Wielki sekret

Wielki sekret

Autorzy: Virginia C.Andrews

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.45 zł

Ostatni tom bestsellerowej serii o rodzinie De Beers!

Willow De Beers, po tragicznej śmierci ojca adopcyjnego, zgodnie z ostatnią wolą zmarłego otrzymuje jego dziennik i poznaje rodzinne tajemnice. Są dla niej tak szokujące, że całkowicie odmieniają życie, jakie dotychczas wiodła na Florydzie w snobistycznym Palm Beach. Wreszcie dowiaduje się, kim jest jej rodzony ojciec, i odkrywa, co go łączyło z jej rodzoną matką. Dopiero teraz rozumie, dlaczego doświadczyła tyle przykrości od matki adopcyjnej i poznaje losy tajemniczej kobiety, która nie mogła swojej córki wychować, ale zawsze ją kochała.

Fenomen popularności V.C. Andrews trwa nieustannie od czasu wydania "Kwiatów na poddaszu". Książki autorki, tworzące prawie dwadzieścia bestsellerowych serii, osiągnęły łączny nakład ponad 106 milionów egzemplarzy i zostały przetłumaczone na dwadzieścia dwa języki. "Wielki sekret" to prequel sagi rodu De Beers, opowiadający o życiu Willow zanim przeczytała pamiętnik swojego ojca adopcyjnego… Kolejne powieści autorki ukażą się wkrótce nakładem Prószyński i S-ka.

Tytuł oryginału

HIDDEN LEAVES

DARK SEED

Copyright © 2003 by the Vanda General Partnership Dark Seed © 2001 by the Vanda General Partnership Pocket Books a Division of Simon & Shuster, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki

Izabella Marcinowska

Zdjęcie na okładce

© Magdalena Russocka/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Lucyna Łuczyńska

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8123-771-0

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Zamiast wstępu, od Willow De Beers

Drodzy czytelnicy!

Jak pewnie wiecie, moje życie dramatycznie się zmieniło, gdy po pogrzebie taty prawnik wręczył mi kopertę, którą tata zdeponował u niego z zastrzeżeniem, że ma być mi przekazana po jego śmierci.

Po stypie znalazłam wreszcie wolną chwilę, poszłam do gabinetu taty i otworzyłam kopertę – zawierała intymny dziennik taty. Z pamiętnika dowiedziałam się dużo o ojcu, mojej rodzonej matce i o sobie.

To stało się dla mnie impulsem, by dokonać radykalnego zwrotu w swoim życiu. Wzięłam urlop dziekański i opuściłam uczelnię; wiedziałam, że zrobię wszystko, by znaleźć odpowiedź na nurtujące mnie pytanie: kim naprawdę jestem.

Bardzo długo trzymałam pamiętnik pod kluczem, wreszcie doszłam do wniosku, że zapewne chcielibyście poznać całą sprawę od kulis.

Aby w pełni zaspokoić waszą ciekawość, dołączyłam do tej opowieści własny pamiętnik. Tę część zatytułowałam: Czarne ziarno. Oba dzienniki, zestawione razem, powinny dać pełny obraz mnie, mojej rodziny i tego, co nam zgotował los.

Willow

UKRYTE LIŚCIE

Dla mojej córki Willow, w przypadku mojej śmierci.

Dr Claude De Beers

Moja droga Willow!

Pozwól, że zacznę od błagania o wybaczenie. Prawdę, którą wkrótce poznasz, powinnaś znać od dawna, odkąd byłaś w stanie ją pojąć. Taką prawdę powinno znać każde dziecko i zwykle tak jest. Ukrywanie tego sekretu przez całe życie było dla mnie nieznośnym ciężarem. Twoja matka adopcyjna nigdy go nie poznała. Bałem się, że zacznie coś podejrzewać, ale była zbyt zaślepiona miłością własną i skupiona na sobie, żeby cokolwiek zauważyć. Przyszło mi do głowy powiedzenie: „Nikt nie jest tak ślepy jak ci, którzy nie widzą”. Ona nawet nie próbowała zobaczyć. I nic by nie widziała, nawet gdyby podsunąć jej prawdę pod same oczy. A może nie chciała nic widzieć? Czasami niewiedza jest lepszym wyjściem.

Nie przeczę, iż rozważałem pozostawienie Ciebie w nieświadomości, lecz w głębi serca czułem, że postąpiłbym niegodnie. A jednak nie miałem odwagi wyjawić Ci sekretu za życia. Zapewne znalazłbym wiele przyczyn mojego tchórzostwa, lecz żadna nie może być usprawiedliwieniem.

Mimo to śmiem błagać Cię o wybaczenie. Uwierz mi, Willow, że okropnie cierpiałem z tego powodu. Cokolwiek o mnie pomyślisz, zapewniam Cię, że zawsze chciałem, abyś była szczęśliwa. Mam nadzieję, że nadal jesteś, i modlę się o to.

Wiem, że za mało powiedziałem i czujesz niedosyt, ale chciałbym, żebyś na początku wiedziała tylko tyle:

Kocham Cię, Willow.

Kocham Cię.

Tata

Rozdział pierwszy

Zakochany w pacjentce

Jeśli ktoś powiedziałby mi, że kiedyś zakocham się w pacjentce, zaleciłbym tej osobie terapię w mojej klinice.

I oto muszę przyznać, że nieprawdopodobne stało się faktem. Każdego ranka pędziłem do kliniki jak na skrzydłach. Jakbym nagle trafił na drzwi do raju, dotąd ukryte przede mną. Szybko odkryłem, że kiedy jest się z kimś, kogo się kocha, nawet najbardziej przyziemne rzeczy stają się cudowne.

Na zawsze zapamiętam dzień, kiedy twoja mama przyjechała do kliniki, Willow. Często z nią o tym rozmawiałem, częściowo w ramach terapii. Potem, kiedy nasz związek wkroczył w etap, jakiego żadne z nas się nie spodziewało, mogliśmy się już z tego śmiać.

Ludziom często zdarza się wspominać, co robili w jakimś ważnym historycznym momencie. Na przykład mój tata opowiadał, gdzie był podczas japońskiego ataku na Pearl Harbor. Ja często wspominałem, co robiłem w dniu, kiedy zastrzelono prezydenta Kennedy’ego. To wydarzenie na zawsze wdrukowało mi się w pamięć, miałem wrażenie, że życie zatrzymało się na ułamek sekundy i znów potoczyło dalej.

Mam ci napisać, że gdy po raz pierwszy zobaczyłem twoją mamę, a ona spojrzała na mnie, moje serce zatrzymało się na ułamek sekundy? Mam napisać, że poczułem się, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na świecie? Czy to nie brzmi zbyt romantycznie, jak słowa piosenki o miłości, a nie słowa lekarza psychiatry?

Wiem, że jako psychiatra jestem zbyt analityczny. Do swojej pracy mam stosunek miłosno-nienawistny. Tak naprawdę nie lubię rozkładania ludzkich emocji na czynniki pierwsze, jak to robią analitycy w laboratoriach, ale tego przecież mnie uczono. Dlatego wybacz mi, Willow, jeśli w swojej opowieści pozostanę zawodowcem.

Tego dnia, gdy twoja mama przyjechała do kliniki, było wyjątkowo ciepło jak na tę porę roku. Zwykle nie zwracam uwagi na pogodę. Czas pracy spędzam przeważnie w czterech ścianach kliniki, więc jest mi obojętne, czy pada deszcz, czy jest słońce. Jednak tym razem z jakiegoś dziwnego powodu popatrzyłem za okno. (Waham się nazwać to zrządzeniem losu albo czymś w tym rodzaju. To nieprofesjonalne). Siedziałem przy biurku i podziwiałem puchaty biały obłok, przesuwający się nad szczytami wielkich starych wierzb przed budynkiem kliniki. Nie zdarza mi się marzyć w ciągu dnia. Jestem zbyt zajęty pacjentami, ale wtedy wpatrywałem się w obłok – jedyny we wschodniej części nieba – i myślałem, że jest bardzo samotny. Wydawało mi się nawet, iż jego kształt układa się w zarys smutnej twarzy, i przypomniałem sobie, co mówiła moja mama, kiedy byłem mały: „Deszcz to tylko łzy smutnych chmurek. A kiedy przestaje padać, chmurki znów są wesołe i słońce rozjaśnia ich uśmiech. Bo w każdym uśmiechu musi być słońce, Claude. Jeśli go nie ma, twarz jest tylko maską”.

Być może była to moja pierwsza lekcja psychologii.

Bawiło mnie, że pamiętam takie rzeczy z dzieciństwa i cofam się do czasów cudownej niewinności. A potem na podjazd zajechała limuzyna twojej mamy i babci.

Wielu moich pacjentów pochodziło z zamożnych rodzin, więc nie zdziwiłem się, że ktoś przyjechał luksusową limuzyną. Chociaż nie analizowałem takich przypadków, z doświadczenia mogę ci powiedzieć, iż bogaci ludzie czują się bardziej zażenowani z powodu psychicznych słabości swoich bliskich, a zwłaszcza dzieci. W pośpiechu odstawiają je do kliniki, a potem ukrywają miejsce ich pobytu.

Później przekonałem się, że tak samo postąpiła twoja babcia. Powiedziała ludziom z Palm Beach, gdzie mieszkała razem z twoją mamą, że córka wyjechała na studia do innego stanu. W Palm Beach, jak opowiadała mi Grace, wszyscy okłamują się nawzajem i mogą liczyć, że ich kłamstwa zostaną uznane za prawdę, przynajmniej z pozoru. „Po prostu wypada wierzyć w cudze zmyślenia – powiedziała. – Im bardziej ktoś jest bogaty, tym bardziej wierzy w Świętego Mikołaja”.

Sama widzisz, jaka była bystra.

Obserwowałem obie, gdy wysiadały z długiej, czarnej limuzyny. O twojej babci w niezwykle eleganckim, różowo-białym kapeluszu pomyślałem, że wygląda, jakby wybierała się na snobistyczny bal charytatywny. Słońce lśniło w brylantowych kolczykach, jarzących się jak maleńkie gwiazdy, zabrane przez nią z nocnego nieba Florydy. Nawet z daleka, z okna mojego gabinetu widziałem, że jest bardzo atrakcyjną kobietą. Była wysoka, postawna i poruszała się jak modelka. Jeśli nawet czuła wstyd, nie zamierzała pokazać go światu.

Twoja mama nie rzucała się w oczy, a tym bardziej trudno mi było ocenić jej wygląd, gdy szła z pochyloną głową, kuląc ramiona. Przywykłem do takich widoków. Pacjenci, którzy do mnie przybywają, nie są śmiali i pewni siebie.

Obie ruszyły do drzwi, znikając mi z widoku. Za nimi szedł szofer z walizkami. Wróciwszy za biurko, przeglądałem teczkę twojej mamy, przysłaną przez doktora Andersona z Palm Beach, mojego przyjaciela. Nie zamierzam cię zanudzać naukowymi terminami i analizami. Wystarczy, jeśli powiem, iż twoja mama trafiła do mnie po próbie samobójczej, lecz z pewnych szczegółów wywnioskowałem, że mogła nie zdawać sobie sprawy, co robi. Wytłumaczę ci to później i obiecuję, że nie użyję psychiatrycznego żargonu.

Przyjęcie do kliniki jest poprzedzone długą procedurą, pacjenci przechodzą wstępne badanie; ustala się, jakie leki dotychczas przyjmowali, jakie zabiegi przechodzili i tak dalej. W tym czasie babcia została poproszona do mojego gabinetu. Zawsze staram się porozmawiać z kimś z najbliższej rodziny pacjenta, zanim jeszcze zostanie przyjęty. Poznanie rodziców, braci, sióstr, wujów czy ciotek pozwala mi ocenić, w jakim środowisku ten ktoś wzrastał i jakie czynniki mogły mieć wpływ na jego psychikę.

Wybacz, że tak poważnie piszę o swojej pracy. Usiłuję wyjść z roli lekarza i być po prostu tatą. Zakładam, iż teraz już wiesz, że nie piszę do ciebie jako ojciec adopcyjny, tylko jako ojciec biologiczny. Bo jestem twoim ojcem, Willow, w każdym sensie tego słowa. Twoja mama nie została wykorzystana seksualnie przez jakiegoś pielęgniarza, jak skwapliwie podszepnęła ci przybrana matka. I nie wziąłem cię do domu dlatego, że chciałem zatrzeć złe wrażenie z powodu fatalnego epizodu w mojej klinice.

Zakochałem się w twojej mamie. Teraz muszę ci opowiedzieć, jak coś takiego mogło się przydarzyć mężczyźnie, który w swoim zawodowym życiu najbardziej ceni naukowy obiektywizm i dystans, niezbędne dla dobrego lekarza. Tymczasem twoja mama uświadomiła mi, że te cechy wcale nie muszą być dobre dla mnie i dla moich pacjentów. Prawdę mówiąc, Willow, pod koniec naszej znajomości role niemal zupełnie się odwróciły. Coraz częściej czułem się jak pacjent, a Grace swoją mądrością dodawała mi siły w trudnych momentach.

Twoja babcia, Jackie Lee Montgomery, wkroczyła do mojego gabinetu. Powinienem raczej powiedzieć, że wpadła jak bomba, gdyż była typem osoby niezwykle władczej i pewnej siebie. Taksowała wszystko wzrokiem, jakby zastanawiała się, czy warto kupić moją klinikę. Chciało mi się śmiać, kiedy na nią patrzyłem, ale starannie ukrywałem uśmiech pod „maską lekarza”. I tylko kąciki ust zadrgały mi niedostrzegalnie, kiedy pomyślałem sobie: Claude De Beers, zapomnij o swoim naukowym ego i przekwalifikuj się na dyplomatę, kiedy będziesz rozmawiał z tą kobietą.

Moja recepcjonistka Edith Hamilton wprowadziła ją do gabinetu.

– Pani Montgomery, doktorze De Beers – zaanonsowała i wyszła, zamykając cicho za sobą drzwi.

Wyszedłem zza biurka, aby powitać twoją babcię, a ona niczym królowa podsunęła mi upierścienioną dłoń, jakby oczekiwała, że złożę na niej pełen szacunku pocałunek.

– Jackie Lee Montgomery – przedstawiła się. Stała wyprostowana, z dumnie uniesioną głową, wbijając we mnie badawcze spojrzenie.

– Zechce pani usiąść. – Uprzejmie podsunąłem jej krzesło, niczym dżentelmen damie przy stole. Nie powinienem tego robić, ale twoja babcia miała jakąś magnetyczną siłę. Potem oboje z Grace śmialiśmy się, wspominając tę sytuację. Uważała, że jej matce „odbiła palma”. Tak określała zmiany, jakie zaszły w osobowości Jackie Lee pod wpływem nadmiaru pieniędzy i snobistycznego stylu życia.

– Serce mi się kraje na myśl, że mam zostawić tu swoją córkę, choć rekomendowano mi pana i wiem, że ma pan znakomitą opinię w swoim środowisku, a pańska piękna klinika należy do najlepszych w kraju – zaczęła Jackie Lee.

– Rozumiem, pani Montgomery – powiedziałem ze współczuciem, wracając za biurko.

– Z pewnością pan się zastanawia, doktorze, dlaczego nie wróciłam do nazwiska z pierwszego małżeństwa albo panieńskiego – ciągnęła. – Otóż córka uwielbiała mojego drugiego męża, Winstona Montgomery’ego. Adoptował Grace i dał jej swoje nazwisko, więc pomyślałam, że będzie prościej, mniej kłopotliwie, jeśli…

– Naturalnie, pani Montgomery.

– I uznałam, że powinnam to panu wyjaśnić – dokończyła.

– Rozumiem panią – zapewniłem. – Podjęła pani mądrą decyzję.

– W żadnym razie natomiast nie zostawiłabym nazwiska trzeciego męża. – Z odrazą odęła usta. – Doktor Anderson mówił mi, że poinformował pana o wszystkim, toteż jestem pewna, że wie pan o tym koszmarze.

– Istotnie.

Wyjęła z torebki haftowaną jedwabną chusteczkę. Dyskretnie otarła oczy, choć nie zauważyłem ani jednej łzy.

– Próbowałam, jak mogłam, radzić sobie z sytuacją. Ale co może zrobić kobieta, która nagle się dowiaduje, że mąż uwiódł, a właściwie zgwałcił jej córkę? W domu, za ścianą ich małżeńskiej sypialni!

– Bardzo trudna sytuacja – przyznałem.

– A Grace… – z westchnieniem pokręciła głową – ukrywała przede mną ciążę, aż było za późno, żeby coś z tym zrobić. – Zamilkła na moment, a potem pochyliła się, wbijając we mnie ostre spojrzenie. – Czy może mi pan to wytłumaczyć? Nie otrzymałam od doktora Andersona sensownego wyjaśnienia jej zachowania.

– Trudno cokolwiek powiedzieć bez rozmowy z Grace i dokładnego zapoznania się z jej problemami – odparłem. – Mogę tylko wstępnie podać pani kilka klasycznych przyczyn, pasujących do tego typu reakcji.

– Więc jakie może być usprawiedliwienie takiego zachowania? – Nie kryła irytacji.

– Po pierwsze, poczucie winy. Kobiety zbyt często obciążają się odpowiedzialnością za podobne przypadki. A mężczyźni, pragnąc się pozbyć poczucia winy i odpowiedzialności, dodatkowo utwierdzają je w takim przekonaniu.

– On też tak robił – warknęła, jakby chciała splunąć tymi słowami na podłogę.

– Ponadto młoda, naiwna kobieta, która w dodatku przechodzi psychiczny kryzys, jest o wiele bardziej podatna na ten rodzaj szykan.

– Szykany, dobrze powiedziane – mruknęła. Kiwnęła głową i obdarzyła mnie łaskawszym spojrzeniem, widząc, że rozumiem i współczuję.

– Jeśli się weźmie pod uwagę wszystkie te czynniki, przestaje dziwić ukrywanie ciąży i silne wyparcie.

– Co doktor rozumie przez silne wyparcie?

– Próby przekonania siebie, że nic się nie wydarzyło, oraz ignorowania objawów. U córki, pani Montgomery, wyparcie okazało się na tyle skuteczne, by usprawiedliwić tak długie ukrywanie ciąży przed panią.

– Jackie Lee, proszę.

– Jackie Lee. Jest też możliwe, że Grace była naprawdę przekonana, iż nie jest w ciąży.

– Wariactwo, kompletne wariactwo. Niestety, jej miejsce jest tutaj.

– Z dokumentacji Grace wynika, że sama utwierdziłaś ją w tym przekonaniu, udając, że dziecko jest twoje. Symulowałaś ciążę, aby ludzie uwierzyli w twoją wersję?

Zaskoczyło ją pytanie, ale raport doktora Andersona przedstawiał sprawę jednoznacznie.

– Zrobiłam to dla Grace – odparła krótko. – Chciałam ją chronić. Nie wyobrażasz sobie, jak okrutni i nieczuli są ludzie w Palm Beach. Normalnie znalazłabym dla niej uczciwego kawalera, z którym mogłaby się związać, zanim dziecko się urodzi, ale w tym światku jest to niemożliwe. Wyobraź sobie, jakie piekło by się rozpętało, gdybym powiedziała prawdę! Już lepiej byłoby wywieźć Grace do Somalii albo w inne miejsce, zapomniane przez Boga i ludzi.

Bez słowa kiwnąłem głową. Niektórzy odbierają to jako przyznanie im racji. W tamtej chwili uznałem, że dla Jackie Lee lepiej będzie odczytać ten gest jako aprobatę dla swojego postępowania. Z mojego zawodowego doświadczenia wynika, że jeśli nie pozwoli się rodzicom – zwłaszcza rodzicom! – łudzić się, że tylko w niewielkim stopniu są odpowiedzialni za problemy i zaburzenia swoich dzieci, mogą znienawidzić terapeutę i odmówić przyjęcia prawdy. Tymczasem akceptacja jest początkiem powrotu do normalności.

Och, znów wpadam w ten swój specjalistyczny ton. Wybacz.

Jasne, że po zapoznaniu się z dokumentacją porozmawiałem o tym z doktorem Andersonem i dowiedziałem się więcej o fortelu Jackie Lee. Tak się zaangażowała w oszukiwanie otoczenia, że sama uwierzyła w swoją ciążę, przynajmniej na jakiś czas. Doktor uznał, że ten fakt mógł się znacząco przyczynić do depresji Grace i jej ucieczki w siebie. Prawdę mówiąc, tak opisał zachowanie twojej babci, iż można było sądzić, że to ona powinna zostać moją pacjentką, a nie jej córka!

Mały chłopiec o imieniu Linden wyrastał w przekonaniu, że babcia jest jego mamą. Anderson martwił się o dziec­ko. Miał nadzieję, że uda mi się przywrócić Grace równowagę psychiczną na tyle, żeby mogła zająć się synkiem z pożytkiem dla niego i siebie. To oczywiście skłoniło mnie do podwojenia wysiłków. Chciałem sprawić, aby Grace Montgomery jak najszybciej wyszła z kliniki. Żadne z nas nie było na tyle egoistyczne, by wyobrazić sobie Lindena bez mamy. (Kiedy piszę te słowa – „aby jak najszybciej wyszła z kliniki” – łzy cisną mi się do oczu. Jak się sama przekonasz, po prostu musiałem pozwolić jej odejść).

– Tak – odpowiedziałem po chwili. – Wiem, że zrobiłaś to w dobrej wierze, Jackie Lee.

Spodobały jej się moje słowa i to, że przestałem się do niej zwracać po nazwisku.

– Oczywiście – przytaknęła. Urwała na moment i otarła oczy. – Chyba nie sądzisz, że Grace… że to ma coś wspólnego z tym, co chciała sobie zrobić?

– Zanim zacznę stawiać hipotezy, muszę najpierw dokładnie przebadać pacjentkę. Nie chciałbym strzelać w ciemno, Jackie Lee. Daj mi trochę czasu, dobrze?

– Wiem, że zdaniem doktora Andersona tak właśnie jest. Widziałam to w jego twarzy, kiedy rozmawiał ze mną o Grace – powiedziała z goryczą, po czym westchnęła żałośnie. – A była takim szczęśliwym dzieckiem! Kiedy żył jej ojciec, jeszcze przed tą koszmarną katastrofą helikoptera, była niczym mała księżniczka, czczona i uwielbiana przez niego. A ja ostrzegałam, że ją rozpieszcza, nie tyle podarkami, ile miłością. Rozumiesz, czasami nadmiar uczucia szkodzi. Mówiłam, że Grace nie będzie zdolna pokochać innego mężczyzny – podjęła po chwili – bo zawsze znajdzie w nim wady, porównując do ukochanego tatusia. Tłumaczyłam, ale nie chciał słuchać. I właśnie tak się stało.

Pochyliła się ku mnie konfidencjonalnie.

– Wiesz, że w wieku dwudziestu lat nie miała jeszcze chłopaka?

– To nie jest wcale niezwykłe, Jackie.

– Jackie Lee!

– Przepraszam, Jackie Lee. W dzisiejszych czasach często tak bywa z dziewczynami – powiedziałem ła­godnie.

– Poczekaj, aż zobaczysz Grace. Kiedy chce, potrafi być bardzo atrakcyjną młodą kobietą. Teraz wygląda jak wypłosz, ale gdyby moja stylistka ją uczesała, gdyby włożyła jedną z tych modnych sukienek i umalowała się, wyglądałaby jak młodzieżowa gwiazda kina, wierz mi. Nieraz widziałam, jak na balach charytatywnych mężczyźni pożerają ją wzrokiem. Jednak Grace zawsze odmawiała swoim adoratorom, wynajdując różne preteksty. – Ze smutkiem pokiwała głową, a potem przyglądała mi się chwilę. – Wiesz, jakie jest jej zdanie na temat mężczyzn, prawda? Doktor Anderson musiał to napisać w papierach. – Wskazała ruchem głowy teczkę Grace, jakby zawierała dossier kryminalne, a nie lekarskie.

Nie odpowiedziałem. Nie chciałem zdradzać szczegółów zawodowych.

– Zresztą nie musisz tego czytać. Ja ci powiem. Grace uważa, iż dotknęła ją klątwa Jonasza. Obawia się, że każdego, kto ją pokocha czy polubi, albo kogo ona pokocha, spotka coś strasznego. Jestem pewna, że sama opowie ci o nich, o tych swoich ofiarach – dodała, dramatycznie przewracając oczami.

– Spróbujemy zmienić jej myślenie o sobie – obiecałem solennie.

Wzięła głęboki oddech i wyprostowała się na krześle.

– Dobrze. Jak myślisz, uda ci się ją wyleczyć? Moja córka ma szansę być normalną kobietą, która wyjdzie za mąż i będzie miała dom, dzieci?

– Mam nadzieję, Jackie Lee. Powrót Grace do normalnego życia jest moim celem. Przecież ma synka, musi dbać o małego i go wychować.

– No właśnie, dbać i wychować – mruknęła. – Przecież nie mogę go rzucić na pastwę tych rekinów, prawda? Na razie muszę być jego matką.

– Na dłuższą metę taki układ jest dla dziecka szkodliwy, Jackie Lee. Powinnaś rozważyć, jak stopniowo przygotować go do przyjęcia prawdy – zasugerowałem.

– Tak, dobrze, zobaczymy. Nie chcę robić mu nadziei, która może się nie spełnić. Wiem, jak trudne do wyleczenia są choroby psychiczne; chwilowa i złudna bywa poprawa stanu zdrowia. Czytałam sporo artykułów na ten temat.

– W nich jest mnóstwo przekłamań, Jackie Lee. Albo nieaktualnych już teorii. Powiedzenie, że odrobina wiedzy jest bardziej niebezpieczna niż niewiedza, pasuje do tej sytuacji. Po prostu daj mi trochę czasu i cierpliwie czekaj – powiedziałem z naciskiem.

– Czas... Jasne. Jak często powinnam ją odwiedzać? – zapytała dość napastliwie.

– Na razie wcale. Zobaczymy, jak będzie przebiegać leczenie. Zadzwonię do ciebie.

Moja odpowiedź ją usatysfakcjonowała.

– Myślałam, że Grace nie zechce zostać w klinice, ale praktycznie nie stawiała oporu.

– To dobrze.

– Dobrze? Kto chciałby się znaleźć w takim miejscu? Jak można tego chcieć?

– Mogła uznać, że potrzebuje pomocy. I to jest właśnie pozytywne, Jackie Lee.

– Uhm – mruknęła. – Być może. Wiesz, co ona zrobiła, prawda? Wiesz, że w środku nocy zeskoczyła z pomostu do morza, a potem powiedziała nam, że miała wsiąść na statek ze swoim nieżyjącym ojcem. Byłaby utonęła, gdybyśmy w porę nie zobaczyli, co się dzieje!

– Kiedy człowiek jest w głębokim stresie, może stracić rozeznanie, co jest realne, a co nie. Wszyscy w jakimś stopniu ulegamy iluzji – wyjaśniłem. – Jednak zdrowy człowiek wie, jak wrócić do rzeczywistości.

– Ona nie wie – rzuciła ostro.

– Będzie wiedziała – zapewniłem, nie spuszczając z niej wzroku.

– Mam nadzieję. Mogę się z nią pożegnać?

– Wolałbym nie. Najlepiej, gdybyś odjechała stąd po cichu. Grace jest w dobrych rękach. Jak wiesz, mam tu wspaniały zespół, który troskliwie się nią zajmie. Nie chcemy, żeby rodzina w jakikolwiek sposób wzbudzała w pacjencie poczucie opuszczenia.

– Nie zamierzałam tego robić – odparowała.

– Oczywiście, że nie, ale ktoś, kto ma zaburzony obraz rzeczywistości i własnej tożsamości, deprecjonuje siebie i…

– Dobrze, dobrze, pewnie masz rację. Przecież jesteś specjalistą – dodała, wstając.

– Odprowadzę cię – zaproponowałem.

– To jest bardzo ładne miejsce, w sensie otoczenia – powiedziała. – Te wierzby, rzeka, wielka zielona łąka…

– Natura uzdrawia najlepiej.

– Gdyby to była prawda, ocean już dawno powinien uzdrowić Grace. Mamy dom przy plaży.

– Być może ocean ma dla niej jeszcze inne znaczenie, budzi inne skojarzenia.

– Całkiem prawdopodobne, że ma to związek ze śmiercią jej ojca, ale nigdy o tym nie rozmawiałyśmy – przyznała. – Och, jakie te sprawy są skomplikowane. Głowa mnie rozbolała.

– Nie martw się, poradzimy sobie z tym. Chcesz, żebym oprowadził cię po klinice?

– Nie. Wybacz, bez urazy, ale widok tych wszystkich zaburzonych ludzi, zwłaszcza młodych, strasznie mnie przygnębia. Nie wiem, doktorze, jak możesz wykonywać swoją pracę i nie zwariować. Jak ci się to udaje?

– Po prostu wiem, że chcę im pomóc; sprawić, żeby wyszli stąd i wrócili do społeczeństwa. Stale o tym myślę i to mnie trzyma.

Odprowadziłem Jackie Lee do limuzyny. Kiedy kierowca zobaczył, że się zbliża, wyskoczył z samochodu i skwapliwie otworzył przed nią drzwi. Ta kobieta bezustannie roztaczała wokół siebie aurę władczyni.

– To nie będzie dla mnie łatwe – powiedziała, sadowiąc się w limuzynie. Ostatni raz popatrzyła na klinikę i wzięła głęboki oddech. – Ona jest moim jedynym dziec­kiem. Nie licząc oczywiście biednego Lindena.

– Rozumiem.

– Ciągle myślę o tym, jaką byliśmy szczęśliwą rodziną, kiedy w naszym życiu panował chaos, kiedy przenosiliśmy się z jednej bazy marynarki do drugiej i wszystko było podporządkowane karierze męża. Nigdzie nie zapuściliśmy korzeni. Wiesz, że oni salutowali sobie nawzajem? Dwoma palcami. Ojciec nauczył ją tego, kiedy Grace miała zaledwie dwa lata. Uwielbiał, kiedy to robiła, i zawsze w ten sposób jej salutował. Ten zwyczaj wszedł im w krew.

Uśmiechnąłem się.

Teraz Jackie Lee naprawdę płakała. Pomyślałem, że pod tą twardą skorupą, jaką zapewne otoczyła się, by przetrwać w świecie, gdzie przyszło jej żyć, kryje się inne ja, kobiety łagodnej, wrażliwej, która rozpaczliwie domaga się wysłuchania. Kiedy szczerze traktujemy swoje uczucia, mamy największą szansę na szczęście, Willow. Pamiętaj o tym.

Delikatnie uścisnąłem dłoń twojej babci.

Spojrzała na mnie po raz ostatni i szepnęła:

– Zaopiekuj się moim dzieckiem.

Dała znak szoferowi. Przyciemniana szyba uniosła się i lśniąca czarna limuzyna ruszyła. Współczułem Jackie Lee. Wyglądała, jakby była tam zamknięta, uwięziona. Moja postać z kliniką w tle oddalała się, odbita w szybie.

Jeszcze chwilę patrzyłem za nimi, a potem wróciłem do kliniki, pełen determinacji i woli zwalczenia demonów, które zawładnęły umysłem twojej matki.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Zamiast wstępu, od Willow De Beers. Drodzy czytelnicy!

UKRYTE LIŚCIE

Rozdział pierwszy. Zakochany w pacjentce

Rozdział drugi. Pierwsze spotkanie

Rozdział trzeci. Mur

Rozdział czwarty. Dźwięk jej śmiechu

Rozdział piąty. Czyste, cudowne uczucie

Rozdział szósty. Wyznanie Kaina

Rozdział siódmy. Na skrzydłach szczęścia

Rozdział ósmy. Skrzydła z wosku

Rozdział dziewiąty. Łapka pluszowego misia

Rozdział dziesiąty. Wizyta Jackie Lee

Rozdział jedenasty. Układ

Rozdział dwunasty. Mama

CZARNE ZIARNO

Rozdział pierwszy. Wczesne dzieciństwo

Rozdział drugi. Narodziny w mroku

Rozdział trzeci. Miłość jest w sercu, nie we krwi

Rozdział czwarty. Rozstania

Rozdział piąty. Nowy początek

Spis treści

Zamiast wstępu, od Willow De Beers. Drodzy czytelnicy!

UKRYTE LIŚCIE Rozdział pierwszy. Zakochany w pacjentce

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wielki sekret 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość