Tajemnice XI gimnazjum. Unia

Tajemnice XI gimnazjum. Unia

Autorzy: Błażewicz Sławomir

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Dla dzieci Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 15.20 zł

Kim byliśmy w przeszłości? Magiczna podróż w czasy renesansu.


Opowieść o przygodach czworga gimnazjalistów, którzy w magiczny sposób przenoszą się w czasy renesansu. Akcja powieści toczy się w roku 1569, a jej tło stanowią wydarzenia towarzyszące podpisaniu Unii Lubelskiej.

Licentia poetica pozwala autorowi ożywić wybitne postaci epoki – króla Zygmunta Augusta, dworzanina Andrzeja Firleja oraz wielkich poetów tej doby – Mikołaja Reja, Jana Kochanowskiego i Sebastiana Klonowica. W opowiadaną historię autor wplata również wątek miłości króla do Barbary Radziwiłłówny, przywołując przy tym postać legendarnego mistrza, Jana Twardowskiego, którego rolę w powieści trudno przecenić.

Historia sama sobie sens nadaje,

tworząc wartości, które zasługują na wierność.

Paweł Jasienica

SPIS TREŚCI

I. PIWNICA

II. JESTEŚMY STĄD

III. JAN

IV. ZAMEK

V. JARMARK

VI. MISTRZ TWARDOWSKI

VII. LITWINI

VIII. JANOWIEC

IX. UWIĘZIONA

X. MAŁODOBRY

XI. UNIA

XII. POWRÓT

I PIWNICA

– Stopnie są strome.

– Poświeć!

– Wracajmy!

Dno podziemnego korytarza było śliskie i lepkie od brudu gromadzącego się od wieków. Zawilgocone mury oddawały słoną woń, która drażniła nozdrza i gardła. Nie mając pewnego podparcia pod nogami, musieli przytrzymywać się muru, który brudził ręce lepkim, obślizgłym nalotem, ale to wydawało się lepsze niż perspektywa upadku w maź niewiadomego pochodzenia. Poruszali się więc powoli i ostrożnie. Nie wiedzieli, czy korytarz jest stabilny, czy nie powstanie rozpadlisko pod nogami lub złomy gruzu nie posypią się na głowy. Korytarz skręcał teraz w prawo i chodnik pochylił się nieco w dół, zatem droga stała się jeszcze trudniejsza. Nachylenie na szczęście nie zwiększało się i po opanowaniu sposobu bezpiecznego poruszania się mogli kontynuować misję poznawczą.

– A! Co to?! – krzyknęła nagle Ewa. – Coś mnie dotknęło! – zakomunikowała trzęsącym się głosem.

– Poświećmy we wszystkich kierunkach – zadecydował Tomek.

Snopy światła długich latarek powędrowały wzdłuż korytarza w jedną i w drugą stronę. Monika oświetlała ściany i podłogę przy nogach wędrujących. Niczego nie zauważyli.

– Może ci się zdawało? – niepokojąco zawyrokował Andrzej.

– Zdawać to się mogło tobie, gdy zabierałeś nas do tego brudu, że to będzie ciekawa przygoda. Mogliśmy siedzieć w Vanilli i zajadać ciastka, zamiast taplać się w błocie i wąchać smrody piwnic – odpowiedziała urażona Ewa.

– Gdzie następnym razem nas zabierzesz? Na wysypisko śmieci? – dobijająco podsumowała Monika.

– Ten korytarz musi się niedługo skończyć. Dawni mieszkańcy Lublina mieli tajemne przejście, prowadzące za mury, by móc się ewakuować w czasie bitwy lub pożaru – z historyczną precyzją wyjaśnił sytuację Andrzej. Tylko Tomek nie zabrał głosu w tej sprawie. Myślami był po stronie dziewczyn. Perspektywa miłych pomieszczeń kawiarni… Tu zaśmiał się do siebie, przecież tam też są piwnice, a w nich stoliki, ale jakże inny klimat. Nie odzywał się jednak. Nie chciał robić przykrości koledze. Chłopaki muszą trzymać się razem. Ale co prawda, to prawda. W tej zgniliźnie nie czuł się zbyt komfortowo. Dawno minęli zagospodarowaną część piwnicy na Starym Mieście i przemieszczali się korytarzem, który Andrzej odkrył w ubiegłym roku podczas odwiedzin u swojej babci. Stary loch posiadał pęknięcia w miejscu zamurowania. Udało się poluzować jedną cegłę, a potem kolejne. Powstała wyrwa ukazała korytarz, który prowadził w nieznanym kierunku. W ciągu kilku wizyt udało mu się powiększyć przejście do rozmiarów umożliwiających przedostanie się tam. Przeszedł nawet na drugą stronę i dokonał rekonesansu. Zasłonił wejście starą biblioteczką, służącą za regał, na którym babcia Hela układała przygotowane własnoręcznie przetwory. Andrzej uwielbiał je, jak chyba każdy. Od tamtej chwili systematycznie planował wyprawę w celu zwiedzenia zagadkowego korytarza.

***

Dzień realizacji zamierzeń przypadł na maj. Od początku postanowił, że nie pójdzie sam. Wtajemniczył swoich najlepszych przyjaciół, którym mógł zaufać. Umówili się na placu Litewskim przy pomniku Unii Lubelskiej. Tomek przyszedł punktualnie, a Monika i Ewa spóźniły się jak zawsze. Nie było czasu na długie powitania. Udali się Krakowskim Przedmieściem, by przy końcu ulicy zatrzymać się bezwiednie przed ceglaną budowlą. Gdyby miasta posiadały dowody osobiste, Lublin miałby w nim zdjęcie rozpychającej się wśród kamienic bramy. Przejście przez Bramę Krakowską to jak przekroczenie strefy klimatycznej. Chłód i wilgoć Starego Miasta powodowały dreszcze. Jakby wiosna przychodziła tu nieco później. Słońce nie ogrzało jeszcze zimnych kamienic, a jedynie dotykało delikatnie chodników i szyb domów, które przez setki lat obserwowały życie, słuchały zwierzeń dziesiątków pokoleń niezliczonej rzeszy ludzi, lecz nigdy nie ujawniły ich tajemnic. Każdy kolejny drobny dzień przeistaczał teraźniejszość w strumień historii, w daleką nieodwracalną przeszłość, w którą imiona i twarze, nadzieje i cierpienia, zabawy dzieci i pogrzeby bliskich opadły milcząco.

Niemal przebiegli Rynek, by skryć się w zaułkach bramy przy ulicy Złotej. Tu było już naprawdę ciemno i chłodno. Wchodzenie do starej piwnicy nie wszystkim przypadło do gustu i Andrzej długo musiał przekonywać, by zechcieli towarzyszyć mu w tej ekspedycji. Czego mogli się spodziewać? Spaceru brudnym wiekowym korytarzem i spotkania ze szczurami. No w tym wypadku reakcje dziewczyn mogłyby zakończyć badanie tego fascynującego, zdaniem Andrzeja, świata.

– Zawsze, gdy jestem u babci, wysyła mnie do piwnicy, abym coś zaniósł lub przyniósł, i wtedy mam okazję oglądać te stare mury, które nie wiadomo, kiedy powstały, może za Kazimierza Wielkiego, i których chyba jeszcze nikt nie naprawiał od tamtego czasu. Aż dziwne, że się jeszcze nie rozpadły – powiedział Andrzej, próbując wprowadzić przyjaciół w swój archeologiczny świat.

– Dziwne masz, Andrzeju, upodobania – skwitowała Ewa. – Chciałabym mieć te atrakcje za sobą.

Stary dom nie mógł zawieść oczekiwań. Maleńkie podwórze z wewnętrzną drewnianą klatką schodową. Belki skrzypiące i kołyszące się pod naporem pośpiesznych kroków. Podwórze wypełniała wilgoć, zapachy gotowanych obiadów wydobywające się z mieszkań. Nadwątlone tynki, niszczone przez wodę z nieszczelnych rynien, obrosły mchem i kruszały na dużej powierzchni. Koloru ścian nie domyśliłby się chyba nawet specjalista od kryminalistyki. Stare okna również zgubiły gdzieś farbę i kit. Drewniane poręcze schodów dźwigały dotyk czasu. Czy ktoś je kiedykolwiek zmywał? Jak długo żyją odciski palców? Czy przeżywają swojego właściciela? Czy archeologia odcisków byłaby w stanie dokopać się śladów dawnych mieszkańców? Czy coś by powiedziały? Tu byliśmy! Wspinaliśmy się po tych schodach, a wy niczego o nas nie wiecie. Nosiliśmy wodę, nosiliśmy drewno. Dźwigaliśmy tych, którzy mieli się dopiero narodzić. Rysa w belce przy podłodze. Kto ją zrobił? Może dziecko? Kiedy? Rok temu? Pięćdziesiąt? Sto? Zlękło się nagłym turkotem? Dorożki? Samochodu?

Doszli do starych brązowych drzwi na drugim piętrze. Ledwie widoczny, zaśniedziały szyld dumnie obwieszczał, kto w tym miejscu od wielu już lat wiedzie swoje zwyczajne życie. Solidne zamki dowodziły zapobiegliwości mieszkańców przed utratą chwil, które spędzili w skromnym gniazdku, otulającym ich ciche istnienie.

Andrzej przycisnął guzik staromodnego dzwonka i rozległ się przeciągły elektryczny dźwięk, niespotykany już chyba nigdzie poza tą strefą życia, zamkniętą kamienicami i historią. Przybliżające się kroki, a właściwie szuranie nogami, wskazywały, że to dziwne miejsce jest zamieszkane. Klekot solidnych zasuw i delikatne uchylenie drzwi, ograniczone naprężonym łańcuszkiem, zaciekawiona twarz łagodnej staruszki z pytaniem w oczach, kto przyszedł.

– O, Andrzejek! Wejdź, dziecko – jak zawsze z wielkim entuzjazmem przywitała kochanego wnuka.

– Dzień dobry, babciu! Przyszedłem z przyjaciółmi, ale nie będziemy ci długo przeszkadzać – delikatnie zaanonsował koleżanki i kolegę, licząc jednocześnie na to, że uda mu się skrócić niezbędny czas na gościnność, której mógł się spodziewać, i bezzwłocznie przejść do realizacji badawczego zamysłu.

– Jakże „przeszkadzać”?! Wchodźcie prędko. Chodźcie, chodźcie! – ponaglała staruszka, otwierając szeroko drzwi i przytupując radośnie filcowymi bamboszami.

Babcia Helena witała energicznie młodych gości, przyglądając się każdemu i szukając cech, które tak chętnie widziałaby w otoczeniu swojego wnuka.

– Usiądźcie tu przy stole – zadecydowała, dostrzegając u gości zakłopotanie nowym miejscem i nieznaną osobą.

– Babciu, to moi przyjaciele ze szkoły: Tomka już znasz, a to Monika i Ewa – wymienił, wskazując ręką na właściwe osoby, które kłaniały się grzecznie starszej pani, odzyskując pewność siebie, jak dzieje się to zwykle w otoczeniu ludzi życzliwych.

Babcia przyglądała się szczególnie dziewczętom, próbując odgadnąć wzrokiem, czy może któraś z nich przypadła jej wnukowi mocniej do serca. Ale i dziewczynki odgadły intencję babci, więc rumieniły się i uśmiechały.

– Zaraz nastawię wodę i zrobię herbatę. Mam placek z konfiturami, to was poczęstuję – powiedziała, jakby nagle sobie o tym przypomniała, a jednocześnie chcąc przerwać fascynujące, ale kłopotliwe badanie.

– Ale prosimy nie robić sobie kłopotu, my tylko na chwilę – mówiły jednocześnie Monika i Ewa, chcąc zachować się grzecznie w nowym miejscu, choć były też ciekawe, co starsza pani szykuje swojemu wnukowi na powitanie.

– Nie wiecie, co mówicie – przerwał Andrzej. – To najlepszy placek na świecie i nie wyjdziecie, póki nie zjecie go w całości. To wam gwarantuję – dodał, mając okazję powiedzieć babci coś miłego.

– Nie uprzedziłeś nas – jak zwykle odważniej wystąpiła Monika. – Nie sprawialibyśmy kłopotu. – Wypowiedziała to mniej zdecydowanie, bo zdała sobie sprawę, że to chyba nie do końca miłe.

– Albo nie jedlibyśmy obiadu – zauważył praktycznie Tomek, który był już z Andrzejem u babci Heli i wiedział, jak głęboka jest gościnność tego domu.

– Jeden, co mówi rozsądnie – podchwyciła komplement staruszka i już nie czekając na dalsze ceregiele młodzieży, poszła zakrzątnąć się w kuchni.

– Ja pani chętnie pomogę – zaoferowała Monika odruchowo, bo nie miała w zwyczaju siedzieć bezczynnie, gdy starsi pracują.

– Chodź. Będzie mi raźniej. Jednak tylko dla towarzystwa, bo w mojej kuchni trudno byłoby ci cokolwiek zrobić. Ale chodź, sama zobacz.

Kuchnia babci Heli znajdowała się w wydzielonej części przedpokoju. Była oddzielona od wąskiego korytarzyka drewnianą przeszkloną przesłoną, przez którą wpadało światło słoneczne z okien od strony ulicy. Prowadziły do niej małe, wykonane na wymiar drzwi. Za nimi znajdowało się niewielkie pomieszczenie z kaflową kuchnią, szafkami, blatem do przyrządzania potraw. Ujmującą jasność i przytulność tego miejsca dopełniały zapachy ziół, przypraw, czosnku, rozłożonych na blacie i wiszących między wiekowymi już, ale funkcjonalnymi szafkami. W kuchni było ciepło. Rozżarzone palenisko, przykryte fajerkami, tworzyło serdeczny klimat. Węglowa kuchnia panowała nad całą przestrzenią, rozkładała się obszernie wzdłuż tej części korytarza i nie pozostawiała wiele wolnego miejsca. Obok kuchni przymocowany był duży, ciężki zlew, świadek osiągnięcia, jakim było doprowadzenie wody do mieszkań.

Monika rozglądała się uważnie po królestwie starszej pani, która wprawnym ruchem odsunęła fajerki zakrywające palenisko kuchni i pogrzebaczem obudziła z drzemki żarzący się węgiel, zachęcając do kolejnej pracy. Teraz mogła napełnić czajnik wodą i postawić do zagotowania.

– To trochę potrwa, ale mamy czas – zagadnęła babcia swoją młodą towarzyszkę, po czym zamyśliwszy się głębiej, szukała wspomnień z wczesnej młodości. Trudne to było zadanie, więc wróciła pośpiesznie do przerwanych przygotowań.

– Ładnie tutaj – powiedziała Monika, rozglądając się uważnie dokoła i bez zmuszania się do kurtuazyjnych komplementów.

– Lubię swoją kuchnię i nie zamieniłabym jej na inną – z dumą oznajmiła gospodyni. – Ty pewnie pierwszy raz taką widzisz?

– Niezupełnie. Moja babcia ma taką samą, ale obok ma nową, gazową. Jednak czasami rozpala starą, bo uważa, że taka kuchnia tworzy więzi rodzinne.

– I ma rację – z zadowoleniem potwierdziła wiekowa pani. – Ogień w domu jest jego duszą – refleksyjnie podsumowała rozważania. – A ty umiesz gotować? – zapytała, chcąc kontynuować gospodarskie rozmowy, które lubiła najbardziej, najlepiej się w nich odnajdując.

– Tak, miałam już trochę okazję. Mama od dawna przyucza mnie do różnych domowych czynności, również do gotowania. Pomagam jej często, a nawet kilka razy gotowałam obiad samodzielnie – dodała dumnie, wiedząc, że wzbudzi tym uznanie.

– To pięknie – pochwaliła babcia Hela. Polubiła dziewczynę od razu, a teraz jeszcze mocniej przypadła jej do serca.

– Nie wiem, czy moje obiady były dobre, ale nie narzekali, więc może nie były takie złe.

– A ciasta umiesz piec? – starsza pani kontynuowała swój egzamin.

– No niestety. Trochę mamie pomagam: coś utrzeć, coś dosypać, ale samodzielnie to jeszcze niczego nie piekłam, może z wyjątkiem muffinek na kiermasze – wyczerpująco wyjaśniła Monika.

– A jakie kiermasze organizujecie? – z zaciekawieniem zapytała babcia.

– Różne. Świąteczne. Charytatywne najczęściej. Zbieramy pieniądze na różne cele. Dla dzieci z domu dziecka na przykład albo dla chłopca z Afryki – wymieniła jako coś zwykłego i oczywistego.

– To ślicznie. To bardzo dobrze o was świadczy – pochwaliła pani Hela, wydłużając każde słowo, by jej uznanie wybrzmiało doniośle. – A jak tam Andrzejek? Grzeczny jest w szkole?

– Oczywiście. Najgrzeczniejszy – powiedziała szybko i zdecydowanie Monika, uśmiechając się przy tym, co nie do końca potwierdzało wygłoszoną deklarację.

– Akurat! – Z przekąsem, ale i z zadowoleniem wysłuchała opinii o swoim kochanym wnuku jego babcia. – Lubię, jak mnie odwiedza. Smutno starej kobiecie samej. Czas się dłuży, a młody ma zawsze coś do opowiedzenia i pomaga mi trochę. Dzisiaj też miałam go wysłać do piwnicy, ale ma gości, więc może innym razem. – Ostatnie zdanie wypowiedziała z lekką rezygnacją w głosie.

– My chętnie będziemy mu towarzyszyć, jeśli oczywiście pani pozwoli. On często opowiada o tej piwnicy: o jej skarbach i tajemnicach. Byłby chyba zawiedziony, gdybyśmy jej nie obejrzeli – z lekką ironią wprowadziła w tajemnicę odwiedzin.

– Ale tam brudno, kurz. Jakże dziewczynki zabierać w takie miejsca. To już nie ma gdzie zaprosić? – Babcia Helena słuchała tych słów z niedowierzaniem, bo wydawało się jej czymś niedorzecznym, by czysto ubrane panienki zaglądały tam, gdzie nikt nie sprzątał od stuleci, a słoiki trzeba przykrywać, aby chronić je przed kurzem.

– Z początku też tak myślałyśmy, ale tu wszystko jest takie inne, więc to może być ciekawe – z całkowitym przekonaniem odparła Monika.

– Skoro tak, nie będę psuła wycieczki. Idźcie i zwiedzajcie. To może być pouczające – odpowiedziała starsza pani, śmiejąc się serdecznie, najwyraźniej widząc w tym całym zamyśle coś bardzo dziecinnego.

– Też mam taką nadzieję – podsumowała Monika w taki sposób, że nie było żadnych wątpliwości, iż podziela sceptycyzm rozmówczyni.

– Teraz weź to ciasto, a ja przeniosę herbatę – zarządziła babcia, przerywając damską pogawędkę.

Wszystko w mieszkaniu było staroświeckie. Nie były to antyki, pamiątki po utytułowanych przodkach. Były to zwyczajne miejskie starocie, zdobyte mozolną pracą, wystane w niekończących się kolejkach sklepowych PRL-u, ale czyste, zadbane wysiłkiem pracowitej kobiety. Na środku głównego pokoju stał okrągły masywny stół z drewna, rozkładany w obszerny owal w trakcie rodzinnych uroczystości. Uginał się pod ciężarem potraw podczas niezliczonych świąt i niedzielnych obiadów. Prawdziwy strażnik rodzinnej jedności. Dzisiaj jeszcze raz obdzieli równo swoją życzliwością. Obok kredens w tym samym ciemnobrązowym kolorze. Istna szafa na skarby gospodyni. Ciężkie, malowane ręcznie serwisy, nieco już wyszczerbione, ale zawsze wyjmowane na wyjątkowe okazje. Sztućce, chyba srebrne, zawinięte starannie w płótno i umieszczone w pudełku. Niżej gąsiorek z winem własnej roboty, wartym spróbowania, oraz pudło dużych rozmiarów z pamiątkami babci.

Przeszły do pokoju. Na widok zbliżającego się poczęstunku miny młodych ludzi poweselały. Nie udawali już grzeczności, tylko zabrali się z ochotą do dzieła. Stara kobieta z zadowoleniem patrzyła, jak goście z apetytem zajadają się jej wypiekiem. Możliwość zrobienia komuś przyjemności, bycie potrzebnym są równie ważne jak zdrowie i pomyślność.

– Chodzicie do jednej klasy? – Przerwała ucztę, by zaspokoić swoją ciekawość odnośnie do znajomych wnuka.

– Monika i Tomek chodzą do jednej klasy i są od nas starsi o rok. Chodzą do trzeciej klasy. Ja chodzę z Ewą. To znaczy do tej samej klasy – pośpiesznie wyjaśnił Andrzej, ale nie zdążył wyprzedzić śmiechów przyjaciół. Ewa, chociaż czerwona na twarzy, też śmiała się z tej dwuznaczności, która jej zdaniem mogłaby być jednoznacznością, której wyczekiwała i której by nie odrzuciła.

– Nie chodzicie do tej samej klasy, ale przyjaźnicie się. Mieszkacie blisko siebie? – dopytywała babcia, bo zawsze w rozmowie lubiła mieć informacje dokładnie poukładane.

– Niezupełnie, a właściwie to mieszkamy w sporej odległości od siebie i musimy się specjalnie umawiać, by coś razem robić. Najczęściej widzimy się tylko w szkole. Znamy się, bo robimy wspólnie gazetę szkolną. Tomek jest nawet zastępcą redaktora – wyczerpująco odpowiedziała Monika.

– Ach tak, jesteście żurnalistami. To pięknie – z zachwytem odpowiedziała staruszka, potrafiąca zawsze cieszyć się z aktywności i sukcesów wnuka. – A o czym piszecie do swojej gazety? – Temat wciągnął ją całkowicie.

– O szkole głównie. – Tym razem Tomek poczuł się wywołany do odpowiedzi jako najbardziej zaangażowany i odpowiedzialny w tej kwestii. – O naszym gimnazjum, o tym, co się w nim ciekawego i ważnego dzieje.

– A kto wam to wydaje? – ciekawiła się coraz bardziej gospodyni.

– To skomplikowana sprawa. Gazetę publikujemy w internecie na stronie Junior Media, a następnie zgłaszamy numer do konkursu. Jeśli wygramy, „Kurier Lubelski”, który jest naszym patronem, drukuje egzemplarze i przysyła do szkoły – jeszcze raz z wyczerpującym wyjaśnieniem pośpieszył Tomek.

– Chcecie zostać dziennikarzami? – zapytała swoich gości starsza pani.

– Trudno powiedzieć – oznajmiła Monika.

– Ale interesuje nas to. Patrzymy dokładniej i staramy się jak najwięcej odkrywać, choć może to brzmieć górnolotnie – dopowiedział redaktor.

– Odkrywajcie – podsumowała babcia Helena. – A jak to brzmi, to nieważne.

– Teraz, babciu, pójdziemy do piwnicy – oświadczył Andrzej, nie mogąc się już doczekać, kiedy rozpocznie się wyprawa tak przez niego wyczekiwana i zaplanowana.

– Idźcie. Chociaż uważam, że to nie jest dobre miejsce do spacerów – zaopiniowała babcia.

– Zbierajmy się! Koleżanki i kolego – historia czeka.

– Uważaj, bo odkryjemy grobowiec faraona – z przekąsem dodała Ewa.

– Na faraona bym nie liczył, ale na mumię zdechłej myszy jak najbardziej – pocieszająco oznajmił Andrzej.

– Tam są myszy? – Coś jakby zaczynało docierać do delikatnej Ewy.

– Nie tylko duchy mieszkają w lochach – zaśmiała się babcia.

– Idźmy i szybko wracajmy – próbowała wybrnąć z kłopotliwej sytuacji Monika.

***

Korytarze stawały się coraz węższe. Zwietrzałe cegły zamieniły się w miałką substancję, odpadającą jak piasek przy najlżejszym dotknięciu. Sklepienie nie sprawiało wrażenia solidnego, a nawet widniały miejscami niepokojące wybrzuszenia, powstałe od nacisku ziemi i kamienic. Ktoś, kto drążył to przejście, nie przypuszczał, że przetrwa tyle wieków, gdy po narzędziach i tych, którzy je trzymali, nie będzie już najmniejszego śladu. To jest historia, pozostałość, skorupy, w których zapisane są niepokoje i nadzieje, miłość i gniew, radość i ból. Czego szukamy w historii sprzed kilkuset lat? Siebie?

Powietrze stawało się coraz bardziej stęchłe. Nieużywany korytarz nie miał dopływu świeżego powietrza.

– Strasznie tu duszno – z niepokojem zauważyła Ewa. – Nie ma czym oddychać. Nawet nie czuję zapachu, tylko mi słabo.

– Słyszałam, że w głębokich wykopach powstają beztlenowe przestrzenie. Robotnicy mdleją, a nawet giną – dodała Monika zalękniona teraz tym odkryciem, zasłyszanym gdzieś przypadkiem w rozmowach.

– Jeśli zrobi się zbyt niebezpiecznie, to się wycofamy – zadecydował Tomek, chcąc uspokoić przyjaciół, a jednocześnie pragnąc wykazać się zdrowym rozsądkiem, wiedział bowiem, że w tym momencie wyprawa stała się ryzykowna i niebezpieczna. Czuł, jak strach opanowuje jego ciało, ale tym bardziej chciał się mu przeciwstawić. Nie wymięknę – powtarzał w duchu – nie wymięknę. – Idziemy już godzinę, a lochy nie mogą przecież ciągnąć się w nieskończoność. Liczę, że to już lada chwila – powiedział, by pocieszyć siebie i towarzyszy.

– Też mam taką nadzieję – dodał Andrzej – ale jak dotąd nie widzę przebłysku światła ani nie czuję powiewu powietrza. Chodnik może być w którymś miejscu zasypany.

Tunel nie był wydrążony w linii prostej. Skręcał to w prawo, to w lewo, jak okopy. Na szczęście nie tworzył labiryntu. Widocznie nikt nie zamierzał tu czegokolwiek ukrywać. Dlaczego nie budowali prosto? Może ze względu na trwałość kamienic podkopywanych pod fundamentami, może właściciele niektórych domów nie życzyli sobie, by ktoś przemykał pod ich własnością. A może tak właśnie buduje się korytarze ewakuacyjne w porządnym mieście.

Korytarz stawał się coraz szerszy, aż zakończył się nagle obszerną komorą.

– Nie ma przejścia – zakomunikował Andrzej, który cały czas prowadził grupę jak po swoim terenie, przyświecając dużą latarką na pięć baterii.

– Poświećmy dokładnie – zakomenderował Tomasz, który wolał samodzielnie rozpoznać sytuację i znaleźć najlepsze rozwiązanie.

Dziewczyny nic nie mówiły, tylko rzucały nerwowe snopy światła, które macały ściany, szukając rozpaczliwie wyjścia. Kiedyś musiało być tutaj więcej miejsca, ale wybrzuszone ściany pomniejszały przestrzeń, odpierając resztkami sił nacisk ziemi. Budowniczy dał w tym punkcie naturze więcej swobody i ta wykorzystała to bezlitośnie.

Odwaga i chęci poznawcze gdzieś się ulotniły, natomiast potrzeba przebywania w bezpiecznym miejscu mocno zagościła w umysłach członków wyprawy.

– Wracajmy! – błagalnie powiedziała Ewa.

– Jeśli nie znajdziemy przejścia, to wracamy – zadecydował Tomek.

– Tutaj coś jest! Chodźcie! – zawołała Monika, która staranniej badała ściany pomieszczenia. Na jednej z nich znajdowało się wgłębienie, które było niewidoczne, gdy świeciło się na wprost, ale podświetlone z boku i z bliska odsłaniało niszę o szerokości wąskich drzwi. Z pewnością kiedyś tam były, bo w zmurszałych cegłach tkwiły resztki drewnianej ościeżnicy, świadczące o zamykanym przejściu. Wejście, a raczej szeroka szczelina, utworzona tymi samymi siłami natury, co wybrzuszenia w murze, miało także wypukły kształt i budziło podobne obawy – że może się w każdej chwili zawalić, zasypując ich. Przejście było wystarczająco szerokie, by człowiek mógł bokiem przedostać się do kolejnej części korytarza, węższego niż ten, którym poruszali się dotychczas, ale wyglądającego solidnie. Cegły były tu mniej poszczerbione, równo kładzione i mniej wilgotne. Planowa solidna robota, może zlecona przez dawne władze.

– Co robimy? – spytał Andrzej zaniepokojony losem swojej wyprawy. On też musiał przyznać szczerze, że najadł się strachu i mocno zatęsknił za świeżym powietrzem i przestrzenią.

– Historia już cię nie pasjonuje? – kąśliwie skwitowała Ewa. – Przecież szukamy faraona, czyż nie tak? – Strach, który ją dławił przez ostatnie minuty, przerodził się w sarkazm, którym próbowała odgryźć się na chłopakach i rozładować emocje.

– Nie czas na złośliwości – przerwał Tomek. – Nie wiemy, co kryje dalsza część korytarza. Możemy iść dalej, ale nie jest to do końca bezpieczne, a na pewno mało rozsądne. Musimy zdecydować, co robimy. Niech rozstrzygnie wynik głosowania. Teraz każdy musi pomyśleć o sobie, o tym, co dla niego będzie dobre. Zastanówcie się chwilę i zaraz powiemy, co postanowiliśmy.

– Nie zgadzam się – zaprotestowała Ewa, bojąc się, że zdecyduje coś przeciwnego niż pozostali, a potem będzie musiała odwoływać, aby nie zostać sama w tym postanowieniu. Najchętniej wróciłaby na powierzchnię i miała nadzieję, że inni podzielają jej pogląd, ale uważała, że taka grupa przyjaciół jak oni powinna mieć takie samo zdanie w wielu kwestiach bez względu na konsekwencje. To fundamentalna zasada. Zamiast głosowania wolałaby dyskusję. Mogłaby liczyć na Monikę. Jej rozsądny głos musiał przecież być po stronie wyjścia z lochów. Mogła zdecydować, a chłopcy jak zawsze by jej ulegli. Była nie tylko ładna, ale też trudno było polemizować z jej argumentami. I teraz również wszyscy patrzyli na Monikę, aby zdjęła z nich ciężar decyzji i postanowiła mądrze.

Monika nie wiedziała, co zdecydują przyjaciele, ale ona wiedziała od razu, gdy tylko światło latarki przecięło tajemniczą przestrzeń. Za zaułkiem rozpoczynało się coś nowego, nie bez powodu tak skrzętnie oddzielonego. Ciągnęło ją tam. Nie wiedziała dlaczego. Zazwyczaj rozumiała pobudki swojego postępowania. Granica, którą chciała przekroczyć, dokonywała w niej jakiegoś podziału niezachwianej jedności: tego, co powinna uczynić, i tego, co robiła – dotąd była jej pewna jak nazwiska i adresu zamieszkania.

– Ja idę dalej. Chcę zobaczyć, co jest po drugiej stronie. – Oświadczenie Moniki zabrzmiało jak uderzenie pioruna.

Po jej słowach zapanowała długa cisza. Oczy Ewy zrobiły się duże i przerażone, jakby ktoś odebrał jej ostatnią nadzieję. Po policzkach zaczęły spływać łzy. Chłopcy spuścili głowy. Byli przekonani, że ta rozsądna dziewczyna zdejmie z nich ciężar przyznania się do strachu i będą mogli wycofać się z trudnego położenia bez konieczności konfrontacji.

– Decyzja właściwie zapadła – podsumował łamliwym głosem Tomek. – Która godzina? – spytał i wyjął telefon komórkowy, by spojrzeć na zegar. – Dziewiętnasta. Idziemy już godzinę.

– Muszę wysłać esemesa do mamy. – Ewa przypomniała sobie, widząc smartfona w ręku kolegi. Wyjęła swój telefon, szybkimi ruchami palców napisała treść wiadomości i wysłała. – Nie ma zasięgu – powiedziała zrezygnowana.

Na te słowa wszyscy chwycili za komórki i z jękiem zawodu musieli potwierdzić. Byli zdruzgotani. Zasięg telefonu to obszar istnienia, poza którym człowiek staje się czymś niekonkretnym, umowną ideą albo nieznaną substancją. Jeszcze raz spojrzeli błagalnie na Monikę, szukając w jej twarzy oznak wybawienia, ale nic z tego. Postanowienia nie można było cofnąć, jak nie można odwrócić losu.

Ewa ciężko westchnęła. Tym razem Monika poprowadziła wyprawę. Za nią w milczeniu podążyli przyjaciele: Tomek, potem Ewa, a na końcu Andrzej, zamykający grupę.

Przejście było wąskie, ale szczupli ludzie mogli przejść bokiem, nawet nie brudząc ubrań. Dalej było nieco szerzej, więc szli prawie swobodnie, ocierając co prawda rękami o brudne ściany i trochę zniżając głowy. To ostatnie raczej przez przezorność, bo korytarz nie był aż tak niski. Ściany były w dobrym stanie. Cegły, równe i lśniące, tworzyły solidny mur – tym razem nie obawiali się przykrych niespodzianek. Tylko powietrze było gorsze. Dopływ świeżego powietrza, słaby już w pierwszej części korytarza, teraz stał się jeszcze słabszy. W bocznej odnodze chodnika z trudem się oddychało. Mam nadzieję, że się nie podusimy – pomyślał Tomek, ale nie wyjawił głośno swoich obaw. I bez tego słychać było głośne wciąganie powietrza przez uczestników wyprawy. Szli coraz wolniej i coraz częściej przystawali. Stracili rachubę czasu i odległości. Od zaułka uszli może pięćdziesiąt metrów, a wydawało im się, że przeszli kilkaset.

Korytarz ponownie skręcił w prawo, w miejscu zakrętu mur zrobiony był z wapiennego kamienia. Robiło im się słabo. Czuli ucisk w uszach, a przed oczami migały im iskierki. Powłóczyli nogami. Podziemny chodnik na nowo stał się szerszy – utworzył małe pomieszczenie. Niestety powietrza nie zrobiło się więcej.

– Usiądźmy, odpocznijmy trochę – wymamrotała Ewa i nie czekając na reakcję przyjaciół, klapnęła ciężko na brudną ceglaną posadzkę. Pozostali poszli w jej ślady. Powietrze, a może jego brak, gryzło w płuca. Oparli się plecami o ściany i próbowali złapać oddech. Strzępy myśli biegały po ich głowach, nie budując żadnej całości. Monice wydawało się, że widzi coś w zagłębieniu. To może być kolejny korytarz – pomyślała. Ale jestem słaba. Podniosła rękę w stronę wyłomu. Tomek, zauważywszy ten gest, skierował strumień światła latarki we wskazanym kierunku. Dostrzegł dochodzący korytarz, a potem wydało mu się, że coś odbija światło. Złoto – przeszło mu przez myśl. Nagle zaczął marzyć o skarbach piratów karaibskich, o których dużo czytał w podstawówce. Płynął teraz statkiem po rozświetlonym słońcem morzu. Lekkie kołysanie fal zachęcało do snu. „Jesteś na wachcie!” – zdawało mu się, że słyszy głos kapitana. „Nie możesz spać. Musisz wypatrywać niebezpieczeństw. Szukaj lądu!”

Otworzył z trudem oczy. Na kolanach dobrnął do bocznego przejścia. Za nim znajdowała się mała sala, która dawała ostatnią nadzieję na ratunek. Znów zamigotało coś, co odbijało światło. Widział to wyraźnie, ale nie miał już siły rozpoznać, co to może być. Wiedział, że dotknął tego przedmiotu. Z korytarza dolatywała woń, której nie znał. Gaz – pomyślał. Spojrzał na postacie przyjaciół. Chyba śpią? Dlaczego śpią? Przecież musimy iść dalej.

Tajemnice jedenastego gimnazjum. Unia

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-937-3

© Sławomir Błażewicz i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Dominika Świtkowska

KOREKTA: Katarzyna Kusojć

OKŁADKA: Artur Rostocki

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tajemnice XI gimnazjum. Unia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia