Jedyna

Jedyna

Autorzy: Paweł M. Zawada

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Dla dzieci Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 11.00 zł

Jeśli odchodzi ktoś, kogo kochałeś, pozwól mu odejść i zacznij żyć na nowo.


Ta książka to krótka historia miłości, która trwała latami. To świadectwo wielkiej tęsknoty i historia o tym, jak każdego dnia na nowo traci się drugiego człowieka i uczy żyć w innej rzeczywistości – rzeczywistości „bez niej”. Ile błędów może popełnić człowiek…? Dlaczego czasami jedno słowo za dużo może pociągnąć za sobą konsekwencje, których brzemię trzeba będzie nosić przez pozostałą część życia…? Jak to jest, że dwóch niewypowiedzianych słów można żałować bardziej niż czegokolwiek innego…?

Ta krótka historia miłości to dowód na to, że zdarzają się jeszcze szczere uczucia i ludzie, którzy kochając, nie oczekują niczego w zamian. A przede wszystkim ta książka to próba uświadomienia wszystkim złaknionym miłości ludziom, że jutra może nie być. Dlatego warto zadbać o dzisiaj…


To tacy mężczyźni pociągali mnie przez całe życie – tacy, których trudno zrozumieć i trudno dotrzeć do ich wnętrza, a skoro „Jedyna” to fabuła oparta na losach mężczyzny moich marzeń, to jakże mogłaby mnie nie fascynować.

Joanna Balcar-Palinker,

czasemtakjestczasemtakjest.blogspot.com



„Jedyna” to książka krótka, ale pełna emocji! Polecam ją wszystkim romantycznym duszom.

Małgorzata Stanisławska,

czytelniczkaa97.blogspot.com


Paweł M. Zawada − student informatyki Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Nysie, stypendysta Burmistrza Nysy. Swoją przygodę z pisaniem rozpoczął w 2009 roku. „Jedyna” jest jego pierwszym w pełni dopracowanym dziełem literackim.

Samemu sobie,

by wstydem okryć wybujałe ego

SPIS TREŚCI

Jedyna

***

Światło odbijało się od kałuży i lekko kołysało pod wpływem małych fal wywoływanych przez delikatny wiatr szczypiący chłodem w policzki. Kiedy tylko wiatr ustępował, do twarzy docierało więcej ciepła i natychmiast znów czuło się dokuczliwy chłód. To był zimny wieczór, a mimo to ludzie gromadnie wychodzili na ulice. Robili to jednak tylko po to, by skryć się w ciepłych barach. Ja nie byłem jednym z nich. Byłem jednym z tych, którzy stojąc na mrozie, czekali na absolutne nic. Byłem zagubiony. Dobrze wiedziałem, gdzie się znajduję, jednak nie czułem żadnego celu mojej obecności. Ból na policzkach pomagał odcięciu myśli od głupich przemyśleń. Spacerowałem więc po rynku tego miasta, krążąc bezcelowo. W którymś momencie poczułem ból w kolanie, bezsensowny ból kompletnie pozbawiony przyczyny. Musiałem przerwać spacer, przysiadłem więc na ławce, która biła tym samym zimnem, które bombardowało policzki. Nagle zrobiło się dużo zimniej i dużo bardziej melancholijnie, myśli przybrały na sile. Nie byłem zadowolony z tego powodu. Plan spaceru przestał mieć sens, mogłem wracać, gdyby nie ból, który w swym bezsensie był dosyć uparty. Byłem świadomy tego, że nie przeminie, ale chciałem poczekać – póki odganiał ode mnie inne myśli, było dobrze. W którymś momencie stwierdziłem, że powinienem się zaopatrzyć w środki przeciwbólowe. Nie żebym chciał z nich korzystać, ale ewentualna możliwość sięgnięcia po to rozwiązanie było pocieszająca. Poszedłem więc powoli do najbliższego czynnego sklepu, lekko chwiejąc się, by odciążać zbolałą nogę. Wchodząc do środka, poczułem się jak gbur – żadnego powitania, żadnego spojrzenia, kiwnięcia głową. Intensywne myślenie o bólu odrywało od rzeczywistości. Często miewałem takie nielogiczne problemy. Bolące bez powodu partie ciała, ot tak, po prostu, dla potwierdzenia ich istnienia. Nigdy z nikim o tym nie rozmawiałem, a może jestem na coś chory. Sięgnąłem po tabletki. Położyłem je na ladzie, czekając na obsługę. Po chwili usłyszałem kilka odległych słów, po czym zapłaciłem i wyszedłem, znów czując przejmujący chłód. Nie miałem celu, dzisiejszy dzień był do stracenia, a raczej pozostała część tego wieczoru. Poszedłem więc do knajpy. Takiej, którą już znałem. Była dosyć ukryta, co powodowało, że można było znaleźć w niej kącik w sam raz dla mnie. Cicho grająca muzyka, gwar rozmów i dosyć ciemne otoczenie dało mi kolejną ucieczkę. Zamówiłem piwo i powoli sącząc, zastanawiałem się nad piciem w samotności. Picie samemu daje całkowicie odmienne wrażenia. Świat jest wtedy taki głęboki, a rzeczywistość staje się bardziej przystępna. Myśli stają się zbędne, przynajmniej czasami. Teraz były. Wsłuchiwałem się w muzykę i popijałem piwo, a gdy się skończyło, zamawiałem następne i tak dosyć bezstresowo mijał wieczór. Do czasu. W którymś momencie zadzwonił mój telefon. Odrywając mój umysł od braku myśli. Odebrałem, nie patrząc na to, kto dzwoni.

– Tak, słucham?

– Cześć, masz czas?

– Teraz? Raczej mam.

– A gdzie jesteś?

– Gdziekolwiek, a gdzie mnie potrzebujesz?

– Nie wiem. Możemy się spotkać w tym parku niedaleko mojego domu?

– Jasne, kiedy?

– Nie wiem, daleko jesteś?

– Nieważne, zaraz będę. Poczekam na ciebie.

Rozłączyłem się. To było ważne, szybko zapłaciłem i wypadłem z knajpy. Byłem daleko od celu. Nagle okazało się, ze alkohol nie był jednak taki nieistotny. Zimne powietrze jednak wspomagało trzeźwienie. Biegłem do celu, pomyślałem, że tak będzie najszybciej i najlepiej. Może nie był to najlepszy pomysł, ale był wystarczająco dobry, gdy usłyszałem jej łamiący się głos. Obyło się bez wypadku, ale bieganie w takim stanie nie jest dobrym pomysłem. Dobiegłem na miejsce i poczekałem na nią, przyszła po krótkim czasie, więc zauważyła moje zmęczenie. Zimne powietrze wciąż kłuło w płuca, a ja odczuwałem to dosyć mocno. Kręciło mi się w głowie, a ból w nodze powrócił ze zdwojoną siłą. Tak, to nie był najlepszy pomysł. Przybiegłem tu dla niej, a teraz patrzyła na mnie, jakbym to ja potrzebował pomocy. Podniosłem głowę i spojrzałem na nią. Część jej twarzy, która nie była skryta pod ściętą grzywką, świeciła bladością. Mimo to jej wąskie usta niezbyt wyraźnie odznaczały się na tym nieco upiornym tle. Nie odznaczałyby się wcale, gdyby nie pieprzyk nad ich kącikiem. Świat zawirował lekko od alkoholu i dużej ilości zimnego powietrza, dlatego opuściłem głowę z powrotem i starając się oddychać powoli, spytałem:

– Co się stało?

– Mogłeś powiedzieć, że jesteś zajęty.

– To nie było ważne.

– Nie jesteś trzeźwy.

– Ale jestem tutaj. Co chciałaś?

Nie odpowiedziała, a po chwili milczenia spytała:

– Z tobą wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?

Nie czułem się dobrze.

– To, co ze mną, nie ma teraz znaczenia. Jestem tu, bo tego chciałaś, o co chodziło?

– To nic aż tak ważnego.

– Jesteś pewna?

Milczała. Długo. Po czym powiedziała:

– Chodźmy, odprowadzę cię trochę.

Zgodziłem się. Nic innego nie miało sensu. Wciąż milczeliśmy, aż w końcu w którymś momencie odezwała się.

– No, tyle chyba wystarczy.

– Na pewno? Nie chcesz nic więcej? Nie powiesz, o co chodziło?

– Nie, wszystko w porządku.

– Nie sądzę.

Uśmiechnęła się i powiedziała:

– Trudno. Cześć. Do następnego razu.

– Cześć.

Odpowiedziałem i poszedłem w swoją stronę. Znów nic nie miało sensu, ale nie chciałem się rozwodzić na tą sytuacją, teraz chciałem już tylko dojść do domu. Droga była długa. Momentami przystawałem na chwilę, by odpocząć, męczyłem się z każdym kolejnym przystankiem. Czułem wzmagające się na mojej głowie ciepło. Stwierdziłem, że muszę się pospieszyć i jak najszybciej dojść do domu. Zrobiłem to w ciągu pięciu minut, chociaż równie dobrze mogło to być pół godziny. Wszedłem do środka, wziąłem szybki prysznic i położyłem się do snu. Nie mogłem zasnąć, zaczęły męczyć mnie myśli. Sięgnąłem po telefon, wszedłem w ostatnio odebrane i napisałem do niej krótką wiadomość, która zawierała w sobie tylko jedno słowo – przepraszam. Alkohol pomógł ze snem, zmęczenie po nim zabija natrętne myśli i pozwala mi zasnąć.

***

Spojrzałem przed siebie, nagie konary drzew drgały niespokojnie na wietrze. Ich szum docierał do moich uszu, przeganiając dotychczasową ciszę. Obróciłem się i spojrzałem na drogę, z której przybyłem. Widziałem moje ślady, które tworzyły wąską ścieżkę na piasku. Jego blada żółć ciągnęła się po szary horyzont, nie wiem, co tam robiłem. Nie wiem, czemu przeszedłem całą tę pustynię, by dojść do martwego lasu. I wtedy znowu poczułem tę nostalgię i tę melancholię, tę smutną tęsknotę za czymś, co już nie istniało. Ruszyłem więc w martwy las, by znaleźć miejsce, znaleźć to, za czym tęskniłem.

***

Rankiem obudziłem się, umyłem, ubrałem i czekałem na decyzję, moją decyzję dotyczącą zorganizowania początku tego dnia. Wybrałem pójście do sklepu po jakąś przekąskę. I coś do picia… Ranki na kacu nie są najgorszą rzeczą, są oderwane od zwykłej rzeczywistości, a to jest dla mnie dość pocieszające. Poszedłem do najbliższego sklepu, a w tracie marszu przypomniałem sobie o wczorajszej sytuacji i zacząłem się zastanawiać. Powinienem się do niej odezwać i przeprosić, może porozmawiać o tym, co się stało i o co tak właściwie chodziło. Mimo wszystko wiedziałem, że już za późno na cokolwiek. Czasami nie rozumiem działania mojej świadomości, czasem jestem gotów na wszystko, innym razem mam wątpliwości co do najbardziej błahych spraw. Wczoraj, niewiele myśląc, pobiegłem i byłem gotowy na wiele. Nie pomyślałem o tym, że ona może nie być na to przygotowana. Nie chciałem o tym myśleć. Nie było za krztynę sensu w myśleniu o czymś, czego nie można już zmienić. Skoro nie mam zamiaru nic robić i nie powinienem nic robić, to czemu wciąż zastanawiam się nad działaniem, a jeśli powinienem działać, to czemu po prostu tego nie robię?

Całe to rozmyślanie nie miało większego sensu, ale zawsze myślałem w ten sposób i było to dla mnie problematyczne. Geniusz ograniczany przez własną niezdolność do działania, zupełnie jakbym potrzebował jeszcze czegoś, by ruszyć do przodu. Ale nic takiego nie istniało, nic nie pchało mnie do działania.

Szczęśliwie, dotarcie do sklepu przerwało moje rozmyślania. Kupiłem gazowany napój w puszce i wafelka oblanego czekoladą, kiepski pomysł na śniadanie, ale nie miałem ochoty jeść, chciałem tylko znów odpłynąć w inny świat, tylko że to nie była jeszcze odpowiednia pora, dopiero zaczął się nowy dzień. Nie powinienem marnować kolejnego dnia na błędne włóczenie się, poza tym mrok wieczoru nadawał specjalnego klimatu miastu, dawał mi pewne poczucie bezpieczeństwa czy po prostu znajdowania się w odpowiednim miejscu. To była jedna z niewielu rzeczy, jaka potrafiła mnie urzec w miastach, oprócz tego była jeszcze gra bursztynowego światła latarni z odpowiednimi cieniami, ale to był rzadko spotykany widok, który tylko czasami potrafił mnie zachwycać. Miastom za często brakowało uroku. Wyszedłem ze sklepu, kompletnie nie zwracając uwagi na to, co działo się w środku. Kiedy wychodziłem, moja świadomość wymazała wszelkie wspomnienia odnośnie do zakupów, jakbym wszedł w inny świat, który znajdował się tak naprawdę tuż obok, tak bliski, że można go było zobaczyć przez szklaną witrynę. Mały i nic nieznaczący świat pośród innego większego i równie bezcelowego świata. Dzisiaj był kolejny, wolny dzień i mogłem go dowolnie zaprzepaścić, ale nie chciałem go bezczelnie marnotrawić, zbyt często żałowałem takich decyzji. Pomyślałem, że mógłbym pójść do niej, przeprosić ją, może porozmawiać o tym, czego chciała, dzwoniąc wczorajszej nocy. Nie chciałem jej się więcej naprzykrzać. Myślę, że wczorajsze zdarzenie było dla niej tylko problemem, ponieważ potrzebowała pewnie czegoś innego, a raczej na pewno potrzebowała czegoś innego. Nie powinienem tego robić, ale wolno zacząłem kierować się w kierunku jej domu, jedząc wafelka i popijając go napojem. Zastanawiałem się, co powinienem jej powiedzieć. Nic nie przychodziło mi do głowy, jeszcze nie byłem na to gotowy, ale stwierdziłem, że nie mogę z tym czekać. Lepiej załatwiać takie rzeczy od razu, żeby później to nie wracało, żeby później nie mieć problemów z przeszłością. Będąc już blisko jej domu, zwątpiłem. Wciąż nie miałem nic konkretnego do powiedzenia. Moje działania znów pozbawione były sensu. Znów tylko zareaguję za szybko i po prostu źle, nieodpowiednio. Postanowiłem jednak, że trzeba to zrobić. Przyspieszyłem więc nieco kroku, by uspokoić dygoczące ciało, jakbym bał się tego, co ma się za chwilę wydarzyć. Może naprawdę się bałem? Naciśnięcie dzwonka wyklarowało wszystkie emocje i byłem pewien, że się bałem. To ona otworzyła drzwi, wyglądała niepewnie, widać było, że nie wie, co zrobić. Zaprosiła mnie jednak do środka i poszliśmy do jej pokoju.

– Przepraszam za wczoraj.

Nie umiałem powiedzieć nic innego, nic, co byłoby bardziej naturalne.

– To nic, nie przejmuj się.

– O co chodziło?

– Nieważne, po prostu trochę…

Nie umiała znaleźć słowa. Nie musiała. Nie szukała, po prostu nie wiedziała, jak to określić, a ja rozumiałem. Nie pytałem już o nic więcej. Po chwili milczenia powiedziałem, że chyba lepiej będzie, jak już pójdę. Nie próbowała mnie zatrzymać. Odprowadziła tylko do wyjścia i pożegnała się bez przekonania. Coś było nie tak, ale moja osoba nie wpisywała się w rozwiązanie problemu. Nie umiałem zadziałać bardziej, ale nie mogłem też o tym zapomnieć. Całą drogę do domu zastanawiałem się, wciąż szukając odpowiedzi.

Odpowiedzi jednak nigdy nie przychodzą, jeśli nie ma odpowiedniej ilości informacji. Są tylko domysły, setki domysłów. Setki niepotrzebnych myśli, setki myśli o wtrącaniu się w czyjeś życie.

Nie mogłem znaleźć żadnej ucieczki przed tymi myślami. Dużo czasu zajęło mi dotarcie do domu, długo wracałem, bo nie szukałem sposobu na dotarcie w odpowiednie miejsce. Nie wiem, czego szukałem, chodząc bezwiednie po ulicach. Po powrocie do domu włóczyłem się po pustych wnętrzach. To, co nazywam domem, było niewielkim mieszkaniem z jednym pokojem i osobną, małą kuchnią. W którymś momencie poczułem już głód i pomyślałem, że przydałoby się zjeść normalny obiad. Nie miałem szczególnej ochoty na nic konkretnego, jednak w którymś momencie tknęło mnie na spaghetti. To był dobry pomysł: łatwe i szybkie, bardzo lubiłem to w tym daniu. Poza smakiem i zapachem oczywiście. Jedną z głównych zalet i zarazem wad spaghetti jest zapach, który niesie się długo po ukończeniu dania, złośliwie pobudzając apetyt. Lubiłem gotować, często nie zdawałem sobie sprawy z tego, że gotowanie było wspaniałą częścią mojej wielkiej ucieczki. Nie tylko nie myślałem o niczym innym, nawet o tym, co robiłem, ale wytwarzałem dodatkowo satysfakcjonujący produkt. Stwierdziłem, że za rzadko gotuję. Nadszedł czas, aby to zmienić. Może…

Brakowało mi przekonania w czymkolwiek. Myśli leniwie snuły się i mieszały z zapachem, zapach przynosił spokój rozedrganemu sercu. Kuchnia miała w końcu w sobie nieco życia, ale tylko odrobinę. Puste krzesło bacznie obserwowało moje zmagania, czekając na gościa, który jest ważną częścią życia, ale nikt nie przychodził. Nikt nie wypełniał tego miejsca. Ta widoczna pustka za stołem pobudzała myśli i z czasem zabijała smak. Jedzenie zdawało się po prostu bezcelowe, pozbawione sensu i znaczenia. Aż do pustki talerza. Przygnębienie znów zachęciło mnie do włóczenia się po tak obcym mieście. Moim obcym mieście. Wyszedłem, wkładając płaszcz i ukrywając się w jego kołnierzu, nisko opuszczając rondo kapelusza. I tak wyruszałem w kolejną podróż.

Nie umiem uciec własnym myślom, nigdy nie udało mi się uciec samemu, więc skierowałem swoje kroki ku przyjaznej przystani, przystani, która zawsze na mnie czekała, zawsze poświęcając troszkę czasu, niezależnie od wszystkiego. Nieraz zawadzałem w tym miejscu, jednak ono zawsze czekało, by mnie ugościć, czasami nawet w złości, ale zawsze było pełne zapewnienia, że nie żyję tylko dla siebie. Wyciągnąłem telefon i wybrałem numer.

– Spoko, jestem wolny, możesz wpaść.

– Dzięki, zaraz będę.

Przyspieszyłem kroku. Kiedy mam cel, wolę iść szybciej. Nie wiem dlaczego, pośpiech nie miał sensu, ale z jego pomocą wkrótce dotarłem na miejsce. Widok przyjaciela zawsze był dla mnie kojący, jakby sama jego obecność mówiła, że wszystko jest dobrze i czeka mnie tylko świetlana przyszłość. Nawet, jeśli było inaczej, to świadomość przygniatała przeciwności, przez co negatywy traciły swoje znaczenie. Po krótkim powitaniu przeszliśmy do kuchni.

– Herbaty?

– Jasne, chętnie.

I zaczęły mijać minuty, minuty pozbawione słów, minuty oddane myśleniu i zadawaniu sobie pytania, dlaczego w ogóle tu jestem. I brak odpowiedzi. Emocje odciskające się na mojej twarzy i baczne oczy niemo badające, wciąż czekające na wyjaśnienia. W końcu spytał:

– Dlaczego przyszedłeś?

– Nie wiem. Nie uważasz, że to wszystko jest takie strasznie puste?

– Nie wiem. Masz coś konkretnego na myśli?

– Nie wiem… Jadłem obiad. Sam.

– Brakuje ci kogoś?

– Nie wiem. Czy kiedykolwiek był ktoś taki? Może mi brakować czegoś, czego nigdy nie miałem?

– Nigdy tego nie miałeś?

– Nie wiem…

Chwila milczenia, która mogła być nawet dłuższą chwilą pożerającą całe minuty.

– Za dużo myślisz.

– Wiem.

– I przesadzasz nieco.

– Wiem.

– To co ci mam jeszcze powiedzieć?

– Nie wiem.

– Stary…

Stary, dlaczego w ogóle zaczęliśmy tak do siebie mówić? Mam wrażenie, że chodziło o to, że nasze rozmowy często były tak ciężkie, że to był sposób na powiedzenie sobie: „Spoko, jesteśmy jeszcze młodzi, a gadamy o takich sprawach”. To miało być takie odbicie od tego ciężaru, zbyt wielkiego, który niepotrzebnie braliśmy na barki. Czy mój przyjaciel też tak o tym myśli?

– Brakuje mi czegoś.

– Wiem… Może powinieneś bardziej tego szukać?

– Ale wiesz, jaki jestem…

– Znowu przychodzisz użalać się nad sobą?

– Ni… – nie dał mi dokończyć.

– Po co znów chcesz się dołować, skoro nie chcesz nic zmienić?

Nie mam odpowiedzi na takie pytania, trafiają w sedno. Może po prostu chcę czasami być smutny? Nie wiem, jakie to ma znaczenie. Chyba po prostu nie chcę być pozbawiony emocji.

– Nie wiem. Znowu przychodzę. Nie wiem, dlaczego. Nie panuję…

– No, ale co zmieni to, że będziesz w tym trwać?

– Nic. Ale…

– Co: ale?

– Nie wiem.

– No widzisz.

Znowu długa cisza i popijanie herbaty. Aż do końca, potem szybkie pożegnanie pełne niedopowiedzeń i myśli. Często wychodziłem w pośpiechu, jakby goniąc za własnymi myślami.

Wiele pytań w mojej głowie i to jedno… Szukam miłości?

Uderzyła mnie moja własna niepewność co do własnych pragnień. Wyszedłem i od razu zacząłem szukać nowego celu. Ciągle szukałem jakiegoś celu i tak szukając, potrafiłem spędzać godziny. Godziny na bezcelowych poszukiwaniach. Pomyślałem, że mogę znów zacząć czytać książki, żeby ulecieć w szelest kartek i setki liter. Przez tę myśl skierowałem swoje kroki ku księgarni.

Księgarnia była dosyć mała i wyglądała bardziej na małą bibliotekę niż księgarnię. Po drodze zastanawiałem się, co powinienem zacząć czytać, nic nie wpadło mi do głowy, co przyczyniło się do tego, że sprzedawczyni, która najwyraźniej zauważyła mój wzrok długo błądzący po półkach, odezwała się i spytała:

– Szuka pan czegoś konkretnego?

– Nie wiem.

– Może coś doradzić? Poezja? Proza? Jaki gatunek pana interesuje?

Nie miałem pojęcia, co jej odpowiedzieć, ale miło było zobaczyć kogoś tak zakochanego w książkach, jak ona. Jej głos sprowadził moje oczy na jej twarz. Co wprowadziło mnie w zaskoczenie. Wchodząc, byłem tak skupiony na książkach, że nie spostrzegłem, że pani sprzedająca książki jest w istocie uroczą, blondwłosą księgareczką, mniej więcej w moim wieku. Piękna kobieta, która czyta, to widok podnoszący na duchu. Spojrzenie na nią okazało się jednak zbyt odciągające od wyboru książki. Odruchowo odpowiedziałem więc:

– Nie wiem.

W tym momencie zdałem sobie sprawę, że ostatnio nic nie wiem, że nie mogę się na nic zdecydować i zamiast pomyśleć, a potem wybrać, powtarzam wciąż szybkie „nie wiem” i uciekam od problemu. Zmieniłem więc szybko moje zdanie i powiedziałem to, co wpadło mi na myśl jako pierwsze:

– Ostatnio ponownie usłyszałem parę dobrych słów o Wisławie Szymborskiej, czy mogłaby mi pani polecić coś z jej twórczości?

Zabrzmiało to drastycznie dziwnie i mocno snobistycznie, jakby tych parę słów przekonało mnie do tego, abym dał Szymborskiej szansę. Sprzedawczyni jednak odebrała to w sposób humorystyczny i mniej poważnym głosem niż mój odpowiedziała:

– Ależ oczywiście, jest wiele do polecenia z twórczości tej poetki.

Po tych słowach włożyła mi w dłonie tomik poezji, z którym podszedłem do kasy. Moje myśli zaczęły krążyć gdzie indziej i świat realny przestał mieć znaczenie. Nie zwracając już na nic więcej uwagi, kupiłem książkę i wyszedłem z księgarni, kierując się prosto do domu. Szybko coś zjadłem i padłem na łóżko. Natychmiast straciłem świadomość.

Jedyna

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-968-7

© Paweł M. Zawada i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Magdalena Marciniak

KOREKTA: Elżbieta Zasempa

OKŁADKA: Wiola Pierzgalska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jedyna 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia