Lekarz, celebryta, uwodziciel - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo.

Lekarz, celebryta, uwodziciel - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo.

Autorzy: Annie Claydon

Wydawnictwo: HarperCollins

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 7.19 zł

Alex Jackson i Leo Cross poznali się na studenckim przyjęciu. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Z powodu wypadku Alex stracili kontakt. Spotykają się po dziesięciu latach. Alex jest fizjoterapeutką i prowadzi fundację dla niepełnosprawnych, Leo jest lekarzem, prezenterem radiowym i celebrytą. Przystojny i uroczy doktor Cross ciągle pociąga Alex, ale też irytuje i stanowi zagadkę. Czy za czarującą fasadą kryje się coś więcej? Gdyby poznała go bliżej, chętnie nawiązałaby z nim romans...

Annie Claydon

Lekarz, celebryta, uwodziciel

Tłumaczenie:

Anna Borowiec

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dziesięć lat wcześniej…

Zabawa rozkręcała się powoli, ale do jedenastej zeszło się tyle osób, że Leo Cross był cały mokry od potu. Kostium coraz bardziej go uwierał.

A w założeniu pomysł był znakomity…

Dla sześciu studentów medycyny wynajmujących przestronny dom w zachodnim Londynie „Gwiazdozbiór Oriona” nie był zwykłym serialem telewizyjnym. To był piątkowy rytuał. Godzina bez podręczników i bez dziewczyn. Jak więc lepiej świętować dobre stopnie na egzaminach po trzecim roku, niż tapetując ściany aluminiową folią, podwieszając pod sufitem nadmuchiwane planety i zapraszając przyjaciół na kosmiczne party?

Kolejny logiczny krok to przebrać się za kapitana międzygwiezdnego statku. Wieczór był jednak tak ciepły, że Leo żałował, iż osobisty regulator temperatury ciała nie jest rzeczywistym wynalazkiem.

– Kapitan Boone! Wyglądasz jak prawdziwe ciacho! – Przylgnęła do niego zjawa w trykocie umalowana na niebiesko.

– Maddie. Jak się bawisz?

– Chcesz szklankę kosmicznego koktajlu? – Maddie zarzuciła mu ręce na szyję.

Sygnał, że pokłóciła się z Pete’em. To, że się pogodzą, było tylko kwestią czasu. Ale w tym momencie Pete skupiał się na wdziękach rudowłosej dziewczyny przebranej za astralną hydrę. Maddie najwyraźniej uznała, że należy mu się odpłacić pięknym za nadobne.

Leo wyplątał się z objęć.

– Nie, dziękuję. – Nie miał zamiaru angażować się w ich porachunki.

Przepchnął się do kuchni, okrążył gromadkę skupioną wokół kegu z piwem, wyszedł na taras, ominął tłumek stojących tam przebierańców i dotarł do zadrzewionego ciemnego zakątka ogródka. Zderzył się z czymś miękkim, uroczo pachnącym i wydzielającym srebrno-zielonkawą poświatę. Tajemnicza postać wynurzyła się z mrocznej kryjówki.

Porucznik Tara Thu! Jak wykapana!

– Zbieg? – spytała z filuternym uśmiechem.

– Można to tak określić. A jak ty tu wylądowałaś?

– Sama nie wiem. – Sobowtór Tary wzruszył ramionami. – Oglądałam tylko jeden odcinek serialu, kapitanie Boone.

Im bardziej jego oczy przyzwyczajały się do ciemności, tym bardziej mu się podobała. Ubrana była na czarno: legginsy, kozaki, bluzka z odkrytymi ramionami podkreślająca szczupłą figurę. Na szyi, ramionach i plecach miała coś imitującego zieloną łuskę. Do uda przylegała replika paralizatora, dłonie okalały metalowe spirale. Ciemne nastroszone włosy z zielonymi pasemkami podtrzymywały spinki w kształcie sztyletów.

Leo kilkakrotnie przeżył miłość od pierwszego wejrzenia, ale tamte doświadczenia musiały być pomyłką. Zdał sobie sprawę, że stara się przebić wzrokiem zieloną łuskę w miejscu, gdzie chowa się pod bluzką.

– Em… Świetny kostium, łuska jak prawdziwa – wydukał.

Kapitan Boone wygłosiłby pewnie jakąś bardziej wyszukaną sentencję, coś na miarę galaktyki, ale Leo nie był aż tak oblatany.

– To odblaskowa farba do ciała. W autobusie w tym przebraniu czułam się trochę jak idiotka. – Usiadła przy stole ogrodowym. – Faktycznie uciekasz przed kimś czy tylko wyszedłeś zaczerpnąć świeżego powietrza?

– I jedno, i drugie. – Też usiadł. W sobowtórze Tary wyczuwał radość życia, którą maskował wojenny strój. Czuł jej ciepło, choć siedziała pół metra od niego.

– Mieszkasz tu?

– Tak.

– Czyli studiujesz medycynę?

– Zaczynam wkrótce czwarty rok. To pewnie ostatnie takie party na dłuższy czas. – Miał świadomość, że praktyka w szpitalu klinicznym będzie ciężka, ale nie mógł się doczekać. – A ty co robisz?

– Chwilowo nic. – Wzruszyła ramionami. – Przez rok siedziałam w Australii.

Leo był pewien, że nie siedziała, ale wykorzystała każdą sekundę.

– Zawsze chciałeś studiować medycynę? – spytała po chwili.

– Tak, wujek jest lekarzem. Kiedy miałem dziewięć lat, widziałem, jak uratował komuś życie. To był decydujący moment.

– A więc masz powołanie. Misję życiową.

Czasami, gdy zasypiał nad podręcznikami, nie był o tym przekonany. Ale w ustach Tary te słowa zabrzmiały, jakby był obdarzony szczególną łaską.

– Pewnie tak.

– Ja ciągle szukam swojej. Jest tyle możliwości, a ja nie potrafię się zdecydować. Przez ten rok będę pomagać tacie na farmie i zastanowię się, jaki wybrać kierunek studiów.

– Na pewno dobrze wybierzesz – powiedział z przekonaniem, do jakiego uprawniało go dwadzieścia jeden lat życia i pięć minut rozmowy z Tarą.

– Może. – Zamyśliła się, po czym nagle się uśmiechnęła. – Nic tak nie koncentruje umysłu jak czyszczenie obory.

– Przynieść ci coś do picia? – Miał nadzieję, że powie „tak” i posiedzą dłużej z dala od reszty.

– Nie, dziękuję. Próbowałam tego niebieskiego koktajlu, ale jest za słodki. – Zawahała się. – Za rogiem jest kawiarenka. Myślisz, że jest ciągle otwarta?

– Jest otwarta całą noc. – Serce mu zabiło szybciej.

– Urywamy się?

Przesiedzieli całą noc na rozmowie przy kawie i grzankach z serem. Cudacznością ubioru nie odróżniali się szczególnie od innych konsumentów. O szóstej rano Tara odrzuciła propozycję, że pojedzie z nią autobusem i odprowadzi do domu. Musiał się zadowolić spacerem na przystanek.

– Dasz mi swój numer?

– Miałam nadzieję, że poprosisz – odpowiedziała, wyświetlając numer na ekranie komórki.

Drżącymi palcami wciskał klawisze w swoim telefonie. Jej telefon zadzwonił, odrzuciła połączenie, ale numer zapisała w pamięci.

– Pani porucznik… – uśmiechnął się Leo. – A właściwie jak naprawdę masz na imię?

– Alex. To mój autobus. Zadzwonisz?

– Oczywiście. – Zastanawiał się, czy wypada pocałować ją na pożegnanie, ale stwierdził, że ten moment już minął. Pocałuje ją przy następnej okazji, bez pośpiechu.

Ruszył do domu. Jego telefon zadźwięczał.

„Do spotkania w innym świecie”. Tak żegnała się telewizyjna Tara. „A teraz idź spać”.

Zadzwonił wieczorem, ale nie odebrała. Może odsypia? Nie odebrała również następnego dnia. Zdawał sobie sprawę, że jej telefon odnotowuje każdą próbę połączenia. Po sześciu uznał, że Alex może poczytać to za nękanie. Wysłał jej esemesa. Bez odpowiedzi.

Zadzwonił jeszcze raz tydzień później i nagrał starannie przygotowaną wiadomość. Zdecydował, że jeżeli i tym razem się nie odezwie, da jej spokój. Najwyraźniej nie figurował wśród wielu wspaniałych możliwości, jakie widziała przed sobą. Należy poddać się z godnością.

ROZDZIAŁ DRUGI

Skok w czasoprzestrzeni do współczesności…

Przemierzając marmurową posadzkę hotelowego holu, Alexandra Jackson czuła się spięta. Serce waliło jej jak szalone. Recepcjonistka wskazała drogę do kawiarni.

Leo Cross. Wiele o nim myślała przez te dziesięć lat. Z pewnością więcej, niż zasługiwała na to jedna noc spędzona na rozmowie w kawiarence. Może dlatego, że tamtego poranka, gdy wysiadła z autobusu, potrącił ją samochód i jej życie odmieniło się na zawsze.

W szpitalu zastanawiała się, czy zbiegiem okoliczności Leo nie znajdzie się w niezliczonej rzeszy lekarzy i stażystów, którzy się nią opiekowali. Nic z tego. W wypadku zgubiła telefon. A nawet gdyby miał numer nowej komórki, którą kupili jej rodzice, i tak pewnie nie chciałby kontynuować znajomości.

Zapamiętała obraz trochę niezdarnego i pełnego wdzięku chłopaka, który z pasją mówił o swoich planach. Był oparciem podczas długich miesięcy rekonwalescencji, gdy uczyła się chodzić na protetycznej nodze, i później, gdy zaczynała studia.

Jego pewność, że ma życiowe powołanie, dla niej również stała się bodźcem. Wyobrażała go sobie niemal jako rycerza, który podjął się krucjaty o zdrowie publiczne. Aż rzeczywistość sprowadziła ją na ziemię.

Siedem lat po ich spotkaniu zauważyła jego nazwisko w gazecie. Przeszukała internet, znalazła zdjęcie. Nie ma wątpliwości. Nowa twarz telewizyjnych programów medycznych. Tryskał wdziękiem i obyciem towarzyskim. Pojawiał się na właściwych przyjęciach. Leo, jakiego pamiętała, zmienił się. Pozbył się ambitnych planów reformowania świata i trzepał kasę, robiąc użytek z niebieskich oczu, przystojnych rysów i blond czupryny.

Zastanawiała się nawet, czy się z nim skontaktować, ale co miałaby mu powiedzieć? Że przez lata pielęgnowała jego wyidealizowany obraz, jakże różny od faceta z krwi i kości? Ideały trzeba trzymać z dala od rzeczywistości, by się nie zdewaluowały.

Ale teraz Leo Cross ma coś, czego chciała.

Obciągnęła żakiet i wygładziła spodnie. Nie będzie jej pamiętał. Może go traktować jak obcą osobę. Weszła do kawiarni.

Zauważyła go natychmiast. Jego wygląd wciąż zapierał dech. Miał krótsze włosy, elegancko przystrzyżone, ale nadal był anielsko przystojny. Ubrany szykownie: ciemny garnitur, śnieżnobiała koszula, krawat w delikatny wzorek. Sam krawat musiał kosztować krocie. Tylko w oczach brakowało dawnej miękkości.

Wszystko świadczyło o tym, że jest celebrytą. I opalenizna, mimo zimowej pory roku, i to, że kelner wiedział, gdzie siedzi, gdy powiedziała, z kim ma spotkanie. Przez chwilę zastanawiała się, czy rozłożony na kolanach plik papierów ma celowo dodać mu aury powagi. Odrzuciła jednak tę myśl. To ona ma na nim wywrzeć wrażenie, nie odwrotnie.

Podniósł wzrok, gdy podchodziła do stolika. Chwila niepewności i …rozpoznał ją! Podskoczył, zrzucając papiery na dywan.

– Porucznik Tara! – Jego uśmiech rozbrajał jak kiedyś. – Jak się masz? Co porabiasz?

– Chyba wiesz, zważywszy na to, że upuściłeś na podłogę propozycję mojej fundacji.

– Czyli to ty jesteś Alexandra Jackson?

– Tak, choć wolę Alex…

– Im krócej, tym lepiej?

Przynajmniej zachował poczucie humoru, pomyślała. Uśmiechnęła się niepewnie. Zadowolenie, że ją pamięta, przemieszane z paniką, chwilowo odebrało jej mowę.

– Skojarzyłaś mnie?

Jakże mógł przypuszczać, że zapomniała ten uśmiech?

– Tak, ale nie sądziłam, że ty będziesz mnie pamiętał.

– Dobrze cię widzieć. Nie miałem szansy, żeby z tym się zapoznać. – Podniósł naręcze papierów z dywanu i ułożył na stoliku.

Ze swej strony dokładnie przeczytała jego materiały promocyjne, szczególnie CV. Celujące oceny na uniwersytecie medycznym, obecnie pracuje jako lekarz rodzinny w centrum Londynu. Dyplom wyższego stopnia z psychoterapii, członkostwo w wielu organizacjach medycznych. Kariera medialna: początkowo współprowadził audycje radiowe o tematyce medycznej, potem został prezenterem własnego wieczornego programu, emitowanego trzy razy w tygodniu. Częsty gość programów telewizyjnych. Autor dwóch poczytnych książek, patron rozlicznych inicjatyw zdrowotnych. A jeśli jego życie towarzyskie jest choć w połowie tak interesujące, jak informowały gazety, facet ma nadprzyrodzone siły i zdolności.

– To co? – Wskazał ręką na fotel po przeciwnej stronie stolika. – Porozmawiamy o interesach?

– Jasne. – W końcu po to tu przyszła. Nie po to, by gapić się na jego uśmiech.

Położyła płaszcz i torebkę na wolnym krześle i usiadła.

– Dobra. Chcę być z tobą całkowicie szczery… – patrzył, jak tępawo kiwnęła głową – ale muszę mieć obietnicę, że to, co powiem, zostanie między nami. Informacja i tak wkrótce zostanie podana do wiadomości publicznej, nie chcę jednak, żeby któreś z nas było jej źródłem.

– Rozumiem, ode mnie nic nie wyjdzie.

– Dziękuję. – Jego wzrok zapowiadał, że konsekwencje złamania przyrzeczenia byłyby surowe. – Jak wiesz 2KZ, moja stacja radiowa, w lutym prowadzi doroczną kampanię charytatywną. A twoja fundacja ubiegała się o współuczestnictwo, jako partner.

– Tak. Powiedziano nam przed Bożym Narodzeniem, że wybraliście kogoś innego.

– Owszem. – Zrobił pauzę dla większego efektu. – Ale fundacja, która wygrała, ma kłopoty. Wspieraliśmy ich tak długo, jak długo zarzuty przeciw nim były niepotwierdzone. Teraz jednak są dowody i nie mamy wyboru. Musimy znaleźć nowego partnera.

– Czy to znaczy, że mamy szanse? – Alex zastanawiała się, na kogo padł pierwszy wybór i jaka jest natura zarzutów, ale przewidywała, że Leo zachowa się profesjonalnie i nic nie ujawni.

– Rozważaliśmy całkowite wycofanie się z tegorocznej kampanii, ale lepszym rozwiązaniem byłby nowy partner, To plan awaryjny. Format programów trochę by się zmienił, zamiast nagranych audycji – bo na to nie ma już czasu – proponujemy programy na żywo z telefonicznym udziałem słuchaczy. Interesowałoby to was?

Alex przełknęła ślinę.

– Jeżeli się zaangażujemy, będziemy musieli w ten projekt włożyć znaczną część naszych środków. Czy możesz mi powiedzieć, jak nisko byliśmy na waszej liście?

Nie miało znaczenia, jak bardzo zabolało ją to, że to nie na nich padł pierwszy wybór. Ale musiała wiedzieć, czy 2KZ jest wystarczająco zainteresowane jej fundacją, by ich odpowiednio wypromować.

– Nie byłoby właściwe, żebym to ujawniał. Ale mogę cię zapewnić, że jesteśmy gotowi na pełną współpracę i przekonani, że jesteście odpowiednim partnerem. A twoją odpowiedź muszę poznać przed końcem spotkania.

Innymi słowy, miała mu zaufać. Gdyby to był dawny Leo, pewnie byłoby łatwiej. Ale nie mogła sobie pozwolić na stratę takiej okazji.

– Tak, jesteśmy zainteresowani. To dla nas wspaniała szansa. Dziękuję.

Wyrazy wdzięczności zbył zdawkowym uśmiechem. Kiwnął na kelnera.

– Napijemy się herbaty? Zamówimy darjeeling…

Tamtej nocy w kawiarence nie narzucał jej wyboru.

– Wolałabym lady gray, jeżeli tu podają…

Dostrzegła na jego twarzy cień uśmiechu.

– Oczywiście, lady gray, czajniczek dla dwojga.

– Coś do zjedzenia, może ciastka? – Kelner zwrócił się do niej.

– Ja dziękuję.

Leo był wyzwaniem, które wymagało koncentracji. Uznała, że nie potrafi jednocześnie skupiać się na rozmowie i na jedzeniu bez narobienia okruchów.

Przerzucał papiery.

– Twoja fundacja nazywa się „Sprawni Razem”. Nie używacie akronimu? Czegoś bardziej wpadającego w ucho?

– Nie. – Nastroszyła się. Jeżeli mają współpracować, nie może pozwolić, by przejechał się po niej jak walec. – Chcemy, żeby padała pełna nazwa. To jest nasz szyld.

– Rozumiem. A ty… – podniósł kartkę z jej CV – jesteś w pełni wykwalifikowaną fizjoterapeutką i założyłaś fundację, żeby pomagać niepełnosprawnej młodzieży w uprawianiu sportu.

– Tak, przyniosłam trochę zdjęć…

Nawet na nie nie spojrzał.

– Może później. Najpierw chciałbym się dowiedzieć trochę więcej, jak funkcjonujecie. Z tego, co widzę, budżet macie skromniutki. Pracujesz jako terapeutka trzy razy w tygodniu i nie pobierasz pensji ze swej fundacji. Macie tylko jedną pracownicę, i to na pół etatu. Rhona. To ona oddzwoniła wczoraj, by umówić to spotkanie. Wygląda na to, że pracuje w większym wymiarze godzin niż ta połówka posady.

– Nasi darczyńcy wolą, żeby pieniądze szły na statutowe cele, a nie na pokrycie kosztów własnych. Z Rhoną mamy układ: luźne godziny pracy w zamian za zaangażowanie. I mamy sieć entuzjastycznych wolontariuszy.

– Macie własne biuro?

– Tak, na poddaszu. Budynek jest własnością kancelarii prawnej, która udostępnia nam strych za darmo.

– To bardzo sympatycznie z ich strony. I co z tego mają?

Świdrował ją wzrokiem, jakby ją jednocześnie prześwietlał i jej pochlebiał.

– Syn starszego partnera firmy jest objęty naszym programem.

– I spełnia wszystkie wymagane kryteria?

Zagotowało się w niej. Wiedziała, gdzie w pliku znajduje się fotografia chłopca. Wyciągnęła ją i położyła na wierzchu.

– Urodził się bez obu stóp. Na imię ma Sam. I tak jak inni pięciolatkowie lubi biegać i kopać piłkę.

Leo popatrzył na zdjęcie. Twarz mu złagodniała. Dotknął fotografii palcami. Jego niebieskie oczy znów były zniewalające jak kiedyś.

– Mam nadzieję, że będę miał okazję popatrzeć, jak gra.

Ten krótki moment, gdy okazał współczucie, wystarczył, by powstrzymała się z wnioskiem, że nie ma co na niego liczyć. Chwila ulgi nie trwała jednak długo. Kelner przyniósł herbatę, a Leo wznowił przesłuchanie. Procedury, wydatki, liczba wolontariuszy, zgodność z przepisami bezpieczeństwa… Wypytywał o szczegóły. Ostatecznie wydawał się zadowolony.

Na jego twarzy znów pojawił się uroczy uśmiech.

– A teraz, kiedy wiem o was wszystko, czas, żeby pomówić o tym, co 2KZ ma do zaoferowania.

Może traktuję ją nieco zbyt ostro, pomyślał. Nawet nie może, na pewno. Ale Alex nie pozwala sobie wejść na głowę i za to należy się jej szacunek. A poza wszystkim, jakże uroczą niespodzianką jest spotkać ją po latach…

Spuścił nieco z tonu, gdy zdał sobie sprawę, przez co przeszła. Wypadek, utrata nogi. Ale podniosła się. Nie wspomniał o tym z szacunku do niej, skupił się na jej dokonaniach. Gdyby to był ktoś inny, zaangażowałby wrodzony wdzięk, by załatwić interes. Alex wyraźnie jednak nie chciała, by stosunki między nimi miały osobisty wymiar. Dziesięć lat temu nie oddzwoniła. A teraz, choć wiedziała, kim jest, nie umówiła spotkania sama, ale przez asystentkę. To jest raczej jednoznaczny sygnał.

Tak… Zareagował trochę małodusznie. Na spotkanie przyszedł nieprzygotowany z powodu problemów z pacjentem. Zadał pytania, które należało zadać, i starał się nie okazywać uczuć. Uczucia nie miały zresztą znaczenia. Nawet jeśli fundacja działa nieco po amatorsku, to ma serce na właściwym miejscu. Jego stacja może im pomóc – i to na dużą skalę. A Leo rzadko cofał się przed wyzwaniami.

– Tak jak wspomniałem, proponujemy teraz nieco inny mechanizm promocji niż pierwotnie przewidziany. Pomysł jest taki, żeby raz na tydzień w ciągu lutego przedstawiciel fundacji występował jako gość w moim programie medycznym z udziałem słuchaczy. Sądzę, że to byłabyś ty?

Zobaczył panikę w jej oczach i znów zmiękło mu serce. Najwyraźniej przeoczyła wcześniejszą wzmiankę o audycjach na żywo.

Ale pozbierała się znakomicie.

– Tak, to moja rola.

– Próbuję również załatwić dziesięcio-, piętnastominutowe okienka w naszych audycjach społecznościowych. Co oznacza, że sporo czasu spędzalibyśmy razem. Przyglądałbym się, jak działacie. Masz jakieś obiekcje?

– Ależ skąd. Co konkretnie miałoby to oznaczać?

– Nagralibyśmy reportaże i pewnie napisałbym parę artykułów na naszą stronę internetową. I zorganizowalibyśmy transmisje na żywo…

Urwał, widząc niepewność na jej twarzy. Czekał, aż ją wyartykułuje.

– Czy jesteście gotowi dostosować się do naszego sposobu działania? Dla nas priorytetem są nasi podopieczni. Byłby kłopot, gdybyśmy mieli wprowadzać jakieś zmiany ze względu na waszą obecność.

Czyli mogłaby dokonać zmian, ale nie chciała. Brawo dla tej pani!

– Chowanie się w cieniu nie jest w moim stylu, więc pewnie będę sam chciał zaangażować mięśnie. Przyda się im.

– Angażowanie mięśni jest podstawą naszego programu.

– Zatem bądźmy elastyczni.

Wyobrażał sobie, że Alex, podobnie jak on, przyzwyczajona jest do przejmowania inicjatywy. To może być nawet interesujące, pomyślał. Ale czas naprężyć te muskuły, których używał na co dzień, i zademonstrować, kto ma ostatnie słowo.

– 2KZ obejmuje zasięgiem cały Londyn. Nadajemy od ponad trzydziestu lat. Rozmowy z młodymi ludźmi przyciągają słuchaczy. Prowadzimy je zgodnie z zasadami etyki dziennikarskiej i zawsze zabiegamy o zgodę rozmówców. Dajemy słuchaczom to, czego chcą, a transmisje na żywo są dobre dla wskaźników słuchalności.

Widział dezaprobatę w jej oczach. Może powinien dodać, że wskaźniki to nie tylko słupki: za danymi kryją się prawdziwi ludzie, serca i umysły. To, co ją interesuje. Do serc i umysłów nie można dotrzeć masowo bez wskaźników.

Mimo zastrzeżeń skinęła głową.

– Jeżeli będą zabezpieczone interesy naszej młodzieży, z przyjemnością weźmiemy udział w transmisjach na żywo.

– Świetnie. Czy coś jeszcze?

– Czy mielibyście obiekcje, gdybyśmy umieścili wasze logo jako partnera medialnego na naszej stronie?

– Żadnych. Dostarczymy wam elementy graficzne. Nasza graficzka skontaktuje się z wami. Macie własnego grafika?

– Ja się tym zajmuję. – Wzruszyła ramionami. – Nie jest to bardzo profesjonalna robota. Korzystam z szablonów.

Widział ich stronę i zrobiła na nim całkiem dobre wrażenie.

Coś ją jeszcze trapiło.

– Nigdy nie występowałam w radiu… – Wyglądała na przerażoną tą perspektywą.

– Po to będę z tobą, żeby zadawać pytania, popychać rozmowę we właściwym kierunku i wypełnić ciszę, gdybyś wyschła. – Uśmiechnął się na widok jej podniesionych brwi. – Każdy wysycha na początku. To normalne. Po prostu bądź sobą. Poza tym wszystko idzie na antenę z siedmiosekundowym opóźnieniem. Głównie po to, żeby wyeliminować przekleństwa, ale przydaje się, gdy ktoś się zatka.

– Będę pamiętać. To dla nas ważny projekt i chcę wypaść dobrze.

– I to właśnie chciałem usłyszeć. – Wypił łyk herbaty. – Trzymaj się tej myśli i będzie świetnie.

Dobrze, że trochę odpuścił, pomyślała. Była wyczerpana drobiazgowym przesłuchaniem i jego autorytarnym sposobem bycia.

Podał jej wizytówkę.

– Nasz dział public relations będzie bombardował cię informacjami, których większość jest do niczego nieprzydatna. Jeśli chcesz się przebić przez biurokrację, po prostu zadzwoń.

Na wizytówce było tylko jego nazwisko i numer telefonu komórkowego.

– Dziękuję, ale nie chcę ci zawracać głowy…

– Nie ma problemu. Zawsze lepiej jest załatwić sprawy w bezpośredniej rozmowie. Nie mamy czasu na zbędne formalności.

Spojrzał jej w oczy, ale nic nie dodał. Może dzwonił do niej dziesięć lat temu? Może powinna wytłumaczyć, dlaczego nie oddzwoniła? Nie wiedziała jednak, jak taktownie poruszyć ten temat.

– Dziękuję. Dam ci swój numer. – Wygrzebała z torebki wizytówkę fundacji i na odwrocie dopisała ręcznie swoje nazwisko i numer.

Schował wizytówkę do kieszeni. Teraz był już całkiem zrelaksowany.

– Gdybym wiedział, że to ty, przyszedłbym w kostiumie…

– To ja też musiałabym przyjść w przebraniu…

Uśmiechnął się ujmująco. Jego uwodzicielski wdzięk uderzał jej do głowy.

– Tylko ta perspektywa mogłaby sprawić, że gotów byłbym się wygłupić.

Alex nie miała nic przeciwko wygłupom. Ale Leo najwyraźniej w tym nie gustował.

– Więc może lepiej, że nie wiedziałeś…

Podniosła torebkę, a Leo natychmiast wstał z fotela. Bez wątpienia uznał spotkanie za zakończone.

Wychodząc, uświadomiła sobie, o co jej nie spytał. W swoim CV wyraźnie napisała, że straciła część prawej nogi w wypadku samochodowym i rehabilitacja była dla niej bodźcem do studiowania fizjoterapii, a potem założenia fundacji charytatywnej. Tej kwestii nie poruszył. Nie spojrzał nawet na jej nogę.

Powinna być zadowolona. Czasami ludziom z trudem przychodziło nie oceniać jej przez pryzmat wypadku. Leo zachował się odwrotnie. Ale jednocześnie było to otrzeźwiające doświadczenie. Może i ją pamiętał, ale nie interesował się na tyle, by spytać o wypadek.

Patrzył, jak odchodzi, i drżały mu ręce. Opóźniony szok? Nie widział jej przez dziesięć lat. Z pewnością teraz będzie inaczej, ale miał ochotę za nią pobiec. To nie byłby jednak dobry pomysł.

Była oddana swojej pracy, inteligentna i osiągnęła zdumiewająco dużo. Ciepło w jej oczach, gdy się do niego uśmiechnęła, wręcz go zauroczyło. Skłaniało do marzeń, w które już nie wierzył. Dziesięć lat temu zakochał się w niej. Teraz miłość nie figurowała w jego planach.

Tamtej nocy był oszołomiony, miał nerwy na wierzchu. Od samego wspomnienia zakręciło mu się w głowie. Ale to przeszłość. O żadnych związkach nie może być mowy. Wymagają pełnego zaangażowania.

Skinął na kelnera i wstał. Spieszył się na następne spotkanie. W sumie sytuacja była prosta. Gdyby się wycofał, stacja nie miałaby szans na znalezienie odpowiedniego partnera w tak krótkim czasie. Gdyby ona się wycofała, zaprzepaściłaby wspaniałą okazję, by dotrzeć do szerokiej publiczności z informacją o pracy swojej fundacji. A jeśli są sygnały, że współpraca z Alex nie we wszystkim przebiegać będzie gładko, problemy będzie rozwiązywać na bieżąco.

Tytuł oryginału: The Doctor’s Diamond Proposal

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2017

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2016 by Annie Claydon

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa 2018

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Medical są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-3813-7

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lekarz, celebryta, uwodziciel - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo. Lekarz z Sycylii Portret doktora Rileya