Reinhold Messner. O życiu

Reinhold Messner. O życiu

Autorzy: Reinhold Messner

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Biografie Literatura faktu Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.45 zł

Jako pierwszy człowiek zdobył Koronę Himalajów i Karakorum – wszystkie czternaście ośmiotysięczników świata. Dokonał tego w 1986 roku, a zdobycie kompletu szczytów zajęło mu łącznie 16 lat. W 2014 roku Messner skończył 70 lat. To dobra okazja do podsumowania życia, co też uczynił, przygotowując opowieść „O życiu. Symbolicznych 70 rozdziałów osobistej historii”, w której autor staje twarzą w twarz z własną przeszłością, konfrontując siebie i czytelnika z największymi wyzwaniami, jakie przynosi życie.
Messner pisze z wyczuwalnym dystansem, mówi ciszej, łagodniej – nie kończy życia, kariery, nie odrzuca zainteresowań, po prostu podsumowuje swoje 70 lat.

„Książka ważna. Każdy człowiek związany z górami powinien ją przeczytać. Zawarty w niej ładunek uniwersalny spowoduje, że sięgną po nią również ludzie niemający nic wspólnego z górami” – JANUSZ MAJER, alpinista, himalaista, założyciel i były szef programu Polskie Himalaje

„O życiu Reinholda Messnera to ciąg pytań egzystencjalnych wkomponowanych w historię jego górskich doświadczeń. Messner podsumowuje swoje dokonania na wszystkich polach, nie unika przy tym trudnych tematów, w tym ciągnącego się latami konfliktu z DAV (Deutscher Alpenverein; Niemiecki Związek Alpejski).
To lektura nie tylko dla alpinistów, to książka dla każdego, nie wyłączając rodziców, którzy nieustająco stają przed wychowawczymi wyzwaniami. Autor pięknie definiuje pojęcie ojczyzny, zmusza czytelnika do zastanowienia się nad własnym życiem, wyborami i stosunkiem do innych ludzi” – KRZYSZTOF WIELICKI, alpinista i himalaista, kierownik polskich wypraw zimowych na k2

„Przez wielu Reinhold Messner uważany jest za najwybitniejszego wciąż żyjącego wspinacza. Inni zarzucają mu komercjalizację górskiej tematyki. Choć prawda zwykle leży pośrodku, w tej książce Messner jest trochę jak jogin, którego sam spotkał niegdyś w drodze do źródła Gangesu. Wyznaczył sobie zadanie opisania swojego życia i tego, co jest dla niego ważne. Trzymasz w rękach osobistą opowieść wybitnego człowieka, dla którego góry to coś więcej niż tylko natura. To całe życie” – KRZYSZTOF BARANOWSKI, Sportowa Książka Roku

Tytuł oryginału: Über Leben. Reinhold Messner

Redakcja: Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska

Korekta: Jacek Bławdziewicz

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Zdjęcie na okładce: Steffen Kugler/dpa Picture-Alliance/AFP/East News

Zdjęcia: © Archive Reinhold Messner

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© copyright by Agora SA 2018

© 2014 by Piper Verlag GmbH, München.

© copyright by for the polish translation by Krystyna Schmidt

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2165-3 (epub), 978-83-268-2166-0 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

WSTĘP

I. O DOŚWIADCZANIU ŻYCIA

Dzieciństwo

Niesprawiedliwość

Ojczyzna

Prawo naturalne

Wolna przestrzeń

Nadzór

Czujność

Gniazdo rodzinne

Ostrożność

Ukojenie

Chodzenie

Odwaga

Strach

Instynkt

Ryzyko

Wiedza

Doświadczenie

Niebezpieczeństwo

Czas

Tajemnica

Pasja

Szczęście

Ambicja

Odzwierciedlanie się

Śmierć

II. O PRZEŻYCIU

Żałoba

Orędownicy słusznej sprawy

Bliskość

Odpowiedzialność

Emocje

Wypadek

Język

Geniusz

Groza

Utwierdzanie się

Zaufanie

Samotność

Sens

Tabu

Narodziny

Choroba

Zawiść

Wycofywanie się

Eksploracja

Przeznaczenie

III. O ŻYCIU

Nowy początek

Środowisko naturalne

Kultura miejska

Yeti

Polityka

Piękno

Sztuka

Bóg

Styl

Skandale

Zemsta

Wyzwania

Zaufanie do siebie

Duma

Starzenie się

Cierpienie

Religia

Zespół wspinaczkowy

Moralność

Rytuały

Wolność

Rodzina

Więzi sąsiedzkie

Rezygnacja

Na koniec

WSTĘP

Jakże często opisywałem, co czułem, gdy stałem tam na szczycie, w najwyższym punkcie Ziemi, wyjaśniałem, na czym w moim rozumieniu polegają wyzwania, tłumaczyłem, jak wiele dla mnie znaczą. Dzięki temu moi słuchacze i czytelnicy zawsze widzieli we mnie człowieka, który przekracza granice niemożliwego.

Dzisiaj miliony sportowych wspinaczy trenują na sztucznych ścianach, inni jeżdżą na buldering do RPA, jeszcze inni do parków linowych na imprezy urodzinowe dla dzieci i spotkania integracyjne dla menedżerów: wspinają się po wiszących drabinkach, przechodzą nad przepaściami, dają się zrzucać z mostów. Wszyscy ci wielkomiejscy amatorzy przygód poszukują emocji, chcą sprawdzić swoją odwagę, przeżyć coś ekscytującego. Pragną poznać granice swoich możliwości – tylko bez ryzyka, proszę! I z podwójnym zabezpieczeniem! – na wyposażonych w atesty drogach wspinaczkowych, na zabezpieczonych trasach, w starannie oznakowanym i tylko pozornie niebezpiecznym terenie, który udaje dzicz, ale jak reszta cywilizowanego świata od dawna jest zurbanizowany.

W dzisiejszych czasach „dzikość” bardzo często jest tylko pozą, deklaracją, między innymi dlatego, że dzikiej przyrody już prawie nie ma. Ludzie chętnie opowiadają o swojej „dzikiej młodości”, lubią „dzikie wygłupy” i miewają „dzikie pomysły”. Ale zawsze tylko w ramach tego, co dopuszczalne, w małych dawkach, z pełnym zabezpieczeniem. Tylko tak oswojoną dzikość daje się pogodzić z oswojonym życiem. Wszystko inne byłoby przecież nierozsądne, nieodpowiedzialne, a nawet niemoralne. Mnie jednak interesuje natura człowieka w ujęciu wykraczającym poza tu i teraz, wgląd w to, czego oswojona egzystencja nie obejmuje.

W moim wyobrażeniu człowieka ważna jest autonomia jednostki. W końcu całe swoje życie sprzeciwiałem się arbitralności i prowadzeniu za rączkę. Samodzielne decydowanie o sobie jest dla mnie świętością, dlatego obawiam się, że technicyzacja wszystkich dziedzin życia spowoduje ograniczenie wolności, a wzrost efektywności, tempa i bezpieczeństwa będzie się wiązał z niższym poziomem jakości życia, demokracji i człowieczeństwa.

Nigdy nie zachowywałem się „rozsądnie”, a moje wyprawy w dzikie ostępy często wymykały się wszelkiej kontroli. Możliwe, że ogółowi bardziej odpowiada „właściwe” postępowanie jednostek niż życie tych, które same o sobie decydują. Ja jednak nie chcę z tego powodu podlegać całkowitej kontroli, być jednym ze składników sumy, które po dodaniu tworzą przewidywalne, użyteczne, konformistyczne społeczeństwo konsumpcyjne.

Jako demokratę nie satysfakcjonuje mnie również demokracja bezpośrednia z jej ciągłym głosowaniem online. Gdzie w tym miejsce na odpowiedzialność polityków? Gdzie możliwość refleksji? Mnie interesuje człowiek jako indywiduum, a takich ludzi spotykam już tylko w nielicznych zakątkach naszego zurbanizowanego świata, do których nie dotarła jeszcze ani religia, ani polityka, ani technika i informatyka.

Wyprawy i sporty ekstremalne oraz aktywny wypoczynek są dziś popularne jak nigdy wcześniej. Może kryje się za tym nieświadome pragnienie, by zajrzeć w przeszłość i przekonać się, jak wyglądało życie człowieka w dawnych czasach. Jak sobie wtedy radziliśmy, jakie mieliśmy możliwości? Kiedy wyobrazimy sobie przedział czasu obejmujący sześć milionów lat ewolucji człowieka, sto lat wydaje się, naturalnie, niczym. Cywilizacje istnieją oczywiście wszędzie na świecie i we wszystkich z czasem nastąpiły zmiany, jednak w „cywilizowanej” części świata proces przemian miał przyspieszony przebieg, a w dzikich zakątkach – powolny. Przy czym „powolny” jest tu pojęciem względnym. Licząca niespełna dziesięć tysięcy lat cywilizacja miejska to zaledwie krótka chwila w trwającej miliony lat historii ludzkości. Proces, w wyniku którego staliśmy się ludźmi, zachodził więc przeważnie w warunkach koczowniczych i zapisane w genach ślady tej koczowniczej egzystencji tkwią w nas głęboko do dziś. W ostatnim okresie w wielu społeczeństwach zaszły tak gruntowne przemiany, że doświadczenie nie mogło za nimi nadążyć i dawna wiedza coraz bardziej ulegała zatraceniu.

Jedyny w swoim rodzaju sposób, w jaki było mi dane zdobywać wiedzę o życiu człowieka, zawdzięczam nie tylko temu, że dorastałem w rolniczych rejonach zachodniego świata, i temu, że podczas późniejszych wypraw poznałem wiele aspektów życia tradycyjnych społeczności, ale też temu, że zawsze wykazywałem ciekawość. Nieświadomie – w gruncie rzeczy jak praczłowiek – w trakcie niezliczonych ekspedycji badałem, na czym polega przeżycie. W warunkach pierwotnych wiedzę z zakresu przywództwa, zarządzania ryzykiem czy sztuki przetrwania nabywamy automatycznie, ponieważ w sytuacjach zagrożenia życia współdziałaniem kilku grup zawiaduje ludzka natura, a nie jakaś moralność. Nie były to badania prowadzone celowo i w sposób kontrolowany, z zamiarem obserwacji, co się stanie, jeśli zaryzykuję. Ale zawsze mogłem wyciągnąć naukę z tego, co się faktycznie wydarzyło. Początkowo robiłem to nieświadomie, później z coraz większym zaciekawieniem. Patrzyłem, jak sam funkcjonuję w trudnych sytuacjach, a także jak w ekstremalnych warunkach zachowują się moi partnerzy lub partnerki, czego wymaga od nas natura. W ten sposób zdobyłem swoje doświadczenie życiowe i ukształtowałem postawę życiową.

Instynktowne zachowania współczesnego Homo sapiens, który przez wiele tysięcy lat uczył się sztuki wspólnego przeżycia, wywarły na nasz świat – nasze geny, kulturę, zachowania – dużo trwalszy wpływ, niż mogłoby się wydawać. Wszystko, co społeczne – od pierwszych form współdziałania w grupach, przez wszystkie późniejsze systemy rządów miejskich, po współczesne modele państwa – powstawało z konieczności. Pierwsze zasady współistnienia na płaszczyźnie religijnej i obywatelskiej pojawiły się około pięciu tysięcy lat temu. Ale i wcześniejsze czasy pozostawiły w nas trwały ślad. Pod wieloma względami nadal mamy w sobie coś z człowieka pierwotnego. Nawet jeśli wydaje nam się, że przezwyciężyliśmy tkwiącego w nas koczownika, wciąż jesteśmy też tymi, którymi byliśmy w dalekiej przeszłości. Nawet wbrew naszej woli. Pod względem sposobu postrzegania świata, procesów uczenia się i skutecznych strategii przetrwania pewnie i jesteśmy obywatelami zglobalizowanego świata, ale jednocześnie nadal jesteśmy też ludźmi pierwotnymi. Przynajmniej w podświadomości i w genach mamy więcej ze zwierzęcia, niż wielu z nas chciałoby przyznać.

Poznawałem życie, korzystając z dwóch sposobów percepcji: podczas podróży do tak zwanych społeczności prymitywnych i w naszym zurbanizowanym świecie. Jako że kombinacja wiedzy i instynktu daje duże możliwości przeżycia, uznaję i rozum, i emocje. Pytanie o to, jaką to ma wartość dla współczesnego, żyjącego w mieście człowieka, pozostawiam otwarte, sądzę jednak, że korzystanie z możliwie wielu różnych sposobów uczenia się dostępnych człowiekowi może być w pewnych sytuacjach przydatne. Dla mnie w każdym razie dzika przyroda oraz uczestniczenie co pewien czas w koczowniczym życiu tradycyjnych społeczności były ważniejsze niż szkoła. Mój sposób widzenia świata i ludzkiej natury ukształtował się na wyprawach. To głównie przeżyte niebezpieczeństwa wzbogacały moje życie. Zurbanizowana kultura zapewniła sobie wprawdzie – dzięki przewadze technologicznej, politycznej i militarnej – dominującą pozycję w świecie, nowoczesne społeczeństwa industrialne nie mają jednak przewagi, jeśli chodzi o metody funkcjonowania życia społecznego, równe traktowanie czy sprawiedliwość społeczną. Nadal wiele do życzenia pozostawiają też sprawy wychowania dzieci i opieki nad osobami starszymi. W warunkach dzikiej przyrody w przypadku różnicy poglądów zawsze dochodziłem do kompromisu, czy to w kontaktach z miejscowymi mieszkańcami, czy też z partnerami na wyprawie. Tymczasem w cywilizacji spory często ciągną się bez końca – jakby w wysoko rozwiniętych społeczeństwach obywatelskich rozwiązywanie konfliktów społecznych było coraz trudniejsze. Może dlatego, że niewłaściwie stawiamy pytania? Nie chcę uzyskać odpowiedzi na stare pytanie: czym jest człowiek? Dla mnie ważne jest poznanie, jak funkcjonuje. Wciąż musimy przecież szukać odpowiedzi na zadawane od setek tysięcy lat pytanie, jak możemy wspólnie przetrwać.

Lato 1945: turnie Fermeda nad halą Brogles i pierwsze próby stania przy kolanach matki.

Wszystkie dziewięcioro dzieci nauczyciela Messnera się wspinało (drugi od lewej: Günther, drugi od prawej: Reinhold).

Od pierwszych kroków chodziłem po górach: jako dziecko na hali Brogles u stóp turni Fermeda, jako nastolatek w ścianie Dolomitów i na wycieczce narciarskiej, później także w lodowych ścianach alpejskich.

Nasza mama o każdym z dziewięciorga dzieci (Helmucie, Reinholdzie, Güntherze, Erichu, Waltraud, Siegfriedzie, Hubercie, Hansjörgu, Wernerze) napisała psychogram, w którym zawarła, widoczne już w dzieciństwie, najważniejsze cechy jego charakteru.

DZIECIŃSTWO

Wczesnym latem 1945 roku rodzice zabrali mnie i mojego starszego brata Helmuta na halę Brogles Alm u podnóża turni Fermeda. W dzieciństwie chorowaliśmy na koklusz i wysokogórskie powietrze miało nam pomóc. Mój ojciec – zaledwie kilka tygodni po powrocie z wojny, której ostatni okres przeżył we Włoszech jako tłumacz w wycofującej się armii niemieckiej – zwoził drzewo z pobliskiego lasu, chodził na polowania i raz w tygodniu do doliny. Tam w wiejskim sklepiku szwagra kupował to, co najniezbędniejsze, by razem ze swoją – wówczas jeszcze niedużą – rodziną móc przeżyć wysoko w górach. Znam tę historię jedynie z opowiadań i kilku czarno-białych zdjęć, które ją dokumentują: widać na nich dwoje małych dzieci z matką u stóp skalnych turni wznoszących się pionowo w górę.

Moje własne wspomnienia z dzieciństwa zaczynają się od długich spacerów: do Niedźwiedziej Jamy w St. Jakob, do dziadków w St. Magdalena, do wodospadu w przysiółku Flitz bądź do Miglanz, okazałego gospodarstwa na zachodnim krańcu doliny, w którym żyła rodzina „dableiberów” – gospodarzy, którzy podczas „optowania” w 1939 roku odrzucili możliwość emigrowania do Rzeszy Niemieckiej i zdecydowali się pozostać w swojej południowotyrolskiej ojczyźnie. Na wycieczki te zazwyczaj chodziła z nami tylko mama. Po drodze opowiadała nam o ostatnim niedźwiedziu zastrzelonym pięćdziesiąt lat wcześniej w dolinie Villnöss, o bombach zrzucanych w czasie wojny na St. Valentin i o mającej uzdrowicielską moc lodowatej wodzie flitzeńskiej. Wodę tę wlewaliśmy do manierek i nieśliśmy w plecaku do domu.

Bardziej ekscytujące od tych wycieczek były jedynie nasze zabawy w Pitzack, ulicówce położonej poniżej St. Peter. Razem z innymi dziećmi ze szkoły tworzyliśmy typową czeredę, niewielką społeczność złożoną z ponad dwadzieściorga chłopców i dziewczynek, w wieku między cztery a dwanaście lat. Bawiliśmy się w okolicznych lasach, nad pobliskim potokiem albo na wzniesieniu zwanym przez nas „pagórem”, które służyło również za szkolne podwórko. W czasie zabaw nigdy nie dzieliliśmy się na chłopaków i dziewczyny ani według wieku – jak to się zazwyczaj dzieje w większych społecznościach – lecz tworzyliśmy jedną wielką gromadę. Rodziny z gospodarstw położonych w górach znały się z rodzinami z doliny, więc także na przerwach szkolnych bawiliśmy się razem między stodołami, zawsze w grupach – często jedną czeredą przeciw drugiej. Decyzje omawialiśmy i podejmowaliśmy wspólnie, bez formalnego przewodnictwa – podobnie jak o sprawach wsi decydowali mężczyźni, naradzając się w niedzielę po mszy. Jedynie w szkole – była to nieduża wiejska szkółka; młodzież w okresie dojrzewania nie chodziła już do szkoły – i w kościele, największym budynku w dolinie, obowiązywał ściśle określony porządek.

W tamtym czasie różnice społeczne w dolinie prawie nie występowały, podziału pracy nie było, a problemów gospodarczych niewiele. Prawdziwej biedy też nie było. Wszyscy żyliśmy bardzo skromnie. Mieszkańcy doliny tworzyli społeczność zorganizowaną w sposób egalitarny i demokratyczny. Podobnie jak my, dzieci, podczas zabaw. W czeredzie wszyscy mieli takie same szanse, a osobowość jednostki kształtowała się na podstawie indywidualnie zróżnicowanych zdolności, które wszyscy szanowali.

Z podobnymi wspólnotami, jakie dziesięć tysięcy lat temu i wcześniej występowały zapewne we wszystkich zakątkach świata, zetknąłem się ponownie podczas późniejszych podróży: na wyżynach Nowej Gwinei, w Tybecie i w Nepalu. Wysoko w górach w niemal niedostępnych himalajskich dolinach często zamieszkanych przez mniej niż sto rodzin, gdzie każdy każdego zna osobiście, nadal funkcjonowało życie wspólnotowe, jakie ja poznałem niemal siedemdziesiąt lat wcześniej w dolinie Villnöss. Społeczność taka składała się nie tyle z rodów czy klanów, co raczej pojedynczych ugrupowań, które organizowały lokalne życie. Latem razem wyprowadzano owce i młode krowy na położone wyżej wspólne hale, wspólnie ścinano drzewa, wspólnie chowano zmarłych. W każdym gospodarstwie w dolinie znajdowała się stodoła do składowania siana na zimę. Niepotrzebna była do tego biurokracja – prawa i obowiązki od stuleci przekazywano sobie ustnie, a wszystkie nowe ustalenia uzgadniano w bezpośrednich rozmowach. Przywództwo pewnych jednostek przejawiało się jedynie tym, że podczas wspólnych narad ich doświadczenie i umiejętność przekonywania liczyły się bardziej niż uległość. Ani wójta, ani rady gminy czy komisji gospodarzy wiejskich nie postrzegałem wówczas jako instytucji z monopolem władzy, aczkolwiek proboszcza – z racji „boskiego nadania” – uważałem za najwyższą instancję. Podstawą społeczności Villnöss była nie tyle polityczna ideologia, ile tożsamość terytorialna i religijna. Ponieważ jednak w rozstrzyganiu konfliktów nie mogli uczestniczyć wszyscy mieszkańcy, ostatecznie jako obowiązujące przyjmowano to, co za słuszne uznali wspólnie proboszcz, wójt – zazwyczaj właściciel największego gospodarstwa w dolinie – i nauczyciel.

Dzieci musiały się do tych ustaleń stosować. Tylko w zabawie mieliśmy możliwość swobodnej ekspresji życiowej. Nieświadomie naśladowaliśmy wtedy życie dorosłych, tak jak do dziś robią to dzieci w społecznościach klanowych na całym świecie. Ich zabawy są odtwarzaniem życia dorosłych.

Na wyżynach Nowej Gwinei, którą odwiedziłem dwadzieścia lat później, dzieci rzeźbiły z drewna wojowników i świnie, ponieważ całe życie dorosłych toczyło się tam wokół wojen i świń. U Masajów we wschodniej Afryce życie skupiało się wokół bydła i tamtejsze dzieci odtwarzały je szczegółowo w małej skali: ze stadami, zagrodami, pasterzami. Na Grenlandii mężczyźni polowali na foki i zwierzęta te były również przedmiotem zabaw inuickich dzieci. We wszystkich społecznościach klanowych, które poznałem później w różnych rejonach świata, dzieci tworzyły – ze śniegu, piasku, drewna lub gliny – swój wyimaginowany świat i wprowadzały do niego własnoręcznie wykonane figurki, dzięki którym stawały się hodowcami bydła, wojownikami bądź myśliwymi polującymi na foki.

I my też poprzez zabawy poznawaliśmy swoje otoczenie, zapuszczając się daleko od domu. Dzięki temu już w bardzo młodym wieku zdobyliśmy wiele praktycznych umiejętności i świetnie poznaliśmy swoje otoczenie, dolinę, miejscową przyrodę i kulturę. Zabawy rozbudziły we mnie także kreatywność, umiejętność tworzenia nowych pomysłów, zacięcie do robienia wszystkiego w coraz to nowy sposób – patrzenia świeżym okiem i wprowadzania ulepszeń. Również już jako dziecko nauczyłem się przegrywania, nieustannego podnoszenia się po upadku i działania dalej. I mimo że później porywałem się na rzeczy „niemożliwe”, podejmowałem ryzykowne wyzwania, pozostałem chłopcem, który się bawi. Dziś wiem, że to duch zabawy prowadził mnie przez całe życie.

W szkole i w domu było jasno określone, co można, a czego nie można robić, czego oczekuje od nas społeczeństwo. My, dzieci wychowywane na wsi i w górach, nie mieliśmy takich możliwości jak dorośli. Dorosłych obowiązywały inne zasady. Dzieciom narzucana była ich wola. W życiu codziennym wielu rzeczy nie wolno nam było robić, były wręcz zakazane. Za to w zabawie byliśmy po prostu ludźmi, którzy nie chcieli być ani wykorzystywani, ani chronieni. W swoim gronie, wśród innych dzieci, czuliśmy, że jesteśmy traktowani fair. Inteligencja, postura i siła fizyczna były postrzegane jako to, czym są – fakty, których ani się nie zazdrości, ani nie podziwia.

I właśnie dzięki temu antywychowaniu staliśmy się ludźmi pewnymi siebie i odpornymi na przeciwności. Od dziecka wiedziałem, że o przeżyciu decydują nasze własne umiejętności i mocne strony, i że to my sami określamy swoją drogę w życiu. Jak w zabawie. Gdybym zawsze słuchał rodziców, nauczycieli i księży, być może lepiej układałoby mi się w dzieciństwie. Jednak to dzięki przeciwstawianiu się im rozwinąłem w sobie pewność emocjonalną, ciekawość świata, zaufanie do siebie. Samodzielności i umiejętności społecznych nauczyłem się nie pod opieką rodziców czy w kościele, lecz początkowo podczas zabaw, a potem – wspinania.

Telewizji, gier komputerowych ani internetu wtedy nie było. Również później, w górach, nie było nic, co odciągałoby moją uwagę. Nikogo, kto by mówił, co mam robić. Góry stały się moim drugim placem zabaw, miasto i niziny zacząłem postrzegać jako przeciwieństwo swobodnej przestrzeni. Nie chciałem się nieustannie dostosowywać i podporządkowywać. Do zasad ustanawianych przez ludzi dopasowywał się wyłącznie mój rozum – nie instynkt, nie uczucia. A to one są istotą mojego istnienia. Od tamtego czasu za siłę wyższą, ustanawiającą zasady, uznaję jedynie naturę.

NIESPRAWIEDLIWOŚĆ

O każdym z dziewięciorga swoich dzieci moja mama napisała swego rodzaju charakterystykę psychologiczną, rodzaj psychogramu. Była prostą, pobożną kobietą, która w każdą niedzielę chodziła na poranną mszę, a swoją miłością instynktownie równo obdzielała gromadkę dzieci, przy czym najmłodsze zawsze potrzebowało więcej uwagi niż starsze. Nie wiem, kiedy spisała swoje obserwacje na mój temat ani gdzie przechowywała notatki; pamiętam tylko moment, w którym wręczyła mi je na trzech ręcznie zapisanych kartkach, żebym zabrał je ze sobą, kiedy na stałe opuszczałem dolinę Villnöss. Miałem wówczas już czterdzieści lat. Siedzieliśmy w jadalni i moje spojrzenie powędrowało od dachu stodoły sąsiada i wiejskich zabudowań ku ciemnym świerkowym lasom, od południowego zachodu otulającym wąską dolinę. Tam, w oddali, na przeciwległym zboczu – poniżej porfirowego grzbietu Raschötz – ukazały mi się nagle obrazy z przeszłości: w miejscu, w którym w czasach mojego dzieciństwa stało gospodarstwo Riegl, stroma ściana lasu była wyraźnie jaśniejsza niż powyżej. Wszędzie tam, gdzie kiedyś były pola i łąki, stały dom i obora, teraz rósł młody las.

Stary gospodarz nie chciał opuszczać Riegla – opowiadała nam często mama – ale młodzi zdecydowali się na wyjazd, nie miał więc wyjścia. Wyjechał razem z nimi w ramach „powrotu do Rzeszy” – jak się wtedy mawiało. Bo co począłby w Rieglu sam? Strome pola, ponad sto hektarów lasu, prywatny teren łowiecki. Sam by sobie z tym nie poradził. Później ziemie te należały do handlarza drewnem i co młodsi mieszkańcy doliny nie wiedzieli już nawet, że po wyjeździe gospodarzy po Rieglu długi czas krążyło nocami światełko. Dawno przepadło również gospodarstwo w Styrii, które naziści przyznali mieszkańcom Riegla w Rzeszy, i od dawna nie docierały już do Villnöss wieści o samej rodzinie. Jakże szybko przychodzi zapomnienie!

Często chodziliśmy też z matką do Maschisch – innego gospodarstwa opuszczonego w 1939 roku w ramach „optowania” – i dalej, przez przysiółek Flitz do Riegla. Balansowanie na wiszącym moście, wysoko nad potokiem Flitzer Bach, tak nas ekscytowało, że ganialiśmy po nim w kółko tam i z powrotem. Z jednej strony na drugą. Za mostem siarkowożółta ściana skalna wznosiła się – pionowo w górę – niemal do nieba. A dalej, w rieglowym lesie, znajdowało się drugie samotne gospodarstwo – niewielki Riegel-Kofel. Pewnego razu – opowiadała matka – kiedy jego gospodyni, wracając z kościoła, przechodziła przez most, śmiertelnie się wystraszyła. Na jednym ze świerków dostrzegła bowiem dwoje swoich dzieci bawiących się wśród gałęzi, które wystawały daleko poza krawędź urwiska. Wówczas ten świerk jeszcze tam rósł. Spojrzałem najpierw na drzewo, potem w głęboki wąwóz pod nogami. Przez chwilę kręciło mi się w głowie. Potrafiłem wczuć się zarówno w emocje rozbawionych dzieci, jak i zrozpaczonej matki, która bezgłośną modlitwą wzywała pomocy w nagłym niebezpieczeństwie. Kobieta modliła się, nie wydając żadnego dźwięku, bała się bowiem, że krzyk mógłby wytrącić dzieci z zapamiętania zabawą i na jej oczach spadłyby w przepaść. Instynktownie zachowała się właściwie. Dzieci zaś nauczyły się, że narażając się bez powodu na niebezpieczeństwo, nie robią wprawdzie nic niewłaściwego, ale postępują nie fair wobec matki.

Moja mama nigdy nie osądzała innych. Była bardzo wyczulona na punkcie niesprawiedliwości. Dzięki ugodowemu charakterowi niemal zawsze udawało jej się łagodzić sytuacje, w których – czy to w rodzinie, czy między mieszkańcami wsi – dochodziło do sporu, kłótni lub niesprawiedliwego traktowania. U podstaw każdej społeczności leży jej własne wyobrażenie sprawiedliwości i niemal każdy człowiek ma wrodzone poczucie sprawiedliwości. Wie, że równość i wolność należy jej podporządkować.

„Alergicznie reaguje na niesprawiedliwość”, zapisała mama w moim psychogramie. Czytałem jej notatki w drodze do samochodu przed wyjazdem na stałe do Juval, mojego nowego miejsca zamieszkania. To prawda, pomyślałem, nigdy nie chciałem, by inni decydowali za mnie. Jakże często wściekałem się, gdy niesprawiedliwe traktowanie wiązało się ze wzmożonym dozorem. To uczucie wściekłości w sytuacjach, gdy ktoś autorytarnie twierdzi, że musi mnie chronić przede mną samym, do dziś naznacza moje życie. Czyżby brakowało mi ugodowości, tej wielkoduszności, która była ważną cechą charakteru mojej mamy? Nie, nie znoszę jedynie wszelkiego rodzaju arbitralności, nieuzasadnionego dozoru. To przecież natura decyduje o tym, jakie mam szanse.

Większość ludzkich nieszczęść wynika według mnie właśnie z niesprawiedliwości. To ona jest źródłem konfliktów, wojen, dewastacji. Opowiada o tym już mit o Kainie i Ablu: ofiary złożone przez dwóch rywalizujących ze sobą braci nie zostały odebrane przez niebiosa jako równowartościowe. Kain został potraktowany wyraźnie mniej przychylnie niż jego brat Abel. Skąd ta różnica? Wie tylko „Bóg”, który chciał zamienić swoich Beduinów w lud osiadły. Różne traktowanie sprawiło jednak, że Kain, czując się odtrącony, ustępował bratu coraz bardziej i bardziej. Aż w końcu go zabił, jakby chciał tę różnicę, tę niesprawiedliwość zniweczyć. Na dłuższą metę niesprawiedliwe traktowanie jest nie do zniesienia! Zdesperowany Kain ostatecznie sam postąpił niegodziwie i nieszczęście rozprzestrzeniało się dalej. Kto i z jakiej racji ma mieć taką władzę, by decydować o tym, komu sprzyjać, a komu nie, określać, co jest dobre, a co złe? Poczucie sprawiedliwości domaga się, abyśmy – jako równi sobie – sami podejmowali decyzje w swoich sprawach.

Oburzanie się na „niesprawiedliwość” natury czy przypadek niewiele tu pomoże. Natura zawsze ma słuszność, tylko ludzie dopuszczają się nieprawości. To bezprawie często staje się zarzewiem katastrof: resentymentów, dyskryminacji, rasizmu – sprawiedliwe społeczeństwo pozostaje ideałem, projektem, który zapewne nigdy nie zostanie w pełni zrealizowany.

Oprócz zrozumienia dla innych, swoistej empatii, mama wskazała mi swoim przykładem jedyną słuszną drogę w świat. Drogę, którą mogłem podążyć tylko ja sam, nikt inny. Dokąd miała mnie ona zaprowadzić, tego wówczas nie wiedziałem. Nigdy nie wiedziałem tego wcześniej. Jedno tylko czułem od samego początku: że nie odpowiada mi podążanie za innymi. Kiedy na drzewie siedzi wrona, a obok przelatuje stado wróbli, wrona z nimi nie pofrunie, powiedziała mi kiedyś mama, co miało znaczyć, że pchanie się tam, dokąd zmierza większość, nie zawsze musi być słuszne, a ten, kto przyłącza się do tłumu, niekoniecznie wybiera lepsze rozwiązanie. Ja w każdym razie zawsze szedłem swoją własną drogą i do dziś nie cenię zbyt wysoko wspomaganej komputerowo inteligencji kolektywnej. Przeważnie prowadzi na manowce.

A zatem: „Alergicznie reaguje na niesprawiedliwość”, napisała mama w mojej charakterystyce, którą wręczyła mi na dalszą drogę. Nie była to ani przepowiednia, ani opis choroby, mama zawarła w niej swoją wiedzę o naturze człowieka. Dlatego zamieszczam jej spostrzeżenia na początku książki.

Dziś wiem, że na moją tożsamość składają się nie tyle życiowe dokonania, co poczucie sprawiedliwości, które w połączeniu z odwagą cywilną wzbudzało we mnie. A to pozwoliło mi rozwinąć siłę do przezwyciężania niesprawiedliwości. Wciąż na nowo.

Tego, kim byłem jako dziecko, ani kim się stałem, nie można wyczytać z samych intencji. Liczą się tylko zrealizowane przedsięwzięcia, to one są urzeczywistnieniem mojego istnienia. Nie upatruję w nim głębszego sensu, nie oczekuję też za swoją biografię rozgrzeszenia. Nie można uciec od tego, kim się jest. Spełniającego się krok po kroku życia nie da się też wyczytać później strona po stronie jak z otwartej książki. Jakże niewiele zmieniły się skłonności, które moja mama dostrzegła we mnie w dzieciństwie – jej spostrzeżenia ziściły się niczym proroctwo.

OJCZYZNA

Był szary, mroźny zimowy poranek. Trzymając matkę za rękę, stałem wśród samych dorosłych, którzy zasłaniali mi widok na trumnę i grób, w którym miał zostać pochowany. Proboszcz intonował modlitwę, a żałobnicy włączali się wieloma głosami do chorału. Potem, jeszcze przed rozpoczęciem mszy żałobnej, odczytana została jakaś opowieść. Z listu do Koryntian? Stałem tam jak w katedrze, tuż nade mną nogi mężczyzn, wysoko w górze szare smugi na zimowym niebie. Mimo wrażenia, jakie robił na mnie tłum ludzi, okoliczności i otwarty grób, który wśród licznych krzyży wyglądał jak świeża rana, sama śmierć wydawała mi się czymś naturalnym.

Później nastąpiły modlitwy w kościele, a gdy na pożegnanie rozbrzmiały dzwony żałobne, „staruszka z Niedermunt” złożono do grobu. Jego życie z pewnością nie było daremne, myślałem w drodze do domu.

Razem z mamą i starszym bratem przeszliśmy kawałek w stronę Coll, aby dołączyć do orszaku pogrzebowego. Weszliśmy między ludzi na samym końcu procesji i cicho nuciliśmy jakąś monotonną litanię, z której nie rozumiałem ani słowa. Teraz, przed południem, chmury tworzyły na niebie najbardziej efektowne kompozycje. Głęboka czerń na południowym wschodzie, w stronę masywu Geisler, kręte wzory wokół słońca, wyzierającego od czasu do czasu zza ciągnących po niebie smug. Później horyzont na zachodzie rozświetlał się na pomarańczowo. W chwilach przejaśnienia pojawiała się taka feeria barw, że byłem pewien: nigdzie na świecie nie można zobaczyć na niebie piękniejszych efektów. Przez chwilę połyskiwało przymglone słońce, potem niebo znów ciemniało. Niebo i ziemia, światło i cień, zbliżały się do siebie coraz bardziej, aż w końcu były tak blisko, że las między nimi całkiem zanikał. Jakkolwiek monotonia zimowych dni w naszej dolinie wpływałaby na psychikę mieszkańców, niebo tu w górach nigdy nie wyglądało tak samo.

Nie był to pierwszy pogrzeb, w którym pozwolono mi wziąć udział. Mama opowiadała nam jednak tylko o życiu tego zmarłego. Niczym o świętym: mimo że ani razu nie wyjechał z Villnöss, stał się opoką miejscowej społeczności.

Wiosną – nie chodziłem wtedy jeszcze do szkoły – razem ze starszymi braćmi wybraliśmy się z mamą do Coll. Pamiętam soczystą zieleń łąk, kaczeńce na brzegach strumyków spływających w dół doliny rowami oddzielającymi pola. Do dziś mam w uszach ich radosne pluskanie.

Gdy doszliśmy do Niedermunt, przystanęliśmy na chwilę i mama pokazała nam domostwo gospodarza, którego pochowano tamtej zimy. Łąki poniżej zabudowań opadały w dół tak stromo, że aż się wystraszyłem. Z każdej strony czeluść.

– Kiedy niemal wszyscy mieszkańcy zdecydowali się wyjechać z Villnöss – wyjaśniła nam mama – ten gospodarz został.

Agitatorzy z Niemiec również jego starali się wtedy namówić do opuszczenia rodzinnego gospodarstwa. Obiecywali, że jeśli w ramach „optowania” opowie się za Niemcami, to dostanie tam większe i ładniejsze. Mówili, że będzie miał w Rzeszy jak w raju, że klimat tam łagodniejszy, pola nie takie strome, dolina nie tak wąska. Ale gospodarz z Niedermunt, ciągnęła mama, postanowił zostać. I kiedy ktoś przytaczał mu slogan „niemiecki naród do niemieckiego kraju”, odpowiadał z wściekłością: „Po te strome łąki, te góry” – wskazywał ręką na masyw Geisler – „i to niebo nad nimi nigdzie nie muszę jechać, to wszystko jest tylko w jednym miejscu na świecie, tu, w Niedermunt w Tyrolu Południowym”.

O „optowaniu”, czyli możliwości wyboru między wyemigrowaniem do Rzeszy a pozostaniem w rodzinnych stronach, nic wówczas nie wiedziałem. Do takiego wyboru mieszkańcy Tyrolu Południowego zostali zmuszeni w 1939 roku w wyniku porozumienia Mussoliniego i Hitlera, a „niemożność” dokonania przez nich tego wyboru polegała na tym, że wymagał on opowiedzenia się za ziemią rodzinną i przeciwko własnemu językowi lub na odwrót. O ojczyznę w tym zatem chodziło. Dopiero dużo później dowiedziałem się, że za hitlerowskimi Niemcami optowało wówczas 86 procent niemieckojęzycznych południowych Tyrolczyków i jedynie wybuch wojny najpierw odroczył, a ostatecznie powstrzymał rozpad Tyrolu Południowego będącego jednością ludzi i ziemi ojczystej.

Tylko nieliczni mieszkańcy tych stron oparli się wówczas propagandzie Trzeciej Rzeszy. Początkowo większości z nich intuicja podpowiadała, że emigracja oznacza porzucenie swojej ojczyzny, jednak przybyli z północy „poławiacze ludzi” potrafili przekonać ich, że jest odwrotnie. Wszystko za sprawą dominującej propagandy. To ona sprawiła, że przywiązanie do ojczystych stron ustąpiło nastrojom narodowym. Argumenty mają wprawdzie ograniczoną siłę przekonywania, jeśli jednak zawierają w sobie dozę arogancji, trudniej o emocjonalne rozeznanie. A może rozsądek całkowicie zastąpił emocje? Pragmatyczny wybór dokonywany bez wsparcia umysłu emocjonalnego zawsze grozi tym, że decyzja zostanie podjęta pod wpływem innych.

Co chciała nam przez tę historię przekazać mama? W momencie gdy nam, południowym Tyrolczykom, jak nigdy wcześniej groziła utrata naszej małej, dającej się objąć wzrokiem ojczyzny, gospodarz z Niedermunt zawierzył swoim emocjom, a nie argumentom innych. Dla niego, tak jak dla mojej matki, ojczyzną była przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, a dolina i niebo nad nią należały do niej tak samo jak to, co nieznane za górami. W ten sposób pojąłem jako dziecko, czym jest ojczyzna, i również dla mnie stała się ona uczuciem. Emocjonalną przestrzenią wykraczającą swoim zasięgiem poza samą rodzinę. Później uczucie to wzmacniało się i przeobrażało odpowiednio do okoliczności. Dziś ojczyzna istnieje dla mnie na wielu płaszczyznach. Jakby była rzeczownikiem zbiorowym. Na płaszczyźnie geograficznej jest dla mnie miejscem, w którym jestem u siebie; następnie ziemią rodzinną, w której żyli moi rodzice i ich rodzice; dalej – ludźmi, którym ufam; w końcu – odpowiedzialnością za przyszłość. Taką ojczyzną jest dziś dla mnie Tyrol Południowy. Jego mieszkańcy pozostawili w tym kraju tak wiele śladów – niepowtarzalne opowieści w niepowtarzalnym krajobrazie. To ta kraina mnie ukształtowała: z jej prastarymi dialektami, krajobrazem kulturowym, górami i wszystkimi wspomnieniami, które składają się na pamięć zbiorową. Z perspektywy Tyrolu Południowego patrzę też na świat i do Tyrolu Południowego zawsze wracam. Mam wrażenie, że wiem o tym kraju wszystko, mimo że nie korzystam z internetu, komputera i SMS-ów. Może jestem dziwaczny i niedzisiejszy, ale bycie stale dostępnym doprowadza mnie do szału. Wszyscy jesteśmy narratorami swojego ukrytego Ja. W dodatku bez nadziei, że jutro wszystko będzie takie samo jak dawniej. Jednak rzeczywistość i subiektywne odczucia nie są ułudą, jeśli je zaakceptujemy.

Ojczyzną nie jest dla mnie najpiękniejsza część łąki za domem, zamek Juval czy masyw Geisler w promieniach zachodzącego słońca. Ojczyzna jest dla mnie odczuciem, mogę ją poczuć poprzez zapach, smak, dotyk, mogę ją usłyszeć i zobaczyć. Nawet z zamkniętymi oczami. Ludzie, którzy utracili swoją ojczyznę lub z niej uciekli – Tybetańczycy, północni Afrykańczycy, mieszkańcy Prus Wschodnich, Sudetów, niemieccy wysiedleńcy z Tyrolu Południowego – chętnie ją idealizują. W ich wspomnieniach to, co minione, jaśnieje niczym warstwa świeżego śniegu. Również mnie – na myśl o brzozowym lesie, w którym bawiliśmy się jako dzieci – przypomina się pierwsze wiosenne wołanie kukułki, dobiegające niczym echo z tyłu głowy. Dla mnie pozostaje ono jednak czymś zwyczajnym, jak zapach świeżo skoszonej trawy czy głos orzechówki na skraju lasu w Niedermunt.

Wieczorem, po pogrzebie gospodarza z Niedermunt, padał, pamiętam, drobny, sypki śnieg. W zupełnej ciszy. Zdawało mi się, jakby świat zastygł: cała wieś biała, biało wszędzie dookoła.

Jak to możliwe, zastanawiałem się często, że wiejska społeczność zdolna jest przeżyć w wąskiej, górskiej dolinie? Od tysięcy lat! Dawniej zimą odcięta tygodniami od reszty świata. Jak w toku ewolucji ludzie rozwinęli zdolność rozumienia swojego świata? Co było ważne dla ich przeżycia? Czy niezbędne do tego instynkty oraz wiedza są wrodzone? Kultura wciąż się rozwija, zmieniają się upodobania, technologia dociera do najdalszych zakątków świata. Czy nie zatracamy przez to czasem instynktu odnajdywania drogi właściwej dla naszego przeżycia i podążania nią? Wtedy, w Niedermunt, wiedziałem, co jest właściwe, a co nie. Wiedziałem to wiele lat wcześniej, nim zrozumiałem, dlaczego tak jest. Jakby cała nasza umiejętność życia sprowadzała się do intuicji, jakby kierował nami instynkt. Wszystkie moje przemyślenia filozoficzne pojawiły się dopiero znacznie później.

Nie potrzebowałem objaśnień, by doświadczać, czym jest ojczyzna. Pierwsze kroki w świeżym śniegu od najwcześniejszych lat były dla mnie tak ekscytujące, że z przejęcia aż krzyczałem. Kiedy padał śnieg, wszystko stawało się bardziej tajemnicze. Rozum wymaga uzasadniania, uczucia – nie. Ojczyzną w Villnöss były cztery pory roku, strome zbocza po obu stronach doliny, opuszczone gospodarstwa, ludzie zajęci pracą i masyw Geisler w głębi doliny. Ojczyzna stawała się żywym doświadczeniem w chwilach, gdy nadchodził śnieg i gdy odchodzili starzy ludzie. A przeminie dopiero wtedy, gdy my sami będziemy szykować się do odejścia. Na zawsze.

PRAWO NATURALNE

Największą zmianą, do której musiałem się przystosować, idąc do szkoły, było ograniczenie swobody. Nie dlatego, że w domu dzieci cieszyły się dużą swobodą. Było wręcz przeciwnie. Jednak w rygorystycznie wydzielanym czasie wolnym mogliśmy się bawić bez nadzoru i – rozrabiać do woli. Ojciec prowadził już wówczas hodowlę małych zwierząt, która z czasem miała się rozrosnąć i przekształcić w kurzą fermę. Mimo że byłem jeszcze małym dzieckiem, od samego początku musiałem pomagać mu w pracy. Zawsze zostawało jednak kilka wolnych godzin dziennie, które wolno mi było spędzać, jak chciałem, z dziećmi z sąsiedztwa. Mogliśmy się wtedy bawić w sposób nieskrępowany i twórczy oraz eksplorować położoną za wsią – z dala od płotów i dróg – „dzicz”. Natomiast w szkole podczas przerw nie wolno nam się było wspinać na drzewa, siłować ani wychodzić poza szkolne podwórko.

Zanim poszedłem do szkoły, latem nieustannie wspinałem się na drzewa, a nawet skalne turnie. Jeszcze kilka tygodni przed rozpoczęciem nauki wszedłem razem z rodzicami na najwyższy szczyt w masywie Geisler. Już w wieku przedszkolnym miałem więc okazje do niebezpiecznych zabaw i te małe przygody nauczyły mnie radzenia sobie w grupie i na łonie natury. Dziś jednak przeciętne, mało ryzykowne dzieciństwo jest całkowicie pozbawione tych wszystkich zagrożeń, które mnie zmuszały do ostrożności. Na szczęście w mojej szkole życia ich nie brakowało.

Podstawowych zasad, takich jak sprawiedliwość, gotowość niesienia pomocy i uczciwość, nie musimy się uczyć, mamy je w sobie. Są niczym prawo naturalne. Kiedy podczas naszych dzikich harców komuś coś się stało, stawaliśmy za sobą murem. Nawet jeśli wcześniej „walczyliśmy” przeciwko sobie. Nagle nie liczyło się już, kto wygra, a kto przegra, ważna stawała się wspólnota: nigdy nie chodziło nam ani o władzę ani o podległość, która dla kogoś – lub części z nas – oznaczałaby rezygnację z siebie, nigdy nie chodziło o przezwyciężanie własnej natury. Jakbyśmy kierowali się wrodzoną „moralnością”, niepisanym prawem grupy. Rodzice, szkoła i Kościół też niewątpliwie mieli wpływ na nasze zachowanie, nadrzędną rolę odgrywała jednak moralność sama w sobie. To ona jak za cichym porozumieniem regulowała funkcjonowanie naszej wspólnoty podczas zabaw. Pomagała nam radzić sobie z emocjami, wymuszała zachowania zapewniające dalszą koegzystencję. O ile pojedynczo często pewnie zachowywaliśmy się egoistycznie, o tyle w grupie kierowaliśmy się wewnętrznym prawem wspólnoty – uczestnictwo w niej było czymś tak intensywnym, że egoizm zanikał.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Reinhold Messner. O życiu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana