Puchar miłości  (Poldark #10)

Puchar miłości (Poldark #10)

Autorzy: Winston Graham

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.49 zł

Kornwalia, 1813–1815

W ciemnej jaskini, wśród stosu zrabowanych kosztowności, leży zapomniany srebrny puchar z wygrawerowanym napisem Amor gignit amorem – „Miłość rodzi miłość’. To niewielkie naczynie będzie miało ogromny wpływ na dalsze losy dwóch zwaśnionych rodzin Poldarków i Warlegganów, a zapisana na nim sentencja stanie się przepowiednią, w której moc uwierzą wszyscy spragnieni miłości.

Wojna z Napoleonem dobiega końca. Rose, Demelaza oraz potężny sir George obserwują, jak ich dzieci wkraczają w dorosłość. Jeremy i Clowance oraz arogancki Valentine stają przed kluczowymi w ich życiu wyborami. Decyzje, które podejmą, ukształtują przyszłość nie tylko ich samych, ale również kolejnych pokoleń…

Winston Graham jest autorem czterdziestu powieści. Jego książki przełożono na wiele języków, a głośna saga rodu Poldarków stała się kanwą dwóch seriali telewizyjnych emitowanych w dwudziestu czterech krajach. Na podstawie ósmej części cyklu o Poldarkach, Przybysz z morza, powstał film telewizyjny. Pięcioodcinkowy serial oparty na wczesnej powieści The Forgotten Story zdobył srebrny medal na Nowojorskim Festiwalu Filmowym. Sześć książek pisarza zaadaptowano na potrzeby kina; najbardziej znana ekranizacja to Marnie w reżyserii Alfreda Hitchcocka. Winston Graham był członkiem Królewskiego Towarzystwa Literackiego i w 1983 roku otrzymał Order Imperium Brytyjskiego. Zmarł w lipcu 2003 roku.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

KSIĘGA DRUGA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

KSIĘGA TRZECIA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału:

THE LOVING CUP

Redakcja: Beata Kołodziejska

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka / Aureusart

Zdjęcie na okładce: © Nikki Smith / Arcangel Images

Korekta: Jaga Miłkowska / Słowne Babki

Redaktor prowadzący: Daria Armańska

Copyright © Winston Graham 1984. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński, 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-813-9

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Maxa, Dominica i Anthei

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy

I

Wieczorem pod koniec czerwca tysiąc osiemset trzynastego roku do portu w Falmouth powoli wpłynął królewski statek pocztowy Queen Charlotte, dowodzony przez kapitana Kirknessa. Długi kadłub prawie nie burzył wody, a zachodzące słońce otaczało pomarańczową łuną dolne marsle, które wciągnięto i przywiązano do rei. Statek nie podążył natychmiast na kotwicowisko w zatoce St Just, lecz stanął w dryf naprzeciwko ujścia rzeki Penryn i opuścił szalupę, by przewieźć pasażerów i pocztę do najbliższego miejsca na lądzie. Zbliżając się do portu, Queen Charlotte minęła siostrzany statek pocztowy Queen Adelaide, który jak zwykle w czasie wieczornego odpływu w piątek wyruszał w rejs do Lizbony. Obie jednostki wymieniły pozdrowienia. Queen Charlotte przekazała wiadomość, że podróż minęła spokojnie, i życzyła tego samego Queen Adelaide. W owych czasach, gdy w Zatoce Biskajskiej roiło się od francuskich i amerykańskich statków korsarskich, nie była to tylko kurtuazja.

Dwoje spośród sześciu pasażerów weszło do mniejszej łodzi mającej ich zabrać bezpośrednio do Flushing, po drugiej stronie rzeki Penryn. Kapitan Kirkness, również mieszkaniec Flushing, podobnie jak wielu dowódców statków pocztowych, poprosił podróżnych, by zawiadomili jego żonę, że przybędzie do domu za dwie godziny.

Ostatnie sztuki bagażu znalazły się na rufie i marynarz powiosłował w stronę osłoniętej przed wiatrem wioski złożonej z ceglanych domów krytych płytami łupku. Flushing, w odróżnieniu od Falmouth, było zwrócone w stronę zachodzącego słońca. Łódź płynęła po gładkiej powierzchni wody, pozostawiając za rufą niewielkie fale. Siedziało w niej dwoje pasażerów: mężczyzna i kobieta. Mężczyzna, wysoki, chudy i dość młody, miał na sobie mundur oficera piechoty, nie galowy, lecz poplamiony i znoszony, ze spłowiałymi wyłogami i zacerowanym rękawem. Błękitne oczy lśniące na opalonej twarzy, zaciśnięte wargi, cienki wąsik i dołeczek na podbródku. Kiedy pomagał towarzyszce zejść do łodzi, wydawało się, że nie może całkowicie wyprostować prawej ręki.

Kobieta była niska i drobna, co podkreślał wysoki wzrost oficera. Miała na sobie szarą podróżną pelerynę z kapturem, którego nie narzuciła na głowę, gdyż panowała ciepła pogoda – jej czarne włosy wdzięcznie rozwiewał wiatr. Była urodziwa, lecz nie piękna w klasyczny sposób, z pociągłą twarzą, wąskim podbródkiem i lśniącymi młodzieńczymi oczyma, które bacznie rozglądały się dokoła. Kiedy płynęli w stronę brzegu, oficer wskazywał kolejne miejsca na lądzie. Mówił łamanym hiszpańskim.

Woda pluskała łagodnie o nabrzeże. Marynarz odcumował stojącą przy nim szalupę i przesunął ją w inne miejsce, by podpłynąć łodzią do schodów pokrytych wodorostami. Młody oficer zwrócił dziewczynie uwagę, że w czasie odpływu dwa najniższe stopnie są śliskie. Kiwnęła głową. Dodał coś po hiszpańsku. Roześmiała się i odpowiedziała po angielsku: „Pamiętam”.

Po chwili znaleźli się na nabrzeżu wraz z bagażami. Dziewczyna stała i rozglądała się, uniosłwszy dłoń do skroni, a oficer wręczył marynarzowi napiwek. Na nabrzeżu leżały kosze do połowu homarów, kilka zwiniętych lin i przewrócony wóz. W stronę podróżnych niezgrabnie kroczyła mewa, mając nadzieję na ryby, a dwóch około dwunastoletnich chłopców gapiło się na nich, wybałuszając oczy.

– Pjąkne – powiedziała dziewczyna.

– Piękne – poprawił z uśmiechem młody oficer.

– Pi-jęknę – rzekła, odwzajemniając uśmiech.

– Zostań tu z bagażami, maleńka. Tylko dwie minuty, a ja… Może ci chłopcy… Hej, synu, który dom należy do kapitana Blameya? Wiesz?

Chłopcy w dalszym ciągu wybałuszali oczy, przytłoczeni grozą rozmowy z obcymi, gdy nagle zza rozwieszonych sieci wynurzył się niski mężczyzna w bluzie z granatowego dżerseju i obszarpanych spodniach z serży.

– Dom kapitana Blameya, sir? Tak, sir. Piąty po lewej, sir. Idzie pan tam? Wątpię, czy kapitan jest w domu, ale powinna być pani. Zaledwie pół godziny temu widziałem, jak wchodziła. Mam zanieść państwa bagaże?

Na ulicy, w którą skręcili, znajdowało się kilkunastu ludzi. Końskie kopyta stukały o bruk, dziewczyna sprzedawała ryby, w rynsztoku tarzały się dwa szczeniaki. Statek pocztowy nie przypłynął niezauważony; dostrzeżono go z Falmouth, gdy znajdował się daleko na morzu, i obserwowano w czasie zbliżania się do portu. Jedyną niespodzianką było to, że dwoje pasażerów postanowiło zejść na ląd we Flushing, a nie w Falmouth. Musieli przejść odprawę celną i kwarantannę jeszcze na pokładzie.

Zielone drzwi frontowe, prawie kwadratowe, miały mosiężną kołatkę i przeszklony świetlik, a przy ścianie rosła róża pnąca, obwieszona owocami po porze kwitnienia. Drzwi otworzyła pokojówka o puszystych włosach. Miała na sobie różowy koronkowy czepek i fartuch.

– Pani Blamey? Tak, jest u siebie. Kogo mam zaanonsować?

– Kapitana Poldarka z żoną – odparł oficer. – Młodszego kapitana Poldarka.

Kiedy dwoje młodych ludzi weszło do niskiej sieni, na sosnowych schodach pojawiła się kobieta o białych włosach i świeżej cerze. Zatrzymała się, spojrzała na gości i wydała radosny okrzyk.

– Geoffrey Charles! Nie spodziewałam się! Powiedz, że to nie sen!

Wbiegł po trzech schodkach i uścisnął siwą kobietę.

– Ciocia Verity! Myślę, że to wspaniały sen, który wszyscy śnimy! Doskonale ciocia wygląda!

– Skąd… Przecież… przecież to Amadora! Moja droga… To dla mnie wielka radość! Witaj, witaj!

Verity uścisnęła dziewczynę, która lekko się uśmiechnęła, lecz nie pocałowała starszej kobiety, nie mając pewności, czy jest to zgodne z zasadami etykiety.

Verity i Geoffrey Charles Poldark zaprowadzili młodą Hiszpankę do salonu, rozmawiając, paplając, śmiejąc się. Nie zamykały im się usta, chcieli zadać jak najwięcej pytań i uzyskać jak najwięcej odpowiedzi w jak najkrótszym czasie. Geoffrey Charles wyjaśnił, że przybyli do Anglii niespodziewanie, więc nie zdążył ich uprzedzić. Niedawno doszło do bitwy pod Vitorią, po której armię Napoleona ostatecznie wyparto z Hiszpanii, lecz, ku swojej irytacji, Geoffrey Charles znów odniósł ranę, tym razem w pierś, choć okazała się niezbyt poważna. Mimo to dostał gorączki i nie mógł uczestniczyć we wspaniałym zwycięstwie. Później sprawę pogorszył chirurg, który orzekł, że Geoffrey Charles nie może pełnić czynnej służby przez trzy miesiące. Kiedy był już w stanie podróżować, wrócił do Ciudad Rodrigo do żony, która spakowała swoje rzeczy i udała się z mężem do Lizbony. Wsiedli na statek pocztowy i popłynęli do Anglii. Planowali spędzić sześć tygodni w Kornwalii, może więcej – zależało to od przebiegu działań wojennych. Nadarzyła się znakomita sposobność, by pokazać Amadorze rodzinne strony męża i przedstawić krewnych.

Verity zauważyła, że Hiszpanka stale się uśmiecha, ale nic nie mówi.

– Czy Amadora zna angielski? – spytała.

– Wszystko rozumie, więc ciocia nie powinna za bardzo jej chwalić – odpowiedział Geoffrey Charles. – Rozmawia ze mną. Zawarliśmy umowę, że kiedy znajdziemy się w Anglii, będzie mówiła do mnie tylko po angielsku. Prawda, querida mia? Jest trochę zawstydzona, gdy musi wyrażać swoje myśli wobec nieznajomych. Nie może wykrztusić słowa. Nauczyła się w szkole podstaw angielskiego i miała dużo praktyki w ciągu sześciu miesięcy, jakie minęły od naszego ślubu!

– Chociaż wyjedziesz na długo – wtrąciła Amadora.

– Widzi ciocia? Kiedy mówię po portugalsku albo hiszpańsku, waham się i niepokoję, czy dobrze używam czasów. Amadora nie przejmuje się czasami i mówi coraz swobodniej.

– Czasami? – spytała młoda Hiszpanka. – Co to takiego?

– Czasy nie są twoją rywalką, kochanie. Czyż nie jest piękna, ciociu Verity? Nie pojmuję, jak to się stało, że zgodziła się zostać moją żoną, jednak teraz, gdy jesteśmy małżeństwem, chciałem najpierw przedstawić ją właśnie cioci.

– Musicie spędzić u nas przynajmniej jedną noc. Zostańcie, jak długo chcecie. Młody Andrew jest na morzu. Mąż wróci do domu za godzinę i będzie zachwycony. – Verity się zawahała. – Oczywiście…

Geoffrey Charles dotknął wgłębienia w kości szczęki.

– Oczywiście mój dom rodzinny jest zaledwie trzydzieści pięć kilometrów stąd, a dwór ojczyma zaledwie dziesięć. Dlatego… – Urwał i na jego twarzy pojawił się uśmiech. – Dlatego powinniśmy się zatrzymać u cioci. Kogo zastaniemy w Cardew? Czy jest tam Valentine? Jeszcze nie wrócił z Cambridge, prawda? Nie przepadam za ojczymem. Zna ciocia jego nową żonę?

– Spotkałam ją kiedyś, zupełnie przez przypadek. Wygląda bardzo dystyngowanie.

Patty przyniosła maderę i wszyscy troje nalali sobie po kieliszku.

– Na pewno jesteś zmęczona, moja droga – rzekła Verity do Amadory. – Chciałabyś iść do swojego pokoju?

– Nie – odparła Amadora. – Nie być zmęczona. Chcecie prywatnie rozmawiać?

– Bynajmniej, maleńka – rzekł Geoffrey Charles, obejmując ją ramieniem. – Spróbuj wina. Będzie ci smakować. Ale nie tak jak porto twojego ojca. Było… délicieux. Nie, nie jesteśmy zmęczeni, ciociu Verity. Cudownie, że możemy porozmawiać. Kiedy podajecie kolację?

– Och, około dziewiątej. Przynajmniej dziś. Pytałeś o małżeństwo ojczyma.

– Mimochodem. Obawiam się, że niespecjalnie mnie to interesuje. Nie życzę George’owi źle. Był wierny mojej matce przez dwanaście lat, czyli dłużej niż wielu ludzi lepszych od niego. W pewien sposób nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jak to się stało, że się lubili. Nie mogłem tego pojąć chyba dlatego, że nie znosiłem George’a. Zupełnie nie przypominał mojego ojca. Nie miał wychowania, kultury. Zawsze najważniejsze były dla niego pieniądze. Mogę tylko współczuć córce księcia, jeśli pozwoliła się uwięzić w tej samej klatce, w której znalazła się moja matka.

Verity wypiła łyk wina.

– W ogóle nie wiem, jak się poznali. Musisz spytać Valentine’a, gdy wróci. Chociaż nie sądzę, by Valentine czuł wielką sympatię do ojca.

– No cóż… – Geoffrey Charles odsunął się od stołka, na którym siedziała Amadora, i wyprostował się. – Zanim przejdziemy do milszych tematów, powiem wam, co proponuję. Jutro przed południem pojedziemy konno do Cardew i spotkamy się z sir George’em oraz lady Harriet. Jeśli zostaniemy zaproszeni, wypijemy z nimi kieliszek czegoś mocniejszego. Później poprosimy o klucze do Trenwith. To mój dom i…

– Geoffreyu Charlesie, myślę, że powinnam cię ostrzec…

– Wiem, dwór jest bardzo zaniedbany. Ross wspomniał mi o tym przed bitwą pod Buçaco. Pilnowali go dwaj bracia Harry i ich wspólna żona, lecz nic nie było naprawiane ani remontowane. Jestem przygotowany, że dom może się okazać źle utrzymany, zrujnowany i częściowo nieumeblowany. Co więcej, przygotowałem na to Amadorę. Mówi, niechaj ją Bóg błogosławi, że nie może się doczekać przyjazdu do Trenwith. Przekonamy się, które z nas lepiej przewiduje stopień zaniedbania. Ale jutro po południu, bez dalszej zwłoki, pojedziemy do Trenwith i zobaczymy wszystko na własne oczy.

II

Andrew Blamey, teraz zbliżający się do siedemdziesiątki, mówił i poruszał się wolniej niż w czasach, które pamiętał Geoffrey Charles. Serdecznie powitał Poldarków i zachęcał, by jak najdłużej zostali we Flushing. W trakcie kolacji wszyscy bez przerwy mówili, z wyjątkiem Amadory – młoda Hiszpanka spoglądała na kuzynów i śledziła przebieg rozmowy (albo przynajmniej się starała). Verity doskonale rozumiała, dlaczego tak urzekła Geoffreya Charlesa. Była młoda, świeża, z cerą jak brzoskwinia. Miała wyrazistą, żywą mimikę, wyraz jej twarzy nieustannie się zmieniał. Rozwichrzone kosmyki lekko kręconych włosów okalające policzki wyglądało uroczo, choć niektórzy koneserzy kobiecej urody mogliby uznać same włosy za niedostatecznie bujne. Wydawała się nie tylko wrażliwa, lecz wręcz przewrażliwiona: przy każdym drobnym nieporozumieniu oblewała się rumieńcem.

– A Ross i Demelza? Ciocia mówi, że są zdrowi. Zdumiała mnie nowina o małym Henrym. Nikt mi nie wspomniał, że ciotka Demelza spodziewa się dziecka, i dowiedziałem się o wszystkim dopiero po jego narodzinach. Na pewno są w siódmym niebie. Nowa kopalnia, o której ciocia wspomniała…

– Tak naprawdę to stara kopalnia, którą znałeś jako dziecko, Wheal Leisure. Otwarto ją ponownie za namową Jeremy’ego, który nadzorował prace. Znaleźli bogate złoża rudy dopiero w październiku zeszłego roku, wcześniej kopalnia przynosiła straty. Zdaje się, że odkryto jakieś stare wyrobiska pochodzące ze średniowiecza.

– Mówimy o Jeremym Poldarku, kochanie – zwrócił się do Amadory Geoffrey Charles. – Jak wiesz, to mój kuzyn, najstarszy syn Rossa i Demelzy. Jeremy ma dwadzieścia dwa lata, Clowance dziewiętnaście. Jest też około jedenastoletnia Isabella-Rose, a teraz niespodziewanie pojawił się Henry, który ma w tej chwili zaledwie pół roku.

– Rozumiem – rzekła Amadora. – A Valentine? Kim jest Valentine?

– Ach, to mój brat przyrodni. Mieliśmy tę samą matkę, ale moim ojcem był Francis Poldark, który zginął w kopalni. Ojciec Valentine’a to sir George Warleggan. Poznasz go jutro.

– Tak, tak, przypominam sobie. Powiesz mi o tym w czasie podróży.

– Znowu masz kłopoty z czasami. Gdybyś użyła formy „powiedziałeś” zamiast „powiesz”, zdanie byłoby idealne.

Skubie jedzenie jak ptaszek, pomyślała Verity: znikła tylko połowa dorsza, ledwo ruszyła stek cielęcy w sosie grzybowym. Wygląda na to, że jeszcze nie spodziewa się dziecka. Trzeba ją namówić, by lepiej się odżywiała. Co ją urzekło w Geoffreyu Charlesie? Niełatwo zgadnąć. Syn Francisa ma zaledwie dwadzieścia dziewięć lat, wygląda na trzydzieści pięć, jego chuda twarz przypomina twarz ojca. Cienki wąsik nad twardymi wargami. Jego oczy widziały straszliwe rzezie podczas kampanii bitewnych, nieustannie przebywał z żołnierzami. Nie mógł normalnie otworzyć dłoni, miał wgłębienie w kości szczęki, mocne, żółte zęby i pewność siebie człowieka, który stale obcuje ze śmiercią, widział ją i wierzy, że zdoła przeżyć dzięki swojej sile.

Mimo to wydawał się dziwnie beztroski. Czy źródłem tej zdumiewającej pogody ducha jest braterstwo broni, poczucie wspólnego celu, radość ze zdumiewającego, cudownego faktu, że zdołał przeżyć? Może to najbardziej podoba się Amadorze? Może jako Hiszpanka należąca do dumnego, walecznego narodu głęboko podziwia cechy, które w ocenie Verity mogłyby odstraszyć elegancką, wyrafinowaną pannę? Niewątpliwie w tej chwili byli w sobie głęboko zakochani. Verity życzyła im jak najlepiej. Oby kochali się zawsze.

– Słucham? – spytała, budząc się z zamyślenia.

– Mówiłem, że Clowance nie wyszła za mąż. Z dala trudno to ocenić, czytając kilka linijek listu przy grzmocie armat, ale mam wrażenie, że jej zaręczyny ze Stephenem jakimś tam… ach, Stephenem Carringtonem… że te zaręczyny niezbyt podobały się rodzinie.

Verity wypiła łyk wina.

– Ross i Demelza otwarcie się nie sprzeciwiali. Wyznają niemodny pogląd, że dzieci powinny same dokonać wyboru. Jedyne wady Stephena polegały na tym, że nie miał pieniędzy ani pozycji. Jego intencje wydawały się uczciwe, a nawet jeśli krążyły o nim jakieś plotki… Tak czy inaczej, doszło do zaręczyn. Później Clowance je zerwała. I szczerze mówiąc, nikt nie wiedział dlaczego. Teraz Stephen wyjechał. Ostatnio do Clowance zaleca się młody człowiek o nazwisku Tom Guildford, przyjaciel Valentine’a.

Geoffrey Charles pokręcił głową.

– Nigdy o nim nie słyszałem. Dobry kandydat na męża?

– Och, tak sądzę.

– Oprócz tego, że to przyjaciel Valentine’a – wtrącił kapitan Blamey.

Geoffrey Charles spojrzał na ponure oblicze starego mężczyzny.

– Nie widziałem brata od tak dawna, że nie znam jego okropnej reputacji. Oczywiście zawsze był trochę hulaką.

– Może nie powinienem był tego mówić…

– Obawiam się, że twój wuj nie przepada za Valentine’em – wtrąciła Verity. – Częściowo dlatego, że blisko się zaprzyjaźnił z naszym synem. Uważamy, że niepotrzebnie wpędza Andrew w długi i skłania do ekstrawaganckich zachowań. Niewątpliwie to tylko niefrasobliwość ze strony Valentine’a. Nie powinniśmy źle oceniać wszystkich jego przyjaciół. Tom Guildford to siostrzeniec lorda Devorana, jego rodzice są bogaci, choć nie są krezusami. Ma około dwudziestu czterech lat, jest przystojny, studiuje prawo, chce zostać adwokatem.

Zapadło milczenie. Wcześniej prawie się to nie zdarzało.

– Jakie macie plany? – spytał Andrew Blamey. – Ty i Amadora? Mam nadzieję, że po zakończeniu wojny zamierzacie zamieszkać w Trenwith.

– Ach, po zakończeniu wojny… Wiesz, wuju, że nie mam pieniędzy, oprócz stypendium wypłacanego przez ojczyma George’a. Moja gaża oficerska wymaga ciągłego uzupełniania, żebym mógł żyć w miarę wygodnie. Uprawiam hazard, gram w kości, karty, robię zakłady na wyścigach konnych, wyścigach osłów. Ponieważ jestem starszy, mądrzejszy i inteligentniejszy od większości ludzi, z którymi gram, najczęściej wygrywam. Przynajmniej tyle, by przeżyć. Ale teraz poślubiłem pannę z rodu de Bertendona. Mówi wam to coś?

– Obawiam się, że nie.

– Amadoro, zamierzam opowiedzieć kuzynom o twojej rodzinie. Pozwolisz mi na to?

– Jeśli będziesz miał ochotę.

– Będę miał ochotę. De Bertendonowie to stary ród hiszpański, ponoć zubożały wskutek wojny, lecz w dalszym ciągu mający wielkie posiadłości ziemskie. Praprapradziadek Amadory – sam nie wiem, ile powinno być tych „pra”, pięć czy sześć? – dowodził okrętem, który przywiózł do Anglii króla Filipa II, by poślubił Marię Tudor. Kiedy to było? Nie jestem pewien, chyba około tysiąc pięćset pięćdziesiątego czwartego roku. Jego syn dowodził eskadrą sławnej Wielkiej Armady, a później innymi eskadrami hiszpańskiej marynarki wojennej. Jego potomkowie należeli do śmietanki hiszpańskiej arystokracji. Ojciec Amadory to poseł do Kortezów i poeta. Dobrze się ożeniłem, wuju. Możesz w to wątpić? Jednak gdyby Amadora była służką w gospodzie, również uważałbym, że dobrze się ożeniłem. Bardzo ją kocham i podziwiam…

– Podziwiam – powtórzyła Amadora, odrzucając włosy do tyłu. – Nie znam tego słowa. Czy moja rodzina jest dziwna?

– Szacunek, miłość, cześć, poważanie, podziw, właśnie to mogę powiedzieć! Ale czy można przewidzieć przyszłość? Jeśli wojna się skończy, możemy wrócić do Kornwalii, mając dość pieniędzy, by odremontować Trenwith i wygodnie żyć jako prowincjonalni ziemianie.

– Może już niedługo – wtrącił kapitan Blamey. – Napoleon stoi nad przepaścią.

– Cóż… Zawarł zawieszenie broni na froncie rosyjskim. Oczywiście z powodu klęsk w Rosji i w Polsce, lecz również ze względu na sukcesy Wellingtona. Jak rozumiem, wysłał Soulta, by podjął próbę kontrataku w Pirenejach. Nie wolno go lekceważyć. Decydujące bitwy są dopiero przed nami.

Amadora dotknęła ramienia męża.

– Nie mów o bitwach.

Geoffrey Charles położył rękę na dłoni Hiszpanki.

– Moja sytuacja jest teraz zupełnie inna. Wcześniej mogłem stracić tylko własne życie. Teraz mogę stracić cały świat. Módlmy się, by wielkie szczęście nie zmieniło mnie w tchórza.

– Tchórza? – spytała Amadora. – Co znaczy to słowo? Nie mówmy teraz o bitwach. Przeznaczenie i tak się spełni.

Rozdział drugi

I

Jeremy Poldark pojechał w interesach do St Ann’s i wracał do domu na skróty wzdłuż klifu. Ominął kopalnię Wheal Spinster, należącą do Warlegganów, i popatrzył na cichą maszynownię Wheal Plenty – ona również była własnością Warlegganów, lecz została zamknięta w zeszłym roku – po czym okrążył zatokę Trevaunance i ruszył brzegiem klifu w stronę Trenwith. W owych czasach często chodził na piechotę. Piesze wędrówki trwały dłużej i dawały czas na myślenie. Im bardziej zmęczony był pod wieczór, tym szybciej zasypiał.

Dopóki nie znał Cuby Trevanion, prowadził dość nieskomplikowane życie, lecz później nic nie wydawało się proste. Zmagał się z własną impulsywnością, której nie potrafił pojąć, po czym podejmował niewytłumaczalne działania – nie był w stanie ich usprawiedliwić, lecz z instynktownym fatalizmem czuł, że są wyrazem nieuniknionego buntu. Nawet teraz nie pogodził się jeszcze z tym, do czego popchnęła go miłość do Cuby.

Kiedy przeszedł przez jeden z kamiennych murków, zauważył ładnego siwka skubiącego trawę obok żywopłotu oddzielającego dwa pola. Koń był osiodłany, wodze wisiały luźno na szyi. Jeremy zeskoczył z murku i ruszył w stronę zwierzęcia, które nie zwróciło uwagi na zbliżającego się człowieka.

– Hej, hej – rzekł uspokajająco Jeremy. – No chodź… Nie znam cię, pięknisiu. Włóczyłeś się po polach i zgubiłeś drogę, co?

Rumak potrząsnął łbem, aż zadźwięczało wędzidło; błysnęło białe oko. Jeremy, obeznany z końmi, zauważył napięte mięśnie.

W żywopłocie brzęczały pszczoły. Poza tym panowała cisza.

– Gdzie twoja pani, co? Poszła zbierać kwiaty? Nie powinieneś być uwiązany? – Jeremy cmoknął kilka razy.

Powoli wyciągnął rękę, by pogłaskać konia po szyi, i nagle zwierzę gwałtownie się poruszyło: wierzgnęło, odskoczyło, przebiegło dwadzieścia metrów i znów zaczęło skubać trawę. Jedna z podków przeleciała tuż obok policzka Jeremy’ego.

– A więc to tak? Nerwowe z ciebie zwierzę! Nie jesteś w dobrym nastroju, co? Podejrzewam, że objadłeś się pszenicą. – Jeremy się rozejrzał. – Słońce wisiało nisko nad morzem. Wysoko na niebie kołowały kruki. – Hej, jest tu kto?!

Kilka krów uniosło łby i obserwowało go obojętnie z końca pola. Ponieważ w Trenwith nikt nie mieszkał, koń mógł przybiec z Place House. Jeremy miał wrażenie, że kiedyś go widział, ale dość dawno.

Daleki okrzyk. Jeremy przecisnął się przez żywopłot, wysoki, pełen kwitnących naparstnic. Po drugiej stronie następnego pola zauważył młodą kobietę, która pół siedziała, pół leżała na trawie. Miała na sobie szary strój do konnej jazdy, obok leżał szary trójgraniasty kapelusz. Kiedy się zbliżył, spostrzegł, że to Selina Pope.

– Jeremy…

– Zrzucił panią koń, pani Pope?

– Tak. Boli mnie kostka. Upadłam na jedną nogę.

Jasne włosy Seliny związane w kok częściowo się rozsypały i dwa kosmyki opadły na ramię.

Uklęknął obok młodej kobiety.

– Ta kostka?

– Tak.

– Długo pani tu leży?

– Dwadzieścia minut. Może pół godziny. Nie wiem.

– Szczęście, że przechodziłem. Inaczej mogłaby tu pani leżeć bardzo długo.

– Tak, tak, niewykluczone. Dopóki nie wszczęto by alarmu.

– Ma pani jeszcze inne obrażenia?

– Boli mnie bark. – Dotknęła ramienia.

– Bardzo?

– Nie, niespecjalnie.

– Myślę, że powinna pani zdjąć but.

– Nie mógłbyś iść po pomoc do Place House?

– Oczywiście. Ale lepiej zdjąć but, nim kostka spuchnie.

Podciągnęła suknię o kilka centymetrów.

– Chyba już jest spuchnięta.

Wysoki but z doskonałej koźlej skórki z sześcioma guzikami na boku. Jeremy zaczął je powoli rozpinać, starając się nie naciskać nogi.

Kiedy w tysiąc osiemset ósmym zmarł sir John Trevaunance, jego brat Unwin sprzedał Place House niejakiemu Clementowi Pope’owi, bogatemu kupcowi, który wrócił z Ameryki z drugą żoną, ładną blondynką o imieniu Selina, oraz dwiema córkami z pierwszego małżeństwa, starszymi nastolatkami. Pan Pope, niezbyt sympatyczny jegomość w wieku sześćdziesięciu lat, miał długą, chudą szyję, pretensjonalne maniery i piskliwy głos podobny do dźwięku nienaoliwionych zawiasów. Pragnął wprowadzić rodzinę do kornwalijskiego towarzystwa, a zwłaszcza dobrze wydać za mąż córki, lecz starania zakończyły się fiaskiem. Była to przede wszystkim jego wina, ponieważ odznaczał się niezwykłym połączeniem surowości i hipokryzji, co powodowało, że obrażał ludzi, na których chciał zrobić wrażenie. Sir Hugh Bodrugan nazwał go kiedyś „cholernym kupcem bławatnym”.

Poldarkowie kilka razy spotkali się z rodziną Pope’ów i utrzymywali z nimi dość przyjazne stosunki, głównie dlatego, że Letitia i Maud były w tym samym wieku co Clowance. Horrie Treneglos przez jakiś czas ostentacyjnie flirtował z Letitią, która nie odznaczała się szczególną urodą, jednak w tej chwili poważnie zainteresował się Angelą Nankivell z Lambourne. Jeremy dość lubił ładną Maud, ale unikał jakiegokolwiek zaangażowania. Jeśli chodzi o macochę…

Macocha wyglądała na jakieś dwadzieścia sześć lat…

– Próbowałem złapać pani konia, pani Pope. Nie chciał mnie słuchać. Zwykle daję sobie radę ze zwierzętami. Wydawał się trochę zdenerwowany.

– Amboy to koń mojego męża. Pan Pope nie czuje się na tyle dobrze, by na nim jeździć, więc postanowiłam go potrenować.

– Rozsądniej byłoby pozostawić to masztalerzowi.

– Och, często jeżdżę na Amboyu – odpowiedziała sztywno.

– Jak się czuje pan Pope?

– Nie najlepiej. Wysiłek fizyczny albo ekscytacja wywołują ataki podagry.

– Zdaje się, że państwa lekarzem jest doktor Enys?

– Tak, od niedawna.

– Jestem przekonany, że w okolicy nie ma lepszego lekarza.

– Tak nas informowano. – W dalszym ciągu wydawała się nieco urażona.

Jeremy rozpiął ostatni guzik i zobaczył, że kostka jest rzeczywiście opuchnięta. Ujął obcas i lekko nacisnął. Skrzywiła się.

– Bardzo mnie boli.

– Powinienem przeciąć but, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu, że go uszkodzę.

– Nie. O nie. Ale…

Popatrzył na nią. Zawsze zwracał się do niej „pani Pope”, ona zaś nazywała go Jeremym. Wyrażało to różnicę w ich statusie, relację młodego mężczyzny z mężatką, zastępującą matkę dwójce dziewcząt, którymi prawdopodobnie powinien się zachwycać. Nie oznaczało to, że muszą pozostawać na takiej stopie, choć Jeremy nigdy wcześniej nie myślał, że mogłoby być inaczej.

– Nie powinieneś sprowadzić pomocy?

– Zrobię to, oczywiście. Ale będzie pani wygodniej, jeśli wcześniej rozetnę but. – Sięgnął do kieszeni i wyjął składany nóż, który wczoraj naostrzył.

Otworzył nóż i wsunął ostrze za cholewkę. Selina obserwowała go z zainteresowaniem.

Przeciął koźlą skórkę, nawet nie uszkadzając pończochy. Po zdjęciu buta powiedziała:

– Dziękuję, Jeremy.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

– Gdyby zdjęła pani pończochę, obwiązałbym stopę wilgotnym płótnem. Widziałem po drugiej stronie pola rów z wodą.

– Skąd weźmiesz płótno?

– Wystarczy moja chusteczka.

– Nie mógłbyś złapać Amboya?

– Moim zdaniem nie ma na to żadnych szans. Dobrze się bawi. Tak czy inaczej, nie mogłaby pani pojechać na nim do domu.

– Cóż…

– Czemu nazwali go państwo Amboy?

– Dlaczego nie?

– To dziwne imię.

– Mieszkaliśmy w Ameryce w miejscowości o takiej nazwie. Na południe od Nowego Jorku.

Jeremy kucał przy niej jeszcze przez chwilę. Zachodzące słońce spowijała letnia mgła. Nad naparstnicami unosiła się lśniąca chmura komarów.

– Nigdy nie pytałem. Jest pani Amerykanką?

– Moja matka była Amerykanką, ale ja nie jestem. Raczej nie. Urodziłam się w hrabstwie Essex.

Wstał.

– Pójdę namoczyć chustkę. Mogłaby pani w tym czasie zdjąć pończochę.

Poszedł do rowu, w którym stała woda po wczorajszym deszczu. Przedarł chusteczkę i namoczył jedną z połówek. Kiedy wrócił, zobaczył, że spełniła jego polecenie. Uśmiechnął się do niej w przyjazny, młodzieńczy sposób, po czym zabrał się do pracy i obwiązał płótnem nagą stopę i kostkę. Tak się złożyło, że jeszcze nigdy nie widział kobiety z pomalowanymi paznokciami u nóg. Na początku myślał, że czerwień to krew. Widok go zafascynował.

– Miałam szczęście, że przechodziłeś obok.

– „Tak dobry uczynek jaśnieje pośród nikczemnego świata”1.

– Kto to powiedział?

– Kto? Nie mam pojęcia. Chyba nauczyłem się tego w szkole.

– Wracałeś z St Ann’s?

– Tak. Rozmawiałem z nadsztygarem Wheal Kitty.

– Słyszałam, że jesteś bardzo uzdolniony, że masz talent do projektowania maszyn.

– Nie jestem wynalazcą, pani Pope. Rozwijam idee innych i czasem próbuję je trochę ulepszyć.

– Każdy wynalazca postępuje w ten sposób, Jeremy. Robi niewielki krok do przodu, wykorzystując pomysły poprzedników.

Uśmiechnął się.

– To zbyt wielki komplement.

– Myślę, że mam rację.

– Częściowo. Prawdziwi wynalazcy dokonują przełomów, tworzą rzeczy, których nikt wcześniej nie osiągnął… Ma pani szpilkę?

Zawahała się, po czym wyjęła z butonierki krótką szpilkę ze srebrną główką. Spiął nią koniec prowizorycznego bandaża. Amboy w dalszym ciągu spokojnie skubał trawę w pobliżu.

– Myślisz, że zdołasz go złapać?

– Nie. Nie bez czyjejś pomocy. Albo dopiero wtedy, gdy będzie zziębnięty i zmęczony.

– W takim razie może mógłbyś kogoś sprowadzić?

Wyprostował się.

– Nie zrobiłem tego tak dobrze jak chirurg, ale bandaż powinien się trzymać. Zaniosę panią do domu.

Spojrzała na niego zmrużonymi oczyma. Miała jasne rzęsy i oczy o fioletowej barwie kwiatów glicynii.

– To przeszło półtora kilometra – odpowiedziała chłodno. – Nawet o tym nie myśl, proszę. Zawiadom mojego męża w Place House.

– Droga tam i z powrotem zajmie co najmniej czterdzieści minut. Zachodzi słońce. Myślę, że pan Pope nie byłby zadowolony, gdybym zostawił tu panią samą.

Podniósł pończochę, zwinął i wsunął do kieszeni. Później wziął kapelusz i but.

– Lepiej go zachować – powiedział. – Na pewno da się naprawić. Gdyby mogła go pani potrzymać…

Po niebie płynęło kilka strzępiastych obłoków oświetlonych pomarańczowymi promieniami wieczornego słońca. Przypominały kawałki płonącego papieru wywiane z paleniska. Na polach opadających w stronę Trenwith ryczała krowa, której odebrano cielę.

– Nie jestem wcale taka lekka – powiedziała Selina.

– Myślę, że dam sobie radę – odparł Jeremy, a następnie pochylił się i wziął ją na ręce.

W ostatniej chwili otoczyła jego szyję ramieniem i wyprostowała zdrową nogę, by mógł ją łatwiej unieść. Stęknął lekko i wyprostował się.

– Do diabła! – zaklął. – Zapomniałem o szpicrucie. Niech pani zaczeka, chyba mogę się pochylić…

– Zostaw ją – powiedziała. – Można po nią wrócić później.

Ruszyli. Kiedy zaproponował, że zaniesie Selinę, pomyślał o żywopłotach w rejonie zatoki Trevaunance i zastanawiał się, jak się przez nie przedostanie, ale teraz okazało się, że wszystkie żywopłoty na wskazywanej przez nią drodze miały przejścia pozwalające się przedostać z pola na pole. Był tylko jeden przełaz i jedna furtka. Furtkę otworzył, nie wypuszczając Seliny z rąk. Na przełazie ona stanęła na jednej nodze, on zaś przeszedł za nią.

Chociaż okazała się trochę cięższa, niż się spodziewał, niósł ją bez większego trudu. Prawie nie rozmawiali, lecz w pewnej chwili odezwała się sztywno:

– Odpocznij, jeśli się zmęczyłeś.

– Nie, dziękuję.

– Jesteś bardzo silny.

– Niespecjalnie.

– Nie wydajesz się zniewieściałym młodym dżentelmenem.

– Pracuję w gospodarstwie. I oczywiście w kopalni. I gdzie indziej… – Zmarszczył brwi, na chwilę osłaniając oczy powiekami.

– Gdzie indziej?

– Moi rodzice zawsze uczyli swoje dzieci, że powinny pracować własnymi rękami.

– Bardzo dobra rada. Może ja też powinnam z niej skorzystać.

– Och, to nie takie proste…

– W przypadku kobiety? Może. Myślisz, że Clowance się przejmuje?

– Przejmuje?

– Tym, że pracuje własnymi rękami.

– Nie. Moim zdaniem nie ma nic przeciwko temu.

– Co się stało z tym przystojnym marynarzem, z którym się zaprzyjaźniła?

– Stephenem Carringtonem? Wyjechał.

Zauważyła zmianę tonu głosu Jeremy’ego.

– Na zawsze?

– Tak byłoby lepiej.

– Dlaczego?

– Myślę, że do siebie nie pasowali.

– Dobrze to rozumiem. Nie był zbyt dobrą partią.

– Nie to miałem na myśli. Chyba że używa pani słowa „partia” w szerszym znaczeniu.

Uśmiechnęła się.

– Jesteś bardzo roztropny jak na swój młody wiek, Jeremy.

– Mam dwadzieścia dwa lata. Czy rzeczywiście jestem taki młody?

– Tak się wydaje. – Zamierzała powiedzieć: „Tak mi się wydaje”, lecz tego nie zrobiła.

Objął ją mocniej. Od czasu do czasu było to konieczne, bo się wyślizgiwała. Dotarli do Place House dopiero po zachodzie słońca. W pobliżu dworu kołowały jaskółki. Powoli zmierzchało.

– Wystarczy – powiedziała Selina. – Jestem ci bardzo wdzięczna. Usiądę na tym nasypie, a ty idź po pomoc.

– Jaka pomoc jest teraz potrzebna?

– Jeśli szuka mnie mąż, co jest dość prawdopodobne, może się niepotrzebnie niepokoić, myśleć, że jestem poważnie ranna.

– Wkrótce go uspokoimy.

– Może też być zazdrosny – dodała lekkim tonem. – Ponieważ jestem znacznie młodsza od męża, jest zazdrosny o wszystkich mężczyzn.

– Och, rozumiem – odparł Jeremy.

– Dziękuję.

Posadził ją na trawie między dwiema skałami.

– Co powinienem teraz zrobić, pani Pope?

– Jeśli mąż cię nie zauważy, najlepiej idź do stajni. Powinien tam ciągle być Music Thomas. Każ mu przyjść. Chyba będę mogła iść wsparta na jego ramieniu.

– Dlaczego nie wezwać dwóch służących z lektyką?

– Nie zatrudniamy w domu innych mężczyzn oprócz Musica, Jeremy. Pan Pope się nie zgadza.

– Rozumiem.

– Poinformuj jedną z pokojówek. Najlepiej moją osobistą służącą, Katie Carter. Każ jej zawiadomić pana Pope’a, lecz pod żadnym pozorem go nie denerwować. Powinien unikać silnych wzruszeń.

Jeremy wyjął z kieszeni pończochę i położył ją obok buta.

– Wrócę za trzy lub cztery minuty. – Odwrócił się, by odejść.

– Jeremy…

– Tak?

Spojrzała na niego kocimi oczyma, szerzej otwartymi po zmroku.

– Jestem ci niezmiernie wdzięczna, wierz mi.

II

Music Thomas był najmłodszym z trzech braci Thomasów, którzy mieszkali tuż obok chaty Juda i Prudie Paynterów. Śpiewał w chórze, chodził na palcach i nie był szczególnie inteligentny. Pracował w Place House jako stajenny i w świetle zaskakujących informacji przekazanych przed chwilą Jeremy’emu przez panią Pope młody Poldark doszedł do wniosku, że pan Pope zatrudnił Musica ze względu na jego wady fizyczne.

Jeremy czuł nieprzyjemny frisson, że chorowity Clement Pope, z wyglądu podobny do Robespierre’a, koniecznie chce być panem domu złożonego z samych kobiet, zachowując się niczym sułtan zazdrosny o swój harem. Tajemnica się wyjaśniała. Od początku krążyły plotki, że pan Pope chłoszcze swoje córki trzcinką, i to bynajmniej nie po dłoniach – nawet teraz, gdy młodsza miała dwadzieścia lat, a starsza dwadzieścia jeden, groźba kar cielesnych w dalszym ciągu wisiała w powietrzu. A Selina, jego żona? Opowiadano, że pochodzi z ubogiej rodziny, że jej ojciec, chirurg wojskowy, zmarł w młodym wieku. Wyszła za mąż dla pieniędzy i wydawało się, że jak dotąd dotrzymuje umowy. Kiedy małżonkowie pojawiali się w towarzystwie, było jasne, że pan Pope okazuje jej niezwykłą atencję. Czy również dyscyplinował ją trzcinką? To mało prawdopodobne, ponieważ młode, ładne kobiety znają sposoby, by radzić sobie ze starymi mężami. Jednak nie ulegało wątpliwości, że pan Pope jest szaleńczo zazdrosny. Nie należało pozwolić, by ktokolwiek zobaczył zaprzyjaźnionego syna sąsiadów, dziewięć lub dziesięć lat młodszego od Seliny, niosącego ją do domu po upadku z konia. Jedynym służącym mogącym się zbliżyć do pani Pope był wieśniak, którego męskość budziła wątpliwości – choć nawet on nie nocował w Place House.

Jeremy miał szczęście i od razu odnalazł Musica, który zdradzał wszelkie konwencjonalne oznaki normalnych męskich skłonności, gdyż zakochał się po uszy w Katie Carter, choć pan Pope o tym nie wiedział. Music był zachwycony, że ma pretekst, by iść do ukochanej i przekazać wiadomość od pani Pope. Następnie podążył z Jeremym, stąpając tanecznie na palcach, by pomóc pani wrócić do domu.

Jeremy ani nikt inny nie miał pojęcia, że Music Thomas kilka razy odwiedził doktora Enysa w sprawie trapiących go problemów. Choć Music z trudem potrafił podać godzinę i nigdy nie wiedział, jaki jest aktualnie miesiąc, był w stanie prowadzić normalne życie, jeśli mu na to pozwalano. Niestety, stał się celem żartów wiejskich chłopców, którzy na jego widok gwizdali i robili nieprzyzwoite gesty. Rozumiał, że w ogóle się nie liczy w sprawach związanych z kobietami i że nie ma żadnej nadziei na zdobycie Katie Carter, niezgrabnej, kruczowłosej dziewczyny o pociągłej twarzy – obiektu swoich namiętnych marzeń. Nic dla niej nie znaczył, uważała go za błazna, śpiewaka o dziwnym, piskliwym głosie, młodego głupka, który zawsze popełnia gafy i wpada w tarapaty, czasem rzeczywiste, a czasem będące tylko plotkami wymyślonymi przez dowcipnych, złośliwych sąsiadów. „Słyszeliście, co znowu gadają o Musicu?!”. Chciał zaimponować Katie, chciał, by uważała go poważnego młodzieńca, który zasługuje na to, by się do niej zalecać. Chciał, by przestano go uważać za głupka, pośmiewisko.

Właśnie ten wysoki, kościsty stajenny pomógł pani Pope wrócić do domu.

Jeremy odszedł. Ruszył ścieżką biegnącą wzdłuż klifu, omijając Trenwith. O zmroku była to niebezpieczna droga dla człowieka, który nie znał tych okolic, ponieważ ogrodzenie wzniesione dawno temu przez Warlegganów zbutwiało lub zostało rozkradzione na opał, a tu i ówdzie klif się osunął, niszcząc część ścieżki. W ciemności łatwo było przeoczyć miejsca, gdzie należało ominąć nagle pojawiającą się przepaść. Jednak Jeremy doskonale znał drogę. W tym roku chodził tędy wiele razy.

Szedł w stronę wioski Sawle. W kilku chatach słabo lśniły latarnie i świece. Popękane okna zabite deskami, drzwi wzmocnione drewnem wyrzuconym przez morze, smród gnijących ryb i kloak, nieustanny łoskot kół zębatych kruszących rudę. Nędza panująca w okolicy przypominała szlam zalegający na dnie stawu. Nic się nie zmieniło od czasów, gdy Jeremy był chłopcem, nic się nie poprawiło, lecz gdy tylko wspiął się brukowaną, nierówną drogą w stronę Stippy-Stappy Lane, widział, że w wiosce pojawiły się przyzwoicie wyglądające domy. Minął sklepik Carterów i ruszył w stronę kościoła w Sawle. Przeszedł obok krzywej wieży i dotarł do wioski Grambler, rzędu nędznych chat po obu stronach błotnistej drogi. Każda była zamieszkana, choć większość znajdowała się w ruinie. Mieszkańcy nosili różne nazwiska – Coad, Rowe, Bottrell, Prout, Billings, Thomas. W pobliżu chaty Thomasów, ostatniego domu w wiosce, stała rudera, w której dożywali ostatnich dni Jud i Prudie Paynterowie.

W środku paliło się światło i Jeremy ostrożnie przeszedł na drugą stronę drogi, nie mając ochoty, by go rozpoznano i zaproszono do środka. Nagle ktoś dotknął jego ramienia.

– Witaj, stary! Ale spotkanie, co?

Jasne włosy lśniły nawet w ciemności, a zresztą głos był nie do pomylenia.

– Stephen! Co tu robisz, na litość boską?!

W mroku błysnęły zęby.

– Zły szeląg zawsze powraca, prawda? A może fałszywa gwinea?

– Nigdy nie pisałeś. Nie wiedziałem, co się z tobą dzieje…

– Powinieneś się domyślać, że prędzej czy później wrócę. Nigdy nie lubiłem pisać.

– Kiedy przyjechałeś?

– Wczoraj zszedłem na ląd w Padstow. Pożyczyłem tam konia.

Wreszcie uścisnęli sobie ręce. Starzy przyjaciele, wspólnicy, którzy razem dokonali rabunku.

– Coś tu się działo? – spytał Stephen Carrington.

– Nie. Nic związanego z dyliżansem.

– Nie zadawano żadnych pytań?

– Dlaczego ktoś miałby je zadawać?

– Jak się miewa Paul?

– Znośnie.

– Jest ostrożny?

– Tak, chyba tak.

W chacie Paynterów rozległ się łomot, brzęk rondli i płaczliwy głos Juda.

– Wracasz do domu?

– Tak.

– Pójdę z tobą kawałek.

Ruszyli obok siebie w ciemności.

– Znalazłeś odpowiedni okręt korsarski? – spytał Jeremy.

– Zastanawiałem się nad kilkoma propozycjami.

– Ale?

– Nie były dobre. I pieniądze wydawały się kiepskie.

Jeremy milczał.

– Wziąłeś już coś dla siebie?

– Nie.

– Głupiec z ciebie, stary. Umówiliśmy się, że podzielimy łup na trzy części.

– Wezmę swoją dolę w stosownym czasie.

– O tak. Wiem, wiem. Na początku mieliśmy kłopoty. Ale teraz wszystko na pewno się już uspokoiło.

W miejscu, gdzie miał wzejść księżyc, niebo lekko pojaśniało.

– Jak się miewa Clowance?

– Dobrze.

– Wyszła za mąż?

– Nie.

– Ten cały Guildford się dla niej nie nadaje. Clowance weźmie go pod pantofel. Twoja siostra potrzebuje twardej ręki.

– Takiej jak twoja?

– Och, nie mówmy o tym na razie.

– Gdzie mieszkasz?

– U Neda i Emmy Hartnellów. Zgodzili się mnie przyjąć na kilka dni.

– Zostaniesz u nas dłużej?

– Nie w Kornwalii. Mam nowy pomysł na Kornwalię. Ale może nie w tym okręgu.

– Korsarstwo?

– Nie. Sardynki.

– Co takiego?!

– Kiedyś ci o tym opowiem.

Jeremy roześmiał się ponuro.

– Jest spora różnica między walką z Francuzami na morzu a łowieniem sardynek u wybrzeży Kornwalii.

– Może tak ci się wydaje, ale jedno może być równie zyskowne jak drugie. I tak samo ryzykowne.

– Zaciekawiasz mnie, Stephenie.

– Zaczekaj kilka dni, potem wszystko wyjaśnię.

Kiedy zbliżyli się do starych drzew wokół Wheal Maiden, nad szczytami wydm zalśnił księżyc. W górze krążyły nietoperze, kreśląc na niebie dziwaczne trójkąty.

W domu modlitwy paliło się światło.

– Twój wuj ciągle należy do tej bandy, prawda?

– O tak, jest przywódcą metodystów. Religia jest całym jego życiem. To bardzo dobry człowiek.

Stephen prychnął.

– A Wheal Leisure?

– Wydobycie wzrosło. Niektóre ze starych chodników okazały się interesujące, a eksploatacja północnych ścian przyniosła spore zyski. Należą ci się pieniądze z ostatniej dywidendy.

– Ile?

– Sześćdziesiąt funtów.

Stephen znów prychnął.

– To przeszło pięćdziesięcioprocentowy zysk z inwestycji – rzekł ostro Jeremy.

– Och, tak. Wcale się nie skarżę. Wręcz przeciwnie, stary. Pomoże mi to sfinansować nowy pomysł. Szkoda, że nie ma tego dziesięć razy więcej!

– Jestem pewien, że nikt nie miałby nic przeciwko temu. Kopalnia przynosi zyski, a działa dopiero od piętnastu miesięcy.

– A Ben Carter? – spytał Stephen.

– Co takiego?

– Znowu jest kierownikiem robót podziemnych, prawda?

– Tak.

– Wrócił, gdy tylko wyjechałem. – Stephen się zatrzymał. – Nie idę dalej, Jeremy.

– Powinienem cię zaprosić do domu, ale jest tam Clowance. Nie byłoby jej przyjemnie, gdybym cię nagle przyprowadził.

– Gdyby nie Ben Carter, byłbym teraz mężem Clowance, rozumiesz?!

– Pewnie tak.

– Żadne pewnie. Zaczął ze mną bójkę…

– Daj spokój, Stephen. Nie jestem wcale pewien, kto zaczął.

– Cóż… ktokolwiek zaczął, to Ben Carter poróżnił mnie z Clowance. Mam wiele wad, ale nigdy nie przypuszczałem, że mogę chować w sercu urazy. Tak czy inaczej, kiedyś go zabiję. Masz na to moje słowo.

– Stracilibyśmy dobrego szefa robót podziemnych – odparł Jeremy, próbując rozładować atmosferę.

– O tak, o tak… – Stephen poruszył ziemię obcasem. – Możesz z tego żartować, ale zadam ci jedno pytanie. Przypuśćmy, że byłbyś zaręczony z Cuby, czy jak się nazywa twoja wybranka. Przypuśćmy, że mielibyście wyznaczoną datę ślubu. Przypuśćmy, że ktoś by was poróżnił. Zerwalibyście ze sobą z powodu jakiegoś mężczyzny. Co byś do niego czuł?

Jeremy zastanawiał się nad swoimi problemami.

– No i? – spytał Stephen, wpatrując się w jego twarz.

– Tak, ale musisz pamiętać, że Ben Carter nigdy nie będzie twoim rywalem – odparł Jeremy, nie chcąc rozmawiać o sobie. – Nigdy nie poślubiłby Clowance. Ona po prostu go lubi. Gdybyś był rozsądny, nigdy nie wywołałbyś tej awantury. Wiem, że łatwo mówić takie rzeczy…

– Tak, łatwo mówić. Kiedy człowiek jest zakochany, bywa zazdrosny, wychodzą na jaw różne sprawy. Można coś chlapnąć… Ale, na Boga, prawie nic nie powiedziałem! Potraktowała to tak, jakbym ją śmiertelnie obraził.

– Dużo o tym rozmawialiśmy – odpowiedział ze znużeniem Jeremy. – Clowance ma silny charakter, jest z natury lojalna. Tak czy owak, doszło do bójki. Już ci mówiłem, że moim zdaniem była to oznaka głębszych problemów. Coś musiało się wcześniej między wami popsuć, choć może tego nie zauważyłeś. Uważam, że powinieneś zapomnieć o całej sprawie.

– Nie ma na to szans.

– Och, wiem.

Dwaj młodzi ludzie stali przez chwilę w milczeniu, rozmyślając o tym, że los źle ich potraktował.

– Cóż, lepiej już pójdę – powiedział Stephen.

– Odwiedzę cię za jakiś czas.

– Rzeczy są tam, gdzie poprzednio?

– Tak.

– Więc spotkajmy się w stróżówce. Jutro koło południa?

– Nie mogę. Mam pojechać z rodziną na jarmark w St Day. Byłem ostatnio trochę nietowarzyski i obiecałem matce, że się pojawię.

Stephen zastanawiał się nad słowami Jeremy’ego.

– Bardzo dobrze. Niech tak będzie. Może to i lepiej. Spotkajmy się pod koniec miesiąca. W przyszłą sobotę w stróżówce, o dwunastej?

– Zgoda.

– Wtedy będę wiedział na pewno, czy mój obecny pomysł na nowy rodzaj inwestycji wydaje się dostatecznie dobry. Może cię to zainteresuje.

– Może.

– Twoja dola nie może tam leżeć w nieskończoność – rzekł niecierpliwie Stephen Carrington.

– Dlaczego?

– Czy podejmowaliśmy takie ryzyko, by nic z tego nie mieć?

Jeremy uśmiechnął się w mroku.

– Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że nie wynikło z tego nic ciekawego, Stephenie, ale przyznaję, że to moja prywatna opinia. Nie przejmuj się tym.

Rozdział trzeci

I

W sobotę rano, gdy przyjechali młodzi Poldarkowie, sir George Warleggan i lady Harriet Warleggan byli w domu.

Panowała brzydka pogoda. Poprzedniego dnia bezchmurne niebo o zachodzie słońca i jasny księżyc świecący na nocnym niebie zupełnie nie zapowiadały szarego świtu, silnego wiatru z południowego zachodu i niesionych przez niego chmur, z których od czasu do czasu padał ulewny deszcz.

Lady Harriet przebywała w jednym ze swoich ulubionych miejsc – w stajni – gdy pojawiła się pokojówka i zawiadomiła ją o przybyciu gości. Pani domu przeszła przez kuchnię, zdjęła zabłocone buty do konnej jazdy i w towarzystwie dwóch ogromnych dogów wkroczyła w pończochach do większego salonu. Siedział w nim naprzeciwko dwojga młodych ludzi George, oderwany od rozmowy z Tankardem na temat okręgu wyborczego St Michael, i popijał sherry. Miał chłodną, nieprzyjazną minę.

Nie było to szczególnie dziwne, ponieważ Geoffrey Charles przyjmował roczne stypendium w wysokości pięciuset funtów bez oznak wdzięczności i nigdy nie pisał do ojczyma, choćby z kurtuazji. Korespondował tylko z Valentine’em.

Jednak przybycie lady Harriet trochę rozproszyło ponury nastrój. Podobnie psy, które, choć grzeczne, były tak ogromne, że rozładowały ciężką atmosferę i dostarczyły tematu do lekkiej konwersacji.

Harriet miała dar dostosowywania się do okoliczności bez względu na sytuację, dawną lub obecną. Nie wiedziała, co czują inni ludzie, ani o to nie dbała; traktowała każde wydarzenie na podstawie tego, co ze sobą niosło. Kiedy odkryła narodowość drobnej, ciemnowłosej dziewczyny, natychmiast zaczęła z nią gawędzić łamanym hiszpańskim. Wydawało się, że jako siedmiolatka spędziła rok w Madrycie, w domu granda spowinowaconego z Osborne’ami. Amadora była oczarowana i wkrótce pozbyła się lęku i nieśmiałości, które ogarniały ją w angielskim towarzystwie i w obecności dawnych przyjaciół Geoffreya Charlesa.

– Nie mam kluczy – rzekł gładko George. – Znajdują się u braci Harrych. Musisz po prostu pojechać do Trenwith i iść do stróżówki. Natychmiast ci je dadzą. Przekonasz się, że dwór jest zaniedbany. Bracia Harry zawsze byli nicponiami.

– Zastanawiam się, po co ich trzymałeś.

George wzruszył ramionami.

– Po śmierci twojej matki niezbyt interesowałem się Trenwith.

I nie dbałeś o to, by utrzymać dwór w dobrym stanie dla syna Francisa, pomyślał Geoffrey Charles.

– Nie widziałem domu od śmierci dziadka, czyli prawie siedem lat. Jest ciągle umeblowany?

– Częściowo. Przewiozłem do Cardew wiele nowych mebli. W dworze pozostały stare, których nie wyrzucono. Czy to trwały paraliż ręki?

Geoffrey Charles spojrzał na swoją dłoń.

– Nie wiem. Odniosłem ranę w kwietniu zeszłego roku, więc może wszystko wróci do normy. Chociaż nie mogę całkowicie rozprostować palców, nie utrudnia mi to życia. Palec wskazujący, którym naciskam spust, działa sprawnie.

George popatrzył na pasierba. Wysoki, chudy oficer o szczupłej twarzy zupełnie nie przypominał łagodnego, delikatnego, pulchnego, rozpieszczonego chłopca, którego dyscyplinował przed wielu laty. W dawnych czasach George naprawdę się starał. Przed małżeństwem z Elizabeth, nawet przed śmiercią Francisa, próbował zjednać sobie jej syna, kupował mu prezenty, pragnął zaskarbić sobie sympatię matki, sprawiając przyjemność dziecku. Także po ślubie dobrze traktował Geoffreya Charlesa, chciał się z nim zaprzyjaźnić, lecz później doszło do kłótni o Drake’a Carne’a, brata Demelzy Poldark, i żadna przyjaźń nie wchodziła już w rachubę.

Teraz, w czasie spotkania po tak długiej przerwie, lepiej było mówić jak najmniej. Nie mieli ze sobą nic wspólnego, łączył ich tylko stary dwór w Trenwith zbudowany z porfiru i granitu. Jedyna osoba, która interesowała ich obu, zmarła blisko czternaście lat wcześniej, pozostawiając pięciodniowe dziecko.

– W końcu wojna przybrała korzystny obrót – rzekł George. – Twój Wellington może być teraz bardziej zadowolony z siebie.

– Myślę, że jest. Choć nigdy nie okazuje zadowolenia ze swoich sukcesów. Czy zawieszenie broni w dalszym ciągu obowiązuje?

– Tak. I podejrzewam, że będzie przestrzegane, dopóki Napoleon nie odbuduje armii po klęsce w Rosji ostatniej zimy.

– Prawie przez dwa tygodnie nie miałem aktualnych wiadomości – powiedział Geoffrey Charles. – Jeśli trwa zawieszenie broni z Austrią i innymi państwami, oznacza to, że armia Wellingtona na Półwyspie Iberyjskim to jedyna siła walcząca z Francją.

– Uważa tak wielu ludzi. Jak mówisz, jest niewiele powodów do zadowolenia.

Mężczyźni umilkli, a kobiety gawędziły dalej. Nawet w czasie krótkiej wymiany zdań w tonie głosu i sformułowaniach George’a pojawiało się coś, co irytowało Geoffreya Charlesa. Warleggan zawsze krytykował Wellingtona, który krótko zasiadał w Izbie Gmin jako poseł z jednego z okręgów wyborczych kontrolowanych przez George’a, po czym zrezygnował z mandatu bez podziękowania. George nigdy nie zapominał afrontów, a Geoffrey Charles pamiętał, że ojczym zawsze krytykował decyzję o wysłaniu wojsk brytyjskich do Portugalii i Hiszpanii.

– Cóż, myślę, że powinniśmy jechać – rzekł, prostując długie nogi. – Sądzę, że zajmie to nam dwie godziny… Amadoro…

– Jechać? – spytała Harriet. – Przed obiadem? Nie pozwolę na to. Gdybyście nas teraz opuścili, musiałabym uznać, że nie podoba się wam nowa macocha.

– Och, wręcz przeciwnie, lady Harriet! Wręcz przeciwnie! Ale kiedy dotrzemy do Trenwith, będziemy mieli dużo roboty przed zmrokiem…

– Więc pojedziecie ze świecami. Nie wyobrażam sobie, co pomyślałaby matka Amadory, gdyby się dowiedziała, że pozwoliliśmy jej córce odjechać bez obiadu. – Harriet wstała. – Leżeć, przeklęte bestie! Nie ma się czym ekscytować! – Zerknęła na męża, który próbował ukryć rozgniewany wzrok. – Zjemy obiad wcześniej, by was nie zatrzymywać. Ale najpierw spędzicie pół godziny na oglądaniu mojej menażerii.

II

Obiad upłynął w dość miłej atmosferze. Geoffrey Charles uznał, że ojczym znalazł dobrą towarzyszkę życia, choć lady Harriet nie wydawała się tak potulna jak jego matka. Musiało dochodzić do wielu spięć. Była atrakcyjną kobietą, raczej piękną niż ładną, choć oba te określenia jakoś do niej nie pasowały. I młodą. Geoffrey Charles przysiągłby, że jest zaledwie kilka lat starsza od niego. Widział, że lubi młodych mężczyzn. Czy George będzie w stanie ją zaspokoić, utrzymać, nie dopuścić, by go zdradzała? Gdyby miała na to ochotę, z pewnością nic jej nie powstrzyma. George się postarzał, miał zmarszczki na policzkach i rzednące stalowoszare włosy.

Przy stole siedziała również Ursula, w tej chwili barczysta dziewczynka w wieku niespełna czternastu lat, z grubą szyją i tak masywnymi udami, że rysowały się pod sukienką, muskularna, gotowa stawić czoło życiu. Geoffrey Charles nie mógł uwierzyć, że urodziła ją jego smukła, delikatna, wyrafinowana matka. Ursula prawie się nie odzywała, dygnęła niezgrabnie przed Amadorą i pozwoliła się pocałować w policzek Geoffreyowi Charlesowi. Najbardziej wydawała się zainteresowana głównym celem obiadu: jedzeniem.

George wyjaśnił, że Valentine nie wrócił jeszcze z Cambridge. Spodziewano się go w następną środę, gdyby złapał dyliżans i nie przepuścił wszystkich pieniędzy w Londynie. W ogóle nie przyjechał na Wielkanoc, ponieważ spędzał ferie w Norfolk ze swoim nowym przyjacielem, lordem Ridleyem – kiedy George to mówił, na jego twarzy pojawiła się satysfakcja. Ostatnio przyjechał do Cardew na Boże Narodzenie. Harriet dodała, że przy okazji wydał szalone przyjęcie. Wszyscy wpadli w euforię, kiedy nadeszły wieści o odwrocie Napoleona spod Moskwy.

– Powinno się to zakończyć upadkiem Bonapartego – zauważył Geoffrey Charles. – Jednak cesarz potrafi hipnotyzować Francuzów. Czczą go jak bóstwo i kiedy żąda nowych żołnierzy, by uzupełnić zdziesiątkowane pułki, zgłaszają się tysiącami: starcy, szesnastoletni chłopcy.

– Słyszałam, że nie zawsze chętnie – odrzekła Harriet. – Nie mają wyboru. We Francji wprowadzono levée en masse.

– Co wcale nie zmniejsza wielkości Napoleona – zauważył George. – Góruje nad światem jak żaden inny władca. Nasi politycy, generałowie, mali królowie i cesarze, którzy z nim walczą, wydają się w porównaniu z nim karłami.

– Bylibyście zdziwieni, jak ogromny podziw i szacunek czują do niego walczący z nim żołnierze – rzekł Geoffrey Charles. – Zwłaszcza nasi żołnierze. Ale to nie zmienia konieczności obalenia Bonapartego. Dopóki jest cesarzem Francuzów, nie będzie pokoju, bezpieczeństwa ani trwałego traktatu międzynarodowego, który zapewni narodom wolność.

– Uważam, że klęska w Rosji była dla niego pożyteczną lekcją – powiedział George. – Będzie teraz bardziej ugodowy. Jeśli Castlereagh zachowa rozsądek, możemy zawrzeć honorowy pokój bez konieczności dalszego prowadzenia wojny.

– Zamierzasz wkrótce wrócić do swojego pułku? – spytała Harriet.

– Jak najszybciej – odparł Geoffrey Charles z nerwowym uśmieszkiem. – Jeśli ktoś tak długo uczestniczy w polowaniu, chce być przy zabiciu zwierzęcia.

– A Amadora? – zagadnęła po chwili Harriet.

– Wróci ze mną do Hiszpanii. Ale najpierw spędzimy kilka tygodni w Trenwith.

– Jeździcie na nędznych szkapach. Czy nie trzeszczą im kolana, gdy ich dosiadacie? Pozwólcie, że pożyczę wam lepsze rumaki. Jak widzisz, nie brakuje nam dobrych koni, prawda, George?

– Nie – odparł Warleggan.

– Dziękuję, jesteś bardzo uprzejma. Wynajęliśmy konie w stajni Greenbanka. Na pewno damy sobie radę…

– Po co macie się męczyć? Jutro odprowadzi je masztalerz. Mogę wam pożyczyć dwa dobre wierzchowce na czas pobytu w Trenwith.

– Dzienkuję – odpowiedziała rozpromieniona Amadora. – Mieć w Hiszpania też dobre konia.

– Wiem. Czy mogłabym o tym nie wiedzieć? Tak czy inaczej, o tej porze roku moje konie nie mają nic do roboty. Byłabym zobowiązana, gdybyście trochę je potrenowali.

– Kościół w Sawle i cmentarz są w bardzo złym stanie – zauważył George. – Można by pomyśleć, że Ross Poldark podejmie jakiś wysiłek, by je wspierać, finansowo i w inny sposób, ale nie. Nie jest to kwestia wiary chrześcijańskiej, lecz zobowiązań społecznych. Kiedy mieszkałem w Trenwith – i gdy mieszkał tam twój ojciec – uważaliśmy opiekę nad kościołem za swój obowiązek. Teraz już nie. Kiedy ostatnio odwiedziłem Trenwith, grób twojej matki był strasznie zarośnięty i…

– A mojego ojca?

Geoffrey Charles zadał pytanie ostrym tonem. Gdy kobieta dwukrotnie wychodzi za mąż, a później umiera, czy powinna zostać pochowana z pierwszym mężem, choć to drugi płaci za pogrzeb i załatwia wszelkie formalności? Geoffrey Charles z bólem przyjął fakt, że jego ojca pochowano w krypcie rodzinnej, a matkę osobno, w odległości trzydziestu metrów.

George postanowił nie przyjmować wyzwania i odpowiedział:

– Grób twojego ojca oczywiście również jest zaniedbany. Chciałbym, żebyś znowu zamieszkał w Trenwith, by parafia miała patrona. Poldarkowie z Nampary kompletnie się nią nie interesują. A Odgers – nawiasem mówiąc, ich protegowany – do tego stopnia zdziecinniał, że zgodnie z zasadami powinien zostać usunięty z funkcji proboszcza.

– Jest aż tak źle?

– Słyszałem, że kiedy wygłasza kazanie, żona przywiązuje mu nogę do ambony, by nie odszedł przed końcem.

– Przypomina mi to opowieści o moim stryju, starym kawalerze – wtrąciła Harriet. – Kiedy szedł do kościoła, zawsze zabierał ze sobą oswojonego szakala, który siadał obok niego w ławce i budził go po zakończeniu kazania. Na nieszczęście szakal również zasypiał i bardzo głośno chrapał. Czasem pastor prawie nie mógł go przekrzyczeć.

– Nie wiedziałem, że można oswoić szakala – odparł Geoffrey Charles.

– Można oswoić prawie każde zwierzę, jeśli ma się dość cierpliwości. Miałam kiedyś niedźwiadka, ale zdechł… Mój kuzyn hoduje węża. – Uniosła ciemną brew, spojrzała na Warleggana i roześmiała się gardłowo. – Widzisz zatem, George, że moi mali przyjaciele mogliby być jeszcze bardziej kłopotliwi.

– Już się przyzwyczaiłem do twoich małych przyjaciół – rzekł George. – Napije się pani herbaty, pani Poldark?

Był to znak, że powinni odjechać. Zrezygnowali z poczęstunku, pożegnali się z George’em, który twierdził, że ma mnóstwo pracy, po czym poszli do stajni w towarzystwie Harriet, Ursuli i dwóch dogów. Harriet nalegała, że pożyczy Geoffreyowi Charlesowi konia o imieniu Bargrave („kupiliśmy go na aukcji, twój kuzyn Ross próbował nas przelicytować, ale go pokonaliśmy; Bargrave ma silny zad i nic sobie nie robi z tutejszych błotnistych dróg”). Amadora dostała jasnogniadą klacz znacznie drobniejszej budowy („przekonasz się, że Światełku brakuje wytrwałości, ale jest szybka na krótkich dystansach i ma wyjątkowo miłe chrapy”).

Kiedy odjechali, prawie przestało padać – na ich twarzach osiadały ledwo widoczne kropelki mżawki. Amadora roześmiała się, gdyż sprawiało jej to przyjemność. Poranna wizyta wydała jej się miła. W czasie jazdy gawędzili po hiszpańsku.

– Nie uważam sir George’a za złego człowieka – powiedziała.

– Wiem, że zrobił w życiu kilka złych rzeczy – odparł Geoffrey Charles. – Trudno tego nie pamiętać, gdy z nim rozmawiam. Jednak nie potrafię oceniać zła i nie chcę go osądzać. Po pierwsze jest starszy… Poza tym… przyczyny już nie istnieją, przynajmniej ich część. Tak naprawdę wszystko dotyczyło mojej matki.

– Dlaczego?

– Och, mon Dieu, jak można to wytłumaczyć w kilku słowach? Ross Poldark, mój krewny – inny kapitan Poldark, którego poznasz jutro – choć jest szczęśliwy ze swoją żoną Demelzą, najpierw kochał moją matkę.

– Wieczny trójkąt małżeński?

– Raczej czworokąt, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.

Przez kilka sekund jechali w milczeniu. Słychać było tylko stukot kopyt. Konie schodziły ze wzgórza w stronę głównego gościńca.

– Ross i George wadzili się przez długi czas: w kwestii odlewni miedzi i spraw związanych z moim ojcem. Ross o mało nie trafił na szubienicę wskutek oskarżenia o wywołanie rozruchów i napaść. Małżeństwo mojej matki z George’em sprawiło, że niechęć zmieniła się w nienawiść.

Ścieżka znów się zwęziła i przez chwilę jechali gęsiego.

–Anglia jest taka zielona… – odezwała się Amadora. – Nigdy nie widziałam tyle zieleni. Jest taka bogata, jaskrawa, taka… exuberante.

– Zaczekaj, aż przejedziemy przez wzgórza. W mojej części wybrzeża jest zupełnie inaczej.

Dotarli do gościńca, lecz zamiast skręcić w prawo lub w lewo Geoffrey Charles wspiął się na przeciwległe wzgórze. Wąziutkie ścieżki, strome i śliskie, były porośnięte paprociami i jeżynami. Po dwudziestu minutach dotarli na szczyt, ściągnęli wodze i spojrzeli do tyłu na przebytą drogę.

– Tyle zieleni… – powtórzyła Amadora.

– Za chwilę dojedziemy do drogi do Redruth, która przynajmniej jest twarda. Później skręcimy w prawo do St Day. To najgorsza część trasy. Jesteś zmęczona, maleńka?

– Zmęczona? – spytała. – Co to znaczy?

Ruszyli w dalszą drogę.

– I co potem? – odezwała się Amadora.

– Potem?

– To, o czym mówiłeś, zdarzyło się, gdy byłeś bardzo młody, prawda?

– Tak. O tak. Zbyt młody, by to rozumieć. Ale później wszystkiego się dowiedziałem, stopniowo poznawałem fakty…

– Mówiłeś mi o swojej guwernantce, Malvenie. Były z nią jakieś kłopoty?

– Morwennie. To było później, gdy miałem dziesięć lat… – Poruszył zranioną dłonią. – Byliśmy wielkimi przyjaciółmi, choć teraz to bez znaczenia. Pewnego dnia spotkaliśmy Drake’a Carne’a – brata Demelzy – a on i Morwenna stali się wielkimi przyjaciółmi, więcej niż przyjaciółmi. Bardzo się pokochali. Jedyny problem polegał na tym, że Drake nie pochodził z tej samej sfery co Morwenna i był kuzynem Poldarków, co sprawiło, że George strasznie go znienawidził. George bez zgody Morwenny zaaranżował jej małżeństwo z odrażającym duchownym o nazwisku Osborne Whitworth. – Geoffrey Charles gniewnie wzruszył ramionami. – Przez cały czas… Najlepiej o tym zapomnieć. Ale kiedy to sobie przypominam…

Amadora mocniej chwyciła wodze.

– Ale mówiłeś, że teraz… że kilka lat temu Drake i Morwenna się pobrali. Jak to możliwe?

– Pastor Whitworth został zabity przez opryszków albo spadł z konia i skręcił kark. Tak czy inaczej, umarł. Po pewnym czasie Drake i Morwenna się pobrali. Miałem wtedy piętnaście lat i wyjechałem do szkoły. Oczywiście Drake napisał do mnie. Podobnie Morwenna. Mimo to trzeba było czytać między wierszami, dowiadywać się prawdy od innych ludzi.

– Jakiej prawdy?

– Wkrótce po ich ślubie niewielki zakład szkutniczy, którego Ross jest udziałowcem, stracił zarządcę, bo umarł wspólnik Rossa, mężczyzna o nazwisku Blewitt. Ross zaproponował to stanowisko Drake’owi, który je przyjął, i w grudniu następnego roku przeprowadził się z żoną do Looe. Mają jedną córkę, Bogu dzięki… Teraz rozumiesz, co miałem na myśli? W tej okolicy jest o wiele mniej liści.

Przejechali przez gęsty zagajnik i znaleźli się na wrzosowiskach, na których pasły się stada kóz. Widać było kilka chat na widnokręgu, objuczone muły idące prostopadłą drogą, koło wodne obracające się w strumieniu i poruszające hałaśliwe młoty kruszące rudę cyny. Wiał silny wiatr i po niebie płynęły niskie obłoki.

– Ach, to trochę bardziej przypomina Hiszpanię – powiedziała Amadora.

– Ale bez słońca.

– Bez słońca. Ale widzisz a veces? Słońce było zeszłego wieczoru.

Ruszyli.

– Wielebny Osborne Whitworth budził w żonie straszliwe obrzydzenie. Po jego śmierci Morwenna przysięgła, że nigdy więcej nie wyjdzie za mąż – nawet za Drake’a. Akt miłości fizycznej stał się dla niej czymś obmierzłym. Zgodziła się dopiero po długich namowach, gdy obiecał, że nie będzie od niej wymagał spełniania obowiązków małżeńskich. A jednak… półtora roku po ich przeprowadzce do Looe przyszła na świat dziewczynka… Lękałem się, kiedy pojechałem ich odwiedzić… Rozumiesz mnie czy mówię za szybko?

– Nie, rozumiem.

– Okazało się, że są ze sobą bardzo szczęśliwi i bardzo kochają córkę. Drake mówił, że Morwenna w dalszym ciągu miewa koszmary; po każdym takim koszmarze przez tydzień albo dłużej źle się czuje i nie może znieść myśli, że mąż mógłby jej dotknąć. Ale dodał, że koszmary stają się coraz rzadsze i że między nimi jest lepiej.

Obok chaty krytej strzechą ryły ziemię świnie. Ściany budynku pochylały się w stronę trójkątnego pola, na którym pracowała kobieta z trojgiem dzieci.

– Cudowne – powiedziała Amadora.

Geoffrey Charles się roześmiał.

– To zależy, jak na to patrzeć. Kiedyś stały tu dwie chaty, ale jedna się zawaliła. Znasz słowo „malowniczy”?

– Naturalnie. Pintoresco. Ale też cudowne.

Kobieta i dzieci przerwali pracę na dźwięk głosów i spoglądali z ciekawością na parę jeźdźców. Goeffrey Charles uniósł dłoń, lecz nikt nie pomachał w odpowiedzi.

Znajdowali się teraz w najbardziej zdewastowanej okolicy, gdzie nie pozostały żadne ślady roślinności zniszczonej przez roboty górnicze. Nieliczne chaty były zrujnowane, między hałdami odpadów bawiły się nagie lub półnagie dzieci, wokół widać było jeziorka zielonkawego szlamu, których smród mieszał się z wonią siarki i dymu niesioną przez wiatr. Wszędzie krążyli górnicy i mulnicy; starsze dzieci, chude i blade, pracowały przy przemywaniu rudy, mieszając ją w nieckach gołymi stopami. Wydawało się, że wszyscy kopią ziemią albo mają coś wspólnego z górnictwem. Geoffrey Charles i Amadora mijali owalne wyrobiska do połowy zalane wodą. Z niewielkich dołów, w których mieścił się tylko jeden człowiek z łopatą, czasem wystawała głowa w filcowym kapeluszu. Widać było siedem lub osiem dymiących kominów kopalni i tyle samo martwych, czasem zrujnowanych.

– Co to takiego? – spytała Amadora, wskazując rozrzucone po okolicy koliste chaty pokryte słomianymi strzechami.

– Kieraty.

– Kier… Co to znaczy?

– Kieraty. W każdej chacie znajduje się kołowrót z liną. Opuszcza wiadro do szybu, a potem wyciąga wodę albo rudę.

Amadora ściągnęła wodze, by popatrzeć na jedną z chat i dwa muły obracające kierat. Na jednym ze zwierząt siedział mały urwis i poganiał je patykiem. Kiedy zauważył, że przyglądają mu się dobrze ubrani ludzie, wykonał obsceniczny gest.

Ruszyli dalej.

– Nabierz otuchy – rzekł Geoffrey Charles, zauważając wyraz twarzy żony. – Nie cała Kornwalia tak wygląda.

– Będę jasno widzieć – odparła dziewczyna. – Tam.

Ławica chmur skryła się za widnokręgiem i rozbłysło nad nim światło.

– Musimy szybko się z nimi spotkać – powiedział Geoffrey Charles.

– Z kim?

– Z Drakiem i Morwenną. Powinienem napisać i zaprosić ich do Trenwith. Albo możemy pojechać do nich z wizytą.

– Jak to daleko?

– Czterdzieści pięć kilometrów. Trzeba by u nich przenocować.

Zjechali w dolinę, gdzie nagle znów pojawiły się kępy drzew i stada ptaków. Minęli piękny dwór, sprzed którego niedawno uprzątnięto hałdy płonnej skały.

– Mieszka tu Thomas Wilson – wyjaśnił Geoffrey Charles. – Dysponuje prawami górniczymi do tego obszaru, więc pobiera dywidendy od całej rudy wydobywanej w kopalniach, które niedawno minęliśmy.

– Dywidendy? Co to znaczy? A ruda?

– Ruda to minerały wydobywane w kopalni. Dywidenda oznacza udział. Właściciel praw górniczych pobiera pewną część zysków – może jedną dziewiątą – wartości wydobytej rudy.

– Więc jest bogaty?

– Tak, jeśli kopalnie przynoszą zyski.

– Ale w twoim w dworze, w Trenwith, jest inaczej?

– Kiedyś dobrze się nam powodziło. Poldarkowie mieli duże udziały w kopalni – nazywała się Grambler – lecz przed dwudziestu kilku laty zbankrutowała. Od tamtego czasu jesteśmy ubodzy.

– Nie możesz założyć nowych kopalni jak twój kuzyn, kapitan Ross Poldark? Stale zakłada kopalnie, prawda?

– Tylko trzy i poszczęściło mu się z dwiema. Niestety, na terenie majątku Trenwith znajduje się tylko Grambler, a wypompowanie wody z tej kopalni kosztowałoby fortunę. Grambler zawsze był mokry i trzeba było usuwać wodę nawet z wysokich poziomów. W okolicy nikt nie zdołał otworzyć dochodowej kopalni, choć dwa razy próbowano. Mój ojciec uprawiał hazard, by odbić sobie straty i szukać nowych żył, ale wpadł w jeszcze większe długi.

– Qué lástima! Cóż, kto wie? Może spróbujemy znowu po zakończeniu wojny?

W tym miejscu wrzosowiska nie wydawały się takie jednostajne: jechali wąskimi ścieżkami biegnącymi w dół. Po obu stronach rosły wysokie żywopłoty, których kolce zahaczały o kapelusze i płaszcze Geoffreya Charlesa i Amadory.

– Omijamy Killewarren – powiedział młody oficer. – Mieszkają tam Enysowie. Dwight to lekarz, chirurg, bardzo szanowany i lubiany. Podobno cieszy się tak doskonałą opinią, że wezwano go do Londynu, by zbadał króla, kiedy ten po raz pierwszy postradał rozum.

– Trudno mi spamiętać te wszystkie nazwy – rzekła Amadora.

– Nawet nie próbuj. Szybko się ich nauczysz, gdy poznasz sąsiadów.

– Król postradał rozum?

– O tak. Wiele lat temu. Ciągle żyje, ale jest w złym stanie.

– Więc jak to możliwe, że ten grubas jest królem?

– Nie królem, tylko księciem regentem i pozostanie nim do śmierci ojca. Jest królem, choć się tak nie nazywa.

– W złym stanie – powtórzyła Amadora. – Nie znam jeszcze tego zwrotu. W złym stanie. Podoba mi się. Ładnie brzmi.

– Ładnie to wymawiasz, mi boniato.

– Kiedy mnie tak nazywasz, wiem, że się ze mną droczysz.

Geoffrey Charles się roześmiał i spróbował pogładzić żonę po dłoni, lecz jej klacz odskoczyła. Przeszedł na hiszpański:

– Mogę ci tylko powiedzieć, maleńka, że bardzo, bardzo się cieszę, że jedziesz ze mną w moim kraju, w moim hrabstwie, w stronę mojego domu.

III

Geoffrey Charles unikał najbardziej uczęszczanych miejsc. Dotarł do rozstajów dróg w Bargus i dzięki temu ominął kościół w Sawle. Chciał, by o jego przybyciu nie wiedział nikt znajomy, choć nie miał złudzeń, że pozostanie to długo tajemnicą.

Nie odwiedził stróżówki, gdyż podejrzewał, że dwór w Trenwith nie jest zamknięty – w dawnych czasach nigdy go nie zamykano. Kiedy wreszcie ujrzeli rezydencję z epoki Tudorów, Amadora wydała zachwycony okrzyk.

– Qué hermoso! Nie mówiłeś mi o tym! Qué magnífico! Y gracioso!

– Zaczekaj – odparł Geoffrey Charles. – Z dala wydaje się ładny, ale…

Ściągnęli wodze przed frontowymi drzwiami, po czym Geoffrey Charles pomógł żonie zejść z konia. Nim postawił ją na ziemi, trzymał ją przez chwilę w ramionach. Niebo pociemniało, lecz słońce jeszcze nie zaszło; fronton dworu znajdował się w cieniu. Geoffrey Charles obrócił klamkę i pchnął drzwi. Otworzyły się ze skrzypieniem i ukazał się niewielki, brzydki przedsionek. Młody oficer ruszył do przodu i otworzył prawe drzwi prowadzące do ogromnej sieni. Wielką salę z galerią minstreli i gigantycznym stołem oświetlało jedno okno złożone z pięciuset siedemdziesięciu sześciu szklanych szybek – tak przynajmniej mówiono. Sień wyglądała najlepiej, gdy słońce padało na nią z ukosa, ale nawet teraz robiła imponujące wrażenie. Geoffrey Charles miał nadzieję, że Amadora nie usłyszała szelestu i tupotania na końcu sali. Zachwycona, rzuciła mu się w ramiona.

Obeszli dwór, trzymając się za ręce. Geoffrey de Trenwith, który go zaprojektował, a przynajmniej nadzorował budowę, przeznaczył gros pieniędzy i wysiłku rzemieślników na stworzenie kilku wspaniałych sal recepcyjnych. Większość z piętnastu sypialni była wyłożona ciemną boazerią i dość ciasna: nawet cztery najbardziej okazałe nie były duże według współczesnych standardów. Geoffrey Charles pokazał żonie mały pokoik w wieżyczce, gdzie mieszkał jako chłopiec, i z radością zauważył, że na ścianach w dalszym ciągu wisi kilka jego rysunków z dzieciństwa. Łóżko było przykryte zakurzonym pomarszczonym prześcieradłem, z widocznym wgnieceniem, jakby niedawno ktoś na nim siedział; na podłodze leżały koce, jeden kompletnie dziurawy, a przez do połowy zaciągnięte zasłony wpadały ukośne promienie słońca.

Poszli do dawnej sypialni ciotki Agathy i okazało się, że jest w jeszcze gorszym stanie niż reszta dworu. Dwa obrazy na ścianach miały rozbite szyby, a jeden pękniętą ramę. Częściowo rozłupana toaletka stała pochylona na przekrzywionych nogach jak kaleki żołnierz oparty na kuli. Otwarte drzwi szafy wisiały na jednym zawiasie. Przy oknie stała pusta klatka, jej pręty lśniły w słońcu, a w środku leżał malutki szkielet ptaka pokryty kurzem.

Dwór pachniał jak grobowiec.

– Chodźmy dalej – rzekł ostro Geoffrey Charles, obejmując Amadorę. – Myślę, że to nie jest szczęśliwy pokój.

Sypialnia matki wyglądała podobnie, bo tu także kotary i dywan były pogryzione. Wszędzie leżały mysie bobki, mole podziurawiły ładną różową narzutę na łóżko. Obok łóżka stała klepsydra, buteleczka z mętnym płynem, łyżka…

Pokój ojczyma był czystszy, bardziej zadbany, lecz Geoffrey Charles nie chciał się tam zatrzymywać. Poszedł do sypialni używanej ostatnio przez dziadków, Jonathana i Joan Chynowethów, ponieważ wydawała się najbardziej słoneczna. W oknach wisiały zasłony z błękitnego adamaszku z koronkowym wykończeniem, ściany nad boazerią pokrywały tapety w kwiaty, a na podłodze stało łoże z baldachimem i jedwabnymi zasłonami w odcieniach różu i żółci. Łóżko wydawało się wilgotne, kotary były podziurawione przez mole, a za boazerią rozlegały się niepokojące szelesty, jednak pokój wydawał się najprzyjemniejszy.

– Chodźmy na dół – powiedział Geoffrey Charles, z trudem otworzywszy dwa okna. – Będziemy spać tutaj. Najpierw rozpalę ogień w kuchni, a potem w tym pokoju. Później pójdę znaleźć tych dwóch nicponi, którzy udają, że zajmują się tym majątkiem. Mogą zaprowadzić nasze konie do stajni i je oporządzić, ale nie chcę, by dziś wieczorem pokazywali swoje wstrętne mordy w domu – naszym domu. Gdyby zobaczyli tajemnicze światła w oknach, mogliby się ocknąć z pijackiego snu i przyjść tutaj w niewłaściwym momencie.

– Niewłaściwym? – spytała Amadora.

– Niewłaściwym.

Zeszli po ciemnych schodach, trzymając się pod ręce i stawiając równo kroki. Geoffrey Charles ruszył w stronę kuchni.

Trzy schodki prowadzące w dół do pomieszczenia wyłożonego kamiennymi płytami stały się z czasem nierówne; pokrywały je ślady ślimaków. Palenisko było ciemne, zimne i pokryte rdzą. W dalszym ciągu wisiał w nim na haku ogromny kocioł. Przy tylnych drzwiach znajdowała się pompa i popękany cebrzyk. Z półek zwisały pajęczyny i czuło się odór zgnilizny. Panował półmrok, bo jedyne brudne okno było zamknięte. Geoffrey Charles podszedł do drzwi i je otworzył. Rozbłysło światło.

– Tak jest lepiej. Dziś wieczorem jeszcze niczego nie posprzątamy, ale ogień wszystko zmieni. I świeże powietrze…

Amadora zerknęła na niego z ukosa.

– Chcesz, żebym coś ugotowała?

– Mamy kurczaka, masło i jaja, które dała nam Verity. Chleb, ser. Potrafisz coś przygotować?

– Była to część mojej edukacji. Nie wiem, czy moje gotowanie potrafi zadowolić angielskiego oficera.

– Wszystko, co robisz, zadowoli angielskiego oficera, dopóki robisz to sama i dopóki jesteśmy sami.

– Będzie to nasz pierwszy wspólny posiłek sam na sam.

– Myślę, że w piwnicy zostało trochę wina. Jest tu trochę talerzy – trzeba je umyć – noży, widelców i świec. Zjemy kolację przy wielkim stole, ty na jednym końcu, a ja na drugim! W tym brudnym opuszczonym dworze! Cóż za wspaniała myśl!

– Tak daleko od siebie…

– Tak, bo inaczej przygotowane przez ciebie potrawy nie zostaną zjedzone. Później, w naszej sypialni na piętrze… – Obrócił ją ku sobie i pocałował w czoło, a potem w usta.

– Mąż.

– Tak, maleńka – odpowiedział. – Prawdziwy mąż i prawdziwa żona.

Rozdział czwarty

I

Kiedy Jeremy wrócił z rodziną z jarmarku w St Day, czekał na niego list. Spędził przyjemny dzień, który byłby jeszcze przyjemniejszy, gdyby nie zauważył w oddali Cuby Trevanion wraz z bratem.

Mimo biedy panującej w całym hrabstwie jarmarki zawsze przyciągały tłumy ludzi i chociaż wielu było źle ubranych i niedożywionych, wszędzie zawierano transakcje. Ludzie uczestniczyli w licytacjach bydła, kupowali ozdoby na straganach, jedli słodkie bułki i pili. Namioty, w których sprzedawano piwo i gin – prowadzone przez miejscowe gospody – miały mnóstwo klientów i już po południu w kątach leżeli nieprzytomni pijacy.

Poldarkowie zawieźli na targ duże stado świń i kilka koszy owoców. Maliny posadzono po raz pierwszy zaledwie cztery lata wcześniej, ale rozrosły się na piaszczystej glebie, wspomagane dobrym świńskim nawozem. Dick i Cal Travailowie, bracia przyrodni, odwozili owoce na targ dwiema dwukółkami i przywozili różne rzeczy, których Demelza potrzebowała, uważała, że potrzebuje, lub po prostu jej się podobały. Tym razem na jarmark wyruszyła cała rodzina z wyjątkiem najmłodszego syna, Henry’ego – obecnie rzadko jeździli razem, ponieważ Ross często przebywał poza domem, a jedno ze starszych dzieci zajmowało się własnymi sprawami. Demelza zawsze lubiła jeździć obok Rossa i patrzeć na trzy postacie podążające na przedzie. Jakież cudowne, piękne, inteligentne, czarujące mają dzieci! Przypuszczała, że większość rodziców czuje to samo, lecz nie zmniejszało to jej poczucia dumy. Jeremy, dwudziestodwuletni, wysoki, chudy i przystojny, z rumianą twarzą i szaroniebieskimi oczami, odznaczał się niezwykłymi zdolnościami, chętnie żartował, ukrywając swoje głębokie emocje pod maską nonszalancji, lubił zwierzęta i malarstwo; gdyby nie jego zainteresowanie maszynami parowymi, mógłby się wydawać artystą. Clowance, niespełna dziewiętnastoletnia, smukła i muskularna, jasnowłosa jak Skandynawka, zawsze szczera, z pozoru niezdolna do intryg i kobiecych podstępów, na tyle ładna, by zwracać uwagę mężczyzn, mająca w sobie coś chłopięcego, ale ciepła, impulsywna i wielkoduszna. Mała Isabella-Rose, w tej chwili jedenastoletnia, ciemnowłosa w przeciwieństwie do siostry, o ciemnobrązowych oczach, szczupła, żywa, grająca na pianinie, stąpająca tanecznym krokiem, miała piękny, lecz niewyrobiony głos; nigdy nie pozostawała w bezruchu, rzadko milczała. Wkrótce zaczną się za nią oglądać mężczyźni.

Chwilami Demelza nie mogła uwierzyć, że to jej dzieci. Jej i Rossa, ich krew, owoc ich zjednoczenia, miłości. Każde rozkwitło inaczej, ozdabiając rodzinę i dom. A w Namparze znajdowało się czwarte dziecko, drugi chłopiec, Henry – albo Harry, jak go nazywano. Gaworzył wesoło, radosny jak skowronek. Jeśli dopisze im szczęście, dorośnie i stanie się kolejnym dziedzicem rodu oraz nazwiska. Był to najdziwniejszy z cudów.

Nikt nie udawał, że dwoje starszych dzieci nie przysparza żadnych kłopotów, nikt nie zaprzeczał, że prawdopodobnie pojawią się następne, bo była to normalna część życia z jego wyzwaniami, napięciami i bodźcami.

Jeremy wszedł na piętro, wziął list, niecierpliwie złamał pieczęć i ze zmarszczonymi brwiami spojrzał na charakter pisma. Nigdy wcześniej go nie widział. Podszedł do okna i przeczytał list w słabnącym świetle:

Szanowny Panie!

W ciągu ostatnich kilku miesięcy słyszałem od swoich przyjaciół, że konstruuje Pan lub zamierza skonstruować pojazd parowy mogący się poruszać po drogach. Temat ten fascynuje mnie od bardzo dawna i byłbym wielce zobowiązany, gdyby zechciał mnie Pan poinformować o postępach swoich eksperymentów. Dwukrotnie spotkałem się z panem Trevithickiem, podziwiam jego geniusz konstruktorski i naukowy.

Jestem z zawodu lekarzem, młodszym wspólnikiem doktora Avery’ego z Wadebridge. Mieszkam w tym mieście, choć niestety znajduje się ono z dala od ośrodków badań naukowych. Mam jednak wuja, proboszcza w St Erth, i kilkakrotnie go odwiedziłem; spotkałem również panów Daviesa Giddy’ego i Andrew Viviana z Camborne, którzy po raz pierwszy wspomnieli mi o Panu.

Szczególnie interesuje mnie to, jak zamierza Pan przeciwdziałać ślizganiu się kół na powierzchni drogi i czy kiedykolwiek brał Pan pod uwagę hipotezę, że eksplozje kotłów nie są wywołane nadmiernym ciśnieniem pary, lecz rozkładem wody. Czy nie jest możliwe, że wodór w połączeniu z azotem i tlenem tworzy mieszaninę wybuchową?

Chciałbym poznać Pana zdanie na wiele innych kwestii, a jeśli budowa Pańskiego pojazdu jest dostatecznie zaawansowana, czułbym się zaszczycony, mogąc go obejrzeć.

Gdyby uważał Pan za wskazane wstępne spotkanie i wyraził na nie zgodę, mogę przyjechać do Truro w każdą środę, najchętniej przed południem. Pozwoliłoby to omówić interesujące nas problemy. Wbrew aktualnej opinii pana Trevithicka uważam, że pojazdy parowe mają ogromne perspektywy i że ich praktyczne zastosowanie już wkrótce okaże się zyskowne. Uważam je za środek transportu przyszłości.

Mam zaszczyt pozostawać Pańskim posłusznym sługą

G. Garner

Jeremy obrócił list w dłoniach. Gdyby umiał uśmiechać się sardonicznie, z pewnością by to zrobił. Pan Garner, kimkolwiek był – doktor Garner – miał niezbyt aktualne wiadomości. Jeremy zrezygnował z prób budowy pojazdu parowego przeszło rok wcześniej, gdy niespodziewanie spotkał Trevithicka w odlewni Harveya. Konstruktor obejrzał projekt machiny i orzekł, że nic z tego nie wyjdzie ze względu na zbyt dużą wagę kotła. Oczywiście Trevithick próbował złagodzić cios, jednak jego późniejsze komentarze świadczyły, że uważa próbę konstrukcji pojazdu parowego za kaprys młodego człowieka bez żadnych szans na sukces.

Jeremy’ego w dalszym ciągu prześladowała nocami myśl, by znów rozpocząć eksperymenty. Przypominał sobie słowa Stephena, że dezaprobata Trevithicka nie musi automatycznie oznaczać fiaska projektu, a w czasie miłego spotkania z Cuby w zeszłym roku mówiła ona, że prawdziwy wynalazca nie powinien rezygnować po pierwszym niepowodzeniu.

Tak czy inaczej, doktor Garnier napisał za późno – Jeremy zbyt dobrze pamiętał wydarzenia stycznia tego roku. Mógł zrobić ze swoim życiem wiele rzeczy, jednak nie miał ochoty powoli, mozolnie pracować nad wynalazkami.

Powinien krótko odpowiedzieć doktorowi Garnerowi i grzecznie odmówić.

W skrzyni pod oknem znajdowały się papiery zgromadzone przez Jeremy’ego w latach, gdy jego zainteresowanie maszynami parowymi miało z konieczności czysto teoretyczny charakter: gazety i czasopisma czytane w okresie dorastania, późniejsze szkice i rysunki, obliczenia i kosztorysy rzucane na papier, gdy po raz pierwszy odwiedził Hayle i odnalazł zapomniany kocioł. Wiosną zeszłego roku, po spotkaniu z Trevithickiem, położył na wierzchu ostatnie szkice i zamknął skrzynię. Czasem wyjmował z niej rzeczy potrzebne w ciągu dnia, lecz poza tym do niej nie zaglądał. Teraz znów uniósł wieko i grzebał między haczykami na ryby, kredkami, niedokończonymi rysunkami i starymi gazetami. Znalazł wycinek z „Sherborne Mercury” z początku tysiąc osiemset trzeciego roku. Był to pierwszy artykuł, który wyciął i zachował.

Jak dotychczas podejmowano wiele prób skonstruowania pojazdu, który poruszałby się samoistnie, bez koni. W wiosce Camborne w Kornwalii dokonano niedawno nowej próby tego rodzaju, a jej wyniki wydają się obiecujące. Pojazd zbudowany przez wynalazcę o nazwisku Trevithick, wyposażony w niewielką maszynę parową, zdołał wjechać na strome wzgórze z prędkością sześciu i pół kilometra na godzinę, a na płaskim terenie rozwijał prędkość od trzynastu do piętnastu kilometrów na godzinę. Wiózł kilkunastu pasażerów, a jego całkowita waga wynosiła około piętnastu ton.

Tylko tyle. Tylko tyle, nic więcej. Żadnych spekulacji, bliższych szczegółów. Zwykła wiadomość bez większego znaczenia, równie banalna jak następna wzmianka poświęcona zakończeniu poboru dziesięcin w Probus.

Jeremy wygładził wycinek, który pożółkł ze starości, położył go na toaletce i znów sięgnął do skrzyni. Trzymał w ręku pięć następnych wycinków, w tym utrzymane w żartobliwym tonie doniesienie opublikowane w „London Observer” siedemnastego lipca tysiąc osiemset ósmego roku:

Najbardziej zdumiewająca konstrukcja, jaką kiedykolwiek stworzono, to machina parowa o czterech kołach, która z łatwością pędzi po szynach z prędkością od dwudziestu pięciu do trzydziestu dwóch kilometrów na godzinę. Waży osiem ton i w czasie następnego spotkania w Newmarket ma współzawodniczyć z trzema końmi: pojedynek będzie trwać całą dobę. W tej chwili machina przechodzi ostatnie próby w posiadłości lady Southampton, przylegającej do New Road w pobliżu Bedford Nursery w St Pancras. Jak rozumiemy, w przyszły wtorek zostanie wystawiona na widok publiczny.

Jeremy przypiął do wycinka jeden z trzech kolorowych biletów wstępu, które pozwalały obejrzeć pojazd wczesną jesienią tego samego roku – kupiono je dla Rossa, Demelzy i Jeremy’ego. Na różowych biletach znajdował się rysunek maszyny o nazwie Spróbujcie Mnie Złapać! Nagłówek brzmiał: „Ruchoma machina parowa TREVITHICKA. Siła techniki pokonuje konie!”.

Cudowna machina nie działała długo. Pojazd pędził po szynach, ale te często się wyginały. Bilet wstępu kosztował szylinga, śmiałkowie mogli odbyć podróż, jednak nie pojawiło się wystarczająco wielu chętnych, by pokryć koszty utrzymania machiny. Ekspozycję zamknięto. Ruchoma maszyna parowa poruszająca się po szynach lub drogach wydawała się dziwolągiem, zabawką bez praktycznych zastosowań. Najlepiej o niej zapomnieć. Z pewnością taką decyzję podjął Trevithick.

Kim zatem jest doktor piszący z Wadebridge? Z pewnością sympatycznym dziwakiem. Kimś, kto sądzi, że jeśli dostatecznie długo podgrzewać cynę, zmieni się w złoto, albo że człowiek może latać, jeśli przywiąże sobie do pleców płócienne skrzydła na szkielecie z bambusa. W Kornwalii roiło się od zwariowanych wynalazców.

Jeremy znów przeczytał list. „Przeciwdziałać ślizganiu się kół na powierzchni drogi”? Nie wydawało się to nierozsądnym pytaniem, bo wielu ludzi uważało, że koła mogą być poruszane przez tłoki. Oczywistym przykładem jest koń. Koła mogą być zbyt gładkie. Jak bardzo staroświecki jest doktor Gurney? Czyta artykuły naukowe? Czy należy odpowiedzieć? A może po prostu zignorować list?

Jeremy nie musiał podejmować decyzji, bo usłyszał kroki na schodach. Pukanie do drzwi. Dziwne…

– Proszę!

Do pokoju wszedł ojciec, garbiąc się w progu. Szczupła twarz Rossa była nieprzenikniona, lecz miała miły wyraz. Rzadko zaglądał do sypialni syna.

– Nie słyszałeś hałasów?

– Nie. To Bella? Jest strasznie krzykliwa.

– Wygląda na to, że na ciebie czekamy.

– Z kolacją? Dobrze.

– Nie, nie z kolacją… Nie powinieneś zapalić świecy?

– Właśnie zamierzałem to zrobić.

– Te przeklęte drzwi są za niskie – powiedział Ross. – Nie zawadzasz o nie głową?

– Teraz już rzadko, ojcze. Przyzwyczaiłem się.

– Kiedy zamieszkałeś w tym pokoju, miałeś zaledwie półtora metra. Dodatkowe trzydzieści centymetrów wiele by zmieniło. Coś trzeba z tym zrobić. Może udałoby się podwyższyć drzwi? Wystarczy po prostu wyciąć kawałek ściany.

Na parterze rozległy się krzyki.

– Co chciałeś mi powiedzieć? – spytał Jeremy.

– Wrócił Geoffrey Charles.

– Co takiego?! Jest w Namparze?! Kiedy…

– Nie w Namparze, tylko w Trenwith. Zdaje się, że przyjechali wczoraj wieczorem.

– Oni?

– Tak, przywiózł swoją młodą hiszpańską żonę.

– Wielki Boże! Po tak długim czasie! Cudownie! A co…

– Wyjechaliśmy zbyt wcześnie rano, by nas uprzedzono. Przed chwilą powiedziała nam Jane. Mówił jej o tym Ern Lobb, który usłyszał te nowiny od znajomego, zapomniałem kogo. Zatrzymali się w dworze i, zdaje się, mieszkają tam sami, korzystając ze znakomitych usług Lizy Harry.

– Nie przyjechali do Nampary, gdy nas nie było?

– Nie. Wyobrażam sobie, że w Trenwith jest straszliwy bałagan, więc potrzebują kilku dni, by doprowadzić wszystko do porządku.

– Powinniśmy im pomóc!

– Naturalnie.

– Papo, papo! – rozległ się młodzieńczy, szorstki kontralt Isabelli-Rose. – Idziesz?

Ross spojrzał na Jeremy’ego i się uśmiechnął.

– Widzisz?

– Chcesz powiedzieć, że dziś wieczorem pojedziesz do Trenwith?

– Wbrew swojemu przekonaniu. Mówiłem twojej matce i Clowance, że jeśli czworo ludzi wali w czyjeś drzwi o wpół do dziesiątej i żąda, by ich wpuszczono, Geoffrey Charles niewątpliwie jakoś to zniesie. Ale jeśli jego żona jest z natury nerwowa, może ją to na zawsze uprzedzić do rodziny. Nic nie wskórałem. Nie słuchały mnie.

– Co powiedziała mama?

– Nieważne. Problem polega na tym, czy chcesz zjeść kolację, choćby samotnie, co sprawi przyjemność Jane? Byłoby jej przykro, gdyby wszystkie przygotowane przez nią potrawy stały przez wiele godzin i wystygły. A może uważasz, że po tak długim oczekiwaniu na Geoffreya Charlesa nie wolno tracić nawet jednego dnia?

– Jadę z wami – odparł Jeremy. – Głównie po to, by zobaczyć tę hiszpańską dziewczynę.

II

Kiedy Ross opuścił pokój i zaczął schodzić po schodach, Jeremy zatrzymał się i wziął srebrną szpilkę do halsztuka dostarczoną przez posłańca dwa dni wcześniej. Chociaż nie pasowała do jego obecnego stroju, spodobała mu się i wbił ją w wyłóg surduta.

Przyniósł ją Music Thomas. W paczuszce znajdował się bilecik z napisem drukowanymi literami: „Od Seliny Pope, Place House, Trevaunance, Kornwalia”.

Rozdział piąty

I

W następnym tygodniu Ross i Demelza jedli w Killewarren kolację z Dwightem i Caroline Enysami.

– Jeszcze ich nie widzieliście? – spytał Ross.

– Nie – odparł Dwight. – Caroline chciała ich odwiedzić, ale ja uznałem, że lepiej dać im kilka dni, by się zadomowili.

– Zadomowili! – zawołała Demelza. – Dwór jest w koszmarnym stanie! Jeremy, Clowance i ja jeździmy codziennie do Trenwith i robimy, co w naszej mocy. Geoffrey Charles wynajął trzy kobiety z wioski. Pięciu mężczyzn reperuje kominy i łata dziury w dachu. A bracia Harry dostali miesięczne wypowiedzenie. Myślę, że biedna Amadora jest trochę przytłoczona.

– Ładne imię – zauważyła Caroline. – Ona sama też jest ładna?

– Powinnaś spytać Rossa – zasugerowała Demelza. – Budzi w nim wielką sympatię.

– Zawsze lubiłem niskie ciemnowłose dziewczyny – rzekł Ross. – Powinnaś o tym wiedzieć.

– Nie jestem niska.

– Ale byłaś, gdy cię pierwszy raz zobaczyłem.

– Przepraszam, że urosłam.

– Och, lubię również wysokie ciemnowłose dziewczyny – powiedział Ross. – I wysokie rudowłose kobiety o pięknych oczach.

– Po tych żartach może byście ją nam opisali – poprosiła Caroline.

Ross odchrząknął.

– Jest niska i ciemnowłosa, z dumną małą buzią. W połowie zalękniona i drażliwa, w połowie gotowa do walki, w połowie serdeczna i miła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

William Shakespeare, Kupiec wenecki, akt V, scena 1, [w:] William Shakespeare, Dzieła wszystkie, tom III, Komedie 1, przeł. Maciej Słomczyński, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2004, s. 590 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pogięta szpada. Poldark #11 Puchar miłości  (Poldark #10) Taniec młynarza (Poldark #9) Poldark. Przybysz z morza Fala gniewu Dziedzictwo rodu Poldarków. Cztery łabędzie. (Poldark #6) 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Turniej cieni Moja piątka z Cambridge