Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u

Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u

Autorzy: Krzysztof Tomasik

Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB

cena od: 22.70 zł

Wydanie drugie, poprawione i poszerzone

 

Czy Andrzej Wajda zamierzał zrobić film o miłosnej relacji „Zośki” i „Rudego”? Kim był brat „Wampira z Zagłębia” i jaki miał wpływ na przebieg słynnego procesu z lat 70.? Dlaczego tak mało wciąż wiemy o akcji „Hiacynt”? Gdzie są „różowe teczki”? Do czego klucz kryją powieści sensacyjne z serii „Jamnik”?

Krzysztof Tomasik wertuje reportaże, zapomnianą literaturę, akta spraw sądowych, wypowiedzi autorytetów i polityków, pamiętniki i listy. Czas, w którym autor spędził między innymi w archiwum IPNu skutkuje tym, że oddajemy w ręce czytelnika reportaż o PRLu jeszcze pełniejszy i jeszcze bardziej fascynujący.

SPIS TREŚCI

WSTĘP. Pod skórą „normalności”

ROZDZIAŁ 1. Nie zauważać i karać

ROZDZIAŁ 2. Na tropie „chomo”. IPN a homoseksualizm

ROZDZIAŁ 3. Homoseksualiści przed sądem

ROZDZIAŁ 4. Literatura popularna, literatura homoseksualna

ROZDZIAŁ 5. Polski film: wychodzenie z szaletu

ROZDZIAŁ 6. Obrona przed zachodnią pornografią

ROZDZIAŁ 7. AIDS, którego nie było

ROZDZIAŁ 8. Czy istniały lesbijki?

ROZDZIAŁ 9. Transpłciowość: farsa lub dramat

ROZDZIAŁ 10. Homoseksualizm jest gdzie indziej

BIBLIOGRAFIA

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

WSTĘP

POD SKÓRĄ „NORMALNOŚCI”

Z upodobaniem powtarza się, jak to niedawno aktor Jurek Karaszkiewicz wszedł do kawiarni ZLP na Krakowskim [Przedmieściu], stanął na środku, lekko się zachybotał i dramatycznym głosem zakrzyknął: „Pedały, powiedzcie, jak żyć”.

KRZYSZTOF MĘTRAK, DZIENNIK Z PAWLACZA (1975)

Anegdota zanotowana przez Krzysztofa Mętraka świetnie się nadaje na punkt wyjścia do rozważań, jak w PRL-u funkcjonował temat homoseksualności. Jest połowa lat 70., szczytowy okres rządów Edwarda Gierka. W notce Mętraka tylko heteroseksualny z założenia Karaszkiewicz (1936–2004) wymieniony jest z nazwiska; „pedały” ze Związku Literatów Polskich, do których się zwraca, są anonimową grupą. Zapewne liczną, gdyż właśnie wśród literatów jest najwięcej mężczyzn, o których „się wie”. Nie trzeba się długo zastanawiać: Iwaszkiewicz, Andrzejewski, Stryjkowski, Białoszewski… Karaszkiewicz jest aktorem, człowiekiem z innego środowiska, którego alkohol ośmielił do obnażenia nadreprezentacji homoseksualistów wśród pisarzy. Podobne myślenie musi być dość powszechne w elitarnych kręgach Warszawy, skoro historię powtarza się „z upodobaniem”. No i końcowy paradoks, fundamentalne pytanie „jak żyć?” zadawane właśnie homoseksualistom, co zapewne świadczy o desperacji aktora i ma dawać humorystyczny efekt.

Krzycząc „pedały”, Karaszkiewicz użył najpopularniejszego przez cały PRL określenia na osoby homoseksualne. Obraźliwe ostrze tego słowa już się nieco stępiło, dziś może mieć dla niektórych nawet vintage’owy urok. Wówczas jednak jako wyzwisko „pedał” królował i właśnie w ten sposób funkcjonował w świadomości społecznej. A reprezentacja „pedałów” w przestrzeni publicznej? Pojedyncze książki, kilka filmów z ciotowskimi epizodami, dobrze ukryte kluby dla wtajemniczonych, parę artykułów w specjalistycznych pismach na temat zboczeń płciowych i środowisk kryminogennych – wyobrażamy sobie, że tak to właśnie wyglądało, że dostrzegała to grupka najbardziej zainteresowanych, dla reszty było nieistotne. W lipcu 1980 roku Krystyna Kofta zapisała w swoim dzienniku: „Na Starym Mieście, na wątróbkach, w knajpie pedalskiej. Oficjalnie zwykła knajpa, ale rzeczywiście sporo przystojniaków kręcących tyłkami, że nasza Wiercidupka może się schować. Odpoczywam, a tym razem Taylor i Dru są na linii strzału, oni są obiektem spojrzenia, machania ręką, stawiania kolejek” (6 VII 1980). Tak to wyglądało z perspektywy heteroseksualnej pisarki, perspektywa samych osób homoseksualnych było zapewne nieco inna. Jak im się żyło? Różnie. Pisarz Grzegorz Musiał tak opisał jednego ze swoich znajomych w dzienniku: „Ciemnowłosy, wąsaty Marek, kiedyś chuligan, nawet kryminalista, dziś mąż, który «nienawidzi swej żony». Ojciec dwóch córeczek, które «kocha tylko przy wódce» i tylko wśród Drogich Nieznajomych, ku którym ma «niespożyty pociąg». – Nie mogę się z tym pogodzić, nie mogę, nienawidzę siebie – leje łzy. – To jest okropne, to jest… – zastanawia się chwilę i nagle zdumiewa nas precyzyjnym słowem – …to jest gorzkie. Okropnie gorzkie” (26 I 1982).

Może kluczem jest właśnie słowo „gorzki”? Gorzki fiolet – taki tytuł nosił najbardziej znany artykuł o homoseksualizmie opublikowany w PRL-u. Był rok 1981, a autorka to Barbara Pietkiewicz, publicystka „Polityki”. Jak pisał Paweł Kurpios, Gorzki fiolet szybko zyskał „w środowisku” status kultowego: „Wspomina się wręcz o tym, że co celniejsze fragmenty odczytywano na głos w trakcie specjalnie zorganizowanych sesji lektorskich”. Dlaczego to właśnie artykuł Pietkiewicz lepiej zapisał się w zbiorowej pamięci niż wcześniejszy o osiem lat tekst Tadeusza Gorgola Homoseksualizm a opinia z „Życia Literackiego”? Czy zdecydowała o tym siła i poczytność „Polityki” – czy też dopiero w 1981 roku polscy homoseksualiści byli gotowi na przyjęcie artykułu o sobie? Pod względem treści oba teksty są do siebie zaskakująco podobne: najpierw jest rys historyczny (Grecja!), potem przedstawienie sytuacji współczesnej, wreszcie apel o tolerancję i zastrzeżenie, aby nie dać homoseksualistom za dużo przywilejów. W obu homoseksualizm oznacza mężczyznę. Zarówno autor, jak i autorka rytualnie odcinają się od tematu, dbają, by nie przesadzać ze wsparciem. Jeden z ostatnich akapitów u Pietkiewicz brzmi: „Homoseksualiści domagają się specjalnych, chroniących ich ustaw, jak te, które uchwalono dla Murzynów i kobiet. Wraz z tolerancją rośnie sprzeciw społeczny wobec tych żądań. Tolerancja nie może oznaczać aprobaty ani przyznania specjalnych uprawnień”.

Na jakie „specjalne uprawnienia” mogli liczyć geje i lesbijki w roku wprowadzenia stanu wojennego? Nie jest tajemnicą, że przez cały PRL pociąg do osób tej samej płci był postrzegany przez pryzmat słabości, jako czynnik, który ułatwi złamanie i zwerbowanie danej osoby przez Służbę Bezpieczeństwa. Jedną z takich historii przytacza Grzegorz Musiał: „[Józio] opowiada o swym znajomym z Gdańska, lekarzu czy adwokacie, bardzo pięknym, o którym bezpieka wiedziała, że jest «taki». Przesłuchiwano go przez parę dni, po kilkanaście godzin dziennie – chcieli mieć przez niego «wejście w środowisko». Nic nie powiedział, nic nie podpisał, w nagrodę dali go do celi recydywistów, gdzie pięciu drabów gwałciło go jeden po drugim. Józio widział się z nim niedawno. Mówi: «To już jest zupełnie zrujnowany człowiek»” (5 II 1982). Historia tego i podobnych mu mężczyzn wciąż nie zainspirowała nikogo do szerszych badań na temat funkcjonowania osób homoseksualnych w PRL-u. Przyjęcie perspektywy skupiającej się na nienormatywności seksualnej wymusiłoby nieco inną opowieść o Polsce sprzed kilkudziesięciu lat niż ta obowiązująca, dobrze już znana, z banalnymi podziałami na PZPR i „Solidarność”, Wałęsę i Jaruzelskiego, walczący naród i uciskający go obóz władzy.

Chociaż każdego roku setki młodych ludzi rozpoczynają studia historyczne, temat homoseksualności w Polsce Ludowej wciąż nie doczekał się regularnych badań, choć okazji do zajęcia się tą kwestią nie brakowało. Nieistniejące już wydawnictwo Trio przez ponad dziesięć lat firmowało książkową serię „W krainie PRL”, która miała być alternatywą dla historii proponowanej przez IPN, spojrzeniem na tamten okres od strony społecznej. Tytułów ukazało się w sumie 63, monografii doczekała się syrenka, zanalizowano scenę rockową, ruch syjonistyczny, a nawet turystyczny, ale żadna z książek nie została poświęcona przemianom w dziedzinie seksualności, nie mówiąc już o mniejszościach seksualnych. Najlepiej pokazuje to horyzont myślowy polskich historyków, nawet tych liberalnych, niezwiązanych ze skrajną prawicą, pozornie dalekich od ideologii IPN-u.

Gdy brakuje faktów, wkracza fikcja. W efekcie pewna część młodych ludzi uważa, że życie homoseksualistów w PRL-u zostało wiernie opisane w Lubiewie Michała Witkowskiego. Także osoby żyjące w tamtej epoce mają problemy z podsumowaniem, czym była wszelka nienormatywność seksualna, często poprzestają na opisaniu pojedynczych anegdot, których byli świadkami bądź bohaterami. Jak dotąd chyba tylko Kindze Dunin udało się dotknąć istoty sprawy, gdy w autobiograficznym szkicu z Zadymy wspominała sytuację sprzed lat: „Homoseksualizm istniał i jednocześnie nie istniał. Kiedy dorastałam, zdarzało mi się to i owo z koleżankami. Jeden z moich pierwszych chłopaków wyznał mi, że przede mną kochał się w koledze z klasy. Inny kumpel znowu opowiadał, jak to nie mógł poradzić sobie z pewnymi sprawami, więc poszedł do seksuologa. Seksuolog spojrzał mu głęboko w oczy i zaprosił na weekend na Mazurach. Znałam bardzo samotnych mężczyzn, o których wiedziałam, że są homoseksualistami, oraz żonatych, o których powszechnie plotkowano, że wolą chłopców. […] Wszystkie te doświadczenia i informacje pojawiały się na chwilę i natychmiast znikały. Nie powodowały żadnej zmiany myślenia. Nie prowokowały do żadnych pytań. Książeczki o zboczeniach sobie, a życie sobie. Wszystko to też działo się gdzieś w ukryciu, pod skórą tak zwanej normalności. Dopiero dziś wiem, że emancypacja polega właśnie na ujawnianiu niejawnego, a ja dorosłam w czasach przedemancypacyjnych”.

Moim zadaniem było pozbierać „okruchy” o homoseksualizmie, które pojawiały się w PRL-u, nie układając się wówczas w żadną całość. Zobaczyć, w jaki sposób ten temat funkcjonował w przestrzeni publicznej, szczególnie w jej masowym wymiarze. Co można było przeczytać w popularnym czasopiśmie, wydawanych w ogromnych nakładach książkach, obejrzeć w kinie, usłyszeć przy okazji głośnego procesu sądowego. Okazuje się, że świadectw z epoki jest całkiem sporo, nienormatywność płciowa istniała zawsze, a problemem jest raczej sposób konstruowania pamięci historycznej, tego, co jest „ważne” i warte zapamiętania.

Historia homoseksualności zawsze będzie historią alternatywną. Przypominam ludzi, sytuacje, tytuły, które w większości zostały zupełnie zapomniane. Nie ma tu tradycyjnie rozumianej wielkiej polityki, nazwiska Gierka czy Gomułki pojawiają się na drugim lub trzecim planie. Wydarzenia takie jak czerwiec ’76 przedstawione są z perspektywy fałszywego „listu Andrzejewskiego” w obronie mniejszości seksualnych, epizodu wciąż mało znanego i nie dość zbadanego. Dotyczy to zresztą wielu historii zawartych w tej książce. Na własną monografię czeka choćby akcja „Hiacynt”, zorganizowana operacja przesłuchiwania i ewidencjowania mężczyzn, których masowo zatrzymywano w miejscach spotkań homoseksualistów.

Ważne jednak, aby nie ograniczać się tylko do wydarzeń mających bezpośredni związek z polityką, równie ważne są historie obyczajowe i życiorysy konkretnych osób. Jeśli uczynienie kogoś pierwowzorem postaci z książki lub filmu jest miarą bycia symbolem homoseksualności, to w latach 70. i 80. byli nimi tancerz Stanisław Szymański i aktor Jerzy Nasierowski – jeden uwieczniony w kryminale Heleny Sekuły, a drugi w komedii Wielka majówka Krzysztofa Rogulskiego. Na opisanie czekają także zapoczątkowane w latach 80. próby formowania się stowarzyszeń, na przykład Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego, któremu odmówiono prawa do rejestracji, a który współtworzyli późniejszy piosenkarz Sławomir Starosta i Waldemar Zboralski, nazywany „gejowskim Wałęsą”.

Polska Rzeczpospolita Ludowa formalnie istniała od 1952 do 1989 roku. Zbyt długo, by można było udawać, że tego okresu nie było i że dziś nie mamy już z nim nic wspólnego. Okazuje się, że w ówczesnych tekstach stykamy się z dobrze znaną opowieścią: homoseksualizm to zagraniczna moda, przed którą trzeba się bronić, bo silne lobby wymusza coraz większe przywileje. Wbrew pozorom ten dyskurs nie jest tworzony na bieżąco jako reakcja na zmieniającą się sytuację; powstał w latach 70. i 80. XX wieku i pokutuje do dziś. Zgadzają się także inne części tej „układanki”. Wciąż obracamy się w męskocentrycznej opowieści – lesbijki „nie istnieją”, najwyżej jako erotyczna fantazja albo część narracji więzienno-obozowej. W przypadku transpłciowości mamy do czynienia z sytuacją, w której wciąż kolejne osoby piszą tę historię od nowa. Tak więc życie mniejszości seksualnych zmieniło się diametralnie w ciągu tych kilkudziesięciu lat, ale w dyskursie publicznym wciąż operuje się tymi samymi kliszami. Można odnieść wrażenie, że także dla współczesnych polityków okres PRL-u stanowi w tej kwestii swego rodzaju wzór. Kolejne opcje rządzące po ’89 homoseksualizm widziały jedynie w sferze prywatnej, jako niechciany temat, którym lepiej się nie zajmować. Ideałem byłoby nieporuszanie tej kwestii w kontekście politycznym w jakiejkolwiek formie. Jednocześnie zadbano, by nie przesadzać z „przywilejami”. Dlatego w Konstytucji RP uchwalonej w 1997 roku znalazł się zapis o ochronie małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, choć nie odbyła się jeszcze wówczas na poważnie debata o związkach partnerskich i siłą rzeczy społeczność LGBT nie podnosiła postulatu kwestii małżeństw jednopłciowych. Mimo to homoseksualizm pozostał straszakiem, takim samym, jakim był w latach 70. dla premiera Piotra Jaroszewicza, gdy mówił do Mieczysława Jagielskiego: „Ej, Mietek, pedałów to ty z nas nie rób!”.

W przypadku nienormatywności seksualnej niezwykle istotne są odczucia samych zainteresowanych. Jak reagowano na inność, czy doświadczano dyskryminacji, przed kim się ujawniano, jakiego słownictwa używano? Odpowiedzi na te pytania można szukać, rozmawiając z dorastającymi w tamtym czasie osobami LGBT, ale lepszym wehikułem do podróży w czasie są powstające na gorąco dokumenty z epoki, na przykład słane do czasopism opisy własnej egzystencji z prośbą o wsparcie lub poradę. Wybór tego rodzaju świadectw czytelnik znajdzie między rozdziałami, pod wspólnym szyldem „Listy z PRL-u”; przypominają one, że toczyło się wówczas również zwyczajne życie, w którym geje, lesbijki i osoby transpłciowe musieli się jakoś urządzić.

Oczywiście ta książka nie wyczerpuje tematu. Stanowi wybór zagadnień, mający pokazać, jaki potencjał tkwi zarówno w historii mniejszości seksualnych, jak i w samym PRL-u, który mimo licznych opracowań pozostaje epoką wyjątkowo zmitologizowaną, a często po prostu zakłamaną, pokazywaną przez pryzmat inscenizacji stanu wojennego i zabawy w ZOMO. Na badania czekają zarówno ówczesny underground, jak i kultura masowa. Trzeba pamiętać, że z uwagi na brak spójnej narracji o homoseksualności temat ten pojawiał się często w sposób dużo mniej jednoznaczny niż dziś. Można więc natrafić na sytuacje, których byśmy się nie spodziewali – jak ta z wyborów Miss Polonia. W 1988 roku, w czasie uroczystej gali transmitowanej przez telewizję, pośród wielu innych konkurencji dla pięciu finalistek przygotowano także „test na inteligencję”. Jedno z pytań brzmiało: „Gdyby pani miała do wyboru następujące kandydatury na męża: Tadeusza Drozdę, Zbigniewa Bońka, Wojciecha Młynarskiego, Martinę Navrátilovą i ministra Aleksandra Krawczuka, kogo by pani wybrała?”. Jedna z kobiet odpowiedziała, że Martinę Navrátilovą. Otrzymała spore brawa.

Listy z PRL-U

1962, Czesław z Krakowa (32 lata)

Jestem młodym Polakiem. Pracuję w studenckiej organizacji turystyczno-wypoczynkowej i studiuję na uniwersytecie.

Wasze czasopismo „Droga do przyjaźni i tolerancji” otrzymuję wprawdzie nieregularnie, ale czytam je zawsze, już od kilku lat. Od czasu do czasu czytam również pismo „Der Kreis”. Wiem również, że są i inne czasopisma, przeznaczone dla mężczyzn; „L’treadie”1, „Vriendschap”. W przeszłości miałem również „Freond”. Jednak najlepiej podoba mi się „Der Weg”.

W Polsce nie mamy żadnych takich czasopism. Jest jednak wiadomo, że nieoficjalnie rolę takiego pisma spełnia u nas dwutygodnik „Sport dla Wszystkich”, aczkolwiek jawnie służy on innym celom.

Jest również rzeczą powszechnie wiadomą, że Polska jest krajem, gdzie z jednej strony jest wysoka liczba urodzeń, co z punktu widzenia rzeczoznawców socjologii w naszych powojennych stosunkach staje się pewnego rodzaju problemem, z drugiej zaś strony jest to kraj mający stosunkowo znaczną ilość mężczyzn zainteresowanych w uprawianiu homoseksualizmu, którzy sądzą, że: „z kobietami można posiadać dziecko, ale miłość i zadowolenie można uzyskać tylko w wyniku stosunku z drugim mężczyzną”.

W Polsce jest kilka większych ośrodków, gdzie homoseksualiści są zjawiskiem zupełnie normalnym, nawet opinia publiczna nie jest tym zdziwiona. Trzeba wiedzieć o tym, że nie polskie przepisy prawne, lecz zacofanie opinii publicznej jest tutaj elementem, który skłania do nieujawniania się naszej męskiej płci.

Już od najdawniejszych lat sprawa współżycia seksualnego jest w Polsce uważana za sprawę osobistą każdego człowieka. Prawo nie miesza się do tych interesów. Od 1932 roku istnieje jeden tylko przepis prawny w kodeksie postępowania karnego – artykuł 207, że karalny jest tylko stosunek płciowy z osobnikiem jednakowej płci, jeżeli takowy spełniony został jedynie z chęci uzyskania korzyści materialnych. Oczywiście zdarzają się takie przypadki, zwłaszcza w większych miastach, jak: w Krakowie, Warszawie, Katowicach, Gdyni i tak dalej, gdzie niektórzy młodociani chcą wyciągnąć z tego rodzaju przyjaźni lub znajomości korzyści materialne. Jednak ogólnie rzecz biorąc, Polska jest krajem, w którym nawiązuje się szybko tego rodzaju znajomości bezinteresownie.

Okładka dwutygodnika „Sport dla wszystkich” (sierpień 1965)

Jest nas, homofilów, bardzo dużo. Żadna władza państwowa czy też milicyjna nie interesuje się nami i nie miesza się do naszych spraw. Nie należymy do żadnej organizacji ani zrzeszenia. Nie posiadamy również żadnych klubów, jak to jest na zachodzie Europy. Odwiedzamy się tylko w kawiarniach, których w Polsce jest bardzo wiele, w klubach studenckich, w domach akademickich, w mieszkaniach prywatnych, w znanych miejscowościach kuracyjnych, wreszcie w kąpieliskach. Wiem, że na zachodzie Europy i w Ameryce ukazuje się wiele wydawnictw przeznaczonych dla mężczyzn. Jednak takie książki czy czasopisma dochodzą do nas nieregularnie. Cenzura nie konfiskuje tego rodzaju literatury i zdjęć, jeżeli przychodzą one w niewielkiej ilości. Nie płacimy również żadnego cła. Jednak to, co otrzymujemy, jest przysłowiową kroplą w morzu.

Nie mamy możliwości abonować tych pism, gdyż nie otrzymalibyśmy na to żadnych dewiz. Od czasu do czasu ukazują się u nas różne wydawnictwa ilustrowane, jak: Fotografia aktu, Miłość w sztuce i fotografii, Piękność i siła w sporcie.

Z książek dla nas przeznaczonych ukazały się wydania: André Gide’a Jeżeli nie umiera ziarno…, Grzegorza Timofiejewa Człowiek jest nagi i może najbardziej udane wydawnictwo polskie Jerzego Andrzejewskiego Bramy raju. Ale to jest wszystko, i tak to mało.

Wasze pismo czytam z zainteresowaniem, a załączone zdjęcia naprawdę radują oczy. Piszę to w tym celu, abyście wiedzieli, że Wasze pismo dochodzi również do Polski, gdzie znajduje wielu entuzjastów i jest witane z radością.

List do redakcji niemieckiego pisma „Der Weg zu Freundschaft und Toleranz” (nr 9/1962, za: IPN BU 0236/142/4)

ROZDZIAŁ PIERWSZY

NIE ZAUWAŻAĆ I KARAĆ

W dzień 7 bm. rozmowa z pp. tajnymi policjantami w kawiarni Muranów. Ładnie byłoby to opisać, ale mi czegoś wstyd. Nie opisuje się wizyty u prostytutki ani zaczepki pederasty.

ANDRZEJ KIJOWSKI, DZIENNIK (22 v 1965)

Pytanie o stosunek PRL-owskiej władzy do homoseksualności jest właściwie bezsensowne, a jednocześnie konieczne. Bezsensowne, bo zakłada, że rządzący w kolejnych okresach mieli jasno sformułowane i przemyślane stanowisko, które można dziś odtworzyć. Tak nie było, co nie znaczy, że ich działania były zawsze przypadkowe i nie należy się zastanawiać nad ich znaczeniem. Gdy brak klarownego programu politycznego, władza ma spore możliwości, by w zależności od potrzeb uderzyć w tony represji albo przychylności, karać albo tolerować. Osoby homoseksualne zazwyczaj nie były przedmiotem szczególnego zainteresowania ani instytucji politycznych, ani tych mających realne społeczne znaczenie i częściowo autonomicznych, czyli mediów i Kościoła katolickiego. Nie zmienia to faktu, że w naszej historii mamy przynajmniej kilka wydarzeń kluczowych dla sytuacji mniejszości seksualnych w Polsce. Można też zauważyć pewną prawidłowość: im homoseksualność stawała się bardziej widoczna, tym represje były większe.

Prywatny homoseksualizm

Najważniejsze było liberalne ustawodawstwo. W powojennej Polsce utrzymano międzywojenne prawo, które począwszy od 1932 roku nie penalizowało stosunków seksualnych między osobami tej samej płci. Wówczas był to ewenement niemal na skalę światową. Podobne stanowisko nie było oczywiste także po roku ’45 – męsko-męski seks karano jeszcze w latach 60. XX wieku zarówno w wielu krajach Europy Zachodniej (Wielka Brytania, Austria, RFN), jak i w tak zwanym bloku wschodnim (ZSRR, Rumunia, NRD). Jest to o tyle znaczące, że wciąż pokutuje mit wyzwolonego Zachodu, gdzie „od zawsze” geje i lesbijki cieszyli się pełnią praw. Echa takiego myślenia pobrzmiewają choćby u Tadeusza Sobolewskiego, gdy pisze o Mironie Białoszewskim: „Gdyby Białoszewski mieszkał w Paryżu czy Nowym Jorku – w którym poczuł się tak swojsko «jak w Sieradzu», kiedy tam pojechał w 1982 roku po odbiór nagrody Fundacji Alfreda Jurzykowskiego – nikt by go nie pytał, z kim śpi, o której wstaje i jak się ubiera. On tymczasem żył w peerelowskiej Warszawie”. Paradoksalnie Białoszewski, urodzony w 1922 roku, mógł się poczuć swojsko w Nowym Jorku w ’82, ale gdyby żył tam w latach 50. czy 60. XX wieku, mógłby się spotkać z większymi represjami jako homoseksualista niż w „peerelowskiej Warszawie”. Amerykański ruch wyzwolenia mniejszości seksualnych zaczął się właśnie w Nowym Jorku, gdy 27 czerwca 1969 roku w barze Stonewall Inn jego bywalcy po raz pierwszy sprzeciwili się rutynowemu nalotowi policji. Ówczesną sytuację społeczności LGBT podsumowywał po latach Paul Russell: „Naloty takie stanowiły zwykłą procedurę w latach 60. Gejowskie bary, często niemające licencji na sprzedaż alkoholu, zamykano, ich bywalców traktowano brutalnie, niekiedy aresztowano, a nazwiska drukowano w gazetach, beztrosko rujnując niejedno życie i karierę. Było to po prostu jeszcze jedno ryzyko związane z byciem gejem i bywalcy takich barów godzili się z tym, ponieważ nie mieli żadnego innego wyjścia, jeśli chcieli spotykać ludzi sobie podobnych”.

Liberalne prawo PRL-u, w istocie niedostrzegające homoseksualizmu, sprawiało, że preferencje seksualne były prywatyzowane i to od indywidualnej sytuacji danej osoby zależało, czy czuła się wykluczona i dyskryminowana. Historyk literatury Michał Głowiński (rocznik ’34), gdy jako nastolatek uświadomił sobie, że jest homoseksualny, miał poczucie całkowitego wyobcowania: „Zostałem zdany sam na siebie, nie było nikogo, z kim mógłbym na ten temat rozmawiać, moja samotność była absolutna. W ówczesnej szkole nie mówiło się o sprawach tego rodzaju, o czymś takim jak edukacja seksualna w ogóle nie myślano. Obowiązywała pełna pruderia, niejako podwójna, bo z jednej strony tradycyjna, wynikająca z nauk kościelnych, z drugiej zaś komunistyczna, bo tak zwana moralność socjalistyczna, którą w okresie stalinowskim intensywnie propagowano, była w tych materiach nader rygorystyczna, ta dziwna harmonia zasługiwałaby na zastanowienie i analizę”. I chociaż trudno nie zgodzić się z oceną Głowińskiego, warto zaznaczyć, że byli tacy, którzy odnajdywali się w ówczesnej sytuacji dużo lepiej. Tancerz Witold Gruca (1927–2009), starszy od Głowińskiego o siedem lat, pod koniec lat 40. był już dorosłym mężczyzną całkowicie akceptującym swój homoseksualizm. W udzielonym pod koniec życia wywiadzie opowiadał, w jaki sposób najbliżsi dowiedzieli się o jego orientacji: „Pojechałem do rodziców z moim przyjacielem z Opola. Mieliśmy na parę dni wyjechać w góry. Ojciec przyniósł nam bilety do Zakopanego, mama zaś wsunęła mi jakieś pieniądze. Pojechałem z Bronisławem w Tatry, spędziliśmy kilka pięknych dni, a później rozstaliśmy się, ponieważ dostał angaż do teatru w Jeleniej Górze, a ja zacząłem pląsać we Wrocławiu”. Z pewnością sytuacja tancerzy, czy w ogóle artystów, była na swój sposób wyjątkowa i w ich przypadku nieukrywanie homoseksualizmu było możliwe. Choć nawet w balecie Gruca spotykał się z krytycznymi uwagami – w tym samym wywiadzie wspominał Barbarę Bębenek, koleżankę tancerkę: „Z wyrzutem pytała mnie, jak mogę być homoseksualistą, bo to przecież wbrew naturze. Odpowiedziałem jej, że Bóg stworzył nas na obraz i podobieństwo swoje, więc jest wielki znak zapytania, co dalej”.

Witold Gruca na okładce „Sportu dla wszystkich” (październik 1961)

Witold Gruca w „Sporcie dla wszystkich” (1961)

Hak na obcego

Kluczowe wydaje się pytanie, na ile dla komunistycznej władzy informacja o homoseksualności danego człowieka była interesująca jako sposób na werbunek lub powód szantażu. Jeśli chodzi o obcokrajowców, znaczące są perypetie Michela Foucault, który jesienią 1958 roku przybył do Polski, by współtworzyć Ośrodek Kultury Francuskiej przy Uniwersytecie Warszawskim. Po rocznym pobycie opuścił Warszawę w aurze małego skandalu, nawiązał bowiem romans z mężczyzną, który okazał się podstawionym w tym celu współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Efektem był wyjazd filozofa z Polski. Ta filmowa niemal historia wciąż działa na wyobraźnię; Remigiusz Ryziński poświęcił jej książkę reporterską, w której wokół Foucault – zamożnego obcokrajowca mieszkającego w centrum Warszawy (ul. Rutkowskiego, dzisiejsza Chmielna) – skupiło się homoseksualne życie towarzyskie stolicy końca lat 50.

Perypetie Foucault w Warszawie wydają się typowe dla cudzoziemców odwiedzających Polskę, którzy przekraczając granicę, automatycznie trafiali pod specjalny nadzór. Seks, zarówno homo- jak i heteroseksualny, od zawsze i w każdym systemie wykorzystywano w celu pozyskiwania agentów. Czesław Kiszczak, przez całe lata 80. minister spraw wewnętrznych, na początku następnej dekady wyjaśniał, w jaki sposób ten aspekt był używany przez podległe mu służby: „Usiłowaliśmy kiedyś pozyskać szwajcarskiego bankiera, o którym wiedzieliśmy, że ma szczególne upodobania erotyczne: lubi lesbijki, najchętniej więcej niż dwie naraz. Mieliśmy w Warszawie dwie takie, które przy okazji pracowały dla nas. Natknęły się na niego «przypadkowo» w hotelu, w którym mieszkał, dały się poderwać, poszły do niego do pokoju, który wcześniej był już przez nas n a s z p i k o w a n y techniką. I zabawili się. Bankier pojechał do Wiednia, a za nim nasz oficer z kompromitującymi materiałami. Tak nam się przynajmniej wydawało. A ten obejrzał wszystko bardzo dokładnie, kazał sobie puścić taśmę dwa razy i powiedział: «Możecie to pokazać mojej żonie, a kiedy przyjadę do Warszawy następny raz, to przygotujcie te dwie dziewczynki». Sprawa dla nas zakończyła się pomyślnie. Rozwiódł się z żoną, a połączył się z nami. Tak więc różnie to wyglądało. Kiedyś na przykład homoseksualizm był kompromitujący. I jeżeli trafiło się na pracownika wywiadu, który był homoseksualistą, to się bez większych kłopotów pozyskiwało go do współpracy. Przykładowo szef wywiadu austriackiego przed I wojną światową, słynny płk Redl, został zwerbowany przez wywiad rosyjski dlatego, że był homoseksualistą. Teraz, kiedy na Zachodzie są kluby dla homoseksualistów, filmy, czasopisma, w niektórych krajach mogą się żenić…”. Tu wątek się urywa, Czesław Kiszczak nie kończy myśli, chociaż najwyraźniej chciał powiedzieć, że z uwagi na emancypację gejów i lesbijek w krajach zachodnich niemożliwe jest już szantażowanie kogoś wiedzą o jego homoseksualności. Najbardziej znaczące wydaje się jednak, że pomimo potwierdzenia, że nienormatywność seksualna była wykorzystywana w czasie werbunku, Kiszczak nie podaje żadnego przykładu z okresu, kiedy kierował MSW, tylko przywołuje historię z początku XX wieku z austriackim oficerem Alfredem Redlem. Aż się prosiło, aby w tym miejscu zapytać o akcję „Hiacynt”, za którą właśnie on ponosi największą odpowiedzialność, ale przeprowadzający wywiad Witold Bereś i Jerzy Skoczylas w całej, liczącej ponad trzysta stron książce nie nawiązują do tego wątku.

O wiele lepiej w polskim kontekście osadzone są wypowiedzi Jerzego K., pracownika Służby Bezpieczeństwa od 1959 roku i jednego z bohaterów książki Pajęczyna. Syndrom bezpieki. Jego zadaniem było szukanie haków na konkretną osobę: „Chodziłem za ludźmi. Poznawałem ich zachowania. Nie wiedziałem, jacy są naprawdę. Ja miałem tylko na nich patrzeć, sprawdzać, co robią. Ani na sekundę nie mogłem stracić z oczu figuranta, chyba że go przejmował mój zmiennik. Przyglądałem się ludziom w sytuacjach, w których nie spodziewali się, że ktoś ich widzi. […] Wchodzę za takim pisarzem do ubikacji w kawiarni. Stoimy przy sąsiednich pisuarach i nagle ja kątem oka widzę, że tego człowieka interesuje moje przyrodzenie. Przekrzywił głowę i wpatruje się, jak sikam. A ja nie sikam, bo mi się nie chce, tylko tak stoję i udaję, że sikam. On robi krok w moim kierunku. Nie wytrzymałem. Wyszedłem. Bałem się, że jak zacznie się do mnie dobierać, to dam mu w mordę. Potem podstawili agenta pederastę i nie wiem, czy mu się nie spodobał, czy zwietrzył podstęp. W każdym razie nie był zupełnie zainteresowany tym pederastą”.

Dyskretny Putrament

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się oczywiste, że dla PRL-owskich dygnitarzy homoseksualizm sam w sobie nie był tematem szczególnie interesującym – raczej czymś wstydliwym, zboczeniem, o którym przyzwoici ludzie nie rozmawiają. Nie ma zbyt wielu przykładów, kiedy poprzez publiczne ujawnienie czyjejś nienormatywnej orientacji seksualnej próbowano zdyskredytować przeciwnika politycznego, chociaż okazji było aż nadto. Przykładem grupa skupiona wokół paryskiej „Kultury”, z Jerzym Giedroyciem na czele. Szczegółowe informacje o jego życiu prywatnym nie były tajemnicą dla Służby Bezpieczeństwa. We wrześniu 1960 roku Stanisław Cat-Mackiewicz po pobycie w Paryżu donosił: „Czapski jest szalenie rozgoryczony na Giedroycia. Powód nieporozumień bardzo pikantny: pederasta Czapski przestał być partnerką dla Giedroycia z powodu wieku”. SB nigdy nie zdecydowała się na upublicznienie podobnej wiedzy, nawet poprzez inspirowane w prasie paszkwile; paryską „Kulturę” zwalczano jako przeciwników politycznych, a nie grupę homoseksualistów.

Być może najlepszym przykładem, jak najwyższe władze partyjne traktowały seksualność, było podejście Jerzego Putramenta (1910–1986), pisarza, a przede wszystkim niezmiernie wpływowego działacza politycznego, człowieka do zadań specjalnych na odcinku literackim. W 1961 roku rozpoczął publikację swoich wspomnień, których kolejne części ukazywały się do ’87 pod wspólnym tytułem Pół wieku. Nie brakowało w nich ostrych sądów na temat ważnych postaci polskiego życia kulturalnego różnych okresów, próżno jednak szukać prób zwalczania nielubianych osób poprzez ujawnienie ich homoseksualizmu. W tej sprawie Putrament był bardzo dyskretny, nawet opisując wydarzenia historyczne i ludzi, którzy dawno już nie żyli. W części zatytułowanej Literaci (1970) zdobył się na wyjątkowo delikatną sugestię dotyczącą homoseksualizmu zapomnianego poznańskiego poety Wojciecha Bąka (1907–1961). Pisząc o jego wystąpieniach skąpanych w endeckim sosie, dodał eufemistycznie: „Miał jeszcze specyficzne zainteresowania, by tak rzec, sentymentalne”. Jeśli kwestia nienormatywności seksualnej pojawiała się w jego wspomnieniach, to zazwyczaj jedynie jako anegdotka mająca ubawić albo zadziwić czytelnika. W Poślizgu (1980) przypomniał wydarzenie, które miało miejsce w okolicach ’56 roku: „Pewnie w czasie mojej nieobecności (bo nie ma o nim w dzienniku ani wzmianki) odbył się zjazd poznański. Przeszedł względnie spokojnie. Ot, wyszedł na trybunę pewien «młody» pisarz, zalany w drobny mak, i powiedział: «No, co tu ukrywać, wszyscy wiedzą, jestem pederastą…». Było dużo śmiechu. Prawda, jakie dowcipne?”. Wydarzenie przez jakiś czas musiało być głośne przynajmniej w literackim kręgu, skoro Putrament przytacza je, relacjonując zjazd, na którym nie był obecny. Jednocześnie nazwisko bohatera tej opowieści zatrzymuje dla siebie. Nie do końca wiadomo, o czym ma świadczyć ta wzmianka i po co autor zamieszcza ją zaraz po rozważaniach o tym, że Władysław Gomułka nie potrafił dobierać sobie współpracowników. I czy owo wystąpienie było żartem – czy też ktoś upiwszy się, dokonał swoistego coming outu, tylko nikt nie potraktował wyznania poważnie?

Najwięcej tematyki homoseksualnej pojawia się w Pół wieku przy okazji Stanisława Cata-Mackiewicza, który w 1956 roku wrócił do Polski z emigracji, w czym Putrament miał swój udział. Po latach tak charakteryzował autora Klucza do Piłsudskiego: „Zawsze był strasznym babiarzem, pederastów nie lubił, nie ufał im, brzydził się. Co zaś pod tym względem działo się w Anglii, o tym potrafił gadać godzinami”. Wyczulenie Cata-Mackiewicza na homoseksualizm rzeczywiście musiało być spore, skoro tyle o tym mówił, że Putrament zapamiętał i zanotował jedną z opowieści: „Oto historia, której był świadkiem. Wracał z Belgii do Anglii statkiem. Na tymże stateczku wracała wycieczka harcerzy – dwudziestu pięciu chłopców, tyleż dziewczyn. Zaczęło huśtać, w kabinie zaś było tylko dwadzieścia pięć łóżek. Dzieci ułożono parami: chłopak, dziewczyna, chłopak, dziewczyna. Bo gdyby w łóżku znaleźli się dwaj chłopcy, zaraz by zaczęli dokazywać”. To jeden z wielu przykładów postrzegania homoseksualizmu jako czegoś „obcego” – Polska jawi się jako „zdrowy” erotycznie kraj, do którego Cat-Mackiewicz może wrócić ze znienawidzonej Anglii. Potwierdzają to zresztą jego listy, choćby ten pisany do Michała Pawlikowskiego: „Chory jestem i stroskany, ale co dzień Bogu dziękuję, że tu wróciłem. Emigrację pamiętam jako burdel z kurwami i pederastami do sprzedania, w którym ciągle kazano mi modlić się i śpiewać pieśni nabożne” (28 XI 1957).

Na czym jeszcze polegała radość Cata-Mackiewicza z powrotu do Polski, wyjaśniał Putrament w innym miejscu: „Zwierzał mi się, że mimo iż przekroczył sześćdziesiątkę, nigdy nie miał takiego powodzenia u kobiet. Dziennikarki wiedziały, że mają do czynienia z mistrzem w ich zawodzie, dla własnego doskonalenia zawodowego dawały z siebie wszystko. Prosiły o wywiad, ich serwis i tempo były zdumiewające. Szczególnie zadziwiało Mackiewicza lekceważące traktowanie całego protokołu wstępnego. Ale szczytu poczucia popularności dostarczył mu kto inny. Panienka z Polonii przyszła doń, zajęła się biednym wygnańcem, dowiedziawszy się zaś, kto zacz, zdecydowanie odmówiła honorarium”. Nawet jednak pisząc o heteroseksualnych doświadczeniach Cata-Mackiewicza, Putrament zastrzegał od razu: „Proszę mi wybaczyć szczegóły z tak intymnej dziedziny. Wydaje mi się [to] istotne, dla ustalenia początków «rewolucji seksualnej» w Polsce, jej specyfiki”.

Czy dygnitarz może być homo?

Pytanie o orientację seksualną członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej może się wydawać zaskakujące. Działacze wyższego i niższego szczebla w większości byli dla społeczeństwa anonimowi, w dodatku także dziś jawią się jako istoty aseksualne, które w kwestiach obyczajowych powtarzały przez całe dziesięciolecia te same propagandowe dyrdymały. Zupełnie jak ten członek partii przemawiający w czasie VII Plenarnego Posiedzenia Komitetu Centralnego PZPR, w listopadzie 1972 roku: „Brak nam, Towarzysze, w telewizji, w kinie, w książce wzorca dobrego robotnika, ucznia, studenta. Pozytywnego bohatera młodzieżowego naszych czasów. Propagujemy często w telewizji zniewieściałe typy ubrane w komisowe ciuchy, zamiast Polaka lat siedemdziesiątych, aktywistę organizacji młodzieżowych, racjonalizatora, dobrego pracownika i kolegę”. Ten anonimowy działacz wyraził dość powszechny strach przed zacieraniem różnic płciowych i homoseksualizmem, jak zwykle importowanym z zagranicy, w tym wypadku poprzez ubiór i konsumpcyjny styl życia. Podobne myślenie nie było obce także najwyższym władzom państwowym. Zdzisław Rurarz, doradca ekonomiczny Edwarda Gierka, w swojej książce wspomnieniowej opisał fragment obrad rządu, kiedy wicepremier Mieczysław Jagielski zaproponował zwiększenie ilości dostępnego mięsa poprzez popsucie jego jakości. Na to zdecydowanie miał zareagować właśnie Rurarz.

Tonem więc jak najbardziej poważnym postanowiłem się wmieszać do rozmowy: – Uczeni angielscy dowiedli, że wzrost homoseksualizmu ma związek z coraz większym spożywaniem żywności konserwowanej, której brak wielu witamin, kwasów itp… – wypaliłem.

W istocie rzeczy coś takiego kiedyś czytałem, chyba w brytyjskim tygodniku „The Economist”.

Efekt był piorunujący. [Premier] Jaroszewicz słuchał mnie z największą uwagą, coś potem pomruczał do siebie i raptem wybuchnął:

– Ej, Mietek, pedałów to ty z nas nie rób!

Kończąc to, wybuchnął śmiechem. Wszyscy mu wtórowali, z Jagielskim włącznie.

Ten fragment można by potraktować jako mało zabawny figiel, który Rurarz spłatał nielubianemu Jagielskiemu. A jednak opisana sytuacja pokazuje nie tylko, że już w latach 70. homoseksualizm pojawiał się w czasie obrad rządu; przede wszystkim jest dowodem na to, że kwestia nienormatywnej seksualności, która teoretycznie nie funkcjonowała w obiegu publicznym, zawsze była straszakiem. Przekonanie, że należy się obawiać wzrostu liczby osób homoseksualnych, jest tak oczywiste, że nikt go nie neguje, działa nawet na premiera, który jest gotów ze strachu odstąpić od rozważania pomysłu Jagielskiego.

W innym miejscu Rurarz pisze, że w międzynarodowej organizacji GATT (Układ Ogólny w sprawie Taryf Celnych i Handlu) z ramienia PRL-u działał Bohdan Łączkowski, któremu następnie poświęca nieco uwagi: „Łączkowski jeszcze przed wojną był jakimś młodym urzędnikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W czasie wojny znalazł się na Zachodzie, choć nikt nie wiedział dokładnie gdzie, a ponadto działał we władzach emigracyjnych, choć też nikt nie wiedział, co robił dokładnie. Po wojnie pozostał na emigracji, chyba w Londynie. Na początku lat 50. [1953] wydał nawet książeczkę Emigracyjne rozdroża (którą czytałem), gdzie wychwalał PRL. Ale chyba w 1954 roku został aresztowany we Francji jako podejrzany agent… rumuński! Po kilku miesiącach został z aresztu zwolniony i znalazł się w PRL. Tu uczyniono go redaktorem naczelnym «Rynków Zagranicznych», pisma Polskiej Izby Handlu Zagranicznego. Był to mężczyzna samotny (mówiono, że żona z córką były we Francji). Miał wtedy może 40 lat, był wysoki, silnie zbudowany i o cholerycznym charakterze. Mówiono, że był homoseksualistą. Był także, o dziwo, bezpartyjny, ale wyjątkowo wpływowy. Wkrótce został doradcą ministra HZ, który się go wyraźnie bał”. Rurarz nie ukrywa, że nie było między nimi sympatii: „Łączkowskiego nie cierpiałem, podobnie jak on mnie. Posądzałem go zwyczajnie, że był agentem sowieckim, a nawet nie MSZ. […] W lipcu 1967 roku PRL została pełnym członkiem GATT i teraz Łączkowski był jej stałym przedstawicielem przy GATT. […] dochodziły mnie różne słuchy na temat przeróżnych wyczynów Łączkowskiego, ale może najważniejszym było to, że od wspomnianego pobytu w Warszawie nie można go było pod żadnym pozorem ściągnąć do Kraju. Chodziły nawet słuchy, że zamierzano go porwać z Genewy, ale do jego misji nie zaglądałem i GATT nie interesowałem się zupełnie. Aż wreszcie wybuchła bomba – Łączkowski zniknął z placówki! Nie prosił nigdzie o azyl, nie wydał żadnej deklaracji, a po prostu gdzieś przepadł. Mówiono, że był we Francji, «pisał książkę» i «leczył się na oko». Dla mnie było jasne, że spełniał jakąś sowiecką tajną misję. Jakoś bowiem dziwnie nikt w PRL nie nazwał go zdrajcą”. Wreszcie opis życiorysu zostaje spuentowany: „Gdzieś w połowie lat 70. zjawił się w PRL bez żadnych problemów. Otrzymał wysoką emeryturę i widywałem go często w operze i niektórych teatrach. Było już teraz dla mnie zupełnie jasne, kim był naprawdę. Chyba parę lat temu przeczytałem nekrolog o jego śmierci w prasie PRL”.

Bohdan Łączkowski. Fot. Narodowe Archiwium Cyfrowe (PIC_1-A-1921)

Rurarz przypomniał zupełnie zapomnianą postać, a przy okazji pokazał, jak mogło wyglądać życie przedstawiciela mniejszości seksualnych obracającego się w PRL-owskich kręgach władzy. Oczywiście według autora plotki na temat homoseksualizmu są częścią pewnej tajemniczości i mają za zadanie wzmacniać negatywny obraz Łączkowskiego. Dlatego Rurarz się nie zastanawia, czy opisywany przez niego działacz GATT mógł być ofiarą służb specjalnych, a nienormatywna orientacja seksualna – sposobem na zwerbowanie go, a także jak jego ewentualny homoseksualizm miał się do posiadania żony i córki.

Prywatne stało się publiczne

Niewiele jest przykładów tego, jak komunistyczna władza dyskredytowała przeciwników politycznych poprzez ujawnienie ich homoseksualności. Jednak te przypadki, które znamy, miały spore znaczenie symboliczne, bo towarzyszyły wydarzeniom ważnym dla historii Polski i powstawania opozycji demokratycznej. Najpierw przy okazji marca ’68 roku czołowy propagandysta tego okresu Ryszard Gontarz opublikował w „Kurierze Polskim” felieton kpiący z dwóch osób, które wówczas wyemigrowały: pisarza Henryka Grynberga i Józefa Muszkata, publikującego w „Expressie Wieczornym” pod pseudonimem Jotem. O ile Grynberga nie trzeba przedstawiać, o tyle Muszkat został zupełnie zapomniany. To właśnie jego Gontarz nazwał „«gwiazdką» naszego dziennikarstwa” i „deprawatorem nieletnich chłopców”. Ten cytat – jako świadectwo wyjątkowej perfidii i przekroczenia granic intymności – do dziś powraca przy okazji wspominania kampanii marcowej. Brak jednak próby odpowiedzi, jak ten swego rodzaju outing odebrał sam Muszkat i jaki miał on wpływ na jego dalszą egzystencję. Jest to pytanie o tyle znaczące, że ów prasowy donos Gontarza odebrać można nie tylko jako sugestię homoseksualizmu, ale – gdyby traktować go dosłownie – jako wskazanie sytuacji przestępczej („deprawowanie nieletnich”).

Można powiedzieć, że historia powtórzyła się osiem lat później. We wrześniu 1976 roku powstał Komitet Obrony Robotników, ogłoszono „Apel do społeczeństwa i władz PRL” postulujący „solidarność i wzajemną pomoc” dla represjonowanych robotników z Ursusa i Radomia. Apel podpisało czternaście osób; jako pierwszy na liście widniał pisarz Jerzy Andrzejewski (1909–1983). Władza zdecydowała się wówczas na ruch zupełnie do tej pory niespotykany – w drugiej połowie października rozpoczęto kolportaż esbeckiej fałszywki, listu podpisanego rzekomo przez Andrzejewskiego, w którym domagał się równych praw dla mniejszości seksualnych i który miał być wysłany do „władz państwowych, związków twórczych oraz do redakcji czasopism krajowych i zagranicznych”. Była to próba skompromitowania pisarza, wciąż jednak nie wiadomo, czy poprzez ujawnienie jego homoseksualizmu, czy przez przypisanie opozycji chęci zajmowania się takimi sprawami jak walka o męsko-męskie małżeństwa. „Apel w sprawie wolności osobistych i tolerancji” można też potraktować jako swego rodzaju parodię wcześniejszej odezwy KOR-u czy też w ogóle listów otwartych kierowanych do społeczeństwa.

Na podstawie dokumentów znalezionych w IPN-ie Joanna Siedlecka próbowała w książce Biografie odtajnione rekonstruować przebieg wydarzeń związanych z „Apelem”. Jej zdaniem całość akcji została wymyślona przez pułkownika Krzysztofa Majchrowskiego (1929–2000), głównego specjalistę od rozpracowywania środowiska literackiego, a wykonana przez poetę Bogusława Wita (1946–1984), ówczesnego kochanka Andrzejewskiego i tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa. Wit wykonał to zadanie w czasie wspólnego pobytu z Andrzejewskim w Zakopanem. W sprzyjającym momencie wyłudził od pijanego pisarza podpis, czego ten później nie pamiętał. Kiedy dziś czyta się „odezwę Andrzejewskiego”, uderza jej koncyliacyjny charakter, emancypacyjne zapędy i fakt, że uwzględnia ona kobiety. Już w jednym z pierwszych fragmentów czytamy: „Miłość mężczyzny do mężczyzny czy kobiety do kobiety jest takim samym prawem istot ludzkich jak miłość między ludźmi płci odmiennej. Wszystkie epoki piśmiennictwa – od ksiąg Starego Testamentu i od Pieśni Safony aż po największe dzieła literackie naszego wieku – pełne są świadectwa, że miłość seksualna do istot ludzkich tej samej płci istnieje odtąd, odkąd istnieje sam człowiek, że może być ona źródłem wielkich uczuć i duchowego rozkwitu jednostki”. Najciekawsze są oczywiście postulaty – autor domaga się możliwości „swobodnego zrzeszania się”, „zawierania – wzorem zachodnich państw europejskich – małżeństw osób tej samej płci” oraz „zagwarantowania szerokich swobód w traktowaniu życia seksualnego ludzi obojga płci według własnych upodobań oraz możliwości publicznego wypowiadania się w tych kwestiach w prasie, radiu, telewizji bez ograniczeń natury formalnej i faktycznej sprawowanej przez urząd cenzorski”. Dziś nie sposób stwierdzić, która z tych kwestii stanowiła największą niedogodność, które z postulatów miałyby szanse zostać zrealizowane, a przede wszystkim czy żyjący wówczas homoseksualiści w ogóle byli w stanie myśleć w podobnych kategoriach.

Reakcja na apel jest dość dobrym świadectwem ówczesnego podejścia elit intelektualnych do tematu. Andrzejewski odciął się od listu tak szybko, jak tylko było to możliwe, oburzeniem zareagował Stefan Kisielewski w swoim dzienniku. Do sprawy po kilku latach wrócił też w Czerwcu (1983) Jerzy Putrament, określając ją jako „żądanie wolności dla homoseksualistów” i przy okazji ujawniając własny stosunek do kwestii: „To w Stanach, w Anglii, we Francji temat usiłowano wydąć do rozmiarów politycznych, w Polsce zostawał ciągle na szczeblu dziwactwa. Zadziwiło to mnie, zły byłem na Andrzejewskiego, coś mi się w tym nie podobało. W parę dni później zaszedł do mnie Zagórski. Był u Andrzejewskiego, który zaklinał się, że nic o tym memorandum nie wie i że na pewno tego nie pisał. Więc prowokacja… Co za głupota! Nietrudno zgadnąć, kto to robił, podziwu godne jest jedno – że się na takim poziomie szuka iluzorycznych zysków politycznych. Machnąłem na to ręką”. Okazuje się więc, że nawet osoby takie jak Putrament, świetnie osadzone w strukturach władzy, potępiały prowokację wymierzoną w Andrzejewskiego. A jednak, choć Putrament wiedział, kto za tym stał, nie podzielił się tą informacją z czytelnikami.

List przypisywany autorowi Popiołu i diamentu jest dziś dokumentem tak fascynującym, bo mamy tu do czynienia ze skupieniem w jednym tekście pewnej projekcji na temat podejścia Andrzejewskiego do homoseksualizmu, ale też wyobrażenia o bolączkach mniejszości seksualnych i przewidywanej reakcji społecznej na ich upublicznienie. Traktując rzecz czysto instrumentalnie: przedobrzono, mało kto odezwę potraktował poważnie. Okazuje się, że zawarte w niej postulaty były zbyt postępowe, by można było uwierzyć, że znany pisarz podnosił je publicznie, podpisując się imieniem i nazwiskiem. Niepowodzenie akcji być może przesądziło o tym, że w przyszłości nie powtarzano już prób ośmieszenia znanych postaci poprzez ujawnienie ich nienormatywnej orientacji seksualnej. Można odnieść wrażenie, że mieliśmy do czynienia z pewnym wybrykiem, po którym wszystko wróciło do „normy”, a więc sytuacji, w której Służba Bezpieczeństwa, owszem, zbierała informacje o homoseksualnych romansach interesujących ją osób, ale nie decydowała się na ich upublicznienie. W styczniu 1977 roku Kazimierz Koźniewski w jednym ze swoich donosów pisał, jaki jest stosunek pisarzy do działalności Andrzejewskiego w Komitecie Obrony Robotników: „W środowisku literackim nie ma jednomyślności w ocenie postawy Jerzego Andrzejewskiego. To smutne, słyszałem, że KOR reprezentuje pijany pedał, neurotyczna aktorka i zdziecinniały starzec”.

Stan przejściowy

Nie wiadomo, w jaki sposób na sytuację osób homoseksualnych wpłynęło ogłoszenie stanu wojennego. Jak zawsze zapewne wiele zależało od położenia danego człowieka i ewentualnego zaangażowania w opozycję. Jeden z dorosłych już wówczas gejów, zapytany przeze mnie, czy 13 grudnia był przełomem, odpowiedział, że na pikietach nic się nie zmieniło, po czym dodał: „Polityka w ogóle nie wchodziła w jakiekolwiek relacje z życiem codziennym, najwyżej w jednostkowych sytuacjach”. Nieco inaczej wygląda to w zapiskach z tamtego okresu autorstwa pisarza Grzegorza Musiała (rocznik ’52), który po latach wydał je pod tytułem Dziennik wojny jaruzelskiej. Jak dotąd to jedyny dokument dający jakieś wyobrażenie na temat tego, jak mogło wówczas wyglądać życie homoseksualnych mężczyzn. Wizja Musiała jest zdecydowanie pesymistyczna – pisze on o zerwanych więziach społecznych, nienawiści spotykanej nawet w sklepowych kolejkach i strachu. W liście do znajomej stwierdza: „Najtrudniej będzie dzisiejszemu Genetowi, Gombrowiczowi, Proustowi… O takim rodzaju wolności będzie w Polsce coraz trudniej rozmawiać” (5 I 1982). Autor przeczuwa więc ograniczenie swobód obyczajowych, w tym pogorszenie sytuacji homoseksualistów, czego w kontrolowanej korespondencji nie może nawet wyrazić wprost.

Musiał pisze z perspektywy Bydgoszczy, a więc miasta średniej wielkości. Tęsknym wzrokiem patrzy na stolicę: „W Warszawie boska dekadencja. Chlanie rozpoczyna się już po południu, żeby do wieczornej szczekaczki w TV i tak zwanych konferencji prasowych Urbana dotrzeć już w stanie znieczulenia. Tylko tak to wszystko daje się jakoś znieść. Do tego – wszyscy już teraz sypiają ze wszystkimi. Dzień mniej więcej wygląda tak: rano drukowanie gazetki, koło obiadu kolportaż, koło czwartej ze dwa pershingi, czyli dwa razy trzy czwarte litra czystej wędruje na stół, a z końcem dziennika – kotłowanie po wyrach” (22 II 1982). Życie w najlepsze toczy się też w Poznaniu, gdzie podczas wizyty u niejakiego Edwarda autor notuje najnowsze plotki: „Romek siedzi pod piecem cichutki, skulony. Podobno jest źle tu widziany, odkąd przed rokiem ciął się w łazience żyletką z powodu Pięknego Darka”. Poznajemy też historię gospodarza:

Chłopcy siedzą, piją wódeczkę. Dziesięcioletni syn Edwarda zmiata zupę z talerza i zerka na wujków, w ilości których od pewnego czasu zaczął się już gubić. Śpieszy się „na randkę”, Edward pieszczotliwe targa go za czuprynę. – No leć już, leć… Patrzcie, jak go praktycznie wychowałem, pierwsze, co musi nosić czyste, to majtki.

Wojtek rumieni się, wstaje i wybiega. Trzask drzwi, Edward upewnia się, czy zostaliśmy sami.

– No – wzdycha i pręży szeroką pierś, wyciągając do sufitu ramiona. – Nareszcie mogę nie być tatusiem, ale ciocią (25 I 1982).

Następnego dnia Musiał opisuje pierwsze posiedzenie Sejmu od ogłoszeniu stanu wojennego; odskocznią dla autora jest anonimowy seks na pikiecie, nie wiadomo tylko, czy wyobrażony czy rzeczywisty: „Wyłania się on, rudowłosy i zielonooki, tak jak ja samotny… Morbidetto, diabeł Prousta, Wilde’a, Gombrowicza… Patrzy na mnie gorącymi oczyma, wyciąga dłoń i wstaję, a on prowadzi mnie w objęcia opustoszałego, wieczornego parku” (26 I 1982).

Grzegorz Musiał, wyczulony na tematykę homoseksualną, notował także zasłyszane opowieści bliższych i dalszych znajomych o ich styczności z Milicją Obywatelską:

Historia Mariusza, przyjaciela Krzysia F., który nie chce już dłużej pić herbaty „Popularna”. Wracał od Krzysztofa po godzinie policyjnej, już blisko północy – biegiem, bo to niedaleko. Ale ulica pusta, cicha, zwolnił więc kroku. Wtem zajeżdża od tyłu cichobieżna limuzyna, wypadają dwaj cywile i wciągają chłopca do środka.

„Oo, ptaszka złapaliśmy”, powiedział jeden, rewidując torbę Mariusza, w której prócz notesu z adresami i paroma wycinkami prasowymi nosi też swój osobisty dziennik. Wypadł stamtąd wycięty z gazety nekrolog Sz., który był szefem „Solidarności” Urzędu Pocztowego w Gdyni i na początku stycznia w swoim mieszkaniu popełnił samobójstwo? Został zamordowany? Podobno przyjaciel T. ze Stoczni – tego samego, który niedawno zorganizował blokadę eksportu żywności z gdyńskiego portu. Adresy obu miał Mariusz w notesie.

– Proszę, proszę, w jakich sferach się obracamy.

Wpierw byli ordynarni i grozili. Postawili go na skrzynce w kącie pokoju i kazali tak stać parę godzin, naśmiewając się i świecąc lampami. Zemdlał i upadł twarzą na kaloryfer, tracąc w ten sposób piękny ząb na samym przedzie. „Żegnajcie, przyjęcia, na parę tygodni!”.

Przyszli następni – ci byli uprzejmi, wyrozumiali, uśmiechali się ciepło, proszą, by zeznał, że „Sz. był ciotą T.”. Nie zeznał, to go zamknęli w „pustej i dość wygodnej celi”. Chwalił też lekturę, którą miał przy sobie: książkę o Safonie. I na tym by się skończyło, gdyby nie groźba, jaką ci niby kulturalni i niby mimochodem rzucili mu rano:

– Do was, kurwy, też się dobierzemy. Najpierw z tymi skończymy (31 I 1982).

U Musiała represje wobec opozycji demokratycznej bardzo ściśle łączą się ze ściganiem mniejszości seksualnych. Oczywiście nic tu nie jest dopowiedziane, mamy tylko kilka imion, inicjałów i informacji, nie ma nawet wyjaśnienia, kim byli aresztujący mężczyźni w cywilu. Dla czytelnika powinno być to oczywiste, a tym samym potęgować grozę sytuacji. Niestety ostrzeżenie, które pada na końcu historii Mariusza, już po kilku latach się sprawdziło – prawdziwym stanem wojennym dla homoseksualistów okazała się akcja „Hiacynt”.

Na całość

Rozpoczęta 15 listopada 1985 roku i powtórzona w dwóch kolejnych latach akcja „Hiacynt” stała się symbolem tego, jak traktowano homoseksualistów w PRL-u, chociaż tak naprawdę bardzo niewiele wiadomo na jej temat. Wciąż nie została porządnie zbadana i opisana. Paradoks polega na tym, że instytucją powołaną do badania represji w tamtym okresie jest Instytut Pamięci Narodowej – który nie tylko nie jest zainteresowany tropieniem prześladowań gejów i lesbijek, ale można odnieść wrażenie, że wręcz takie działania popiera. W efekcie wciąż obracamy się raczej w kręgu legend i spekulacji niż ugruntowanej wiedzy. To bardzo znaczące, że w 2015 roku, w trzydziestą rocznicę rozpoczęcia akcji, ukazały się dwie powieści inspirowane tymi wydarzeniami, ale wciąż nie ma zbierającego fakty opracowania książkowego.

Od początku lat 90. o „Hiacyncie” zaczęto regularnie pisać w prasie, początkowo głównie w pismach gejowsko-lesbijskich. W efemerydzie „O Zmierzchu” już w 1991 roku apelowano: „Chcemy dotrzeć do ludzi, których akcja dotknęła, i do tych, którzy za nią stali i nią kierowali. Prosimy o listy wszystkich, którzy ucierpieli”. W październiku 1999 roku miesięcznik „Inaczej” poświęcił „Hiacyntowi” raport; zamieszczono wówczas rozmowę z działaczem Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego, Waldemarem Zboralskim, który wspominał przesłuchanie: „Przede wszystkim pytano o nazwiska, nazwiska, nazwiska – to głównie interesowało funkcjonariuszy SB. A także o stosowane techniki aktów płciowych. O ulubione pozycje i typ kochanka, który najbardziej podnieca przesłuchiwanego. Tymi pytaniami deptano najintymniejszą sferę człowieka. Już samo zadanie takiego pytania poniżało i upokarzało”. Także Marek Mrok, opisując historię polskiego ruchu gejowsko-lesbijskiego, wspominał początek operacji z 1985 roku: „W dniach 15 i 16 listopada milicja we współpracy z SB przeprowadziła na polecenie gen. Czesława Kiszczaka słynną represyjną ogólnopolską akcję pod kryptonimem «Hiacynt», mającą za zadanie rejestrację danych personalnych setek gejów. Rzecznik prasowy KG MO w artykule z dnia 12 stycznia 1986 roku, opublikowanym w gazecie «W Służbie Narodu», motywował ją kryminogennością środowiska, szerzącą się prostytucją i niebezpieczeństwem AIDS. Niemniej jednak istnieją uzasadnione powody, aby przypuszczać, iż akcja ta miała na celu zniszczenie i zinwigilowanie rodzącego się ruchu gejowskiego oraz zastraszenie jego potencjalnych zwolenników. Środowisko gejowskie uważano za trudno kontrolowalne i podejrzewano, że w jego ramach działa wielu opozycjonistów politycznych”.

Wraz z upływem lat pojawiły się wspomnienia osób, których akcja „Hiacynt” dotknęła bezpośrednio. Jednym z nich był późniejszy działacz z Trójmiasta, Ryszard Kisiel: „Milicjanci przyszli do mnie rano. Byłem trochę niewyspany po nocy spędzonej z kochankiem i zawieziono mnie na komisariat. Może gdybym był bardziej przytomny, tak by się nie stało. Wiedziałem, że mam prawo odmówić złożenia zeznania, oddania odcisków palców czy zrobienia sobie zdjęcia. Zostałem przesłuchany, założono mi akta i wypuszczono. Tego samego dnia uprzedziłem znajomych, że zaczęła się nagonka na gejów. Następnego dnia zostałem zaproszony do dwóch przyjaciół gejów. Były też u nich prorektorki z Akademii Medycznej w Gdańsku. Opowiadałem, co mnie spotkało, i instruowałem, jak mają się zachować w razie kontaktu z milicją, która… pojawiła się za chwilę. Jeden z nich odmówił i nie wyszedł z milicjantem, drugi skapitulował. Myśleliśmy, że panie, z racji funkcji, jaką pełniły, zaprotestują czy zainterweniują w jakikolwiek sposób. Tak się jednak nie stało – społeczeństwo było wówczas bardzo zastraszone”. Kisiel dodawał też, jak wyglądała sytuacja jego znajomych: „Niektórzy opowiadali, że milicjanci pojawiali się w ich domach i informowali rodziców, że «mają w domu zboka». Albo informowali zakłady pracy i uczelnie. Trzeba jednak pamiętać, że wśród milicjantów również byli geje, którzy zatrzymywali swoich kolegów – musieli wykonywać rozkazy i to był dla nich pewnie niemały dylemat”.

Właśnie od milicjanta o akcji „Hiacynt” dowiedziała się pewna lesbijka, „mieszkanka małego miasta w kujawsko-pomorskim”, która podzieliła się wspomnieniami w liście do magazynu „Replika” w 2008 roku: „Następnym szokiem, jaki przeżyłam, była opowieść o akcji «Hiacynt», o której dowiedziałam się bezpośrednio od osoby biorącej w niej udział jako milicjant – był to mój rodzony brat. Nie miał pojęcia, komu o tym wszystkim mówi. Z jego relacji usłyszałam, jak chodzili na patrole «czwórkami» i przeczesywali okolice parków, szaletów publicznych i niektórych lokali w celu legitymowania i zatrzymywania ludzi o skłonnościach homoseksualnych. Najczęściej natrafiali na niedwuznaczne sytuacje. Nierzadko byli to ludzie na stanowiskach i publicznie znani, co dodawało pikanterii, jak mówił mój brat. Czuł do tych ludzi wyraźną awersję i twierdził, że są to «wykolejeńcy psychiczni». Byłam wstrząśnięta jego przekonaniami. Wiem, że zakładano delikwentom esbeckie teczki, by później zeznaniami szantażować konkretne osoby. Można się domyślać, jak byli traktowani na komendach. Akcja «Hiacynt» odbywała się tylko w dużych miastach Polski. Między innymi w Szczecinie, gdzie mój brat stacjonował. Nie miałam ochoty ani odwagi przyznać się mu, że również jestem homoseksualna”.

Rozmówca Mikołaja Milcke’ego, autora jednego z prasowych tekstów o „Hiacyncie”, 15 listopada spędzał w Sopocie: „To był piątek, koło godziny 22.00. Pojechałem ze znajomymi do Trójmiasta. Bawiliśmy się w Sezamie, kiedyś przy Dzierżyńskiego, dziś to ulica 3 Maja.

Pismo „W służbie narodu” o akcji „Hiacynt” (styczeń 1986)

Funkcjonował wtedy jako lokal, w którym spotykali się homoseksualiści. Przyjeżdżali też ludzie z zagranicy. Kawiarnia składała się z dwóch pomieszczeń. My byliśmy w tym drugim. To ważne, bo chcieliśmy się schować w jakimś kącie i zapalić marihuanę. Było już dość głośno, szafy grające dudniły. I ciasno, impreza się rozkręcała. Wyciągaliśmy z kolejnych papierosów tytoń, żeby uzupełnić je trawką, i nagle usłyszeliśmy wrzask z sali obok. Byłem pewien, że wpadli po nas, bo dowiedzieli się, że mamy marihuanę. Do głowy mi nie przyszło, że przyszli po gejów”. Potem zaczęło się legitymowanie, przewożenie zatrzymanych do komendy przy ul. Kleszczowej w Gdańsku i przesłuchania: „Rozmowa była krótka i bardzo nieprzyjemna. Ewidentnie chcieli pokazać swoją wyższość nad pedałami, poniżyć. No i padały propozycje, żeby powiedzieć, kogo się jeszcze zna, co można o kimś powiedzieć, i jestem przekonany, że tej nocy mnóstwo śmiertelnie wystraszonych ludzi poszło na taką współpracę”.

Pytania o akcję „Hiacynt”

Chociaż „Hiacynt” został przeprowadzony w całej Polsce, wspomnień mężczyzn, którzy padli ofiarą tej akcji, jest zaledwie kilka. Większość nie chce wracać do tamtych wydarzeń, w jakiejś mierze uznawanych za wstydliwe i kompromitujące. W efekcie liczne pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi. Wiadomo, kiedy akcja dokładnie się rozpoczęła (15 listopada 1985), dużo mniej jasny jest moment jej zakończenia. Nie wiadomo, dlaczego nie odbyła się w 1988 roku ani na ile wiarygodne są informacje, że planowano wznowić represje w 1989 roku, czemu na przeszkodzie stanęła zmieniająca się dynamicznie sytuacja polityczna kraju. Mówi się też o problemach dużo bardziej prozaicznych: w 1989 roku w Gdańsku pomysł akcji miał spalić na panewce, bo milicjanci z obawy przez HIV zażądali gumowych rękawiczek i masek na twarz, które nie zostały dostarczone na czas.

Osobne pytanie dotyczy tego, czy dla wydarzeń z lat 1986–1987 nie należy stworzyć innej nazwy. Proponował to Zboralski w przywoływanym już wywiadzie: „Nie była to akcja jednorazowa. Jej powtórkę (ja ją nazywam «Hiacynt II», bo prawdziwego kryptonimu nie znam do dzisiaj) przeprowadzono na większą skalę od czerwca do października 1987. Pytała o tę akcję w styczniu 1988 dziennikarka amerykańska Kay Withers z gazety «Baltimore Sun» podczas konferencji prasowej rzecznika ówczesnego rządu”. Jerzy Urban odpowiadał wtedy: „Żadna operacja milicyjna wobec środowiska homoseksualistów nie była prowadzona i żadna taka operacja nie będzie prowadzona w przyszłości”. Wcześniej w „Polityce” jako Jan Rem odpowiedział jednym zdaniem, co sądzi o postulatach tworzącej się społeczności gejowsko-lesbijskiej: „Minister do spraw pederastii nie jest nam potrzebny”.

Najwięcej emocji budzi oczywiście kwestia, gdzie znajdują się zakładane wówczas teczki, nazywane „różowymi”, których liczbę Mikołaj Kozakiewicz ocenił w 1988 roku na 11 tysięcy; do dziś pojawia się ona regularnie w debatach o „Hiacyncie”. W 2004 roku media informowały, że część archiwum odnalazła się w zbiorach policyjnych, zarówno Komendy Głównej Policji, jak i w komendach wojewódzkich, ale niewiele z tego wynikło. Agnieszka Hamelusz, członkini zespołu prasowego KGP, pytana przez „Politykę” pod koniec 2015 roku o te teczki, odpowiadała, że trwa proces „zbierania danych z całego kraju” i udzielenie informacji na temat zawartości dokumentów nie jest możliwe. Inny trop to Instytut Pamięci Narodowej, którego pracownicy konsekwentnie odpowiadają, że dokumentacja akcji „Hiacynt” nie znajduje się w ich zbiorach.

Dokumenty dotyczące osób represjonowanych powinny zostać wnikliwie opracowane i udostępnione samym zainteresowanym. Ich ujawnienie może w przyszłości zapoczątkować szereg debat, choćby na temat roli gejów i lesbijek w ruchu opozycyjnym. Być może ich historia jest tak samo zapomniana i przemilczana jak działalność kobiet w „Solidarności”. Trzeba było dopiero książek Szminka na sztandarze Ewy Kondratowicz (2001) i Podziemie kobiet Shany Penn (2003), by znaczenie kobiet i ich praca powoli zaczęły być odzyskiwane. Wiele powiedzieć może już sama analiza używanego w aktach języka. „Różowe teczki” mogą być nieocenionym źródłem informacji, nie tylko na temat stosunku ówczesnej władzy do osób homoseksualnych, ale także życia gejów w latach 80., ich samoświadomości, poczucia wspólnoty interesów i tego, jak duża była ówczesna społeczność mniejszości seksualnych. Andrzej Selerowicz, działacz mieszkający wówczas w Wiedniu, narzekał po latach na niewielkie zainteresowanie tym znaczącym wydarzeniem: „Tylko dwie osoby napisały do mnie o akcji «Hiacynt», Waldek Zboralski i Darek Prorok. Nikt poza tym, choć potrafili pisać dziesiątki listów typu «chcę kogoś poznać»”.

Penetracja rozpoznawcza w Szczecinie

Nieznane są kartoteki zakładane mężczyznom w czasie akcji „Hiacynt”, ale w Instytucie Pamięci Narodowej są inne dokumenty z tamtego okresu. Choć tylko cząstkowe, pokazują, jak wyglądała ta operacja od strony milicji. Zachowała się bowiem dokumentacja, którą Komenda Główna Milicji Obywatelskiej słała do swego szczecińskiego oddziału, pochodząca z lat 1985–1987. Pierwsze pisma datowane są na początek października 1985 roku; wtedy przysłano „plan ogólnokrajowej operacji krypt. «Hiacynt» zatwierdzony przez gen. bryg. dr. Zenona Trzcińskiego, Z-cę Komendanta Głównego MO”, nazywanej tu „ogólnokrajową operacją penetracyjno-rozpoznawczą w środowiskach prostytucji homoseksualnej”. Nakreślono założenia, cele, zakres i sposób przeprowadzenia akcji. Poza datą (15 listopada 1985 od godz. 8.00 do 16 listopada 1985 do godz. 24.00) pojawia się też informacja, że decyzję o zorganizowaniu „Hiacynta” podjęto na naradzie instruktażowo-szkoleniowej w maju 1985 roku w Krakowie. Powody przeprowadzenia operacji opisane są dość ogólnikowo: „Wybór tego tematu spowodowany został niekorzystną sytuacją w zakresie przestępstw dokonywanych przeciwko życiu, zdrowiu i mieniu homoseksualistów oraz niepełnego rozpoznania milicyjnego prostytutek homoseksualnych”. Brakuje jednak wyjaśnienia, dlaczego akurat wtedy postanowiono zająć się tym problemem, choć morderstwa i kradzieże na homoseksualistach dokumentowano od lat. Dalej jest tylko powtarzanie tego samego innymi słowami: „Hermetyczność środowisk homoseksualnych oraz wędrowność męskich prostytutek homoseksualnych przy aktualnym braku dostatecznej znajomości występujących w tych środowiskach zjawisk kryminogennych utrudnia proces wykrywczy, a tym samym rzutuje na dynamikę przestępstw i stopień wykrywalności ich sprawców. […] W związku z tym zachodzi uzasadniona potrzeba zorganizowania skoordynowanych działań milicyjnych na obszarze całego kraju”.

Równie ogólnikowo zostały przedstawione cele operacji. Planowano pobrać odciski palców od męskich prostytutek homoseksualnych „w celu uzyskania materiału porównawczego do badań kryminalistycznych”, zebrać informacje o dokonanych przestępstwach, wytypować i pozyskać tajnych współpracowników. Zalecano kontrole mieszkań oraz „miejsc nawiązywania kontaktów erotycznych przez homoseksualistów, jak: skwerki, dworce, parki, łaźnie, ubikacje miejskie, określone lokale gastronomiczne”. Podpisane przez dyrektora biura kryminalnego KGMO Zbigniewa Jabłońskiego pismo kończy się zdaniem: „Przygotowana operacja winna być autentycznie przydatnym narzędziem rozpoznania środowisk prostytucji homoseksualnej i przynieść efekty w postaci ustalenia sprawców niewykrytych przestępstw”.

Szczecińska milicja przygotowała się do akcji, robiąc zestawienie homoseksualistów i rekapitulując wiedzę na temat samego zjawiska: „Aktualnie w ewidencji homoseksualistów prowadzonych przez Wydz. Kryminalne WUSW i RUSW w Szczecinie znajduje się 413 zarejestrowanych homoseksualistów. Z operacyjnego rozpoznania wynika, że rzeczywista ilość znacznie przekracza stan zaewidencjonowanych. Ponadto m. Szczecin jest terenem działań homoseksualistów przyjezdnych z woj. szczecińskiego i innych województw. Wśród zaewidencjonowanych przeważają homoseksualiści starsi wiekiem, chociaż z rozpoznania wynika, że zboczenie to równie często występuje wśród młodzieży, także młodzież nieposiadająca skłonności homoseksualnych stanowi jednak grupę, spośród której werbowani są za pieniądze partnerzy do praktyk seksualnych”.

Podano konkretne miejsca w Szczecinie uznawane za punkty nawiązywania kontaktów: park im. 22 Lipca (godziny popołudniowo-wieczorno-nocne), szalet przy pl. Hołdu Pruskiego (czynny do godz. 18.00), szalet przy pl. Żołnierza (czynny do 21.30), szalet przy ul. Krzywoustego (czynny do godz. 18.00), dworzec PKP Szczecin Główny (pora wieczorowo-nocna). Spis uzupełniono informacją: „Niekiedy w wyżej podanych miejscach dochodzi do kontaktów seksualnych, ale częściej jest to miejsce nawiązania znajomości, skąd partnerzy udają się do własnych mieszkań, znajomych homoseksualistów, które są melinami homoseksualistów, lub też do samochodów”. Szacowano, że melin homoseksualnych jest w Szczecinie piętnaście, z czego szczególnie popularna, należąca do Franciszka O., mieściła się przy ul. 9 Maja: „W czasie przeprowadzonych ostatnio wyrywkowych kontroli spotkano w jego mieszkaniu jednocześnie 10-ciu homoseksualistów”. Następnym etapem przygotowań do akcji „Hiacynt” była korespondencja z dwunastoma oddziałami milicyjnymi z terenu województwa szczecińskiego. Kolejne miasta deklarowały, ile mają zarejestrowanych homoseksualistów: Goleniów – 2, Gryfice – 3, Gryfino – 6, Łobez – 1, Nowogard – 1, Police – 13, Stargard – 8, Świnoujście – 4. Z Pyrzyc przyszło pismo, że postanowiono odstąpić od przeprowadzenia akcji: „Z posiadanego rozpoznania operacyjnego wynika, że na terenie RUSW Pyrzyce nie ma aktywnych homoseksualistów lub osób podejrzewanych o prostytucję homoseksualną”.

Jakie rozmiary przyjęła akcja „Hiacynt” w województwie szczecińskim, wiadomo z przedłożonego zwierzchnikom sprawozdania. Przez dwa listopadowe dni 1985 roku skontrolowano 143 mieszkania, 37 lokali gastronomicznych i 17 dworców kolejowych. Wylegitymowano 288 osób, z czego 140 doprowadzano do jednostek MO, sfotografowano 89, a od 90 wzięto odciski palców. 12 mężczyzn zatrzymano w areszcie na 48 godzin, 3 wytypowano na TW, a 9 pozyskano jako osobowe źródła informacji. W wakacje 1986 roku zaczęły się przygotowania do powtórzenia akcji „Hiacynt”, która tym razem miała się odbyć w dniach 26–27 września. W piśmie wstępnym poinformowano, że „wykorzystując ubiegłoroczne doświadczenia, operacja w br. obejmować będzie obok środowisk prostytucji homoseksualnej – młodzieżowe środowiska kryminogenne ze szczególnym zwróceniem uwagi na przestępców wędrownych”. Generalne założenia pozostały jednak te same. Podobnie przebiegła też akcja, choć tym razem więcej miast z województwa szczecińskiego odmówiło przeprowadzenia operacji, uznając, że problem ich nie dotyczy: Kamień Pomorski, Nowogard, Łobez i Pyrzyce. W samym Szczecinie stwierdzono, że „góra” wybrała złą datę: „Operacja w części dot. homoseksualistów nie przyniosła większych efektów pomimo przeprowadzenia jej w identyczny sposób jak w roku ubiegłym i przy użyciu podobnych sił. Wpływ na uzyskanie takich efektów miał prawdopodobnie termin przeprowadzenia działań. W dniu 27.09.1986 r. wypadła pracująca sobota, w związku z czym w dniu 26 września, w piątek, zmniejszona była «aktywność» starszych homoseksualistów w porównaniu z piątkiem przed wolną sobotą. Po drugie w sobotę, w godzinach popołudniowych i wieczornych, na Podzamczu odbywał się wielki festyn pod hasłem «Wieś Miastu». W tym czasie w połowie wytypowanych do kontroli mieszkań nie zastano nikogo”.

Z kolei w 1987 roku początek akcji „Hiacynt” został wyznaczony na 16 października (godz. 6.00), a zakończenie na 17 października (godz. 14.00). Tym razem przysłano podsumowanie ogólnopolskie, w którym przekonywano o sukcesie całego przedsięwzięcia: „Operacja «Hiacynt» w br. przyniosła znaczące wyniki, gdyż zatrzymano za dokonanie różnych przestępstw 282 osoby, do kolegiów skierowano 746 wniosków. Działaniami tymi poszerzono w znacznym stopniu rozpoznanie środowiska homoseksualistów, jak i wędrownego elementu przestępczego, gdyż objęto nimi: 6190 mieszkań, 2988 lokali gastronomicznych, 932 dworce kolejowe, 71 łaźni miejskich, innych typowych miejsc według lokalnego rozpoznania: 1743. Znaczenie prewencyjne działań osiągnięto poprzez wylegitymowanie 14 251 osób, sfotografowanie 640, daktyloskopowanie 875, zatrzymanie do wyjaśnienia na 48 godzin 499 osób. Spadek skontrolowanych mieszkań o 1245 w porównaniu z ub. rokiem jest wynikiem przyjęcia innych kryteriów do typowania”.

Andrzej Selerowicz z Wiednia (w środku) w czasie spotkania Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego (1987). Od lewej Krzysztof Garwatowski, Tadeusz Olszewski, Ryszard Kisiel

Rok 1987 to moment, kiedy milicja zauważa, że homoseksualiści zaczynają coraz bardziej zdecydowanie się jednoczyć i próbują tworzyć spójny ruch walczący o prawa mniejszości. W sprawozdaniu pojawia się informacja, że we Wrocławiu wystąpiono „do wojewody o rejestrację grupy pn. «Etap», inspiracja w tym zakresie pochodzi z ośrodka wiedeńskiego […]. Z Wiednia też nadchodzi regularnie gazetka «gayowska» pt. «Etap» wydawana w języku polskim. Środowisko to również drogą legalną stara się o zorganizowanie «Społecznego Komitetu Walki z AIDS», który miałby wspomagać w tym zakresie społeczną służbę zdrowia”. Zauważono także próby organizowania się w Częstochowie („Odbyło się spotkanie organizacyjne z udziałem osobnika o imieniu Janusz z Wiednia. Celem spotkania było zorganizowanie związku homoseksualistów «dla osiągnięcia pełnych praw obywatelskich»”), Lublinie („Klub «Adam-Gaya»”), Łodzi („Podejmowane są próby legalizacji grupy «Etap»”) i Warszawie („Prowadzone były rozmowy z Towarzystwem Rozwoju Rodziny o oficjalne włączenie homoseksualistów do tej organizacji”). Tak szczegółowa kontrola i alarmistyczny ton są świadectwem, że jednym z nieujawnianych celów akcji „Hiacynt” była chęć przeciwdziałania samoorganizacji osób homoseksualnych. Dowodem na to, że władze starały się przeciwdziałać zrzeszaniu się homoseksualistów, jest także pismo wysłane w sierpniu 1986 roku przez Wydział Kryminalny Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych do lokalnych placówek z prośbą o informowanie o wszelkich działaniach integrujących mniejszości seksualne. Chodziło o storpedowanie inicjatywy zapoczątkowanej przez Dariusza Proroka (pseudonim Krzysztof Darski): „W ostatnim czasie środowiska homoseksualistów w kraju podjęły działania na rzecz integracji i ujęcia swojej działalności w ramy organizacyjne oraz nawiązały kontakty z organizacjami homoseksualnymi z terenu Europy Zachodniej. Jak ustalono, głównym koordynatorem tych działań jest młody homoseksualista występujący pod pseudonimem Dariusz Darski, który utrzymuje kontakty z organizacją pod nazwą Holenderski Związek Integracji Homoseksualizmu – NVIH CCC oraz formą turystyczną dla homoseksualistów «Spartakus»”.

Po „Hiacyncie”

Nie ma pewności, na ile akcja „Hiacynt” spowolniła powstawanie nowoczesnego ruchu LGBT w Polsce – dla niektórych była wręcz wydarzeniem mobilizującym. Ryszard Kisiel mówił, że właśnie wtedy rozpoczął działalność na rzecz mniejszości seksualnych: „Akcja «Hiacynt» spowodowała, że zaczęliśmy się organizować. Może gdyby jej nie było – kto wie, jak potoczyłaby się historia. To wydarzenie mnie zbulwersowało, podburzyło, byłem wściekły na samego siebie, że nie potrafiłem się przeciwstawić milicji. Jeszcze tego samego dnia dzwoniłem do chłopaków i mówiłem, żebyśmy coś zrobili. Nawiązałem kontakt z człowiekiem, który działał w opozycji, a obecnie jest znanym działaczem «Solidarności». Natychmiast przygotował porady prawne dotyczące tego, jak zachować się podczas zatrzymania przez milicję. Skopiowałem wszystko w Iwecie i rozdawałem chłopakom”.

Być może w przyszłości „Hiacynt” stanie się dla polskich gejów i lesbijek swego rodzaju mitem założycielskim, początkiem świadomości mniejszości seksualnych. Andrzej Selerowicz tak tłumaczył znaczenie akcji dla ruchu: „Wcześniej niektórzy twierdzili, że są fantastycznie ukryci. A okazało się, że jeśli milicja chciała kogoś wyciągnąć z podwójnej roli, mogła to zrobić w każdej chwili. Nie można całkiem się schować. Pokazało to niektórym, że nie ma sensu żyć w takiej hipokryzji i ukryciu”. Także polityczna ocena akcji jest ciągle jeszcze przed nami. Gdy w 2007 roku dwóch działaczy LGBT – Szymon Niemiec i Jacek Adler – złożyło do Instytutu Pamięci Narodowej wniosek o ściganie Czesława Kiszczaka za wydanie rozkazu rozpoczęcia „Hiacynta”, IPN zdecydował, że akcja była legalna i nie naruszała niczyich praw. Napisano wówczas: „Jak wynika z ustaleń sprawy, operacja «Hiacynt» miała charakter prewencyjny, jej celem było rozpoznanie zagrożeń kryminalnych w hermetycznych środowiskach osób homoseksualnych i w konsekwencji zapobieganie i zwalczanie przestępczości. Z powyższego powodu działaniom przedsięwziętym przez funkcjonariuszy MO nie sposób przypisać cech bezprawności”. To oświadczenie to niemal kalka tego, w jaki sposób uzasadniano „Hiacynta” w miesięczniku Milicji Obywatelskiej „W Służbie Narodu”. Tym samym IPN bardzo wyraźnie wskazał, komu przysługuje prawo do szacunku i zadośćuczynienia za prześladowania. Po raz kolejny się okazało, że represje za homoseksualizm nie mogą się równać tym z innych powodów.

Reakcja na widzialność

Niemal w przeddzień rozpoczęcia akcji „Hiacynt” w tygodniku „Polityka” ukazał się tekst Jesteśmy inni Dariusza Proroka, który pod pseudonimem Krzysztof Darski pisał z perspektywy geja o homofobii panującej w polskim społeczeństwie. To jeden z trzech najważniejszych tekstów o homoseksualizmie, które ukazały się w PRL-owskiej prasie. Co zaskakujące, ich pojawienie się zazwyczaj nie zwiastowało niczego dobrego. Najbardziej znany jest Gorzki fiolet Barbary Pietkiewicz opublikowany w „Polityce” w 1981 roku. Kilka miesięcy później wprowadzono stan wojenny.

Okazuje się więc, że kluczowe dla mniejszości seksualnych wydarzenia można traktować jako reakcję rządzących na zwiększenie widzialności tych osób poprzez publikacje prasowe. Władza generalnie była im niechętna, ale zazwyczaj ich po prostu nie zauważała. Dopiero próby zmiany swojego położenia, walka o widzialność i własne prawa owocowały większymi lub mniejszymi represjami ostrzegającymi przed „wychylaniem się”. Tego zdania o „Hiacyncie” jest także Waldemar Zboralski: „Jestem absolutnie przekonany, że akcja ta była odpowiedzią ówczesnych władz na niezależne inicjatywy gejów w całej Polsce i krajach sąsiednich, zmierzające do organizowania się w oficjalne i jawne grupy. Podawane uzasadnienie – że przy wyłapywaniu gejów chodziło o wyłapywanie bandytów, którzy wśród gejów grasują – było bzdurne. Miała to być rzekomo forma ochrony gejów! W tamtych czasach również sporo było napadów na księży katolickich, ale jakoś nie przeprowadzono ogólnopolskiej akcji wyłapywania księży, aby ich w ten sposób chronić przed napadami…”.

Artykuł Gorzki fiolet w „Polityce” (luty 1981)

LISTY Z PRL-U

1982, JAREK Z WARSZAWY (18 LAT)

Homoseksualistą zostałem, mając 14 lat, w 1978 roku. Zostałem wówczas poderwany na ulicy przez nieznanego mi faceta. Dostałem wtedy pieniądze. Uważam, że obecnie nie ma powrotu do kobiet, nie byłoby zadowolenia. Dotychczas nie miałem dziewczyny w pełnym tego słowa znaczeniu. W kontaktach jest rozgraniczenie spraw finansowych od przyjemności.

Do kontaktów homoseksualnych doszło po wyjściu ze schroniska. Po zastanowieniu się i porównaniu siebie z innymi uważałem, że takie predyspozycje miałem od wczesnych lat. Uważam, że bracia również byli potencjalnymi homoseksualistami. O moim homoseksualizmie powiedziałem bratu w kilka miesięcy po pierwszych kontaktach. Był zaskoczony, ale przyjął to za sprawę nieodwracalną.

Kurator dowiedział się o tym później, bo w 1980 r. Był tym zakłopotany, obawiał się, że może być podejrzewany o wykorzystywanie swojego stanowiska […].

Fragment zeznań Jarka T. w czasie przesłuchania (IPN BU 002082/ /569). Porucznik Andrzej Brążkiewicz przy okazji próby werbunku charakteryzował Jarka w następujący sposób: „Dobra prezencja, schludny wygląd, tryb prowadzenia się skryty – asekurujący. Homoseksualista, aktywny w stosunku do młodszych i pasywny w stosunku do starszych. Dwukrotnie zarażony chorobą weneryczną” (IPN BU 002086/1733).

ROZDZIAŁ DRUGI

NA TROPIE „CHOMO”. IPN A HOMOSEKSUALIZM

W czasie trwania całej uroczystości będąca w sąsiednim pokoju matka prof. Siwerta nie wchodziła do pokoju gości. Jaskiewicz zaproponował „tańce” homoseksualistów. Tańczyli niemal wszyscy za wyjątkiem Santera. W tańcu Jaskiewicz zaczął mnie całować itd. O godz. 22.45 wyszliśmy wszyscy. Pytano, dlaczego Piotrowski ma smutną minę, odpowiedział, że Zbyszek ma dzisiaj uroczystości na AWF i nie mógł przyjść.

FRAGMENT DONIESIENIA ŹRÓDŁA „PRAWY” (10 XI 1953)

Instytut Pamięci Narodowej to jeden z pierwszych adresów, który przychodzi na myśl, gdy mowa o poszukiwaniu materiałów związanych z ludźmi i wydarzeniami okresu PRL-u. Ogromna ilość dokumentów z epoki siłą rzeczy zawierać musi szereg informacji na przeróżne tematy. Homoseksualizm nie jest wyjątkiem, choć dzieje mniejszości nie wydają się leżeć w obszarze zainteresowań historyków zatrudnionych w Instytucie. Także działające przy nim prężnie wydawnictwo imponuje raczej liczbą niż różnorodnością tytułów. Homoseksualny wyjątek dotąd był jeden i nazywał się Początki ruchu gejowskiego w Polsce (1981–1990). To rozdział autorstwa Agaty Fiedotow ze zbiorówki Kłopoty z seksem w PRL. Rodzenie nie całkiem po ludzku, aborcja, choroby, odmienności, wydanej w 2012 roku przez IPN wespół z Wydawnictwem Uniwersytetu Warszawskiego pod redakcją Marcina Kuli. Tylko tyle, całej reszty trzeba szukać na własną rękę.

Cztery teczki

Kiedy w IPN-owskiej wyszukiwarce wpisze się słowo „homoseksualizm”, pojawia się kilka stron wyników, ale kluczowe są cztery teczki zatytułowane „Środowisko homoseksualistów”, zawierające materiały Ministerstwa Spraw Zagranicznych z lat 1962–1963, a także kilka dokumentów z lat 50. Prawdopodobnie właśnie wtedy Służba Bezpieczeństwa zainteresowała się homoseksualizmem, postanowiła ten fenomen prześwietlić i skatalogować. Pierwsze strony to liczący 27 nazwisk „wykaz imienny homoseksualistów zamieszkałych na terenie miasta stołecznego Warszawy”, zawierający takie rubryki jak imię ojca, data urodzenia, miejsce zamieszkania, stan cywilny, pochodzenie społeczne, narodowość, miejsce pracy, zawód wyuczony, wykształcenie, podstawa ewidencji i uwagi. Nazwiska ułożono alfabetycznie. Jako pierwszy widnieje tancerz z Teatru Wielkiego (rocznik ’29), ostatni jest leśnik z Poleszyna (rocznik ’34). Najstarszy to urodzony jeszcze w XIX wieku piosenkarz Karol Hanusz, który kilka lat później zostanie zamordowany, najmłodszy jest ślusarz z Polskich Zakładów Optycznych (rocznik ’42). Na liście widnieją też aktorzy: Mieczysław Gajda i Jerzy Nasierowski (podstawa ewidencji: list matki Gajdy) oraz poeta Paweł Hertz i kompozytor Zygmunt Mycielski, obaj debiutujący jeszcze w międzywojniu.

Takich list informacyjnych z nazwiskami homoseksualistów jest więcej, zawierają od kilku do kilkudziesięciu biogramów. Notatka z 26 maja 1962 roku wymienia 68 nazwisk mężczyzn „uprawiających homoseksualizm”, z dopiskiem: „Miejscami schadzek tej kategorii osób są: kawiarnia Alibaba, Roksana, Kopciuszek oraz Łaźnia Miejska na Krakowskim Przedmieściu”. Gros wymienionych to osoby publiczne, ich homoseksualizm nie był wielką tajemnicą; wystarczy pierwsza piątka: Jerzy Waldorff, Karol Hanusz, Paweł Hertz, Jerzy Zawieyski i Jarosław Iwaszkiewicz. Większość stanowią ludzie kultury – pisarze, aktorzy i tancerze, choć zdarzają się też postacie scharakteryzowane w sposób niebanalny: „adoptowany syn księżnej Lubomirskiej, nigdzie nie pracuje, handluje walutą”. Dużo krótsza jest lista kobiet, liczy zaledwie dziewięć osób „o inklinacjach do tzw. miłości lisbijskiej” [pisownia oryginalna]. Nazwiska lesbijek były trudniejsze do ustalenia, wskazywano na silne i budzące kontrowersje postacie, takie jak reżyserka filmowa Wanda Jakubowska czy malarka Maja Berezowska.

Gdy czyta się dzisiaj teczki o „środowisku homoseksualistów”, bardziej niż skala inwigilacji rzuca się w oczy bezradność pracowników Służby Bezpieczeństwa wobec tej kwestii. Problemy zaczynają się już na poziomie słownictwa, szczególnie przy słowie „lesbijka”; zdarzyło się też zapisanie skrótu „homo” przez „ch”. Można odnieść wrażenie, że informacje zbierane były dość przypadkowo, bo w aktach pełno jest błędów, nie tylko ortograficznych: mylone są osoby (tancerz Witold Gruca z reżyserem Jerzym Gruzą) i imiona (Zbigniew Herbert figuruje jako Zdzisław). Kryteria wpisywania na listy są niejasne, przy większości nazwisk brakuje informacji o „podstawie ewidencji”. Nie wiadomo na przykład, co sprawiło, że za homoseksualistów zostali uznani pisarze Jan Dobraczyński, Tadeusz Hołuj i Janusz Głowacki. Czasem robi się zwyczajnie zabawnie – aktorka Zofia Jamry trafiła na listę, bo znalazła się wśród widzów filmu pornograficznego przywiezionego przez Witolda Grucę z Francji, o czym donosił jeden z informatorów: „Gruca organizuje wyświetlanie filmu zawsze gdzieś pod koniec tygodnia. Są to jakoby sfilmowane sceny aktów płciowych pomiędzy osobami jednakowej płci, jak też różnej, przedstawione w formie jak najbardziej drastycznej i pozbawionej wszelkich skrupułów”.

Homoraport

Także próby całościowego ujęcia tematu nie przyniosły wielkiego efektu. Źródło „Gustaw” widziało w homoseksualistach nowy typ masonerii: „Pederaści rozpoznają się między sobą po nieuchwytnych dla ludzi normalnych znakach, sposobach zachowania, sposobach wyrażania się. Homoseksualiści prześladowani z zewnątrz poczuwają się do solidarności wobec siebie nawzajem (jak każda prześladowana mniejszość). Wspólnota zboczenia wiąże ze sobą ludzi o wrogich światopoglądach, powstaje jak gdyby międzynarodowa, międzypartyjna mafia ludzi, związanych wspólną, prześladowaną ułomnością”. Jednocześnie jednak „Gustaw” zastrzegał, że o samym zjawisku ma mgliste pojęcie: „Jak powiadam – zaledwie otarłem się o to środowisko, dzięki gadulstwu Janusza L. i olbrzymiej ilości wypitej wspólnie wódki. Nie mając skłonności homoseksualnych – trudno mi wniknąć głębiej w to środowisko”.

Dużo więcej do powiedzenia miał „Leon”, który 4 sierpnia 1962 roku podzielił się własnymi teoriami na temat przyczyn homoseksualności: „Pierwsza głosi o przewadze hormonów, np. kobiecych w mężczyźnie, druga, że przyczyną homoseksualizmu jest uraz psychiczny, kompleks powstały w okresie wczesnego dzieciństwa. Przewaga opinii jest po stronie pierwszej – czyli że homoseksualizm jest cechą wrodzoną. Natomiast jest sprawą bezsporną, że wyzbyć się (jak niektórzy mówią – wyleczyć, aczkolwiek homoseksualista poza innością zainteresowań w sferze seksualnej jest człowiekiem normalnie funkcjonującym) homoseksualizmu nie ma sposobu. Historia nie zna takiego wypadku”. Informator miał też wyrobiony pogląd na temat życia seksualnego tej mniejszości: „Obcowanie fizyczne h.[omoseksualistów] oparte jest przede wszystkim na ogólnych pieszczotach, kończących się w momencie szczytowym wzajemnym onanizmem lub stosunkiem doustnym (minetą) w kolejności lub jednocześnie (tzw. 69), stosunek odtylny jest typowy raczej tylko wtedy, gdy jedna ze stron jest impotentem. Aczkolwiek istnieje powszechna opinia o h.[omoseksualnych] mężczyznach, że ich typową praktyką technologiczną jest stosunek odbytniczy, opinia niewątpliwie błędna i niemająca pokrycia w praktyce. H.[omoseksualiści] szukają się najczęściej po pisuarach, łaźniach i dworcach kolejowych, ponadto po wybranych innych terenach – kawiarniach, skwerach”.

„Leon” wymienił także miejsca spotkań homoseksualnych mężczyzn w największych miastach Polski, a ostatni fragment dotyczył świata: „Za granicą homoseksualizm jest powszechniejszym: w Szwecji, Anglii, Francji, najbardziej prostytucja: Włochy, płn. Afryka, Azja – h.[omoseksualizm] włącza w normalną organizację domową, szczególnie Mała Azja”.

Podsumowanie na szybko

15 listopada 1962 roku po raz pierwszy zdecydowano się podsumować zdobyte informacje „o zjawisku homoseksualizmu w Polsce”. Autor podsumowania przyznawał, że wcześniej tematem się nie zajmowano: „Służba bezpieczeństwa tym zagadnieniem nie interesowała się w ogóle. W poszczególnych województwach znani są niektórzy homoseksualiści, lecz jedynie w tym wypadku, jeśli wiążą się oni z osobami będącymi w zainteresowaniu służby bezpieczeństwa lub sami są przedmiotem zainteresowania operacyjnego”.

Punkt wyjścia stanowiło przekonanie, że istnieje możliwość ustalenia, ilu homoseksualistów żyje w Polsce: „Zebrany materiał obrazuje homoseksualizm w pięciu wojewódzkich miastach. Ustalono tam 778 homoseksualistów, z tego w Warszawie – 250, Łodzi – 190, Katowicach – 160, Wrocławiu – 128, Gdańsku – 50. Należy przyjąć, że liczba ta byłaby o kilkaset większa, gdyby była uzupełniana danymi z innych terenów, między innymi z takich miast jak Kraków, Szczecin, Poznań. Jeżeli przyjmiemy, że homoseksualistów w wymienionych pięciu miastach jest 778, to środowisko tzw. «prostytucji» z nimi związanej, zgodnie z opinią lekarzy specjalistów, musi być dwu- lub trzykrotnie większe. Daje to już poważną, niepokojącą cyfrę”.

W dalszej części raportu przystąpiono do bardziej szczegółowej analizy: „Z zebranych danych osobowych 215 osób zewidencjonowanych wynika, że homoseksualiści pochodzą przeważnie ze środowiska inteligenckiego – aktorzy, pisarze, dziennikarze, artyści, urzędnicy, pracownicy naukowi. Podział pod względem zawodowym omawianej grupy przedstawia się następująco: pisarze – 23, aktorzy i artyści – 62, urzędnicy – 41, pracownicy naukowi – 18, dziennikarze – 8, inżynierowie – 8, lekarze – 4, adwokaci – 2, inne zawody – 49”.

O ile próby wyliczenia, ilu jest homoseksualistów w poszczególnych miastach i jakie zawody wykonują, nie miały większego sensu, o tyle wykazy ówczesnych miejsc spotkań są cenne. Najwięcej zlokalizowano ich w Warszawie: są to lokale (Alhambra, Antyczna, Ali Baba na Miodowej uwieczniona w powieści Magdaleny Samozwaniec, Ewa, Lajkonik, Roxana, Wilanowska i Opera Warszawska), szalety (plac Trzech Krzyży, plac Żelaznej Bramy „wraz z przyległą partią parku”, przy Wedlu i ul. Zielenieckiej), łaźnie (na Krakowskim Przedmieściu i Rutkowskiego – dzisiejsza Chmielna) i park (przy Pałacu Kultury). Pozostałe miasta to Wrocław (park miejski w śródmieściu, okolice Dworca Głównego, restauracja Polonia) i Łódź (kawiarnie: Łodzianka, Akademicka, Kopciuszek, „dworce kolejowe, szalety i parki publiczne, Międzynarodowy Klub Książki i Prasy”) oraz Śląsk (lokale: Cyganeria i Śnieżka „oraz druga hala dworca PKP” w Katowicach, Polonia w Częstochowie i Agawa w Gliwicach). Jeden z informatorów uzupełniał tę listę o Bramę Floriańską „z otoczeniem” w Krakowie i „skwer vis-à-vis opery” w Poznaniu.

Wnioski wyciągnięte z raportu przez wicedyrektora Departamentu III MSW, pułkownika St. Filipiaka, sprowadzały się do tego, że społeczność homoseksualistów należy zacząć inwigilować: „Oddział Służby Kryminalnej KG MO winien zaprowadzić ewidencję homoseksualistów z terenu całego kraju. Ewidencja ta winna być uzupełniana faktami przestępczymi powodowanymi lub dokonanymi na tle homoseksualnym. Zaprowadzić ewidencję tzw. «melin» i punktów kontaktowych homoseksualistów. Ewidencja taka winna służyć do opracowywania kwartalnych lub półrocznych informacji – analiz zjawiska oraz szkodliwych i przestępczych faktów towarzyszących”.

Na konkretach

15 czerwca 1962 inspektor Oddziału Służby Kryminalnej Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej sporządził liczącą 28 stron notatkę „ilustrującą zjawisko homoseksualizmu i przestępstw z nim związanych na terenie Polski”. Zaczął od opisania stanu prawnego i definicji skupiającej się na czynach seksualnych: „W stosunku homoseksualnym [wy]różnia się dwie postacie, czynną i bierną, które występują u osób obojga płci. Sam stosunek może przejawiać się w różnych formach. U mężczyzn: może być wzajemna onania polegająca na wszelkiego rodzaju kontaktach cielesnych (pocałunkach, dotykaniu, drażnieniu części płciowych, minetce itp.) lub stosunek pederastyczny, w którym rolę pochw spełniają fałdy pośladków, odbyt i jelito proste bądź szczelina między udami. U kobiet seksualistek zaspokojenie popędu płciowego polega na manipulacjach ręcznych, ssaniu łechtaczki, spółkowaniu za pomocą nadmiernie rozwiniętej łechtaczki lub sztucznego prącia”.

Sporo określeń w tej notatce świadczy o niewiedzy. Także w przywoływanych przykładach wykroczeń homoseksualność miesza się z pedofilią, a czasem nawet nekrofilią, jednostkowe przykłady zaś zbyt łatwo ulegają uogólnieniu. Inspektor miał zresztą świadomość braków w wykazach, z których korzystał: „Ze względu na małą liczbę spraw dotychczasowa statystyka KGMO nie wyodrębniała tych przestępstw, łącząc je wspólnie z kazirodztwem i wykorzystaniem stosunku zależności w celach nierządnych w jedną grupę. Na ścisłe ustalenie liczby tych spraw pozwoli nowo prowadzona statystyka KGMO”.

Niektóre z przytoczonych historii dobrze obrazują, przy okazji jakich spraw prowadzonych przez Milicję Obywatelską pojawiał się homoseksualizm. Najczęściej były to morderstwa na starszych mężczyznach szukających przygodnego seksu: „W latach poprzednich na terenie kraju w środowisku homoseksualistów zanotowano kilkanaście morderstw połączonych z rabunkiem. I tak – w 1954 roku w Łodzi KMMO prowadziła wówczas głośną sprawę morderstwa dokonanego przez trzech młodych homoseksualistów w wieku 17–18 lat na prof. S. T. w jego mieszkaniu. Zabójstwa dokonano przez poderżnięcie gardła scyzorykiem i jak ustalono w przesłuchaniu sprawców, w sposób sadystyczny przedłużający konanie. Po morderstwie z mieszkania zrabowano wartościowe przedmioty”. Następnie opisanych jest kolejnych pięć tego typu historii, które przebiegały podobnie, a różniły się tylko miejscem: wśród zamordowanych był sześćdziesięciosiedmioletni palacz z Wrocławia, pracownik fabryki obuwia ze Starogardu Gdańskiego, dziennikarz tygodnika „Odra” i emerytowany podpułkownik Wojska Polskiego.

Nieliczne ze spraw były ujawniane innym organom – działo się tak zazwyczaj, gdy zachodziło niebezpieczeństwo deprawacji młodzieży, jak w przypadku czterdziestoletniego męża i ojca (czwórka dzieci) z Jeleniej Góry, pracownika Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego: „W wyniku przeprowadzonej u niego rewizji zakwestionowano podręczną kartotekę ze zdjęciami 20 chłopców i jednego mężczyzny, z którymi utrzymywał intymne stosunki. Na tej podstawie Prokuratura Powiatowa w stosunku do podejrzanego zastosowała areszt tymczasowy w dniu 29.01.1962 roku. W ub. roku p-ko w/w było już prowadzone w tej sprawie dochodzenie przez dzielnicowego, lecz zostało umorzone z braku dowodów winy. W celu zabezpieczenia przed dalszą deprawacją młodzieży szkolnej KPMO w Jeleniej Górze powiadomiła o powyższych faktach Wydział Oświaty celem podjęcia przez nich przedsięwzięć prewencyjnych”. Przy okazji tej sprawy zatrzymano także kolejnego mężczyznę, rewidenta Centralnego Zarządu PTTK w Warszawie: „Ze względu na brak podstaw do podejrzeń, iż w/w utrzymywał stosunki z nieletnimi, po sprawdzeniu, iż w/w istotnie przyjechał do Jeleniej Góry służbowo, celem przeprowadzenia kontroli w Oddz. PTTK, zatrzymanego po rozpytaniu zwolniono. W rozpytaniu M. oświadczył, że zboczeniu temu uległ w 1942 roku, przebywając w obozie. O jego zboczeniu wie tylko żona, z którą zamieszkuje od 22 lat, lecz nie ujawnia tego dalszej rodzinie i znajomym. W Warszawie utrzymuje kontakt z szeregiem homoseksualistów, lecz zna tylko ich adresy, a nie nazwisko”.

Afirmacja i zazdrosne lesbijki

Na szczęście nie ze wszystkich przytoczonych historii wyłania się przygnębiający obraz mężczyzn realizujących pokątnie potrzeby seksualne pod nieobecność żony. Zdarzali się tacy, którzy w swoim kręgu stworzyli miejsce nastawione na afirmację homoseksualności, jak pewien trzydziestoletni tancerz z Trójmiasta: „W dniu 26 I br. Sekcja otrzymała informację drogą operacyjną, że w jednym z prywatnych pokoi aktorów Opery Bałtyckiej w Gdańsku jest czynna melina schadzek homoseksualistów, którzy tam odbywają stosunki pederastyczne. Dla stworzenia odpowiedniej atmosfery podniecenia ściany tego pokoju są zawieszone zdjęciami pornograficznymi przedstawiającymi w różnych pozach organy płciowe męskie […]. Do dnia 14 II br. zebrano materiały świadczące o tym, że w/w zapoznaje w celach nierządnych mężczyzn na ulicach, dworcach, w pociągu, kawiarniach i tramwajach oraz wśród homoseksualistów posiada szerokie znajomości. Z niektórymi utrzymuje stałą korespondencję. Podczas rewizji zakwestionowano wiele zdjęć pornograficznych, a także 81 listów, z których w 15 obrazowo opisane są formy zapoznawania partnerów, miejsca ich skupiania się, odbierane wrażenie podczas odbywania stosunków, sposoby popełniania czynów homoseksualnych, i z całości wynika właściwe homoseksualistom nastawienie psychiczne do tego zboczenia. W związku z zakwestionowaniem zdjęć pornograficznych (które zatrzymała Prokuratura) prokuratur wyraził zgodę na zastosowanie aresztu tymczasowego w dniu 28 II br. postanowieniem nr III DS 407/62. Jednakże jeszcze tego samego dnia na interwencję dyrektora Opery Bałtyckiej i kierownika baletu – Sobczak-Jarzynówny – został z aresztu zwolniony, co prokurator uzasadniał charakterem jego pracy – brakiem zastępstwa. Spośród homoseksualistów, z którymi utrzymuje kontakt, ustalono 24 mężczyzn, z tego 4-ech zatrudnionych w teatrze, 7 osób odbywających służbę wojskową, 13-tu pracowników fizycznych oraz wielu innych, w stosunku do których przeprowadza się jeszcze czynności sprawdzające. M.[iędzy] innymi są to uczniowie technikum zamieszkali w internatach i marynarze narodowości polskiej i obcej. Z korespondencji tej wynika, że w Gdańsku odbywają się bale homoseksualistów, w prywatnych mieszkaniach, a nawet Grand Hotelu, na które homoseksualiści przychodzą w przebraniu kobiecym – w perukach”.

Kobiety stanowiły zawsze niewielki procent opisywanych historii: „W 1959 roku w Gdańsku był przypadek, że M. Pelagia, dozorczyni domu (mężatka), przyjęła do swego mieszkania prostytutkę, która nie płaciła jej za podnajem mieszkania, lecz godziła się na uprawianie z nią miłości lezbijskiej [pisownia oryginalna], za co mogła również przyjmować w mieszkaniu swych klientów. Stałą partnerką dozorczyni była sprzątaczka szaletu na dworcu PKP P. Zofia, również mężatka, posiadająca dorosłe dzieci. Obie były o siebie bardzo zazdrosne i gdy któraś z nich przyjęła na mieszkanie prostytutkę, druga urządzała awanturę dochodzącą do rękoczynów, uniemożliwiającą tamtej zamieszkiwanie. W zazdrości swej posuwały się tak daleko, że jedna na drugą donosiły do sekcji do walki z nierządem o zamieszkiwaniu prostytutki, pomawiając przy tym również o uprawianie prostytucji. Wg ich oświadczenia lesbijstwa nauczyły się w Niemczech w czasie wojny”.

Dygnitarz zainteresowany sportowcami

Przy okazji zbierania informacji o mniejszościach seksualnych okazywało się, że są wśród nich także działacze partyjni. Służba Bezpieczeństwa raczej nie drążyła tego tematu, ale sami homoseksualiści chętnie plotkowali, kto z pełniących eksponowane stanowiska mężczyzn „też jest”. Już 29 października 1953 roku informator „Prawy” donosił o spotkaniu towarzyskim, na którym wypłynął ten temat: „W czasie popołudniowej dyskusji głos zabrał Jasiniewicz, który mówił o homoseksualistach w KC PZPR: Tadeusz Ćwik, Zieliński oraz przewodniczący Rady Adwokackiej (obecnie już zwolniony). Następnie opowiadał o Bertmanie, który obecnie jest w Warszawie i że nie może dostać nigdzie posady, ponieważ został wyrzucony za homoseksualizm z ambasady polskiej w Berlinie”. Już ten krótki zapis pokazuje, że raczej pomijano osoby na faktycznie eksponowanych stanowiskach politycznych, a skupiano się na politykach bez większego znaczenia, z drugiego szeregu. Taką właśnie postacią, mimo swych zasług, był Tadeusz Ćwik, któremu w teczce o „środowisku homoseksualistów” poświęcono kilka osobnych stron. Urodzony w 1899 roku w Krakowie, był przedwojennym działaczem Komunistycznej Partii Polski, po 1945 roku dyrektorem Departamentu Ogólnego w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej, a następnie prezesem Głównego Urzędu Inwalidzkiego. Od 1947 roku poseł na sejm, zwolennik połączenia Polskiej Partii Socjalistycznej i Polskiej Partii Robotniczej, w grudniu 1948 na Kongresie Zjednoczeniowym wybrano go sekretarzem KC PZPR, a w następnym roku wiceprzewodniczącym Centralnej Rady Związków Zawodowych. To był szczyt jego politycznej kariery, w 1953 roku został pozbawiony wszelkich stanowisk i usunięty z partii. Przywrócony w 1956 roku, nie otrzymał już równie wpływowego stanowiska; do 1961 roku sprawował funkcję redaktora naczelnego „Przeglądu Związkowego”.

Kiedy w połowie 1962 roku Departament III Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zainteresował się Ćwikiem jako homoseksualistą, ten był już na emeryturze. Podobnie jak wielu dygnitarzy zajmował mieszkanie w alei Róż (numer 7). Tak został scharakteryzowany w donosie „Leona”: „Jasny umysł, praktyczny. Niekończąca się pogoń za przygodami erotycznymi z dużym tupetem, zainteresowania 25–30 l[at]. Ma przyjaciela – mieszka róg Kruczej i Hożej, na tyłach baru mlecznego, żonaty architekt lub technik budowlany, przystojny szatyn lat 27. Ćwik był żonaty dla pozorów z aktorką” (26 VI 1962). Stanisława Ćwik-Wołoszyn była młodsza od męża o dwadzieścia dwa lata, występowała w teatrach muzycznych wielu miast w Polsce. Rozeszła się z mężem w 1952 lub 1953 roku, zmarła w 2010 roku w Warszawie.

W odręcznej notatce na temat Ćwika sporządzonej przez Służbę Bezpieczeństwa ktoś skreślił akapit, w którym wypisano jego partyjne przyjaźnie, między innymi z Cyrankiewiczem, Szwalbem, Ochabem, Bermanem czy Motyką. Stwierdzono, że w 1953 roku został odwołany z partii i Centralnej Rady Związków Zawodowych, bo miał sprawę „m.in. za homoseksualizm”. Świetnie zdawano sobie sprawę z jego wyborów seksualnych: „Jego typem pod względem zainteresowań erotycznych są ludzie młodzi w wieku dwudziestu kilku lat o zacięciu i sylwetce sportowej. Zawierał znajomości (do 1954) uliczne, w ubikacjach i w łaźniach z homoseksualistami. W łaźni rzymskiej miał jakieś kompromitujące zajście. W 1954 r. utrzymywał kontakty towarzyskie z ks. R. Tadeuszem, proboszczem na Sadybie, oraz ks. G., dyrektorem domu dla księży emerytów na ul. Ratuszowej”. Wynotowano też, że Ćwik protegował do Marynarki Handlowej w Szczecinie swojego znajomego, „który w pierwszym rejsie na zachód uciekł”.

Ćwik zmarł 30 lipca 1968 roku. Cztery lata wcześniej odwiedzili go starzy znajomi, też homoseksualiści – Bolesław Bochwic i Zygmunt Mycielski, który zapisał w Dzienniku: „Wczoraj z Bolkiem B[ochwicem] u Tadeusza Ćwika. Z okazji 65 lat dekorowali go teraz Sztandarem Pracy I klasy. Stary, zasłużony działacz komunistyczny, jeszcze z czasów wojny hiszpańskiej, w czasie której odegrał nieznaną mi rolę, ale podobno ważnego emisariusza. W 1916 czy 1917 roku był w Legionach. Nie wiem, kiedy i którędy ewoluował do komunizmu. Opowiada z prostotą, jak był przed 1914 rokiem pikolakiem w jakiejś restauracji w Krakowie. Teraz na «Funduszu dla zasłużonych», mieszka w czteropokojowym apartamencie w alei Róż, jest przyjacielem Cyrankiewicza, dla znajomych i przyjaciół bardzo uczynny, wszyscy go lubią. Chory na serce, zajmuje się różnymi synekurami, turystyką, sportem (sportowcami raczej). Dał nam whisky i bardzo dobry koniak francuski, wieczorem jechał z ministrem kultury [Kazimierzem] Rusinkiem na premierę Dziadów. Gdy go zaczepiłem o sytuację ekonomiczną kraju, oświadczył mi, że 1964 rok jest gorszy od 1963 roku, ale lepszy będzie 1965. A potem dodał: «Ale tobie i Bolkowi jest chyba dobrze?» – i przeszedł na inne tematy. Opowiadał, jak mu dawali ten order. Zawadzki przez pięć lat usuwał wniosek, miała to być Komandoria Polonia Restituta. Wreszcie Cyrankiewicz zadzwonił, a Gomułka powiedział, że trzeba dać Ćwikowi Sztandar Pracy I klasy. Zawadzki na to już nic, podpisał. Na przyjęciu był Cyrankiewicz, Ćwik pokazywał nam fotografie. Żałośnie wygląda na nich towarzystwo, rozchełstani i poczochrani pułkownicy i generałowie, tępe gęby, kobiety w sweterkach odpowiednie do tego, stare, z powyszczerbianymi zębami” (16 II 1964).

Spojrzenie pięknego wiedeńczyka

Oczywiście dokumenty oznaczone jako dotyczące homoseksualności stanowią tylko promil wszystkich teczek, w których występuje ten wątek. Czasem można się w nich natknąć na wywody tak niepasujące do wyobrażenia na temat funkcjonowania tego tematu w PRL-u, że właściwie nie wiadomo, jakie wyciągnąć z nich wnioski. Jedne z pierwszych akt, na które przypadkiem trafiłem w Instytucie Pamięci Narodowej, to zapis z 8 stycznia 1952 roku: milicja w Gliwicach przesłuchała dziewiętnastoletniego Andrzeja Z., który w listopadzie roku poprzedniego napisał list do tygodnika „Przyjaciółka”, prosząc o pomóc w wydostaniu się z Polski i umożliwienie wyjazdu do Austrii. Wcześniej w tej samej sprawie pisał do prezydenta Bolesława Bieruta.

W związku z przesłuchaniem Andrzej opisał swe dotychczasowe życie: „Urodziłem się w Ząbkowicach pow. Będzin, matka była nauczycielką. W czasie, kiedy miałem 2 lata, matka moja rozeszła się z moim ojcem i nie chciała z nim więcej nawiązywać kontaktów. Ja natomiast byłem na wychowaniu przy mojej matce aż do popełnienia przez nią samobójstwa w roku 1944 w grudniu. Po śmierci mojej matki zaopiekowała się [mną] siostra mego ojca, u której przebywałem aż do powrotu ojca z więzienia (Oświęcimia) w roku 1945. Ojciec mój był dla mnie bardzo brutalny, nie chciał się przyznać, że jestem jego synem, wyrzucał mnie z domu, tak że musiałem pomieszkiwać u różnych znajomych”. Ciąg dalszy jest równie dramatyczny: „Początek roku 1949 usiłowałem przejść nielegalnie przez granicę do Austrii, jednakże zostałem przyłapany i siedziałem 5 miesięcy w śledztwie podejrzany o szpiegostwo. Po dostarczeniu mnie do sądu sąd uznał mnie za niewinnego jako podejrzanego o szpiegostwo, jednakże na skutek tego, iż nie miałem stałego miejsca zamieszkania oraz że nikt się mną nie opiekował, skazany zostałem na dom wychowawczy, gdzie przebywałem przez okres 6 dni”. Dlaczego Andrzej Z. tak desperacko chciał wyjechać z Polski i osiedlić się w Austrii? Najpierw wyjaśniał, że ma tam rodzinę, u której bywał z matką w czasie wojny, ale w rozmowie z milicjantem podał inny powód: „Dalej mówi, że nie podoba jemu się w Polsce, skróci się jego życie przez dalsze przebywanie w Polsce. Na pytanie, dlaczego tak marzy o Wiedniu, odpowiedział, że w roku 1943 pewien piękny chłopczyk wiedeński, jakiego w życiu swym widział, patrzył się na niego najpiękniej i za tem tęskni; boli jego to, że już nigdy w życiu nie zobaczy chłopczyka z Wiednia, który jemu się tak podobał”. Milicjanta musiała zaskoczyć opowieść o pięknym wiedeńczyku, bo nie drążył tematu. Najwyraźniej jednak Andrzej był przyzwyczajony do mówienia otwarcie o swoim homoseksualizmie, nawet w sposób prowokujący. W czasie rozmowy przyznał, że właśnie tego dotyczyło też pismo skierowane do ojca: „List o treści «Milczysz, Feliksie, bo mordercą jesteś» pisałem do mego rzekomego ojca, w którym to przedstawiłem swoją sytuację seksualną i czyniąc jego jako ojca odpowiedzialnym za to”.

Ekstaza z cherubinkiem

Ze znajdujących się w IPN-ie dokumentów wynika, że ze znanych homoseksualistów najmocniej rozpracowywani byli dwaj pisarze: Jerzy Zawieyski (1902–1969) i Jerzy Andrzejewski. W obu przypadkach mamy do czynienia z licznymi teczkami, donosami, podsłuchami, a także próbami werbunku bliskich i znajomych. Homoseksualizm pojawia się w ich teczkach regularnie, choć dużo większą wagę przywiązuje się do kwestii politycznych, nawet trzeciorzędnych.

Szczególnie cenny jest ogromny zbiór z lat 50. i 60. dotyczący Zawieyskiego. Dzięki podsłuchowi zainstalowanemu w jego mieszkaniu można się dowiedzieć, jak dzień po dniu wyglądało życie pisarza i działacza politycznego. Przy okazji ukazane są rozmowy homoseksualistów we własnym gronie, gdy myślą, że nikt ich nie słyszy, w tym o sposobach zdobywania partnerów seksualnych; można się też dowiedzieć, jak męsko-męski seks odbierali pracownicy Służby Bezpieczeństwa, którzy codziennie spisywali to, co zostało nagrane. Raporty z lat 1957–1959 to kilkaset stron, notowanych zazwyczaj ręcznie, często wypisującym się długopisem, czasem trudnych do odczytania. Powinny zostać opracowane i opublikowane, stanowią bowiem cenne uzupełnienie Dzienników Zawieyskiego, w których pisarz kreuje oficjalny wizerunek, całkowicie pomijając swój homoseksualizm i spotkania z kochankami.

W omawianym okresie Zawieyski prowadził bujne życie erotyczne. Przygód seksualnych miał tak dużo, że nawet nie sposób wymienić wszystkich jego kochanków. Najczęściej wykorzystywał sytuację, gdy w domu nie było jego partnera – Stanisława Trębaczkiewicza; potrafił wówczas się umówić z dwoma mężczyznami jednego dnia. 30 stycznia 1959 roku najpierw uprawiał seks ze Zbyszkiem, a potem trzykrotnie z Adamem: „Po odbytym stosunku chwalił go, że ma duży temperament, piękną budowę ciała, porównując go do greckiego efeba”. Następnego dnia Adam znów przyszedł: „Z.[awieyski] zapytał go, jak się czuje po wczorajszym «seansie»”. 4 lutego, „gdy Adaś był gotów, położyli się do łóżka, «oddając się miłości». W ekstazie Z.[awieyski] nazwał Adasia cherubinkiem”. Właśnie w takim romantycznym stylu odsłuchujący taśmy esbecy często pisali o łóżkowych wyczynach Zawieyskiego, najwyraźniej nie chcąc używać określeń bardziej dosadnych. Nawet wyrażając dezaprobatę do prowadzonego przez Zawieyskiego życia erotycznego, unikali wulgaryzmów. Najczęściej używane przez nich słowo brzmiało „pokochał” (pisane zazwyczaj w cudzysłowie) i oznaczało uprawianie seksu: „Jak wynika z rozmowy, Eluś jest jakimś podrzędnym aktorem. Uskarżał się na swój los osamotnionego. Być może pod wpływem alkoholu zaczął histeryzować. Płacząc, mówił, że pewnie i Z.[awieyski] nim pogardza. Z.[awieyski] zaprzeczył temu i nie omieszkał «pokochać» go. Zaklinał go, aby nikomu nie mówił o ich zażyłości” (7 II 1959); „Wypytywał go o sprawy osobiste, a następnie «pokochał». Po stosunku rozmawiali o kulturze” (23 II 1959); „Z powodu obecności gosposi Z.[awieyski] nie mógł «pokochać» Adasia, ograniczając się do ukradkowych uścisków” (27 II 1959). Czasem efekt był niezamierzenie humorystyczny: „Z.[awieyski] wrócił o godz. 21.50 razem z Adasiem i po kolacji zaczęła się miłość. Najpierw Z.[awieyski] rozkoszował się Adasiem, a następnie Adaś Z.[awieyskim], który narzekał, że go bolało, więc Adaś ubolewał nad nim” (21 III 1959). Bardziej bezpośrednie określenia pojawiały się, gdy cytowano samego Zawieyskiego – na przykład telefonując do Wrocławia, pisarz namawiał kochanka do przyjazdu argumentem, że tęskni i mu „kutas stoi” (5 II 1959).

Jerzy Zawieyski Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe (PIC_20-120)

Nie wszystkie relacje są bardzo dokładne. O ile rozmowy na tematy polityczne i kościelne są wiernie spisywane, o tyle inne kwestie czasem jedynie się sygnalizuje. 14 marca 1959 opisano wizytę pewnego Zbyszka: „Po krótkiej rozmowie o sprawach osobistych Z.[awieyski] «pokochał» go, a następnie zaczął rozmowy na tematy kulturalne”. Nie wiadomo, o czym dokładnie mówili. Jeszcze tego samego dnia pisarz spotkał się ze swoim kolejnym kochankiem: „O 19.10 przyszedł Adaś. Z.[awieyski] przygotował kolację z wódką. Potem zaczęli się «kochać» na różne sposoby właściwe zboczeńcom seksualnym z małymi przerwami do 22.45. Adaś, zapytany przez Z.[awieyskiego], czy miał stosunki z kobietami, odparł, że bab nie lubi”. Nie wiadomo, co w tym wypadku znaczą „sposoby właściwe zboczeńcom seksualnym”, rozpracowujący Zawieyskiego esbecy ewidentnie mieli konserwatywne podejście do seksu i takiego też języka używali („samogwałt” jako określenie na masturbację), często stosując przesadę (picie alkoholu nazywano „libacją”, a nietradycyjny seks – „orgią”). Jednocześnie wyraźnie brakowało im słownictwa erotycznego, wiele określeń było oceniających: „Z.[awieyski] zaproponował Adasiowi, aby został na noc, na co się zgodził. Rozpoczęła się ponownie orgia najbardziej wyuzdana. Opowiadali sobie o różnych sposobach «miłości», stosując je w praktyce. Jeden drugiego «załatwiał» w najbardziej wyrafinowanej formie, używanej tylko przez zdegenerowanych do gruntu zboczeńców” (18 III 1959). Zdarzały się też opisy „seansów” erotycznych bez oceniania: „Skoro tylko Jurek najadł się i napił, zaczęli się kochać. O 20.45 Z.[awieyski] odebrał telefon z wiadomością o śmierci znajomej aktorki. W małych przerwach Z.[awieyski] z Jurkiem zapewniali się o wzniosłości i bezinteresowności swych uczuć. Z.[awieyski] był zachwycony temperamentem Jurka. Kochali się w sposób «zwykły» i «po francusku». W pewnej chwili rozebrani do naga chodzili po mieszkaniu, a Jurek zaintonował Te Deum. Z.[awieyski] wtórował mu w pieśniach używanych podczas nabożeństw. […] Kochali się do ok. 1 w nocy, aż wreszcie zmęczeni zasnęli”. Zupełnie inaczej wygląda ten dzień (16 III 1959), gdy poznajemy go jedynie z Dzienników Zawieyskiego; pod tą datą znajduje się tylko krótka notatka: „Kilka wizyt w Radzie Państwa, alarmujących o konfliktach zaszłych między władzami a działalnością księży. Te sprawy – to właśnie mój krzyż”.

Erupcja włoskiej urody i ślub z orgią

Umieszczone w mieszkaniu podsłuchy były tylko jedną z form inwigilacji Zawieyskiego. Jako pisarz mający silne związki z hierarchią Kościoła katolickiego był pod baczną obserwacją, na długo zanim w efekcie odwilży ’56 roku został członkiem Rady Państwa i posłem na Sejm. Zaczęto się nim interesować już pod koniec lat 40.; pisano o nim wówczas: „Ma bardzo dziwne usposobienie. Jest bardzo kobiecy i kokieteryjny” (5 VII 1949). Początkowo myślano, że mieszkający z Zawieyskim Stanisław Trębaczkiewicz to jego rodzina, dopiero w 1954 roku pojawiły się informacje, że pisarz jest homoseksualny. Mimo prób partnera Zawieyskiego nie udało się zwerbować, za to do donoszenia na obu mężczyzn skłoniono sąsiadkę. Udało się też poznać dokładny rozkład mieszkania na ulicy Bałuckiego 3, w którym Zawieyski z Trębaczkiewiczem zajmowali dwa pokoje.

Dużą wagę przywiązywano do korespondencji pisarza. W teczkach Zawieyskiego jest sporo listów, w tym od ludzi związanych z Kościołem katolickim i homoseksualnych księży, którzy opisywali swoją sytuację życiową. Pozwalają one poznać problemy mężczyzn zmuszonych jeszcze bardziej niż inni ukrywać swoją orientację psychoseksualną, szukających wsparcia u znajomych. 10 września 1962 roku do Zawieyskiego napisał ksiądz lub zakonnik, który po pobycie w Paryżu wracał do Polski: „Jestem w okresie poprzedzającym powrót, ten powrót zaś pociągnie za sobą powzięcie pewnych decyzji, dość trudnych i delikatnych, ale wydaje mi się niezbędnych. Nie, nie chodzi o «dezercję», na pewno nie. Jest to raczej sprawa znalezienia jakiejś formy istnienia. […] Mam wrócić w połowie listopada. Nie wiem, co będę robił. Jedyna rzecz, którą lubię robić, to praca z młodymi. Bez wątpienia jest to związane z moim dramatem, znanym Ci, ale myślę, że Bóg może nawet i to wykorzystać na dobre. A chyba nie jestem jedynym tego rodzaju przykładem”.

Duchowny przeżywał wówczas załamanie: „Nie mogę wyjść z jakiegoś impasu nerwowego. Nie mogę uwierzyć w radość. Jestem zasadniczo smutny. Wedle kwalifikacji teologii moralnej to pewnie jest ten siódmy z grzechów głównych, ale przecież ja naprawdę tego nie szukałem. Jerzy, tak bardzo chciałbym być na stałe w Warszawie. Wiem, że jestem egoistą, ale Twoja obecność, obecność człowieka, który rozumie, który wie, jak to jest, to nie najmniejsza ulga. Żal mi Paryża. Tu się stało najwięcej z mojego życia, najwięcej krwi się polało. Tu przede wszystkim stała się miłość, cóż z tego, że nieudana, ale jednak dająca doświadczenie niezrównanego bogactwa, otwarcia się na drugiego człowieka”.

Jednym z dramatów mężczyzny jest samotność, a jednocześnie pożądanie zakazanych, ale potencjalnie dostępnych ciał młodych ludzi: „Pięć dni w Zurychu. Chodzenie po krawędzi. Oczy aż zanadto otwarte na piękno. Ratunek nie przez «zasady», ale przez ogromne zmęczenie psychofizyczne i ucieczkę. Ale co to za ucieczka! W Italii zawsze te same udręki, za dużo tego piękna. Życie w stałym pożądaniu (od pewnego czasu zauważyłem, że to jest bardziej psychiczne niż fizyczne). Samotność jest najgorszą udręką”. Rekompensatą jest zachwyt nad urodą młodych: „Ach, te cuda natury na plaży, w morzu, w caffeteria, krążące po leśnych drogach na rowerach i skuterach. Jakaś gigantyczna erupcja urody, rozrzutnej, bujnej, niemyślącej o tym, że za kilka lat skończy swoje istnienie, bo jest zbyt południowa na to, aby trwać dłużej, i może dlatego intensywnością biorąca swój odwet nad czasem”.

Jako swego rodzaju przeciwwagę dla tej historii warto przytoczyć pochodzącą z tego samego okresu opinię o księdzu Stanisławie W., uznanym w jednej z teczek na temat „środowiska homoseksualnego” za „najbardziej znanego, oficjalnego homoseksualistę klerykalnego chyba w skali krajowej”: „Wykształcony w Krakowie, syn chłopa małorolnego – poszedł na księdza dla dobrobytu. Gości u siebie na plebanii cioty, np. Ż. Mieczysława czy Sz. Tadeusza, przez których bywa w oczy wyzywany od «nacierników», «skurwysynów» itd. Bardzo często przyjeżdża do Krakowa na tzw. gościnne występy, czasem puszcza się w sutannie, a najczęściej «występuje» po cywilnemu. Szasta bez ograniczeń pieniędzmi. Puszcza się z chuliganami i żołnierzami, tzw. «czerwonymi kapturkami» – kupuje ich za wódkę, którą zawsze ma przy sobie, a także płaci im. Bywa często w lokalu nocnym Kaprys w Krakowie. Nie pomija swoją obecnością żadnego z przyjęć-orgii urządzanych w Chrzanowie u J. Stanisława, czyli homoseksualisty «Królowej Barbary Radziwiłłówny», odznaczanego zawsze, niezmiennie improwizowanym, «orderem wielkiej pizdy» z racji (jak wszem wobec ogłasza herold-przebieraniec) zasług dla polskiej pederastii. Ksiądz Stanisław W. udzielał np. «ślubu», którego wesele stanowiła zbiorowa orgia uczestników – niejakiemu Zbyszkowi z Rabki i jednemu z komandosów; ów Zbyszek przebywał w areszcie śledczym w ub. roku latem za nadużycia gospodarcze, zakwestionowano mu wówczas mienie takie jak samochód i kosztowne wyposażenie domu w Rabce”.

Sekretarz i kochanek

„J. Andrzejewski znany był ze swych skłonności homoseksualnych już we wczesnym okresie swojej działalności literackiej”, napisano w życiorysie pisarza stworzonym na użytek Służby Bezpieczeństwa. Można odnieść wrażenie, że wraz z upływem czasu ta kwestia tylko zyskiwała na znaczeniu. Homoseksualizm, alkoholizm i polityka to trzy przenikające się tematy, które dominują w donosach na Andrzejewskiego.

Wiele ważnych informacji pochodziło od zięcia pisarza, Andrzeja Słomianowskiego (ur. 1943); pod pseudonimem Marek Dembicki przez blisko trzy lata na bieżąco meldował o wydarzeniach z życia teścia. Dużo miejsca poświęcił Tadeuszowi Szyłłejce (1945–2016), ówczesnemu sekretarzowi Andrzejewskiego, którego wyraźnie nie lubił: „Obecnie J. Andrzejewski (przetrzymujący na stałe w domu młodego homoseksualistę Tadeusza Szyłłejkę, studenta III roku wydziału fizyki UW, z którym współżyje i również podlega jego ujemnym wpływom) waha się z decyzją wydrukowania Miazgi w «Kulturze» paryskiej” (24 VII 1972); „Szyłłejko prawie codziennie odwiedza Andrzejewskiego i również znosi mu rozmaite plotki z miasta. Prowadzi on nadal, nawiasem mówiąc, pasożytniczy tryb życia, nie pracuje nigdzie, pija stale alkohol, baluje na rozmaitych homoseksualnych prywatkach. Bierze stale pieniądze od Andrzejewskiego” (20 II 1973). Sekretarz był także obarczany winą za pijaństwo pisarza: „Dnia 5.04 br. w czwartek miałem możność odwiedzenia Jerzego Andrzejewskiego u niego w domu. Wizyta trwała od około 11.00 rano do 15.00. Przez cały czas Andrzejewski był pijany. […] mniej więcej od miesiąca Andrzejewski jest codziennie pijany, co praktycznie uniemożliwia z nim jakikolwiek kontakt. Pijany jest od rana do około 19.00, po czym idzie spać. Nie jest w stanie nikogo przyjmować, z nikim rozmawiać. […] Andrzejewski zdany jest wyłączne na opiekę Tadeusza Szyłłejki, swojego kochanka, która to opieka polega głównie na tym, że Szyłłejko schodzi do sklepu po kolejne butelki wina”. Informator wyczekiwał, aż ten związek się zakończy, odnotowywał momenty kryzysowe: „Wydaje mi się, iż jest on znudzony osobą Szyłłejki; że związek z nim ciągnie się już tylko z przyzwyczajenia, «z braku czegoś lepszego» – jak mówi sam Andrzejewski” (7 IV 1973). W grudniu 1971 roku Szyłłejko był przesłuchiwany, w dużej mierze pod kątem swojej znajomości z Andrzejewskim. Miał wówczas 26 lat. Pytano go o homoseksualne znajomości, opisał też swój „pierwszy raz”: w lipcu 1968 roku z mężczyzną poznanym w restauracji Kameralna na Foksal, uznawanej za miejsce spotkań homoseksualistów. Tam też 6 kwietnia 1971 roku rozpoznał przy sąsiednim stoliku Andrzejewskiego: „Szyłłejko nawiązał rozmowę z Andrzejewskim, później taksówką odwiózł go do domu. Został zaproszony na krótką wizytę kurtuazyjną. Te wizyty połączone z odbywaniem stosunków homoseksualnych – w okresie późniejszym – uszczęśliwiły go. Od dnia 6 do 30 lipca br. Szyłłejko przebywał wspólnie z Andrzejewskim na wakacjach w Sopocie, w 2-osobowym pokoju wynajętym przez Andrzejewskiego. […] Rozmówca nadmienił, że Andrzejewski dał mu możliwość zarobienia około 400–500 zł miesięcznie, gdyż zlecił udzielenie korepetycji adoptowanemu synowi – Januszowi”. Szyłłejko powiedział także, że od czasu, gdy poznał Andrzejewskiego, pozostaje mu wierny.

Postać Szyłłejki pojawia się także w późniejszych o kilka lat donosach poety Bogusława Wita. Były sekretarz pisarza miał mieć już wówczas poważny problem alkoholowy: „Andrzejewski omówił ze mną sprawę Tadeusza Szyłłejki (jego przyjaciela). Szyłłejko od trzech tygodni upija się notorycznie. Pod nieobecność w Warszawie [córki pisarza] Agnieszki (była w Zakopanem) Tadeusz sprowadził (ma własne klucze) do domu chłopaków – żołnierzy, bo Tadeusz kocha się w żołnierzach, i zginęła Agnieszce biżuteria. Andrzejewski prosił mnie, abym zasięgnął języka, czy Tadeusza nie udałoby się umieścić w Wirowie (zakład dla leczenia alkoholików)” (3 V 1977).

Wit, sam homoseksualny, w donosach zwracał baczną uwagę także na ten aspekt życia pisarza: „Od wielu lat nie «podrywa» chłopaków ani też nie chodzi do łaźni, gdyż obawia się prowokacji ze strony UB. W sytuacji, kiedy dokonuje politycznie ważne fakty, nie może dać powodów swojej kompromitacji” (21 X 1976). Niespełna dwa miesiące później sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej: „«Błagał mnie» wprost, aby mu przyprowadzić w sobotę lub niedzielę jakiegoś ładnego chłopca (blondyna dużego – płowe zwierzę) do kochania. Na moje obiekcje, że przecież wybiera się do klasztoru – i tu naraz [o] chłopcu mówi: «klasztor to jutro – dziś daj mi jeszcze chłopca». […] Odchodząc, raz jeszcze prosił o przyprowadzenie jakiegoś «choćby żula» za forsę” (8 XII 1976). Także w jednym z ostatnich donosów Wita na temat pisarza, z informacją o planowanej wspólnej podróży do Bułgarii, znalazła się uwaga niepozostawiająca wątpliwości, czemu ma przede wszystkim służyć ta wyprawa: „Andrzejewski zamierza jechać tam, aby «poszaleć z chłopaczkami»” (6 VIII 1979).

Erotyczny życiorys

Największą wartością IPN-owskich dokumentów jest jednak możliwość poznania biografii „zwykłych” homoseksualistów żyjących w PRL-u i ich niezmiernego zróżnicowania. Wbrew dzisiejszym wyobrażeniom istniało wówczas wiele sposobów realizowania nienormatywności seksualnej – nie zawsze musiała się ona wiązać z ukrywaniem się, pokątnym seksem, poczuciem winy i małżeństwem z kobietą. Zdarzali się nawet mężczyźni czyniący z homoseksualizmu sposób na życie, podporządkowujący niemal wszystko seksualnym przygodom. Kimś takim był Henryk R., który z zaskakującą otwartością opowiedział swój erotyczny życiorys, gdy w październiku 1971 roku był przesłuchiwany w związku ze sprawą zabójstwa Jana Gerharda (więcej o samym śledztwie i procesie piszę w kolejnym rozdziale).

Henryk urodził się w 1938 roku w Wilnie, tam przeżył wojnę, skończył średnią szkołę plastyczną i mieszkał do 1959 roku; wówczas, po śmierci rodziców, wraz ze starszą siostrą i jej mężem przyjechał do Polski. Osiedli w Szczecinie, gdzie od kilku lat mieszkał ich brat pracujący w stoczni. Początkowo Henryk zamieszkał z siostrą: „Starałem się jednak o mieszkanie, ponieważ już wtedy miałem skłonności homoseksualne. We wrześniu 1960 roku otrzymałem mieszkanie z Rady Narodowej w Szczecinie przy ul. Bohaterów Getta Warszawskiego, gdzie zamieszkałem”. Do 1963 roku pracował w Spółdzielni „Społem” jako dekorator wystaw sklepowych, potem zatrudniał się już tylko dorywczo.

Nowy etap jego życia zaczął się wraz z wyjazdem do stolicy: „Jak dobrze pamiętam, to pod koniec 1964 r. wyjechałem do Warszawy. Chciałem obejrzeć stolicę, bo jeszcze nigdy nie byłem w Warszawie. Miałem zamiar przyjechać na kilka dni, przeciągnęło się to jednak chyba do pięciu miesięcy. Mieszkałem w różnych hotelach w Warszawie, jak hotel Saski, Polonia, w Domu Chłopa, w Domu Nauczyciela na Powiślu i innych. Nie mieszkałem w hotelach drogich, typu Europejski, Grand Hotel. W tym czasie poznałem Jerzego Andrzejewskiego. Poszedłem kiedyś na pantomimę do teatru w Pałacu Kultury. W czasie przerwy w kuluarach obserwował mnie jakiś mężczyzna w okularach, szczupły, średniego wzrostu. W pewnej chwili podszedł do mnie i powiedział: «Zaczekasz na mnie przy wyjściu po skończonym przedstawieniu». Wyraziłem na to zgodę. Po przedstawieniu spotkałem przed teatrem tego mężczyznę, przedstawił mi się, że jest Jerzy Andrzejewski, i pokazał legitymację, mówił, że film Popiół i diament to jego dzieło. Kiedy dowiedział się, że mieszkam w Domu Chłopa, poprosił, by mógł ze mną tam iść. Przystałem na to. Poszliśmy w hotelu do restauracji, wypiliśmy pół litra wódki, on płacił, następnie, kiedy szliśmy do mnie do pokoju, portier zawrócił Andrzejewskiego, ponieważ była już godzina 24.00. Szliśmy do pokoju razem, ponieważ Andrzejewski chciał odbyć ze mną stosunek. Andrzejewski podał mi numer telefonu i prosił, bym zatelefonował do niego w najbliższym dniu. Jeszcze przedtem powiedział mi, że mieszka z żoną i synem w moim wieku. Po trzech czy czterech dniach zatelefonowałem do niego, spotkaliśmy się i u mnie w hotelu odbył ze mną stosunek płciowy”.

Poprzez Andrzejewskiego Henryk wszedł w elitarny krąg warszawskich homoseksualistów, został przedstawiony lekarzowi, krytykowi muzycznemu oraz znanym tancerzom – Witoldowi Grucy, Stanisławowi Szymańskiemu, Zbigniewowi Strzałkowskiemu: „Poznałem jeszcze kilka osób, ale nazwisk ich nie znałem. Z wszystkimi tu wymienionymi utrzymywałem stosunki płciowe bądź u nich w domu, bądź u siebie w hotelu w Warszawie. Od osób tych nie otrzymywałem pieniędzy, stawiali mi kolację, załatwiali hotele, że mogłem korzystać, to znaczy oni za hotel płacili, przejazdy taksówkami, teatry, kina również miałem za darmo – oni bilety kupowali i razem szliśmy na spektakl lub na film. Będąc wówczas w Warszawie, nigdzie nie pracowałem. Następnie wróciłem do Szczecina. Po kilku miesiącach pobytu w Szczecinie w jednej restauracji poznałem młodego mężczyznę, który przedstawił mi się jako student ze Szczecina, wprosił się do mnie do domu, bo powiedziałem, że mam dobrą wódkę, kiedy on w restauracji chciał mi postawić 100 gram alkoholu. Pojechałem z nim do siebie, wiedział, że mam przy sobie 1000 złotych, i w nocy zaczął mnie dusić, mówiąc, bym dał mu 2 tysiące złotych. Skinąłem głową, że pieniądze mu dam, a kiedy mnie puścił, uderzyłem go w rękę butelką. Chyba ręka mu pękła, zawiadomił milicję, miałem sprawę sądową i skazano mnie z art. 236 kk. na dwa lata więzienia. Wyrok odsiedziałem w całości i wyszedłem na wolność wiosną 1968 r.”.

Książka raz przeczytana

Jesienią 1968 roku Henryk znów przyjechał do Warszawy, w dużej mierze powtarzając schemat wcześniejszego pobytu: „Pamiętam, że któregoś dnia zatelefonowałem do Andrzejewskiego i umówiłem się z nim w kawiarni Kamienne Schodki na Starym Mieście. Kiedy tam siedzieliśmy przy stoliku w dwójkę, obok stolika przechodził nieznany mi mężczyzna. Andrzejewski zawołał go. Pamiętam słowa, jakie wypowiedział: «Chodź, Janusz, zapoznam cię z moim bóstwem!». Mężczyzna przysiadł się do stolika. Był w okularach, w wieku około 50 lat. W czasie rozmowy na tematy ogólne spostrzegłem, że Andrzejewski z tym mężczyzną porozumieli się wzrokiem. Wypiliśmy wino, zjedliśmy kolację i równocześnie Andrzejewski i ten mężczyzna powiedzieli: «Dokąd pójdziemy?». Wiedziałem już, o co im chodzi, i powiedziałem, byśmy poszli do mnie do hotelu. Takie sytuacje i powiedzenia dużo mi mówią i rozumiem je jednoznacznie, ponieważ tkwię w tym środowisku homoseksualistów. Mężczyzna ten powiedział, że do hotelu nie pójdzie, ponieważ nie chce publicznie afiszować się. Andrzejewski powiedział wtedy, byśmy poszli do niego, bo żona jest poza Warszawą i nikogo w domu nie ma. Poszliśmy do Andrzejewskiego, mieszka przy al. Świerczewskiego, tam wypiliśmy wódkę, było chyba pół litra. Następnie Andrzejewski powiedział mi, że idzie się przejść na pół godziny, i wyszedł z mieszkania, zamknął nas na klucz. Mężczyzna powiedział wtedy: «No co, pokochamy się?». Wyraziłem zgodę. Rozebraliśmy się obydwaj do naga. Mężczyzna odbył ze mną stosunek. Miałem jego członka w ustach, a później wprowadził członka do mego odbytu. Trwało to wszystko około 20 minut. Później poszliśmy do łazienki umyć się. W tym czasie przyszedł Andrzejewski. Jeszcze przedtem, gdy w trójkę siedzieliśmy i jedliśmy kolację, mężczyzna wyszedł do łazienki, zapytałem Andrzejewskiego, kto to taki ten mężczyzna. Odpowiedział, że to naczelny redaktor poważnego czasopisma w Warszawie, nazwiska nie wymienił”.

Portret Jana Gerharda

Henryk chciał się jeszcze zobaczyć z nowo poznanym mężczyzną, ale spotkała go niemiła niespodzianka: „Po przyjściu Andrzejewskiego zapytałem Janusza, czy kiedyś się spotkamy jeszcze. Powiedział, że ma dużo wyjazdów służbowych i jest zajęty pracą, dodał, że ja też nie jestem z Warszawy. Wiedział, że jestem ze Szczecina, bo powiedział o tym Andrzejewski. Janusz o sobie nic nie mówił. Około godziny 22.00 w trójkę opuściliśmy mieszkanie. Janusz wsiadł do taksówki i pojechał. Zapytałem Andrzejewskiego, czy Januszowi było źle ze mną. Odpowiedział mi, że Janusza przeczytana książka drugi raz już nie interesuje”.

Po śmierci Jana Gerharda Henryk rozpoznał w nim Janusza: „Od tego czasu Janusza więcej już nie widziałem. Że Janusz – to Jan Gerhard dowiedziałem się dopiero około półtora miesiąca temu, to jest we wrześniu 1971 r. z «Gazety Krakowskiej». W «Gazecie Krakowskiej» było zdjęcie Jana Gerharda i wiadomość, że został zamordowany we własnym mieszkaniu w Warszawie. Rozpoznałem w nim właśnie Janusza, z którym miałem stosunek. Widziałem także zdjęcie Gerharda w «Przekroju». Nie mam najmniejszej wątpliwości, że to Janusz, dokładnie go pamiętam”. Poproszony o szczegóły, uściślił jego wygląd: „Mężczyzna ten miał siwe włosy nieco zmierzwione (całkiem siwych włosów to jednak nie miał – była przewaga siwych włosów) i miał na oczach okulary. Okulary miały oprawę cienką pozłacaną, szkła były jasne. Jeśli chodzi o inne szczegóły, to pamiętam, że mężczyzna ten miał pomarszczone czoło i okolice oczu, pamiętam jeszcze, że członka to wcale nie miał takiego dużego”.

Homoseksualista wędrowny

W momencie przesłuchania Henryk miał trzydzieści trzy lata i prowadził życie wędrowca, kursując z miasta do miasta: „Od 1 czerwca 1971 r. do ostatniego lipca 1971 r. przebywałem w Sopocie na Wybrzeżu. W końcu lipca 1971 r. wyjechałem do Lublina. W Lublinie byłem około 10 dni – mieszkałem u przygodnie poznanych homoseksualistów. Znam tylko ich imiona: Kazik, Janusz oraz jedno nazwisko: DZIK. Adresy tych osób mam zapisane w notesie. Potem z Lublina wyjechałem z powrotem do Sopotu, gdzie przebywałem około dwóch tygodni czasu. Mieszkałem tak jak w czerwcu i lipcu u Kazimierza K., malarza pokojowego zamieszkałego u P. Albina, również malarza pokojowego – mieszkają oni w pobliżu poczty głównej w Sopocie, ale nie przypominam sobie nazwy tej ulicy. Potem 15 sierpnia 1971 r. około godz. 6.00 wyjechałem pociągiem pospiesznym do Krakowa. W Krakowie byłem około godziny 22.00. Na dworcu poznałem mężczyznę o nazwisku Zdzisław K., zam. Nowa Huta, osiedle Strusia – przebywałem u niego około tygodnia czasu. W tym czasie żona K., córka i teściowa były w ZSRR”.

Ostatnie miejsce pobytu Henryka to wieś Staniątki: „Czasowo zamieszkuję u Wojciecha R. – mieszkamy w hotelu robotniczym (baraku) na terenie Państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej w Staniątkach, powiat Kraków, tel. Staniątki 5. Wojciech R. jest kucharzem wyżej wymienionego ośrodka. Mieszkamy w jednym pokoju […] przyjechałem 19–20 sierpnia 1971 r. i będę u niego przebywał aż do Nowego Roku, to jest do 1972 r. Kiedy do niego przyjechałem, to zastałem w jego pokoju pięć osób. Był R., jakichś trzech stażystów o imionach HENRYK, NORBERT i RUDOLF oraz robotnik o nazwisku Jerzy S. […] Jak się okazało, wszystkie te osoby były homoseksualistami. W czasie wspólnego zamieszkiwania często urządzaliśmy sobie wieczorki seksualne, ale ja kontakty homoseksualne utrzymywałem wyłącznie z R., bo on był bardzo zazdrosny”.

Notes z adresami

Ostatni etap przesłuchania to rozmowa o adresach zapisanych w notesie Henryka; w sumie było ich czterdzieści jeden. Pierwszy na liście widniał Zbigniew P.: „Mężczyzna w wieku około 25 lat, poznałem go w Poznaniu w 1969 lub 1970 roku, gdzie byłem na Międzynarodowych Targach. Do zapoznania doszło w okolicy opery. Zacząłem z nim rozmawiać i wyczułem, że jest on homoseksualistą. W czasie rozmowy podszedł do nas kolega P., którego imienia ani nazwiska nie pamiętam, nie przypominam sobie też, przy jakiej ulicy w Poznaniu zamieszkał. We trzech udaliśmy się do mieszkania nieznanego mi z imienia w/wym. kolegi P. Dodaję, że miało to miejsce w sobotę. Czas od soboty (wieczorem) do późnego popołudnia w niedzielę spędziliśmy we wspomnianym mieszkaniu. Ja spałem z P. i odbyłem z nim kilka stosunków homoseksualnych, natomiast jego kolega podglądał nas i onanizował się. Późnym popołudniem w niedzielę razem z P. i jego kolegą udałem się do mieszkania P. Około godz. 24.00 kolega, którego imienia nie pamiętam, wyszedł, ja zostałem na noc z P. Również tej nocy odbyłem z nim stosunek homoseksualny. W poniedziałek rano wyjechałem z Poznania”.

Nie wszystkie wspomnienia są tak wyczerpujące, nie zawsze też wypisane adresy oznaczały kochanków Henryka, jak w przypadku Longina P.: „Będąc w 1964 lub 1965 roku w Warszawie, na dancingu poznałem jego matkę Janinę B., która zaprosiła mnie do domu i tam poznałem go. Między nami nie doszło do zbliżenia homoseksualnego, ale rozmawiałem z nim na te tematy. Powiedział, że zna się na tych sprawach, ale nie mówił, że uprawia homoseksualizm. Utrzymywałem z nim stosunki tylko towarzyskie. Wiem, że razem z matką prowadził pracownię kaletniczą w Warszawie. Ostatnio widziałem go około trzy lata wstecz, zamieszkiwał wówczas razem z jego matką przy ulicy Belwederskiej. Orientuję się, że miał zamiar ożenić się”.

Najczęściej Henryk nie pamięta już dokładnie osób, których adresy i imiona starannie zapisał; większość z nich to były jednorazowe znajomości, takie jak Edmund ze Szczecina: „Poznałem go przy bramie portowej w Szczecinie i spędziłem z nim jedną noc, w czasie której doszło do zbliżenia homoseksualnego. Zamieszkuje on pod w/wym. adresem na drugim lub trzecim piętrze. Poznałem go wiosną 1970 roku. Nie wiem, jak się nazywa. Sądząc po wyglądzie jego mieszkania, jego ubiorze i zachowaniu się, wnioskuję, że był on robotnikiem. Kiedy u niego spałem, wstał do pracy około godziny 5-ej rano i mówił, że musi się udać do jakiejś zajezdni. Może być jakimś kierowcą lub konduktorem”. Są więc robotnicy, ale nie brakuje także osób obracających się wśród gwiazd, jak Stanisław R.: „Mężczyznę tego poznałem około trzy lata temu w Warszawie. Poznałem go w restauracji w Domu Chłopa. Wiedziałem, że organizuje występy estradowe. Po poznaniu go razem z Andrzejem Nebeskim, Marylą Rodowicz i jakimiś mężczyznami muzykami z grupy ABC udaliśmy się do pokoju hotelu Warszawa – numeru pokoju nie pamiętam. Prostuję, że do hotelu Warszawa poszedłem w towarzystwie R. i z nim poszedłem do pokoju, w którym były już pozostałe osoby wymienione przeze mnie. We wspomnianym pokoju piliśmy wódkę. Do zbliżenia między mną i R. nie doszło, ale wiem, że jest on homoseksualistą – po prostu wyczuwam takie osoby, a ponadto Rodowicz mówiła do mnie – nie krępuj się, my na niego mówimy «ona»”.

Roland Pitt, reprezentant Austrii na festiwalu w Sopocie (1964); Kosycarz Foto Press

Kochankiem Henryka był także Rom Leszek, „tancerz z Zespołu Cygańskiego TERNO – utrzymywałem z nim kontakty homoseksualne w czerwcu 1968 lub 1969 roku w Sopocie, gdzie ich zespół koncertował w Teatrze Letnim. Nazwiska Leszka nie znam. Wiem, że dyrekcja jego zespołu ma stałe miejsce pobytu (siedziba) w Wejherowie”. Na liście znaleźli się również obcokrajowcy, jak uczestnik sopockiego festiwalu z 1964 roku: „Roland PITT, Austriak, piosenkarz, który występował w hotelu Europejskim (w restauracji), słabo mówił po polsku. Byłem w w/wym. hotelu na dancingu, gdzie śpiewał Pitt. Nawiązał on kontakt ze mną, w wyniku czego zostałem w jego pokoju hotelowym do rana – doszło do zbliżenia homoseksualnego. Tylko ten jeden raz miałem z nim kontakt”. Następna była para taneczna Ditter i Handel z NRD: „Poznałem ten duet tancerzy jesienią (późną) 1969 roku. Występowali oni w hotelu Europejskim, tam gdzie i piosenkarz Roland Pitt, o którym mówiłem. Zamieszkiwali oni w hotelu Bristol, dokąd zaprosili mnie na wódkę. Spędziłem w ich pokoju cały wieczór, dużo piliśmy wódki. Odbyłem stosunek homoseksualny z jednym z tancerzy (nie pamiętam z którym), ponieważ drugi był homoseksualistą biernym, «przyjaciółką». Więcej razy nie byłem w ich pokoju”. Na liście Henryka znaleźli się mężczyźni żonaci, na przykład Wojciech A.: „Poznałem go w czerwcu 1968 lub 1969 roku na dworcu PKP w Gdyni. Zaprosił mnie do restauracji, gdzie wypiliśmy trochę wódki. W czasie rozmowy powiedział, że jest żonaty i ma czworo dorosłych dzieci. Jednocześnie powiedział mi, że jest homoseksualistą i lubi «te rzeczy». Zaprosił mnie do domu do Gdańska. Pojechałem z nim i w mieszkaniu zastaliśmy jego żonę oraz jego młodszego syna i córkę. Ja spałem w jednym pokoju z Wojciechem i jego żoną, natomiast dzieci ich w innym. Po wejściu do wymienionego mieszkania Wojtek, jego żona i ja piliśmy wino domowej roboty, a następnie położyliśmy się spać – ja z Wojtkiem, jego żona osobno. Wtedy odbyłem z Wojtkiem stosunek homoseksualny. Rano wyszedłem z mieszkania razem z nim – on poszedł do pracy”.

Wśród opisywanych przez Henryka mężczyzn są przedstawiciele wielu zawodów (lekarz, wojskowy, milicjant, krawiec, rolnik), nie mogło w tym zestawie zabraknąć także księdza: „Ks. Klaudiusz P., zam. na terenie Krakowa – nie wiem dokładnie, gdzie zamieszkuje. Poznałem go w Staniątkach k. Krakowa na uroczystościach kościelnych w pierwszych dniach września br. Uśmiechnął się do mnie, potem podszedł, przywitał się i powiedział «ty chyba jesteś koleżanka». Spytałem, skąd wie, odpowiedział «to się da poznać». Pytał, czy nie mam dla niego jakiegoś młodego chłopca. Powiedziałem, że nie, bo nie jestem miejscowy. Pytał się też, czy nie mam do sprzedania dewiz lub obcej waluty. Jest młodym księdzem”.

Odnaleziony prekursor

Katalog Instytutu Pamięci Narodowej to wreszcie świetne źródło informacji o osobach zasłużonych dla nagłaśniania tematyki homoseksualnej w mediach. Na przykład o Tadeuszu Gorgolu, autorze pierwszego artykułu w polskiej prasie na temat homoseksualizmu, Homoseksualizm a opinia, opublikowanego w dwóch częściach w 1974 roku w tygodniku „Życie Literackie”. Pomimo publikacji nie było wiadomo, kim jest autor, pojawiały się nawet przypuszczenia, że to pseudonim. Próżno szukać innych tekstów podpisanych przez Gorgola w prasie głównego nurtu, za to w 1977 roku w naukowym piśmie prawniczym „Palestra” ukazały się jego Niektóre aspekty prawno-społeczne homoseksualizmu, a w 1990 roku wyszła książka Zakazana miłość o dramacie starzejących się homoseksualistów narażonych na kradzieże i pobicia ze strony żuli, od których kupują seks. O ile do autorów innych prekursorskich powieści gejowskich z przełomu lat 80. i 90. (Witolda Jabłońskiego, Antoniego Romanowicza, Marcina Krzeszowca) udało się dotrzeć, o tyle Gorgol pozostawał zagadką. Okazało się, że w IPN-ie jest bardzo wiele materiałów na jego temat.

Urodził się 1 maja 1931 roku w Jaworznie jako syn Franciszka i Wandy. Jego młodość i ostatecznie całe życie zostały zdeterminowane przez jedno wydarzenie – w dziesiątej klasie szkoły podstawowej zaangażował się w nielegalną działalność „polityczną”. W marcu 1948 roku wraz z kolegami stworzył antykomunistyczną organizację Wolność, Równość, Niepodległość (od lutego 1950 roku – Wolność i Niepodległość), której był dowódcą o pseudonimie Lis. Nietrudno zgadnąć, że całe przedsięwzięcie było dziecinadą, zabawą chłopaków zafascynowanych niepodległościowym podziemiem, ale władza wszystkie tego rodzaju wybryki traktowała ze śmiertelną powagą. Gdy więc cała grupa (siedem osób) została aresztowana w grudniu 1950 roku, nie mogli liczyć na ulgowe traktowanie. Proces był błyskawiczny, już 31 stycznia 1951 niespełna dwudziestoletni Gorgol został skazany na dwanaście lat więzienia z utratą praw publicznych. 24 kwietnia 1951 roku Sąd Najwyższy złagodził karę do sześciu lat. Dwa lata później w wyniku amnestii karę zmniejszono do czterech lat. Ostatecznie w areszcie Gorgol przesiedział niewiele ponad trzy lata, wyszedł na wolność 30 stycznia 1954 roku.

Niedługo po opuszczeniu więzienia zaczął studiować na nowo powstałej Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, którą ukończył w 1960 roku. W tym samym roku otrzymał święcenia kapłańskie w Kościele polskokatolickim i szybko zaczął się piąć w jego strukturach, pełnił między innymi funkcję kanclerza kurii (1962–1966). Mieszkał na Wilczej 31 w Warszawie, gdzie mieściła się siedziba Kościoła; był redaktorem naczelnym (1962–1967) tygodnika „Rodzina”, organu prasowego wspólnoty. Prężnie rozwijająca się kariera załamała się po kompromitującym procesie sądowym w 1964 roku; cztery lata później Gorgol został wydalony z Kościoła. Podjął wówczas pracę w fabryce sprężyn im. Karola Wójcika, gdzie redagował biuletyn zakładowy. W 1970 roku otrzymał rentę inwalidzką II grupy.

W samych kalesonach

W dorosłym życiu Gorgol był dwukrotnie oskarżony przez wymiar sprawiedliwości (w 1964 i 1971), ale o ile późniejszą sprawę można uznać za błahą (zarzut wyłudzania datków pieniężnych od mieszkańców Gostynia – miesiąc aresztu), o tyle wydarzenia z 1964 roku są istotne zarówno ze względu na wątek homoseksualny, jak i walkę o wpływy wewnątrz Kościoła polskokatolickiego. Zaczęło się 15 stycznia 1964 roku od zatrzymania dwóch nastolatków: Wojciecha L. (rocznik ’46) i Janusza A. (rocznik ’47), którzy usiłowali wyłudzić okup od biskupa Kościoła polskokatolickiego Maksymiliana Rode w zamian za wskazanie osób rzekomo usiłujących dokonać zamachu na jego życie. W trakcie przesłuchań okazało się, że pomysł na wyłudzenie pieniędzy od biskupa to efekt znajomości Wojciecha L. z księżmi Kościoła polskokatolickiego: Gorgolem i Alojzym B. z Mławy (rocznik ’39), którzy 17 stycznia także zostali aresztowani. Z tej czwórki tylko Gorgola uniewinniono z braku dowodów, pozostała trójka usłyszała wyroki. W areszcie Gorgol próbował się bronić. Z więzienia na Rakowieckiej pisał do wysoko postawionego generała Kazimierza Witaszewskiego (1906–1992), którego prosił o interwencję: „Padłem ofiarą złośliwości albo prowokacji ukartowanej przez elementy wsteczne. Od kilku lat pracuję w Kurii Arcybiskupiej Kościoła polskokatolickiego, piastując stanowisko kanclerza kurii i redaktora naczelnego tygodnika «Rodzina», a w Polskiej Radzie Ekumenicznej członka Komisji Prasowej i sekretarza redakcji «Przeglądu Ekumenicznego». Kierując niełatwą pracą jako naczelny redaktor tyg. «Rodzina», propagującego idee właściwego ustosunkowania się wierzących do przemian zachodzących w Polsce, narażony byłem na cały szereg ataków i szykan ze strony elementów wstecznych”.

Najciekawsze są zeznania nastolatków, które pokazują, w jaki sposób przebiegało wówczas „podrywanie” młodych mężczyzn. Znajomość została zawarta w listopadzie 1963 roku, ksiądz B. poznał Wojciecha L. wraz z kolegą Zbigniewem D. w łaźni miejskiej i zabrał ich do mieszkania Gorgola. Każdy inaczej opisywał, co się tam wówczas wydarzyło. Wojciech L. zeznawał: „W połowie listopada 1963 r. opuściłem dom rodziców i zamieszkałem u swego kolegi nazwiskiem A. Janusz, zamieszkały w Warszawie przy ul. Okrzei. Początkowo spałem u wymienionego w komórce stojącej na podwórku, a później w mieszkaniu. Po tygodniu czasu zamieszkiwania u A. udałem się wraz z naszym wspólnym kolegą Zbigniewem D., zamieszkałym w Warszawie przy ul. Targowej, do Łaźni Centralnej (na Krakowskim Przedmieściu), celem wykąpania się. Po wyjściu z Łaźni wraz z D. stanęliśmy w bramie, chcąc sprzedać bilety do Łaźni. Podszedł do nas wówczas nieznany nam osobnik, któremu ja zaproponowałem kupno biletów do Łaźni. Osobnik ten przystał na kupno oferowanych mu biletów i zaproponował nam wspólne wypicie wina. Na tę propozycję tak ja, jak i D. wyraziliśmy swą zgodę. Wówczas osobnik ten zaprosił nas do taksówki, którą pojechaliśmy na ulicę Wilczą nr 31. Tam wysiedliśmy i osobnik ten zaprowadził nas do mieszkania znajdującego się w tym budynku na parterze […]. Tam po przyjściu zastaliśmy drugiego nieznanego nam osobnika, z którym znał się osobnik, z którym przyjechaliśmy. Obaj ci osobnicy zaprosili nas do stołu i zaczęliśmy w czwórkę pić początkowo wino, a później gin. Oprócz tego na stole były różne zakąski. Po skończonym piciu nieznani nam dwaj osobnicy, pod pretekstem, że jest w pokoju za gorąco, zaproponowali mnie i D. rozebranie się do kaleson, co też my uczyniliśmy. Oni również to samo uczynili. Po rozebraniu się jeden z tych osobników, który, jak się na drugi dzień dowiedziałem, nazywa się Tadeusz GORGOL, zaproponował mi położenie się do łóżka. Ja się położyłem, a GORGOL ułożył się koło mnie. W łóżku GORGOL usiłował odbyć ze mną stosunek płciowy, czemu ja się sprzeciwiłem. Wobec tego zaproponował mi onanizowanie jego członka, co też uczyniłem. Potem przyszedł drugi osobnik, ten, z którym przyjechaliśmy, a który, jak się również na drugi dzień dowiedziałem, nazywa się Alojzy-Robert B., który również chciał ze mną odbyć stosunek płciowy, czemu się sprzeciwiłem. Natomiast na jego propozycję dokonałem onanizowania jego członka. W tym czasie GORGOL udał się do D., który przebywał wówczas w kuchni i to samo robił co ja. Po tym wszystkim D. wyszedł z tego mieszkania, a ja pozostałem i tam nocowałem”.

Nieco inaczej opisywał te wydarzenia Zbigniew D.: „Dostałem od ojca 10 biletów do łaźni na Krakowskim Przedmieściu. Wraz z L. i tymi biletami udałem się do łaźni. Przed łaźnią zostaliśmy nawet zatrzymani przez milicję, gdy część biletów usiłowaliśmy sprzedać. Po wykąpaniu się w bufecie poczekalni zjedliśmy parówki i wyszliśmy na ulicę. […] Po chwili L. wrócił z ulicy i powiedział do mnie, że jakiś facet zaprasza nas na wino i ciastko. W jaki sposób L. poznał tego «faceta», nie wiem. Na ulicy doszedłem do owego mężczyzny i na jego propozycję wsiedliśmy we trzech do taksówki […]. Na rogu Wilczej i Marszałkowskiej wysiedliśmy i B. zaprowadził nas w bramę, kolejno drugą po prawej stronie, licząc je od ul. Marszałkowskiej, a stąd znów weszliśmy do mieszkania na parterze. Drzwi do tego mieszkania otworzył nam jakiś osobnik w okularach, który, jak się później dowiedziałem, nazywa się Gorgol. Gorgol zaprosił nas do mieszkania składającego się z przedpokoju i kuchni, i pokoju. Po zdjęciu płaszczy zasiedliśmy do stołu, na który Gorgol i B. podali dwie butelki wina i trochę wódki o smaku jałowcowym. Gorgol był ubrany po cywilnemu. Zacząłem się już wtedy domyślać, że mamy z L. styczność z homoseksualistami. Przekonałem się o tym ostatecznie, gdy jeden z nich, a mianowicie B., wyszedł za mną, kiedy szedłem za potrzebą, i po prostu zaczął się do mnie «dobierać». Do niczego jednak nie doszło, a to wobec mojego sprzeciwu. Gdy wróciłem z B. do pokoju, L. z Gorgolem, obaj już rozebrani, leżeli na tapczanie. Z kolei B. położył się z L., a ja z Gorgolem wyszliśmy do kuchni. Prostuję, to L. wyszedł z B. do kuchni, a ja z Gorgolem pozostałem w pokoju. Gorgol chciał, abym się położył z nim na tapczanie, jednak ja odmówiłem. Wkrótce ja, wobec tego, że była już godz. 21.30, oświadczyłem, że idę do domu”.

Jeszcze inaczej opisywał ten wieczór sam Gorgol: „Ks. B. przyszedł do mojego mieszkania z dwoma młodzieńcami, których nazwisk w tym czasie nie znałem, przyjąłem ich poczęstunkiem i winem. W trakcie rozmowy zorientowałem się, że jeden z tych młodych ludzi nie chodzi do szkoły ani nie pracuje i uciekł z domu. Jeśli chodzi natomiast o drugiego młodzieńca, to wymieniał zakład pracy, w którym jest zatrudniony, ale nazwy tego zakładu nie przypominam sobie. Po krótkiej rozmowie z nim poprosiłem ks. B. do kuchni i oświadczyłem mu, że nie chciałbym się więcej z tymi chłopcami spotykać, dlatego że zwróciło moją uwagę to, iż jeden z nich jest niepracujący, a poza tym zachowywali się niezbyt kulturalnie. Po tej rozmowie wróciliśmy do pokoju. Jednego z chłopców, którego nazwiska nie znam i którym ks. B. nie był zainteresowany, ks. B. odprowadził do taksówki. Przed wyjściem z mieszkania ów chłopiec zabrał ze stołu paczkę papierosów amerykańskich i schował do kieszeni […]. L. zwrócił się następnie do mnie z prośbą, czy może u mnie zostać na noc, ponieważ nie ma gdzie spać. Wyraziłem na to zgodę i ks. B. oraz L. pozostali u mnie na noc. Ja spałem na tapczanie, a wymienieni na podłodze na dmuchanym materacu”. W innych przesłuchaniach Gorgola także pojawił się wątek homoseksualny: „Zdawałem sobie sprawę, że ksiądz B. przyprowadził L. do mnie w celu zbliżenia seksualnego, gdyż tego rodzaju zboczenie księdza B. znane mi było. Wprawdzie i ja sam również ulegam podobnym zboczeniom, ale nigdy w tym celu nie korzystam z jakichkolwiek przygodnych i niepewnych znajomości”. Gorgol konsekwentnie zaprzeczał, że on sam uprawiał seks z którymś z chłopaków: „Około godz. 20.00 wszyscy czterej rozebraliśmy się. Ja z L. położyłem się w pokoju na tapczanie, zaś B. z D. wyszli do kuchni. Ponieważ jednak żaden z chłopców nie odpowiadał mi jako partner do moich skłonności, z L. do niczego nie doszło. Mimo że on czynił nawet w tym kierunku próby, gdyż orientował się, po co przyszedł. Po krótkim czasie L. odszedł ode mnie i poszedł do B. do kuchni, zaś D. przyszedł do mnie do pokoju. Również z D. nie doszło do zbliżenia, gdyż do tego czułem zupełną antypatię. Czy doszło do zbliżenia wówczas między B. i którymś z tych chłopców, nie wiem, gdyż go o to nie pytałem”.

Artykuł Tadeusza Gorgola w „Życiu literackim”, część II (maj 1974)

Ostatnie dzieło

Kiedy w 1974 roku w „Życiu Literackim” ukazał się obszerny artykuł Gorgola o homoseksualizmie w PRL-u, autor był już rencistą.

Późniejszy debiut literacki – Zakazaną miłość – można traktować jako przedłużenie jego działalności edukacyjnej, chęć przybliżenia społeczeństwu „nieznanego świata”. W posłowiu Zakazanej miłości znalazł się apel o zrozumienie i tolerancję: „Skomplikowany, a przez to często mało zrozumiały jest «świat homoseksualistów». Nie można zaprzeczyć, że w zróżnicowanym gronie homoseksualistów jest nieco brudu, ale ileż jest tam nieszczęść, osobistych tragedii, uczuciowych wzlotów i upadków. […] O ich zakochaniu, postępowaniu winni świadczyć oni sami. Konieczna jest tolerancja. O ich przydatności, wartości dla kraju winny decydować efekty ich pracy, pracy zawodowej i społecznej”. Zakazana miłość powstawała zapewne kilka lat, także wydanie książki zajęło trochę czasu. Ostatecznie powieść ukazała się na początku 1990 roku. Przeszła niezauważona; wkrótce, 8 września, Gorgol zmarł. Już po jego śmierci nastąpiła rehabilitacja młodzieńczej działalności – 25 marca 1994 roku na wniosek siostry Gorgola sąd stwierdził nieważność wyroku z 1951. W połowie lat 90. siostra wnioskowała o odszkodowanie i zadośćuczynienie finansowe za represjonowanie brata, których jednak nie zasądzono. Złożyła wówczas zażalenie, w którym pisała, że utrzymywała go, gdy wyszedł z więzienia, i wnosiła o dwadzieścia tysięcy złotych na grobowiec. W myśl polskiego prawa odszkodowanie należy się jednak tylko najbliższej rodzinie, czyli rodzicom, dzieciom i współmałżonkowi, a Tadeusz Gorgol do śmierci był kawalerem.

Znaków szczególnych brak

Przytoczone dokumenty w większości pochodzą z lat 60. Wszystko wskazuje na to, że w późniejszych dekadach podejście Służby Bezpieczeństwa do homoseksualności (i wiedza o niej) specjalnie się nie zmieniło. Notatka M. Willmana, naczelnika wydziału kryminalnego Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Olsztynie, z marca 1988 roku brzmi jak kalka pism powstałych ćwierć wieku wcześniej: „Jednym ze zjawisk społecznych w populacji męskiej mającym charakter odchyleń seksualnych jest homoseksualizm. Z prawnego punktu widzenia nie jest to zjawisko nakładające na organa ścigania obowiązek interesowania się nim. Niemniej jednak z uwagi na okoliczności, które mu towarzyszą, obowiązek taki istnieje”.

Wraz z ujawnianiem dokumentów z kolejnych lat będzie się można więcej dowiedzieć także na temat stosunku władzy do prób tworzenia homoseksualnych organizacji w latach 80. Bez wątpienia Służba Bezpieczeństwa miała w tej kwestii niezłe rozeznanie i werbowała donosicieli, a przy okazji chciała pacyfikować te pierwsze próby emancypacji mniejszości seksualnych w Polsce. Jedną z ważniejszych postaci tamtego okresu był Waldemar Zboralski (ur. 1960), jedna z ofiar akcji „Hiacynt”, współzałożyciel Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego, ze względu na robotnicze pochodzenie i noszone wówczas wąsy nazywany czasem „gejowskim Wałęsą”.

Według dokumentów z IPN-u w październiku 1985 roku, jeszcze przed rozpoczęciem akcji „Hiacynt”, Zboralski, który pracował wtedy jako pielęgniarz w szpitalu w Nowej Soli, zobowiązał się do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Zachowała się odręcznie napisana przez niego notatka: „Zobowiązuję się do współpracy z SB w zakresie ujawniania nielegalnej działalności politycznej, przestępczości gospodarczej oraz kryminalnej. Fakt współpracy z SB zobowiązuję się zachować w ścisłej tajemnicy. W kontaktach z SB będę posługiwał się pseudonimem «Stanisław»”. Po krótkim okresie współpracy oficer prowadzący wystawił mu jak najlepszą opinię: „Do ustroju socjalistycznego jest pozytywnie ustosunkowany. Do współpracy z organami SB jest chętny. Nie stwierdzono, aby dezinformował SB. Cechuje go troska o dobro zakładu i bardzo chętnie dzieli się spostrzeżeniami na temat wszelkich szkodliwych zjawisk. Jest z natury wrogiem wszelkiego rodzaju niedociągnięć, błędów w organizacji służby zdrowia, zdecydowanym na piętnowanie wszelkich niekorzystnych zjawisk w lecznictwie. Jest bez nałogów. Jego strona moralna nie budzi zastrzeżeń. Zlecone mu zadania wykonuje należycie. Z uwagi na krótki okres współpracy tw. nie posiada umiejętności w zdobywaniu wszechstronnych wartościowych informacji, wchodzących w zakres zainteresowań SB”.

Plon donosów TW „Stanisława” nie jest imponujący; jedyny dokument, w którym pojawia się wątek homoseksualny, to swego rodzaju raport na temat funkcjonowania zakonów w Polsce (Zboralski studiował w seminarium duchownym w Krakowie). Czytamy w nim, że wielu „kleryków jest na pewno homoseksualistami, którzy prowadzą częste lub epizodyczne kontakty z innymi klerykami lub ludźmi spoza środowiska, a drugie 5–10% sprzyja środowisku homoseksualnemu, utrzymując z nim kontakty. Ilościowo najwięcej kleryków homoseksualnych można stwierdzić w seminariach z Wrocławia, Krakowa, Szczecina i Warszawy. Mają też oni najlepiej zakonspirowane środowisko poza swoimi miastami (unikają ujawniania się w swoich miastach), wymieniają się więc w czasie wyjazdów z kolegami z innych miast. Najtrudniejsze warunki mają klerycy w diecezji przemyskiej, gdyż procentowo jest tam najmniej homoseksualistów. W przypadku stwierdzenia zbyt jawnych «wpadek» kleryka usuwa się. W przypadku wykrycia działalności homoseksualnej «profesów» [zakonników po złożeniu ślubów] przenosi się ich do dużych ośrodków, a następnie po okresie «wyżycia się» przenosi się ich do małych ośrodków”.

Teczki dotyczące Zboralskiego sprawiają wrażenie niepełnych, nie ma tam na przykład nic z okresu jego pobytu w stolicy, kiedy działał w Warszawskim Ruchu Homoseksualnym, zanim w kwietniu 1988 roku wyemigrował do Niemiec. Nie wiadomo, dlaczego przy okazji werbunku pominięto fakt, że Służba Bezpieczeństwa interesowała się już Zboralskim w latach 1976–1977, w związku z próbą nawiązania przez niego kontaktu z Radiem Wolna Europa i listami wysłanymi do Jana Józefa Lipskiego oraz Haliny Mikołajskiej, działaczy KOR-u, co zaowocowało przesłuchaniem i przeszukaniem mieszkania. Dziś Zboralski mieszka w Wielkiej Brytanii. Zaprzecza, że był TW „Stanisławem”; cytowane wyżej materiały uznaje za spreparowane przez funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa z Nowej Soli, nieżyjącego już Stanisława Rudnickiego.

LISTY Z PRL-U

1986, ROBERT (16 LAT)

Nazywam się Robert N., mieszkam w… nieważne gdzie, chodzę do szkoły średniej. Jestem homoseksualistą. Jest pan pierwszą osobą, którą informuję o tym dobrowolnie. Wierzę, że mnie pan zrozumie. Mam za sobą brutalną przeszłość.

Gdzieś rok temu poznałem 40-letniego mężczyznę, homoseksualistę. To ja go szukałem. Bałem się go, ale chciałem bardzo. Mój znajomy zaprosił mnie do domu. Poszedłem i wtedy… Było to dla mnie duże przeżycie, nie wiedziałem, jak się mam zachować, przecież nie miałem jeszcze 15 lat. Potem jeszcze ze dwa razy byłem u niego. Czyniłem to z własnej nieprzymuszonej woli. Pojechałem na wakacje, a po powrocie do domu dalej ciągnęło mnie do niego. Wiele razy przyrzekałem sobie, że to już koniec, że nie będę tam chodził, a mimo to szedłem. Potem znowu się buntowałem, marzyłem o tym, żeby być normalnym chłopakiem, i taka huśtawka trwała parę miesięcy. Pewnego dnia zwinęła mnie milicja. Zupełnie nie miałem pojęcia, o co chodzi. Dopiero na komisariacie dowiedziałem się, że będę przesłuchiwany w sprawie mojego znajomego, którego aresztowano pod zarzutem zdemoralizowania nieletnich. Nie chciałem mówić. Krzyczano na mnie, przesłuchiwanie było koszmarem. W końcu coś tam powiedziałem. Puścili mnie, po jakimś czasie jeszcze raz przyjechała po mnie milicja. Bałem się, że zawiadomią dom, ale obiecali, że tego nie zrobią. Codziennie warowałem przy skrzynce na listy – wiedziałem, że ma przyjść wezwanie do sądu. Schudłem, stałem się nerwowy, bałem się wszystkiego, a zwłaszcza każdego następnego dnia. Pewnego dnia przyszło wezwanie do sądu. Niestety, przejęła je moja siostra. No i się zaczęło. Rodzice wypytywali mnie, co to za sprawa, a ja kłamałem. Nie mogłem im przecież powiedzieć prawdy, to byłoby dla nich straszne. Rozumie mnie pan? Pierwszy raz w życiu kłamałem. Nie przewidziałem, że oni sprawdzą w sądzie, o co chodzi. Tam dowiedzieli się wszystkiego. To było gorsze niż… słów mi brakuje na określenie tego, co przeżyłem. Powiedziałem im całą prawdę. Moje zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Zacząłem łykać jakieś prochy na uspokojenie. Mało się przez nie nie przejechałem do lepszego świata. Po kilku dniach tego obłędu poszedłem do szkoły. Tu zaczął się kolejny koszmar. Okazało się, że prokuratura o wszystkim już powiadomiła moją szkołę. Dyrektor uparł się, że mnie wyrzuci, bo przecież mogę kogoś wciągnąć w ten niecny proceder. Byłem nieprzytomny, naprawdę niewiele brakowało, bym sobie coś zrobił. Nie miałem siły na rozmowy z dyrektorem. Żądał, żebym mu wszystko opowiedział, i to z detalami. Zadawał mi wiele pytań typu kto, w jaki sposób go… byłem zrozpaczony. Opowiedziałem mu bardziej szczegółowo niż na milicji. Odpowiadałem na wszystkie pytania, bo bałem się, że mnie wyrzuci. A ja chciałem się uczyć w tej szkole. Z pomocą przyszedł mi pedagog i rodzice. Zostałem w szkole i jakoś zacząłem dochodzić do siebie. Myślałem, że to już koniec. Okazało się, że nie. Któregoś dnia w miejscowej gazecie ukazał się artykuł o moim nieznajomym i o nas – mówię o nas, bo nie tylko ja przychodziłem do niego. Odwiedzało go ok. 20 chłopców, niektórzy młodsi ode mnie, inni starsi. Sprawa odżyła na nowo, ale tylko w szkole. Znowu mówiło się o usunięciu mnie, ewentualnie przeniesieniu do innego miasta. Wtedy bardzo ostro zaprotestowali moi rodzice. Zostałem, ale za jaką cenę? Bałem się każdego dnia, do tej pory boję się profesorów i kolegów. Wszystko ucichło, zacząłem wracać do normy. Nie był to koniec moich dramatycznych perypetii. Przyszło wezwanie do sądu, a wraz z nim wrócił straszliwy stres. Znowu sięgnąłem po prochy, ale tym razem obchodziłem się z nimi ostrożnie. Nadszedł dzień rozprawy. Sala sądowa, prokurator, obrońcy i on – smutny i pokorny. Nie mogłem nic mówić, cały się trząsłem. Kazano mi opuścić salę i uspokoić się. Kiedy wróciłem na salę rozpraw, byłem już w stanie odpowiadać na pytania. Ku mojemu zdziwieniu, mój głos brzmiał nieprzyjemnie. Byłem zarozumiały, pewny siebie. Nic z tego nie mogłem pojąć. Potwierdziłem wcześniej złożone zeznania i byłem wolny. Ale od czego? Tylko od spojrzeń ludzi z sali sądowej. Przez parę dni czułem się bardzo nieswojo. Bałem się, że będę wzywany ponownie, jako że sprawę odroczono. Dotąd nie wzywano mnie. Ostygłem, ale chyba już nigdy nie będę normalny. Zastanawiam się, czy to koniec mojej udręki. Już teraz martwię się, co będzie, gdy mój znajomy, po odsiedzeniu wyroku, wyjdzie z więzienia. Czy powtórzy się sytuacja sprzed roku? […]

Teraz szukam pomocy, potrzebuję jej bardzo. Chcę się wyrwać z zaklętego koła. Jestem w rozpaczy. Od paru miesięcy nie byłem z żadnym mężczyzną i dłużej już nie mogę wytrzymać. Chcę być z mężczyzną, ale panicznie się tego boję. Ze znalezieniem partnera nie ma większych kłopotów. Wystarczy pójść do WC w centrum miasta. Nie, nie pójdę tam, ale jak długo wytrzymam? Zresztą w wakacje, na plaży, wystarczy jedno spojrzenie i już można się dogadać. Ja nie chcę tego!!! Nie!!!

Wiem, że jeśli nie znajdę pomocy, to na pewno do tego dojdzie. Chciałbym jak każdy młody człowiek mieć żonę, dzieci, własny dom. Na jakie życie skazany jest homoseksualista. Jest samotny, żyje od przygody do przygody, a skończyć może tak jak moja „pierwsza miłość”, czyli w więzieniu. Boję się, rozpaczliwie się boję! Niech pan do mnie napisze, pan na pewno mnie rozumie. Boję się, że wpadnę w depresję, z której już nigdy się nie dźwignę. Wciąż wszystkiego się boję. Jak długo tak można?

Wciąż wydaje mi się, że moje życie jest już przegrane. Ja nie chcę być taki, jaki jestem. Czy z tego można wyjść, czy też do końca życia będę pedałem i czy muszę niszczyć życie innym? W mojej głowie jest tyle myśli, tyle pytań.

List do seksuologa Leopolda Szafrańca opublikowany w tygodniku „Razem” (nr 34/1986)

ROZDZIAŁ TRZECI

HOMOSEKSUALIŚCI PRZED SĄDEM

Z rozpoznania toksykologicznego wynika, że jest to osobnik bierno-zależny. Lekarkę zastanawia, że o swoim homoseksualizmie Kurek opowiada bez zażenowania, wręcz chełpliwie. Osobiście nie spotkała w swej długoletniej praktyce przypadku takiej „otwartości”, jeśli idzie o tego rodzaju spaczenie seksualne. Osobnicy faktycznie nim dotknięci starają się to raczej ukrywać.

KATARZYNA KOPIŃSKA, CI DWOJE I INNI (1981)

Reportaż sądowy to gatunek praktycznie wymarły. Popularny w międzywojniu (warto tu przywołać cykl Sąd idzie Ireny Krzywickiej), miał swych kontynuatorów, a przede wszystkim kontynuatorki w PRL-u. Najważniejsze z nich były związane z popularnymi tytułami prasowymi: Barbara Seidler („Życie Literackie”), Maria Osiadacz („Prawo i Życie”), Wanda Falkowska („Przekrój” i „Polityka”). „Zainteresowanie reportażami sądowymi dowodzi, że społeczeństwo czujnie śledzi wszystkie przejawy życia, nawet takie, które stanowią jego margines, jego drobny wycinek” – pisała w 1971 roku Osiadacz we wstępie do pierwszego książkowego wyboru swoich tekstów. W doniesieniach z sali sądowej jak w zwierciadle można było zobaczyć z jednej strony problemy społeczne, a z drugiej – braki aparatu wydającego wyroki. Ponieważ scenariusze tych tekstów pisało życie, homoseksualizm pojawiał się w nich częściej niż w przypadku artykułów, w których autor sam wybierał temat i sposób jego ujęcia: wówczas bardzo łatwo było pewne kwestie pominąć. Wątki związane z mniejszościami seksualnymi pojawiały się w najsłynniejszych procesach, którymi żyła cała Polska, ale równie znaczące są historie nieco zapomniane, unieśmiertelnione zaledwie przez jeden tekst prasowy. I choć homoseksualizm nie był penalizowany, taka informacja zawsze świadczyła przeciwko oskarżonemu. Ważne jest także to, przy okazji jakich spraw temat w ogóle pojawiał się na wokandzie i jakim językiem o nim pisano.

Ludwik Pak i Andrzej Nowakowski w Lunatykach („Ekran”, styczeń 1960)

Lunatyk

Najlepszego materiału do analizy PRL-owskich procesów sądowych dostarczają reportaże Barbary Seidler, która od 1964 do 1991 roku publikowała je w „Życiu Literackim”, a potem zbierała w kolejnych książkach. Jedna z opisanych przez nią spraw toczyła się w środowisku artystycznym i dotyczyła aktora Andrzeja Nowakowskiego, oskarżonego o zamordowanie w sierpniu 1970 roku krytyka teatralnego Mariana Kusy.

Nie chodziło jednak o zemstę za negatywną recenzję. Swego czasu wydarzenie musiało być głośne, zeznawali znani artyści (Roman Kłosowski, Ewa Wiśniewska, Barbara Rylska); w lipcu 1971 roku opisała je Barbara Seidler. Zacząć trzeba chyba od zaprezentowania samych bohaterów dramatu, dziś już zupełnie zapomnianych. Marian Zdzisław Kusa urodził się 11 września 1930 roku w Częstochowie. Przede wszystkim zajmował się teatrem, pracował w dziale kulturalnym tygodnika „Po Prostu”, przyjaźnił się z Markiem Hłaską. Tygodnik jednak zamknięto, a Hłasko wyemigrował. Kusa otrzymał etat w Centralnym Zarządzie Teatrów, potem był „na ryczałcie w radio”, ale alkoholizm szybko uniemożliwił mu wykonywanie powierzanych tam zadań. Młodszy o osiem lat Andrzej Nowakowski miał za sobą w sumie dość podobną drogę. W 1960 roku ukończył wydział aktorski łódzkiej Szkoły Filmowej. Na ekrany kin weszli wówczas Lunatycy Bohdana Poręby (1959), przyjęte z zainteresowaniem „studium obyczajowe wykolejonej młodzieży”. Nowakowski grał tam główną rolę, z chmurnym spojrzeniem i ciemną czupryną idealnie nadawał się do tego rodzaju filmów.

Andrzej Nowakowski i Anna Wesołowska w sztuce Teatru Telewizji Intratna posada („Ekran”, kwiecień 1964)

Dla Nowakowskiego zawodowo dobry czas trwał dwa lata. Był jednym z tytułowych chłopców zakochanych w Ewie Krzyżewskiej w Zuzannie i chłopcach Stanisława Możdżeńskiego (1961), pojawił się też w Niewinnych czarodziejach Andrzeja Wajdy (1960). Rola niewielka, ale prestiżowa. Z tego filmu pochodzi zdjęcie, na którym cała grupa mężczyzn kokosi się na jednym motorze. Wśród nich jest także Nowakowski, razem z Krzysztofem Komedą, Andrzejem Trzaskowskim, Romanem Polańskim i Janem Zylberem. Obok stoją Tadeusz Łomnicki i Henryk Kurek, czyli Henio Meloman, kultowa postać ówczesnej Warszawy, homoseksualista znany ze zdolności tanecznych. Ostatnim sukcesem Nowakowskiego był angaż do stołecznego Teatru Polskiego. Propozycji filmowych było coraz mniej; wyszło na jaw, że młody aktor ma problemy z alkoholem: „Już koledzy nie mogli dłużej tuszować stanów podchmielenia, w jakich zjawiał się na próbach i spektaklach. Nie skutkowały upomnienia i nagany. Miał bardzo dobry okres w swoim życiu. Blisko rok rzetelnej, świetnej pracy, zrobił wówczas kilka głównych ról w teatrze, w telewizji. To było po pierwszej kuracji odwykowej, po wszyciu esperalu. Później znów się zaczęło”. Jeszcze zdarzało mu się występować w telewizji, ale mógł najwyżej liczyć na epizod pijaczka zaczepiającego Magdę Zawadzką w Rozwodów nie będzie Jerzego Stefana Stawińskiego (1963); był też porucznikiem Nowakiem w Stawce większej niż życie (1965), realizowanej jeszcze jako spektakl telewizyjny, kiedy jednak ten sam odcinek robiono w ramach serialu, jego rolę dostał Andrzej Zaorski. Pod koniec lat 60. otrzymał wymówienie z teatru. W czasie procesu lekarz określił Nowakowskiego jako przewlekłego alkoholika. Podobnie było z Kusą – podczas sekcji zwłok stwierdzono, że miał 4,5 promila alkoholu we krwi. Nie wiadomo, kiedy się poznali, ale często razem pili, tocząc niekończące się dyskusje. Dlaczego więc Nowakowski tak pobił Kusę, że ten zmarł? Barbara Seidler tak opisywała oskarżonego: „Niewielki, skurczony, w tym śmiesznym nieco swetrze, czerwono-szarym, robionym grubym ściegiem”. Początkowo twierdził, że nic nie pamięta, w końcu przez dwa dni nie trzeźwiał. Potem linia obrony bardzo się skonkretyzowała: „Powiedział, że nocny gość chciał go zmusić do aktu homoseksualnego, że ciągnął go za spodenki”. Odrzucony Kusa miał się odgrażać Nowakowskiemu, że go zniszczy.

W ten sposób na sali sądowej w pełnej krasie pojawił się wstydliwy wątek z życia denata: „O tych skłonnościach Kusy opowiadali wprawdzie świadkowie, ale zawsze obracało się to w kręgu plotek. Jedni utrzymywali, że był homoseksualistą, inni – że impotentem”. Zabawne jest to rozgraniczenie, choć przecież jedno z drugim się nie wyklucza; świadczy to o tym, że o homoseksualizmie myślało się wówczas wciąż raczej jako czynie seksualnym, a nie całokształcie psychoseksualności. Potwierdza to także passus o Nowakowskim: „Nie znosił homoseksualizmu. Jednoznacznie wypowiadali się na ten temat świadkowie. Spuszczając głowę i rumieniąc się, stanowczo twierdziły to dziewczyny. A dziewczyny były śliczne, młode”. Poprzez mieszanie czynu i zjawiska wychodzi na to, że Nowakowski opowiadał swoim kochankom, że nie znosi homoseksualizmu. Jest to możliwe, ale bardziej prawdopodobne wydaje się, że dziewczyny zaświadczały po prostu o heteroseksualności oskarżonego.

Nie dowiemy się już, co się dokładnie wydarzyło feralnej nocy w sierpniu 1970 roku, znamy tylko relację jednej strony. Andrzeja Nowakowskiego skazano na osiem lat. Po wyjściu z więzienia próbował wrócić do zawodu, zagrał niewielką rólkę w filmie Romans z intruzem Waldemara Podgórskiego (1984) i epizod w spektaklu Teatru Telewizji Ostatnia noc lata (1986). Zmarł 26 czerwca 1986 roku w wieku 48 lat. Pozostał jednym z wielu „młodych, dobrze zapowiadających się” aktorów, którzy po obiecującym debiucie nie spełnili pokładanych w nich nadziei.

Homoseksualizm gorszy niż zbrodnia

W pewien sposób podobna do historii Kusy i Nowakowskiego była inna opisywana przez Seidler sprawa, rozegrała się ona jednak w odmiennej klasie społecznej. Także tu mamy morderstwo, dwóch mężczyzn oraz homoseksualizm jako potencjalny motyw. Oskarżonym był Henryk Rybowik, urodzony w 1916 roku, zamieszkały w Karczewie, brygadzista Zakładów 22 lipca, żonaty, ojciec dwójki dorosłych dzieci. Był podejrzany, że 17 maja 1969 roku pozbawił życia innego pracownika tychże zakładów – Jana Teguskiego, poprzez zadanie wielu ciosów młotkiem w tył głowy i lewą skroń, a także zaciśnięcie sznura na szyi i zakneblowanie ust. Oskarżony na sali sądowej nie przyznawał się do winy, choć w śledztwie opisał, co się wydarzyło pół roku wcześniej, po skończonej zmianie, w myjni fabryki. Ciekawsze jest jednak pytanie, dlaczego to zrobił. Kolejni świadkowie potwierdzają, że obu mężczyzn łączyła przyjaźń, szczególnie Rybowik otaczał opieką młodszego kolegę. Przyznała to teściowa denata, a także koledzy: „Teguskiego niewątpliwie Rybowik wyróżniał. Przynosił mu śniadanie, dawał mu taką robotę, jaką tamten chciał, zawsze najlżejszą, najlepszą”. Kierowniczka myjni, Grodzka, w czasie zeznań kreśli obraz zamordowanego: „O zmarłych nie powinno się źle mówić, ale to był chłopak, który konsekwentnie umiał przeprowadzać to, co chciał. Był bezwzględny, omotał Rybowika zupełnie, tamten tak tańczył, jak on mu grał. Nie, nie powiem: bystry był i inteligentny, sprytny, ale i zaborczy. A że plotki różne w brygadzie były, bo majster go spośród reszty wyróżniał, zostawał z nim w kantorku po zmianie, szczególnie po drugiej zmianie, więc musiałam prosić, aby zabrali go na inny dział. A gdy go przenieśli, Rybowik robił mi awantury. Krzyczał w myjni, nerwowy się jakiś zrobił i ciągle tam do niego na ten inny dział, na czekoladernię biegał”.

Wyłania się więc obraz starszego mężczyzny, który nie potrafił ukryć fascynacji młodym kolegą z pracy. Fascynacji, do której być może nie chciał się przyznać nawet przed samym sobą, próbował ją jakoś tłumaczyć. Przed sądem mówił: „Ja go bardzo lubiłem. On dla mnie był jak syn…”, co wywoływało od razu reakcję: „Przy drzwiach chichot, a potem głośny śmiech. Bo publiczność pod tym «bardzo lubiłem» rozumie coś zupełnie innego niż przyjaźń”. Wreszcie także sąd nie może dłużej udawać, że tematu nie ma, świadkowie są pytani o relację Rybowika i Teguskiego: „Czy świadek wie, o co pytam? Czy między oskarżonym a denatem była taka zwyczajna przyjaźń, czy też podejrzewaliście, że istnieją między nimi inne stosunki?”. To konkretne, choć opisowe pytanie, spotyka się z niekonkretnymi odpowiedziami: „Jedni zeznają, że nic nie zauważyli, inni potwierdzają plotki, przypominają jakieś kąpiele wspólne w wannie, w kłębach pary, zawsze po drugiej zmianie. Mężczyźni wzruszają ramionami i mówią: «To babskie plotki», ale przecież niektórzy płosząc się i jąkając przyznają, iż mówiło się w fabryce, że ci dwaj to jak «mąż i żona»”. Inna jest perspektywa zeznających robotnic, jedna z nich mówi wprost: „Majster kobiet nie lubił. Zawsze sobie jakiegoś młodego chłopaka wybrał i adorował. A za Teguskim to wprost przepadał…”.

Bez względu na szczegóły relacji łączącej oskarżonego z denatem wciąż nie ma motywu zbrodni. Pojawiają się różne hipotezy: „Czy był zazdrosny o jakąś dziewczynę – jak przypuszcza pani doktor biegła, obok której siedzę cały czas na rozprawie – czy chciał doprowadzić do rozejścia się Teguskiego z żoną – jak sugerują niektórzy świadkowie – czy chciał chronić to małżeństwo – jak wyjaśnia sam oskarżony – przed niepotrzebnymi flirtami przyjaciela? Na to pytanie też trudno znaleźć odpowiedź”. Jednocześnie poza sądem wyrok już został wydany, tłum gromadzi się pod salą rozpraw, słychać okrzyki: „Ohydny pedzio”, a gdy rozprawa odbywa się w innej sali: „Gdzie tego pedała przenieśli?”. Na słowach się nie kończy: „Gdy wyprowadzano go z sali rozpraw, tłum rzucił się na niego. Szarpali go i lżyli, ciągnęli za włosy i nawet dwóch milicjantów nie mogło dać sobie rady z rozwydrzonym tłumem”. W efekcie część rozprawy toczy się przy drzwiach zamkniętych. Sędzia zadaje biegłej zaskakujące pytanie: „Czy osobnicy o skłonnościach homoseksualnych są zdolni do nagłych wybuchów? Czy to są znane przypadki?”. Pada odpowiedź: „Tak jest, wysoki sądzie”. Abstrahując od absurdalności tego dialogu, trudno nie odnieść wrażenia, że homoseksualizm pełni tu rolę wzmacniającą oskarżenie: „Pani prokurator w swoim przemówieniu podkreśla skłonności homoseksualne oskarżonego i przypisuje mu zbrodnię z premedytacją”. Podobnie myśli sam Rybowik, który bardziej niż posądzenia o zbrodnię boi się twierdzenia, że jest homoseksualistą: „Jeżeli mi udowodnią, że ja z Teguskim żyłem jak mężczyzna z kobietą, to niech mnie skażą na śmierć”. Zauważa to także autorka reportażu: „Homoseksualizm jest dla niego większą zbrodnią niż zamordowanie człowieka. W fabryce Wedla, w Karczewie i w Halinowie te rzeczy uważa się widać za większe zło niż chwytanie za młotek i zadawanie ciosów bez opamiętania”. Dlatego tłum żąda dla oskarżonego kary śmierci.

Drugi wątek procesu dotyczył kwestii, czy między mężczyznami dochodziło do stosunków seksualnych. Wyrok – piętnaście lat więzienia – został opatrzony wyjaśnieniem: „Czyn został dokonany na podłożu skłonności homoseksualnych, a nie stosunków homoseksualnych”. Takie rozwiązanie sprawy zadowala Rybowika: „Gdy sędzia Sokół wypowiada to zdanie, oskarżony rozpręża się, wyraz napięcia i niepokoju znika mu z twarzy”. Także jego żona akceptuje wyrok: „No, przecież zabił. Dobrze, że teraz wszyscy wiedzą, że tych świństw nie robił…”.

Reportaż poświęcony temu procesowi jest wyjątkowy, bo najwyraźniej widać w nim strach przed „posądzeniem” o homoseksualizm, nawet w sytuacji tak granicznej, jak oskarżenie o morderstwo zagrożone karą śmierci. Zadaje on także kłam stereotypowi, że wśród robotników nie ma przedstawicieli mniejszości seksualnych, i daje wyobrażenie, jak wyglądało ich życie w czasach, gdy nie było alternatywy dla tradycyjnego modelu, z małżeństwem i dziećmi jako obowiązującą normą. Pokazuje wreszcie rozmiary homofobii, w tym wypadku w postaci „rozwydrzonego tłumu”, który uaktywnił się natychmiast, gdy mężczyzna podejrzewany o homoseksualizm trafił na ławę oskarżonych. Nie chroniło go nawet posiadanie żony ani bycie ojcem. Jest bardzo prawdopodobne, że z takim samym potępieniem społecznym (i wyrokiem!) spotkałby się Marian Kusa, gdyby to on zamordował Andrzeja Nowakowskiego, a nie Nowakowski jego.

Dziwkarz ekstra

Krzysztof Tomasik, Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u. Wydanie II poszerzone

Warszawa 2018

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2018

© Copyright by Krzysztof Tomasik

Wydanie drugie, poprawione, rozszerzone

ISBN 978-83-65853-72-1

Redakcja: Magdalena Błędowska

Redakcja pierwszego wydania: Marta Konarzewska

Korekta: Aleksandra Smoleń

Redaktor prowadzący: Patryk Walaszkowski

Projekt okładki, projekt typograficzny i skład: Katarzyna Błahuta

Zdjęcie na okładce: Stanisław Szymański w Teatrze Wielkim w stroju z opery Aida (1966), fot. Wiesław M. Zieliński/East News

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Jasna 10, lok. 3

00-013 Warszawa

redakcja@krytykapolityczna.pl

www.krytykapolityczna.pl

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w redakcji Krytyki Politycznej (ul. Jasna 10, Warszawa), Świetlicy KP w Trójmieście (Nowe Ogrody 35, Gdańsk), Świetlicy KP w Cieszynie (al. Jana Łyska 3) oraz księgarni internetowej KP (wydawnictwo.krytykapolityczna.pl), a także w dobrych księgarniach na terenie całej Polski.

Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u Grażyna Hase. Miłość, moda, sztuka Demony seksu Seksbomby PRL-u Homobiografie Gejerel