Anomalia

Anomalia

Autorzy: ???

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 16.80 zł

W upalny dzień nad brzegiem Loary dochodzi do intrygującego spotkania dwóch mężczyzn: polskiego księdza i młodego nieznajomego, znawcy i wielbiciela kina. Rozmawiają długo i burzliwie, poruszają mnóstwo tematów, aż okazuje się, że młodzian skrywa dramatyczną historię, a jego życie przypomina los nieszczęsnego Hioba. Jego dobrze zapowiadająca się kariera w Kościele rozpada się w pył po tym, jak chłopak zakochuje się platonicznie w kleryku. To początek końca – młody zakonnik porzuca Kościół, przeżywa kryzys wiary i niczym Hiob zostaje sam, z obolałą duszą i pustym sercem. Jan jest zaś pełen wiary i ufności w Opatrzność. Czy ich spotkanie – nieprzypadkowe, jak wierzy polski ksiądz – będzie miało moc uzdrawiającą?


Gdy byłem dzieckiem, nie dawało mi spokoju pytanie, jak to możliwe, że ludzie nie nudzą się w niebie. Teraz to pojąłem: byłem w niebie. I okazało się, że nie miało ono nic z intelektualnej spekulacji, było czystym przeżyciem, doznaniem niewysłowionej bliskości ukochanej osoby.


Historia ukazana w książce skłania do głębokich przemyśleń w temacie religii, wiary, szaleństwa i sprawiedliwości. Fabuła, pełna dywagacji natury egzystencjalnej, okraszona zauważalną fascynacją filmem, nie daje o sobie zapomnieć. Polecam ją wszystkim szukającym w literaturze czegoś więcej.


Wioleta Sadowska, subiektywnieoksiazkach.pl



Morfeusz nie włada już tylko snami, od teraz przejmuje słowa. Hiobowy los, który spotkał bohaterów Anomalii, mógł spotkać każdego. Prawdziwa, poruszająca, napisana z wyczuciem historia, na długo zostanie w pamięci każdego czytelnika.


Karolina Krakowiak, www.lottaczyta.pl


Autor zadbał o emocje, intryguje od pierwszych wersów, a lekkie pióro, filozofia życia i wyraźna estyma merytoryczna stawiają czytelnikowi wiele pytań o sens egzystencjalny i rolę uczuć w życiu każdego z nas. Znakomita!


Agnieszka Krizel, www.nietypowerecenzje.blogspot.com


„Anomalia” to powieść przede wszystkim dla dojrzałych czytelników. Sporo tu nawiązań do literatury i kinematografii. To przemyślana i bardzo refleksyjna historia, o której myśli się na długo po odłożeniu książki na bok.


Maria Derejczyk-Zwierzyńska, www.czytelnia-mola-ksiazkowego.pl

Spis treści

I. Kiedy nastąpi koniec świata?

II. Raj utracony

III. W piekielnym uścisku

IV. Wydrążeni ludzie

V. Król kier

VI. Postanowienie poprawy

VII. Tango

VIII. Dwadzieścia lat później

I. Kiedy nastąpi koniec świata?

Gdybyż nie owa pożałowania godna skłonność, by choć od czasu do czasu złamać prawo, to chorobliwe, nieco anarchistyczne upodobanie do podważania reguł narzuconych przez rozumną większość, zawsze gotowe po mistrzowsku wykazać olbrzymi dystans, jaki je dzieli od tych pochodzących z góry, pierwszy dzień tygodnia upłynąłby Janowi całkiem zwyczajnie, nie przynosząc ze sobą nic godnego uwagi. Koniec końców, któż z nas nigdy nie odstąpił od litery prawa? Zwłaszcza w okolicznościach, które można by uznać za wyjątkowe.

Otóż istniała co najmniej jedna przyczyna, dla której Jan został niejako popchnięty do nieposłuszeństwa wobec potężnych prawodawców tego świata. To prawda, że park usytuowany na wschodnim krańcu wyspy Beaulieu, będącej częścią Nantes, dzięki swemu niewielkiemu oddaleniu prezentował się jako wymarzone wręcz miejsce codziennego spaceru. Porastały go drzewa wszelkiego rodzaju, w których konarach nantejskie ptaki dawały wyśmienite koncerty, a ścieżki z ubitego piasku, odpowiednio wybrzuszone, pozwalały ominąć ewentualne kałuże. Niemniej jednak trudno było ignorować pogłoski, wedle których park stanowił teren schadzek homoseksualistów. Znalezienie się tam, zwłaszcza wieczorową porą, niosło ze sobą ryzyko zabrnięcia w sytuacje kłopotliwe, nie mówiąc już o fatalnej reputacji, jaką – tak mniemał – mogło to za sobą pociągnąć.

Aby uniknąć tych niedogodności, Jan wolał więc czerpać świeże powietrze na innej wyspie, już poza granicami Nantes, znanej pod nazwą Forget. Najprostszy sposób dotarcia tam polegał na przejściu przez most kolejowy nad Loarą, która obie wyspy oddzielała. Teoretycznie rzecz biorąc, most ów nie był dostępny dla pieszych, jednak mimo wszelkich wysiłków zmierzających do ich odstraszenia panował na nim intensywny ruch w obu kierunkach: uprawiano tam jogging, skracając w ten sposób drogę wiodącą do wyspy Forget i Saint Sébastien; nawet rowerzyści nie wahali się narażać na niebezpieczeństwo, które było niemałe, jako że – zważywszy na wysokość balustrady – wystarczyłoby najechać na większy kamień lub jakiś garb, by wylądować piętnaście metrów niżej, w nurtach Loary.

Pracownicy kolei mogli sobie w najlepsze zagradzać utarte przejścia drutem kolczastym, umieszczać przy nich tablice grożące surowymi sankcjami i wymyślać Bóg wie co jeszcze; pomysłowość ludzka zawsze znajdowała sposób, by je ominąć. Ostatnim razem wszystkie te fortyfikacje musiały ustąpić wobec masywnego betonowego słupa, który przygniótł je do samej ziemi. Tak oto, balansując na sztabie betonu pośród najeżonych kolcami zasieków, Jan stał się wspólnikiem zuchwałych aktów pogardy wobec porządku ustanowionego przez ludzi. I paradoksalnie to właśnie wskutek swej nieodpartej inklinacji do relatywizowania owego porządku miał spotkać kogoś, kto specyficzną sztukę kontestacji wyniósł na wyżyny.

Taki był warunek konieczny, bez którego do naszego spotkania nigdy by nie doszło. Niemniej jednak, jak wszyscy wiemy, to, co konieczne, nie zawsze bywa wystarczające. Rzecz w tym, że Jan przechodził zakazanym mostem niemal codziennie, tymczasem to akurat w ten poniedziałek, dokładnie o godzinie siedemnastej, a nie w jakikolwiek inny dzień, zaczęła się cała historia. Dlaczego? Docieramy tu do innego czynnika nierozdzielnie związanego z naszą egzystencją, zwanego przez niektórych przypadkiem.

Jan nie był z tych, co wierzą w przypadek. Wolałby raczej mówić o niezwykłych zbiegach okoliczności, które pozwalają nam odkrywać każdego dnia w nowy, pełniejszy sposób, najgłębszy sens naszego życia i wyrafinowaną harmonię kosmosu. Tyle że tym razem wszystko zdawało się zmierzać w kierunku dokładnie odwrotnym. Nadciągała istna nawałnica, raczej zdolna obrócić w gruzy cały jego skrzętnie uporządkowany świat, który tyle lat z mozołem budował, niż cokolwiek odsłonić czy wyjaśnić.

Na czym zatem polegał nasz zbieg okoliczności czy też, jeśli kto woli, mniej lub bardziej szczęśliwy przypadek? Nosił wszelkie znamiona błahego incydentu, a przecież gdyby do niego nie doszło, bez wątpienia ten poniedziałek zakończyłby się dla Jana zupełnie inaczej; w następstwie czego cały tydzień, a kto wie, może i życie całe nie potoczyłoby się już tak samo…

Okrążenie wyspy Forget zabierało spacerem około godziny. W zasadzie nasz bohater unikał dość szerokiej alejki uczęszczanej zwłaszcza przez amatorów biegu i kolarstwa. Uważał za ciekawsze zaszyć się dyskretnie za żywopłotem, który wyznaczał jej zewnętrzną barierę, i podążać wąską, wydeptaną w trawie ścieżką, skąd rozpościerał się widok na rzekę. A gdy podczas odpływu jej koryto, niemal całkowicie opróżnione z wody, przypominało jezioro błota, przedstawiając obraz dość odpychający, zawsze można było podnieść oczy, by podziwiać majestatycznie wiszące nad ziemią konary drzew, pod którymi się przechadzało.

Tego jednak dnia pytanie, gdzie skierować spojrzenie, było zupełnie drugorzędne. To już rok upłynął od chwili przybycia Jana do Nantes, a niepewna przyszłość skłaniała do refleksji nad przyczynami coraz bardziej realnej porażki jego misji. Pogrążony w otchłani czarnych myśli i niewesołych perspektyw, nieczuły na piękno ścielącego się pod stopami świata, który bezskutecznie pozdrawiał go przepychem barw, finezją kształtów, rozmaitością dźwięków, snuł się bez celu wzdłuż błotnistej odnogi Loary, gdy nagle zatrzymał go przeraźliwy trzask, a w ślad za nim skowyt psa, dochodzące zza żywopłotu. Wślizgnąwszy się tam przez jeden z otworów w nim uformowanych, momentalnie zrozumiał, co się stało.

– No i coś narobił, kundlu?! Czemu to się przytrafia akurat mnie? – skarżyła się kilkunastoletnia dziewczyna, wyrzucona jak z katapulty na trawnik w odległości paru metrów od roweru, którego jedno z kół obracało się leniwie nad głową ślicznego labradora o płowej sierści, rozciągniętego na ziemi. Wciąż pod wpływem szoku spoglądał bezradnymi oczyma już to w stronę rowerzystki, już to w kierunku Jana, który był jedynym świadkiem nieszczęsnego wypadku. Nastolatka również zdała sobie sprawę z jego obecności. – Ten kundel to pana?

Przecząco pokręcił głową, zwracając przy tym uwagę, że pies bynajmniej nie wyglądał na kundla.

– Nigdy, ale to nigdy nie widziałam czegoś podobnego – usiłowała wytłumaczyć się dziewczyna, jak gdyby wszystko stało się nie z jej winy. – On jest chyba głuchy i nie słyszy odgłosu roweru zasuwającego po kamykach, bo to przecież musi robić sporo hałasu? W każdym razie coś z nim nie tak. Rozpędziłam się na całego, gdy nagle zachciało mu się wleźć na tę alejkę, nie raczył nawet spojrzeć za siebie! – Patrzyła na nieszczęsne zwierzę z takim wyrzutem, jakby za chwilę samym spojrzeniem miała wdeptać je w ziemię. – Jak można się było spodziewać czegoś podobnego? Jeżdżę tu prawie codziennie. Jakiś roztargniony ten pies czy co?

– Roztargnienie każdemu może się przydarzyć – zauważył Jan. – A i przysłowiowy pierwszy raz też kiedyś musi nastąpić.

Z pośpiechem skierował się ku rannym, spontanicznie rozpoczynając od dziewczyny. Jednak ku jego wielkiemu zdumieniu ta zdołała się podnieść o własnych siłach, zanim wyciągnął do niej rękę. Poza kilkoma obtarciami na kolanach chyba wyszła z tego bez szwanku. No cóż, w rzeczywistości to nie ona weszła w kolizję ze zwierzęciem. Jedyne, co ją spotkało, to przymusowe lądowanie na trawie. Biorąc pod uwagę szczupłą sylwetkę, los mógł jej sprzyjać.

Prawdziwe ofiary zderzenia, pies i rower, nie miały już tyle szczęścia i musiały ponosić, nieubłaganie, wszelkie konsekwencje grawitacji. Rzut oka na pojazd pozwalał stwierdzić, że ten nie nadawał się do dalszego użytku: jedno z kół uległo nieznacznej deformacji. Nie pozostawało nic innego jak odstawić go do domu. I na takie właśnie rozwiązanie po krótkim wahaniu zdecydowała się dziewczyna. Nie wchodząc w dalsze dyskusje z nieznajomym, który wydawał się jej nieco dziwny, błyskawicznie zniknęła za zakrętem. Czyżby chciała za wszelką cenę uniknąć spotkania z właścicielem labradora, czy też po prostu miała na głowie inne, ważniejsze sprawy?

Tak czy owak, prawdziwy problem polegał teraz na odnalezieniu właściciela, a ten nie wydawał się znajdować w zasięgu ręki. Żaden z nagabywanych spacerowiczów, którzy tamtędy przechodzili, nie miał nic wspólnego z tym psem. Cóż można było zrobić?

Jan zbliżył się do niego, podsunął dłoń do obwąchania i zaczął nią gładzić po zmierzwionej sierści. Przyjazny gest nie pozostał bez odpowiedzi, labrador podniósł wystraszone oczy, zamerdał ogonem, jego dyskretna skarga przeszyła okolicę. Tym niemniej wszelkie wysiłki przedsięwzięte w celu postawienia go na nogi spełzły na niczym. Wyglądało na to, że otrzymał gwałtowny cios w żebra, wskutek czego kilka z nich mogło ulec złamaniu.

Przygnębiony absurdalnością sytuacji, jak również własną bezradnością Jan postanowił skupić się całkowicie na uspokojeniu swego podopiecznego. I właśnie wówczas, oddając się coraz to nowym, wymyślnym pieszczotom, odkrył na szyi zwierzęcia miniaturową tabliczkę z adresem i numerem telefonu jego właściciela. Wyryto tam także imię. Labrador zwał się Max. Cóż za śmieszne imię! Zaledwie wymówione, dosłownie tchnęło w niego nowe życie. Jego oczy rozbłysły psotą, pysk wybuchł radością i niekończącym się poszczekiwaniem. A jeśli to nie imię samo w sobie, zastanawiał się Jan, ale jego własny głos, przypominający być może głos właściciela, wywołał taką reakcję? Jak by nie było, Jan i Max szybko przypadli sobie do gustu.

Problem wydawał się zatem rozwiązany. Nowym przyjaciołom pozostawało jedynie oczekiwać na telefonicznie wezwaną pomoc. Zanim ta nadeszła, minęła co najmniej godzina, lecz przecież czas nie upływał już tak jak przedtem. Czyż można go nadal odmierzać, gdy się jest z przyjacielem? Jan nie przestawał wpatrywać się w brązowe oczy labradora, usiłując przeniknąć sekret, jaki ukrywały. Czytał w nich rodzaj tęsknoty i głębokiego smutku, jakby ktoś wyrządził mu krzywdę, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Gdyby tylko pies mógł mówić, jakże poruszającą snułby opowieść… Może właśnie dlatego jego oczy były tak wyraziste; zdradzały znacznie więcej niż najbardziej wyszukane słowa. Serce Jana ścisnęło się z żalu.

– Mam nadzieję, że będzie to dla ciebie nauczka, mój mały. Trzeba umieć zapomnieć o tym, co boli, no i zejść na ziemię, zwłaszcza gdy jest się psem. Widzisz, życie pełne jest niebezpieczeństw.

Max tym razem nie zareagował. Zadowalał się bacznym obserwowaniem każdego najmniejszego gestu nowego druha, jednakże jego słowa zdawały się nie robić na nim wrażenia. Warkot silnika, który dał się słyszeć jeszcze z oddali, zwiastował nadchodzący ratunek. To nie mogło być nic innego. Alejka, na której utknęli, w zasadzie nie była dostępna dla samochodów, wyjąwszy oczywiście przypadki niecierpiące zwłoki. Max z ożywieniem przywitał seledynowego jeepa swego pana i gdy ten z niego wysiadał, usiłował natychmiast rzucić się w jego stronę, lecz gwałtowny ból szybko zgasił jego zapał, zmuszając do zaniechania podobnych odruchów. Siwobrody mężczyzna w kwiecie wieku, z białym kaszkietem na głowie i niedbale zwiniętym rulonem pod pachą, pospiesznie ruszył w kierunku labradora, zwracając się jednocześnie do jego stróża:

– Nie wiem, jak panu dziękować! Bardzo to miłe z pańskiej strony…

– Nic podobnego! Zajmować się zwierzęciem tak szlachetnym to sama przyjemność.

– Też tak sobie mówiłem, gdy go ujrzałem po raz pierwszy. – Zagwizdał pod nosem, dając upust rozgoryczeniu i złości. – Jednak na pańskim miejscu byłbym ostrożniejszy, czasami pozory mylą… Co do mnie, zaczynam rozumieć powody, dla których jego poprzedni właściciel postanowił się go pozbyć. Otacza się go troskliwą opieką i co mamy w zamian? Co mamy w zamian, Max?! – wycedził, piorunując srogim spojrzeniem zwierzę, które radośnie szczerzyło do niego zęby, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. – Który to już raz wykorzystuje przechadzkę do ucieczki! Naprawdę zaczynam mieć tego dość! I wie pan, prawie zawsze można go znaleźć właśnie tutaj.

– Dlaczego, pańskim zdaniem?

– To akurat proste. – W nagłym przypływie nostalgii mężczyzna pogładził rozwichrzone kosmyki brody, ogarniając wyspę zamyślonymi oczyma. – Hasał tu ze swym dawnym właścicielem. I powiedzmy szczerze, to tamten, nie ja, pozostał jego prawdziwym panem. Może nie, Max? Wcale nie przesadzam – uprzedził niedowierzanie rozmówcy, z rezygnacją rozkładając ręce. – Nigdy nie zdołał się wyzwolić spod jego wpływu, na własne nieszczęście! Istnieje jeszcze parę innych zakątków, które na zawsze zapisały się w jego psiej głowie.

Serce Jana zadrżało, ożywione nieoczekiwanie odległym wspomnieniem, które pomagało lepiej wczuć się w sytuację.

– To tłumaczy wszystko. – Spojrzał z zaciekawieniem w stronę Maxa i ich oczy się spotkały. – Nic dziwnego, że szuka tego, do którego tak bardzo się przywiązał. Od jak dawna jest u pana?

– Już czwarty, nie, piąty miesiąc!

– Wie pan, wbrew pozorom to wcale nie tak długo. To, co naprawdę jest tu niezrozumiałe – zawyrokował Jan – to postawa jego pana. Dlaczego się go pozbył? Jak można opuścić stworzenie tak wierne? Oto prawdziwa zagadka. Lecz tego nie dowiemy się nigdy, no… może na tamtym świecie.

– Zawsze można go spytać.

– No pewnie! Już widzę, jak wszystko wyśpiewa, calusieńką prawdę!

– Fakt, nie ma zwyczaju stawiania tego typu pytań, gdy dobija się targu, a gdy towar został sprzedany… – Brodacz skapitulował, zmuszony przez rozmówcę do krytycznej refleksji. – Proszę wybaczyć moją ciekawość… – Niepewnie zdjął kaszkiet, by przetrzeć nadgarstkiem zlane potem czoło, i miętosił go pulchnymi palcami, jakby nie potrafił czegoś z siebie wydusić. – Wspomniał pan o tamtym świecie… Jest pan wierzący? Mało kto porusza dzisiaj takie tematy. Odnosi się czasem wrażenie, że żyjemy na istnym pustkowiu, rozmowy stały się tak powierzchowne, puste.

– Owszem. – Jan ani myślał kryć się ze swymi przekonaniami. – Wierzę, że czeka nas jakieś lepsze życie. Ale czy przyniesie ono odpowiedź na nurtujące nas pytania? Czy rozwikła wszystkie zagadki? Tego nie mogę panu powiedzieć. W każdym razie taką mam nadzieję.

Nieznajomy przyjął uroczysty wyraz twarzy.

– Ludzie jak pan stanowią, moim zdaniem, jedyny dowód na istnienie Boga, ale musi pan wiedzieć, nie zostało was wielu – powiedział to w sposób tak dwuznaczny i nieprzenikniony, że całe popołudnie można by się zastanawiać, co właściwie miał na myśli; nie pozostawił na to czasu. – No dobrze, a teraz bierzmy się do roboty! – Zatarł spracowane dłonie, w których rozwinęła się sprawnie brezentowa płachta. – Trzeba umieścić na tym Maxa, co będzie dla niego trudną próbą, a następnie przenieść go do mego jeepa. – Zwracając się do psa, nie potrafił ukryć irytacji. – Chodź, mój mały! Nie mogę obiecać, że to nie sprawi ci bólu. Ja już nie mogę nic obiecać.

Rzecz jasna, ból oraz związany z nim rozdzierający skowyt były nieuniknione; na szczęście trwały tylko chwilę, po czym Max, pełen ufności, zajął miejsce w samochodzie, u boku swego pana. Ten zatrzaskiwał już drzwi zamaszystym gestem, gdy Jan pospiesznie chwycił jego rękę.

– Błagam, niech pan spróbuje jeszcze raz, proszę mu dać ostatnią szansę! Doprawdy szkoda by było utracić taki skarb. Jestem pewien, że teraz Max w końcu zrozumie, kto jest jego przyjacielem.

– Mam nadzieję, choć szczerze mówiąc, nie bardzo w to wierzę.

– Kilka tygodni w unieruchomieniu na pewno pomoże mu odzyskać głowę! Widzi pan, istnieją ludzie, którym to zabiera całe lata, a i tak nie są w stanie w pełni dojść do siebie. Nie oczekujmy więc zbyt wiele od zwierzaków.

Czy interwencja ta zdoła coś zmienić? – zastanawiał się Jan, ponownie wyruszając w drogę. Kto wie, wstrząsy bywają zbawienne. Jeep zniknął za drzewami, zostawiając za sobą tumany kurzu, lecz w jego oczach całe zdarzenie miało zbyt niecodzienny charakter, by na tym się zakończyć. Jak zwykle w takich sytuacjach nurtowało go pytanie o sens. Czy chodziło o ocalenie jednego więcej czworonoga, czy też był on jedynie elementem misternego planu, jaki Najwyższy przeprowadza w dziejach człowieka, najczęściej z jego udziałem? Jan niejednokrotnie ze zdumieniem natrafiał na ślady tego gigantycznego projektu. Czy i teraz nie myliło go przeczucie, że epizod z labradorem miał czemuś służyć? Odpowiedź, zupełnie nieoczekiwana, była już blisko, w odległości jakichś czterdziestu minut marszu.

Któż z nas tego nie doświadczył? Drobny incydent, sam w sobie bez znaczenia, który ni stąd, ni zowąd radykalnie odmienia bieg naszego życia, bo kieruje nas w pewne miejsce, o ściśle określonej porze… W istocie, gdyby roztargnienie labradora nie zawiodło go pod koła roweru i gdyby Jan nie stał się tego mimowolnym świadkiem, z pewnością nie znalazłby się też na wspomnianym już moście kolejowym akurat o siedemnastej, a stamtąd nigdy by nie ujrzał fenomenu niepomiernie przerastającego wszystko, do czego nawykły oczy. Ktoś, kto pławi się w Loarze? Tutaj, w tej wodzie przypominającej raczej ścieki? Była to dokładnie ostatnia rzecz, jakiej można się było spodziewać, ten rodzaj sytuacji, w obliczu której stajemy kompletnie osłupiali.

W pierwszej chwili, gdy nasz bohater spostrzegł w dali sylwetkę zanurzonego w wodzie człowieka, pomyślał sobie, że ten właśnie się topi. Ale jako że intrygujący osobnik wciąż unosił się na powierzchni, hipotezę tę należało wykluczyć. Zazwyczaj Jan nie zatrzymywał się dłużej na moście. Jakkolwiek uwielbiał obserwować potężne wiry tworzące się wokół jego filarów, instynkt samozachowawczy nakazywał mu chronić się przed przyłapaniem na gorącym uczynku. W ten sposób pogwałcenie porządku publicznego nie trwało dłużej niż dwie, góra trzy minuty – czas nieodzowny do przejścia nad Loarą. Wszelkie próby jego przeciągania zwiększały ryzyko natknięcia się na pracowników kolei, a co za tym idzie – prawdopodobieństwo zapłacenia grzywny czy też narobienia sobie poważniejszych jeszcze kłopotów.

Jednakże tym razem kwestia bezpieczeństwa traciła na znaczeniu. Liczył się tylko ów mężczyzna, a może – niewykluczone – kobieta torująca sobie drogę poprzez wodę. Z oddali niełatwo było określić płeć pływaka. Dopiero gdy wystarczająco przybliżył się do mostu, można było dostrzec męskie rysy. Czy zdoła umknąć złowieszczym wirom piętrzącym się pod przęsłami? Zważywszy na to, że odpływ dopiero się zaczynał, a zatem nurt rzeki daleki był jeszcze od osiągnięcia swej maksymalnej prędkości, niezwykły pływak mógł liczyć na łut szczęścia.

Kurczowo przykuty do balustrady Jan nie spuszczał go z oczu. Tym, co go zdumiało, ale i zarazem uspokoiło, była łatwość, z jaką śmiałek zdawał się panować nad żywiołem. Nie odnosiło się nawet wrażenia, że specjalnie się wysilał. On po prostu poddawał się unoszącemu go nurtowi, co zresztą niosło ze sobą zagrożenie innego rodzaju. Ponieważ niewiele się poruszał, lodowato zimna woda mogła doprowadzić do szybkiego wychłodzenia organizmu. Wprawdzie dwa ostatnie tygodnie maja upłynęły pod znakiem wyjątkowych wprost upałów, tak że nawet nocą utrzymywała się względnie wysoka temperatura, czy jednak nie było za wcześnie na oddawanie się kąpielom? Widocznie nie. Dowód niepodważalny znajdował się tuż-tuż, piętnaście metrów niżej; właśnie zniknął pod przęsłem.

W ślad za nim, ze ściśniętym sercem, Jan pospiesznie przeskoczył przez tory, by zobaczyć z drugiej strony mostu, czy przygoda będzie miała ciąg dalszy. Cóż za ulga! Pływak dzielnie pokonywał groźne wiry, które Jan obserwował zawsze z takim respektem. Pełen podziwu wobec niekwestionowanego wyczynu przecierał jeszcze oczy, gdy oto nowa niespodzianka dopełniła jego radości. Kąpiel wydawała się zakończona, gdyż mężczyzna nieoczekiwanie odbił w prawo, kierując się ku piaszczystej wysepce nad brzegiem rzeki, zupełnie jakby nie miał już więcej ochoty kołysać się na falach. Być może jednak wcale nie była to kwestia ochoty. Ta łacha mokrego piasku, położona opodal mostu, w sąsiedztwie malowniczego parku, gdzie nasza historia wzięła swój początek, stanowiła prawdopodobnie ostatnią szansę wyjścia z rzeki bez pogrążania się po szyję w oślizłym błocie, którego grube warstwy rozciągały się wszędzie wzdłuż brzegów.

Jakoś nigdy przedtem ów złocisty piasek, który wyłaniał się z Loary w miarę opadania jej wód, nie przyciągnął uwagi Jana. A przecież gdyby się zastanowić, byłoby się czemu dziwić. Wyglądało to zupełnie jakby ktoś nie wiadomo dlaczego wetknął drogocenny kamień w morze błota. Narzucało się jedno tylko wyjaśnienie: prąd musiał być tutaj wyjątkowo wartki, wystarczająco silny, by usunąć maź i solidnie wypolerować ziarnka piasku, których cały blask uwydatniał się w promieniach słońca. Jednak o wiele bardziej zagadkowy niż sama plaża był ten, który właśnie się na niej przeciągał, zupełnie jakby obejmował w posiadanie ziemię obiecaną.

Jakaś niepohamowana siła pchała Jana ku nawiązaniu nowej znajomości. Musiał się spieszyć, ponieważ nie sposób było zbliżyć się do owego miejsca, najpierw się od niego nie oddaliwszy. Cóż z tego, że z góry było je świetnie widać i by tam dotrzeć, wystarczyłoby zejść z nasypu, skoro druty kolczaste skutecznie zagradzały drogę. Na szczęście betonowy słup, zapewniający połączenie z parkiem, spoczywał niedaleko, w odległości jakichś siedemdziesięciu metrów. Jedynie stamtąd można było opuścić nasyp wąską, wydeptaną ścieżką, uważając przy tym na zdradzieckie kolce jeżyn, którymi najdziksze zakątki wyspy zostały szczodrze usiane.

Znalazłszy się na dole, Jan natychmiast rzucił się ku wyspie w nadziei, że zastanie tam jeszcze zuchwałego ryzykanta. Wydawało się niemożliwe, by zniknął w tak krótkim czasie. Gdyby nawet założyć, że spływ z nurtem rzeki nie był dla niego zbyt męczący, musiał przecież potrzebować nieco wytchnienia. Kalkulacje Jana okazały się słuszne. Przekroczywszy swoiste wrota w ścianie drzew i krzewów, które porastały nabrzeże, ujrzał młodego, przystojnego mężczyznę o długich, czarnych włosach, krzaczastych brwiach i pociągłej twarzy. Rozciągnięty na plecach, wygrzewał się w ostatnich promieniach słońca, które wkrótce miało się schować w koronach drzew. Jego opalone, ciemnobrązowe ciało wciąż jeszcze drżało z zimna; nie miał czym się wytrzeć ani w co przebrać, jego jedyne odzienie w postaci ciemnych szortów musiało wyschnąć na nim. Ale to akurat wobec panującego upału nie stanowiło większego problemu.

Wyspa, którą zajął, była malutka, jednakże ten, kto znał ją choć trochę, wiedział doskonale, że jej najważniejsza część pozostawała jeszcze pod wodą.

Jan zaniemówił, jakby się zastanawiał, po co właściwie tu przyszedł. Nie potrafił się połapać w gmatwaninie własnych odczuć; rodzaj podziwu czy nawet euforii, tak typowej w obliczu niecodziennych wyczynów, mieszał się w nim z oburzeniem, które nie przestawało narastać. W końcu to właśnie gniew wziął górę, tak że nie był już w stanie powstrzymać jego wybuchu.

– Za kogo się pan uważa, młody człowieku?! Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, co właśnie zrobił? Nie wie pan, że pływanie tutaj jest surowo zabronione? Wszyscy panu powiedzą, że wiry wokół mostu są szczególnie niebezpieczne – wyrzucił z siebie jednym tchem.

– Niech sobie mówią, co chcą – skwitował lekceważąco śmiałek. – To tylko dlatego, że nigdy nie spróbowali stawić im czoła. Ja owszem. – Oparł się na łokciach, przyglądając z uwagą mącącemu spokój intruzowi. – I to nie po raz pierwszy, stąd moje prawo, by powiedzieć na ten temat nieco więcej niż wszyscy, nieprawdaż? A swoją drogą – nie potrafił sobie odmówić błyskotliwej konkluzji – nie zawsze należy podążać za opiniami większości, choćby wydawały się rozsądne. To tak jakby o prawdziwości twierdzenia miało decydować głosowanie…

Podniósł się z ziemi, otrzepując z piasku, jak gdyby chciał mimo wszystko uszanować niespodziewanego gościa, jednak zła wola przebijająca z jego słów do reszty wytrąciła Jana z równowagi.

– Widzę, że naprawdę przydałby się tutaj powrót do przedszkola! Proszę choć trochę ruszyć głową, to nie zaszkodzi, bo pańskie zachowanie jest całkowicie nieodpowiedzialne! Przypuśćmy, że nie jest pan wcale tak silny, jak się panu wydaje, że Loara pana połyka, no i że ktoś rzuca się wówczas na ratunek, przykładowo: jakiś ojciec rodziny usiłuje ocalić pańskie życie. Czy tak trudno sobie wyobrazić, jaki może być finał? Że może pan pociągnąć go ze sobą na tamten świat? – zapalał się coraz bardziej z każdym wypowiadanym słowem.

– I to akurat tak cię szokuje? – odparował młodzieniec, jakby znał rozmówcę od lat. – A może obaj wylądowalibyśmy w jakimś lepszym świecie?! Spokojna głowa. – Jego sceptycznie wykrzywione usta wymownie demaskowały słabość wytoczonych argumentów. – Nikt, jestem pewien, nie zaryzykowałby podobnego szaleństwa. I właśnie dlatego mogę, z rozkoszą i czystym sumieniem, dryfować w ramionach potężnej Loary… Widzisz? Nawet nie wiecie, co tracicie, ty i ci twoi wszyscy! – Na jego twarzy rozbłysł ironiczny uśmiech i zanim Jan, nieco zbity z tropu, zdołał cokolwiek powiedzieć, imponujący tarzan kontynuował swe wywody, zwracając się nieznacznie w stronę mostu: – A tak poważnie – choć w jego głosie trudno się było doszukać krzty powagi – czy znane ci jest prawo, które zabrania łażenia po tym moście? Czyż to nie ciebie tam widziałem? – przygwoździł go z mściwą satysfakcją. – Powiem ci, gapiłeś się jak sroka w kość. Przyznaję, wzrok masz iście sokoli, skoro wypatrzyłeś mnie z tak daleka, no ale czy rzeczywiście spektakl wart był obejrzenia?

– Założyłbym się, że mnie pan nie widział – szybko spuścił z tonu Jan.

– No i przegrałbyś! – Zarzucił głową, by doprowadzić do porządku co rusz opadającą na twarz przydługą grzywkę. – Wprawdzie ja nie mogę powiedzieć, by widok był szczególnie zajmujący… jednak teraz, kiedy usiłuję zakwalifikować twój czyn, jawi mi się on jako znacznie bardziej nieodpowiedzialny niż mój! No, nie zgrywaj niewiniątka! Ja przynajmniej nie mogłem nikomu zaszkodzić, podczas gdy ty… Ty wystawiłeś na niebezpieczeństwo setki istnień ludzkich! Ależ tak! – zdecydowanie zgasił cisnące się na usta adwersarza protesty. – Wyobraźmy sobie, że tracisz przytomność. Gdzie wówczas upadasz? Oczywiście na tory. Kto wie, czy jakiś ekspres nie wykolei się z twego powodu. I wylądują na dnie Loary ci biedni ludzie, co liczyli na odpowiedzialność i przewidywalność bliźniego swego.

Jan spojrzał uważnie w wielkie oczy nieznajomego, jak to miał w zwyczaju czynić, gdy słowa rozmówców okazywały się niewystarczające dla rozwikłania ich tajemnicy.

– Choć nie zależy panu na życiu, zachował pan poczucie humoru, dość zresztą specyficzne. To dobrze.

– Czasami to wszystko, co nam zostaje, co trzyma przy życiu.

– Naprawdę tak źle układa się pańskie życie? Nie wierzę.

Było to jedno z tych pytań, których nie należało zadawać, przynajmniej jeśli nie miało się zamiaru utknąć w tym niezbyt gościnnym zakątku, gdzie mokry piasek nie pozwalał nawet wygodnie się rozłożyć. Naturalnie, młody człowiek mający na sobie zaledwie szorty, i to przemoczone, nie postrzegał rzeczy w taki sam sposób. Bez trudu usiadł w pozycji do jogi i obserwował Loarę, jak gdyby odwoływał się do jej szemrzących wód, by znaleźć odpowiedź na pytanie, które go przerastało. Przysposobiwszy sobie siedzenie w postaci sporego kamienia wydartego z brzegu rzeki, Jan dołączył do towarzysza, który w końcu odzyskał głos. Lecz teraz brzmiał inaczej. Zabarwiony drwiną ton znikł, a w jego miejsce pojawił się ból, który wyrywał się z głębi duszy.

– Moje życie? Czy można powiedzieć, że ktoś żyje, bo jeszcze oddycha, bo mówi do ciebie? Czasem umieramy na długo przed śmiercią mózgu. Wierz mi, nie ma najmniejszego powodu, by zwracać się per pan do takiego widma jak ja. Myślałem, że jesteś wystarczająco inteligentny, by samemu do tego dojść.

– Śmierć serca, to masz na myśli? – Jan, zachęcony spóźnionym zaproszeniem, ośmielił się przejść na ty. – Tak, to się zdarza, ale coś ci powiem, bracie. Żyję na tym świecie nieco dłużej niż ty, dlatego wiem dobrze, że przydarza się nam również po prostu błędnie oceniać sytuację. Wcale nie muszę znać twej historii, by cię zapewnić, że nie jesteś ani sam, ani najbardziej nieszczęśliwy. Pomyśl o umierających z głodu afrykańskich dzieciach albo o tych, co spędzają życie przykuci do łoża, nawet powieką nie ruszą. Tym, co nas gubi, są nasze porównania, ów niepohamowany pęd do zestawiania się z ludźmi, którym szczęście sprzyja bardziej niż nam. Spójrz choć raz na tych, którzy nie posiadają absolutnie nic, a zdołasz zrelatywizować własne nieszczęście. To konieczne, by dostrzec rzeczy takimi, jakimi są, we właściwych proporcjach. Dlaczego, powiedzmy, nie przyjdzie ci do głowy: nie jest tak źle, wciąż jeszcze mogę sobie pływać w tej lodowatej wodzie? Inni mogą tylko pomarzyć! – Uśmiechnął się do siebie, widząc, jak się zagalopował. Na szczęście ostatnie zdanie musiało umknąć uwadze słuchacza, bo nie było z jego strony żadnej reakcji. – Wszystko zależy od punktu widzenia – podsumował, zadowolony z siebie i absolutnie pewny swych racji. – Doświadczenie mówi mi, że źródłem licznych problemów jest nie tyle sama rzeczywistość, co spojrzenie, jakim ją ogarniamy.

Riposta nie dała na siebie czekać.

– W rzeczywistości woda wcale nie jest tak lodowata, jak sądzisz… Wystarczy zanurzyć stopę, a sam się przekonasz. Solidnie się podgrzała ostatnio. Nie jestem jakimś masochistą: jeśli pływam, to wyłącznie po to, by odzyskać sen.

– Cierpisz na bezsenność? – Jan ożywił się. – Coś nas zatem łączy! Zresztą, nie tylko nas, prawdziwa plaga naszych czasów – westchnął, zstępując ku rzece, której poziom coraz bardziej się obniżał, by odświeżyć spaloną słońcem twarz. – No cóż, dla mnie ta woda jest zdecydowanie za zimna! – skonstatował, powracając do swego kamienia.

Jego towarzysz zdawał się już nic nie słyszeć; był gdzie indziej, pochłonięty swymi myślami. Zasępił się.

– Co do źródła problemów – zatopił w mrocznych nurtach nieobecne oczy – szkoda, że nie potrafisz go zlokalizować. Powiesz więc nieszczęśnikom, że to nic wielkiego, błahostka w porównaniu z okropnościami znanymi rodzajowi ludzkiemu? Proszę uprzejmie: chińskie tortury? Obozy koncentracyjne? Łagry?! – Coraz bardziej podnosił głos. – To im powiesz?! – Urwał zniesmaczony. – Nie, przyjacielu, problem kryje się, niestety, w rzeczywistości, choć zgadzam się, nasze spojrzenie też ma tu swój udział; twoje w szczególności. Doprawdy trzeba by je uzdrowić!

– Możliwe – Jan nie protestował – każdemu jest to w jakimś stopniu potrzebne. Jednak abstrahując na chwilę od moich problemów, gotów jestem się założyć, że twoje wynikają ni mniej, ni więcej tylko z twego sposobu patrzenia…

– Widzę, że lubimy hazard, co? – Sięgnął ręką po jeden z naniesionych przez wodę brudnych patyków i rysował nim coś na piasku. – Przyznaję, sporo w tym egocentryzmu, ale czasem nachodzą mnie myśli, że jestem jedną z najuboższych istot tego świata. Nędzniejszą niż twoi paralitycy czy dzieci z rozdętymi z głodu brzuszkami, bo widzisz, tamci nigdy nic nie mieli, oni nawet nie wiedzą i lepiej dla nich, by się nie dowiedzieli, czego są pozbawieni, podczas gdy ja miałem wszystko, wszystko – uściślił po chwili namysłu – co może uczynić szczęśliwym, i wszystko to utraciłem. Rozumiesz?! Żyłem dotąd pewnym marzeniem i to marzenie właśnie zostało mi wydarte.

– Przez kogo, twoim zdaniem? – dociekał Jan.

– Dobre pytanie… To może ty mi powiesz – znowu ironizował nieznajomy.

– Daruj sobie, przekroczyłem czterdziestkę. – Jan zdjął czapeczkę z okrągłym opadającym na szyję i uszy daszkiem, wskazując palcem łysiejące czoło. – Dobrze wiem, do jakiego stopnia to my sami fabrykujemy nasze marzenia, a następnie widząc, jak wielki dystans dzieli je od realnego świata, zmuszeni jesteśmy je porzucać. Chciałbym wiedzieć nieco dokładniej, co właściwie utraciłeś.

– Twoim zdaniem? Tak trudno to odgadnąć? Bo gdy o mnie chodzi, nie mam wątpliwości: człowiek na tej ziemi najnieszczęśliwszy to ten, co traci wielką miłość.

– Zabawne, mam wrażenie, jakbym gdzieś już to słyszał, i to niedawno. Czekaj! – Jan zmarszczył brwi, usiłując przywołać jakieś świeże wspomnienie, które mu umykało, lecz najwyraźniej bez skutku.

– Jeszcze nie wiesz, kim jestem? – niecierpliwił się młodzieniec. – Przypatrz się, zobacz, co ze mnie zrobił twój Bóg!

Słońce zniknęło za koroną drzew, pozostawiając piaszczystą wydmę pod władzą cienia, i dopiero wówczas Jan mógł się przekonać, do jakiego stopnia intensywność światła wpływała na jego spojrzenie. W rzeczywistości jego rozmówca nie miał nic z tarzana. Skąd się wzięło to pierwsze skojarzenie? Być może zaważyło tu dramatyczne starcie śmiałka z rzecznym żywiołem, może swoją rolę odegrało też trudno dostępne otoczenie, nieco przypominające dżunglę, jednak z całą pewnością jego aparycja nie dawała po temu jakichkolwiek podstaw. Był szczupły, słabo umięśniony, wzrostu średniego. Jego niebieskie, podkrążone oczy świadczyły o wielkim zmęczeniu; błyszczały niespotykaną głębią, a zarazem emanowała z nich spora doza lęku i beznadziei. To właśnie usiłując je przeniknąć, Jan przypomniał sobie wreszcie, skąd pochodziły zuchwałe słowa wciąż rozbrzmiewające w jego uszach. Poruszony swym odkryciem, aż wykrzyknął.

– Drakula! On to powiedział! Dobrze pamiętam tę straszną scenę, jak zresztą wiele innych. To niesłychane! – Nie mógł wyjść z podziwu. – Traf chciał, że oglądałem ten film w telewizji, dosłownie przed paroma dniami! A zatem – uśmiechnął się z przekąsem – jesteś hrabią Drakulą? To dla mnie zaszczyt, że mogę cię poznać, nawet jeśli, na szczęście, nie do końca go przypominasz…

– Dzięki, ale na imię mam Paul. I jak? Film się spodobał?

– Rzekłbym, spektakl iście oszałamiający, bez wątpienia godny nazwiska Coppoli, tyle że nie przepadam za takim typem filmów. Zbyt tam wszystko niezdrowe. Jedyna rzecz, jaka naprawdę mnie poruszyła, to muzyka. Robi niesamowite wrażenie, wciąż pozostaję pod jej urokiem. Kto wie jednak, czy to nie dlatego – zawahał się chwilę – że Kilar, jej kompozytor, jest moim rodakiem.

– Ach, tak, więc jesteś Polakiem?

Na piasku pojawiały się coraz bardziej awangardowe dzieła, jednak żadne z nich nie znalazło tyle uznania w oczach autora, by na dłużej zagrzać tam miejsca.

– Od początku twój zabawny akcent zdradzał cudzoziemca, mimo wszystko chylę czoła przed twoim francuskim! Od dawna się go uczysz?

– Niemal trzy lata – beznamiętnie poinformował go Jan, doskonale zdając sobie sprawę, jaką wywoła to reakcję; w głębi duszy nawet jej wyczekiwał.

– A przedtem? Nie mów mi, że wcześniej nie miałeś żadnego kontaktu z tym językiem! W liceum albo podczas studiów?

– Nigdy! – Rozpromienił się jak dziecko. – A uwierzysz, jak ci powiem, że nauczyłem się go zupełnie sam? To znaczy bez nauczyciela, wyłącznie z pomocą kaset i kursów komputerowych, no, a potem oglądałem waszą telewizję.

– A to ci dopiero geniusz! Świetnie sobie radzisz. À propos filmu – ponownie skierował tok rozmowy na swój ulubiony temat – jeśli przypadła ci do gustu muzyka, to już całkiem nieźle! Moim zdaniem, a nie jest ono odosobnione, dobra muzyka to połowa sukcesu filmu. Pewnie, nie obejdzie się bez mądrego reżysera, scenariusza, aktorskich sław, ale pamiętaj – przybrał pozę eksperta – to muzyka dodaje im skrzydeł. No, bo jak inaczej stworzyć nastrój, jak?

Jan myślał, że zaraz wspólnie przystąpią do poszukiwania odpowiedzi, tak jakby nie została już dawno odkryta.

– Wiesz, co mi czasem chodzi po głowie? Że może wcale Podwójne życie Weroniki czy Trzy kolory Kieślowskiego nie znalazłyby tak licznej publiki, gdyby zabrakło nazwiska Preisnera. No widzisz? Czwarty wielki Polak jednego dnia!

– To miłe z twej strony, lecz jak na razie bardzo mi daleko do takich artystów. Kieślowskiego wspomniałeś również przez grzeczność?

– Skądże znowu! To jeden z moich ulubionych reżyserów.

– No widzisz, kolejny wspólny punkt – szczerze ucieszył się Jan – bo dla mnie Kieślowski reprezentuje to, co w kinie najlepsze.

– Nie wiem. – Paul nie spieszył się z wyciąganiem pochopnych wniosków. – Nie posuwałbym się aż tak daleko, jakkolwiek bardzo go cenię. Rzecz w tym, że mamy wiele rodzajów kina i nie zawsze można je porównywać. Dla mnie najbardziej liczy się oryginalność, a ta zależy z reguły od dobrego scenariusza. Gdyby Drakula był li tylko zwykłym horrorem, szkoda by było trwonić czas na jego oglądanie. Jednak w zamyśle Coppoli to przede wszystkim wnikliwy portret miłości, ze wszystkimi jej szaleństwami, w końcu nie cofa się ona przed rzuceniem wyzwania samemu Bogu. No i cóż za wyborny pokarm dla wyobraźni! Masz pełne prawo uznać to za niezdrowe, ale taki już jest nasz świat! Szaleństwo goni szaleństwo. A kino jest od tego, by obserwować, pokazywać, no i skłaniać do…

– Pasjonujesz się kinem – z zadumą stwierdził Jan, przerywając wywody rozmówcy.

– Ja je uwielbiam. Może dlatego – ten zdobył się nieoczekiwanie na chłodny krytycyzm – że to wszystko, co mi pozostało…

– A jeśli to wcale nie tak mało? Naprawdę uważasz się za biedaka? Też mi nędzarz, co spija samą śmietankę! – W głosie Jana zabrzmiała nuta drwiny, tak że on sam, dosłyszawszy z niepokojem fałszywy akord, pospieszył z zapewnieniem: – By wszystko było jasne, nie mam nic przeciwko filmom, pod warunkiem że będzie tam zachowany dobry smak. Jednak gdy o mnie chodzi, wolę coś poczytać.

– Zostawmy kwestię smaku; autentyczne polowanie ma to do siebie, że zawsze można natknąć się na padlinę i poczuć niemiły smrodek, jednak czy to dotyczy tylko filmu?

Jan przecząco pokiwał głową, zmuszony uznać siłę argumentu.

– Uważam, że niesłusznie przeceniasz literaturę – dopowiedział nieznajomy.

– Mówisz poważnie? – Już nie wiedział, co o tym myśleć. – Bo to dość niespotykany punkt widzenia.

– Śmiertelnie poważnie! – Sposób, w jaki Paul to powiedział, niestety wcale nie pomagał go rozgryźć. – Sądziłem, że liczy się sama prawda, a nie to, ilu ją poznało. No, pomyśl: kiedy czytasz książkę, uruchamia się twoja wyobraźnia. A czym jest wyobraźnia? – zaśmiał się pogardliwie. – Niczym innym jak zbiorem obrazów już widzianych i zarejestrowanych w twojej głowie. Możesz, oczywiście, tworzyć na ich podstawie inne wyborne obrazy, najbardziej niesamowite, czego dusza zapragnie, i całkiem możliwe, że to właśnie dzieje się w naszych snach; tylko że koniec końców zawsze powraca się do tego samego źródła, z którego już się czerpało. I jak obfite by ono nie było, pozostanie ograniczone.

Jan zerknął przez ramię artysty, by ocenić postępy w piaskowych pracach.

– Chyba wiem, do czego zmierzasz. Wydaje mi się, że zgłębiam świat mojego pisarza, a tak naprawdę wkraczam w niego wyłącznie za pośrednictwem nabytych doświadczeń, które są ograniczone i które nie są jego doświadczeniami. To chcesz powiedzieć?

– Mniej więcej – ciągnął beznamiętnie nieprzeniknionym tonem Paul. – W rezultacie myślisz, że rozumiesz, o czym mówi autor, lecz często to tylko złudzenie. Znaczna część jego idei kompletnie ci umyka, podczas gdy większość z nich ulega przekształceniom zależnie od matrycy twojego mózgu.

– Wizja zbyt pesymistyczna! – niecierpliwie wtrącił Jan, całym swym jestestwem demonstrując dezaprobatę. – Nie mogę się z nią zgodzić. Gdyby była prawdziwa, porozumienie między nami stałoby się nieosiągalne. Jestem pewien, że wspólny mianownik naszych doświadczeń jest wystarczająco duży, by można się było nimi dzielić.

Przytomne skądinąd spostrzeżenie zdało się przejść bez echa, jakby nie pasowało do z góry przyjętej tezy.

– To dlatego za każdym razem, gdy na nowo czytasz jakąś powieść czy oglądasz film, odkrywasz tam tyle cudownych rzeczy, które wcześniej umykały twej uwadze. Czyż nie jest to uwarunkowane twą konstrukcją psychologiczną, twymi preferencjami, które nie są identyczne z preferencjami autora? A przede wszystkim ta sama książka, czytana w odstępie dziesięciu lat, może być zinterpretowana w zupełnie odmienny sposób, choć przecież intencje, idee tego, kto ją napisał, choćby były nie wiem jak bogate i wieloznaczne, zostają w niej odciśnięte raz na zawsze. To ty się zmieniasz, nie dzieło! – Jednym ruchem ręki unicestwił tajemnicze gryzmoły, ciskając daleko przed siebie mokrym czarnym patykiem, który porwany wartkim nurtem, popłynął w poszukiwaniu nowej wyspy… – Prawdziwe dzieła sztuki trzeba nieustannie odkrywać.

– I oczywiście twoje filmy są takimi właśnie dziełami? – wciąż powątpiewał Jan.

– Więcej! – oświadczył uroczyście Paul. – Oglądając je bez uprzedzeń, możesz niezmiernie wzbogacić swoją wyobraźnię, inteligencję, wrażliwość. Masz niepowtarzalną okazję, by uzupełnić swą mózgownicę o niezliczone, przepyszne obrazy, jakich nigdy przedtem nie widziałeś. Oto przewaga, jaką daje film! Odcinając się od obrazu, odcinasz się od źródła, które daje życie!

Dyskusja stawała się coraz bardziej burzliwa, choć wciąż trudno było stwierdzić, czy obie strony podchodzą do sprawy z jednakową powagą.

– Człowieku, nasze oko rejestruje dziesiątki obrazów na sekundę, doskonale obejdzie się bez kina! Na co mi, do licha, obrazy widziane w krzywym zwierciadle?

– Bez przesady, nie wszystkie zwierciadła są krzywe…

– Dobrze się rozejrzyj! – Jan powiódł ręką wokół siebie. – Rzeka niosąca tony błota, wiszący nad nią betonowy kolos, oto prawdziwe obrazy! A gdyby tego było mało, gdybyś szukał czegoś może bardziej wyrafinowanego, proszę bardzo, bierzesz samolot, podziwiasz ośnieżone, urwiste szczyty Himalajów, boski zachód słońca nad Niagarą…

– Tak daleko?… Nie, mój przyjacielu. To, co my, szaraki, możemy tu zobaczyć, nigdy nie będzie tak intensywne. Kino to kwiat, kwintesencja piękna i mądrości rozproszonych po świecie. Masz pojęcie? Czerpiesz pełną garścią z dorobku geniuszów, o ile tylko jesteś w stanie uznać wyższość ich umysłu i serca.

Jan wciąż nie wyglądał na przekonanego.

– A co z naszymi biednymi przodkami, pozbawionymi tak cennego skarbu? W takiej sytuacji ich dzieła niewiele są warte?

I tu znalazła się odpowiedź, zupełnie jakby Paul przerabiał już to zagadnienie setki razy z wszystkimi przechodniami napotkanymi w parku.

– Oczywiście, że mają swą wartość, ale czy nie widzisz, że w sztuce też zaznacza się postęp? Weźmy dla przykładu taką literaturę odrodzenia. Czy nie przewyższa ona tej średniowiecznej? Czyż kunsztowne obrazy renesansu nie są odległą zapowiedzią epoki filmu? W ten sposób wielkie kino, kino wartości, jawi mi się jako wyższy stopień tej ewolucji. Nie wiem, czy wyraziłem się jasno. Ja też lubię literaturę, jeśli jednak staję przed dylematem: czytać daną powieść czy oglądać jej filmową adaptację, wolę tę drugą, po prostu więcej mi daje. Jest i odwrotna strona medalu i ta ci się spodoba. Żeby zrobić dobry film, trzeba najpierw znaleźć ciekawą historię. Tak oto pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że niemal wszystkie moje ulubione filmy zostały nakręcone na podstawie powieści. Dobrze by było, gdyby filmowcy częściej szukali natchnienia w literaturze. To by jej oddało znakomitą przysługę.

– A powiedz mi – nie poddawał się Jan – czy ty aby na pewno przeczytałeś wszystkie te powieści, które uważasz za mniej ciekawe od ich ekranizacji?

– Prawdę mówiąc – po jego twarzy błąkał się rozbrajający uśmiech i Paul przypominał małego urwisa przyłapanego na gorącym uczynku – nie, jeszcze nie…

– Zrób to więc czym prędzej! Zobaczysz, jak szybko zmienisz zdanie.

Nieznajomy obojętnie wzruszył ramionami. Wepchnął palce w kieszenie szortów, wstał i zszedł ku rzece, której bieg, osiągnąwszy swój najniższy poziom, znowu się uspokoił. Po chwili milczenia, wciąż zapatrzony w mroczną taflę wody w bezowocnym poszukiwaniu choćby śladu własnego odbicia, odezwał się:

– Nie uwierzysz, mam to wszystko gdzieś i to od dawna. – Beznamiętnie machnął ręką. – Chętnie przyznam ci rację, niezależnie od tego, czy ją masz, czy nie.

Jan instynktownie wyczuł, że działo się coś ważnego. Nić porozumienia, jaka się między nimi nawiązała, właśnie się umocniła, wprowadzając ich dialog w nową, głębszą fazę. Może to nadejście zmierzchu bardziej nastrajało do zwierzeń? Wciąż miał w pamięci słowa, które nie dawały mu spokoju. Uznał, że nadeszła pora, by do nich powrócić.

– Powiedziałeś coś w tym stylu: „Zobacz, co mi uczynił twój Bóg”. To był tylko cytat z Drakuli czy może coś więcej? – W jego głosie czaił się niepokój. – Bo przez chwilę poczułem się, jakbyś znał i mnie, i mojego Boga.

Paul odwrócił się z tajemniczym błyskiem w oku.

– No, no, jeszcze jedno trafne pytanie! – Znowu prowadził jakąś sobie tylko wiadomą grę. – Wiem więcej, niż przypuszczasz. Kiedy coś mówię, na ogół kryją się za tym jakieś racje. Twój Bóg to ten, który pomaga bezbłędnie cię zdefiniować. Wiem, kim jesteś.

– Jak to możliwe?

– To nie było trudne do odgadnięcia. Może to właśnie wspólny mianownik naszych doświadczeń, którego tak bronisz, pozwolił mi cię zidentyfikować? Powiedzmy, że wyczytałem to w twoich oczach. No, nie oszukujmy się. – Bezczelnie założył ręce na brzuchu. – Przecież nie jest to spojrzenie laika, tępej owieczki, która nie obeszłaby się bez przewodnika, oj, nie! Ty naprawdę wierzysz, jak każdy klecha, że klucze Królestwa Niebieskiego zostały złożone w twoje ręce. Przekonanie niebezpieczne, trzeba by je przesiać przez sito. Może jestem tu po to, by ci w tym pomóc?

Jan robił wszystko, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo został zaskoczony.

– Zdarza się często w tym szalonym świecie, że ci, co podają się za wybawców, w rzeczywistości sami rozpaczliwie potrzebują pomocy. Nie lubię, gdy przedstawia się innych w karykaturalny sposób.

– Wybacz, chyba nieco przeholowałem.

Paul umknął przed karcącym wzrokiem intruza, snuł się po grząskim piasku wzdłuż krawędzi wyspy, uporczywie czegoś wypatrując w mętnej wodzie. Jego prowokatorski ton nie zapowiadał rychłego złożenia broni.

– Jednak skoro już tu jesteś, a to z pewnością nie przypadek, korzystam z twej obecności, by sprzedać moje doświadczenia, i nic nie poradzę, że te zdecydowanie różnią się od twoich; to nie powinno nam przeszkodzić w dzieleniu się nimi, nieprawdaż? Wiedz, że znam doskonale to potężne przedsiębiorstwo, którego jesteś częścią, no… w którym funkcjonujesz. Przyglądałem mu się z bliska przez wiele lat. I doszedłem do wniosku, że zawsze po mistrzowsku potrafiło obrócić ludzki grzech na własną korzyść.

– A zatem, przyjacielu, widzisz wszystko na opak. Teraz już wiem, skąd ta fascynacja krzywym zwierciadłem! Bo naszym zadaniem jest właśnie wyrywanie ludzi z okowów zła. I my to robimy, na miarę swych możliwości, czasami będąc nawet, jak choćby przed chwilą, niesłusznie postrzegani jako wspólnicy grzechu. Czy jednak nie to samo zarzucano Jezusowi? Kontakty z grzesznikami zawsze bywały niebezpieczne.

– Bla, bla, bla. To tylko zgrabna gadka szmatka! – wołał nieznajomy rozdrażnionym głosem ze skraju wyspy, targając z przybrzeżnych zarośli grubą, powykręcaną gałąź, która – jak się okazało – miała służyć do sondowania pobliskiego dna. – W praktyce, dobrze wiesz, bogaci i potężni, cokolwiek by nie zrobili, zawsze będą się cieszyć przychylnością Kościoła. Oni potrzebują, dla spokoju sumienia, waszego rozgrzeszenia, a wy… wy potrzebujecie ich kasy! Oczywiście na dłuższą metę nie zdołają się powstrzymać od oszustw i malwersacji, zmasakrują każdego, kto tylko wejdzie im w drogę, ale spójrzmy prawdzie w oczy. Czy to nie dzięki temu przedsiębiorstwo może dalej funkcjonować? W ten sposób zło wciąż potrzebuje odkupienia, a odkupione przyczynia się do umocnienia waszej władzy! Proste, co? O rety! – Uskoczył w ostatniej chwili, o mało nie buchnąwszy do wody. Długi, oślizły konar, który dotąd bez trudu dosięgał dna, teraz pchnięty nieco dalej od brzegu już nie znalazł oparcia, przepadł w mrocznych odmętach, by niebawem wynurzyć się na powierzchni i leniwie dryfować z coraz słabszym nurtem rzeki. Incydent ten nie zachwiał jednak w żaden sposób przekonania Paula o całkowitej słuszności własnych poglądów. – A przecież w minionym wieku znacznie stopniała ta wasza władza… Tak to jest, gdy się lekceważy konkurencję: kłania się psychoanaliza, nie wspominając o wszelkiej maści uzdrowicielach i pieprzonych szarlatanach. Tak, bracie, poczucie winy stwarza potężny rynek i trzeba przyznać, wszyscy potrafili upiec tu swoją pieczeń. Choć w gruncie rzeczy – znacząco podniósł wyraziście zarysowane brwi – dlaczego nie? Dlaczego nie zostawić tego prawom rynku? A jeśli są od was zwyczajnie lepsi?

Jan nie przerywał jedynie przez wrodzoną grzeczność, im dłużej jednak słuchał tyrady Paula, tym bardziej wzbierała w nim fala oburzenia. W końcu nie wytrzymał, zerwał się na równe nogi i podszedłszy do rozmówcy zdecydowanym krokiem, wbił w niego przeszywające spojrzenie.

– Pleciesz głupstwa! Straszne głupstwa! – Jego gwałtowna gestykulacja miała jeszcze bardziej uwypuklić grozę, jaką wiały dopiero co wypowiedziane słowa. – Od razu widać, że nie masz zielonego pojęcia o Kościele, zrobili ci wodę z mózgu, i tyle! Bo co, może przez przypadek zapomnieli dodać, że przecież sakrament pokuty nigdy nie wiązał się z jakimikolwiek opłatami? Właśnie dlatego, by uniknąć podobnych nadużyć!

– A katedry? Wieść niesie, że wiele bożych domów wznosili skruszeni złodzieje i mordercy w ramach pokuty.

– I co z tego? – Jan wykrzywił twarz w zniecierpliwieniu. – Mówisz, jakbyś nie wiedział, że Szaweł zatwierdzał na chrześcijan wyroki śmierci. Czy tak bardzo przeszkadzało im potem jego nawrócenie? Ktoś w Kościele musiał ci wyrządzić wiele zła, wstrzyknął truciznę, to jasne jak słońce, ale na Boga, jak osoba inteligentna może za to winić cały Kościół, organizm tak wielki i złożony? Nie jest to najlepszy sposób, aby go poznać. Myślisz, że wszystko wiesz o oceanie, bo wypiłeś z niego kilka kropel? Czyż nie widzisz, jak wielkiego złudzenia padłeś ofiarą? Jeszcze jedno krzywe zwierciadło…

Paul najwyraźniej zaczynał coś widzieć, bo zastygł w kompletnym bezruchu. Jan już cieszył się na myśl, że wreszcie zaostrzone strzały jego słów dosięgły celu, gdy nagle, wznosząc oczy w stronę mostu, w który tamten wycelował palcem, ujrzał ponad nim ławicę płonących purpurą pierzastych obłoków. Urzeczony, szeroko otworzył usta. Wiedział, jak rzadko zdarza się zjawisko, którego właśnie był świadkiem: chmurki podświetlone promieniami skrytego za horyzontem słońca nie mogą być zbyt gęste. Wszystko przemawiało za tym, że to właśnie ów bajeczny widok przyciągnął uwagę Paula, dopóki jego słowa nie rozwiały wątpliwości:

– To, co mówisz, brzmi rozsądnie. Problem tkwi w mojej przeszłości. Gdybyś widział to, co widziałem ja: zło, które zawsze triumfuje, może byłbyś jeszcze bardziej zatruty? Musisz obejrzeć Zieloną milę albo Skazanych na Shawshank, koniecznie – podkreślił. – Lepiej wtedy zrozumiesz, o czym mówię.

– Wcale nie muszę – wpadł mu w słowo Jan. – Czytałem powieści, niezłe; w końcu to King.

– Skoro tak, to chyba nie mogło ujść twej uwagi ich przesłanie?

– Zależy jakie.

– Bywa, że na wolności grasują łobuzy stokroć gorsze od tych za kratkami: o to przesłanie mi chodzi. I pomyśleć – uśmiechnął się sarkastycznie – że Bóg musi na to patrzeć, nie za wiele może zrobić, bo trzeba mu respektować naszą wolność…

– Tak bywa czy jest zawsze? – dociekał Jan. – Przed chwilą powiedziałeś, że zło zwycięża zawsze. Zdecyduj się! To rozróżnienie o kluczowym znaczeniu. Zresztą – coś sobie przypominał – przecież u Kinga to dobro ma ostatnie słowo.

– Precyzja… – ważył w myślach. – Jeszcze jedno, czego mi brakuje. Im bardziej do niej dążę, tym szybciej mi umyka… Kiedyś zrozumiesz – westchnął głęboko, z poczuciem wyższości – tak jak ja zrozumiałem: w konfrontacji ze złem najdoskonalsze teorie sypią się jak domki z kart. Jestem zmęczony, potwornie zmęczony, szefie.

Przed oczyma Jana zamajaczyła rozmyta i zniekształcona, niczym odbicie w srebrnym kielichu, sylwetka czarnego olbrzyma z Zielonej mili, w uszach zabrzmiał charakterystyczny sposób, w jaki zwracał się do więziennych strażników: „szefie”.

– Więc teraz jesteś Johnem Coffeyem? Niewinnym, skazanym na okrutną śmierć? I jak on chcesz mi dać kawałek siebie, podzielić się tym, co w tobie siedzi?

– Sam nie wiem. Myślisz, że to w ogóle możliwe? Bo ja coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że nie da się zrozumieć drugiego, jeśli się nie przeszło przez to, co on. Syty nigdy nie pojmie głodnego ani wesoły ryczącego z bólu. Czy ten, co wisi na krzyżu, i ten, co go tam wyprawił, mogą mieć wspólny punkt widzenia? Nie ma rady. Wszystko, co nam zostaje, to dokonać wyboru i zaakceptować tę przepaść. „Jezus […] poniósł mękę poza miastem. Również i my wyjdźmy do Niego poza obóz, dzieląc z Nim Jego urągania”[1]. Wiesz, kto to powiedział?

Słowa Paula zabrzmiały niczym deklaracja, definitywnie odsłaniająca jego tożsamość.

– Jesteś protestantem? – próbował dowiedzieć się Jan. Brak zaprzeczenia ze strony rozmówcy zdawał się przemawiać za tym właśnie tropem. – Od samego początku miałem takie odczucie. Stąd ten pesymizm i wojujący antyklerykalizm. Dostrzegasz jedynie pewną część rzeczywistości. Daleki jestem od tego, by bagatelizować ogrom obecnego w świecie cierpienia, dobrze wiem, do jakiego stopnia zło może nas złamać. Bądź pewien, pod tym względem nie ma między nami żadnej przepaści. Problem w tym, że ty tak koncentrujesz się na stronie negatywnej, że zupełnie przesłania ci ona dobro. I to jest niebezpieczne.

– A powiedz – obruszył się Paul – niby na czym ma się koncentrować ktoś, kto od siedmiu lat dostaje obuchem cios za ciosem?! Wcale nie urodziłem się protestantem – dodał po dłuższej chwili. – Ja się nim stałem, bo już nie mogłem, rozumiesz? – rzucił mu prosto w oczy. – Już nie mogłem wierzyć, że twój Kościół jest dziełem Boga. Poznałem go od podszewki! I nikt nie skłoni mnie do zmiany zdania.

– Jeśli się wychodzi z podobnego założenia, wszelka dyskusja traci sens – zaoponował Jan, czując instynktownie, że poglądy jego rozmówcy wcale nie są aż takim monolitem, jak by się mogło wydawać.

Ten, mimo swej stanowczej pozy, również nie miał ochoty przerywać spotkania akurat w momencie, gdy stawało się ono coraz ciekawsze, choćby miało to rozdrapać rany, które na dobre nigdy się nie zabliźniły.

– Odpowiedz sobie, nie mnie, lecz samemu sobie, na jedno pytanie, jedno jedyne, a nie pozostanie ci nic innego, jak rzucić to gówno i przyłączyć się do mnie!

Jan połknął przynętę niczym wygłodniała ryba skrzętnie zapakowany haczyk.

– Proszę uprzejmie, słucham.

– Kto zabił Jezusa?

– Też mi problem. – Lekceważąco wzruszył ramionami. – Naprawdę nie wiesz? My wszyscy.

– Daj spokój z teologią! – przerwał poirytowany. – Mam jej po uszy! Ja mówię o Jezusie z Nazaretu i o konkretnych osobach odpowiedzialnych za Jego śmierć, naturalnie, przy pełnej świadomości, że ta odpowiedzialność ma wiele stopni.

– „Większy grzech ma ten, który Mnie wydał tobie”[2]? O to chodzi?

– Szybki jesteś! No i kto to był?

– A niby kto inny, jak nie Judasz. To on wydał Mistrza.

– I to wszystko? A arcykapłani? – z grymasem zniecierpliwienia uprzedził nieco już zmęczonego rozmową na stojąco Jana. – O nich zapomniałeś?

– A co oni mają wspólnego z Kościołem? Byli jego częścią czy co? – Zupełnie nie rozumiał, do czego zmierza adwersarz. – Co innego Judasz, przyznaję, bolesna rana; mam tylko nadzieję, iż nie trzeba ci tłumaczyć, że to nie jest cały Kościół! Raczej wąski margines, zresztą nawet ten margines świetnie ilustruje wolność tych, których powołuje Bóg. Pewnie, apostołowie nie byli aniołami, jednak uciec a zdradzić to nie to samo. Więc? – Patrzył wyczekująco. – Nie widzę powodów, by wytaczać przeciw Kościołowi takie armaty.

– Ależ ja nie mam nic przeciwko apostołom, na ich miejscu pewnie też zwiałbym. Mówię o Kościele współczesnym. Naprawdę wierzysz, że to ten sam Kościół, którego filarami byli apostołowie? A co do arcykapłanów – mocno zacisnął powieki, jakby w myślach przenosił się na jerozolimski dziedziniec słynnego pałacu – ci nie przestają krzyżować Chrystusa…

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– To proste. Ty i twoi koledzy – tłumaczył z przesadną uprzejmością – jesteście wszyscy następcami apostołów, legalnie sprawujecie tę samą władzę; nie ma co do tego cienia wątpliwości. Tylko… – w jego głosie zabrzmiał niewinny bemol – czy arcykapłani nie byli również prawowitymi następcami Aarona? Czy ich kapłaństwo nie pochodziło od Boga? A przecież nie zdołali Go rozpoznać, kiedy do nich przyszedł… Czyż to nie ironia losu? Ci, co uważali się za najbliższych Bogu, co zasypywali Go tonami modłów, w końcu sami Go ukrzyżowali…

– Nie wiem – nie mógł zgodzić się Jan – czy faktycznie można się czuć tak bliskim Bogu, gdy dochodzi się do władzy w nieuczciwy sposób, na przykład kupując swój urząd. A jeśli pamięć mnie nie zawodzi, tak właśnie rzecz się miała z Annaszem.

Paul tylko czekał na broń, jaką niebacznie włożono mu do rąk.

– Nic nowego! Historia twego Kościoła pełna jest takich budujących praktyk… Ale czy to coś zmienia? Z formalnego punktu widzenia tak jedni, jak i drudzy, raz przyjąwszy namaszczenie i włożenie rąk, odtąd reprezentują Boga i Jego wypełniają wolę – dociekał z troską, jakby naprawdę nie znał odpowiedzi. – Sam Jezus mówi, że skoro na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze, to trzeba czynić i zachowywać wszystko, co polecą…

– Zdawało mi się, że mówiliśmy o poczuciu bliskości Boga? – Jan przesunął czubkiem wysłużonego sandała po podeschniętym piasku, jakby chciał zyskać na czasie. – Sam powiedziałeś, że Jezusa odrzucili Annasz i Kajfasz. Może była to nawet większość Sanhedrynu, choć zdania są tu podzielone. Widzisz?! – triumfował, jakby dopiero co doznał iluminacji. – A zatem nie cała Wysoka Rada, tym bardziej nie wszyscy kapłani Starego Testamentu! Wiesz już, do czego zmierzam? Atakujesz Kościół jako całość, wszystkich wrzucasz do jednego wora! Coś nie gra w tej twojej teorii…

– Nie sądzę. – Paul nie dawał za wygraną. – Bo widzisz, na tysiące sposobów można Boga odrzucić. Zanim Go ukrzyżowano, znaczy się: w Jego Synu, ile razy został odrzucony w prorokach? Przez kogo? Poczytaj, co wyprawiali prawowici następcy Aarona! Tak sobie myślę: im dalej wody odpłyną od swego źródła, tym bardziej tracą na czystości. A kiedy wpadają do oceanu, to… już nie są te same wody. Wiesz, ciekaw jestem, co sobie myślał Aaron, gdy już był na tamtym świecie, o swoich następcach. W każdym razie jest całkiem możliwe, że apostołowie nie zawsze bywają dumni ze swoich…

– Nie podoba mi się to porównanie. – Jan, coraz bardziej znużony, znowu musiał ruszyć w poszukiwaniu czegoś bardziej przekonującego. – Jest niczym nieuzasadnione. Zapomniałeś, co Jezus obiecuje Kościołowi? „Bramy piekielne go nie przemogą!”[3] – Odetchnął z ulgą, przekonany, że teraz może już spokojnie zasiąść na przytaszczonym wcześniej chropowatym głazie.

– Na twoim miejscu nie byłbym tak pewny siebie!

– Nie jestem! Opieram się nie na sobie, a na Słowie Bożym.

– Czyżby? A to co? „Dzień ten nie nadejdzie, dopóki nie przyjdzie najpierw odstępstwo i nie objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia, tak że zasiądzie w świątyni Boga, dowodząc, że sam jest Bogiem!” – Z namaszczeniem, niestety zabarwionym nutą gorzkiego szyderstwa, przedstawiał nieco inną, jego zdaniem, uzupełniającą wizję końca świata, przystępując tym samym do wyniszczającej wojny na cytaty. – Drugi List do Tesaloniczan, rozdział drugi. Nie zaszkodziłoby ci na nowo przestudiować ten tekst.

– Znasz Biblię na pamięć? – Jan był pod wrażeniem.

– Wystarczająco – twarz Paula rozpromieniła się na moment, by równie szybko przygasnąć – wystarczająco, by nikt nie wciskał mi kitu. Pamiętasz mowę eschatologiczną Chrystusa? Zburzenie Jerozolimy? Na pewno cię uczyli, nie zapomnieli wspomnieć, że wydarzenie to staje się w ustach Jezusa zapowiedzią końca świata, co? Widzisz? To Jego porównanie, nie moje! Rusz głową! Czymże jest Stary Testament, jeśli nie pasmem narastających odstępstw od przymierza zawartego na Synaju? Jak zakończyło się tamto przymierze, dobrze wiesz: częściowym odrzuceniem narodu wybranego, przypieczętowanym przez zniszczenie świątyni jerozolimskiej. Podobnie era chrześcijańska miałaby się zamknąć, przynajmniej według mego patrona, powszechną apostazją. Ta apokaliptyczna wizja mogłaby być dla kościelnych ludzi doskonałym stymulatorem pokory. Gdzie tam! – Z wyrzutem pokiwał głową. – Oni zawsze wszystko wiedzą lepiej…

– Hipoteza dość oryginalna!

– Jaka tam hipoteza! Co zapowiada Jezus u Mateusza? „Powstanie wielu fałszywych proroków i wielu w błąd wprowadzą! A ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu”[4] – Głęboka zaduma zaowocowała nieoczekiwaną konkluzją. – Co tu daleko szukać! Chyba widzisz? Sam jestem namacalnym dowodem! Moja miłość… zniknęła bez śladu.

Jan nie potrafił powstrzymać uśmiechu.

– Jeden dowód to raczej niewiele. Zresztą, gdyby wszystko było już przesądzone, Jezus nie zastanawiałby się, „czy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie”[5].

Paul doskonale orientował również w tym temacie.

– Mogę Mu odpowiedzieć, bez problemu, na podstawie Jego własnych słów. Zważywszy, że bramy piekieł nie przemogą Kościoła, wiara zostanie znaleziona, jednak z całą pewnością nie u wielu, gdyż „wielu zachwieje się w wierze”. Mateusz, rozdział dwudziesty czwarty, wiersz dziesiąty. I co? Wciąż jesteś pewien, że należysz do niezdobytej twierdzy?

– Nigdy tak nie twierdziłem! – żywo zaprotestował Jan. – Dziwi mnie tylko, że nie dostrzegasz zasadniczego słabego punktu w swym rozumowaniu. Bo jeśli nawet nie mylisz się w tym, co dotyczy końcowego odstępstwa, skąd niby możesz wiedzieć, że jego czas już nadszedł? No, skąd? – W wymownym geście rozłożył ręce. – Nie masz żadnego sposobu, by to zweryfikować! Dysponujesz jednym tylko dowodem… Mogę go podważyć bez trudu: moim własnym życiem!

– Dzięki, o Panie, że mi przysłałeś jednego z twych niezachwianych. – Paul wzniósł oczy ku niebu, gdzie zabłysły pierwsze gwiazdy, tak że trudno było powiedzieć, do kogo właściwie się zwraca. – Sęk w tym, że podobnie zresztą jak ja sam ty nie wiesz w tej kwestii absolutnie nic! Ten wycinek Kościoła, jaki poznałeś? Chyba żartujesz! To stanowczo za mało, by wypowiadać się odnośnie do całości.

– Zgoda, ale wiesz, jaka jest między nami różnica? Ja, zamiast śledzić zanik wiary i miłości u innych, co zawsze wydawało mi się zajęciem niebezpiecznym, staram się robić wszystko, by samemu ich nie utracić.

Po raz pierwszy tego wieczoru Paul był wyraźnie poruszony.

– Oto dlaczego stanowisz wersję ode mnie doskonalszą… Widzisz te gwiazdy? – Wyciągnął rękę w ich kierunku. – Zawsze gdy się im przyglądam, przypomina mi się historia ognistego smoka z Apokalipsy. Jego ogon zmiata trzecią część gwiazd nieba i rzuca je na ziemię! Swego czasu często się zastanawiałem, co znaczy ta symbolika. I jakoś nie przyszło mi do głowy, że sam mógłbym się kiedyś okazać jedną z nich… Upadła gwiazda… – Stał bez ruchu, nie mogąc oderwać oczu od milionów migocących świateł, jakby próbował rozszyfrować jakąś tajną depeszę mknącą ku niemu poprzez zaklęte, lodowate przestrzenie. – Muszę lecieć, strasznie mi zimno. Tylko bieg może mnie rozgrzać. Cieszę się, że cię poznałem.

Pospiesznie uścisnął rękę Jana. Ten, nazbyt dotąd pochłonięty ratowaniem duszy nieszczęsnego Drakuli, dopiero teraz spostrzegł ze zdumieniem, że całym jego ciałem wstrząsały gwałtowne dreszcze. No tak, była już noc, a on nosił na sobie jedynie czarne szorty. Jan nie mógł dłużej go zatrzymywać, mimo iż miał na to przemożną ochotę. Pragnął powiedzieć coś miłego, lecz jak na złość nic nie przychodziło mu do głowy.

– Nie wierzę – zaczął w końcu nieśmiało – by nasze spotkanie było zwykłym przypadkiem. Wszystko w nim jest takie tajemnicze, zupełnie jak we śnie…

– Czym byłoby życie bez snów? To właśnie w naszych snach kryje się klucz pozwalający odnaleźć sens…

– Naprawdę tak sądzisz? Sny nie są rzeczywistością.

– Czyżby? Jeśli nie są częścią realnego świata, to czemu się nimi zajmować? Nauka badałaby coś, czego nie ma? Hm? Nigdy nie miałeś snów, które wydają się bardziej prawdziwe niż rzeczywistość? A jeśli teraz mamy do czynienia z jednym z takich właśnie snów? Miej się na baczności: trzeba umieć z niego wyjść, zanim będzie za późno…

– Spokojna głowa, dam sobie radę! – Jan chwilę się zastanawiał, jak gdyby wcale nie był tego taki pewien. Czyż to nie ciekawość popchnęła go do spędzenia ponad pięciu godzin na tej dziwacznej wyspie, która ni stąd, ni zowąd wynurzyła się z Loary? Raz jeszcze zmuszony był uznać jej przemożną siłę. – Tak właściwie to mam poczucie niedosytu, jakby nasz temat został ledwie muśnięty. Może dobrze by było go wyczerpać?

– Ależ to właśnie jest niemożliwe!

– Nie da się choćby spróbować?

Paul wahał się, co mogło uchodzić za dobry znak. Jan postanowił użyć podstępu.

– Skąd pochodził ten cytat dotyczący snów? Często naprawdę nie wiem, kto do mnie mówi: ty czy raczej bohaterowie twoich filmów.

– Więc wciąż myślisz o spotkaniu? Jak sobie chcesz, obyś tylko nie żałował! O ile dopisuje pogoda, przypływam tu prawie codziennie, mniej więcej o tej samej porze. Tylko jeden warunek. – Białe, zadbane zęby Paula rozbłysły w dwuznacznym uśmiechu. – Najpierw sam musisz znaleźć odpowiedź na swoje pytanie. Powiedzmy, że to coś w rodzaju zagadki. Jej rozwiązanie otworzy przed tobą podwoje cudownej krainy…

– Żaden problem! Tak się akurat składa, że znam kogoś, kto podobnie jak ty pasjonuje się kinem. Istna kopalnia cytatów!

Opuścili wyspę w milczeniu. Ku zdumieniu Jana tajemniczy nieznajomy, o którym wciąż nie wiedział nic konkretnego, pognał co tchu w stronę ścieżki, którą on sam przed paroma godzinami zszedł z nasypu. Pokonawszy jednak około trzydziestu metrów, odwrócił się gwałtownie, by wykrzyknąć do Jana:

– Wiesz co, prawdę mówiąc… niczego nie wyczytałem w twoim spojrzeniu! Po prostu krzyżyk różańca wystawał z kieszeni twych spodni!

To powiedziawszy, przepadł w ciemnościach. Jan natychmiast wsunął dłoń do prawej kieszeni swych krótkich spodenek, gdzie miał w zwyczaju nosić różaniec, by stwierdzić, że mały krucyfiks istotnie się stamtąd wymknął. Uszczypnął się jeszcze w policzek z myślą, że może się zbudzi; niemniej jednak wszystko wskazywało, że to nie był sen.

* * *

[1] List do Hebrajczyków 13, 12–13, Biblia Tysiąclecia, Poznań–Warszawa 1989.

[2] Ewangelia według św. Jana 19, 11.

[3] Ewangelia według św. Mateusza 16, 18.

[4] Ewangelia według św. Mateusza 24, 11–12.

[5] Zob. Ewangelia według św. Łukasza 18, 8.

Anomalia

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-921-2

© Morfeusz i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Barbara Kaszubowska

KOREKTA: Alicja Januszkiewicz

OKŁADKA: Aleksandra Niesłuchowska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Menopauza. Zmiana na lepsze Ja Słowa, które zmieniły Polskę Sekretna wojna 3. Z dziejów kontrwywiadu II RP (1914) 1918-1945 (1948) Dalsze gawędy o sztuce XVII wiek Dalsze gawędy o sztuce VI - XX wiek 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość