Między niebem a niebem

Między niebem a niebem

Autorzy: O’Sullivan Joanne

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Kategorie: Dla dzieci Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 15.12 zł

Huragan Katrina pustoszy dotychczasowe życie Evangeline.


W Luizjanie wybucha alarm ostrzegający przed huraganem. W tym rejonie są one częste, więc wszyscy wiedzą, co należy robić i jakich procedur przestrzegać. Mieszkańcy małego miasteczka Bayou Perdu wsiadają do samochodów i ruszają w bezpieczne miejsca – do moteli, rodzin, przyjaciół mieszkających poza zagrożonym terenem.

Rodzina szesnastoletniej Evangeline udaje się do Atlanty, gdzie mieszka siostra mamy. Dzień później już wiedzą… nie mają do czego wracać. Ich miasteczko zostaje całkowicie zniszczone. Wśród chaosu i bólu pojawia się Tru – uchodźca, początkujący bluesman. Czy okaże się balsamem na obolałe serce Evangeline?


Świetnie napisana, wielowymiarowa i wzruszająca opowieść pełna emocji, zapachów, kolorów i smaków Nowego Orleanu. Przepełniona żalem, tęsknotą za domem, za bliskimi. To opowieść o więzach rodzinnych, sile przyjaźni i… miłości.

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Dzisiaj

Burza

Ewakuowani

Pocałunek fundamentem marzenia

Długa przerwa

Po staremu

Czym jest depresja?

„Koniec”, mówi ostatni e-mail.

Droga do domu

Dwa lata później

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału: BETWEEN TWO SKIES

Przekład: PATRYK DOBROWOLSKI

Redaktor prowadzący: SYLWIA KUREK

Redakcja: TERESA ZIELIŃSKA

Korekta: MONIKA PLES, MONIKA PRUSKA

Projekt graficzny i DTP: Studio 3 Kolory

Projekt okładki: Studio 3 Kolory

Jacket/Cover illustration © 2017 Candlewick PressReproduced by permission of Walker Books Ltd. London SE11 5HJ

Copyright © 2017 by Joanne O’Sullivan

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2018

All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Niniejsze dzieło jest fikcją. Nazwiska, postaci, miejsca i wydarzenia są albo wytworem wyobraźni autorki, albo, jeśli miały miejsce w rzeczywistości, w książce tej mają charakter fikcyjny.

Wydanie I

ISBN 978-83-8073-970-3

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 94

tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51

e-mail: wydawnictwo@zielonasowa.pl

www.zielonasowa.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Andrew, Maeve i Finna,

gdziekolwiek jesteście, tam jest mój dom.

Dzisiaj

Kiedy byłam mała, moja babcia, Mamere, czytała mi opowiadanie o syrenie mieszkającej na dnie alpejskiego jeziora. Zakochała się w rolniku, który często przesiadywał na brzegu, i nakłoniła go, by zamieszkał z nią pod wodą. Razem byli szczęśliwi. Kochali się. Jednak co kilka miesięcy mężczyznę ogarniała tęsknota za stałym lądem, za jego krową, farmą, łąkami. Nie potrafił przestać myśleć o tym, że życie w miejscu, z którego pochodził, toczy się bez niego. Syrenie bardzo zależało na jego szczęściu. Dlatego postanowiła przenieść jeden po drugim wszystkie elementy z jego świata na dno jeziora. W końcu udało jej się w cudowny sposób przetransportować całą wioskę w najgłębsze odmęty. Wtedy mężczyzna miał już wszystko, czego pragnął i potrzebował, wszystko, co kochał – dom, krowę oraz kobietę swoich marzeń.

Ludzie zamieszkujący okolicę jeziora do dziś twierdzą, że gdy woda jest spokojna i przejrzysta, patrząc w jej toń, można dostrzec wierzchołki kościelnych wieżyczek, równiutko rozmieszczone uliczki oraz idealne domki z biało-czerwonymi kratkowanymi zasłonami poruszanymi w oknach przez fale.

Dziś przypominam sobie tę historię i wyobrażam sobie Bayou Perdu takie, jakie było przed sztormem. A co, jeśli fale, które je zniszczyły, naprawdę połknęły je w całości i miasteczko istnieje nadal, doskonale zachowane pod powierzchnią wody? I jeśli my również tam jesteśmy, tak jak dawniej? Gdyby spojrzeć w dół, można by ujrzeć kawiarnię, z której wychodziłaby mama z włosami upiętymi w kok, ubrana w fartuch. Mandy po treningu przyjechałaby po nią furgonetką, a jej wysoko upięty kucyk falowałby jak na wietrze. Nasz dom stałby przy ulicy Robichaux, pani Menil siedziałaby na dużej werandzie sąsiedniej posesji, obserwując wszystkich i mrucząc coś pod nosem. Pan Ray pytałby: „Co u mamy?” za każdym razem, gdy przechodziłabym obok stacji benzynowej. A ja siedziałabym w doku i machałabym zwisającymi nad wodą nogami, wpatrując się w linię widnokręgu.

Wtedy na horyzoncie pojawiłyby się czarne punkty i z każdą chwilą stawałyby się większe, aż w końcu można by w nich rozpoznać kształt kutrów. Później widoczne byłyby rozciągnięte na ich burtach sieci, aż w końcu dałoby się słyszeć szum silników. Jak zwykle zabralibyśmy połów i życie w Bayou Perdu płynęłoby dalej zgodnie ze swoim rytmem. Nie musielibyśmy odczuwać samotności czy tęsknoty za domem, bo przecież wszystko, czego potrzebujemy, nadal trwałoby pod okryciem morskich fal. Nie widzielibyśmy ich powierzchni ani nadciągających ciemnych chmur. Nie czulibyśmy wiatru wiejącego z taką siłą, że mógłby wyrywać z korzeniami całe miasta i obracać je w pył. Mimo to nadal bylibyśmy razem, stanowilibyśmy jedność. Nie musielibyśmy poszukiwać tych wszystkich zagubionych części nas samych, których teraz już chyba nigdy nie uda się poskładać.

.

Wcześniej

Sierpień 2015

Niebawem przejdę do historii, ale nie w dobrym sensie, jeśli wierzyć mojej mamie i siostrze. Dzisiaj zostanę pierwszą królową Bayou Perdu, która otrzyma szarfę i diadem, mimo że nie użyła choćby grama spreju do włosów i makijażu. Mam na sobie dżinsy i białe tenisówki.

– Okaż trochę szacunku swojej roli – syczy moja siostra Mandy, gdy wychodzimy z domu na błogosławieństwo. – Nie każę ci zakładać sukienki. Wystarczą porządne szorty i buty na obcasie. W takim stroju wystąpiła zeszłoroczna Królowa Floty. Po prostu się postaraj.

