Księga Joanny

Księga Joanny

Autorzy: Lidia Yuknavitch

Wydawnictwo: Poradnia K

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI

cena od: 23.61 zł

Akcja powieści dzieje się w niedalekiej przyszłości, w 2049 roku. Ziemię ogarnia geokatastrofa, ludzkość pogrąża się w wojnie. Na zgliszczach planety pozostają garstki, inni przenoszą się na dryfującą w przestrzeni kosmicznej platformę CIEL, którą zarządza charyzmatyczny potwór i dawny celebryta – Jean de Men. Okrutna dyktatura, prześladowania i CIEL – dom po kataklizmie, przeobrażają gatunek ludzki w istoty o białej, niemal przezroczystej skórze, bez zapachu, smaku, cech płciowych. Namiastką doświadczania świata i nową formą narracji staje się dla nich sztuka graftowania tekstów na skórze.

 

Przeciwko Jeanowi de Menowi buntuje się grupa rebeliantów na czele z grafterką Krystyną Pizan. Wzmocnieni heroiczną pieśnią o Joannie – znienawidzonej przez tyrana wojowniczce, posiadającej niezwykłą moc łączącą ją z Ziemią – jednoczą siły, aby obalić jego okrutne rządy.

 

*****

 

Katastrofa ekologiczna, zgliszcza umarłej planety, pogrążone w wojnie bezpłciowe postaci dawnych ludzi poddane dyktaturze populistycznego potwora. Taką prowokująca wizję końca gatunku ludzkiego i historię Wybawicielki świata, Joanny, kreśli Lidia Yuknavitch w „Księdze Joanny”.

Autorka łączy potoczny, sensualny, a czasem obsceniczny język z biblijnym, profetycznym tonem przepowiedni. Rysuje bezduszny i bezowocny świat, w którym bliskość, miłość i zdolność odczuwania stają się artykułami pierwszej potrzeby, bo – jak twierdzi – „Gdy przyjdzie co do czego, dla tych z nas, którzy przeżyli i wniebowstąpili, którzy pogodzili się z ograniczeniem długością życia w zamian za życie częściowe – ostatnim życzeniem nie jest ani władza, ani pieniądze, ani majątek, ani sława. Jak się okazało, ostatnim życzeniem każdego jest miłość: każdy chce, by pochłonęła go prosta, niepokalana historia miłosna – traktująca o byle jakiej miłości: miłości niskiej czy bohaterskiej, miłości zakazanej, miłości ślepej, marnej, miłości, co jest żałosnym kłamstwem – jakiejkolwiek, byle była przeciwieństwem samotności, odosobnienia, aseksualności albo braku osoby, o którą można byłoby się troszczyć, z kim można by porozmawiać”.

 

Być może nie jest to przyszłość tak odległa…? A my „jesteśmy tym, co następuje, gdy po władzę sięgnie celebryta, o jakim nikomu się nie śniło”.

 

O autorce:

Lidia Yuknavitch jest autorką bestsellerowej i nagradzanej powieści ‘The Small Backs of Children’, powieści ‘Dora: A Headcase’ oraz trzech tomów opowiadań. Jej znakomicie przyjęty przez krytykę pamiętnik ‘The Chronology of Water’ znalazł się na liście finalistów nominowanych do nagrody amerykańskiego PEN Center w dziedzinie literatury faktu oraz zdobył nagrody PNBA Award, jak również Readers’ Choice Award, przyznawaną w ramach Oregon Book Awards. Yuknavitch jest pomysłodawczynią i nauczycielką kursu Corporeal Writing (Literatura Cielesna) w Portland w stanie Oregon, gdzie prowadzi zajęcia ze studiów kobiecych, filmoznawstwa i literatury oraz kursy pisarskie. Mieszka w Oregonie wraz z mężem i synem.

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Prolog

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział 1

Przypisy

Tytuł oryginału: THE BOOK OF JOAN

Projekt okładki dla polskiej edycji: KONRAD NOWICKI

Zdjęcie wykorzystane na okładce: ANDREI ALESHYN / Shutterstock.com

Opracowanie typograficzne i skład: MARZENNA DOBROWOLSKA

Redakcja: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Korekta: MAGDALENA GERAGA

© Lidia Yuknavitch, 2017

Published by arrangement with Canongate Books Ltd, 14 High Street, Edinburgh EH1 1TE

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2018

Copyright © for the Polish translation by Kamila Slawinski, 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-66005-10-5

Poradnia K Sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl

www: www.poradniak.pl

Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Ta książka jest dla Brigid

.

Wszyscy jesteśmy dziećmi gwiazd.

Doris Lessing

Heteroseksualność jest niebezpieczna.

Niesie pokusę poszukiwania perfekcyjnej symetrii pożądania.

Zabija wszystkie inne możliwe narracje.

Marguerite Muras

Miej baczenie, jakie historie opowiadasz sobie o pięknie i o inności. Miej baczenie, które z nich „się liczą”.

Tkwią w nich konsekwencje, które zatrzęsą planetą.

Księga Joanny

Prolog

Setki tysięcy lat przed uderzeniem asteroidu Chicxulub, które spowodowało wyginięcie na ziemi dinozaurów, w rejonie Indii, znanym jako trapy Dekanu, wielokrotnie wybuchały wulkany. Spowiły one planetę oparami siarki i dwutlenkiem węgla, zatruwając atmosferę i destabilizując ekosystemy.

Dinozaury i wszelkie inne żywe stworzenia stały na progu śmierci, jeszcze zanim asteroida uderzyła.

Ekosystem trapów Dekanu zmienił się diametralnie. Opary zasłoniły słońce. Śmierć stała się historią, geografia została napisana od nowa. Ziemia jednak się odrodziła. Nie było żadnym cudem, że życie wyginęło, by znowu powrócić. Dzięki zażartej uporczywości żywe stworzenia nie pogodziły się z unicestwieniem.

Życie wróciło, jak powraca zawsze. Z głębin oceanów i rzek, z zamarzniętych biosfer, skutych lodową powłoką, nawet z najgłębszego jądra podziemnych jaskiń, z podobnych grobowcom podziemnych krain – wróciło bogate i różnorodne, jak jedna tylko, inna rzecz na świecie: przestrzeń międzygwiezdna.

Gdy nastąpił kolejny podobny geokataklizm, nie był bynajmniej dziełem przypadku.

KSIĘGA

PIERWSZA

Rozdział 1

Płonąć to jest sztuka.

Zdejmuję bluzkę i podchodzę do stołu, na którym rozłożyłam niezbędne narzędzia. Przecieram całą pierś i ramiona syntetycznym alkoholem. Moje ciało odcina się białością od czerni przestrzeni, w której się unosimy na pokładzie suborbitalnego kompleksu CIEL.

Przez okno, zajmujące całą powierzchnię ściany, widzę odległą mgławicę. Jej gazowe chmury i hipnotyczne odcienie sprawiają, że wstrzymuję oddech. Piękne – co za mizerne słowo. Och, jakże potrzebny jest nam nowy język, odpowiedni dla naszych nowych ciał.

Widzę także umierającą kulkę prochu. Ziemia około roku 2049, nasz dawny dom. Wygląda na rozmazaną, ma kolor sepii.

Mój wzrok przyciąga paprotka stojąca przy oknie. Raczej to, co kiedyś było paprotką. Nigdy nie miałam smykałki do ogrodnictwa, nawet wiele lat temu, gdy mieszkałam na Ziemi. Ta paproć to w zasadzie smutny, pokrzywiony badyl, z którego wyrasta parę brudnozielonych ździebeł; przywiędła, zwisa jak niesprawny, sflaczały fiut. Fotosynteza rośliny jest całkowicie sztucznym procesem. Umarłaby natychmiast, gdyby wystawić ją na „słońce”, jakie teraz mamy, pozbawione powłoki ozonowej. Codziennie narażeni jesteśmy na promieniowanie eksplozji słonecznych, mimo że chronią nas UST-y – Udoskonalone Systemy Technologiczne, jak je nazywają.

Dawno już nie oglądałam CIEL z zewnątrz, ale pamiętam, że wygląda jak widmowa dłoń o zbyt wielu palcach.

Kosmiczne śmieci. Szczury w labiryncie: oto, czym jesteśmy. Wystarczająco daleko od Słońca, by przeżyć w strefie nadającej się do zamieszkania, ale na tyle blisko, że wystarczy jeden błędny ruch, byśmy spłonęli żywcem. Płyniemy na naszej wolno dryfującej stacji, dziele ludzkich rąk, z naszym wściekłoustym Wodzem Imperium, Jeanem de Menem, u steru. Jesteśmy pozostałością ziemskiego życia. Kompleks został zbudowany przez naukowe skrzydła byłych monopoli przemysłu kosmicznego i militarnego, z przeprojektowanych szczątków dawnych stacji orbitalnych. Jest nas tutaj jakieś parę tysięcy, pochodzimy z setek niegdysiejszych krajów. Co do jednego wywodzimy się z dawnych elit rządzących. Pod nami Ziemia jest umierającym kłębkiem prochu. Wysysamy i wypijamy jej zasoby za pośrednictwem niewidzialnych technologicznych pępowin. Niebociągi. To brzmi niemal lirycznie.

Paprotka, podobnie jak wszelka współczesna zieleń, jest produktem klonowania. A ja? Jak nam powtarzają miliony razy, „radykalna zmiana powłoki ozonowej, atmosfery i pola magnetycznego powoduje zasadniczą zmianę morfologii”. Czy to kosmiczny żart z klasy rządzącej? Cisi zaprawdę odziedziczyli Ziemię. A bogacze ssą z niej jak z cycka. Nie sposób orzec, jak wielu cichych pozostało. I czy w ogóle. Wzdycham tak głośno, że niemal widzę dźwięk, który wydobywa się z mych ust. Powietrze tutaj jest gęste i namacalne.

W mej głowie tkwi pieśń, nie pomnę, gdzie zasłyszana. Melodia jest wszechobecna i jednocześnie niedosiężna; szczegóły dryfują w próżni jak kosmiczne śmieci. Czasem wydaje mi się, że doprowadzi mnie do obłędu, ale zaraz przypominam sobie, że obłęd jest najmniejszym z moich problemów.

Dziś są moje urodziny i fragment tej pieśni znikąd nawiedza moje ciało, sporadyczny orkiestrowy grzmot, który rozbrzmiewa przez moment i zaraz cichnie. Dźwięk wypełnia mi uszy i całą głowę, wibracja rozbrzmiewa w każdej kości mego ciała – aż nagle nic. Te „urodziny” oznaczają, że od dziś zaczyna się mój ostatni rok przed wniebowstąpieniem. Mam czterdzieści dziewięć lat, jestem już za stara – stwarzam zagrożenie dla zasobów skończonego, zamkniętego systemu. Władze CIEL być może pozwalają urządzić teatralną ceremonię, gdy twój czas upływa, ale kto umiera, jest umarły, bez względu na to, kiedy żył. Pamiętam, że dawniej, w początkach tutejszego bytowania, ciągle wierzyliśmy, że wniebowstąpienie oznacza wkroczenie w jakiś inny, wyższy wymiar bytu. Że jest nie tylko ucieczką z zamordowanej planety na dryfujący w przestrzeni mikroświat stacji kosmicznej – ale prawdziwą wspinaczką po szczeblach ewolucji umysłu i ducha. Do dziś wydaje mi się absurdalne, że wszystkie te nasze napuszone filozofie, teologie i postęp naukowy oparte były na spojrzeniu ku górze. Każde zwierzę, kiedykolwiek narodzone – nawet ślepe, głupie czy czujące – spoglądało w górę. I co z tego? Co jeśli był to jedynie durny odruch?

Z biegiem czasu uświadomiłam sobie, że jest nas po prostu za dużo, by Imperium Jeana de Mena mogło przetrwać – chyba że ciągle będziemy odkrywać na Ziemi jakieś ukryte skarby albo wyewoluujemy w istoty, które nie będą potrzebować wody i jedzenia. Wodę z naszych trucheł odzyskuje się po śmierci. To jedyny „wynalazek” biotechnologiczny, jakiego tu dokonaliśmy. Potrafimy uzyskać czystą wodę z nieboszczyka. Jak do tej pory, ewolucja tego procesu pozwala nam uzyskać ze świeżego trupa jakieś sto litrów wody – to przydział na przetrwanie około dwudziestu dni. Nie jest to oszałamiający wynik.

Nie wiadomo, czy i jak uda się go poprawić. Wiemy tylko, że próbowaliśmy kombinezonów kosmicznych, odzysku uryny, kondensacji wody z oddechu – wszystkie te technologie doprowadziły wyłącznie do zgonów na skutek zatrucia biotoksynami. Ciągniemy więc co się da z matki Ziemi, wysysając ostatnie soki z jej schorowanego ciała.

Ja i paproć gapimy się na siebie. Gdy tu przybyłam po raz pierwszy, miałam czternaście lat i umierałam z nieodwzajemnionej miłości. A może tylko z miłości, której hormony nie potrafiły powstrzymać. Teraz mam czterdzieści dziewięć, został mi tylko jeden rok więcej. Jeśli dzisiaj hormony mają na nas jakikolwiek wpływ, jest on w najlepszym razie szczątkowy, uśpiona pozostałość innej epoki. Być może wyewoluujemy w kierunku systemów pozapłciowych. A może to tylko pobożne życzenia. Desperacko pobożne. Me gardło się zaciska. Tu nie ma narodzin. Jest trochę młodych, nastoletnich lub dwudziestoparoletnich. Co będzie dalej, nie wiadomo.

Oto mój pokój: stylowo udekorowany kaflami z błękitnoszarego łupka. Materac z pianki termoelastycznej na stalowej płycie, płyta biurka, różne metalowe krzesła, cylindryczna jednoosobowa kabina prysznicowa, komora sanitarna do wydalania odchodów. Najbardziej rzucającym się w oczy elementem tego wnętrza jest wielkie okno na całą ścianę z widokiem na kosmos – albo na zatracenie – osłonięte ochronną roletą, która pozwala zapomnieć, że w każdej chwili Słońce może pożreć nas żywcem, albo czarna dziura może zaczaić się na nas jak na dziecko bawiące się w chowanego.

CIEL to mój dom. Dom, na zawsze daleko od domu.

Mieszkam tu sama. Och, w CIEL są inni mieszkańcy. Kiedyś miałam męża. To dziś tylko słowo, jak dom, ziemia, kraj, jaźń. Może wszystkie nasze doświadczenia są jedynie słowami.

– Uruchom zapis – szepczę w otaczające mnie powietrze w pokoju. Kiedyś tak zmawiało się modlitwy.

– Audiowizualno-sensoryczny? – pyta głos, w brzmieniu podobny trochę do głosu mojej matki. Matka: kolejne słowo i koncepcja zanikająca w pamięci.

– Tak – odpowiadam. Cały pokój wibruje, aktywując zapis każdego mego poruszenia, każdego wydawanego przeze mnie dźwięku.

Zanim zostanę zmuszona opuścić ten padół i zamienić się w proch i energię, zamierzam sobie zrobić dwa prezenty urodzinowe. Pierwszy: spisać moją historię. Och, wiem, jest duże prawdopodobieństwo, że nie przyciągnie ona masowej publiczności, na jaką się nastawiam. Z drugiej strony, nawet dużo mniej spektakularne produkcje poruszyły całe epoki. Poza tym przepełnia mnie ta nieposkromiona ludzka potrzeba opowiedzenia, co się wydarzyło.

Drugi prezent jest bardziej fizycznej natury. Jestem ekspertem od graftów, nowej formy narracji. Zamierzam przekazać potomności moje umiejętności i wiedzę. Chcę uczynić przynajmniej jeden z moich graftów arcydziełem.

Kończę nakładać preparat ściągający skórę. Zaróżowiłam się. Stawiam przed sobą duże lustro i przechylam je, by widzieć odbicie całego mego ciała. Pieśń w mojej głowie gra i gra, podzwaniając od czasu do czasu pomiędzy żebrami.

Jestem właściwie pozbawiona atrybutów płci. Moja głowa jest biała i woskowa. Nie mam brwi ani rzęs, ani pełnych warg, niczego – jedynie wystające kości policzkowe, ramieniowe i obojczyki oraz porty danych: punkty na powierzchni ciała, które pozwalają nam wchodzić w interakcje z technologią. Tam, gdzie powinny znajdować się piersi, mam nieduże wzniesienia, a niewielki wzgórek tam, gdzie powinna być kość łonowa, ale to wszystko. Nic więcej nie pozostało z kobiety. Odchrząkuję i zaczynam mówić:

– Oto historia Krystyny Pizan[1], drugiej córki Rafaela i Risoldy Pizanów. – Przez moment myślę o mych zmarłych rodzicach, nieżyjącym mężu, martwych przyjaciołach, znajomych, wszystkich ludziach, których znałam w czasach dzieciństwa na Ziemi. Potem przywołuję przypominający mleczny kożuch tłum, który żyje na CIEL, chce mi się wymiotować albo płakać.

Moja skóra jest... jak Syberia. Posępna i zmrożona. Lekkie pieczenie płynu ściągającego przypomina mi, że wciąż mam zakończenia nerwowe. Woń w nozdrzach daje znać, że wciąż działają moje zmysły; dane biegnące do mózgu sygnalizują, że me synapsy wciąż jeszcze się nie wypaliły. Wygląda na to, że nadal jestem człowiekiem.

Wymieniamy z paprotką spojrzenia. Ależ z nas para: intelektualistka, co za dużo widziała, i zbyt wiele razy klonowana roślina. Jakież bezowocne przetrwanie. Ale po wielu latach uświadomiłam sobie wreszcie, po co żyję. By wyłowić opowieść z tak zwanej historii. By dokonać tego za pomocą mego ciała i mej sztuki. Wyhodować słowa, wyhodować życia. I by wskrzesić z martwych scenę uśmiercania.

Me sutki twardnieją w chłodnym, słabo oświetlonym pokoju. Rozłożone na stole przede mną narzędzia do graftowania, mego zawodu, budzą się do życia. Dziewiczą połać mojego torsu znaczy gęsia skórka. Niepojęte, jak maleńka i piękna jest ta reakcja. Czy gęsia skórka kiedykolwiek nas opuści?

Spoglądam w me oczy odbite w lustrze i zaczynam prezentację.

– Pod żadnym pozorem nie należy stosować do skaryfikacji narzędzia piętnującego większego niż ręczny klucz. Typ skóry ma ogromne znaczenie; podobnie głębokość wcięcia i sposób opatrywania ran w trakcie gojenia. Blizny zwykle rozszerzają się podczas gojenia. Narzędzia elektryczne są niepomiernie lepsze od tradycyjnych.

Chcę poinstruować innych.

Przysuwam ręczną pochodnię gazową do główki małego stempla do piętnowania.

– Jeśli do wykonania jest symbol, nieskomplikowana reprezentacja, preferowaną metodą jest piętnowanie wielopunktowe zamiast pojedynczego przyciśnięcia; pozwala ono na większą elastyczność i umożliwia nadanie rysunkowi odrobiny stylu, choćby nawet iluzorycznego. Przykładowo, jeśli chcemy uzyskać kształt V, lepiej jest wykonać dwie pojedyncze linie niż używać pojedynczego kawałka metalu o kształcie V. Jeśli jednak planujemy coś, co wymaga misternego rysunku, ozdobnego konturu, wygiętych linii o różnej głębokości, składni, dykcji – narzędzie elektryczne jest oczywistym wyborem. – Ujmuję elektryczne narzędzie. – Bardzo przypomina to, co dawniej zwano pisakiem... – szepczę. – Tyle, że to tutaj jest bardziej odważne. – Podnoszę rękę, by pokazać rozmaite symbole: hebrajskie, amerykańskich Indian, arabskie, sanskryckie, azjatyckie, matematyczne i naukowe.

– Tu oto widzimy pi.

Moje piękne motyle skrzydła – ozdobne i fenomenalne. Zarezerwowałam autoskaryfikację dla ukrytych partii ciała. Aż do teraz.

Robię pierwsze kilka znaków.

– Przypalaniu naskórka towarzyszy zapach przypominający woń węgla drzewnego. – Przerywam na moment, zatrzymując się na mym lustrzanym odbiciu. Mimo iż przywykliśmy do nowego wyglądu, powiedzmy sobie szczerze: mieszkańcy CIEL to paskudne stworzenia. Najpierw utraciliśmy włosy, potem pigment skóry. CIEL podarował ludzkości nowe ciała: zrobił z niej armię białych jak marmur rzeźb. Nie są one jednak tak piękne jak starożytne posągi. Być może wpływ na nasze ciała miała geokatastrofa, może jakieś wczesne wirusy, może błędy w budowie naszego środowiska, może to po prostu zła karma za zamordowanie naturalnego świata. Ostatnio zastanawiam się, co będzie dalej. Co jest dalej, po tej białości? Czy staniemy się przezroczyści? Na Ziemi nikt nie był dosłownie biały. Tutaj staliśmy się naprawdę bezbarwnie biali. Jak albumina jajka.

Skupiam się na tym, co robię.

– Jakkolwiek możliwe jest stosowanie do skaryfikacji laserowego skalpela medycznego, w tej technice stosuje się nie laser, ale pisak elektrochirurgiczny, który wykorzystuje elektryczność do cięcia i wypalania skóry; narzędzie przypomina to, jakim kiedyś posługiwano się w spawaniu ręcznym. Iskry elektryczne przeskakują z ręcznego narzędzia na skórę, odparowując ją.

Biorę do ręki mój pisak elektrochirurgiczny. Przywykłam do tego, by nie marszczyć twarzy, nie wykrzywiać się, nie okazywać żadnej fizycznej reakcji na dziwny ból, jaki temu towarzyszy. Czymże jest ból w obliczu urwania narracji życia?

– To bardziej precyzyjna forma skaryfikacji, ponieważ pozwala artyście kontrolować głębokość i rodzaj uszkodzenia, jakiemu poddaje się skórę. W tradycyjnym, bezpośrednim piętnowaniu gorąco przenosi się na tkanki otaczające stempel, parząc je i uszkadzając. W przeciwieństwie do tego, w piętnowaniu elektrochirurgicznym narzędzie odparowuje skórę tak szybko i precyzyjnie, że sąsiednie połacie skóry prawie nie ulegają uszkodzeniu. O, tutaj widać.

Skóra przy moich obojczykach niemal wrzeszczy. Maleńkie zaczerwienione hieroglify znaczą moją pierś.

W ciągu kilku najbliższych godzin wykonam pierwszą strofę na powierzchni płótna mojej piersi.

– To zmniejsza ból i powoduje, że po zakończeniu skaryfikacji skóra goi się szybciej.

Nie mam już pewności, co tak naprawdę znaczy słowo ból.

Wszystko w życiu ma więcej niż jedną warstwę opowieści. Tak jak skóra: naskórek, skóra właściwa, tkanki podskórne. Moja historia ma podtekst.

– Po raz pierwszy zwróciłam na siebie uwagę CIEL, gdy zakwestionowałam talent literacki wysoko cenionego autora narracyjnych graftów, Jeana de Mena, który dziś jest naszym przywódcą-dyktatorem.

Przerywam.

– Zatrzymaj nagrywanie.

Nazwy rzeczy. Zdradzają naszą głupotę. Na Ziemi CIEL było nazwą międzynarodowej organizacji ekologicznej, ale także młodzieżowej gry wideo popularnej przed Wojnami, przed wielkim geologicznym kataklizmem. Pamiętam. Dziś nazywamy tak nasz dryfujący świat. Cóż za marne bóstwa stworzyliśmy.

I ten Jean de Men. To nazwisko zawsze wydawało mi się prześmieszne. Jan Męski. Napisał narracyjny graft, uważany na CIEL za najsławniejszy utwór naszej epoki. Z czasem, w drodze konsensusu, zaczęto uważać ten tekst za największe arcydzieło wszech czasów. Jak gdyby czas działał w taki sposób. Jak gdyby cała ziemska historia i wszystko po prostu wyparowało.

Boli mnie głowa.

Pieśń w mojej głowie wraca, szydząc ze mnie orkiestrowymi wybuchami; podchodzę jak zniecierpliwiony wojownik do mojego skarbu: skrzyni pełnej przedmiotów z ziemskiego świata, z którymi nie potrafiłam się rozstać. Odsuwam skrzynię na bok – prawdziwy skarb jest pod nią, ukryty w podłodze w komorze, która otwiera się wyłącznie na dźwięk mego głosu.

Wewnątrz jest białe kartonowe pudło. Co nie jest bynajmniej błahostką: w egzystencji pozbawionej papieru, karton jest... czym? Ropą naftową. Złotem. Otwieram pudło i przegrzebuję jego zawartość – płyty CD, wideo, inne starożytne medialne artefakty –moje ręce są jak niecierpliwe pająki. Znam przedmiot, którego szukam, lepiej niż własną kieszeń: porysowany pendrive. Przykładam pendrive do skóry obok tętnicy szyjnej. Nasze szyje, skronie, uszy, oczy – wszystkie te miejsca mają porty danych, pozwalające wchodzić w interakcję z mediami. Implanty i nanotechnologia zagnieździły się na dobre w naszych głowach, wypędzając z nich myśli, migocząc jak żywe tuż pod powierzchnią skóry.

Mój pokój rozświetlają holograficzne projekcje: fragmenty ewolucji Jeana de Mena. Tak naprawdę to perfekcyjna i przerażająca historia kultury konsumpcyjnej. Od jego wczesnych lat jako guru samodoskonalenia, przez niebosiężny wzlot jako autor uwielbiany przez miliony czytelników na całym świecie; potem przejął kontrolę nad telewizją – tym marnym ziemskim narzędziem propagandy – aż wreszcie, co nie mieściło się w głowie, w miarę jak media zamieszkały w naszych domach, opanował kompletnie nasze życie, a jego wystąpienia miały coraz bardziej brutalny charakter. Droga wiodła od oportunistycznego showmana przez uwielbianego celebrytę i miliardera, aż po faszystowskiego zamordystę. Cóż pozostało? Gdy rozpętały się Wojny, nikogo nie zaskoczyła de Mena przemiana w sadystycznego przywódcę wojskowego.

Jesteśmy tym, co następuje, gdy po władzę sięgnie celebryta, o jakim nikomu się nie śniło.

Od naszej egzystencji bolą mnie oczy.

Ludzie zawsze myślą, że to, czego nikt sobie nie wyobrażał, nie może się wydarzyć. Jeśli czegoś nie ma w myślach, nie może istnieć naprawdę. A potem, w mgnieniu oka, w momencie zagrożenia pojawia się postać, która odbiera władzę słabym pragnieniom i błędom, wyłaniająca się jak żebro z piasku. Jean de Men. Dziwaczna kombinacja lekarza wojskowego i duchowego szarlatana. Spragniony wojny hochsztapler. Jakże głupio wierzymy w nasze marne ewolucje. Kolejny przykład błyskotki, która nas bawiła, a potem pożarła. Konsumujemy i stajemy się dokładnie tym, co tworzymy. Niezmiennie.

Gapię się na holograficzny urywek: groteskowo bulwiasta głowa Jeana de Mena, jego krzykliwe oblicze złożone głównie z czoła: „Wasze życie nie jest dla nich, tych cuchnących śmieci opierających się przyszłości, lgnących do Ziemi w obawie o życie, którego nie da się na niej utrzymać. Ziemia była zaledwie pierwszą gospodynią naszego przyszłego, niebiańskiego bytowania. Jeśli tylko zwrócicie wzrok ku wyższej prawdzie, wasze życie może być spełnione i usprawiedliwione”. Rozpoznaję słowa z jego niekończących się, cotygodniowych wystąpień, przeszywających każde wnętrze na CIEL, tych deklamacji jego najlepszych autocytatów.

Bulgocząca żółć napływa mi do gardła.

Przewijam to durne nagranie, próbując odnaleźć pieśń, ale nie znajduję nawet jej śladu. Zaczynam powątpiewać w swoje przekonanie: dlaczego skojarzyłam ją z nim? Czy tylko wymyśliłam sobie ten niedorzeczny soundtrack jego dojścia do władzy? A jeśli nie stąd pochodzi, to skąd? To jakby pieśń przyszła z otaczającego nas kosmosu, wprost z olbrzymiej paszczy czy gardła, w której – jak sobie czasem wyobrażam – żyjemy.

– Kontynuuj zapis audio – mówię, biorąc wdech. – Cofnij. Po raz pierwszy zwróciłam na siebie uwagę na CIEL, gdy zakwestionowałam talent literacki wysoko cenionego autora narracyjnych graftów Jeana de Mena. – Ocieram brew. Mimo że od lat się nie pocę, mogłabym przysiąc, że czuję na niej wilgoć.

– Graft, który stworzył, był, jak się złożyło, romansem, i szybko zyskał sporą sławę: powszechnie kupowany, powszechnie celebrowany przez tak zwanych ekspertów, powszechnie i absurdalnie wychwalany – i choć nikt tego głośno nie przyzna, masowo nabywany przez klientów poszukujących okazyjnych zakupów i tanich podróbek w brudnych zakamarkach czarnego rynku. Wszyscy wszędzie chcieli go mieć.

Dlaczego? Ponieważ nawet w tym zdeseksualizowanym świecie koncept miłości – i jej wszystkich kurtyzan: pragnienia, pożądania, pościgu, schwytania, pożarcia – jest nadzwyczajnie i uparcie trwały. Gdy przyjdzie co do czego, dla tych z nas, którzy przeżyli i wniebowstąpili, którzy pogodzili się z ograniczeniem długością życia w zamian za życie częściowe – ostatnim życzeniem nie jest ani władza, ani pieniądze, ani majątek, ani sława. Jak się okazało, ostatnim życzeniem jest miłość: każdy chce, by pochłonęła go prosta, niepokalana historia miłosna – traktująca o byle jakiej miłości: miłości niskiej czy bohaterskiej, miłości zakazanej, miłości ślepej, marnej, miłości, co jest żałosnym kłamstwem – jakiejkolwiek, byle była przeciwieństwem samotności, odosobnienia, aseksualności albo braku osoby, o którą można byłoby się troszczyć, z którą można by porozmawiać. Głód miłości zastąpił głód Boga czy nauki. Głód miłości stał się uśmierzającym ból narkotykiem. W świecie, który utracił zdolność prokreacji, historia miłosna stała się artykułem pierwszej potrzeby.

– To było jak pragnienie ćmy lecącej w płomień. To było pragnienie, by się pieprzyć ze słońcem. Spłonąć żywcem w opowieści, w której nasze ciała wciąż mogły pożądać i robić to, co pragną robić ciała.

– Otóż radykalne zmiany pola magnetycznego spowodowały zasadnicze zmiany morfologii życia. Wszyscy wiedzieli, że należy się tego spodziewać. Czego nikt nie był pewien, to jak szybko po geokatastrofie i towarzyszącej jej radiacji nastąpią te zmiany. Owe radykalne zmiany nastąpiły u nas szybciej niż u laboratoryjnych szczurów czy szympansów. Prościej mówiąc, uwsteczniliśmy się. Nasza seksualność zmutowała i cofnęła się szybciej niż ktokolwiek zdoła powiedzieć „seks”.

– Śmierć genitaliów. Nasze ciała nie są już w stanie manifestować najniższych żądzy ani najbardziej wydumanych ideałów przyszłości. W desperacji i odmowie przyjęcia tego do wiadomości zwróciliśmy się ku jedynemu zbawieniu, jakie się pojawiło – technologii, i tym, którzy odgrywali w niej najdonośniejszą rolę. Gdy znudziła nas telewizja, zmęczył film, media społecznościowe zawiodły nasze nadzieje na zaspokojenie emocjonalnego głodu, gdy rozczarowała nas holografia, wirtualna rzeczywistość, farmaceutyki i najbardziej udziwnione formy odmieniania świadomości, ktoś, gdzieś, w desperacji popatrzył na skórę własnej ręki i po raz pierwszy dostrzegł w niej nowe pole do popisu.

Robię olbrzymi wdech i przytrzymuję go w płucach. Wyciągam ramiona w powietrzu na boki i trzymam je w takiej pozycji. W lustrze wyglądam trochę jak motyl. Wydycham powietrze i przyglądam się, jak moja cielesna powłoka się kurczy.

Skóra. Nowy papier. Płótno. Ekran.

W formie graftu tworzymy sztukę z tego, co pozostało z naszych durnych ciał.

– Tak to w obliczu waszego głodu tu, w naszym fałszywym niebie, narodziły się grafty. – Spaceruję po pokoju, mówiąc do nikogo, kontynuując moją narrację. – Grafty są skórnymi opowieściami: dalekimi krewnymi tatuaży, kuzynami Braille’a. Niewiele czasu upłynęło, a już można było ocenić majątek i pozycję społeczną osoby na podstawie tekstury skóry. Najbogatsi z nas mieli skórę jak wspaniale napompowany cielesny palimpsest – graft na grafcie, naznaczoną głęboko jak poparzenia trzeciego stopnia, z bliznami, białymi na białym tle, w kształcie zawijasów, wybrzuszeń i rowków. Trzeba było przez dobrą chwilę przypatrywać się twarzy, by dostrzec zagłębienia, w których powinny być oczy czy otwór, a w nim usta. Twarze wyglądały jak stosy białych koronkowych serwetek z czasów średniowiecza. Nawet na rękach rozkwitły skomplikowane białe wzory zgrubień i wybrzuszeń.

– W owym czasie ja sama sprzedawałam grafty: erotyczne mikrografty, znakomicie nadające się do umieszczenia w tym słodkim, miękkim zagłębieniu pomiędzy szczęką a ramieniem, gdzie formuje się mała, cielesna miseczka, kiedy człowiek zwraca głowę, zawstydzony lub w odruchu pożądania. Proszę bardzo, skłońcie głowę ponad własnym ramieniem, zaraz się zorientujecie, o co mi chodzi.

– Wykonywanie graftów stało się moim nieźle funkcjonującym małym biznesem, z konieczności: gdy mój mąż zmarł, padłszy ofiarą jednej z wczesnych epidemii na CIEL, musiałam się jakoś utrzymać.

Próbuję wypowiedzieć imię mego męża. Układam usta w kształt jego imienia i nadal nie mogę tego wydobyć. Jego śmierć przyszła tak szybko – jak jeden gwałtowny wydech. Żałoba po nim wywierciła we mnie dziurę, która zastąpiła dawną szczelinę życia.

– Moje grafty nie były szczególnie wartościowe literacko, ale zaspokajały ludzkie potrzeby – te malutkie miłosne grafty, których ludzie mogli dotykać w ciągu dnia, gdy poczuli się samotni czy smutni; zamykali na moment oczy, z dłonią przy szyi, a ich myśli wybiegały w jakąś przeszłą miłosną chwilkę. Zwłaszcza kobiety stanowiły moją klientelę, ale i mężczyźni kupowali ode mnie. Przypuszczam, że są sentymentalni. Gdy większość naszego zmysłowego doświadczenia uległa zagładzie, być może sentymentalizm to jedyna obrona przed samotnością.

– Mężczyźni to najbardziej samotne stworzenia. Utracili swe matki i nie mogą mieć dzieci, nie mają innego ukojenia prócz swych śladowych fiutokształtnych pozostałości. Może to główny powód, dla którego, gdy nie mogą się ukierunkować na pieprzenie, podążają ku wojnie. Teraz, gdy penis przestał funkcjonować i stał się malutkim, skurczonym insektem, kogóż winić za ich postępki?

– Mój zmarły mąż także był autorem graftów skórnych. Tyle że jego dzieła były znakomite: bezczelne, bezwstydne, dostarczające wyjątkowej przyjemności seksualne grafty przeznaczone wyłącznie na okolice genitalne. Cokolwiek pozostało z penisa, z cipy, z dupy, pod sekretnymi miseczkami piersi, pomiędzy udami, w jakichkolwiek strefach erogennych. Noszenie jego graftów uchodziło za szczyt odwagi. Kusi mnie, by nagrać całą historię o tym... – Sama czuję, że oczy mi pojaśniały.

– Warto wspomnieć, że grafty na czaszkach najbogatszych są najbardziej ostentacyjne – lub najobrzydliwsze, w zależności od indywidualnego punktu widzenia i przekonań na temat różnic klasowych. Wznoszą się one falbanami jak niegdysiejsze pudrowane peruki, opadają na damskie i męskie plecy, jak gdyby kości i mózgi właścicieli wyciekały z wyniosłych wzgórz łysych głów i spływały falami po szyjach – albo jakby rakowe narośla z morskiej piany spełzały ku barkom. Ich posiadacze rozciągają sobie skórę przed wypaleniem wzorów. Pomyślcie tylko!

– Nie mam pojęcia, dlaczego nagle zaczęłam fantazjować na temat gór i oceanów. Tu nie ma ani jednych, ani drugich... nie pozostał żaden porównywalny majestat, w który można by wierzyć...

Słyszę, jak mój głos przycicha.

– Zatrzymaj zapis.

Od tych dygresji bolą mnie barki, jakby ktoś przyciskał mi pistolet pomiędzy piersi. Wyglądam za okno na całą tę nicość. Pokrzywiona kropka Ziemi gapi się na mnie jak wybrakowana szklana kulka.

Chciałabym, zanim umrę, postawić znów stopy na Ziemi. Ale to niemożliwe.

W mej wyobraźni zagnieżdża się sekretna kontemplacja ostatniego roku życia. Kobieta, której historia popsuła świat. Mówią, że nie żyje. Wszyscy byliśmy świadkami jej egzekucji, albo reprezentacji tejże. Jednak ludzie potrafią ze wszystkiego uczynić obiekt wierzeń, szczególnie jeśli podać im coś w formie dobrej historii; mimo mego wieku i cynizmu, chcę w nią wierzyć. Całkiem jak wtedy, gdy na Ziemi ludzie zwracali się ku historii, którą nazywali bogiem. Ale przestępstwem jest choćby wymówić jej imię czy pokazywać podobiznę i historię w wersji różnej od wszechobecnych obrazów i opowieści o jej „oficjalnej” śmierci. Chowam więc myśl i słowa we własnej głowie i w sercu. Odchrząkuję.

– Kontynuuj zapis. Jestem kobietą interesu. Graftuję za pieniądze. Moje historyjki mają swoją niszę. Przy szyi. Przy tętnicy szyjnej.

Znowu coś przyciąga mój wzrok.

Och. To pająk rozciąga pajęczynę od paprotki ku mej ręce. Nie ruszam się. Pająk dochodzi do mnie. Łaskocze. Obserwuję, jak wędruje od kości nadgarstka ku zgięciu ramienia. Zastanawiam się, ile zostało pająków. Czy i one pewnego dnia wyginą jak zwierzęta, rośliny i wszystko to, co tak rozpaczliwie próbujemy eksportować i wyklonować na potęgę tu, w niebiosach. Śmiechu warta Arka Noego – wszystko, co niechciane, sklonowano i udoskonalono! Choć muszę przyznać, że z pająkami poszło lepiej niż z motylami. Te ostatnie ciągle oplatają się kokonami i wychodzą z nich na wpół uformowane, w postaci pośredniej między larwą a skrzydlatym stworzeniem. To jedna z najsmutniejszych rzeczy, jakie można zobaczyć: te biedne kaleki, leżące w na wpół trzepoczącym, połowicznie uskrzydlonym stanie, przypominające nam, że ewolucja pełna jest historii o zagładzie.

Zwrotka na mej piersi musi się wygoić, zanim będę mogła kontynuować prace nad graftem. Znowu aplikuję łagodny płyn ściągający. Jego pieczenie trwa ledwie moment, jak szept. Dmucham na własną pierś.

W lustrzanym odbiciu wszystko na moim ciele jest czerwone, spuchnięte i nieczytelne. Ale słowa się formują. Wkrótce będą wypukłymi skórosłowami, bielszymi od bieli. Zastąpią ślady po piersiach i kobiecie.

Urodziłam się wystarczająco wcześnie, by czytać książki. Oglądać filmy. Studiować historię i sztukę. Uśmiecham się. Pamiętam wszystko. A jednak ta historia o dziewczynce-wojowniczce, zabitej u progu kobiecości, i o tym, co się stało dalej – przekrzywiła oś świata, czyż nie? Skrzywiła żywoty tamtych, na Ziemi ciągle szybującej pod nami. Skrzywiła też życia wybielałych ciał umierających ponad nią – nas, żałosnych aniołów.

Jednak nie wszystkie legendy stają się historią, i nie każda literatura zasługuje, by stać się legendą.

– Kontynuuj zapis.

Dzieła sławnego Jeana de Mena – pamiętacie go? – od dawna uchodziły za złoty standard graftów narracyjnych, szczególnie romansów. Ponadto jego kreacje nęciły też tym, że mieściły się idealnie na torsie klienta; powiadano, że otrzymać jego graft, było jak owinąć się w historię miłosną lub znaleźć w wyczekiwanych z dawna objęciach.

– Wszystko to – dopiero tu naprawdę zaczynam się rozkręcać – moim zdaniem to gówno prawda. – Na wspomnienie prawdziwego gówna na moment ściska mnie w gardle. Jak i na wspomnienie wszelkich zwierząt.

– Wiem. Kimże ja jestem, by go kwestionować, ukochanego celebrytę ocalałej elity CIEL? Ale i tak powiem: gówno prawda. A oto dlaczego: wszystkie kobiety w jego pracach domagają się, by je zgwałcono. Wszystkie kobiety w jego historiach używają języka i postępują w taki sposób, by usankcjonować, upełnomocnić i przyspieszyć ten fakt. W jego wątkach jedyne, do czego służą kobiety, to dostarczyć małych, czerwonych fałd skóry, które zostaną rozdzielone fiutem; mają pozwolić, by ich dziury zostały przepchane aż do małej śmierci – kiedy zaś mężczyźni już się nimi nacieszą, kobiety są odrzucane. Zabijane lub pozostawiane samym sobie, by umarły, w ciąży lub u progu obłędu, zamknięte lub odgrodzone od świata przez małżeństwo lub więzienie, relegowane w sektor świadczenia usług seksualnych, aby przeżyć. W jego świecie dla jego kobiet „żyli długo i szczęśliwie” równa się gwałt, śmierć, obłęd, więzienie lub małżeństwo. Wyniósł ten swój chory topos romantyczny na wyżyny uświęconego tekstu – a w ten sposób ustanowił w świadomości społecznej. Stał się on sposobem życia. Władzą.

Tak to przed sądem konsumenckiej opinii, jako jeden pisarz przeciwko drugiemu, bez końca wnoszę moje oskarżenie przeciwko temu celebrycie – zaczynając od jego skandalicznej nostalgii dotyczącej płci. Mój osąd wyewoluował w kierunku potępienia go także za podstępną formę upodlenia, narracyjną mowę nienawiści, reprezentacje manifestujące brutalne okrucieństwa popełnione między ludźmi, aż w końcu za zbrodniczą mitologizację naszego wstąpienia na CIEL... Jean de Men stworzył brutalnie nieprawdziwą fikcję, z której wynika, jakoby mieliśmy zbawić ludzkość. Mimo wszystkich moich wysiłków nie byłam w stanie obalić przeważającego modelu władzy. Jeden człowiek, jego maszyny w niebiańskim świecie, jego stado pierdolonych, bogatych baranów, które nie mają dokąd uciekać. Jedyną wojną, jaką mu mogłam wypowiedzieć, było stworzenie naszej własnej, oryginalnej formy sztuki i zwrócenie jej przeciwko nim. Reprezentacja kontra reprezentacja.

– Forma moich małych, erotycznych graftów wyewoluowała. Uzbroiłam je. Pożeniłam Erosa z Tanatosem i zaczęłam na nowo tworzyć historię naszych ciał, nie jako ukierunkowanego na prokreację gatunku, który stara się przetrwać, ale jako bezdennych przepaści pożądania, tworzenia i destrukcji, w nieustannym, niesłabnącym ruchu.

– Jak kosmos.

– Setki kobiet zgłosiły swój akces do mego literackiego ruchu oporu. Porzuciły kochanków, mężów, dzieci. Ich lojalność zmieniła się, wpierw w odniesieniu do czytelnictwa, a potem – gorliwie – w życiu. Ostatecznie nie było innego miejsca, gdzie mogłyby zainwestować energię, którą uprzednio wkładały w wysiłki, by stać się pięknymi obiektami seksualnymi, kochankami mężczyzn czy matkami. Te o predylekcji do płynności seksualnej mogły wreszcie odetchnąć spokojnie, podczas gdy reszta z nas doganiała własne życiowe doświadczenie. Co ciekawsze, trochę mężczyzn o nieco bardziej otwartych umysłach kontaktowało się ze mną, by podyskutować. W trakcie spotkań uformowało się wśród nas wspólne przekonanie. Zakorzeniła się i pulsowała nowa filozofia: koncepcja, w myśl której kobiety i mężczyźni – czy też różnice między kobietami i mężczyznami – radykalnie i na zawsze wymarły. Zorganizowaliśmy się. Prowadziliśmy agitację. Formowaliśmy tajne stowarzyszenia cielesnej prawdy. Urządzaliśmy pantomimiczne orgie o północy, w których zgłębialiśmy nasze świeżo odkryte ciała – być może byliśmy jakimś nowym gatunkiem, nowym rodzajem, obdarzonym alternatywnymi możliwościami seksualnymi. Fetowaliśmy samych siebie przez nielegalną kontrabandę, zawsze starając się podsycić płomień naszego człowieczeństwa, utrzymać przy życiu nasze pasje, rozkosze i ból. Mój ukochany Trynkulo[2] przodował w tym względzie.

Co nadało memu literackiemu wyzwaniu taką epicką moc? To skóra sprawiła, że literacka reprezentacja nabrała tak heroicznej siły. Samo ludzkie ciało było tutaj medium. Nie święte zwoje. Nie militarystyczne ideologie czy dyskusyjne teorie naukowe. Jedyna rzecz, która nam pozostała; tak to przepaść między reprezentacją a żywym istnieniem uległa zasypaniu. Na początku było słowo, a słowo stało się naszymi ciałami.

– Protest, jaki urządziliśmy – tam, wśród gwiazd i radioaktywnego promieniowania – wprawił mnie w euforię. Stał się podziemną sensacją. Moje prace nie tyle zyskały popularność, co rozpalały ludzi. – Wydaje się odpowiednim momentem zatrzymać zapis audio na tym stwierdzeniu.

W bladym świetle pokoju na CIEL, w ostatnim roku mego życia czuję, jak skóra między ramionami mnie boli, od szyi aż po dolne krawędzie żeber. Zaczerwienia się. Puchnie. Gdy gapię się na własne ciało w lustrze, wydaje się niemal pulsować. Spłonąć żywcem, gdy coś znaczę: to przeciwieństwo śmierci Joanny. Ogień, który zastąpi ten płonący niegdyś pomiędzy naszymi nogami. Ale ja już znałam rezultat bitwy, którą wypowiedziałam. Wiedziałam już, czego chcę.

Pająk – czuję go na szyi. Łapię go w rękę złożoną w miseczkę, w tym samym miejscu, gdzie będę miała jeden z własnoręcznych graftów. Przez moment rozważam, czy nie zgnieść pająka na śmierć. Cóż mi po jeszcze jednym martwym sklonowanym pająku? Ale nie robię tego. Ostrożnie niosę go w tym domku-dłoni ku mej idiotycznej, patykowatej paprotce. Pająk wspina się po łodydze, by zaraz spuścić się z niej na jedwabistej nitce.

Wola życia jest taka silna. W uszach słyszę urywane fale dźwięku: pieśń brzmiąca w mojej głowie przycicha, ale nie ustaje.

Chcę odzyskać jej historię.

Tę, którą jej odebrano i zastąpiono herezją. Ekoterrorystka. Mordercza dziewica, przez którą krzyczała Ziemia.

Chcę użyć własnego ciała, by tego dokonać.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

Przypisy

[1] Zbieżność nazwisk z Christine de Pizan, francuską pisarką z XIV/XV wieku, nie jest przypadkowa (wszystkie przypisy są autorstwa tłumaczki).

[2] Imię bohatera – błazna – z Szekspirowskiej Burzy.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Księga Joanny