Bella i Sebastian

Bella i Sebastian

Autorzy: Nicolas Vanier

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 26.25 zł

Wzruszająca opowieść o prawdziwej przyjaźni, wierności, odwadze i miłości.

Jest rok 1943. Mieszkańcy spokojnej alpejskiej wioski cierpią pod niemiecką okupacją. Jakby tego było mało, w okolicy pojawia się groźne zwierzę, które porywa owce z ich stad. Górale organizują polowanie na Bestię.

Podczas wędrówki w górach samotny, wychowywany przez dziadka chłopiec spotyka zdziczałego psa. Czy to właśnie on dziesiątkuje stada? Czy opuszczony chłopiec i skrzywdzone zwierzę będą potrafili sobie zaufać? W jaki sposób Bella i Sebastian staną się wojennymi bohaterami?

Książka Nicolasa Vaniera to opowieść o pięknie życia w zgodzie z dziką przyrodą i możliwości zachowania człowieczeństwa w okrutnych czasach wojny.

Bella i Sebastian, wolna adaptacja znanej polskiemu czytelnikowi powieści Cécile Aubry (1965, pierwsze polskie wydanie 1975) oraz serialu przygodowego o tym samym tytule (1965), to swoisty hołd, jaki autor składa ulubionym bohaterom swojego dzieciństwa.

Nicolas Vanier – francuski pisarz, filmowiec i podróżnik. Miłośnik dzikiej przyrody i dalekiej Północy, pasjonat psich zaprzęgów i popularyzator aktywnego wypoczynku w kontakcie z naturą. Znany w Polsce jako autor książki Transsyberia (1998) oraz scenarzysta i reżyser filmów Ostatni traper (2004) i Wilk (2009) i Bella i Sebastian (2012). [na ostatnią stronę do środka]

Na podstawie scenariusza filmu Bella i Sebastian autorstwa Juliette Sales, Fabiena Suareza i Nicolasa Vaniera, produkcji Radar Films, Epithète Films, Gaumont, M6 Films i Rhône-Alpes Cinéma. Oparte na serialu telewizyjnym Bella i Sebastian – według scenariusza i w reżyserii Cécile Aubry.

Napisane we współpracy z Virginie Jouannet

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Na nieskalanie błękitnym niebie czaiło się niebezpieczeństwo. Kryło się między połyskującymi promieniami słońca, które tryskały jak wrząca lawa, zalewały urwiste zbocza i usiane kwieciem alpejskie pastwiska, pogrążając skały w ostrym, prawie oślepiającym blasku.

Stary świstak, zaalarmowany jakimś przelotnym cieniem, stanął słupka i wydał z siebie przeciągły gwizd oznaczający zbliżające się zagrożenie. Kolonia gryzoni jeszcze przed chwilą zaabsorbowana jedzeniem natychmiast rozpierzchła się w niewysokiej trawie, pędząc ku podziemnym korytarzom. Orzeł – wielki, ciemny i ciężki jak kamień – zdążył już jednak zanurkować i lecąc z rozpostartymi skrzydłami przy samej ziemi, w ostatniej chwili przeciął im drogę. Nie zwracając uwagi na zbyt ruchliwe dorosłe świstaki, wybrał rozpaczliwie kluczące młode zwierzątko, chwycił je w szpony i kilkoma machnięciami skrzydeł wzbił się w powietrze. Na szczycie góry dwa zgłodniałe orle pisklęta czekały na posiłek.

– Widziałeś go? – Stary człowiek zwrócił się do wnuka, który stanął jak wryty, z buzią otwartą ze zdumienia. Na jego zazwyczaj wesołej twarzy pojawił się smutek.

– Myślisz, że będzie cierpiał?

– Nie. Na pewno już nie żyje. Takie jest prawo natury.

– Czy natura jest zła?

– Nigdy. Ale może być surowa. I jest wielką nauczycielką. Jak uważasz, dlaczego polujemy?

Wskazał na swoją strzelbę, a następnie na miniaturową drewnianą replikę dumnie trzymaną przez wnuka. Chłopiec dostał ją przed dwoma miesiącami na ósme urodziny. Choć Cezar znał wielką wrażliwość Sebastiana, nie chciał go oszukiwać. Mały wyrósł już z wieku bajek dla dzieci, jeśli w ogóle kiedykolwiek w nim był. Wnuk pokręcił głową w geście sprzeciwu.

– Ale kula zabija od razu! Bez cierpienia!

– Śmierć pozostaje śmiercią, pamiętaj o tym. Nie musi się tłumaczyć.

Znowu ruszył przed siebie. Po chwili usłyszał z tyłu drobne kroki chłopca. W ciszy szli pod górę, chłonąc majestatyczny spokój krajobrazu. Już prawie godzinę temu wyszli z sosnowo-modrzewiowego lasu, by zaatakować masyw od północy, i ścieżka była coraz bardziej stroma. Trawiaste zbocze, obficie usiane goryczką, ostem oraz niebieskim i różowym urdzikiem, mieniło się jak Droga Mleczna. Wyżej trawa stała się rzadsza i pojawiały się skały, a fiołkowa mydlnica tu i ówdzie ustępowała miejsca rzadkim żółtym kwiatom bylicy. Z kępy krzaków dzikiej porzeczki poderwała się gromadka cietrzewi i odfrunęła w nieładzie. Mężczyzna nie celował do ptaków, pozwalając im odlecieć. Zadowolił się policzeniem piór w ogonie najstarszego samca.

Piękny widok sprawił, że zapomniał o swoim zmartwieniu, które powróciło, kiedy na samym środku ścieżki zobaczył ślad. Natychmiast się zatrzymał, dając chłopcu znak, by podszedł bliżej.

– Patrz. Podobny ślad, rozczapierzone palce. To nie wilk.

Sebastian podniósł na niego pytający wzrok.

– To Bestia, na sto procent.

Gwiaździsty odcisk, jakby wyrzeźbiony w ziemi, wyglądał jak ostrzeżenie. Pozostałe ślady z pewnością zamieniły się w pył pod wpływem słońca, ale ten, osłonięty cieniem kamienia, był nietknięty. Miał wielkość otwartej ludzkiej dłoni.

Stary mężczyzna, przycupnięty, rozejrzał się dookoła i zdołał znaleźć jeszcze jeden trop, na wpół ukryty pod trawiastą skarpą.

– Uciekła granią. Pójdziemy za nią i przy odrobinie szczęścia… – zamruczał pod nosem, zatroskany.

– Chcesz ją zabić, dziadku?

– W jednym tygodniu udusiła mi trzy barany! Jeśli odpuszczę, to w końcu poumieramy z głodu. Oczywiście, że ją zabiję! – Wstał, krzywiąc się z bólu, i sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej pocisk, który szybkim ruchem umieścił w lufie starego mausera. – Jest gorąco, na pewno schowała się gdzieś tam na górze. Chcę, żebyś teraz był cicho jak myszka.

Chłopiec przytaknął bez słowa. Poczuł dreszcz: bał się, a jednocześnie był podekscytowany. Jego dziadek nie miał w zwyczaju denerwować się bez powodu, ale Bestia zaatakowała stado. Musiała umrzeć.

Szli jeszcze przez godzinę, zanim dotarli na przełęcz, za którą zaczynała się grań. Słońce paliło, ale była to najlepsza szansa, by znaleźć zwierzę, które prawdopodobnie spało w zagłębieniu skały lub w jakiejś chłodnej grocie. Wokół, jak okiem sięgnąć, rozpościerał się widok na zaśnieżone szczyty, bezdenne przepaście, wymykające się prawu powszechnego ciążenia skalne iglice, szare masywy głęboko przeorane procesami erozji. Ani jednego podmuchu wiatru. Było samo południe. Drapieżne ptaki zniknęły z nieba.

Mężczyzna i chłopiec przystanęli w cieniu kopca wzniesionego z granitowych bloków. Stary kazał Sebastianowi się napić, ponieważ dzień zapowiadał się długi i w dalszej drodze nie mieli już napotkać wody. Sam zaspokoił pragnienie łykiem alkoholu, który dodał mu animuszu. Odetchnęli chwilę, po czym ruszyli w dalszą drogę. Ścieżka wiła się zdradliwie, ale Cezar tak dobrze znał góry, że mógłby tędy iść z zamkniętymi oczyma. Mały zaś, odkąd tylko nauczył się chodzić, wałęsał się po wysokogórskich pastwiskach, tak że stał się zwinny jak młody koziorożec. Już od pewnego czasu Cezar pozwalał mu na samotne wędrówki, pod warunkiem przestrzegania ścisłych zasad: nie zapuszczać się w okolice grani i wracać przed zachodem słońca.

Sebastian znowu poczuł palące pragnienie. Woda, którą wypił na przełęczy, zamiast je ukoić, tylko je wzmogła. W ustach mu zaschło, a obrzmiały język utrudniał przełykanie śliny. Przed oczyma miał dyndającą, przytroczoną z boku plecaka Cezara manierkę, co jeszcze potęgowało jego męczarnie, nie odważył się jednak zawołać dziadka, by nie zakłócać marszu. Stary szedł spokojnym krokiem, nie zmieniając rytmu. Aby okazać się godnym swojego przewodnika, chłopiec zacisnął pięści, napiął obolałe mięśnie i podreptał szybciej, myśląc o Bestii. Nie potrafił się jednak zdecydować, czy chce trafić na zwierzę, czy przeciwnie, woli, aby uciekło.

Nagle w powietrzu rozległ się huk wystrzału, tak silny, iż chłopcu się wydawało, że poczuł jego podmuch. Spomiędzy skał, w odległości niespełna pięćdziesięciu metrów, wyskoczyła ranna kozica, brocząc krwią z klatki piersiowej. Zachwiała się na zboczu, po czym runęła w przepaść. Spadające ciało uderzyło o ostry występ skalny, odbiło się od niego i potoczyło w dół po ścianie. Niekończące się, milczące spadanie, straszniejsze niż krzyk.

Sebastian powstrzymywał się od płaczu. Mężczyzna zaś, nie hamując się, zaklął wściekle, spoglądając w dół w poszukiwaniu myśliwych.

– Łajdaki! Zabić samicę w środku lata!

Pozostałe kozice czmychnęły żlebem, w którego cieniu jeszcze przed chwilą się pasły. Matki popychały przerażone młode i w okamgnieniu zwierzęta zniknęły w rumowisku kamieni. Wszystkie prócz jednego. Stało nad przepaścią. Jego delikatna sylwetka tak się trzęsła, że nawet z tej odległości było widać przebiegające przez ciało drżenie.

– Dziadku, zobacz! Koźlątko!

Osierocone młode musiało mieć niespełna dwa miesiące. Stało na skalnym ustępie, w miejscu, gdzie zniknęła jego matka. Nie potrafiło się stamtąd wydostać. W powietrzu rozległ się ostry, przejmujący krzyk zwierzęcia.

Cezar ruszył przed siebie. Sebastian poszedł w jego ślady. Zapomniał o pragnieniu i zmęczeniu. Gdy znaleźli się na skraju urwiska, dokładnie nad beczącym ciągle koźlątkiem, pasterz zmierzył wzrokiem odległość. Od skały dzieliło ich dobre dwadzieścia metrów, a zbocze było zbyt strome, by ryzykować zejście. Z drugiej strony, zwierzę nie przeżyłoby, gdyby je tak zostawili. Mężczyzna zrzucił plecak z ramion i szybkim ruchem przewrócił go do góry dnem. Na ścieżkę wypadło drugie śniadanie, nóż, czekan i długa lina, którą zawsze zabierał z sobą na wędrówki w szczytowe partie gór. Odwiązał manierkę i wskazując na linę, gestem przywołał chłopca.

– Posłuchaj mnie teraz uważnie, drogi panie. Nie możemy pozwolić, żeby ten zwierzak tutaj zdechł. Nie mamy wyboru, trzeba się śpieszyć. Spuszczę cię na linie aż do tej skały. Założysz mój plecak odwrotnie, na brzuch, o tak. A kiedy już tam będziesz, wpakujesz do niego koziołka i wjedziecie z powrotem. Wciągnę cię. Czujesz się na siłach?

Zatroskany pasterz zmarszczył pooraną upływem lat twarz, ale jego wzrok pozostawał spokojny. Spojrzenie czarnych, błyszczących oczu otulało chłopca życzliwością. Sebastian przytaknął ze ściśniętym gardłem i rozluźniwszy ramiona, pozwolił zawiązać uprząż.

Cezar maksymalnie skrócił szelki plecaka i umieścił go na klatce piersiowej chłopca, po czym przeciągnął mu linę pod pachami i zawiązał, na tyle luźno, by nie krępowała ruchów. Jeszcze raz ocenił odległość, po czym przycupnął za naturalnym progiem, by mieć solidne oparcie, na wypadek gdyby zabrakło mu sił. Przepasał się liną, a jej resztę owinął wokół ramienia. Wszystko było gotowe. Splunął w dłonie i potarł je energicznie, po czym złapał linę, mocno zapierając się nogami. Głośno odetchnął i skinął na chłopca.

Sebastian podszedł do urwiska. Strach zapierał mu dech w piersiach. Aby dodać sobie odwagi, usiłował się skupić nie na przerażającej przepaści, ale na koźlątku, które beczało tak, że pękało mu serce. Miał wrażenie, że cały świat wiruje dookoła. Przycupnięty na wąskiej kamiennej półce koziołek wydał mu się maleńki. Zwierzę trzęsło się tak bardzo – trudno powiedzieć, czy pod wpływem własnego krzyku czy paniki – że w każdej chwili mogło się przechylić i spaść. To ostatecznie przekonało Sebastiana. Nie zastanawiając się dłużej, chwycił chropowatą linę i uczepił się jej z całych sił. Ześlizgiwał się w dół, przywierając stopami do ściany. Odrywające się kamienie spadały dookoła koźlątka, ale jakimś cudem żaden w nie nie trafił. A potem, niespodziewanie, zamiast zbocza zobaczył pustkę, lina gwałtownie się napięła i pod wpływem szoku chłopcu brakło tchu. Poczuł, że spada, ale zanim jeszcze zdążył się przestraszyć, już wisiał w powietrzu jak kukła. Usłyszał nad sobą głos dziadka:

– Kiedy już będziesz na dole i włożysz małego do plecaka, szarpnij linę, a ja cię wciągnę. Nic się nie bój, dobrze cię trzymam.

Sebastian nie odpowiedział, żeby jeszcze bardziej nie przestraszyć koziołka, który podniósł pysk, ale chyba nic nie widział, bo jego oczy były zasnute strachem. Beczenie przerodziło się w przeciągłą skargę i chłopiec pomyślał, że zwierzę woła matkę.

Lina zsuwała się zrywami. Nagle coś – zbyt raptowny ruch albo napotkana po drodze przeszkoda – sprawiło, że malec gwałtownie okręcił się wokół własnej osi. Cezar przerwał popuszczanie liny i zaczekał, aż się ustabilizuje. Następnie znów poluzował i chłopiec zjechał w dół. Musiał tylko pozwolić się opuszczać, powoli, metr po metrze.

Sebastian dotarł na wysokość półki, która znajdowała się jakieś dwa metry od niego. Odchylił się, sprawiając, że najpierw jego nogi, a potem całe ciało zachowało się jak wahadło. Wreszcie dotknął stopami podłoża. Natychmiast wyciągnął przed siebie ręce, uczepił się uschniętej gałęzi derenia i stanął na skale. Zwierzę drgnęło i o mało nie spadło w przepaść. Sebastian chwycił się mocniej i powoli przysunął się do koziołka, aż zdołał wsunąć wolną rękę pod jego ciepły i zadziwiająco delikatny brzuch.

– Chodź tu, mały, nie zrobię ci krzywdy…

Serce zwierzęcia waliło pod palcami chłopca jak oszalałe, a jego sierść była wilgotna od potu. Sebastian chwycił koźlątko i podniósł bez trudu, usiłując jednocześnie otworzyć plecak. Koziołek przestał beczeć i jego ciało nagle stało się bezwładne, jakby zrozumiał, że tylko posłuszeństwo może go uratować. Sebastianowi udało się umieścić zwierzę w płóciennym plecaku. Zawiązał sznurek, by uniemożliwić mu wszelką próbę ucieczki. Następnie szarpnął linę i wyszeptał:

– Zobaczysz, teraz polecimy w górę, a potem będziesz uratowany. Nie bój się, Cezar jest silny jak olbrzym.

Poczuł powolne wciąganie i dotarło do niego, ile ono kosztuje wysiłku. Przegnał jednak z serca wszelki lęk, ponieważ darzył dziadka absolutnym zaufaniem. Koziołek pachniał piżmem, ciepłą sierścią i suchą trawą. Sebastian ukrył twarz w jego krótkim futerku i czas pokonywania drogi powrotnej szybko mu upłynął.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

2

3

4

5

6

7

CZĘŚĆ DRUGA

1

2

3

4

CZĘŚĆ TRZECIA

1

2

3

4

5

6

CZĘŚĆ CZWARTA

1

2

3

4

5

CZĘŚĆ PIĄTA

1

2

3

4

5

6

7

EPILOG

*

O AUTORZE

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Belle et Sebastien

Copyright © XO Éditions 2013

All rights reserved

Copyright © © for the Polish translation and e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Elżbieta Bandel

Rysunki: Krzysztof Rogulski

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografie na okładce: Eric Travers © 2013 RADAR FILMS - EPITHETE FILMS - GAUMONT - M6 FILMS - RHÔNE-ALPES CINEMA

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Bella i Sebastian, wyd. I, dodruk, Poznań 2018)

ISBN 978-83-8062-946-2

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szkoła życia Bella i Sebastian 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Chłopiec z Burzy Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never