Internat

Internat

Autorzy: Izabela Degórska

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Dla dzieci Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.21 zł

Pożerasz książki? Uważaj! Ta książka może pożreć ciebie!


Wiktoria, studentka socjologii, ze zdziwieniem obserwuje fascynację młodych dziewcząt starą powieścią Internat, której czytelniczki tworzą subkulturę – przebierają się za bohaterki, spotykają na zlotach, są aktywne w mediach społecznościowych. Wiktoria postanawia napisać na ten temat pracę magisterską, a jako rzetelna studentka chce zacząć od poznania treści Internatu.

Niestety, odkąd wzięła do rąk egzemplarz książki, jest uwięziona w powieściowym świecie, w ciele powszechnie nielubianej szesnastoletniej Anny Wolf. Szkołę z internatem otacza nieprzepuszczalna bariera, piętra i ludzie czasami znikają, a wszystkie zdarzenia powtarzają się w rocznej pętli. Kiedy Wiktoria odkrywa tajemnicę zaginionych wcześniej czytelniczek, jest już pewna, że ucieczka z Internatu to kwestia życia lub śmierci.


"Internat bez głównej bohaterki działał jak źle naoliwiony mechanizm. Lekcje przebiegały według starego schematu, ale nikt na nich nie uważał. Nauczyciele tracili zainteresowanie nauczaniem już po odczytaniu listy obecności, pustaki się nie odzywały, postacie trzecioplanowe mechanicznie odtwarzały dialogi z książki, a te „zasiedlone” łatwo poddawały się upodobaniom i temperamentowi ożywiających je dusz. Zuta Szemiotówna nie zaklęła ani razu, Mici Horn, jedna z najlepszych uczennic w szkole, bezczelnie poszła na wagary i spędziła cały dzień w parku, a Katia Trocka poruszała się z zadziwiającym wdziękiem, jakby nagle ubyło jej kilogramów. Nawet mnie poszło całkiem nieźle, skoro podczas gimnastyki nie rzuciłam grubasce żadnej złośliwej uwagi."


Izabela Degórska – pisarka, scenarzystka, dziennikarka telewizyjna. W dorobku ma m.in. cykl powieściowy o wampirzycy Milenie (Pamięć krwi, Krew to nie wszystko), bajki dla dzieci, liczne scenariusze teatralne, 60 odcinków telenoweli „Klan” oraz pół tysiąca reportaży emitowanych w TVP2, TVP3, Polsacie, TVN24 i TV4. Laureatka wielu konkursów literackich. Jej Mężczyzna znaleziony w szafie reprezentował polską dramaturgię na międzynarodowym Festiwalu Krótkich Form w Rovereto (Włochy, 2010). Sztuki teatralne Degórskiej wystawiane są w Polsce i za granicą. Prowadzi stronę autorską www.degorska.art.pl

Dla Jarka,

który zawsze mnie wspierał.

Spis treści

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAL 27

PROLOG

Maria Minchin miała porcelanową cerę, najdłuższe włosy w szkole i orzechowe oczy. Każdy, kto by w nie spojrzał, uznałby, że jest niewinna jak dziecko. A jednak nosiła sekret tak wielki, że z trudem mieścił się w jej piętnastoletnim sercu. To miało stać się dzisiaj i nie było odwołania. Może i lepiej, bo w oczekiwaniu na tę noc od wielu tygodni prawie nie spała. Wszystko było zaplanowane w najdrobniejszym szczególe. Przygotowała sobie kapcie z piętą, ciepły szlafrok i włóczkę, a wieczorem dostała ostatnią rzecz, niezbędną, by się dokonało.

Kiedy w pokoju zgasło światło, próbowała przypomnieć sobie modlitwę, jakąkolwiek, zamiast tego dotarło do niej, jak bardzo byłaby nie na miejscu. Zwiesiła głowę; pozostało jej tylko czekanie.

O drugiej rozległo się ciche pukanie do drzwi. STUK, STUK. Przerwa. STUK, STUK. Przerwa. STUK, STUK. Niezbyt wymyślne, ale sprawdzało się od początku semestru. Przez chwilę marzyła, że zignoruje sygnał, że potem powie lekko „zaspałam”, wstała jednak karnie i przyoblekła twarz w uśmiech. Na szczęście było ciemno i Kamila nie zauważyła, jak bardzo jest nieszczery.

Maria wyjęła z szuflady świecę, umieściła ją w szkolnym lichtarzu i zapaliła od pierwszej zapałki. W kręgu światła wszystko drżało, chybotliwe cienie zdawały się za nimi skradać. Gęsiego, jedna za drugą, pokonały skrzypiące schody i przemknęły uśpionym korytarzem na strych, szczęśliwe, że dyżuruje dziś Morowic, zbyt leniwy, by patrolować internat. Na górze było bezpiecznie. Można było swobodnie rozmawiać, żaden podejrzany dźwięk nie zwabiłby tam nauczyciela. Maria postawiła lichtarz na stole i przywołała przyjaciółkę gestem. Usiadły na zniszczonych, twardych krzesłach, zostawionych tu przed laty, gdy dla profesorskiego grona zakupiono lepsze. Przez chwilę chichotały, wspominając szkolny bal, sukienki, chłopców, muzykę. I parę numer jeden.

Teraz albo nigdy.

Otworzyła dłoń, pokazując przyjaciółce ukryty drobiazg. Był śliczny, cudownie zalśnił w blasku ognia. Kamila pisnęła zachwycona, mina jej jednak zrzedła, gdy dowiedziała się, co powinna uczynić w związku z nim.

– Nie – oznajmiła zdecydowanie, odgarniając za ucho jasne jak len włosy. – Chcesz, to sama idź.

– Teraz twoja kolej. – Maria w desperacji odwołała się do ich kodeksu. Był niepisany, ale prosty: obowiązki wypełniały na zmianę. Naciskała na przyjaciółkę jeszcze przez kilka minut, ale nadaremnie.

W końcu Kamila warknęła:

– Przecież powiedziałam NIE!!!

To była ostateczna odmowa, Maria doprawdy nie wiedziała, co jeszcze mogłaby zrobić. Z bezsilności w oczach stanęły jej łzy.

– Ty płaczesz? – Przyjaciółka była zdegustowana.

– Skąd – zaprzeczyła, wycierając szybko nos. – To katar. Zwykły katar.

Kamila westchnęła pojednawczo.

– Nie pójdę, ale mogę cię asekurować. Pasuje?

Maria spojrzała na nią z napięciem.

– Ale z parapetu. Tego z zewnątrz – zażądała. Kamila zawahała się, jednak Maria już otworzyła okno w wykuszu. Było nieduże i okrągłe jak bulaj na statku. – Wyjdź pierwsza.

Internat tonął w mroku. W żadnym z okien nie paliło się światło, tylko na samej górze, na strychu, błyskało coś, co mogło być chybotliwym płomieniem świecy. Wtem rozświetlone okienko otworzyło się i stanęła w nim wiotka jasnowłosa dziewczyna w nocnej koszuli. W jednej dłoni ściskała kłębek włóczki, drugą kurczowo trzymała się framugi. Niepewnie wdrapała się na gzyms, następnie rozejrzała trwożliwie, by wybrać dogodne miejsce. Lustracja wypadła fatalnie: występ za oknem był wąski i pokryty lodem.

– To bez sensu. Wracam – powiedziała piskliwie Kamila, tracąc resztki odwagi. Ostrożnie odwróciła się w stronę bezpiecznego strychu. – Odsuń się.

Maria jednak nie ruszyła się z miejsca. Z beznamiętnym wyrazem twarzy blokowała wąskie przejście, jakby nagle ogłuchła i oślepła. W podmuchu lodowatego wiatru unosiły się jej długie, bardzo długie włosy, a ona trwała nieporuszona, nawet kiedy Kamila próbowała odepchnąć ją drżącą stopą. Było naprawdę ślisko, drobny skręt ciała wystarczył, by dygocącej na zimnie dziewczynie spadł pantofel i zniknął w ciemnościach nocy. Przerażona, przez jedną straszną chwilę balansowała na krawędzi, wreszcie z ulgą przylgnęła do drewnianej ramy.

– O mamuniu! Myślałam, że też polecę! – zachichotała nerwowo Kamila. – Jak opowiemy dziewczynom…

Maria nie przyłączyła się do jej śmiechu. Przymknęła powieki i pchnęła palcem starą drewnianą ramę. Skrzydło okna zaczęło się wolno zamykać pod swoim ciężarem, a po chwili przyjaciółki dzieliła szyba pokryta szronem.

Kamila wytrzeszczyła oczy i zawyła:

– Co robisz?! – Rozpaczliwie uderzyła dłońmi w szkło i to był jej największy błąd. Okno poruszyło się, a lewa stopa, ta bosa i posiniała od zimna, nagle straciła kontakt z podłożem. Kamila rozchyliła usta i zniknęła z parapetu.

Maria nadstawiła uszu. Wycie wiatru nasiliło się i poza nim nie było słychać absolutnie niczego; ani histerycznego krzyku, ani wołania o pomoc, ani odgłosu trzaśnięcia o kamienie. Świadectwem tragedii było jedynie drobne ciało w nocnej koszuli przy bocznym wejściu do internatu i ciemna plama wokół głowy. Maria rzuciła tylko jedno spojrzenie przez uchylone okienko i cofnęła się szybko do środka. Serce biło jej jak szalone. Odwróciła twarz, a po policzkach spłynęły łzy. Były ciepłe i tłuste i wcale nie przynosiły ulgi.

– Nie becz, zrobiłaś, co trzeba.

Maria drgnęła nerwowo; nie wiedziała, że miała widownię. Opadły jej ramiona, a dusza zabolała, jakby rozpadła się na kawałki.

– Nie dam rady – wyszeptała. Ciemne, długie włosy zaczęły jej szarzeć. Fala szła od cebulek aż po pukle sięgające drżących ud. Jeszcze chwila i były równie białe jak szron na szybie. – Nie proś mnie już nigdy więcej.

– Weź się w garść. To po prostu musi się wydarzyć. Jeśli nie ty, zrobi to ktoś inny.

Maria milczała przez chwilę, wreszcie z trudem powiedziała:

– Ktoś inny, zdecydowanie ktoś inny.

– W takim razie do czego jesteś mi potrzebna?

– Do czego? – Maria Minchin uniosła wzrok. Gorączkowo próbowała znaleźć odpowiedź, lecz mimo chęci nie potrafiła.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Wzięłam ją do ręki równo o czwartej. Książka była ciężka, gruba jak cegła i oprawiona w sztywną okładkę z zielonego płótna. Tytuł wytłoczono srebrnymi literami.

– I jeszcze to. – Bibliotekarka, kobieta wiekowa i chuda jak szczapa, położyła obok woluminu białe, bawełniane rękawiczki.

– Pani żartuje? Przecież to nie jest starodruk! – zaprotestowałam.

Kilka osób uniosło wzrok znad swoich książek i spojrzało na mnie z niechęcią.

– Takie mamy przepisy. Każdy rzadki egzemplarz ma być traktowany ze szczególną ostrożnością. A ten dodatkowo opatrzony jest autografem.

Skrzywiłam się, ale kobieta tylko ściągnęła brwi. Bez dalszych komentarzy włożyłam rękawiczki.

– Powinny być świeże – zauważyłam.

– W każdy drugi wtorek miesiąca zapraszamy wolontariuszy, by pomagali nam przy takich pracach – zasugerowała sucho.

Usiadłam w kącie przy stoliku z wysłużonym paździerzowym blatem i wreszcie otworzyłam Internat. Egzemplarz był w idealnym stanie – od giętkiego grzbietu, przez mocne szycie, aż po doskonale zachowany druk. Przeglądałam go, czule gładząc finezyjne zdobienia na początku każdego rozdziału i ekscytując się fakturą papieru. Nie przeszkadzał mi nawet wszechobecny zapach kurzu. Jednak największą przyjemność dawała świadomość obcowania z białym krukiem – pierwszym wydaniem powieści, która okupowała czołowe miejsca na listach czytelniczych bestsellerów.

Trzeba przyznać, że Internat pojawił się na rynku w zadziwiający sposób. Jego autorka, Kasandra Vitay, zajmowała się głównie redagowaniem książek. Powieść, która była jej debiutem i jedynym oryginalnym dziełem, przeszła niestety bez echa. Wydano ją dobre pół wieku temu w skromnym nakładzie, z którego przetrwało ze trzysta egzemplarzy. Przez całe dekady kurzyły się one na półkach zapomniane i niebudzące w nikim nawet cienia zainteresowania. Do czasu. Kilka lat temu pewna bywalczyni telewizji śniadaniowej przyniosła Internat na wizję i z wypiekami na twarzy zachwaliła jako „brylancik literatury kobiecej”, wręcz źródło rozkoszy wszelakich. Jeszcze w trakcie rozmowy rozdzwoniły się telefony z pytaniami, gdzie można nabyć bądź wypożyczyć to cudo, a miesiąc później nieduże wydawnictwo, które dotychczas nie wydało nic interesującego, rzuciło do księgarń wydanie drugie poprawione. A potem trzecie. I czwarte.

To był przełom.

Zapomniana powieść nieoczekiwanie podbiła serca czytelniczek, a skutki tego były zdumiewające. Przede wszystkim przetłumaczono ją na osiemnaście języków, a że wśród fanek pozycji znalazła się czwarta żona pewnego znanego reżysera z Hollywood, powstała całkiem zgrabna ekranizacja. Kiedy szaleństwo uwielbienia ogarnęło amerykańskie nastolatki, jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się liczne imprezy cosplayerskie z internatem w tytule. W wielu krajach spora liczba młodych mam nadała swym pociechom oryginalnie brzmiące imiona „Zuta”, „Katia” czy „Mici”. Częściej też niż zwykle widywało się na ulicy dziewczęta w krótkich plisowanych spódniczkach i wiśniowych krawatach. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że fanki powieści utworzyły coś na kształt subkultury. I tak nieznana nikomu Kasandra Vitay, a właściwie Katarzyna Witek, zrobiła pośmiertną karierę na miarę Josepha Conrada, przynajmniej jeśli chodzi o liczbę czytelników.

Reasumując, ta powszechna fascynacja banalną historią była na tyle intrygująca, że zapragnęłam dokładnie ją przeanalizować, a wyniki badań ująć w swojej pracy. Właśnie dlatego byłam teraz w bibliotece, gdzie, ku mojej radości, znajdował się jeden z egzemplarzy pierwszego wydania powieści, tego bez skrótów i nieautoryzowanych poprawek.

Zadowolona, z chrzęstem wygięłam palce, by wreszcie zagłębić się w lekturze. Od niechcenia przerzuciłam kilka stron.

– Proszę kończyć.

Zaskoczona spojrzałam na zegar. Była za sześć ósma, chociaż dałabym sobie rękę uciąć, że dopiero co usiadłam przy stoliku. Bibliotekarka stukała rytmicznie ołówkiem o blat biurka. Obsadka zakończona gumką tłumiła każde uderzenie, zza grubych szkieł wpatrywały się we mnie nieruchomo jasnoniebieskie oczy. Były zimne i pełne zniecierpliwienia. Nawet jej ciasno spięty kok wydawał się nieprzyjazny.

Zagryzłam nerwowo policzki i odwróciłam książkę, by zajrzeć do spisu treści. Pierwsze wydanie zawierało fragmenty, których nie było w następnych. Szukałam właśnie tych różnic, zaczynających się od rozdziału piątego. Mało prawdopodobne, bym zrobiła to w kilka minut, a właśnie tyle mi zostało.

– Może jednak pozwoli mi pani wypożyczyć? – zapytałam słabym głosem, bez cienia nadziei. – W domu…

– Nie.

Przecież jej nie zjem, pomyślałam.

– Ale…

– Już mówiłam, to bardzo cenny egzemplarz. – Bibliotekarka przez chwilę świdrowała mnie wzrokiem, wreszcie odwróciła się, nie kryjąc niechęci. – Proszę się pospieszyć. Jest pani ostatnia.

Przesunęłam palcem wzdłuż kolumny z wykazem rozdziałów. Rozdział piąty zaczynał się na stronie osiemdziesiątej szóstej. Zaczęłam ponowne kartkowanie książki, ale nie było to łatwe w rękawiczkach, które dostałam do kompletu. Gdybym jednak je zdjęła… Zerknęłam ku szarym półkom – kobieta w koku składała przybory, demonstracyjnie okazując gotowość do wyjścia – po czym szybko zsunęłam rękawiczki. I wtedy się zaczęło.

Najpierw poczułam ciepło. Biło od mięsistego papieru, jakby długo leżał koło kaloryfera albo w pełnym słońcu. Potarłam opuszką stronicę. Była wręcz gorąca. Drugie spostrzeżenie okazało się jeszcze bardziej zdumiewające: nie mogłam znaleźć osiemdziesiątej szóstej strony! Wertowałam książkę w tę i we w tę, a ona ujawniała coraz to nowe podrozdziały. Ilekroć chwytałam w dłoń kolejną porcję kartek, książka pęczniała. I nigdzie nie było osiemdziesiątej szóstej strony.

Na chwilę przerwałam. Co jest grane? Zmęczenie? Nadmiar kofeiny? Zaburzenia postrzegania? Pomasowałam skronie i przesunęłam spojrzeniem po opustoszałym pomieszczeniu. Potężne regały ciągnęły się wzdłuż ścian, krzesełka stały równo, świetlówki przygasły. Przez świetliki w głębi sączyło się światło z zewnątrz, nie docierając do mrocznej sutereny, w której mieściła się czytelnia. Zatrzymałam wzrok na swoim krzywym odbiciu w szklanej osłonie lampy. To byłam właśnie ja, Wiktoria. Metr siedemdziesiąt, trochę za mocne uda, niezmiennie dwa kilo za dużo, blada trójkątna twarz o szarych oczach i długie, farbowane na rudo włosy. Na czubku nosa robił mi się pryszcz. Tusz na rzęsach nieco się rozmazał i wyglądałam jak szop.

Przełożyłam stronę i zaczęłam czytać:

Tego dnia było tak upalnie, że zarządzono sjestę. Dziewczęta z ulgą wróciły do chłodnych pokoi, rezygnując z dodatkowych zajęć, i oddały się leniwemu trwaniu. Tylko jedna z nich daleka była od beztroskiej drzemki. Anna Wolf leżała na łóżku, przyciskając do piersi poduszkę. Jej ramiona drgały od tłumionego płaczu, jednak żadna z przyjaciółek nie podeszła, by pocieszyć koleżankę.

Pociemniało.

Leżałam na łóżku, przyciskając do piersi poduszkę. Ramiona drgały mi od tłumionego płaczu, jednak żadna z dziewcząt nie podeszła, by mnie pocieszyć.

Zdębiałam.

Byłam w niedużym pokoju o białych ścianach i podłodze pokrytej klepkami. Wyraźnie widziałam ciemne meble: kwadratowy stół, trzy wyściełane krzesła, sporą komodę, szafę oraz trzy wąskie łóżka. Na jednym leżałam ja, na pozostałych jakieś dziewczyny w mundurkach szkolnych. Spódniczki w kratę, białe bluzki z tarczami szkoły, ciemne podkolanówki. Było ciepło i żadna się nie przykryła. Opuszczone drewniane żaluzje przyciemniały blask słońca. Nad zamkniętymi drzwiami wisiał metalowy krzyż. Ciszę zakłócały jedynie moje pochlipywania i równe oddechy współtowarzyszek.

To, co zobaczyłam, było tak absurdalne, że nie wierzyłam własnym oczom.

Zacisnęłam powieki, policzyłam w myślach do dziesięciu i raz jeszcze spojrzałam przed siebie. Nadal znajdowałam się w obcym pokoju i wciąż wpatrywałam się w plecy dziewcząt. Na policzkach czułam zasychające łzy.

O Boże, odbija mi, przeraziłam się. Przecież jestem w bibliotece, bibliotece! Niestety wciąż nie widziałam ani regałów, ani zniszczonych blatów. W tej chwili nawet poirytowaną kobietę z ołówkiem przywitałabym z radością.

Jedna z uczennic obróciła się do mnie przodem. Było w niej coś dziwnego. Dziecinne rysy i filigranowa sylwetka sugerowały, że ma piętnaście, może szesnaście lat, jednak nie potrafiłabym ocenić jej wieku jednoznacznie. W mysich włosach odznaczały się szarawe pasma, a w dużych, wodnistych oczach czaiła się melancholia, którą miewają ludzie doświadczeni przez los lub po prostu starzy. Dziewczyna w mundurku patrzyła na mnie z rosnącą uwagą i nagle przez jej twarz przemknął błysk zrozumienia.

Widziała mnie! I była taka rzeczywista.

Uniosłam się, by zacząć rozmowę, ona jednak spojrzała na mnie przerażona, potrząsając przecząco głową. Położyła palec na ustach i znacząco strzeliła wzrokiem ku posłaniu pod przeciwległą ścianą. Szczupłą dłonią wykonała małą pantomimę, która mogła znaczyć tylko jedno: „chodź za mną”. Chwilę potem wyszła z pokoju odprowadzana czujnym wzrokiem współlokatorki. Przyjrzałam się tej drugiej. Nie było w niej nic szczególnego. Dziewczyna pod ścianą miała długie włosy splecione w warkocz i twarz pozbawioną wyrazu. Kiedy tylko zamknęły się drzwi, zapadła w leniwą drzemkę.

Zawahałam się. Wizja białego pokoju stawała się coraz bardziej rozbudowana. Widziałam słoje drewna na ramie łóżka i stojące na podłodze pantofle. Na każdym wyhaftowano szkolne godło w srebrnej ramie. Kto tak haftuje kapcie?

Kroki na korytarzu ucichły.

Zmarszczyłam czoło. Czy to znaczyło, że moja halucynacja powoli się cofa, czy wprost przeciwnie – że dziewczyna odeszła spory kawałek i czeka gdzieś na mnie niecierpliwie?

Teoretycznie najrozsądniej byłoby zostać w łóżku z nadzieją, że wszystko zaraz wróci do normy, to znaczy dziwaczny pokój zniknie, jednak sytuacja – prawdziwa czy nie – była zbyt intrygująca. W życiu bym sobie nie wybaczyła, gdybym nawet nie zajrzała za drzwi. Uniosłam się cicho z posłania i podążyłam za dziewczyną o wodnistych oczach.

Za progiem ujrzałam korytarz – cichy, pusty i jakby znajomy. Nie potrafiłabym wyjaśnić, skąd to uczucie, ale miałam wrażenie, że przemierzałam go już wielokrotnie. Siłą rozpędu przeszłam kilka kroków i nagle się zachwiałam, tracąc grunt pod nogami. Wnętrze rozmywało się i pulsowało, jakby żyło swoim życiem. Oparłam się o ścianę, ciężko dysząc. Korytarz wyciągnął się i skurczył gwałtownie, aż wreszcie na powrót ujrzałam go ostro. Ogarnął mnie niepokój. Ten rozkład! Ceglane sklepienia! Wąskie okna wychodzące na żwirowany dziedziniec! Cienisty ogród z alejkami tworzącymi misterny wzór! Ten kiczowaty posąg Apolla, wstydliwie skrywającego przyrodzenie… O tak, znałam to miejsce, znałam je doskonale!

– Tsss! – Usłyszałam z oddali. – Nie stój tam! Nie zwracaj na siebie uwagi.

Czyjej uwagi? W pustym korytarzu?! W głowie wciąż mi wirowało. Przycisnęłam drżące dłonie do skroni.

To się nie dzieje naprawdę. Nie może się dziać! Spojrzałam w dół. Miałam na sobie plisowaną spódniczkę w kratę, białą koszulową bluzkę i wiśniowy krawat. Na piersi widniała starannie wyhaftowana tarcza z napisem „Szkoła dla Dziewcząt Panny Kornelii Biel”. Ale najbardziej zaskakujący był widok skrawka kolan. Z jakichś powodów nie pasował do tego, co powinnam tam zobaczyć. Uniosłam nieco spódniczkę i osłupiałam. Kolana były zaskakująco chude, tak samo jak uda. Zadygotałam. To nie były moje nogi. Nie moje. Nie… nie…

– Mówiłam, nie stercz tak. Chodź do łazienki, tam porozmawiamy. – Dziewczyna o wodnistych oczach stała tuż obok, rozglądając się nerwowo, i szeptem nakłaniała mnie do posłuszeństwa. Nie zauważyłam, kiedy podeszła. Położyła mi dłoń na ramieniu i lekko pchnęła. Ruszyłam jak automat, a ona prowadziła mnie, emanując troską i zniecierpliwieniem. – Spokojnie, już blisko. Tylko nie patrz…

– W lustro? – dokończyłam za nią i przyspieszyłam kroku. Weszłam do łazienki – była równie znajoma jak korytarz – i podbiegłam do rzędu umywalek. Wisiał nad nimi lśniący pas, który odbijał białe kafle i dwie nastolatki w szkolnych mundurkach. Jedna z nich histerycznie wpatrywała się w swoje odbicie. Nigdy jej nie widziałam. Wyglądała równie dziecinnie jak towarzyszka, usta miała pełne i kształtne, oczy niebieskie. Jasny warkocz był żałośnie cienki, biust drobny, ręce wręcz chude. Zachwiałam się, ale nie spuszczałam wzroku z odbicia. – Jestem piegowata!

– Zawsze byłaś, Anno.

Odwróciłam się szybko.

– Mam na imię Wiktoria. Nawet nie chodzę do tej szkoły – odparowałam.

Dziewczynie zaszkliły się oczy.

– Tak się cieszę, że jesteś. Który jest rok tam u ciebie?

Odpowiedziałam natychmiast, bez namysłu.

– Ależ ten czas leci – wyszeptała poruszona. Fala emocji, która przetoczyła się przez jej twarz, włączyła w mojej głowie dzwonek alarmowy.

– Co ja tu robię? – zapytałam. Byłam zaniepokojona. Bardzo zaniepokojona.

Stała chwilę w ciszy, którą przerwało tylko skrzypnięcie drzwi od jednej z kabin, a potem uniosła wzrok.

– Przecież wiesz – odparła. – Musisz wiedzieć, Anno Wolf.

Świat na ułamek sekundy pojaśniał, a wraz z nim mój umysł. Wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Ogrom informacji wyświetlał się wciąż i wciąż jak niechciane okienka reklam. Było tam wszystko, każde słowo, każdy przecinek, każdy akapit z książki, której dotykałam tak niedawno…

Jęknęłam.

– I jak? Weszłaś w rolę? – zagruchała moja towarzyszka.

– Mici… – wyszeptałam. – Ty jesteś Mici Horn. A ja jestem ta wredna.

Mici uśmiechnęła się krzywo i powiedziała:

– Witaj w Internacie, Anno.

TRACH! Przed oczami mignęły mi kartki.

– To skandal! – syknęła bibliotekarka, zatrzaskując książkę. – Po prostu brak mi słów.

Oparłam się o krzesło i zamrugałam. Siedziałam w bibliotece, w swoim ulubionym kąciku, a kobieta w koku machała mi przed nosem parą bawełnianych rękawiczek. Była tak pobudzona, że dostała wypieków.

– A prosiłam, tłumaczyłam!!! Ja doprawdy nie pojmuję młodzieży. – Starczy głos nagle się załamał. – Biały kruk! Biały kruk! Jak tak można?!

Po doznaniach w Internacie jej biały kruk interesował mnie dokładnie tyle, co plamy na słońcu.

– Czy zauważyła pani coś dziwnego? – spytałam gorączkowo.

– Czy zauważyłam?! Tak! Za moich czasów czytelnicy szanowali książki! Nawet te najbardziej pospolite! Druk! Świętość! Duch autora zamknięty w papierze! Ale teraz przychodzą sobie takie farbowane pannice, zakładają nóżkę na nóżkę, skanują tymi elektronicznymi bezeceństwami najcenniejsze książki i wydaje im się, że są humanistkami! – Bibliotekarka cofała się, przyciskając do piersi wolumin. Najpewniej, gdyby mogła, trzymałaby go pod kluczem, w szklanej gablotce. Spojrzałam na Internat i zrobiło mi się słabo. Książka pulsowała niebieskim światłem, jakby ktoś umieścił w środku żarówkę.

– Ona świeci – powiedziałam, wskazując palcem.

Bibliotekarka, marszcząc gniewnie czoło, otworzyła usta, by wyrzucić z nich kolejną porcję zasłużonych pretensji, ale słowa uwięzły jej w gardle.

– Co pani jest? – wyszeptała nagle.

– Mnie? – Spojrzałam na wciąż wysuniętą dłoń. Kontury mojego ciała pulsowały, ale nie to było najdziwniejsze. Ewidentnie traciłam kolor, z każdą chwilą stając się bardziej przeźroczysta. Wszystko wokół mnie wirowało, jakbym była na karuzeli.

Bibliotekarka wzdrygnęła się, zmieniła na twarzy, ręce trzymające Internat opuszczała coraz niżej i niżej, aż wreszcie spomiędzy zdrętwiałych palców wysunął się jej cenny wolumin i upadł z hukiem na wykładzinę.

ŁUP! Upadek był tak silny, że poczułam go aż w kolanach. Jęcząc głucho, odruchowo przytrzymałam się umywalki. Obok wciąż stała Mici i patrzyła się na mnie badawczo.

– Anno, jesteś tam?

Milczałam, próbując zebrać myśli. Bolała mnie głowa, bardzo bolała. Może przewróciłam się w bibliotece i o coś uderzyłam?

– Jestem Wiktoria – powtórzyłam uparcie.

– Wiem, że wolisz stare imię, ale lepiej szybko się przyzwyczaić. Musimy wracać, straciłyśmy tu mnóstwo czasu. Postaraj się… – Mici urwała, poruszyła oczami niespokojnie, a potem wyszeptała tylko: – Za późno.

Drzwi od łazienki otworzyły się szeroko i stanęła w nich Sandra. Od razu ją poznałam. Na kartach powieści autorka wielokrotnie opiewała „urzekającą urodę” głównej bohaterki, rzeczywistość jednak przeszła moje czytelnicze wyobrażenia. Sandra promieniała pięknem niedostępnym dla śmiertelników. Jej lśniące kruczoczarne włosy miały odcień wpadający w granat, fiołkowe oczy przywodziły na myśl barwione szkła kontaktowe, cera była pozbawiona nie tylko niedoskonałości, ale nawet porów. Prześlizgnęłam się po niej spojrzeniem, szukając jakichkolwiek defektów, ale nadaremnie. Smukłe łydki były gładkie, jakby nigdy nie musiały być depilowane, zęby śnieżnobiałe i proste, rysy twarzy idealnie symetryczne, a talia tak wąska, jakby obrobiono ją Photoshopem.

Cofnęłam się o krok, wytrzeszczając oczy. Nikt tak nie wygląda, nikt żywy, i to było co najmniej upiorne.

– Wiedziałam! Czułam! – Głos Sandry był dźwięczny, dykcja perfekcyjna. Z pewnością śpiewała równie doskonale, jak wyglądała. – Mici, znikaj!

Mici, blada jak trup, wysunęła się z łazienki tyłem. Sandra wystudiowanym ruchem poprawiła burzę włosów – byłam pewna, że tylko jej pozwalano nosić nieregulaminową fryzurę – i pochyliła się ku mnie z gracją modliszki. Z trudem się opanowałam, by nie zadrżeć pod jej świdrującym wzrokiem.

– Nie czuć cię farbą drukarską – zauważyła z namysłem. – Który jest rok?

– To mi się śni – wyszeptałam. – Bardzo dziwny sen. Mam nadzieję, że go nie zapomnę.

– Nie zapomnisz – obiecała Sandra. – Który?

Odpowiedziałam automatycznie, a Sandra rozświetliła się jak słońce. Ta reakcja była skrajnie różna od wzruszenia Mici.

– Super! Byłoby ze mnie już próchno – oceniła z zadowoleniem, a potem dodała: – Ciebie też czeka wieczna młodość. Ekstra, nie? Tylko pomyśl, od tej chwili zawsze będziesz mieć szesnaście lat.

Oblizałam wyschnięte wargi. Nie wierzyłam, że prowadzę tę niedorzeczną rozmowę. Moje halucynacje były zaskakująco realistyczne i doprawdy nie potrafiłam ich wytłumaczyć.

– Jak to „zawsze”? Przecież szkoła kiedyś się skończy.

Sandra spojrzała na mnie zdumiona, jakby usłyszała coś niewyobrażalnie głupiego, a potem wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.

– W której jesteś klasie? – spytała, jakby robiła mi egzamin, i zaraz sama odpowiedziała na pytanie: – Tej samej! Zawsze tej samej! Powieść obejmuje tylko jeden rok nauki. Powiedz mi, Anno, czy wiesz, co się dzisiaj stało?

Potarłam czoło. Właśnie na to pytanie chciałabym znać odpowiedź. Niestety w głowie miałam mętlik i nie pomagało, że nazywano mnie obcym imieniem.

– Nie za bardzo – wyszeptałam skołowana.

– Zmarł twój ojciec.

Ojciec?! Ojciec – nie żyje?! To stąd te zaburzenia i dziury w pamięci! Stres. Przeżywam stres wywołany szokiem. To się nazywa wyparcie albo jakoś tak. Mój tata, mój kochany tatuś… I nagle zrozumiałam. Zmarł ojciec Anny Wolf. Tej wrednej Anny, która wszystkim dokuczała. Jakiś wypadek – bez szczegółów. Bardziej znaczące dla powieści było to, że Anna nie mogła już płacić czesnego i ostatnie tygodnie roku szkolnego spędziła bez przywilejów zamożnej uczennicy. Nie była nawet na balu maturalnym, na który zapraszano chłopców z zaprzyjaźnionej szkoły. Ten wątek zawsze wydawał mi się infantylny, wtórny i po prostu głupi.

– Może pojadę na pogrzeb – pomyślałam na głos – i to wszystko po prostu się skończy?

Sandra poczerwieniała, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Wykrzywiła usta, zacisnęła dłoń na moich włosach i wysyczała:

– Stąd nikt nie wyjeżdża! Nigdy! To podstawowa zasada!

– Bo co? – Skóra głowy zabolała mnie naprawdę, mimo że jasny warkocz należał do Anny Wolf.

– Chcesz wiedzieć? Naprawdę chcesz? – Oczy zalśniły jej niezdrowo i wtem wrzasnęła: – Kaaaaatiaaa! Pokaż się! Ale już!

Chwilę nic się nie działo, wreszcie usłyszałam skrzypienie, potem kolejne.

– No, pokaż się. Nowa jest bardzo ciekawa.

Drzwi od ostatniej kabiny uchyliły się i wyszła przez nie groteskowo skulona postać w szkolnym mundurku. Niezgrabnie przeszła kilka kroków i zatrzymała się w cieniu. Widać było stamtąd tylko tyle, że jest otyła i ma kręcone włosy.

– Rusz się! – ponagliła ją Sandra.

Uczennica przybliżała się w trudny do odgadnięcia sposób. Ni to szła, ni to sunęła, wlokąc prawą nogę po śliskiej posadzce. Zimny dreszcz przeszedł mi po kręgosłupie, ale wciąż nie rozumiałam, skąd te niezborne ruchy. Wreszcie dojrzałam ich przyczynę. Dziewczyna nie miała stopy i części dłoni.

– Wciąż się tu chowa. Pozwalam jej – oznajmiła łaskawie Sandra. – Kto chciałby ją oglądać w takim stanie?

– Co jej się stało? – wyszeptałam zszokowana.

– No, Katia, powiedz.

Dziewczyna zatrzęsła się, jakby owionął ją lodowaty podmuch i nerwowo przygładziła loki ocalałym fragmentem dłoni. Nie miała ochoty się odzywać, ale twardy wzrok Sandry był nieubłagany.

– Weszłam w barierę – powiedziała, odwracając głowę. – Tam, gdzie kończy się internat.

– Nie internat, idiotko – warknęła Sandra. – Teren. Nawet ślepy by dojrzał.

– Biegłam. Boję się os.

– Katia nie boi się os – szczeknęła Sandra wściekle, a potem machnęła na nią ręką. – Precz, zejdź mi z oczu. A ty, kochanieńka, opowiesz mi o sobie. W moim pokoju.

Odprowadziłam wzrokiem kuśtykającą Katię. Dziewczyna wróciła do kabiny i cicho zamknęła za sobą drzwi. Czyżby tam pomieszkiwała? Trudno mi było to sobie wyobrazić.

– No, idziemy – zarządziła Sandra. Ruszyła żwawo, nie oglądając się na mnie (a może raczej na chudziutką Annę?), zeszła piętro niżej i już po chwili maszerowała korytarzem zachodniego skrzydła.

Było tu szczególnie urokliwie. Z okien rozciągał się widok na fontannę, a kwitnące w ogrodzie bzy przesycały powietrze słodką wonią. Gdyby nie moja towarzyszka, rozkoszowałabym się każdą chwilą.

– Chyba nie mogę w czasie przerwy na odpoczynek odwiedzać koleżanek w ich pokojach – zauważyłam, próbując dotrzymać jej kroku.

Sandra zatrzymała się i wyjaśniła protekcjonalnie:

– Mnie możesz. – Po czym otworzyła zielone drzwi, jedyne kolorowe drzwi w tym kompleksie.

Wchodząc, z wrażenia potknęłam się w progu. Wnętrze, tu trzeba dodać, że ogromne, w niczym nie przypominało pokoju w internacie. Znajdowały się tam całkiem zgrabne meble: okrągły stolik na cienkich nóżkach, wygodne foteliki, puf obity białą skórą, toaletka zastawiona kosmetykami, barek na wysoki połysk i przeszklona biblioteczka – wszystko w stylu lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Na biurku ujrzałam w przelocie dwa lusterka do makijażu, w kąciku staromodny adapter, a nad sofką plakat z Marilyn Monroe. Tak mógłby mieszkać Austin Powers, gdyby był nastolatką.

– Siadaj – powiedziała Sandra, poklepując sofkę przykrytą włochatą narzutą – i opowiadaj. Chcę wiedzieć o tobie jak najwięcej.

To jednak musi być sen, pomyślałam. Bardzo dziwny sen. Zajęłam wskazane miejsce i niestety bardzo skrupulatnie spełniłam jej prośbę.

Rozdział 2

Zapadając w sen w śnieżnobiałej pościeli, odtwarzałam w głowie moje ostatnie chwile w „normalnym świecie”: łyk zimnej kawy, pośpieszne zbieranie notatek, gdy wychodziłam do biblioteki, i pogardliwe skrzywienie warg Adama, z którym mieszkam od roku.

– Internat? Przecież nie lubisz takich książek – zauważył, irytując mnie tym stwierdzeniem niemiłosiernie. Miał rację. Lubiłam czytać, czasem bywały to naprawdę zawstydzająco marne tytuły, ale z pewnością nie byłam fanką literatury dla dziewcząt. Nawet kiedy miałam dwanaście lat. Wtedy, o ironio, czytałam Bułhakowa, Prusa i Lema.

– To do mojej pracy – warknęłam, płosząc Mercedes, naszą cudowną białą kotkę. – Studiuję, pamiętasz?

– A śmiejesz się z moich gier – odciął się z satysfakcją.

– Ja to analizuję pod kątem…

– Tak, tak, socjologia, te sprawy. Chodzi o cosplaye? Te panienki w mundurkach są sexy.

Walnęłam go w ramię.

– Więc o co?

– Kiedy napiszę, to się dowiesz.

– Ale nie będę musiał tego czytać?

– Nic nie musisz. Mojej magisterki też! – Doprawdy mógłby czasem okazać mi odrobinę wsparcia. Ponoć kochał mnie nieprzytomnie. Kiedy nie grał, sorki, nie testował gier.

Zeszłam szybko po schodach i pchnęłam masywne drzwi kamienicy, które zapiszczały niemiłosiernie. Jak na jakiś sygnał Adam wystawił głowę przez okno.

– Kup kotu chrupki! – wrzasnął jeszcze i zniknął.

Właśnie tak wyglądało nasze pożegnanie.

Poranek ogromnie mnie rozczarował. Przede wszystkim byłam absolutnie pewna, że obudzę się w moim łóżku. Że za oknem będzie brukowana uliczka, a z kuchni, wraz z aromatem świeżo parzonej kawy, dobiegnie stukot klawiszy. Że Adam będzie przeglądać informacje w necie. Że pocałuję go na dzień dobry, targając mu włosy. Że nasza kotka otrze mi się o nogi, a ja pogłaszczę ją po miękkim futerku, mamrocząc: „Mój ty cudny, różowy nosku”.

Nic bardziej mylnego.

Wciąż byłam w Internacie, gorzej, to wcale nie był kolejny dzień. Za oknem panowała jesienna aura, liście pożółkły, znad błoni unosiły się ponure mgły… A przecież doskonale pamiętałam, że dopiero co był tu początek skwarnego lata!

Szybko zauważyłam coś jeszcze. W pokoju stały tylko dwa łóżka; na tym drugim spała jak kamień dziewczyna z długim warkoczem. Miarowy oddech współlokatorki nie zmienił rytmu ani kiedy się ubierałam w regulaminowy strój, ani kiedy wyciągałam z szuflady kosmetyczkę.

Wyszłam zaspana na korytarz – tonął w zadziwiającej ciszy – i ruszyłam w stronę łazienki. Brak jakichkolwiek dźwięków intrygował. Nie było słychać skrzypu łóżek, ściszonych rozmów czy choćby odgłosów z kuchni, która powinna przecież szykować śniadanie dla setki dziewcząt i sporego grona pedagogicznego. Maszerujące chude nogi Anny migające mi spod plisowanej spódniczki także poruszały się bezgłośnie, jakbym wcale nie szła w butach po twardej podłodze. Spojrzałam przez zamknięte okno, ale na zewnątrz wszystko wciąż ginęło w całunie mgieł.

W łazience nie było nikogo, co przyjęłam z ulgą. Umyłam starannie twarz zimną wodą i uczesałam się. Było to dziwne doświadczenie, dotykać czyjegoś ciała i patrzeć w nie swoje odbicie. Jasne włosy Anny sięgały do ramion, piegi pokrywały twarz, dekolt i ręce, skóra była jakby ciastowata, rysy delikatne. Cienki warkocz wołał o pomstę do nieba, związałam więc włosy w kitkę nad karkiem. Tak powinno być dobrze, pomyślałam, regulamin określał, że nie mogą być rozpuszczone, nie było mowy o obowiązkowych warkoczach. Musnęłam jeszcze dłonią idiotyczną grzywkę i odruchowo otworzyłam kabinę toalety.

Stanęłam jak wryta. Dłoń zawisła mi w powietrzu.

– Co, do cholery? – mruknęłam. Oczami błądziłam po malutkim, wydzielonym skrawku łazienki, nie znajdowałam jednak najbardziej oczywistego wyposażenia: muszli klozetowej.

Otworzyłam następne drzwi i zobaczyłam kolejny pusty boks. Otarłam twarz, jakbym mogła w ten sposób zmazać idiotyczny widok i ruszyłam wzdłuż rzędu kabin, otwierając je gwałtownym uderzeniem dłoni. Wszystkie dziewięć było absolutnie pustych. Zero sedesów, rezerwuarów, papieru toaletowego czy koszy na zużyte podpaski. Zawahałam się na ułamek sekundy przed otwarciem ostatniej kabiny. Czy była tam Katia? Może… powinnam zapukać? Na wszelki wypadek najpierw kucnęłam, by zajrzeć dołem do środka. Kabina była wolna, otworzyłam więc i te drzwi. Stało tam proste krzesło, na parapecie leżał czysty szklany spodeczek, niewielkie okno wychodziło na park.

Co jest grane?! Jaki sens ma wybudowanie takiej łazienki dla setki dziewcząt?

Wyszłam na korytarz na sztywnych nogach. Czyżby… nikt nie korzystał tu z toalety? Wsłuchałam się w swoje nowe ciało i zrozumiałam. Nikt tego nie robił, także Anna, którą „zasiedliłam” w niepojęty sposób.

***

Z łazienki wracałam mechanicznie, mijając rząd wąskich okien w drewnianych ramach po lewej i drzwi z masywnymi metalowymi klamkami po prawej. Posadzka w szachownicę była gładka niczym lustro, białe ściany miały w sobie coś ze szpitalnego chłodu. Odgłos moich kroków nikł w nieruchomym powietrzu, wzrok ślizgał się po załomach ceglanych wnęk. Chwilami miałam wrażenie, że płynę przez błękitne światło świtu zawieszona w czasie. Wymarły korytarz sprzyjał takim stanom. Próbowałam zmusić się do myślenia, jakiejkolwiek analizy sytuacji, w której się znalazłam, ale nieustająco wpadałam w ciepłe rozleniwienie, jakbym wciąż trwała na granicy snu.

Byłam już niedaleko pokoju Anny, kiedy kątem oka wychwyciłam za oknem coś, co nie pasowało do tego uśpionego miejsca. Do bocznych drzwi internatu zbliżały się trzy uczennice w szkolnych mundurkach. Szły szybko, nerwowo gestykulując i popędzając się nawzajem. Jedna odwróciła się na chwilę i wówczas, ku swojemu zdumieniu, rozpoznałam Katię. Przywarłam nosem do szyby. Tak, to była Katia, bez wątpienia, w dodatku cała i zdrowa! Gdybym polegała tylko na tamtej chwili, kiedy widziałam ją przelotem, nie mogłabym stwierdzić tego z całą pewnością, jednak powieść wdrukowana w moją pamięć momentalnie ujawniła opis:

Katia Trocka miała zielone oczy, cudownie długie rzęsy i niesforne włosy, które wiły się w pierścionkach wokół okrągłej, wesołej twarzy. Kiedy się uśmiechała, w prawym policzku robił się jej rozkoszny dołeczek, a perkaty nos wędrował do góry, jakby miała zaraz kichnąć. Jako mistrzyni kaligrafii zdobyła dla szkoły dyplom na krajowych zawodach w sztuce pięknego pisania. Świetnie też radziła sobie z łaciną. Niestety żadna z zasług nie rekompensowała przykrości, które spotykały ją podczas codziennej gimnastyki. Katia bowiem była po prostu gruba, co stanowiło ciągły temat niewybrednych żartów Anny Wolf.

Spojrzałam raz jeszcze skonsternowana. Otyła dziewczyna z grzywą loczków otwierała drzwi dłonią, której ostatnio NIE MIAŁA. Także jej chód był równy, doprawdy trudno mi było uwierzyć, że porusza się tak ktoś pozbawiony stopy. Czyżbym widziała kogoś łudząco podobnego do Katii?

Podeszłam do schodów i nadstawiłam uszu. Uczennice, po przekroczeniu progu internatu, mówiły do siebie ściszonymi głosami. Może gdybym zeszła niżej…

PLIM–PLAM–PLUM!

W budynku rozległ się sygnał grany na szklanych dzwoneczkach.

– Dzień dobry, dziewczęta – z głośnika popłynął miły, lecz surowy głos dyrektorki. – Dzisiaj jest środa, dziewiętnasty października, dzień patronki naszej szkoły. Przypominam, że obowiązują wyjściowe mundurki, lekcje będą skrócone, a po podwieczorku zostaną złożone kwiaty przed popiersiem panny August.

Skonsternowana, przystanęłam na chwilę. Od urodzenia nazywałam się August! Czy była to jedynie zbieżność nazwisk? W każdym razie w powieści, którą przeczytałam, o patronce nie padło ani jedno słowo. Zeszłam jeszcze kilka stopni, gdy wtem, między oderwaniem stopy od schodka a opuszczeniem jej na następny, zalała mnie powódź światła i dźwięków.

Zmrużyłam oczy. Internat tętnił życiem, jakby ktoś go włączył. Przez szyby zaglądał piękny, słoneczny dzień, niewątpliwie jesienny. Z dołu, z części, w której mieściła się jadalnia, unosił się niezbyt apetyczny, ale intensywny zapach kawy zbożowej. Na korytarz wychodziły ze swych pokoi dziewczęta. Te, które znałam z opisów, wyglądały znajomo, pozostałe jednak zlewały się w bezimienny tłum. Wszystkie miały podobny wzrost, długie włosy splecione w warkocz i nieruchome twarze, wszystkie też niosły białe ręczniki i kosmetyczki. Mieszkanki internatu mijały mnie – trzecia, piąta, dwunasta – a ja nie potrafiłabym ich odróżnić.

Przytłoczona mnogością bodźców, chwyciłam się poręczy. Tak zobaczyła mnie Katia wdrapująca się chyłkiem po schodach. Szła, nie patrząc w moją stronę, a jednak zwolniła, nerwowo strzeliła wzrokiem i nagle odezwała się ściszonym głosem:

– Twoje włosy, Anno! Zawsze miałaś warkocz.

Uniosłam dłonie ku chudej kitce.

– Cześć – szepnęła przyjaźnie. – Jestem Wiktoria. Nie Anna.

Katia przykucnęła, narażając opięty mundurek na katastrofę. W okolicach talii wykwitło jej spore wybrzuszenie. Markując sznurowanie buta, odszepnęła, niemal nie otwierając ust:

– Masz mi dokuczać, pamiętasz? A tak w ogóle – fajnie, że jesteś. Sądziłyśmy, że Sandra cię wymazała. Zapleć włosy, Anno. – Ostatnie słowo powiedziała z naciskiem.

Nachyliłam się ku otyłej dziewczynie, odnotowując z przykrością, że wszyscy ignorują tu moje prawdziwe imię.

– Co znaczy „wymazała”? – szepnęłam, dostosowując się do tej dziwacznej konspiracji. Nie mogłam oderwać wzroku od Katii. Jej obfite ciało napierało na cienki materiał koszuli, guziki trzymały się na słowo honoru.

– Skasowała. Usunęła z powieści.

– Co takiego? – zaśmiałam się nerwowo. A potem dodałam, nie mogąc się pohamować: – Ta bluzka zaraz ci pęknie.

Katia odskoczyła ode mnie jak oparzona.

– Och, dałabyś mi wreszcie święty spokój! Co ja ci takiego zrobiłam? – pisnęła histerycznie, szybko pokonała resztę schodów i pobiegła przed siebie, potrząsając obfitym biustem.

Wybałuszyłam oczy. Jej reakcja była tak idiotyczna, nieadekwatna do sytuacji i zaskakująca, że osłupiałam. Wokół mnie zaczął gromadzić się tłumek żądny dalszych atrakcji. Poderwałam się niczym dźgnięta szpilką, roztrąciłam go wściekle i podążyłam kawałek za biegnącą dziewczyną.

– Głupia pinda! – wrzasnęłam ustami Anny. – Biegnij! Leć! Może spalisz trochę sadła!

Katia zniknęła za rogiem, a uczennice rozeszły się spokojnie, jakby takie wybuchy były tu codziennością.

W ekspresowym tempie pokonałam drogę do pokoju i z mocą zatrzasnęłam za sobą drzwi, aż zakołysał się wiszący nad nimi krzyż. Cała dygotałam ze złości. Najchętniej wytargałabym ją za kudły! A ten jej tłuszcz wylewający się spod opiętej koszuli – ohyda. Że też takie obleśne monstra łażą po ziemi! Przycisnęłam dłoń do płaskiej piersi, żeby się uspokoić, i nagle dotarło do mnie, jak przesadnie zareagowałam. Właściwie co mnie tak zirytowało? Czemu krzyczałam na sympatyczną Katię? Dlaczego zachowałam się tak wrednie? Poza tym wcale nie była taka gruba. A gdyby nawet – jakie to miało znaczenie?

Dla mnie żadne, ale dla Anny…

Nerwowo przygryzłam niesforny kosmyk pętający się koło ust. Sytuacja, która miała miejsce na schodach, była łudząco podobna do sceny opisanej w rozdziale drugim. To samo miejsce, te same osoby. Nawet słowa były identyczne. Wsunęłam palce we włosy, wstrząśnięta tym odkryciem. Nieświadomie odegrałam rolę Anny. Ba! Przez chwilę nie tylko wyglądałam jak ona, ale nią byłam.

Po tej refleksji przyszła kolejna, jeszcze bardziej niepokojąca. Katia powiedziała, że wymazano mnie na kilka miesięcy. Skoro tak, to co się wtedy ze mną działo? Przecież nie istniałam ani w realu, ani w Internacie.

– Muszę się wyrwać z tego świata, muszę, jak najszybciej – szepnęłam. Odjęłam ręce od twarzy, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Faktycznie nie byłam sama. Na łóżku pod ścianą siedziała Ona – wciąż nie znałam jej imienia – i nie spuszczała ze mnie wzroku.

– Co się tak gapisz? – warknęłam, rozpuszczając włosy, żeby zapleść z nich warkocz.

Dziewczyna o pustym spojrzeniu wstała i bez słowa ruszyła do wyjścia. Była pora śniadania, najwyższy czas, by udać się do stołówki. Zlustrowałam jej gładką fryzurę, odświętny mundurek, który nie miał nawet jednego zagięcia, oraz idealnie równo podciągnięte ciemne podkolanówki – i zimny dreszcz przeszedł mi po plecach. Pustak przypominał androida, manekina, zombie, ale nie żywą nastolatkę.

– Stój! – zawołałam.

Dziewczyna, zatrzymawszy się przy drzwiach, wolno odwróciła głowę. Wciąż miała szklany wzrok, który zdawał się ogniskować daleko za mną. Tak patrzą chorzy z przymgloną świadomością lub psychopaci w starych horrorach.

– Jak ci na imię? – spytałam i od razu zbeształam się w myślach. Na co liczyłam? Moja współlokatorka wyglądała mało inteligentnie, nie oszukujmy się – aż dziw, że nie wpadała na ściany. Ku memu zdumieniu nieruchomą twarz ozdobił nagle grymas podobny do uśmiechu.

– Ja nie mam imienia – odparła. – Żadna z nas nie ma.

– Myślałam – wybąkałam – że nie mówisz. No wiesz, nic poza dialogami z powieści.

– Jakiej powieści?

***

Śniadanie nie miało smaku. Kawa zbożowa była ledwo ciepła, owsianka konsystencją przypominała rozmiękłą tekturę, a tosty skrzypiały w dziwny sposób, jakby ktoś skrobał stalówką po bloku rysunkowym. Żując te wątpliwe wytwory sztuki kulinarnej, wyłowiłam z pamięci czarno-białą ilustrację, którą ujrzałam w pierwszym wydaniu Internatu. Przedstawiała stołówkę, właśnie taką, jaką widziałam w tej chwili. Siedziały tam rzędem dziewczyny w mundurkach, bardziej zainteresowane Sandrą i jej towarzystwem niż posiłkiem. Dyrektorka patrzyła srogo nad ich głowami, one jednak zerkały ku zjawiskowej brunetce, nie mogąc się oprzeć jej czarowi. Do miss Photoshopu kleiła się zwłaszcza eteryczna blondynka, wpatrzona w nią jak w obraz.

Spojrzałam z ciekawością na dyrektorkę – w trwałej ondulacji wyglądała jak owca – a następnie ku głównej bohaterce powieści brylującej u szczytu stołu. Była tam, a jakże, i najwyraźniej odwzajemniała moje zainteresowanie. Sandra świdrowała mnie wzrokiem tak intensywnie, że omal się nie zakrztusiłam, długie place splotła w piramidkę, w kącikach jej ust błądził nieprzyjemny uśmieszek. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, powiedziała coś swojej towarzyszce i zachęcająco uniosła brwi.

– Idź do niej – szepnęła naraz moja współlokatorka. Siedziała obok mnie, po prawej, i mechaniczne unosiła łyżkę z owsianką. Raz, nabranie porcji, dwa, ruch w górę, trzy, połknięcie mazi. Więcej energii miała w sobie pralka.

– Co?

Łyżka zatrzymała się w pół drogi do ust.

– Żąda, żebyś przyszła.

– Skąd wiesz?

Dziewczyna, po raz pierwszy, odkąd ją zobaczyłam, uwidoczniła ślad emocji – jakby zażenowanie lub wstyd. Najwyraźniej było coś, co wolała przemilczeć, zatkała więc usta owsianką. Wtedy z naprzeciwka pochylił się ku mnie drugi pustak, kropka w kropkę taki sam jak ten, co siedział przy mnie, i powiedział:

– Idź natychmiast. Sandra nie lubi czekać.

Skrzywiłam się, pełna niechęci. Jakoś nie marzyłam o spacerach po stołówce w środku posiłku, pod obstrzałem spojrzeń całej szkoły. Byłam pewna, że samowolne odejście od talerza zwróci powszechną uwagę. I kiedy już podjęłam decyzję, że po prostu zignoruję dziwaczne wezwanie, poczułam bolesne kopnięcie w lewą kostkę. W oczach błysnęły mi gwiazdy. Syknęłam z bólu i odwróciłam się do uczennicy po lewej.

– Za co?

– Idź, do cholery, zanim zrobi nam piekło! – ponagliła mnie dziewczyna o pociągłej twarzy. Była wysoka, miała brązowe oczy i ciemne proste włosy, związane w koński ogon. Może i nie była szczególnie urodziwa, ale w powieści zajmowała sporo miejsca.

– Znam cię! – ucieszyłam się. – Ty jesteś Zuta Szemiotówna!

– Myślisz, że nie wiem? – syknęła Zuta, niemal nie otwierając ust. – Rusz dupę albo mamy tu przerąbane.

Dupę? Chyba można to było powiedzieć inaczej?

– Aleś ty ordynarna! – odparłam zniesmaczona.

Spojrzenie, które mi posłała, mogłoby zabić.

– Tak napisała mnie autorka. A teraz zapierniczaj na swoich chudych nóżkach do Sandry i bądź dla niej miła jak święty Mikołaj dla pięciolatki.

Niechętnie wstałam i kulejąc, ruszyłam wzdłuż stołu. Oczywiście, tak jak sądziłam, nie dane mi było przejść niezauważenie. W jednej chwili ściszone rozmowy zamilkły, wszystkie twarze odwróciły się ku mnie, nawet dzwonienie łyżek o talerze wyraźnie straciło na intensywności. Gorzej mogłabym się czuć tylko wtedy, gdybym maszerowała przed nimi nago. Czerwona jak burak, rozejrzałam się nerwowo. Dyrektorka oraz jakaś tleniona blondynka obok niej patrzyły na mnie, nie kryjąc zaskoczenia. Czas jakby zwolnił. Szłam i szłam, a stół stawał się coraz dłuższy. Na jego końcu siedziała zachwycona sobą Sandra, upiorna w swojej doskonałości. Jej uśmieszek stawał się coraz szerszy.

– Cłooo tłooo maaa znaaaszyyyć? – rozległ się poirytowany głos dyrektorki. Dźwięk był zniekształcony i zaskakująco niski, jakby odtwarzano go na zwolnionych obrotach. Jeszcze tylko kątem oka ujrzałam Katię mocno zaciskającą powieki i straciłam kontakt z podłożem. Nie byłam pewna, co to było – plama oleju? rozlana owsianka? – ale pojawiło się nagle i nie dało ominąć.

– Aaaa! – wrzasnęłam, trzepocząc rozpaczliwie ramionami. Nogi mi się rozjechały, odgięłam się w tył i z impetem trzasnęłam głową o coś twardego, a potem jeszcze raz, o posadzkę. To było jak eksplozja. Potworny ból rozsadził mi czaszkę, powędrował wzdłuż kręgosłupa i rozszedł się promieniście po całym ciele. Strumienie krwi wolno uniosły się w powietrze, jadalnia straciła kontury, a ja osunęłam się w ciemność. Na moment z cienia wyłoniła się twarz Sandry.

– Na drugi raz – usłyszałam – nie zwlekaj.

Świat zniknął jak zdmuchnięty.

Internat

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-989-2

Tekst © Izabela Degórska

Edycja © Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Wioletta Cyrulik

KOREKTA: Bartłomiej Kuczkowski

OKŁADKA: Paulina Radomska-Skierkowska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Internat Krew to nie wszystko Pamięć krwi 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia