po powrotach z Niemiec i przymusowych „repatriacjach” z ZSRR (w sumie ponad 3 mln) – Polska liczyła 23,5 mln mieszkańców. Różnica wynosi 13,5 miliona! Większość z nich zamordowano. Nie jest prawdą, że w latach późniejszych jakieś masy Polaków czy Żydów powróciły do Polski z ZSRR. W 1950 kraj nasz liczył 25 milionów mieszkańców, w 1955 – 26,7 (różnica do przedwojnia nadal ponad 10 milionów!); 1960 – 29,8 mln. Cyfry te dokumentują zwyczajny, w każdym tego słowa znaczeniu „naturalny” przyrost; udział reemigrantów w tym procesie był niewielki.

Udział Niemców i Rosjan w likwidowaniu żywiołu polskiego Polaków był zbliżony20. Zbrodnią urastającą do miary symbolu było zamordowanie, bo inaczej tego nazwać nie można, Warszawy przez Niemców, przy zbrodniczej bierności Rosjan stojących na drugim brzegu Wisły. Lewobrzeżna część stolicy liczyła (po wywiezieniu Żydów z getta w 1942, a przed Powstaniem Warszawskim) ponad milion mieszkańców, trwała jednak powolna eksterminacja, Niemcy stworzyli Konzentrationlager Warschau. To jeden z najmniej znanych obozów. Do dzisiaj nie wiadomo, ilu Polaków w nim zgładzono. O jego organizacji krążyły tylko pogłoski, na ślad trafiłem pośrednio – w Dzienniku Buchenwaldzkim Edmunda Polaka, który pod datą 19 lipca 1943 odnotował: Z KL Buchenwald do Warszawy odszedł transport 300 więźniów w przypisie zaś dodał: Miał powstać Konzentrationlager Warschau (s. 162). Więźniowie byli zapewne zatrudnieni przy urządzaniu obozu, może jako pierwsi funkcyjni. Następnych więźniów brano głównie z łapanek i z więzień Warszawy – ilu ich wzięto – nie wiadomo. Potem, podczas Powstania, Niemcy zgładzili około 200 tysięcy – masowe rozstrzeliwania na Woli w czasie pierwszych sześciu dni walk pochłonęły 50 tysięcy ofiar, jeszcze więcej zginęło na Starym Mieście. Kilkanaście tysięcy mężczyzn wywieziono z Pragi i podwarszawskich miejscowości, około 15 tysięcy powstańców wzięto do niewoli. Po upadku Powstania zaczęło się rabowanie i wypalanie opuszczonego miasta. Warszawa zamieniała się w grobowiec.

Los wypędzanych warszawiaków nie jest pewny. Już od 6 sierpnia koncentrowano ich w dulagrze 121 w Pruszkowie i stąd wywożono do Auschwitz i innych obozów. W okresie sierpień – październik 1944 przez dulag przeszło około 500‒650 tysięcy więźniów, około 50 tysięcy z nich – uznanych za ukrywających się AK-owców – wywieziono do więzień; większość przetransportowano do lagrów i na roboty przymusowe, jakiś procent, zwłaszcza starszych, zwolniono. Potem jednak wyłapywano ich znowu – wraz z tymi, którym udało się uciec, i tymi, którzy udzielali im schronienia. Wiem o tym z rodzinnego doświadczenia – matka po ucieczce z obozu ukrywała się ze mną w Górach Świętokrzyskich, nawet musiała opłacać się szmalcownikom. Wśród „pijawek” był i polski chłop, i Żyd – dowódca „partyzanckiego” oddziału, podobno nawet przystojny. Obóz w Pruszkowie istniał do 16 stycznia 1945. Od końca sierpnia 1944 więźniów i więźniarek z dulagu używano jako żywych tarcz pędzonych przed niemieckimi czołgami na powstańców; od września polscy więźniowie „czyścili” Warszawę z rzeczy nadających się do wywózki i oczywiście z zabytków muzealnych. Wywieziono tysiące wagonów. „Oczyszczone” domy palono, pracujących przy tym więźniów rozstrzeliwano w ruinach. Dzieje nowożytne nie znają drugiej takiej zbrodni. Dlatego odbudowa Warszawy po wojnie miała znaczenie symbolu. Moja matka jeździła z Bytomia na takie akcje, raz nawet wzięła mnie ze sobą. Oczywiście niewiele pomogłem, przeniosłem parę cegieł, ale liczył się symbol. Podobno nawet zostałem sfilmowany i obfotografowany.

Liczbę warszawiaków ocalałych z zagłady szacowano na 50 tysięcy, co oczywiście wzięte było z sufitu. Większość rodzin AK-owskich kryła się po Ziemiach Odzyskanych, podawała nieprawdziwe dane – bo za samą przynależność do AK groziło więzienie, nawet Sybir. Za zamordowanie Warszawy nikt nigdy nie odpowiedział.

Na zakończenie chcę wrócić do ostatniego z tematów poruszonych w Pani liście. Nie bardzo wiem, jak wydawcy wyobrażają sobie napisanie jakiegoś „streszczenia” czy „wprowadzenia” na ostatnią stronę. Tekst reklamujący, próbujący zachęcić czytelników do nabycia Głosów, byłby po prostu nietaktowny. Wiem, że jest to poezja trudna, męcząca – ale taka ma być. Wiem, że powtarzają się terminy etyczne i religijne, że wracają takie słowa jak Bóg czy Jezus, jak dobro, zło, śmierć zmartwychwstanie – bo o tym to jest! Tak jak w traktacie matematycznym, muszą się powtarzać wzory i cyfry. Gdy chciałem pisać inne wiersze czy inne dzieła – pisałem – nie stroniąc nawet od publicystyki. A streszczenie nie jest możliwe: by podać treść, musiałbym jeszcze raz powtórzyć całość. Jest to powieść ułożona z wierszy, do tego są to wiersze filozoficzne, religijne, patriotyczne, nawet miłosne, ale przecież i te ostatnie też nie mówią o normalnej miłości, są częścią większej wizji świata; niemal każdy następny wiersz zmienia sens wierszy poprzednich, niektóre utwory na pozór sobie przeczą – w istocie się uzupełniają: próbuję z nich uzbierać całość, która byłaby filozofią człowieka – w XX wieku, w obozach śmierci i po obozach śmierci.

B.U.

PS To nie mój poetycki wymysł, podwójnej nazwy Weimar-Buchenwald używano dość długo po założeniu obozu. W Buchenwaldzie widziałem pocztówki z takim właśnie adresem, jeśli teraz nie są eksponowane, to przecież pozostały reprodukcje – w wielu książkach. Nawet i teraz, szukając wypowiedzi Zweiga, znalazłem taki adres w książce Walczący obóz Buchenwald. Na przefotografowanej pocztówce do autora (znaczek z Hitlerem) można przeczytać adres: An Herrn Wacław Czarnecki, Schutzhäftling Nr. 11 856, Block 27, Konzentrationslager Weimar-Buchenwald. Doppelstadt. Trudno o lepszy symbol.

Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Potwierdzenie wysłania przez kuriera 142 sztuk płatów skóry z tatuażami, o które prosił SS-Standartenführer Lolling.

LIST IX

Buchenwald • Bytom i Bytomiacy • Nauczyciele i uczniowie Gimnazjum • Pałasz • Losy wychowanków Gimnazjum • Po Powstaniu – z Pruszkowa do Bytomia • Gruby Jakub

Szanowna Pani!

Buchenwald znam może nie jak „własny dom”, lecz z pewnością lepiej niż wiele z realnych miast. Jakby cień Ettersbergu padał na Bytom, w którym spędzałem dzieciństwo. Mieszkałem przy placu Słowiańskim, pamiętam nawet czasy, gdy na środku był staw. Potem staw zasypano, lecz plac nie zmienił swego klimatu. Na tyłach ulicy Rudzkiego były pagórki, z których zimą zjeżdżałem na sankach, przy ulicy Olejniczaka mieszkała dama mego serca z czasów szkolnych, był także Urząd Stanu Cywilnego, w którym po latach brałem ślub – z inną już damą; na Webera chodziłem do sklepu zoologicznego, nie zawsze coś kupowałem, czasem tylko chciałem popatrzeć na bajecznie kolorowe ptaki i ryby; przy Józefczaka był pchli targ – stare monety, znaczki – a więc też jakby małe podróże. Dopiero potem dowiedziałem się, że Rudzki został zamęczony w Buchenwaldzie, Olejniczak zginął podczas nalotu alianckiego na Buchenwald, Józefczak, kierownik bursy Gimnazjum Polskiego, chyba umarł w tym obozie normalnie – to znaczy normalnie bity, głodzony i na koniec spalony. Nazwisko Weber nie mówiło mi właściwie nic – z wyjątkiem jednej rzeczy – nie wiedziałem, kim był, czym się wsławił – wiedziałem, że przeszedł przez Buchenwald. Ta nazwa narzucała nam się jak jakieś mroczne, nie do końca zrozumiałe hasło…

Oczywiście wszystko można wyjaśnić. Zrządzeniem losu kończyłem szkołę średnią w Bytomiu i było to dawne Gimnazjum Polskie21 w Niemczech. Oczyszczając Śląsk z polskiego żywiołu, Niemcy uderzali w takie właśnie centra polszczyzny. Podobnie postępowali, wysyłając krakowskich profesorów do Sachsenhausen czy malarzy i rzeźbiarzy do Auschwitz. Trochę tak, jakbym spędzał dzieciństwo w leju po bombie. W takim leju urządzona została moja szkoła. Wśród nauczycieli miałem ze starej kadry fizyka, prof. Józefa Gajdę, który podobno też przeszedł przez Buchenwald; chodziłem do jednej klasy z Olkiem i Andrzejem Findzińskimi! Tadeusz Findziński był bohaterem Buchenwaldu. Myśleliśmy z początku, że to ich ojciec. Byliśmy więc trochę dumni, ale trochę nam przeszkadzało, że stary miał opinię komunisty. Jednak najważniejszy był fakt, że przeszedł obóz, że był tam nawet dowódcą polskiej Gwardii Ludowej Buchenwald. Kiedy zacząłem jeździć jako wychowawca na kolonie Bytomskiego Przedsiębiorstwa Robót Górniczych, angażował mnie dyr. Kwietniewski, stary działacz harcerski, również bohater Buchenwaldu. Tuż przed wojną i tuż po niej kierował sekretariatem „mojej” szkoły; w PRL używany był jako przewodniczący Frontu Jedności Narodu w Katowicach, ale to inna historia. Kwietniewski dzisiaj nie żyje, jego imię nosi dawna ulica Krzyżowa, na którą biegałem do sklepu popatrzeć na zabawki, kilka lat później po klingi do szabel. Dziś nie ma już Krzyżowej ani tego sklepu, jest ulica Kwietniewskiego.

Między Krzyżową a Webera była rozlewnia piwa i zrujnowana fabryczka – tam umieściłem akcję jednego z pierwszych swoich opowiadań. Kiedy zbliżał się front – śląscy AK-owcy przeszkodzili Niemcom wysadzić tę (powiększoną na potrzeby opowiadania) fabryczkę. Byliby walkę przegrali – ale zdążyli nadejść Rosjanie i – inaczej, niż to było w Warszawie – pomogli Polakom. Z radości zrobili wspólną ucztę, po rosyjsku ochlaj. Wtedy nadeszły główne siły radzieckie. Tych Rosjan, którzy zaangażowali się w pomoc, a potem w pijatykę – na miejscu zaczęli rozstrzeliwać. Leżeli na tym podwórku na Webera kilka dni, bytomiacy pogrzebali ich dopiero po wyjściu „sołdatów” – początkowo na tym samym podwórku, potem zrobili cmentarz na północy miasta, gdzie leżą razem z tymi, którzy padli rzeczywiście od kul niemieckich. To jedna z tajemnic miasta. Moje opowiadanie było oparte na relacjach świadków, dostałem za nie nagrodę ponad 40 lat temu, lecz cenzura zdjęła je z druku. Tajemnica pozostała tajemnicą.

Skoro jesteśmy w Bytomiu, odpowiadam na pytanie o wiersz odebrany Pałaszowi. Tytuł zmieniłem – żeby nie mnożyć bohaterów nad potrzebę, ale i z innego powodu. Oskar Pałasz z Łysej Góry pod Szczytnem był przez kilka miesięcy 1935 roku uczniem mojej szkoły. Ojciec jego należał do ZPwN, pełnił obowiązki stróża gminnego, poza tym dzierżawił od gminy morgę pola. Sam Oskar był pastuchem u Niemca nazwiskiem Appel – miał jednak pociąg do książek i zaskakującą jak na 13-latka wiedzę. W 1934 roku chłopiec przebywał na koloniach w Polsce, rok później rodzice posłali go do polskiego Gimnazjum. I wtedy zaczęły się represje: ojciec stracił pracę w gminie i dzierżawę, zaczęły się napady nieznanych sprawców, oczywiście, nocne i dzienne wybijanie szyb. Pod naciskiem rodziny i środowiska stary Pałasz zgodził się zeznać, że syna zabrali mu wbrew woli polscy działacze, on nie wie nawet, gdzie jest Bytom ani co to za szkoła itp. Powołując się na to „zeznanie”, niemiecki radca szkolny zażądał odesłania Oskara. Władze Gimnazjum broniły się na łamach prasy przed zarzutem, iż chłopca porwano siłą i za pomocą oszustwa (bo takie „fakty” ogłosiła niemiecka prasa, m.in. „Kattowitzer Zeitung”) – chłopca jednak musiano odesłać. Jeśli tak było – i tak miał dużo szczęścia, bo jest przekaz, że Pałaszowie trafili do Buchenwaldu. Przekazu tego jednak nie jestem w stanie zweryfikować, nie wiem, czy nie zachodzi zbieżność nazwisk. Więc żeby ustrzec się zarzutu o fałszowanie życiorysów – pozostawiam Władka – Studenta, czyli Władysława Planetorza. Jego śmierć nie budzi wątpliwości – choć niewielu o niej słyszało, nawet i w mojej dawnej szkole. Prześladowania Pałaszów jednak nie ustały. Mimo że strona polska sprawę zakończyła – władze niemieckie „z urzędu” oskarżyły Pałasza o… zniesławienie Polskiego Towarzystwa Szkolnego. Pałasz dostał trzy miesiące więzienia. Potem został podobno wysiedlony w głąb Rzeszy. Jeśli tak było – i tak miał dużo szczęścia.

A losy wychowanków mojej szkoły były naprawdę tragiczne: z 64 maturzystów zginęło w czasie wojny 22, z 249 uczniów – co najmniej 72. Za udział w ruchu oporu ścięci zostali – przypomnę – Staszek Czerwoński, Franek Krawczyk, Marian Foremski i Władek Planetorz; rozstrzelani w Wehrmachcie i zakatowani przez gestapo: Alfons Tomas, Rafał Bortel, Henryk Gbiorczyk, Walter Guzenda, Jan Mejrowski, Konstanty Pieniężny, Jan Weiser oraz starszy brat jednego z uczniów – dr Walter Alojzy Grzonka. W obozach koncentracyjnych i więzieniach zakatowani zostali: Józef Chyliński, Alojzy Wilk, Michał Wróbel i wielu, wielu innych. To również apel poległych. Zaskakująco duża liczba uczniów, którzy zginęli na froncie, też raczej nie była przypadkiem. Nauczyciel gimnazjum, Jerzy Lubos, z którego wspomnień korzystam (Dzieje Gimnazjum Polskiego w Bytomiu w świetle dokumentów i wspomnień, Katowice 1971) uważał, że zginęli raczej z wyroku politycznego, od kuli niemieckiego oficera niż od kuli wroga. Kilku wziętym do Wehrmachtu uczniom udało się przejść na drugą stronę frontu: Paweł Jeleniewski i Feliks Włodarczyk uczynili to na froncie zachodnim. Pierwszy zginął potem pod Monte Cassino, drugi – latem 1944 roku w Normandii. Więcej szczęścia miał Jan Gałązka, który trafił do Dywizji Kościuszkowskiej, wrócił w stopniu majora – ale niestety jako inwalida. Z Buchenwaldu wrócił Paweł Kurzeja, który po wojnie pracował jako urzędnik PRN w Raciborzu, kiedyś nawet odwiedził naszą szkołę. Pisząc Głosy, z rozpędu zacząłem pisać i jego „nagrobek”, ale musiałem przerwać. Miałem nie tylko poczucie, że kłamię, czułem, jakbym przyspieszał jego śmierć.

Wróćmy jeszcze do „mojego” obozu. Buchenwald znałem wcześniej, nim tam pojechałem. Auschwitz nie zrobił na mnie takiego wrażenia – wpadliśmy tam przelotem, podczas szkolnej wycieczki do Krakowa i Zakopanego, chyba pokazali nam ścianę śmierci oraz bunkier, w którym rządził sadysta-siłacz „gruby Jakub”. Na zwiedzanie dalszej części obozu zabrakło i czasu, i chęci. Poza tym: Buchenwald był dla mnie ważniejszy, bo tam był więziony mój ojciec.

Po upadku Powstania na Starówce Niemcy pognali nas do Pruszkowa. Tam wyselekcjonowali ojca, zakładając – zresztą trafnie – że jest „bandytą z AK”, i wysłali go do Auschwitz. Przeszedł przez kilka obozów, nim trafił do Leitmeritz. Matka – poprzez rodzinę ojca – otrzymała od niego wiadomości z Auschwitz i Buchenwaldu – stąd jej szczególne zainteresowanie tymi właśnie obozami – odziedziczone przeze mnie.

Matka, choć niezbyt zdrowa – oboje zostaliśmy ranni w Powstaniu – uciekła ze mną z Pruszkowa, wyczołgując się pod pociągiem, który wjechał na teren dulagu. Wyczołgiwała się wzdłuż wagonów, bała się – w każdej chwili pociąg mógł ruszyć. Potem błąkała się ze mną po Górach Świętokrzyskich, byliśmy w Opocznie, Częstochowie – tam były punkty kontaktowe, na które miał się zgłosić ojciec po wyjściu z Powstania. Nie zgłosił się – był już pewno w Buchenwaldzie. Ostatecznie znaleźliśmy się na Śląsku, w Bytomiu – to miasto jeszcze przed wojną było w dużym procencie polskie. Mama, która miała za sobą rok normalnej i dwa lata podziemnej polonistyki – zaczepiła się na parę dni w szkole i rozważała propozycję pracy w administracji miasta – warunkiem było jednak wstąpienie do PPR. Fakt przynależności do AK oczywiście ukryła, z miejsca zesłano by nas do Łambinowic albo innego obozu, które po „wyzwoleniu” zaczęły obsługiwać Polaków. Ponieważ matka odmówiła wstąpienia do partii, nie tylko nie dostała pracy w administracji, ale musiała pożegnać się ze szkołą, zatrudniła się na bytomskiej poczcie.

Rodzin z Warszawy było w Bytomiu tylko kilka, wychowywałem się głównie wśród lwowiaków. Jednak na tym samym podwórku mieszkał Andrzej, którego opowieści o Powstaniu pokrywały się z tym, co słyszałem od babki o losach naszej rodziny. Z warszawiaków najbliższym kolegą był Ryszard, który należał do mojej „Bandy Białego Orła” i mieszkał niedaleko placu Thälmana (to także buchenwaldczyk, komunista – oficjalnie podano, ze zginął wskutek nalotu 24 sierpnia, nas jednak uczono na lekcjach, że został zastrzelony przez SS już 18 sierpnia). Nasza „banda” miała rzeczywiście koszulki z białym orłem na piersiach (na plecach – trupie czaszki), uzbrojeni byliśmy w tarcze, łuki i oczywiście w proce. Biliśmy się głównie z bandą Ślązaków, których przywódcą był niejaki „Malina”. Permanentne wojny toczyły się o Księdza Ogród, zimą o tereny saneczkarskie między Chełmońskiego a Rudzkiego. Naszymi „stolicami” były place Słowiański i Rococo, gdzie zatrzymywały się cyrk i wesołe miasteczko, czasem – wędrowna trupa teatralna włócząca się razem z cyrkiem. Nasze walki były kopią walk dorosłych, którzy latali za sobą z siekierami. W jedną taką bitwę dorosłych, na ulicy Żeromskiego, jakoś się zaplątałem, potem dumnie opowiadałem, że brałem w niej udział. Bogiem a prawdą ograniczał się on do wydawania bojowych okrzyków przeciw hanysom, ponieważ jednak moim kolegom i to nie było dane – uchodziłem przez kilka dni za bohatera i przez tych kilka dni nie zazdrościłem Januszowi (brat cioteczny), który – jako starszy ode mnie – zdążył być w Szarych Szeregach.

Wrogość między nami, tj. gorolami a Ślązakami, wygasła, gdy trochę podrośliśmy i gdy dowiedzieliśmy się, ile oni zrobili dla polskości. Do naszej świadomości dotarły wtedy takie hasła-symbole jak Powstania Śląskie, Wieża Spadochronowa i właśnie Buchenwald. Mimo iż wrogość wygasła – przyjaźnie były nadal rzadkie. Obydwie społeczności – „gorolska” i „śląska”, żyły w Bytomiu osobno, tyle że siekiery i kamienie zastąpiły dobrotliwe kawały. Ze szkolnych czasów pozostały mi na przykład takie „zagadki”: Jaka jest śląska opowieść o Bernardzie Shaw? Albo Jak jest po śląsku „srebrzystoszara mgła przysłoniła mi oczy”?. Pierwszy dowcip miał charakter wyłącznie fonetyczny, mówiony (odpowiedź brzmiała: Bernard Szoł na szichta); w drugim odpowiedź zaskakiwała zwięzłością: Gówno widza. Dopiero po wielu latach historia Polski ułożyła nam się w całość, w której były i trzy Powstania Śląskie, i harcerze broniący Wieży, i – równie tragiczna jak obrona Katowic – walka warszawskich harcerzy na Starówce. Jeszcze później, na polonistyce, pojąłem nie tylko urodę, ale i heroizm języka Ślązaków; zrozumiałem, że jego słowa to – jak owady w bursztynie – słowa dawnej polszczyzny.

Wśród rzeczy, które przywiozłem z Bytomia po śmierci matki, znalazłem wypisy, których pochodzenia sobie nie przypominam. Ponieważ są na temat „grubego Jakuba”, przypuszczam, że mógł zrobić je Andrzej, który uważał Jakuba za mordercę swojego ojca, mógł je jednak zrobić kto inny, a konkretnie moja Dziewczyna Sprzed Lat. Są to cytaty z książki W cieniu krematorium: wspomnienia z dziesięciu hitlerowskich więzień i obozów koncentracyjnych Franciszka Stryja, która wyszła w Katowicach w 1960 roku, gdy Andrzej niemal wyłącznie żył dziejami AK, Powstania, obozów i swego ojca-powstańca. Franciszek Stryj przytacza relację Alfreda Musioła z Orzegowa, który był w SK w Oświęcimiu w 1940 i 1941 roku. Musioł wspomina, że Jakub zabijał więźniów, ukrywając ten fakt – aby zjadać ich porcje (s. 66), zżerał też jedzenie żywych więźniów – nie dbając, że dogorywają z głodu. W ten sposób zmuszał ich do najstraszniejszej walki przetrwanie. Dlatego to trupy wyciągane z celi śmierci miały poogryzane łydki i pośladki. Ostatni, którzy wytrzymywali najdłużej – odgryzali sobie z głodu palce (s. 67). Znając takie relacje, wiemy, na jakie męki narażali się ojciec Kolbe czy Batko, idąc – dobrowolnie – do głodowego bunkra śmierci. Gruby Jakub, zdaniem Musioła, pozował na nadczłowieka, przywoływał Goebbelsa (nie wiedząc, że cytuje Nietzschego) Gelobt sei, was hart macht. Musioł zapamiętał też taką jego wypowiedź: Krew, krzywda, śmierć, sponiewieranie człowieka, tak mnie wzrusza jak ten kołek sterczący w płocie. Rozumiesz ty to – mówił Jakub (s. 68). Franciszek Stryj opisuje też, jak Jakub razem z esesmanem Palitschem wieszał jakiegoś rymarza z Grybowa, który dwa razy urwał się ze stryczka. Skazanych obdzierał z ubrań i nosił pod pachą po dwóch na szubienicę. W notatce znalazłem zdanie, iż nosił ich w Buchenwaldzie pod Dąb Goethego, którego u Stryja nie ma, a które także było bodźcem do połączenia Buchenwaldu i Weimaru w jeden symbol.

Andrzej, mówiąc o swoim ojcu, jednocześnie zmyślał i nieoczekiwanie mówił prawdę. Z relacji Stryja wynika, że „gruby Jakub” rzeczywiście dotarł do Leitmeritz i brał udział w likwidowaniu tego obozu. Franciszek Stryj pisał, że Lagerführer Leitmeritz (…) otrzymał od Reichsführera (tj. od Himmlera) pismo nakazujące zgładzić wszystkich więźniów, by nikt nie dostał się w ręce aliantów (s. 355). Pod pozorem ochrony przed amerykańskimi nalotami zamierzano spędzić więźniów do dwóch ślepych tuneli, które miały zostać wysadzone w powietrze. Przygotowanie tej pułapki odbywało się powoli, w największej tajemnicy. Jednocześnie kontynuowano likwidację więźniów pojedynczo i w małych grupach – w tej pracy nie mogło zabraknąć Jakuba, który pełnił w Leitmeritz funkcję kata. Stryj pisał:

Kilkakrotnie widziałem w Litomierzycach spacerującego kata i bunkerkapo z Oświęcimia, grubego Jakuba. Pełnił on tutaj tę samą funkcję co tam. Ha trudno, by wilk jadł poziomki (…) Gdyby zamordowani przez Jakuba w Oświęcimiu i Litomierzyckich kazamatach ustawili się w szereg, otoczyłby on obszar półmilionowego miasta (s. 352). Myślę, że mogłem te notatki dostać od Andrzeja, który był przekonany, iż to Jakub zabił jego ojca. Nasze wspomnienia o ojcach były do pewnego momentu zbliżone – Powstanie, Durchlager, Auschwitz. Potem Andrzej zyskiwał przewagę nade mną: on wiedział, w jaki sposób jego ojciec zginął, opowieść o moim ojcu dochodziła do Buchenwaldu, potem rozpływała się w powietrzu.

B.U.

PS Znalazłem tę ciekawostkę! „Honorowe drzewka” na zboczu Ettersbergu po raz pierwszy zasadzono 11 września 1949 roku. Oczywiście była w tym aluzja do Goethego. Nie jestem pewien, czy to stary Zweig zawiózł ten zwyczaj do Izraela. Fakt był na tyle głośny, że pośrednicy nie byli konieczni – choć trudno wykluczyć jakieś działania z jego strony. Gaj sadzony przez Sprawiedliwych w Jerozolimie jako przedłużenie gaju buchenwaldzkiego… Innym dopełnieniem były krzyże na Żwirowisku Auschwitz – miejscu śmierci tysięcy Polaków, w tym kilkuset księży. Ale tym krzyżom nie dane było wrosnąć w ziemię.

Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Obrączki więźniów

LIST X

Literackie źródła moich Głosów • Preissler, Miłosz i inni • Pluralizm form i pluralizm treści • Filozofia jako suma filozofii – światopoglądy liryczne, epickie i dramatyczne

Szanowna Pani!

Przyczyny i skutki chodzą stadami, prosty schemat przyczyna − skutek istnieje tylko w podręcznikach. Głosy mogą być jednym z argumentów. Na ich napisanie wpłynęło wiele bodźców: przypadkowych i zaplanowanych, wiele spotkań i lektur. Nie jesteśmy jak kopnięty kamień. Nasza wolność nie polega na oderwaniu od zdarzeń, bo to oznaczałoby niemożliwość działania; nasza wolność polega na tym, że na sposób transformatora możemy jedne bodźce wzmacniać, inne wygaszać, a w rezerwie mamy zawsze możliwość wygaszenia samych siebie. Ale to na osobny list.

1) Tytuł Umarli z Weimar-Buchenwald może wyglądać na polemikę z Lee Edgarem Mastersem, tak właśnie (nawet z większymi pochwałami dla mnie!) przedstawiono to w półgodzinnej audycji w radio. Ale było inaczej. Przekłady Mastersa rozchodziły się po Polsce w latach 1968‒1969, poznałem je zresztą z długim opóźnieniem – ale skłamałbym, pisząc, że Mastersa w ogóle nie znałem. Oryginały jego wierszy przeczytałem wcześniej – ucząc się angielskiego. Nie wywarły na mnie wrażenia. Kluczem do mego zbioru jest pierwszy tytuł, który zapisałem jeszcze w Pirnie: Głosy. Było bowiem ogniwo pośrednie, o którym pisałem we wstępie do publikacji ŁWP. Ogniwo to zostało jednak wydłubane przez cenzurę. Mógłbym się go wyprzeć, ale byłoby to nieuczciwe wobec Pani i wobec czytelników.

Brakujące ogniwo nazywało się Helmut Preissler – poeta postępowy. W roku 1957 wydał w NRD Stimmen der Toten (Głosy umarłych), rok później Stimmen der Lebendem (żyjących), potem Stimmen der Nachgeborenen (pogrobowców), a co najgorsze w roku 1960 – Stimmen aus den Brigaden sozialistischen Arbeit (to nawet wstyd tłumaczyć). Oczywiście tego nie czytałem, ale wiedziałem o istnieniu tych zbiorków i wkurzało mnie to dosyć mocno. To, co robił Preissler, wydawało mi się profanacją, ale moje uwagi poczynione w tomiku na temat zagrobowych głosów niemieckich komunistów wykreśliła cenzura!

Uproszczeniem byłoby jednak sądzić, że Preissler stanowił inspiracje negatywną, a Masters pozytywną. Po pobycie w Weimarze i Buchenwaldzie i tak bym Głosy napisał! Znałem Antologię Palatyńską, na której wzorował się Masters22, znałem angielskich poetów metafizycznych, którzy posługiwali się formą nagrobku; sam także takiej formy używałem, najczęściej w wierszach znacznie lżejszych. Jeszcze w szkole napisałem kilka nagrobków – najpierw nauczycieli, potem partyjnych kacyków Preissler sprowokował mnie tylko do tego, by iść krok dalej, powiązać głosy umarłych w epickie opowieści, a nawet – czego Preissler nie zrobił – pozwolić im się wypowiedzieć kilkakrotnie. Skoro zaś mowa o inspiracji, to nie mogę pominąć wyzwania, jakie znalazłem w wierszu Miłosza W Warszawie. To utwór podsumowujący jego najlepszy zbiór Ocalenie (kilka wierszy wręcz genialnych!), podsumowujący zresztą pesymistycznie: o sprawach najtragiczniejszych nie można pisać; poetom trzeba zostawić chwile radości – bo inaczej zginie ludzki świat. Jednocześnie jednak i prawda, i sprawiedliwość nakazują pisać o przeszłości. To rozdarcie prowadzi do paraliżu. Miłosz pisał: Nie mogę / Nic napisać, bo pięcioro rąk / Chwyta mi moje pióro / I każe pisać ich dzieje / Dzieje ich życia i śmierci. / Czyż na to jestem stworzony, / By zostać płaczką żałobną. Wiersz ten nawiązywał polemicznie do utworu Mieczysława Jastruna Ruiny katedry Świętego Jana, którego autor, wspinając się na gruzy tej świątyni, słyszał narodzin krzyk, nie śmierci dzwony. Miłosz odrzucał ów optymizm, nie chciał jednak być płaczką żałobną. Odrzucał więc sam problem i konsekwentnie nie pisał potem ani o obozach, ani o podziemnej walce. Być może naszego Noblistę paraliżowała nadludzka skala zła XX wieku, może poczucie winy, że nawet nie próbował podjąć walki z tym złem. Potem zresztą zabrakło mu środków: siły ręki i twardości dłuta.

W poezji, w każdej zresztą twórczości, trudno być kosmopolitą. Twórczość musi mieć i warsztat, i tworzywo; rozwój kultury ludzi odbywa się przez kultury poszczególnych narodów. Wyjechawszy z kraju, Miłosz wyjechał też – chcąc nie chcąc – z naszego języka, z pamięci, z polskiej przestrzeni estetycznej, etycznej, religijnej, z tego, co znał i co – on jedynie – mógł przekształcać w arcydzieła. Był jak ten człowiek Kafki, który zatrzymał się przed bramą przeznaczoną – o czym nie wiedział – wyłącznie dla niego. I nie wszedł. Poziomu artyzmu osiągniętego w Ocaleniu nasz Noblista już nie przekroczył i – biorąc pod uwagę, iż ukończył dziewięćdziesiątkę – nie przekroczy. Mój wiersz Głosy (i cały zresztą zbiór) to nie tyle polemika, co próba podjęcia wyzwania, którego Czesław Miłosz nie podjął. W roku 1968 była to próba zbyt ambitna, skoro jej nie sprostałem. Czy zbyt ambitna w ogóle? Pewne jest jedno: był to plan, który można było mieć, tylko będąc młodym, i który można zrealizować, poświęcając i młodość, i wiele dojrzałych lat. Teraz ja stoję przed bramą, która jest przeznaczona tylko dla mnie.

2) Jeśli chodzi o różnorodność form, to ma Pani rację, że było w tym trochę popisywania się sprawnością, ale kolejność była inna. Przede wszystkim chciałem, żeby Głosy były podsumowaniem różnych postaw filozoficznych, zwłaszcza w obliczu śmierci. Pisząc je, odkrywałem własny pogląd na świat (a studiowałem już wtedy filozofię na UW). Doszedłem do wniosku, że prawdę o człowieku zawiera nie jakiś jeden system (np. wszechwładny wtedy marksizm, walczący z nim neotomizm czy negujący je oba czarny egzystencjalizm), ale właśnie suma systemów. Filozofie danego czasu są antropologią filozoficzną tego czasu, bilansem zwątpień i nadziei. Usuwanie któregoś z systemów jest fałszowaniem nie tylko historii filozofii, ale też i samej filozofii. Stąd pluralizm, a może raczej dramatyzm jako program. Oczywiście nie kwestionowałem istnienia różnych systemów indywidualnych, ale chciałem oglądać je jakby z wyższego piętra, z punktu widzenia metafilozofii, co łączyło się z głoszoną przeze mnie teorią twórczości. Fakt, iż te indywidualne systemy dzieliłem na liryczne, epickie i dramatyczne, wziął się stąd, że uważałem je przede wszystkim za ekspresję osobowości, za wyraz samopoczucia twórcy. Nawet najwyżej cenione przeze mnie filozofie dramatyczne mogły się jednak tylko zbliżać do prawdy, nie mogły jej prezentować – z tej banalnej przyczyny, że z punktu widzenia części nie da się opisać całości. Oczywiście wzniesienie się na poziom metafilozofii nie oznacza już osiągnięcia punktu Archimedesa, ale na pewno uwalnia nas od uwikłań, które dopiero „z góry” można dostrzec. Mówiąc trywialnie: filozof zanurzony w swojej kulturze, uwikłany w swój język, w niedostrzegalne dla siebie deklaracje i polemiki znajduje się w sytuacji psa, którego świat także jest dwuwymiarowy.

3) Dopiero po tym pluralizmie ideowym, pojawił mi się pluralizm artystyczny. Najpierw chodziło o to, by każdy z bohaterów, prezentujący inną filozofię, przemawiał też innym „głosem”; potem zjawiła się ambicja, by Głosy były także podsumowaniem obecnych wówczas stylistyk – od poezji rymowanej po tzw. poezję lingwistyczną wykorzystującą fakturę brzmieniową i wieloznaczność słów. Oczywiście nie mogłem wpaść w przesadę i wypisywać obozowych sonetów – choć takie naprawdę powstawały w Buchenwaldzie! Poezja musi być jednak bardziej powściągliwa niż rzeczywistość, to znaczy lepiej zorganizowana. Dlatego rymy wplatałem tylko do obozowych ballad i kolęd – tam były na miejscu. Sięgnąłem też po formę pamiętnika, dialogu, listu – mimo to monotonii nie udało mi się uniknąć. To efekt ciemnego światła, w którym zanurzone są te wiersze. Zdecydowałem się więc na skróty, usuwając kilkadziesiąt wierszy, poza tym oddzieliłem wiersze „buchenwaldzkie”, apokryficzne od „oświęcimskich”, opartych wyłącznie na autentycznych nazwiskach. Jako motto i podsumowanie tej drugiej części zbioru wybrałem sparafrazowane fragmenty dwóch wypowiedzi biskupa Johanna Babtista Metza. Pierwsza – samokrytyczna: Modliliśmy się i obchodziliśmy święta plecami zwróceni do Auschwitz (…) Nie istnieje dla mnie jakikolwiek sens, który mógłbym zachować plecami zwrócony do Auschwitz. Druga – jako pozytywna odpowiedź na postawione przez Adorna pytanie o możliwość poezji, czy szerzej: kultury, także religii po Auschwitz – Możemy się modlić po Auschwitz, ponieważ modlono się także w Auschwitz23.Bohdan

LIST XI

Warszawskie i weimarskie źródła poezji • Miasteczko Canaletta • Cmentarz bez grobów i cmentarz-kurort • Andrzej

Szanowna i Droga Pani!

Może nigdy bym się nie zdobył na wspomnienia z Weimaru i Buchenwaldu, gdyby nie serdeczny ton Pani listu. Czytając – ulegałem wrażeniu, że jest Pani jednocześnie kimś młodszym i kimś starszym ode mnie, jakby kimś z pokolenia mojej matki. Zaimponowała mi też Pani wiedzą o niemieckich obozach śmierci – rzadko komu chce się to dzisiaj czytać.

Europa oczyszcza sobie pamięć, to znaczy sumienie.

O wycieczce do Weimaru niełatwo mi pisać także i z tego powodu, że byłem tam z Dziewczyną. Tak ją nazwała moja matka, która w ogóle nie lubiła dziewcząt kręcących się koło mnie i demonstracyjnie nie wymawiała ich imion.

Wycieczka miała być romantyczna. Płaciliśmy za to nocami spędzonymi w pociągach i na dworcach, ale potem miał być dąb Goethego, spacer po Ettersbergu i – o czym nie mówiliśmy – noc w hotelu Elefant – w legendarnym hotelu kochanków. Było w tym nieco reżyserii – ale mieliśmy oboje podobnie reżyserski stosunek do życia. Kto nie dba o upiększanie życia, ten go nie wart – powtarzaliśmy zgodnie. Na wyprawę zabraliśmy przede wszystkim Goethego i Schillera, wziąłem też swoje wiersze, a raczej notatki do wierszy o Mickiewiczu. W lutym 1968 roku wszyscy czytaliśmy Dziady, to były nasze nabożeństwa w akademiku; teraz zbliżała się 170. rocznica urodzin i Polska – pomimo marcowych wstrząsów – zaczynała żyć Mickiewiczem, może trochę uciekała od historii w jego poezję. W lutym czy na początku marca rzuciłem na papier parę pomysłów, ale wydarzenia polityczne narzuciły inne tematy, przede wszystkim pisałem ulotki, satyry, potem machnąłem ogromny poemat, który nadała Wolna Europa. Przewieźli go na Zachód studenci japonistyki – zapisując w zeszycikach swoim tajemniczym alfabetem – ale to osobna historia.

Po nocnej jeździe pociągiem wylądowaliśmy nie tyle w Dreźnie, co w Galerii Drezdeńskiej. Mimo zmęczenia (była to druga już „dworcowa” noc!) chodziliśmy po salach jak oczarowani: urzekł nas zwłaszcza jeden z obrazów naszego „znajomego z Warszawy” – Canaletta – przedstawiający rynek w Pirnie. Obraz ten jakby nas wołał, czuliśmy, że powinniśmy natychmiast znaleźć się w tym miasteczku. No i dość lekkomyślnie wylądowaliśmy tam w porze przedstawionej na obrazie, to znaczy o zmierzchu. Błąkaliśmy się po uliczkach namalowanych przez Canaletta i – jakbyśmy byli wewnątrz obrazu – nie mogliśmy się z nich wydostać. Na dworzec trafiliśmy po odjeździe ostatniego z pociągów, postanowiliśmy wrócić do miasta, szukać noclegu. Hotele były pełne, przed jednym z nich przypadkowo spotkana Niemka (miała na imię Annaelisa) ofiarowała nam pomoc. Zaprowadziła nas do swojej znajomej – i znowu znaleźliśmy się na pirneńskiej starówce. Zamieszkaliśmy w domu namalowanym przez Canaletta, na drugim piętrze dachu – z widokiem na inne dachy. Wszystko było zanurzone w dziwnym srebrno-fioletowym świetle. Wyglądając przez okno, prawie nadzy ze względu na upał, po prostu sądziliśmy, że noc jest już taka jasna, że świt jest już bardzo blisko. Na miłość nie odważyliśmy się, może odkładaliśmy ją podświadomie do Weimaru, za to wyjechaliśmy z Pirny przed świtem. Dopiero po wyjściu z „naszego” domu, zorientowaliśmy się, że jeszcze ciemno, że to neon stwarzał złudzenie świtającego dnia. W Weimarze byliśmy bardzo wcześnie (po przesiadce w Dreźnie) i był to na pewno poniedziałek – o czym za chwilę. Nie zatrzymując się w mieście, udaliśmy się do Buchenwaldu. Jak wspominałem: ojciec tam nie zginął, ale był tam więziony najdłużej – łudziłem się, że znajdę jakieś ślady.

W Buchenwaldzie przeżyłem szok, przypomniały mi się wszystkie na raz opowieści byłych więźniów, które słyszałem w dzieciństwie, przypomniały mi się wszystkie na raz koszmarne książki i sny. Usłyszałem głosy – tak jak chory psychicznie słyszy głosy, które każą mu coś zrobić, kogoś zabić itp. Te głosy słyszałem kilka dni. Buchenwald zaskoczył mnie też czymś, na co nie zwróciłem uwagi podczas szkolnej wycieczki do Auschwitz: Buchenwald to była fabryka, fabryka śmierci. Z ludzi pozostawały włosy, stosy okularów, płaty skóry pokryte tatuażem, pokurczone głowy w gablotach i szklanych słojach. Rękawiczka z ludzkiej skóry – jak wydrążona ręka, lampka z ludzkich kości… Dziwne, ale nawet nie zauważyłem, że płaczę. Odruchowo notowałem nazwiska ofiar i oprawców bez celu, może z myślą, że kiedyś sprawdzę je w książkach. W pewnym momencie przyłączyliśmy się do grupy Francuzów, by posłuchać przewodniczki. Ten język oboje z Dziewczyną znaliśmy lepiej od niemieckiego. Dębu nie widzieliśmy. Razem z Francuzami wyjechaliśmy wczesnym popołudniem do Weimaru. Autokar jednak nie dowiózł nas do centrum, zatrzymał się przed bramą cmentarza, grupa chciała jeszcze zaliczyć grobowiec Schillera i Goethego. Niestety: grobowiec zamknięty z powodu poniedziałku, śmierć nieczynna. Ze złością przepisałem napis

Goethe

und

Schiller-

Gruft

Geöffnet

9.30‒12.30 und 13.30‒17.30 Uhr

Montag geschlossen

– nie wiedząc, że piszę pierwszy wiersz z długiego cyklu. Odłączyliśmy się od grupy, by zwiedzić resztę cmentarza. Groby-klomby, jakby odzwierciedlenie zaświata, który jest Ogrodem i Porządkiem. Rodziny mogą przyjść, usiąść na ławce, wypić piwo, umocnić się w wierze… Zalała mnie fala złości i rozżalenia. Ja z matką chodziłem pod „Wspólny Krzyż”, stojący w głównej alei bytomskiego cmentarza. Tam zapalaliśmy naszą świeczkę. Nie my jedni. Z większością kolegów, i tych z Warszawy, i tych ze Lwowa, należeliśmy do „pokolenia bez ojców”. Czasem chodziłem z Andrzejem, tym z podwórka i z tej samej podstawówki – historia, którą mi opowiadał o swym ojcu, była przecież tak bardzo podobna do mojej. Kiedyś wybraliśmy się na ten sam cmentarz w nocy – ale to zupełnie inna historia. Jej echo także trafiło do jednego z Głosów.

Chodząc po weimarskim cmentarzu, przepisałem sobie kilka nazwisk, na przykład Goeth skojarzyło mi się ze znanym z literatury komendantem obozu w Płaszowie – potem dopiero pomyślałem, że mogła odpaść ostatnia z liter. Kilka nagrobnych napisów miało charakter aforyzmów, kilka było skondensowanymi biografiami. Na jednym z nagrobków było tylko jedno słowo: nazwisko zmarłego. Ktoś pewnie znany za życia. Przepisując niektóre epitafia – rozwijałem je często złośliwie. W pociągu wracającym do Drezna nadal przerabiałem te nagrobki. Zużyłem po części materiał przygotowany do Mickiewicza, bo niektórym „głosom” dałem formę opowieści więźniów o innych więźniach. W Pirnie znowu byliśmy w środku nocy, choć ten upiorny neon zmieniał ją w jakąś nieokreśloną, martwą porę niebędącą ani dniem, ani nocą. Pomimo późnej pory nie położyłem się, lecz pisałem, siedząc na podłodze. Rankiem Dziewczyna przyniosła mi jakiś chleb, z jakimś ironicznym komentarzem, że na noc przeniosłem się do obozu. Chyba ją ofuknąłem, chleba nie ruszyłem, pisałem. Wiersze rozłożyłem na podłodze, żeby widzieć, który z „głosów”, z którymi innymi „rozmawia”, który wiersz tylko oświeca inne – jak latarka. Zużyłem cały notatnik, pisałem na odwrocie starych wierszy, na kartkach z Galerii Drezdeńskiej – umarli pożerali wszystko. Oczywiście znów nie poszedłem spać. Słowa Dziewczyny jakby dochodziły z innej rzeczywistości, bałem się, że mi rozbiją ten świat, w którym przebywałem, pisząc i rozmawiając z umarłymi. Napisałem ponad dwieście „głosów”, lecz do Polski wróciliśmy skłóceni. We Wrocławiu ona przesiadła się do pociągu do Warszawy, ja – do Katowic. Przed rozstaniem zażartowała, że jeśli kiedyś wyjdę z obozu, to może ją odnajdę, ale żebym się spieszył. Nie zdążyłem.

W Bytomiu dalej pracowałem nad Głosami, ale już nie wychodziło. Sporo wierszy rzuciłem w Pirnie na papier jako notatki, pisałem prozą, licząc, że potem je przerobię – nie potrafiłem. Z matką prawie nie rozmawiałem – i tak wiedziała, co robię. Poradziła mi, żebym połączył w całość tylko te udane, a te niedokończone zostawił, kiedyś mi je przyśle. Więc rzeczywiście te kalekie wiersze zostawiłem u matki i wyjechałem. Nie pamiętam, czy do Rembertowa, czy do Zalesia, zresztą na krótko. Za udział w rozruchach marcowych zawieszono mnie w prawach mieszkańca akademika, potem jednak się okazało, że decyzja jakiejś tam marcowej rady nie była całkiem formalna, po wakacjach nikt jej nie przestrzegał.

Tak więc w końcu wróciłem do akademika na Kickiego; na głowie miałem magisterium z filozofii, lecz zamiast wkuwać filozofię – uparcie sklejałem i rozrywałem wiersze, nadawałem i odbierałem nazwiska i życiorysy umarłym. W listopadzie 1968 roku napisałem „dla zaokrąglenia” cyklu kilka wierszy, całość wysłałem do wydawnictwa Czytelnik i… dostałem odmowę! Dziwnie sformułowaną, podpartą opiniami czterech recenzentów (normalnie wystarczały dwie opinie). Któryś, przyznając dla osłody, że moja książka jest lepsza i stanowi „krok naprzód” w porównaniu ze zbiorem Mastersa, zarzucał mi „zbyt polski” punkt widzenia, któryś radził zastąpić „opowiastki” o buchenwaldzkim Chrystusie „prawdziwą”, znaną i uznaną historią polskiego dziecka uratowanego przez niemieckich komunistów – i pod tym warunkiem przepowiadał mi laury „polskiego Apitza”. Młody, ale mocno partyjny recenzent z Poznania dosłał donos, w którym o moich wierszach pisał niewiele, za to dużo i źle o moim manifeście O Nowy Romantyzm jako sprzecznym z internacjonalizmem i polityką kulturalną partii. Ten donos był wyjątkowo wredny, gdyż mój manifest – jako niedrukowany (zdjęty przez cenzurę z „Orientacji” w 1967 roku) – oficjalnie nie istniał, znany był tylko w kręgu literatów. No, mniejsza z tym! Zezłoszczony podzieliłem cykl na dwie części i wysłałem na dwa różne konkursy poetyckie: do Lublina (w 30-lecie śmierci najwybitniejszego z twórców II Awangardy, Józefa Czechowicza) i do Łodzi – na Wiosnę Poetów. Nad kompozycją, a raczej „odpodobnieniem” obydwu zestawów pracowałem kilkadziesiąt godzin bez przerwy – w rezultacie psując obydwa. Co gorsza była to praca daremna, bo Lublin wydrukował i tak większość wierszy z łódzkiego zestawu – może rzeczywiście były lepsze, a może po prostu dlatego, że wiersze już „przepuszczone” stanowiły argument w rozmowach z cenzurą. Pamiętam, że wydarzyło się wtedy coś dziwnego. Jako otwierający cykl wysłałem do Łodzi wiersz z numerem 26 178 i wysyłając, jeszcze wiedziałem, co ten numer oznacza – tyle że miałem poczucie, iż zapisany jest błędnie. Potem – niemal natychmiast – zapomniałem. Do Lublina wysłałem wiersz z numerem 30 628. W jego treści pojawił się wątek, który – gdybym znał wcześniej losy ojca – musiałbym uznać za podpowiedziany przez diabła. Wtedy jednak wielu rzeczy nie wiedziałem i nie z powodu „niesamowitości” zrezygnowałem z druku tego wiersza, lecz po prostu ze względu na matkę. Teraz zostawiam tylko drugi z tych numerów, co oznaczał pierwszy – nadal nie pamiętam. Obydwa konkursy wygrałem. W antologii Łódzkiej Wiosny Poetów (grudzień 1969) jako laureatowi nagrody specjalnej zamieszczono mi 24 „głosy”. Tyle wierszy drukowało się w osobnych tomikach – mój debiutancki zbiór W cieniu (Warszawa, 1973) po wykreśleniu ponad połowy wierszy przez cenzurę liczył 20 tytułów. Konkurs lubelski rozstrzygany był tego samego lata, uroczystości odbywały się we wrześniu, Głosy dostały dwie na raz nagrody: „Laur” przyznawany przez jury pod przew. prof. Juliana Rogozińskiego i „Pióro Czechowicza” przyznawane przez kapitułę poetów, której przewodniczył albo Grochowiak, albo Herbert, w każdym razie któryś z młodszych twórców. „Laur” oznaczał zapewnienie druku (1973, z datą 1972) i oczywiście honorarium. Całą nagrodę wydałem na biesiadę poetycką, zostało mi parę groszy na wyprawę do Zamościa, na powrót miałem dosłownie grosze. Na szczęście w Zamościu spotkałem nieoczekiwanie Andrzeja, co ułatwiło mi powrót do Warszawy. Mówił, że też był na urbankowsko-czechowiczowskich uroczystościach. Na biesiadzie na pewno go nie było, może był w sali podczas wręczenia nagrody i recytacji wierszy – ale dlaczego nie podszedł? Nasza rozmowa była zresztą dziwna, mówiliśmy o wszystkim, pomijając to, co najważniejsze: Andrzej od pewnego czasu nie malował ani nie pisał. Z Teresą zerwał.

Myślę, że Andrzejowi należy się w tym miejscu parę dodatkowych linijek. Czy ma to związek z Głosami – sama Pani oceni.

W Bytomiu mieszkaliśmy na wspólnym podwórku i bawiliśmy się razem na placu Słowiańskim. Pływaliśmy po sztucznym stawie, ratowaliśmy – daremnie – dziewczynkę, która wpadła tam na rowerku. Potem chodziliśmy do tej samej podstawówki. Andrzej też pisał wiersze i też o Powstaniu Warszawskim, malował również obrazy przedstawiające sceny z walk – te same, które znałem z opowieści rodzinnych: barykady, płonący człowiek w drzwiach schronu, eksplozja czołgu… Opowiadał dużo o obozach, do pewnego momentu losy naszych ojców były prawie identyczne: Powstanie – Durchgangslager Pruszków – Auschwitz. Potem Andrzej jakby mnie wyprzedził. Opowiadał na przykład o obozowym siłaczu Jakubie, zwanym King-Kongiem. Dlatego to określenie nie kojarzyło mi się z żadnym filmem, a tylko z potwornym mordercą, który w opowieściach Andrzeja był wszędzie: w Auschwitz, w Buchenwaldzie, w Leitmeritz. Jak wspominałem, Andrzej z jakichś względów był pewien, że to ten siłacz zabił jego ojca. Był w tym niepokojący sygnał, którego nie rozpoznawałem. Andrzej znał nawet jego prawdziwe nazwisko: Jakub Kozielczuk. Siłacz przywieziony z getta w Krynkach. Wcześniej występował w cyrkach, podobno nawet w Niemczech – stąd znał język, którym dogadywał się z esesmanami. Kozielczuk rządził w bunkrze śmierci i w Auschwitz nazywano go kalefaktor albo bunkerkapo – przez cały czas robił to samo: pilnował więźniów i wykonywał wyroki. Robił to z sadystyczną rozkoszą; autorzy wspomnień przypisują mu miażdżenie czaszek, wyrywanie więźniom kończyn, nawet przybijanie hufnalami… Gdy kiedyś wspomniałem o nim matce, która o obozach wiedziała chyba wszystko – stwierdziła, że nie chce o nim słyszeć, że Andrzej wszystko zmyślił. Nie pasowało nam także i to, że rodzina Andrzeja pochodziła gdzieś z Lubelszczyzny, od lata 1944 była tam już Armia Czerwona, więc jakim cudem trafili do Powstania? Przy okazji uświadamialiśmy sobie, że Andrzej nosił inne nazwisko niż jego matka, tego też nie potrafiliśmy wyjaśnić.

Gdy podzieliłem się tymi wątpliwościami z Andrzejem – w odpowiedzi przyniósł mi kilka książek, w których pojawiało się nazwisko Kozielczuka vel Kozelczuka. Andrzej podobnie jak ja zaczął swoją rodzinną wiedzę uzupełniać lekturami, zaskoczył nawet własną babkę, gdyż wiedział o pewnych sprawach więcej niż ona – choć w chwili śmierci ojca, w roku 1945, miał niecałe dwa lata. Andrzej wyjaśnił mi także sprawę nazwiska swej matki: okazało się, że była to piękna powstańcza miłość. Ślub był także powstańczy; kapelan udzielał im go w ruinach katedry św. Jana, tej samej, w której ja byłem chrzczony. Świadkami byli żołnierze z opaskami na hełmach i łączniczki z tego samego oddziału. Kwiaty zrywały ze skarpy schodzącej ku Wiśle, pod nasilającym się ostrzałem. Wkrótce potem zaczął się atak na katedrę, kapelan zginął, słuchając spowiedzi jakiegoś umierającego. Nikt nie zdążył niczego zarejestrować. Dlatego matka Andrzeja pozostała przy swoim nazwisku. Powiedziałem o tym swojej mamie, przyjęła to bez komentarza, ale w jakiś czas potem słyszałem, jak mówiła do babki, że Andrzej wszystko to zmyślił i że w najlepszym razie jego ojciec poszedł do dulagu, jak my wszyscy. Uderzył mnie właśnie ów zwrot „w najlepszym razie”, dzięki niemu zapamiętałem złośliwe słowa mamy. Podejrzewałem, że zazdrości Andrzejowi powstańczego ślubu jego rodziców, ona z ojcem brała „normalny”, w kościele. Ja też mu zazdrościłem.

Sprawy wyjaśniły się po latach. Andrzej, który malował tylko Powstanie i obozy, zdobył rozgłos jako „najmłodszy z batalistów” i wdał się w pierwszy swój romans – z Teresą, która pracowała w bytomskiej „kulturze”. Była niezwykle piękna, sporo starsza i o wiele mądrzejsza niż Andrzej i jego koledzy, to znaczy my: Jurek, Adam, Staszek i ja – cała paczka, która działała wówczas jako Klub Artystów Anarchistów. Teresę zainteresowały różne rzeczy – między innymi to, z czego żyła rodzina Andrzeja, i to nieźle – Andrzej miał np. rower, który dla mnie był przez lata marzeniem (znacznie gorszy kupiłem sobie dopiero z korepetycji, gdy musiałem dojeżdżać do Szombierek). Przy okazji bardzo prywatnych wizyt – nazywało się to pozowaniem i po części na tym polegało – piękna Teresa zrobiła kilka dyskretnych rewizji i trafiła na przekazy pocztowe. Matka Andrzeja otrzymywała pieniądze ze Szczecina, dopisek nie pozostawał wątpliwości: „na Andrzejka”. Nazwisko nadawcy było takie samo, jakie nosił Andrzej. Więc ojciec Andrzeja żył i – jak ustaliła Teresa – był jednym z najbogatszych ludzi w mieście.

Potem, gdy Andrzej już zaczął mówić, przyznał, że jego ojciec nigdzie nie walczył, tylko kombinował. Matkę zostawił z dzieckiem. Rodzinę miała gdzieś koło Zamościa, zwiała, gdy Niemcy zaczęli „czyszczenie” Zamojszczyzny, jakoś dotarła na Śląsk. Należy jednak przyznać, że ojciec ją odszukał, dał Andrzejowi nazwisko i płacił na niego regularnie – choć nie musiał: żadnego wyroku sądowego nie było. Andrzej o jego istnieniu nie słyszał i nie miał słyszeć – ojciec założył nową rodzinę, miał nowe dzieci. O tym wszystkim Andrzej się dowiedział, gdy za namową Teresy pojechał do Szczecina. Kiedy wrócił do domu, tego nawet rodzina bytomska nie wiedziała. Znaleziono go nieprzytomnego, najadł się proszków nasennych. Całą paczką staliśmy przez dwa dni pod szpitalem przy Żeromskiego. Nie pamiętam, kto z nas powiedział, że jeżeli odejdziemy – on umrze. Ktoś przypomniał, że gdy leżał Marek, kolega z bandy „Białego Orła” – takie nasze stanie go uratowało. Więc staliśmy. Któreś z płukań żołądka, może transfuzja krwi – coś w końcu pomogło. Andrzej przeżył. Mogliśmy odejść. Potem zajęła się nim Teresa. Niby wyzdrowiał, ale przestał malować i pisać. Ostatnie płótna przedstawiające walkę na Starówce, wewnątrz katedry, chciał porżnąć. Teresa przyłapała go na tym, jak stoi i stoi przed płótnem, w pierwszej chwili myślała, że to pędzel w jakiejś srebrzystej farbie. Potem zrozumiała, że to nóż. Oddał go, ale do pędzli nie wrócił. Zresztą nic oprócz obozów i Powstania nie potrafił.

Po pewnym czasie wyjaśniła się ostatnia część zagadki. Gdy my z Andrzejem bawiliśmy się w piaskownicy – nasze babki rozmawiały na ławeczce (matki były w pracy). Przeważnie o życiu, więc o powstańczych i lagrowych losach. Gdy Andrzej zaczął rozpytywać o swego ojca – jego babka opowiadała mu dzieje naszej rodziny… W rzeczywistości jego rodzice nie byli nigdy w Warszawie. Matka musiała uciekać z Zamojszczyzny, gdyż Niemcy wywozili stamtąd Polaków. Potem próbowała powrócić – wypędzili ją komuniści, którzy robili reformę rolną. Dała więc za wygraną. Zamieszkała w Bytomiu. Potem chyba jednak znowu wróciła w Zamojskie. Z Andrzejem spotykam się rzadko. Mieszka sam. Ma za sobą nieudane małżeństwo, nieudaną próbę emigracji, nieudane próby podboju Ameryki wojennymi obrazami, nieudane próby zmiany stylu swej twórczości… Ostatni raz widziałem go na cmentarzu, lecz nie pod „Wspólnym Krzyżem”, tylko przy grobie mojej matki.

B.

Dokumentacja KL Auschwitz, Meldunek o usunięciu złotych zębów

LIST XII

Pilecki, Czetwertyńscy, ojciec Kolbe, Findziński i inni • Sytuacja człowieka: filozofia i Filozofia

Szanowna i Droga Pani.

Tak, w wierszach jest sporo historycznego, a nawet metafizycznego, bałaganu. Tłumaczenie, że to nie moja wina, może wydać się Pani dziecinne, a jednak…

Choć pisałem o Buchenwaldzie, również byli więźniowie Auschwitz upomnieli się o swoje prawa, musiałem pisać i o nich. Dlaczego?

Obok Warszawy Auschwitz był największym więzieniem i największym cmentarzyskiem Polaków. Był miejscem strasznym, ale i tajemniczym. Zsyłano tam ludzi połapanych na ulicach, nawet dzieci. Potem przychodziły zawiadomienia o śmierci. Dlatego właśnie Pilecki, oficer Tajnej Armii Polskiej (potem włączonej do AK), dobrowolnie wszedł w łapankę na warszawskim placu Wilsona – by dostać się do Auschwitz i tam organizować ruch oporu. Udało mu się: stworzył Związek Organizacji Wojskowych, którego członkowie przewiezieni do innych obozów, również tam tworzyli konspirację, m.in. w Buchenwaldzie. Tam znalazł się przyjaciel rotmistrza – człowiek, który współpracował z TAP (pomagał też finansowo) – książę Seweryn Czetwertyński, a także jego bratanek, Stanisław, który działał w TAP. Obydwaj przeszli przez śledztwo na Zamku w Lublinie, obydwaj się nie załamali – gdy na przykład załamał się major Mudry. Stary Czetwertyński stał się dla więźniów symbolem, tym bardziej że unosiły się nad nim także legendy ochotnika z 1920 i 1939 roku. Druga z nich chyba nie była prawdziwa, co w niczym nie umniejsza jego zasług.

W Auschwitz Pilecki organizował ucieczki, zorganizował przerzut informacji, w końcu sam uciekł z obozu. Przyszedł i wyszedł, kiedy chciał! To jedyny taki przypadek w dziejach obozów. Potem walczył w Powstaniu Warszawskim. Kiedy więc pisałem o obozie – Pilecki sam mi się narzucił. Podobnie ojciec Kolbe, który poszedł dobrowolnie na śmierć za Franciszka Gajowniczka. Niemcy wybrali na śmierć w bunkrze 10 więźniów za jednego uciekiniera, bodaj piekarza z Warszawy nazwiskiem Kłos. Kolbe na pewno się męczył strasznie, konał długo – w czym dopatrywano się cudu. Po kilkunastu dniach Niemcy dobili go szprycą. Uczynić to miał Blockältester rewiru, więzień kryminalny Hans Bock – podobno powodowany litością. Jego późniejsze losy są dość mętne: mając dostęp do leków, Bock uległ narkomanii, został przeniesiony do podobozu Łagisza, gdzie zmarł w 1944 roku. Dzieje ojca Maksymiliana także nie zakończyły się tamtego lata. Do dzisiaj można słyszeć legendę, iż wrzucony do krematorium Kolbe – nie spalił się, ciało wyjęto nietknięte. Niemcy kazali je włożyć do innego pieca – to samo. Ojciec Kolbe został więc pochowany w ziemi. Miejsca nie znamy – ale jest to jedyny grób w Auschwitz. Gajowniczek zmarł w roku 1995, przeżywszy 95 lat.

Kilka spraw jeszcze wymaga dopowiedzenia.

Pierwsza to sprawa Findzińskiego. W czasie którejś z rozmów, już w Warszawie, dowiedziałem się, że ojciec Andrzeja i Olka miał na imię Stanisław i był tylko bratem legendarnego Tadeusza. Stanisław Findziński zresztą nigdy do partii nie wstąpił. Również sprawa komunistycznych poglądów Tadeusza wcale nie była taka pewna. Komunistę zrobiono z niego po wojnie. Podczas okupacji był studentem podziemnej Politechniki Warszawskiej, studiował architekturę. Gdy koledzy zaczęli robić jakieś akcje – przyłączył się do nich, nie wypadało stać z boku. Wziął udział w jednej z najgłośniejszych – w ataku na niemiecki Café Club. Został aresztowany, mimo tortur do niczego się nie przyznawał, żadnego z kolegów nie wydał. Kilkakrotnie ocierał się o śmierć, ukrywał się wśród zakażonych na rewirze, ale przeżył. Tuż przed powstaniem został ewakuowany z Buchenwaldu wraz z większością swej grupy, w powstaniu udziału nie wziął.

Sprawa druga i chyba w tym wszystkim najważniejsza: moja matka była przekonana, że ojciec żyje. Nadzieję opierała na tym, że na zawiadomieniu przysłanym w 1945 roku przez Duński Czerwony Krzyż podane było nazwisko Urbanikowski. Nie całkiem też zgadzały się nazwy obozów, w których miał przebywać przed śmiercią, wymieniony był także Flossenbürg – a z tego obozu matka nie miała od ojca żadnej kartki.

Matka słyszała, że „warszawskich bandytów” wysyłano najpierw do Auschwitz, potem dalej, do innych lagrów. Dlatego zapraszała do domu byłych więźniów i wypytywała o różne makabryczne szczegóły. Jak inne dzieci słuchają bajek – ja słuchałem opowieści o torturach, biczowaniu, szpilowaniu, komorach gazowych – poznałem wszystkie rodzaje śmierci. Dowiedziałem się też o getcie – w naszym mieszkaniu na Miodowej był punkt, w którym przechowywano Żydów przywożonych przez dziadka i ojca z getta, potem ojciec wraz z matką wozili ich do jakichś księży. Niektóre z zasłyszanych wtedy opowieści wracały potem do mnie w snach. Krzyczałem. Budziłem się z krzykiem. W pewnym okresie bałem się zasypiać, kazałem sobie palić światło, czytałem – byle tylko nie zasnąć. Śniły mi się baraki Leitmeritz czy Buchenwaldu, potrafiłem pomiędzy nimi chodzić, wiedziałem, że trzeba przejść koło pralni, by trafić na dąb Goethego, wiedziałem, których esesmanów unikać, których można się nie bać. Również niektórych więźniów rozpoznawałem jak znajomych – i było mi strasznie przykro, bo nigdy dla nich nic nie miałem. Obiecywałem, że następnym razem, ale w następnym śnie też zjawiałem się z pustymi rękami, sam pełen przerażenia…

Pomimo poszukiwań matka nie wpadła na żaden ślad. Ojciec (też ranny w Powstaniu) przejściowo był w Oświęcimiu, potem w Buchenwaldzie. Ktoś miał go widzieć w Leitmeritz, ale to nic pewnego, a matka takie wątpliwości interpretowała zawsze tak samo: nie ma dowodów śmierci.

Pośrednim dowodem śmierci mogła być wizyta w Bytomiu – i to dwukrotna – urzędników z jakiejś niemieckiej instytucji, którzy chcieli zapłacić odszkodowanie. Ale po pierwsze odszkodowanie mówiło nie o śmierci, lecz o „przymusowej pracy” dla Rzeszy, po drugie babcia wyrzuciła tych urzędników, gdy tylko zrozumiała, o co chodzi. Jakieś dziesięć lat później wyrzuciła podobnych handlarzy moja mama. Trzeci raz zgłosili się do mnie, w ramach akcji „Pojednanie”. Oczywiście postąpiłem tak, jak mama i babka, jednak nie o tym chciałem teraz pisać.

Pojawienie się w mojej książce byłych więźniów Auschwitz, którzy upomnieli się o prawo do istnienia, zmusiło mnie do zadania sobie pytań, o jakie istnienie chodzi i w jakiej rzeczywistości żyjemy. Zwłaszcza że nie tylko pojawił się ojciec Kolbe czy Pilecki, ale też Chrystus, co do którego boskości miałem wątpliwości – a On nie tylko zmartwychwstał, nie tylko istniał w jednym obozie, ale w kilku obozach, wpływał na ludzkie postępki! A więc istnieje rzeczywistość, która nie podlega zniszczeniu, może nie wieczna, lecz na pewno istniejąca tak długo, jak żyje ostatni człowiek wiedzący, jak do niej trafić, ostatni umysł pojmujący jej znaki. W tej rzeczywistości spotykamy się nadal i z Kolbem, i z Pileckim, ale także z bogami greckiej mitologii, także z Jezusem z Nazaretu i z Jehową Starego Testamentu. Nieco inaczej, jakby mniej intensywnie, lecz podobnie, bytują Hamlet i doktor Faust, Konrad Wallenrod i Józef K. z Procesu. Człowiek nie może powiedzieć, że ich w ogóle nie ma. Owszem, może polemizować z ich poglądami – ale w ten sposób bardziej wzmacnia ich istnienie.

Żyjemy więc w rzeczywistości pomnożonej i skomplikowanej: biologicznej i kulturowej, jednostkowej i gatunkowej. Jesteśmy zwierzętami i ludźmi. Nasze sądy dotyczące tego świata również ulegają pomnożeniu.

Prawdy o bycie biologicznym, fizycznym możemy poznać tylko naszą fizycznością i biologią, co jest nieomal niemożliwe; poznawanie za pomocą nauki nadaje im lekkość hipotez. „Prawda” jest wypadkową naszych zdolności poznawczych, narzędzi i tego, co mówi do nas – gdzieś tam jednak istniejący – Byt. Na najniższym poziomie są to różne modele, tworzone przez różne zmysły – często są gorsze od zwierzęcych. O wiele dokładniejszy od naszego jest na przykład węchowy model świata psów.

Prawda na tematy kulturowe jest łatwiej osiągalna, wystarczy koherencja sądów, ale sądy te są powierzchowne, to znaczy nie sięgają bytu, a tylko powierzchni, na której mieszka człowiek.

By dokładniej poznać swój świat, człowiek stworzył więcej niż jedną technikę, więcej niż jedną naukę – kategorie, w które świat ujmuje, są pochodne wobec tych technik. Bytujemy (jako bryły) w świecie fizyki i chemii, jako ciała – w świecie biologii; jako gatunek ludzki – w świecie historii, sztuki, etyki, religii itd. Żyjemy więc w wielu rzeczywistościach, które – im bardziej ludzkie – tym bardziej są umowne, ulotne, kruche. Idealne. Zachowujemy ciężar przedludzkich rzeczywistości, lecz tylko jako mieszkańcy światów najwyższych jesteśmy ludźmi. Rozebrani z nauki i sztuki, z etyki i religii, przestajemy być ludźmi. Podobnie jak rozebrani z kostiumów – co najbrutalniej unaoczniły obozy.

Zwielokrotnieniu bytu odpowiada zwielokrotnienie kategorii. Nie tylko chodzi o wspomnianą wielość prawd. Także takie kategorie jak czas i przestrzeń uległy zwielokrotnieniu. Człowiek żyjący czasem fizycznym czy biologicznym tworzy dodatkowo liczne czasy kulturowe. Niektóre z nich zbliżają się do wieczności, są odwracalne jak procesy komputerowe – niestety: nie są cielesne. Mieszanie tych czasów prowadzi do naiwnych błędów, takich jak wiara w podróże w czasie czy w Einsteinowski paradoks bliźniąt. W rzeczywistości człowiek nigdy nie przejdzie z czasu realnego, biologicznego do czasu naukowego, idealnego, w którym teoretycznie żyje. Ten pierwszy liczy się starzeniem organizmu, zużyciem układu krwionośnego, nerwowego, kostnego – i to okazuje się decydujące.

Zwielokrotniona została też przestrzeń: człowiek żyjący w przestrzeni materialnej tworzy dodatkowe przestrzenie idealne, informacyjne, estetyczne (zwłaszcza literackie) etyczne, religijne itp. W tych samych kościołach odprawiane są różne nabożeństwa, w tych samych salach spotykają się filozofowie wyznający różne systemy. Czy można znaleźć jakieś wspólne mianowniki tych sfer?

Wartości dotyczące Bytu są hipotezami. Nie są fikcjami. Przeciwieństwem hipotezy prawdziwej jest fałszywa, krócej: przeciwieństwem Prawdy jest Fałsz, nasza omyłka. Przeciwieństwem Dobra (jako sprawności) – Niesprawność (ułomność), Wolności – Determinizm.

W świecie Kultury, zwłaszcza w świecie sztuki, przeciwieństwem Prawdy jest celowe (lub mimowolne) Kłamstwo, Dobra – Zło, Wolności – Zniewolenie. Wszędzie widać współczynnik ludzki, kulturowy. Czy znaczy to, że wartości są fikcjami, złudzeniami? Nie. Są „pseudofaktami” – czymś mniej (biologicznie, fizycznie) niż fakty materialne, jednak czymś więcej niż fikcje i czymś innym niż kłamstwa.

Człowiek żyje nie tylko w przestrzeni i w czasie, ale w wieczności i nadprzestrzeni kultury. Mieszkamy nie tylko w Warszawie czy Bratysławie, także w Jeruzalem Chrystusa, Rzymie Nerona, a mniej wymagający i do tego pesymiści – w Petersburgu Dostojewskiego. Mieszkaliśmy, a w pewnym sensie mieszkamy nadal, jako istoty kulturowe w Buchenwaldzie. Ten obóz był kolejną przybudówką ludzkiego świata – nie tak piękną jak park Disneyland, ale ważną jako teren doświadczenia. Dlatego nie byłoby dobrze, gdyby ludzkość zbyt prędko się wyprowadziła z Buchenwaldu do Disneylandu.

Zbudowanie systemu wartości niezakorzenionych w bycie ma swą odwrotną stronę właśnie w tym n i e z a k o r z e n i e n i u, w ulotności. Kulturze zagraża Nicość – nawet jeżeli będziemy ją pojmować nie jak próżnię, lecz jak czysty „kamienny” byt czy jako czystą biologię. Ta nicość jest równoznaczna nie tyle ze śmiercią, nie tyle z biologiczną zagładą, ile właśnie z redukcją do biologii, z barbarzyństwem.

To właśnie był problem – nie zawsze uświadomiony – ludzi w obozach.

Kultura jest wyłącznie ludzka – ale jest. I ona nas konstytuuje jako ludzi, jako mieszkańców różnych kultur, to znaczy narodów, religii, etyk. Kultura stanowi miejsce spotkania człowieka z Chrystusem, więcej: człowiek nie może tu nie spotkać Chrystusa. Ale właśnie: jako człowiek, jako istota kulturalna. Dlatego w jednym z wierszy przytoczone są słowa Dziewczyny, że tylko człowiek może spotkać Chrystusa i tylko człowiek może go nie spotkać.

Obozy, nie tylko obozy, także niektóre systemy polityczne próbowały zepchnąć człowieka na poziom „bytu przedkulturalnego”, zredukowanego do biologii i ekonomii, do roli fabrycznej maszyny (do ekonomii redukował też ludzi marksizm). Walka o kulturę była walką o człowieczeństwo, walką pierwiastka zwierzęcego z ludzkim. Dlatego można było walczyć o wolność, można było pomóc spiskowcom, poświęcić życie za ucznia. Ale można też było zaniechać takich zachowań. Abdykować.

Trudność walki o wartości (to znaczy o człowieczeństwo) polega bowiem na tym, że zagłada pierwiastka ludzkiego nie oznacza zagłady jednostki, czasem daje szansę na przeżycie i na późniejszą odbudowę „człowieczeństwa”. Natomiast zagłada pierwiastka zwierzęcego oznacza automatycznie zagładę pierwiastka ludzkiego. Istnieją wprawdzie kultury łączące śmierć w imię wartości z nagrodą w niebie czy w raju Mahometa – ale coś jest w tym, że ludzie wolą nie ryzykować…

Życie, twórczość, pisanie wierszy, malowanie obrazów jest nadawaniem sensu życiu jednostki, wzbogacaniem jakości życia gatunku, ciągłą walką z nicością. Ktoś mógłby w tym miejscu porównać moją koncepcję kultury do znanego nam z filmów młodzieżowych Matrixu. Być może. Mówiłem o przestrzeni pamięci albo o przestrzeni sumienia, by podkreślić, że nasz stosunek do świata i ludzi nie jest zimny, pozbawiony wartości, ale dla uproszczenia mogę przyjąć i ten modny termin. A więc: żyjemy w przestrzeniach wirtualnych, jesteśmy żołnierzami Matrixu, a raczej w Matrixie. Ale nawet świat oparty na fantazjach i pseudofaktach może być światem Piękna lub Brzydoty, Współczucia lub Pogardy, Prawdy lub Kłamstwa, Wolności lub Zniewolenia. Pod tym względem nic się nie zmienia. Innego świata nie mamy. I nie jest obojętne, czy drogami takiego świata będzie chodził Chrystus, czy drogi te będą przeraźliwie puste. Wtedy na drogi ludzi wpełzną potwory…

I raz jeszcze: by ofiarować życie w imię jakiejś wartości albo za kogoś, nie jest niezbędne przekonanie, że ów ktoś istniał, że był na przykład Bogiem. Można ginąć za wymyślonych bohaterów, nieistniejących bogów i za zwykłe kłamstwa. Esesmani z okrzykiem Heil Hitler! ginący za Tysiącletnią Rzeszę, Rosjanie umierający z okrzykiem Za Rodinu, za Stalinu! – to wystarczające przykłady. Poeta gotów zginąć, przed barbarzyńcami broniąc rękopisu Psalmów do Jehowy, rzeźbiarz ginący w obronie rzeźby Apollina – nie muszą wierzyć w boskość swoich bohaterów. Z miłością i zapałem można tworzyć świat oparty na Ewangeliach – nie wierząc w zmartwychwstanie Jezusa – i w ten sposób wyrywać Go śmierci. Jeśli ten świat jest Matrixem – tym bardziej trzeba uporządkować go etycznie. Nie jestem przeciwnikiem materializmu, tak jak nie jestem przeciwnikiem idealizmu – z punktu widzenia mojej filozofii byłby to absurd. Powinny ukazywać się teksty przypominające o materialnych fundamentach i nośnikach kultury, o roli biologii w życiu i nawet o tym, że ciała pełnią także funkcje dyskietek, pojemników informacji. Ale nie mogą się ukazywać wyłącznie takie teksty. Filozofia ludzkiej twórczości to oczywiście nie tylko filozofia fantazji, ale także filozofia pracy. Ale jeśli materialista chce narzucić wiedzę o fundamentach i tylko tę wiedzę jako całościowy światopogląd, jeśli z dumą ogłasza, że nie ma Boga ani Prawdy, ani Piękna, że to wszystko wymysły – to albo jest prorokiem banałów (to z punktu widzenia Filozofii), albo szaleńcem, który chce zniszczyć kulturę i cofnąć nas w zwierzęcą przeszłość. Zwierzęta są bowiem w sposób naturalny wyznawcami materializmu, z tym że krowy preferują marksizm socjaldemokratyczny, łagodny, a drapieżniki – stalinizm.

Z tych skrótowych refleksji wyłania się nam definicja człowieka jako istoty t w o r z ą c e j, mówiącej nie tylko pracuję, więc jestem, ale także fantazjuję, więc jestem. Dopiero ta druga część definicji stanowczo różni nas od zwierząt. Natura nie tworzy, ale rodzi, zwierzęta powołują do życia tylko inne zwierzęta, człowiek – także byty niebiologiczne. Jeszcze jako zwierzęta tworzymy nie tylko zmysłowe modele świata, ale także narzędzia produkcji i narzędzia do wytwarzania narzędzi produkcji etc. Ten sam rozpęd działa w świecie idealnym: tworzymy światy i poetyki tych światów – opisowe, nawet normatywne, potem poetyki tych poetyk, modele świata i modele tych modeli. Każdy wytwór może okazać się tworzywem, które możemy poddać dalszej obróbce. Im bardziej ludzka jest ta twórczość, tym bardziej zwiększa się nasza wolność, ale także odpowiedzialność.

Stworzenie sztucznego środowiska naturalnego to dobre jako paradoks, ale na człowieczeństwo – za mało (chyba że chcemy porównywać się z termitami!). Zastępowanie ludzkiego świata modelami świata zwierzęcego, biologicznego to rezygnacja z szansy jedynej w Układzie Słonecznym, a może w całym Kosmosie!

Zwierzęta wolały siebie przystosowywać do środowiska. Człowiek odważył się na postępowanie odwrotne, jak dotąd – z powodzeniem. Twórczość ludzka jest nakierowana w wiele stron świata, tak materialnego, jak idealnego jednocześnie – rozwój nauk, rozwój różnych gałęzi sztuki, rozwój sfery sakralnej są i będą pulsującymi motorami filozofii. Każdy system filozoficzny jest uogólnieniem jakichś prac i zarazem częścią rozwijającej się Filozofii. Twórcy systemów winni zrozumieć, że nie zostaną właścicielami prawdy absolutnej, ale także i to, że twórcy innych systemów nie są ich wrogami, że różne systemy nie wykluczają się – a zaledwie dopełniają, jak kamyki mozaiki, układanej na piasku spłukiwanym co chwilę falami czasu. Filozofią jest historia filozofii. To także zrozumiałem, pisząc Głosy, a raczej – wsłuchując się w „głosy”.

Rozpisałem się. Żeby chociaż wynik tych dywagacji był pocieszający. Ale wciąż jesteśmy pokrewni centaurom, wciąż jesteśmy zależni od pierwiastka zwierzęcego. Narzuca się nawet – jako pointa – bardziej dosadna definicja człowieka: anioł podróżujący na małpie! Z tym że małpa da sobie radę bez anioła, anioł bez małpy – nie. Wiem, że nie brzmi to tak, jak byśmy chcieli. Więc może poprzestańmy na porównaniu człowieka do dyskietki i programu na niej zapisanego, który znika – niestety – wraz ze zniszczeniem nośnika. To porównanie prowokuje do różnych efektownych analogii, na przykład na temat dwóch rodzajów pamięci, czynnej (operacyjnej) i biernej, czy też na temat produkcji dyskietek, zależności pomiędzy efektywnością korzystania z programów a jakością dyskietek itp. Ponieważ grozi nam szaleństwo jakiejś nowej, informatycznej filozofii – przerywam pisanie.

B.U.

LIST XIII

Dygresja o filozofii • TPPI • Buchenwald, ocaleni, obróceni w popiół, ukrzyżowani • Obozowa konspiracja i powstanie 11 kwietnia

Droga Pani!

Serdecznie dziękuję za list i dołączony prezent. Podejrzewam, że w czasie trwania naszej znajomości Pani też miała jakieś imieniny czy urodziny, których nie zauważyłem, zajmując się sprawami moich umarłych. Przepraszam i składam wszystkie zaległe życzenia. Proszę wierzyć, iż jest mi Pani bardzo bliska i że z niecierpliwością czekam na nasze spotkanie.

A teraz co do zasygnalizowanych mi wątpliwości. Raz jeszcze wracam do sprawy dla mnie fundamentalnej. Wspominałem, że po Marcu 1968 roku nasze pokolenie bliskie było zbiorowej depresji – zwłaszcza że było wśród nas wielu entuzjastów egzystencjalizmu. Uratował nas Brzozowski. Także Conrad. A tych, którzy znali choć trochę historię – Piłsudski. Prowadziłem wówczas wykłady z filozofii indyjskiej w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Indyjskiej. To była właściwie seria spotkań, powtarzana kilkakrotnie na żądanie publiczności (i Andrzeja Jakimowicza, u którego pisałem wcześniej rozprawę z historii sztuki kończącą Studium Wiedzy o Sztuce – i to on mnie do TPPI wciągnął. To był także jeden z ośrodków antymarksistowskiej konspiracji). Miałem z tego i satysfakcję – jako naukowiec, i poczucie wtajemniczenia – jako konspirator, i jeszcze parę groszy – jako wykładowca, a poza tym wciąż jeszcze mieszkaniec akademika.

Przedostatni cykl zatytułowany był Buddyzm i egzystencjalizm. Ostatni – Buddyzm, egzystencjalizm i polska filozofia twórczości. Czasami używałem określenia kreacjonizm czy filozofia czynu, najczęściej – po prostu Nowy Romantyzm. Myśli Cieszkowskiego i Norwida, Brzozowskiego i Piłsudskiego potraktowałem jako odpowiedź na rozpacz i lęk, które wracają w chwili, gdy ludzie tracą wiarę w idealne zaświaty. Jako odpowiedź na Sartre’a i na hasło Nietzschego Bóg umarł. Próbując uporządkować pojęcia, zaproponowałem podział filozofii czynu na filozofię pracy i filozofię twórczości, przejście między nimi było płynne – zwiększał się udział pierwiastka idealnego, duchowego. Na jednym biegunie fizyczne przemieszczanie materii, potem jej przetwarzanie – na drugim fantazja, która próbuje się bez tej materii obejść, zastępuje ją symbolami. Te symbole oczywiście wpływają na materię – wystarczy jakiś program informacyjny, a maszyny przetwarzają ziemię; inny program – i przetwarzają ją inaczej. Było to trochę niedopracowane, ale nie było kiedy dopracować – władze kazały kierownictwu klubu przerwać moje wykłady.

Oczywiście – mówiąc o filozofiach i religiach – tak hinduskich, jak i europejskich, jak i wszystkich, próbowałem dojść do pewnych uogólnień. Wprowadziłem między innymi taką oto gradację.

Można przyjąć, że ludzkość tworzy religię – i na tym poprzestać, ba nawet uznać kapłanów za oszustów. Do tego doszło Oświecenie i stąd rewolucja francuska (która na swym najwyższym piętrze była antyreligijna, niszczyła budowane przez stulecia sacrum). Ten sam pogląd głosił potem marksizm: religia to kwiaty przy kajdanach, religia to opium dla mas – trzeba burzyć religię. Nawet jeśli w przesłance było coś na rzeczy – wniosek był godny barbarzyńców.

Można było iść dalej i zapytać – to uczynił nasz filozof Stanisław Brzozowski – czy religia, która, owszem, jest dziełem ludzkiej pracy, czy religia jest tylko kreacją, tylko fikcją zrodzoną w ludzkich umysłach – czy może jest czymś więcej, może odbija coś, co jest w samym świecie pozaludzkim, leżącym poza naszym doświadczeniem. Rzucającym cienie na nasz świat. Ostatecznie całe nasze poznanie świata jest zdeformowane, a jednak coś w tym jest, że tam, gdzie stawiamy znak drzewa – mamy coś trwałego, tam, gdzie znak ptaka – coś ulotnego, zmieniającego miejsce – nie odwrotnie. To właśnie optymistyczny wariant agnostycyzmu.

I teraz sprawa dla mnie najważniejsza: odpowiedź nie jest konieczna, na niepewności i przeciw tej niepewności można jeszcze coś zbudować, a na pewno jest o czym dyskutować. Natomiast pewność, iż Boga nie ma, a świat biblijny to literacka fikcja, jak i pewność, że Bóg istnieje, a Biblia opisuje zaświaty z dokładnością przewodnika wycieczek dla niepełnosprawnych – taki wysiłek i taką dyskusję czynią zbędnym.

Można więc i trzeba iść dalej, jeszcze dalej. Przyjąć, że świat duchowy jest dziełem ludzkiej twórczości – ponad nieznanym do końca światem materialnym. I skupić cały wysiłek na tym, jakie to dzieło jest, a jakie być powinno. Z Chrystusem czy bez, z nadzieją czy bez niej. Bo świat duchowy, bo sztuczne środowisko duchowe nasza ludzkość i tak wytworzy. To jest warunkiem jej istnienia. To dało jej przewagę nad innymi gatunkami. Nie tylko nad zwierzętami, ale nawet nad aniołami i demonami – jeśli te w ogóle istnieją. Sztuczne środowisko duchowe powstawało przez wieki, dzięki twórczości pokoleń artystów i myślicieli, jako wyższe piętro nad naszym środowiskiem materialnym, które też było uczłowieczone, to znaczy sztuczne. I jako najwyższe piętro prac ludzkich wieży (to nasz poeta Norwid) musiało powtarzać strukturę pięter niższych. Ale ludzkość osiągnęła możliwości pozwalające tworzyć sferę duchową nieomal niezależną, nieodbijającą żadnej realności, żadnych pięter niższych. To kwestia manipulacji. By pisać współczesną Pieśń o Rolandzie, nie jest potrzebny Roland, wystarczy scenarzysta z Hollywoodu, który majstruje bezpośrednio w zbiorowej wyobraźni i może do niej wsadzić dowolną ilość Rolandów. Powstają precyzyjne obrazy nieistniejących krain, kopie bez oryginałów, potem recenzje i recenzje tych recenzji. Niemcy, którzy mieli lata takiej „twórczości” za sobą, od razu po wojnie zaczęli pisać nową, „antyfaszystowską” historię, do której wykorzystali między innymi Buchenwald, nielicznych komunistów, byłego policjanta z getta, a nawet jego czteroletnie dziecko. Również i u nas tworzono takie komunistyczne sacrum – na ślady tej „twórczości” trafiałem już, pisząc wiersze o obozach. W tym sensie moja Czerwona msza jest ciągiem dalszym Głosów – opisuje, jak nad światem zbrodni, mordowania powstańców z AK, niszczenia polskiej gospodarki, oświaty, religii propagandyści budowali nowe, komunistyczne sacrum, pełne nowych świąt i nowych świętych. Haniebną rolę odegrali w tej pracy także poeci – bo byli autorytetami, bo odwoływali się do uczuć, bo ich kłamstwa były piękniej napisane niż żołnierskie odezwy „Łupaszki”, „Ognia” czy „Orlika”.

Jak widzisz, problem nie znika, zostaje tylko przeniesiony na inne piętro. Na to piętro, na którym prawdę zastępują wyniki badań opinii, zamiast faktów pojawiają się „fakty prasowe”. To piętro „rzeczywistości medialnej”, to Matrix. Człowiek nie potrafi już żyć w prawdziwej rzeczywistości. Żeby nie stracić orientacji – tworzy więc jej modele. Nie miniatury, lecz modele, to znaczy miniatury tendencyjne, uwypuklające to, co go interesuje. I w tej sferze trwa nieprzerwanie rywalizacja, właściwie wojna. I nie jest obojętne, czy w wyniku tej wojny stworzone zostaną niebiosa oparte na nienawiści klasowej, czy rasowej, czy może zostaną zdruzgotane wszelkie niebiosa. Ludzie bez bogów zamieniają się w zwierzęta. Pytanie Stalina Ile dywizji ma papież? nie jest pytaniem idioty, ale jest pytaniem barbarzyńcy.

Odpowiadając więc do końca, do końca szczerze, na Twoje pytanie: myślę, że Biblia jest tylko dziełem literackim, że Nowy Testament, w którym słychać już echa greckiego i łacińskiego humanizmu, jest dziełem moralnie wyższym niż Stary Testament – który oparty był na haśle narodu wybranego, narodu mającego prawo niszczyć ludy „niewybrane”, podludzi, palić ich miasta, mordować ich mieszkańców. Myślę także, iż Chrystus istniał, nie został wymyślony jak Faust – choć mógł być kimś zupełnie innym. Nie był „Bogiem”, ale nim został, nie narodził się z umiejętnością latania – ale nauczył się fruwać, a to było znacznie trudniejsze. O obecność takiego Chrystusa w kulturze należy walczyć. Mniej istotna jest przeszłość: czy był taki, bardziej przyszłość: czy będzie?

A teraz kwestie szczegółowe.

1) Buchenwald był jedynym obozem, który wyzwolił się powstańczym zrywem. Oczywiście, sukces ten był możliwy dzięki rozpadowi SS, chaosowi, panice – wszystko to prawda. Ale prawdą jest też, że wieczorem 11 kwietnia, kiedy przybyli Amerykanie – nie witały ich niedobitki więźniów, lecz 20-tysięczny, zaczynający żyć własnym życiem obóz. Część więźniów wyszła – byle dalej, byle na wolność – część wróciła z „komenderówek” (filii) – dlatego nie jest możliwe ustalenie dokładnych liczb24. Niepewne są również dane na temat Polaków, Rosjan i Niemców. Bo 9 i 10 kwietnia, tuż przed powstaniem, władze obozu od nich zaczęły ewakuację. Wysłano dwa wielkie transporty: 4800 i 9280 więźniów. Oznaczało to rozpad struktur, utratę wielu drużyn bojowych: wyszli niemieccy komuniści, jeńcy rosyjscy, Polacy – prawie cała Gwardia Ludowa Buchenwaldu. Więźniowie zostali wygonieni bez broni, która była ukryta w obozie. Dlatego w powstaniu tyle improwizacji i dlatego największy ciężar walki spadł na pozostałych w obozie Polaków i Jugosłowian. Jak chyba już wspominałem, konspiracja niemiecka była dziesiątkowana w 1940, 1941, 1944 – władze Rzeszy dawały niemieckim więźniom szansę „rehabilitacji” w walce i – wbrew późniejszej propagandzie – nie tylko kryminaliści, ale i liczni komuniści wstępowali do Wehrmachtu. W książkach wydanych w PRL wiadomości na ten temat cenzurowano, książka Czarneckiego i Zonika Walczący obóz Buchenwald przeleżała się nie tylko w naszej cenzurze, ale i w ambasadzie NRD. We wspomnieniach, które ukazały się na Zachodzie, można znaleźć wzmianki o więźniach, którzy ćwiczyli na stokach Ettersbergu – najpierw w pasiakach, potem w mundurach Wehrmachtu. Zbiegiem okoliczności dane mi było poznać krawca z Leitmeritz, niejakiego Majewskiego, który mówił, iż część naprawianych mundurów przekazywali jeszcze w obozie takim właśnie ochotnikom. Również jakaś liczba Rosjan zgłosiła się na przełomie 1944 i 1945 roku do ROA, co zdezorganizowało poważnie ich konspirację. Rachunki utrudnia fakt, iż wielu z ewakuowanych 9 i 10 kwietnia Rosjan wróciło potem do obozu.

2) Dowództwo SS chciało zatrzeć ślady istnienia obozu, przygotowane były plany zbombardowania baraków nawet z ludźmi. To mieściło się w niemieckiej poetyce wojny. Nie znamy całego obrazu tych zbrodni, ale wiemy, że w styczniu 1945 roku Niemcy zlikwidowali bloki w Fürstengrube z 250 chorymi, że w Gardelegen nocą z 13 na 14 kwietnia wprowadzono do wielkiego magazynu i spalono ponad tysiąc więźniów, głównie Polaków przygnanych z obozu Neuengamme (na dzień przed zajęciem tego miasta przez Anglików!), że w lagrze Thekla koło Lipska 18 kwietnia 1945 roku podpalono bloki, w których było 330 więźniów – ocalało tylko 70. Podobnie Niemcy postąpili w Gleiwitz V (Gliwice V) 21 maja 1945 roku, podobną zbrodnię szykowali w Holišowie – gdzie bloki przygotowywane do podpalenia ocaliła brawurowa akcja polskiej Brygady Świętokrzyskiej NSZ. O tej ostatniej akcji mówi się rzadko i niechętnie, bo NSZ to polscy „narodowcy”, którzy „muszą” być antysemitami, a ocalone zostały głównie Żydówki, co jest sprzeczne z regułami poprawności rządzącymi zachodnim Matrixem. Wracając jednak do autentycznej historii: istniało prawdopodobieństwo, iż również w Buchenwaldzie więźniów, których nie zdołano by ewakuować – po prostu by zamordowano.

Palenie wrogów Niemcy stosowali dość często, to ich charakterystyczny podpis w historii. Począwszy od wsi na Kielecczyźnie w 1940 roku (by w ten sposób uderzyć w oddział majora „Hubala”), poprzez słynną stodołę w Jedwabnem (1941) i Michniów na ziemi świętokrzyskiej (1943), do spalenia dzielnicy żydowskiej, a potem do spalenia milionowej stolicy Polski. Palenie ma coś z barbarzyńskiego obrzędu. Nie jedynego. Liczne sposoby torturowania i zabijania nawiązywały parodystycznie do Ewangelii. Zwłaszcza w przypadku likwidowania księży w Auschwitz, Buchenwaldzie, a zwłaszcza w Dachau. Słyszałem o tym od wielu świadków, wiele świadectw zapisano w książkach.

Najbardziej wstrząsająca jest książka Konrada Strzelewicza Zapis: opowieść Aleksandra Kulisiewicza (Kraków, 1984) – przemilczana, bo niezbyt dziś poprawna politycznie – autor ma opinię prawicowca. O męce Żydów pisze uczciwie, ale czasem wspominał o Żydach „pracujących” w UB – więc aby go zdyskwalifikować, UB-owcy wszystkich rodowodów robią z niego antysemitę. Taka dyskwalifikacja jest oczywiście na rękę i niemieckiej propagandzie. Dodając do tego tchórzostwo polskich „autorytetów” tresowanych jeszcze w komunizmie, możemy mieć pewność, że praca Strzelewicza w europejskim Matrixie nie zaistnieje. Ta książka jest rzeczywiście zapisem wspomnień więźnia kilku obozów, Aleksandra Kulisiewicza (jest on mylony czasem z grafikiem Tadeuszem Kulisiewiczem, więźniem Auschwitz). Na stronie 170 Zapisu… Strzelewicz przytacza taką oto relację: W Gusen więźnia w pozycji ukrzyżowanego człowieka przywiązano do wielkich gwoździ na frontowej ścianie baraku. Konał długo, bez odrobiny wody i jedzenia w straszliwym upale… (s. 170).

To nie jedyny przykład makabrycznych, bezwiednie rytualnych zbrodni Niemców. Kulisiewicz przypomniał także ukrzyżowanie Józefa Walczakowskiego, sołtysa wsi Radwanowice koło Krzeszowic w 1943 roku, a nawet ukrzyżowanie rosyjskiego żołnierza Jurija Smirnowa w 1944 roku we wsi Szałyszyno koło Witebska (s. 170). Trzyletniemu dziecku ukrzyżowanemu na oczach konającej matki w Presles koło Nicei Kulisiewicz poświęcił pieśń Ukrzyżowany 1944 (s. 33).

Kulisiewicz podawał przykłady, których był pewien, najczęściej z obozów, w których sam przebywał, dlatego pominął zbrodnie popełniane w Leitmeritz czy w Buchenwaldzie. Najwięcej miejsca poświęcił obozowi w Dachau. Tam właśnie esesmani popełnili zbrodnię i profanację – odtwarzając parodystycznie sceny z Ukrzyżowania. Ofiarą był austriacki ksiądz Hans Riese z Hofgatsteinu koło Salzburga, bohater jednej z ballad krążących po obozach. Po Anschlussie polecił on sztukatorowi zamurować pisany przez siebie pamiętnik w dzwonnicy. Ten tymczasem zaniósł go na gestapo. Ponieważ był tam fragment antyhitlerowski – Riesego zesłano do Dachau. A tam – jak pisze Kulisiewicz – zmuszono go, by przygotował dla siebie koronę cierniową z zardzewiałego drutu kolczastego (…) Rozebrany do naga kapłan poniósł śmierć wśród bestialskich tortur. Esesmani wbili mu przedtem koronę na głowę, dlatego też w ostatniej zwrotce ballady śpiewano (s. 116):

Głowa kolczastym drutem przebita

wargi zmiażdżone, ból serce chwyta

Ludzie, Chrystus w Dachau kona

krzyża nie ma na ramionach.

Obóz w Dachau był cmentarzyskiem księży z całej Europy, a raczej byłby – gdyby zwłok nie palono. Zamordowano co najmniej 930 księży, w tym co najmniej 748 Polaków. Ogółem wywieziono tam 2720 księży, w tym 1748 Polaków. W sumie, we wszystkich obozach i więzieniach, Niemcy zamknęli ponad cztery tysiące polskich księży. Zginęło sześciu biskupów, ponad 50 zakonnic, 300 zakonników (w tym wielu za ratowanie Żydów) i co najmniej 1930 księży. Liczby, które podaję, są zaniżone, gdyż ograniczone do przypadków udokumentowanych, do ludzi wywożonych z większych ośrodków i z terenów Gubernatorstwa. A przecież znikały z powierzchni ziemi całe wsie, przecież po 1941 roku Niemcy wywozili do obozów także Polaków z obszarów przyfrontowych (o ile nie rozstrzeliwali ich na miejscu) – czego, rzecz jasna, nikt nie dokumentował. Moda na rewizjonizm z jednej, a sprawa Jedwabnego z drugiej strony, wytworzyły taką sytuację, w której historyk musi kilka razy sprawdzać cyfry, nim je poda do publicznej wiadomości. Książka, którą robimy, będzie obserwowana z podejrzliwą, niechętną pedanterią.

B.

Czesław Datka, I Zlot Zuchów w Katowicach, 23 maja 1937 roku

List XIV

Związek Polaków i Związek Harcerstwa • Samoobrona w Buchenwaldzie – trzy piony śląskiej organizacji • Wojskówka i harcerze

(…) A teraz wreszcie odpowiem na Twoje pytanie, choć robi mi się z tego straszny dysonans. Trudno. Te sprzeczności są we mnie. W nas. Między nami. Chwilami mam dość tej przeszłości, chciałbym już powrócić z obozu, zwłaszcza odkąd wiem, że na mnie czekasz – lecz nie mogę. Ktoś tam musi pozostać, choćby po to, by wysłuchać więźniów, podać im kubek wody – wody życia. Może też boję się prywatności, przez lata wydawała mi się mniej realna. Boję się, że naprawdę kochać potrafię tylko umarłych. Przepraszam, wracam do odpowiedzi.

Więc: jeśli chodzi o polską konspirację, to była ona typowa dla naszego narodu, to znaczy bohaterska i skłócona. Niektóre nazwiska już w tych listach padały, czas jednak to uporządkować. Jeśli się za bardzo rozpiszę – nie wyślę tego listu.

W 1922 roku powstał Związek Polaków w Niemczech25, rok potem – Związek Harcerstwa Polskiego w Niemczech (chociaż pierwsze drużyny powstały przed wojną, a najpierwsza – co jest pewnym paradoksem – w 1913 roku w Berlinie). Początkowo jakoś to działało i współdziałało, harcerze udzielali się w ruchu teatralnym, śpiewaczym etc. W roku 1935 doszło do spięcia między berlińską centralą (którą kierował de facto dr Jan Kaczmarek, skądinąd wspaniały mówca) a młodymi „wilczkami” ze Śląska, którzy uważali politykę centrali za zbyt ugodową.

Ponieważ prawie wszyscy uczestnicy wydarzeń znajdą się w Buchenwaldzie – warto przedstawić ich bliżej. Liderem „Młodych” był Jan Wawrzynek (rocznik 1903) z Opola, były harcerz, uczestnik III Powstania, do tego znakomity organizator pielgrzymek – taką wynalazł drogę łączącą Ślązaków z Polską. Popierał go Wiktor Gorzołka z Groszowic (1908) – prezes Związku Polskiej Młodzieży Katolickiej legendarny działacz harcerski, który na swym motorze objeżdżał setki razy Śląsk, popierał Józef Kachel z Bytomia (1913) – także działacz harcerski, a do tego jeden z organizatorów Polskiego Klubu Jazdy Konnej, wspaniały jeździec, lubiący popisywać się na zawodach. Do tej grupy należał też Paweł Kwoczek (1904) – współzałożyciel wrocławskiej korporacji Górnoślązaków Silesia Superior, adwokat znakomity w prawniczych rozgrywkach z władzami niemieckimi. Do młodych przyłączył się też hufcowy harcerzy z Wrocławia, student i początkujący literat – Władysław Zarębowicz (rocznik 1918). Związany był z najbardziej znienawidzoną przez Niemców gazetą – z opolskimi „Nowinami Codziennymi”. Za tę działalność zostanie zesłany do Buchenwaldu, następnie do Mauthausen, w końcu do Moabitu i tam ścięty.

Wymieniłem tylko najważniejszych, raczej żeby sobie materiał uporządkować, bo ani Twoich, ani moich czytelników ci ludzie nic nie obchodzą. Terenem starcia stał się ZHP w Niemczech. W 1935 roku odbyły się wybory, podczas których prezesem ZHPwN został dr Paweł Kwoczek (w miejsce Leona Nawrockiego), naczelnikiem – hufcowy z Bytomia Józef Kachel (w miejsce Józefa Kwietniewskiego).

„Młodzi” przejęli też władzę w Dzielnicy I (Śląsk), a gdy centrala tego nie uznała, stworzyli – przejściowo – własny Związek Polaków na Śląsku. Prezesem został Jan Wawrzynek, sekretarzem Wiktor Gorzołka, skarbnikiem – najmłodszy w tym gronie (1908) Antoni Wilczek z Gosławic – młody działacz spółdzielczy i animator kultury. Do zarządu weszli m.in. Artur Gadziński i Stanisław Olejniczak.

Dopiero po roku, dzięki wysiłkom m.in. Szczepaniaka, nastąpiło zlikwidowanie secesji, co zresztą świadczy o autorytecie tego działacza. Dla Kwietniewskiego stworzono stanowisko inspektora ZHPwN, Wawrzynek dostał stanowisko w „legalnych” władzach Dzielnicy. Zgoda w obliczu niebezpieczeństwa to jeden z rzadkich przypadków mądrości moich rodaków. A niebezpieczeństwo narastało.

Od dojścia Hitlera do władzy nasiliły się w Niemczech prześladowania Polaków. Już w roku 1933 Niemcy uwięzili 341 polskich działaczy, potem nastąpił krótki okres odwilży, w 1937 podpisano „Deklarację mniejszości”, 5 listopada prezydent Mościcki przyjął delegację niemieckiej mniejszości, Hitler – polskiej mniejszości. W jej skład obok radcy prawnego Brunona Openkowskiego weszli dr Jan Kaczmarek jako „kierownik” i Stefan Szczepaniak – jako wiceprezes ZPwN. Datę 5 listopada warto zapamiętać. Hitler mówił długo i serdecznie o sympatii do mniejszości i o pokojowych planach na przyszłość. Tego samego dnia w tej samej Kancelarii Rzeszy Hitler zwołał naradę, w której wzięli udział marszałek Blomberg i dowódcy wojsk: lądowych (generał Fritsch), marynarki (admirał Räder) i lotnictwa (generał Göring). W naradzie wziął też udział minister spraw zagranicznych – baron von Neurath. Hitler podzielił się z zebranymi… planami podboju Europy. Rozwiązanie niemieckiego problemu – Hitlerowi chodziło o Lebensraum – jest możliwe tylko na drodze przemocy… Jako ostateczną datę rozwiązania prorokował lata 1943‒1945.

Jak łatwo przewidzieć z roku na rok było gorzej. Aresztowania w 1938, potem – w lipcu 1939. Prawdziwy pogrom nastąpił jednak po wybuchu wojny, kiedy to Niemcy aresztowali 189 czołowych działaczy śląskich i zesłali do Buchenwaldu. Nie były to ostatnie represje, w obozach znajdzie się wkrótce kilkadziesiąt tysięcy Polaków z Rzeszy i terenów okupowanych.

Problemem konspiracji jest nawiązanie wstępnych kontaktów opartych na zaufaniu, potem budowa struktur. Tymczasem w Buchenwaldzie znalazły się już gotowe struktury harcerskie i związkowe, oparte na zaufaniu, z ustaloną hierarchią – i od razu zaczęły działać. Od jesieni 1939 roku istniała w Buchenwaldzie polska Sekcja Samoobrony, potem powstał Komitet Koleżeński, który, jak wspominałem, w roku 1943 przemienił się w Komitet Polski.

Akcję samoobrony prowadzono w trzech pionach: ocalania, pomocy i walki; pion ostatni przygotowywał broń, korzystając z tego, że Niemcy zatrudniali więźniów w zakładach produkujących i remontujących uzbrojenie dla SS i Wehrmachtu. W jednym z wierszy, w formie „donosu” podałem autentyczne nazwiska. Donosy, choć w innej formie, też były autentyczne. O działalności konspiratorów pisano niestety bardzo dawno: w „Studiach Śląskich” w 1959 roku i w pracy Martyrologia i walka Opolan w 1964. Za rok będziemy obchodzić 40-lecie jej wydania. Odnotowałem tylko kilka nazwisk godnych najwyższego szacunku.

W pionie pomocy działali m.in. ojciec Artura Gadzińskiego, Teodor (magazyn odzieżowy SS), Alojzy Szymaniec (Vorarbeiter w kartoflarni), Jan Augustyn (w magazynie odzieżowym dla więźniów). Na zasadzie „najciemniej pod latarnią” Szymaniec i Gadziński dość często ukrywali więźniów poszukiwanych przez władze obozu. Zasadniczym przedmiotem troski tego pionu była jednak odzież i żywność. Teodor Gadziński „organizował” bieliznę i buty; udało mu się także skompletować dla konspiratorów parę mundurów. Jan Augustyn wykorzystywał czas nalotów – gdy wszyscy uciekali do schronu – ładował w worek i wynosił pustymi uliczkami odzież dla więźniów. Jak wielu innych – także i ten bohater nie wrócił z Buchenwaldu. W tym pionie działali także główni przywódcy ZPwN: Stefan Szeczepaniak, który sprzątał kantynę SS, i Paweł Kwoczek, który został szefem więźniarskiej kuchni. Obydwaj odważnie „organizowali” dodatkową żywność dla chorych i ukrywanych.

W pionie ocalania główną postacią był Artur Gadziński (nazywany czasem Doktorem Polakiem, choć – jak już pisałem – nie kończył medycyny). Pracował jako pielęgniarz i okresowo pisarz na tzw. „rewirze”, czyli w bloku szpitalnym – ale dla zakaźnie chorych. Gadziński czasem przechowywał zagrożonych więźniów w izolatorium, czasem wystawiał fikcyjne wezwania do rewiru. Ratowały one przed wywózką, nierzadko przed śmiercią, poza tym ułatwiały spiskowcom poruszanie się po obozie. W podłodze izolatorium, pod jednym z łóżek, Gadziński umieścił skrytkę z odbiornikiem produkcji inżyniera Damazyna.

Artur Gadziński ocalił wielu więźniów, lecząc ich wbrew zakazowi, podmieniając nazwiska więźniów skazanych na wykończenie na nazwiska umarłych itp. Po wojnie był nawet aresztowany i przesłuchiwany przez władze komunistyczne, ocaliło go to, że stał się legendą na Zachodzie. Pisał o nim Bruce Marshall w książce The White Rabbit, gdzie opisał m.in. uratowanie przez Gadzińskiego angielskich lotników. W wierszu wspominam tylko o podmianie żywych i umarłych, bywały jednak i bardziej dramatyczne momenty. Aby uratować komandora Foresta Yeo-Thomasa, Gadziński wraz z Holendrem Janem Schalkerem zrobił mu zastrzyk z mleka. Lekarz Niemiec, gdy ujrzał objawy przypominające agonię, przestał się interesować więźniem. Wtedy dokonano podmiany: niedawno zmarłego Francuza odesłano do krematorium pod jego nazwiskiem, a Anglik ocalał jako Maurice Choquet. Wśród ratujących oprócz Gadzińskiego wspominany jest doktor Eugen Kogon z Wiednia i więzień z Dortmundu Hans Baumeister, wśród ratowanych – kpt. Harry Pool, por. Stephan Hessel i wielu, wielu innych. Doliczono się co najmniej 131 przypadków ratowania przez zmianę nazwisk – nie zawsze więc trzeba było płacić za ocalenie jednego żywego życiem innego; istniały inne sposoby ratunku niż „podmiana ofiar”. Książkę Marshalla znam niestety tylko z relacji, ukazała się tuż po wojnie, potem, w wersji rozszerzonej, doczekała się następnego wydania; jakieś cytaty przyniósł mi kiedyś Andrzej – i to była moja cała wiedza na ten temat.

W pionie ocalania działali też: Józef Grala i Franciszek Łęgowski z häftlingschreibstuby (kancelarii dla więźniów), Józef Kachel i Jan Rychel z arbeitstatystyki (biura pracy). Ostrzegali oni więźniów o wywózkach, selekcjach, zwłaszcza tych, przy których nazwiskach pojawiały się złowróżbne litry RU (Rückkehr unerwünscht – powrót niepożądany).

Pionem walki kierowali: Wiktor Gorzołka (SS-Divisionsnachschublager) – i Alojzy Kłaka – przedwojenny szef „ludowego” zespołu (śpiew, taniec), który to zespół już przed II Powstaniem stanowił przykrywkę działalności niepodległościowej, a po powstaniach – wywiadowczej.

We współpracy z Gorzołką Józef Kachel zorganizował grupę w zakładach naprawczych SS, gdzie Wiktor Gorzołka jako kapo prowadził magazyn, Stanisław Olejniczak kartotekę, a Paweł Kurzeja (ten z bytomskiego gimnazjum) wydawał towar i robił zamówienia. Niemal nie było rzeczy, której by nie potrafili zorganizować – nikt bowiem nie miał odwagi sprzeciwiać się papierom opatrzonym stemplami SS. W 1943 roku działalność grupy znacznie się ożywiła dzięki włączeniu do pracy harcerzy Wiktora Śnieguckiego26. Dla wynoszenia granatów uszyto pasiak ze specjalnymi kieszeniami, w którym często chodził Paweł Kurzeja. Przerzutu do obozu dokonywał najczęściej druh Wiktor Donat – Vorarbeiter komanda, które przewoziło jedzenie z magazynów do kuchni SS, z powrotem zaś odpadki do obozowej świniarni. Pistolety i amunicja przewożone były w garnkach zatopionych w kotłach z pomyjami.

Drużyny do walki przygotowywał Wiktor Gorzołka i jego zastępca Wilczek (Vorarbeiter w SS-Divisionsnachschublager). Oni też dostarczali broń na ćwiczenia prowadzone przez Śnieguckiego. W zajęciach uczestniczyli także oficerowie z „wojskówki”, m.in. podchorąży Lenartowicz. Całość działań polskiego podziemia koordynował Stefan Szczepaniak, któremu pomagał Paweł Kwoczek, a do czasu wywózki do Ravensbrück – Józef Kwietniewski.

Pion walki został poważnie okaleczony podczas amerykańskiego nalotu 24 sierpnia 1944 roku. Zginęli wtedy Witczak, Gorzołka, Olejniczak, zastąpili ich jednak tacy działacze, jak: Wilczek czy działacze „Sokoła” – czterej bracia Gomolowie, którzy potem wzięli udział w powstaniu. Ślązacy, którzy oficjalnie byli reichsdeutschami, mogli wejść do legalnie działających służb: straży pożarnej i pogotowia sanitarnego, a także do legalnej straży porządkowej (Lagerschutz), w której konspirację organizował młody (ur. 1919) Polak z Zaolzia, Józef Pribula. Ochotnik w roku 1939, wzięty przez Niemców do niewoli i początkowo skazany na rozstrzelanie. W Buchenwaldzie pracował w bloku „patologii”, organizował życie kulturalne, a po wejściu do Lagerschutz – konspirację zbrojną. 11 kwietnia dowodził jedną z grup wyzwalających z bronią w ręku obóz. Innym znanym z nazwiska konspiratorem był Kazimierz Matela, dowódca drużyny w Lagerschutz. Jako Wielkopolanin (podobnie jak Sokolak) znał dobrze niemiecki, mógł dogadywać się z niemieckimi konspiratorami. I to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego ci, a nie inni Polacy byli w obozie funkcyjnymi i zarazem przygotowywali powstanie. Polacy z centralnej Polski – oczywiście na czele z PPR – po prostu nie znali języka. Obydwie straże – porządkowa i pożarna stanowiły główne siły w czasie ataku 11 kwietnia 1945 roku na oddziały SS.

Od roku 1943 nieprzerwanie działała „wojskówka” związana z ZWZ (AK). Po części wspierała się na oficerach Września, po części na konspiratorach przetransportowanych z Auschwitz, mających kontakt z tamtą konspiracją, organizowaną jeszcze przez Pileckiego.

Na czele wojskówki w Buchenwaldzie stał mjr Stefan Piotrowski, którego zastępcami byli Jan Krzywicki i Mieczysław Woiński. Pierwszy występował w obozie jako Janusz Pokrzywnicki, drugi jako Józef Kowalski, działali w głębokiej konspiracji. Dlatego – i nie bez racji – jako przywódca obozowej konspiracji przedstawiany jest kierujący działalnością bieżącą rotmistrz „Orda” – Tadeusz Gierasiński z I Pułku Strzelców Konnych. Po Wrześniu walczył w jednym z pierwszych oddziałów partyzanckich ZWZ, schwytany – znalazł się w obozie. W książce Straszna góra Ettersberg zastępca „Ordy”, Czesław Ostańkowicz, wspomina, że w roku 1943, w czwartą rocznicę Września, w lasku koło rewiru, składał wojskową przysięgę. Właściwie było to ponowienie przysięgi – „Orda” przypomniał zebranym: Nikt nas nie demobilizował (Ibidem, s. 75). Do tej grupy należeli m.in. por. Jaskólski („Sobierajski”), por. ZWZ Jan Lesiak i około 40 oficerów i podoficerów. Grupa ta została rozdzielona podczas ewakuacji 9 kwietnia, w powstaniu wzięła udział tylko jej część. Z wojskówką ściśle współpracowała grupa naszych harcerzy.

Zwartą i wyjątkową grupę konspiracyjną stanowiło komando nawadniania (Bewässerung), którym kierował Marian Sobieszczański z Warszawy. Z racji swej mobilności hydraulicy zaczęli koordynować działania innych grup, znakomicie ukrywali broń itd. Melinował się w tym komandzie Józef Bakalarczyk, również z ZWZ, którego wydarzenia wyniosły do roli jednego z dowódców powstania (w Głosach występuje też jako „Szary”). Zdobył wieżę nr 1, stojący na niej cekaem zwrócił przeciw sąsiednim wieżom i esesmanom walczącym na dole. Potem – jakby go już nie było. Są przekazy, iż zginął w czasie walk, są przekazy, że przeżył, najczęstsze są przemilczenia. W większości relacji Bakalarczyk pojawia się i znika 11 kwietnia – jakby Bóg stworzył go tylko dla tego jednego dnia. Dlatego i ja – po napisaniu Głosów zrezygnowałem z szukania jego śladów.

Konspiracja komunistyczna, mająca najlepszą prasę w PRL, istniała rzeczywiście, głównie wśród Niemców. Jak wspominałem, od lata 1943 działał Międzynarodowy Komitet Obozowy (ILK), którego przewodniczącym (bądź tylko koordynatorem, jak chcą niektórzy) był szef komitetu Niemieckiego prof. Walter Bartel; przygotowaniami wojskowymi kierował Harry Kuhn. Tajne drużyny podzielono na „sektory”: czerwony (Rosjanie), zielony (polski), niebieski (francuski), żółty (niemiecki); teoretycznie było 178 pięcioosobowych drużyn, ale wszystko to pozostało w planach. Gdy w kwietniu 1945 roku władze ewakuowały prawie połowę więźniów – wśród nich znalazła się większość zarówno prawdziwych, jak i urojonych spiskowców. Dlatego w powstaniu było tyle „polskiej improwizacji”, a o sukcesie zdecydowały – trzeba przyznać – strach esesmanów i… szczęście samych powstańców.

Z ILK współpracował wspominany również Hans Eiden, II Lagerältester obozu, cieszący się zaufaniem i władz, i więźniów. Eiden wziął udział w kierowaniu powstaniem, pozostał na swym stanowisku także po zakończeniu walk i przemawiał na uroczystym apelu – jako bohater obozowej konspiracji. Oceniany bywa dość różnie, nie można jednak zaprzeczyć, że nawet jeśli grał na dwie strony – i tak ryzykował życiem. Z ILK współpracowali reprezentanci wielu narodów, m.in. Rosjanin Mikołaj Simakow, który jednak z powodu ewakuacji nie wziął udziału w powstaniu, także ulubieniec obozu Francuz Marcel Paul, także liczni Polacy – oczywiście ci, którzy znali język, np. Sokolak czy Damazyn. Ten ostatni – z części wykradanych w warsztatach SS zbudował kolejno siedem aparatów radiowych. On też poinformował Zachód o produkcji tajemniczej broni w Buchenwaldzie – co stało się powodem dramatu: atak aliancki na obóz (24 sierpnia 1944) skończył się śmiercią zakładów Gustloff-Werke, ale i śmiercią kilkuset więźniów. W kwietniu 1944 roku Damazyn wysyłał też do III Armii gen. Pattona apele o pomoc. Uratowały one obóz na zasadzie dramatycznego paradoksu. Niemcy na tyle przerazili się bliskością amerykańskiego ataku, iż porzucili plany likwidacji obozu i zamiast unieszkodliwić zdziesiątkowanych spiskowców – zaczęli uciekać. Z liczącej ponad 2,5 tysiąca załogi SS w ostatniej fazie walk zostało tylko 220 esesmanów i drugie tyle cywilnej obsługi obozu (przeważnie uzbrojonej w broń krótką). Ułatwiło to zwycięstwo powstańcom. Po wojnie, a dokładniej po październikowej „odwilży”, Damazyn został odznaczony za udział w walce krzyżem Virtuti Militari.

Jednym z przywódców lewicowej konspiracji był Jan Izydorczyk, który po wojnie został sekretarzem PPR, posłem i w końcu ambasadorem; spiskował też Tadeusz Głąbski, powojenny sekretarz KW, także Wacław Czarnecki, który ich wszystkich wychwalał jako pisarz. Sprawy te nie są i nie będą przejrzyste, bo więźniowie zagrożeni oskarżeniem o kolaborację (np. Ślązacy, którzy byli reichsdeutschami) woleli przyznawać się do lewicowości niż do współpracy ze Szczepaniakiem. Prawie cała obozowa PPR została zmyślona, wymyślono nawet zebrania i tematy referatów! Jedni robili to, by spokojnie pracować, jak Sokolak, inni dla kariery partyjnej, jak Janusz Zarzycki, peerelowski prezes ZBoWiD i przewodniczący Stołecznej Rady Narodowej. Powojenne dzieje buchenwaldczyków to materiał na osobną książkę, może na dodatkowe rozdziały Czerwonej mszy. Nie ja je będę pisał. Po 1945 roku byliśmy świadkami wielu przypadków załamań, nawet kolaboracji i to wśród ludzi, którzy jako politycy, literaci, filozofowie należeli do elity narodu. Mnie interesowało co innego: ludzie, którzy w sytuacji zagrożenia życia, często chorzy i wycieńczeni potrafili być bohaterami, pomagać innym – i to przez kilka lat! Głosy to nie historia, to apokryf.

Do grupy lewicowej należał też wspominany stryjek moich kolegów Findziński, który z racji udziału w akcji na Café Club został przywódcą Gwardii Ludowej Buchenwald. Gwardia była w dużym stopniu fikcją, akcja na Café Club prawdziwa, konspiracja w obozie była codziennym wyzywaniem śmierci – i choćby z tego powodu należy się tym ludziom nasz szacunek.

Osobne grupy konspiracyjne tworzyli nauczyciele (Karabanik, Sokolak – kolejni opiekunowie szkółki murarskiej czy Jakubowski pracujący na co dzień jako szewc), dziennikarze (Władysław Szczerba, poeta Edmund Polak) i inni. Występujący w Głosach nauczyciel „ Mikołajczak” to pseudonim, pod którym w obozowej konspiracji występował Henryk Sokolak, ale „nakłada się” na niego wspomniany przed chwilą Jan Z. Jakubowski, bohater Buchenwaldu, który słynął z fenomenalnej pamięci i recytował w obozie całe utwory Mickiewicza i Słowackiego, a nawet fragmenty Trylogii.

W maju 1944 roku doszło do połączenia lewicowców ze śląskimi spiskowcami. Z oporami, ale w końcu stworzono Komitet Antyfaszystowski, na którego czele stanął Stefan Szczepaniak, według zaś lewicowców – Sokolak. Nazwisko Szczepaniaka zaczęto w relacjach pomijać, gdyż po wojnie zaczął działać w NRF i jako szef ZPwN i wielokrotnie krytykował komunistyczne władze. Sokolak był jednym z naszych delegatów do ILK, bo – jak już wspominałem – jako Wielkopolanin i jako nauczyciel znał doskonale niemiecki, potem został jednym z dowódców powstania 11 kwietnia. Komitet Antyfaszystowski przekształcono 12 listopada 1944 roku w Radę Narodową Polaków, która miała być czymś w rodzaju podziemnego parlamentu. Wybrano nawet prezydium, którego przewodniczącym był według jednych Sokolak, według innych i bardziej wiarygodnych – znów Szczepaniak. Ten ostatni na pewno przewodniczył spotkaniu z 12 listopada, a prawdopodobnie – kilku następnym. Rada Narodowa Polaków działała jeszcze po uwolnieniu Buchenwaldu – z jej mandatu Władysław Szczerba został „starszym” obozu po Eidenie.

Wbrew rozpowszechnionym legendom wybuch walk 11 kwietnia nie miał związku z atakiem Amerykanów na obóz, bo takiego ataku nie było. Po godzinie 12.40, na dźwięk syreny i apel Rapportführera Hofschultego (słynne: Wszyscy esesmani natychmiast z obozu) esesmani zaczęli się ewakuować, wcześniej zwiał sam komendant Pister. Ale nie wszyscy esesmani uciekli. Wśród tych, którzy zostali, była grupa Ukraińców, którzy nie mogli się przebrać i uciec do rodzin czy znajomych. Weszli do obozu uzbrojeni, zaczęli rozstawiać ckm-y. Na wieżach stali uzbrojeni strażnicy, których nikt nie zwolnił z posterunków, przeciwnie – esesmani zaczęli donosić im panzerfausty. Zaczęły krążyć plotki, że obóz ma zostać zlikwidowany o 17.00. Postanowiono więc zaatakować esesmanów przed 17. Wybuch został przyspieszony przez przypadek. Wiemy, że po ucieczce dowództwa SS zaczęło się w Buchenwaldzie rozprzężenie, więźniowie zbijali się w grupy, naradzali, co w pewnym momencie (ok. 14.30) sprowokowało strzały strażników z wież we wschodniej części obozu. Wtedy to – jak napisał w raporcie MKO Eiden – kierownictwo wojskowe zezwoliło na użycie broni. Właściwie nie mogło nie zezwolić – walka wybuchła sama. Na strzały z wież więźniowie odpowiedzieli strzałami, potem ruszyli do ataku. Autentyczny przebieg walk spróbowałem zrekonstruować w apokryficznym pamiętniku Schmidta. O 15.30 zwycięsko zakończyła się pierwsza faza walk.

Pisząc o powstaniu w Buchenwaldzie, pamiętać należy, że przy ogromnym obszarze obozu rozbiło się ono na szereg drobnych potyczek, które miały swych własnych przywódców. Ja skupiam się – ze względów oczywistych – na sprawie Polaków. Do chaosu przyczynił się także spontaniczny charakter wybuchu – to wyjaśnia różnice pomiędzy przekazami o walkach. Pewne jest jednak to, że powstańcy walczyli bez pomocy z zewnątrz! Kiedy wieczorem dotarł do obozu pierwszy oddział amerykański – przekazano mu 120 jeńców. W ciągu nocy i następnego dnia wzięto jeszcze 100 jeńców. Zdobyto 1500 karabinów, 180 panzerfaustów, 18 lekkich i cztery ciężkie karabiny maszynowe.

B.

Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Abażur z ludzkiej skóry, wykonany na polecenie Kommandeuse Ilse Koch

LIST XV

Numery więźniów • Propozycja sprzedaży chłopca • List p. Majewskiego • Ukrzyżowani z Leitmeritz

Droga Pani!

Wiersz Urbankowski pisze 35 lat „Głosy” wcale mnie nie uraził, myślę, że był pisany bardziej z serdeczną troską niż z ironią. Rzeczywiście: jakby mnie kto przeklął, od wielu lat nie potrafię wyjść z obozu, próby pisania o czym innym nie dorównują Głosom. Rzeczywiście też, wiele poetyckich pomysłów zamiast wykorzystywać w nowych wierszach, dopisywałem do wierszy obozowych. Jeśli chodzi o numer, proszę zostawić tak, jak jest w rękopisie. Numer 26 178 był kiedyś ważny, ale dziś nie pamiętam, co znaczył. Pamiętam tylko, że kiedyś poświęciłem wiele czasu na sprawdzanie, podejrzewałem w nim jakiś błąd. Ten numer w pewnym momencie „zastąpił” wprowadzoną wcześniej postać – prawie anonimową, oznaczoną jedynie numerem 30 628, którego nie chciałem dać do druku. Ten wyższy numer – to numer obozowy mojego ojca. W przeciwieństwie do matki raczej wierzyłem w śmierć ojca, numer umieszczony jako tytuł wiersza był formą dedykacji. Chciałem uniknąć patetycznej, mającej coś z szantażu formuły: „Pamięci ojca”; to była sprawa między nami, mój dług… Ale matka też znała ten numer. Więc wycofałem go z druku. Bałem się, że jego zagadkowość wywoła hałas, że redakcja pośle wiersze do jakiegoś konsultanta, który odkryje, że to numer ojca, że zaczną się jakieś sensacje wokół mnie i wokół mojej matki. Takie sensacje na pewno pozbawiłyby ją złudzeń.

Tak więc po wydrukowaniu matka znalazła tylko numer 26 178. Powiedziała mi potem, że się bała, iż po otworzeniu książki znajdzie numer i „głos” ojca jako umarłego.

Na podstawie Głosów powstała audycja radiowa, w jakimś stopniu i dramat Chłopiec, który odchodzi. Najpierw w wersji radiowej, potem w scenicznej. Sztuka rozwijała wiersze poświęcone „dziecku Buchenwaldu” – Karnikowi, lecz tak naprawdę to ja byłem tym chłopcem, który dokarmiał anioły i kłócił się z Bogiem. Do dziś robię jedno i drugie.

Po premierze otrzymałem kilkadziesiąt listów, czasem tylko z gratulacjami, czasem z prośbą o spotkanie, rozmowę. Były wśród nich listy od dawnych więźniów, którzy chcieli mi opowiedzieć swoje przeżycia. Wracał koszmar. Jakiś Majewski (list był pisany ręcznie, niewyraźny – to mógł być skrócony Maciejewski) pisał, że jest porażony moją sztuką i że prosi mnie o spotkanie „w trybie pilnym”, bo ma mało czasu. Ta nieco pretensjonalna tajemniczość nastawiła mnie raczej niechętnie, podejrzewałem, że jest to jeszcze jeden poeta proszący o protekcję lub jeszcze jeden więzień, który rozpoznał siebie wśród bohaterów dramatu. Dzień czy dwa wcześniej miałem przygodę, która mnie zraziła do spotkań z jeszcze innego powodu. W teatrze zjawił się impresario, który już, już kupował sztukę do USA. Miał zaplanowaną trasę, sztuka miała być grana i po polsku, i po angielsku, więc nawet mówiliśmy o tłumaczach, ja miałem dostać „ekstra” za konsultacje. Obiecywał góry złota, nagrody, wywiady, dopiero przy następnej rozmowie postawił warunek: chłopiec miał zmienić się w dziecko z getta, jego rodzice mieli zginąć w getcie, reszta mogła pozostać bez zmian. Zaliczkę – no, bo pan przecież dopisuje na nasze zamówienie – gotów był płacić natychmiast. Ja mu, że ten chłopiec to ja, że zastanawiam się, czy przywieźć na spektakl matkę – on mówił o reklamie, o pieniądzach… Wyrzuciłem go tak, jak moja matka i babka parę lat wcześniej wyrzucały innych handlarzy.

Parę dni po tej przygodzie jednak odpisałem Majewskiemu. Mieszkał poza Płockiem, ale podał adres jakichś swoich znajomych w blokowisku, nawet niedaleko od teatru. Gdy wysłałem list ze zgodą na spotkanie – odpowiedział natychmiast, to znaczy podał mi telefonicznie, przez sekretarkę, godzinę i adres, pod który miałem się zgłosić.

Był starszy, niż oczekiwałem. Najpierw zapytał, dlaczego napisałem o Gross-Rosen, potem czy byłem w Leitmeritz. Przyznałem, że nie byłem.

– No tak, jest pan za młody. A pana krewny, na przykład ojciec czy dziadek?

– Ojciec, ale nie mamy wiadomości…

Stary człowiek zmienił się na twarzy, jak w transie zaczął recytować nazwiska, jako któreś z kolei wykrztusił: Urbankowski Mieczysław, potem, jakby nie on to mówił, jakby się nie mógł powstrzymać, wyrzucił z gardła jeszcze kilka nazwisk.

Gdy skończył – robił wrażenie wyczerpanego, chwilę milczał, potem zaczął opowieść przerywaną kaszlem. W czasie wojny przebył podobną drogę jak mój ojciec, z tym że do Auschwitz trafił wcześniej. Jego ostatni obóz to Leitmeritz. Obóz śmierci Litomierzyce. Ocaliło go to, że był krawcem. Łatali mundury po zabitych, często musiał wycinać fragmenty poszarpane pociskiem, plamy zakrzepłej krwi, której nie udało się spłukać. W to miejsce wstawiał łaty wycięte z innych mundurów. Do pracy szli w kilku tuż po apelu, w okresie, o którym mówił – jeszcze po ciemku. Krótka przerwa na wychłeptanie zupy w innym baraku i znów praca. Mijając któryś z baraków, pewnego razu usłyszał porażające – jak to określił – jęki więźniów, zmieszane z przekleństwami Niemców. Kazali im szybciej przechodzić, sznela!, sznela! – naśladował ich krzyki. Zdążył jedynie zauważyć szereg sylwetek ukrzyżowanych czy też przybitych do bloku. To musiało być dzieło obozowego oprawcy, „grubego Jakuba”, który teraz stał w grupie esesmanów i także krzyczał sznela!

Kiedyś widziałem rysunek Kościelniaka przedstawiający taki szereg umęczonych. Majewski widział to naprawdę. Postać „grubego Jakuba” znaną mi z opowieści Andrzeja też odnalazłem na obozowych rysunkach, (np. Mycie w umywalni Jerzego Potrzebowskiego). Ludzie przybici do bloku w Leitmeritz zostali skazani na śmierć jako „bandyci z Warszawy”. Majewski musiał kilkakrotnie przechodzić obok nich. Więźniowie krzyczeli słowa, których początkowo nie rozumiał, potem pojął, że krzyczą nazwiska, chciał je – jak mi powiedział – zapamiętać. Niemcy zresztą zmienili strategię i pozwalali „krawcom” podejść, nawet włożyć w usta skazańca coś do jedzenia. To przedłużało agonię ofiar i zabawę oprawców. Gdy ktoś się zbliżał – więźniowie ostatkiem sił wykrzykiwali swoje nazwiska. Nie numery, tylko właśnie nazwiska. Majewski zapamiętał wszystkie dwanaście nazwisk. Wszystkie – to znaczy wszystkie na raz, jako całość, żeby sobie przypomnieć jedno – musiał wykrzyczeć dwanaście. Do rodzin kilku ukrzyżowanych z Leitmeritz już dotarł, do kilku nie. Miał długą przerwę, był po wojnie więziony jako AK-owiec, jakiś czas przebywał na Zachodzie. I teraz po premierze Chłopca… przypadkiem trafił na mnie.

Nie muszę pisać, że byłem zaszokowany. Trudno mi było mówić, wypytywać. Płaczę bardzo rzadko, może zdarzyło mi się to trzy-cztery razy w życiu. Tak jak wtedy płakałem, to potem może jeszcze tylko raz, z dziesięć lat później, po śmierci matki. Gdy się uspokoiłem, poczułem jakąś nieprawdopodobną pustkę, aż głód. Jednocześnie znalazłem i pogrzebałem ojca. Umówiłem się z Majewskim, że znowu przyjedzie do Płocka. Chciałem nagrać te wszystkie nazwiska, chciałem pomóc mu znaleźć tych, do których jeszcze nie dotarł. Pomyślałem, że – pomimo wszystko – trzeba poznać szczegóły. W którym miejscu obozu czy też poza obozem wisieli ci więźniowie? Czy byli przybici, czy przywiązani jak w Gusen? Czy ciała ich zwisały jak na rysunku Kościelniaka? Starając się znaleźć jak najwięcej nieścisłości w tej szokującej opowieści, w jakimś sensie broniłem się przed nią. Myślę, że – podświadomie – też jakoś podzielałem nadzieję matki, iż ojciec nie zginął. Nie chciałem przyjąć tej opowieści nie dlatego, że straszna, tylko dlatego, że rozstrzygająca, kończąca sprawę, którą oboje z matką żyliśmy tyle lat. Jednocześnie jednak wierzyłem w tę historię na tyle, że planowałem, by wraz z Majewskim pojechać do Leitmeritz, może postawić tam taki „wspólny krzyż”, jaki stał na cmentarzu w Bytomiu. Może, gdyby blok istniał prawie po pół wieku, może udałoby się wmurować w jego ścianę tablice z tymi nazwiskami…

Z jakichś względów termin spotkania musieliśmy przesunąć. Majewski zgodził się jednak, bym przyprowadził kogoś „na świadka”, do tego z magnetofonem. Kiedyś podobno mówił o całej tej sprawie dziennikarzom, przerywano mu, nikt nie chciał wierzyć. Potem ktoś sprawdził nazwisko jednego z rzekomo ukrzyżowanych – okazało się, że umarł w obozie na serce, były na to dokumenty, nazwisko lekarza. Więc przyjechał do Majewskiego z awanturą, że ten zrobił z niego idiotę, że wszystko zmyślił…

Przygotowałem sobie całą listę pytań. Przede wszystkim nazwiska ofiar, potem nazwiska ocalałych krawców… Gdy jednak w wyznaczonym terminie zapukałem do drzwi – okazało się, że są otwarte. Majewski nie przyjechał. Chwilę przed moim przyjściem był telefon: umarł na raka. Dlatego w pierwszym liście napisał, że ma mało czasu.

B.

LIST XVI

Ponieważ nie wiem, jak zacząć – od razu: dla mnie spotkanie nie tylko było ważne, było najważniejsze od ponad trzydziestu lat. Wiem, że zachowywałem się dziwnie, chwilami jak mężczyzna, a chwilami jak dziecko – proszę o wybaczenie i cierpliwość. Wiem, że to sinosrebrne światło to był jakiś popsuty neon z boku dachu, świecił jeszcze w dzień po Pani wyjeździe z hotelu. Może świeci do dzisiaj – moi rodacy nie spieszą się z naprawami. Ale przez te dwie doby, które poświęciliśmy wierszom i sobie, to światło było czymś w rodzaju znaku. Nie wiem: powrót do Pirny, jakby życie zaczęło się cofać jak film, powrót przez tamto światło do życia, do uczuć, które wtedy zlekceważyłem na rzecz umarłych. A kiedy rano przyniosłaś chleb i kwiaty – nie wiedziałem, w jakim żyję czasie. Nie chcę się znowu rozkleić.

Myślę, że cykl można uznać za zakończony, jakieś drobne retusze porobimy, gdy otrzymam tłumaczenia. Przecież mamy się spotkać!!! Wierszy, które powstały po wyjeździe z Brzegu, nie przysyłam. Obawiam się, że jeszcze nie dorównują Głosom, że ważne są tylko dla mnie dlatego, że są i nie są o umarłych. W Głosach zrobiłem już tylko małe poprawki, dołączyłem pewien element, obraz znany tylko nam dwojgu. To na pamiątkę. Nie zdążyłem dać Pani żadnego prezentu, nie zdążyliśmy nawet zacząć sobie swobodnie mówić po imieniu. Myliliśmy się – i ja dalej się mylę.

Na audycję oczywiście się zgadzam. Mam tylko prośbę. Chciałbym wcześniej otrzymać pytania i odpowiedzieć na piśmie. I dlatego, że o tej książce nigdy dotąd nie opowiadałem, najwyżej czytałem kilka wierszy, i dlatego, że nie chcę ważnych spraw ośmieszać złym akcentem. Zacznę opowiadać po polsku, na moje słowa aktorzy niech nałożą przetłumaczony tekst. Mam też kilka innych pomysłów – do grudnia 1981 roku pracowałem przecież w radio. Wyrzucił mnie dopiero stan wojenny i jeden aktywista „Grunwaldu”27 o historycznym nazwisku – niejaki Berling. I to był ten dziewiąty raz.

Jeśli chodzi o układ wierszy, zdaję się całkowicie na Ciebie. Tytuł Romeo, Julia i popiół pasuje tylko do części o obozowych miłościach, a w tomie będą przecież także wiersze o Auschwitz, także o znanym i u Was Kolbem, także o Pileckim – którego powinniście poznać… No i wątek najważniejszy: Chrystus w obozie. Masz rację, pisząc, że wątki te są sprzeczne – sprzeczności są nie tylko we mnie, były i w myślach więźniów, i w całej kulturze tamtych lat. W obozie to było ostrzejsze, pod ciśnieniem. Ale właśnie było to „zsumowaniem”, a nie „rozwiązaniem”, dodawaniem, z którego nic nie wychodzi, zestawieniem różnych, jednakowo zaniepokojonych „głosów”. To nie są zwykłe nagrobki (więc i to słowo nie pasuje do tytułu), to przecież testamenty!!!

Tytuł Życie i śmierć Jezusa w Buchenwaldzie. Apokryf jest rzeczywiście zbyt długi, poza tym pomija tych wszystkich, którzy czynili dobro – nie wierząc w Jego obecność. Obozowy Chrystus rzeczywiście się rozdzielił – jak chleby, jak komunia – na wielu, nawet na niewierzących. Jednocześnie rodził się i ginął, było w nim coś ludzkiego, ale i nadludzkiego, boskiego. Ludzie gotowi byli ginąć z Jego imieniem, gotowi byli w Jego imię budować światy – to, czy istniał, czy był Bogiem, stało się sprawą drugorzędną. Tytuł Ewangelia Buchenwaldu jest lepszy, ale może niezbyt skromny. Może – jak już planowaliśmy w Brzegu – Buchenwaldzki apokryf, a rangę Ewangelii pozostawmy bardziej kanonicznej opowieści o Auschwitz. Problemu boskości Jezusa oczywiście nie chcę rozstrzygać. Niech zostaną te wątpliwości, które są w wierszach, które mieli więźniowie, które my wszyscy mamy. W hotelu streszczałem Ci nienapisany dramat o rycerzu, który walczył w krucjatach, potem ginął w obronie wiary jak Roland – chociaż nie wierzył w Boga. Dramatu nie napisałem, z ogromnych planów powstał… jeden wiersz, ten o księciu Henryku z cyklu o polskim diable – Borucie. Zresztą ten cykl, podobnie jak Mickiewicza, też porzuciłem dla Głosów. Właśnie! Może jednak całości dać tytuł Głosy, a teksty apokryficzne od tych bardziej zgodnych z historią odróżnijmy podtytułami?

Wierszy, których nie uważam za skończone, proszę nie uwzględniać. Są tylko do Twojej wiadomości. Jest ich zresztą niewiele, a winien jestem matce, aby nie były gorsze od tamtej części, drukowanej w 1993 roku. Gra z matką chyba się skończyła, choć oczywiście ona musiała mieć ostatni ruch, ostatni głos, jak w życiu. Jak Pani wie, nigdy nie powiedziałem matce o zamordowaniu ojca, sam nie byłem pewien, nie chciałem uwierzyć w opowieść Majewskiego, choć, kiedy mówił, czułem, że mówi prawdę. Matka, jeszcze na kilka dni przed śmiercią, wróciła do tematu ojca. Zastanawiała się, czy to dobry pomysł, by na jej grobie umieścić także zdjęcie ojca. Miałby gdzieś swoje miejsce. Potem dodała: ale może on jeszcze żyje, był młodszy ode mnie (był młodszy o dwa miesiące).

Wyperswadowałem jej jakoś i ten pomysł, i w ogóle myśl o śmierci. Myślę, że wyperswadowałem i sobie – dlatego jej śmierć była dla mnie takim zaskoczeniem. Siedziałem całe dni w pustym mieszkaniu – ale o tym już opowiadałem. Gdy wreszcie wziąłem się do porządkowania rzeczy, znalazłem wśród listów matki pudełko przewiązane czarną wstążką. Miała trochę dekadencki styl. Nie wiedziałem, czy mam prawo je otwierać, ale jednak… W pudełku były wiersze, te niedokończone, które zostawiłem w Bytomiu, gdy w 1968 roku przyjechałem z Buchenwaldu, a raczej, gdy wyjechałem do Warszawy.

Próbowałem więc wrócić do pierwotnej, zakreślonej z rozmachem wersji, do chóru na ćwierć tysiąca głosów. Przywracałem poprzednie nazwiska i tytuły, ustawiałem na dawnych miejscach powyrywane fragmenty. Ale nie bardzo mi to wychodziło. Zamiar, by z wierszy zrobić powieść, właśnie powieść, a nie dramat, również 30 lat później okazał się nazbyt ambitny. Poza tym: stało się coś dziwnego we mnie: jakby po wyjaśnieniu śmierci ojca, potem ze śmiercią Majewskiego również i we mnie coś umarło. Wiem, że powinienem dokończyć tę pracę, przecież matka specjalnie po to przechowywała te wiersze, po to mi je dała – pomimo śmierci.

Po powrocie ze spotkania z Panią, po powrocie z naszego spotkania, rzuciłem się w wir pracy, żeby mieć to już poza sobą. Poza tym: wiedziałem, że czekasz na wersje ostateczne – do tłumaczeń. Ale jest w tym już inny nastrój, inne światło. Miałaś rację, mówiąc wtedy, że wciąż jeszcze nie potrafię żyć, że wciąż żyję w obozie, w którym dobrowolnie się zamknąłem, jak kiedyś Pilecki. Masz rację, że po zorganizowaniu kilku ucieczek muszę zorganizować ostatnią – własną. Coś takiego się dzieje. Wspominałem, że po powrocie z naszego śląskiego miasteczka (też wygląda, jakby malował je Canaletto!) napisałem kilka wierszy – o naszym spotkaniu, o miasteczku i o nas w tym miasteczku. Nie wyszły. Są słabsze niż Głosy, dlatego ich nie przysyłam. Ale ostatnio przydarzyło mi się coś, co może Cię ucieszy: zacząłem pisać znów o Mickiewiczu. Dopiero teraz zamykają mi się w całość, trzeba będzie porobić przypisy – tak jak w niektórych Głosach. I przygotować do druku jako osobny tomik. To pierwszy obowiązek. Przepraszam, to jeszcze nie tak. Najpierw muszę położyć płytę na grobie matki i oczywiście przepisać na czysto Głosy. Mimo że słabo radzę sobie z komputerem, lepiej mi się pisze, gdy wiem, że czekasz na ich ukończenie – jak wtedy, z pajdką chleba. Do Bytomia pojadę, gdy tylko otrzymam jakieś dodatkowe pieniądze, myślę, że za dwa-trzy tygodnie (bilety znowu podrożały…). Gdy byłem ostatnim razem – kładłem na grób gałęzie sosny, kilka warstw, wciąż mając wrażenie, że matce jest zimno. Potem poszedłem raz jeszcze pod „Wspólny Krzyż”. Tam także zapaliłem świeczkę.

B.

Wincenty Gawron-Kowalewski, Apel w Auschwitz

* * *

1 Dopisek późniejszy: chcę też uniknąć sytuacji, podobnej do tej, którą przeżyłem, gdy znajomy z zagranicy przyjechał pisać książkę o masakrze na Wybrzeżu w 1970 roku i… zarzucił mi, że jej tragiczny bohater – chłopak zamordowany przez milicję, Janek Wiśniewski („Janek Wiśniewski padł…”) – został przez opozycję zmyślony. Z pisania zrezygnował. Dopiero dzięki gdańskiej rodzinie ustaliłem, że chłopiec jednak istniał, tyle że nazywał się Zbyszek Godlewski. W latach 70. ze względu na bezpieczeństwo rodziny zamordowanego nazwisko Godlewskiego nie było wymieniane. I tak w miejsce mitu prawdziwego mamy mit z bohaterem podobnym do rzeczywistej ofiary – ale fikcyjnym. „Oszlifowania tekstu” i napisania muzyki podjął się Mieczysław Cholewa, który utrzymywał przyjacielskie stosunki z rodzicami Zbyszka. Jak się okazało, był on związany z SB, rozpracowywał Solidarność i jednocześnie zdobywał laury opozycjonisty, śpiewając swoją Balladę o Janku Wiśniewskim. Czyżby otrzymał polecenie zatarcia śladów i zastąpienia historii sentymentalną fikcją?

2 Do kultury współczesnej termin ten został wprowadzony (i uświęcony) przez Piusa XII w przemówieniu (w języku francuskim) z 15 listopada 1944 roku, poświęconym ofiarom Powstania Warszawskiego. Papież stwierdził, iż najdzielniejsi z dzielnych mogli zginąć, ale te ofiary przez Boga mile przyjęte w pojednawczym holocauście złączą swe modlitwy z orędownictwem polskich świętych. Termin ten został ostatnio rozszerzony na żydowskie ofiary II wojny, zastępując wcześniej używane określenie szoah. Późne wprowadzenie terminu nie oznacza, iż zjawisko nie istniało wcześniej. Pomijając sowieckie łagry i zbrodnie starożytnych (ba, biblijne Jerycho…), przypomnijmy „czyszczenie” Afryki Południowej i Zachodniej. Po uśmierzeniu powstania Hererów (bitwa pod Waterbergiem w roku 1904) Niemcy zamknęli pokonanych „podludzi” w obozach ogrodzonych drutem kolczastym; wykańczali ich pracą i głodem, wprowadzili „oświęcimskie” tatuaże. Z 80 tysięcy „internowanych” zginęło ponad 60 tysięcy. Gubernatorem tego obszaru był Heinrich Göring, który przebywał tam z 10-letnim synem – późniejszym dygnitarzem III Rzeszy. Przeprowadzano też eksperymenty medyczne – m.in. dr. Eugen Fischer wypróbowywał na więźniach sterylizację. Uczniem Fischera był późniejszy lekarz Auschwitz – dr. Josef Mengele. Ludzie tej samej ideologii (a czasem i ci sami) zastosowali potem metody wypróbowane na Hererach – wobec Polaków i Żydów.

3 Hermann Pister objął tę funkcję w lutym 1942 roku, gdy odsunięto komendanta Karla Kocha, oskarżonego nie tylko o malwersacje, ale o zamordowanie dwóch esesmanów, podobnie jak i on zamieszanych w kradzież „mienia Rzeszy” – czyli rzeczy pozostałych po więźniach. Koch był aresztowany, wypuszczany, oddelegowywany do Majdanka, aż w końcu (4 lub 9 kwietnia 1944 roku) został powieszony w Buchenwaldzie.

4 Rzadziej pojawiają się wyższe, wręcz zawyżone liczby. Na przykład Jan Kosiński w pracy Niemieckie obozy… (s. 31), uwzględniając transporty więźniów nierejestrowanych i praktykę dawania nowo przybyłym (Zugang) numerów po zmarłych, ustala liczbę ofiar Buchenwaldu na 70‒80 tysięcy. Liczby ofiar poszczególnych narodowości przyjmowane dziś przez historyków mają charakter szacunkowy: Polaków – ponad 35 tysięcy (w tym 12 tysięcy Polaków pochodzenia żydowskiego), Rosjan – 22 tysiące (głównie jeńcy), Francuzów – 19 tysięcy (Ruch Oporu i Żydzi wydani okupantom przez kolaborancki rząd). Niemców i Austriaków – około 20 tysięcy (w tym wielu pochodzenia żydowskiego); z 10 tysięcy obywateli Węgier również przeważający odsetek stanowili Żydzi. Do liczby Polaków rejestrowanych jako Polacy należy dodać kilka tysięcy więźniów ze Śląska, Pomorza, a także z ziem włączonych do Rzeszy, rejestrowanych przez Niemców jako reichsdeutsche. Po wojnie byli już oni odnotowywani u nas jako Polacy. Wielu Polaków – wraz z przywódcą obozowej konspiracji, Stefanem Szczepaniakiem – pozostało na Zachodzie, co dodatkowo utrudnia obliczenie ofiar. Czasem przyjmuje się symbolicznie, że zginął „co trzeci”, czasem ostrożniej, że „co czwarty” Polak. W opartej o liczne źródła pracy Janiny Jaworskiej, Nie wszystek umrę. Twórczość plastyczna Polaków w hitlerowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych 1939‒1945, Warszawa 1975, s. 31, powiedziano, że w Buchenwaldzie zginęły przeszło cztery tysiące Polaków – w książce mówi się jednak o Polakach z Generalnego Gubernatorstwa, bez uwzględniania na przykład Ślązaków czy Mazurów.

5 Książka Piekarskiego ukazała się w 1989 roku w Kanadzie po angielsku pt. Escaping Hell. Dla ułatwienia posługuję się polskim wydaniem.

6 Jan Zakrzewski, A my żyjemy dalej, Lublin 1966, s. 67.

7 Też znam zarzut, że Apitz przerobił opublikowaną we Włoszech historię ocalenia w obozie 12-letniego chłopca o nazwisku Luigi Ferri, którego „cały obóz” chował przed esesmanami. Istnienie źródeł literackich nie wyklucza istnienia autentycznych pierwowzorów. Włosi, opierając się na znanych faktach, stworzyli kawałek literatury faktu, Apitz – manifest polityczny.

8 W Płaszowie pracowali przeważnie Żydzi z Krakowa; przywożono też transporty „aryjczyków” – na przykład jeszcze w lutym 1944 roku ok. 800 Polaków – katolików z Jasła (J. Kosiński, op. cit., s. 419).

9 Dla ścisłości: książka Apitza była już wtedy na rynku drugi rok. Tekst dla Yad Vashem stanowił raczej rodzaj komentarza.

10 Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego.

11 Przed wojną i w pierwszych jej dniach Niemcy aresztowali ponad 500 działaczy polskich, w tym co najmniej 261 aktywistów Związku Polaków w Niemczech, m.in.: wiceprezesa Stefana Szczepaniaka. Działaczami ZPwN byli także: prezes Związku Harcerstwa Polskiego w Niemczech Paweł Kwoczek, Naczelnik ZHP Józef Kachel, słynny kaznodzieja – ks. Jan Mele, prezes Kół Śpiewaczych Alfons Kłaka, prezes Związku Polskiej Młodzieży Katolickiej Wiktor Gorzołka, sekretarz Zjednoczenia Zawodowego Robotników na Śląsku Opolskim Stanisław Witczak. ZPwN był fundamentalną strukturą opozycyjną w Buchenwaldzie. Jednak stwierdzenie, iż z grupy około 200 działaczy Śląska Opolskiego, zesłanych do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, wróciła mniej niż połowa (praca zbiorowa, Wspomnienia Opolan, Warszawa 1960, t. 1, s. 99) należy uznać za przesadne.

12 Nie czyniłem zła / nie rabowałem / nie pożądałem / nie kradłem / nie zabiłem człowieka / nie umniejszałem miary ziarna / nie mówiłem kłamliwie… – takie wyznanie starożytni Egipcjanie wkładali w usta zmarłego mającego stanąć przed sądem boga krainy śmierci Ozyrysa.

13 Tak według większości relacji. Ks. Henryk Malak w wydanej za własne pieniądze książce Klechy w obozach śmierci (przedruk: Lublin, 2004, s. 126) podaje datę 30 maja (w oktawę Bożego Ciała) i nieco inny przebieg zdarzeń. Katujący prof. Dębskiego (!) esesman miał wrzucić różaniec w stertę zgarniętych puszek, zbitych szyb, potłuczonych butelek i kazał mu go całować – wdeptując twarz księdza w szkło, kopiąc w głowę i plecy. Potem wskoczył na jego ciało i deptał, póki ksiądz nie przestał dawać znaków życia. Ks Dębski, zaniesiony przez kolegów na blok, skonał tego samego wieczora.

14 Związek Walki Zbrojnej – konspiracyjna organizacja wojskowa utworzona 13 października 1939 roku w wyniku przekształcenia Służby Zwycięstwu Polski. 14 lutego 1942 roku rozkazem Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych gen. Władysława Sikorskiego ZWZ został przemianowany na Armię Krajową.

15 Wiktor Jacewicz, Jan Woś, Martyrologium polskiego duchowieństwa rzymskokatolickiego pod okupacją hitlerowską w latach 1939‒1945, Warszawa 1978).

16 Cudem ocaleni, op.cit., s. 169.

17 W relacjach, których szczegółów już nie pamiętam, mogłem spotkać buchenwaldzki pierwowzór tej postaci: jakiś jednoręki konspirator, by zejść z oczu władzom obozowym, zapisał się w końcu 1942 roku na wyjazd do Auschwitz jako fachowiec – technik budowlany. Jego istnienie w Dzienniku buchenwaldzkim… (op. cit., s. 134) odnotował Edmund Polak, nie podając jednak nazwiska.

18 Deutsche Ausrüstungswerke – Niemieckie Zakłady Uposażenia pracujące na potrzeby armii.

19 Według danych niemieckiej administracji, przytaczanych m.in. w Dzienniku buchenwaldzkim op. cit., s. 287.

20 Podczas „czystek” i deportacji z Kresów w latach 1939‒1941 straciliśmy bezpowrotnie około 1,5 mln. obywateli, głównie z warstw inteligencji i ziemiaństwa; część z nich została bezpośrednio zamordowana w więzieniach i podczas ewakuacji w 1941 roku. Po 1944 Sowieci wymordowali, wywieźli w głąb Rosji i zamknęli w więzieniach jeszcze kilkaset tysięcy Polaków z Kresów i z obszaru PRL.

Niemcy wywieźli na przymusowe roboty w 1940 – 850 tysięcy, w latach 1941‒1942 jeszcze 740 tysięcy, do początków 1944 – 270 tysięcy. Liczba wywiezionych w roku 1944 nie jest pewna: jedni badacze uważają, że nie była już wielka, inni – że z powodu coraz cięższej sytuacji Rzeszy wówczas właśnie była największa i że tam trzeba szukać tysięcy zaginionych warszawiaków. Śmierć poniosło 225‒250 tysięcy dzieci. Niemcy starali się wymordować element państwowotwórczy – urzędników, wojskowych, a także nauczycieli (ok. 9 tysięcy) i księży (ok. 2 tysięcy).

21 Przypis dla polskich, a zwłaszcza dla bytomskich czytelników: Polskie Gimnazjum Prywatne w Bytomiu (niem. nazwa: Privatgymnasium mit polnischer Unterichtssprache in Beuthen OS) zostało otwarte 8 listopada 1932 roku z inicjatywy Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego. Zasłużyli się osobiście zwłaszcza dr Paweł Kwoczek i Jan Szreiber – sekretarz. Do inicjatorów należał też Miłosz Sołtys – były powstaniec, redaktor „Harcerza Polskiego” (w 1920 roku wsławił się jako obrońca bytomskiego Hotelu Lomnitz przed niemieckimi bojówkami). Sołtys został pierwszym dyrektorem gimnazjum. Zginął w 1945 roku. W czasie wojny zginął też II dyrektor szkoły – Wiktor Nechay de Feisels, były oficer I Brygady Piłsudskiego. Dla zabezpieczenia uczniów powstało też Towarzystwo Bursa Polska. Przewodniczącym został Stanisław Weber – lider bytomskich Polaków, dyrektor Banku Ludowego, kierownik spółki „Katolik”; sekretarzem – Stanisław Olejniczak, zastępcą prezesa – Stefan Szczepaniak, dyrektor Banku Ludowego w Opolu. W Komisji Rewizyjnej znaleźli się m.in. ksiądz Jan Mele i mec. Paweł Kwoczek. W 1937 roku Stanisława Webera zastąpił Stefan Szczepaniak, na wiceprezesa awansował Leon Nawrocki z Raciborza. Szczepaniak nie przypadkiem nazywany był człowiekiem-maszyną albo „polską maszyną”. Był on organizatorem wielu spółdzielni i prezesem związku Polskich Spółdzielni w Niemczech, także prezesem Związku Polskich Towarzystw Szkolnych i wiceprezesem Związku Polaków w Niemczech. Gdy w końcu lipca 1939 roku dr Kaczmarek wyjechał z Niemiec – Szczepaniak uznał, że musi zostać na posterunku i kierować pracą ZPwN. Zesłany do Buchenwaldu stał się przywódcą polskiego podziemia. W pracach ZPwN zasłużyła się też żona Szczepaniaka – Józefa z domu Gozdek, przewodnicząca Towarzystwa Polek w Opolu. Aresztowana w 1939 roku, zamęczona i spalona w Auschwitz.

22 Dla polskiego czytelnika: Masters wspominał, że kiedy w 1907 roku otrzymał od przyjaciela i tłumacza, Williama Reedy’ego, zbiór Epigrams from the Greek Anthology, postanowił stworzyć jego amerykański odpowiednik.

23 Oba cytaty za: Waldemar Chrostowski, Auschwitz – oczyszczanie pamięci, Warszawa 2001, s. 84, 106

24 W niedzielę 8 kwietnia było w obozie jeszcze 39 tysięcy więźniów, w tym ponad 7 tysięcy Polaków. Według urzędowego sprawozdania Głównej Kwatery alianckich wojsk ekspedycyjnych w Buchenwaldzie 16 kwietnia 1945 roku znajdowało się 2900 Francuzów, 3800 Polaków, 1240 Węgrów, 570 Jugosłowian, 4380 Rosjan, 324 Holendrów, 822 Belgów, 550 Austriaków, 242 Włochów, 2105 Czechosłowaków, 1800 Niemców, oraz 1467 Hiszpanów i innych. Razem 20 tysięcy więźniów… (W. Czarnecki, Z. Zonik, op. cit., s. 446). Do tego czasu obóz opuściło kilka tysięcy więźniów, pewna liczba – o czym się nie mówi – umarła z przejedzenia. E. Polak podaje, że przy życiu pozostało około 4 tysięcy Żydów (Ibidem, s. 381), a także zamieszcza wiadomość, iż 17 lipca agencja Polpress w Paryżu zapowiedziała „powrót do kraju 20 tysięcy Polaków z Turyngii” (s. 395). Pierwszy „nieoficjalny” transport do Polski odszedł 7 czerwca (Ibidem, s. 487).

25 Prezesem był najpierw hr. Stanisław Sierakowski, następnie ks. Bolesław Domański (zmarł w roku 1939), sekretarzem generalnym – dr Jan Kaczmarek, który de facto kierował związkiem. ZPwN obejmował pięć dzielnic, z których najważniejsza była Dzielnica I – Śląsk. Jej pierwszym prezesem był Kazimierz Malczewski, kierownikiem – Stefan Szczepaniak. Te i dalsze szczegółowe informacje rzeczywiście pozostały w rękopisie autora.

26 Przedwojenny działacz ZHP najpierw w rodzinnym Żyrardowie, potem w Warszawie. Uważany za jednego z najodważniejszych i najprzystojniejszych harcerzy. Uczestnik kampanii wrześniowej – jako dowódca plutonu, następnie kompanii. Instruktor Szarych Szeregów. Po przejściu przez Pawiak trafił do Auschwitz, gdzie współpracował z organizacją Pileckiego. Był powiernikiem ojca Maksymiliana i świadkiem jego ofiary. W Buchenwaldzie wraz z Kachlem i Gorzołką budował harcerską konspirację Ge-Ha (Grupy Harcerskie).

27 Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald” – stowarzyszenie polityczne działające w latach 1981––1995. Zrzeszało działaczy narodowych, którzy akceptowali peerelowską rzeczywistość lat 80. Jego członkami byli m.in. reżyser filmowy Bohdan Poręba i cybernetyk społeczny Józef Kossecki.

CZĘŚĆ TRZECIA

AUSCHWITZ – OSTATNIA EWANGELIA

Nie można modlić się do Boga

klęcząc tyłem do bram Auschwitz1

* * *

1 W roku 1967 odbyła się w Münster dysputa nad tezą filozofa Theodora Adomo, iż po Auschwitz nie jest już możliwa poezja, muzy bowiem wzniosły się do nieba z dymami krematoriów. Motto i pointa Ostatniej Ewangelii to parafrazy wypowiedzi biskupa Johanna Baptista Metza, który odniósł słowa filozofa do teologii: Modliliśmy się i obchodziliśmy święta plecami zwróceni do Auschwitz (…) Nie istnieje dla mnie jakikolwiek sens, który mógłbym zachować plecami zwrócony do Auschwitz (za: W. Chrostowski, op. cit., s. 84).

KL AUSCHWITZ

Został założony na terenach włączonych do Rzeszy – rozkazem Heinricha Himmlera z 27 kwietnia 1940 roku. Z Zasola (dzielnica Oświęcimia) i siedmiu okolicznych wsi Niemcy zaczęli wysiedlać ludność polską, zburzono ponad tysiąc domów – materiał wykorzystano do rozbudowy obozu. W pobliżu Wilamowic, Bielan i Polanki osiedlono folksdojczów z Rumunii. Wokół Auschwitz utworzono Interessengebiet – strefę, która tworzyła wydzielony obszar administracyjny (Amtsbezirk), zarządzany przez komisarza będącego jednocześnie komendantem obozu i dyrektorem wszystkich przedsiębiorstw. Początkowo Auschwitz był „polskim” obozem – w tym sensie, że w lagrze więzieni byli tylko Polacy. Jako pierwszych przysłano (14 czerwca 1940 roku) 728 więźniów politycznych z Tarnowa. Pierwsza udana ucieczka – Tadeusza Wiejowskiego (6 lipca 1940 roku) spowodowała wysiedlenie resztek ludności polskiej z terenów przyobozowych. We wrześniu 1941 roku przywieziono jeńców rosyjskich. Na przełomie 1941‒1942 dzięki niezwykle niskim kosztom pracy KL Auschwitz stał się centrum subregionu przemysłowego na obrzeżach Górnego Śląska; główny ośrodek produkcji – zakłady IG Farbenindustrie AG w Monowicach – obrosły innymi fabrykami. Na polecenie Himmlera z Górnego Śląska zaczęto dowozić transporty więźniów – Polaków, Żydów, Cyganów.

Auschwitz jest – obok Warszawy – największym polskim cmentarzyskiem. Jednak – pamiętając o naszych ofiarach – nie możemy zapominać o tym, jak wielkie straty ponieśli ludzie innych wyznań i narodów. Nasz ból powinien nas otwierać, nie zaś znieczulać na ból innych. Trzeba także pamiętać, iż dążenie do prawdy nie jest antysemityzmem czy antypolonizmem, zaś wyolbrzymianie liczby ofiar służy tylko adwokatom oprawców.

Pamiętamy o księżach pomordowanych w Dachau, pamiętamy o wymierzonej w polską naukę Sonderaktion Krakau, podczas której 183 krakowskich profesorów zostało wywiezionych do KL Sachsenhausen. Mniej jest znana akcja specjalna wymierzona przeciw polskiej sztuce. 16 kwietnia 1942 roku w kawiarni Domu Plastyków przy ulicy Łobzowskiej zostali aresztowani tacy twórcy, jak: Kazimierz Chmurski, Józef Jekiełek, Ludwik Puget, Borys Petryński, Tadeusz Różycki, Jan Rubczak, Karol Siwek, Adam Wiśniowski, Stefan Zbigniewicz i inni.

O tym, że akcja wymierzona była przeciwko ludziom sztuki świadczy fakt, iż po przejrzeniu dokumentów im właśnie, a nie przypadkowym gościom, Niemcy rysowali na plecach białe krzyże. Plastycy zostali uwięzieni na Montelupich, następnie w Auschwitz. Do tej grupy zostali dołączeni aresztowani wcześniej: Tadeusz Mróz-Łękawski, Herbert Paczkowski, Tadeusz Palczewski. Wszyscy zostali rozstrzelani, a następnie spaleni 27 i 28 maja 1942 roku – więźniów zabijał strzałem w tył głowy z pistoletu Gerhard Palitzsch. Ponadto zmarło lub zostało zamordowanych w Auschwitz ponad 50 polskich twórców – mężczyzn i kobiet – aresztowanych w innych okolicznościach. Wśród nich sportowiec i artysta Bronisław Czech i Elżbieta Krajewska – malarka, rzeźbiarka i poetka.

Niemieckie obozy koncentracyjne i obozy zagłady

Jerzy Czejmnic, poeta

Jesteśmy razem

skazani

wy płomień

ja dym

BRONISŁAW CZECH | nr 349

Z KIMKOLWIEK WALCZYSZ – WALCZYSZ Z SOBĄ

COKOLWIEK RZEŹBISZ – JAKBY DŁUTO MIAŁO

NA OBU KOŃCACH OSTRZA…

Doktor Alina1

A jednak to, co było zmyśloną opowieścią,

światłem, szelestem zaledwie nad kartami pergaminu,

stało się ciałem.

Ten Łazarz – Gajowniczek, bliższy śmierci niż życiu,

wciąż się tłukł po obozie, z nadludzką siłą pchał taczki,

nosił za nas kamienie oblane potem,

dzielił się miską zupy –

rozdawał swoje życie.

Doktor Dering2 – pamiętam

kładł się obok chorych,

obejmował rękami jak dzieci

– jakby wyrywał śmierci –

dzieląc się ciepłem,

rozdawał swoje życie.

I rotmistrz Pilecki, który

zostawił wszystko, co kochał – dom, dzieci

z buziami przy oknie –

by przybyć do obozu.

I ojciec Kolbe, który

poszedł na śmierć głodową

za innego więźnia

– oni rozdawali swoje życie.

Rozdawać siebie –

tyle ocaleje ze śmierci,

ile przechowają z nas inni.

29 VII 1941, Gespräch3

Was will das polnische Schwein?

– Ich bin ein polnischer katholischer Priester,

ich bin alt und will für ihn sterben

denn er hat Frau und Kinder

– Ach so, du bist ein Pfaffe.

Na gut. Sie bitte rein und du – ab!4

MARTIN NIEMÖLLER5

GDY WYWOŻONO BADACZY BIBLII

NIE PROTESTOWAŁEM

NIE BYŁEM BADACZEM BIBLII

NIE UWAŻAŁEM BY JEJ KARTY BYŁY

BARDZIEJ NATCHNIONE

NIŻ NA PRZYKŁAD „FAUST”

GDY WYWOŻONO CYGANÓW

NIE PROTESTOWAŁEM

OWSZEM LUBIŁEM ICH BALLADY TAŃCE

SAM JEDNAK INACZEJ POWAŻNIEJ

ODDAWAŁEM CZEŚĆ STWÓRCY

GDY WYWOŻONO ŻYDÓW

NIE PROTESTOWAŁEM

NIE BYŁEM PRZECIEŻ ŻYDEM

CHOĆ WSPÓŁCZUŁEM ICH CZEKANIU NA MESJASZA

GDY WYWOŻONO KSIĘŻY

NIE PROTESTOWAŁEM

NIE BYŁEM KSIĘDZEM

GDY WYWOŻONO MNIE

NIE BYŁO JUŻ NIKOGO

KTO MÓGŁBY ZAPROTESTOWAĆ

„ZOFIA ŚLIWIŃSKA”

Skazaniec biedny Gajowniczek

drży jeszcze nie mogąc wydobyć głosu

był w domu

żegnał się z żoną i synami

Na jego miejsce w szeregu w szeregu skazańców

wstępuje ojciec Kolbe

Ponad plac apelowy na chwilę wypływa światło

Ściany bloków twarze ludzi nawet żwir

nabierają dziwnego blasku

którego już nie utracą

chociaż odejdą ludzie i znów zajdzie słońce

Świat przez który przeszedł żywy Bóg

na zawsze pozostanie inny – –

jakby każdej chwili miało świtać

Ballada

Pola płoną w ciemnozłotym słońcu

nad polami wiatr czy modlitw szept

czyjeś ręce chleb podają czyjeś ręce

Wiara Hioba jak sen

miłość Hioba jak sen

Pola płoną, choć zapadła noc

z ludzkim krzykiem uciekają z łąk

owce złote obłoki płonące

Wiara Hioba była jak sen

wszak za Hioba Pan wybrał los

w popiół zmienił obłoki owce

Niczym wieko trumny domu dach

spada w ciszy na twarze dzieci

miażdży ręce dzielące chleb

Wiara Hioba jak sen jak sen

niech się stanie Panie wola Twa

i cierpienie jak sen

Więc nie mówcie o nim że Hiob

o tym cichym księdzu z bunkra śmierci –

Wszak Pan inny wybrał mu los

palcem niby lufą pistoletu

Pan nie jego wskazał na śmierć –

wskazał więźnia drżącego jak Hiob

Pan nie księdza wybrał na śmierć

lecz ksiądz Kolbe za Pana wybierze

ksiądz za Pana wstąpi w płomienie

Wiara Hioba jak sen jak sen

Wiara księdza jak przebudzenie

Karol Siwek | 33 171

Kamienie Żwirowiska

podstępnie kaleczą nasze ciała

Deski baraków

zżółkłe jak ręce umarłych

każdej nocy próbują nas zadławić

Błoto porywa chodaki wpełza w odzież

wlewa się w serca i mózgi

Zwierzęta gnieżdżące się w naszych trzewiach

wyszarpują chleb innym zwierzętom

W tajemnicy przed kamieniami

w tajemnicy przed błotem

przed deskami drzewami zwierzętami

które zaraz skoczą nam do gardeł

próbujemy być ludźmi

nucić melodie może

fałszywe ale jakoś

przywodzące nam na pamięć prawdę

szeptać modlitwy daremne ale przecież

tyle mówiące o tym co w nas wielkie o nadziei

rysować choćby tylko inicjały

choćby palcem w popiele

Nim popiół pochłonie nasze palce

POR. STANISŁAW JASTER | 6438

Członek ZOW AK

Nie mam złudzeń, mój synu. Znam ich małość,

kłótliwość, chamstwo i tysiące wad. Piją beczkami –

wtedy potrafią kochać – póki nie wytrzeźwieją.

Kłamią – o wtedy są naprawdę wielcy!

I wielki byłby kraj ten, gdyby Pan Bóg (bo przecież nie oni) –

wcielił w życie choć cząstkę ich łgarstw –

zamki na lodzie, szklane domy albo chociaż

domki z kart ich chudziutkich tomików poezji.

Wiem, że czytając Ewangelie, szlochają nad męką Chrystusa,

na ich ręce wypływają krwawe plamy, wybiegają z krzykiem na Golgotę –

lecz po drodze skręcają do szynku,

i zapierają się Chrystusa jak Piotr…

Nie mam złudzeń, mój synu, wiem, że tylko przypadkiem

urodziłem się nad tą dziką rzeką, która z wiosną zalewa pola,

unosi ku morzu domy, wrzask zwierząt, bezsilny płacz,

a od lat – szary popiół naszych zmarłych.

Wiem, że przypadkiem tylko mówię tym dziwnym językiem

pełnym szumu, szelestu i zapomnianych metafor,

które tu, blisko śmierci, przestają już być poezją.

Wystawiają nas tu do wiatru na apelu, przy pracy

mogą cię stłuc, zmieszać z błotem i obłupić ze skóry

i w końcu wygarbować ci skórę na kapcie, okładki książek.

Auschwitz istnieje naprawdę i naprawdę

marzyciele, patrioci, mieszkańcy snów

– smażymy się we własnym sosie!

Ale nic to, głowa do góry (jak mawia obozowy kat).

Nie mam złudzeń, mój synu. Czasem myślę,

że bliżsi niźli żywi są mi tamci – Wielcy Umarli –

(nie muszę wyliczać nazwisk, znajdziesz w każdej zakazanej książce)

– oni też przeklinali ten naród… i pracowali dla niego

i zdychali – by wcielić w życie

te wspaniałe kłamstwa, te nadludzkie miłości, te wiersze.

Politische Abteilung6

Auschwitz

Zauważyłem że polski malarz nr 33171

Karol Siwek

zmierza do końca pracy nad cyklem

o wysokiej wartości

Pory roku

ponieważ istnieje prawdopodobieństwo

iż artysta może nie skończyć pracy

z tzw. przyczyn obiektywnych

w imieniu własnym i dla dobra kultury

wnoszę o przesunięcie terminu jego egzekucji

Jednocześnie melduję

że Bronisław Czech nr 349

(ten który sprząta przy koszarach SS)

swoje rysunki ukończył

DENGLER

ABSOLWENT MONACHIJSKIEJ ASP7

KS. ZYGMUNT RUSZCZAK KAPELAN ZOW8

WIKARY Z TARCHOMINA

Był z tych, co

– kiedy Bogu zabrakło gliny –

kuł ich z żelaza –

Może Bogu też, może już sobie

zawdzięczał dar śpiewania –

bez względu na

pogodę, obecność dam, nawet osób duchownych.

Widzieliśmy nie raz: na manewrach,

potem na polach bitew

najpierw on – z szablą wyciągniętą do szarży –

i dopiero za nim jak wiatr ta pieśń o szwoleżerach, o winie i rozbitym szkle…

Gdy Niemcy otoczyli jego szwadron,

nie podniósł w górę rąk,

przeskoczył nad czarnymi bagnetami

i pognał przez pół kraju do Warszawy,

za nim jak wiatr jesienny

– ta pieśń.

Choć młodszy stopniem – porucznik – to on

zakładał Tajną Armię,

uczył młodych trudnej sztuki zabijania

i jeszcze trudniejszej sztuki

bycia wolnym.

A gdy wzięto nas, cały sztab,

nawet lekarza, nawet mnie – kapelana

– na ochotnika sam wszedł w wir łapanki,

przybył do nas do lagru. Przybył po mnie.

Nie potrafię być taki jak on,

dla niego wszystko jest proste:

Jeśli nie da się ocalić życia – mówi –

można ocalić honor.

FRANCISZEK GAJOWNICZEK | 5659

Sierżant WP, bohater obrony Modlina

Kawaler Krzyża Walecznych

I nigdy nigdy już nie będę sam

zmieszany z ziemią, z jej popiołem krwią

I nigdy nigdy życie nie będzie już jasne

oczywiste

jak światło dnia na twarzy jak światło dnia

Jego słabnący oddech

napełnia powietrzem moje płuca

Krew

z jego żył do moich

z jego

wciąż jeszcze pulsującego

serca

Połączony z nim zawsze

zawsze

gdziekolwiek jest

połączony jestem z tą ziemią

połączony z popiołem i dymem

Jakże żyć

tym życiem darowanym

jakże obdarzać innych

jakże nie obdarzać

„Tomasz Serafiński”

Dostałem list od córeczki

same duże litery

w kilku kolorach zwłaszcza czerwone i żółte

To pierwszy list w jej życiu

pisze że modli się za mnie

Wiem że przeżyję

Hm. Wiktor Śniegucki

Więzień Pawiaka, Auschwitz i Buchenwaldu

Komendant Zgrupowania Harcerskiego w obu obozach śmierci

Krwawiąc ręce i kolana o żwir,

jeden z nas

podczołgał się do bunkra:

słychać modlitwę – –

więc on jeszcze żyje.

Po kilku dniach, tygodniach,

nocą

znów ktoś się podkradł pod mur

pokryty świecącymi kroplami

jakby potu:

wyraźnie słyszał modlitwę – – –

ten ksiądz wciąż jeszcze żyje!

Gdy po miesiącu, dwóch

przykładając twarz do ściany bunkra,

słyszeliśmy wciąż ten straszny szept,

pojęliśmy:

ojciec Kolbe był już martwy,

żył tylko bunkier,

żyła tylko modlitwa,

do dzisiaj żyje – powtarzana

ustami przerażonego Boga.

– – – – – – – – – – – – – – –

Po latach wielu z nas

ogłosiło w pamiętniku: to dla mnie,

dla mnie Kolbe poszedł na śmierć,

moje miejsce zajął w szeregu

więźniów wybranych do głodowego bunkra,

do gazowej komory.

Najdziwniejsze:

żaden nie kłamał.

Kto ratuje jednego człowieka,

ratuje wszystkich,

ratuje cały świat.

XAWERY DUNIKOWSKI9

Straszne jest pokrewieństwo

śmierci i miłości. W ich spazmie

życie jakby uwolnione spod kontroli

tańczy i rzuca się w konwulsjach, i krzyczy.

Ukryci przez lekarza

wśród tyfusu i konających – na pograniczu życia

niemal co noc słyszeliśmy

rzężenie ludzi i łopot

ciemnych skrzydeł anioła.

Z cichym śmiechem wbiegali na nasz blok

Edward, Mala i inni kochankowie

niewidzący śmierci ani nas,

ogromnymi oczyma wpatrzeni w niewidzialne dla innych światy –

Widząc tyle śmierci – mówił doktor –

tyle śmierci, z których się nie wraca,

pozwólmy im na tę jedną,

z której mogą powrócić.

Gdy przemijają wiara i nadzieja,

dorzucał – jakby do siebie – ksiądz,

niech zostanie choć miłość, Boże – –

Tylko miłość odbuduje wiarę,

nigdy odwrotnie.

Maria Pilecka

Możesz dokończyć szalik,

ona tak się często zaziębia,

rączki ma zawsze zimne,

więc gdybyś jeszcze zorganizował rękawiczki…

Sąsiadom, co się opiekują,

jesteśmy też winni za kaszę,

zresztą zwykłą, nie na przykład mannę.

Niby drobiazg, a jakoś wstyd,

a dla Ciebie to tyle co splunąć!

Zosię – jeśli nie wrócę ani ja, ani Witold,

odwieź do dziadków, nad rzekę.

Choćby i na osiołku.

Będzie im ciężej żyć,

ale możesz to przecież zrobić,

by ich ogród dawał więcej warzyw, jabłek –

nie proszę, żeby rajskich,

choć i to dla Ciebie nietrudne,

ale zawsze jednak ryzykowne.

To tyle – dobry Boże.

Nie nazywam tego testamentem,

nie żądam zaraz cudów,

wiem, że w dzisiejszych czasach

musimy sobie pomagać.

BRONISŁAW CZECH | nr 349

Olimpijczyk, rzeźbiarz, żołnierz podziemia10

TAK ŻYĆ JAK JA ŻYŁEM

WARTO BYŁO

WŁADYSŁAW DERING | 1723

W ostatnich dniach stycznia

przywleczono księdza Dańkowskiego

stopy zostawiały krwawe ślady

musiałem wyskrobać gangrenę

żyły jakby przeżarte rdzą

krew z ropą

zmurszałe ścięgna

chciałem powiedzieć

wiem jak cierpisz

lecz mnie uprzedził

jakby czytał w myślach

to nie ja cierpię

to Chrystus we mnie

i w tylu innych

nie pozwolę mu umrzeć

muszę przeżyć

Wanda Lewicka11 | 70 449

Podczas rewizji

zabrali mi Biblię

– i tak jej nie czytałam.

Biblią naszych czasów jest Auschwitz.

Księgi Genezis opisują,

jak Bóg wyrywał z ziemi

drzewa, ogrody, domy nad Wisłą i Sołą –

by stworzyć obóz,

najbrzydsze miejsce świata

otoczyć światłem i kolczastym drutem.

Księgi Królów notują obco brzmiące imiona

vorarbeitrów, blokowych i kapo,

panów życia i wielu śmierci

od kija, w dławiącym szambie, nawet w ogniu.

Nasza księga Hioba nie mówi

nic o Bożej sprawiedliwości, o nagrodzie –

niepewnie przypomina tych,

których Hiob przeżył: synów, córki,

rodziców, nawet sąsiadów…

Nasze Psalmy nie mówią nic o wierze,

może trochę mówią o nadziei

Pieśń nad Pieśniami – milczy.

Podczas rewizji

zabrali mi Biblię –

i tak jej nie czytałam,

skrywałam tylko pod pryczą

na pamiątkę, że byłam człowiekiem.

SZARA BALLADA

Ballada obozowa – szara jak kromka chleba,

Szeptana jak modlitwa – bo brak sił by ją śpiewać.

On miał na imię Edward, z pierwszego transportu do Auschwitz,

Ona była Żydówką o oczach jak czarne gwiazdy.

Edwarda Niemcy pobili, bo śpiewał polskie pieśni

I cisnęli pod rewir, żeby doczekał śmierci.

Ona była tam siostrą, wciągnęła go do baraku,

I nie dała mu umrzeć i nie dała mu płakać.

Jak matka go po głowie cienkimi palcami głaskała

I śpiewała mu psalmy – bo to tylko umiała.

Jak Maria Chrystusowi krew ścierała mu z twarzy

I przewijała mu rany papierowym bandażem.

A kiedy trząsł się z zimna – grzała go swoim ciałem

I dawała mu miłość, a z nią życie dawała.

A kiedy już wyzdrowiał – wracał do niej po nocach,

Przynosił chleb zamiast kwiatów – i mówił, że ją kocha.

I ona go kochała, jakby był mężem i synem,

I tylko nie chciała powiedzieć, jak ma naprawdę na imię.

A kiedy w czerwcu Niemcy szykowali transport do śmierci –

Oni nie chcieli umierać i razem z obozu uciekli.

Edward skradł Niemcom mundur, z chleba ulepił pistolet

Prowadził dziewczynę jak na śmierć – przez obóz, za druty, hen w pole.

A potem byli już wolni i kochali się w słońcu

I w tym miejscu ballada powinna szczęśliwie się skończyć.

I nie mówić jak głodni po obcych wsiach się błąkali

I nie mówić o ludziach, którzy ich Niemcom wydali.

Przywieziono ich w lipcu, do cel osobnych wrzucono

By czekali na wyrok, czy żyć będą, czy konać.

A dla nich ta osobność to był wyrok najcięższy:

Edward stał całe noce, z twarzą przy małym okienku

I śpiewał, że żyje, że kocha – żeby słyszała dziewczyna

I cały obóz też słyszał, że miłość i pieśń ciągle żyją.

Aż w sierpniu przyszedł wyrok – i oni znów się spotkali,

Stali nadzy pod ścianą, jeszcze ręce sobie podali

I tu się kończy ballada, szara jak kromka chleba –

Lecz będzie miała ciąg dalszy – bo oni nie znajdą nieba.

Bo nad obozem tylko czarne chmury i dymy,

Jeśli Bóg był tam kiedyś – to w tych dymach zaginął.

Więc oni wrócą na ziemię, wrócą w słonecznych promieniach

I może nie będzie obozów. I może będzie ziemia.12

„Tomasz Serafiński”

ROTMISTRZ WITOLD PILECKI

Rozmowa z doktorem Deringiem

– Tam na ciebie czekają. Będzie walka.

Powstanie jak odbezpieczony granat

nie może nie wybuchnąć –

krew, ranni… Powiem wprost:

każdy chirurg będzie potrzebny.

– Tutaj też jestem potrzebny…

papierowe bandaże, gołe ręce… Tu jest ciężej.

– Twoja żona?

– Zrozumie. Dlatego ją kocham.

– Wiem, że przyszedłeś, ryzykując życiem,

że wyciągasz najbardziej zagrożonych

oficerów, kapelana, nawet lekarza…

Wiem, że przyszedłeś dobrowolnie.

Ja mogę tylko tyle:

dobrowolnie pozostać tutaj.

LEON SCHILLER DE SCHILDENFELD | 13 581

(1887‒1954)

Reżyser. Więzień Pawiaka, Auschwitz i Murnau

Widzę ich ciała: nadzy – jak na plaży

I my – mający umrzeć.

O spopielały brzeg Auschwitz

zielonymi falami uderza nie śmierć – przypływ życia,

wybuch

milionów małych kwiatów, małych planet, owadzich oczu,

chrobot milionów szczęk, chrzęst pazurków, pochód

biało świecących pleśni przez ręce, płuca, twarze – – –

Śmierci nie ma,

nie ma nadziei.

Wincenty Gawron-Kowalewski | 11 23713

Malarz, witrażysta, fotografik

To jakby fotografie. Pierwsza: pociąg

właśnie stanął. Żydzi z Budapesztu.

Jedni wychodzą sami, inni – także sami –

ledwo się wyczołgują. Za rowem

w bok od toru – kałuża. I do niej

jak makabryczny wyścig: dwoje starców,

dziewczyna – córka czy wnuczka. Ona pierwsza.

Stara kobieta za nią – na kolanach

czarna peruka zsuwa się na oczy.

Na końcu starzec. Czołga się komicznie;

prawą ręką odbija się od ziemi,

w lewej trzyma białą marynarkę.

Lagerführer Fritsch przegania nas pejczem.

Pociąg odjeżdża.

Na peronie zostaje góra – jakieś ludzkie odpadki:

walizki, swetry, płaszcze na wszelki wypadek.

Pracujemy szybko jak zwierzęta. Góra znika.

Fotografia druga. Dziewczyna z twarzą w kałuży.

– Zachłysnęła się wodą albo serce.

Starzec tuż za nią. Na plecach.

Sztywna ręka wciąż trzyma marynarkę.

Wiatr powiewa rękawami.

Stara kobieta – ostatnia. Dotarła do rowu.

Peruka obok czaszki. Mieli szczęście.

Umarli w słońcu.

Oddychali powietrzem.

TADEUSZ BOROWSKI

1921‒1950

POETA, WIĘZIEŃ AUSCHWITZ

Jeżeli Boga nie ma,

jest jeszcze nadzieja.

Ale jeśli Bóg jest –

wyrzućcie wasze noże i pistolety,

wydajcie oprawcom dzieci

ukrywane w piwnicy.

Jeśli Bóg jest –

nie ma nadziei.

Kto tutaj nie utracił wiary,

zapewne nie miał jej nigdy.

TESTAMENT ROTMISTRZA WITOLDA

Ten tabor spod Cecory, rycerze w popękanych zbrojach

z krwawym słońcem odbitym w tarczach,

ten tabor dalej wędruje naszym krajem; w miejsce

tych, co padli, wstępują następni

z bagien Raszyńskiej grobli, z ośnieżonych

mogił Styczniowego Powstania, z krwawych

lodowców kołaczących o ujście Jeniseju – – –

Oni nie zginą. Oni

mają już śmierć poza sobą,

została im tylko walka – obowiązek

przekraczający czas i przestrzeń, i śmierć.

Którejś nocy usłyszysz

stukanie ręką w szybę. To oni.

I pójdziesz za nimi wszędzie,

bo wszędzie w tym kraju jest front.

Zmienia się tylko wróg i rodzaj broni:

lanca pochylona w ataku na niemieckie okopy nad Bzurą,

sweter, w którym ukryte szczęki śmiercionośnych owadów,

wiersz, który stary poeta mówi żywym – w trupiarni, po apelu.

Wszędzie jest front, w każdym z nas.

Pewnej nocy i ty

usłyszysz stukanie do okna,

nie zadając pytań – dołączysz

do taboru wędrującego tym krajem

poprzez czas i przestrzeń i śmierć.

Icchak Kacenelson14

1866‒1944

POETA, OFIARA BIRKENAU

Ci, którzy płaczą w samotności – umrą w samotności i łzach,

Ci, którzy płaczą z Bogiem – będą ocaleni.

Powiadacie: Bóg milczy, nie odpowiada na modły,

Bóg nas opuścił i uszedł –

jest tak, jak powiadacie, i jest stokroć gorzej:

Bóg nie porzucił ludzi, nie pozostawił ich trwodze,

Bóg sam jest przerażony i płacze, i chce płakać w ukryciu.

Pomóż Bogu, odszukaj Go nawet tu

i płacz, płacz razem z Nim.

Ci, którzy płaczą w samotności, umrą w samotności i łzach.

Bogdan Bartnikowski15

lat 12

Niebo jest pełne beznogich aniołów z wytatuowanymi numerami

Mikulàš Kovàc

W magazynie

stosy okularów –

dokąd, dokąd pójść mogli

ludzie bez okularów?

– poszli do nieba, po omacku

z wyciągniętymi rękami.

W magazynie

drewniane nogi –

dokąd, dokąd pójść mogli

ludzie bez nóg?

– poszli do nieba, śmiesznie podskakując.

W magazynie

gumowe ręce,

złote zęby,

sztuczne szczęki.

Ci, którzy je nosili,

aniołowie bez nóg,

aniołowie z dziurami zamiast ust,

kuśtykają po pustych zaułkach nieba,

wyciągają po omacku

kikuty rąk,

lecz zamiast dłoni Boga

chwytają inne wyciągnięte kikuty.

Aleksander Kulisiewicz, poeta

Nie piszę wierszy

próbowałem

W Wielki Piątek 1942

esesmani chwycili księdza Dańkowskiego

Na ramiona nałożyli mu belkę

na głowę koronę z kolczastego drutu

dziś zginiesz jak twój Jezus

gonili go batogami

wokół bloków

Nie zdołali go jednak przybić do skrwawionego drzewa

nagle padł po raz czwarty

tego się nikt nie spodziewał

nie mógł wstać

Tego płaczu cichego jak płacz dziecka

tego płaczu zmieszanego ze śmiechem

nie potrafię przerobić na wiersz

Nie wiem czy więcej nadziei

w stwierdzeniu że Boga nie ma

czy więcej że jednak jest

że zdążył przed mordercami

Stefan Jaracz

Aktor16

Umilkły krzyki oprawców

skomlenie więźniów

nawet niewyraźny płacz Boga

Umilkły słowa

Nazywałeś je kiedyś

dziećmi poety

teraz to martwe dzieci

zwęglone do połowy w ogniu

przebite szpilą z trucizną

cuchnące

muszę je obmyć

uszminkować

zamknąć palcami oczy

wytrzeszczone w niebo

to nie przywróci im życia

ale chociaż

wygląd

bardziej ludzki

Doktor Alina

Zapamiętać. Nie wolno pisać,

Trzeba zatrzymać w sobie.

Nie odchodzą, nie umierają.

Są częścią mnie, mówią, krzyczą.

Jestem księga.

Jestem skóra z krwawiącym tatuażem.

Pierwszy obraz – przywózka z Pawiaka do obozu –

spalony przez gorączkę.

Moja pamięć zaczyna się od słońca,

od majowego dnia: niedaleko rewiru

rozstrzeliwują plastyków.

Twórca pejzaży, Karol Siwek,

nie dokończył obrazu.

Namalował trzy czy cztery pory roku,

miał pomysły na wiele więcej…

Ludwika Pugeta – ciężko chorego –

wyrzucono na ziemię z noszy,

umarł na wznak – prawie na baczność.

Podobno, gdy padły strzały,

w bloku, na którym mieszkał,

spadły, roztrzaskały się o beton

figurki, które rzeźbił w obozowej glinie.

I znów brak kilku kart. Nie wiem, komu

ojciec Kolbe przed śmiercią

przekazał swój różaniec.

Jest lipiec. Nie wiem rok który.

Na blok dwudziesty esesmani

przygnali chłopców,

rzucili piłkę, słychać śmiech.

Co chwilę lekarz w białym kitlu

wywołuje jednego na badanie,

za drzwiami bierze na kolana,

w wątłe piersi wbija szpilę z fenolem.

Z całego lipca pozostał tylko ten ranek.

Jeśli zapomnę – zniknie i on, i ten śmiech, i dzieci…

Jak stygmatyczka – lękająca się, że traci łaskę bólu –

rozdrapuję rany na skórze,

by nie pokryły ich różowe blizny.

JANEK JEZIORAŃSKI17

ŻYŁ LAT 20

Śmierć

mała zabija

wielka zabija nawet śmierć

Źródło z kroplą słońca i krwi

zyskuje dar ożywiania

kamień podlany krwią

urasta w pomnik

z ogniem pamięci wędrującym nad świecami

Kiedy Chrystus szedł na Golgotę

nie dźwigał jeszcze krzyża

dwie belki i skowyt

FRANCISZEK GAJOWNICZEK | 5659

Jakby z jego nieba

wciąż widać było Auschwitz –

ojciec Kolbe

nie jeden raz

ratował moje życie

Gdy w rozpaczy chciałem iść na druty

ktoś zastępował mi drogę

Czyjeś ręce, czyjeś dobre ręce

podawały mi chleb –

abym nie skonał z głodu

aby nie poszła na marne

ofiara ojca Kolbego

Miałem żyć

miałem wrócić do domu

Przeżyłem obóz

wędrowałem przez lasy

żywiąc się bulwami i padliną

powróciłem – –

Lecz nie było już domu

obaj synowie w mogiłach

obaj zabici pociskami

które miały nieść wyzwolenie

Mówią że teraz ja

mam być święty jak Kolbe

pójdę do nieba – i co

będziemy razem z góry

patrzeć na Auschwitz

czy może na mój dom

bez synów

na żonę płaczącą przy oknie

BÓG GRA

1. Szachownica pól, pośrodku ziemia niczyja – ani Boga, ani Szatana. Czarny obóz, brama z płonącym napisem: Arbeit macht frei. Na blokach inne napisy, też pewnie wymyślone przez diabła: Waschraum – łaźnia, która nie jest łaźnią, Krankenhaus, który nie jest ani domem, ani szpitalem. Bóg rozpoczyna białymi: pionki, skoczki, partyzanci z AK daremnie atakują obóz. Nie pomaga ofiara gońca: harcerzyk zastrzelony pod bramą jak biały skomlący psiak.

2. W stronę obozu wędrują białe figurki: księża. Jak kalekie anioły – bez skrzydeł, ale z nadzieją. Mają rozdawać komunię z białego chleba, niestety, w całym obozie są tylko ciemne, gliniaste pajdy. Czarni żołnierze zaganiają księży na Żwirowisko. Chichot salw. Wywracają się białe figurki. Po latach wyrośnie z nich czterysta krzyży. Przerażeni tubylcy wyrwą je do ostatniego z pokrwawionymi korzeniami18.

3. Bóg wysyła do Auschwitz białego żołnierzyka – Gajowniczka. Bronił dzielnie Modlina, wysadzał się w powietrze, może i teraz coś wymyśli.

Ale czarne wykonują kilka zręcznych ruchów i oto Gajowniczek stoi w szeregu skazanych. Płacze, że nie zobaczy synów.

Ruch Bożej dłoni i ksiądz Kolbe ofiarowuje swe życie za skazańca. Jest

w tym niewielki szwindel, w szachach nie ma figury księdza, ale czarne przyjmują ofiarę. Gajowniczkiem zajmą się później, a ksiądz Kolbe już kona w celi. Bóg robi nieduże cuda, pozwala mu żyć bez jedzenia, bez picia, tydzień, dwa, jeszcze dłużej, ale w końcu daje za wygraną. Ma zresztą inny pomysł.

4. Bóg pozwala uciec czterem więźniom – przez granicę19, przez całą szachownicę pól. Dowodzi porucznik Jaster, numer 6438 – suma tych cyfr daje szczęście! Uciekają samochodem komendanta, przysyłają widokówkę ze stolicy.

5. Znakomita kombinacja czarnych: nie atakują wprost, lecz rozpuszczają plotki: Jaster zdrajca, ucieczka sfingowana. Polacy chętniej uwierzą w podłość bliźnich niż w bohaterstwo. AK-owcy w białych płaszczach zastrzelą białego porucznika pod gmachem niemieckiego urzędu – taki symbol.

6. Bóg wie, że uczciwie nie wygra, wykonuje kilka ruchów na raz. Więzień Edek zakochuje się w lauferce Mali, układa pieśni, które nuci cały obóz. Potem Pan Bóg wyprowadza ich za druty. Ale na drodze kochanków, w sklepiku, staje mały, szary pionek, folksdojcz. On wskaże ich gestapowcom. Czarne auto przywozi kochanków do obozu. Bóg podsuwa Mali żyletkę, Edkowi trutkę na szczury, nic lepszego nie da się tu wykombinować. Oboje odmawiają. Chcą raz jeszcze na siebie popatrzeć, choćby pod ścianą straceń. Bóg wie, że dla oszczędności Niemcy zrzucą z rozstrzeliwanych odzież. Chichot czarnych, roszada.

7. Bóg, nieco przeinaczając zdarzenia, posyła do obozu rotmistrza Pileckiego. Właściwie to biały rotmistrz dobrowolnie wchodzi w łapankę na warszawskim Żoliborzu, przyjeżdża do Auschwitz, organizuje nadzieję i ucieczki. Jedną, drugą, dwudziestą…

Odpowiedź czarnymi: tyfus. Biały rotmistrz płonie.

Bóg wskrzesza Pileckiego – na wszelki wypadek jeszcze przed śmiercią.

Wszechmogącymi rękami dusi szpicla, który donosił na rotmistrza. Pilecki znowu organizuje ucieczki, ale…

Odpowiedź księdza: nie mogę.

Odpowiedź lekarza: tutaj, tutaj jestem bardziej potrzebny.

Bóg trochę szachruje z historią, pozwala Pileckiemu ratować Gajowniczka, niech ucieka, niech wraca do synów20. Czarne pionki osaczają Pileckiego. Teraz Bóg organizuje ucieczkę rotmistrza. Nikt nie wie jak – pewno cudem.

8. Czarne jednak się zemszczą. Mają czas. Albo zabiją białego rotmistrza w Powstaniu, albo później – po wyzwoleniu – w milicyjnej piwnicy pełnej krwi.

Bóg raz kolejny przechodzi na drugą stronę szachownicy, podnosi którąś z figur, odkłada. Uderzy inną, również czarną.

ZOFIA ŚLIWIŃSKA | (Zofia Kossak) 1890–1968

ZAŁOŻYCIELKA „ŻEGOTY”21

WIĘŹNIARKA PAWIAKA I BIRKENAU

Przez betonowe ściany bunkra śmierci

szept jego modlitw

jak światło –

ojciec Kolbe wciąż żył

jakby był nieśmiertelny

nie udusiło go pragnienie

i nie zadławił głód

Musiał zabić go żołdak Niemiec

zamiast włóczni – szpila z fenolem

i ogień krematorium

zamiast wniebowstąpienia

Teraz prochy świętego

uświęcają przeklętą ziemię

nie urodzi zatrutego zboża

krew nie buchnie spod pługa

Ten proch rozwiany przez wiatr

ziemię Auschwitz zmienił

w relikwiarz

odkupił

I oto

ziarno znowu przemienia się w kłos

polny kamyk w skowronka

już niedługo z tej ziemi Bóg

może znowu lepić człowieka

Edyta Stein22

Módl się nawet w płomieniach.

Kochaj – nie przyjaciół, to łatwe – kochaj prześladowców.

Bóg stworzył taki świat, takich ludzi –

On wie po co:

teraz nadsłuchuje twoich słów,

patrzy, jak rośnie w krwi

ziarno duszy.

MIKLÓS NYISZLI23

Na rozkaz szaleńca

otwierałem ciała setek ofiar,

wyjmowałem serca, wątroby,

wycinałem mięso

z ciał zdrowych dziewcząt,

by karmić nim bakterie.

Na rozkaz szaleńca

gotowałem w kadziach zwłoki kalek i karłów,

oskrobywałem resztki mięsa ze szkieletów.

Na rozkaz szaleńca

wykonywałem sekcje

księży, rabinów najróżniejszych wyznań

w daremnym poszukiwaniu duszy

(ten szalony doktor nie pomyślał,

że należało robić wiwisekcje,

ja zaś milczałem przerażony,

iż ich wynik mógłby być dodatni…).

Jak przepustki do innego świata pisałem

fałszywe świadectwa:

ksiądz Kolbe umarł na serce,

Galiński w ataku szału

(albo odwrotnie).

W niebie przyjmą te świstki za dobrą monetę,

muszą przyjąć –

byliśmy ich filią.

Doktor Alina

Powtarzałam nazwiska,

nie chciałam oddać ich śmierci

nawet nieżywych

– to także obowiązek lekarza.

Morawski, profesor Marian Morawski, ksiądz

dołączył swe wątłe ręce

do rąk Żydów ciągnących przez Auschwitz kamienny walec.

Skatowany przez kapo Krankenmanna

kona trzeci dzień na rewirze.

Koc zaciągnął na głowę –

nie chce oglądać świata,

nie wiemy, czy jeszcze żyje.

Powtarzałam nazwiska: Bandler

tak, Janek Bandler, student –

– Mengele kazał mu znaleźć

trzech więźniów do doświadczeń,

chodziło o odporność na promienie X,

oznaczało to trzy wyroki –

Wieczorem Bandler przyszedł do doktora Mengele:

– Znalazłem, ale nie trzech,

jest jeden!

– Gdzie on jest?

– To ja sam.

Powtarzałam nazwiska:

Morawski, Kolbe, doktor Dering, Jaster,

Pilecki, raz jeszcze Pilecki –

nauczył więźniów bycia znowu ludźmi,

zorganizował kilkadziesiąt ucieczek

i tę ostatnią – własną –

Przeszedł przez druty, jakby nie imał się go ogień,

walczył w Powstaniu, jakby nie imał się go ogień,

zginął w ciemności.

Pamięć.

Nikt nie wymaga bohaterstwa. Wystarczy pamięć…

TERESA BENEDYKTA OD KRZYŻA | (Edyta Stein)

1891

Karmelitanka

Tak, na początku płakałam.

Gdy widziałam sylwetki księży

słaniające się płomienie świec nad Żwirowiskiem

wdeptane – tak czyni ktoś,

kto się boi zaprószyć ogień –

Gdy w krematorium palono

ciała więźniów ściętych w Katowicach24,

dym nad ziemią – bezsilna modlitwa –

tylko gryzł w oczy.

Gdy zamiast nawozu

w ziemię

rzucałam popiół zmarłych.

Tak, na początku płakałam –

ale razem ze łzami

Bóg dał mi nowe oczy.

FRANCISZEK GAJOWNICZEK25

Szatan jest –

to on mojej żonie

zwiastował dobrą nowinę:

Twój mąż żyje,

jakiś ksiądz poszedł za niego do bunkra.

Twój mąż czeka.

Gardło mu spala gorączka,

idź, wyślij mu trochę jedzenia,

by ofiara nie poszła na marne.

Szatan jest –

przyniósł jej smalec, cebulę,

pomógł przewiązać paczkę,

wskazał drogę na pocztę…

Nie było jej z synami,

nie mogła ich zatrzymać,

gdy wybiegali na drogę.

Nie mogła ich osłonić,

gdy padali od rosyjskich kul.

legenda

Dotąd nie miałem odwagi nikomu o tym powiedzieć.

Musiałbym przecież wyznać, co sam robiłem w obozie, wspomnieć

o więźniach dobijanych pałką –

o twarzach pękających pod widłami –

chociaż naprawdę chcieliśmy oszczędzić im grozy ognia.

Dziś jednak, gdy dzieje obozów nie budzą już wątpliwości

– bo nie budzą już w ogóle żadnych uczuć –

mogę opisać ów wieczór, gdy przyniesiono Kolbego

(powinienem, ale nie mogę napisać: ciało Kolbego).

Wsunęliśmy go rękami, nie widłami – miał spalić się pojedynczo.

– Płomienie buchnęły jak modlitwa – powiedział któryś z palaczy.

Po chwili zgasły jak modlitwa – nie wiadomo dlaczego.

Ojciec Kolbe pozostał nietknięty.

Niemcy kazali go wrzucić do innego pieca w krematorium

– Ten nie ma ciągu – mówili, przekonując i nas, i siebie.

Więc przenieśliśmy Kolbego – na rękach, jakby wciąż żył.

Czekaliśmy długo – żując chleb.

Esesmani dali wódki – zapewne

mieli zamiar spalić nas po Kolbem.

Po otwarciu drzwi pieca widzimy: znowu nie spłonął.

Niemcy kazali nam zostać – wynieśli Kolbego gdzieś w noc –

jedyny pogrzeb w lagrze, nikt nie wie, gdzie go zakopali,

nikt zresztą nie szedł za nimi – pobiegłem w stronę rewiru,

zamieniłem numer z jakimś zmarłym… Ojciec Kolbe uratował moje życie.

Ojciec Kolbe – można powiedzieć – uczynił wówczas cud.

Auschwitz – mówią teologowie – to ziemia okrutna i bez grobów.

Ale przecież gdzieś jest to miejsce –

ten jeden jedyny grób.

Czasem wracam,

chodzę godzinami,

zataczam kręgi jak pies wokół miejsca, gdzie było krematorium,

przyglądam się z uwagą i kamieniom, i trawom.

Grobem ojca Kolbego może być każde miejsce

– w Auschwitz, w Polsce, na ziemi.

TERESA BENEDYKTA OD KRZYŻA

1891‒1941

Obóz, świat oplątują cienie,

coraz więcej, coraz więcej cieni,

lecz gdzie cień – musi przecież być Światło.

Testament ojca Maksymiliana

Rany otwarte usta

które już nie krzyczą tylko krwawią

Twarz dziecka rozbita o mur baraku

Wołanie człowieka przybijanego do desek krzyża

Wołanie człowieka przybijanego do desek baraku

Szalone, po stokroć szalone

jeśli nie po to

aby żywi pojęli

dokąd prowadzą drogi nienawiści

Józef Gajda, nauczyciel

Ojciec Kolbe, rotmistrz Pilecki, Bronisław Czech – olimpijczyk,

Alina Tetmajerowa – obozowa święta,

Władysław Dering, polski lekarz, szlachcic imperium,

ksiądz Dańkowski, Martin Niemöller,

dowódca łodzi podwodnej, potem pastor,

Zofia Kossak, pisarka, założycielka „Żegoty”,

Karol Siwek, malarz pięciu pór roku,

Porucznik Jaster.

To nie apel poległych.

Ksiądz Zygmunt Ruszczak – obozowy kapelan,

Franciszek Gajowniczek – przypadkowy błogosławiony

(ocaliła go miłość do żony i do synów),

Harcmistrz Wiktor Śniegucki – legendarny „Dobrosław”

nie wygłaszali przemówień, żyli.

Xawery Dunikowski, rzeźbiarz

(po wyjściu z Auschwitz przetworzy

Górę św. Anny w pomnik powstańców),

Maria Pilecka, Wanda Lewicka,

Leon Schiller, reżyser,

Wincenty Gawron-Kowalewski, malarz, fotograf i partyzant,

Borowski – pisarz, który utracił wszystkie wiary,

Icchak Kacenelson, autor pieśni o zamordowanym narodzie,

o naszych braciach,

Bogdan Bartnikowski – dziecko lagru,

Aleksander Kulisiewicz – z Bożej łaski obozowy poeta,

Stefan Jaracz, aktor

żyli w naszym nieludzkim czasie i oni,

oni zbawili ten czas,

nadali mu ludzkie imiona.

Janek Jeziorański, student filozofii,

Teresa Benedykta od Krzyża – Edyta Stein,

Miklós Nyiszli, lekarz (modli się, aby Bóg o nim zapomniał),

ksiądz Morawski, który ciągnął z Żydami kamienny walec,

Janek Bandler – student, chyba z Pragi,

Edek i Mally, kochankowie z Auschwitz.

To nie apel poległych,

to apel nieśmiertelnych – czasem

zabłąkanych w nieśmiertelności, przerażonych.

Edward Galiński | 551

Mala Zimetbaum | 19 880

zginęli ale przedtem

kochali się byli wolni

***

możemy się modlić po Auschwitz

musimy się modlić po Auschwitz

tam też się modlono

* * *

1 Pierwowzorem bohaterki wiersza była dr Alina z Dąbrowskich Tetmajerowa (ur. 1915, numer obozowy 64 503) – lekarka w Auschwitz, nazywana „obozową świętą”. Ojciec Maksymilian Rajmund Kolbe. 1894 – 14 (?) sierpnia 1941. Podczas wybiórki do bunkra śmierci 29 lipca 1941 roku ofiarował się za Franciszka Gajowniczka. Kanonizowany w roku 1982.

2 Dr Władysław Dering (ur. 1903 ) – szef służby zdrowia TAP i towarzysz broni Pileckiego. Zesłany do Auschwitz w lipcu 1940 roku. Po wojnie pisarz Leon Uris oskarżył Deringa o 17 tysięcy (sic!) eksperymentalnych operacji. Mimo absurdalności oskarżenia Dering spędził 19 miesięcy w więzieniu w Brixton. Przewód sądowy oczyścił lekarza z zarzutów i wykazał, że narażając własne życie, uratował od śmierci wielu więźniów, także Żydów. Uris skazany został za oszczerstwo na symboliczną grzywnę ½ pensa – co nie wróciło Deringowi zdrowia, a naraziło władze Anglii na protesty przeciwko… antysemityzmowi sądu. Chory z nienawiści Uris pisał potem antypolskie paszkwile, a nawet całe powieści (np. Miła 18). Świadectwo heroizmu i poświęcenia Deringa dał ks. Konrad Szweda w książce Kwiaty na Golgocie (Poznań 1982). Dering otrzymał brytyjski tytuł szlachecki.

3 Rozmowa

4 Czego chce polska świnia? – Jestem polskim, katolickim kapłanem, jestem stary i chcę za niego umrzeć, ponieważ on ma żonę i dzieci. – Ach, ty jesteś klechą. No dobrze. Pana (zmiana formy na Sie!) proszę do środka, a ty (do Gajowniczka) precz!

5 Oparte na tym schemacie anonimowe teksty krążyły po obozach w różnych wariantach. Najpopularniejsza wersja „wyliczanki” przypisywana jest Martinowi Niemöllerowi (1892‒1984; dowódca łodzi podwodnej, pastor, więzień obozów w Sachsenhausen i Dachau): W Niemczech naziści przyszli po komunistów, ale nie zabrałem głosu, bo nie byłem komunistą. Potem przyszli po Żydów, ale nie zabrałem głosu, bo nie byłem Żydem. Potem przyszli po działaczy związków zawodowych, ale nie zabrałem głosu, bo nie byłem działaczem związkowym. Potem przyszli po katolików, ale byłem protestantem, więc znów nie zabrałem głosu. Potem przyszli po mnie… Ale w tym czasie nie było już nikogo, kto by się za kimkolwiek wstawił (cyt. za: W. Chrostowski, op. cit., s. 234, tekst tam przytoczony jest przekładem wersji z The Concise Dictionary of Religious Quotations, London and Oxford 1975, s. 13).

6 Wydział polityczny

7 Parafraza autentycznej wypowiedzi. Dengler nie wystąpił z listem do gestapo, jednakże po zamordowaniu Siwka (27 maja 1942) mówił: Gdybym wiedział, iż artysta nie dokończy obrazu – wykorzystałbym znajomości w gestapo i załatwił odroczenie egzekucji aż do czasu ukończenia obrazu (J. Jaworska, op. cit., s. 48). Co do osoby Denglera przekazy są sprzeczne nawet w pracy Jaworskiej, na s. 48 pisze się o nim jako o ustosunkowanym więźniu, a na s. 94 jako o jednym z szefów obozowego SS.

8 Pisząc ten wiersz, znałem tylko legendę Witolda Pileckiego (13 maja 1901 – 25 maja 1948) – włożyłem ją w usta księdza, którego Pilecki przyjął do ZOW w obozie. Prawda była nie mniej bohaterska. Pilecki – ochotnik w wojnie bolszewickiej, podporucznik kawalerii w 1939 roku – uciekł z transportu do Rosji, przedarł się przez granicę Generalnego Gubernatorstwa do Warszawy, zakładał Tajną Armię Polską. 19 września 1940 roku dobrowolnie wszedł w łapankę, by organizować ruch oporu w Oświęcimiu (ZOW). Po ucieczce z obozu (z 26 na 27 kwietnia 1943) brał udział w Powstaniu Warszawskim i w organizowaniu NIE. Ofiara mordu sądowego MBP; prokuratorem był były AK-owiec Czesław Łapiński, o wyroku zdecydował nadzorujący śledztwo płk. Różański, który Łapińskiemu i sędziom miał obiecać ułaskawienie skazanych.

9 Szczegół autentyczny: nasz najwybitniejszy rzeźbiarz przeżył Auschwitz dzięki temu, że organizacja Pileckiego „zamelinowała” go w rewirze pod opieką dra Deringa.

10 Zamordowany w Auschwitz w 1944 roku kurier ZWZ. Utalentowany rzeźbiarz, malarz (zwłaszcza na szkle!) i najwszechstronniejszy sportowiec świata; trzykrotny olimpijczyk, pilot, żeglarz, ratownik, międzynarodowy i polski mistrz narciarski.

11 Studentka podziemnego UJK we Lwowie, socjalistka. Córka podoficera I Brygady Stanisława Lewickiego, matka poetki Marty Berowskiej.

12 Edward Galiński (rocznik 1923), harcerz, aresztowany wraz z innymi gimnazjalistami 14 czerwca 1940 roku w Jarosławiu, więziony w Tarnowie, należał do pierwszego transportu – stąd niski numer. W Auschwitz związany z organizacją Pileckiego; zajmował się m.in. przerzutem lekarstw na obóz kobiecy – tam poznał Malę Zimetbaum (patrz: Józef Garliński, Oświęcim walczący, Warszawa 1992, s. 104). Mally (Mala) Zimetbaum (rocznik 1918) przywieziona z łapanki w Antwerpii 17 września 1942 roku; początkowo sanitariuszka, następnie tłumaczka i goniec (Läuferin); do konspiracji została wciągnięta przez Galińskiego (ibidem, s. 113). 24 czerwca 1944 roku Galiński wyszedł w mundurze Rottenführera, „eskortując” Malę, która niosła na głowie umywalkę, by nie zwracać uwagi semickimi rysami. (O ucieczce i aresztowaniu Galińskiego – Tomasz Sobański, Ucieczki oświęcimskie, Warszawa 1966, s. 38‒49). Więźniów wieszano osobno. Galiński, nim odczytano mu wyrok, zarzucił sobie pętlę i zginął z okrzykiem Niech żyje Pol…; Mala podobno zdążyła sobie podciąć żyły. W obozowych wspomnieniach pojawiał się czasem happy end – kochankom miała powieść się ucieczka. Działo się tak na skutek dołączenia do historii Edka i Mali szczęśliwego zakończenia innej ucieczki – Jerzego Bieleckiego i Cyli Cybulskiej. 21 czerwca 1944 roku Bielecki w przebraniu esesmana wyprowadził swoją sympatię poza druty Auschwitz. Bielecki potem walczył w AK; Cybulska przechowała się u polskiej rodziny. Gdy po wojnie próbował ją odnaleźć – okazało się, że szczęśliwie wyjechała do USA, gdzie wyszła za mąż.

13 (1908‒1991). Absolwent Warszawskiej ASP, jeden z najmniej pamiętanych bohaterów Auschwitz. Członek ZOW Pileckiego. Po udanej ucieczce 16 maja 1942 roku zorganizował (jako „Kowalewski”) dywersyjny oddział AK, który przejmował uciekinierów i nękał Niemców. Kilku więźniów przejął, występując w przebraniu esesmana. Od jesieni 1943 roku walczył na terenie Nowosądecczyzny, w roku 1944 wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie w USA. W wierszu została również wykorzystana relacja Włodzimierza Kieszczyńskiego.

14 Wiersz jest apokryficzny, postać Kacenelsona, daty jego urodzin i śmierci – prawdziwe.

15 Rocznik 1932, jeden z najmłodszych uczestników Powstania Warszawskiego, więzień polityczny Auschwitz-Birkenau. Po wojnie lotnik i pisarz.

16 Twórca podziemnego teatru w Auschwitz. W 1945 roku zmarł na gruźlicę, którą został zarażony w obozie.

17 Jedna z ostatnich ofiar Auschwitz, student filozofii podziemnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich, działacz Ruchu Kulturowego. W wierszu parafrazuję motyw z Dziennika słowackiej poetki i tłumaczki (m.in. Głosów), Dany Podrackiej.

18 Nocą z 26 na 27 maja 1998 roku ta „katolicka Grabarka” przestała istnieć. Na polecenie ministra spraw wewnętrznych Jerzego Tomaszewskiego (za aprobatą premiera Buzka) żołnierze KBW wyrwali ze Żwirowiska przeszło 380 krzyży. Te, których nie mogli wyrwać – spiłowali.

19 W Zielone Świątki (20 czerwca) 1942 roku w samochodzie szefa gospodarczego Hauptsturmführera Kreuzmanna (wg innej wersji – samego komendanta Hössa) uciekło czterech spiskowców z ZOW Pileckiego: por. Stanisław Jaster (6438), Kazimierz Piechowski (918), Józef Lempart (3419) i Eugeniusz Bendera (8502). Jaster przewiózł przy okazji raport Pileckiego dla KG AK. Wskutek fałszywego donosu został zastrzelony przez AK.

20 Franciszek Gajowniczek nie uciekł, ale doczekał wyzwolenia obozu i powędrował do Rawy, gdzie mieszkała jego żona z synami.

21 Komitet im. Konrada Żegoty (imiona bohaterów dramatu Dziady) – Rada Pomocy Żydom. Stworzona w grudniu 1942 roku przez Delegaturę Rządu RP (przy pomocy KG AK). „Żegota” udzieliła pomocy ponad 100 tysiącom osób (lokale, legalizacja, żywność, leki). Była jedyną tego typu organizacją w Europie. Pierwszy przewodniczący – piłsudczyk Julian Grobelny (Organizacja Bojowa PPS, udział w II i III Powstaniu Śląskim); działał do aresztowania w 1944 roku.

22 Uczennica i asystentka prof. Edmunda Husserla, dążyła do syntezy fenomenologii i tomizmu. W 1922 roku przyjęła chrzest; w 1941 przywieziona do Auschwitz, następnie zagazowana. W roku 1987 beatyfikowana. Po wojnie siostry karmelitanki utrzymywały na terenie Auschwitz klasztor, w którym modliły się za pomordowanych. Klasztor został zlikwidowany pod koniec XX wieku na żądanie środowisk żydowskich.

23 Wykorzystane autentyczne nazwisko Miklósa Nyiszliego (A 8450) – lekarza węgierskiego, który był asystentem doktora Mengele w Auschwitz. Po wojnie wydał tłumaczony na wiele języków bestseller, w którym opisywał bez egzaltacji swoją pracę w Sonderkommando. Tłumaczenia polskie: Pracownia doktora Mengele (Warszawa 1966) i Byłem asystentem doktora Mengele (Warszawa 1996). Początek wiersza opiera się na cytatach z tej drugiej książki.

24 Prócz księży, których zamęczano w akcjach likwidowania elity polskiej, w Auschwitz byli też księża, przeciw którym prowadzono procesy polityczne. Wyroki wykonywano m.in. w więzieniu w Katowicach, ciała przywożono z powrotem, do spalenia. Tak zginęli ścięci 3 grudnia 1942 roku ks. Jan Macha z Rudy Śląskiej i kleryk Joachim Guerder.

25 Synowie Gajowniczka wzięli udział w Powstaniu Warszawskim, a zginęli zimą 1945 roku… od strzałów armii sowieckiej wyzwalającej Rawę. Gajowniczek z żoną przenieśli się do Brzegu.

O Autorze

Bohdan Urbankowski

Urodził się 19 maja 1943 roku w Warszawie. Jeden z najwybitniejszych pisarzy współczesnych, poeta i dramaturg, filozof, twórca i teoretyk Nowego Romantyzmu, laureat wielu nagród.

Po maturze w liceum im. Jana Smolenia w Bytomiu (które pielęgnuje tradycje przedwojennego Gimnazjum Polskiego) rozpoczął studia polonistyczne i filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim. Uczelnię opuścił z tytułem doktora nauk humanistycznych. W czasach PRL-u związany z nurtem niepodległościowym opozycji, współredagował szereg pism podziemnych. Za związki z Konfederacją Polski Niepodległej i Solidarnością po wprowadzeniu stanu wojennego został usunięty z pracy w Polskim Radio. Po kilku miesiącach rozpoczął pracę jako kierownik literacki Teatru im. Szaniawskiego w Płocku. Od 1984 roku pracował jako zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Poezja”, skąd dwa lata później również został usunięty. W rządzie Jana Olszewskiego był doradcą ds. kultury i wychowania w MON. W 1993 roku kandydował do Senatu. Od 2010 roku jest przewodniczącym Rady Programowej Związku Piłsudczyków, od 2016 – członkiem nadzwyczajnym Światowego Związku Żołnierzy AK.

Jest autorem ponad 50 książek – dramatów (zbiory: Dramaty płockie, Sny o ojczyźnie), esejów (Myśl romantyczna, Absurd – ironia – czyn, Kierunki poszukiwań), zbiorów poezji (W cieniu, Głosy, Dojrzewanie, Chłopiec, który odchodzi, Erotyk dla następcy, Jeśli zapomnę o nich), powieści (Ścieżka nad drogami) oraz monografii: Adama Mickiewicza, Fiodora Dostojewskiego, Józefa Piłsudskiego, Karola Wojtyły i Zbigniewa Herberta. Za swoje najważniejsze dokonania uważa: poetycki tom Głosy, dzieło Czerwona msza albo uśmiech Stalina, w którym przedstawił budowanie kultury sowieckiej w Polsce (także przy udziale polskich pisarzy) oraz historię polskiej filozofii Źródła.

ELIGIUSZ SZYMANIS

„Innego głosu Boga nie usłyszycie…”1

1. Przywoływanie głosów

Głosy Bohdana Urbankowskiego są książką, jakiej dotychczas nie było. Jej konstrukcja jest inna od wszystkiego, co do tej pory napisano. Nie jest to jednak inność wynikająca z oczywistego w naszych czasach poszukiwania oryginalności i nowej formy wyrazu. Głosy nie są bowiem w istocie książką Urbankowskiego. Powstawały długo (pierwsza wersja ukazała się ponad 30 lat temu) i można przypuszczać, że powstawać będą nadal. Nie uda się chyba autorowi już od tej książki wyzwolić. Nie on ją bowiem pisze. Ona pisze się przez Niego. Zgodził się być medium i trudno mu będzie uwolnić się od tej roli. W wierszu stanowiącym motto, zapisanym zresztą po znamiennych sformułowaniach Czesława Miłosza i Walta Whitmana, autor stwierdza:

Poeta zaciska usta

próbuje napisać pierwsze słowo

– pióro miota się po papierze

jakby wyrywały je sobie

ręce umarłych2.

Książkę tę piszą właśnie owi umarli i nie ma w tym patetycznej literackiej metafory. Rola poety jest precyzyjnie definiowana jako możliwość oddania głosu tym, którzy inaczej już wypowiedzieć się nie są w stanie. W przywołanym fragmencie Czesław Miłosz stwierdza niemal to samo:

…Nie mogę

Nic napisać bo pięcioro rąk

Chwyta mi moje pióro

I każe pisać ich dzieje,

Dzieje ich życia i śmierci3.

Miłosz nie chce jednak „zostać płaczką żałobną”. Tworzy swoją poezję, walcząc o „chwile radości”, by nie ginął świat. Bohdan Urbankowski poddaje się tym, którzy „chcą mówić o swej śmierci”. Przyznaje im prawo do ostatniej wypowiedzi, bo uznaje, że bez prawdy w niej zawartej nie odnajdziemy sensu naszej rzeczywistości. Zakłada, że właśnie my potrzebujemy głosów, które nie mogły być wypowiedziane przez żywych. Powtarza więc refleksję Whitmana:

Przeze mnie przepływa tyle niemych głosów:

głosy wielu pokoleń więźniów i niewolnic…4

Godzi się więc z własną swoistą dyspozycyjnością. To nie on wybiera. Został wybrany, ale ma poczucie, że nie wyróżnia to, ale podporządkowuje w sposób całkowity. Ktoś musi nadać kształt głosom, które chcą przemówić, bo mają do tego prawo, ale jednocześnie muszą, dlatego że bez ich przesłania nie jesteśmy w stanie określić własnej tożsamości.

2. Fragmentaryzm

Materializując głosy, Bohdan Urbankowski zostaje więc skazany na powrót do romantycznego fragmentaryzmu. W XIX wieku wykreowano poetykę fragmentu w proteście przeciwko logice dyskursywnej i przeświadczeniu, że świat pozwoli się opisać relacjami przyczynowo-skutkowymi. Fragmentaryzm wyrastał z reguł objawienia, z przekonania, że poezja jest pokornym notowaniem głosu wyższego. Poeta wie więc tyle, ile mu odsłonięto. Nie musi widzieć wszystkich ogniw łańcucha poznania. Nie może tym samym ich odsłaniać. Na Dziady wileńsko-kowieńskie złożyły się część druga i czwarta, bo właśnie te zostały poecie przedstawione. Głosy Bohdana Urbankowskiego wyrastają z podobnego przekonania. Materii, którą autor próbuje przedstawiać, nie można bowiem ogarnąć żadną skończoną narracją. Stąd jedynym sposobem zdaje się zaufanie fragmentowi, migotliwej odsłonie epizodu.

3. Profecja

Otwierający Głosy jako swoiste motto, już cytowany wiersz, zaczyna się wszakże słowami:

Czekacie:

ustami poety

będzie do was

przemawiał Bóg (s. 5)

Mickiewicz w wierszu Rozum i wiara pisał:

Panie! jam blaskiem nie swoim zaświecił,

Mój blask jest słabe twych ogniów odbicie!5

Bardzo podobne to sformułowania i w obu przypadkach właściwie rozumiane nie świadczą o przesadnym pojmowaniu własnej misji. Tylko z przyziemnej perspektywy, ktoś mówiący w imieniu Boga lub ktoś, przez kogo wprost Bóg przemawia, może być postrzegany w uwznioślającej aureoli. Profetyczne naznaczenie odbiera bowiem w istocie podmiotowość i „prawa autorskie”. Twórca staje się niemal bezwolnym wykonawcą – kimś, kto pisze pod dyktando.

Oczywiście taką koncepcję poety wpisanego w tekst można wykreować. Z perspektywy zracjonalizowanej refleksji teoretycznoliterackiej trzeba by zabieg ten uznać w kontekście praktyk współczesnej poezji za nowatorską konstrukcję podmiotu mówiącego. W takiej optyce Bohdan Urbankowski dokonywałby twórczej adaptacji tradycji romantycznej. Nawiązywałby do poezji wieszczej, aby jej językiem opisać najtrudniejsze doświadczenie XX wieku. Zabieg wydawałby się w pełni uzasadniony. Osiągająca najwyższy poziom ekspresji metoda byłaby stosowana do opisu faktów, których w inny sposób ogarnąć nie można. Byłaby… Tryb warunkowy wydaje się nadużyciem, a jednak nie sposób z niego zrezygnować. Wbrew imperatywowi logicznej analizy tekstu, naturalna w odniesieniu do Głosów wydaje się romantyczna postawa, która „nie cierpi analizy”. Głosy bowiem osiągnęły poziom doświadczenia mistycznego. Jedyna racjonalna recepcja, jaką narzucają, sprowadza się więc do poddania się mistycznej aurze. Autor nie kreuje bowiem siebie. Wszystkimi dostępnymi środkami usiłuje na powrót upodmiotowić tych, których programowo pozbawiano człowieczeństwa. Stanowi to akt kreacji wyższego rzędu. Nie utwór literacki zostaje w ten sposób powołany do istnienia, ale rzeczywistość (w tym przypadku obozowa), którą najpierw precyzyjnie tworzono, a później planowo usiłowano zanegować jej istnienie. Jest więc to powtórna kreacja rzeczywistości, odwołująca się do Boskiego słowa, mającego moc sprawczą. Bóg nigdy jednak nie przemawia w sposób konwencjonalny. Prawda, która od Niego pochodzi, choć prosta i jednoznaczna, wyraża się częstokroć w bardzo oryginalny sposób.

4. Poetyka objawienia

Jak w symbolicznym ujęciu świata synestezja pozwalała opisywać wszystko poprzez wszystko, bo wszystko stanowiło emanację Ducha, tak w Głosach Urbankowskiego następuje celowe pomieszanie materii. Wątki historyczne, sięgające głęboko w przeszłość, zostają przetopione w tyglu doświadczenia obozów koncentracyjnych w zupełnie nową jakość. Podstawowym bowiem przesłaniem Głosów jest zderzenie się właśnie z rzeczywistością obozową. Zderzenie to ma wszakże również wymiar polifoniczny. Autor oddaje głos więźniom – i to zarówno heroicznym, jak i tym, którzy pozwolili się upodlić. Mówi naiwnymi głosami dzieci, dla których obóz był pierwszym doświadczaniem świata, i wyznaniami filozofów, którzy w realiach Auschwitz weryfikować musieli wcześniejsze teorie. Pokazuje bojowników i oprawców. Oddaje głos ofiarom i tym, którzy ów nieludzki system tworzyli i chcieli wierzyć w jego racjonalne uzasadnienie. Wpisuje obozy w doświadczenie społeczeństw, z których wywodzili się oprawcy, i tych, z których pochodzili ci, którym odmówiono prawa do życia. Przełamuje jednocześnie owo martyrologiczne doświadczenie przez tradycję polskiego patriotyzmu i próbuje wytłumaczyć w Listach do tłumaczki zawiłości tej tradycji komuś, kogo ukształtowały inne wydarzenia i idee. W efekcie proponuje konstrukcję tak złożoną, że bliską w istocie koncepcji „dzieła otwartego” Umberto Eco6. Podobnie jak to dzieło, Głosy nie pozwalają się bowiem zamknąć w skończonej refleksji. W każdej lekturze okazują się inne. W każdej odsłaniają nowe sensy. Trudno przedstawić je w zracjonalizowanej refleksji, bo ta wymaga zrozumienia dzieła, o którym przychodzi pisać. Głosów nie można zaś zrozumieć. Można więc pisać o nich wyłącznie w sposób równie otwarty, nie dlatego, że konstrukcja zamknięta refleksji nie byłaby możliwa, ale dlatego, że z założenia nie mogłaby być prawdziwa.

Przygotowana przez wydawców dźwiękowa wersja Głosów w każdym odtworzeniu na nowo poraża. Można ją znać niemal na pamięć, a i tak nie sposób wyzwolić się spod jej emocjonalnego wpływu. Głosy bowiem zniewalają. Weryfikują wiedzę o człowieku i życiu. Bohdan Urbanowski staje się depozytariuszem tej wiedzy i usiłuje z najwyższym szacunkiem robić z niej użytek. Nie są to bowiem Głosy jego, ale także do niego.

5. Z perspektywy następnego pokolenia

Chyba tylko na takiej zasadzie autor Głosów podjął się zadania niemożliwego i nieprawdopodobnego. Sięgnął do rzeczywistości obozów koncentracyjnych bez osobistego doświadczenia biograficznego. Starał się cudzym przeżyciom nadać kształt artystyczny poprzez zachowanie maksymalnego obiektywizmu. Autor należy wszakże do pokolenia, dla którego doświadczenia obozowe są już wprawdzie faktami historycznymi, ale wyłaniają się z historii tak bliskiej, że uniemożliwiają oderwanie się od dziedziczonych emocji. Krąg najbliższej rodziny wyznaczają świadkowie naoczni. Autor Głosów, starając się zatem pokazać prawdę o obozach na podstawie zobiektywizowanych źródeł historycznych i wypowiedzi tych, którym przyszło zderzyć się z tą nieludzką rzeczywistością, dąży w wymiarze kreacji poetyckiej do oddania prawdy o obozach takiej, jaką otrzymało następne pokolenie. Prawda ta bowiem wpisywała się w dziecięce zdemonizowane lęki i obsesje. Stanowiła częstokroć przeżycia najbliższych, powracające w opowieściach i osadzające się w dziecięcej wyobraźni obrazami nie do ogarnięcia. Obozy śniły się jako koszmary. W jednym z Listów do tłumaczki autor wyznaje na przykład: „Obraz ludzi składających szczątki innych ludzi może się wydać Pani parabolą z powieści grozy. A przecież coś takiego wraca w moich snach, bo coś takiego przeżyła moja matka. Podczas Powstania Warszawskiego wybuch czołgu pułapki na Starówce rozszarpał kilkadziesiąt osób. To zbieranie i dopasowywanie ludzkich kawałków śniło jej się potem po nocach, tym snem zaraziła także mnie” (s. 268).

Wspomnienia, będące treścią koszmarnych snów, wnikały do świadomości także setkami opowieści podczas spotkań towarzyskich i oczekiwań w sklepowych kolejkach. Powracały jako groźba przy każdym zawirowaniu politycznym, mogącym prowadzić do wojny. Nie pozwalały spać po upiornych szkolnych wycieczkach.

Jeszcze nie tak dawno podczas jednej z konferencji ogromne wrażenie zrobiło na mnie spotkanie z doktorem medycyny, mającym osiemdziesiąt trzy lata, który na odczyt przyjechał na rowerze i przy obiedzie powiedział, że dokładnie tego dnia minęło pięćdziesiąt pięć lat od chwili, kiedy wyzwolony został z obozu koncentracyjnego po pięcioletnim pobycie7. Opowiadał trochę o Auschwitz, trochę o Dachau i Gusen. Miałem wówczas wrażenie uczestniczenia w czymś niesamowitym. To przecież, co stanowi przedmiot osobistych przeżyć, zawsze wydaje się całkiem niedawne. Przeżycia nie tracą intensywności wprost proporcjonalnie do czasu, jaki od nich upłynął. Miałem więc wrażenie, że to, co wydawało mi się bardziej absurdalne niż średniowieczne pogromy, odradza się na nowo. Widziałem niemal jak realny Auschwitz odżywa absurdalnym okrucieństwem tuż obok i w połączeniu nerwów niemal przejmowałem grozę wspomnień. W pamięci pogodnego lekarza w najbardziej dosłownym sensie odradzał się realny koszmar. Było to bardziej przejmujące od najdrastyczniejszych relacji w opowiadaniach Tadeusza Borowskiego. Te bowiem przyjmowałem jako literaturę, oczywiście nie w kwestionowaniu ich wiarygodności, ale w sposobie reagowania na uformowany przekaz. Pamięć bezpośredniego świadka stanowiła natomiast fakt empiryczny.

Pozwalam sobie na osobistą refleksję tylko dlatego, by zwrócić uwagę na specyfikę „doświadczenia obozowego” drugiego pokolenia, które nie zetknęło się z rzeczywistością kacetów, ale najbardziej bezpośrednio przejmowało relacje z „pierwszej ręki”. Waga tych relacji niejako automatycznie narzucała imperatyw dokumentowania. Bezpośredni uczestnicy koszmaru uciekali bowiem od wspomnień. Wypierali je z pamięci. Wymykały się one niejako bezwolnie, bo nie pozwalały na pełną ucieczkę, ale wydawały się oczywiste. Były też takie dla tych, którzy dorastali bezpośrednio w aurze ich oddziaływania. Jak jednak zauważa Bohdan Urbankowski: „Władza, także w kulturze, przechodzi w ręce ludzi z roczników powojennych, konsumpcyjnych, niemających ochoty na dziedziczenie moralnych obowiązków, tym bardziej na dziedziczenie win. Tworzą więc nową przeszłość. Pokolenie obozów śmierci odchodzi ze swą straszną wiedzą, młodzi nie są zainteresowani ani ich prawdami, ani ich kłamstwami, ani tym, dlaczego kłamali” (s. 267).

Dlatego Bohdan Urbankowski musi ulec naciskowi „głosów”. Musi dążyć do zachowania relacji, będących przedmiotem najgłębszych przeżyć pokolenia autora, ale tracących swoją emocjonalną dosłowność wraz z odchodzeniem świadków. Musi więc zapisać to, od czego jego rówieśnicy nie mogli uciec, ale od czego następne pokolenia uciekać nie powinny. Przygniatająca lawina epizodów za każdym razem innych w niewyobrażalnym okrucieństwie i za każdym razem takich samych w istocie problemu powinna toczyć się dalej i pochłaniać nowe generacje. Jesteśmy na nią skazani i wyrok musi się dopełnić. Sceny z powtarzanych filmów nadal powinny nakładać się na relacje i przekazywać ową potworną wizję obozów w świadomości pokolenia, które urodziło się po wojnie i pozornie znało tę rzeczywistość tylko ze szkolnych wycieczek. W zestawieniu jednak ze świadomością młodszych pokoleń i tak była to wizja żywa i historycznie prawdziwa. Bohdan Urbankowski zmierzył się z tą właśnie rzeczywistością. Rozpisał ją na głosy i w jakiś sposób próbował przemienić w poezję, która kontestowała własne ograniczenia.

6. Poezja wobec obozów

Tematyka obozowa w twórczości pokolenia, dla którego obozy stanowiły doświadczenie biograficzne, realizowała się wszakże głównie w prozie. Niemal nietaktem było bowiem poetyckie wzmacnianie ekspresji czegoś, czego w żaden sposób wzmocnić nie było można, bo rzeczywistość przekraczała wszelkie wyobrażalne miary. Ekspresja faktów przerosła najśmielsze wyobrażenia ekspresjonistów i surrealistów. W zderzeniu z oświęcimską codziennością Baudelaire mógł się wydawać sielankowy. Można więc było z zewnątrz dziwić się jedynie, że „ludzie ludziom zgotowali ten los”8, bądź jeśli tematyka wyrastała z osobistych przeżyć, automatycznie poddawać się behawiorystycznej narracji9. Lagrów nie można było bowiem zrozumieć. Racjonalizacja tego, co w nich się działo, wymagała wszakże całkowitego zanegowania człowieczeństwa. Pozostawało rzetelne opisywanie mechanizmu funkcjonowania obozu i psychologicznych uwarunkowań „zlagrowania”, ale humanistyczna weryfikacja wniosków płynących z opisu pozostawała poza zasięgiem racjonalizacji. Mechanizm obozu unicestwiał bowiem wszystko, co umożliwiło jego funkcjonowanie. Obóz koncentracyjny był przecież bardzo dobrze zaplanowany i funkcjonalny. Wpisane w jego organizację mechanizmy psychologiczne okazały się skuteczne. Wiedza o ludzkiej naturze została w jego organizacji trafnie sfunkcjonalizowana. Była ona zaś dorobkiem cywilizacji, która wieńczyła nowożytną kulturę europejską. Zwieńczenie było wszakże zbrodnicze i negowało wartość tej cywilizacji. Tadeusz Borowski rozumiał, że zmieniało ono postrzeganie historii od czasów najdawniejszych, że kazało inaczej postrzegać zbudowany na niewolnictwie antyk10. XX wiek zostanie więc już z ową tajemnicą, która zdewaluowała nowożytną cywilizację.

To jednak, co dla uczestników wydarzeń mogło być tylko przedmiotem relacji, dla następnych pokoleń poprzez siłę ekspresji przemieniało się w poezję. Proste opisy codziennych wydarzeń niemal automatycznie przemieniały się w przypowieści. Piekło Dantego traciło wobec nich siłę wyrazu. Przytaczane z „drugiej ręki” w naturalny sposób podlegały metaforyzacji lub osiągały wymiar paraboli. Ogrom tej tajemnicy usiłuje opisać Bohdan Urbankowski w Głosach. Jako poeta nie aspiruje do jej wyjaśnienia. Wciąż eksponuje ambiwalencję autentycznych relacji. Dopuszczając do głosu rzeczywistość w dokumentalnych niemal epizodach i powracających w kolejnych odsłonach losach ludzi, odkrywa ziemię zupełnie nieznaną i rządzącą się swoimi prawami. Nie ma w niej Boga, praw moralnych i ludzkich odruchów. Po ludzku rzecz bowiem ujmując, Bóg nie mógłby zezwolić na taki bezmiar zła. Jeżeli zezwolił, prowokował wręcz bluźnierstwa. W metaforycznym skrócie wyjaśniało to mechanizm załamań wielu ludzi. W wierszu Tadeusz Borowski… Bohdan Urbankowski precyzyjnie odsłaniał tę prawdę:

Jeśli Bóg jest –

Nie ma nadziei.

Kto tutaj nie utracił wiary

Zapewne nie miał jej nigdy. (s. 406)

Rozumiejąc głęboki dylemat osobowości Tadeusza Borowskiego i jemu podobnych, odprawiał autor jednocześnie swoisty egzorcyzm, mozolnie wybierając fakty i biografie, które pozwalały zachować wiarę w człowieka i w potrzebę modlitwy w Auschwitz, które przemieniały koszmar w ostateczny dowód ludzkiej niezłomności. W tym wyrażało się wielkie przesłanie humanistyczne Głosów i marzenie autora, by ratować porządek świata. Marzenie to było jednak ustawicznie zakrzykiwane przez głosy, które unicestwiały przeświadczenie o czystych regułach świata i najpiękniejsze postawy przemieniały w wyjątki potwierdzające najgorszą z możliwych regułę. Cała tradycja kulturowa, która w probierzu heroizmu ostać się powinna, chwiała się jak dąb zasadzony przez Goethego, obciążony ciałami skazańców. Trzeba było uwierzyć, że świat za obozem nie istnieje, by mieć cień szansy na powrót do tego świata. Tak naprawdę powrotu jednak nie było. Nie istniał świat poza drutami. Druty ogrodziły wszystko, co pozostało na zewnątrz. Skoro cywilizacja nie uniemożliwiła funkcjonowania obozów, uniemożliwiła i unieważniła samą siebie. Jeżeli jedna z najstarszych i najbardziej inspirujących europejskich kultur doprowadziła do oprawiania książek w ludzką skórę, to tym samym zakwestionowała własną tożsamość.

Bohdan Urbankowski nieustannie mierzy się z tym doświadczeniem. Odkrywa je intuicją artystyczną i nie może pogodzić się z nim jako filozof racjonalista. Nie chce wreszcie akceptować tej prawdy jako człowiek, bo oznacza ona w istocie zanegowanie człowieczeństwa.

7. Reinterpretacja literatury

Część pierwszą Głosów, zatytułowaną Buchenwaldzki apokryf, otwiera ironiczny prolog W kraju poety. Mottem tego prologu jest często cytowany dystych Goethego:

Wer den Dichter will verstehen,

Muss in Dichter’s lande gehen.

Ten sam cytat był wszakże mottem Sonetów krymskich Adama Mickiewicza11. Bohdan Urbankowski przywołuje więc niejako podwójną tradycję. W odniesieniu do miejsca wydarzeń, związanego z biografią Goethego, przywołanie wydaje się jak najbardziej stosowne. Sposób wykorzystania cytatu przez Mickiewicza rzutuje jednak na sens przywołania. „Kto chce rozumieć poetę, musi iść do kraju poety”. Przekłady przybierały różny kształt stylistyczny, ale wydawały się tożsame w przeświadczeniu, że twórczość poetycką kształtują miejsca, w których twórca się wychował, bądź te, w których tworzył. Poezja opisywała przecież rzeczywistość. Przedmiot opisu wydawał się zatem ważnym punktem odniesienia. Krytycy spierali się, czy w przypadku Sonetów Mickiewicza trzeba zobaczyć Krym czy może Mickiewiczowską Litwę, by przekaz poetycki odebrać w pełni12, ale byli zgodni, że obraz opisywanej rzeczywistości stanowi część dzieła. W Głosach Bohdana Urbankowskiego „pójście do kraju poety”, który dyrektywę tę sformułował, miało wszakże sens zupełnie inny. Miejsca związane z twórczością Goethego zyskały bowiem w XX wieku zupełnie nową waloryzację. Wokół dębu, który zasadził Goethe, zbudowano obóz Buchenwald. Goethe nie miał z tym nic wspólnego, a jednak fakt ten nadał jego przesłaniu ironiczny wymiar. Buchenwald stanowił przerażającą interpretację poezji Goethego, bo w istocie poezję tę unieważniał. Trzeba było zatem „odwiedzić kraj poety”, by zrozumieć, że właśnie kraj ten odbierał po ponad stu latach znaczenie poezji, która dla pokoleń wydawała się niezwykłe ważna. Skoro jednak naród, który poezję tę czytał i uznawał za znaczącą część własnej kultury, był zdolny zbudować obóz, to poezja ta nie spełniła roli, jaką niewątpliwie chciała i powinna odegrać. „Pójście do kraju poety” czy „odwiedzenie tego kraju”, jak sugerowano w innych tłumaczeniach, po doświadczeniu Oświęcimia i Buchenwaldu, kazało zupełnie inaczej interpretować poezję Goethego, a może w ogóle każdą poezję. Przecież to Goethe nauczył Niemców, jak wielką siłą jest sztuka słowa.

…najlepsi uczniowie Goethego, pojęli to wszystko –

zaczęli palić nasze książki,

teraz spiesznie naprawiają swój błąd:

palą nas. (s. 54)

Nikt nie mógł sądzić, że docenienie wagi poezji może prowadzić do wypowiedzenia jej wojny przez tych, którzy chcieli budować świat przeciwko uznanym wartościom. Poezja wydawała się groźna. Poezję narodów podbijanych należało unicestwiać wraz z twórcami. To było najbardziej niewyobrażalne następstwo lektur Goethego. Nie pozwalało jednak uciec od najprostszej, choć porażającej konstatacji, że jego poezja nie spełniła najbardziej elementarnych zadań, jakim służyć powinna. Bohdan Urbankowski zapisał to w najbardziej drastyczny z możliwych sposób: „Jeżeli po Buchenwaldzie możliwe będą wiersze po wierszach możliwy będzie Buchenwald” (s. 221). Obozy koncentracyjne okazywały się bowiem równie integralnym elementem naszej cywilizacji jak poezja Goethego. Poezja pisana była jednak po to, by ludzie stawali się choć trochę lepsi. Jeżeli po doświadczeniach tej miary, jakie proponował autor Fausta, ludzie stali się na tyle lepsi, że mogli zorganizować obozy koncentracyjne, i to obok miejsc, w których Goethe tworzył, to poezja w najmniejszym stopniu nie odegrała swojej roli. Skoro nie odegrała tej roli w wydaniu Goethego, to prawdopodobnie w ogóle zrobić tego nie jest w stanie. Nie jest w stanie doskonalić ludzi. Skoro zatem „po Buchenwaldzie możliwe będą wiesze, po wierszach możliwy będzie Buchenwald”. Doświadczenie totalitaryzmów dwudziestowiecznych unieważniło wcześniejszą kulturę. Stanowiło bowiem jej największą porażkę. Czytelnikami Goethego byli organizatorzy obozów. Puszkina czytali strażnicy łagrów. Zresztą jedni i drudzy znali czasami i Goethego, i Puszkina. W obozach grały orkiestry symfoniczne, a subtelni miłośnicy muzyki mogli spontanicznie organizować koncert na zasadzie: „ile gry, tyle życia”. Funkcjonariusze Buchenwaldu wierzyli, że to właśnie Goethe zasadził dąb, który można było wykorzystać jako narzędzie egzekucji. Jeżeli sztuka zmieniać miała ludzi, jeżeli dążyć do humanizacji obyczajów, to poniosła porażkę, z której podnieść się nie powinna. Po Buchenwaldzie wiersze nie powinny być możliwe, bo świadczyłyby o pogodzeniu się z obozami przynajmniej na poziomie umieszczenia ich w cyklu wydarzeń historycznych. Zdanie to Bohdan Urbankowski wpisuje jednak w wiersze po Buchenwaldzie. Nie jest to w tym przypadku sprzeczność. Głosy Bohdana Urbankowskiego to nie są bowiem wiersze w konwencjonalnym rozumieniu. Kształt, który może z poezją się kojarzyć, staje się naturalną dykcją „głosów”, które interpretują rzeczywistość po doświadczeniu obozów.

8. Poza emocjami

W naturalny sposób ulegam emocjom, które stały się powodem napisania Głosów. Prowadzi to do swoistej parafrazy, która nieudolnie opisuje to, co Głosy wyrażają z ogromną siłą ekspresji. Powstrzymując emocje, można wszakże opisać Głosy jak tekst, bo pozostają oryginalną propozycją literacką. Niezależnie od intencji autora są w efekcie „poezją po Buchenwaldzie”. Podlegają więc racjonalnej analizie. Emocje buntują się wprawdzie przeciwko takiej analizie, ale próbując racjonalizować zjawisko, można albo próbować ogarnąć intelektualnie przedsięwzięcie artystyczne, albo po prostu ulec sugestii tekstu i nie próbować o nim pisać. W sferze artystycznej byłoby to zapewne uczciwsze. Głosy jednak prowokują do rozmowy. Są napisane, a tym bardziej egzystencjalnie wypowiedziane przez tych, których wyrażają, właśnie po to, by odzywać się echem w kolejnych wypowiedziach, by żyć w przeżyciach innych. Głosy bowiem wyrastają z tej tradycji, która nie utożsamia poezji z estetycznie uformowanym słowem. Dziedziczą romantyczne przeświadczenie, że poezja, a może nawet cała literatura, stanowi sposób przekazywania prawd inaczej niewyrażalnych. Głosy są więc pisane w języku pierwszego stopnia. Po prostu opisują rzeczywistość. Ta jednak jest na tyle inna od wszystkiego, z czym ma do czynienia czytelnik Głosów, że przemienia prosty opis w konstrukcję literacką. Jak niewolnik z platońskiej jaskini próbowałby opisać, co widział poza jaskinią, tak autor Głosów szuka sposobu wyrażenia rzeczywistości niewyrażalnej. Prosty opis trójwymiarowego świata w języku niewolnika, który nie znałby określeń kolorów i wielowymiarowej przestrzeni, musiałby stać się poezją. Mickiewicz w jednym z Sonetów krymskich pisał:

Tam widziałem – com widział, opowiem – po śmierci,

Bo w żyjących języku nie ma na to głosu13.

Platon i Mickiewicz zakładali wprawdzie, że poezja opisuje rzeczywistość, na opisanie której w „języku żyjących nie ma głosu”. Była to jednak rzeczywistość nieporównywalnie lepsza i bogatsza. Bohdan Urbankowski musi powtórzyć doświadczenie platońskiej jaskini z rzeczywistością nieporównywalnie gorszą. To tak, jakby człowiekowi z normalnego świata przyszło się zderzyć z egzystencją w mrocznej jaskini. Mechanizm komunikacyjny pozostaje wszakże ten sam. Poezja nie ma być tekstem uformowanym estetycznie. Ma wyrażać to, na co „w języku żyjących nie ma głosu”. Nie ma jednak dlatego, że język żyjących nie przewidział takiego poziomu deprecjacji człowieczeństwa. Dlatego Głosy tworzą nową konstrukcję gatunkową, intensyfikując synkretyczną kompresję poziomów ekspresji. Jako utwór poetycki stają się swoistym poematem, bo powracają w nich postacie i motywy, a impresje składają w swoiste sekwencje epickie. Głosy opowiadają ustawicznie, ale siła ekspresji poszczególnych opowieści nadaje im wymiar poetycki i paraboliczny zarazem. Głosy bowiem są jedną znaczącą przypowieścią, składającą się z wielu epizodów wpisanych w świat, w którym każde niemal wydarzenie otwiera drogę do uniwersum.

W prezentacji losów i postaw konkretnych ludzi propozycja Bohdana Urbankowskiego od poematu ewoluuje w kierunku swoistej powieści, bo łączy w całość epizody o nowelistycznej konstrukcji. Można więc czytać Głosy jak zapis sytuacji i ludzkich postaw. Wówczas wiersze przemienią się w minirozdziały, a podmiot liryczny staje się narratorem prezentującym świat z behawiorystycznym dystansem. Autor powoła zresztą wielu narratorów, by pokazać złożoność analizowanej rzeczywistości. Odda głos również organizatorom nieludzkiego świata, którzy deptanie ludzkiej godności i unicestwianie egzystencji przemieniali w administracyjny obowiązek i neutralizowali etycznie w dokładności realizowania administracyjnych poleceń. W poetyce sprawozdań i tabeli statystycznych ludzkie losy traciły wymiar tragizmu, a stawały się elementem racjonalnie prowadzonej polityki. Aby przedstawić ten mechanizm, Bohdan Urbankowski musi rekonstruować sposób myślenia i urzędowy język, który powstał, aby zakłamać zbrodnię, a może wykorzystał tylko potencjał, tkwiący w każdym urzędowym języku, który z natury depersonalizuje ludzkie doświadczenia.

Ujawnienie nieludzkiego wymiaru administracyjnej nowomowy w każdym wydaniu stanowi o wartości propozycji Bohdana Urbankowskiego. W skrajnym doświadczeniu obozów koncentracyjnych osłoniły swoje antyhumanistyczne oblicze mechanizmy, które nasza cywilizacja uznawała i uznaje za zupełnie naturalne. Ukrywanie ludzkich problemów za kolumnami cyfr i bezosobowo obiektywnym oddziaływaniem paragrafów zdaje się bowiem normą. Powtarzamy dura lex sed lex, zapominając, że prawa stanowią ludzie i legalnie stanowione normy mogą prowadzić do zbrodni. W obozach egzekwowano bowiem obowiązujące prawo. Tak przynajmniej sądzili oprawcy. Uznawali siebie za realizatorów istotnej misji państwowej. Z szacunku dla prawa popełniali niewyobrażalne zbrodnie. Nie usprawiedliwia ich to ani nie tłumaczy. Nie usprawiedliwia jednak również naszej cywilizacji, która do takiego myślenia prowadziła logiką traktowania prawa. Logiki tej nie zmieniło, niestety, nawet doświadczenie obozów. Nadal, oczywiście w wymiarze nie tak ekstremalnym, uznajemy, że jeżeli stosowanie prawa przynosi szkody, to poszanowanie aktu prawnego jest ważniejsze. W gruncie rzeczy to tylko problem skali. Bohdan Urbankowski zwraca więc w Głosach uwagę, że obozy odsłoniły najbardziej bolesne oblicze naszej cywilizacji. „Jeżeli po Buchenwaldzie możliwe będą wiersze po wierszach możliwy będzie Buchenwald” (s. 221). Siła ekspresji Głosów polega bowiem i na tym, że konstatują one, iż doświadczenie obozów nauczyło nas za mało, że nie przebudowaliśmy cywilizacji na tyle, ile narzucała logika tego doświadczenia. Gryząca ironia wypowiedzi obozowych oprawców nie odbierała im logiki. Stanowili bowiem integralną część świata, który wyłonił się z naszej cywilizacji, a zatem świata, który potencjalnie w niej istniał i, co gorsza, istnieje. Głosy stanowią więc porażające ostrzeżenie. Przemieniają poezję w prozę, poemat w powieść, bo metaforycznie opisywane doświadczenia „sprozaizowały” nowożytną kulturę. Bohdan Urbankowski mimowolnie wskrzesił więc powieść poetycką w jej współczesnym wydaniu. Tak jak na początku XIX wieku stała się ona dominującym gatunkiem romantycznym, bo popularnej już wówczas, ale nieco plebejskiej powieści, opisującej prawidłowości świata, nadawała wymiar pełnowartościowej literatury, tak w przypadku Głosów poezję sprowadza do poziomu powieściowej rejestracji rzeczywistości, która nie poddawała i nie poddaje się prozatorskiemu opisowi. Głosy, jak każdy utwór, który stara się wyrazić prawdy niewyrażalne, w naturalny sposób stały się synkretyczne. Nie mieszczą się bowiem w jakichkolwiek ramach gatunkowych. Z konieczności ustawicznie muszą te ramy przekraczać, by szukać form, które i tak pozostają niewystarczające. W klasycznym rozumieniu to sztuka kreuje rzeczywistość. W Głosach zaś to rzeczywistość szuka formy wyrazu. Z swej natury przekracza jednak wszystkie dotychczas znane. Powieść poetycka wyrosła z potrzeby uszlachetnienia powieści, podniesienia interesującej narracji do poziomu estetycznie akceptowalnej sztuki. Głosy Urbankowskiego przemieniły od dawna zaakceptowaną powieść realistyczną w symboliczny konstrukt poetycki. Precyzją językową sięgają poziomu niemal awangardowej metaforyki. Uzyskują nieprawdopodobną kondensację semantyczną, ale uzyskują dlatego, że niewyobrażalnej kondensacji uległa intensywność przedstawianych wydarzeń. Na to, co Głosy usiłują rejestrować, naprawdę w „języku żyjących nie ma głosu”. Autorowi udało się zatem dotrzeć do głębszego poziomu prawdy historycznej. Głosy bowiem skutecznie scalają prawdę o niewyobrażalnym świecie w spójny przekaz, który pokonuje barierę doświadczenia. Pozwalają przyswoić prawdę o obozach tym, dla których są one już tylko przerażającą przeszłością, której nie można jednak zignorować.

Paradoksalnie Bohdan Urbankowski musiał więc zdobyć się na więcej, niż mogli osiągnąć więźniowie opisujący własne doświadczenia. Oni pisali bowiem o przeżyciach jak chory o symptomach własnej choroby. Autor Głosów o symptomach tych także wiedzieć musi wszystko, ale nie z autopsji, tylko jak lekarz, który powinien zastosować właściwą terapię. Stąd Bohdan Urbankowski niejako automatycznie symptomy owe hierarchizuje i sytuuje w świecie dzisiejszych wartości. Nie może napisać prawdy o życiu w obozie, bo tam nie był. Może jednak i musi napisać prawdę o życiu ze świadomością skażoną wiedzą o obozach, o egzystencji w tradycji kulturowej, w której obozy były możliwe.

9. Przeciwko głosom

Od kreacji bohaterów poczynając, poprzez opis autentycznych rekwizytów, które przerastają siłą ekspresji najbardziej wyszukane symbole, po swoisty absurdalny humor, który kazał parafrazować dziecięce piosenki o Murzynkach, Bohdan Urbankowski w naturalny sposób, oddając się głosom z przeszłości, musiał podjąć z nimi polemikę. Poza światem obozów musiał bowiem prawdę o nich udźwignąć i zrobić z niej użytek. Tu zaczyna się jego rola. Głos w sprawie głosów tych, którym odmówiono prawa wyrazu w najskrajniejszym momencie ich biografii, musi dotyczyć skrajnego momentu wciąż wspólnej dla nas cywilizacji europejskiej. Cywilizacja ta odmówiła wypowiadającym się w Głosach prawa do godnej śmierci. Zbanalizowała ich cierpienie. Odbieranie im człowieczeństwa wpisała w proces technologiczny. Nie przeszkodziły temu ani nakazy etyki chrześcijańskiej, ani wykreowane przez oświecenie prawa człowieka. Zabierając głos w sprawie Głosów, nie można więc oderwać się od najważniejszych dylematów naszej współczesności. Bohdan Urbankowski obowiązek ten podejmuje. Lojalnie pozwala wypowiedzieć się tym, którzy mogą tylko dzięki niemu zaistnieć i wyrwać się z bezosobowej masy, wpisanej w kalkulacje „ostatecznego rozwiązania”. Pozwala wypowiedzieć się też tym, którzy to specyficzne „rozwiązanie” realizowali. W obu przypadkach kreuje bohaterów wątpiących w jakiekolwiek wartości, banalizujących śmierć i cierpienie, pogodzonych ze skrajną dewaluacją najważniejszych ludzkich wartości. Kreuje bohaterów, których siłę oddziaływania intensyfikuje to, że mieli autentyczne pierwowzory, wobec których kreacja Bohdana Urbankowskiego pozostaje w pełni lojalna i wierna z precyzją dokumentalisty. Można dzięki temu śledzić losy oprawców wyczytywane ze strzępów listów i przeżycia więźniów dokumentowane w ten sam sposób. Ilość przywołanych postaci poraża. Wielość i różnorodność kreacji, w której łatwo można się pogubić, pozostawia z poczuciem niemożności ogarnięcia przedstawianej materii. W jakiś sposób uzmysławia tym samym emocjonalnie skalę zjawiska. Głosy bowiem, jak każda dojrzała poezja, wymagają wielokrotnych powrotów lekturowych. Stawiają jednak czytelnika w podobnej sytuacji, jak ta, z którą przychodzi się zderzyć zwiedzającym Oświęcim, kiedy stają przed stertami szczoteczek do zębów czy ekspozycją ogromnej ilości zdjęć. Uświadamiają zakres problemu, a właściwie bardziej fakt, że zakresu tego ogarnąć się nie da. Niewyobrażalne tragedie jednostkowe w każdym przypadku trudne do ogarnięcia, mnożone przez miliony, uświadamiają beznadziejność każdej próby poradzenia sobie z problemem. Poeta jednak, szczególnie poeta, który wyrasta z tradycji romantycznej, poradzić sobie wszakże musi. Inaczej jego przedsięwzięcie nie miałoby sensu. W otchłani zła Bohdan Urbankowski uporczywie szuka więc nadziei. Jego oceny przemieniają Głosy w ambiwalentny moralitet. Z milionów anonimowych, zniszczonych przez system zbrodni ofiar wyłuskuje więc tych, którzy złamać ani zniszczyć się nie dali, tych którzy swoją ofiarę przemienili w znak zwycięstwa podstawowych wartości i człowieczeństwa. Niejako wbrew wszystkim wypowiedziom ze świata pozbawionego ludzkich uczuć wypreparowuje te, które każą wierzyć, że:

możemy się modlić po Auschwitz

musimy się modlić po Auschwitz

tam też się modlono (s. 428)

Wbrew deptanym pod presją medalikom, wbrew zwątpieniu i przeświadczeniu, że w świecie obozów nie było Boga, Bohdan Urbankowski w jakiejś mierze przemienia Głosy w najtrudniejsze wyznanie wiary w Boga i człowieka. Rotmistrz Pilecki, ojciec Maksymilian Kolbe, książę Seweryn Czetwertyński i wielu innych nadają Głosom wymiar parenetyczny. Pozwalają na nowo porządkować świat i pisać wiersze „po Buchenwaldzie”. Stają się bowiem interpretatorami sensu bezwiednej ofiary tych, którzy jej sensu dostrzec nie byli w stanie. To oni uświadamiają oczywistość zamykającej Głosy konkluzji, że „musimy się modlić po Oświęcimiu”.

Poecie, który odnajduje Boga w bezmiarze zbrodni, uwierzyć można. Profetyczny ton Głosów nadaje pełną wiarygodność konkluzji z wiersza Edyta Stein:

Bóg stworzył taki świat, takich ludzi –

On wie po co:

teraz nasłuchuje twoich słów,

patrzy, jak rośnie w krwi

ziarno duszy. (s. 418)

Jak Mickiewicz, kiedy stwierdzał w Zdaniach i uwagach:

Pierwsza mowa szatana do rodu ludzkiego

Zaczęła się najskromniej od słowa: d l a c z e g o?14,

tak Bohdan Urbankowski godzi się na odrzucenie logiki w ocenie boskich zamysłów. Nie tu i nie teraz miały się realizować zapowiedzi Bożego Królestwa. Ewangelia jednoznacznie dowartościowała cierpienie, nawet w tak niewiarygodnej skali. Poeta musiał więc dojść do konkluzji, że nawet Buchenwald, nawet Oświęcim nie burzyły boskiego planu dziejów. Do tego miał jednak prawo wyłącznie poeta-profeta. Oddając się „głosom” tych, którzy znają już sens absolutny, mógł w ich imieniu porządkować świat na nowo, a właściwie to oni mogli.

Tymczasem Bohdan Urbankowski nie był w stanie zrezygnować z roli filozofa racjonalisty. Jego Głosy, traktowane jak autorskie dzieło literackie, wyrosły z bolesnej konieczności uporządkowania świata przez publicystę, który chce ujarzmić buntującego się w nim poetę. W zamieszczonych jako część utworu Listach do tłumaczki Bohdan Urbankowski podejmuje się więc interpretacji własnej propozycji artystycznej. Autentyczna relacja komunikacyjna staje się w tym przypadku symboliczna. Nikt nie jest tak bardzo zobligowany do rozumienia utworu jak tłumacz, który musi przenieść nienaruszoną tożsamość wierszy w sferę innego języka, a co za tym idzie również innego doświadczenia kulturowego i historycznego. Wierność translacji wymaga więc zracjonalizowanego komentarza. Autor może więc i powinien ujawnić własną kompetencję teoretycznoliteracką i filozoficzną. Powinien zachować zracjonalizowany dystans. Zastrzega więc niemal na wstępie: „Wiersz – jako miniatura świata – jest tak samo fikcją literacką, jak dzieło historyka. Może nawet w mniejszym stopniu, gdyż oprócz racjonalnego przekazuje jeszcze emocjonalny wymiar prawdy” (s. 267).

W Listach do tłumaczki autor Głosów ujawnia przygotowanie historyczne. Pokazuje głęboko osobistą drogę do podjęcia tej niezwykle trudnej problematyki. Nie jest jednak w stanie uwolnić się od „emocjonalnego wymiaru prawdy”. W części poetyckiej w pełni podporządkowywał się „głosom”. Jako publicysta chce je wykorzystać do porządkowania aktualnej rzeczywistości. Z tej perspektywy jednak rezygnuje z „profetycznego” wymiaru Głosów. W wierszach w jakiś metafizyczny sposób wypowiadali swoje prawdy uczestnicy nieludzkich wydarzeń. W Listach do tłumaczki prawdy te komentuje publicysta uwikłany we współczesność, który chce odnaleźć w niewiarygodnej tragedii odpowiedzi na pytania dotyczące spraw rozgrywających się tu i teraz. Niewątpliwie szlachetne to przedsięwzięcie, bo sens każdej przeszłości sprawdza się w jej oddziaływaniu na dzień dzisiejszy, ale skala wydaje się inna. W części poetyckiej Głosy każdym niemal wersem dokumentowały niemożność racjonalnego ogarnięcia kulturowej katastrofy. Miały odwagę w Szarej balladzie o obozowej miłości bez szczęśliwego zakończenia odkryć brutalną prawdę:

Bo nad obozem tylko czarne chmury i dymy,

Jeśli Bóg był tam kiedyś – to w tych dymach zaginął. (s. 402)

W Listach do tłumaczki problemy historyczne i światopoglądowe wyjaśnia ktoś, kto je rozumie do końca, kto wie, w co wierzyć należy i jak należy się zachować. W tym kontekście zaś niemal automatycznie przychodzi na myśl konkluzja, którą Stanisław Grzesiuk zamknął jedną z bardziej drastycznych opowieści o pobycie w obozach:

„Na zakończenie swoich wspomnień przytoczę słowa kolegi Stanisława Nogaja, który powiedział kiedyś coś w tym sensie: »Ci, którzy nie byli sami w obozie, niech nie sądzą tych, którzy tam przebywali«. Tak, rację miał Nogaj. Co może powiedzieć o życiu w obozie ten, który tam nie był? Gotów jest sądzić każdego za jego poszczególny czyn, nie zdając sobie sprawy z warunków ogólnych i zwierzęcej walki o byt. Niejeden z więźniów-bandytów cieszył się na wolności szacunkiem i poważaniem jako dobry, kulturalny człowiek, i gdyby nie dostał się do obozu, byłby takim przez całe życie. Ci, co nie byli w obozie, gdy im opowiada ktoś albo czytają coś o obozie – niech powstrzymają się od wydawania swego sądu o ludziach i wypadkach, bo sądem swym skrzywdzić mogą tych ludzi”15.

Poeta w Głosach nie krzywdził nikogo. Pozwalał mówić uczestnikom wydarzeń, porażony ich tragediami. Autor Listów do tłumaczki wyraźnie stara się powiązać zachowania więźniów z ich poglądami politycznymi. Wpisuje historyczne oceny rzeczywistości obozowej w strukturę aktualnych napięć i tendencji politycznych. Adam Mickiewicz, pytany kiedyś o wykładnię sensu tajemniczego imienia „Czterdzieści i cztery”, miał odpowiedzieć: „gdy pisałem, wiedziałem, teraz już nie pamiętam”. Autor Głosów wprawdzie nie twierdzi, że nie pamięta, wręcz przeciwnie, przedstawia jednoznaczne interpretacje. Sprawiają one jednak wrażenie przedstawianych z poziomu „zapomnienia”. Wiersze mówiły bowiem o całkowitym kryzysie cywilizacji, o unicestwieniu wartości budowanych od czasów antyku. Komentarze sprowadziły wszystko do skontrastowanej waloryzacji dwudziestowiecznych postaw politycznych. Co więcej, niewątpliwie kompetentne i historycznie wiarygodne refleksje w Listach do tłumaczki wpisują się w logikę „poezji po Buchenwaldzie”. Jeżeli bowiem wiersze niosły jakieś przesłanie, to była nim konieczność powrotu do fundamentów męczeńskiego chrześcijaństwa, konieczność uporczywego poszukiwania tego, co ludzi łączy, a nie dzieli. W wierszu Xawery Dunikowski poeta ujmował to jednoznacznie:

Tylko miłość odbuduje wiarę,

Nigdy odwrotnie. (s. 396)

Obozy wyrosły przecież z logiki czarno-białego obrazu świata, z uznania jednych za depozytariuszy prawdy jedynej, drugich zaś za tych, którym nie przysługuje prawo do życia. „Musimy się zatem modlić po Auschwitz”, aby już nigdy nikt nie podzielił ludzi według jakichkolwiek kryteriów. Powtarza to poeta – autor Głosów w każdym niemal wersie, bo podziały prowadzą do nienawiści, bo to one, właśnie jako produkt naszej cywilizacji doprowadziły do powstania obozów.

Autor Listów do tłumaczki widzi jednak świat dość wyraźnie podzielony. Ten, który przedstawił humanistyczny wymiar doświadczenia obozowego, chce teraz, by doświadczenie to legitymizowało aktualne racje i oceny. Dla tego celu dokonuje reinterpretacji tego, co napisał jako poeta, a może tego, co jako poecie zostało mu podyktowane. W tym kontekście może okazać się, że obozy współtworzyli ci, dla zwalczania których były zakładane. Nie chodzi przy tym bynajmniej, by podejmować polemiki polityczne czy kwestionować zasadność sądów Bohdana Urbankowskiego. Po prostu jako poeta podniósł refleksję o doświadczeniu obozowym na taki poziom, że jej konkretyzacja historyczna graniczy z profanacją. Nie można mieć wszakże o to pretensji. To, że poeta Urbankowski przewyższa Urbankowskiego interpretatora, najlepiej świadczy o jego twórczości. Poezja musi być bowiem językiem najwyższego stopnia. Gdyby nie przerastała komentarza, nie byłaby poezją, a już z pewnością nie byłaby dobrą poezją. Głosy proponują zaś poezję najwyższej miary.

Przeniesienie wniosków z doświadczenia historycznego na współczesność jawi się jako najwłaściwsze potraktowanie tego doświadczenia. Poezja zapowiadała jednak katharsis i przynajmniej marzenie o świecie przemienionym przez ofiarę milionów. Rzeczywistość powróciła do polityki rozważającej racje, ale dalekiej od możliwości wzniesienia się ponad podziały. Zapisane przez poetę Bohdana Urbankowskiego Głosy wciąż mają więc szansę na dotarcie do nas. W pełni chyba jeszcze nie dotarły. Autor zmaterializował niezwykle ważną prawdę, ale i on jako człowiek, żyjący w określonych realiach, i my wciąż jeszcze nie jesteśmy w stanie jej udźwignąć. Poeta i poezja zawsze będą bowiem wyprzedzać rzeczywistość.

Eligiusz Szymanis, Warszawa 2005

* * *

1 Tekst dr Eligiusza Szymanisa „Innego głosu Boga nie usłyszycie – współczesny wymiar profecji w Głosach Bohdana Urbankowskiego” przedrukowany za kwartalnikiem „Niepodległość i Pamięć” 4/2007.

2 Bohdan Urbankowski, Głosy, Warszawa 2018, s. 5 – w cytatach z Głosów w nawiasie numer strony.

3 Czesław Miłosz, W Warszawie, ibidem, s. 4.

4 Walt Whitman, Pieśń o sobie samym, tłumaczenie Andrzej Tchórzewski, ibidem.

5 Adam Mickiewicz, Dzieła, t. 1, Wiersze, Warszawa 1993, s. 330.

6 Umberto Eco, Dzieło otwarte. Forma i nieokreśloność w poetykach współczesnych, Warszawa 1973.

7 Rozmowa miała miejsce 11 kwietnia 2000 roku w Wyszogrodzie podczas konferencji poświęconej twórczości Władysława Reymonta.

8 Zdziwienie takie wyrażało cytowane motto Medalionów Zofii Nałkowskiej (Warszawa 1973, s. 5).

9 Taką technikę stosował na przykład Tadeusz Borowski w opowiadaniach (Tadeusz Borowski, Utwory wybrane, Wrocław 1991) czy Stanisław Grzesiuk we wspomnieniach (Stanisław Grzesiuk, Pięć lat kacetu, Warszawa 1967).

10 Tadeusz Borowski, U nas w Auschwitzu, op. cit. 256.

11 Adam Mickiewicz, Dzieła, t. 1, op. cit. s. 233.

12 Stanisław Makowski w książce Świat sonetów krymskich Adama Mickiewicza (Warszawa 1969) i Wacław Kubacki w książce Z Mickiewiczem na Krymie (Warszawa 1977), idąc za wskazaniem motta z Goethego, weryfikowali prawdę Sonetów… Adama Mickiewicza podczas podróży na Krym.

13 Adam Mickiewicz, Droga nad przepaścią w Czufut-Kale, op. cit., s. 249.

14 Adam Mickiewicz, Cur?, op. cit., s. 380.

15 Stanisław Grzesiuk, Pięć lat kacetu, op. cit., s. 438‒439.

SPIS ILUSTRACJI

1. Andrea Mantegna, Golgota

2. Wincenty Gawron-Kowalewski, Pory roku – zima

3. Franz Ehrlich, Brama KL Weimar-Buchenwald

4. Jerzy Potrzebowski, Układanie do snu

5. Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Płat skóry z tatuażem

6. Henri Pieck, Śpiewające konie

7. Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Zwłoki pod krematorium

8. Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Rachunek za pracę więźniów

9. Chrystus na krzyżu, rysunek wykonany przez więźnia na ścianie Bloku Śmierci

10. Jerzy Potrzebowski, W umywalni

11. Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Spreparowana głowa więźnia

12. Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Kara słupka

13. Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Piec krematorium

14. Dokumentacja KL Auschwitz, Rozkaz wyjazdu do Dessau po Cyklon B, w dokumencie nazwany „materiałem służącym do przesiedlenia Żydów”

15. Hanna Urbankowska, Szturm na bramę KL Weimar-Buchenwald

16. Maurycy Bromberg, Oświęcim. Przy walcu

17. Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Potwierdzenie wysłania przez kuriera 142 sztuk płatów skóry z tatuażami, o które prosił SS-Standartenführer Lolling

18. Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Obrączki więźniów

19. Dokumentacja KL Auschwitz, Meldunek o usunięciu złotych zębów

20. Czesław Datka, I Zlot Zuchów w Katowicach, 23 maja 1937 roku

21. Dokumentacja KL Weimar-Buchenwald, Abażur z ludzkiej skóry, wykonany na polecenie Kommandeuse Ilse Koch

22. Wincenty Gawron-Kowalewski, Apel w Auschwitz

23. Niemieckie obozy koncentracyjne i obozy zagłady

Materiały ilustracyjne (reprodukcje, zdjęcia i fotokopie dokumentów) pochodzą ze zbiorów: Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego (1), Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau (2, 4, 9, 10, 16, 18), Wikipedii/Emile Victor (3), Buchenwald Memorial (5, 7, 8, 11, 13, 14, 17, 22), National Archives of the Netherlands/Anefo, CC0 (6), bpk-Bildagentur (12), Bohdana Urbankowskiego (15) oraz Narodowego Archiwum Cyfrowego/Czesław Datka (20).

Zdjęcia z KL Weimar-Buchenwald zostały zrobione przez żołnierzy US Army po wyzwoleniu obozu i stanowiły materiał dowodowy zbrodniczej działalności w procesie komendanta i załogi.

Głosy CD

audiobook mp3

1. Buchenwaldzki apokryf

2. Auschwitz – ostatnia ewangelia

3. O „Głosach” – Bohdan Urbankowski opowiada o genezie i przeszło trzydziestoletniej pracy nad cyklem

Sponsorami nagrań – udzieliwszy swych głosów charytatywnie – są:

Urszula Bartos-Gęsikowska, Adam Biedrzycki, ks. Marcin Brzeziński, Barbara Bursztynowicz, Jacek Bursztynowicz, Stanisław Dembski, Sylwia Gliwa, Bartłomiej Głogowski, Sławomir Grzymkowski, Marek Jaromski, Mikołaj Kawecki, Tadeusz Kawecki, ś.p. Krzysztof Kołbasiuk, Wiesław Komasa, Rafał Królikowski, Agnieszka Kuczyńska, Piotr Machalica, Anna Majcher, Wojciech Malajkat, Olga Miłaszewska, Zbigniew Moskal, Mikołaj Müller, Cezary Nowak, Maria Pakulnis, Michał Piela, Rafał Jan Porzeziński, Katarzyna Wełpa, ś.p. Janusz Zakrzeński, Jerzy Zelnik, Michał Żebrowski.

Nagrano w studio Archidiecezjalnego Radia Józef

96,5 FM w 2006 roku, realizatorzy:

Maciej Janicki, Paweł Kęska, Dariusz Sałajczyk, Sławek Ulikowski

Rozmowę z Bohdanem Urbankowskim nagrano

w 2018 roku w mieszkaniu Autora,

realizacja i montaż Mariola Orłowska,

tekst: Bohdan Urbankowski

Scenariusz, produkcja, reżyseria:

Maryla Ścibor Marchocka

Projekt autorski Maryli Ścibor Marchockiej

Wszelkie prawa autorskie i producenta do nagranych audycji zastrzeżone.

Kopiowanie oraz publiczne odtwarzanie bez zezwolenia jest zabronione.

Płyta CD nie jest przeznaczona do sprzedaży.

2018®&© Państwowy Instytut Wydawniczy i Bohdan Urbankowski

Wydawnictwo dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Koncepcja artystyczna i projekt wydawnictwa: Jacek Kotela

Redaktor prowadzący: Hubert Musiał

korekta: Joanna Morawska

© Copyright by Bohdan Urbankowski, 2018

© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2018

Księgarnia internetowa www.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01

e-mail: piw@piw.pl

Wydanie czwarte, poprawione

Skład i łamanie: Fidelis Cattus

ISBN 978-83-06-03511-7

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Gwiazdy rdzewieją na dnie Wisły Krew nie wysycha nigdy Adam Mickiewicz. Tajemnice wiary, miłości i śmierci Głosy