Bluzgaj zdrowo

Bluzgaj zdrowo

Autorzy: Emma Byrne

Wydawnictwo: Buchmann

Kategorie: Kultura / sztuka Popularnonaukowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.04 zł

Książka popularnonaukowa, przedstawiająca mechanizmy stojące za przeklinaniem, historię badań nad przekleństwami, historię samych przekleństw oraz procesy zachodzące w mózgu ludzi używających soczystego języka. Autorka stawia zadziwiające pytania i kompetentnie na nie odpowiada. Czy przeklinanie potrafi działać znieczulająco? Czy kobiety klną inaczej niż mężczyźni? Czy szympansy używają brzydkich wyrazów? Czy przeklinanie w miejscu pracy pomaga zbudować kreatywny zespół?

BLUZGAJ ZDROWO

O pożytkach z przeklinania

EMMA BYRNE

Przełożył: Marcin Wróbel

Tytuł oryginału: Swearing Is Good For You. The Amazing Science of Bad Language

Copyright © Emma Byrne, 2017

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Marcin Wróbel, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Spis treści

Dedykacja

Wstęp. Czym do chuja są te bluzgi?

Rozdział 1. Bluzgający mózg – przekleństwa i neurobiologia

Rozdział 2. O kurwa, ale boli. Przekleństwa i cierpienie

Rozdział 3. Zespół Tourette’a albo dlaczego powinnam pominąć ten rozdział

Rozdział 4. Poza regulaminem – przekleństwa w miejscu pracy

Rozdział 5. Ty wstrętna małpo. Przekleństwa wśród (pozostałych) naczelnych

Rozdział 6. Dziewczynie nie wypada. Przekleństwa i płeć

Rozdział 7. Scheiße. Merde. Cachau. Przeklinanie w innych językach

Podsumowanie

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Z miłością i wdzięcznością dla Team Science Baby

Wstęp. Czym do chuja są te bluzgi?

Przekleństwa czerpią z potężnych i zróżnicowanych źródeł, obejmujących religię, seks, szaleństwo, wydalanie czy narodowość; ponadto prezentują wyjątkową wielość postaw – od przemocy przez rozbawienie po szok i absurd, a także to, co zwyczajne, i to, co niemożliwe.

Geoffrey Hughes, Swearing: A Social History of Foul Language, Oaths and Profanity in English1 [Przeklinanie. Społeczna historia wulgaryzmów, przekleństw i bluzgów w angielszczyźnie]

Gdy miałam dziewięć lat, oberwałam za nazwanie mojego braciszka cipą. Nie miałam pojęcia, co to znaczy – wydawało mi się, że to tylko takie śmieszne słówko – ale lanie nauczyło mnie, że niektóre słowa są obdarzone większą mocą niż inne i trzeba posługiwać się nimi ostrożnie.

Jak łatwo stwierdzić, doświadczenie z dzieciństwa nie wyleczyło mnie z przeklinania. Podejrzewam nawet, że rozbudziło we mnie fascynację. Nie ukrywam, że jestem dumna z własnego talentu do barwnych i dobrze wymierzonych przekleństw: pracuję w środowisku zdominowanym przez mężczyzn i to pomaga mi przetrwać wśród nich. Bywa, że nazwanie jakiegoś urządzenia pierdolonym gównem jest niezbędną inicjacją w nowym zespole.

Kiedy odkryłam, że istnieją naukowcy, którzy od długiego czasu całkiem poważnie zajmują się tą sferą życia, i że nie jestem jedyną osobą zauważającą przydatność celnych przekleństw i bluźnierstw… no, to chyba jasne, że byłam w chuj zachwycona! Prawdziwe znaczenie przekleństw uświadomiłam sobie po raz pierwszy w chwili, gdy natrafiłam na badania, w których wykorzystano sześćdziesięcioro siedmioro dzielnych ochotników, wiadro z lodowatą wodą, wulgarne słowa i stoper. Pracowałam wtedy w laboratorium neurobiologicznym, a ten eksperyment wpłynął na zmianę kierunku moich badań. Zaczęłam studiować różne aspekty przeklinania: dlaczego to robimy, jak i co w ten sposób zdradzamy o sobie.

Dlaczego właśnie wulgaryzmy, co jest w nich wyjątkowego? Czy chodzi o ich brzmienie? A może o to, jak się czujemy, gdy wypowiadamy takie słowa? Czy wulgaryzmy występują we wszystkich językach? Czemu, choć staramy się unikać przeklinania w obecności dzieci, w końcu musimy je uczyć, by nie przeklinały? Dziś, dzięki staraniom całej rzeszy naukowców – od wiktoriańskich chirurgów po współczesnych neurobiologów – nasza wiedza o przekleństwach jest znacznie obszerniejsza. Mimo to nadal potrafią nas one szokować (spędziliśmy wiele męczących godzin na dyskusji, czy umieścić wulgaryzm na okładce tej książki), a wszystkie związane z nimi informacje słabo przebijają się do opinii publicznej. Fascynująca wiedza na ten temat wciąż kryje się głównie w czasopismach i podręcznikach, a to trochę kurwa wstyd.

Możemy na przykład założyć, że nie jestem jedyną osobą, która przeklina, by ułatwić sobie życie w pracy. Istnieją badania, które potwierdzają rolę bluzgów w budowaniu więzi w grupie roboczej. Od szeregowych robotników fabrycznych po zespoły teatralne – naukowcy pokazują, że zespoły, które dzielą ten sam zasób wulgaryzmów, zwykle są wydajniejsze, mają większe poczucie więzi i pracują bardziej produktywnie od grup, w których się nie przeklina. Te same badania dowodzą, że zarządzanie stresem tak jak bólem – czyli za pomocą soczystej wiązanki – przynosi lepsze wyniki niż jakiekolwiek ćwiczenia z budowania więzi zespołowych.

Wulgaryzmy pomogły również w rozwoju neurobiologii. Od ponad stu pięćdziesięciu lat wykorzystujemy je w badaniach i wiemy, że stanowią użyteczny barometr nastroju. Dzięki nim dokonaliśmy różnych fascynujących odkryć na temat budowy ludzkiego mózgu: rozróżniliśmy lewą i prawą półkulę oraz zbadaliśmy wpływ ciała migdałowatego na kontrolę emocji.

Przekleństwa pozwoliły nam również zdobyć sporą wiedzę o naszych umysłach. Wiemy, że ludziom uczącym się nowego języka przeklinanie przychodzi z większą łatwością w tym właśnie języku niż w rodzimym, co podsuwa nam kilka idei na temat etapów rozwoju dziecka: gdy uczy się ono wiązać słowa z uczuciami oraz poznaje tematy tabu. Przeklinanie przyspiesza także tętno i skłania do myślenia o przemocy, ale paradoksalnie obniża szansę na to, że kogoś fizycznie zaatakujemy.

Wulgaryzmy to także zaskakująco elastyczna część naszego językowego repertuaru. Zmieniają się z pokolenia na pokolenie, zgodnie ze zmianami tematów tabu. Tego typu słowa służą zresztą także wyrażaniu pozytywnych emocji – wiemy, że fani piłki nożnej równie często krzyczą: „Kurwa!”, gdy są uszczęśliwieni, jak i wtedy, gdy doświadczają gniewu lub frustracji.

Ostatniego z opisanych tu odkryć dokonałam na własną rękę. Razem ze współpracownikami z londyńskiego Uniwersytetu City przebadaliśmy tysiące fanów futbolu oraz wulgaryzmy, którymi posługują się w czasie ważnych spotkań. To, że kibice przeklinają, nie jest żadnym zaskoczeniem, podobnie jak konstatacja, że ich ulubione słowa to „kurwa” i „gówno”. Zauważyliśmy jednak ciekawą zależność związaną z częstotliwością występowania tych słów. Przez porównanie liczby „kurew” z liczbą „gówien” można typować, która z drużyn strzeliła właśnie bramkę, ponieważ „gówno” prawie zawsze pada w sytuacjach negatywnych, podczas gdy „kurwa” może oznaczać udaną lub nieudaną akcję. Wbrew przekonaniu wielu osób przekleństwa kibiców nie są aż tak agresywne: angielscy fani piłki na Twitterze praktycznie nigdy nie wylewają pomyj na swoich przeciwników. Gwałtowne wybuchy rezerwują dla zawodników swojej drużyny2.

Po opublikowaniu wyników tych badań dowiedziałam się, że przekleństwa wciąż wzbudzają społeczną dezaprobatę. Odezwał się do nas dziennikarz z pewnej poczytnej brytyjskiej gazety. Nie powiem, która to, ale słynie ona z grzmiącego moralizatorskiego tonu, a w środku publikuje zrobione z dużej odległości zdjęcia kobiet, które oskarża o „afiszowanie się” niektórymi częściami ciała. Zapytano nas: a) ile pieniędzy wydano (zmarnowano) na te badania i b) czy nie moglibyśmy zająć się czymś pożytecznym (na przykład leczeniem raka). Wyjaśniłam, że całkowity koszt tych badań, czyli 6,99 funta wydanych na butelkę wina, gdy wymyśliliśmy hipotezę badawczą, pokryłam z własnej kieszeni. Wspomniałam też, że zarówno ja, jak i współautor badań jesteśmy analitykami danych i mamy niewielkie rozeznanie w onkologii, więc będzie lepiej dla wszystkich, jeśli nie będziemy próbowali leczyć raka. Więcej się do nas nie odezwali, ale ta rozmowa pomogła nam zrozumieć, że przekleństwa wciąż nie są szanowanym tematem badań naukowych.

Posługiwanie się soczystym językiem przychodzi ludziom tak naturalnie i z taką beztroską, że można się zdziwić, gdy się odkryje, jak wielu naukowców bada to zjawisko. Jednak neurobiolodzy, psycholodzy, socjolodzy i historycy mają dobry powód, by trwale interesować się wulgaryzmami. Choć wydają się one niepoważne, za ich pośrednictwem możemy zyskać sporą wiedzę o działaniu naszych mózgów i umysłów oraz o funkcjonowaniu społeczeństwa.

Nie chcę traktować w tej książce przekleństw jak zjawiska izolowanego. Przeklinanie jest tak zajebiste między innymi dlatego, że łączy się z najróżniejszymi aspektami naszego życia. Omawiam tu wiele tematów i czasem może się zdawać, że popadam w dygresje. Na wielu stronach próżno szukać przekleństw – są za to najróżniejsze rzeczy, które wiążą się z tym, jak przeklinamy: od pełnej rezerwy mowy Japończyków po nieprzewidziane konsekwencje przyuczania szympansów do korzystania z nocnika.

Czy próbuję w tej książce usprawiedliwiać brak uprzejmości i agresję? Wcale nie. Na pewno nie zależy mi na upowszechnieniu przekleństw: aby zachować skuteczność, muszą one mieć aspekt emocjonalny. Wystarczy spojrzeć na zmiany, jakie nastąpiły w tym zakresie w ciągu ostatnich stu lat, by zauważyć, że pod wpływem przemian kulturowych niektóre słowa złagodniały i straciły swoją moc. Dziś wypełniamy tę lukę, sięgając do innych obszarów tabu. Niegdyś za bluźnierstwo uznawano jedynie twarde wulgaryzmy, dziś katalog słów niewymownych obejmuje także epitety rasistowskie i seksistowskie. W zależności od preferowanej opcji politycznej można w tym widzieć żałosny odchył w stronę politycznej poprawności albo ostateczne pogodzenie się z tym, że bigoteria jest szkodliwa i paskudna.

Czym jest przeklinanie?

Historycznie rzecz biorąc, wulgarny język składał się z przekleństw, bluźnierstw i klątw. Tego typu wypowiedzi uznawano za szczególny typ magii słów. Moc tkwiąca w bluźnierstwie, przyrzeczeniu lub klątwie miała zapobiegać katastrofom albo nawet całkiem dosłownie zmieniać świat.

Dziś nie wierzymy już, że przekleństwa odmieniają rzeczywistość. „Spierdalaj” może okaleczyć najwyżej czyjąś dumę. Wciąż jednak mamy do czynienia z magią słów: przekleństwa, wulgaryzmy, bluzgi, bluźnierstwa, obscena – jak by ich nie nazywać – czerpią swoją moc z przełamywania tabu.

Nie oznacza to, że przekleństwa zawsze muszą być agresywne lub obraźliwe. W rzeczywistości mnóstwo badań dowodzi, że przeklinamy nie tylko po to, by „walczyć”, lecz także po to, by pozbyć się frustracji samym sobą, okazać solidarność albo kogoś rozbawić. Może to stanowić problem: zarówno przekleństwa, jak i ubliżanie wymykają się definicjom, jak więc badać fenomen, którego nie potrafimy uchwycić? Podczas czytania setek publikacji potrzebnych do przygotowania tej książki wciąż natykałam się na dwie popularne definicje. Przekleństwa to: a) słowa używane w sytuacjach wzburzenia emocjonalnego; b) słowa odnoszące się do tematów tabu. Jeśli zastanowić się nad słowami, które uznajemy za przekleństwa, odkryjemy, że pasują do obu kategorii.

Kilku językoznawców próbowało zdefiniować przeklinanie w sposób nieco bardziej formalny. Weźmy na przykład profesora Magnusa Ljunga z Uniwersytetu Sztokholmskiego, cenionego eksperta od przekleństw. W opublikowanej w 2011 roku pracy Swearing: A Cross-Cultural Linguistic Study [Przekleństwa. Multikulturowe badanie lingwistyczne] definiuje on przeklinanie na podstawie wspólnych cech tysięcy przebadanych przykładów jako:

– użycie słów objętych tabu, jak „kurwa” czy „gówno”;

– użycie ich niedosłownie;

– użycie ich w sposób sformalizowany;

– użycie ich w celu podkreślenia emocji – przeklinanie informuje nas o stanie umysłu mówcy.

W książce What the F [Co do ch…?] Benjamin K. Bergen wskazuje, że wśród siedmiu tysięcy języków istnieje olbrzymie zróżnicowanie liczby, sposobów użycia i rodzajów wulgarnych słów3. Na przykład Rosjanie dysponują niemal nieskończonym zasobem przekleństw, nawiązujących zazwyczaj do prowadzenia się matki rozmówcy, a umożliwia im to złożona fleksja. W Japonii, w której według mojej wiedzy tabu związane z wydalaniem właściwie nie istnieje (stąd emotikon przyjaznej kupy), nie ma odpowiedników słów takich jak „gówno” lub „szczyny”, ale wbrew powszechnym przekonaniom istnieje kilka innych wulgaryzmów. Kichigai to w luźnym tłumaczeniu „debil” i zwykle to słowo jest wycinane w programach telewizyjnych, podobnie jak kutabare (zdychaj). I – tak jak w wielu innych językach – królową wulgaryzmów jest manko, słowo odnoszące się do części ciała objętej tak silnym tabu, że w 2014 roku aresztowano japońską artystkę Megumi Igarashi, która zaprezentowała w Tokio instalację zbudowaną z trójwymiarowych modeli jej własnej manko.

Języki różnią się repertuarem przekleństw: to naturalna konsekwencja różnic kulturowych. Bergen sugeruje, że języki można przyporządkować do czterech klas, i nazywa to zasadą Jebanego Obsranego Świętego Czarnucha. Wskazuje ona na dominację przekleństw natury religijnej, seksualnej lub skatologicznej. Czwarta kategoria obejmuje przekleństwa rasowe, ale na razie nie udało się znaleźć języka, w którym przeważałby ten typ wulgaryzmów. Oprócz tego mamy języki, w których tematy tabu obejmują nazwy zwierząt. W Niemczech można na przykład zapłacić od trzystu do sześciuset euro grzywny za nazwanie kogoś tępą krową i do dwóch i pół tysiąca euro za wyzywanie od starych świń4. Holendrzy natomiast mają bogaty repertuar wyzwisk związanych z chorobami: życzenie policjantowi, by zachorował na raka (Kankerlijer), może skończyć się dwuletnią odsiadką5.

Bergen skupia się również na tym, czy przekleństwa odróżniają się jakoś szczególnie od innych elementów języka. W amerykańskiej odmianie angielskiego wulgaryzmy są raczej krótsze od przeciętnych słów, z odwrotną sytuacją mamy natomiast do czynienia w językach francuskim i hiszpańskim. Nie łączy ich również podobieństwo brzmień, bo to, co w jednej mowie brzmi zupełnie niewinnie, w innej będzie krańcowo obraźliwe. Już Shakespeare wykorzystał to dla żartu w scenie lekcji angielskiego w Królu Henryku V. Księżniczka Katarzyna uczy się angielskiego od swojej służki, Alicji. Poznawszy takie słowa, jak łokieć, szyja i podbródek, pyta, jak powiedzieć stopa i suknia. A następnie wpada w histerię. Żart opiera się na podobieństwie brzmienia foot (stopa) z foutre (wytrysnąć, pierdolić) i count (nieprawidłowej wymowy gown), które kojarzy się z con (chuj, dupek, wielofunkcyjny wulgaryzm francuski).

Katarzyna reaguje krzykiem – w wolnym tłumaczeniu (u Shakespeare’a po francusku) brzmi to mniej więcej tak: „Pierdolić i chuj? Bożeż ty mój! Tak okropne, nieprawe, wulgarne i plugawe słowa nie przystoją przecież damie! Za nic w świecie nie wyrzeknę ich przed panami Francji! Och! Pierdolić i chuj!”.

Jeśli długość słowa, wymowa i brzmienie nie podpowiadają nam, czym są wulgaryzmy, to na czym możemy się opierać? Niektórzy lingwiści próbują definiować przeklinanie jako czynność angażującą pewne części mózgu. W książce The Stuff of Thought: Language as a Window into Human Nature [Treść namysłu. Wgląd w ludzką naturę za pomocą języka] językoznawca i psycholog Steven Pinker twierdzi, że przekleństwa różnią się od „prawdziwego” języka, i sugeruje, że nie tworzą się one w tej części mózgu, która odpowiada za złożone myślenie, czyli w korze mózgowej. Miałyby raczej pochodzić z części podkorowej, która odpowiada za ruch, uczucia i funkcje biologiczne. Zgodnie z sugestią Pinkera przekleństwa są bliższe zwierzęcemu skamlaniu niż ludzkiej mowie.

Biorąc pod uwagę najnowsze badania, nie mogę się zgodzić z tą opinią. Przeklinanie bez wątpienia jest głęboko zrośnięte z naszym zachowaniem, ale z definicji Pinkera wynika, że przekleństwa to pierwotna, prymitywna część naszego leksykonu; coś, co powinniśmy pozostawić za sobą w toku ewolucji. Istnieje wiele badań dowodzących tego, jak istotne dla ludzi jest przeklinanie i w jaki sposób rozwijało się razem z kulturą i ze społeczeństwem, a czasem wpływało na ich ukształtowanie. Przekleństwa to nie tylko zwierzęcy jęk, ale i złożone zjawisko, nabrzmiałe od znaczeń emocjonalnych i kulturowych.

!

Skoro chcemy zdefiniować przeklinanie, to dlaczego nie zajrzymy najpierw do słownika? Cóż, nie zaglądamy tam między innymi dlatego, że słowniki potrafią być w tej kwestii niezwykle pruderyjne. Gdy w 1538 roku sir Thomas Elyot tworzył słownik angielszczyzny, nie miał żadnych wątpliwości, kogo mogą interesować brzydkie słowa, i dlatego ich w nim nie zamieścił. „Jeśli zaś kto ku płochej uciesze szuka tu obscenów, doradza się, by z innych słowników korzystał”6. Kiedy zaś dwie damy z towarzystwa pochwaliły doktora Johnsona za pominięcie „wstrętnych słów” w jego dziele, ten odpowiedział: „Ależ moje drogie! Czyż to nie oznacza, że ich szukałyście?”7. W apogeum wiktoriańskiej pruderii Oxford English Dictionary nazywał trousers (pludry) „niewymownymi”, a jeszcze w dwudziestym wieku, kiedy już wprowadzono do niego wszystkie religijne i rasowe epitety, słownik wciąż nie obejmował takich słów jak fuck, cunt (pizda) i the curse (ciota). Co ciekawe, miesiączka doczekała się wielu eufemizmów (ciota, szkarłatny przypływ, mecz Arsenalu i wizyta cioci), nigdy jednak nie stała się źródłem nowej kategorii przekleństw. Jedyny znany mi wyjątek to bloodclaat z jamajskiego języka patois. Nawet pod koniec dwudziestego wieku różni leksykografowie odrzucali słowa, których nie akceptowano w kulturalnym społeczeństwie. W 1976 roku z amerykańskiego słownika Webstera wypadły słowa dago, kike, wop i wog (makaroniarz, parch, italianiec i bambus), o czym wspomniano w przedmowie: „Nie lękamy się drukować prawdziwych wulgaryzmów, ale te rasistowskie i etniczne wyzwiska są w dzisiejszych czasach coraz rzadziej spotykane”.

Redaktorzy słownika mieli dobre intencje, ale byli jednak odrobinę zbyt idealistyczni. Eliminowanie słów ze słownika nie sprawia, że przestają istnieć w mowie. Być może redaktorami kierowała nadzieja, że w 1976 roku rozpocznie się nowa era rasowej i etnicznej harmonii, ale z perspektywy kolejnych czterech dekad wygląda to naiwnie.

Cóż więc decyduje o tym, że jakieś słowo jest prawdziwą obsceną? Odpowiedzi możemy udzielić my wszyscy. To w swoich grupach społecznych, we własnych plemionach podejmujemy decyzję, co jest objęte tabu i które z tych tabu można łamać z powodów emocjonalnych bądź retorycznych. Nawet w obrębie jednego kraju przynależność do określonej klasy społecznej może wpływać na to, co uznajemy za przekleństwa. Zgodnie z tym, co czytamy w pochodzącym z 1927 roku eseju Roberta Gravesa Lars Porsena Or the Future of Swearing and Improper Language [Lars Porsena, czyli rzecz o przyszłości wulgaryzmów i plugawej mowy], wśród klas niższych niewybaczalne było nazwanie kogoś bękartem, podczas gdy w towarzystwie, do którego należał sam Graves, o wiele bardziej obraźliwe było słowo „pedał”. (Autor nie potrafi się nawet przełamać, by umieścić to słowo w druku, i używa eufemizmów, takich jak „osobnik uzależniony od nienaturalnych praktyk” i dziwnie ksenofobiczny „bułgarski odstępca”).

„Wśród klas rządzących bękart, który często miewa w swych żyłach krew szlachecką czy nawet królewską, cieszy się większą tolerancją” – pisze Graves, później zaś teoretyzuje dość naiwnie, że „pedał” wywołuje mniejszą obrazę wśród klas niższych, „które częściej wolne są od homoseksualnych upodobań”. „Gdy jednak trzydzieści lat temu wypisano to słowo na klubowej tablicy, rzucając oskarżenie przeciw jednemu z członków, wybuchł olbrzymi społeczny zamęt, a kurz po tych wydarzeniach nie opadł aż do dziś” – dodaje autor. Nie może się nawet zdobyć na to, by wspomnieć Oscara Wilde’a z nazwiska.

Jednak mimo że różne grupy posługują się różnymi słowami, większość wulgaryzmów jest zaskakująco schematyczna. Przekleństwa, przynajmniej w języku angielskim, opierają się na kilku powtarzalnych konstrukcjach. Geoffrey Hughes, autor Swearing: A Social History of Foul Language, Oaths and Profanity in English, wskazuje na przykład, że słowa takie jak Christ, fuck, pity i shit nie mają ze sobą nic wspólnego poza tym, że można ich użyć w konstrukcji z użyciem ’s sake (for Christ’s sake – na miłość boską, for fuck’s sake – kurwa mać, for pity’s sake – na litość boską).

Zaczęłam się zastanawiać nad regularnie używanymi przeze mnie konstrukcjami i uświadomiłam sobie, że wiele z nich jest poprawnych gramatycznie, ale pojawia się bardzo rzadko, a niektóre są gramatycznie niepoprawne, jak cock it (wyjebiaj) albo oh, do cock off (odjeb się), ale używam ich regularnie! Shit bywa czasownikiem i rzeczownikiem, ale nigdy chyba nie słyszałam, by ktoś traktował „srać to” czy „sram cię” jako kompletne zdanie. Shit jako czasownik ma aktualnie jasno określone znaczenie – w zdaniach takich jak You’re shitting me! (Co ty mi tu srasz!) oznacza koloryzowanie lub kłamanie i wywołuje uroczo archaiczną odpowiedź: I shit you not (Nie sram ci wcale).

Tymczasem niezwykle elastyczne fucking (pieprzenie) i buggery (pederastia) dają się dopasować do niemal każdej konstrukcji przekleństw.

Ofcom, brytyjska organizacja nadzoru nad mediami, przeprowadziła niedawno ankietę na temat stosunku publiczności do przekleństw w radiu i telewizji8. Z „wielkiej czwórki” angielskich bluzgów (religijnych, seksualnych, skatologicznych lub rasistowskich) za najmniej obraźliwe uznane zostały przekleństwa religijne, a na drugim końcu skali znalazły się wyzwiska o podłożu seksualnym lub rasistowskim. Nieopublikowane jeszcze badania, przeprowadzone na trzystu siedemdziesięciu sześciu ochotnikach i oparte na nagraniach ponad dziesięciu milionów wypowiedzianych słów, dowodzą, że z naszej codziennej mowy zniknęło wiele homofobicznych i rasistowskich obelg.

Wyk. 1. Przekleństwa łagodne i wulgarne w podziale na kategorie na podstawie ankiety przeprowadzonej przez Ofcom w 2016 roku

Znajome klasyki, w rodzaju „spierdalaj” czy „jeb się”, zdają się nam towarzyszyć od zawsze i na pewno nie straciły swej mocy. Mimo to przewiduję, że w ciągu paru pokoleń staną się równie archaiczne jak „do diaska” czy „rany boskie”. Wraz ze zmianami wyznawanych przez nas wartości nieustannie zmieniają się też nasze przekleństwa.

Jak zmieniały się przekleństwa

Przeklinanie pełni funkcję wskaźnikową podobną do tej, jaką pełniły kanarki w kopalniach – pokazuje tabu obecne w danej społeczności. Sto pięćdziesiąt lat temu „Jezu Chryste!” było równie wulgarne jak dziś „kurwa” i „gówno”. Zarazem jednak w powieściach Marka Twaina i Agathy Christie, a nawet w dziecięcych rymowankach pojawiają się słowa, których dziś na pewno nie użylibyśmy w kulturalnym towarzystwie.

Stosunek do przekleństw również podlegał wielu zmianom na przestrzeni dziejów. W czasach szekspirowskich Mistrz Dworskich Rozrywek – mocno niefortunna nazwa funkcji – dbał o to, by sceny londyńskich teatrów wolne były od wulgaryzmów. To dlatego pierwsze, oryginalne quatro Otella i Hamleta zawierają takie wulgaryzmy jak sblood (na krew boską) i zounds (rany boskie), które zniknęły z późniejszego wydania folio. W międzyczasie minęło kilka pokoleń, a zounds stało się słowną skamieliną, istniejącą jedynie na papierze. Zmieniła się także jego wymowa – zaczęto wymawiać je „zaunds”, a dzięki gorliwemu plewieniu z dzieł kultury słowo to straciło wszelkie związki ze swoim źródłem.

Cenzurowanie Shakespeare’a to nie jedyny dowód na nasz zmienny stosunek do tego, co społecznie akceptowalne. Lingwiści i historycy badający długoletnie trendy zauważyli, że do poważnej zmiany doszło w epoce renesansu. Średniowiecze kierowało się zupełnie innymi normami prywatności i skromności. Rozmowy o funkcjach biologicznych i częściach ciała niekoniecznie były uznawane za obsceniczne czy wulgarne. Tymczasem w renesansie właśnie określenia odnoszące się do cielesności stały się prawdziwymi wulgaryzmami i zastąpiły w tej roli religijne klątwy i wyzwiska.

Ewolucja wciąż trwa, a dziś rolę słów niewymownych coraz częściej odgrywają obelgi odnoszące się do rasy, seksualności lub ułomności – między innymi dlatego, że staliśmy się bardziej świadomi skutków myślenia opartego na różnicowaniu. Różnicowanie to potężny mechanizm umysłowy, który odziedziczyliśmy po najprymitywniejszych społecznościach naczelnych. Mamy tendencję do podświadomego zauważania różnic między sobą i dzielenia innych na podobnych i niepodobnych do nas samych. Jesteśmy ufniejsi i bardziej szczodrzy wobec tych, którzy jakoś nas przypominają. Problem w tym, że od setek lat (co najmniej!) grupy obdarzone większą władzą prześladują i wykorzystują tych, którym powiodło się gorzej. A słowa, którymi określamy przedstawicieli słabszych grup, zwykle wzmacniają wzorce podporządkowania i mogą prowadzić do potężnych wybuchów emocjonalnych. Jak pisze Steven Pinker (biały mężczyzna) na łamach „New Republic”: „Usłyszeć słowo «czarnuch» (nigger), to zmierzyć się z myślą, choćby tylko przelotną, że w byciu Afroamerykaninem jest coś godnego pogardy”9.

Dyskomfort wywołany tym słowem zależy od twojego podejścia do kwestii rasowych, podobnie jak dyskomfort wywołany bluźnierstwem powiązany jest ze stosunkiem do wiary w bóstwa. Mam świadomość, że jestem produktem swojej epoki, klasy i wychowania, i uważam rasistowskie i seksistowskie bluzgi za dużo gorsze od jakiegokolwiek „gówna” czy innego „pierdolenia”. Zdecydowanie wolałam, gdy to funkcje cielesne nadawały moc przekleństwom, a nie rasa czy preferencje seksualne. Bez pierdolenia większości z nas nie byłoby na świecie, a skatologia jednoczy cały rodzaj ludzki: jak mawia japoński pisarz Tarō Gomi, „każdy robi kupę”.

Kto i dlaczego przeklina?

Muszę przyznać, że nadzwyczaj często używam ulubionych przekleństw. Robię to, by kogoś rozbawić, zacieśnić więzy przyjaźni, pokazać, że „mam jaja” i jestem twarda. I podobnie jak większość ludzi sięgam po przekleństwa w chwilach bólu oraz frustracji – żeby rozluźnić nastrój, ale i ostrzec, że jestem na skraju sięgnięcia po przemoc. Kiedy miałam niewiele ponad dwadzieścia lat, zamieszkałam we Francji. Pewnego wieczoru w drodze do domu zostałam osaczona przez faceta, który uparł się, żeby wepchnąć mi rękę pod koszulkę. Choć nie przykładałam się jakoś szczególnie do nauki francuskich przekleństw, sama byłam zaskoczona tym, jak biegle kazałam skurwysynowi ruchać się w dupę. Po zaledwie paru tygodniach oglądania francuskich filmów i telewizji nieświadomie podłapałam wystarczający zapas słów, by pogonić ulicznego natręta.

I wcale nie twierdzę, że jestem jakimś wyjątkiem. Istnieją oczywiście ludzie, którzy przysięgają, że nigdy nie używają wulgarnych słów, ale prawie każdego można w ten czy inny sposób sprowokować do puszczenia wiązanki (wyjątek stanowi pewna grupa pacjentów po wylewie; ich kompletna niezdolność do przeklinania pozwoliła nam zidentyfikować rolę uczuć w mózgu). Dowiedzieliśmy się też, że mężczyźni przeklinają nieco więcej od kobiet, ale różnica między płciami stale się zmniejsza. Wiemy, że osoby o poglądach lewicowych używają wulgaryzmów w serwisach społecznościowych częściej niż prawicowcy10 oraz że przeklinanie wcale nie świadczy o ograniczonym słownictwie11.

Wszyscy przeklinający używają dwóch typów przekleństw, do których będę się odnosić w niniejszej książce. Naukowcy i lingwiści dokonali przydatnego rozróżnienia na przekleństwa intencjonalne i nieintencjonalne. Pierwsze z nich są celowe, ukierunkowane na efekt, a strukturę, brzmienie i znaczenie nadaje im lewa półkula mózgu. Drugie pojawiają się w chwilach zaskoczenia lub bólu i za te wybuchy odpowiada część mózgu, która zawiaduje naszymi emocjami. Nie oznacza to jednak, że ten podział jest ścisły: aby tworzyć i rozumieć przekleństwa, mózg działa na wiele skomplikowanych sposobów, które dopiero zaczynamy pojmować.

Nawet tym, którzy świadomie unikają przekleństw intencjonalnych, od czasu do czasu zdarza się wybuch emocji. Jednak ze względów badawczych mamy więcej danych na temat pierwszego typu przeklinania. Nie tylko dlatego, że w celu sprowokowania wulgarnego wybuchu trzeba badanego nieraz całkiem dosłownie zaszokować, a to jest nieetyczne, lecz także z tego powodu, że dużo łatwiej znaleźć wolontariuszy do badań przekleństw intencjonalnych.

Zaginiony kutas, nieobecna dupa: uwagi o różnicach w angielszczyźnie

Podczas pisania tej książki wielokrotnie musiałam się zmagać z kwestią różnic w najrozmaitszych odmianach języka angielskiego, ponieważ wiele badań pochodziło z Ameryki Północnej, Nowej Zelandii i Australii. We wszystkich tych krajach mówi się po angielsku, ale przekleństwa nadają każdemu z nich pewien rys charakterystyczny.

Najwięcej zdaje się łączyć Wielką Brytanię, Nową Zelandię oraz Irlandię. Dumna tradycja żartobliwych pyskówek i zdrowa niechęć do autorytetów zaowocowały w każdym z tych miejsc bogactwem przekleństw. W Stanach i Kanadzie podejście do wulgarnego języka jest bardziej zróżnicowane. Istnieją spore grupy społeczne, dla których jakakolwiek wulgarność jest skrajnie obraźliwa. Członkowie tych grup całkowicie powstrzymują się od przekleństw intencjonalnych, nie licząc tych najlżejszych. Przez sporą część dwudziestego stulecia oba kraje wciąż znajdowały się pod wpływem wiktoriańskiej wrażliwości. Ponoć Winston Churchill dotknął niegdyś do żywego amerykańską damę z towarzystwa, gdy poprosił przy stole o pierś z kurczaka. Dama miała odrzec: „W naszym kraju prosi się o jasne lub ciemne mięso”. Aby przeprosić za ten nietakt, sir Winston wysłał jej orchideę i – jak to on – dołączył do niej liścik o treści: „Mam nadzieję, że godnie ozdobi pani białe mięso”12.

Nie znaczy to oczywiście, że Wielka Brytania uniknęła pruderii, ale dryf genetyczny między obiema kulturami sprawia, że nie wszystkie przekleństwa da się przełożyć wprost. W Wielkiej Brytanii pytanie: Can I bum a fag?13 to mało oburzająca próba wysępienia papierosa, ale już fanny pack14 kojarzy się całkiem ginekologicznie. Różnice pojawiają się również w nazwach zwierząt. Jeśli chodzi o koguty, brytyjskie cockerels15 w Kanadzie i Stanach zamieniają się w roosters; a w przypadku karaczanów brytyjskie cockroachs (karaczan) w Ameryce zmieniają się w pozbawione męskości roachs. Tutaj, w Wielkiej Brytanii, ill-treated ass16 prędzej skończyłby w schronisku dla osłów niż na ostrym dyżurze.

Ze względu na olbrzymi wpływ amerykańskiej kultury na resztę świata większość z nas jest zaznajomiona z amerykańskimi wulgaryzmami. Amerykanie natomiast mogą razem z nami doceniać Downton Abbey i Doktora Who, ale żaden z tych seriali nie da im adekwatnej wiedzy o brytyjskiej sztuce przeklinania. Zdarzało mi się w związku z tym tłumaczyć czasem subtelności brytyjskich bluzgów moim amerykańskim kolegom. Słowa, które wywołują największe nieporozumienie, to tosser, wanker i twat, więc z myślą o moich zagranicznych czytelnikach przygotowałam ten oto poręczny przewodnik.

Picie w brytyjskich pubach jest bardzo zrytualizowane. Napoje kupuje się zwykle na kolejki – jedna osoba stawia całej reszcie. Każdy z uczestników spotkania ma obowiązek postawienia własnej kolejki i wypicia wszystkich pozostałych. To wyjaśnia, dlaczego duże grupy Brytyjczyków regularnie zalewają się w trupa – zmusza nas do tego uprzejmość. Odmowa uczestnictwa… cóż, miałam stwierdzić, że „gdy odmawiasz udziału, skazujesz się na bycie na marginesie”, ale w rzeczywistości, jeśli zależy ci na opinii uprzejmego człowieka17, odmowa jest dla ciebie nie do pomyślenia. Mając to na uwadze, spotkajmy się z trójką naszych znajomych – Adamem, Barrym i Chrisem.

– Adam zapomniał portfela. Będzie musiał pożyczać, żeby postawić kolejkę. Adam to tosser – ciul.

– Barry również zapomniał portfela, ale nie pożycza pieniędzy, pije i nie stawia. Barry to wanker – chuj.

– Chris zawsze „zapomina” portfela, wypija każdą postawioną kolejkę, a w drodze powrotnej próbuje naciągnąć pozostałych na kebab. Chris to twat – zjeb.

W obronie przeklinania

W tym właśnie tkwi moc przekleństw: choć szokują, są zaskakująco subtelne. Używane umiejętnie mogą być kpiarskie, zabawne, oburzające lub bezpośrednio obraźliwe. A kiedy je wypowiadamy lub słyszymy, w naszych umysłach i organizmach dzieją się zaskakujące rzeczy. Przekleństwa pomagają nam wytrzymać ból, złagodzić stres, nawiązać więzi, a nawet nauczyć się nowych języków. Są to najprawdopodobniej najstarsze formy naszego języka, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, jak chętnie inne naczelne wymyślają własne przekleństwa i jak odkrywają, że jest to kurewsko przydatne.

Słyszy się często, że przeklinanie nie jest zbyt mądre ani skuteczne, że stanowi oznakę ograniczonego słownictwa lub intelektu. Mogę was jednak zapewnić, że bywa inteligentne i potężne, jest także społecznie i emocjonalnie niezbędne. Uczy nas, jak działa nasza psychika i jak działają układy społeczne. A to, co już wiemy na ten temat – i to, w jaki sposób do tego doszliśmy – jest zdumiewająco zajebiste!

Bronię przekleństw z tak gorliwą żarliwością nie tylko ze względu na wolność wypowiedzi, ale również dlatego, że przynoszą nam one różne korzyści, zarówno indywidualnie, jak i całemu naszemu gatunkowi. Staramy się je ignorować, ponieważ wywołują wiele emocji, ale badania dowodzą, że powinniśmy uważnie przysłuchiwać się przeklinającym osobom, ponieważ często mają do powiedzenia coś istotnego. Nikogo nie zachęcam do zwiększenia częstotliwości użycia bluzgów, ale weźcie je kurwa przynajmniej uszanujcie.

Rozdział 1. Bluzgający mózg – przekleństwa i neurobiologia

Większość wiedzy na temat ludzkiego mózgu zdobyliśmy metodą prób i błędów, zwykle zresztą z przewagą tych drugich. Niektórych z najbardziej przełomowych odkryć w neurobiologii dokonano w wyniku tak skomplikowanych działań jak wtykanie palca w dziurę w czyjejś głowie, spacerowanie po wiktoriańskich szpitalach psychiatrycznych oraz – rzecz jasna – badanie przekleństw.

Dzięki skatalogowaniu funkcji i obszarów mózgu neurobiologia pomaga nam zrozumieć, jak i dlaczego przeklinamy. Działa to zresztą dwutorowo: zrozumienie, dlaczego i jak przeklinamy, pomaga nam odtworzyć strukturę mózgu. Weźmy na przykład jedną z pierwszych i najsławniejszych spraw w historii neurobiologii, przypadek robotnika kolejowego Phineasa Gage’a.

Pewnego popołudnia pod koniec sierpnia w 1848 roku Phineas Gage tyrał w pocie czoła przy wysadzaniu skał w głębi stanu Vermont. Ze wszystkich opowieści wynika, że był robotny i powszechnie lubiany, a rozwój amerykańskiej kolei w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku dodał mu skrzydeł. Szefostwo twierdziło, że był ich najbardziej wydajnym i najzdolniejszym pracownikiem, a w raportach opisywano go jako „zapalczywego i upartego”. I to właśnie upór oraz zapalczywość zadecydowały o jego losie: jedna decyzja, która sprawiła, że z modelowego pracownika i budowniczego kolei zamienił się w cyrkową atrakcję i cud medycyny.

Jego grupa zajmowała się wierceniem w skałach, które następnie wysadzano, by przygotować miejsce pod tory. Był to ryzykowny proces: po dokonaniu odwiertu dziurę wypełniano materiałem wybuchowym i wkładano do niej lont. Na końcu całość przysypywano piaskiem i „ubijano” za pomocą metrowego, sześciokilowego żelaznego drąga. Nie do końca wiadomo, co tamtego dnia poszło nie tak, kiedy jednak Gage wepchnął swój drąg w głąb odwiertu, musiała powstać iskra, która doprowadziła do eksplozji. Metalowy pręt przebił się przez głowę Phineasa i poleciał dwadzieścia pięć metrów dalej.

Pierwszy z obecnych na miejscu lekarzy, doktor Edward H. Williams, pisał później, że dziura w głowie Gage’a była tak wielka, że dostrzegł ją, zanim jeszcze wysiadł z powozu, „widać było też wyraźną pulsację mózgu”. Spodziewalibyśmy się, że ktoś z tak poważnym urazem głowy powinien w najlepszym przypadku siedzieć spokojnie, pogrążony w cichej rozpaczy, ale jeśli wierzyć wspomnieniom doktora Williamsa oraz kilku innych świadków, Phineas Gage stał o własnych siłach i rozmawiał z kolegami o szczegółach wypadku.

„Pan Gage upierał się, że pręt przeszył jego głowę na wylot” – pisze Williams. Doktor z początku nie chciał uwierzyć i podejrzewał, że robotnik oberwał w głowę kawałkiem eksplodującej skały. Wtedy jednak Gage „wstał i zwymiotował, wydalając z siebie w tym procesie około połowy filiżanki materii mózgowej”. Nie jest to może dokładna miara, ale trudno odmówić plastyczności temu opisowi. A po wszystkim pacjent wciąż był całkiem przytomny i rozbudzony.

Najciekawsze w tej sprawie jest nawet nie to, że Gage przeżył, ale fakt, że robotnik kolejowy stał się najistotniejszym elementem debaty na temat budowy ludzkiego mózgu. W czasie, gdy przytrafił mu się wypadek, zachodziła właśnie gigantyczna zmiana w myśleniu na ten temat, a naukowcy spierali się, czy nasze mózgi bardziej przypominają deser biszkoptowy czy budyń. Krótkie wyjaśnienie: teoria „budyniu” (nazwa nieoficjalna) zakładała, że nasze mózgi to jednolita masa. W myśl tych założeń każdy fragment mózgu miał wyglądać tak samo, dokładnie jak w budyniu. Zwolennicy „deseru biszkoptowego” utrzymywali, że mózg składa się z różnych elementów i każdy z nich odgrywa odmienną rolę. Jeśli usuniemy jedną trzecią budyniu, nadal mamy jednolity budyń. Jeśli odejmiemy którąś warstwę deseru biszkoptowego, otrzymamy coś jeszcze bardziej żałosnego niż deser biszkoptowy. Z dzisiejszej perspektywy zadziwiające jest, że w ogóle na ten temat dyskutowano, ale w 1848 roku nie znano metod skanowania mózgu, nie udawały się też poszukiwania szczęśliwców po urazach mózgu, których można by było poddać szczegółowej obserwacji. W takich warunkach debata nie milkła.

Większość naszej wiedzy na temat Gage’a pochodzi z obserwacji doktora Johna Martyna Harlowa, który przejął ten przypadek. Jest on autorem dwóch prac, w których szczegółowo opisał obrażenia pacjenta oraz ich następstwa. Pierwsza z nich nosiła przekonujący tytuł Passage of an Iron Rod through the Head [O przejściu żelaznego pręta przez czaszkę], a jej kontynuacja została zatytułowana równie wymyślnie: Recovery from the Passage of an Iron Bar through the Head [O rehabilitacji po przejściu żelaznego pręta przez czaszkę].

Harlow miał dociekliwy umysł, stalowy żołądek i musiał się odznaczać wielkim talentem przekonywania, opisuje bowiem, że całkiem dosłownie dostał się do wnętrza głowy Gage’a, by zbadać – za pomocą samego dotyku – dokładny kształt rany. Chciał też sprawdzić, czy nie utknęły w niej odłamki lub kawałki kości, więc jakieś trzy godziny po wypadku wetknął palec w głowę pacjenta:

„Mój palec wskazujący pogrążył się [w ranie] aż do samego końca, nie napotykając żadnego oporu, i podążył w kierunku rany wylotowej w policzku, w której umieściłem drugi palec wskazujący”.

Uderzający obraz, prawda? A to tylko jedna z wielu skrupulatnych metod, do których musiał się uciec. W następnych latach Gage był wielokrotnie rysowany, wykonywano odlewy jego głowy, poddawano go niezliczonym badaniom i pomiarom. Ostatecznie Harlow doszedł do wniosku, że zniszczeniu uległa lewa półkula mózgu pacjenta (pamiętne pół filiżanki), a prawa pozostała w nienaruszonym stanie.

Dziś wiemy, że jego diagnoza była bezbłędna. Poczynione przez niego obserwacje zostały potwierdzone w 2004 roku przez lekarzy z bostońskiego szpitala Brigham and Womens, którzy wykonali trójwymiarowy model czaszki Gage’a – Harlow dostał ją od rodziny robotnika po jego śmierci – i pokazali dokładną trajektorię stalowego pocisku. We wszystkich detalach odpowiadała ona opisom Harlowa18.

Szczegółowa natura jego zapisków jest niezwykle ważna, odegrała bowiem znaczną rolę w zrozumieniu, jak istotna jest budowa naszych mózgów. Po wypadku Gage całkowicie odzyskał zdrowie, ale stał się innym człowiekiem – do tego stopnia, że ci sami szefowie, którzy opisywali go jako „bystrego i zdolnego”, rok później nie chcieli go przyjąć na poprzednie stanowisko pracy. Zanim umarł, dwanaście lat po wypadku, pracował jako najemny robotnik sezonowy. Wśród wielu symptomów, jakie pojawiły się u niego po wypadku, było zupełnie nowe upodobanie od przekleństw. Harlow wspomina, że robotnik kolejowy stał się „niespokojny, niepokorny i nader często pławił się w najgorszych bluźnierstwach (choć wcześniej nie leżało to w jego zwyczaju)”.

Z tych właśnie powodów Gage był tak ważnym elementem deserowej debaty na temat budowy mózgu. Gdyby rację mieli budyniści, pacjent mógłby stracić fragment mózgu i wciąż normalnie funkcjonować. Jego mózg działałby jak zawsze, tylko byłby trochę mniejszy. Wypadek jednakże całkowicie go odmienił i to na zbyt wiele znaczących, zawiłych sposobów, by przypisać to jedynie uderzeniu w twarz sześciokilowym pociskiem. „Wygląda na to, że zniszczeniu uległa równowaga pomiędzy jego zdolnościami intelektualnymi i zwierzęcymi popędami” – pisał Harlow. Pamięć, inteligencja i umiejętności pozostały w nienaruszonym stanie, ale samokontrola runęła. Nowa skłonność do przekleństw – używania „najgorszych bluźnierstw” – wskazywała, że w lewej części płata czołowego musiała mieścić się jakiś istotny fragment jego dawnej osobowości.

!

Ludzie, którzy optowali za złożoną budową mózgów, nie rozumieli tego zjawiska w taki sposób, jak dziś je rozumiemy. Większość teoretyków była wówczas zafascynowana frenologią: nauką, która głosiła, że można wyczytać czyjąś osobowość z ukształtowania czaszki.

Była to tak popularna w owym czasie moda naukowa, że gazety i tygodniki z lubością donosiły o frenologicznych „dowodach” w sprawach kryminalnych. Frenologia i sprawa Gage’a połączyły się na łamach kilku gazet z epoki, między innymi w tekście Alive from the Dead, Almost [Powrót zza grobu! Niemal!], opublikowanym przez „North Star” z Danville w stanie Vermont. Jego autor uznał, że frenologia to doskonałe narzędzie do wyjaśnienia zmian, jakie zaszły w Phineasie. „Po uderzeniu go w twarz tuż pod kością policzkową [pręt] przebił się przez czubek głowy i przeszedł przez obszar zwany we frenologii ośrodkiem czci”. W roku 1851 „American Phrenological Journal” donosił w tekście A Most Remarkable Case [Nadzwyczajna sprawa], że uszkodzeniu w mózgu Gage’a uległy dwa ośrodki – życzliwości oraz czci – co miało tłumaczyć jego „wulgarność oraz brak szacunku i uprzejmości”. Był to jeden z pierwszych przykładów na wykorzystanie tej sprawy, by poprzeć neurobiologiczne teorie. Będzie się to powtarzało jeszcze kilkakrotnie w ciągu następnych stu pięćdziesięciu lat.

Dziś frenologię uznaje się za pseudonaukę; teorii, na których opierali się badacze, nie potwierdzały prawie żadne dowody. Jednak to właśnie ci pierwsi obserwatorzy temperamentów i zachowań uchylili furtkę, która prowadziła ku myśleniu, że mózg składa się z wyspecjalizowanych obszarów. Od tamtej pory lekarze zaczęli zwracać baczniejszą uwagę na uszkodzenia mózgu i ich konsekwencje. Rozpoczęły się systematyczne badania nad jego budową i jej wpływem na ludzkie zachowania, a teoria „budyniu” nigdy nie zyskała wielkiej popularności. Gdy zakończyła się moda na frenologię, naukowcy zaczęli się zastanawiać, czy sprawa metalowego pręta nie miała donioślejszego znaczenia. Odpowiedź na to pytanie przyniosły wiktoriańskie badania nad przeklinaniem.

Redaktorka inicjująca: Dorota Nowak

Redaktorka prowadząca: Dominika Cieśla-Szymańska

Przekład: Marcin Wróbel

Redakcja: Milena Schefs

Korekta: Karolina Wąsowska, Lena Marciniak / Słowne Babki

Projekt okładki: Joanna Strękowska

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel.+48 22 826 08 82

faks +48 22 380 18 01

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-5788-3

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bluzgaj zdrowo 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów Na drugie Stanisław