Kłamstwa w blasku księżyca

Kłamstwa w blasku księżyca

Autorzy: Amanda Quick

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.90 zł

W Londynie znikają młode dziewczęta – osierocone bogate dziedziczki.
Trop wiedzie do ponurego zamku, gdzie są więzione. Guwernantka Concordia Glade postanawia ocalić dziewczęta. Lecz nawet najbardziej samodzielna i odważna młoda dama potrzebuje czasem pomocy. Tę pomoc nieoczekiwanie oferuje jej Ambrose Wells, dżentelmen-włamywacz z tajemniczym tatuażem na piersi. Lecz plan ucieczki tylko z pozoru wydaje się genialny. A Ambrose tylko z pozoru wydaje się tym, za kogo się podaje…

Redakcja stylistyczna

Mirella Remuszko

Korekta

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Olga Vasileva/Shutterstock

Tytuł oryginału

Lie by Moonlight

Copyright © 2005 by Jayne Ann Krentz

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6800-2

Warszawa 2018. Wydanie IV

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Wszystkim nauczycielom z powołania.

To wy, ilekroć wchodzicie do klasy, kształtujecie przyszłość.

1

Ostatnie lata panowania królowej Wiktorii

Północ. Tonący we mgle cmentarz. Trudno o bardziej posępne miejsce i mroczniejszą porę spotkania! – pomyślała Annie Petrie.

Przejął ją dreszcz; otuliła się szczelniej płaszczem. Nigdy jeszcze nie bała się tak bardzo. Ale wszelkie informacje, jakie zebrała na temat człowieka, z którym się tu umówiła, całkowicie się ze sobą pokrywały – można się było z nim spotkać tylko na jego warunkach.

Przez cały dzień biła się z myślami: stawić się na tę posępną schadzkę czy dać temu spokój?… Nerwy miała stargane od samego rana, gdy zaraz po przebudzeniu znalazła na nocnym stoliku krótki list od tego człowieka.

Palce jej drżały, kiedy brała do ręki świstek. Była jak ogłuszona. On miał czelność wejść tu w nocy. Jakimś cudem sforsował zamknięte drzwi i okiennice. Śpiąc, nie usłyszała żadnego szmeru, nie wyczuła niczyjej obecności. Zupełnie jakby nawiedził ją duch!

Kiedy opanowała się na tyle, by przeczytać pozostawioną przez niego wiadomość, przekonała się, że to lista warunków, które musi spełnić. Wiedząc, że nie zazna spokoju, dopóki nie otrzyma odpowiedzi na dręczące ją pytania, postanowiła dostosować się do żądań – i starannie wypełniła wszystkie warunki.

Zgodnie z instrukcją miała, przekraczając cmentarną bramę, przygasić latarnię. Teraz jej słaby blask lekko ozłacał kłębiącą się wokół mgłę. Gdzieniegdzie wynurzały się z ciemności kamienie nagrobne, krypty grobowe i pomniki obrzeżone koronką gęstych oparów.

Najwyższym wysiłkiem woli powstrzymywała się od ucieczki i brnęła naprzód. Dotarłam aż tu, mówiła sobie w duchu, nie po to, żeby zrezygnować w ostatniej chwili! Przynajmniej tyle mogę zrobić dla biednej Nellie!

– Dobry wieczór, pani Petrie.

Głos, który usłyszała, był mroczny i złowróżbny jak tonący we mgle cmentarz. Zdawał się dochodzić zza drzwi krypty, którą właśnie mijała. Annie Petrie skamieniała, zbyt przerażona, by krzyknąć. O ucieczce nie było mowy.

To głos dżentelmena, pomyślała i, nie wiedzieć czemu, to odkrycie przeraziło ją jeszcze bardziej. Zdołała obrócić się w stronę, skąd dochodził głos. Wpatrywała się z natężeniem w mrok, usiłując dostrzec sylwetkę mówiącego. Jednak mdłe światło latarni nie mogło przebić lodowatej ciemności wokół ledwie dostrzegalnego wejścia do starego kamiennego grobowca.

– Spełniłam wszystkie warunki – wykrztusiła. Głos jej drżał, nie miała nad nim żadnej kontroli.

– Doskonale! Chyba się pani nie zdziwi, gdy powiem, że nie wszyscy proszący o spotkanie mają dość odwagi, by się na nie stawić.

– Nie, proszę pana – odparła rezolutnie, zaskoczona jednak, że zostało jej, mimo wszystko, więcej hartu ducha niż innym. – Niewielu znajdzie się śmiałków, którzy przylecą jak na skrzydłach spotkać się z nieznajomym, o którym opowiadają takie rzeczy… W dodatku o takiej porze i w takim miejscu!

– To prawda. – W głosie niewidzialnego rozmówcy brzmiała nutka rozbawienia. – Ale wiem z doświadczenia, że warunki, jakie stawiam, pozwalają wyeliminować ludzi słabych i chwiejnych, i skupić się na tych, którzy z determinacją dążą do celu, bez względu na to, ile ich to będzie kosztowało.

– Determinacji mi nie brak, proszę pana.

– Istotnie. A zatem, może przejdziemy od razu do sedna? Zakładam, że chciała się pani ze mną spotkać w związku ze śmiercią siostry, która zginęła dwa dni temu?

Annie doznała szoku, słysząc słowa nieznajomego.

– Pan wie o śmierci Nellie?…

– Kiedy dowiedziałem się, że zależy pani na spotkaniu ze mną, byłem ciekaw, co panią do tego skłoniło. Popytałem więc tu i tam i wiem, że pani siostra zginęła na skutek nieszczęśliwego wypadku.

– Owszem, zginęła, ale to wcale nie był wypadek! – krzyknęła. – Wiem, że policja tak uważa… ale to nieprawda!

– Ciało Nellie Taylor znaleziono na terenie zakładów kąpielowych Doncaster Baths. Pływało po powierzchni basenu z zimną wodą. Wszystko wskazuje na to, że pani siostra potknęła się na kafelkach obramowania basenu, doznała urazu głowy, wpadła do wody i utonęła.

Wygłoszone z zimną krwią, beznamiętne podsumowanie faktów sprawiło, że Annie Petrie zawrzała znów gniewem i uświadomiła sobie własną bezsilność. Jedno i drugie dręczyło ją od śmierci Nellie.

– Nigdy w to nie uwierzę! – oświadczyła stanowczo. – Moja siostra pracowała w łaźniach dobre dziesięć lat, od trzynastego roku życia. Kiedy zaczynała, doktor Doncaster sam jeszcze poddawał swoich pacjentów wodnej kuracji. Nellie znała tam każdy kąt, a na śliskie kafelki zawsze uważała!

– No, cóż… Wypadek każdemu może się zdarzyć, pani Petrie.

– Ale Nellie nie miała żadnego wypadku, mówię panu! – Palce Annie zacisnęły się kurczowo na uchwycie latarni. – Ktoś ją zabił!

– Skąd ta pewność?

Spytał od niechcenia, jakby z czystej uprzejmości.

– Już mówiłam, że dowodów nie mam żadnych. – Przełknęła z trudem ślinę i się wyprostowała. – Właśnie po to przyszłam do pana, żeby je pan znalazł. To pańska specjalność, prawda?

Zapadło dłuższe milczenie.

– Tak, pani Petrie, to moja specjalność – odparł wreszcie. – Proszę mi powiedzieć coś więcej o swojej siostrze.

Znów odetchnęła głęboko i ważąc każde słowo, zaczęła:

– Nellie pracowała w pawilonie dla pań.

– Ale jej ciało znaleziono w basenie z zimną wodą, w części przeznaczonej dla mężczyzn.

– Wiem, proszę pana. To jedna z tych rzeczy, które wydały mi się podejrzane, rozumie pan.

– Może od czasu do czasu pomagała przy zabiegach dla panów?

– No, chyba tak… Ale bardzo rzadko. – Teraz Annie stąpała po niezbyt pewnym gruncie. A myślała, że ją to ominie! – Nieraz panowie zamawiają dodatkowo którąś dziewczynę z personelu, żeby im w trakcie zabiegu umyła włosy albo zrobiła masaż w osobnym pomieszczeniu.

– Słyszałem już o podobnych usługach – odparł obojętnie.

Annie poczuła w żołądku lodowaty chłód. Jeśli ten człowiek dojdzie do wniosku, że Nellie była prostytutką, nie zechce się w tym babrać.

– To wcale nie było tak, jak pan myśli! Nellie to porządna, ciężko pracująca dziewczyna. A nie lafirynda!

– Bardzo przepraszam, jeśli niechcący panią uraziłem. Nie mam prawa ani zamiaru nikogo potępiać.

Jaki uprzejmy! – pomyślała całkiem zbita z tropu. W dodatku wyglądało na to, że mówił szczerze. Bardzo rzadko ktoś taki jak on, pan z panów, przejmował się uczuciami byle sklepikarki!

– Nie wiem dokładnie, co się tam działo w prywatnych kabinach po męskiej stronie łaźni – przyznała. – Tylko tyle, że Nellie pracowała tam od czasu do czasu. Mówiła mi, że niektórzy klienci prosili specjalnie o nią, a potem dostawała hojne napiwki.

Mężczyzna nie odzywał się tak długo, iż Annie zlękła się, że sobie poszedł. Całą okolicę ogarnęła przytłaczająca cisza.

W plotkach i opowieściach, jakie zasłyszała na jego temat, była mowa także o tym, że pojawia się nie wiadomo skąd, a potem nagle znika. Kiedy po raz pierwszy o tym usłyszała, uznała, że to wierutne bzdury. Ale teraz, gdy znajdowała się na tonącym we mgle cmentarzu, nietrudno byłoby jej uwierzyć, że rozmawia z kimś z zaświatów.

Kto wie?… Może we dnie spoczywa w trumnie wewnątrz tego grobowca, obok którego stał przed chwilą?

Na tę myśl przeszył ją dreszcz trwogi.

– Czy według pani jeden z tych specjalnych klientów zabił Nellie? – spytał nieznajomy.

– To całkiem możliwe, proszę pana.

Znów to koszmarne milczenie. Mgła chyba gęstniała. Słaby blask księżyca nie mógł się przez nią przebić. Annie nie widziała już zarysów grobowca.

– Dobrze, zajmę się tą sprawą – oświadczył nieznajomy – jeżeli pani istotnie chce poznać prawdę.

– A cóż to znowu?! Jak mogłabym nie chcieć tego, o co tak zabiegam?

– Nieraz się zdarza w podobnych sprawach, że klienci dowiadują się o swoich zmarłych czegoś, o czym woleliby nie wiedzieć.

Annie Petrie się zawahała.

– Rozumiem, co pan ma na myśli. Ale Nellie to moja siostra. Tak samo jak reszta z nas musiała się na niejedno godzić, żeby związać koniec z końcem. Ale w głębi serca była zawsze dobrą dziewczyną. Nie mogłabym spojrzeć na własną twarz w lustrze, gdybym nie spróbowała dowiedzieć się, kto jej wyrządził taką krzywdę!

– Rozumiem, pani Petrie. Skontaktuję się z panią, gdy poznam całą prawdę… lub wyjaśnię przynajmniej kilka kwestii.

– Bardzo panu dziękuję. Będę naprawdę zobowiązana. – Odchrząknęła. – Słyszałam, że jakoś dziwnie trzeba płacić za pańskie usługi.

– No cóż… Za wszystko trzeba płacić, pani Petrie.

Znów przeniknął ją dreszcz, ale nie ustępowała.

– Pewnie, ale moim zdaniem lepiej wszystko omówić od razu. Mam sklepik z parasolkami i chleba mi nie braknie, ale do bogaczy nie należę.

– Nie biorę pieniędzy od moich klientów, pani Petrie. Krótko mówiąc, wyznaję zasadę: przysługa za przysługę.

Znów ogarnął ją strach.

– Bardzo przepraszam, ale nie rozumiem, jakiej przysługi pan oczekuje.

– Być może kiedyś będę potrzebował parasolki… albo nawet kilku. I wówczas pani mi się zrewanżuje. Odpowiadają pani takie warunki umowy?

– A jakże – wymamrotała. Była całkiem zbita z tropu. – Ale ja sprzedaję parasolki dla pań. Po co panu damska parasolka?!

– Nigdy nic nie wiadomo. Najważniejsze, że dobiliśmy targu. Bardzo proszę nie mówić nikomu o naszym dzisiejszym spotkaniu.

– Na pewno nie powiem. Słowo!

– Zatem dobrej nocy, pani Petrie.

– Dobranoc panu! – Nie bardzo wiedziała, co jeszcze powiedzieć. – I dziękuję!

Obróciła się na pięcie i ruszyła do bramy cmentarnej. Gdy tam dotarła, wyregulowała światło latarni i pośpieszyła do swej bezpiecznej przystani: przytulnego mieszkanka nad sklepem z parasolkami.

Zrobiła, co było w jej mocy. Reszta zależała od tego człowieka. A z plotek i opowieści o nim wiedziała, że jeśli coś obiecał, z pewnością dotrzyma słowa.

2

Drugi wybuch wstrząsnął starymi kamiennymi ścianami, otaczającymi ze wszystkich stron sekretne schody. Jakby w odpowiedzi lekko zakołysała się latarnia, którą Concordia Glade ściskała kurczowo w dłoni. Niewielkie, ale jaskrawe światełko zatańczyło dziko w przyprawiających o dreszcz przerażenia ciemnościach, które okrywały ją i cztery panienki stojące za jej plecami.

Wszystkie, nie wyłączając Concordii, wzdrygnęły się i wstrzymały oddech.

– A jeśli to wszystko zawali się, nim dotrzemy do schodów? – W głosie Hannah Radburn zabrzmiała niepokojąco histeryczna nuta. – Zostaniemy pogrzebane żywcem!

– Te mury z pewnością się nie zawalą – odparła Concordia, wkładając w swe słowa znacznie więcej pewności, niż miała jej w sercu. Ujęła latarnię mocniej, by przestała się kołysać, i poprawiła okulary zsuwające się jej z nosa. – Pamiętasz chyba, że dokładnie przestudiowałyśmy wszelkie informacje dotyczące budowy Aldwick Castle, zanim ustaliłyśmy, gdzie umieścimy nasze ładunki wybuchowe. Te schody mają kilkaset lat. To najstarsza i najbardziej solidna część całej konstrukcji. Zbudowano ją tak, by oparła się nawet wystrzałom z katapulty. Z pewnością nie zawali się bez powodu tej właśnie nocy.

Daj Boże, żeby to była prawda! – dodała w duchu.

W rzeczywistości siła obu eksplozji, jeśli można było ją ocenić na podstawie stłumionych odgłosów, jakie do nich dotarły, przekraczała wszelkie przewidywania… mówiąc najoględniej. Pierwszy wybuch pozbawił szyb wszystkie okna w nowym skrzydle. Eksplozja nastąpiła tuż obok pokoju, w którym obaj przybysze z Londynu delektowali się po obiedzie cygarami i portwajnem. Ze swego stanowiska obserwacyjnego w pokoju szkolnym, położonym w starszej części zamku, Concordia widziała wyraźnie płomienie rozszerzające się z niebywałą szybkością i gwałtownością.

Drugi wybuch, który zgodnie z planem nastąpił kilka minut po pierwszym, wyrządził jeszcze większe szkody… sądząc z odgłosów.

– Za drugim razem huknęło strasznie głośno. Prawda, panno Glade? – zauważyła z niepokojem Phoebe Leyland. – Może ta receptura ze starej książki zawierała jakiś błąd?

– Instrukcja dotycząca wszystkich komponentów była całkiem prosta – odpowiedziała nauczycielka. – Wypełniłyśmy skrupulatnie wszelkie zalecenia. Przepis jednak dotyczył eksplozji na wolnym powietrzu, nie w zamkniętym pomieszczeniu. Nic dziwnego, że efekt jest zdumiewający. I o to nam przecież chodziło!

Concordia mówiła dobitnie, przekonująco. Gdyby choć na sekundę zdradziła przepełniający ją strach, mogłoby się to fatalnie skończyć dla nich wszystkich. Życie czterech młodych dziewcząt, stojących za nią, spoczywało w jej rękach. Aby wyjść z tego cało i uciec z Aldwick Castle, uczennice musiały zachować spokój i spełniać bez wahania rozkazy nauczycielki. Histeria i paniczny strach z pewnością doprowadziłyby do tragedii.

Z dziedzińca dolatywały do nich stłumione okrzyki trwogi i naglące rozkazy. Widać nieliczna zamkowa służba stanęła do walki z żywiołem. Przy odrobinie szczęścia wszyscy będą zbyt zajęci gaszeniem pożaru, by dostrzec pięć uciekinierek przemykających do stajni.

Muszą się stąd wydostać jeszcze tej nocy, bo inaczej wszystko przepadnie. Podsłuchana przez Concordię rozmowa dwóch londyńczyków potwierdzała w zupełności jej przypuszczenia. Przede wszystkim jednak musiały wymknąć się niepostrzeżenie. Concordia nie miała najmniejszych wątpliwości, że gburowaci, groźnie wyglądający strażnicy, poprzebierani za ogrodników i parobków, snujący się w bezpośrednim sąsiedztwie zamku, bez wahania poderżną gardło lub zastrzelą każdą z nich na rozkaz któregoś z tych łajdaków, stołecznych elegantów.

– Strasznie tu ciemno – poskarżyła się Hannah zdławionym szeptem.

Concordia podniosła wyżej latarnię. Schody były nie tylko mroczne, ale wąskie i ciasne. Żadnej z uciekinierek schodzenie tą drogą nie sprawiało przyjemności, ale Hannah zawsze obawiała się małych, ciemnych pomieszczeń.

– Prawie już dotarłyśmy do podnóża – zapewniła swą podopieczną Concordia Glade.

– Czuję dym! – oznajmiła szesnastoletnia Theodora Cooper.

Jej siostra bliźniaczka, Edwina, jęknęła.

– Może i to skrzydło już płonie?

Słaby, lecz łatwy do rozpoznania zapach dymu dotarł już do sekretnych schodów. Concordia poczuła nagły dreszcz trwogi. Z najwyższym wysiłkiem opanowała się i przemówiła pewnym siebie, nauczycielskim tonem.

– W tej części zamku jesteśmy całkiem bezpieczne. Czujemy dym, bo wiatr wieje w naszym kierunku. Nawet strzępki mgły przenikają tu szparą pod drzwiami.

– Może lepiej zawrócić, panno Glade? – lamentowała Edwina.

– Nie bądź głupia! – ofuknęła ją Phoebe. – Dobrze wiesz, że o powrocie nie ma mowy! Chyba że chcesz koniecznie wpaść w łapy tych łotrów!

Edwina zamilkła. Nikt inny się nie odezwał.

Concordia spojrzała przez ramię na Phoebe i uśmiechnęła się do niej. Dziewczynka – podobnie jak ona – nosiła okulary. Zza nich niebieskie, inteligentne oczy spoglądały na nauczycielkę z determinacją rzadko spotykaną u piętnastolatki.

W ciągu miesiąca, który Concordia spędziła w Aldwick Castle, zetknęła się kilkakrotnie z podobną reakcją uczennic, świadczącą o niezwykłej w tak młodym wieku znajomości świata i rządzących nim praw. W mgnieniu oka naiwny entuzjazm, z jakim przyjmowały nieznane im dotąd niewinne przyjemności wieku dojrzewania, ustępował miejsca trwodze czy melancholii. Z dziecinnej twarzy uchodził blask młodości, z oczu znikało radosne oczekiwanie.

Ustawiczny niepokój dziewcząt powierzonych pieczy Concordii nie był bezpodstawny. Każda z nich w ciągu kilku ostatnich miesięcy straciła rodziców, a potem wegetowała, zdana tylko na siebie, nie mając oparcia w rodzinie ani żadnego zabezpieczenia finansowego. Każda doznała niepowetowanych strat, każdą ogarniał paniczny strach na myśl o niepewnej przyszłości. Nieustanny ból i lęk osłabiały siłę ducha i pozbawiały dziewczęta właściwej dla młodego wieku energii.

Nauczycielka dobrze znała te problemy. Kiedy miała szesnaście lat, zmarli jej rodzice i rozpadł się cały świat młodziutkiej Concordii. Od tamtej pory minęło dziesięć lat, ale przejmujący ból i trwoga powracały nadal w sennych koszmarach.

– Może i w stajni już się pali? – zaniepokoiła się Edwina.

– Stajnia leży po przeciwnej stronie dziedzińca – przypomniała jej Concordia. – Pożar nie mógł się tam jeszcze rozprzestrzenić. Wątpię, czy w ogóle tam dotrze.

– Panna Glade ma absolutną rację! – W głosie Theodory znów brzmiał entuzjazm. – Pamiętasz chyba, jak starannie rozmieszczałyśmy lonty, by stajnie nie zajęły się na samym początku.

– Kości zostały rzucone, nie ma już odwrotu – stwierdziła z patosem Hannah. – Jesteśmy zdane na łaskę przeznaczenia.

Ilekroć nie dręczył jej niepokój – a powodów do obaw nie brakowało – Hannah zdradzała niepośledni talent dramatyczny. Była najmłodsza z całej czwórki, zaczynała dopiero piętnasty rok życia. Często jednak zadziwiała Concordię swoją niezwykłą intuicją, dzięki której wczuwała się w różne role lub znakomicie naśladowała czyjąś minę, postawę, charakterystyczne gesty.

– Nie jesteśmy wcale zdane na łaskę losu – sprzeciwiła się żywo nauczycielka. – Mamy przecież plan działania. Musimy tylko wiernie się go trzymać. I tak właśnie postępujemy!

Słowa nauczycielki, wypowiedziane z taką pewnością siebie, dodały sił czterem uczennicom. Od wielu dni Concordia wbijała dziewczętom do głowy, jak ważną rolę odgrywa plan działania. Sama wzmianka o nim w chwili zwątpienia miała moc zaklęcia. Dokładnie tak jak Concordia przewidywała. Dawno temu przekonała się, że ten, kto starannie opracuje plan działania, zdoła pokonać największe przeszkody.

– Tak, panno Glade. – W głosie Hannah dało się słyszeć nutę optymizmu. Jej ciemne oczy nadal rozszerzał strach, ale nabrała nieco pewności siebie. – Znamy plan na pamięć, ze wszystkimi szczegółami.

– Przekonacie się, jak bardzo nam to pomoże. – Nauczycielka dotarła już do podnóża schodów i odwróciła się znów do dziewcząt. – Pierwszy punkt naszego planu został należycie zrealizowany. Pora przystąpić do punktu drugiego. Otworzę drzwi i sprawdzę, czy droga wolna. Mam nadzieję, że wszystkie wiecie, co teraz trzeba zrobić?

– Wyruszymy razem w kierunku stajni. Przemkniemy się chyłkiem pod osłoną starych magazynów, przylegających do południowej ściany – wyrecytowała z przejęciem Phoebe.

Pozostałe dziewczęta kiwnęły potakująco głowami. Kaptury peleryn opadły im na plecy, odsłaniając wzruszająco młode twarze – poważne, pełne niepokoju i determinacji.

– Czy każda pilnuje swojego tobołka? – spytała Concordia.

– Tak, panno Glade – odpowiedziała w imieniu wszystkich Phoebe. Obiema rękami obejmowała niewielką płócienną torbę; sądząc z kilku podejrzanych wybrzuszeń, dziewczynka ukryła w niej część sprzętu laboratoryjnego, niezbędnego do przeprowadzania doświadczeń naukowych.

Ten sprzęt, podobnie jak skromny księgozbiór oraz inne pomoce naukowe, przywiozła miesiąc temu do Aldwick Castle panna Concordia Glade.

Jeszcze dziś po południu, po raz ostatni przed zaplanowaną ucieczką, Concordia wbijała swym podopiecznym do głowy, że mają zabrać ze sobą tylko to, co jest im niezbędne. Dobrze jednak wiedziała, że u tak młodych osób pojęcie „rzeczy niezbędne” jest bardzo wieloznaczne.

Pakunek Hannah Radburn wydał się nauczycielce stanowczo za ciężki. Concordia podejrzewała, że jego właścicielka, wbrew ścisłym instrukcjom, przemyciła między przedmiotami naprawdę niezbędnymi jedną ze swych ukochanych powieści.

Theodora z pewnością ukryła w swoim tobołku przybory do malowania, choć nauczycielka wyraźnie jej tego zabroniła.

W torbie Edwiny na pewno znalazła się jedna z modnych sukien, które przysłano z Londynu na początku tygodnia.

Właśnie ta zaskakująca przesyłka uzmysłowiła Concordii całą powagę chwili.

– Pamiętajcie, dziewczęta – powiedziała łagodnym tonem – że jeśli sytuacja stanie się niebezpieczna, dam sygnał alarmowy. A wówczas każda z was musi… musi, rozumiecie?… porzucić bagaż i biec do stajni najszybciej, jak zdoła. Wyrażam się jasno?

Dziewczęta przycisnęły do siebie tobołki.

Rozległo się ciche potakiwanie, ale… Concordii zamarło serce. W krytycznym momencie trudno będzie skłonić dziewczęta, aby porzuciły swoje skarby. Kiedy ktoś jest sam na świecie, czepia się kurczowo przedmiotów, które mają dla niego wartość emocjonalną.

Concordia czuła zresztą, że nie powinna osądzać dziewcząt. Zawartość jej torby także nie ograniczała się do rzeczy absolutnie niezbędnych. I nie porzuciłaby tych pamiątek, choćby sam Belzebub próbował ją ich pozbawić. W torbie znajdował się medalion z fotografią zmarłych rodziców i ostatnie dzieło filozoficzne ojca, wydane tuż przed śmiercią.

Nauczycielka przygasiła latarnię. Hannah wydała cichutki bolesny pisk, gdy schody pogrążyły się znów w mroku.

– Uspokój się, moja droga – szepnęła Concordia. – Zaraz stąd wyjdziemy.

Wymacała solidną zasuwę na drzwiach i szarpnęła z całej siły. Otwieranie starych dębowych drzwi wymagało więcej wysiłku, niż sądziła. Gdy uchyliła je, w szparze zabłysła łuna pożaru. Wtargnęły też do środka zimne powietrze i zapach dymu. Słychać było całkiem wyraźnie okrzyki ludzi walczących z żywiołem. Concordia nie dostrzegła jednak nikogo ani za drzwiami, ani w pobliżu pierwszego ze starych składów.

– Droga wolna – oznajmiła. – Biegiem, dziewczęta!

Chwyciła przygaszoną latarnię i ruszyła przodem. Dziewczęta pośpieszyły za nią jak stadko gęsiąt.

Scena, jaka ukazała się ich oczom, była oświetlona jaskrawożółtym blaskiem, który kojarzył się z ogniem piekielnym. Na obszernym dziedzińcu panował chaos. Concordia dostrzegła mnóstwo drobnych czarnych postaci, biegających we wszystkie strony i wykrzykujących rozkazy, których nikt nie zamierzał spełnić. Dwaj mężczyźni pracowicie taszczyli wiadra z wodą z pobliskiej studni. Nie ulegało jednak wątpliwości, że nieliczna zamkowa służba nie była przygotowana do walki z żywiołem, zwłaszcza że pożar przybrał ogromne rozmiary.

Concordia osłupiała na widok straszliwych zniszczeń, jakich żywioł zdążył już dokonać. Języki ognia, które przed kilkoma minutami wysuwały się nieśmiało z pozbawionych szyb otworów okiennych, w stosunkowo krótkim czasie, kiedy to uciekinierki schodziły po sekretnych schodach, przekształciły się w istne piekło, z szalonym tempem niszczące całe nowe skrzydło budowli.

– O Boże! – szepnęła Theodora. – Oni z pewnością nie zdołają tego ugasić! Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby spłonął cały zamek!

– Kto by przypuszczał, że uda się nam wzniecić aż taki pożar? – zdumiała się Phoebe.

– Tym lepiej, bo w tym zamieszaniu nikt nie zwróci na nas uwagi – stwierdziła Concordia. – Pośpieszcie się, panienki! Nie ma czasu do stracenia!

Ruszyła szybkim krokiem, czując ciążące jej suknię i pelerynę. Nie chodziło tylko o to, że długa spódnica z grubego materiału przeszkadzała jej w biegu. W ciągu ostatnich kilku tygodni w sporządzonych naprędce niewidocznych kieszonkach nauczycielka zdążyła ukryć i zaszyć wiele wartościowych drobiazgów, które będzie można spieniężyć lub zastawić w lombardzie. Miała nadzieję, że dzięki tym drobnym kradzieżom zapewni swoim podopiecznym pożywienie i bezpieczną kryjówkę. W tej chwili jednak pozaszywane skarby ciążyły jej jak ołów.

Dziewczęta mogły poruszać się swobodnie w przeszytych pośrodku spódnicach, które przekształciły się w luźne szarawary.

Przebiegły gęsiego obok kilku walących się zabudowań gospodarczych, które pełniły niegdyś funkcję zamkowych spichlerzy i składów żywności.

Wkrótce dotarły do starej kuźni. Z mroku wyłoniły się zarysy stajni.

Concordia skoncentrowała uwagę na następnym punkcie ich planu, gdy potężnie zbudowany mężczyzna wyłonił się zza starego wiatraka i zagrodził jej drogę.

W jaskrawym blasku ognia i srebrnej poświacie księżyca widziała wyraźnie jego grube rysy. Rozpoznała Rimptona, jednego z dwóch londyńczyków, którzy rano przybyli do zamku. Jego ubranie było podarte i osmalone ogniem.

W ręku miał pistolet.

Concordia zastygła w bezruchu. Dziewczęta również, być może instynktownie wzięły przykład ze swej opiekunki w momencie zagrożenia.

– Niech mnie diabli! Toż to pani nauczycielka i jej śliczne uczennice! – odezwał się Rimpton. – Dokąd wam tak śpieszno, moje damy?

Palce Concordii zacisnęły się na uchwycie latarni.

– Uciekamy przed pożarem, głupcze! Zejdź nam z drogi, nie czas na pogawędki!

Przyjrzał się jej uważniej.

– Śpieszno wam do stajni, co?

– Nic dziwnego. Leży najdalej od ognia – odparła Concordia, nie kryjąc głębokiej pogardy, jaką żywiła do tego brutalnego prostaka.

Znienawidziła Rimptona od pierwszej chwili. Nie miała żadnych wątpliwości co do jego zamiarów, gdy dostrzegła lubieżne spojrzenia, jakimi obrzucał jej dziewczęta.

– Ani chybi coś knujecie! – rzucił oskarżycielskim tonem Rimpton.

– Hannah! – zwróciła się do uczennicy Concordia, nie odrywając oczu od Rimptona.

– S…słucham, p…panno Glade?

– Bądź tak dobra i zademonstruj nam reakcję Araminty na zdumiewające oświadczenie Lockhearta w Sherwood Crossing.

Na grubo ciosanej twarzy Rimptona pojawił się wyraz niepewności.

– Co to ma znaczyć, do wszystkich…?

Ale Hannah już była na scenie. Wcieliła się bez reszty w rolę Araminty, bohaterki sensacyjnej powieści, którą przeczytała w ubiegłym tygodniu.

Ze zdławionym okrzykiem bólu i rozpaczy padła na ziemię, tak przekonująco udając omdlenie, że nie powstydziłaby się takiego występu nawet najbardziej utalentowana aktorka.

Zbity z tropu Rimpton odwrócił się do zemdlonej i spojrzał na nią podejrzliwie.

– Co ta dziewczyna sobie myśli?! Mam już dość tych bzdur!

– Jeszcze jedna niespodzianka! – mruknęła pod nosem Concordia.

Z całej siły zamachnęła się latarnią. Jej ciężka obudowa uderzyła mocno w potylicę Rimptona. Szkło pękło, odłamki posypały się na wszystkie strony.

Ogłuszony Rimpton zwalił się na kolana. O dziwo, nadal trzymał pistolet w garści.

Jest tylko zamroczony, skonstatowała w duchu Concordia, nie stracił przytomności! Spoglądała z przerażeniem na usiłującego się podnieść zbira.

W zapamiętaniu podniosła znów latarnię i powtórnie uderzyła nią w głowę Rimptona, wkładając w to uderzenie wszystkie siły.

Zbir stęknął jakoś dziwnie i runął na twarz. Nie poruszył się więcej. Pistolet z łoskotem upadł na bruk. Światła było dość, by ujrzeć sączącą się z rany ciemną ciecz, tworzącą wokół głowy kałużę.

Na sekundę zapadła przeraźliwa cisza. Potem Hannah niezgrabnie wstała i pochwyciła swój tobołek. Podobnie jak reszta dziewcząt spoglądała na powalonego Rimptona. Po raz pierwszy była świadkiem fizycznej przemocy.

– Idziemy! – powiedziała Concordia, starając się zachować spokój. Ręce jej się okropnie trzęsły, gdy schyliła się po pistolet, który wypadł z ręki Rimptona. – Mamy już tylko kilka kroków do stajni. Hannah, to omdlenie naprawdę ci się udało.

– Dziękuję, panno Glade – odparła automatycznie Hannah. Nadal nie mogła oderwać oczu od powalonego Rimptona.

– Czy on… nie żyje?…

– Wygląda, jakby nie żył – szepnęła Phoebe.

– Dobrze mu tak! – oświadczyła Edwina z wyraźną satysfakcją. – To on z tym swoim kompanem Bonnerem uprowadził pannę Bartlett nie wiadomo dokąd! Z pewnością zrobili jej coś złego. Wszyscy gadali, że panna Bartlett wróciła pociągiem do Londynu… ale gdyby tak było, z pewnością nie zostawiłaby swoich nowiutkich rękawiczek!

– Idziemy, panienki! – wtrąciła się Concordia. Nie wątpiła już w słuszność teorii swoich uczennic na temat zagadkowego zniknięcia poprzedniej nauczycielki. – Jedna za drugą, blisko siebie!

Jej rzeczowe instrukcje pomogły dziewczętom otrząsnąć się z szoku i oderwać wzrok od nieruchomej postaci. Wszystkie cztery ustawiły się za nauczycielką.

Concordia ruszyła przez najbardziej mroczne zakamarki ku stajni. Była świadoma, że najniebezpieczniejszą część planu mają jeszcze przed sobą. Siodłanie koni po ciemku również nie było łatwe, choć ćwiczyły to wielokrotnie.

Crocker, główny stajenny, wzruszył tylko ramionami i nie okazał zainteresowania, gdy tłumaczyła mu, że w programie zajęć dla młodych panienek są przewidziane regularne przejażdżki konne. Nie było prawdziwych damskich siodeł, ale Crocker nieustannie nagabywany przez Concordię wynalazł wreszcie trzy sfatygowane „farmerskie siodła” i pasującą do nich uprząż.

Jedynymi końmi, które pasły się na dworskich gruntach, były krzepkie, cierpliwe szkapy. Podczas wypraw do pobliskiego miasteczka przewożono na nich zapasy żywności.

Na szczęście Edwina i Theodora wychowywały się w bogatym majątku ziemskim. Niemal od urodzenia jeździły konno i były prawdziwymi znawczyniami tej sztuki. Okazały się również znakomitymi instruktorkami dla Phoebe, Hannah i Concordii. Jak często się zdarza u osób w ich wieku, Phoebe i Hannah szybko opanowały podstawy jeździectwa.

Concordia miała z tym znacznie więcej trudności. Wątpiła, czy kiedykolwiek będzie się czuła swobodnie na końskim grzbiecie.

Znalazłszy się w mrocznym wnętrzu stajni, z ogromną ulgą stwierdziła, że nikt się w pobliżu nie kręci. Jak przypuszczała, wszyscy mężczyźni zbiegli się do gaszenia pożaru.

Wszystkie trzy konie były niespokojne i podniecone. Concordia słyszała, jak niecierpliwie tupią kopytami w ciemności. Z boksów dolatywało ciche, trwożliwe parskanie. W łunie pożaru widoczne były trzy końskie łby, odwracające się niespokojnie w stronę wejścia. Choć budynek znajdował się daleko od płonącego zamku i nikomu nie groziło tu bezpośrednie niebezpieczeństwo, zwierzęta czuły zapach dymu i słyszały krzyki ludzi.

Concordia otworzyła drzwi wiodące do składu uprzęży, weszła do środka i zapaliła latarnię.

– Szybko, panienki – ponagliła uczennice. – Nie mamy ani chwili do stracenia. Odłóżcie tobołki i weźcie się do siodłania koni.

Dziewczęta rzuciły torby na podłogę i pobiegły po uprzęże.

Concordia stwierdziła z ulgą, że powtarzane w nieskończoność ćwiczenia opłaciły się z nawiązką. Siodłanie koni szło szybko i gładko.

Edwina i Theodora ustaliły zawczasu, kto pojedzie na jakim koniu. Postanowiły dosiąść najbardziej żwawego z trzech wierzchowców, tłumacząc, że tylko one będą wiedziały, co robić, jeśli się spłoszy lub rozbryka. Phoebe i Hannah przydzieliły dobrodusznego i łagodnego wałacha. Concordii dostał się drugi grubokościsty wałach, zwany Pstrokaczem. Edwina i Theodora zachwalały wyjątkową cierpliwość i spokojny charakter zwierzęcia. W normalnych warunkach trzeba było wyjątkowej determinacji, by zmusić Pstrokacza do szybszej jazdy; ciągle poruszał się ulubionym truchcikiem. Bliźniaczki uznały, że tę wadę Pstrokacza rekompensuje stoicki spokój konia, który nigdy się nie płoszył. Nie było obawy, że nagle poniesie i zrzuci jeźdźca z grzbietu.

Concordia odłożyła pistolet Rimptona na drewnianą ławę i wzięła do ręki wodze, starając się nie okazać strachu. Pstrokacz uprzejmie nadstawił łepetynę i wziął do pyska wędzidło. Wydawało się, że pragnie opuścić to miejsce równie gorąco jak uciekinierki.

– Dziękuję, dobry koniku – szepnęła do niego Concordia, poprawiając uprząż. – Bądź dla mnie wyrozumiały. Wiem, że wolałbyś lepszego jeźdźca… ale tak bardzo potrzebuję twojej pomocy! Musimy czym prędzej zabrać dziewczęta z tego przeklętego miejsca!

Wyprowadziła konia z boksu i zabrała leżącą na ławie broń. Cicho szeleściła słoma i poskrzypywały siodła i rzemienie. Z dwóch innych boksów wynurzyły się Edwina i Phoebe; każda z nich trzymała konia za uzdę.

Wszystkie trzy wierzchowce były osiodłane. Płócienne torby, przerzucone przez koński zad, zostały starannie przytroczone rzemykami.

– Na koń! – zakomenderowała Concordia.

Zgodnie z planem wykonały następny, po wielekroć przećwiczony, manewr: konie po kolei podprowadzano do ułatwiającego wsiadanie słupka. Najpierw dosiadły swej klaczy Edwina i Theodora. Potem Phoebe i Hannah z dodającą ducha zręcznością znalazły się na końskim grzbiecie.

Concordia wstrzymała się z wsiadaniem do ostatniej chwili; przez cały czas wpatrywała się z napięciem w stajenne wrota.

Kiedy wreszcie przyszła kolej na nią, odgarnęła do tyłu fałdy peleryny, wetknęła do kieszeni zdobyczną broń i weszła na słupek do wsiadania.

– Dziękuję, Pstrokaczu, za twoją cierpliwość i wyrozumiałość!

Wsunęła czubek buta w strzemię i, podciągnąwszy się w górę, wylądowała na szerokim grzbiecie Pstrokacza. Wałach z niezwykłym pośpiechem ruszył w stronę wyjścia. Concordia obiema rękami chwyciła wodze.

– Nie brykaj, koniku! – zwróciła się do Pstrokacza. – Bardzo cię proszę!

Nagle w stajni zamigotało światło.

Potężnie zbudowany mężczyzna stał w drzwiach, oświetlony od tyłu. W migotliwym blasku latarni błysnął rewolwer w jego ręku.

– No, no! Więc nasze śliczne małe panienki zawędrowały aż tu! – odezwał się urągliwie. – I burdelmama też, a jakże! Od razu coś mnie tknęło, kiedy zobaczyłem puste pokoje. Ani chybi próbują zwiać, pomyślałem. I na moje wyszło!

Krew w żyłach Concordii ścięła się lodem. Był to bez wątpienia Bunner, kamrat Rimptona.

– Proszę nam nie przeszkadzać – odparła tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Zabieram moje wychowanki w bezpieczne miejsce.

– Zamknij się, głupia babo! – Skierował na nią lufę swego rewolweru. – Na ciemniaka nie trafiłaś! Gdyby to pożar was wypłoszył z łóżek, przyleciałybyście w samych koszulach! A tu masz: wszystkie wystrojone jak na paradę. Dobrze wiem, co się tu święci. Chcesz zwiać razem z nimi, może nie?

– Chcemy przenieść się w bezpieczne miejsce – odparła chłodno. – Te dziewczęta powierzono mojej opiece.

– Zgadłaś, że te panny to chodliwy towar, co? Czymś takim warto się zaopiekować i zgarnąć całą forsę, no nie?

– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi.

Dyskretnie przerzuciła cugle do lewej ręki, a prawą przycisnęła do niewidocznej kieszonki, w której ukryła pistolet Rimptona. Nie była jednak w stanie obmyślić nowej strategii i nadal jechała na Pstrokaczu powolutku ku drzwiom, prosto na zbira.

– Tylko ostatni dureń poważyłby się zadrzeć z Larkinem! A ty, głupia babo, chcesz uciec z jego własnością i liczysz, że ci się upiecze! – wycedził Bonner z pogardą. – Już po tobie, idiotko! Jesteś już trupem, rozumiesz?

Concordia wsunęła rękę do kieszeni płaszcza, jej palce zacisnęły się na pistolecie.

– A ty, mój panie, pleciesz bzdury! Powierzono mi pieczę nad tymi dziewczętami, chcę je więc zabrać w bezpieczne miejsce, z dala od pożaru. Ogień szybko się rozszerza, nie widzisz, mądralo?

– A jakże! I co na niego spojrzę, to mi przychodzi do głowy, że to czyjaś umyślna robota! – Bonner zorientował się wreszcie, że Pstrokacz sunie prosto na niego. – Prrr! Stać, do cholery!

– Zatrzymując nas, narażasz dziewczęta na niebezpieczeństwo. Jeśli są naprawdę tak cenne, ten twój… Larkin z pewnością ci nie podziękuje, że wystawiłeś je na takie ryzyko.

– Jeśli nie zatrzymasz natychmiast tej cholernej szkapy, utłukę cię na miejscu!

Pstrokacz nieoczekiwanie rzucił się w lewo. Concordia nie miała pojęcia, czy skłoniła go do tego jakimś nieświadomym pociągnięciem za cugle, czy też wałach miał już dość tych nocnych przygód i postanowił pójść własną drogą.

Manewr kona zmusił Concordię do wyjęcia ręki z kieszeni. Do ujarzmienia Pstrokacza i utrzymania się w siodle potrzebne jej były obie ręce. Na nieoczekiwane ściągnięcie cugli wałach zareagował obrotem wokół własnej osi i podrzuceniem łba.

– Trzymaj mocno tego bydlaka! – warknął Bonner, pośpiesznie ustępując koniowi z drogi.

Concordia doznała nagłego olśnienia: ten drab wie jeszcze mniej o koniach niż ona! Bonner był typowym mieszczuchem. Tylko bogacze mogli sobie pozwolić na utrzymywanie własnej stajni w mieście. Cała reszta mieszkańców Londynu chodziła pieszo albo jeździła omnibusem lub dorożką. Ten łajdak ubierał się elegancko, ale zdradzał swe pochodzenie każdym wymówionym słowem. Wychował się na ulicy, a nie w salonach wielkiego świata. Pewnie nigdy w życiu nie dosiadał konia.

– Lepiej uważaj na broń, mój panie! – rzuciła wyniosłym tonem, mocując się równocześnie z Pstrokaczem. – Jeśli wypali w pobliżu koni, wszystkie się spłoszą. A jak już poniosą, to stratują wszystko, co stanie im na drodze.

Bonner zerknął pośpiesznie na konie i pojął wreszcie, że to właśnie on stoi na drodze zwierząt do wolności. Postawił na ziemi latarnię i zrobił niepewnie krok do tyłu.

– Trzymajcie lepiej te cholerne szkapy!

– Każda z nas robi, co może, ale obawiam się, że niecierpliwią się coraz bardziej.

Ściągnęła wodze – tym razem z rozmysłem – zmuszając Pstrokacza do kolejnego obrotu wokół własnej osi, sięgając ukradkiem po broń.

Zdawała sobie sprawę, że może pokonać tego bandziora wyłącznie przez zaskoczenie, i modliła się gorąco o to, by utrzymać się w siodle, jeśli spłoszony wystrzałem Pstrokacz poniesie.

Gdy znów znalazła się twarzą w twarz z Bonnerem, miała już w ręku pistolet.

Zanim jednak zdążyła opanować się na tyle, by z niego wystrzelić, jakaś ciemna postać wynurzyła się z mroku w pobliżu wyjścia. Nieznajomy bezszelestnie podszedł do Bonnera od tyłu i uderzył go dwakroć, raz za razem, gołą ręką.

Łotr szarpnął się jak rażony gromem i runął na ziemię.

Zapadła martwa cisza. Uciekinierki wpatrywały się w nieznajomego.

Ruszył energicznym krokiem w stronę Concordii.

– Pani jest ich nauczycielką, prawda?

Concordia uświadomiła sobie, że nadal trzyma w ręku pistolet.

– Kim pan jest? – spytała władczym tonem. – Czego pan chce?

Nieznajomy nic jej nie odpowiedział i się nie zatrzymał. Gdy znalazł się w kręgu światła padającego od latarni, Concordia zobaczyła, że jest ubrany od stóp do głów na czarno. Dostrzegła również, że ma ciemne włosy, obojętny wyraz twarzy i stanowcze rysy. Zanim jednak zdążyła przyjrzeć mu się uważniej, nieznajomy usunął się poza krąg światła i skrył się w mroku.

– Proponuję odłożyć dyskusję do chwili, gdy znajdziemy się w bezpiecznym miejscu – powiedział. – Chyba że pani to nie odpowiada.

Dopiero co powalił nieuzbrojoną ręką tego zbira z Londynu. Wszystko zatem wskazywało na to, że nie jest sprzymierzeńcem tajemniczego Larkina. Concordii przypomniało się nagle stare porzekadło: „Wróg mojego wroga to mój przyjaciel”. Teraz bardzo by jej się przydał przyjaciel!

– Nie mam nic przeciwko temu.

Włożyła pistolet z powrotem do kieszeni.

– Miło mi to słyszeć. – Spojrzał w stronę dziewcząt. – Czy te młode damy umieją jeździć konno?

– Oczywiście! – zapewniła go Concordia z dumą w głosie.

Nieznajomy ujął wodze Pstrokacza i uspokoił przestraszone zwierzę.

– To pierwsza dobra nowina dzisiejszej, diabła wartej nocy.

Odwiązał płócienną torbę Concordii, tak starannie przytroczoną z tyłu do siodła.

– To mój bagaż! – zaprotestowała ostro. – Nie zostawię go tutaj!

– Więc proszę trzymać go przy sobie.

Concordia wzięła tłumoczek pod pachę. W drugiej ręce nadal trzymała wodze.

Nagle mocne palce zacisnęły się wokół jej nogi w kostce. Concordia zaskoczona spojrzała w dół.

– Cóż to ma znaczyć, mój panie?!

Od razu jednak pojęła, że nieznajomemu nie szło wcale o nieprzystojne zalecanki. Sprawnie wysunął stopę Concordii ze strzemienia, zahaczył o nie czubkiem swojego buta, bez trudu podciągnął się i usadowił na końskim grzbiecie tuż za nauczycielką.

Następnie wyjął cugle z jej ręki i skłonił Pstrokacza, by podjechał do dwóch pozostałych koni.

– Oddajcie mi wodze, dziewczęta – zwrócił się do uczennic. – Coraz tu więcej dymu. Dym i mgła to zazwyczaj dobra osłona, ale gdybyśmy stracili się nawzajem z oczu, trudno by nam się było odnaleźć.

Edwina i Phoebe bez wahania oddały mu cugle.

– W porządku, ruszamy!

Nieznaczny ruch kolan – i wałach puścił się pędem.

Gwałtowność, z jaką Pstrokacz zerwał się do biegu, zaskoczyła Concordię. Odruchowo chwyciła obiema rękami za łęk siodła i omal nie upuściła tobołka.

– Moje podopieczne znakomicie jeżdżą konno – wykrztusiła z trudem. – Ale ja, niestety, jestem w tej dziedzinie nowicjuszką. Niezbyt utalentowaną.

– W takim razie niech się pani mocno trzyma siodła. Już i tak miałem przez panią dość kłopotów tej nocy. Jeśli spadnie pani z konia, nie mogę przysiąc, że będę w nastroju do udzielania pierwszej pomocy.

Concordia nie wiedziała, czy nieznajomy mówi serio. Na wszelki wypadek potraktowała jego słowa jako ostrzeżenie i kurczowo trzymała się siodła.

Korzystając z osłony dymnej i kompletnego chaosu, wywołanego pożarem, wyjechali galopem ze stajni, zmierzając co koń wyskoczy ku południowej bramie.

Concordia była pewna, że nigdy nie zapomni tej nocy: zdumiewającego huku i trzasku płomieni pożerających zamek oraz siły i sprawności męskiego ciała, które niemal stapiało się z jej ciałem, gdy pędzili ku bezpiecznej przystani.

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rendez-vous - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo. Kłamstwa w blasku księżyca Kolory zmierzchu Rzeka tajemnic Wynajęta narzeczona Ogród kłamstw 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy