Skrzynia Władcy Piorunów

Skrzynia Władcy Piorunów

Autorzy: Marcin Kozioł

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Dla młodzieży Popularnonaukowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 18.41 zł

Pierwsza część cyklu „Detektywi na kółkach”. Książka wpisana na listę lektur uzupełniającychdo klasy IV-VI szkoły podstawowej.

Kryminał z wieloma zwrotami akcji, książka przygodowa pełna szyfrów i zagadek,  zarazem świetnie napisana biografia wielkiego wynalazcy Nikoli Tesli dla młodszych nastolatków.

Julia, śliczna czternastolatka, pomaga swemu o rok starszemu przyjacielowi Tomowi odszukać porwanego ojca. Od czasu wypadku dziewczyna jeździ na wózku (stąd tytuł cyklu: „Detektywi na kółkach”), nie przeszkadza jej to jednak uczestniczyć w tropieniu przestępców, wręcz przeciwnie – często to ona wpada na trop, świetnie kojarząc fakty i… odczytując szyfry. W poszukiwaniach bierze udział jeszcze jeden niezwykły bohater: pies Julii, przesympatyczny labrador Spajk-Biszkopt, który… pamięta swoje poprzednie wcielenia.

Współczesna akcja splata się z historią rozpoczynającą się ponad 150 lat wcześniej, w dniu narodzin Nikoli Tesli. Wszystko, czego dowiadujemy się o dzieciństwie i życiu słynnego wynalazcy, zwanego Władcą Piorunów, jest prawdą – nawet najbardziej nieprawdopodobne, wręcz fantastyczne wydarzenia z jego życia opisane w książce oparte są na faktach.

Fantastyczne przygody i przesympatyczni bohaterowie sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem.

 

Marcin Kozioł urodził się w 1977 roku. Mając 16 lat, otrzymał stypendium United World Colleges / Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata i Gordonstoun School, dzięki czemu liceum kończył w Szkocji (1994–1996) – w szkole Gordonstoun, znanej z surowych zasad i wychowywania od okresu międzywojennego wszystkich męskich kandydatów do brytyjskiego tronu. Na tej szkole wzorowała się autorka "Harry`ego Pottera" – według informacji podanych w filmie dokumentalnym Discovery Channel odwiedzała szkołę, czerpiąc inspirację. W całej swojej historii w szkole uczyło się tylko dwóch Polaków. Pierwszym był Autor.

Marcin Kozioł spotkał na swojej drodze wiele niezwykłych osób. Choć nie potrafi tego robić, tańczył na kameralnym pokazie przed samą Królową Elżbietą II i o mały włos nie wpadł wprost w objęcia Jej Królewskiej Mości, wywołując przerażenie na twarzach agentów specjalnych. Zapalony podróżnik. Zwiedził ponad 40 krajów. Na co dzień ekspert mediów elektronicznych i marketingu. Pierwszą książkę (dla fanów mikrokomputerów) opublikował w 1993 roku, w wieku 16 lat (pracę nad nią zakończył rok wcześniej). Wkrótce potem ukazało się jeszcze kilka jego publikacji dotyczących programowania komputerów (Amiga).

Copyright © Marcin Kozioł, 2017

Redaktor prowadzący, redakcja: Dorota Koman

Korekta: Katarzyna Kusojć, Anna Godlewska

Projekt okładki, opracowanie graficzne: Magdalena Zawadzka

Ilustracje na okładce:

© Ihnatovich Maryia/Shutterstock.com;

HelgaMariah/Shutterstock.com;

sattva78/Shutterstock.com;

Dn Br/Shutterstock.com

ISBN 978-83-8123-891-5

Warszawa 2017

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana ani powielana w celu rozpowszechniania w jakiejkolwiek formie czy w jakikolwiek sposób bez uprzedniej zgody wydawcy.

– Gdzie jest skrzynia?! – wrzasnął. – Gdzie jest skrzynia twojego ojca?!

– Jaka skrzynia?

– Nie udawaj, smarkaczu, że nie wiesz. Nie pomożesz tatuśkowi, jeżeli nie będziesz gadał!

– Nie wiem, naprawdę nie wiem – wydusił z siebie przerażony Tom, którego Wielkolud chwycił za koszulę i próbował unieść.

Spajk z wnętrza domu usłyszał zamieszanie na podwórzu. W kilku susach przeskoczył taras, obiegł dom i dopadł zamaskowanych mężczyzn. Złapał zębami nogawkę spodni Wielkoluda i zaczął odciągać go od Toma. Drugi napastnik, znacznie drobniejszej postury, do tej pory tylko przyglądający się zajściu, schylił się i próbował odepchnąć labradora. Ten wbił się na tyle mocno w nogawkę Wielkoluda i nie dawał za wygraną, że starania Mikrusa niewiele mogły tu pomóc.

Nawet Julia włączyła się do obrony przyjaciela. Swoimi drobnymi rękami z całych sił okładała plecy wielkiego bandziora i krzyczała. Jej razy może nie były silne, ale na pewno nie ułatwiały Wielkoludowi obrony przed dzielnym Biszkoptem.

– Bierzemy ich i znikamy! – zakomenderował Mikrus.

Wielkolud, próbujący dotąd uwolnić się od psa, zmienił taktykę. Z całych sił wepchnął Toma do części bagażowej furgonetki. Mikrus zwinnie wskoczył za nim, a potężniejszy z oprychów dopiero po chwili zdołał wtoczyć swoje cielsko do środka pojazdu – na zewnątrz został tylko kawałek nogi z przyklejonym do nogawki labradorem.

***

– Stop! Stop! – szczekał Spajk. – Czy panu drukarzowi strony się pomyliły? A może autor oszalał?! – Wiercił się niespokojnie, patrząc na pierwszy wydrukowany egzemplarz. – No jak można taką opowieść zaczynać od środka?! Po kolei proszę…

1.

Kto powiedział, że tylko ludzie mogą mieć zdolności nadprzyrodzone?

Spajk od zawsze czuł, że jest wyjątkowy. Nie dlatego, że powtarzała mu to matka, Etna Horand. Jak każda matka mogła przesadzać. Ale jeśli nawet ojciec, dumny Kipling z Poolstead, czempion nad czempiony, raczył zauważyć: „Co za szczeniak!”, musiało być coś na rzeczy.

Spajk ledwo nauczył się mówić albo – jak kto woli – szczekać, zdał sobie sprawę, że to, czego doświadcza na co dzień, jest zupełnie nieznane innym labradorom. Ba, także owczarkom, spanielom, a nawet Rodowi, staremu, mądremu dogowi kanaryjskiemu zamieszkującemu prawdziwy pałac na podwórku sąsiadów.

Rod swoje już przeżył, widział i słyszał. Na okrągło chwalił się, że przed kilkoma laty zabrał swoich gospodarzy na Wyspy Kanaryjskie, z których podobno pochodzili jego prapradziadkowie. Z tym „zabieraniem” trochę chyba przesadzał, bo nawet szczeniak wie, że zwykle to ludzie zabierają psy w dalekie podróże, nie odwrotnie.

Nawet jeśli stary dog dokonał czegoś tak niezwykłego, ani on, ani żaden inny pies, którego Spajk dotąd poznał, nie mógł zaszczekać, a tym bardziej powiedzieć: „Pamiętam swoje poprzednie życie i wcześniejsze także, i jeszcze wcześniejsze”. A Spajk, nazywany również Biszkoptem, pamiętał. Przynajmniej co nieco. To znaczy tak mu się wydawało, bo przecież nie mógł być pewny.

Ale jeśli byłaby to jedynie psia fantazja, skąd ten biszkoptowy psotnik o wielkich orzechowych oczach znałby w najdrobniejszych szczegółach układ pokoi w posiadłości hrabiego Malmesbury’ego nieżyjącego już od prawie dwóch wieków? Skąd wiedziałby, jak przenosić sieci rybackie po ściętej lekkim lodem wodzie? I to, że rybacy zwykli naśmiewać się z jego rasy: „Tak kochają wodę, że to nie mogą być psy. W takim razie co? Wydry?”. Mogło to rozwścieczyć każdego z natury przyjaznego, ale i dumnego labradora. Spajk nie przepadał zatem za wydrami, tak dla zasady, na wyrost, bo na przedmieściach raczej trudno jakąś spotkać.

Nie mieściło się też w głowie, dlaczego był przekonany, iż podziwiał bohaterskie czyny swojego praprzodka, niewysokiego, ale bardzo odważnego nowofundlanda George’a The Great, w którego żyłach płynęła krew pierwotnych psów Indian i wikingów.

Po prostu wiedział dużo, o wiele za dużo jak na swój wiek. Nawet zbyt dużo jak na możliwości jakiegokolwiek psiego umysłu. Gdy wspomniał o George’u i wikingach staremu Rodowi, ten wyśmiał młokosa i orzekł, że zanadto fantazjuje. Uznał, że nasłuchał się awanturniczych opowieści, które jego przyjaciółka Julia czytała wieczorami na głos z wypiekami na twarzy.

Julia. Piękna czternastolatka o jasnych włosach, niebieskich oczach i cudownym uśmiechu malującym się nie tylko na jej drobnych ustach, ale na całej śnieżnobiałej buzi. Jej niezwyk­ła delikatność i dobroć szły w parze z odwagą i ciekawością świata. Pochłaniała książki jedna za drugą, a w jej biblioteczce piętrzyły się już przeczytane lektury, czasami zajmując nawet kawałek posłania, na którym nocą wypoczywał labrador.

Wraz z psią mamą Etną Horand Julia wychowywała Spajka od pierwszych dni jego życia. Przynajmniej tego obecnego, jeśli dać wiarę temu, co o dziwnych wspomnieniach Biszkopt szczekał sam do siebie, zwykle po cichu, pod nosem, by nie narazić się na wyśmianie przez inne zwierzęta.

Etna odeszła już z tego świata, choć nie jest to zbyt precyzyjne określenie. Spajk wierzył, że jeszcze kiedyś ją spotka. Bo skoro tak wiele wskazywało na to, że sam miał już niejedno życie, to pewnie i jego mama cieszy się gdzieś odkrywaniem świata na nowo jako szczenię. Żałował tylko, że nie wie gdzie.

Zamiast niej miał teraz przyjaciółkę, której nie opuszczał na krok – biszkoptowowłosą Julię. Spajk lubił podkreślać, i to z nieukrywaną dumą, podobieństwo barwy włosów dziewczyny do koloru swojej sierści. W jego oczach zdawała się być boginią. I to jeszcze jaką! Nie taką zwykłą jak w mitach czy fantastycznych opowieściach. Boginią na czterech kółkach!

– Spajk, proszę, otwórz drzwi do ogrodu – zawołała cicho Julia.

Na delikatny dźwięk jej głosu Biszkopt poderwał się ze swojego ulubionego miejsca nieopodal wygaszonego o tej porze roku kominka. Podbiegł do przeszklonych drzwi, stanął na tylnych łapach, by przednimi zawisnąć na klamce. Dopilnował, aby drzwi otworzyły się na pełną szerokość. Wziął w pysk książkę leżącą na podłodze i delikatnie położył ją na kolanach Julii.

Bogini na czterech kółkach niemal bezszelestnie wyjechała na taras swoim lśniącym w słońcu aluminiowym czterokołowcem – avantgarde model CLT wiking. A za nią, radośnie merdając ogonem, wybiegł Spajk, w którego żyłach naprawdę płynęła krew dzielnych psów nowofundlandzkich Indian Beothuk i czworonożnych towarzyszy wikingów. No, przynajmniej odrobina!

2.

Tom uśmiechnął się, próbując nieco złagodzić zakłopotanie Julii.

– Tak nie można dodawać ułamków, Julko – cierpliwie tłumaczył, siedząc z nią w ogrodzie i ciesząc się ciepłem wiosennego popołudnia.

Wziął kartkę i zaznaczył, gdzie popełniła błąd. Dziewczyna wzdrygnęła się i ze złością, ale nie na Toma, tylko na siebie, odsunęła ją na drugi koniec stolika. Odwróciła głowę i wpatrywała się przez chwilę w kwitnącą jabłoń. Nie lubiła się mylić i choć nie przepadała za matematyką – zdecydowanie wolała historię i naukę języków – drażniło ją, że nie dała sobie rady z tak prostym zadaniem.

– Pamiętaj, że najmniejszy możliwy wspólny mianownik czasami jest równy iloczynowi mianowników.

Wiedziała o tym dobrze. Obecność chłopca przy wspólnym odrabianiu zadań onieśmielała ją jednak tak bardzo, że równie dobrze mogłaby popełnić błąd ortograficzny w swoim imieniu. Wcale nie chciała jednak rezygnować z pomocy starszego o rok Toma. Co więcej, zdarzało się – choć nie tym razem – że celowo popełniała błędy, dając chłopakowi dobry powód, by spędził z nią jeszcze trochę czasu.

Biszkopt już dawno wyniuchał, co się święci. Wprawdzie był nieco zazdrosny o uczucia swojej Julii, ale też nie miał złudzeń – w tej konkurencji skazany był na porażkę. Coś podpowiadało mu, że tak musi być i prędzej czy później jakiś dwunóg oczaruje Julkę. W wielkim sercu dziewczyny nadal powinno wystarczyć miejsca dla niego – co do tego Spajk nie miał wątpliwości. A że Tom był wyjątkowo miłym i dobrze wychowanym chłopakiem – a o dobrym wychowaniu, według Spajka, świadczyły przynoszone mu w prezencie chrupkostki o smaku wędzonego boczku – postanowił nie tylko nie rywalizować z nim o względy Julii, ale nawet nieco pomóc w tej skomplikowanej sprawie.

– Spajk, chodź tutaj, przyjacielu. Pociesz Julkę.

Pies podszedł do dziewczyny, ale tak niezdarnie – no, przynajmniej tak to wyglądało – że potrącił głową ogrodowy stolik. Oparty na jednej nodze blat zachwiał się i ręka chłopca notującego coś na kartce zsunęła się, trafiając wprost w opartą na kolanach dłoń Julii.

Dłonie splotły się mimowolnie w delikatnym uścisku. Dziewczyna zadrżała. Jej wielkie niebieskie oczy zwróciły się w stronę chłopca.

Tom zaniepokoił się, że zupełnie przypadkowo zrobił coś bardzo, bardzo niestosownego. W pierwszym odruchu chciał cofnąć rękę. Coś jednak podpowiadało mu, by tego nie robić. Serce chłopca biło szybciej niż kiedykolwiek.

Wkrótce zorientował się, że nie tylko jego serce galopuje. Chociaż śpiew ptaków skutecznie zagłuszał dudnienie w klatkach piersiowych, uczucia zdradzały oczy – lekko spłoszone, ale szeroko otwarte, by niczego nie stracić z tej wyjątkowej chwili.

– Julka? – wykrztusił, jakby chciał się przekonać, czy dziewczyna nadal jest z nim w ogrodzie, czy też swoją przypadkową śmiałością ją spłoszył.

Dziewczyna się nie odzywała. Od dawna myślała o tym, by powiedzieć Tomowi, jak bardzo lubi jego cierpliwość, delikatność i burzę ciemnych kręconych włosów niedających się porządnie ułożyć. Jak bardzo podziwia jego wiedzę i uwielbia słuchać jego gry na gitarze klasycznej. Ta sytuacja zaskoczyła ją jednak. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Dopiero gdy zdezorientowany brakiem odpowiedzi Tom zaczął się powoli wycofywać, zdobyła się na to, by pokonać onieśmielenie. Zacisnęła mocniej swoją drobną dłoń na ręce chłopca.

Tom się rozpromienił.

– Bardzo cię lubię, Julio – wyszeptał zachęcony. – Bardzo. Bardziej niż… – Zatrzymał się, by wybrać najwłaściwsze określenie, takie, które nie zabrzmi ani zbyt pompatycznie, ani banalnie. W końcu jednak zdecydował się na to najbardziej banalne i pompatyczne, jakie przyszło mu do głowy. – Bardziej niż wszystkie inne dziewczyny razem wzięte – dokończył.

– W szkole? Czy w ogóle? – zapytała Julia, odzyskawszy oddech i swą dziewczęcą przekorność. Uśmiechnęła się przy tym i mrugnęła okiem, zdradzając, że wcale nie oczekuje odpowiedzi.

– W ogóle – odpowiedział śmiertelnie poważnie.

– Ja też cię lubię…

I już chciała otworzyć swoje serce i wyłożyć wszystko kawa na ławę, gdy na swojej drugiej dłoni poczuła mokry nos Spajka.

3.

– Nie tak szybko z tą wylewnością, maleńka. Niech się jeszcze trochę chłopak postara! – po psiemu wyszeptał Biszkopt.

Żałował, że wachlarz jego nadprzyrodzonych zdolności kończy się na dziwnych wspomnieniach z zamierzchłych czasów. Nie musiał jednak wcale mówić językiem Szekspira, Moliera, Dostojewskiego czy Mickiewicza, by być dobrze zrozumianym.

Julia trafnie odczytała sygnał i pozwoliła się wygadać ośmielonemu Tomowi.

– Julka, znamy się już rok, a ja nigdy nie powiedziałem ci, jaki kolor ma twoje imię. – Uśmiechnęła się, sądząc, że próbuje być romantyczny. – Goździkowy, czasami nawet lekko lawendowy. Ale pachnie inaczej. Jak świeża mandarynka.

Spajk spojrzał zdziwiony na chłopaka swoimi wielkimi orzechowymi oczami i zmarszczył kąciki pyska, co ludziom mogło przypominać uśmiech, choć niewiele z nim miało wspólnego.

Julia też była zaskoczona, ale nie chciała dać tego po sobie poznać i nie przerywała przyjacielowi.

– Muszę ci coś powiedzieć, Julko. Ja, ja widzę kolory.

– No, ja też, Tom – wtrąciła, uśmiechając się serdecznie.

– No i ja też, bracie! – wyrwało się Biszkoptowi. Zaszczekał, rzecz jasna, niezrozumiale dla ludzi, ale skutecznie zwrócił na siebie uwagę.

– Tylko wiesz co?! – już mamrotał po cichu pies. – Jak Julka mówi o czymś, że jest fioletowe, zielone albo różowe, to mnie się wydaje, że jest niebieskie. Pozostałe jej wydumane kolorki to dla mnie żółty albo szary. A jak włoży czerwoną sukienkę, to mnie się wydaje, że jest prawie tak czarna jak węgiel. Tylko co do koloru biszkoptowego, barwy jej włosów i mojego futerka, jesteśmy z Julką zgodni. Czy z wami wszystkimi jest coś nie tak, gdy mówicie o kolorach, czy to mnie się coś pokręciło? – zapytał retorycznie, z pewną zgryźliwością, bo w ogóle nie dopuszczał do siebie myśli, że to z nim mogło być coś nie w porządku. Mimo niezwykłej inteligencji nie wpadł też na to, że psy i ludzie nieco inaczej postrzegają barwy.

– Julka. Ja jestem… – wyszeptał Tom.

– No powiedz, proszę.

– Jestem synestetykiem.

Dziewczyna pisnęła! Gdyby nie to, że nie była w stanie poderwać się ze swojego czterokołowca, pewnie by podskoczyła. Przyklasnęła więc tylko, po czym z powrotem położyła swoją dłoń na dłoni chłopca, by nie psuć tej chwili.

– To nie choroba, Julko!

– Wiem, Tom. Wiem. – Uśmiechnęła się. – Może nie znam się na ułamkach, ale czytam jak szalona, niemal bez przerwy. Rok temu czytałam o synestezji. Nawet pozazdrościłam synestetykom bogactwa doznań. Wyobrażałam sobie, jak może smakować muzyka albo że dźwięki mogą mieć kolor, bo właśnie o takiej formie synestezji wówczas czytałam. Wiem, że jest ich wiele.

Biszkoptowi opadła szczęka. Nie żeby od razu uderzyła z trzaskiem o podłogę, ale bez wątpienia opadła. Wcale jednak nie na myśl o tym, że muzyka może smakować jak jego ulubione chrupkostki.

Przypominał sobie bowiem co nieco z czasów świetności hrabiego Malmesbury’ego, u którego w jednym ze swoich żyć musiał mieszkać, a przynajmniej bywać.

Do posiadłości w angielskim hrabstwie Wiltshire przyjeżdżał od czasu do czasu w odwiedziny pewien artysta z Paryża. Zazwyczaj hrabia gościł u siebie statecznych panów z dubeltówkami wybierających się na polowania. Równie często odwiedzali go ornitolodzy, którzy podzielali pasję hrabiego do obserwacji latających stworzeń. Trochę dziwne, że gospodarz z jednymi gośćmi strzelał do dzikich kaczek, a z drugimi przesiadywał w krzakach, wypatrując ptaków. Dziwniejsze od tego było jednak zachowanie artysty zdecydowanie wyróżniającego się wśród pozostałych odwiedzających hrabiego.

Artysta mawiał: „Mon Dieu, powinien pan zmienić nazwisko, bo to M jest takie oziębłe, a Y wulgarne”. Albo: „Ależ ten D-dur był żółty”. Wszyscy myśleli, że to taki twórczy ekscentryzm, aż do czasu pewnej kolacji u hrabiego, podczas której ów artysta spotkał się z myśliwym i jednocześnie słynnym naukowcem, sir Francisem Galtonem – czy jakoś podobnie, bo przecież psia pamięć mogła być zawodna. Mężczyźni zaczęli się później widywać na londyńskich bankietach i po kilku tygodniach Galton uświadomił zdziwionemu artyście, że zapewne ma on trochę „nadprogramowych” połączeń w mózgu, które czynią go nieprzeciętnym w postrzeganiu świata. Francuz zawsze był przekonany, że jest wyjątkowy, głównie ze względu na swoje talenty, ale nie przypuszczał dotąd, że inni nie widzą barwy dźwięków i nie dostrzegają temperamentu liter. Od tej pory obrósł jeszcze bardziej w piórka, mając naukowy dowód na swoją niezwykłość.

Wyznanie Toma przywołało wspomnienie o hrabim Malmesburym i jego francuskim znajomym, ukryte głęboko w głowie Spajka. Aż zakręciła mu się łza w oku.

– Spajk, chyba nie płaczesz? – Pogłaskała go po głowie zatroskana Julia. Nie przerywała jednak Tomowi.

– Julio. Mówię ci o tym, bo czuję coś wyjątkowego do ciebie. Nie wiem jeszcze, jak nazwać to, co czuję, ale wiem, że pięknie pachnie i ma cudowną barwę, zupełnie jak twoje imię. I chcę, byś wszystko o mnie wiedziała. Wszystko. O synestezji prawie nikomu dotąd nie mówiłem. Wiedzą o tym tylko moi rodzice. Tata też tak ma…

– Twój tata? Twój tata też jest synestetykiem? – zdziwiła się Julia i przez moment zrobiło się jej nawet przykro, bo już zaczynała przyzwyczajać się do myśli, że jej Tom jest jedyny, wyjątkowy, niepodobny do nikogo, kogo zna, może nawet najbardziej wyjątkowy na świecie. Szybko jednak ta nuta melancholii ustąpiła.

– Tak. I to na dodatek postrzegamy świat tak samo. Ja i tata. Dokładnie tak samo. Nuta w nutę, kolor w kolor!

– Łata w łatę – doszczekał sobie ciąg dalszy labrador.

– Czyli jak? – spytała Julia. – Opowiedz dokładnie, proszę.

– Widzę litery i liczby tak, jakby odpowiadały im pewne kolory. Gdy przed chwilą dodawaliśmy ułamki, kolory nakładały się na siebie, tworząc nowe barwy. Czasami też całe wyrazy nabierają barw, zwłaszcza imiona. Zdarza mi się również wyobrażać sobie, że niektóre słowa pachną. Ale nie takie zwykłe jak „cebula” czy „czekolada”. Na przykład „sprawiedliwość” ma zapach fiołków, a „diagnostyka” pachnie jak przypalony olej. – Julia roześmiała się głośno. – A co najdziwniejsze, czas w moim umyśle ma kształt. Narysuję ci go. – Tom zaczął kreś­lić na odwrocie kartki, na której wcześniej dodawali ułamki.

– Tak widzę tydzień. Kręci się w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara, a poszczególne dni mają różne barwy. Miesiąc z podziałem na dni i tygodnie nie przedstawia mi się w żaden szczególny sposób. Za to widzę rok podzielony na miesiące. – Znowu zaczął niezgrabnie rysować.

– Miesiące krążą, nie wiadomo czemu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Od czerwca do grudnia zajmują w przestrzeni znacznie więcej miejsca, jakby były dłuższe. Najkrótszy jest kwiecień, choć przecież to luty jest najkrótszym miesiącem roku. Nie pytaj mnie, Julko, dlaczego. Nie wiem… Dziwny jestem, prawda?

– Nie! – odpowiedziała bez namysłu. – Fascynujący! – kontynuowała, rzeczywiście zaintrygowana relacją chłopca i szczęśliwa z powodu zaufania, którym ją obdarzył.

– Ktoś inny na pewno pomyślałby, że oszalałem. Zależy mi na tobie i nie chcę mieć przed tobą żadnych tajemnic. Dlatego ci o tym wszystkim mówię.

Wtem Spajk, który schronił się przed słońcem pod ratanowym fotelem zajmowanym przez Toma, poderwał się gwałtownie z miejsca, uszczypnięty przez jakiegoś robala. Grzmotnął przy tym głową o siedzisko i niemal przewrócił krzesło z siedzącym na nim chłopakiem. Tom zachwiał się i zbliżył, oj, zbliżył tak bardzo jak nigdy wcześniej do śnieżnobiałej buzi Julii.

Jego usta, czy tego chciał, czy nie, musnęły policzek dziewczyny. Spajk spekulował później, że na pewno chłopak wykorzystał nadarzającą się okazję. Biszkopt nie mógł przecież za bieg wypadków winić siebie ani nawet robaka, który wybrał najmniej odpowiednią porę na gryzienie go w zadek. W ostatecznym rozrachunku nie było powodu, by szukać winnych. Stało się to, co prędzej czy później i tak by się pewnie wydarzyło.

Julia zaróżowiła się, zawstydziła, ale w serduszku dziękowała swojemu Biszkoptowi za niezdarność.

– Julka, przynieść wam owoce? – dobiegł ich głos z głębi domu.

Spajk ruszył czym prędzej do budynku, by odwrócić uwagę mamy i zatrzymać ją jeszcze na moment. Przerażeni tym, co mama mogłaby sobie pomyśleć, wyprostowali się w swoich ogrodowych krzesłach i oddalili od siebie. Ich dłonie się rozplotły.

W pamięci na zawsze pozostał jednak zapach pierwszego pocałunku, dźwięk splecionych rąk i smak wyjątkowego wyznania. Tego wiosennego popołudnia wszystkie zmysły wirowały i krzyżowały się ze sobą w magiczny sposób!

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

WSTĘP

1.

2.

3.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Skrzynia Władcy Piorunów Skrzynia władcy piorunów. Detektywi na kółkach 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę