Małe Licho i tajemnica Niebożątka

Małe Licho i tajemnica Niebożątka

Autorzy: Marta Kisiel

Wydawnictwo: Wilga

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 18.20 zł

W pewnym starym, niesamowitym domu na uboczu, za wysokim ogrodzeniem, mieszka chłopiec imieniem Bożek, zwany też Niebożątkiem, który nigdy nie jest sam. Bo oprócz starej skrzyni ze skarbami i najfajniejszej mamy pod słońcem ma też najprawdziwszego anioła stróża... a pod jego łóżkiem mieszka potwór, który ciągle podkrada mu kapcie.

Nadchodzi jednak dzień, kiedy Bożek musi wreszcie opuścić swój niezwykły dom i poznać lepiej świat po drugiej stronie ogrodzenia — świat bez szumu anielskich skrzydeł i uścisku potwornych macek. Tylko czy jest na to gotowy? I czy sam świat również jest gotowy na Bożka oraz wielką tajemnicę, jaką skrywa chłopiec?

"Małe Licho i tajemnica Niebożątka" to trochę zabawna, a trochę straszna historia o tym, że bycie innym wcale nie jest takie złe, jak może się z początku wydawać, lecz najważniejsze jest zawsze bycie sobą. Dla wszystkich fanek i fanów Marty Kisiel i dla tych, którzy jeszcze jej nie znają.

Marta Kisiel

Małe Licho i tajemnica Niebożątka

Ilustracje Paulina Wyrt

Tekst © Marta Kisiel, MMXVIII

Ilustracje © Paulina Wyrt, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa, MMXVIII

Spis treści

Dedykacja

Małe Licho i tajemnica Niebożątka

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Julki, która pewnego dnia zapytała,

czy kiedyś napiszę dla niej książkę

Małe Licho i tajemnica Niebożątka

Nie tak znowu dawno temu, bo zaledwie przed miesiącem lub sześcioma, a może jeszcze kiedy indziej, na skraju pewnego miasta stał dom. Stał tam od wielu lat, lecz mało kto o nim wiedział, a ci, którzy wiedzieli, rzadko o tym pamiętali. Nawet listonosz ciągle o nim zapominał, dlatego co rusz musiał się wracać.

Uliczka, przy której stał dom, obrośnięta nieprzebytymi chaszczami, wiodła nie wiadomo gdzie i po co. Czasem ktoś skręcił w nią przypadkiem, lecz po kilkudziesięciu metrach zawracał, równie zbłąkany, co speszony lub wręcz oburzony faktem, że też w dzisiejszych czasach istnieją jeszcze uliczki tak bezcelowe. A gdyby uruchomił ciekawość zamiast nawigacji w smartfonie i zapuścił się kawałek dalej, ujrzałby, że z owych chaszczy ni stąd, ni zowąd wyłania się po jednej stronie wysokie, pokryte bluszczem ogrodzenie, a nad nim gęste korony drzew i przezierający spomiędzy nich dach – omszały, dziurawy i śmiesznie zapadnięty. Przez to wygląda trochę, jak gdyby się cieszył, że w końcu zaczął tracić mleczne dachówki i już wkrótce będzie prawie dorosłym dachem. Gdyby ów ktoś odpowiedział mu uśmiechem i przystanął na chwilę, żeby przypatrzyć się trochę lepiej, dostrzegłby wśród bluszczu bramę. I może podszedłby wtedy bliżej, jeszcze bliżej, żeby zerknąć z zaciekawieniem przez dziurkę od klucza, a wówczas zobaczyłby coś naprawdę, ale to naprawdę niesamowitego.

Lecz dach był stary i ogrodzenie też było stare, i brama w tym ogrodzeniu, i bluszcz, który je porastał, a ludzie na co dzień za bardzo się spieszyli do swoich nowych, ważnych spraw, żeby szukać szalonych przygód przy takich uliczkach jak ta, na uboczu. I nikomu nawet by do głowy nie przyszło, że po drugiej stronie ogrodzenia, w starym domu pod uśmiechniętym, szczerbatym dachem, ktoś mieszka. I że tym kimś jest mały chłopiec.

No, może nie taki znowu całkiem mały, o czym niezbicie świadczyła kolejna rysa na framudze, parę centymetrów wyżej niż poprzednia. Chłopiec miał oczy jak dwa chabry i włosy jak len, poskręcane w niesforne pukle, które słuchały tylko wiatru (bo grzebienia czy szczotki to na pewno nie). I też ciągle się uśmiechał, chociaż niedawno wypadł mu kolejny ząb, a dwa inne wciąż z mozołem wyrastały. W rezultacie chłopiec chwilowo szczerzył się do świata głównie szparami po zębach i trochę seplenił, czym się jednak wcale nie zrażał, zwłaszcza że buzia rzadko mu się zamykała, nawet przy myciu zębów. W starym domu miał swój własny pokój na piętrze, a w nim stare łóżko, które trochę się zapadało, jeden regał pełen książek, drugi z grami planszowymi oraz wielką drewnianą skrzynię. Zajmowała całą wnękę pod oknem i trzeba było obu rąk, a najlepiej to trzech, żeby dźwignąć wieko. Chłopiec trzymał w niej najwspanialsze skarby, jakie dotąd udało mu się zgromadzić: kamyczki z kolorowego szkła, czachę z prawdziwego plastikowego marmuru, pająka z pompką, który co prawda od dawna nie skakał, ale wciąż wyglądał naprawdę strasznie, zwłaszcza gdy się go przypadkiem nadepnęło po ciemku, żołnierzyki, piłeczkę z gwiazdkami zatopionymi w kauczuku, trochę już zmatowiałą i nadgryzioną z jednej strony, całkiem dobry kalejdoskop, farbę w sprayu, trzydzieści cztery pudełka po zapałkach, scyzoryk, gumowego kurczaka oraz wspaniałą kolekcję chrabąszczy. Chrabąszcze – siedem zielonych, cztery żółte i jeden różowy – były bardzo duże i plastikowe. Na początku śmiesznie pachniały, ale w końcu im przeszło. Pozostawione przez cały dzień na parapecie świeciły w ciemności niesamowitym blaskiem. Poza tym świetnie szturmowały zamki z klocków, ścigały się po świeżo wyfroterowanym parkiecie, skakały ze schodów na spadochronach z chusteczek higienicznych i sznurka albo wędrowały pstrokatą karawaną po bezkresnych wydmach piaskownicy w ogrodzie. No i doskonale pływały w garnku z zupą ogórkową, o czym chłopiec przekonał się trochę przypadkiem. A trochę nie.

Oprócz tych wszystkich skarbów drobnych i nie do końca poważnych chłopiec miał też skarb największy – mamę, którą bardzo kochał i która bardzo kochała jego. I choć mama głęboko wierzyła w chodzenie spać wcześnie, tran i brokuły i często musiała za dużo pracować, to chłopiec w starym domu pod uśmiechniętym dachem nigdy, nawet przez chwilę, nie był sam.

Bo oprócz pokoju, skrzyni i mamy miał też najprawdziwszego na świecie anioła stróża.

A pod jego łóżkiem mieszkał potwór.

Anioł w żadnym garnku się nie mieścił (sprawdzali) i wcale nie świecił, nawet po naprawdę długim dniu zabawy na podwórku, za to szeleścił cichutko swym anielskim włosiem. No i kichał. I to jak! Nie był szczególnie wielki, nie grał na harfie ani na trąbie, co najwyżej na cymbałkach. Nie miał też ognistego miecza i mimo posiadania bezsprzecznie anielskich skrzydeł nie za bardzo umiał latać. Nie nosił powłóczystych szat ani lśniącej zbroi jak anioły w książkach, tylko przyduże koszulki, sięgające mu za kolano i zawsze starannie wyprasowane, oraz mięciutkie bamboszki, które sam dziergał z zapałem. Ciągle chodził zasmarkany, a na jego pyzatej buzi zwykle malowało się albo szczere zdumienie, albo równie szczery zachwyt światem. Prawdę mówiąc, gdyby nie włosy jak z celofanu, skrzydła i tęczowe oczy, niewiele różniłby się od chłopca, nad którym czuwał, odkąd ten był tłuściutkim, obślinionym niemowlęciem, zwanym przez domowników Niebożątkiem. Tyle że z biegiem lat z Niebożątka wyrósł rezolutny Bożek, który przy śniadaniu sam nalewał sobie mleko z kartonu i z reguły trafiał już w kubek, jego anioł stróż zaś przez ten czas nie zmienił się nic a nic.

Potwór z kolei doskonale mieścił się pod Bożkowym łóżkiem, gdzie co noc spał zwinięty w bardzo skomplikowany kłębek. Czasem śniło mu się coś szczególnie ekscytującego i wtedy wyciągał przez sen lśniącą, czarną mackę albo dwie, ewentualnie pięć. Podrygiwały śmiesznie na podłodze w rytm jego dudniących pochrapywań, a Bożek musiał bardzo uważać, żeby ich nie nadepnąć, kiedy po ciemku wstawał do łazienki. Swym wyglądem potwór mógł w pierwszej chwili budzić pewne obawy, zwłaszcza gdy próbował wspinać się na ręce każdemu, kto nie uciekał dość szybko, żeby umknąć przed tym przypływem czułości. W rzeczywistości był jednak straszliwym pieszczochem. Budował z klocków wieże aż po samiuteńki sufit, ciągle podkradał wszystkim kapcie i próbował w nich człapać po domu, uwielbiał się przytulać i słuchać opowieści do poduszki, a do tego świetnie grał w jengę i bierki. Lecz najchętniej godzinami bawił się w piaskownicy. Uklepywał babkę za babką, wznosił zamek za zamkiem, gulgocząc przy tym z wyraźną radością i nie przejmując się ani słońcem, które raziło jego liczne potworne oczka, ani piaskiem, który lepił mu się do przyssawek.

I kto wie, czy nie właśnie taki widok ujrzałby ów ktoś, kto odnalazłby bramę w starym ogrodzeniu i z ciekawości zerknął przez wielką dziurkę od staromodnego klucza. A potem może odkryłby nawet, że oprócz szczerbatego Bożka z kolekcją chrabąszczy, jego mamy, anioła stróża i potwora w starym domu na skraju miasta mieszkało jeszcze parę osób, zwierzątek oraz stworzeń wielce osobliwej natury.

Gdyż stary dom na skraju miasta był naprawdę, ale to naprawdę niezwykłym domem. Mama zawsze powtarzała, że nowe domy co prawda mają centralne ogrzewanie, za to stare domy ogrzewa dusza. Ich dom duszę miał bez wątpienia. Z zewnątrz sprawiał trochę niesamowite wrażenie, w środku zaś wcale nie lepsze. Wystarczył silniejszy podmuch wiatru, opady śniegu, ulewny deszcz, a czasem po prostu nieopatrznie postawiony krok albo upuszczona piłka, żeby zaraz cały trzeszczał albo zawodził, że go strzyka w fundamentach.

Przez samo serce domu, z góry na dół (oraz z powrotem), ciągnęły się bardzo strome i kręte schody o drewnianych stopniach, na których Bożek potrafił wygrywać setki melodii, podczas gdy wysłużona balustrada chybotała się do własnego taktu. Schody prowadziły z zagraconego strychu przez bardzo skomplikowane piętro aż na równie zagmatwany parter. Na wszystkie strony rozbiegały się od nich labirynty korytarzy, do których tuliły się nieprzeliczone pokoje, schowki, zaułki, klitki i inne zakamarki, częstokroć zamieszkane przez kogoś… lub coś. A gdyby dobrze policzyć, to wręcz przez całą zgraję kogosiów i cosiów.

Do kogosiów zaliczali się mama i sam Bożek, ma się rozumieć, i Licho, i wujaszek Turu. No i jeszcze wujek Konrad, do którego należał cały ten dom – i który też miał swojego anioła stróża. Ale zupełnie innego niż malutkie, pyzate, dziecinne Licho. Anioł wujka był taki… taki… no po prostu anielski! Wysoki, świetlisty i piękny, o ametystowych oczach, które zawsze patrzyły z przenikliwością, o długich włosach o barwie złota i rozłożystych skrzydłach, białych niczym najbielszy śnieg! Owszem, trochę zadzierał nosa i bez przerwy wszystkich pouczał, ale Licho mówiło, że Tsadkiel w ten sposób okazuje troskę.

Odkąd Bożek podrósł i zaczął Zadawać Pytania, a nawet Oczekiwać Odpowiedzi, mama często opowiadała mu o tacie, który umarł długo przed jego narodzinami. („Bardzo, bardzo długo przed”, lubił wtedy wtrącić wujaszek Turu, po czym zaczynał tak strasznie, ale to strasznie chichotać, że aż mu łzy ciurkiem leciały po policzkach aż na brodę, mama się denerwowała i rzucała mu To Swoje Spojrzenie, a Bożek nic a nic z tego nie rozumiał. Co gorsza, nikt nie chciał mu niczego wyjaśnić jak człowiekowi, tylko wszyscy powtarzali, że i tak nie zrozumie. No a jak miałby cokolwiek zrozumieć w podobnych warunkach?). Opowiadała również o tym, jak zamieszkała u wujka Konrada, początkowo tylko na trochę, a potem jakoś tak już zostało. Bo wujek, tłumaczyła mama, właśnie tym się zajmował – że się u niego mieszkało, jeśli nie miało się gdzie mieszkać, a wujaszek Turu mu pomagał, ponieważ o wiele lepiej radził sobie z gwoździami i młotkiem, i tak zwanym funkcjonowaniem w społeczności. (Po tych słowach wujaszek Turu znów zaczynał chichotać, a wujek Konrad wzdychał i przewracał oczami). Takie miejsce nazywało się „pensjonat”. Ale nie taki zwyczajny pensjonat, tylko specjalny. Dla cosiów – istot nie z tej ziemi, widm, potworów, aniołów i tak dalej. Stąd właśnie wziął się mały Gucio pod łóżkiem i Krakers, jego dużo większy pobratymiec, który mieszkał w przepastnej piwnicy i zajmował się gotowaniem dla wszystkich domowników, jak również duchy na strychu, zielony utopiec w ogrodowej sadzawce, dżinn w butelce, zmienianej regularnie co miesiąc, a także żar-ptak, podziomek i jeszcze parę osobliwych, a przy tym wstydliwych stworzeń. Listę lokatorów zamykało osiem różowych królików oraz najzwyklejsza szara kotka imieniem Zmora.

Cóż. Tak jak stary dom nie był zwyczajnym domem, tak też jego mieszkańcy odbiegali od przeciętnej. Nawet Bożek nie był takim do końca zwyczajnym Bożkiem. I również miał swoją Wielką Tajemnicę, o której nikt obcy nie mógł się nigdy dowiedzieć.

Wszystko zaczęło się pewnego wiosennego popołudnia – choć wtedy nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że cokolwiek się zaczyna. Wprost przeciwnie, świat sprawiał wrażenie, jak gdyby najchętniej się zaraz skończył. Było zimno, mokro, szaroburo, krótko mówiąc, paskudnie i nic nie zapowiadało, by miało się to szybko zmienić. Wielka, ciemna chmura jak zawisła nad domem przed paroma dniami, tak wisiała nadal i nieustannie siąpiła deszczem. Dlatego Bożek i Licho zaraz po obiedzie rozsiedli się na podłodze niewielkiego salonu i zabrali do dzieła, o którym dyskutowali przez całe drugie danie (dziś było risotto) i początek deseru (tym razem sernik z polewą czekoladową). Zamierzali zbudować dla dżinna Bombaja wielomodułową stację kosmiczną.

Pospiesznie wykonany prototyp z bloku technicznego i taśmy klejącej okazał się nieszczelny i dżinn wyciekł, złorzecząc nieudolnym konstruktorom perskimi wężykami. Chwilę potrwało, zanim zdołali go wdmuchnąć w całości z powrotem do butelki z ciemnozielonego szkła. Po krótkiej naradzie Bożek i Licho zdecydowali się wykorzystać wyszperane w piwnicy kartony i słoiki, gumę arabską, tylko trochę zaschniętą, oraz duże ilości plasteliny w kolorze wymieszanym. Dżinn tymczasem odsypiał niedawne chwile grozy na zacisznym parapecie.

Za oknem deszcz dzwonił wiosenny, w kuchni dzwoniły i pobrzękiwały naczynia, a w tle szumiała lejąca się z kranu woda. Atmosfera i pełny brzuch sprzyjały wielkiemu lenistwu lub równie wielkiemu skupieniu. Bożek za pomocą krawieckich nożyc – wielkich, ciężkich i nieporęcznych, za to ostrych jak należy, choć mama pewnie byłaby innego zdania – wycinał w kartonie mniej więcej okrągły otwór na iluminator. Sam iluminator, w postaci pękatego słoika po konfiturach z czarnej porzeczki, Licho właśnie ozdabiało gwiazdkami ze złotego brokatu (chcący) i strzępami własnego pierza (niechcący). Aż zezowało przy tym z przejęcia i kilkakrotnie kichnęło, rozsiewając brokat po caluteńkim salonie.

– Ojoj, alleluja… – pisnęło zafrasowane, ponieważ wskutek kolejnego wstrząsu rozmazały mu się dwie świeże gwiazdki. Ale Bożek pospiesznie zapewnił małego anioła, że mgławica też jest w dechę, czyli w porządku, i ten odzyskał pogodę ducha. I to nawet z naddatkiem. Takie mgławice produkowało się szybciej i łatwiej niż gwiazdozbiory, choć o wiele bardziej sypały się na dywan.

Dżinn chrapał, aż butelka podrygiwała. Dywan ginął pod coraz grubszą warstwą wielobarwnych ścinków, pośród których wznosiły się kolejne moduły z kartonu, łączone skomplikowanym systemem przezroczystych tuneli z butelek po wodzie mineralnej i śluzu na zawiasach z jutowego sznurka. Kopulaste iluminatory o subtelnej woni dżemów, konfitur, a nawet kiszonych ogórków lśniły w świetle żyrandola, podobnie jak wszechobecny brokat, który razem z anielskim pierzem kleił się do uszczelek z plasteliny. A gdy nożyczki wreszcie poszły w kąt (właściwie to pod kanapę), Bożek sięgnął po flamastry, Licho zaś po farby plakatowe. Gwiazdy i mgławice, planety i planetoidy, rakiety kosmiczne i latające spodki, ludki zielone, żółte i czerwone, a także kilka kwiatków dla ozdoby oraz bliżej niezidentyfikowanych kleksów – wszystko to rozkwitało na dotąd burym kartonie i przypadkowych fragmentach dywanu.

Dżinn w końcu się przebudził i zabulgotał zza grubego szkła.

Redaktor inicjujący: Agnieszka Trzeszkowska

Redaktor prowadzący: Anna Salwa

Redakcja: Piotr Chojnacki

Korekta: Artur Kaniewski, Anna Salwa

Projekt okładki oraz ilustracje na okładce i wewnątrz książki: Paulina Wyrt

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel./faks (22) 826 08 82, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-5590-2

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pierwsze słowo Małe Licho i tajemnica Niebożątka Toń Szaławiła Dożywocie. Szaławiła Siła niższa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia