Prosto z roślin

Prosto z roślin

Autorzy: Radej Alicja

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 33.11 zł

 Alicja Radej kilka lat temu z całą rodziną przeszła na całkowicie roślinną dietę. Zadecydowały o tym względy etyczne, ale decyzja ta została nagrodzona także zdrowiem i wspaniałym samopoczuciem. Jeśli chcesz wprowadzić w swoje życie weganizm, a nie wiesz jak to zrobić, ta książka jest dla ciebie. Jak zadbać o odpowiednie wartości odżywcze? Jak przygotowywać posiłki z miłością? Jakich błędów nie popełniać? Jak dobrze kupować i jak... nie kupować? Jak rozpoznać głód fizyczny i emocjonalny? Jak celebrować prostotę w życiu i na talerzu? Ponad 120 przepisów na pyszne dania pozwoli zakosztować roślinnej przygody. Aby w pełni prowadzić wegańskie życie warto zrozumieć, że jest ono czymś więcej niż sposobem odżywiania. To filozofia, za którą stoi empatia, kontakt z naturą i samym sobą, oraz umiejętność celebrowania codzienności. Jesteś gotowy, by zrobić pierwszy krok?

Au­tor: Ali­cja Ra­dej

Re­dak­cja: Jo­an­na Ku­ła­kow­ska-Lis

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Da­ria Mel­ler

Pro­jekt ma­kie­ty i skład: Stu­dio KA­RAN­DASZ

Ele­ment gra­ficz­ny ma­kie­ty: Shut­ter­stock: Gi­ra­phics

Zdję­cie na okład­ce: Da­riusz Ra­dej

Po­zo­sta­łe zdję­cia: Ali­cja i Da­riusz Ra­dej

Sty­li­za­cja: Ali­cja Ra­dej

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Kin­ga Ko­ściak

Re­dak­tor pro­jek­tu: Agniesz­ka Fi­las

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Ali­cja Ra­dej

Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25, 43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-350-3

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Mój ta­lerz, te­raz pu­sty

wy­peł­ni się wkrót­ce

cu­dow­nym po­kar­mem.

Czu­ję wdzięcz­ność.

ga­tha bud­dyj­ska

Bab­ci Emi­lii, Ma­mie Ire­nie i wszyst­kim lu­dziom do­brej woli

CZĘŚĆ I

ZA­PI­SKI

DOM, DU­SZA, DO­KAR­MIA­NIE

Kil­ka lat temu, po uświa­do­mie­niu so­bie, jak wy­glą­da los zwie­rząt ho­dow­la­nych, całą ro­dzi­ną – w jed­nej chwi­li – prze­szli­śmy na die­tę wy­łącz­nie ro­ślin­ną.

Chy­ba od razu za­dzia­ła­ło pra­wo kar­my: prze­glą­da­jąc na­sze na­wy­ki ży­wie­nio­we, zde­cy­do­wa­li­śmy, że nie bę­dzie­my dłu­żej krzyw­dzić rów­nież sa­mych sie­bie. Po­sta­wi­li­śmy na pro­stą ro­ślin­ną kuch­nię, po­tra­wy z nie­prze­two­rzo­nych, se­zo­no­wych pro­duk­tów i po­czu­li­śmy przy­pływ wi­tal­no­ści. Nie tyl­ko w du­szach, ale i trze­wiach.

Uwiel­biam go­to­wać dla naj­bliż­szych i uwiel­biam uprasz­czać. Wy­bie­ram ła­two do­stęp­ne skład­ni­ki. Lu­bię od cza­su do cza­su nie­co po­fan­ta­zjo­wać, ale praw­dzi­wy prze­pis nie po­wi­nien przy­po­mi­nać za­szy­fro­wa­nej wia­do­mo­ści. Ma być ni­czym za­klę­cie: ho­kus-po­kus i go­to­we. Je­śli jest ina­czej, mało praw­do­po­dob­ne, że wej­dzie na sta­łe do mo­je­go co­dzien­ne­go do­mo­we­go menu.

O do­stę­pie do ta­kiej książ­ki, jak ta, ma­rzy­łam w dniu, kie­dy prze­szli­śmy na zie­lo­ną stro­nę mocy. Po­ma­ga za­opa­trzyć do­mo­wą spi­żar­nię w we­gań­skie ma­sło, mle­ko czy ser, pod­po­wia­da, jak na­kar­mić so­lid­nym obia­dem spor­tow­ca i jak do­piesz­czać pod­nie­bie­nie, cie­sząc się jed­no­cze­śnie bez­cen­ną świa­do­mo­ścią, że żad­ne­mu stwo­rze­niu nie dzie­je się przy tym krzyw­da.

WSTĘP

Są dwie dro­gi, aby prze­żyć ży­cie. Jed­na to żyć tak, jak­by nic nie było cu­dem.

Dru­ga to żyć tak, jak­by cu­dem było wszyst­ko.

Al­bert Ein­ste­in

Ze wszyst­kich po­traw, ja­kie przy­cho­dzi nam po­sma­ko­wać, naj­waż­niej­szą jest na­sze Ży­cie.

Sta­ram się swo­je do­pra­wiać wdzięcz­no­ścią, mi­ło­ścią, ra­do­ścią i po­ko­jem.

Kosz­to­wać chwi­lę za chwi­lą, wy­bie­rać z ja­dło­daj­ni świa­ta to, co od­ży­wia cia­ło, du­szę, do­bre re­la­cje z naj­bliż­szy­mi i Mat­ką Zie­mią.

Małą ły­żecz­ką, nie­śpiesz­nie, bez rosz­czeń, ale z na­dzie­ją, sza­cun­kiem, opty­mi­zmem i otwar­to­ścią.

Nie ła­mać zę­bów na tym, cze­go się roz­gryźć nie da, po­zwo­lić odejść temu, co mi nie słu­ży.

Za­uwa­żać i do­ce­niać naj­mniej­sze czy nie­po­zor­ne: ziarn­ko, kro­plę, pro­myk, gest.

Ni­cze­go nie mar­no­wać, cie­szyć się każ­dą szczyp­tą.

Ce­le­bro­wać ulu­bio­ne aro­ma­ty, z otwar­to­ścią przyj­mu­jąc to, co nowe i nie­zna­ne.

Speł­niać ma­rze­nia.

Nie kom­pli­ko­wać. Nie gro­ma­dzić zbyt wie­le. Nie dra­ma­ty­zo­wać.

Szcze­rze się dzie­lić, uczyć się sie­bie i świa­ta. Pa­trzeć w oczy. Dzię­ko­wać.

Mą­drze wy­bie­rać z tego, co mam. I dbać o to.

Gdy trze­ba, cier­pli­wie cze­kać.

Umieć po­pro­sić i usza­no­wać od­mo­wę.

Nie wsty­dzić się łez. Słu­chać swo­ich uczuć, za­wie­rzać in­tu­icji.

Mó­wić o tym, co boli. Od­czy­tać sens cier­pie­nia. Być bli­sko sa­mej sie­bie.

Nie oce­niać i nie utoż­sa­miać się z cu­dzy­mi oce­na­mi.

Roz­pa­lać ogni­sko dla Naj­bliż­szych. Aby wi­dzie­li je za­wsze, do­kąd­kol­wiek pój­dą. Niech po­ma­ga im bez­piecz­nie po­wra­cać w pro­gi wła­sne­go ser­ca.

Swo­ją uwa­gą nie do­kar­miać lę­ków o przy­szłość. W ko­tle prze­szło­ści nie od­grze­wać ża­lów.

Być i czuć. Pro­sto­tę mieć za dro­go­wskaz.

Ufać. Cie­szyć się. Uśmie­chać. Ota­czać tro­ską.

Pa­mię­tać, że je­stem tu go­ściem i kie­dyś trze­ba bę­dzie odejść od sto­łu. A wte­dy zro­bić to ze spo­koj­nym ser­cem, że nie zmar­no­wa­łam żad­ne­go po­da­ro­wa­ne­go mi okrusz­ka.

ROZ­DZIAŁ 1:

DOM

1.

HE­ART­MA­DE

Nie­chaj pięk­no, któ­re ko­cha­my, bę­dzie tym, co ro­bi­my

Rumi

Jako dziec­ko by­łam wraż­li­wa: mar­twi­łam się lo­sem po­ma­rań­czo­wej kred­ki, smu­ci­łam, że jest brzyd­sza od po­zo­sta­łych w pu­deł­ku. Chcia­łam, by wszyst­ko było ład­ne. Do­strze­gam tu in­spi­ra­cję ze stro­ny mo­jej twór­czej Mamy, któ­ra od­cza­ro­wy­wa­ła każ­dy ro­dzaj ni­ja­ko­ści. I tak mi już zo­sta­ło. Mama na­uczy­ła mnie też cze­goś in­ne­go. Pa­mię­tam, jak na ko­ściel­nym od­pu­ście ku­pi­ła róż­ne dro­bia­zgi nie­peł­no­spraw­nej dziew­czy­nie z po­bli­skie­go domu opie­ki. „Znasz ją mamo?” − „Nie, ale z pew­no­ścią ucie­szy ją to samo, co cie­bie i mnie”. Szły­śmy ra­zem we­so­ło od stra­ga­nu do stra­ga­nu i wy­bie­ra­ły­śmy wspól­nie spin­ki do wło­sów, ko­ra­li­ki, ko­lo­ro­we wia­tra­ki, li­za­ki i… ki­szo­ne ogór­ki z ogrom­ne­go sło­ja.

Sło­wo „ręcz­nie ro­bio­ne” – hand­ma­de − do­brze opi­su­je mój dzi­siej­szy mały świat: dom i kuch­nię − to, co nie po­cho­dzi z ta­śmy pro­duk­cyj­nej, jest mi szcze­gól­nie bli­skie. Chęt­niej uży­wam jed­nak in­ne­go wy­ra­zu: he­art­ma­de, choć nie uzna­je go słow­nik. Chcę, by moje oto­cze­nie, wy­bo­ry, pra­ca i po­sił­ki były wła­śnie ta­kie. Pięk­ne ze­wnętrz­nie, ale ema­nu­ją­ce ener­gią, któ­ra pły­nie z tego, co głę­bo­kie.

Dziś wi­dzę, że nasz spo­sób ży­cia za­wsze, wła­śnie z tego po­wo­du, zmie­rzał w stro­nę wege. Z po­ko­rą wo­bec Przy­ro­dy i cie­ka­wo­ścią ta­jem­ni­cy, któ­rą w so­bie no­si­my, a któ­ra po­zwa­la zro­zu­mieć i usza­no­wać in­nych. Du­cho­wość to żad­na wie­dza ta­jem­na dla wy­bra­nych. To zwy­czaj­ne, ale za­an­ga­żo­wa­ne ży­cie. Pro­wa­dzo­ne z pa­sją, wdzięcz­no­ścią i współ­czu­ciem.

2.

MOJA RE­CEP­TA NA DOM

Za­mie­rzam wszyst­ko w moim ży­ciu uczy­nić pięk­nym. Ta­kie bę­dzie moje ży­cie

El­sie de Wol­fe

Ko­le­ga syna, któ­ry pew­ne­go dnia przy­szedł do na­sze­go miesz­ka­nia, po­wie­dział, że te­raz ro­zu­mie, jak czu­ła się Łu­cja w Opo­wie­ściach z Na­rnii, znaj­du­jąc za drzwia­mi sza­fy inny, ma­gicz­ny świat. Był to dla mnie wiel­ki kom­ple­ment, bo wiem, że mło­dzi lu­dzie nie czy­tu­ją po­rad­ni­ków wnę­trzar­skich, re­agu­ją spon­ta­nicz­nie, mó­wią to, co my­ślą.

Sta­re wschod­nie po­rze­ka­dło gło­si, że dom jest prze­dłu­że­niem du­szy – ja o moim my­ślę wła­śnie w ten spo­sób.

Do­piesz­cza­nie do­mo­wych pie­le­szy za­wsze spra­wia­ło mi ra­dość, bo to za­ra­zem dba­nie o do­mow­ni­ków, for­ma kar­mie­nia naj­waż­niej­szych osób do­brym na­stro­jem. Już na rand­kach w pod­sta­wów­ce po­tra­fi­łam dro­bia­zgo­wo opo­wia­dać o lu­strach, któ­re po­wie­szę kie­dyś na swo­ich ścia­nach. Ale to nie lu­stra były praw­dzi­wym te­ma­tem zwie­rzeń. Były pre­tek­stem do opo­wie­ści o Domu, o tym, że jest dla mnie w ży­ciu naj­waż­niej­szy. Tak jak dla mo­jej Mamy i jej Mamy.

Lu­bię wsłu­chi­wać się w przed­mio­ty – te ze szla­chet­nych, czy­li na­tu­ral­nych, przy­ja­znych nam i śro­do­wi­sku ma­te­ria­łów. Wolę sfa­ty­go­wa­ny drew­nia­ny sto­łek od pla­sti­ko­we­go de­si­gner­skie­go ga­dże­tu, po­wie­lo­ne­go w mi­lio­nach eg­zem­pla­rzy. Lu­bię czuć, że przed­mio­ty mają swo­ją hi­sto­rię i du­szę, tro­chę tak jak lu­dzie. Cie­szy mnie za­ba­wa kon­wen­cją. Nie boję się łą­czyć me­bli zgrzeb­nych z pa­ła­co­wy­mi, ru­sty­kal­nych z et­nicz­ny­mi.

Da­rek ode­brał klu­cze do miesz­ka­nia w na­szym bu­dyn­ku jako pierw­szy. Po­czą­tek zimy przy­niósł ule­wy i ni­skie tem­pe­ra­tu­ry. Pu­ste, ską­pa­ne w pół­mro­ku lo­kum było nie­przy­jaź­nie chłod­ne i wil­got­ne. Są­sie­dzi jesz­cze się nie wpro­wa­dza­li, więc tyl­ko na­sze ka­lo­ry­fe­ry usi­ło­wa­ły ogrzać lo­do­wa­te mury. Bra­ko­wa­ło pod­łą­czeń wody i ka­na­li­za­cji, drzwi za­stę­po­wa­ła fo­lia ma­lar­ska, wszę­dzie wi­ro­wa­ły dro­bi­ny pyłu. Da­rek od­li­czał mi­nu­ty w pra­cy, by móc tu przy­biec i re­mon­to­wać miesz­ka­nie. Dla nas. Więk­szość naj­cięż­szych, nie­wdzięcz­nych ro­bót zro­bił sam, po­mi­mo że jest fo­to­gra­fem, a nie hy­drau­li­kiem; mu­zy­kiem, a nie mu­ra­rzem. Wy­ku­wał, wy­gła­dzał, szpa­chlo­wał, przy świe­tle zwi­sa­ją­cej z su­fi­tu ża­rów­ki. Bar­dzo to do­ce­niam.

Czę­sto wy­ko­ny­wa­li­śmy coś wła­sno­ręcz­nie z po­wo­dów eko­no­micz­nych, ale jest dla mnie oczy­wi­ste, że wszyst­ko, co zro­bi­my z mi­ło­ścią i ser­decz­no­ścią, na­sy­co­ne jest zu­peł­nie inną ener­gią. Na­wet je­śli to mon­taż rur pod ku­chen­nym zle­wem. I czu­ję to tu­taj, w na­szym Domu. Do­bre in­ten­cje, czu­łość i uważ­ność, któ­re Da­riusz wło­żył w każ­dy ruch, każ­de po­cią­gnię­cie pędz­lem, do dziś miesz­ka­ją w na­szych ścia­nach. Speł­nił wszyst­kie moje de­ko­ra­tor­skie ma­rze­nia: zro­bił we­wnętrz­ne drzwi, któ­rych nie dało się ni­g­dzie ku­pić (tym­cza­so­wa „sto­lar­nia” mie­ści­ła się w po­ko­ju dzie­ci). Pod su­fi­ta­mi za­wie­sił sztu­ka­te­rię wła­sno­ręcz­nie od­la­ną z gip­su – w for­mie, któ­rą tak­że stwo­rzył sam. W miej­scu łą­czą­cym kuch­nię z sa­lo­nem wy­mu­ro­wał piec, in­spi­ro­wa­ny wspo­mnie­nia­mi z domu swo­jej bab­ci, pa­le­ni­sko za­stę­pu­jąc pie­kar­ni­kiem. Kładł ka­fel­ki, do­pro­wa­dzał wodę, bu­rzył i sta­wiał ścia­ny…

Nie po­tra­fię obyć się bez ko­lo­rów, bez ener­gii, któ­rą nio­są, ale po­trze­bu­ję też od­de­chu i prze­strze­ni. Bia­łe tło ścian po­zwo­li­ło prze­mó­wić bar­wom przed­mio­tów, krysz­ta­ło­we ży­ran­do­le i kin­kie­ty roz­świe­tla­ją ciem­ne, po­chmur­ne dni. A lamp­ki „cho­in­ko­we” peł­nią ra­do­sny dy­żur cały rok. Pu­dro­we bar­wy przy­wieź­li­śmy z azja­tyc­kich wy­praw. „Roz­la­ne” na tka­ni­nach, ob­ra­zach, aba­żu­rach są jak wspo­mnie­nia. Do tego kro­pla po­zło­ty, świe­że kwia­ty i już za­pach wa­ka­cji uno­si się w po­wie­trzu.

Więk­szość na­szych sta­rych me­bli ni­g­dy nie zo­sta­ła pod­da­na kla­sycz­nej re­no­wa­cji. Nie mo­gła­bym po­zbyć się śla­dów świad­czą­cych o prze­szło­ści. W wie­ko­wej ta­pi­cer­ce czy wy­szczer­bio­nym bla­cie, nad­pru­tej ko­ron­ce do­pa­tru­ję się śla­dów świet­no­ści, a nie zu­ży­cia. Te przed­mio­ty mają coś do po­wie­dze­nia, jak sta­rusz­ko­wie o pięk­nych spę­ka­nych dło­niach i bia­łych prze­rze­dzo­nych wło­sach.

Nie szu­kam prze­wi­dy­wal­nych roz­wią­zań, po­wta­rzal­nych ze­sta­wów. Wolę kom­po­no­wać wła­sne. Ufam in­tu­icji. I cie­szę się, kie­dy tra­fiam na skarb vin­ta­ge za gro­sze. Naj­le­piej, gdy każ­de krze­sło przy sto­le jest inne! Ta­kim ka­lej­do­sko­pem in­dy­wi­du­ów moż­na się świet­nie ba­wić, za­leż­nie od na­stro­ju, czy pory roku. Za­miast wno­sić do domu ko­lej­ną rzecz, ukła­dam puz­zle z tego, co mam. Skła­dam mo­zai­ki, łą­czę i roz­łą­czam. Ob­ra­zy zwy­kle roz­bie­ram z ram, a te, gdy są pięk­ne, sta­ją się osob­ną de­ko­ra­cją, za­wie­szo­ną zu­peł­nie w in­nym miej­scu. Przed­mio­ty w na­szym domu nie mają raz na za­wsze okre­ślo­nych funk­cji: to, co wczo­raj było na­rzu­tą, dziś jest ob­ru­sem, a ju­tro być może sta­nie się… za­sło­ną. W roli wy­łącz­nie de­ko­ra­cyj­nej po­miesz­ku­je u nas za­stęp eme­ry­to­wa­nych ze­ga­rów. Szczę­śli­wi cza­su nie li­czą, a przy­naj­mniej nie ro­bią tego sta­le. Me­ble i ozdo­by wę­dru­ją z sa­lo­nu do sy­pial­ni, z sy­pial­ni do kuch­ni. Tyl­ko mu­ro­wa­ny piec zaj­mu­je usta­lo­ne, po­cze­sne miej­sce. Za­miast te­le­wi­zo­ra, któ­re­go po­zby­li­śmy się lata temu.

Sza­nu­ję przed­mio­ty, ale ich nie wiel­bię. Zmę­czo­na ele­gan­cją wi­śnio­we­go drew­na nie wa­ha­łam się „za­chla­pać” bie­lą wy­mu­ska­nych wło­skich me­bli ku­chen­nych − te­raz le­piej pa­su­ją do sta­ro­ci, a ja cie­szę się, wie­dząc, że to przed­mio­ty słu­żą mnie, a nie od­wrot­nie. Nie żyję dla rze­czy, a je­dy­nie po­dró­żu­ję w ich to­wa­rzy­stwie.

Ca­łość lu­bię do­pra­wiać szczyp­tą hu­mo­ru. Jak w ży­ciu. Kie­dy w sy­pial­ni sta­nął czar­ny hy­bry­do­wy for­te­pian, po­zby­li­śmy się no­wo­cze­sne­go pul­pi­tu do nut, za­stę­pu­jąc go ażu­ro­wym, po­ma­lo­wa­nym na bia­ło eg­zem­pla­rzem za sta­re­go Ste­in­waya. Sta­ram się, by było uro­czo, ale za­wsze z dozą bez­tro­ski.

W lu­dziach, przy­ro­dzie, ale i w przed­mio­tach co­dzien­ne­go użyt­ku za­wsze szu­kam pięk­na. Pięk­no i funk­cjo­nal­ność wca­le się nie wy­klu­cza­ją. Ową praw­dę po­wta­rzam so­bie jak man­trę. Za­raz po tej, naj­waż­niej­szej: że je­stem peł­na wdzięcz­no­ści za wszyst­ko, co mam. I że naj­więk­szym da­rem są lu­dzie, dla któ­rych i z któ­ry­mi mogę two­rzyć Dom.

3.

ŚWIĘ­TY PRZED­MIOT − STÓŁ

Po­wiedz mi, jak spę­dzasz czas przy sto­le, a będę wie­dzieć, kim je­steś

A.L. Aya

Stół. Chleb. Dom. To kon­kret­ne przed­mio­ty, ale też sym­bo­le. Spla­ta się w nich sa­crum z pro­fa­num. Przy­po­mi­na­ją mi, że świę­tość miesz­ka w co­dzien­no­ści.

Nie wy­obra­żam so­bie domu bez so­lid­ne­go sto­łu. Każ­de spo­tka­nie przy nim to nie tyl­ko chwi­la spę­dzo­na przy wspól­nym po­sił­ku, to czas, w któ­rym spo­ty­ka­ją się na­sze du­sze. Czas spo­ko­ju i otwar­to­ści.

Stół w na­szym miesz­ka­niu to cen­trum do­mo­we­go wszech­świa­ta. Duży i pięk­ny. Od lat na­sią­ka hi­sto­ria­mi ca­łej ro­dzi­ny. W ser­cu no­szę jesz­cze inne sto­ły. Ten Bab­ci Emi­lii – z ma­gicz­ną szu­fla­dą na sztuć­ce, po­kry­ty for­ni­rem z cze­czo­ty. Niby zu­peł­nie pro­sty, ale z przy­jaź­nie za­okrą­glo­ny­mi kan­ta­mi i no­ga­mi. We wspo­mnie­niach z nim zwią­za­nych brzmi mój bez­tro­ski dzie­cię­cy śmiech. Be­rek z bra­tem i ku­zyn­ką, za­ba­wa w dom pod bla­tem, od­kry­wa­nie, za­wsze na nowo, skar­bów w szu­fla­dzie.

Po la­tach bab­ci­ny stół stał się biur­kiem mo­ich dzie­ci. To je­dy­ny kon­kret­ny przed­miot, któ­ry oca­lał z jej cie­szyń­skie­go domu. Kie­dy go od­na­wia­li­śmy, nie mo­głam się na­dzi­wić, że jest w rze­czy­wi­sto­ści taki nie­du­ży − kie­dyś wy­da­wał mi się ogrom­ny. Lu­bię przy nim usiąść, by po­ło­żyć dło­nie na bla­cie. Nie wszyst­ko zdą­ży­ły­śmy so­bie z Bab­cią opo­wie­dzieć; ode­szła, za­nim do­ro­słam. Jed­nak to, co naj­waż­niej­sze, prze­ka­za­ła mi bez słów.

Przy okrą­głym sto­le mo­ich Dziad­ków, Ma­ry­si i Wład­ka, w ich domu na cie­szyń­skiej We­ne­cji, cze­ka­ło za­wsze dwa­na­ście krze­seł. Jed­nak bar­dzo czę­sto trze­ba było do­kła­dać ko­lej­ne. Pa­mię­tam, jak, sto­jąc na krze­śle, nie mo­głam się­gnąć środ­ka sto­łu! Ogrom drew­nia­ne­go me­bla za­ko­twi­czał mnie w po­czu­ciu po­tę­gi, jaka drze­mie w ro­dzi­nie, w spo­tka­niu, roz­mo­wie, wspól­nych po­sił­kach. Ko­cha­łam ten ra­do­sny gwar, gdy spo­ty­ka­li­śmy się w kil­ka­na­ście osób. Opo­wie­ści, po­brzę­ki­wa­nie sztuć­ców, po­da­wa­nie so­bie por­ce­la­no­wych ta­le­rzy, ci­che trza­ski drew­nia­nej pod­ło­gi przy do­su­wa­niu krze­seł, od­gło­sy pły­ną­ce z ogro­du, śmiech: pięk­na ro­dzin­na me­lo­dia, któ­rą kom­po­no­wa­li­śmy wspól­nie. Re­fren do dziś no­szę w ser­cu. Po odej­ściu Dziad­ków stół, wraz z in­ny­mi me­bla­mi, prze­padł, w wy­ni­ku nie­zro­zu­mia­łej dla mnie bez­tro­ski kil­ku krew­nych. Wiem, że stoi w pew­nym cie­szyń­skim za­jeź­dzie. Ni­g­dy tam nie po­szłam. Chy­ba pę­kło­by mi ser­ce, gdy­bym zo­ba­czy­ła, jak zmie­ni­ło go to „nowe” nie­do­mo­we ży­cie, pro­wa­dzo­ne w ryt­mie tu­ry­stycz­ne­go se­zo­nu.

I stół w moim ro­dzin­nym domu. Za­wsze w nie­dzie­lę roz­ło­żo­ny, by było wię­cej miej­sca, i na­kry­ty pach­ną­cym, wy­kroch­ma­lo­nym ob­ru­sem. Czę­sto ta­kim uszy­tym i wy­ha­fto­wa­nym przez Mamę. Był waż­nym ele­men­tem szczę­śli­we­go, spo­koj­ne­go świa­ta. To przy nim w na­tu­ral­ny spo­sób od­kry­łam ma­gicz­ną moc do­mo­wych ry­tu­ałów. Punkt dwu­na­sta, po po­wro­cie z mszy, za­sia­da­li­śmy do obia­du. Nie­dziel­ną zupą tra­dy­cyj­nie był ro­sół. Po­tem dru­gie da­nie z kom­po­tem i na de­ser pysz­ne cia­sto. Po obie­dzie ro­dzin­ny spa­cer, bez wzglę­du na porę roku i aurę. Od­wie­dzi­ny u Dziad­ków.

Dziś, choć od tego sto­łu dzie­li mnie nie­mal czte­ry­sta ki­lo­me­trów, wciąż czer­pię z nie­go siłę do bu­do­wa­nia wła­sne­go gniaz­da.

Za­wsze dzi­wi­ły mnie i na­pa­wa­ły lę­kiem domy bez so­lid­ne­go sto­łu, gdzie ja­da­no, gar­biąc się, przy tzw. jam­ni­ku. Znam dom, gdzie nie­dziel­ny obiad je się przy ku­chen­nym bla­cie, choć nie wy­ni­ka to z po­wo­dów eko­no­micz­nych. Jak so­bie po­ście­lisz, tak się wy­śpisz, jaki so­bie na­kry­jesz stół, taką bę­dziesz miał ucztę. Po­każ mi swój stół, a po­wiem ci… co jest dla cie­bie naj­waż­niej­sze.

So­lid­ne sto­ły mo­je­go dzie­ciń­stwa – no­szę wspo­mnie­nie o nich w ser­cu, jak amu­let. Gdy przy­sia­dam się do nich wspo­mnie­nia­mi, kar­mią mnie tą samą cie­płą stra­wą bez­wa­run­ko­wej mi­ło­ści, któ­rą pach­nia­ły, gdy za­czy­na­łam uczyć się ży­cia.

4.

PIĘK­NA CO­DZIEN­NOŚĆ

Daj każ­de­mu dniu szan­sę, by stał się naj­pięk­niej­szym dniem two­je­go ży­cia

Mark Twa­in

Kie­dyś − im przed­miot co­dzien­ne­go użyt­ku był pięk­niej­szy − tym głę­biej cho­wa­łam go w kre­den­sie. Rze­czy wszak tłu­ką się, ry­su­ją, pla­mią i pło­wie­ją… A skąd póź­niej we­zmę coś rów­nie god­ne­go? To, co ra­do­wać mo­gło naj­bar­dziej, prze­gry­wa­ło z tym, co po­śled­niej­sze w po­je­dyn­ku o wspól­ną po­dróż.

Pa­ra­dok­sal­nie, świa­do­mość kru­cho­ści ży­cia otwo­rzy­ła mnie na ob­fi­tość Wszech­świa­ta. Wszyst­ko pły­nie. Cza­sem to na­wet do­brze, że coś się zu­ży­je czy stłu­cze, bo ina­czej nie mo­gło­by się po­ja­wić nic no­we­go. Wie­rzę, że przed­mio­tom, któ­re świet­nie słu­ży­ły, też na­le­ży się od­po­czy­nek i wdzięcz­ność.

Nie na­uczy­łam się tego od razu… Ale idzie mi co­raz le­piej…

Dzi­siaj nie mam cze­goś ta­kie­go, jak por­ce­la­na na wy­jąt­ko­we oka­zje. Co­dzien­nie jemy z naj­ład­niej­szych ta­le­rzy, ja­kie mamy. Pi­je­my sok z wie­ko­wych krysz­ta­ło­wych kie­li­chów.

Je­śli stłu­cze się uko­cha­na fi­li­żan­ka − nie la­men­tu­ję, a do­strze­ga­jąc uby­tek po­wsta­ły w ob­ru­sie, za­uwa­żam w nim ślad ro­dzin­nej hi­sto­rii… Od­cho­dze­nie na­szych ulu­bio­nych przed­mio­tów, po­zwo­le­nie, by po­wo­li tra­ci­ły swój blask − to wspa­nia­ła lek­cja. Wolę, by po mnie, za­miast pięk­nej por­ce­la­ny po­zo­sta­ła pa­mięć, że na­wet z ziem­nia­cza­nych plac­ków wy­cza­ro­wy­wa­łam ucztę…

5.

KWIA­TY – STRA­WA DLA OKA

Gdzie kwit­nie kwiat – musi być wio­sna, a gdzie jest wio­sna – wszyst­ko wkrót­ce za­kwit­nie

Frie­drich Rüc­kert

Hor­ten­sje, pe­onie, ja­skry, róże, ru­mian­ki, hia­cyn­ty i bzy to moje ma­gicz­ne różdż­ki: wy­cza­ro­wu­ją przy­tul­ny na­strój, od­świe­ża­ją co­dzien­ność, oży­wia­ją at­mos­fe­rę. Po­pra­wia­ją mi hu­mor i do­da­ją ener­gii. Są jak uśmiech czy do­bre sło­wo. Cza­sem wolę ich obec­ność od to­wa­rzy­stwa lu­dzi. Zwłasz­cza tych wiecz­nie na­rze­ka­ją­cych, z pre­ten­sja­mi do losu, nie­szczę­śli­wie za­bie­ga­nych, oce­nia­ją­cych, prę­żą­cych się i stru­tych. Tu­li­pan – jak pi­sa­ła Ma­rian­ne Wil­liam­son − nie sta­ra się ni­ko­mu za­im­po­no­wać. Nie ma pro­ble­mu, by być in­nym niż róża. W ci­chym to­wa­rzy­stwie kwia­tów je­stem taką, jaką chcę być: świa­do­mą wy­jąt­ko­wo­ści i kru­cho­ści ży­cia, nie­po­wta­rzal­no­ści każ­dej chwi­li.

Lu­bię bez po­śpie­chu przy­glą­dać się płat­kom, prę­ci­kom, ło­dy­gom… Je­że­li wciąż po­tra­fię za­trzy­mać się i cie­szyć uro­dą drob­nych ro­ślin, wiem, że nie jest ze mną źle. Do­sko­na­lę się w do­strze­ga­niu pięk­na. Ci, któ­rzy sku­pia­ją się na nie­do­stat­kach, po­rów­na­niach z in­ny­mi, ni­g­dy nie będą spo­koj­ni ani szczę­śli­wi.

Uwiel­biam przy­no­sić do domu drob­ne, wą­tłe pąki. Roz­dzie­lać je na ma­łe bu­kie­ci­ki i ze­sta­wiać w pro­ste, ro­man­tycz­ne kom­po­zy­cje na sto­łach i ko­mo­dach… Wy­bie­ram dla nich sta­re dzban­ki, sło­je, mlecz­ni­ki, fi­li­żan­ki, bań­ki po mle­ku, wia­der­ka − za­miast kla­sycz­nych, „po­waż­nych” wa­zo­nów. Ro­bię to, by pod­kre­ślić ich swoj­ski, na­tu­ral­ny i ko­bie­cy cha­rak­ter… Chcę, by wy­glą­da­ły, jak­bym wła­śnie ze­rwa­ła je na łące, w ogro­dzie, któ­re­go nie mam (wte­dy tym bar­dziej mi go nie bra­ku­je).

A po­tem, kie­dy za­czy­na­ją prze­kwi­tać i od­cho­dzą, przy­po­mi­na­ją o tym, że w każ­dą eg­zy­sten­cję wpi­sa­ne jest prze­mi­ja­nie.

Gdy­by tak uda­ło się na­śla­do­wać kwia­ty – być mak­sy­mal­nie pięk­nym, do­pó­ki się jest…

6.

FENG SHUI PO MO­JE­MU

Nie miej w swo­im domu ni­cze­go, co we­dług cie­bie nie jest uży­tecz­ne lub pięk­ne

Wil­liam Mor­ris

Je­śli ist­nie­ją re­gu­ły po­ma­ga­ją­ce two­rzyć przy­ja­zną do­mo­wą prze­strzeń, z pew­no­ścią się nimi za­in­te­re­su­ję. Tak było z feng shui. Od dziec­ka wie­rzę, że cały świat prze­ni­ka du­cho­wa siła i wszyst­ko, na­wet to, co po­zor­nie nie­oży­wio­ne, ema­nu­je ener­gią. Nie roz­wie­szam po miesz­ka­niu chiń­skich dzwon­ków, ale idea jest dla mnie oczy­wi­sta. Chy­ba każ­dy zna taki dom, z któ­re­go na­tych­miast po wej­ściu chciał wyjść, choć po­zor­nie ni­czym od in­nych do­mów się nie róż­nił.

Każ­de po­miesz­cze­nie, tak jak wszech­świat, to ener­gia. Jest na­szym lu­strem, od­zwier­cie­dla­ją­cym nie tyl­ko to, kim je­ste­śmy, ale też wszyst­ko, co dzie­je się w na­szym ży­ciu. Pe­łen świa­tła, do­brych in­ten­cji i mi­ło­ści dom – sam żyje i wspie­ra do­mow­ni­ków.

W książ­kach Ka­ren King­ston, któ­ra za­adop­to­wa­ła dla za­chod­niej kul­tu­ry ba­lij­ską wie­dzę o sztu­ce bu­do­wa­nia har­mo­nii, zna­la­złam dwie naj­waż­niej­sze za­sa­dy – po­twier­dza­ją­ce zresz­tą moje wła­sne in­tu­icyj­ne wra­że­nia − któ­re wca­le nie po­trze­bu­ją orien­tal­nej ter­mi­no­lo­gii.

I. Naj­pierw – za­nim przej­dzie­my do sub­tel­niej­szych ry­tu­ałów − trze­ba się po­zbyć ba­ła­ga­nu. A nie­po­rzą­dek to coś wię­cej niż skar­pe­ty rzu­co­ne w kąt i kurz na pa­ra­pe­cie: to rze­czy nie­lu­bia­ne i nie­uży­wa­ne, za­nie­dba­ne lub nie­upo­rząd­ko­wa­ne, nad­miar przed­mio­tów upchnię­ty w zbyt ma­łej prze­strze­ni oraz to, co nie­do­koń­czo­ne i pro­wi­zo­rycz­ne.

II. W domu od­kła­da się tak­że bar­dziej sub­tel­ny ba­ła­gan: emo­cjo­nal­ny. Każ­da kłót­nia, pod­nie­sie­nie gło­su, ne­ga­tyw­na myśl, zła in­ten­cja, od­wie­dzi­ny nie­przy­ja­znych osób, cho­ro­ba, wy­pa­dek etc. po­zo­sta­wia­ją nie­wi­dzial­ny ener­ge­tycz­ny brud, któ­ry przy­tła­cza rów­nie moc­no, jak ten na­ma­cal­ny.

Ist­nie­ją pięk­ne, peł­ne pro­sto­ty tech­ni­ki i me­to­dy oczysz­cza­ją­ce z owe­go nie­wi­docz­ne­go dla oka szla­mu i uświę­ca­ją­ce dom tak, jak na to za­słu­gu­je. W ry­tu­ale oczysz­cza­nia prze­strze­ni (szcze­gó­ło­wy opis moż­na zna­leźć w książ­ce Ka­ren) wy­ko­rzy­stu­ję dźwię­ki (kla­ska­nie, dzwo­nek), zie­mię (kwia­ty, ka­mie­nie, krysz­ta­ły, sól), wodę, po­wie­trze i ogień (świe­ce). Wszy­scy uży­wa­my nie­któ­rych ge­stów in­tu­icyj­nie: wy­peł­nia­my dom mu­zy­ką, wie­trzy­my po­ko­je, wsta­wia­my kwia­ty do wa­zo­nu, za­pa­la­my świe­ce, by po­czuć się raź­niej.

Dzień oczysz­cza­nia prze­strze­ni jest dla mnie za­wsze ma­gicz­ny. Mam włas­ny − bez­cen­ny − szcze­gól­nie pięk­nie brzmią­cy dzwo­nek wy­ko­na­ny w ro­dzi­nie naj­wy­bit­niej­szych ba­lij­skich dzwon­ni­ków, któ­rych umie­jęt­no­ści i taj­ne tech­ni­ki prze­ka­zy­wa­ne są z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Stwo­rzo­ny spe­cjal­nie do oczysz­cza­nia prze­strze­ni. Wszyst­kie czyn­no­ści skła­da­ją­ce się na ten ry­tu­ał wy­ko­nu­ję ze spo­ko­jem i ra­do­ścią, z głę­bo­ką in­ten­cją i otwar­tym ser­cem. Prze­ko­nu­ję się raz za ra­zem, że mi­łość, któ­rą oka­zu­ję swo­je­mu do­mo­wi, wra­ca do mnie jak zwie­lo­krot­nio­na fala. Bo tro­ska o dom to po pro­stu dba­nie o sie­bie.

7.

GNIAZ­DO­WA­NIE

Wo­la­łem być na mo­jej far­mie niż być ce­sa­rzem świa­ta

Geo­r­ge Wa­shing­ton

Gniaz­do­wa­nie – to moje sło­wo na ko­ją­ce za­ta­pia­nie się w do­mo­wych pie­le­szach. Je­stem jak kim­chi: lu­bię ki­sić się w domu, we wła­snym so­sie, w (s)po­ko­ju. Do­brze mi tu, na mo­ich za­sa­dach. Bie­gam tyl­ko dla zdro­wia, przez ży­cie wolę spa­ce­ro­wać. Uważ­nie, bo drob­ne, co­dzien­ne rze­czy kry­ją w so­bie spo­ro szczę­ścia. Go­tu­ję, wy­ci­skam soki z wa­rzyw, czy­tam, roz­ma­wiam z bli­ski­mi, pie­lę­gnu­ję swo­je hob­by, me­dy­tu­ję lub po pro­stu nic nie ro­bię. Przy­po­mi­nam so­bie, jak to jest ni­g­dzie się nie śpie­szyć, ni­cze­go nie pla­no­wać, ni­cze­go nie „od­faj­ko­wy­wać” i czuć się do­brze, zdro­wo, na­tu­ral­nie.

Każ­de­mu ży­czę szczę­ścia i chęt­nie ob­ser­wu­ję, gdzie oraz jak to szczę­ście od­naj­du­ją inni. Je­stem go­to­wa na taką na­ukę, czer­pa­nie z cu­dzych do­świad­czeń, ale ni­g­dy nie na­śla­du­ję na śle­po. To, co do­bre dla ko­goś, nie musi spraw­dzić się u mnie. Pa­mię­tam o sło­wach Bud­dy, by ba­dać, co nam daje szczę­ście, a nie po­dą­żać bez­myśl­nie za tym czy in­nym mi­strzem: książ­ką, wzor­cem, modą… Ostat­nio do­świad­czy­łam tego z hyg­ge. Za­bra­kło mi w po­rad­ni­kach wy­ja­śnie­nia, jak to jest, że w Da­nii ogrom­ny od­se­tek spo­łe­czeń­stwa za­ży­wa leki psy­cho­tro­po­we, że mło­dzi lu­dzie czę­sto się­ga­ją po al­ko­hol. W moim po­ję­ciu szczę­ścia za­wie­ra się przy­tom­ność umy­słu i ser­ca, a nie po­wierz­chow­ne za­do­wo­le­nie z ży­cia. Skąd w Da­nii tyle de­pre­sji sko­ro hyg­ge­ligt? Może po­wo­dem ta­kich pro­ble­mów jest roz­pad wię­zi ro­dzin­nych?

Moje ży­cie to nie tyl­ko – ale jed­nak: moja ro­dzi­na. Mam wra­że­nie, że za­do­wo­le­nia (bo tak ra­czej ro­zu­miem hyg­ge) nie przy­no­szą Duń­czy­kom świe­ce i smak her­ba­ty, lecz bez­pie­czeń­stwo fi­nan­so­we, któ­re za­pew­nia pań­stwo. Kie­dy nie mu­sisz mar­twić się, czy wy­star­czy ci do pierw­sze­go i czy bę­dziesz mia­ła za co ku­pić dziec­ku buty, ła­twiej o luz i uśmiech. I tej duń­skiej ma­te­rial­nej pew­no­ści ju­tra ży­czę so­bie i ca­łe­mu świa­tu.

Chy­ba nie od­na­la­zła­bym się też w duń­skim rów­na­niu do śred­niej. Nie to­le­ru­ję war­to­ścio­wa­nia lu­dzi, ale po­zo­sta­wiam so­bie pra­wo do by­cia tym, kim chcę – to moje ży­cie. Je­śli ze­chcę – niech bę­dzie: eks­cen­trycz­ne, na­iw­ne, he­ro­icz­ne, peł­ne pa­sji, ja­kie­kol­wiek. Ni­ko­mu nic do tego. Je­śli mia­ła­bym ja­kiś szcze­gól­ny dar, wo­la­ła­bym żyć wśród lu­dzi, któ­rzy za­chę­ca­li­by mnie, by go do­sko­na­lić. My­ślę, że każ­dy z nas taki dar ma i nie ma nic pięk­niej­sze­go niż wspie­ra­nie się, by mo­gły one roz­kwi­tać.

A hyg­ge de­sign? No cóż… nie zre­lak­su­ję się pod pla­sti­ko­wą lam­pą, na­wet mar­ko­wą, tak świet­nie, jak pod krysz­ta­ło­wym ży­ran­do­lem, bo mil­sze mi na­tu­ral­ne ma­te­ria­ły: szkło, drew­no i me­tal, naj­le­piej ob­ła­ska­wio­ne ręką i ser­cem ar­ty­sty rze­mieśl­ni­ka. Ale cie­szę się, że każ­de­mu z nas po­do­ba­ją się i dają przy­jem­ność inne rze­czy i że mamy wy­bór.

Kom­fort, przy­tul­na at­mos­fe­ra re­lak­su, prze­by­wa­nie wśród bli­skich, wspól­ne ro­dzin­ne po­sił­ki, week­en­do­we wy­pa­dy – tego nie wy­my­ślił ża­den Duń­czyk, Fran­cuz, Po­lak czy Szwed. Lgnie­my do tych ma­łych wiel­kich rze­czy wszy­scy, w każ­dym za­kąt­ku świa­ta. Każ­dy z nas chce ce­le­bro­wać ra­dość, do­brze żyć. Choć cza­sem za­po­mi­na­my, jaka jest wła­ści­wa dro­ga.

Dla mnie szczę­ście ma też du­cho­wy wy­miar. Ogrze­wa­nie stóp przy ko­min­ku jest przy­jem­nie re­lak­su­ją­ce, po­trzeb­ne, ale ta­kie­go ognia po­trze­bu­je też moja du­sza.

Świecz­ki mi­go­czą w moim domu każ­de­go dnia. Gdy je za­pa­lam z rana, w ser­cu wy­po­wia­dam in­ten­cje: od proś­by o zdro­wie i mi­łość w na­szej ro­dzi­nie po po­myśl­ność dla świa­ta. Z umi­ło­wa­nia do gniaz­do­wa­nia od­kry­li­śmy, że w sa­lo­nie le­piej od ka­na­py spraw­dzi się łóż­ko. Na mięk­kich po­du­chach i na­rzu­tach drze­mią na­sze ad­op­to­wa­ne psy. To, co nas ota­cza, to naj­czę­ściej przed­mio­ty-zna­le­zi­ska, któ­rym da­li­śmy dru­gie ży­cie. A tym sa­mym krót­ki od­dech umę­czo­nej eks­plo­ata­cją i za­śmie­ca­niem Zie­mi.

W ci­szy prze­ry­wa­nej od­gło­sa­mi psich ła­pek wy­stu­ki­wa­ny­mi na pod­ło­dze, w śmie­chu Mai, w za­pa­chu do­mo­wej zupy, mu­zy­ce, po­miesz­ku­je Do­mo­wość. Praw­dzi­wa. Swoj­ska. Cały czas uczę się ją do­pra­wiać.

Wiem, że gniaz­do­wać mogę bez mod­nych ety­kie­tek, ga­dże­tów. Wczo­raj hyg­ge, dzi­siaj la­gom, a ju­tro…? Po pro­stu szu­kam har­mo­nii, po­czu­cia za­ko­twi­cze­nia, bez­pie­czeń­stwa, ma­łych ra­do­ści. Bez wzglę­du na tren­dy.

8.

PIES W DOM. CZY­LI KTO TU KOGO RA­TU­JE?

Gdy uczeń jest go­tów, po­ja­wia się na­uczy­ciel

przy­sło­wie chiń­skie

Przej­ście na zie­le­ni­nę mia­ło w przy­pad­ku na­szej ro­dzi­ny aspekt głów­nie etycz­ny. I choć de­cy­zja za­pa­dła po wy­kła­dzie Gary’ego Youro­fsky’ego, ame­ry­kań­skie­go dzia­ła­cza na rzecz praw zwie­rząt, pre­lu­dium ci­cho wy­brzmie­wa­ło już wcze­śniej, wy­bęb­nio­ne na pod­ło­dze ma­ły­mi łap­ka­mi. Kil­ka mie­się­cy wcze­śniej drzwi na­sze­go ser­ca otwar­ła wy­try­chem czu­ło­ści in­te­li­gent­na, re­zo­lut­na Tola. Ktoś, komu słu­ży­ła przez lata, wy­rzu­cił ją do lasu, w pu­dle, ra­zem ze szcze­nia­ka­mi. Za­adop­to­wa­li­śmy aku­rat ją, bo w fun­da­cji po­wie­dzie­li, że mają psia­ka, któ­ry cze­ka i nu­dzi się w klat­ce u we­te­ry­na­rza, a oni nie mają dla nie­go domu tym­cza­so­we­go i w naj­bliż­szym cza­sie mieć nie będą. Chy­ba na­wet nie za bar­dzo mi się spodo­ba­ła, gdy spoj­rza­łam na prze­sła­ne ma­ilem zdję­cie. Po­trak­to­wa­łam to jed­nak jak spraw­dzian, czu­łam, że je­śli gest ma być szcze­ry, umasz­cze­nie czy kształt ogo­na, nie po­win­ny od­gry­wać żad­nej roli. Więc – taka, pierw­sza z brze­gu − przy­szła. I oka­za­ła się wspa­nia­ła. Sta­ła się (wraz z Polą, któ­rą ad­op­to­wa­li­śmy pół­to­ra roku póź­niej) moją na­uczy­ciel­ką.

Cze­go uczą mnie moje psy? Z pew­no­ścią by­cia tu i te­raz. Za­wsze obec­ne, sku­pio­ne na tym, co przy­no­si chwi­la. Psia­ki są jak sta­rzy mi­strzo­wie zen – za­to­pio­ne w tym, co ro­bią: gdy bie­ga­ją, to bie­ga­ją; gdy gry­zą kość, to gry­zą. Cie­szą się tym, co jest. Wy­star­cza im to, co mają. Po­dej­rze­wam, że bar­dzo to do­ce­nia­ją. Za­wsze są po­wo­dy do ra­do­ści i wdzięcz­no­ści. Psy mi o tym przy­po­mi­na­ją, ma­cha­jąc ogo­na­mi. Ra­dość, po­go­da du­cha to ich na­tu­ral­ny stan emo­cjo­nal­ny.

Nie roz­pa­mię­tu­ją mi­nio­nych nie­szczęść. Nie ge­ne­ra­li­zu­ją. Obie na­sze psi­ny spo­tka­ła w prze­szło­ści krzyw­da z rąk lu­dzi. Pola jesz­cze do nie­daw­na, gdy bra­ło się ją, na­wet naj­de­li­kat­niej, na ręce, po­tra­fi­ła się zmo­czyć. Cza­sem pod­ska­ku­je ner­wo­wo, gdy do­tknie się jej grzbie­tu. Jed­nak za­ufa­ła po­now­nie czło­wie­ko­wi. Dała szan­sę i ofia­ro­wa­ła wiel­ką mi­łość.

Psia­ki żyją wła­snym ży­ciem. Nie na­śla­du­ją ni­ko­go i jest im z tym do­brze.

Są czu­łe i wier­ne. Będą ze mną, bez wzglę­du na wszyst­ko. Nie prze­li­cza­ją, czy im się to opła­ca. Po pro­stu są.

In­te­li­gent­nie re­agu­ją na na­sze na­stro­je. Roz­bra­ja­ją wzro­kiem, mach­nię­ciem ogo­na, wy­ło­że­niem się na ple­cy. Tola po­tra­fi wręcz mo­de­ro­wać sy­tu­ację: gdy robi się zbyt go­rą­co i za­czy­na­my przy­po­mi­nać wło­ską fa­mi­lię – osten­ta­cyj­nie wy­cho­dzi z po­ko­ju. To dzia­ła za każ­dym ra­zem! „O, Tola już się zbie­ra” − wy­po­wie­dze­nie tych słów za­wsze prze­ry­wa spi­ra­lę ne­ga­tyw­nych emo­cji. Cza­sem sami się re­flek­tu­je­my i mó­wi­my: „Bo Tola za­raz wyj­dzie” − i emo­cje opa­da­ją.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

SPIS TRE­ŚCI

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ I – ZA­PI­SKI

Wstęp

ROZ­DZIAŁ 1: DOM

1. He­art­ma­de

2. Moja re­cep­ta na dom

3. Świę­ty przed­miot − stół

4. Pięk­na co­dzien­ność

5. Kwia­ty – stra­wa dla oka

6. Feng shui po mo­je­mu

7. Gniaz­do­wa­nie

8. Pies w dom. Czy­li kto tu kogo ra­tu­je?

ROZ­DZIAŁ 2: DU­SZA

1. Wy­bie­ram szczę­ście

2. War­to­ści – naj­waż­niej­sze przy­pra­wy w ży­ciu

3. Musi być coś wię­cej – w po­szu­ki­wa­niu du­cho­wej stra­wy

4. Har­mo­nia

5. Obec­ność w tu i te­raz

6. Moje po­ran­ne stro­ny

7. Pa­mięt­nik wdzięcz­no­ści

8. 250 osób, od któ­rych je­steś za­leż­ny

9. To tak­że prze­mi­nie

10. Żyj dłu­go i szczę­śli­wie, a ra­czej: ży­jesz szczę­śli­wie? Bę­dziesz żyć dłu­go!

11. Czym pła­ci­my na za­ku­pach?

ROZ­DZIAŁ 3: DO­KAR­MIA­NIE

1. Prze­cho­dzi­my na zie­lo­ną stro­nę mocy

2. Po­dwój­nie zie­lo­na, czy­li cze­go się na­uczy­łam na wła­snych błę­dach na po­cząt­ku

3. We­gań­ska kuch­nia jest ta­nia

4. Po­że­gna­nie z tym, co nie słu­ży

5. Co no­we­go? pro­duk­ty, o któ­rych mo­głaś nie sły­szeć

6. Wiel­ka woda

7. Głód

8. Moje ko­rze­nie, czy­li co by po­wie­dział pradziadek Tomasz, wła­ści­ciel kra­kow­skiej rzeź­ni

9. Czy na­sza ana­to­mia fak­tycz­nie sprzy­ja je­dze­niu go­lon­ki?

10. We­gań­skie po­wo­dy do dumy i ra­do­ści

CZĘŚĆ II – RE­CEP­TU­RY

Pod­sta­wo­we, nie­zmien­ne za­sa­dy w mo­jej kuch­ni:

ŚNIA­DA­NIA

Na­sze sło­iki po­wsze­dnie

Ta­tar z awo­ka­do

Gra­no­la z hin­du­skim twi­stem

To­fucz­ni­ca Da­riu­sza

Ka­sza ja­gla­na z ba­na­nem i gra­na­tem

SPI­ŻAR­NIA

Mle­ko mig­da­ło­we

Co­dzien­ny se­rek z ner­kow­ców

Ma­sło ja­gla­ne

Tofu Da­riu­sza, czy­li tofu na­sze po­wsze­dnie

Sma­żo­ne tofu

Mie­szan­ka pra­żo­ne­go se­za­mu, dyni i sło­necz­ni­ka

Pa­sta z na­sion sło­necz­ni­ka i ty­mian­ku

Hum­mus

Pa­sta niby–ryb­na, któ­ra może też być sa­łat­ką

Gu­aca­mo­le

Pro­sty sma­lec z fa­so­li

Pa­pry­karz

Pe­sto z ru­ko­li i sło­necz­ni­ka

Szyb­ki czat­nej z man­go

Na­sza po­wsze­dnia pa­sta z na­tki pie­trusz­ki

Ma­jo­nez

Ke­czup

Naj­prost­szy sło­dzik dak­ty­lo­wy

Ha­ris­sa

Po­wi­dła śliw­ko­we z ogni­stym do­dat­kiem

Za­kwas z bu­ra­ków

Chleb nasz po­wsze­dni gry­cza­ny

Par­me­za­no­wa po­syp­ka

Słod­ko-gorz­ka kró­lew­ska kon­fi­tu­ra z po­ma­rań­czy

ZUPY

Zupa czosn­ko­wa

Szyb­kie grzan­ki

Zupa ogór­ko­wa

So­cze­wi­co­wa zupa Ama­na

Ha­ri­ra

Jar­mu­żan­ka z po­rem

Zupa kur­ko­wa ze szpi­na­kiem na hin­du­ską nutę

Zupa bro­ku­ło­wa

Barszcz

Szyb­ki barszcz

Zupa dy­nio­wo-im­bi­ro­wa

Zupa ko­per­ko­wa

Wa­rzyw­na Ali­cji

Po­mi­do­ro­wa wy­bo­ro­wa

Zupa Yeli

OBIA­DY

Bo­ski ba­kła­żan nie­mal po se­czu­ań­sku

Dal z gro­chu i so­cze­wi­cy

Aro­ma­tycz­ne cur­ry z tofu i szpi­na­ku

Cur­ry z ba­kła­ża­na i szpi­na­ku

Cu­ki­nia z pie­czar­ka­mi

Ko­lo­ro­wy gu­lasz

Piz­za or­ki­szo­wa z so­sem czosn­ko­wym

Sos po­mi­do­ro­wy do piz­zy

Sos czosn­ko­wy

Tian

Ma­ka­ron ze szpi­na­kiem i oliw­ka­mi

Pysz­ny ma­ka­ron z awo­ka­do i pa­pry­ką

Ko­tle­ty z czer­wo­nej fa­so­li

Taj­skie cur­ry z grosz­kiem i li­ściem kaf­fi­ru

Pro­sty gu­lasz z so­cze­wi­cy

Plac­ki ziem­nia­cza­ne z aro­ma­tycz­nym so­sem

Ko­tle­ty z gro­chu

Bur­ge­ry ja­gla­no-ko­per­ko­we

Pie­czo­ny ka­la­fior z duk­ką

Duk­ka

Wa­rzy­wa w tem­pu­rze

Fa­so­la po bre­toń­sku

Moja naj­prost­sza so­cze­wi­ca

Pysz­ne nu­get­sy z bocz­nia­ków

We­ge­bur­ger

Fa­la­fel

Szpa­ra­gi w so­sie orze­cho­wym

Pad ka prao z bocz­nia­ków

Bób z kur­ku­mą i ko­per­kiem

Gu­lasz z bocz­nia­ków

DO­DAT­KI

Go­to­wa­na ku­ku­ry­dza

Ziem­niacz­ki ru­sty­kal­ne

Fryt­ki z ziem­nia­ków

Pi­kant­na fa­so­la szpa­ra­go­wa z pa­tel­ni

Bruk­sel­ka z pa­tel­ni

Po­mi­do­ry pod kru­szon­ką

Szał(wi)owe chip­sy

Chip­sy z cu­ki­nii

Pi­kant­ne ogór­ki aka za­picz­ki

Pie­czo­na dy­nia

SA­ŁAT­KI I DRES­SIN­GI

„Sa­łot” z ka­pu­sty mo­jej mamy

Su­rów­ka naj­prost­sza

Dres­sing do su­rów­ki naj­prost­szej

Dres­sing ze sło­ja

Dres­sing II

Dres­sing Mai

Sa­łat­ka bro­ku­ło­wa

Sa­łat­ka jar­mu­żo­wa z brzo­skwi­nią

Zie­lo­na sa­ła­ta na ostro

Chiń­ska sa­łat­ka z kieł­ka­mi

Sa­łat­ka à la Anna

Sa­łat­ka z jar­mu­żu z wi­no­gro­na­mi

Naj­prost­sza gril­lo­wa­na sa­ła­ta rzym­ska

Za­sma­ża­na ka­pu­sta ki­szo­na Iren­ki

Kim­chi

SŁOD­KO­ŚCI

Fi­stasz­ko­wo-dak­ty­lo­wy pla­cek bez pie­cze­nia

We­ge­mar­ce­pan

Ra­fa­el­la

Lody naj­prost­sze

Lody wa­ni­lio­we

Kar­mel dak­ty­lo­wy

Ciast­ka Mai

Beza

War­saw mess

Ko­ko­so­wa bita śmie­ta­na

Grusz­ki pod kru­szon­ką

Ba­to­ny z orze­cha­mi la­sko­wy­mi bez pie­cze­nia

NA­PO­JE

Nasz sok po­wsze­dni

Zdro­wy spri­te

Man­go las­si

Ostry czaj

Pu­dro­wo-ró­żo­wy kok­tajl mai

Zie­lo­ny kok­tajl mai

Kur­ku­mel­la

Kok­tajl z ana­na­sa i na­tki pie­trusz­ki

Polecane tytuły

Podziękowania

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Prosto z roślin 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia