Jak z nim wytrzymać, kiedy pojawią się dzieci

Jak z nim wytrzymać, kiedy pojawią się dzieci

Autorzy: Jancee Dunn

Wydawnictwo: Buchmann

Kategorie: Edukacja Poradniki

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 23.52 zł

 

Jak odzyskać równowagę w związku, gdy pojawią się dzieci

Dziennikarka i pisarka Jancee Dunn przedstawia swój najnowszy poradnik dla par, borykających się z kryzysem po narodzinach dziecka. Natłok obowiązków domowych i zawodowych, opieka nad dzieckiem, a przede wszystkim nierównomierny podział zadań między matką a ojcem – to wszystko jest źródłem napięć i frustracji.

Autorka – matka sześciolatki – bazuje na swoich własnych doświadczeniach: przytacza kłótnie z mężem, poszczególne konfliktogenne sytuacje, spotkania z terapeutą małżeńskim. Pokazuje między innymi konkretne rozwiązania, strategie z zakresu teorii komunikacji oraz porady zasłyszane u różnych terapeutów. Zawsze są one przeplecione relacją z testowania ich w rzeczywistości przez autorkę lub jej znajome, wypowiedziami ekspertów, przytoczeniem wyników badań. Po części zapiski osobistych przeżyć, po części poradnik jak naprawić relację nadszarpniętą pojawieniem się nowego członka rodziny.

JAK Z NIM WYTRZYMAĆ, KIEDY POJAWIĄ SIĘ DZIECI

JANCEE DUNN

Przełożyła: Magdalena Grala-Kowalska

Tytuł oryginału: How Not to Hate Your Husband After Kids

Autorka: Jancee Dunn

Redaktor inicjująca: Magdalena Marciniak

Kompleksowe opracowanie projektu: Quendi Language Services w składzie:

Tłumaczenie: Magdalena Grala-Kowalska

Redakcja: Anna Stawińska

Korekta: Sylwia Ciuła

Skład i łamanie: TYPO

Ilustracja na okładce © Maria Straus/ shutterstock.com

Copyright © 2017 by Jancee Dunn

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydawca:

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

Ul. Domaniewska 48, 02-672, Warszawa

tel. 22 826 08 82, 22 828 98 08

e-mail: biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN: 978-83-280-6102-6

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Motto

***

Rodzicielski konflikt: wstęp

Matki, ojcowie, problemy

„Rusz tyłek i zacznij pomagać!”, czyli wstrząsające spotkanie z Człowiekiem z Bostonu

Bez walki do pralki, czyli jak dzielić się obowiązkami

Reguły walki

Jak nie znienawidzić weekendów, kiedy pojawią się dzieci – czyli czas wolny inaczej

Czy wiedziałaś, że twoje dziecko potrafi samo składać pranie?

Przez łóżko do serca

Dzieci: nowe źródło deficytu w domowym budżecie

Mniej bałaganu, mniej kłótni

Prędzej czy później zostaniecie znów tylko we dwoje. No chyba że nadejdzie kolejna recesja

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Nosisz w sobie wszystkie składniki, aby obrócić swoje istnienie w radość. Mieszaj je, mieszaj!

– Hafiz

***

Uwaga: Niniejsza książka przeznaczona jest dla partnerów i rodziców, którzy określają swój związek jako „dobry” lub „przyzwoity”, choć czują, że mogłoby być lepiej. Pary borykające się z poważnymi problemami, takimi jak choroba psychiczna, przemoc fizyczna czy używki, powinny zwrócić się po pomoc do odpowiednich specjalistów.

Rodzicielski konflikt: wstęp

Kiedy pojawia się dziecko, to tak, jakbyście wysadzili wasze małżeństwo w powietrze. Gdy opadnie kurz, będzie ono zupełnie inne niż przedtem.

– Nora Ephron

Gdy byłam w szóstym miesiącu ciąży, umówiłam się z przyjaciółkami na lunch. Wprost nie mogły się doczekać, żeby podzielić się ze mną swoją ciężko zdobytą wiedzą na temat uroków macierzyństwa. Naszą spokojną zazwyczaj knajpkę wypełnił rwetes, gdy dziewczyny, gestykulując, przekrzykiwały się jedna przez drugą, niczym uliczni gracze w kości. Zasypały mnie taką liczbą dobrych porad, że byłam zmuszona wyjąć z torebki notes. „Wziąć klapki do szpitala, obleśne prysznice”, zanotowałam skrzętnie. „Mokre chusteczki Huggies, dobre, bo grube”. „Zamrozić w lodówce wkładki maxi na obolałe krocze”.

– Aha, i przygotuj się na to, że znienawidzisz swojego męża – rzuciła mimochodem Lauren. Podniosłam wzrok znad notesu, gdzie właśnie zapisałam, żeby „przy kolce poruszać nóżkami dziecka, jakby pedałowało na rowerze”.

– Nie masz racji – odparłam spokojnie. Wymieniłam kilka powodów, dlaczego uważam swoje małżeństwo za wyjątkowo trwałe: Tom i ja jesteśmy razem od prawie dziesięciu lat. Zbliżamy się do wieku średniego, więc kłótnie są dla nas niepotrzebną stratą energii. A co najważniejsze, jesteśmy spokojnymi pisarzami, wiodącymi niemal pustelnicze życie, którzy na niespodziewany hałas podrywają się z miejsc niczym spłoszone antylopy.

Spojrzałam na twarze przyjaciółek, które z trudem starały się powstrzymać uśmieszki na ustach. W ciągu kolejnych kilku miesięcy usłyszałam jeszcze tonę rodzicielskich mądrości: „Pożegnaj się z przespanymi nocami”. „Nigdy więcej nie będziesz uprawiać seksu i uwierz mi, to będzie ulga”. „Poród naturalny? Będziesz błagać, żeby podali ci epidural, zwłaszcza jeśli rozejdzie ci się miednica, tak jak mi”.

Szczególnie zapadła mi w pamięć rada mojego przyjaciela Justina, ojca trójki dzieci:

– Lepiej zawczasu obejrzyj wszystkie filmy, jakie tylko masz ochotę – powiedział, kręcąc ponuro głową. – Potem nie będzie na to szans.

Przyjrzałam mu się uważnie. Bycie mamą jest tak przytłaczające, że nie będę w stanie usiąść na kanapie i obejrzeć żadnego filmu? Już nigdy w życiu?

* * *

Jak się okazało, Justin mylił się – pierwszy film obejrzałam tydzień po porodzie.

Ale Lauren miała rację.

Wkrótce po pojawieniu się na świecie naszej córeczki Tom i ja odbyliśmy swoją pierwszą awanturę w roli świeżo upieczonych rodziców. Mówiąc dokładniej, awanturę zrobiłam ja.

Wszystko zaczęło się od pozornie banalnej rzeczy, która jest jednak źródłem zatrważającej liczby kłótni pomiędzy rodzicami noworodków: kto tym razem powinien opróżnić pojemnik na zużyte pieluchy. Tego dnia była kolej Toma. Worek z pieluchami urósł już do rozmiarów pytona i wyglądał, jakby miał za chwilę wyskoczyć z kosza niczym zabawka na sprężynce. Dolatujący z niego odór szczelnie wypełniał nasze niewielkie mieszkanko na Brooklynie.

– Wyrzuć pieluchy! – zawołałam z kanapy, na której akurat karmiłam Sylvie piersią. – Od tych oparów kręci mi się w głowie.

– Chwilę! – odkrzyknął Tom z sypialni. Jego mechaniczny ton głosu zdradzał, że jest w trakcie partyjki komputerowych szachów. Miał na tę okazję przygotowany zestaw automatycznych reakcji, niczym nakręcana zabawka: „aha, aha”; „serio?” oraz: „wow, to świetnie!” (tak zareagował, kiedy powiedziałam mu, że mam jakiś podejrzany guzek na nodze).

Tym razem błyskawicznie zalała mnie fala złości. Ostrożnie odłożyłam małą do łóżeczka, wparowałam do sypialni i obrzuciłam Toma stekiem wyzwisk, których nie miałam w ustach od czasów nastoletniego buntu. Kretyn. Dupek. Palant. Moja wściekłość zaskoczyła nas oboje. Niemal od razu poczułam wstyd. To prawda, że rządziły mną hormony, byłam niewyspana i przytłoczona nagłym rozmnożeniem się prania i sprzątania. Ale kocham swojego męża i to bardzo – inaczej nie zaszłabym z nim w ciążę. O tym, że chcę za niego wyjść, zdecydowałam po dwóch tygodniach naszej znajomości; był najbardziej interesującą osobą, jaką kiedykolwiek poznałam w życiu. Urzekło mnie, jak rumieni się, gdy rozmawiamy, co sprawiało, że jeszcze mocniej pochylałam się w jego stronę, potęgując jego zakłopotanie. W pierwszych miesiącach małżeństwa, podczas naszych spokojnych wieczorów w domowym zaciszu, często przypominałam sobie, jak Christopher Isherwood opisał pewną parę zajętą czytaniem: „oboje pochłonięci swoimi książkami, a jednak w pełni świadomi wzajemnej obecności”.

Nie wiem dokładnie, kim jest palant, ale z całą pewnością nie ma cech Toma. Mój mąż jest kochanym, troskliwym człowiekiem i wspaniałym ojcem, który potrafi godzinami zajmować się naszą córką, z anielską cierpliwością rozgrywając z nią kolejne partie chińczyka. Nie odmawia jej niczego; gdy w mroźny niedzielny poranek Sylvie błaga go, żeby zabrał ją na rower, jego zwyczajowa odpowiedź brzmi: „niokej”. „Nie”. A po pięciu sekundach: „Okej”. Jego gotowość, aby stanąć w jej obronie, przybiera wręcz komiczną formę. Kiedyś na placu zabaw do Sylvie przyczepiła się starsza dziewczynka. Tom przyglądał się im z boku posępnym wzrokiem.

Starsza dziewczynka:

– Nie umiesz przechodzić po drążkach! Jesteś za mała! Nie jesteś taka silna jak ja!

Sylvie milczy, więc dziewczynka zaczyna powtarzać śpiewnym głosem:

– Nie umiesz! Nie umiesz!

Nagle obok niej, niczym góra, wyrasta Tom. Dziewczynka musi zadrzeć głowę, żeby na niego spojrzeć.

– Dobra, to zobaczmy jak tobie idzie! – rzuca.

Dziewczynka podskakuje i łapie się pierwszego drążka, potem kolejnego. Po trzech spada na ziemię, ale szybko wskakuje z powrotem.

Tom, ze stoickim spokojem:

– Spadłaś! Oszukujesz. To ty nie umiesz przechodzić po drążkach.

Dziewczynka odbiega.

Niemniej oprócz konfliktów na placu zabaw Tom nie jest fizycznie w stanie ścierpieć kłótni. W chwili, w której zaczynam podnosić na niego głos, zamyka się w sobie niczym przerażony ślimak w skorupie. Podczas gdy mnie zdarzyło się już grozić mu rozwodem i obrzucać go wszystkimi znanymi słownikom inwektywami, on ani na razu – naprawdę ani razu – nie odwdzięczył mi się tym samym. Wrzeszczenie na sympatycznego, łagodnego wielbiciela szachów, który w wolnym czasie lubi czytać książki i obserwować ptaki, nie daje mi szczególnej satysfakcji.

Czy naprawdę kosz na pieluchy trzeba było opróżnić właśnie wtedy? Czy groziła nam katastrofa ekologiczna? Mogłam poczekać, aż Tom skończy grać. Ale od tamtej pory niechęć do niego sączyła się ze mnie nieustannie niczym pokarm podczas nawału mlecznego. Dziś nasza córka ma sześć lat, a my nadal kłócimy się, często i ostro. Dlaczego, gdy chodzi o opiekę nad dzieckiem i obowiązki domowe, moja cierpliwość kurczy się do rozmiarów główki od szpilki?

Nie mogę się nadziwić, że doszliśmy do tego stanu. Przed urodzeniem dziecka byłam pewna, że mój postępowy mąż i ja, dwoje niezależnych pisarzy, w naturalny sposób stworzymy zgrany rodzicielski tandem. Po ślubie Tom zajmował się gotowaniem, ja wzięłam na siebie większość pozostałych obowiązków domowych. Zakupy i pranie robiliśmy wspólnie. Gdy zaszłam w ciążę, mąż zapewnił mnie z pełnym przekonaniem, że jest gotowy dzielić się dyżurami przy zmianie pieluch.

Wyglądało na to, że jak zawsze, wszystko w naturalny sposób samo się ułoży.

Nieobce były mi też optymistyczne doniesienia naukowe, że współcześni mężczyźni – w przeciwieństwie do żywicieli poprzednich epok – są dużo aktywniej zaangażowani w wychowywanie dzieci. Badanie przeprowadzone przez Pew Research Center wykazało, że dzisiejsi pracujący ojcowie równie często co ich pracujące żony przyznają, że woleliby zamiast tego zajmować się dzieckiem. Żyjemy w czasach, w których przyszli tatusiowie urządzają sobie „męskie babyshower” (według pewnego dostawcy akcesoriów imprezowych popularne motywy takich spotkań to: „grill, dzieci, piwo”), a w internecie pojawia się coraz więcej portali adresowanych wyłącznie do ojców, takich jak popularny w Stanach Zjednoczonych Fatherly.com, gdzie oprócz standardowych treści (ilustrowany przewodnik o przybijaniu piątek, wskazówki byłego komandosa, jak zdominować zabawę w chowanego) pojawiają się także artykuły podpowiadające, jak wychować córkę na silną kobietę – co według założycieli serwisu jest odpowiedzią na zapotrzebowanie męskiego grona czytelników.

Jednocześnie zmienia się podejście mężczyzn do obowiązków domowych. Wspomniane już badanie Pew Research Center pokazuje, że od 1965 r. czas, jaki mężczyźni poświęcają na prace w gospodarstwie domowym, wzrósł ponad dwukrotnie, z czterech do dziesięciu godzin tygodniowo. Niemniej zdaniem socjologa Scotta Coltrane’a, panowie selektywnie podchodzą do rodzaju wykonywanych czynności. Jego zdaniem spośród „wielkiej piątki” – gotowanie, sprzątanie ze stołu, zakupy, sprzątanie i pranie – mężczyźni są mniej skłonni zająć się praniem i sprzątaniem, a przychylniej podchodzą do gotowania, sprzątania ze stołu i zakupów spożywczych.

Ponieważ Tom i ja mieliśmy dość jasny podział obowiązków domowych – podobno nasze pokolenie jako pierwsze zaczęło oczekiwać takiego podziału – zakładałam, że po narodzinach dziecka po prostu dodamy do nich nowe. Tymczasem kiedy Sylvie pojawiła się na świecie, bardzo szybko popadliśmy w tradycyjne męskie i kobiece role, które w młodości obserwowaliśmy u własnych rodziców, a które okazały się w nas silniej zakorzenione, niż przypuszczałam (ostatecznie od poprzedniego modelu rodziny dzieli nas tylko pokolenie naszych dziadków). Nie planowaliśmy tego w żaden sposób – tak wyszło. Ponieważ i tak szykowałam jedzenie dla córeczki, zaczęłam gotować i robić zakupy dla wszystkich. Ponieważ prałam jej ubranka, przy okazji zaczęłam prać także nasze ubrania. Gdy Sylvie była malutka, siedziałam z nią w domu w ciągu dnia i stopniowo, z przyzwyczajenia, moje dyżury zaczęły przeciągać się również na wieczory.

Taki scenariusz nie jest rzadkością. Badanie przeprowadzone przez stan Ohio wśród pracujących par, którym urodziło się pierwsze dziecko, wykazało, że mężczyźni stosunkowo równo dzielili się obowiązkami domowymi ze swoimi partnerkami – zanim zostali ojcami. W okolicach dziewiątego miesiąca życia niemowlęcia kobiety poświęcały średnio 37 godzin tygodniowo na opiekę nad maleństwem i obowiązki domowe, a mężczyźni – jedynie 24 godziny, nawet jeśli oboje w równym wymiarze pracowali zawodowo. Dodatkowo, zajmując się dziećmi, ojcowie preferowali przyjemne zajęcia, takie jak wieczorne czytanie bajek, wobec mniej spektakularnych zadań w rodzaju zmiany pieluch (a przecież od narodzin dziecka poświęcali pięć godzin mniej niż ich partnerki na sprzątanie).

Gwoli sprawiedliwości współautorka badania, Sarah Schoppe-Sullivan, zaznacza, że świeżo upieczeni ojcowie nie zdawali sobie sprawy, iż nie nadążają za piętrzącymi się pracami domowymi.

– Byliśmy zaskoczeni ich mylnym obrazem sytuacji – powiedziała mi. – Obydwoje rodzice mieli poczucie, że od czasu narodzin dziecka spadło na nich znacznie więcej obowiązków, ale w przypadku mężczyzn ta perspektywa była wyjątkowo nieprecyzyjna.

Obecnie Tom wykonuje około dziesięciu procent prac w domu. Twierdzi przy tym, że jest konsekwentny, bo jako kawaler również wykonywał dziesięć procent (to akurat mogę potwierdzić; w początkach naszego związku, podczas pierwszej wizyty w jego mieszkaniu, w lodówce znalazłam jedynie obrosły futerkiem słoik salsy).

Chciałabym, żeby te jego dziesięć procent wystarczało. Ale nie wystarcza. Zamiast tego mam poczucie, jakby mój mąż był gościem w moim hotelu. Nieustannie rzucam do niego ciche, feministyczne testy, żeby sprawdzić, czy zareaguje i pomoże. Wciąż go punktuję. Dodatkowo moją złość potęguje fakt, że jakimś cudem Tomowi udaje się spędzać weekendy jakby wciąż był beztroskim kawalerem. Jego sobota zwyczajowo rozpoczyna się od gry w piłkę z kolegami lub pięciogodzinnej przejażdżki rowerowej (jakoś tak się złożyło, że wkręcił się w sporty wytrzymałościowe z chwilą przecięcia pępowiny, jakby szczęk nożyc był dla niego sygnałem startowym w siną dal). Po sportowym poranku następuje relaksujący, dwudziestominutowy prysznic, późne śniadanie, długa drzemka i przeglądanie czasopism. W tym czasie ja wożę córeczkę na niezliczone przyjęcia urodzinowe i odwiedziny u koleżanek. W weekendowe wieczory Tom nie pyta mnie o zdanie, jeśli chce się umówić z kumplami na piwo, po prostu ulatnia się o dowolnej porze, zakładając, że zajmę się kąpielą i usypianiem Sylvie. Ale czyja to wina? Pozwoliłam mu na to, owładnięta ambicją, aby robić wszystko sama. Czy mam teraz prawo złościć się, gdy Tom (w moim odczuciu – nadąsany) wymyka się do sypialni na popołudniową drzemkę?

Przez większość czasu tłumię w sobie rosnącą irytację, aby przy byle pretekście wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Zwykle wygląda to tak: jestem w kuchni, jednocześnie gotuję obiad, sprawdzam pracę domową Sylvie, opróżniam jej chlebak, a przy okazji rozładowuję zmywarkę. Widzę, że Tom rusza w naszą stronę i czuję ulgę – nadchodzi pomoc. Ale nie, on zręcznie wymija wszystkie przeszkody na placu boju, aby dostać się do lodówki i nalać sobie kieliszek wina.

Tom (otwierając lodówkę i marszcząc czoło):

– Nie ma już wina?

Ja (bez zainteresowania):

– Chyba nie.

Tom, nieco głośniej:

– Nie kupiłaś dzisiaj wina?

Ja:

– A co, zostałam nagle kierownikiem spiżarni? Ogromnie przepraszam, lordzie Grantham! Powiadomię personel o tych brakach!

Tom:

– Chodziło mi o to, że byłaś rano w sklepie, więc...

Ja (wściekłym tonem):

– Wiem, o co ci chodziło, palancie!

Gdy nasza wymiana zdań nabiera rumieńców, przybiega nasza córka i staje w obronnej pozycji pomiędzy Tomem a mną, prosząc, żebym nie krzyczała na tatę.

– Ale my tylko rozmawiamy, kochanie – mówię szybko.

W jednym z licznych poradników dla rodziców, które piętrzą się na mojej szafce nocnej, przeczytałam, że jeśli zdarza nam się pokłócić przy dziecku, powinniśmy wyraźnie pokazać mu, jak się godzimy, pozwalając mu doświadczyć „zdrowego rozwiązania konfliktu”.

– No już – mówię pojednawczym tonem. – Teraz przytulę tatę. Czasami zdarzają nam się sprzeczki, ale zawsze się godzimy, bo się kochamy. O, widzisz?

Podchodzę do Toma. Stoję plecami do Sylvie, więc córeczka nie widzi, że przytulając męża, po kryjomu pokazuję mu środkowy palec i szepczę bezgłośnie:

– Pieprz się!

To jasne, że moja reakcja była przesadna. Ale Tom mógł iść do sklepu i sam kupić butelkę wina, darowując sobie wielkopańskie komentarze. Niemniej czuję się jak podstępna wiedźma, która tylko czyha na jego potknięcie (w sądownictwie określa się to mianem „prowokacji”.) A gdy już wybucham, świadomie postanawiając dać upust swojej złości bez względu na uczucia córki, zastanawiam się, czy chwila triumfu była tego warta? Moja troska o dobro Sylvie okazuje się niepokojąco selektywna. Choć starannie smaruję jej plecy kremem z filtrem i chronię ją przed szkodliwym nadmiarem cukru, studiując etykiety naturalnych organicznych bezcukrowych płatków śniadaniowych, najwyraźniej nie mam problemu z tym, żeby zburzyć jej poczucie bezpieczeństwa, obrzucając jej ojca wyzwiskami.

Ponoć to, co w nas najlepsze, zachowujemy dla swoich dzieci.

* * *

W nieustannych sprzeczkach z Tomem najbardziej smuci mnie fakt, że przyćmiewają one tak wiele innych, wspaniałych aspektów naszego wspólnego życia. Sylvie jest cudowna i bezproblemowa (podekscytowana prezentem, który w tajemnicy kupiła mi na Dzień Matki, mówi: „Podpowiem ci – to mydło!”.). Mieszkamy na Brooklynie, w starym kościele przerobionym na budynek mieszkalny. Niesamowite zlecenia na artykuły, z których utrzymuje się Tom, nawet trudno jest nazwać pracą: rowerowa ekspedycja do ruin zapomnianego miasta Majów, gdzie pije whisky z szamanami na szczycie piramidy; włóczęga po pustyniach Utah w poszukiwaniu odgłosów rzadkich ptaków; tygodniowa wyprawa rowerami przez Północną Kalifornię. Ja z kolei, dzięki odrobinie wysiłku, zdołałam wygospodarować czas na pracę z domu w charakterze pisarza-freelancera. Całe sześć godzin, które Sylvie spędza w szkole, tkwię przed komputerem, skwapliwe wystukując artykuły o zdrowiu i urodzie dla magazynów takich jak „Vogue” (choć z włosami spiętymi w kucyk, w wytartych spodniach do jogi raczej nie wyglądam wystarczająco glamour, jak na pracownika modowej biblii przystało). Przez ten czas niemal nie wstaję z krzesła, ale korzyść jest taka, że gdy o piętnastej Sylvie kończy lekcje, zamykam komputer i przeistaczam się w pełnoetatową mamę. Ponieważ mam żelazną zdolność koncentracji, mój przerób pisarski jest zbliżony do tego, jakim szczyciłam się, pracując dla magazynu „Rolling Stone” – wprawdzie wówczas spędzałam w biurze dziewięć godzin dziennie, ale jedną trzecią tego czasu poświęcałam na surfowanie po internecie, plotki z koleżankami i omawianie z nimi planów lunchowych (jeśli akurat nie goniły nas terminy, potrafiłyśmy dobre dwadzieścia minut dywagować, czy „meksykańskie żarcie nie będzie dla nas dziś za ciężkie”).

Obecnie mój cudownie surrealistyczny dzień w pracy może obejmować odprowadzenie córeczki do szkoły – trzyminutowy spacer przez zielony park – przejażdżkę pociągiem do Manhattanu na spotkanie z Jennifer Lopez, a następnie powrót na Brooklyn wraz z ostatnim szkolnym dzwonkiem. Gdy przeprowadzam wywiad z gwiazdami, często na rozgrzewkę zadaję im proste pytanie o najpiękniejszy okres ich życia. Jeżeli są rodzicami, niemal zawsze odpowiadają: „Ach, niewątpliwie czas, gdy dzieci były małe!”. Zdaję sobie sprawę, że dla mnie i Toma powinien być to złoty wiek. Jesteśmy zdrowi, mamy satysfakcjonujące życie zawodowe i dziecko, o którym marzyliśmy. I wszystko to zaprzepaszczamy.

Jestem pewna, że nasza sytuacja nie różni się od sytuacji wielu małżeństw; ton pretensji dominuje na kobiecych blogach. Wystarczy zebrać kilka mam i odkorkować butelkę sauvignon blanc, aby pojedyncze złośliwości przerodziły się w grzmiące crescendo żalów.

– Mój mąż pracuje przez cały tydzień, więc w weekendy mówi mi, że „nie chce się użerać” z naszymi synami. Nie wiem, jak to możliwie, że nie widzi, iż niemal cały czas zionę do niego nienawiścią.

– Wyjmuję naczynia ze zmywarki, a Brian chwyta mnie od tyłu za biust. Dzieciaki wiszą na mnie przez cały dzień. Jeśli chcesz czegoś ode mnie, to pomóż mi rozładować zmywarkę, idioto!

– Mój mąż próbuje się wykręcić od zmiany pieluchy, mówiąc, że ja jestem w tym specjalistką.

– Jestem wykończona proszeniem Andrew o pomoc w domu. Jakoś mnie nikt nie musi o nic prosić. Wiecie dlaczego? Bo ja to prostu robię.

– Rozwiodłabym się z Jasonem, ale odwozi rano dzieci do szkoły.

Przyjaciółka właśnie napisała do mnie tak: „Jadę na pięciu godzinach snu i irracjonalnej złości na Adama, przez którą kortyzol sam pompuje mi się do pokarmu. Adam właśnie zapytał, co chcę na rocznicę ślubu, i odpowiedziałam, że samotny weekend w hotelu. Nie żartowałam. Słowa samotny weekend zabrzmiały w moich uszach jak porno”.

Prawdopodobnie najczęściej cytowany wniosek z badań nad rodzinami brzmi tak: znani terapeuci małżeństw, Julie i John Gottman, odkryli, że u sześćdziesięciu siedmiu procent par zadowolenie ze związku spada drastycznie po narodzinach dziecka. Nic dziwnego: wyczekiwany kłębuszek szczęścia zamienia nas w kłębki nerwów, spowodowane m.in. wahaniami hormonalnymi, problemami z rozplanowaniem pracy, niepokojem finansowym (już sam koszt pieluch może przyprawić o zawrót głowy), seksualną posuchą oraz, jak miałam okazję przeczytać w jednym artykule, „częstszym kontaktem ze służbą zdrowia”.

Mówiąc o nerwowości świeżo upieczonych rodziców, nie można pominąć wpływu chronicznego niewyspania. Brak snu sprawia, że koncentrujemy się na negatywnych doświadczeniach, stajemy się czepliwi i podejmujemy irracjonalne działania. Badania pokazują, że wskutek niewyspania część mózgu odpowiedzialna za emocje, ciało migdałowate, staje się dużo bardziej reaktywna. Racjonalnej korze przedczołowej zwykle udaje się umieścić wszystko w kontekście, ale niedobór snu sprawia, że proces ten ulega załamaniu – podobnie jak twój nastrój. Reakcje stają się mniej kontrolowane. Nagle przestaje cię śmieszyć, kiedy twój mąż obwieszcza:

– Tak, widziałem worek ze śmieciami przed drzwiami, to dlatego tak zręcznie udało mi się go wyminąć.

Jedna nieprzespana noc daje o sobie znać następnego dnia, ale zdaniem naukowców, jeśli niedobory snu się utrzymują, zaczynamy mieć poczucie, że wszystko jest w porządku. „Daję radę! Wiesz, co? Ja w ogóle nie potrzebuję spać!”. Gdy rozmawiam z Matthew Walkerem, dyrektorem Laboratorium Badań nad Snem i Neuroobrazowania z Berkeley University i autorem powyższych wniosków, porównuje to myślenie do mentalności pijanych kierowców.

– Po pięciu drinkach wydaje im się, że mogą spokojnie jechać do domu, ale ich sprawność mózgowa jest znacznie obniżona. Podobnie jest ze snem: osoby, które regularnie śpią krócej niż siedem godzin na dobę, odnotowują istotne pogorszenie funkcji kognitywnych.

Zanim urodziła się Sylvie, słysząc lamentowanie młodych matek, że od kilku dni nie miały czasu wziąć prysznica, zniecierpliwiona przewracałam oczami. „No błagam!”, myślałam w duchu. „Przecież taki noworodek chyba ciągle śpi! Ależ one dramatyzują”. Teraz, gdy sama jestem mamą, przewracam oczami na tak często powtarzaną złotą radę, aby „spać, gdy dziecko śpi”. Opieka nad noworodkiem jest niewyobrażalnie wielkim wysiłkiem, na kobiety zaś spada większość jej ciężaru. Kilkadziesiąt lat temu socjolog z Berkeley University, Arlie Hochschild, nazwał tę nierównowagę „opóźnioną rewolucją”: podczas gdy życie codzienne kobiet, stanowiących obecnie niemal połowę siły roboczej USA, uległo drastycznej zmianie, zachowanie ich partnerów pozostaje odporne na ducha czasów.

W aż 40 procentach przebadanych rodzin pracujące matki należą do lepiej zarabiających z dwójki partnerów, a mimo to, według badaczy z Maryland University, wykonują nadal niemal trzy i pół razy więcej prac domowych niż żonaci ojcowie. A jeśli połowę dnia spędzasz, sprzątając zabawki po swoim dwulatku, pozornie nieszkodliwy zwyczaj męża, polegający na rozrzucaniu zwiniętych w kulkę skarpetek po całym mieszkaniu, może urosnąć do rangi dramatu.

Aktorka komediowa, Dena Blizzard, opowiadała, jak bardzo złościło ją, gdy jej mąż po powrocie do domu, patrzył na armagedon rozpętany przez trójkę ich dzieci i pytał: „Co tu się stało? Kto to wszystko powyciągał?”.

– Pytał o to codziennie – wyznała mi Dena. – Ja na to: chodzi ci o to? Ja to powyciągałam, strasznie się dzisiaj nudziłam, więc postanowiłam wyrzucić wszystko na podłogę!

I wtedy następowało pytanie, z którego szydzą wszystkie niepracujące mamy na całym świecie: „To co ty robiłaś przez cały dzień?”.

– Odpowiadałam, że robiłam setki rzeczy, ale żadna z nich nic nie dała – mówiła Dena. – Powiedziałam, że odkurzyłam, zadzwoniłam na pogotowie, bo nasz syn zjadł kwiatek doniczkowy, i zdaje się, że wzięłam prysznic. Mamy trójkę dzieci. Tylko tyle udało mi się zrobić. Zawsze był zaskoczony. Musiałam się powstrzymywać, żeby nie dać mu w pysk.

Socjolog Michael Kimmel, dyrektor Centrum Badań nad Mężczyznami i Męskością (tak, takie centrum istnieje) przy Stony Brook University twierdzi, że mężczyźni aktywniej uczestniczą w opiece na dziećmi niż w pracach domowych – jednak i tu wybiórczo podchodzą do swoich obowiązków.

– W wielu rodzinach klasy średniej ojciec staje się „rodzicem od zabawy” – tłumaczy mi Kimmel. – Zabiera dzieciaki do parku w niedzielę przed południem, żeby pograć z nimi w piłkę, podczas gdy mama sprząta po śniadaniu, wstawia pranie i szykuje obiad. Gdy w południe dziecko wraca do domu, od progu woła: „Ale się super bawiliśmy z tatą w parku, tata jest ekstra!”.

Tę niesprawiedliwą dynamikę trafnie podsumowuje artykuł w czasopiśmie satyrycznym „The Onion”: Mama na wakacjach może wykonywać prace domowe, będąc bliżej morza. Jak wyznaje mama: „Uwielbiam szorować łazienkę, patrząc z okna na przypływ. Powinniśmy to robić co roku!”.

Choć dziś ojcowie znacznie bardziej angażują się w opiekę nad dziećmi niż kiedyś – od lat 60. XX wieku czas, jaki spędzają ze swoimi pociechami, niemal się potroił – matki nadal poświęcają im go dwukrotnie więcej. Dlatego nie powinno dziwić, że przeprowadzona przez rząd w Stanach Zjednoczonych ankieta dotycząca wykorzystania czasu przez społeczeństwo amerykańskie wykazała, iż kobiety czują się dużo bardziej zmęczone wszystkimi czterema głównymi obszarami życia: pracą, prowadzeniem domu, czasem wolnym i opieką nad dziećmi. (Czytając te statystyki, pomyślałam o książce „Bossypants”, w której Tina Fey doradza kobietom, jak po urodzeniu dziecka wykroić nieco czasu dla siebie: „Przykładowo, jeśli potrzebujesz kremu do pupy dla dziecka, idź do pokoju dziecięcego i stój w bezruchu, aż zjawi się twój małżonek i zapyta, co robisz”).

Gdy dziennikarz Josh Katz analizował wyniki wspomnianej powyżej ankiety, odkrył, że nawet niepracujący mężczyźni wykonywali jedynie połowę tych obowiązków w domu i przy dzieciach, co kobiety. Z kolei badanie przeprowadzane wśród amerykańskich matek przez program „Today” telewizji NBC wykazało, że niemal połowa respondentek uznawała swoich mężów za jeszcze większe źródło stresu niż ich potomstwo. Część z nich skomentowała, że panowie zachowywali się bardziej jak dzieci, niż jak partnerzy.

– Gdybym pozwoliła mężowi i dzieciom na to, co chcą, nigdy nie robiłabym siku, nie myłabym zębów, nie brałabym prysznica ani nie jadła – powiedziała mi kiedyś Leyla, znajoma znajomej. Wspominała, jak kiedyś wyszła wieczorem na godzinę. Niemal od razu dostała od męża ponurego esemesa: „Zaczęła się godzina duchów, ale nic się nie martw”. Chwilę później nadeszła kolejna wiadomość: „Jeszcze nigdy nie było tak źle”.

– Kilka sekund później mój telefon znów zabrzęczał – opowiadała Leyla. – Mąż wysłał mi nagranie z iPhone’a, na którym nasza córka darła się, jakby ją obdzierali ze skóry.

Leyla szybko pożegnała się z koleżankami. Niestety iPhone zapewnia skuteczny dozór elektroniczny nad rodzicami. Nie ma w nim „trybu samolotowego”.

Kiedy muszę po raz setny prosić Toma, żeby coś zrobił, czuję się jak jego matka; zwłaszcza jeśli traktuje moją prośbę opcjonalnie, odpowiadając „za chwilę” albo całkowicie mnie ignorując. (Całe szczęście, że nie reaguje tak, jak mąż mojej koleżanki, który salutuje i woła „Tak jest!”, rozbawiając tym dzieci do łez). Darby Saxbe, profesor psychologii z University of Southern California wyjaśnia mi, że pary często popadają w schemat żądania i wycofywania się – najczęściej żąda kobieta, a mężczyzna się wycofuje. Ten mechanizm wytwarza się, ponieważ mężczyźni mogą mniej zyskać, zmieniając swoje zachowanie, podczas gdy kobiety mogą bardziej skorzystać na zmianie układu sił, przez co też częściej inicjują kłótnie.

Moja przyjaciółka Jenny, matka dwójki, wspomina pewien sobotni poranek, gdy okazało się, że ich córeczce trzeba zmienić pieluchę.

– Mąż zawołał radośnie: „Twoja kolej, ja zmieniałem poprzednią!”. Jako niepracująca mama mam na swoim koncie jakiś miliard więcej brudnych pieluch od niego. Myślałam, że padnę.

– Gdy mężczyźni pomagają w domu – komentuje Pamela Smock, profesor socjologii z University of Michigan (przy czym, jak zauważa, już sam termin „pomaga” sugeruje, jak wiele mamy jeszcze do zrobienia na tym polu) – często wybierają sobie zajęcie z „elementem rozrywki”, na przykład porządki w ogrodzie, pojechanie po coś do sklepu lub nagrywanie w pocie czoła seriali z Netflixa dla całej rodziny. Są to poniekąd uznaniowe zadania o bardziej elastycznych ramach czasowych niż pilne obowiązki takie jak wyprawienie dzieci do szkoły czy przygotowanie kolacji (w dodatku zajęcia „z elementem rozrywki” wiążą się z wyjściem z domu).

Smock, wiodąca specjalistka od zmian zachodzących w rodzinach amerykańskich, która równie chętnie dyskutuje o nierównościach płciowych, co o powieściach kryminalnych i kultowych kapelach rockowych, twierdzi, że oprócz podstawowych obowiązków, takich jak gotowanie i sprzątanie, kobiety wykonują niezliczone, na pierwszy rzut oka niewidoczne czynności. Tych czasochłonnych zadań nie znajdziemy w żadnych zestawieniach na temat wykorzystania czasu. Pierwsza kategoria to tzw. prace wokół rodziny, które Smock definiuje jako „oferowanie wsparcia emocjonalnego najbliższym, kupowanie prezentów, wysyłanie kartek, organizowanie świąt itp.” (to dlatego tak wiele kobiet śmieszy pewna strona w książce na temat seksualności młodych matek pt. „Porn for New Moms”: uśmiechnięty, atrakcyjny facet siedzi przy biurku, wołając: „Już idę, skarbie! Właśnie skończyłem pisać ostatnią kartkę z podziękowaniami za babyshower!”).

Następna kategoria obejmuje „prace wokół emocji”, takie jak nieustanne doglądanie samopoczucia wszystkich osób w domu: czy jeden z bliźniaków nadal czuje się wykluczany na stołówce szkolnej? Pies jest jakiś osowiały, może trzeba mu znów kupić leki na wątrobę? Czy mąż wyjaśnił z szefem ostatnie nieporozumienia?

Kolejny obszar niewidzialnych prac dotyczy konsumpcji – kupowanie dzieciom bielizny i artykułów papierniczych, wyszukiwanie w sieci fotelików samochodowych i krzesełek do karmienia.

– To też często spada na kobiety – mówi profesor. – No chyba że chodzi o jakiś duży zakup typu telewizor albo lodówka.

Nie zapominamy o wożeniu i podwożeniu: badanie magazynu „Transportation” wykazało, że kobiety biorą na siebie większość ciężaru związanego z tzw. średnim czasem codziennych przejazdów gospodarstwa domowego (odwożenie i przywożenie ze szkoły, zakupy, zaciąganie dzieci na lekcje fortepianu.) Kobiety spędzają na tych obowiązkach średnio o jedenaście minut dziennie więcej niż mężczyźni, nawet jeżeli i ona, i on pracują zawodowo.

Być może najmniej widoczną, ale najbardziej powszechną pracą jest zarządzanie domem.

– To praca nieustanna – podkreśla Smock. – Polega na pamiętaniu o wszystkim: że Joey musi iść do dentysty, co każde z dzieci lubi jeść, że na weekend trzeba załatwić opiekunkę. Gdy żona wręcza mężowi listę zakupów, ich zrobienie przypisuje się jemu, a przecież to ona sporządziła listę. Pracą jest udzielanie mężowi wskazówek. Zarządzanie obejmuje każdy aspekt opieki nad dziećmi i rozgrywa się w głowie kobiety przez cały czas, nawet kiedy nie jest tego świadoma.

A kobiety tego nie lubią – dodaje nowojorska psychoterapeutka Jean Fitzpatrick.

– Najczęściej słyszę od pacjentek następującą rzecz: „Nie chcę być w domu szefem, nie chcę, żeby on przychodził do mnie i pytał, czy powinien wziąć na siebie więcej obowiązków”.

Moja przyjaciółka Marea mówi, że ten temat jest powodem nieustannych awantur u niej w domu.

– Jeśli o czymś nie powiem, to to się nie dzieje – mówi. – Nasza córka ma siedem lat, a mój mąż nadal sprawia wrażenie, jakby nie znał systemu. Jeśli akurat wieczorem robię coś dla siebie, to o ile go wyraźnie nie poproszę, nie wpadnie na to, żeby przyszykować ją do spania. Fakt, że muszę go poganiać – i samo poganianie – podnosi mój poziom zestresowania do maksimum.

Po rozmowie z Pamelą Smock zaczynam spisywać wszystkie niewidzialne prace, które wykonuję w ciągu dnia. Można od tego zwariować. Jeśli Tom zawozi Sylvie na lekcje pływania, pilnuję, żeby wyszli w porę, pakuję jej torbę przed wyjściem, wypakowują jej torbę po powrocie, rozwieszam jej mokre ubrania, szykuję jej coś do jedzenia i przygotowuję jej kąpiel, podczas gdy Tom zalega na kanapie. Niewidzialne prace pozostają ukryte, dopóki ktoś nas nie oświeci – nawet Smock aż do czasu studiów nie zdawała sobie sprawy, że jej matka robi w domu dosłownie wszystko.

– Patrząc wstecz, myślę sobie – o mój Boże, jak ona dawała radę o wszystko zadbać, pracując na pełen etat w szkole, a potem wracając do domu, do drugiej pracy? Nic dziwnego, że po powrocie szła do sypialni i kładła się na chwilę na łóżku. Jak to się stało, że nawet ja – Smock kończyła wtedy studia kobiece – tego nie widziałam?

Gdy pytam specjalistkę, jakie obowiązki w domu wykonywał jej ojciec, uśmiecha się.

– Zajmował się samochodem. I psem – odpowiada. – Aha, i lubił tapetować.

***

Za każdym razem, gdy skarżę się Tomowi, że za mało się angażuje, odparowuje, że gdy tylko próbuje pomóc, ja się wtrącam i staram się przejąć kontrolę. Przykładowo gdy tylko zmieni pieluszkę, od razu sprawdzam, czy dokładnie wytarł małej pupę chusteczką. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o obowiązki związane z dzieckiem, faktycznie mam poczucie, że wykonuję je staranniej.

Nie można mieć i tego, i tego, pisze Chris Routly, bloger z Portland w stanie Oregon i pełnoetatowy tata (woli ten termin niż „tata niepracujący”). Routly twierdzi, że rozumie, dlaczego kobietom niełatwo jest oddać pałeczkę w obszarach, które zgodnie z tradycją były ich domeną.

– Jeśli jednak chcemy dążyć do równości w sprawach rodzicielskich, kobiety muszą się pogodzić z oddaniem kontroli – mówi Routly, ojciec dwójki dzieci, który nosi koszulkę z napisem „Tata to nie babysitter” i zasłynął opublikowanym na Instagramie zdjęciem imponującego tortu Ninjago, który upiekł na urodziny syna. – Wszyscy odkrywamy rodzicielstwo od początku, więc twierdzenie, że kobiety mają jakąś wrodzoną moc, która pozwala tylko im właściwie zajmować się dzieckiem, to moim zdaniem bzdura. Trzeba z nią skończyć.

Ma rację. Wiele razy przeganiałam Toma, gdy próbował mi pomóc. Fakt, że to ja kontroluję sytuację i z niezwykłą wprawą odhaczam jeden obowiązek za drugim, sprawiał mi dziwną radość. Umówienie wizyty do dentysty – jest! Podpisanie upoważnień do szkoły – gotowe! Uwielbiam ten szalony ciąg organizowania, wyszukiwania i planowania. W tej kwestii zgadzam się z ikoną feministek Caitlin Moran, matką dwójki dzieci i autorką książki Jak być kobietą.

– Jeśli dać młodej mamie godzinną drzemkę dziecka, zrobi w tym czasie dziesięć razy więcej niż osoba bezdzietna – mówi mi Caitlin, gdy spotykamy się przed odczytem jej książki w Filadelfii. – Macierzyństwo przypomina udział w filmie akcji, który trwa całe twoje życie – tyle że pozostawiono w nim wszystkie te nudne, codzienne sceny. Matki korzystają z toalety na cztery tury, bo dziecko płacze akurat wtedy, gdy próbują usiąść na sedesie. Świeżo upieczona mama pracuje intensywniej, bardziej kreatywnie i bardziej skutecznie niż osoby, które nie mają dzieci. Bo musi.

Jednocześnie mogę wskazać dokładny moment, w którym strategia Zosi-Samosi obróciła się przeciwko mnie. Sylvie chodziła wówczas do przedszkola. Miała stan podgorączkowy, więc zostawiłam ją w domu. Była wniebowzięta, mogąc w piżamie oddać się oglądaniu „Marta mówi”, podczas gdy ja szykowałam się do wywiadu telefonicznego z Jennifer Hudson do prestiżowego artykułu okładkowego w znanym czasopiśmie. Poinformowałam Toma, że mogę zająć się Sylvie przez cały dzień z wyjątkiem jednej, jedynej godziny między siedemnastą a osiemnastą, gdy będę rozmawiać z Jennifer.

– Potrzebuję tylko tej godzinki – powiedziałam i jako wytrawy menedżer rodzinny przygotowałam im na tę okazję tacę z przekąskami i grę planszową dla zabicia czasu.

O szesnastej czterdzieści pięć Tom i Sylvie oddali się grze w Zaczarowany Las, a ja wymknęłam się na górę do swojego gabinetu i podłączyłam dyktafon do telefonu. Jennifer, z którą miałam okazję rozmawiać już kilka razy wcześniej, była jak zwykle fantastyczną, czarującą i bezpośrednią rozmówczynią.

Kiedy przeprowadzam wywiady przez telefon, jestem maksymalnie skoncentrowana, tak żeby zdążyć omówić wszystkie zaplanowane pytania w ciągu przydzielonych mi trzech-czterech kwadransów. Właśnie przeszłam do porad dietetycznych Jennifer, gdy obok mojego krzesła znienacka wyrosła Sylvie.

– Kupkę – szepnęła.

Miała trzy latka, właśnie rozpoczęła trening czystości i potrzebowała jeszcze mojej pomocy.

Mamy jedną łazienkę, na dole.

Dałam jej znak ręką, żeby wyszła z pokoju.

– Gdzie tatuś? – szepnęłam.

– …Uwielbiam pudding bananowy, ale to szatański wynalazek – mówiła tymczasem Jennifer. – Nikomu u mnie w domu nie wolno go kupować.

– Kupkę.

– Nie znajdziesz go więc w moim dozwolonym menu...

Słowa aktorki skwitowałam nieco nerwowym śmiechem, próbując jednocześnie odgonić Sylvie od siebie.

– Idź do taty! – wyszeptałam bezgłośnie.

– …Nie toleruję go. Jeśli ktoś go przyniesie, od razu wyrzucam. Bo nie potrafię się kontrolować. Wolę więc nie mieć go w zasięgu ręki.

– Dokładnie! – wykrzyknęłam do słuchawki, czując, jak pot spływa mi po dekolcie.

– Muszę kupkę. Muszę kupkę teraz.

Zdesperowana, ściągnęłam z nogi kapeć i cisnęłam nim w dół schodów, żeby przyciągnąć uwagę Toma.

– Idź do taty! – powtórzyłam desperackim szeptem.

– Kupkę. Kupkę. Kupkę. Kupkę.

Koniec końców zmuszona byłam zapytać utytułowaną laureatkę Oskara i zdobywczynię nagrody Grammy, czy zechciałaby „sekundeczkę poczekać”.

Chwyciłam Sylvie za rękę i popędziłam na dół, po drodze mijając rozpartego na kanapie Toma. Wpatrywał się pustym wzrokiem w rozjarzony ekran swojego smartfona. Szybko zmarszczył brwi, przyjmując wyraz nabożnego skupienia, jakby właśnie rozstrzygał nieznoszącą zwłoki sprawę zawodową. Ale ja wiedziałam dokładnie, czym się zajmuje. Grał w szachy online z jakimś kolesiem z Filipin.

– Grałem tylko minutkę – powiedział mi później. Podczas naszej karczemnej awantury.

* * *

Gdy rodzice ciągle ze sobą walczą, nikt nie wychodzi z tego bez szwanku – wliczając w to, niestety, dzieci. Nawet sześciomiesięczne niemowlęta potrafią negatywnie reagować przez sen na podniesione, niesympatyczne głosy, jak odkryli naukowcy z University of Oregon, którzy zbadali aktywność mózgową niemowląt w zetknięciu z konsekwentnie podnoszonymi głosami. Wykryto, że dzieci skłóconych rodziców borykają się z masą problemów rozwojowych, od opóźnienia mowy i trudności z opanowaniem treningu czystości po zmniejszoną umiejętność samouspokojenia.

Im dłużej trwa małżeńska wojna, tym gorzej dla dzieci. Zdaniem Gottmanów, w wieku 3–6 lat maluchy zakładają, że to one są winne kłótni. Gdy kończą 6–8 lat, zwykle biorą stronę jednego z rodziców (tak jak moja córka). Psycholog z Notre Dame University E. Mark Cummings odkrył, że przedszkolaki, których rodzice często się kłócą, w wieku 12–13 lat były bardziej narażone na depresję, stany lękowe i problemy wychowawcze. Cummings porównał dzieci do emocjonalnych liczników Geigera, które z uwagą obserwują emocje rodziców, żeby potwierdzić swoje poczucie bezpieczeństwa w rodzinie. Ostrzegał jednak, że nie poleca rodzicom, aby całkowicie zaniechali sporów – jeśli dzieci nie mają styczności z konfliktami, nie wypracowują sobie umiejętności radzenia sobie z takimi sytuacjami. Powinni jednak rozwiązywać problemy w uczciwy, zdrowy sposób. No wiecie – jak dorośli.

Sprawa jest jasna: jakość małżeństwa jest ściśle skorelowana z więzią, jaką rodzice budują z dzieckiem. Psycholodzy z Southern Methodist University doszli do zaskakującego wniosku, że gdy rodzice się kłócą, najsilniej wpływa to na relację pomiędzy dziećmi a ojcem. Odkryli, że dzień po rodzicielskiej sprzeczce większość mam była w stanie zdystansować się do tego zdarzenia i szybko otrząsnąć się ze złych emocji, a ich stosunki z dzieckiem wręcz ulegały poprawie. Ojcowie z kolei mieli dużo większą tendencję do przekładania napięć w małżeństwie na resztę rodziny. Konflikt pomiędzy partnerami zawsze uwidaczniał się już pierwszego lub drugiego dnia kłótnią pomiędzy ojcem a dzieckiem.

Gdy mówię Alanowi Kazdinowi, profesorowi psychologii i dyrektorowi Centrum Rodzicielstwa przy Yale University, że Sylvie wkracza między nas, gdy się kłócimy, jego reakcja jest dla mnie jak kubeł zimnej wody.

– No cóż, kłótnia stawia dzieci w okropnej sytuacji, bo zaburza ich poczucie stabilności – mówi.

Kiedy zaczynam jednak opisywać eskalację konfliktu pomiędzy mną a Tomem, Kazdin zrzuca profesorską maskę.

– Posłuchaj – przerywa mi delikatnie. – Nie pytasz mnie o opinię, ale i tak powiem ci, co myślę. Wydajesz się miłą osobą. Życie jest nieprzewidywalnie krótkie, a ty i człowiek, z którym postanowiłaś je dzielić, kłócicie się o porządek w mieszkaniu. Nie warto.

Urywa, a potem pyta:

– Truję?

– Ani trochę – odpowiadam.

– Więc powiem ci, że jestem pewien, że nie chcesz takiego życia. Także dla waszego dziecka.

Dość. Czas coś z tym zrobić – dla nas, dla naszej córki, dla naszego małżeństwa. Kiedy pojawia się dziecko, nie ma możliwości cofnąć czasu i sprawić, żeby wszystko było tak, jak kiedyś. Tom i ja musimy zrozumieć, że nasze życie się zmieniło, a my musimy się zmienić razem z nim. Wypieranie rzeczywistości to prosta droga do problemów, a nawet katastrofy. Przeraża mnie, że stwierdzenie: „Doskonale się rozumiemy, kiedy się nie kłócimy”, przestało wydawać mi się sprzeczne. Chcę w pełni cieszyć się rodziną, o jakiej marzyłam całe życie, i doceniać wszystkie dobre rzeczy, jakie robi mój mąż. Nasz dom powinien być miejscem bezpiecznym i komfortowym – dla nas wszystkich.

Skoro zarabiam na życie, szukając informacji, dlaczego nie wypróbować tego na sobie? Zgłębię poradniki i porozmawiam bezpośrednio ze znawcami tematu. Zarzucę pytaniami psychologów, ekspertów od rodzicielstwa, neurobiologów i innych rodziców. Wypróbuję najróżniejsze metody. Zaprowadzę – no dobra, zaciągnę – Toma na terapię małżeńską. Przetestujemy każdą dostępną strategię, która pozwoli nam odbudować harmonię w naszym związku, a w konsekwencji w naszym życiu rodzinnym.

Sylvie ma dopiero sześć lat. Wciąż możemy wszystko naprawić.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jak z nim wytrzymać, kiedy pojawią się dzieci