– Robię to, ponieważ reprezentuję naszą marinę. A tutaj nosimy takie ubrania – rzucam. Mandy zawsze prowokuje sprzeczki. Nie dam jej tej satysfakcji. – Ty tego nie wiesz, bo nigdy nie przychodzisz do pracy.

– Ale przecież mają być fotoreporterzy, być może nawet z „Times-Picayune” – wtrąca mama. – Nie chodzi tylko o ciebie, Evangeline. Chodzi też o bistro. Jak sądzisz, jak to się odbije na interesie, jeśli w ogóle się nie postarasz?

– Nie zapominajmy, że Błogosławieństwo Floty to wydarzenie religijne. – Mamere nie daje za wygraną. – Ubrania są nieistotne.

– Evangeline wygląda świetnie. Wsiadajcie do furgonetki. – W końcu tata postanawia zakończyć dyskusję tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Gdyby w rodzinie Rileyów ułożyć ranking kobiet pod względem prawdopodobieństwa zostania królową czegokolwiek, jego wyniki wyglądałyby tak: 1. Mama, znana jako Vangie Beauchamp Riley. W 1979 roku weszła w skład dworu Pomarańczowej Królowej i choć nie wygrała plebiscytu, to ona jest aktualną królową lokalnej sceny restauracyjnej. Jest właścicielką Vangie’s Diner, bistra serwującego najlepsze kanapki z krewetkami w południowym Plaquemines Parish oraz miejsca, w którym można się dowiedzieć, gdzie biorą ryby. 2. Mandy, moja starsza siostra, kapitan drużyny cheerleaderek w Bayou Perdu High, gwiazda softballu, kandydatka do zwycięstwa w tegorocznym konkursie na Pomarańczową Królową. 3. Mamere, moja babcia, Evangeline Beauchamp, emerytowana nauczycielka przedszkolna w Bayou Perdu Elementary, uwielbiana przez wszystkich. 4. Ja, Evangeline Riley, typ chłopczycy, najlepiej znana z podwójnego mistrzostwa do lat szesnastu w wędkarskim rodeo, wiceprzewodnictwa kółka języka francuskiego i unikania wszystkiego, co może prowadzić do zwrócenia na siebie uwagi większej grupy ludzi.

Jako nastolatka z Bayou Perdu chyba musiałam w końcu trafić na królewski dwór. Może najpierw wszystko wyjaśnię, bo mogłoby z tego wynikać, że żyję w bajce Disneya.

Mój dom jest dla mnie trochę jak baśniowa kraina, maleńkie zapomniane miejsce, o którym mało kto wie. To tam Luizjana bierze ostatni oddech, zanim rzuci się w odmęty Zatoki Meksykańskiej. Każdego dnia przepływają obok sunące po Missisipi do Nowego Orleanu barki z całego świata, których załogi nawet nie zauważają nas po drugiej stronie grobli. Zimą na naszych bagnach wiją gniazda najpiękniejsze ptaki, jakie kiedykolwiek widzieliście – warzęchy różowe, czaple modre i czapla śnieżne – i tutaj uczą swoje młode latać. Czasami w głębi bayou można się natknąć na coś, co zapiera dech w piersi, na przykład zatopiony stary francuski nagrobek lub kamienne ogrodzenie plantacji sprzed setek lat w miejscu, gdzie znajdowały się tysiące hektarów litej ziemi, zanim pochłonęło je morze. Tak to postrzegam ja. Przyjezdni widzą w Bayou Perdu raczej maleńką wioskę liczącą dwa tysiące mieszkańców, pełną zaniedbanych domów, kutrów krewetkowych, rybaków, poławiaczy ostryg i plantatorów pomarańczy, którzy ledwie wiążą koniec z końcem. Może i straciliśmy kontakt z nowoczesnym światem. Może i trzymamy się swoich tradycji dłużej, niż powinniśmy, ale świętujemy festiwalem zakończenie każdego sezonu, a w naszym mniemaniu nie ma zabawy bez parady i nastolatki z koroną na głowie.

Najwyższym tytułem królewskim jest Pomarańczowa Królowa. Mandy albo nią zostanie, albo umrze, próbując tego dokonać. Mamy też Królową Mardi Gras, Królową Absolwentów, Królową Sumów, Królową Krewetek i Benzyny (nie mylić z królową samych krewetek). Królowa Floty, którą mam zostać ja, to najmniej prestiżowy z tytułów, tuż za Królową Siarki. Gdy ktoś cię nominuje, tak jak ja zostałam nominowana przez właściciela portu, stajesz się członkiem dworu. Nie musisz w związku z tym zbyt wiele robić, po prostu chodzisz za królową i machasz do publiczności. Chyba że jesteś mną i osiągasz drugi wynik w plebiscycie, a zwyciężczyni zostaje aresztowana za spożywanie alkoholu i w efekcie zdyskwalifikowana. I tak stałam się najmniej entuzjastyczną królową w historii Bayou Perdu. Jedyną osobą bardziej zszokowaną niż ja była Mandy, która nigdy nie przypuszczała, że jej młodsza i niezaprzeczalnie mniej atrakcyjna siostra, w dodatku nieblondynka, zdobędzie przed nią królewski tytuł, nawet jeśli stanie się to w tak żenujących okolicznościach.

Kiedy docieramy do Naszej Pani Morza, czyli kościoła i początkowego punktu procesji, widzimy, że paparazzi, którymi martwiła się mama, nie przyjechali, ale na miejscu jest kilkoro członków dworu, między innymi moja najlepsza przyjaciółka Danielle. Zgromadzeni są ubrani bardzo różnie: od krótkich dżinsowych spodenek i sandałów po letnie sukienki.

– Po prostu wspaniale! – krzyczy Mandy. – Czy nie ma tu kogoś odpowiedzialnego za stroje? Jesteś jedyną osobą w długich spodniach i tak idiotycznych butach!

– Przynajmniej dostanie najwyższą ocenę za oryginalność – rzuca tata, puszczając do mnie oczko.

Mandy wyciąga pompony i wzdychając, opuszcza samochód.

Danielle i ja odprowadzamy ją wzrokiem.

– Przywiozła pompony? – szepcze Danielle.

Danielle zawsze rozumie moje problemy związane z Mandy.

– No wiesz, na wypadek gdyby ktoś nagle potrzebował cheerleaderki – odpowiadam.

– Cześć, Danielle – wita się mama chłodno. Mamere prosiła, abym nie brała do siebie sposobu, w jaki mama traktuje Danielle. Według niej Vangie próbuje mnie tylko chronić. To prawda, że w zeszłym roku pozwoliła Danielle z nami zamieszkać, po tym jak jej matka podjęła kolejną błędną „kontrowersyjną decyzję związaną z mężczyznami” i na kilka miesięcy obie zostały bez dachu nad głową. Mimo to Danielle ma na mnie dobry wpływ. Jest ode mnie dojrzalsza, ponieważ w domu niemal od zawsze musiała zachowywać się jak dorosła. Mam ochotę powiedzieć mamie, że nie powinna oceniać mojej przyjaciółki, gdyż my same mogłyśmy cztery lata temu zostać bezdomnymi, po kolejnym beznadziejnym sezonie krewetkowym, gdyby nie oferta zamieszkania z Mamere po śmierci Grandpere. Ale nie potrafię.

Mamere podchodzi i przytula Danielle, jak to mają w zwyczaju babcie.

– T’es pares, mes filles? – pyta. Jesteście gotowe? Obie należymy do kółka francuskiego, więc lubi z nami rozmawiać po francusku, mimo że sama używa odmiany cajun, w dodatku niezupełnie prawidłowo.

Błogosławieństwo Floty odbywa się na samym końcu Festiwalu Krewetki, dokładnie wtedy, gdy kończy się sezon połowów krewetki brunatnej, a zaczyna białej. Uwielbiam to wydarzenie. Jest to ostatni duży letni festiwal przed rozpoczęciem szkoły i zawsze wypada w okolicach moich urodzin. To już w ten piątek. Jednak nigdy bym nie pomyślała, że będzie mi dane uczestniczyć w zabawie w koronie z kryształu górskiego udekorowanej różową krewetką z klejnotami na środku.

Nasz proboszcz rozpoczyna procesję wraz z ministrantami oraz Rycerzami Kolumba ubranymi w czepki z piórami, czerwone peleryny, uzbrojonymi w miecze. Słysząc taki opis, można sobie wyobrazić kolejną scenę z bajki, ale to tylko starzy członkowie kościoła, przeważnie dystyngowani przedstawiciele naszej społeczności. Grandpere był jednym z nich. Następny kroczy mój partner na czas ceremonii, Król Skorupiak, czyli pan Gonsales, trener drużyny piłkarskiej. On też ma na głowie koronę, a oprócz tego specjalne czerwone rękawice z pazurami krewetki zamiast palców. Dalej idzie królowa wybrana głosami portowych rybaków. Tak, to właśnie ja, uśmiechnięta, a pod tym uśmiechem zaciskająca zęby.

Podczas rozpoczęcia procesji nie ma tu zbyt wielu osób. Są sami katolicy, co w Bayou Perdu oznacza każdego z nazwiskiem o francuskim, włoskim, chorwackim, hiszpańskim lub wietnamskim brzmieniu. To ta smutniejsza część dzisiejszych atrakcji. W Bayou Perdu nie interesują nas smutki. Wyznajemy zasadę „niech nastaną dobre czasy”, a dobre czasy nastają około południa.

W miarę jak przemieszczamy się od kościoła w stronę portu, do procesji dołącza coraz więcej osób i wszyscy śpiewają pieśń Prasie God from Whom All Blessings Flow. Danielle co jakiś czas nawiązuje ze mną kontakt wzrokowy i próbuje mnie rozśmieszyć. Nieźle sobie radzi. Prawie parskam. Ludzie patrzą na mnie ze zdziwieniem, starając się odgadnąć, która z nas jest królową. Czy naprawdę może nią być ta dziewczyna w białych gumowych butach? Dlaczego ktokolwiek mógłby odrzucić propozycję włożenia wielowarstwowej, zdobionej koralikami, rozkloszowanej taftowej sukni? Czuję, że jestem wielkim rozczarowaniem, nawet jak na Królową Floty.

Fotoreporterzy przy dokach są tacy, jak się obawiałam. Słyszę komentarze na mój temat w rodzaju: „W tym roku naturalny styl”, albo: „Dobrze widzieć tym razem jedną z brygady białych kozaczków”, ale moim ulubionym tekstem okazał się: „Myślałam, że to będzie ta druga Riley”. Przy pstrykach migawek pan Gonsales przysuwa się do mnie nieprzyjemnie blisko, pozując do zdjęć królewskiej pary.

Tłum stał się już bardzo gęsty. Widać osoby spoza miasteczka. Jest ich wiele. Przybyła też ekipa telewizyjna. Ktoś przedstawia się jako Francuz, który przyjechał, by nagrać dokument o tym specyficznym europejskim zwyczaju, który zachował się w odległym zakątku USA. Do doków wpływają łodzie udekorowane łopoczącymi na wietrze flagami. Pływamy wokół portu łodzią Vulniche, podczas gdy ksiądz kropi wodą święconą każdą przepływającą jednostkę. Po naszym powrocie wygłasza kazanie, w którym prosi Boga o napełnienie sieci tutejszych rybaków. Przyznaje, że mijający sezon nie należał do najlepszych, gdyż huragany Dennis i Arlene przez wiele dni uniemożliwiały nam łowy. Ale tej jesieni będzie inaczej, lepiej. Oczywiście wszyscy doskonale wiemy, że sezon huraganów dopiero się rozpoczął i w chwili, gdy się tu gromadzimy, kilka kolejnych rozpędza się właśnie u wybrzeży Florydy, ale kazanie ma dawać nadzieję. Poza tym poławiacze krewetek są urodzonymi optymistami. Wreszcie, razem z Królem Skorupiakiem, wspinam się po takielunku i na szczycie masztu macham różańcem. A moja siostra chciała, bym założyła szpilki. Tłum wybucha wiwatami. Ludzie nie mogą się doczekać, aż będzie im wolno robić to, co potrafią najlepiej: jeść, tańczyć, pić piwo i... jeszcze więcej jeść.

Danielle i ja mamy dla siebie tylko kilka minut, ponieważ dziś pracuję na stoisku gastronomicznym. Rola królowej nie zwalnia mnie z tego obowiązku.

– Widzimy się o piątej w garażu? – pyta.

– Tylko ta myśl trzyma mnie przy życiu – oznajmiam, po czym odwracam się w stronę białych namiotów i straganów po drugiej stronie przystani. Właśnie do nich przeniosła się cała akcja, gdyż tam jest jedzenie. Jeśli Amerykę nazywa się tyglem kultur, Luizjana powinna nosić miano tygla gumbo. Francuzi przywędrowali tu za cukrem i ryżem, a pracę wykonywali dla nich niewolnicy z Haiti i Afryki. Włosi zaczęli łowić tu ryby, a Irlandczycy kopać kanały. Chorwaci, na przykład mama taty, przybyli w latach dwudziestych po ostrygi. Wietnamczycy osiedlili się tu w latach siedemdziesiątych, uciekając przed wojną, i zostali poławiaczami krewetek. Tata twierdzi, że wszyscy jesteśmy kundlami, wielką mieszaniną ras i kultur. W jednej rodzinie, na przykład naszej, można spotkać kilka odcieni skóry i rodzaju włosów. Każda z kultur przyniosła ze sobą także swój własny smak, który dorzuciła do wspólnej miski. Dlatego niezależnie od rodzaju festiwalu znajdziecie tu boudin i andouille, czyli pikantne kiełbaski cajun, ptysie, etouffee, grillowane ostrygi, kraby oraz oczywiście sprzedawane na galony gumbo.

Wczoraj po południu mama pojechała do Bellvoir i zleciła druk szyldu do powieszenia nad stoiskiem Vangie’s Diner z gumbo. Na szyldzie widniał napis: „VANGIE’S DINER – POZNAJ KRÓLOWĄ FLOTY 2005, EVANGELINE RILEY!”. Plan jest taki, że mam stać pod nim i wabić klientów, bo przecież gumbo zawsze smakuje lepiej, gdy jest serwowane przez królową. Mama ma za zadanie zabawiać gości, a Mandy twierdzi, że musi iść na obowiązkowe spotkanie cheerleaderek. Wiem jednak, że nie ma zamiaru pracować, by nie pobrudzić sobie kreacji. Plan jest taki, że gdy zobaczy ją Byron Delacroix, chłopak zda sobie sprawę, jakim był idiotą, rzucając ją dla Jasmine Tannen. Moja siostra jest doskonałym strategiem, jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie. Odlatuje na skrzydłach zabawy, jak to blondynka. I oto macie mnie i moją siostrę w pigułce. Ona jasna, ja ciemna. Ona odpływa, ja kotwiczę w garnku z gumbo.

Stoję teraz w fartuchu, szarfie z napisem „KRÓLOWA FLOTY”, w gumowych rękawiczkach i przepasce z koroną. Świetny styl. Jaka szkoda, że fotografowie gdzieś zniknęli.

Nie mija wiele czasu, zanim ludzie zaczynają się bawić. Słońce pali niemiłosiernie, a z garażu sączy się kreolska muzyka. Ze swojego stanowiska za garnkiem widzę kilka tańczących starszych par. Dzieciaki pojawiają się i znikają, podskakując w dmuchanym zamku. Kolejka oczekujących po gumbo się wydłuża. Nakładam je łyżką wazową, a Mamere przyjmuje gotówkę i zagaduje klientów.

– Hej, kochana, co u mamy? Jak żyjecie? Głodna? Comment ça va? Ça va bien?

Widzę mamę chodzącą pośród tłumu. W pewnym momencie podchodzi bliżej i szepcze mi do ucha:

– Za dużo nalewasz. Wystarczy dwie trzecie miski. I dziel chleb na mniejsze kawałki. Wystarczy połowa tego, co dajesz.

Mama ma głowę do interesów. Zawsze wyznacza sobie dolną granicę. Wiem, że trudno cokolwiek zarobić w branży restauracyjnej, ale uważam to za skąpstwo. Czekam, aż się oddali, i znowu zaczynam nakładać do misek więcej gumbo.

Około wpół do piątej tłum przy stoisku rzednie, więc Mamere udaje się do garażu, aby trochę odsapnąć. Mandy miała mi pomagać, ale oczywiście jej nie ma. Więc stoję sama, kiedy pojawia się ten facet. Jeszcze zanim podchodzi do lady, czuję od niego zapach potu zmieszanego z piwem. Ma przekrwione oczy i uśmiecha się dziwnie. Nigdy wcześniej go nie widziałam. Nie jest z okolicy. To pewnie jakiś wieśniak, który zrobił sobie wolne i przyjechał do miasta.

– Wyglądasz na samotną – bełkocze.

Nie sprzedajemy alkoholu, więc rzadko mamy do czynienia z pijakami, ale czasami musiałam sobie radzić z nieprzyjemnymi klientami i dzięki temu znam kilka sztuczek.

– Nie – rzucam niewzruszona. – Mam mnóstwo gumbo do towarzystwa.

– Ja jestem lepszym towarzystwem niż garnek gumbo.

„Wątpię” – ciśnie mi się na usta.

– No to, Królowo Floty, ile masz lat?

Rozglądam się dokoła i czuję, jak mój żołądek skręca się w supeł.

– Na tyle dużo, żeby wiedzieć, że lepiej z tobą nie rozmawiać – odpowiadam z wypiekami na twarzy.

Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Zaczyna rechotać.

– Nieźle! Co lubisz robić w czasie wolnym, królowo? – Przybliża się do mnie za bardzo.

Gdzie są wszyscy?

– Robić gumbo – odpowiadam głosem, który nie brzmi już tak zdecydowanie, jak bym sobie życzyła.

Kręci głową.

– To mnie nie śmieszy. Mam parę pomysłów, jak się zabawić. – Nachyla się jeszcze bardziej. Jego zapach przyprawia mnie o mdłości.

Oddychaj głęboko.

– W sumie jest jeszcze jedna rzecz, którą lubię robić. Trenuję MMA. Mam czarny pas. – To wyssane z palca kłamstwo. – I jeśli stąd nie odejdziesz, chętnie pokażę ci kilka chwytów.

Facet przewraca oczami, po czym odsuwa się, machając na mnie ręką, jakby odganiał muchę, i odchodzi chwiejnym krokiem.

Nadal nieco wstrząśnięta ściągam koronę i szarfę i wrzucam je do pudła pod ladą, staję na krześle i zdejmuję szyld. Zabieram woreczek z pieniędzmi i wrzucam go do torebki. Wystarczy. Koniec zabawy w Kopciuszka. Nadal nie widzę Mandy. Ale przecież nie będę za nią sprzątać. Idę poszukać Danielle i wreszcie się pobawić.

Większość ludzi jest teraz w garażu, gdzie robi się coraz głośniej. Kapela pochodzi z części Luizjany, z której wywodzą się Mamere i Grandpere, miejsca zwanego powszechnie Cajun. Grają właśnie utwór Hot Tamale Baby, a ich akordeonista wymiata. Nie potrafię się powstrzymać i rzucam się w wir tańca, jak to robię sama w swoim pokoju. Zapominam o całym świecie i szaleję do utraty tchu. Ta muzyka robi ze mną coś dziwnego. Mamere twierdzi, że mam ją we krwi, choć dziadek grywał bardziej tradycyjne utwory z Cajun, znacznie wolniejsze i słodsze niż te tutaj. Tańcząc, ludzie wpadają w dziwny trans, przebierają stopami w szaleńczym tempie, wirują, pocą się i nie myślą o niczym poza muzyką. Okrążam łukiem cały tłum, rozglądając się za Danielle, i gdy tylko ją spostrzegam, widzę, że coś jest nie tak. Wydaje mi się, że wiem co.

Kiedy do mnie podchodzi, próbuje powstrzymywać łzy.

– Desiree? – pytam. Mówiąc o swojej mamie, używa jej imienia, więc ja robię tak samo.

Kiwa głową.

– Gdzie jest?

Wskazuje na skraj parkietu. Jej mama, ubrana w przykrótkie spodenki i górę od bikini, kompletnie nawalona, tańczy z jakimś podejrzanym typem.

– Kilka razy próbowałam ją wyciągnąć, ale mnie odepchnęła. Od tego obracania pewnie lada chwila puści pawia. Wtedy już nie będzie taka atrakcyjna. Muszę ją zabrać do domu.

Z mamą Danielle zawsze jest tak samo. Kilka razy była na terapii, ale ta jakoś na nią nie działa. Nie chodzi już o samo picie, tylko o, jak to nazywa Danielle, „uzależnienie od miłości”. Straciłam już rachubę, ile razy Desiree wprowadzała się do nowego partnera i ciągnęła za sobą Danielle. Zawsze kończy się to równie źle.

– Zawołam tatę – mówię. – Idziesz ze mną?

Kręci głową.

– Nie, muszę jej pilnować.

Wiem, że tatę znajdę na drugim końcu przystani w towarzystwie mężczyzn popijających budweisera i snujących rybackie opowiadania.

– Słyszeliście? Kapitan Al złapał dwustufuntowego miecznika!

Tata nigdy nie opowiada, ale też nigdy nie kwestionuje prawdziwości historii kolegów. Jest jednym z nich. Zastaję go w towarzystwie kilku kapitanów łodzi.

– Co jest, złotko? – pyta na mój widok. Chyba widzi, że coś się stało.

– Desiree. Pomożesz? – Wiem, że tak.

Przeprasza swoich kolegów i razem wracamy do garażu, gdzie Danielle opiera się o ścianę w rogu pomieszczenia i patrzy, jak jej matka całuje się z nowo poznanym mężczyzną. Kapela gra głośniej, a na parkiecie tańczy coraz więcej par.

Tata staje za mamą Danielle i klepie ją po ramieniu.

– Cześć, kochana, co słychać?

– John! – Twarz Desiree się rozjaśnia. Chodzili razem do jednej klasy w Bayou Perdu High, mama też. – Zatańczysz? Myślisz, że Vangie nie będzie miała nic przeciwko?

– Pewnie, zatańczmy – mówi tata, stając pomiędzy nią a wieśniakiem. Desiree kładzie głowę na jego ramieniu.

– Hej! To ja z nią tańczę – syczy nieznajomy.

– Dobra – odpowiada tata – ale ona potrzebuje krótkiej przerwy.

Facet próbuje pchnąć tatę, ale sam prawie się przewraca. Po chwili stoi przy nim wielki ochroniarz i łapie go za rękę, zanim ten zdoła zadać tacie cios.

– Zaraz, zaraz – mówi Desiree. – Dobrze się bawiliśmy.

Wtrąca się Danielle.

– Mamo, jedźmy już do domu.

– Nie chcę jechać do domu. Dobrze się bawiłam.

Tata obejmuje ją i zaczyna wyprowadzać z garażu, a Danielle podąża za nimi.

– Przewietrzmy się. Zawiozę was do domu – oznajmia, po czym zwraca się do mnie szeptem: – Powiedz mamie, że niedługo wrócę.

Chwytam Danielle za rękę i ściskam mocno, lecz w końcu się wyrywa i zostawia mnie samą. Jest mi smutno. Muzyka w tle przyspiesza i zapętla się. Pary nadal wirują na parkiecie. To właśnie druga strona naszej bajkowej krainy. Niektórzy piją, jedzą, tańczą i piją więcej, aby zapomnieć. Niektórzy, między innymi mama Danielle, pragną zapomnieć bardzo dużo.

Kiedy piosenka się kończy, wychodzi konferansjer.

– Hej, ludziska! Za tydzień u Kawalerzystów zaczyna się sezon futbolowy! Dlatego chcielibyśmy, aby następny taniec poprowadzili zawodnicy drużyny i nasze urocze Kawalerzystki!

To dlatego Mandy nie została, żeby posprzątać stragan. I dlatego zabrała pompony. Razem z koleżankami wychodzi na środek i zaczynają tańczyć i podskakiwać przed zawodnikami. To by było na tyle. Imprezę uważam oficjalnie za zrujnowaną. W ogóle nie zamierzała mi pomóc. Jak zwykle wszystko będę musiała zrobić sama. Spadam stąd. Udaję się w jedyne miejsce, gdzie potrafię się uspokoić – na morze.

W dokach stoją zacumowane obok siebie nasze dwie rodzinne łodzie. Mandy to duży kuter, źródło utrzymania i podstawa naszej egzystencji, Evangeline to jednoosobowa żaglówka, za mała, żeby w ogóle mieć nazwę, ale tata chciał być sprawiedliwy. Tylko Mandy może wypływać na pełne morze, ale Evangeline też ma swoje zalety. Jest szybka, zwrotna i sterowalna. Zmieści się w najciaśniejszych szczelinach. To na jej pokład wsiadasz, jeśli zamierzasz udać się w głąb bayou, do ukrytych miejsc. Zawsze wybieram ją, nie Mandy. Tak też czynię tym razem.

Kiedy wypływam, słońce świeci już nieco słabiej. Przed sobą mam nieskończoną wodę oraz kanały prowadzące do bagnistej delty rzeki, gdzie nie ma nic prócz nieba, powietrza, wody i skrzydeł. Czuję, jak ogarnia mnie spokój. Wydaje mi się, że mam zbyt dużą przerwę od pływania, że zaczynam usychać. Pamiętam, jak pewnej nocy jako mała dziewczynka próbowałam wytłumaczyć, że czuję, jakby woda była we mnie.

– Oczywiście, że jest w tobie woda – odpowiedziała wtedy Mandy swoim przemądrzałym tonem. – Przecież ciało składa się w osiemdziesięciu procentach z wody.

– Nie, to dlatego, że jest syreną – rzekł tata. – Kiedy była maleńka, złapałem ją w sieć. Miałem ją wyrzucić, ale była taka słodka.

– Ja jestem słodsza – żachnęła się Mandy.

Na wodzie przychodzą do mnie różne myśli. Tutaj doskonale wiem, kim jestem. Nie w porównaniu do innych. Tutaj czuję prawdę, tę najprostszą. Ziemię, powietrze, niebo, wodę. To naturalny rytm życia. To nasze miejsce na ziemi, a ja wiem, gdzie powinnam być. To jakby przeciwieństwo liceum, gdzie właściwie wszystko cały czas jest udawane.

W piątek kończę szesnaście lat, a w poniedziałek zaczyna się szkoła. Trzecia klasa. Wszyscy mówią, jaki to ważny okres. Powtarzają, że mogę pójść do LSU[1], przy dobrych wynikach zdobyć stypendium i zdać wszystkie egzaminy.

Wszystko wygląda tak, jakby chodziło tylko o to, by się stąd wyrwać, a jedyna droga naprzód oznaczała odejście stąd. Mimo to czuję chęć pozostania. Chciałabym pomagać tacie przy łodziach. Według niego łowienie krewetek to żadna przyszłość. Twierdzi, że bardziej pomogę, jeśli pójdę na studia i zacznę zarabiać w innej branży. Ale jakiej? Myśl, że mogłabym siedzieć cały dzień w biurze, mnie dobija. Nigdy się na to nie zgodzę. Tylko jaką mam alternatywę?

Kieruję się w miejsce, które razem z tatą nazywamy Bayou Valse d’Oisea – Zatoka Ptasiego Walca. Jest ukryte pośród grupki wysepek w głębi bayou. Wiosną przesiadują tu ptaki wędrowne. Większość z nich się już przeniosła, ale kilka czapli spędza tu cały rok. Zawsze byłam pewna, że o istnieniu tego miejsca wiem tylko ja i tata i nikt inny nigdy go nie widział. Ale teraz przy jednej z wysepek dostrzegam małą motorówkę.

Kiedy się zbliżam, dostrzegam na łodzi chłopaka machającego rękami nad głową, jakby wzywał pomocy. Nie wyłączył wystarczająco wcześnie silnika i utknął w mule. Miał szczęście, że się pojawiłam.

Podpływam bliżej. Nigdy wcześniej nie widziałam tego człowieka. Prawdę mówiąc, nie pamiętam, bym kiedykolwiek widziała kogoś podobnego.

W mojej szkole można spotkać trzy typy facetów. Są cwaniaki, są hip-hopowcy, którzy uważają się za przedstawicieli ulicy, mimo że żyją w wiejskiej Luizjanie, i są chłopcy z grupy przykościelnej, uprzejmi, ale nudni. W każdej z tych grup znajdziemy czarnych, białych i Azjatów. Ten chłopak nie przypomina żadnego z tych typów. To znaczy jest Azjatą, na oko w moim wieku. Ale ma długie zmierzwione włosy i nosi gładkie rybaczki, biały podkoszulek i kapelusz. Nie czapkę z daszkiem jak cwaniaki ani nie hipsterską czapkę hip-hopowca. Jego nakrycie głowy przypomina coś, co mógłby założyć w latach pięćdziesiątych Grandpere. Nie wiem nawet, jak to nazwać. Może kaszkiet?

– Przedziwna sprawa – odzywa się wreszcie nieznajomy. – Chyba utknąłem. I chyba jestem idiotą.

– Chyba tak – stwierdzam. – To znaczy z tym utknięciem, nie z idiotą.

– Miło, że tak uważasz. Ale mam na tyle rozumu, by wiedzieć, jakie to było głupie, że się tak wkopałem.

Ma rację. Pływanie po nieznanych wodach bez przyrządów nawigacyjnych to naprawdę głupota.

– Zwykle potrafię odnaleźć drogę na wodzie – ciągnie. – Myślałem, że uda mi się wrócić do przystani, i uznałem, że to może być skrót. Ale skończyłem tutaj. Nagle wyskoczyła przede mną ta płycizna. Nie wydaje mi się, żebym wciągnął w silnik błoto, chyba tylko zaplątałem się w trawy.

Zrównuję się z jego łodzią i staję burta przy burcie. Woda w tym miejscu pewnie nie sięga mi do pasa. Tydzień temu pękła nam lina holownicza i nie miałam jeszcze okazji jej wymienić, więc w ten sposób mu nie pomogę, ale sytuacja nie jest groźna.

– Próbowałem wrzucić obroty wsteczne, ale nic to nie dało – dodaje chłopak.

– Może przenieś do mnie lodówkę i inne rzeczy, żeby zmniejszyć ciężar łodzi? – proponuję. – Wtedy złapiemy każde po jednej burcie i może uda nam się ją rozkołysać i uwolnić?

Podaje mi lodówkę. Następnie futerał na gitarę. Ciekawe.

Łódź unosi się nieco wyżej, a ja wskakuję do wody. Sprawia wrażenie zaskoczonego.

– Nie boisz się aligatorów?

– One bardziej boją się nas – odpowiadam, siląc się na pewny siebie ton. Tyle że on nie próbuje zgrywać przy mnie twardziela, więc może i ja nie powinnam. – Tak naprawdę nigdy tu żadnego nie widziałam.

Chłopak wskakuje do wody.

– Gotowy? – pytam. – Bądź ostrożny, żeby nie zniszczyć silnika, ale też używaj siły. Musisz poczuć odpowiedni rytm. Dosłownie i w przenośni.

Zaczynamy kołysać łodzią, powodując powstanie małych fal.

– Nie jesteś stąd? – pytam ponad burtą.

– Przypłynąłem na festiwal. Mam tu kuzynów. Znasz Transów?

Znam w Bayou Perdu każdego. Hip Tran gra w drużynie futbolowej i uchodzi tu prawie za bóstwo.

– Tak, znam. Parkują łodzie niedaleko nas. A ty gdzie mieszkasz?

– W St. Bernard.

Czuję, że wodorosty zaczynają puszczać. Mamy dobry rytm. Technika zadziałała.

– Jak to się stało, że dopłynąłeś aż tutaj? – Chcę się dowiedzieć, w jaki sposób trafił w moje sekretne miejsce.

– To długa historia. Powiedzmy, że zrobiło się gorąco i musiałem na jakiś czas uciec. Pożyczyłem łódź od kuzyna. Hm, bez pytania to też pożyczenie? Jeśli nie, to bardziej ją ukradłem. Oczywiście oddam ją, jeśli tylko uda nam się ją uwolnić. A ty? Skąd się tu wzięłaś?

Nie przestajemy kołysać.

– Przypływam tu często z tatą. To świetne miejsce na lucjany. Poza tym to siedlisko ptaków. Mieszka ich tu chyba z dziesięć tysięcy. Kiedy latają, wyglądają, jakby tańczyły – mówię, po czym dzielę się z nim naszą nazwą tego zakątka.

Robi niecodzienną minę. Uśmiecha się, a potem spogląda gdzieś w dal.

– Zatoka Ptasiego Walca – powtarza. – To by był świetny tytuł piosenki. – Ballada o Zatoce Ptasiego Walca.

– Piszesz piosenki?

– Kiepskie.

– Widziałam gitarę.

– Gram lepiej, niż piszę. A ty coś grasz?

– Trochę na akordeonie. I śpiewam. Jaką muzykę grasz?

Opowiada mi o bluesie. John Lee Hooker. Howlin’ Wolf. Bukka White. Kołyszemy łódź tak długo, że poznaję skróconą historię kreolskiej muzyki oraz dixielandu, popu i zydeco. Dowiaduję się, że wszystkie te rytmy mieszają się ze sobą jak składniki w garnku z gumbo. Patrzę, jak on mówi, jak się tym ekscytuje i niczego nie ukrywa. Niewielu facetów tak potrafi. Ja sama nie potrafię. Czasami wydaje mi się, że tak bardzo mi zależy na unikaniu dramaturgii, że nie pozwalam sobie na takie uczucia. Ale Mamere zawsze mi powtarza, że trzeba mieć w sobie trochę zaciętości. Jak wtedy, gdy po drugiej stronie żyłki mam trzydziestokilowego tuńczyka.

Czuję, że turbina silnika wyrwała się z wodorostów i łódź zostaje uwolniona.

– Tak! – krzyczy nieznajomy. – Udało się! – Zaczyna się śmiać niepohamowanym, szczerym śmiechem. – Nie masz pojęcia, jakie myśli przechodziły mi przez głowę. Wyobrażałem sobie, że będę musiał tu spać. A potem, że rano przylecą sępy rozdziobać moje ciało, gdy już umrę z odwodnienia. Mam bogatą fantazję.

Spychamy łódź nieco dalej, gdzie woda jest głębsza. Chłopak opiera się na burcie łodzi i wciąga mnie na pokład. Nagle zdaję sobie sprawę, że wyglądam jak tonący szczur.

– Lepiej już wrócę – mówi. – Problem w tym, że nie wiem, którędy.

– Możesz płynąć za mną. To niedaleko. Trzeba tylko znać drogę.

– Nie wyobrażałem sobie, że tak fajnie będzie się zgubić i uwolnić łódź z mielizny. Może to głupie pytanie, ale czy nie widziałem cię dziś już wcześniej w koronie? Z różową krewetką z kryształu górskiego?

Czuję, że się rumienię.

– Tak, to byłam ja. To znaczy nie prawdziwa ja. Prawdziwa królowa została przyłapana z otwartą butelką trunku, więc ją zastąpiłam. To trochę skomplikowane.

– Czyli dzisiaj wszystkich ratujesz z opresji, tak? – żartuje. – Jesteś superbohaterką, tylko zamiast peleryny masz koronę.

– Właśnie tak. Potrafię się wspinać na maszty i uwalniać żeglarzy z mielizny. A wszystko to bez zrzucenia z głowy krewetkowej korony.

– A potrafisz na przykład oddychać przez dłuższy czas pod wodą?

– Nie, ale robię świetne gumbo.

– Gumbo Girl! – woła. – Chyba widziałem cię w komiksach Marvela!

– Tak, i moją walkę ze złym Kapitanem Skorupiakiem.

– Gdzie odgryzłaś mu głowę i ugotowałaś z sosem zatarain.

– To było w pierwszym tomie. Szkoda, że nie widziałeś, co zrobiłam w następnej części z Człowiekiem Ostrygą.

– Tabasco. W same gałki oczne – odpowiada i udaje, że wyciska z butelki ostry sos. – Ale zaraz, czy ostrygi w ogóle mają oczy?

– Po starciu ze mną już nie.

Potem nie mówimy już nic. Ta cisza między nami relaksuje mnie niczym chłodna woda.

– A tak poważnie – odzywa się w końcu – naprawdę to doceniam. Ten żenujący incydent mógł się skończyć znacznie gorzej.

– Nie przejmuj się. Umiem dochować tajemnicy.

W świetle zachodzącego słońca płynie za mną w górę kanału. Co jakiś czas się odwracam, aby się upewnić, czy nadal go widać. Nadal go widać.

Kiedy dopływamy do przystani, przywiązuje łódź Transów i wskakuje do mojej. Muzyka w garażu gra chyba jeszcze głośniej niż wcześniej.

– Oho, widzę Hipa – mówi. – Chyba idzie w naszą stronę. Nie wygląda na zadowolonego – waha się. – Nawet nie wiem, jak ci na imię, bo pewnie nie Gumbo Girl. Ja jestem Tru.

– Evangeline.

– Jak w tym wierszu.

Wszyscy w Luizjanie znają Evangeline, bohaterkę wiersza Longfellowa opowiadającego o Akadianinach, którzy uciekli z Kanady i wylądowali w Luizjanie, gdzie zaczęto ich nazywać Cajunami. Moim imieniem nazwano parafię, park, dąb w St. Martinville, restauracje, piosenki. Od stu lat w mojej rodzinie w każdym pokoleniu jest przynajmniej jedna Evangeline, czyli ja, mama i Mamere. Kiedy Mamere wychowywała się w parafii św. Marcina, chodząc na cmentarz, można było spotkać setki grobów różnych Evangeline. Ale sama historia dotyczy nudnych faktów, którymi zamęcza się dzieci w szkole.

– Pamiętasz ten wiersz? – Mój głos robi się piskliwy, trochę jak Mandy, ale nic nie mogę na to poradzić.

– Evangeline była najcnotliwszą z dam – zaczyna. – Chyba jakoś tak to szło. Historia Luizjany w siódmej klasie. W St. Bernard też to przerabialiśmy.

– Na tych zajęciach sporo moich kolegów postanawiało uciąć sobie drzemkę – odpowiadam.

– Dość często się tu pojawiam, więc może jeszcze kiedyś się zobaczymy?

– Nigdzie się nie wybieram. Wiesz, gdzie mnie szukać.

– Wystarczy się rozejrzeć za dziewczyną w krewetkowej koronie? – pyta. – Jeszcze raz dziękuję, Evangeline – dodaje i odchodzi, odwracając się jeszcze. Macha do mnie. Odwraca się. I jeszcze raz. Znowu macha. Przyspiesza kroku, bo zbliża się Hip. Spotykają się i widzę z oddali, że Hip robi groźne gesty rękami. Tru już więcej się nie odwraca.

Następny dzień to dla mnie dzień idealny. O świcie wyruszamy w stronę bagien na pokładzie Evangeline. Suniemy z wolna po kanałach, przeciskając się przez zarośla. Nie słychać nic poza dźwiękami łodzi i cichutkim szumem wody, i wiatru ponad wysokimi trawami. Światło po wschodniej stronie rozbudza się powoli, jak otwierające się płatki kwiatu, aż w końcu cienie nabierają kształtów. Przelatują nad nami pierwsze formacje pelikanów, a bliżej słychać w wodzie uderzenia skrzydeł lub plusk i widać przepływającą zgrabnie tuż pod powierzchnią nutrię czy aligatora. Docieramy do płycizn, gdzie bez najmniejszego trudu chwytamy lucjany czerwone, po czym wracamy do domu, zanim słońce wzejdzie zbyt wysoko, mijając po drodze wędkarzy siedzących na składanych krzesełkach przy zarzuconych wędkach i z otwartymi piwami. Chwilę później przychodzi Kendra i siadamy po przeciwnych stronach hamaka rozpiętego między dwoma mandarynkowymi drzewami satsuma w ogrodzie pomarańczowym, który zasadził Grandpere, kiedy przeszedł na emeryturę. Robimy to, co potrafimy najlepiej, czyli „odwiedzamy się”, jak to nazywa jej mama.

– W sumie to się cieszę, że nie udało mi się zorganizować urlopu – mówi Kendra. – Ty w koronie? Co się zobaczyło, tego się nie odwidzi – mówiąc to, zakrywa oczy. – Aaa! Moje oczy! Palą mnie!

– W takim razie przygotuj się, bo krewetkowa korona zmierza do ciebie. Nie chcę jej w swoim pokoju. Schowam ci ją pod poduszką.

– Będę miała koszmary. Potrafisz sobie wyobrazić mnie w koronie? Wyglądałabym jak drag queen z Dzielnicy Francuskiej.

Kendra ma metr osiemdziesiąt wzrostu i jest gwiazdą szkolnej drużyny koszykówki. Można śmiało powiedzieć, że nigdy nie założy korony. Szybciej pierścień mistrzowski, ale nie koronę.

Kendrę i mnie łączy wyjątkowa przyjaźń. Ona jest czarna, a ja biała. No, prawie. Ona jest sportsmenką, a ja raczej kujonką. Ale kiedy była mała, Mamere opiekowała się nią po szkole, więc zawsze bawiłyśmy się razem. Gdy byłyśmy już na tyle duże, że nie potrzebowałyśmy opieki, nadal wspólnie wracałyśmy ze szkoły. Kendra przychodzi do nas bez zapowiedzi i wchodzi bez pukania. Zawsze powtarzam, że to moja siostra, której zawsze pragnęłam. Mandy to uwielbia.

Dochodzimy do momentu, gdy popłynęłam kanałem i poznałam tego chłopaka, Tru. Opowiadam Kendrze szybko całą historię i kończę słowami:

– W każdym razie mieszka w St. Bernard.

Rzuca mi jedno ze swoich sceptycznych spojrzeń i unosi brew.

– Mhm.

– To znaczy?

– Coś mi nie pasuje w sposobie, w jaki to opowiedziałaś.

– Co takiego?

– Podoba ci się.

– Przecież nawet go nie znam.

– I co z tego? Podoba ci się. Może to ten rok?

– Jaki rok?

– Rok, w którym staniesz się kobietą – żartuje, na co kopię ją w piszczel. – Drażnię się tylko. Rok, w którym pojawi się ktoś, dla kogo stracisz głowę.

Nie jestem typem dziewczyny, która ciągle się zakochuje. Jeśli się spędza tyle czasu w porcie w towarzystwie facetów co ja, nie widzi się w nich tajemniczości.

– No dobrze, może. Zaciekawił mnie. Trochę. Tak jakby. Nikomu nie mów – proszę.

– No coś ty. Komu miałabym powiedzieć?

Nie mamy w szkole wspólnych znajomych, więc łatwiej się nam dzielić sekretami. Wszystko, co sobie mówimy, zostaje między nami, a to ważna rzecz.

– Skoro dla mnie to będzie rok miłości, jaki będzie dla ciebie?

– Rok zwycięstwa – odpowiada ze śmiechem. Wiem, że marzy o mistrzostwie stanu, czym zaskarbiłaby sobie zainteresowanie skautów z college’ów. Obie kładziemy się wygodnie i odpływamy myślami przy akompaniamencie trelu szczygła unoszącego się na bryzie o delikatnym pomarańczowym aromacie.

W nocy przed moimi urodzinami Mamere i ja siedzimy w jej pokoju. Babcia jest jedną z tych staromodnych cajuńskich dam noszących długie włosy zaplecione w warkoczyki i związane w kok. Twierdzi, że w jej czasach włosy kobiety były niczym jej korona i można je było rozpuszczać tylko nocą przed mężem. Kiedy byłam mała, czasem widziałam ją przez chwilę w rozpuszczonych włosach, na przykład gdy mama wysyłała mnie do niej po mleko, a ona była jeszcze w koszuli nocnej. Czułam się wtedy tak, jakbym widziała prawdziwą syrenę lub coś podobnego, równie zapierającego dech w piersiach i rzadkiego. Teraz, gdy ze sobą mieszkamy, nocami pozwala mi się czesać. Włosy opadają jej znacznie poniżej ramion. W świetle księżyca mienią się jak wodospad, są lśniące, długie i zwiewne. Właśnie ją czeszę i chyba zaczęłam nucić, ponieważ mówi do mnie:

– Chowasz w sobie coś dobrego, co pragnie się wydostać na zewnątrz.

Mówi w taki dziwny sposób, że nigdy nie wiem, czy to wina jej angielskiego, czy po prostu tak formułuje myśli.

– Jutro są moje urodziny.

– Słodka szesnastka. Byłam w twoim wieku, gdy poznałam dziadka.

Opowiada mi o czasie, gdy miała tyle lat co ja i chodziła do St. Martinville. W sobotnie wieczory urządzano spotkania taneczne zwane fais do-do. Dziewczyny stawały po jednej stronie sali, a chłopaki po drugiej. Byli wśród nich odważniejsi, którzy podchodzili do dziewczyn i prosili je do tańca. Ale Grandpere był inny. Był cierpliwy i długo ją poznawał. Odprowadzał ją po szkole, nosił jej książki i się zalecał. Przygrywał jej na akordeonie i śpiewał pieśni swojego autorstwa. Jest taka jedna cajuńska skoczna piosenka pod tytułem Evangeline Special. Uznał jednak, że jest za szybka, więc ułożył wolniejszą i bardziej uroczą. Nazwał ją Sweet Evangeline Waltz.

– Jesteś wyjątkową kobietą, Mamere – mówię. – Ktoś napisał o tobie piosenkę.

– Za to ty dostałaś po mnie imię, kochanie. Nic lepszego nie mogło ci się przytrafić.

– Czy naprawdę wszystko się zmienia w wieku szesnastu lat? – pytam. – To znaczy, czy w tym wieku jest coś magicznego? Oprócz tego, że można już prowadzić samochód?

Widzę w jej oczach zamglone, jakby smutne spojrzenie.

– To czas na ostrożność, ale bez przesady. Ryzyko, ale niezbyt wysokie. Zrozumiesz, że masz moc, aby osiągnąć, co zechcesz. Wybór należy do ciebie. Może właśnie w tym tkwi magia. Gdy będziesz w moim wieku, będziesz wracała pamięcią do tego okresu jako najlepszego w całym życiu.

Nuci cichą melodię. Kładę jej głowę na ramieniu i zastanawiam się, kiedy rozpocznie się dla mnie ten magiczny czas.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

Przypisy

[1] LSU (ang. Luisiana State University) – Uniwersytet Stanowy Luizjany (przyp. tłum.).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Między niebem a niebem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia